Córka Śmierci - S.A. Barnes - ebook
NOWOŚĆ

Córka Śmierci ebook

S.A. Barnes

3,5

130 osób interesuje się tą książką

Opis

Namiętny klimat mitologii Neon Gods łączy się z estetyką dark academia w romantasy autorstwa S.A. Barnes, bestsellerowej autorki „USA Today”.

 

Jocasta ułożyła sobie całkiem zwyczajne życie na Uniwersytecie Beecher – no, na tyle zwyczajne, na ile to możliwe, gdy nosi się imię Jocasta i jest się jedynym dzieckiem Śmierci.

 

Ma grono dobrych przyjaciół i skomplikowaną relację z byłym asystentem wykładowcy. Ani przyjaciele, ani chłopak, który wpadł jej w oko, ani też pozostali studenci nie znają prawdy o tym, kim – a właściwie czym – jest. Byliby przerażeni, gdyby odkryli, że aby przeżyć, Jo musi się żywić… i że żywi się właśnie nimi. Odmawia jednak odbierania życia. Zamiast tego karmi się ich rozczarowaniami, porażkami i odrzuceniem. 

 

To nie do końca idealne rozwiązanie, ale działa. Przynajmniej do chwili, gdy na kampusie pojawia się niezwykle pociągający nieznajomy – potomek Pożądania. Przybywa tam, ponieważ Śmierć wyznaczyła Jo na swoją następczynię, czyniąc z niej zarówno potężną sojuszniczkę, jak i cenny cel.

 

Bezpieczny, starannie zbudowany świat Jo zaraz legnie w gruzach. Mimo to dziewczyna zrobi wszystko, by ochronić ludzi, których kocha. Nawet jeśli będzie musiała stać się tym, czego najbardziej nienawidzi…

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 492

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (2 oceny)
0
1
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Malgorzata_2
(edytowany)

Całkiem niezła

W skrócie fabularnie jestem zdziwion że była dobra i jednak trzymała w napięciu ale za to relacja Davon - Jo- Carter( ten ukrywa duży sekret ) beznadziejnie poprowadzona, jakby autorka sam nie mogła się zdecydować czy cche zeswatać główna bohaterkę z człowiek czy z potomkiem, naprawdę momentami miałam wrażenie, że Jo najchętniej to by wzięła obydwu. Ale jednak najbardziej zaskoczył mnie ten pot twist jak od początku podejrzewałam że coś nie gra z tą pasotacia le tego to się nie spodziewałam Podsumowując przyjemna fabularnie lektura, tajemnicami i wątkiem kryminał/horro ale nalrawdę kiepsko poprowadzona jeśli chodzi o relacje między bohaterami i wątek romantyczny
00



Tytuł oryginału: Death’s Daughter

Copyright © S.A. Barnes 2026

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Nowe Strony, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redaktorka prowadząca: Sandra Pętecka

Redakcja: Anna Kowalska

Korekta: Anna Łakuta-Rudzka, Martyna Góralewska, Monika Baran

Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka

Projekt okładki: Tor Publishing Group

Ilustracja: Christopher Gibbs

ISBN 978-83-8470-036-5 • Wydawnictwo Nowe Strony • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

ROZDZIAŁ 1

Jest piątek wieczór, a ja jestem głodna. Odrobinę zbyt głodna.

Ignoruję zimny pot zbierający się nad moją górną wargą.

– Oto wydruk arkusza, o który prosiłaś – mówię, gdy staję w progu gabinetu doktor Kelleher, i zmuszam się do uśmiechu.

Nie chcę wchodzić do środka. Ulubione powiedzenie Kelleher, dyrektorki Biura Ewidencji i Relacji z Absolwentami, to: „Świetnie, dziękuję. Och, jeszcze jedna rzecz…”. W zeszłym miesiącu – trwały wtedy prace z uniwersyteckim komitetem modernizacji nad wielką, historyczną wystawą dla związku zawodowego – musiałam podjąć średnio cztery próby każdego dnia, aby wyjść z budynku.

Dzisiaj powinnam zostawić jej te dokumenty i szybko się stąd zwinąć – bez żadnego pożegnania, bez „do zobaczenia w poniedziałek” – inaczej będę robić „jeszcze jedną rzecz”, aż do dnia mojej śmierci.

Cóż, nie mojej śmierci.

Doktor Kelleher siedzi za biurkiem i przerzuca kolejną stronę skoroszytu, obracając w eleganckich palcach czerwony mazak, po czym unosi na mnie wzrok.

– Och, Jo – odzywa się, brzmiąc na dość zaskoczoną. Jakbyśmy we dwie nie były jedynymi osobami, które ponad godzinę po zamknięciu wciąż przebywały w budynku.

Wkłada za ucho pasmo tak jasnych blond włosów, że aż srebrnych, po czym macha w moją stronę. Robi to spokojnie, jakby miała mnóstwo czasu. A nie miała.

Kręcę głową. Weź się w garść, Jo. Tym razem minęło za dużo czasu, odkąd się karmiłam. Łatwo to poznać po tym, że pojawiają się w mojej głowie takie myśli. Czasami mam wrażenie, że całe moje życie kręci się właśnie wokół tego – karmienia i niekarmienia, i umniejszania swoim potrzebom, by nie ranić innych.

