Cyberiada - Stanisław Lem - ebook
lub
Opis

Konstruktorzy Trurl i Klapaucjusz rywalizują ze sobą, tworząc inne roboty, maszyny, cywilizacje a nawet całe światy. Potrafią wszystko, lecz to i tak bardzo niewiele. Uporczywie uszczęśliwiany przez nich kosmos zaskakująco przypomina przyziemną ludzką rzeczywistość: spotkamy w nim tyranów, przesądnych mieszkańców, żądnych władzy krętaczy i naiwnych społecznych meliorystów. Robocie opowiastki filozoficzne Lem osłodził typowym dla siebie, absurdalnym i wyrafinowanym humorem.

Wydanie pełne (450 stron druku) wraz z opowiadaniami “Jak ocalał świat”, “Wielkie lanie” oraz “Maszyną Trurla”, ozdobione ponad 40 rycinami Daniela Mroza. Lektura obowiązkowa!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 616

Popularność


Sta­ni­sław Lem "Cy­be­ria­da"

© Co­py­ri­ght by To­masz Lem, 2016

ilu­stra­cje: Da­niel Mróz © by Łu­cja Mróz-Ray­noch

pro­jekt okład­ki: Anna Ma­ria Su­cho­dol­ska

© for this edi­tion: Pro Auc­to­re Woj­ciech Ze­mek

www.lem.pl

ISBN 978-83-63471-03-3

Kra­ków, 2019 (wy­da­nie dru­gie po­pra­wio­ne)

Stanisław Lem

CYBERIADA

Spis treści

Z DZIE­ŁA CY­FRO­TI­KON, CZY­LI O DE­WI­JA­CY­ACH, SU­PER­FIK­SA­CY­ACH A WA­RY­JA­CY­ACH SER­DECZ­NYCH

O kró­le­wi­czu Fer­ry­cym i kró­lew­nie Kry­sta­li

Jak oca­lał świat

Ma­szy­na Trur­la

Wiel­kie la­nie

SIE­DEM WY­PRAW TRUR­LA I KLA­PAU­CJU­SZA

Wy­pra­wa pierw­sza, czy­li pu­łap­ka Gar­gan­cja­na

Wy­pra­wa pierw­sza A, czy­li Eek­try­bałt Trur­la

Wy­pra­wa dru­ga, czy­li ofer­ta kró­la Okru­cy­usza

Wpra­wa trze­cia, czy­li smo­ki praw­do­po­do­bień­stwa

Wy­pra­wa czwar­ta, czy­li o tym, jak Trurl ko­bie­tron za­sto­so­wał, kró­le­wi­cza Pan­tark­ty­ka od mąk mi­ło­snych chcąc zba­wić, i jak po­tem do uży­cia dzie­cio­mio­tu przy­szło

Wy­pra­wa pią­ta, czy­li o fi­glach kró­la Ba­le­ry­ona

Wy­pra­wa pią­ta A, czy­li kon­sul­ta­cja Trur­la

Wy­pra­wa szó­sta, czy­li jak Trurl i Kla­pau­cjusz de­mo­na dru­gie­go ro­dza­ju stwo­rzy­li, aby zbój­cę Gę­bo­na po­ko­nać

Wy­pra­wa siód­ma, czy­li o tym, jak wła­sna do­sko­na­łość Trur­la do złe­go przy­wio­dła

Baj­ka o trzech ma­szy­nach opo­wia­da­ją­cych kró­la Ge­nia­lo­na

Al­tru­izy­na czy­li opo­wieść praw­dzi­wa o tym, jak pu­stel­nik Do­bry­cy ko­smos uszczę­śli­wić za­pra­gnął i co z tego wy­ni­kło

Ko­bysz­czę

Edu­ka­cja Cy­fra­nia

Opo­wieść pierw­sze­go od­mro­żeń­ca

Opo­wieść dru­gie­go od­mro­żeń­ca

Po­wtór­ka

GA­LE­RIA RY­SUN­KÓW DA­NIE­LA MRO­ZA

Z DZIEŁA CYFROTIKON, CZYLI O DEWIJACYACH, SUPERFIKSACYACH A WARYJACYACH SERDECZNYCH

O KRÓLEWICZU FERRYCYM I KRÓLEWNIE KRYSTALI

Król Pan­ce­ryk miał cór­kę, któ­rej pięk­no prze­wyż­sza­ło blask klej­no­tów ko­ron­nych; ognie, od­bi­ja­ją­ce się od jej lic lu­strza­nych, za­ćmie­wa­ły umysł i oczy, a kie­dy prze­cho­dzi­ła, to na­wet ze zwy­czaj­ne­go że­la­za sy­pa­ły się iskry elek­trycz­ne; wieść o niej się­ga­ła naj­dal­szych gwiazd. Usły­szał o niej Fer­ry­cy, na­stęp­ca tro­nu jo­nidz­kie­go, i za­pra­gnął po­łą­czyć się z nią na wie­ki, tak aby ich wejść i wyjść nic już nie mo­gło roz­dzie­lić. Gdy wy­ja­wił to swe­mu ro­dzi­co­wi, ów wiel­ce się za­smu­cił i rzekł:

– Synu mój, za­iste sza­lo­ny po­wzią­łeś za­miar, nie speł­ni się on ni­g­dy!

– Dla­cze­go, kró­lu i pa­nie? – spy­tał Fer­ry­cy, za­trwo­żo­ny tymi sło­wa­mi.

– Czy nie wiesz o tym – rzekł król – że kró­lew­na Kry­sta­la ślu­bo­wa­ła nie po­łą­czyć się z ni­kim in­nym, jak tyl­ko z bla­daw­cem?

– Bla­da­wiec! – za­wo­łał Fer­ry­cy. – A cóż to mi ta­kie­go? Nie sły­sza­łem jesz­cze o ta­kiej isto­cie!

– W tym wła­śnie two­ja nie­win­ność, synu – od­parł król. – Wiedz, że ta rasa Ga­lak­ty­ki zro­dzi­ła się w spo­sób ty­leż ta­jem­ny, co wsze­tecz­ny, a to kie­dy do­szło do ogól­ne­go nad­psu­cia ciał nie­bie­skich; po­wsta­ły w nich wów­czas opa­ry i od­wa­ry mo­kro-zim­ne i z nich ulągł się ród bla­daw­ców, ale nie od razu. Naj­pierw byli ple­śnie­niem i peł­za­niem, po­tem prze­la­li się z oce­anu na ląd, ży­jąc z wza­jem­ne­go się po­że­ra­nia; a im wię­cej się po­że­ra­li, tym wię­cej ich było, na­resz­cie wy­pro­sto­wa­li się, po­za­wie­szaw­szy lep­ką treść swą na wa­pien­nych rusz­to­wa­niach, i po­bu­do­wa­li ma­szy­ny. Z tych pra­ma­szyn po­wsta­ły ma­szy­ny ro­zum­ne, któ­re spło­dzi­ły ma­szy­ny mą­dre, któ­re wy­my­śli­ły ma­szy­ny do­sko­na­łe; al­bo­wiem za­rów­no atom, jak i Ga­lak­ty­ka są ma­szy­ną, i nie ma nic oprócz ma­szy­ny, któ­ra jest wiecz­na!

– Amen! – od­parł Fer­ry­cy ma­chi­nal­nie, była to bo­wiem zwy­kła for­muł­ka re­li­gij­na.

– Ród bla­daw­ców-za­kal­cy­tów wzbił się wresz­cie na ma­szy­nach w nie­bo – cią­gnął sę­dzi­wy król – po­nie­wie­ra­jąc szla­chet­ne me­ta­le, znę­ca­jąc się nad słod­ką elek­trycz­no­ścią i de­pra­wu­jąc ener­gię ją­dro­wą. Wsze­la­ko sta­ło się, że wy­peł­ni­ła się mia­ra ich wy­stęp­ków, co po­jął do­głęb­nie i wszech­stron­nie pra­oj­ciec rodu na­sze­go, wiel­ki Kal­ku­la­tor Ge­ne­to­fo­rius; tedy jął przed­kła­dać owym śli­skim ty­ra­nom, jak bar­dzo ha­nieb­ne jest ich po­stę­po­wa­nie, gdy bru­ka­ją nie­win­ność mą­dro­ści kry­sta­licz­nej, za­przę­ga­jąc ją do swych nik­czem­nych za­dań, kie­dy nie­wo­lą ma­szy­ny gwo­li swym chu­ciom – lecz nie zna­lazł po­słu­chu. On im mó­wił o ety­ce, a oni mó­wi­li, że jest źle za­pro­gra­mo­wa­ny. Wów­czas pra­oj­ciec nasz stwo­rzył al­go­rytm elek­trow­cie­le­nia i w wiel­kim tru­dzie spło­dził na­sze ple­mię, wy­wiódł­szy tym ob­ro­tem rze­czy ma­szy­ny z domu nie­wo­li bla­daw­czej. Ro­zu­miesz prze­to, synu, że nie ma zgo­dy ani związ­ku mię­dzy nami a nimi; my dzia­ła­my, dźwię­cząc, iskrząc i pro­mie­niu­jąc, a oni beł­ko­cąc, plusz­cząc i za­nie­czysz­cza­jąc. Wsze­la­ko na­wet u nas zda­rza się sza­leń­stwo; we­szło ono za mło­du w umysł Kry­sta­li i za­ciem­ni­ło jej ro­ze­zna­nie mię­dzy do­brem a złem. Od­tąd każ­de­go, kto ubie­ga się o jej dłoń pro­mie­nio­twór­czą, nie do­pusz­cza przed swo­je ob­li­cze, chy­ba że po­wia­da się bla­daw­cem. Ta­kie­go przyj­mu­je w pa­ła­cu, któ­ry po­da­ro­wał jej ro­dzic, król Au­ran­cjusz, i bada praw­dę jego słów, a je­śli wy­kry­je kłam­stwo, każe ściąć za­lot­ni­ka. Przy­zie­mie jej pa­ła­cu ota­cza­ją sto­sy po­gru­cho­ta­nych szcząt­ków, któ­rych sam wi­dok przy­pra­wić może o zwar­cie z nie­by­tem, tak okrut­nie po­czy­na so­bie ta sza­lo­na ze śmiał­ka­mi, któ­rzy o niej ma­rzą. Po­nie­chaj tedy swej my­śli, synu, i odejdź w po­ko­ju.

Kró­le­wicz od­dał na­leż­ny po­kłon swe­mu panu i ojcu, za czym od­da­lił się, mil­cząc, lecz myśl o Kry­sta­li nie opu­ści­ła go i im dłu­żej o niej my­ślał, tym bar­dziej jej pra­gnął. Pew­ne­go dnia we­zwał do sie­bie Po­li­fa­ze­go, któ­ry był Wiel­kim Stroj­czym Ko­ron­nym, i uka­zaw­szy mu żar swe­go ser­ca, rzekł:

– Mę­dr­cze! Je­śli ty mi nie po­mo­żesz, nie uczy­ni tego nikt, a wów­czas po­li­czo­ne są moje dni, bo nie ra­du­je mnie już ani blask emi­sji pod­czer­wo­nych, ani ul­tra­fio­let ba­le­tów ko­smicz­nych, i zgi­nę, je­śli się nie sprzę­gnę z cud­ną Kry­sta­lą!

– Kró­le­wi­czu – od­parł Po­li­fa­zy – nie od­mó­wię twe­mu żą­da­niu, ale mu­sisz je wy­mó­wić po trzy­kroć, abym wie­dział, że taka jest two­ja nie­złom­na wola.

Fer­ry­cy po­wtó­rzył swe sło­wa trzy razy, a Po­li­fa­zy rzekł wte­dy:

– Pa­nie mój, nie ma in­ne­go spo­so­bu, aby sta­nąć przed kró­lew­ną, jak tyl­ko w prze­bra­niu bla­daw­ca!

– Więc uczyń tak, abym był jak on! – za­wo­łał Fer­ry­cy. Po­li­fa­zy, wi­dząc, że mi­łość ośle­pi­ła ro­zum mło­dzień­ca, ude­rzył przed nim czo­łem i udał się do swe­go la­bo­ra­to­rium, gdzie jął przy­rzą­dzać i wa­rzyć kle­je kle­iste i cie­cze cie­kli­we. Po­tem po­słał słu­gę do pa­ła­cu kró­lew­skie­go, mó­wiąc mu:

– Niech kró­le­wicz przyj­dzie do mnie, je­śli nie od­mie­nił się jego za­miar.

Fer­ry­cy przy­bie­żał na­tych­miast. Mę­drzec Po­li­fa­zy na­ma­zał jego har­tow­ne cia­ło bło­tem i spy­tał:

– Mam­że da­lej tak czy­nić, o, kró­le­wi­czu?

– Czyń swo­je! – rzekł mu Fer­ry­cy.

Wziął wów­czas mę­drzec wiel­ki gnie­ciuch, a był to osad ole­jo­wych nie­czy­sto­ści, ku­rzu za­sta­łe­go i lep­kich sma­rów, do­by­ty z wnętrz­no­ści naj­star­szych ma­szyn, i za­nie­czy­ścił nim pierś skle­pio­ną kró­le­wi­cza, i ob­le­piał pa­skud­nie jego twarz błysz­czą­cą i jego czo­ło lśnią­ce, a czy­nił to tak dłu­go, aż wszyst­kie człon­ki prze­sta­ły wy­da­wać miły dźwięk i sta­ły się po­dob­ne do wy­sy­cha­ją­cej ka­łu­ży. Wów­czas wziął mę­drzec kre­dy, roz­tłukł ją, zmie­szał z ru­bi­nem sprosz­ko­wa­nym i z żół­tym ole­jem i uczy­nił z niej dru­gie­go gnie­ciu­cha; za czym ob­le­piał Fer­ry­ce­go od stóp do głów, przy­da­jąc jego oczom ob­mier­z­łej wil­got­no­ści, i uczy­nił jego tors po­dusz­ko­wa­tym, bom­bla­sty­mi po­licz­ki, i przy­pra­wił mu uczy­nio­ne z kre­do­we­go cia­sta wi­sior­ki i frę­dzel­ki tu i tam, na ko­niec zaś umo­co­wał na jego gło­wie ry­cer­skiej kępę wło­sia ko­lo­ru zja­dli­wej rdzy i po­pro­wa­dziw­szy go przed srebr­ne zwier­cia­dło, po­wie­dział: – Patrz!

