Coś niestandardowego - Piotr Kapała - ebook
Opis

Coś niestandardowego” to debiutancka powieść o przygodach młodego Shertona, który niespodziewanie pojawia się w Tulkorowie, mieście, w którym wszyscy go znają. Kim jest i dlaczego ludzie znają jego przeszłość? Z pomocą wójta a także przyjaciół, Tymona i Gajdmura, rozpoczyna walkę o odzyskanie pamięci i odkrycie swojego przeznaczenia. Odkryta prawda będzie bolesna, o czym szybko się przekona. Czeka go spore wyzwanie: musi oczyścić swoje dobre imię z win ojca. W trakcie walki odnajdzie miłość.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 212

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Piotr ‌Kapała

Coś niestandardowego

Przeszłość ‌zawsze wraca. Nie ‌możesz od niej uciec.

© Piotr ‌Kapała, 2016

„Coś niestandardowego” to debiutancka ‌powieść ‌o przygodach młodego ‌Shertona, który niespodziewanie ‌pojawia się ‌w Tulkorowie, ‌mieście ‌w którym wszyscy ‌go ‌znają.. Kim ‌jest i dlaczego ‌ludzie znają jego ‌przeszłość? Z pomocą wójta ‌a także przyjaciół, Tymona i Gajdmura, ‌rozpoczyna ‌walkę o odzyskanie pamięci ‌i odkrycie swojego ‌przeznaczenia. Odkryta prawda będzie ‌bolesna, ‌o czym szybko ‌się przekona. Czeka go spore ‌wyzwanie: ‌musi oczyścić ‌swoje ‌dobre ‌imię z win ojca. W trakcie ‌walki odnajdzie miłość…

ISBN 978-83-8104-257-4

Książka powstała ‌w inteligentnym ‌systemie ‌wydawniczym Ridero

Nie ‌tak dawno, nie tak ‌daleko ‌i nie za siedmioma

górami i siedmioma ‌lasami, ‌tylko w dolinie Gór

Bartackich ‌i okolicy wydarzyła się ‌pewna dość

intrygująca historia…

Rozdział ‌1. Przybłęda

30 lipca 2012 ‌roku, w poniedziałek, ‌w dość dużym mieście o nazwie Tulkorów, mocno świeciło słońce. Tulkorowianie właśnie szli do pracy. Dość niechętnie, gdyż po weekendzie byli rozleniwieni. Z kolei gdzieś w lesie za miastem obudził się pewien człowiek. Miał krótkie, czarne włosy, zielone oczy, orli nos i tatuaż na prawym ramieniu. Wyglądał na około 20 lat. Po wyjściu z krzaków rozejrzał się dookoła.

— O jeju! — mruknął. — Co myśmy wczoraj pili?

Człowiek ten nie mógł sobie przypomnieć. Nie miał jednak kaca, gdyż nie czuć było od niego alkoholu. Pamiętał jedynie swoje imię. Nazywał się Sherton. Na ten moment był to jedyny fakt, jaki pamiętał.

— Jest tu kto?! — zawołał Sherton.

Nie mógł głośno krzyczeć, bo miał trochę zdarte gardło. Sherton postanowił sprawdzić, gdzie jest. Znalazł w kieszeni mały nożyk i postanowił z jego pomocą wejść na najwyższe drzewo. Okazało się, że był bardzo sprawny fizycznie. Wbijał nożyk w drzewo i w ten sposób wchodził coraz wyżej. W końcu Sherton wszedł na koronę drzewa i zobaczył góry, a w oddali zabudowę Tulkorowa i mnóstwo białych wiatraków produkujących energię dla miasta.

— Miasto… Uff! — odetchnął z ulgą Sherton. — Nareszcie!

Sherton zaczął schodzić z drzewa. Wbijał w nie nożyk i szybko schodził coraz niżej. Wtem… zahaczył lewą łydką o wystającą gałąź drzewa, która mocno go zraniła. Pociekła krew. Z bólu puścił się drzewa i poleciał w dół. Na szczęście nie był wysoko i tylko trochę się poturbował. Jednak z trudem podniósł się na nogi. Był wyczerpany, ranny i solidnie obolały. Rana na jego lewej nodze była dość głęboka.

— Nie no… — mruknął Sherton. — Jeszcze tego brakuje!

Sherton zacisnął zęby i, kulejąc, zmierzał w stronę Tulkorowa. Z grymasem bólu na twarzy i z wielkim trudem przedzierał się między krzakami, które tłukły go w twarz. Otwartą ranę atakowały komary i meszki. Wtem Sherton zauważył niewielki strumyk wody.

— Woda, krystaliczne cudeńko — wysapał Sherton resztkami sił.

Nabrał wody w ręce i wypił. Od razu poczuł się lepiej. Woda była krystalicznie czysta i polał sobie nią ranę na lewej nodze. Postanowił zatamować krwotok. Zerwał liście i obwiązał sobie łydkę. Napił się jeszcze trochę wody, gdyż dawno nie miał nic w ustach. Sherton czuł, że słabnie. Zacisnął jednak zęby i powoli, kulejąc, ruszył przed siebie. Liczył, że może uda mu się dotrzeć do miasta. Sam las robił się coraz rzadszy. Sherton cały czas przyciskał liście do rany i mimo bólu człapał naprzód. Wreszcie wyszedł z krzaków. Znalazł się na szerokiej ścieżce, na której widać było wyraźne ślady opon. Kulejąc i z kwaśną miną, Sherton wyszedł z lasu. Znajdował się na bitej drodze, która prowadziła przez olbrzymią polanę do murów miasta. W końcu dotarł do Tulkorowa, miasta, które zobaczył z korony drzewa. Znalazł się przed wysokim na 20 metrów murem obronnym. Mur był zaniedbany i powszechnie nielubiany, gdyż mieszkańcy Tulkorowa cenili sobie nowoczesność, a mur był symbolem dawnych czasów. Nie było jednak pieniędzy w budżecie na jego zburzenie.

— Co to za miasto? — spytał sam siebie Sherton. — Jaki ten mur obronny jest przestarzały!

Sherton poczuł się, jakby zobaczył ósmy cud świata. Miasto wyłaniało się spomiędzy wysokich drzew. Czuł ulgę, chociaż opatrunek z liści trzymał się na nodze coraz słabiej i krew zaczynała się coraz bardziej sączyć z rany. Miał jednak nadzieję, że wreszcie ktoś mu pomoże. Zmęczony Sherton usiadł na ziemi.

— O co tu w tym wszystkim chodzi? — mruknął Sherton. — Kim ja jestem? Niech mi to ktoś wyjaśni!