Kelleher wciąż czeka, więc podchodzę do jej biurka i podaję folder z dokumentami, przypominający inne teczki, które już znajdują się na blacie, ułożone w stos. Odkłada go na górę i precyzyjnie wyrównuje krawędzie folderów.

Wiem jednak z doświadczenia, że nigdy go nie znajdzie. Będę musiała wydrukować dla niej te dokumenty jeszcze co najmniej z dwa razy, mimo że są na współdzielonym dysku… z którego nie zamierza korzystać. Nie powinnam narzekać – to przez jej zorganizowaną dezorientację i niechęć do technologii udało mi się zdobyć tę posadę. Przez pierwsze kilka lat pracowałam w kafeterii i to była męczarnia. Można to podsumować w trzech słowach: siatki na włosy.

W ten szczególny wieczór może jednak wymieniłabym to stosunkowo wygodne biuro na precyzyjność branży cateringowej na kampusie. Pomijam siatki, ale… nigdy nie wychodziłam stamtąd po czasie.

Doktor Kelleher znów skupia się na otwartym przed nią dokumencie, a ja zaczynam wycofywać się z biura, czując na plecach spływający pot, który powoli wsiąka w pas moich dżinsów.

Już nigdy nie będę tak długo czekać. Po prostu… W zeszłym tygodniu musiałam odwołać piątkowy obiad, bo wypadło Halloween. A tydzień wcześniej miałam test śródsemestralny. I tak już czułam się wystarczająco winna – zaniżanie komuś ocen, bo był zbyt zmęczony czy otumaniony, by dobrze sobie poradzić, samo w sobie wydawało się już okrutne.

Kiedy butem dotykam miękkiego dywanu w korytarzu za mną, niemal wzdycham z ulgi. Niemal.

Ponieważ nagle Kelleher unosi głowę, jakby wyczuła moją ucieczkę.

– Och, Jo. Poczekaj. Jeszcze jedna rzecz.

Cholera. Gdybym tylko nie potrzebowała tej pracy…

– Czy wiesz, na czym przerwaliśmy, jeśli chodzi o rocznik 1970? Mam tu gdzieś podsumowanie, prawda? – Ściąga brwi, spoglądając na schludnie ułożone teczki, które otaczają ją jak zamkowe krenelaże, chroniąc jej wrażliwe wnętrze.

Wrażliwe. Tak. Ale błysk życia w niej wciąż pozostaje silny. Potrafię go wyczuć, jak ciepło promieni słońca na twarzy. Jest już po czterdziestce, lecz wciąż wiosłuje z grupą absolwentów w weekendy oraz biega. I to maratony. Dla zabawy.

Tak łatwo byłoby za to światło po prostu… pociągnąć. Wyrwać z niej odrobinę życia i wciągnąć ją jak zapach chrupek serowych z ogromnej paczki.

Chwila dezorientacji, kilka dodatkowych siwych włosów, życie krótsze o miesiąc, może dwa. Raczej zdołałabym przerwać, nim posunęłabym się za daleko.

Raczej.

Ta myśl sprowadza mnie z powrotem na ziemię z towarzyszącym jej strachem. Muszę stąd iść. Teraz.

Kelleher coraz bardziej ściąga brwi.

– Jo? Wszystko w porządku? Nie wyglądasz najlepiej.

– Po prostu… – Żołądek przerywa mi głośnym burczeniem, chociaż dwadzieścia minut temu zmusiłam się do zjedzenia kilku krakersów z masłem orzechowym. Czasem prawdziwe jedzenie pomaga mi opanować na trochę głód. Ale nie tym razem. Nie, gdy minęło tak dużo czasu.

– Boże drogi. – Dyrektorka cmoka z dezaprobatą. – Co wy macie z tym pomijaniem posiłków.

To z pewnością mogłybyśmy naprawić, odzywa się głos w mojej głowie. Dokładnie w tym momencie.

Kelleher spogląda na swój zegarek.

– Dopiero wybiła szósta. Ale myślę, że możesz iść, jeśli…

Nie daję jej dokończyć, w razie gdyby na końcu tego zdania było kolejne zadanie. Chwytam płaszcz oraz plecak znajdujący się w recepcji na końcu korytarza i nie mija minuta, a już schodzę ze schodów. Niebo jest ciemne, gdy pcham drzwi frontowe Hayes, budynku administracyjnego, ale główny kampus oświetlają mocne lampy, ustawione w równych odległościach wzdłuż chodników. Na skraju purpurowobiałej sztucznej poświaty Hayes pogrąża się w cieniu, a rosnący na nim bluszcz przypomina chwytające zdobycz macki. Pojedyncza wrona kracze w niezadowoleniu, siadając na jednej z gałęzi pobliskiego drzewa, ale ją ignoruję.

Przez samo bycie na dworze już mi lepiej. Chociaż coś.