Spoj­rzał w ta­flę Fer­ry­cy i za­drżał, zo­ba­czył w niej bo­wiem nie sie­bie, lecz zmo­rę-po­two­rę, jak­by wy­ka­pa­ne­go bla­daw­ca, o spoj­rze­niu za­wil­głym jak sta­ra pa­ję­czy­na na desz­czu, ob­wi­słe­go tu i tam, z rdza­wym kła­kiem na gło­wie, cia­sto­wa­te­go i przy­pra­wia­ją­ce­go o mdło­ści; a kie­dy po­ru­szył się, cia­ło jego trzą­sło się jak zjeł­cza­ła ga­la­re­ta, aż za­wo­łał, drżąc z obrzy­dze­nia:

– Mę­dr­cze, czyś osza­lał? Ze­drzyj ze mnie na­tych­miast bło­to spodnie – ciem­ne i wierzch­nie – bla­de, jak rów­nież ów rdza­wy po­rost, ja­kim ska­la­łeś moją dzwon­ną gło­wę, al­bo­wiem znie­na­wi­dzi mnie kró­lew­na na wie­ki, je­śli zo­ba­czy mnie w tak hań­bią­cej po­sta­ci!

– My­lisz się, kró­le­wi­czu – od­parł Po­li­fa­zy. – Na tym wła­śnie za­sa­dza się jej sza­leń­stwo, że ohy­da wi­dzi się jej pięk­no­ścią, a pięk­ność – ohy­dą. Tyl­ko w tej po­sta­ci mo­żesz uj­rzeć Kry­sta­lę…

– Niech więc tak bę­dzie! – rzekł Fer­ry­cy.

Mę­drzec zmie­szał cy­no­ber z rtę­cią i na­peł­nił tym czte­ry pę­che­rze, któ­re ukrył pod sza­tą kró­le­wi­cza. Wziął mie­chy, na­peł­nił je zgni­łym po­wie­trzem ze sta­re­go lo­chu i scho­wał na pier­si kró­le­wi­cza; na­lał wody tru­ją­cej, czy­stej, do szkla­nych ru­rek, któ­rych było sześć; dwie wło­żył mu pod pa­chy, dwie do rę­ka­wów, dwie do oczu, wresz­cie ode­zwał się:

– Słu­chaj i za­pa­mię­taj wszyst­ko, co ci po­wiem, ina­czej zgi­niesz. Kró­lew­na wy­sta­wi cię na pró­by, aby zgłę­bić praw­dzi­wość twych słów. Je­śli wy­cią­gnie nagi miecz i każe ci, byś go ujął, ta­jem­nie ści­śniesz pę­cherz cy­no­bro­wy, aby wy­cie­kła zeń czer­wień i po­la­ła się na ostrze, a gdy cię kró­lew­na spy­ta, co to jest, od­po­wiedz: „Krew!”. Po­tem kró­lew­na zbli­ży swo­ją twarz, po­dob­ną do srebr­nej misy, do two­jej twa­rzy, a ty na­ci­śniesz pierś, aby wy­szło po­wie­trze z mie­chów; spy­ta cię, co to za po­wiew, a ty od­po­wiesz: „Dech!”. Wów­czas uda kró­lew­na wiel­ką złość i każe cię ściąć. Po­chy­lisz wte­dy gło­wę, niby w po­ko­rze, i woda wy­ciek­nie ci z oczu, a gdy spy­ta cię, co to jest, od­po­wiesz: „Łzy!”. Być może, iż wte­dy zgo­dzi się z tobą po­łą­czyć, wsze­la­ko nie jest to pew­ne; pew­niej­sze jest, że zgi­niesz.

– O, mę­dr­cze! – za­wo­łał Fer­ry­cy. – A je­śli weź­mie mnie na spyt­ki i bę­dzie chcia­ła wie­dzieć, ja­kie są oby­cza­je bla­daw­ców, jak po­wsta­ją, jak mi­łu­ją się i jak by­tu­ją, w jaki spo­sób jej od­po­wiem?

– Za­iste, nie ma in­nej rady – od­parł Po­li­fa­zy – jak tyl­ko po­łą­czyć twój los z moim lo­sem. Prze­bio­rę się za prze­kup­nia z in­nej ga­lak­ty­ki, naj­le­piej z nie­spi­ral­nej, gdyż tacy by­wa­ją opa­śli, a ja mu­szę ukryć pod mymi sza­ta­mi mnó­stwo ksiąg, w któ­rych za­war­ta jest wie­dza o strasz­li­wych oby­cza­jach bla­daw­ców. Nie mógł­bym cię jej na­uczyć, choć­bym chciał, gdyż wie­dza o nich jest prze­ciw­na na­tu­rze: wszyst­ko bo­wiem ro­bią na od­wrót, w spo­sób lep­ki, przy­kry i tak nie­ape­tycz­ny, jak tyl­ko moż­na so­bie wy­obra­zić. Spi­szę po­trzeb­ne dzie­ła, a ty każ, aby ci kra­wiec dwor­ski z wszel­kich włó­kien i ple­cio­nek skro­ił strój bla­daw­czy, gdyż wy­ru­szy­my nie­ba­wem. A gdzie­kol­wiek uda­my się, nie opusz­czę cię, abyś wie­dział, co masz czy­nić i mó­wić.

Ura­do­wał się Fer­ry­cy i dał so­bie skro­ić sza­ty bla­daw­cze, dzi­wiąc się im wiel­ce; za­kry­wa­ły bo­wiem pra­wie całe cia­ło, tu ukształ­co­ne w ro­dzaj ru­ro­cią­gów, tam spa­ja­ne gu­za­mi, ha­czy­ka­mi, klap­ka­mi i sznu­recz­ka­mi; mu­siał mu kra­wiec umyśl­ną spo­rzą­dzić in­struk­cję, a spo­rą, co i jak naj­pierw trze­ba wdzie­wać, gdzie i co do cze­go przy­piąć, i jak z sie­bie wszyst­kie owe su­kien­ne i ma­te­rial­ne cho­mą­ta zdej­mo­wać, gdy na­dej­dzie pora.

Mę­drzec zaś na­ło­żył sza­ty prze­kup­nia, po­roz­wie­szał w nich ukrad­kiem gru­be dzie­ła uczo­ne, trak­tu­ją­ce o bla­daw­czych prak­ty­kach, ka­zał ze sztab że­la­znych uczy­nić klat­kę, na sześć sąż­ni wzdłuż i wszerz, za­mknął w niej Fer­ry­ce­go, i wy­ru­szy­li we dwóch próż­nio­pła­wem kró­lew­skim. Gdy zaś do­tar­li do gra­nic Au­ran­cju­szo­we­go kró­le­stwa, mę­drzec w prze­bra­niu prze­kup­nia ru­szył na targ miej­ski i ob­wiesz­czał wiel­kim gło­sem, iż przy­wiózł z da­le­kich stron mło­de­go bla­daw­ca, aby go ku­pił, kto ze­chce. Słu­gi kró­lew­ny za­nio­sły jej tę wieść, a ona zdu­mia­ła się i rze­kła do nich:

– Za­praw­dę, musi to być ja­kieś wiel­kie szal­bier­stwo, ale nie oszu­ka mnie ów prze­ku­pień, gdyż nikt nie wie o bla­daw­cach tego, co ja wiem. Na­każ­cie mu, aby przy­szedł do pa­ła­cu i po­ka­zał one­go!

Za­wie­dli słu­dzy prze­kup­nia przed ob­li­cze Kry­sta­li; uj­rza­ła god­ne­go star­ca i klat­kę, któ­rą wnie­śli jego nie­wol­ni­cy; w klat­ce sie­dział bla­da­wiec, twarz jego była ko­lo­ru kre­dy zmie­sza­nej z pi­ry­tem, oczy jak wil­got­na pleśń, a człon­ki jak bło­to tur­la­ne tu i tam. A Fer­ry­cy spoj­rzał na kró­lew­nę i zo­ba­czył jej twarz, któ­ra zda­wa­ła się dźwię­czeć, oczy ja­śnie­ją­ce jak ci­che wy­ła­do­wa­nia, i po­więk­szy­ło się za­raz sza­leń­stwo jego ser­ca.

Do­praw­dy, ten mi wy­glą­da na bla­daw­ca! – po­my­śla­ła kró­lew­na, lecz gło­śno rze­kła:

– Za­iste, mu­sia­łeś się na­tru­dzić, star­cze, nim ule­pi­łeś z bło­ta taką ku­kłę i na­tar­łeś ją wa­pien­nym ku­rzem, aby mnie po­dejść, lecz wiedz, że znam wszyst­kie taj­ni­ki rodu po­tęż­nych bla­daw­ców i gdy ob­na­żę two­je oszu­stwo, każę ściąć cie­bie i tego sa­mo­zwań­ca!

Mę­drzec od­parł:

– Kró­lew­no Kry­sta­lo, ten, któ­re­go wi­dzisz w klat­ce, jest tak praw­dzi­wy, jak tyl­ko może nim być bla­da­wiec; na­by­łem go za pięć ty­się­cy hek­ta­rów pola ją­dro­we­go od pi­ra­tów gwiezd­nych i, je­śli taka bę­dzie two­ja wola, ofia­ru­ję ci go, al­bo­wiem nie mam in­ne­go ży­cze­nia, jak tyl­ko ura­do­wać two­je ser­ce!

Kró­lew­na ka­za­ła po­dać so­bie miecz i we­tknę­ła go do klat­ki po­przez kra­ty. Kró­le­wicz chwy­cił ostrze i za­ciął nim sza­tę swo­ją, aż roz­pruł się pę­cherz i po­lał się cy­no­ber na miecz i spla­mił go czer­wie­nią.

– Co to jest? – spy­ta­ła kró­lew­na, a Fer­ry­cy od­parł:

– Krew!

Wów­czas kró­lew­na ka­za­ła otwo­rzyć klat­kę, we­szła do niej śmia­ło i zbli­ży­ła swą twarz do twa­rzy Fer­ry­ce­go; bli­skość jej ob­li­cza zmą­ci­ła mu ro­zum, lecz mę­drzec dał z dala taj­ny znak i kró­le­wicz na­ci­snął mie­chy; wy­szło z nich zgni­łe po­wie­trze, a gdy kró­lew­na spy­ta­ła: – Co to za wiew? – Fer­ry­cy od­parł:

– Dech!

– Za­praw­dę, je­steś wca­le zręcz­nym sztuk­mi­strzem – rze­kła kró­lew­na do prze­kup­nia, wy­cho­dząc z klat­ki – lecz oszu­ka­łeś mnie, zgi­niesz prze­to ty i ku­kła two­ja!

Wte­dy mę­drzec opu­ścił gło­wę, jak­by w wiel­kim prze­ra­że­niu i żalu, a gdy to samo uczy­nił kró­le­wicz, z oczu jego po­pły­nę­ły przej­rzy­ste kro­ple. Kró­lew­na spy­ta­ła:

– Co to jest? Fer­ry­cy zaś od­parł:

– Łzy!

I rze­kła:

– Jak się zwiesz, ty, któ­ry mie­nisz się bla­daw­cem z da­le­kich stron?

– O, kró­lew­no, na­zy­wam się My­am­lak i ni­cze­go bar­dziej nie pra­gnę, jak po­łą­czyć się z tobą w spo­sób roz­lew­ny, mięk­ki, cia­sto­wa­ty i wod­ni­sty, jako to jest oby­cza­jem ple­mie­nia mego – od­parł Fer­ry­cy, gdyż ta­kich słów wy­uczył go mę­drzec. – Da­łem się chwy­cić pi­ra­tom umyśl­nie i upro­si­łem ich, aby mię sprze­da­li temu prze­kup­nio­wi, bo zmie­rzał do twe­go pań­stwa. Pe­łen je­stem prze­to wdzięcz­no­ści dla jego bla­sza­nej oso­by, że przy­pro­wa­dził mnie tu­taj: al­bo­wiem je­stem pe­łen mi­ło­ści ku to­bie, jak ka­łu­ża peł­na jest bło­ta.

Zdu­mia­ła się kró­lew­na, al­bo­wiem na­praw­dę prze­ma­wiał spo­so­bem bla­daw­ców, i rze­kła:

– Po­wiedz mi, ty, któ­ry mie­nisz się My­am­la­kiem-bla­daw­cem, co czy­nią twoi bra­cia w dzień?

– O, kró­lew­no – od­parł Fer­ry­cy – z rana mo­czą się w wo­dzie czy­stej i po­le­wa­ją nią swe człon­ki i wle­wa­ją ją so­bie do środ­ka, gdyż spra­wia im to lu­bość. A po­tem cho­dzą tu i tam w spo­sób fa­li­sty i płyn­ny, i plu­ska­ją, i mla­ska­ją, a gdy ich coś za­smu­ci, trzę­są się i z oczu ka­pie im so­lo­na woda, a kie­dy ich coś roz­we­se­li, trzę­są się i czka­ją, lecz oczy ich po­zo­sta­ją do­syć su­che. I mo­kre po­krzy­ki­wa­nia zwie­my pła­czem, a su­che – śmie­chem.

– Je­śli jest tak, jak mó­wisz – rze­kła kró­lew­na – i je­śli dzie­lisz z brać­mi swy­mi za­mi­ło­wa­nie do wody, każę cię wrzu­cić do mej sa­dzaw­ki, byś się nią do woli na­sy­cił, a nogi każę ci ob­cią­żyć oło­wiem, abyś nie wy­pły­nął przed cza­sem…

– O, kró­lew­no – od­parł Fer­ry­cy, po­uczo­ny przez mę­dr­ca – je­śli uczy­nisz tak, zgi­nę, al­bo­wiem choć we­wnątrz nas jest woda, nie może być ona na ze­wnątrz nas dłu­żej niż przez chwi­lę, gdyż wte­dy po­wia­da­my sło­wa ostat­nie „bul-bul-bul”, któ­ry­mi to dźwię­ka­mi że­gna­my ży­cie.

– A po­wiedz mi, My­am­la­ku, ja­kim spo­so­bem zdo­by­wasz ener­gię, aby prze­cha­dzać się, plu­ska­jąc i mla­ska­jąc, ko­ły­sząc się i pa­no­sząc tu i tam? – spy­ta­ła kró­lew­na.