Sherton kompletnie nic nie pamiętał. Obolały przez chwilę leżał nieruchomo, patrząc w niebo. Z miasta dochodziły hałasy i głosy ludzkie. Nagle… Sherton zobaczył orła, który szybował nad miastem i lasem. Olbrzymi ptak krzyczał i krążył tuż nad głową Shertona.

„Latanie to supersprawa… Gdybym mógł mieć takie skrzydła…” — pomyślał Sherton.

Orzeł, jakby słysząc jego myśli, krzyknął jeszcze głośniej i zniżył lot, zwalniając tuż nad Shertonem. Ten nie wiedział, o co chodzi, ale tknęła go jakaś tajemnicza siła. Sherton wstał, otrzepał się i postanowił odnaleźć bramę do miasta. Orzeł leciał teraz bardzo powoli, a Sherton zaczął kuśtykać za nim. Sam nie wiedział, czy dobrze robi, ale głos orła wyraźnie go nawoływał. Sherton przeszedł parę kroków i zauważył, że ptak usiadł na wieży strażniczej. Sherton podszedł do niej, a wtedy zobaczył ścieżkę i… bramę do miasta. W tym momencie orzeł wzbił się w powietrze i krzykiem pożegnał Shertona, po czym odleciał w nieznane.

— Dzięki, skrzydlaty — szepnął Sherton.

Szybko znalazł leżący kij i użył go jako laski. Podpierając się, dotarł do olbrzymiej, szerokiej na 30 metrów bramy wjazdowej. Sherton wkroczył na teren nowo odkrytego przez siebie miasta. Wiedział, że jest już uratowany. Miasto, do którego dotarł, czyli Tulkorów, od razu zachwyciło przybysza. Nowoczesna zabudowa stanowiła jednak olbrzymi kontrast dla przestarzałych i zniszczonych murów obronnych.

Po przekroczeniu bramy Sherton zobaczył kilkupiętrowe domy, wśród których były zarówno stare budynki jak i nowsze, a na ich parterach — sklepiki. Na ścianach kamienic znajdowały się bilbordy z reklamami. W mieście uliczki miały szerokość około siedmiu metrów, z wyznaczonym chodnikiem. Uliczkami jeździły srebrne, nieduże pojazdy niewiele większe od trabantów oraz trochę większe dostawcze vany. Auta tulkorowskie należały to spółki Contelius. Tymi samochodami jeździły wszystkie okoliczne miasta — to jedyna marka w okolicy. Na ulicach były srebrne latarnie, które w dzień się nie paliły. Sherton dokładnie się rozejrzał po mieście i zobaczył, że jakiś człowiek pakuje olbrzymią skrzynię do Conteliusa w wersji van. Sherton widział, że w skrzyni są marchewki, bo skrzynia była lekko dziurawa. Choć wiedział, że nie wolno kraść, to głód był silniejszy.

„Pomarańczowe, chrupiące cudeńka” — pomyślał Sherton. „Żarcie!”.

Otworzył skrzynię, po czym wziął jedną marchewkę i natychmiast ją schrupał. A potem drugą… Wtem zauważył właściciela skrzyń, który zamierzał załadować marchewki do vana. W ułamku sekundy Sherton zdążył się wsunąć do otwartej skrzyni. Kupiec niczego nie zauważył, gdyż przez chwilę z kimś rozmawiał, głośno się śmiejąc. Sherton skorzystał z okazji i błyskawicznie zjadł jeszcze kilka marchewek. Mimo że zaspokoił głód, cały czas nie czuł się bezpiecznie. Właściciel marchewek odpalił silnik i powoli ruszył w stronę rynku. (W Tulkorowie auta jeździły wolno, gdyż takie było zarządzenie wójta). Nagle samochód się zatrzymał, mimo że na sygnalizatorze świetlnym było zielone światło. Sherton zauważył, że inne auta też stoją.

— Kiedy będzie to czerwone? — mruknął kupiec. — Chyba korzenie tu można zapuścić.

Na sygnalizatorze świetlnym zaświeciło się czerwone światło. W Tulkorowie i okolicach zielone światło oznaczało „stop”, a czerwone „możesz jechać”. Było tak od wielu, wielu lat.

Rozdział 2. Oskarżony

Sherton cały czas siedział w skrzyni z marchewkami, które zjadał. Kierowca nie miał pojęcia, że wiezie pasażera na gapę. W międzyczasie Sherton uchylił trochę skrzynię i przez niewielki otwór zobaczył domy i tłum ludzi. W końcu dojechali do rynku. Sherton otworzył szerzej skrzynię i zobaczył rynek, nad którym latało stado gołębi. Sam rynek był pełen ławek, stoisk z pamiątkami. Nieco z boku była fontanna w kształcie słonia — z jego trąby wylatywała woda. Na środku rynku był najwyższy budynek w mieście, czyli dziesięciopiętrowy Urząd Miasta Tulkorów. Nagle skrzynia się otworzyła!

— Ej, frajerze! — spytał właściciel skrzyni. — Co ty tu robisz?!

— Ja… Ja… — tłumaczył się Sherton. — Wpadłem w odwiedziny, bo się zgubiłem…

— Że co proszę? — spytał właściciel marchewek. — Kpisz sobie ze mnie?! Zjadłeś mi wszystkie marchewki!

Całą awanturą zainteresowali się strażnicy, inaczej gwardziści, czyli tamtejsza policja. Ubrani byli w czerwone płaszcze i olbrzymie czerwone hełmy z niewielką dziurą na oczy. W rękach trzymali ostre, naelektryzowane piki. Nie wyglądali przyjaźnie.

— Co tu się dzieje? — spytał gwardzista.

— Ten złodziej zjadł moje marchewki i zapaskudził skrzynię własną krwią — rzekł kupiec.

Dwaj gwardziści wyszarpali ze skrzyni obolałego Shertona. Ten czuł się już lepiej, ale widział, że ma kłopoty.

— Rozejść się, co to za zbiegowisko?! — zawołał drugi gwardzista. — A ty pójdziesz z nami!

Sherton cały czas nie był sprawny. Noga przestała mu krwawić, ale bardzo go bolała. Do tego popadł jeszcze w konflikt z prawem.

— Do diabła — mruknął Sherton. — Co ja narobiłem?

— Coś mówiłeś? — spytał gwardzista.

— W zasadzie to nic… — zaczął Sherton. — Przepraszam, nie chciałem ukraść tych marchewek, to czysty przypadek, słowo honoru!

Ubrani w czerwone peleryny i hełmy stróże prawa zakuli Shertona w ciężkie kajdany i, trzymając go pod pachami, wlekli ze sobą. Tymczasem właściciel marchewek był nadal wściekły i wykrzykiwał różne wyzwiska wobec Shertona.