Z akademika pierwszoroczniaków docierają do mnie niskie dźwięki basów, a liście szeleszczą pod moimi butami, gdy przecinam ścieżkę i idę po brązowiejącym trawniku. Po drugiej stronie dziedzińca inni studenci spieszą się w parach lub trójkach na wieczorne zajęcia. Na szyjach mają długie, kolorowe szaliki, a na głowach czapki, by ochronić się przed chłodem.

To mój ulubiony czas w roku. Słodki, ziemisty zapach rozkładających się liści, wczesne wieczory oraz rześkość w powietrzu – nawet gwiazdy zdają się lśnić jaśniej. To tylko sprawia, że oczekiwanie jest większe. To przeczucie, że zaraz stanie się coś dobrego.

Sezonowa depresja i duża liczba zachorowań na grypę, rodzinne dramaty podczas świąt i słabe oceny – to tylko kilka z moich ulubieńców.

Zamykam na sekundę oczy i próbuję się skupić. W powietrzu czuję delikatne wiązki odrzucenia, depresji i cierpienia, gdy wszyscy studenci doświadczają malutkich form umierania. Każda z nich pomaga, ale z odległości przypomina to łapanie kawałków waty cukrowej podczas wichury. Rozpadną się i znikną, nim zdążę się nimi pożywić.

Potrzebuję więcej. I to z bezpośredniego źródła.

Przyciskam dłoń do brzucha i wypuszczam długi wydech, próbując uregulować swój głód.

Już działam. Nakarmię cię. Czasem łatwiej postrzegać tę potrzebę jako „coś”, co we mnie mieszka, coś, co jest ode mnie oddzielone. To nieprawda, lecz tak mi łatwiej.

Zaczyna wiać, więc schylam głowę i kieruję się przez trawnik koło biblioteki, sali P. Edgarsa, a później w dół drogi, aż docieram do starego kampusu Beecher. Prawie nowy, żelazny płot wokół pozostałości po przykościelnym cmentarzu aż zaskakuje swoją nowoczesnością na tle zapadłych grobów i poprzechylanych kamiennych tablic. Z tyłu po prawej części cmentarza dominuje samotne mauzoleum, przyćmiewające wszystko swoim rozmiarem.

Przyspieszam kroku, mijając domki bractw studenckich przy Greek Row; na parkingu płonie ognisko, najwyraźniej pozostawione bez nadzoru. Nieco dalej znajduje się Dom Języków Obcych – ten rok poświęcono niemieckiemu, ku wielkiemu niezadowoleniu Daana. Mijam budynek, zauważając, że na stojaku nie ma jaskrawożółtego roweru chłopaka.

To dobrze. To pewnie znaczy, że jest w barze.

Widzę szyld Happy’s – uśmiechający się, antropomorficzny kawałek pizzy, który trzyma piwo, przeświecający przez drzewa niczym symbol ziemi obiecanej. Docieram niemal do skrzyżowania, gdzie mogę – choć teoretycznie się nie powinno – przejść przez ogródki domowe, by trafić do podniszczonego pasażu handlowego, w którym znajduje się pub. To wydeptana ścieżka. Nic nie powstrzyma studentów przed wypiciem taniego piwa z pianką i zjedzenia nuggetsów w panierce z parmezanem – nawet ostrzeżenia od administracji kampusu czy znaki zakazu wstępu. Tym bardziej że skorzystanie z tego skrótu odejmuje dziesięć minut ze spaceru w środku zimy w Massachusetts.

Zanim jednak zdążę przejść na drugą stronę ulicy, za moimi plecami rozlega się chrzęst opon na jezdni, a światła reflektorów wydłużają mój cień. Silnik pracuje cicho, niemal bezgłośnie, więc samochód zaskakuje mnie swoją obecnością.

Pojazd zwalnia, a ja instynktownie się spinam. Dłonie w dwóch różnych rękawiczkach same zaciskają mi się w pięści. W Beecher jest dość bezpiecznie, zarówno na kampusie, jak i w pobliskim miasteczku, jeśli nie liczy się tego incydentu z seryjnym mordercą sprzed ponad pięćdziesięciu lat. Cóż, każdy college ma swoje legendy, czyż nie? Mimo to nie wykluczam pijanego mieszkańca, jakiegoś świrusa czy – co jest bardziej prawdopodobne, bo w końcu wciąż przebywam na kampusie – ekipy zbyt pewnych siebie facetów z któregoś bractwa studenckiego.

Nie mogą cię skrzywdzić. Nie, ale ja mogę skrzywdzić ich, a to tylko skończyłoby się jednym, wielkim bałaganem. Trudno wyjaśnić grupę martwych, bogatych chłopaków w samochodzie.

Muszę zachować kontrolę.

Nie przestaję iść równym krokiem i staram się nie przyspieszyć. Okazanie strachu może tylko pogorszyć sytuację.

Dźwięk spuszczanych szyb podpowiada mi, że ignorowanie nie zadziała, nie tym razem.

– Hej, maleńka, chcesz cukiereczki? – Ostry, zachrypnięty głos brzmi… dziwnie. Jakby był wymuszony. Ktoś stara się, by go nie rozpoznano.