– Kró­lew­no – od­parł Fer­ry­cy – tam, gdzie miesz­kam, oprócz bla­daw­ców ma­ło­wło­sych są inne, prze­cha­dza­ją­ce się głów­nie na czwo­ra­kach, któ­re póty dziu­ra­wi­my tu i tam, aż zgi­ną; zwło­ki ich pa­rzy­my i wa­rzy­my, sie­ka­my i kra­ja­my, po czym na­dzie­wa­my ich cie­le­sno­ścią na­szą cie­le­sność; i zna­my trzy­sta sie­dem­dzie­siąt sześć spo­so­bów za­bi­ja­nia, i dwa­dzie­ścia osiem ty­się­cy pięć­set dzie­więć­dzie­siąt sie­dem spo­so­bów ob­cho­dze­nia się z nie­bosz­czy­ka­mi tak, aby wpy­cha­nie ich ciał w na­sze cia­ła przez pew­ną dziur­kę, zwa­ną usta­mi, spra­wia­ło nam mnó­stwo ucie­chy; a sztu­ka przy­rzą­dza­nia nie­bosz­czy­ków jest u nas jesz­cze sław­niej­sza od astro­nau­ty­ki i zwie się ga­stro­nau­ty­ką lub ga­stro­no­mią; wsze­la­ko z astro­no­mią nie ma to nic wspól­ne­go.

– Czy zna­czy to, iż ba­wi­cie się w cmen­ta­rze, czy­niąc w was sa­mych po­chów­ki wa­szym czwo­ro­noż­nym po­bra­tym­com? – spy­ta­ła pod­chwy­tli­wie kró­lew­na, lecz Fer­ry­cy, po­uczo­ny przez mę­dr­ca, rzekł:

– O, kró­lew­no, nie jest to za­ba­wa, lecz ko­niecz­ność, al­bo­wiem ży­cie żywi się ży­ciem; lecz my­śmy z ko­niecz­no­ści uczy­ni­li sztu­kę.

– A po­wiedz mi, My­am­la­ku-bla­daw­cze, jak bu­du­je­cie po­tom­stwo? – spy­ta­ła kró­lew­na.

– Nie bu­du­je­my go wca­le – od­parł Fer­ry­cy – lecz pro­gra­mu­je­my me­to­dą sta­ty­stycz­ną, na za­sa­dzie pro­ce­su Mar­kow­skie­go, czy­li sto­cha­stycz­nie, ślicz­nie, choć pro­ba­bi­li­stycz­nie; a ro­bi­my to nie­chcą­cy i oko­licz­no­ścio­wo, my­śląc przy tym o róż­no­ściach oprócz pro­gra­mo­wa­nia sta­ty­stycz­ne­go, nie­li­nio­we­go i al­go­ryt­micz­ne­go, wsze­la­ko pro­gra­mo­wa­nie wła­śnie pod­ów­czas za­cho­dzi sa­mo­chcą­cy, od­sieb­nie i naj­zu­peł­niej au­to­ma­tycz­nie, gdyż wła­śnie tak, a nie ina­czej je­ste­śmy urzą­dze­ni, że każ­dy bla­da­wiec sta­ra się pro­gra­mo­wać po­tom­stwo, gdyż to mu jest roz­kosz­ne, lecz pro­gra­mu­je, nie pro­gra­mu­jąc, i wie­lu robi, co może, aby z tego pro­gra­mo­wa­nia nic nie wy­ni­kło.

– To bar­dzo dziw­ne – rze­kła kró­lew­na, któ­rej wie­dza była mniej szcze­gó­ło­wa od mę­dr­ca Po­li­fa­ze­go – więc jak wy to wła­ści­wie ro­bi­cie?

– O, kró­lew­no! – od­parł Fer­ry­cy. – Mamy od­po­wied­nie apa­ra­tu­ry, zbu­do­wa­ne na za­sa­dzie sprzę­że­nia zwrot­ne­go, cho­ciaż wszyst­ko to w wo­dzie; apa­ra­tu­ry te są tech­nicz­nie ist­nym cu­dem, po­nie­waż po­słu­gi­wać się nimi może naj­więk­szy kre­tyn; wsze­la­ko, aby wy­ja­wić ci szcze­gó­ło­wo me­to­dy, ja­kich uży­wa­my, mu­siał­bym bar­dzo dłu­go mó­wić, gdyż to wca­le nie­pro­ste. Istot­nie to dziw­ne, zwa­żyw­szy, że­śmy wca­le owych me­tod sami nie wy­my­śli­li, ale, aby tak rzec, me­to­dy te wy­my­śli­ły sie­bie same; wsze­la­ko są miłe i nie mamy nic prze­ciw­ko nim.

– Do­praw­dy – za­wo­ła­ła Kry­sta­la – ty je­steś praw­dzi­wym bla­daw­cem! Gdyż to, co mó­wisz, niby ma sens, a w grun­cie rze­czy jest cał­ko­wi­cie po­zba­wio­ne sen­su, nie­praw­do­po­dob­ne, lecz pono praw­dzi­we, cho­ciaż sprzecz­ne lo­gicz­nie, jak bo­wiem moż­na być cmen­ta­rzem, nie bę­dąc nim, albo pro­gra­mo­wać po­tom­stwo, wca­le go nie pro­gra­mu­jąc?! Tak, tyś bla­daw­cem, My­am­la­ku, a prze­to, je­śli łak­niesz tego, po­łą­czę się z tobą zwrot­nym wę­złem mał­żen­skim i wstą­pisz ze mną na tron, je­śli wy­peł­nisz pró­bę ostat­nią.

– A jaka to pró­ba? – spy­tał Fer­ry­cy.

– Pró­ba ta… – za­czę­ła kró­lew­na, lecz na­gle po­dejrz­li­wość wstą­pi­ła w jej ser­ce i spy­ta­ła: – Po­wiedz mi naj­pierw, co ro­bią twoi bra­cia w nocy?

– W nocy leżą tu i tam, z rę­ka­mi pod­gię­ty­mi, a no­ga­mi skur­czo­ny­mi, po­wie­trze zaś wcho­dzi w nich i wy­cho­dzi z nich, czy­niąc taki ha­łas, jak­by ktoś ostrzył za­rdze­wia­łą piłę.

– A więc oto pró­ba: po­daj mi rękę! – roz­ka­za­ła kró­lew­na. Po­dał jej Fer­ry­cy dłoń, a ona ści­snę­ła ją; Fer­ry­cy zaś krzyk­nął wiel­kim gło­sem, gdyż tak mu na­ka­zał mę­drzec, a ona spy­ta­ła, cze­mu krzy­czy.

– Przez ból! – od­parł Fer­ry­cy, ona zaś uwie­rzy­ła wów­czas, iż jest praw­dzi­wym bla­daw­cem, i ka­za­ła wsz­cząć przy­go­to­wa­nia do ce­re­mo­nii za­ślu­bin.

Lecz sta­ło się wów­czas, że po­wró­cił wła­śnie sta­tek, któ­rym elek­tor kró­lew­ny, cy­ber­graf Cy­ber­ha­zy, wy­ru­szył w kra­je śród­gwiezd­ne, aby zna­leźć dla Kry­sta­li bla­daw­ca, pra­gnął bo­wiem wku­pić się tym spo­so­bem w jej ła­ski. Przy­biegł do Fer­ry­ce­go za­trwo­żo­ny mę­drzec Po­li­fa­zy i rzekł:

– Kró­le­wi­czu, przy­był stat­kiem próż­nio­wym wiel­ki cy­ber­graf Cy­ber­ha­zy i przy­wiózł kró­lew­nie praw­dzi­we­go bla­daw­ca, jak to wła­śnie wi­dzia­ły moje oczy; a prze­to mu­si­my czym prę­dzej ucie­kać, al­bo­wiem da­rem­ne bę­dzie dal­sze uda­wa­nie, je­śli po­spo­łu sta­nie­cie przed kró­lew­ną. Jego lep­kość jest bo­wiem bar­dziej lep­ka, wło­cha­tość – bar­dziej wło­cha­ta, cia­sto­wa­tość – tak­że nie do prze­ści­gnię­cia, więc wyda się nasz pod­stęp i zgi­nie­my!

Fer­ry­cy jed­nak od­mó­wił zgo­dy na uciecz­kę, po­ko­chał bo­wiem kró­lew­nę wiel­kim uczu­ciem i rzekł:

– Ra­czej zgi­nąć, niż ją stra­cić!

Cy­ber­ha­zy zaś, zwie­dziaw­szy się o przy­go­to­wa­niach do ślu­bu, czym prę­dzej za­kradł się pod okno kom­na­ty, w któ­rej rze­ko­my bla­da­wiec prze­by­wał z prze­kup­niem, a pod­słu­chaw­szy ich ta­jem­ną roz­mo­wę, po­gnał do pa­ła­cu pe­łen czar­nej ra­do­ści i sta­nął przed Kry­sta­lą, by rzec:

– Oszu­ka­no cię, kró­lew­no, al­bo­wiem tak zwa­ny My­am­lak jest w isto­cie zwy­kłym śmier­tel­ni­kiem, a nie żad­nym bla­daw­cem; praw­dzi­wy jest tyl­ko ten!

I wska­zał na przy­wie­zio­ne­go, któ­ry wy­prę­żył swą wło­sem po­ro­słą pierś, wy­trzesz­czył swe oczy wod­ni­ste i rzekł:

– Bla­da­wiec to ja!

Kró­lew­na ka­za­ła na­tych­miast we­zwać Fer­ry­ce­go, a gdy sta­nął wraz z tam­tym przed jej ob­li­czem, na nic zdał się pod­stęp mę­dr­ca. Fer­ry­cy bo­wiem, choć ob­le­pio­ny bło­tem, ku­rzem i kre­dą, choć masz­czo­ny ole­jem i wod­ni­ście chlu­pią­cy, nie mógł ukryć ani swe­go wzro­stu elek­try­cer­skie­go, ani po­sta­wy wspa­nia­łej, sze­ro­ko­ści ba­rów sta­lo­wych ni cho­du grzmią­ce­go. Bla­da­wiec na­to­miast cy­ber­gra­fa Cy­ber­ha­ze­go był to po­kurcz praw­dzi­wy; jego krok każ­dy był jako prze­le­wa­nie się stą­gwi błot­ni­stych, jego wej­rze­nie jak za­mu­lo­na stud­nia, od jego zgni­łe­go tchu śle­pły mgłą okry­te zwier­cia­dła, a rdza chwy­ta­ła że­la­zo. I po­ję­ła w swo­im ser­cu kró­lew­na, że wstręt­ny jest jej ów bla­da­wiec, któ­re­mu, gdy mó­wił, ja­ko­by ro­bak ró­żo­wy po­ru­szał się, peł­za­jąc w gę­bie; przej­rza­ła Kry­sta­la, ale duma jej nie po­zwo­li­ła wy­ja­wić tego, co ock­nę­ło się w ser­cu.

Po­wie­dzia­ła więc:

– Niech wal­czą z sobą obaj, a któ­ry zwy­cię­ży, poj­mie mnie za żonę…

Rzekł Fer­ry­cy do mę­dr­ca:

– Pa­nie, je­śli ru­szę na tego po­kur­cza i ob­ró­cę go w bło­to, z któ­re­go po­wstał, pod­stęp wyda się, gli­na opad­nie ze mnie i na wierzch wyj­dzie stal; co mam czy­nić?

– Kró­le­wi­czu – od­parł Pa­li­fa­zy – nie ata­kuj, jeno broń się!

We­szli tedy obaj na po­dwo­rzec pa­ła­co­wy, każ­dy z mie­czem, i sko­czył bla­da­wiec na Fer­ry­ce­go, jak ska­cze ba­gien­ny szlam, i ob­tań­co­wy­wał go, beł­ko­cąc i ku­ca­jąc, i sa­piąc, i za­mach­nął się, i ciął go mie­czem, któ­ry prze­szył gli­nę i roz­strza­skał się o stal, a bla­da­wiec wpadł z im­pe­tu na kró­le­wi­cza, pry­snął, pękł i roz­pły­nął się, i nie było już bla­daw­ca. Lecz po­ru­szo­na, ze­schła gli­na opa­dła z bar­ków Fer­ry­ce­go i ob­na­ży­ła się jego praw­dzi­wa na­tu­ra sta­lo­wa przed oczy­ma kró­lew­ny i za­drżał, ocze­ku­jąc zgu­by, lecz w jej spoj­rze­niu krysz­ta­ło­wym uj­rzał po­dziw i zro­zu­miał, jak bar­dzo od­mie­ni­ło się jej ser­ce.

Po­łą­czy­li się więc sprzę­że­niem mał­żeń­skim, któ­re jest trwa­łe i zwrot­ne, jed­nym na ra­dość i szczę­ście, in­nym na bie­dę i skon; i pa­no­wa­li dłu­go a szczę­śli­wie, do­pro­gra­mo­waw­szy się nie­zli­czo­ne­go po­tom­stwa. A skó­rę bla­daw­ca, któ­re­go przy­wiózł cy­ber­graf Cy­ber­ha­zy, wy­pcha­no i usta­wio­no w mu­zeum ko­ron­nym na wiecz­ną rze­czy pa­miąt­kę. Stoi tam do dzi­siaj, pa­łu­bia­sta, po­ro­sła tu i tam wło­siem wy­le­nia­łym, i wie­lu mę­dr­ków waży się roz­pusz­czać wieść, ja­ko­by była tyl­ko sztucz­ką i uda­niem, a żad­nych bla­daw­ców-cmen­tar­ni­ków, cia­sto­no­sów kle­jo­okich na świe­cie nie było i nie ma. Kto wie: może to i czcze zmy­śle­nie – al­boż to mało ba­jań i mi­tów roi so­bie plebs? Ale je­śli to i nie­praw­dzi­wa hi­sto­ria, ma w so­bie ziar­no po­ucze­nia, a że za­baw­na – god­na opo­wie­ści.

JAK OCALAŁ ŚWIAT

Kon­struk­tor Trurl spo­rzą­dził raz ma­szy­nę, któ­ra umia­ła ro­bić wszyst­ko na li­te­rę n. Kie­dy była go­to­wa, na pró­bę ka­zał jej zro­bić nici, po­tem na­ni­zać je na na­parst­ki, któ­re też zro­bi­ła, na­stęp­nie wrzu­cić wszyst­kie do spo­rzą­dzo­nej nory, oto­czo­nej na­try­ska­mi, na­staw­nia­mi i na­pa­ra­mi. Wy­ko­na­ła po­le­ce­nie co do joty, ale po­nie­waż nie był jesz­cze pew­ny jej dzia­ła­nia, ko­lej­no mu­sia­ła zro­bić nim­by, na­usz­ni­ce, neu­tro­ny, nur­ty, nosy, nim­fy i na­trium. Tego ostat­nie­go nie umia­ła i Trurl, bar­dzo zmar­twio­ny, ka­zał się jej tłu­ma­czyć.