— Dokąd mnie prowadzicie? — spytał zdenerwowany Sherton. — Ja… Strasznie przepraszam za te marchewki.

Gwardziści w milczeniu wyszli z Shertonem z rynku i skręcili w prawo.

— Tu jest nasza siedziba, kolego — rzekł gwardzista. — Zniszczyłeś to, na co ten kupiec tak ciężko harował. Na to jest paragraf, wiesz?

Sherton zwiesił głowę. Gwardziści weszli razem z nim do czerwonego budynku, a następnie krętymi schodami na górę. W budynku był labirynt pokoi, w których siedzieli odziani w całości na czerwono gwardziści.

— Dobra — powiedział jeden z nich. — Wołaj szefa.

Gwardziści zostawili Shertona na korytarzu. Po chwili przyszedł inny gwardzista, zdjął mu kajdany i zaprowadził do pokoju. Przy stole siedziało paru innych czerwonych gwardzistów.

— Dane osobowe poproszę — powiedział szef gwardii.

Sherton usiadł na krześle. Znowu poczuł się fatalnie.

— Co ja mam wam powiedzieć? — westchnął Sherton. — Nie wiem czemu, ale pamiętam tylko swoje imię. A nazywam się Sherton. Tak mi się w każdym razie zdaje.

Gwardziści spojrzeli na siebie, wymienili po cichu parę uwag i naradzili się.

— Słuchaj, gościu — mruknął szef. — Czy to ma być jakaś debilna wymówka? To, co zrobiłeś, to jest kradzież!

— Byłem głodny! — zawołał Sherton. — Ja naprawdę nic nie pamiętam. Powinniście się raczej zająć tym, że ktoś mnie ogłuszył!

— Nie ucz ojca dzieci robić — powiedział szef. — My mamy swoją robotę. Fakt jest taki, że ukradłeś cudze marchewki.

— Ja nie jestem złodziejem — odparł Sherton. — Naprawdę nie chciałem. Ale to była wyższa konieczność.

— Wyższa konieczność… — powiedział inny gwardzista. — Wyższa konieczność to dla ciebie jest w tym momencie rozprawa sądowa. To jest wyższa konieczność.

— Może się jednak jakoś dogadamy? — przekonywał Sherton.

— Nie ma co z nim rozmawiać — odezwał się gwardzista. — Dajmy mu bandaż i niech spędzi noc w celi.

— Dobra — odrzekł szef. — Trzeba zawiadomić wójta.

— A mógłbym z nim porozmawiać? — spytał Sherton.

— Przyjdzie jeszcze na to czas — odpowiedział szef gwardzistów.

Zanim strażnicy zamknęli Shertona w celi, jeden z gwardzistów przemył mu łydkę spirytusem i solidnie zabandażował. Sherton jednak nadal mocno utykał.

— Cela numer 19 — powiedział jeden gwardzista. — No, zapraszam. Wyśpij się, bo jutro czeka cię ciężki dzień.

Sherton został wepchnięty do małego pomieszczenia z materacem na podłodze, popękaną toaletą i zardzewiałym kranem z zimną wodą. Pomieszczenie miało obskurne, wysprejowane ściany.

— Czy dostanę coś do jedzenia i picia? — spytał Sherton.

— Dobra, przynieś mu coś — rzekł gwardzista — bo nam tu wykituje.

Gwardziści nie zamknęli Shertona, dopóki jeden z nich nie przyniósł mu czterech kromek chleba i szklanki wody. Po chwili zatrzasnęli drzwi na dwa zamki. Sherton cały czas nie mógł zrozumieć, o co chodzi. Czuł, że ma spore kłopoty, lecz nie miał pojęcia, co robić dalej.

— Kim ja jestem? — mruknął cicho Sherton. — Niech ktoś mi to wreszcie powie!

Sherton położył się na zdewastowanym materacu. W paru miejscach wystawały z niego sprężyny i raniły go w plecy.

— Ja nie wytrzymam tutaj — wyszeptał. — Co jest, do cholery!

Noc minęła Shertonowi ciężko i niewygodnie. Wczesnym rankiem gwardziści wyprowadzili go z celi. Ponownie zakuli mu ręce w ciężkie kajdany i prowadzili przez miasto. W milczeniu doszli do dość dużego gmachu sądu. Budynek ten był beżowego koloru, miał kolumny i duży napis „Sąd tulkorowski”. Gwardziści razem z Shertonem weszli po schodach, mijając wiele gabinetów, aż w końcu weszli na salę rozpraw. Mieścił się tam duży stół, przy którym siedzieli sędziowie. Rozprawie przewodniczyła starsza kobieta.

— Otwieram rozprawę — zaczęła pani sędzia prowadząca — z wtorku 31 lipca 2012. Oskarżonym jest pan Sherton. Czy przyznaje się pan do kradzieży i zniszczenia mienia osobistego?

Sherton westchnął ciężko. Widział, że ma spore kłopoty.

— Byłem głodny — odrzekł stanowczo oskarżony. — Byłem ranny, zresztą nadal jestem! Łeb mnie boli jak diabli, do tego nic nie pamiętam! Uwierzcie mi! Ja nie jestem jakimś kleptomanem!

Sędziowie namyślili się chwilę, wymieniali uwagi.

— Proszę, uwierzcie mi — powiedział Sherton. — Nie chciałem, żeby z tego była taka afera.

— A nie można było kogoś poprosić o pomoc? — spytał inny sędzia. — Czy musiał pan od razu kraść?

— Co miałem zrobić? — tłumaczył się Sherton. — Obudziłem się wczoraj w tym lesie, kompletnie nie wiedząc, kim jestem…

— A może ty jesteś szpiegiem? — zapytał kolejny sędzia. — Masz dosyć dziwny tatuaż.

— Nie wiem, kto mi go zrobił — prawie krzyknął Sherton. — Nie wiem, kim jestem. Owszem, zjadłem parę marchewek, ale byłem głodny, ranny i zmęczony. Ja w ogóle nie wierzyłem, że uda mi się tu dotrzeć. I pierwsza rzecz, jaka mnie tu spotkała, to areszt!

— Proszę nie krzyczeć w sądzie — odparła prowadząca rozprawę. — W takim razie czego pan szuka w Tulkorowie?

— Chciałbym wyleczyć nogę — powiedział Sherton. — Chcę też odzyskać pamięć!

— Ostatnie pytanie — wtrąciła inna sędzia. — W kogo pan wierzy?

— Przysięgam — mówił Sherton. — Mam dziurę w głowie, zupełnie nie wiem… Co ja mam zrobić?

Sędziowie chwilę się naradzali. Zdecydowana większość jednak uznała, że Sherton nie jest groźnym psychopatą ani seryjnym złodziejem.