Przeszywają mnie nagła panika i zapobiegawcze wyrzuty sumienia, gdy odwracam się z uniesionymi rękami, gotowa do działania. Dokładnie tak, jak nauczył mnie ukochany „tata”. Znajdź środek, najjaśniejszy błysk życia i pociągnij.

Wyobraź sobie, że płynie prosto na ciebie jak woda z węża ogrodowego, ale to ty masz nad tym kontrolę. Tak, udało się! Jego głos w mojej pamięci brzmi łagodnie; wtedy duma z osiągnięcia zalała mnie tak mocno i jasno, że nawet teraz mam dreszcze. Tak samo było, gdy uczyłam się jeździć na rowerze bez dodatkowych kółek czy dawałam sobie radę w jakiejkolwiek innej, normalnej dziecięcej aktywności.

Odcinam się od tego wspomnienia, mrużąc oczy z powodu zbyt jasnego światła. Niezidentyfikowany cień wychyla się przez okno kierowcy i to wszystko, co jestem w stanie dojrzeć, aż czarna hybryda BMW podjeżdża bliżej, a kobieta zaczyna się śmiać z dobrze znanym mi wysokim parsknięciem.

Opuszczam ręce, gdy w pełni zauważam jej twarz.

– Matko, Lennie – wyduszam. Krew grzmi mi w uszach.

– Gdybyś tylko widziała swoją minę! – Lennie McCarthy rechocze przez otwarte okno, a ciepłe powietrze z nawiewów porusza jej włosami w odcieniu truskawkowy blond. – I te twoje ręce. Co, zamierzałaś dać mi z liścia? Funkcjonariusz Schute byłby rozczarowany.

Powstrzymuję irytację i odpowiadam miękko:

– To nienajlepszy pomysł, by podjeżdżać do samotnej dziewczyny i udawać obleśnego napastnika, Lennie.

Zwłaszcza tutaj. Wszyscy studenci pierwszego roku mają obowiązek ukończyć kurs samoobrony, ten sam, który prowadził funkcjonariusz Schute, a na początku każdego nowego roku akademickiego organizowane są zajęcia przypominające.

Dziewczyna przewraca oczami, stukając z niecierpliwością dłonią pełną pierścionków o ramę drzwi. Ciężkie, zawijane srebro na środkowym palcu Lennie to podarunek od ekscentrycznej matki – zrobiony na zamówienie pierścień ze szczęśliwym kamieniem urodzin Lennie, akwamarynem. Chociaż urodziła się w październiku.

– Przesadzasz, Jo. To Beecher. Nic się tu nie dzieje.

Mimo że totalnie mnie nie zrozumiała, ma rację. Co przy okazji jest powodem, dla którego wybrałam to miejsce. Nie ze względu na niski wskaźnik przestępczości – bo przeważają tu bójki w barach i drobne kradzieże – a przynajmniej nie tylko dlatego. W ostatniej klasie liceum przyjechałam tu na dzień otwarty college’u. Beecher, zarówno miasteczko, jak i kampus, było jedynym miejscem, które zdawało się… właściwe. Dopiero po pewnym czasie zrozumiałam, że to dlatego, iż tutaj – w przeciwieństwie do wszystkich innych miasteczek, także mojego rodzinnego Highland Park – nie odczuwałam nieustannego, pełzającego po skórze mrowienia magii. Mrowienia wywołanego przez innych mojego rodzaju, korzystających z niej, podsycających ją i rzucających sobie wyzwania w terytorialnych sporach.

Wszędzie indziej powoli podjeżdżający samochód mógłby nie być kierowany przez normalnego człowieka, chcącego mnie porwać lub zabić, tylko przez kogoś, kto faktycznie byłby w stanie to zrobić.

Ale o ile mi wiadomo, na podstawie dość podejrzanych źródeł, które znalazłam w sieci, Beecher zdaje się pewną magiczną martwą strefą. To rzadkie zjawisko, ale nie niespotykane. Myślę, że to może mieć związek z bliskością Danvers, miasteczka położonego tuż obok, znanego jako Wioska Salem, gdzie naprawdę doszło do tego całego powalonego zamieszania z czarownicami. Wielka magia wymknęła się tam spod kontroli i mogła przy okazji wyssać moc z całej okolicy, pozostawiając po sobie pustkę. Lecz to tylko domysły. Pradawni nie należą do istot skorych do udzielania wyjaśnień.

Mimo wszystko, nawet przy tak niskiej przestępczości i w magicznej martwej strefie, wywinięcie numeru takiego jak Lennie wydaje się prostym sposobem, by ktoś wyssał z ciebie życie.

Albo potraktował gazem pieprzowym prosto w twarz.

Zwrócenie Lennie na to uwagi tylko by ją wkurzyło. Jesteśmy przyjaciółkami od pierwszego roku. Czasami okazuje się najbardziej osobliwym połączeniem nadwrażliwości i kompletnego braku świadomości. Muszę uważnie wybierać, o co warto się z nią kłócić.

– Co tutaj robisz? – pytam w zamian.

Szybko wzrusza ramionami.

– Wyszłam później i doszłam do wniosku, że ty pewnie też, ponieważ ta twoja głupia szefowa nigdy nie wypuszcza cię o czasie. Pomyślałam, że może zechcesz skorzystać z podwózki, więc tu przyjechałam, by cię znaleźć. Jest zimno.