– Nie wiem, co to jest – wy­ja­śni­ła. – Nie sły­sza­łam o czymś ta­kim.

– Jak to? Ależ to sód. Taki me­tal, pier­wia­stek…

– Je­że­li na­zy­wa się sód, jest na s, a ja umiem ro­bić tyl­ko na n.

– Ale po ła­ci­nie na­zy­wa się na­trium.

– Mój ko­cha­ny – rze­kła ma­szy­na – gdy­bym mo­gła ro­bić wszyst­ko na n we wszel­kich moż­li­wych ję­zy­kach, by­ła­bym Ma­szy­ną Któ­ra Może Wszyst­ko Na Cały Al­fa­bet, bo do­wol­na rzecz w ja­kimś tam ob­cym ję­zy­ku na pew­no na­zy­wa się na n. Nie ma tak do­brze. Nie mogę ro­bić wię­cej, niż to wy­my­śli­łeś. Sodu nie bę­dzie.

– Do­brze – zgo­dził się Trurl i ka­zał jej zro­bić nie­bo. Zro­bi­ła za­raz jed­no, nie­wiel­kie, ale zu­peł­nie nie­bie­skie. Za­pro­sił wte­dy do sie­bie kon­struk­to­ra Kla­pau­cju­sza, przed­sta­wił go ma­szy­nie i tak dłu­go wy­chwa­lał jej nad­zwy­czaj­ne zdol­no­ści, aż ów roz­gnie­wał się skry­cie i po­pro­sił, aby i jemu wol­no było coś jej roz­ka­zać.

– Pro­szę bar­dzo – rzekł Trurl – ale to musi być na n.

– Na n? – rzekł Kla­pau­cjusz. – Do­brze. Niech zro­bi na­ukę.

Ma­szy­na za­war­cza­ła i po chwi­li plac przed do­mo­stwem Trur­la wy­peł­nił się tłu­mem na­ukow­ców. Wo­dzi­li się za łby, pi­sa­li w gru­bych księ­gach, inni po­ry­wa­li te księ­gi i dar­li je na strzę­py, w dali wi­dać było pło­ną­ce sto­sy, na któ­rych skwier­cze­li mę­czen­ni­cy na­uki, tu i ów­dzie coś hu­ka­ło, po­wsta­wa­ły ja­kieś dziw­ne dymy w kształ­cie grzy­bów, cały tłum ga­dał rów­no­cze­śnie, tak że sło­wa nie moż­na było zro­zu­mieć, od cza­su do cza­su ukła­da­jąc me­mo­ria­ły, ape­le i inne do­ku­men­ty, w od­osob­nie­niu zaś, pod no­ga­mi wrzesz­czą­cych, sie­dzia­ło kil­ku sa­mot­nych star­ców i bez prze­rwy macz­kiem pi­sa­ło na ka­wał­kach po­dar­te­go pa­pie­ru.

– No co, może złe?! – za­wo­łał z dumą Trurl. – Wy­ka­pa­na na­uka, sam przy­znasz!

Ale Kla­pau­cjusz nie był za­do­wo­lo­ny.

– Co, ten tłum to ma być na­uka? Na­uka to coś cał­kiem in­ne­go!

– Więc pro­szę, po­wiedz co, a ma­szy­na za­raz to zro­bi! – ob­ru­szył się Trurl. Ale Kla­pau­cjusz nie wie­dział, co po­wie­dzieć, więc oświad­czył, że po­sta­wi ma­szy­nie jesz­cze dwa inne za­da­nia, a je­śli je ona roz­wią­że, uzna, że jest taka, jak ma być. Trurl przy­stał na to i Kla­pau­cjusz roz­ka­zał, aby zro­bi­ła nice.

– Nice! – wy­krzyk­nął Trurl. – Sły­szał kto coś ta­kie­go, co to są nice?!

– Ależ jak to, dru­ga stro­na wszyst­kie­go – od­parł Kla­pau­cjusz spo­koj­nie. – Ni­co­wać, prze­wra­cać na pod­szew­kę, nie sły­sza­łeś o tym? No no, nie uda­waj! Hej, ma­szy­no, bierz się do ro­bo­ty!

Ma­szy­na jed­nak dzia­ła­ła już od do­brej chwi­li. Zro­bi­ła naj­pierw an­ty­pro­to­ny, po­tem an­ty­elek­tro­ny, an­ty­neu­tri­na, an­ty­neu­tro­ny, i tak dłu­go pra­co­wa­ła, nie usta­jąc, aż na­two­rzy­ła bez liku an­ty­ma­te­rii, z któ­rej za­czął się z wol­na, po­dob­ny do dziw­nie błysz­czą­cej chmu­ry w nie­bie, for­mo­wać an­ty­świat.

– Hm – rzekł bar­dzo nie­za­do­wo­lo­ny Kla­pau­cjusz – to mają być nice? Po­wiedz­my, że tak… Daj­my na to, dla świę­te­go spo­ko­ju… Ale oto trze­ci roz­kaz: Ma­szy­no! Masz zro­bić Nic!

Ma­szy­na przez dłuż­szy czas w ogó­le się nie ru­sza­ła. Kla­pau­cjusz jął za­cie­rać z za­do­wo­le­nia ręce, Trurl zaś rzekł:

– O co ci cho­dzi? Ka­za­łeś jej nic nie ro­bić, więc nic nie robi!

– Nie­praw­da. Ka­za­łem jej zro­bić Nic, a to co in­ne­go.

– Też coś! Zro­bić Nic, a nie zro­bić nic, zna­czy jed­no i to samo.

– Skąd­że! Mia­ła zro­bić Nic, a tym­cza­sem nie zro­bi­ła nic, więc wy­gra­łem. Nic bo­wiem, mój ty prze­mą­drza­ły ko­le­go, to nie ta­kie so­bie zwy­czaj­ne nic, pro­dukt le­ni­stwa i nie­dzia­ła­nia, lecz czyn­na i ak­tyw­na Ni­cość, to jest do­sko­na­ły, je­dy­ny, wszech­obec­ny i naj­wyż­szy Nie­byt we wła­snej nie­obec­nej oso­bie!!

– Za­wra­casz gło­wę ma­szy­nie! – krzyk­nął Trurl, lecz na­raz roz­legł się jej spi­żo­wy głos:

– Prze­stań­cie się kłó­cić w ta­kiej chwi­li! Wiem, co to Nie­byt, Ni­cość, czy­li Nic, po­nie­waż te rze­czy na­le­żą do klu­cza li­te­ry n, jako Nie­ist­nie­nie. Le­piej po raz ostat­ni przyj­rzyj­cie się świa­tu, bo wnet go nie bę­dzie…

Sło­wa za­mar­ły na ustach roz­ju­szo­nym kon­struk­to­rom. Ma­szy­na w sa­mej rze­czy ro­bi­ła Nic, a to w ten spo­sób, że ko­lej­no usu­wa­ła ze świa­ta roz­ma­ite rze­czy, któ­re prze­sta­wa­ły ist­nieć, jak­by ich w ogó­le ni­g­dy nie było. Usu­nę­ła już na­tą­gwie, nu­paj­ki, nur­kow­ni­ce, nę­dzio­ły, na­łusz­ki, nie­do­stóp­ki i nę­da­sy. Chwi­la­mi wy­da­wa­ło się, że za­miast re­du­ko­wać, zmniej­szać, wy­rzu­cać, usu­wać, uni­ce­stwiać i odej­mo­wać – po­więk­sza i do­da­je, po­nie­waż zli­kwi­do­wa­ła po ko­lei nie­smak, nie­po­spo­li­tość, nie­wia­rę, nie­do­syt, nie­na­sy­ce­nie i nie­moc. Lecz po­tem zno­wu za­czę­ło się ro­bić wo­kół pa­trzą­cych rza­dziej.

– Ojej! – rzekł Trurl. – Żeby coś z tego złe­go tyl­ko nie wy­ni­kło…

– E, co tam! – rzekł Kla­pau­cjusz. – Prze­cież wi­dzisz, że ona nie robi wca­le Ni­co­ści Ge­ne­ral­nej, a je­dy­nie Nie­obec­ność wszyst­kich rze­czy na n, nic się nie sta­nie, bo też ta two­ja ma­szy­na cał­kiem do ni­cze­go!

– Tak ci się tyl­ko wy­da­je – od­par­ła ma­szy­na. – Za­czę­łam, istot­nie, od wszyst­kie­go, co na n, bo było mi to bar­dziej fa­mi­liar­ne, ale co in­ne­go jest zro­bić ja­kąś rzecz, a co in­ne­go usu­nąć ją. Usu­wać mogę wszyst­ko, z tej pro­stej przy­czy­ny, że umiem ro­bić wszy­ściu­teń­ko, ale to wszy­ściu­teń­ko na n, a więc Nie­byt jest dla mnie frasz­ką. Za­raz was nie bę­dzie ani ni­cze­go, więc pro­szę cię, Kla­pau­cju­szu, abyś po­wie­dział jesz­cze pręd­ko, że je­stem praw­dzi­wie uni­wer­sal­na i wy­ko­nu­ję roz­ka­zy, jak się na­le­ży, bo bę­dzie za póź­no.

– Ależ to… – za­czął prze­stra­szo­ny Kla­pau­cjusz i w tej chwi­li za­uwa­żył, że istot­nie już nie tyl­ko na n nik­ną róż­ne rze­czy: prze­sta­ły ich bo­wiem ota­czać kam­bu­ze­le, ści­śnię­ta, wy­trzop­ki, gry­zma­ki, ry­mun­dy, trzep­ce i pćmy.

– Stój! Stój! Co­fam to, co po­wie­dzia­łem! Prze­stań! Nie rób Nie­by­tu!! – wrzesz­czał na całe gar­dło Kla­pau­cjusz, ale za­nim ma­szy­na się za­trzy­ma­ła, zni­kły jesz­cze gra­sza­ki, plu­kwy, fi­li­dro­ny i za­mry. Wte­dy do­pie­ro ma­szy­na znie­ru­cho­mia­ła. Świat wy­glą­dał wręcz prze­raź­li­wie. Zwłasz­cza ucier­pia­ło nie­bo: wi­dać było na nim le­d­wo po­je­dyn­cze punk­ci­ki gwiazd; ani śla­du prze­ślicz­nych gry­zma­ków i gwaj­dol­nic, któ­re tak do­tąd upięk­sza­ły nie­bo­skłon!

– Wiel­kie nie­ba! – za­krzyk­nął Kla­pau­cjusz. – A gdzież są kam­bu­ze­le? Gdzie moje mur­kwie ulu­bio­ne? Gdzie pćmy ła­god­ne?!

– Nie ma ich i ni­g­dy już nie bę­dzie – od­par­ła spo­koj­nie ma­szy­na.

– Wy­ko­na­łam, a ra­czej za­czę­łam wy­ko­ny­wać to tyl­ko, coś mi ka­zał…

– Ka­za­łem ci zro­bić Ni­cość, a ty… ty…

– Kla­pau­cju­szu, albo je­steś głup­cem, albo głup­ca uda­jesz – rze­kła ma­szy­na. – Gdy­bym zro­bi­ła Ni­cość na­raz, za jed­nym za­ma­chem, prze­sta­ło­by ist­nieć wszyst­ko, więc nie tyl­ko Trurl i nie­bo, i Ko­smos, i ty, ale na­wet ja. Więc kto wła­ści­wie i komu mógł­by wte­dy po­wie­dzieć, że roz­kaz zo­stał wy­ko­na­ny i że je­stem spraw­ną ma­szy­ną? A gdy­by nikt tego ni­ko­mu nie po­wie­dział, w jaki spo­sób ja, któ­rej by tak­że już nie było, mo­gła­bym otrzy­mać na­leż­ną mi sa­tys­fak­cję?

– Niech ci bę­dzie, nie mów­my już o tym – rzekł Kla­pau­cjusz. – Już ni­cze­go od cie­bie nie chcę, ślicz­na ma­szy­no, tyl­ko pro­szę, zrób mur­kwie, bo bez nich ży­cie mi nie­mi­łe…

– Nie umiem tego, po­nie­waż są na m – rze­kła ma­szy­na. – Ow­szem, mogę na po­wrót zro­bić nie­smak, nie­na­sy­ce­nie, nie­wie­dzę, nie­na­wiść, nie­moc, nie­trwa­łość, nie­po­kój i nie­wia­rę, ale na inne li­te­ry pro­szę się po mnie ni­cze­go nie spo­dzie­wać.

– Ale ja chcę, żeby były mur­kwie! – ryk­nął Kla­pau­cjusz.

– Mur­kwi nie bę­dzie – rze­kła ma­szy­na.  – Po­patrz, pro­szę, na świat, jaki jest cały pe­łen ol­brzy­mich czar­nych dziur, pe­łen Ni­co­ści, któ­ra wy­peł­nia bez­den­ne ot­chła­nie mię­dzy gwiaz­da­mi, jak wszyst­ko do­oko­ła sta­ło się nią pod­szy­te, jak czy­ha nad każ­dym skraw­kiem ist­nie­nia. To two­je dzie­ło, mój za­wist­ni­ku! Nie są­dzę, żeby na­stęp­ne po­ko­le­nia mia­ły cię za to bło­go­sła­wić…

– Może się nie do­wie­dzą… Może nie za­uwa­żą… – wy­ją­kał po­bla­dły Kla­pau­cjusz, pa­trząc z nie­wia­rą w pust­kę czar­ne­go nie­ba i nie śmiąc na­wet w oczy spoj­rzeć swe­mu ko­le­dze. Po­zo­sta­wiw­szy go obok ma­szy­ny, któ­ra umia­ła wszyst­ko na n, wró­cił chył­kiem do domu – świat zaś po dziś dzień po­zo­stał już cały po­dziu­ra­wio­ny Ni­co­ścią – tak jak go w toku na­ka­za­nej li­kwi­da­cji za­trzy­mał Kla­pau­cjusz. A po­nie­waż nie uda­ło się zbu­do­wać ma­szy­ny na żad­ną inną li­te­rę, trze­ba się oba­wiać, że nie bę­dzie już ni­g­dy ta­kich wspa­nia­łych zja­wisk, jak pćmy i mur­kwie – po wie­ki wie­ków.