— Wyrokiem sądu miasta Tulkorowa — zaczęła sędzia prowadząca — z wtorku 31 lipca 2012, oskarżony pan Sherton zostaje oczyszczony ze wszystkich zarzutów.

— Dzięki wielkie — powiedział Sherton.

Po rozprawie Sherton, kulejąc, opuścił salę. Samodzielne schodzenie po schodach sprawiało mu jednak spory kłopot. Po chwili przewrócił się i stoczył po schodach. Natknął się na niewysokiego mężczyznę z zadartym nosem.

— Proszę pana, panie Shertonie — powiedział mężczyzna. — Słyszałem temat rozprawy, czy wszystko jest z panem w porządku?

Sherton z trudem wstał. Noga nie krwawiła, ale go bolała. Nie było to przyjemne uczucie.

— Jest tu może szpital? — spytał Sherton.

— Oczywiście, nawet nie jeden — powiedział mężczyzna. — Zamówię taksówkę i pojedziemy tam.

— A kim pan jest? — spytał Sherton.

— Jestem tutaj wójtem — powiedział. — Musiałem właśnie sprawdzić stan ogólny budynku i dowiedzieć się, czy umieścić w budżecie na przyszły rok remont gmachu sądu.

— Słucham…? — spytał Sherton.

— Dobrze, potem porozmawiamy — powiedział wójt. — Proszę ze mną, tylko ostrożnie.

Rozdział 3. Szpital

Po rozprawie wójt załatwił taksówkę. Sherton został przetransportowany do najbliższego szpitala (w Tulkorowie były aż cztery). Ten, do którego wójt zawiózł Shertona, położony był na obrzeżach miasta, blisko muru obronnego. Był to duży, parterowy budynek z dużą liczbą balkonów oraz z wysokim, kominem z czerwonej cegły. Tymczasem rana na jego lewej łydce została dość poważnie zakażona w brudnej celi i Shertonowi groziła amputacja nogi.

— No to jesteśmy — powiedział wójt. — Tu się tobą zajmą we właściwy sposób.

— A może się jednak obejdzie bez tego? — spytał Sherton. — Może jednak obejdzie się bez szpitala?

— To tobie się tak wydaje — odparł wójt. — Jeśli nie przemyjesz porządnie rany, to grozi ci amputacja!

Sherton zbladł. Wójt wziął go pod rękę i wprowadził po małych schodkach do budynku szpitalnego. Sherton rozglądał się dookoła. Pomieszczenie było przytulne, ciepłe i eleganckie.

— Szefowo! — zawołał wójt. — Mam tu pacjenta. Jest, delikatnie mówiąc, poszkodowany.

Pielęgniarka dała wójtowi kartę pacjenta, którą ten podpisał.

— Dajcie jakieś łóżko! — zawołała pielęgniarka.

Parę osób w białych fartuchach przywiozło łóżko na kółkach. Gdy Sherton się na nim położył, okazało się, że jest czyste i miękkie. Od razu poczuł się lepiej.

— Trzymaj się — odparł wójt. — Od takich rzeczy się nie umiera.

Sherton już tego nie słyszał. Został zabrany wprost na operację, która zakończyła się sukcesem. Sherton był jednak nieludzko zmęczony i mimo wybudzenia po operacji, od razu zasnął. Potem trafił do jednoosobowego pokoju z balkonem i z widokiem na ruchliwą uliczkę. W pokoju były błękitne ściany, duża szafa, stół i parę krzeseł. Na stole stało radio. Pacjenta z samego rana odwiedził wójt.

— I jak noga? — spytał.

— Na miejscu — stwierdził Sherton. — Ale tak to kicha generalnie…

— Słyszałem, że podobno straciłeś pamięć — powiedział wójt. — Jak to możliwe?

— Też chciałbym to wiedzieć — powiedział Sherton. — A skąd pan to wie?

— Przecież w sądzie jest megafon — powiedział wójt. — Wszystko, co mówi sędzia i oskarżony, słychać w całym budynku.

— A no faktycznie — zauważył Sherton.

— A jakbyś się tak skupił… — zaczął wójt. — Tak na 100 %, to może udałoby ci się coś przypomnieć?

— Nic — mruknął Sherton. — Głowa mnie boli i nic nie pamiętam. Szczerze to nie mam ochoty o tym gadać. Chociaż…

Wójt wyjął notatnik i długopis, po czym zaczął notować.

— Obudziłem się w krzakach, w lesie — zaczął Sherton. — Od tego momentu pamiętam wszystko. No, ale chyba jestem trochę starszy, a pamiętam zdarzenia wyłącznie z ostatnich dwóch dni.

— Pokaż mi głowę — powiedział wójt.

Sherton podniósł głowę z poduszki i poczuł silny ból z tyłu głowy.

— Ożeż! — zawołał. — Co to, guz?

— Faktycznie — powiedział wójt. — Z kim ty zadarłeś? Ktoś cię nieźle rąbnął w potylicę.

— Wszystkiego się już mogę spodziewać — odparł Sherton. — Gdybym cokolwiek zapamiętał… Może mi to przejdzie… Sam już nie wiem.

Wtedy do pokoju weszła pielęgniarka z obiadem i z notatnikiem podobnym do tego, który miał wójt. Pożyczyła od niego długopis.

— I jak się pan czuje? — spytała.

— Do kitu — rzekł Sherton. — Mam guza na głowie. Ktoś mnie musiał ogłuszyć.

Pielęgniarka podniosła głowę Shertona i ją obejrzała.

— Fiuu — powiedziała. — Ale to nic takiego. Zagoi się. Czy czegoś pan sobie jeszcze życzy?

— A czego ja mogę chcieć? — zastanowił się Sherton. — Odzyskać tę cholerną pamięć!

Pielęgniarka zapisała, co mówił Sherton. Po chwili inna pielęgniarka przyniosła widelec i kubek z wodą.

— Jutro spotka się z panem psychiatra — powiedziała. — To pewnie pomoże, chociaż…

— Miejmy to już za sobą — powiedział Sherton.

Pielęgniarka zostawiła Shertona i wójta w pokoju.

— Gdzie ja będę mieszkał? — spytał Sherton.

— Na razie tutaj — powiedział wójt. — Jak stąd wyjdziesz, to masz miejsce w Zajeździe pod Łosiem. Potem można pomyśleć o jakimś mieszkaniu komunalnym.

— Naprawdę? — spytał zaskoczony Sherton. — Jak miło, ale…

— Na dyskusję przyjdzie czas później — skwitował wójt. — Dobra, ja muszę spadać, bo praca mnie goni. Zdrowiej mi tutaj!