Beztrosko troskliwa. To w stu procentach Lennie. Oddaje połowę swojego „kieszonkowego” lokalnemu schronisku dla zwierząt w Beecher – z wyjątkiem tych miesięcy, kiedy o tym zapomina. Urządza strasznie głośne imprezy, zapraszając wszystkich sąsiadów z jej bloku, a tym, którzy nie chcą przyjść, zamawia pizzę z dostawą (co z tego, że woleliby ciszę i spokój, a nie darmowe jedzenie).

Jest jak te bąbelki, które wylatują nagle z butelki z płynem do naczyń, gdy się zbyt mocno na nią naciśnie. Przyjemna, urocza, niemożliwa do opanowania i absurdalnie delikatna.

Moje poirytowanie ustępuje, przykryte falą sentymentu. I głodu.

– Dzięki, Len. – Podchodzę do drzwi pasażera i wsiadam do pojazdu.

– Poza tym – kontynuuje, gdy zajmuję miejsce i zapinam pas – to nie tak, że ktoś tam na mnie czeka. To ty naciskasz na te cotygodniowe kolacje. – Mimo jej lekko kpiącego tonu wyczuwam mieszankę zranienia i zgorzknienia.

Oto i jest. Nieruchomieję, wciąż ściskając w dłoni sprzączkę od pasów. To delikatne odczucie, przypominające kapiące ciepło, spływa w dół mojego gardła. Jak ta pierwsza łyżka pysznego rosołu po okropnym ataku grypy. Nic nigdy nie smakowało lepiej.

Spijanie nieszczęścia innych – porażek, odrzucenia, rozczarowania, bólu, tych wszystkich różnych małych śmierci – to nie to samo, co wyciąganie z nich życia i zabijanie ich stopniowo. Tutaj wszystko dzieje się dobrowolnie. I zamiast słonecznej poświaty, którą muszę świadomie ukierunkowywać, przypomina to raczej stanie z wyciągniętymi przed siebie dłońmi przy nawiewie wyrzucającym przez kilka sekund gorące powietrze.

Mój żołądek burczy z ulgi, a ja opieram się o zagłówek. Trudno jest przetrwać w ten sposób. Jakby chciało się każdego dnia podtrzymać życie garścią skradzionego popcornu zamiast rozkoszować się stekiem i pieczonym ziemniakiem po drugiej stronie stołu. Ale gdy ten stek i ziemniak to osoba, może nawet przyjaciel, którego życie zagrożone jest przez potrzebę jedzenia… Cóż, wybieram popcorn.

– Nieprawda – udaje mi się odpowiedzieć po chwili, ale po części jest właśnie tak, jak mówi. – Daan będzie…

– Daan jest zbyt zajęty gonieniem czegokolwiek w swoich ciasnych spodniach i z kolczykiem septum, by się ze mną spotkać – odburkuje z westchnieniem.

Mają skomplikowaną relację, której nie rozumiem. Oboje flirtują i są zazdrośni o siebie nawzajem, ale zdają się tylko przyjaźnić.

Ciepło jej emocji zbiera się, spływając po moim gardle. Z jakiegoś powodu wyrażenie na głos tego, co czuje, zapełnia mnie bardziej niż samo odczuwanie czy choćby myśl.

Tak na wszelki wypadek spoglądam cały czas na jej dłonie, trzymające kierownicę podczas jazdy. Ale tak jak zawsze nie widzę po niej żadnych niepożądanych skutków ubocznych, poza ledwie zauważalnym napięciem palców. Malutkie łyki nieszczęścia zdają się w ogóle nie ruszać Lennie, w przeciwieństwie do wszystkich innych. Nie traci przytomności, nie wymiotuje ani nie blednie. To niemal tak, jakby była kuloodporna, owinięta w swoje warstwy egocentryzmu. Chociaż nie chciałabym testować za bardzo tej teorii.

– A Chessa mnie  n i e n a w i d z i , chociaż zawsze byłam dla niej miła – ciągnie, unosząc w buncie podbródek.

Nie cierpię tej dziwnej sytuacji, w której próbuję zachęcić Lennie, by porozmawiała o swoich emocjach… jednocześnie się nimi żywiąc.

Jestem złą przyjaciółką.

Nie, jesteś głodną przyjaciółką.

To dokładnie to samo.

– To nie twoja wina – zapewniam. – Jesteście po prostu od siebie różne. Tyle.

Mocne niedopowiedzenie. Chessa, moja współlokatorka i najbliższa przyjaciółka, stanowi przeciwieństwo Lennie niemal na każdej płaszczyźnie. Ta pierwsza to mieszczuch i bardzo ciężko pracowała, by dostać tu stypendium, natomiast Lennie pochodzi z rodziny od trzech pokoleń związanej z tą uczelnią. Chessa jest wysoka i szczupła z ciemną karnacją oraz warkoczykami zaplecionymi w stylu afrykańskim, Lennie za to niska, krągła i biała, z burzą jasnych włosów, o które dba, chodząc dwa razy w tygodniu do miejscowego fryzjera, choć nigdy nie jest usatysfakcjonowana z jego pracy.