MASZYNA TRURLA

Kon­struk­tor Trurl zbu­do­wał raz ośmio­pię­tro­wą ma­szy­nę ro­zum­ną, któ­rą, kie­dy skoń­czył naj­waż­niej­szą pra­cę, po­cią­gnął naj­pierw bia­łym la­kie­rem; po­tem na­roż­ni­ki po­ma­lo­wał li­lio­wo, przy­pa­trzył się z da­le­ka i do­ro­bił jesz­cze mały de­seń na fron­cie, a tam, gdzie moż­na so­bie było wy­obra­zić jej czo­ło, po­ło­żył lek­ki po­ma­rań­czo­wy rzu­cik i, bar­dzo za­do­wo­lo­ny z sie­bie, po­gwiz­du­jąc od nie­chce­nia, nie­ja­ko z czcze­go obo­wiąz­ku, rzu­cił sa­kra­men­tal­ne py­ta­nie, ile jest dwa razy dwa?

Ma­szy­na ru­szy­ła. Naj­pierw za­pa­li­ły się jej lam­py, za­ja­śnia­ły ob­wo­dy, za­hu­cza­ły prą­dy jak wo­do­spa­dy, za­gra­ły sprzę­że­nia, po­tem roz­ża­rzy­ły się cew­ki, za­wi­ro­wa­ło w niej, roz­ło­mo­ta­ło się, za­dud­ni­ło i tak szedł na całą rów­ni­nę ha­łas, aż Trurl po­my­ślał, że trze­ba bę­dzie spo­rzą­dzić jej spe­cjal­ny tłu­mik my­ślo­wy. Tym­cza­sem ma­szy­na wciąż pra­co­wa­ła, jak­by przy­cho­dzi­ło jej roz­strzy­gać naj­trud­niej­szy pro­blem w ca­łym Ko­smo­sie; zie­mia dy­go­ta­ła, pia­sek usu­wał się spod stóp od wi­bra­cji, bez­piecz­ni­ki strze­la­ły jak kor­ki z fla­szek, a prze­kaź­ni­ki aż nad­ry­wa­ły się z wy­sił­ku. Na­resz­cie, kie­dy Trur­la po­rząd­nie już znie­sma­czył taki rwe­tes, ma­szy­na za­ha­mo­wa­ła gwał­tow­nie i rze­kła gro­mo­wym gło­sem: SIE­DEM!

– No no, moja dro­ga! – rzekł od nie­chce­nia Trurl. – Nic po­dob­ne­go, jest czte­ry, bądź tak do­bra, po­praw się! Ile jest dwa a dwa? – SIE­DEM! – od­par­ła ma­szy­na nie­zwłocz­nie. Chcąc nie chcąc, Trurl – wes­tchnąw­szy – na­ło­żył ro­bo­czy far­tuch, któ­ry był już zdjął, za­ka­sał wy­so­ko rę­ka­wy, otwo­rzył spodnią kla­pę i wlazł do środ­ka. Nie wy­cho­dził z niej dłu­go, sły­chać było, jak wali mło­tem, jak od­krę­ca coś, spa­wa, lu­tu­je, jak wbie­ga, dud­niąc po bla­sza­nych stop­niach, raz na szó­ste pię­tro, raz na ósme, i za­raz w te pędy gna na dół. Pu­ścił prąd, aż za­skwier­cza­ło w środ­ku i fio­le­to­we wąsy wy­ro­sły iskier­ni­kom. Mo­zo­lił się tak dwie go­dzi­ny, aż wy­szedł na świe­że po­wie­trze za­kop­co­ny, lecz za­do­wo­lo­ny, zło­żył wszyst­kie na­rzę­dzia, rzu­cił far­tuch na zie­mię, wy­tarł twarz i ręce, i już na od­chod­nym, ot, tak, dla świę­te­go spo­ko­ju, spy­tał:

– Ileż to jest: dwa a dwa?

– SIE­DEM! – od­par­ła ma­szy­na.

Trurl za­klął okrop­nie, ale nie było rady – znów jął w niej dłu­bać, po­pra­wiał, łą­czył, roz­lu­to­wy­wał, prze­sta­wiał, a kie­dy po raz trze­ci do­wie­dział się, że dwa a dwa jest sie­dem, usiadł zroz­pa­czo­ny na naj­niż­szym stop­niu ma­szy­ny i sie­dział tak, aż nad­szedł na to Kla­pau­cjusz. Spy­tał Trur­la, co mu się sta­ło, że wy­glą­da, jak­by wła­śnie wró­cił z po­grze­bu, a ten wy­ja­wił mu swój kło­pot. Kla­pau­cjusz sam parę razy wcho­dził do wnę­trza ma­szy­ny, pró­bo­wał po­pra­wić to i owo, py­tał ją też, ile jest dwa a je­den, od­par­ła, że sześć; je­den a je­den wy­no­si­ło we­dług niej zero. Kla­pau­cjusz po­dra­pał się w gło­wę, od­chrząk­nął i rzekł:

– Przy­ja­cie­lu, nie ma co, trze­ba spoj­rzeć praw­dzie w oczy. Spo­rzą­dzi­łeś inną ma­szy­nę, niż chcia­łeś. Wsze­la­ko każ­de zja­wi­sko ujem­ne ma też swo­je stro­ny do­dat­nie, ta ma­szy­na na przy­kład też.

– Cie­ka­wym, ja­kie – od­parł Trurl i kop­nął fun­da­ment, na któ­rym sie­dział.

– Prze­stań – po­wie­dzia­ła ma­szy­na.

– Ot, wi­dzisz, jest wraż­li­wa. Więc… co chcia­łem po­wie­dzieć? Jest to, nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, ma­szy­na głu­pia, i to nie taką so­bie zwy­kłą, prze­cięt­ną głu­po­tą, by­naj­mniej! Jest to, o ile się orien­tu­ję, a je­stem, jak wiesz, zna­ko­mi­tym spe­cja­li­stą, jest to naj­głup­sza ma­szy­na ro­zum­na na ca­łym świe­cie, a to już nie byle co! Zbu­do­wać ją umyśl­nie nie by­ło­by ła­twe, wprost prze­ciw­nie, są­dzę, że to by się ni­ko­mu nie uda­ło. Nie tyl­ko głu­pia jest bo­wiem, ale i upar­ta jak kloc, czy­li ma cha­rak­ter, zresz­tą wła­ści­wy idio­tom, bo oni zwy­kle są sza­le­nie upar­ci.

– Po dia­bła mi taka ma­szy­na?! – rzekł Trurl i kop­nął ją dru­gi raz.

– Ostrze­gam cię po­waż­nie, prze­stań! – rze­kła ma­szy­na.

– Pro­szę, już masz po­waż­ne ostrze­że­nie – sko­men­to­wał oschle Kla­pau­cjusz. – Wi­dzisz, jest nie tyl­ko wraż­li­wa i tępa, i upar­ta, ale tak­że ob­raź­li­wa, a z taką ilo­ścią cech moż­na już do­piąć nie­jed­ne­go, ho ho, ja ci to mó­wię!

– No do­brze, ale co wła­ści­wie mam z nią po­cząć? – spy­tał Trurl.

– Ba, w tej chwi­li trud­no mi od­po­wie­dzieć. Mógł­byś na przy­kład zro­bić wy­sta­wę, ze wstę­pem, z bi­le­ta­mi, aby każ­dy, kto ze­chce, mógł obej­rzeć naj­głup­szą ma­szy­nę ro­zum­ną na świe­cie; ile ona ma – osiem pię­ter? Pro­szę cię, ależ tak wiel­kie­go idio­ty nikt do­tąd nie wi­dział. Ta wy­sta­wa zwró­ci ci nie tyl­ko po­nie­sio­ne kosz­ty, ale…

– Daj mi spo­kój, nie będę ro­bił żad­nej wy­sta­wy! – od­parł Trurl, wstał, i że nie mógł się po­wstrzy­mać, kop­nął ma­szy­nę jesz­cze raz.

– Udzie­lam ci trze­cie­go po­waż­ne­go ostrze­że­nia – rze­kła ma­szy­na.

– Bo co? – krzyk­nął roz­ju­szo­ny jej ma­je­sta­tycz­no­ścią Trurl. – Je­steś… je­steś… – tu nie zna­lazł słów, więc kop­nął ją kil­ka razy, wrzesz­cząc: – Na­da­jesz się tyl­ko do ko­pa­nia, wiesz?

– Ob­ra­zi­łeś mnie po raz czwar­ty, pią­ty, szó­sty i ósmy – rze­kła ma­szy­na – dla­te­go wię­cej nie będę li­czy­ła. Od­ma­wiam od­po­wie­dzi na dal­sze py­ta­nia do­ty­czą­ce za­dań z za­kre­su ma­te­ma­ty­ki.

– Ona od­ma­wia! Pa­trz­cie ją! – żo­łąd­ko­wał się do­tknię­ty do ży­we­go Trurl. – Po szó­st­ce wy­pa­da jej osiem, uwa­żasz, Kla­pau­cju­szu, nie sie­dem, lecz osiem! I ona ma czel­ność od­ma­wiać TA­KIE­GO wy­ko­ny­wa­nia za­dań ma­te­ma­tycz­nych. A masz! masz! masz! Może jesz­cze?

Na to ma­szy­na za­dy­go­ta­ła, za­trzę­sła się i bez jed­ne­go sło­wa za­czę­ła ze wszech sił wy­do­by­wać się z fun­da­men­tów. Były głę­bo­kie, więc po­gię­ły się licz­ne dźwi­ga­ry, lecz w koń­cu wy­la­zła z dołu, w któ­rym zo­sta­ły tyl­ko po­kru­szo­ne klo­ce be­to­no­we z wy­sta­ją­cy­mi prę­ta­mi zbro­jeń, i ru­szy­ła jak for­te­ca kro­czą­ca na Kla­pau­cju­sza i Trur­la. Ten ostat­ni tak osłu­piał od nie­po­ję­te­go wy­da­rze­nia, że nie pró­bo­wał na­wet skryć się przed ma­szy­ną, któ­ra zmie­rza­ła naj­oczy­wi­ściej do tego, aby go zmiaż­dżyć. Do­pie­ro przy­tom­niej­szy Kla­pau­cjusz, po­rwaw­szy go za rękę, po­cią­gnął prze­mo­cą i obaj od­bie­gli spo­ry ka­wa­łek. Kie­dy się od­wró­ci­li, ma­szy­na, chwie­jąc się jak wy­so­ka wie­ża, szła po­wo­li, przy każ­dym kro­ku za­pa­da­ła się pra­wie po pierw­sze pię­tro, ale upar­cie, nie­zmor­do­wa­nie wy­nu­rza­ła się z pia­sku i par­ła wprost na nich.

– No, tego jesz­cze na świe­cie nie było! – rzekł Trurl, któ­re­go aż za­tch­nę­ło ze zdu­mie­nia. – Ma­szy­na się zbun­to­wa­ła! Co te­raz ro­bić?

– Cze­kać i ob­ser­wo­wać – od­parł roz­trop­ny Kla­pau­cjusz. – Może się coś wy­kla­ru­je.

Nic na to na ra­zie nie wska­zy­wa­ło. Ma­szy­na, wy­do­staw­szy się na tward­szy grunt, ru­szy­ła szyb­ciej. W środ­ku jej gwiz­da­ło, sy­cza­ło i po­brzę­ki­wa­ło.

– Za­raz się roz­lu­tu­je na­staw­nia i pro­gra­mo­wa­nie – mruk­nął Trurl. – Wte­dy się roz­le­ci i sta­nie…

– Nie – od­parł Kla­pau­cjusz – to szcze­gól­ny wy­pa­dek. Ona jest tak głu­pia, że na­wet za­trzy­ma­nie się ca­łe­go roz­rzą­du jej nie za­szko­dzi. Uwa­żaj, ona… Ucie­kaj­my!!

Ma­szy­na naj­wy­raź­niej roz­pę­dza­ła się, aby ich stra­to­wać. Gna­li więc co tchu, sły­sząc za ple­ca­mi ryt­micz­ny ło­skot strasz­li­we­go tu­pa­nia. I bie­gli tak, bo cóż mo­gli zro­bić in­ne­go? Chcie­li wró­cić do ro­dzin­nej miej­sco­wo­ści, ale ma­szy­na uda­rem­ni­ła to, spy­cha­jąc ich przez flan­ko­wa­nie z upa­trzo­nej dro­gi, i nie­ubła­ga­nie zmu­sza­ła ich do za­głę­bia­nia się w kraj co­raz bar­dziej pu­styn­ny. Po­wo­li wy­ło­ni­ły się z przy­ziem­nych mgieł góry, po­sęp­ne i ska­li­ste; Trurl, dy­sząc cięż­ko, za­wo­łał do Kla­pau­cju­sza:

– Słu­chaj! Ucie­kaj­my w ja­kiś cia­sny wą­wóz… gdzie nie bę­dzie mo­gła za nami wejść… prze­klę­ta… co?!

– Le­piej bie­gnij­my… pro­sto – wy­dy­szał Kla­pau­cjusz. – Nie­da­le­ko jest mała miej­sco­wość… nie pa­mię­tam, jak się na­zy­wa… w każ­dym ra­zie znaj­dzie­my tam… uf!!! schro­nie­nie…

Po­pę­dzi­li za­tem pro­sto i ry­chło uj­rze­li przed sobą pierw­sze do­mo­stwa. O tej po­rze dnia uli­ce były nie­mal pu­ste. Prze­bie­gli do­bry ka­wał dro­gi, nie na­po­ty­ka­jąc ży­we­go du­cha, gdy prze­raź­li­wy ru­mor, taki, jak­by na skraj osie­dla zwa­li­ła się ka­mien­na la­wi­na, za­świad­czył o tym, że ści­ga­ją­ca ich ma­szy­na już tam do­tar­ła.

Trurl obej­rzał się i aż jęk­nął.

– Wiel­kie nie­ba! Po­patrz, Kla­pau­cju­szu, ona bu­rzy domy!! – Ja­koż ma­szy­na, prąc upar­cie za nimi, szła przez mury do­mów jak sta­lo­wa góra, a dro­gę jej zna­czy­ły ce­gla­ne ru­mo­wi­ska wy­peł­nio­ne bia­ły­mi kłę­ba­mi wa­pien­ne­go ku­rzu. Roz­le­gły się prze­raź­li­we krzy­ki za­sy­pa­nych, za­ro­iło się na uli­cach, Trurl zaś i Kla­pau­cjusz pę­dzi­li, le­d­wo dy­sząc, przed sie­bie, aż do­pa­dli wiel­kie­go gma­chu ra­tu­szo­we­go, gdzie w mig zbie­gli po scho­dach do głę­bo­kiej piw­ni­cy.