Wójt zostawił Shertona samego. Teraz nie bolała go już noga, ale głowa. Leżał sam w pustym pokoju. W głębi duszy liczył jednak, że psychiatra mu pomoże. Tak minął cały dzień. Leżący i znudzony Sherton żałował, że wstał z krzaków i nie został w lesie. Rano obudził go pielęgniarz.

— No jak tam? — spytał pielęgniarz. — Czy coś pana boli?

Mężczyzna wyjął notes i długopis. Po chwili zaczął notować.

— Czy wy tu wszystko zapisujecie? — spytał Sherton. — To chyba moja sprawa.

— Takie są procedury — powiedział pielęgniarz. — Ja nie mam czasu. Mam też innych chorych. Muszę sprawdzić, czy jest pan gotowy na rozmowę z psychiatrą.

Sherton lekko podrapał się po głowie. Był zmieszany.

— A czy będę sam w pokoju? — spytał.

— Rozmowa z psychiatrą jest ściśle tajna — przekonywał pielęgniarz. — Proszę być spokojnym, nikt nie pozna jej treści.

Pielęgniarz wyszedł z pokoju i Sherton znowu był sam. Mimo że odpoczął, najadł się i napoił, to cały czas czuł niepewność. Dopiero niedawno odkrył wielkiego guza na potylicy. Sherton starał się jednak uspokoić. Zawołał jedną z pielęgniarek, żeby przyniosła mu puszkę energetyka. Nudząc się i martwiąc, Sherton spędził samotnie parę godzin aż w końcu przyszedł psychiatra.

— Witam drogiego pacjenta — powiedział psychiatra. — Nazywam się Arnold. Spróbuję jakoś panu pomóc, bo widzę, że ma pan kłopoty.

Arnold był dość niski i prawie łysy. Miał olbrzymią, czarną torbę i prawie cały czas palił cygaro.

— Może się pan skusi na jednego? — spytał Arnold i usiadł na krześle.

— Czemu nie? — odparł Sherton. — Moje ostatnie dni to pasmo klęsk.

Sherton zapalił cygaro. Po chwili cały pokój szpitalny wypełnił się dymem.

— Dałoby się otworzyć to okno? — spytał Sherton.

Arnold otworzył okno i tak samo jak wójt i pielęgniarki wyciągnął notatnik i długopis. Wcześniej jednak obydwaj wypalili cygara.

— No i co tam? — spytał Arnold. — Co pana tak naprawdę trapi?

— Pan jest naprawdę psychiatrą? — spytał Sherton.

— Nie, baletnicą — zaśmiał się Arnold. — A nie wyglądam na psychiatrę? Tak w ogóle to przejdźmy na „ty”.

— Sorry — powiedział Sherton. — Nie chciałem cię urazić. Mam masę problemów.

Arnold uważnie obserwował Shertona. Wziął drugie cygaro i zapalił je. Potem zaczął notować.

— Obudziłem się w jakichś krzakach — zaczął Sherton. — Ktoś mnie chyba ogłuszył, bo nic nie pamiętam. Potem zraniłem się w nogę. Jakoś tu dotarłem. Potem mnie aresztowali za zjedzenie paru marchewek! To jest irracjonalne!

— Takie mamy prawo — powiedział Arnold. — Tego się akurat chwilowo nie da zmienić. Martwi mnie jednak to, że masz całkowite zaburzenia swojej osobowości. Nawet nie wiem, kim jesteś?

— A co ja mam powiedzieć? — odpowiedział Sherton. — Owszem nie wiem, kim jestem, nie wiem, kim byłem. Może jakimś mafiozo albo seryjnym mordercą?

Arnold zaśmiał się. Po chwili zaczął się krztusić dymem z cygara.

— Nie wyglądasz mi na takiego — powiedział Arnold. — Spróbuję przeniknąć w twój mózg.

Arnold wziął małą rurkę i wsadził ją Shertonowi w prawe ucho. Sherton wrzasnął z bólu.

— W mordę! — wrzasnął. — Co ty robisz?!

Arnold uważnie badał mózg Shertona przez małą rurkę. Z kieszeni wyjął szkło powiększające…

— Kurde! — zawołał Sherton. — Wyjmij to!

Psychiatra klepnął Shertona w czubek głowy. Arnold cały czas obserwował mózg Shertona przez małą rurkę.

— Do licha! — krzyknął Sherton. — Weź to zabierz!

Arnold wyjął rurkę z ucha i wyrzucił do kosza. Teraz oprócz głowy, Shertona bolało również prawe ucho.

— Co ty mi zrobiłeś?! — krzyknął Sherton. — Mogłem wyjść stąd już jutro, a teraz leci mi krew z ucha!

— Jak to mówił mój dziadek, do wesela się zagoi — rzekł Arnold. — Będzie dobrze. Z nogą i z pamięcią. Zdaj się na moje doświadczenie.

— To co tam widziałeś? — spytał Sherton. — Jaka jest przyczyna tej amnezji?

— Mam za małe szkło powiększające — powiedział Arnold. — Ciężko mi to ocenić ot tak. Ale nie wiem, czy wiesz, poza psychiatrą jestem też niezawodowym wróżbitą. U ciebie widzę jednak za dużo plątaniny i niepokoju. Wiele przeżyłeś w życiu.

Sherton zbladł. Oczy prawie wyszły mu z orbit.

— Co przeżyłem, powiedz… — poprosił Sherton.

— Życie — rzekł tajemniczo Arnold. — Ponad 20-letnie życie. I to nie byle jakie. Życie bogate w doświadczenia.

— Kim ty jesteś?! — zawołał Sherton. — Co ty palisz? Co ty mi dałeś? To cygaro czy środek halucynogenny?!

— Trzymaj się — odparł Arnold i schował notatnik do teczki. — Musisz na siebie uważać.

Arnold wyszedł z sali i zostawił Shertona samego. Ten przez chwilę nie mógł wydusić żadnego słowa.

— Nie no, ja chyba wezmę żyletkę i się potnę — mruknął Sherton. — Życie tak daje w kość…

Rozdział 4. Tymon i Gajdmur

Od czasu rozmowy z psychiatrą Arnoldem, Sherton kompletnie się załamał. Prawie w ogóle się nie odzywał. Głównie patrzył się w okno. Ostatniego dnia pobytu Shertona w szpitalu, odwiedziła go pielęgniarka. Tradycyjnie miała notes i długopis.

— No i jak? — spytała. — Podobało się panu u nas?

— Nie, zupełnie nie — odpowiedział Sherton. — Czy cokolwiek może mi się obecnie podobać? Owszem, noga mnie nie boli…

— Proszę pana — podniosła głos pielęgniarka. — Ja muszę wszystko zapisać. Czy pobyt w szpitalu panu pomógł, czy nie?