Poza tym Chessa nie poskarżyłaby się, nawet gdyby stanęła w ogniu, natomiast Lennie, gdy tylko zatnie się papierem, zamienia to w trzydniowe wydarzenie, podejrzewając zakażenie krwi i bakterie zżerające tkanki. Co mi pomaga, biorąc pod uwagę moje szczególne… potrzeby. Sprawia jednak, że bycie przyjaciółką ich obu okazuje się skomplikowane.

Lennie pociąga nosem, po czym teatralnie macha ręką.

– Nieważne, to bez znaczenia. Mam to gdzieś.

Ale tak nie jest. Zdecydowanie.

– Zgadnij, na kogo dziś wpadłam. – Podskakuje lekko na siedzeniu, a jej naturalna żywiołowość znów daje się we znaki.

Dołek dziewczyny nigdy nie trwa długo, po prostu często w nie wpada. Zmienna – to idealne słowo, by ją opisać.

– Znowu na profesora Burkitta? – pytam, nie będąc w stanie powstrzymać uśmiechu.

Teraz, gdy nie umieram już z głodu, mogę się na nowo skupić. Mogę stać się przyjaciółką na serio, a nie czarną dziurą pragnienia. Nie jestem pełna – niestety nigdy nie mogę nasycić się w pełni – ale potrzeba przestała być tak nagła.

Lennie wydaje z siebie okropny pisk.

– Jo! Fuj, nie! – Rumieni się na tyle mocno, że mogę to dostrzec nawet w ciemnym wnętrzu samochodu.

– Mówiłaś, że był przystojny – przypominam jej.

– Nie wiedziałam, że to on! Stał do mnie tyłem, gdy robił te przysiady.

– Mhm.

– Ma jakieś pięćdziesiąt lat!

– Oraz, cytuję, uda jak Tarzan – dodaję, chichocząc.

Odwraca wzrok od drogi i wbija go we mnie na tyle długo, jakby próbowała nim zabić.

– Mogłam ci tego nie mówić. Poza tym to powinno być nielegalne, by profesorowie używali tej samej siłowni co my! W jednej chwili jesteś na bieżni, a w drugiej próbujesz uniknąć spotkania twarzą w twarz z jajami gościa, który dał ci C z rozwoju dziecka.

– …lub podziwiania jego mięśni – droczę się.

– O mój Boże, Jo – jęczy. – Jesteś najgorsza. – Ale gdy to mówi, zaczyna się śmiać.

– To prawda – zgadzam się z łatwością.

Lennie parkuje na pękającym asfalcie przed Happy’s, zajmując jak zawsze dwa miejsca. Spieszymy się do drzwi, ona idzie pierwsza, a obcasy jej botków z leopardzim wzorem stukają o ziemię. Dopiero gdy wchodzimy do środka, przypominam sobie, że dziewczyna nie powiedziała mi w końcu, z kim się spotkała. Ale już nie musi.

Po drugiej stronie baru dostrzegam Chessę i Daana przy jednej z większych lóż, lecz nie są sami.

Szerokie ramiona rozciągają niebieski sweter i pasującą, odpiętą koszulę w paski pod spodem. Rękawy obu są starannie podwinięte na przedramionach. Jedynie lśniący jak złoto zarost oraz lok włosów na czole zdają się przekonywać o „casualowym, zrelaksowanym stylu”, jednak znając tego mężczyznę, zapewne tak właśnie miało być. Jego drugie imię powinno brzmieć Maniak Kontroli, choć w rzeczywistości to Thomas.

– Carter! – krzyczy Lennie z radością. – Przyszedłeś!

Cóż, cholera.

ROZDZIAŁ 2

Półtora roku temu nie potrafiłam znieść myśli, że kolejne ogłupiające lato spędzę w domu w Highland Park wraz z milczącą matką, więc się poddałam i przyjęłam propozycję Lennie, by zostać u niej w Beecher. Przez większość wakacji i tak miało jej nie być, ponieważ odwiedzała przyjaciół z rodzinnych stron – w jakimś losowym europejskim mieście – ale umowę najmu w River Crossing podpisała na rok, a sam budynek był naprawdę elegancki. Miał zimne, szare ściany, podłogi imitujące drewno, klimatyzację, do tego został zbudowany kilka lat temu, a nie w innym wieku.

Problem polegał na tym, że River Crossing, kompleks mieszkaniowy należący do Uniwersytetu Beecher, był zamieszkany głównie przez studentów studiów magisterskich.

I tu właśnie leży pies pogrzebany.

– Lennie – odzywam się, zwalniając.

Wzrok Cartera przeskakuje z przyjaciółki i zatrzymuje się na mnie. Jego niebieskie oczy spotykają moje. Czuję, jak gorąco rozchodzi mi się po szyi oraz policzkach, a serce uderza z boleścią i udręką.

Mężczyzna krótko i bez emocji kiwa głową. Jakbym była jakąś studentką licencjatu, którą ledwo pamięta z prowadzonych przez niego zajęć.