– No, tu nas nie do­się­gnie, żeby mia­ła nam na­wet cały ten ra­tusz na gło­wę zwa­lić! – wy­sa­pał Kla­pau­cjusz. – Ale dia­bli sku­si­li mnie zło­żyć ci dzi­siaj wi­zy­tę… By­łem cie­kaw, jak ci idzie ro­bo­ta, no i pro­szę – do­wie­dzia­łem się…

– Bądź ci­cho – od­parł mu Trurl. – Ktoś tu idzie…

Rze­czy­wi­ście, drzwi pod­zie­mia uchy­li­ły się i wszedł sam bur­mistrz wraz z kil­ko­ma rad­ny­mi. Trurl wsty­dził się wy­ja­wić, co spo­wo­do­wa­ło nie­zwy­kłą i prze­raź­li­wą za­ra­zem hi­sto­rię, więc wy­rę­czył go Kla­pau­cjusz. Bur­mistrz przy­słu­chi­wał mu się w mil­cze­niu. Na­raz ścia­ny drgnę­ły, za­ko­ły­sa­ła się zie­mia i do głę­bo­ko pod jej po­wierzch­nią ukry­tej piw­ni­cy do­tarł prze­cią­gły ło­skot wa­lą­cych się mu­rów.

– Ona już jest tu?! – krzyk­nął Trurl.

– Tak – od­parł bur­mistrz. – I żąda, aby­śmy was wy­da­li, w prze­ciw­nym ra­zie zbu­rzy całe mia­sto…

Za­ra­zem do­bie­gły ich wy­po­wie­dzia­ne gdzieś, na wy­so­ko­ści, no­so­wo brzmią­ce, do sta­lo­we­go gę­ga­nia po­dob­ne sło­wa:

– Tu jest gdzieś Trurl… Czu­ję Trur­la…

– Ale chy­ba nas nie wy­da­cie? – spy­tał drżą­cym gło­sem ten, któ­re­go tak na­tar­czy­wie do­ma­ga­ła się ma­szy­na.

– Ten z was, któ­ry na­zy­wa się Trurl, musi stąd wyjść. Dru­gi może zo­stać, gdyż jego wy­da­nie nie jest ko­niecz­nym wa­run­kiem…

– Ależ li­to­ści!

– Je­ste­śmy bez­sil­ni – rzekł bur­mistrz. – Gdy­byś zresz­tą miał tu zo­stać, Trur­lu, od­po­wia­dać byś mu­siał za wy­rzą­dzo­ne mia­stu i jego miesz­kań­com szko­dy, bo to przez cie­bie ma­szy­na zbu­rzy­ła szes­na­ście do­mów i po­grze­ba­ła pod ich ru­ina­mi wie­lu tu­tej­szych oby­wa­te­li. Tyl­ko to, że znaj­du­jesz się w ob­li­czu śmier­ci, po­zwa­la mi pu­ścić cię wol­no. Idź i nie wra­caj.

Trurl spoj­rzał na twa­rze rad­nych, a wi­dząc na nich wy­pi­sa­ny na sie­bie wy­rok, po­wo­li skie­ro­wał się ku drzwiom.

– Cze­kaj! Idę z tobą! – wy­krzyk­nął im­pul­syw­nie Kla­pau­cjusz.

– Ty? – ze sła­bą na­dzie­ją w gło­sie rzekł Trurl. – Nie… – rzekł po chwi­li. – Zo­stań, tak bę­dzie le­piej… Po co miał­byś nie­po­trzeb­nie gi­nąć?…

– Idio­tyzm! – za­wo­łał ener­gicz­nie Kla­pau­cjusz. – Cóż to, dla­cze­go mamy gi­nąć, czy może za spra­wą tej że­la­znej kre­tyn­ki? Też mi coś! to za mało, aby ze­trzeć z po­wierzch­ni glo­bu dwóch naj­wy­bit­niej­szych kon­struk­to­rów! Chodź, mój Trur­lu! Śmia­ło!

Pod­nie­sio­ny tymi sło­wa­mi na du­chu Trurl po­biegł po scho­dach za Kla­pau­cju­szem. Na ryn­ku nie było ży­we­go du­cha. Wśród kłę­bów pyłu i ku­rza­wy, z któ­rych wy­ła­nia­ły się ster­czą­ce szkie­le­ty po­bu­rzo­nych do­mów, sta­ła, wy­dzie­la­jąc kłę­by pary, ma­szy­na, wyż­sza nad wie­że ra­tu­sza, cała zbro­czo­na ce­gla­ną krwią mu­rów i uma­za­na bia­łym pro­chem.

– Uwa­żaj! – szep­nął Kla­pau­cjusz. – Ona nas nie wi­dzi. Pę­dzi­my tą pierw­szą ulicz­ką w lewo, po­tem w pra­wo, i pro­sto jak strze­lił, nie­da­le­ko już za­czy­na­ją się góry. Tam się schro­ni­my i ob­my­śli­my coś ta­kie­go, żeby raz na za­wsze ode­chcia­ło się jej… W nogi! – krzyk­nął, bo ma­szy­na do­strze­gła ich w tym mo­men­cie i na­tar­ła na nich, aż grunt za­trząsł się w po­sa­dach.

Pę­dząc bez tchu, wy­bie­gli za mia­stecz­ko. Ja­kąś milę ga­lo­po­wa­li tak, sły­sząc za sobą gro­mo­we stą­pa­nia ko­lo­sa, któ­ry nie­ustę­pli­wie ich ści­gał.

– Znam ten wą­wóz! – za­wo­łał na­gle Kla­pau­cjusz. – Jest tam ko­ry­to wy­schłe­go po­to­ku, któ­re pro­wa­dzi w głąb skał, tam są licz­ne ja­ski­nie, bie­gnij­my szyb­ciej, za­raz bę­dzie mu­sia­ła sta­nąć!…

Gna­li więc pod górę, po­ty­ka­jąc się i wy­ma­chu­jąc rę­ka­mi dla od­zy­ska­nia rów­no­wa­gi, ale ma­szy­na wciąż znaj­do­wa­ła się w jed­na­kiej za nimi od­le­gło­ści. Po chy­bo­czą­cych gła­zach wy­schłe­go stru­mie­nia do­bie­gli do szcze­li­ny w pio­no­wych ska­łach, a uj­rzaw­szy do­syć wy­so­ko w gó­rze czer­nie­ją­cy wy­lot ja­ski­ni, jęli się co sił piąć ku nie­mu, nie zwa­ża­jąc na umy­ka­ją­ce spod stóp, luź­ne ka­mie­nie. Wiel­ki otwór w ska­le ział chło­dem i ciem­no­ścią. Sko­czy­li czym prę­dzej do środ­ka, prze­bie­gli jesz­cze kil­ka kro­ków i za­trzy­ma­li się.

– No, tu je­ste­śmy bez­piecz­ni – rzekł Trurl, któ­ry od­zy­skał spo­kój.

– Wyj­rzę, żeby zo­ba­czyć, gdzie utknę­ła…

– Uwa­żaj – prze­strzegł go Kla­pau­cjusz. Trurl pod­szedł ostroż­nie do otwo­ru ja­ski­ni, wy­chy­lił się i na­gle sko­czył z prze­stra­chem w tył.

– Ona wła­zi na górę!! – krzyk­nął.

– Uspo­kój się, tu­taj na pew­no nie wej­dzie – rzekł nie­zu­peł­nie sta­now­czym gło­sem Kla­pau­cjusz. – Co to? Jak­by po­ciem­nia­ło… Och!

W tej chwi­li wiel­ki cień prze­sło­nił nie­bo, wi­docz­ne do­tąd przez wy­lot pie­cza­ry, i uka­za­ła się w nim na mgnie­nie sta­lo­wa, gład­ka, ni­ta­mi wy­bi­ja­na raz koło razu ścia­na ma­szy­ny, któ­ra przy­war­ła po­wo­li do ska­ły. W ten spo­sób ja­ski­nia zo­sta­ła jak gdy­by sta­lo­wą przy­kry­wą szczel­nie za­mknię­ta od ze­wnątrz.

– Je­ste­śmy uwię­zie­ni… – wy­szep­tał Trurl, a głos jego drżał tym moc­niej, że za­pa­dła cał­ko­wi­ta ciem­ność.

– To było z na­szej stro­ny idio­tycz­ne! – ze wzbu­rze­niem za­wo­łał Kla­pau­cjusz. – Pchać się do ja­ski­ni, któ­rą mo­gła za­ba­ry­ka­do­wać! Jak mo­gli­śmy zro­bić coś ta­kie­go?

– Jak my­ślisz, na co ona li­czy? – spy­tał po dłu­giej chwi­li mil­cze­nia Trurl.

– Na to, że bę­dzie­my chcie­li stąd wyjść, do tego nie trze­ba spe­cjal­ne­go ro­zu­mu.

Zno­wu za­pa­dło mil­cze­nie. Trurl pod­szedł w czar­nym mro­ku na pal­cach, wy­cią­ga­jąc przed sie­bie ręce, w stro­nę, w któ­rej znaj­do­wał się otwór ja­ski­ni i wo­dził po ska­le rę­ka­mi, aż do­tknął głę­bo­kiej sta­li, któ­ra była cie­pła, jak­by na­grza­na od środ­ka…

– Czu­ję cię, Trur­lu… – za­hu­czał w za­mknię­tej prze­strze­ni że­la­zny głos. Trurl cof­nął się, usiadł na gła­zie obok przy­ja­cie­la i ja­kiś czas spo­czy­wa­li bez ru­chu. Wresz­cie Kla­pau­cjusz szep­nął mu:

– Ni­cze­go tu nie wy­sie­dzi­my, nie ma rady. Spró­bu­ję z nią pak­to­wać…

– To bez­na­dziej­ne – rzekł Trurl. – Ale pró­buj, może cho­ciaż cie­bie wy­pu­ści cało…

– Ależ nie, nie tak! – rzekł mu krze­pią­co Kla­pau­cjusz i pod­szedł­szy do nie­wi­dzial­ne­go w ciem­no­ści otwo­ru skal­ne­go, za­wo­łał:

– Halo, czy sły­szysz nas?

– Sły­szę – od­par­ła ma­szy­na.

– Słu­chaj, chciał­bym cię prze­pro­sić. Wiesz… wy­ni­kło mię­dzy nami małe nie­po­ro­zu­mie­nie, ale to prze­cież dro­biazg w grun­cie rze­czy. Trurl nie miał za­mia­ru…

– Znisz­czę Trur­la! – rze­kła ma­szy­na. – Ale przed­tem od­po­wie mi na py­ta­nie, ile jest dwa a dwa.

– Ach, od­po­wie ci, i to tak, że bę­dziesz za­do­wo­lo­na i na pew­no się z nim po­go­dzisz, nie­praw­daż, Trur­lu? – uspo­ka­ja­ją­co rzekł me­dia­tor.

– No, za­pew­ne… – rzekł ów sła­bym gło­sem.

– Tak? – po­wie­dzia­ła ma­szy­na. – To ile jest dwa a dwa?

– Czte… to jest sie­dem – jesz­cze ci­szej po­wie­dział Trurl.

– Ha, ha! Nie czte­ry więc, tyl­ko sie­dem, co? – za­hu­cza­ła ma­szy­na. – A wi­dzisz!

– Sie­dem, na­tu­ral­nie, że sie­dem, za­wsze było sie­dem! – gor­li­wie przy­tak­nął Kla­pau­cjusz. – Czy wy­pu­ścisz nas już? – do­dał ostroż­nie.

– Nie. Niech Trurl jesz­cze raz po­wie, że mu bar­dzo przy­kro i ile jest dwa razy dwa…

– A czy pu­ścisz nas, je­śli po­wiem? – spy­tał Trurl.

– Nie wiem. Za­sta­no­wię się. Nie bę­dziesz mi sta­wiał wa­run­ków. Mów, ile jest dwa razy dwa!

– Ale praw­do­po­dob­nie nas wy­pu­ścisz? – po­wie­dział Trurl, cho­ciaż Kla­pau­cjusz szar­pał go za rękę, szep­cząc do ucha: – To idiot­ka, idiot­ka, nie sprze­czaj się z nią, bła­gam!

– Nie wy­pusz­czę, je­śli mi się nie ze­chce – od­par­ła ma­szy­na. Ale ty i tak po­wiesz mi, ile jest dwa razy dwa…

Na­gła wście­kłość za­trzę­sła Trur­lem.

– O! Po­wiem ci, po­wiem! – za­krzyk­nął. – Dwa a dwa jest czte­ry i dwa razy dwa jest czte­ry, choć­byś się na gło­wie po­sta­wi­ła, choć­byś całe te góry w proch ob­ró­ci­ła, mo­rzem się udła­wi­ła, nie­bo wy­pi­ła, sły­szysz? Dwa a dwa jest czte­ry!!

– Trur­lu! Tyś zwa­rio­wał! Co ty mó­wisz? Dwa a dwa jest sie­dem, pro­szę pani! Ko­cha­na ma­szy­no, sie­dem! Sie­dem!!! – wo­łał Kla­pau­cjusz, usi­łu­jąc prze­krzy­czeć przy­ja­cie­la.

– Nie­praw­da! Czte­ry jest! Tyl­ko czte­ry, od po­cząt­ku aż do koń­ca świa­ta CZTE­RY!! – do utra­ty gło­su ry­czał Trurl.

Na­gle ska­ły pod ich sto­pa­mi prze­szył fe­brycz­ny dreszcz.

Ma­szy­na od­su­nę­ła się od wy­lo­tu ja­ski­ni, że w jej głąb padł sza­ra­wy po­brzask, a za­ra­zem wy­da­ła prze­cią­gły krzyk:

– Nie­praw­da! Sie­dem! Po­wiesz za­raz, jak cię chwy­cę!

– Nie po­wiem ni­g­dy! – od­pa­ro­wał Trurl, jak­by mu już było wszyst­ko jed­no, a wte­dy ze stro­pu na ich gło­wy syp­nął się ka­mien­ny grad, bo ma­szy­na jęła ca­łym swo­im ośmio­pię­tro­wym ciel­skiem raz za ra­zem ta­ra­no­wać skal­ny wi­szar i wa­li­ła sobą w pio­no­we zbo­cze, aż ogrom­ne gła­zy od­pry­ski­wa­ły od li­tych skał i z hu­kiem to­czy­ły się w do­li­nę.

Grzmot wraz z wo­nią krze­mion­ko­we­go dymu na­peł­niał ja­ski­nię po­spo­łu z krze­sa­ny­mi sta­lą o głaz iskra­mi, lecz po­przez te pie­kiel­ne od­gło­sy sztur­mu chwi­la­mi da­wał się sły­szeć głos Trur­la, wo­ła­ją­ce­go bez ustan­ku:

– Dwa a dwa jest czte­ry! Czte­ry!!!