— Ależ wy mnie męczycie! — Sherton położył głowę na poduszce. — Kiedy przyjedzie wójt?

— Niestety zatrzymały go ważne sprawy — odparła pielęgniarka. — Musi pan sam do niego dotrzeć. Życzę zdrowia.

Pielęgniarka wyszła i Sherton został sam. Postanowił wziąć się w garść. Od personelu dostał czyste ubranie i kilka dukatów. Ubrał się i już bez problemu wyszedł na dwór. W Tulkorowie tradycyjnie panował duży ruch. Na ulicach było dużo ludzi, miasteczko tętniło życiem. Sherton znalazł taksówkę i postanowił podjechać do przestarzałej karczmy.

— Przepraszam, halo! — zawołał Sherton. — Panie taksówkarzu!

— Tak? — spytał taksówkarz. — W czym mogę pomóc?

— Chciałbym się zabrać do Zajazdu pod Łosiem — powiedział Sherton.

— Proszę bardzo — powiedział taksówkarz.

Sherton wsiadł do niewielkiego samochodu. Mimo że samochód wyglądał bardzo niepozornie, był bardzo wygodny i miał klimatyzację! Taksówkarz odpalił swojego Conteliusa. Po chwili niewielkie autko ruszyło uliczkami Tulkorowa.

— Jakaś impreza się szykuje? — spytał taksówkarz.

— Chwilowo raczej nie — stwierdził Sherton. — Ale tu ładnie w tym mieście. Dopiero teraz to zauważyłem.

— No pewnie — przyznał taksówkarz. — To wszystko dzięki Unii. Ona finansuje rozwój naszego miasta.

— Nie wiem jak zacząć, ale jestem tu nowy… — powiedział Sherton. — Jak tu się u was żyje?

— Ho, ho, ho — zaczął taksówkarz. — Mógłbym panu opowiadać godzinami. Miasto się rozwija, coraz więcej ulic ma chodniki. Mamy tutaj własne niezależne radio tulkorowskie, gazetę „Dziennik Tulkorowski”. Cenimy sobie niezależność mediów, a byli tacy, co ją łamali.

— Tak bywa — przyznał Sherton. — Ale i tak dobrze, że chwilowo są te media niezależne.

— No jakby nie patrzeć — powiedział taksówkarz. — Wybory są co pięć lat. Nasz wójt to porządny człowiek, dotrzymał obietnic wyborczych. Gdyby tylko wyburzył te mury obronne… Od wielu lat wszyscy chcą je wyburzyć. Już wszystko gotowe i tu nagle… Tradycyjnie coś staje na przeszkodzie.

— No ale chyba miasto jest bezpieczniejsze? — powiedział Sherton.

— Widzi pan — odpowiedział taksówkarz. — Po wielu, wielu latach pokoju faktycznie mury są niepotrzebne. Niestety jednak nasza armia miejska właciwie nic nie robi. Żołnierze wolą imprezować, gdyż po prostu nie znają smaku wojny.

— Sam nie wiem, co o tym myśleć — rzekł Sherton. — Skoro jest pokój, to mury faktycznie można zburzyć.

— Wiele się remontuje, wiele buduje — odparł taksówkarz. — Ostatnio mój syn kupił sobie segment na obrzeżach. Ale niestety ma widok na… mur obronny. Wydał tyle dukatów na elegancki segment, a z okna widzi grubą ścianę.

— A jest tu jakiś przemysł? — spytał Sherton.

— Jest, oczywiście — odpowiedział taksówkarz. — Mamy własną elektrownię wiatrową, oczyszczalnię ścieków, produkujemy znane w okolicy piwo tulkorowskie. Miasto trzyma poziom.

— No nic — stwierdził Sherton. — Muszę tu trochę pomieszkać, więc poznam lepiej to miasto.

— Warto — powiedział taksówkarz. — Prawda jest taka, że odkąd jesteśmy w Unii Wielkomiejskiej, to wszyscy chcą do nas przyjeżdżać. Może dlatego, że jest względnie tanio.

W końcu dojechali do drewnianego budynku ze spadzistym dachem i kolumienkami. Nad drzwiami był wielki napis „Zajazd pod Łosiem”. Był to jeden z najstarszych budynków w Tulkorowie. Miejsce to wyglądało jakby czas się w nim zatrzymał.

— No to jesteśmy na miejscu — powiedział taksówkarz. — Cztery dukaty się należą.

Sherton pogrzebał w kieszeni i znalazł pieniądze. Dał należną kwotę taksówkarzowi.

— Trzymaj się! — zawołał taksówkarz i odjechał.

Sherton wszedł po schodkach do drewnianej karczmy. Mimo nowoczesności w mieście, przestarzała karczma cieszyła się popularnością. Budynek miał kilkaset lat.

— Co dla ciebie? — spytał karczmarz. — Polecam słabo wysmażony stek z cebulką i winko do tego.

— Nie mam aż tyle kasy — odparł Sherton. — Jak dla mnie to może… Jedno małe piwko.

— Nasze lokalne? — spytał karczmarz.

— Chętnie spróbuję — odpowiedział Sherton. — W życiu trzeba próbować nowych rzeczy.

Sherton wypił łyk piwa i faktycznie było bardzo dobre; nie za ostre, nie wysokoprocentowe. To było piwo pochodzące z Tulkorowa. Marka ta była dość powszechnie znana w okolicy.

— Podobno są tu jakieś miejsca noclegowe? — zapytał Sherton.

— Żaden problem — odparł karczmarz. — Tylko nie są zbyt wygodne. Ten budynek pamięta jeszcze chyba czasy średniowieczne…

— To akurat jest najmniejszy problem — powiedział Sherton. — Ważne, bym miał gdzie kimać.

— Jest parę wolnych miejsc — powiedział karczmarz. — Ludzie są tacy nowocześni, że wolą mieszkać w hotelach z jacuzzi i sauną.

— Wszystko ma plusy i minusy — powiedział Sherton. — To ja bym chętnie się wprowadził do nowego miejsca.

Sherton jednym łykiem dopił resztę piwa. Od razu wstał i odprowadzony przez karczmarza udał się schodami na górę, do pokoju. Schody były skrzypiące, a dookoła było trochę ciemno. Sherton wymacał włącznik i zapalił światło. Na korytarzu było wąsko, a podłoga także bardzo skrzypiała. Sherton odnalazł swój pokój. Ani myśląc otworzył drzwi. W środku siedziało 2 mężczyzn — 34-letni Gajdmur i 31-letni Tymon.

— No siemano — powiedział Gajdmur. — Jestem Gajdmur. A to Tymon.