Jakby nigdy nie chwycił moich ud tak mocno, że kciukiem zostawił na skórze siniaka, jakbym nie czuła na szyi jego cichego, urwanego oddechu, jakby tarcie nóg mężczyzny na moich nie spełniło każdej fantazji.

Gorąca wściekłość uderza we mnie nagle, powodując ucisk w klatce piersiowej, przez co się zatrzymuję.

Lennie zerka przez ramię i też staje.

– Nie rób z tego problemu, Jo – prosi. – Carter nie uczy cię już od ponad roku.

Gdyby tylko o to chodziło – o czysty dyskomfort spędzania czasu z kimś, kto kiedyś wystawiał mi oceny i decydował o mojej przyszłości. A z perspektywy Lennie dokładnie tak to wygląda.

Dziewczyna odwraca się do mnie w pełni i rusza tyłem do stolika.

– No chodź, proszę. Chyba jest singlem. Przyłapałam go, jak wpatrywał się w Annie Caughey na mojej imprezie halloweenowej. Muszę się dowiedzieć, czy naprawdę coś do niej czuje, zanim całkiem stracę swoją szansę.

Nie wiem, co Carter mówi w tym roku o swoim statusie związku. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Wiem tyle, że Annie Caughey – drobniutka, malutka, słodka Annie – stała przede mną na imprezie Lennie, gdy ja niezręcznie kręciłam się przy prowizorycznym barku przez większość nocy. Udawałam, że nie zauważam Cartera, podczas gdy on udawał, że nie zauważa mnie.

Cóż, chyba jedno z nas jest lepsze w tę grę.

Powinnam się po prostu odwrócić i wyjść. Powinnam.

Ale nie jestem pełna i nie zjadłam też normalnego jedzenia. Dodatkowo pomimo wszystko czuję wijącą się we mnie ciekawość – dlaczego tutaj, dlaczego teraz? Ta ciekawość zaś – niczym przekładanie palca przez płomień, by sprawdzić, za którym razem poczuje się ból – będzie bolała, choć nie wiadomo dokładnie kiedy.

– Dobra – zgadzam się.

– Jeeej! – Lennie piszczy sztucznie, po czym się odwraca, by iść przodem. Kieruje się tam, gdzie przy stole siedzi Carter, jakby był lodówką, a ona jednym z tych słodkich, małych magnesów z owocami (Missy Banks, moja najlepsza przyjaciółka w piątej klasie, miała takie w swojej kuchni. Moja matka nigdy by nie pokazała czegoś tak „nietaktownego” w swoim domu, poza tym wszystkie nasze sprzęty i tak były pokryte nierdzewną stalą, do której magnesy się nie przyczepiały).

Idę za nią jeszcze wolniej.

Lennie już siada obok Cartera, zarzucając go pytaniami:

– Co u ciebie? Co nowego? Jak mija ci ten semestr?

Sama dopiero kładę torbę na podłogę i ściągam płaszcz. Ciemnoniebieska dwurzędowa kurtka Cartera wisi na haczyku obok loży, zaraz przy puchowym płaszczu Chessy oraz kurtce narciarskiej Daana, jakby dokładnie tu było jej miejsce.

Carter przytakuje Lennie, podczas gdy ta dalej zasypuje go potokiem słów, ale na tym się kończy. Niewiele mówi. Nigdy nie był zbyt rozmowny, szczególnie w tłumie. Kiedyś myślałam, że uważa się za lepszego od innych. Ode mnie. Ponieważ był starszy i mądrzejszy. Teraz wiem, że to przez dziwnego rodzaju niezręczność, która uchodzi za powściągliwość, niemal wymuszoną i po części onieśmielającą.

Czuje się, jakby tu nie pasował, więc się nie odzywa. Ta myśl przeszywa moją głowę ostrym, kłującym bólem.

Absolutnie nie, Jo. Nie wracamy do tego. On tu nie pasuje, bo bardzo jasno określił swoje stanowisko.

Jestem niewystarczająca? Niewarta ryzyka? Dobrze. To trzymaj się, kurwa, ode mnie z daleka. Nie przychodź, kiedy spędzam czas z przyjaciółmi.

– Czy nie mam racji? – pyta go Lennie, chichocząc i wciąż trwając w tej głównie jednostronnej rozmowie.

Mogłabym wyjść, ale tego nie zrobię. Ta dziewczyna jest rozpromieniona, lśniąca, niemal oszalała na punkcie schwytania uwagi Cartera. Nie ma w niej ani śladu wcześniejszej goryczy.

Ten nastrój jednak nie utrzyma się długo. Mężczyzna, chociaż nie rozumiem go w innych aspektach, nie jest zainteresowany Lennie w ten sposób. I w końcu moja przyjaciółka to pojmie, zapewne z wielkim rozczarowaniem lub może nawet bólem. Niemal czuję smak tych emocji na języku.

Jestem bardzo złą przyjaciółką.

Chessa wskazuje wzrokiem Cartera, po czym unosi brew nad swoimi okularami w przezroczystych oprawkach, bez słów pytając, czy wszystko ze mną w porządku.