Kla­pau­cjusz pró­bo­wał za­mknąć mu prze­mo­cą usta, lecz, od­trą­co­ny gwał­tow­nie, za­milkł i usiadł, okry­wa­jąc gło­wę rę­ka­mi. Ma­szy­na wciąż nie usta­wa­ła w pie­kiel­nych wy­sił­kach i zda­wa­ło się, że lada chwi­la strop ja­ski­ni ru­nie na uwię­zio­nych, miaż­dżąc ich i grze­biąc na wie­ki. Lecz kie­dy stra­ci­li już wszel­ką na­dzie­ję, kie­dy gry­zą­cy pył wy­peł­nił po­wie­trze, coś na­raz strasz­li­wie za­zgrzy­ta­ło, dał się sły­szeć po­wol­ny grom, sil­niej­szy od wszyst­kich od­gło­sów za­cie­kłe­go ku­cia i do­bi­ja­nia się, po­tem po­wie­trze za­wy­ło, czar­na ścia­na, za­sła­nia­ją­ca otwór, zni­kła jak zdmuch­nię­ta przez wi­cher, w dół po­szła la­wi­na ol­brzy­mich zło­mów skal­nych. Echo grzmo­tów to­czy­ło się jesz­cze przez do­li­nę, od­bi­ja­ne od gór, kie­dy obaj przy­ja­cie­le do­pa­dli wyj­ścia ja­ski­ni i wy­chy­liw­szy się do po­ło­wy ciał, uj­rze­li ma­szy­nę, jak le­ża­ła po­gru­cho­ta­na i spłasz­czo­na wy­wo­ła­nym przez sie­bie skal­nym ob­wa­łem, z ol­brzy­mim gła­zem po­środ­ku swych ośmiu pię­ter, któ­ry prze­ła­mał ją nie­mal na pół. Ze­szli ostroż­nie po ku­rzą­cym się mąką skal­ną ru­mo­wi­sku. Aby do­trzeć do ko­ry­ta wy­schłe­go po­to­ku, mu­sie­li przejść tuż obok ze­wło­ku le­żą­cej na płask ma­szy­ny, wiel­kie­go jak okręt wy­rzu­co­ny na brzeg. Nic nie mó­wiąc, za­trzy­ma­li się obaj jed­no­cze­śnie pod jej wgnie­cio­ną, sta­lo­wą flan­ką. Ma­szy­na ru­sza­ła się jesz­cze sła­bo i sły­chać było, jak w jej wnę­trzu z ga­sną­cym hur­ko­tem coś krą­ży.

– A więc taki twój nie­sław­ny ko­niec i dwa a dwa jest da­lej – za­czął Trurl, lecz w tej­że chwi­li ma­szy­na za­szu­mia­ła sła­bo i nie­wy­raź­nie, le­d­wo sły­szal­nie, po raz ostat­ni wy­beł­ko­ta­ła: – SIE­DEM.

Po­tem coś cien­ko zgrzyt­nę­ło w jej wnę­trzu, ka­mie­nie po­sy­pa­ły się z wierz­chu i za­mar­ła, prze­isto­czo­na w bry­łę mar­twe­go że­la­stwa. Obaj kon­struk­to­rzy spoj­rze­li na sie­bie, a po­tem, bez jed­ne­go sło­wa, jęli, nie od­zy­wa­jąc się do sie­bie, wra­cać ko­ry­tem wy­schłe­go stru­mie­nia.

WIELKIE LANIE

Ktoś za­pu­kał do domu kon­struk­to­ra Kla­pau­cju­sza, któ­ry uchy­lił drzwi, wy­sta­wił gło­wę na ze­wnątrz i zo­ba­czył brzu­cha­tą ma­szy­nę na czte­rech krót­kich no­gach.

– Kim je­steś i cze­go chcesz? – spy­tał.

– Je­stem Ma­szy­ną Do Speł­nia­nia Ży­czeń, a przy­słał mnie do cie­bie twój przy­ja­ciel i wiel­ki ko­le­ga, Trurl, jako po­da­rek.

– Jako po­da­rek? – rzekł Kla­pau­cjusz, któ­re­go uczu­cia dla Trur­la były do­syć mie­sza­ne, a szcze­gól­nie nie spodo­ba­ło mu się to, że ma­szy­na na­zwa­ła Trur­la jego „wiel­kim ko­le­gą”. – No, do­brze – za­de­cy­do­wał po krót­kim na­my­śle – mo­żesz wejść.

Ka­zał jej sta­nąć w ką­cie obok pie­ca i, nie zwra­ca­jąc na nią po­zor­nie uwa­gi, wró­cił do prze­rwa­nej pra­cy. Bu­do­wał ba­nia­stą ma­szy­nę na trzech no­gach. Była już pra­wie go­to­wa i tyl­ko ją po­le­ro­wał. Po ja­kimś cza­sie Ma­szy­na Do Speł­nia­nia Ży­czeń ode­zwa­ła się:

– Przy­po­mi­nam o swej obec­no­ści.

– Nie za­po­mnia­łem o niej – rzekł Kla­pau­cjusz i da­lej ro­bił swo­je. Po chwi­li ma­szy­na się ode­zwa­ła:

– Moż­na wie­dzieć, co ro­bisz?

– Je­steś Ma­szy­ną Do Speł­nia­nia Ży­czeń czy Do Sta­wia­nia Py­tań? – rzekł Kla­pau­cjusz i do­dał: – Po­trze­bu­ję nie­bie­skiej far­by.

– Nie wiem, czy bę­dzie w od­cie­niu, ja­kie­go po­trze­bu­jesz – od­par­ła ma­szy­na, wy­su­wa­jąc przez klap­kę w brzu­chu pusz­kę far­by. Kla­pau­cjusz otwo­rzył ją, bez sło­wa za­nu­rzył w niej pę­dzel i wziął się do ma­lo­wa­nia. Do wie­czo­ra za­żą­dał jesz­cze po ko­lei szmer­gla, kar­bo­run­du, wier­tła i bia­łej far­by oraz śru­bek, a za każ­dym ra­zem ma­szy­na da­wa­ła mu na­tych­miast to, cze­go so­bie ży­czył. Pod wie­czór za­krył bu­do­wa­ny przy­rząd ka­wał­kiem płach­ty, po­si­lił się, usiadł na­prze­ciw ma­szy­ny na ma­łym trój­no­gu i rzekł:

– Zo­ba­czy­my te­raz, czy coś po­tra­fisz. Po­wia­dasz, że umiesz ro­bić wszyst­ko?

– Wszyst­ko nie, ale wie­le – od­par­ła skrom­nie ma­szy­na. – Czy za­do­wo­li­ły cię far­by, śrub­ki i wier­tła?

– A, ow­szem, ow­szem! – od­parł Kla­pau­cjusz. – Ale za­żą­dam te­raz od cie­bie rze­czy da­le­ko trud­niej­szej. Je­śli jej nie zro­bisz, ode­ślę cię do twe­go pana z od­po­wied­nim po­dzię­ko­wa­niem i opi­nią.

– A cóż to ta­kie­go? – spy­ta­ła ma­szy­na i prze­stą­pi­ła z nogi na nogę.

– To Trurl – wy­ja­śnił Kla­pau­cjusz. – Masz mi zro­bić Trur­la, ta­ku­teń­kie­go jak praw­dzi­wy. Żeby je­den był nie do od­róż­nie­nia od dru­gie­go!

Ma­szy­na po­mru­cza­ła, po­brzę­cza­ła, po­szu­mia­ła i rze­kła:

– Do­brze, zro­bię ci Trur­la, ale ob­chodź się z nim ostroż­nie, bo to bar­dzo wiel­ki kon­struk­tor!

– Ach, ro­zu­mie się, mo­żesz być spo­koj­na – od­parł Kla­pau­cjusz. – No i gdzież ten Trurl?

– Co? Tak za­raz? Prze­cież to nie byle co – rze­kła ma­szy­na. – To musi chwi­lę po­trwać. Trur­le – to nie śrub­ki ani la­kie­ry!

Jed­nak­że nad po­dziw szyb­ko za­trą­bi­ła, za­dzwo­ni­ła, w brzu­chu otwar­ły się jej spo­re drzwicz­ki i z ciem­ne­go wnę­trza wy­szedł Trurl. Kla­pau­cjusz wstał, ob­szedł go, przyj­rzał mu się z bli­ska, ob­ma­cał go do­kład­nie i ostu­kał, ale nie było żad­nej wąt­pli­wo­ści – miał przed sobą Trur­la jak dwie kro­ple wody po­dob­ne­go do ory­gi­na­łu. Trurl, któ­ry wy­szedł z brzu­cha ma­szy­ny, mru­żył oczy od świa­tła, ale poza tym za­cho­wy­wał się cał­kiem zwy­czaj­nie.

– Jak się masz, Trur­lu! – po­wie­dział Kla­pau­cjusz.

– Jak się masz, Kla­pau­cju­szu! Ale skąd ja się tu wła­ści­wie wzią­łem? – od­parł, wy­raź­nie zdzi­wio­ny, Trurl.

– A, tak, ot, po pro­stu za­sze­dłeś… Daw­no cię nie wi­dzia­łem. Jak ci się u mnie po­do­ba?

– Ow­szem, ow­szem… Co to masz tam pod tą płach­tą?

– Nic ta­kie­go. Może sią­dziesz?

– E, kie­dy zda­je mi się, że już póź­no. Ciem­no na dwo­rze, chy­ba pój­dę do domu.

– Nie tak pręd­ko, nie tak za­raz! – za­pro­te­sto­wał Kla­pau­cjusz. – Chodź naj­pierw do piw­ni­cy, zo­ba­czysz, ja­kie to bę­dzie in­te­re­su­ją­ce…

– A cóż masz ta­kie­go w piw­ni­cy?

– Jesz­cze nie mam, ale będę za­raz miał. Chodź, chodź… I, po­kle­pu­jąc go, spro­wa­dził Kla­pau­cjusz Trur­la do piw­ni­cy, tam zaś pod­sta­wił mu nogę, a gdy ów upadł, zwią­zał go, a po­tem gru­bym drą­giem za­czął go tłuc na kwa­śne jabł­ko. Trurl wrzesz­czał wnie­bo­gło­sy, wzy­wał po­mo­cy, na prze­mian klął i pro­sił zmi­ło­wa­nia, lecz nic to nie po­ma­ga­ło – noc była ciem­na i pu­sta, a Kla­pau­cjusz wa­lił go da­lej, aż hu­cza­ło.

– Oj! Au! Dla­cze­go mnie tak bi­jesz?! – wo­łał Trurl, uchy­la­jąc się przed ra­za­mi.

– Bo mi to spra­wia przy­jem­ność – wy­ja­śnił Kla­pau­cjusz i za­mach­nął się. – Te­goś jesz­cze nie spró­bo­wał, mój Trur­lu!

I ude­rzył go w gło­wę, aż za­dzwo­ni­ła jak becz­ka.

– Puść mnie na­tych­miast, bo pój­dę do kró­la i po­wiem, co ze mną ro­bi­łeś, a wtrą­ci cię do lo­chu!! – krzy­czał Trurl.

– Nic mi nie zro­bi. A wiesz, cze­mu? – spy­tał Kla­pau­cjusz i usiadł na ław­ce.

– Nie wiem – rzekł Trurl rad, że na­stą­pi­ła prze­rwa w bi­ciu.

– Bo ty nie je­steś praw­dzi­wym Trur­lem. On jest u sie­bie, zbu­do­wał Ma­szy­nę Do Speł­nia­nia Ży­czeń i przy­słał mi ją w da­rze, a ja, żeby ją wy­pró­bo­wać, ka­za­łem jej spo­rzą­dzić cie­bie! Te­raz od­krę­cę ci gło­wę, po­sta­wię pod moim łóż­kiem i będę jej uży­wał jako pa­choł­ka do ścią­ga­nia bu­tów!

– Je­steś po­two­rem! Dla­cze­go chcesz to zro­bić?!

– Po­wie­dzia­łem ci już: bo mi to spra­wia przy­jem­ność. No, dość tego pu­ste­go ga­da­nia! – to mó­wiąc, Kla­pau­cjusz ujął kij w obie ręce, a Trurl za­czął krzy­czeć:

– Prze­stań! Prze­stań na­tych­miast! Po­wiem ci coś bar­dzo waż­ne­go!!

– Cie­ka­wym, co mo­żesz mi ta­kie­go po­wie­dzieć, co by mnie po­wstrzy­ma­ło od uży­wa­nia twej gło­wy jako pa­choł­ka do bu­tów – od­parł Kla­pau­cjusz, ale prze­stał go bić. Trurl za­wo­łał wte­dy:

– Wca­le nie je­stem Trur­lem zro­bio­nym przez ma­szy­nę! Je­stem praw­dzi­wym Trur­lem, naj­praw­dziw­szym w świe­cie, i chcia­łem się tyl­ko do­wie­dzieć, co ro­bisz od tak daw­na, za­mknąw­szy się w domu na czte­ry spu­sty! Zbu­do­wa­łem więc ma­szy­nę, scho­wa­łem się w jej brzu­chu i ka­za­łem się za­nieść do twe­go domu pod po­zo­rem, że ona jest po­dar­kiem ode mnie dla cie­bie!

– Pro­szę, pro­szę, ależ hi­sto­ryj­kę wy­my­śli­łeś i to tak na po­cze­ka­niu! – rzekł Kla­pau­cjusz i wsta­jąc, ści­snął w ręku grub­szy ko­niec kija. – Mo­żesz się nie wy­si­lać, wi­dzę two­je kłam­stwa na wy­lot. Je­steś Trur­lem zro­bio­nym przez ma­szy­nę, speł­nia ona wszyst­kie ży­cze­nia, dzię­ki niej do­sta­łem śrub­ki i bia­łą far­bę, jak rów­nież nie­bie­ską, wier­tła i inne rze­czy. Je­że­li po­tra­fi­ła zro­bić tam­to, po­tra­fi­ła zro­bić i cie­bie, mój ko­cha­ny!

– Mia­łem to wszyst­ko przy­go­to­wa­ne w jej brzu­chu! – za­wo­łał Trurl. – Nie było trud­no prze­wi­dzieć, cze­go bę­dziesz po­trze­bo­wał pod­czas pra­cy! Przy­się­gam, że mó­wię praw­dę!