— No cześć — powiedział Sherton i zamknął drzwi. — Będę z wami mieszkać.

— No i w sumie super — powiedział Tymon. — We dwóch trochę nudno. Siadaj, może tu.

Sherton usiadł na krześle. Widział, że Tymon i Gajdmur grają w pokera na pieniądze.

— Jak partia? — spytał.

— Do dupy — powiedział Gajdmur. — Ten oszust w kółko wygrywa.

— Zamknij mordę — bąknął Tymon.

— Ej — powiedział Sherton. — Luzik! Przecież nie gracie o złote kalesony!

— Wybacz, naprawdę — rzekł Gajdmur. — Jak się nazywasz?

— Sherton jestem — przywitał się. — Jestem tu nowy i trochę się nie orientuję co i jak.

— Przyzwyczaisz się — zapewnił Tymon. — A skąd jesteś?

— Tego niestety nie wiem — stwierdził Sherton. — W ogóle chyba mam jakąś amnezję, zaniki pamięci czy inne diabelstwo.

— Nie no, weź nie gadaj — odparł Tymon. — Może masz solidnego kaca?

— Weź się puknij — powiedział Sherton. — Ktoś mnie rąbnął w łeb.

W pokoju zapanowała cisza. Tymon i Gajdmur trochę spoważnieli. Sherton przysunął się bliżej stołu.

— A wy? — spytał. — Kim jesteście?

— Wychowaliśmy się w domu dziecka — powiedział Gajdmur. — Nie znaliśmy rodziców. Nie jesteśmy braćmi. Przyjaźnimy się od piaskownicy.

— To nawet ciekawe — powiedział Sherton. — Ja nawet nie wiem, kim byli moi rodzice.

— Dla niektórych to lepiej — odparł smutno Tymon. — Podobno moi byli alkoholikami. A właśnie! Mam tu niezłe winko. Zakosiłem temu typowi zza lady.

— O super — ucieszył się Gajdmur. — Trochę mnie suszy.

Gajdmur wyciągnął kieliszki z szuflady. Odkorkował butelkę i nalał wina Tymonowi. Nawet Sherton się zgodził.

— Macie jakąś pracę? — spytał Sherton. — Czymś się zajmujecie?

— Niestety nie — przyznał Tymon. — Pracujemy, że tak powiem, dorywczo i na czarno.

Shertona trochę zmartwiła opowieść Tymona i Gajdmura. Obydwaj sprawiali wrażenie sympatycznych, ale bardzo nieszczęśliwych, choć mocno próbowali to ukryć.

— Musicie mi pomóc — rzekł Sherton. — Chcę odzyskać pamięć. Chcę cokolwiek wiedzieć. Mieć punkt odniesienia.

— My? — spytał Tymon. — Ale… Jak to?

— Masz szansę zmienić swoje życie — przekonywał Sherton. — Ile można być włóczęgą i rabusiem? Pomóżcie mi, a może coś się zmieni w waszym życiu.

Gajdmur spojrzał na Tymona. Sami nie wiedzieli, co robić. Zastanowili się przez moment.

— Słuchaj, stary — zaczął Tymon. — Możesz na nas liczyć, autentycznie. Tylko powiedz, co my do diaska mamy robić?

— Wpierw nalej mi jeszcze — poprosił Sherton.

Rozdział 5. Narada

Wójt mieszkał w eleganckim segmencie na obrzeżach Tulkorowa na nowo powstałym osiedlu. Właśnie dzisiaj razem z żoną postanowili zaprosić kilku znajomych i porozmawiać na temat Shertona.

— Witajcie serdecznie — powiedział wójt. — Armeno, podaj gościom ciasto.

Armena była żoną wójta. Była wyższa od męża i miała włosy koloru ciemny blond, lekko kręcone.

— O co chodzi Arturze? — spytał jeden z gości wójta.

— Otóż do naszego miasta przybył pewien osobnik — zaczął opowiadać wójt. — Nazywa się Sherton. Jest synem Enetyrisa.

— Tak? — spytała zaskoczona znajoma wójta. — Skąd te sugestie?

— Popatrzyłem na kolor włosów — odpowiedział wójt. — No identyczny Enetyris.

— Może to przypadek? — odpowiedział inny znajomy wójta — To popularny typ urody.

— Po matce odziedziczył zielone oczy i orli nos — odpowiedział wójt. — Dam sobie rękę uciąć, że to jest ten niemowlak, który wraz z ojcem został wygnany 21 lat temu.

— Prawda — odpowiedziała żona wójta, Armena. — Ja byłam tak przejęta tym, co się wtedy wydarzyło, że często chodziłam do wróżbitów, by kontrolować życie tego dziecka.

— Moment, moment — poprosił znajomy wójta. — O co właściwie chodzi? Mieszkam tu od niedawna i nie wiem trochę, o czym mowa.

— Straszna opowieść — powiedział wójt. — W 85 roku wybraliśmy na wójta właśnie Enetyrisa. W chwili wyboru miał zaledwie 31 lat. Wygrał jednym głosem ze swoim bratem. Wyobrażacie to sobie? Jeden głos?!

— To była jedna z największych porażek w historii Tulkorowa — powiedziała wójtowa. — Młody, roztargniony wójt, narobił długów, brał łapówki i założył tę okropną gwardię. Czemu nie możemy mieć normalnej policji?

— Jak dostaniemy odpowiednią ilość dotacji — odpowiedział wójt — to rozwiążemy to czerwone towarzystwo. W budżecie na ten rok niestety nie mam na to przeznaczonych środków.

— Enetyris był słabym wójtem — powiedziała Armena. — Ale był niesamowicie przystojny. Większość nastolatek za nim szalała, w tym i moja siostra.

— I tu się zaczyna najgorsze — powiedział wójt.

Nagle dyskusja została przerwana. Do domu wtoczył się młody chłopak w podartej koszuli. Był to syn wójta. Chłopak cały czas się śmiał i ledwo trzymał się na nogach. Był pod wpływem środków odurzających. Goście spojrzeli na niego z przerażeniem.

— Gdzie ty znowu byłeś, Kalikście?! — spytał wójt.

— Ej no, zgredzie — zarechotał Kalikst. — Trzeba się wyluzować, jak rany!

— Jak ty wyglądasz? — spytała załamana wójtowa.

— Ja tu nie chcę wam dupy zawracać — odparł Kalikst. — Spadam na górę! Miłego melanżu! O w dupę! Woda, woda się leje, tonę… Aaaaaaaaa!!!

Kalikst, śmiejąc się, poszedł schodami na górę.