– Gdy­by to była praw­da, ozna­cza­ła­by, że mój przy­ja­ciel, wiel­ki kon­struk­tor Trurl, jest zwy­czaj­nym oszu­stem, a w to ni­g­dy nie uwie­rzę! – od­parł Kla­pau­cjusz. – Masz!

I zdzie­lił go od ucha w ple­cy.

– To za oszczer­stwa rzu­co­ne na mego przy­ja­cie­la Trur­la.

– Masz jesz­cze raz!

I do­ło­żył mu z dru­giej stro­ny. Po­tem bił go jesz­cze, grzmo­cił i tłukł, aż się zmę­czył.

– Pój­dę się te­raz zdrzem­nąć nie­co i w ten spo­sób od­pocz­nę – rzekł wy­ja­śnia­ją­co i od­rzu­cił kij. – A ty po­cze­kaj so­bie, nie­ba­wem wró­cę… – Kie­dy od­szedł, a po ca­łym domu ro­ze­szły się od­gło­sy jego po­chra­py­wa­nia, Trurl póty jął wić się w sznu­rach, aż roz­luź­nił je, po­tem po­roz­su­pły­wał wę­zły, po­biegł ci­cho na górę, wlazł do środ­ka ma­szy­ny i ru­szył w niej z ko­py­ta do domu. Kla­pau­cjusz zaś, śmie­jąc się w ku­łak, pa­trzał przez gór­ne okien­ko na jego uciecz­kę. Na­za­jutrz udał się z wi­zy­tą do Trur­la. Ten wpu­ścił go do izby, mil­cząc po­nu­ro. W izbie pa­no­wał pół­mrok, lecz by­stry Kla­pau­cjusz i tak spo­strzegł, że kor­pus i gło­wa Trur­la no­szą śla­dy wiel­kie­go la­nia, ja­kie mu spu­ścił, cho­ciaż wi­dać było, że Trurl po­rząd­nie się na­pra­co­wał, wy­kle­pu­jąc i pro­stu­jąc wgłę­bie­nia uczy­nio­ne ra­za­mi.

– Có­żeś taki po­sęp­ny? – za­gad­nął we­so­ło Kla­pau­cjusz. – Przy­sze­dłem po­dzię­ko­wać ci za pięk­ny po­da­rek, szko­da tyl­ko, że pod­czas mego snu umknął, zo­sta­wia­jąc otwar­te drzwi, jak­by się pa­li­ło!

– Wy­da­je mi się, że uczy­ni­łeś nie­wła­ści­wy uży­tek z mego po­da­run­ku, aby nie po­wie­dzieć wię­cej! – wy­buch­nął Trurl. – Ma­szy­na opo­wie­dzia­ła mi wszyst­ko, nie mu­sisz się fa­ty­go­wać – do­dał ze zło­ścią, wi­dząc, że Kla­pau­cjusz otwie­ra usta. – Ka­za­łeś jej zro­bić mnie, mnie sa­me­go, a po­tem pod­stę­pem spro­wa­dzi­łeś du­pli­kat mej oso­by do piw­ni­cy i tam naj­strasz­li­wiej go zbi­łeś! I po ta­kiej wy­rzą­dzo­nej mi znie­wa­dze, po ta­kiej po­dzię­ce za wspa­nia­ły dar ośmie­lasz się jesz­cze, jak gdy­by ni­g­dy nic, przy­cho­dzić do mnie? Co masz mi do po­wie­dze­nia?

– Zu­peł­nie nie poj­mu­ję twe­go gnie­wu – od­parł Kla­pau­cjusz.

– Istot­nie, ka­za­łem ma­szy­nie zro­bić two­ją ko­pię. Po­wia­dam ci, była do­sko­na­ła, wprost zdu­mia­łem się na jej wi­dok. Co się ty­czy bi­cia, ma­szy­na mu­sia­ła moc­no prze­sa­dzić – istot­nie, szturch­ną­łem parę razy tego zro­bio­ne­go, bo chcia­łem wy­pró­bo­wać, czy jest so­lid­nie wy­ko­na­ny, by­łem też cie­kaw, jak na to za­re­agu­je. Oka­zał się nad­zwy­czaj­nie by­stry. Z miej­sca opo­wie­dział mi wy­my­ślo­ną hi­sto­ryj­kę, ja­ko­byś to był ty sam we wła­snej oso­bie; nie da­łem mu wia­ry, a wte­dy za­czął przy­się­gać, że wspa­nia­ły dar nie był da­rem, lecz zwy­kłym oszu­kań­stwem; ro­zu­miesz chy­ba, że w obro­nie twe­go ho­no­ru, ho­no­ru mo­je­go przy­ja­cie­la, mu­sia­łem go za tak bez­czel­ne kłam­stwa zło­ić. Prze­ko­na­łem się jed­nak, że wy­ka­zu­je wy­bit­ną in­te­li­gen­cję, a więc nie tyl­ko fi­zycz­nie, ale i du­cho­wo przy­po­mi­nał cie­bie, mój dro­gi. Je­steś, za­iste, wiel­kim kon­struk­to­rem, to tyl­ko chcia­łem ci po­wie­dzieć i w tym celu przy­sze­dłem tak wcze­śnie!

– Ach! No, tak, za­pew­ne – od­parł już nie­co udo­bru­cha­ny Trurl. – Co praw­da uży­tek, jaki zro­bi­łeś z Ma­szy­ny Do Speł­nia­nia Ży­czeń, nie wy­da­je mi się w dal­szym cią­gu naj­szczę­śliw­szy, ale niech ci bę­dzie…

– A, praw­da, chcia­łem cię wła­śnie spy­tać, co wła­ści­wie zro­bi­łeś z tym sztucz­nym Trur­lem? – spy­tał nie­win­nie Kla­pau­cjusz. Czy mógł­bym go zo­ba­czyć?

– Był wprost sza­lo­ny z wście­kło­ści! – od­parł Trurl. – Gro­ził, że strza­ska ci czasz­kę, za­cza­iw­szy się koło tej wiel­kiej ska­ły przy two­im domu, a kie­dy usi­ło­wa­łem mu to wy­per­swa­do­wać, ska­kał mi do oczu, w nocy zaś jął pleść z dru­tów wny­ki i sie­ci na cie­bie, mój dro­gi, więc cho­ciaż uwa­ża­łem, że to mnie ob­ra­zi­łeś w jego oso­bie, po­wo­do­wa­ny pa­mię­cią o na­szej sta­rej przy­jaź­ni, aby usu­nąć ci z dro­gi gro­żą­ce nie­bez­pie­czeń­stwo (bo on się aż za­pa­mię­tał), ro­ze­bra­łem go, nie wi­dząc in­ne­go wyj­ścia, na drob­ne czę­ści…

To mó­wiąc, Trurl jak­by od nie­chce­nia trą­cił nogą wa­la­ją­ce się po pod­ło­dze, roz­włó­czo­ne szcząt­ki me­cha­ni­zmów.

Po czym po­że­gna­li się cie­pło i roz­sta­li jako ser­decz­ni przy­ja­cie­le. Od tej pory Trurl nie ro­bił nic in­ne­go, tyl­ko na lewo i na pra­wo opo­wia­dał całą hi­sto­rię, jak to ob­da­ro­wał Kla­pau­cju­sza Ma­szy­ną Do Speł­nia­nia Ży­czeń, jak ob­da­ro­wa­ny po­stą­pił nie­pięk­nie, ka­żąc jej zro­bić so­bie Trur­la i spu­ścił mu la­nie, jak wspa­nia­le spo­rzą­dzo­na przez ma­szy­nę ko­pia zręcz­ny­mi kłam­stwa­mi usi­ło­wa­ła wy­do­być się z opre­sji i umknę­ła, le­d­wo zmę­czo­ny Kla­pau­cjusz uło­żył się do snu, a on sam, Trurl, ro­ze­brał na ka­wał­ki zro­bio­ne­go Trur­la, któ­ry przy­biegł do jego do­mo­stwa, uczy­nił zaś tak tyl­ko po to, by uchro­nić swe­go przy­ja­cie­la od ze­msty po­bi­te­go. I póty opo­wia­dał i chwa­lił się, i pu­szył, i przy­zy­wał świa­dec­two Kla­pau­cju­sza, aż wieść o tej dziw­nej przy­go­dzie do­szła na dwór kró­lew­ski i nikt już tam nie wy­ra­żał się o Trur­lu ina­czej, jak tyl­ko z naj­więk­szym po­dzi­wem, choć do nie­daw­na jesz­cze po­wszech­nie zwa­no go Kon­struk­to­rem Naj­głup­szych Ma­szyn Ro­zum­nych na świe­cie. A kie­dy Kla­pau­cjusz po­sły­szał, że sam król ob­fi­cie ob­da­ro­wał Trur­la i od­zna­czył go Or­de­rem Wiel­kiej Sprę­ży­ny i Gwiaz­dą He­li­ko­no­idal­ną, za­wo­łał wiel­kim gło­sem:

– Jak to? Więc za to, że uda­ło mi się go prze­chy­trzyć, kie­dym go przej­rzał, kie­dy spu­ści­łem mu set­ne baty, że mu­siał się po­tem kle­pać i ła­tać, jak nie­pysz­ny ucie­kł­szy na po­krzy­wio­nych no­gach nocą z mo­jej piw­ni­cy, za to wszyst­ko opły­wa te­raz w do­stat­ki, a jak­by tego było mało, król od­zna­cza go jesz­cze or­de­rem? O, świe­cie, świe­cie!…

I okrop­nie roz­gnie­wa­ny wró­cił do domu, aby za­mknąć się w nim na czte­ry spu­sty. Bu­do­wał bo­wiem taką samą Ma­szy­nę Do Speł­nia­nia Ży­czeń jak i Trurl, tyl­ko tam­ten wcze­śniej ją skoń­czył.

SIEDEM WYPRAW TRURLA I KLAPAUCJUSZA

WYPRAWA PIERWSZA, CZYLI PUŁAPKA GARGANCJANA

Kie­dy Ko­smos nie był jesz­cze tak roz­re­gu­lo­wa­ny jak dziś, a wszyst­kie gwiaz­dy sta­ły po­rząd­nie po­usta­wia­ne, tak że ła­two dało się je po­li­czyć od le­wej ku pra­wej albo z góry na dół, przy czym osob­no gru­po­wa­ły się więk­sze i bar­dziej nie­bie­skie, a mniej­sze i żółk­ną­ce jako cia­ła dru­giej ka­te­go­rii po­upy­cha­ne były po ką­tach, gdy w prze­strze­ni ani śla­du nikt nie zna­lazł wsze­la­kie­go ku­rzu, pyłu i śmie­cia mgła­wi­co­we­go, w owych do­brych, daw­nych cza­sach pa­no­wał zwy­czaj, że kon­struk­to­rzy po­sia­da­ją­cy Dy­plom Omni­po­ten­cji Per­pe­tu­al­nej z wy­róż­nie­niem wy­pra­wia­li się kie­dy nie­kie­dy w po­dró­że, aby da­le­kim lu­dom nieść do­brą radę i po­moc. Zda­rzy­ło się więc, że zgod­nie z ową tra­dy­cją wy­pra­wi­li się Trurl i Kla­pau­cjusz, któ­rzy tak umie­li gwiaz­dy stwa­rzać lub ga­sić, jak­by ktoś orze­chy łu­skał. Kie­dy wiel­kość prze­by­tej ot­chła­ni za­tar­ła już w nich ostat­nie wspo­mnie­nie oj­czy­ste­go nie­ba, uj­rze­li przed sobą pla­ne­tę, nie za dużą i nie za małą, w sam raz, z jed­nym je­dy­nym kon­ty­nen­tem. Jego środ­kiem bie­gła li­nia cał­kiem czer­wo­na, wszyst­ko zaś, co znaj­do­wa­ło się z jed­nej stro­ny, było żół­te, a to co z dru­giej – ró­żo­we. Zro­zu­mie­li więc, że mają przed sobą dwa są­sia­du­ją­ce pań­stwa, i po­sta­no­wi­li na­ra­dzić się przed lą­do­wa­niem.

– Sko­ro tu są dwa pań­stwa – rzekł Trurl – spra­wie­dli­wie bę­dzie, je­śli ty udasz się do jed­ne­go, a ja do dru­gie­go. Dzię­ki temu nikt nie zo­sta­nie po­krzyw­dzo­ny.

– Do­brze – od­parł Kla­pau­cjusz – ale co bę­dzie, je­śli za­żą­da­ją od nas środ­ków wo­jen­nych? To się zda­rza.

– Istot­nie, mogą do­ma­gać się bro­ni, na­wet cu­dow­nej – zgo­dził się Trurl. – Ustal­my, że twar­do od­mó­wi­my.

– A je­śli będą na­sta­wa­li gwał­tow­nie? – za­re­pli­ko­wał Kla­pau­cjusz. – I tak bywa.

– Zba­da­my to – rzekł Trurl i włą­czył ra­dio, z któ­re­go buch­nę­ła za­raz dziar­ska mu­zy­ka woj­sko­wa.

– Mam po­mysł – rzekł Kla­pau­cjusz, wy­łą­cza­jąc ra­dio. – Mo­że­my za­sto­so­wać re­cep­tę Gar­gan­cja­na. I cóż ty na to?

– Ach, re­cep­ta Gar­gan­cja­na! – wy­krzyk­nął Trurl. – Ni­g­dy nie sły­sza­łem, aby ją ktoś sto­so­wał. Ale moż­na zro­bić po­czą­tek. Cze­mu nie?

– Każ­dy z nas bę­dzie go­tów ją za­sto­so­wać – wy­ja­śnił Kla­pau­cjusz – ale ko­niecz­nie mu­si­my to zro­bić obaj, ina­czej wszyst­ko skoń­czy się cał­kiem nie­do­brze.

– Och, to głup­stwo – rzekł Trurl. Wy­jął zza pa­zu­chy zło­te puz­der­ko i otwo­rzył je. W środ­ku le­ża­ły na ak­sa­mi­cie dwie bia­łe ku­lecz­ki.

– Weź jed­ną, przy mnie zo­sta­nie dru­ga – po­wie­dział. – Co wie­czór obej­rzysz swo­ją ku­lecz­kę; je­śli za­ró­żo­wi się, bę­dzie to ozna­cza­ło, że za­sto­so­wa­łem prze­pis. Wte­dy i ty zro­bisz to samo.

– A za­tem umo­wa stoi – rzekł Kla­pau­cjusz, scho­wał ku­lecz­kę, po czym wy­lą­do­wa­li, uści­snę­li się i ru­szy­li w prze­ciw­ne stro­ny.