— Przepraszam bardzo — przeprosił wójt. — Od dziecka sprawiał nam kłopoty…

— Chyba za dużo pracujemy — przyznała wójtowa. — I po prostu go zaniedbywaliśmy przez 18 lat.

Gospodarze zorientowali się, że przecież w ich salonie jest pełno gości. Wstyd im było za syna.

— O rany boskie — westchnęła wójtowa. — Skaranie boskie z takim synem. No z każdej szkoły wylatywał. Ostatnio mąż jeździł z nim do szkoły do Zielonki.

— Dobrze, że ta Lorina nie robiła takich cyrków — powiedział znajomy wójta. — Porządna, sumienna dziewczyna. Długie, kręcone blond włosy. Śliczna jak mało kto. No i nic dziwnego, że padła ofiarą tego zboczeńca.

— Enetyris ją po prostu zgwałcił — skwitował ze smutkiem wójt. — Naprawdę z bólem serca o tym opowiadam, ale to prawda. Co najgorsze, Enetyris udawał przerażonego, ale wszystko się wydało. Parę osób widziało to zajście no i dowody były jasne. Do tego Lorina zaszła w ciążę.

— Miała 17,5 roku jak urodziła Shertona — powiedziała wójtowa. — Dziewczyna dostała takiej depresji poporodowej, że się powiesiła.

— Enetyris już kończył wtedy kadencję — powiedział wójt. — Decyzją sądu został wygnany z miasta. Oczywiście cały czas upierał się, że jest niewinny, zwalał winę na brata, gadał coś, że on opętał Lorinę jakąś substancją i jakieś tam inne pierdoły. Wraz z Shertonem zostali wyrzuceni z miasta.

— I co dalej się stało z tym Shertonem i Enetyrisem? — spytała znajoma wójta. — Enetyris chyba zginął?

— Tak ludzie gadają — powiedział wójt. — Podobno wypuścił dziecko w koszyku z mostu do rzeki. Ja tam nie wierzę, by to był przypadek. Potem chyba sam skoczył do wody.

— Podobno jacyś ludzie widzieli płynące wielkie ciało — powiedziała wójtowa.

— Sherton w koszyku płynął, płynął aż wyłowili go bezdzietni pasterze, Filemon i Róża — powiedział wójt. — W koszyku był akt urodzenia i wszystkie najważniejsze informacje. Sherton został przez nich uratowany i przygarnięty. Po jakimś czasie, gdy Sherton dorósł, dowiedział się prawdy i postanowił odszukać rodziców.

— To ci tragiczna ironia — powiedziała znajoma wójta. — Szukał rodziców, którzy nie żyją.

— Opuścił przybranych rodziców — powiedziała wójtowa. — Ruszył w nieznane i został napadnięty przez zbójów, którzy go ogłuszyli. I stąd ta amnezja.

— I co teraz? — spytał znajomy wójta.

— Sherton musi przejść labirynt — powiedziała wójtowa. — Ale wpierw musi odzyskać pamięć.

— Najgorsze dopiero przed nim — skwitował wójt.

Tymczasem całą naradę oglądali bogowie z Tulkorowa i okolic, Matroloks i Tyrena. Mieszkali oni na szczycie góry w złotym pałacu. Żyli w luksusie, ale byli nieszczęśliwi, gdyż nie mieli dzieci.

— Kochanie! — zawołała bogini. — Czekam na ciebie!

— Za chwilę — odpowiedział Matroloks. — Muszę jeszcze przez moment popatrzeć z góry na ludzi.

Był wysokim, brodatym mężczyzną. Z kolei Tyrena miała kręcone blond włosy, mocny makijaż i była bardzo piękna. Wreszcie Matroloks wszedł do sypialni. Nie miał zadowolonej miny.

— O matko, kolejny problem — westchnął Matroloks.

— Coś za dużo tych problemów ostatnio u ciebie widzę — powiedziała Tyrena. — Permanentnie chodzisz zafrasowany. Czyżbyś miał kryzys wieku średniego?

— No wiesz? — powiedział Matroloks. — Nie ma w okolicy równie silnego i zdrowego mężczyzny.

— To o co chodzi w takim razie? — spytała Tyrena.

— 22 lata temu w Tulkorowie — zaczął Matroloks — tamtejszy wójt podobno zgwałcił jakąś dziewczynę. Bardzo młodą, miała bodajże ledwie 17 lat.

— Coś kojarzę — odpowiedziała Tyrena. — Chociaż ja tam dokładnie nie pamiętam. Gdybym musiała się zajmować każdym człowiekiem na Ziemi, to w ogóle nie miałabym czasu dla siebie.

— Ten dzieciak co się urodził potem — rzekł posępnie Matroloks — jest teraz w mieście. Ponoć nazywa się Sherton.

— Nawet ładne imię — odpowiedziała Tyrena.

— To jest naprawdę poważna sprawa — mówił Matroloks. — Ta dziewczyna, ze względu na depresję poporodową, skończyła ze sobą. Potem jej rodzice ubłagali nas o rzucenie klątwy na tego całego Enetyrisa. Tak więc Sherton jest nią poniekąd obciążony.

— Spokojnie, na razie trzeba w spokoju wyczekiwać na rozwój sytuacji — powiedziała Tyrena. — On na razie nic nie pamięta. Jak odzyska pamięć, wtedy się tym zajmiemy. Tak swoją drogą, ten Enetyris to podły gwałciciel, a jego brat często był do nas zapraszany jako wzorowy obywatel. Niesamowity kontrast.

— Tak czy owak — powiedział Matroloks — musi udać się do labiryntu. Dam sobie oczy wydłubać, że pierwszą rzeczą, jaką zrobi Sherton po odzyskaniu pamięci i po poznaniu prawdy, to będzie ten piekielnie trudny labirynt.

Labirynt to było śmiertelnie trudne wyzwanie. Polegało na tym, że śmiałek rzucał wyzwanie bogom, szedł przez labirynt i walczył z groźnymi potworami. Jak mu się udało, zostawał automatycznie oczyszczony z klątwy i stawał się bohaterem.

— Chodźmy już spać — poprosił Matroloks. — Nawet bóg odczuwa czasem senną potrzebę.

— Dobranoc — powiedziała Tyrena.

Matroloks szybkim machnięciem ręki zgasił świecę. Był senny, podobnie jak jego małżonka.

Rano potężny bóg bardzo wcześnie wstał, umył się i ponownie poszedł zobaczyć przez lunetę, co dzieje się w okolicy. Cały czas obawiał się o los Shertona i nie wiedział dokładnie, co ma uczynić, pomimo że był wszechmogący. Po nim wstała Tyrena. Przebrała się i zrobiła Matroloksowi śniadanie. Obydwoje usiedli, lecz Matroloks cały czas miał posępną minę.