To zaleta bycia przyjaciółkami i współlokatorkami od tak dawna. Nie tylko wie o wszystkich dramatach – cóż, przynajmniej o większości – lecz także wie, kiedy się odezwać, a kiedy znaleźć inne wyjście na nawiązanie kontaktu.

Wzruszam w odpowiedzi ramionami. Na tę chwilę postaram się go ignorować.

Kręci delikatnie głową, co może oznaczać: „Nie rób tego sobie, bądź silna” lub „Nie mogę uwierzyć, że wciąż jesteś w to zamieszana”. Stawiam na oba.

– Jo. – Daan przerywa naszą milczącą rozmowę zawodzącym głosem. – Powiedz Chessie, że się myli. – Odgarnia za uszy sięgające ramion, ciemnoblond włosy i czeka.

Wdzięczna za tę chwilę rozproszenia, uśmiecham się do niego i mówię:

– Wątpię w to. – Upór Daana co do tego, jak powinny wyglądać pewne rzeczy, nieraz wpędzał go w kłopoty.

Chłopak był jednym z moich pierwszych prawdziwych przyjaciół w Beecher. Już od początku zdarzało mu się zapomnieć kluczy do naszego akademika.

Beecher jest dosłownie i w przenośni starą szkołą – powstała na terenach siedemnastowiecznej purytańskiej wioski, po czym została przemieniona na „żeńskie kolegium nauczycielskie” podczas wojny secesyjnej, aż w końcu przekształciła się w to, czym jest aktualnie – chociaż niektóre staroświeckie poglądy utrzymały się tu dłużej, niż powinny. Akademiki miały osobne piętra dla każdej płci (rok przed tym, jak zaczęłam naukę, w końcu otworzyli opcjonalne, koedukacyjne skrzydło), konkretne godziny odwiedzin dla osób niestudiujących oraz godzinę policyjną od drugiej w nocy dla pierwszoroczniaków.

Przez pierwsze sześć tygodni drzwi do akademika były zamknięte, a karty wstępu nie działały po wyznaczonej godzinie. Jeśli zadzwoniło się na wejściu, wpuszczał doradca lub zarządca, ale miało to swoją cenę: sto dolców za pierwszym razem, lecz ta kwota rosła dwukrotnie z każdym kolejnym takim przypadkiem. A jeśli złapią na kamerach, że ktoś wpuścił cię bocznymi drzwiami, obie osoby zmuszano do zapłaty kary.

To głupie, jednak administracja Beecher się nie pierdzieli.

Dla niektórych moich rówieśników, między innymi Lennie, sto dolarów to równowartość drobniaków zapomnianych w uchwycie na kubek, ale dla reszty jest to wystarczający odstraszacz.

Nocą przed naszymi pierwszymi zajęciami, gdy moja współlokatorka, Ryann, już spała i chrapała jak hibernujący grizzly, usłyszałam delikatne pukanie palców o szybę naszego okna na pierwszym piętrze.

Wstałam, by to sprawdzić, i między krzewami poniżej dostrzegłam patrzącego na mnie, bladego i niespokojnego, Daana. Wtedy znałam go tylko jako wysokiego faceta w czerni, spotkanego wcześniej zaledwie kilka razy w lobby.

Machał szaleńczo, po czym pokręcił dłonią, bym otworzyła okno.

– To jest idiotyczne – wyszeptał do mnie, odsuwając liście i gałęzie z drogi. – Ja tylko rozmawiałem z ludźmi. Zamykanie drzwi jedynie pobudza onheil. Wat een onzin! – Jego uchwyt na gałązkach osłabł pod wpływem cichego oburzenia, a rośliny natychmiast się odwdzięczyły, wymierzając mu solidny policzek.

Zachwiał się ze stłumionym przekleństwem, chwycił za twarz i próbował się nie roześmiać. Nie miałam pojęcia, czym, do cholery, było onheil, ale co do reszty się zgadzałam.

– Proszę? – zapytał i spojrzał na mnie oczami pełnymi nadziei, wciąż przyciskając palce do czerwonawej skóry. – Mój współlokator nie odbiera. Pomożesz mi? Obiecuję, że to pierwszy i ostatni raz.

Mam słabość do ofiar drakońskiego prawa. Trudno też nie czuć współczucia względem kogoś, kto właśnie dostał z liścia od bukszpanu.

Gdy się podciągnął, pomogłam mu wejść, ciągnąc go przez parapet za pasek. Wrócił do swojego pokoju, niezauważony przez nikogo, ze stówką wciąż znajdującą się w kieszeni.

Daan spłacił swój dług następnego ranka, gdy przyniósł mi kawę i zabezpieczoną miskę pełną płatków Froot Loops. Niemożliwym okazało się, by go nie pokochać.

– Co tym razem? – pytam go. – Znów chodzi o barmanów? – Wspomniana dwójka, mężczyzna i kobieta najczęściej obsługujący bar w wieczorne piątki, wciąż pozostawała źródłem obsesji Daana. Oboje byli w jego typie: wysocy, szczupli, ubrani w czerń, z wieloma różnymi kolczykami.

Otwiera usta, by odpowiedzieć, ale uprzedza go Chessa.

– Oczywiście, że tak – potwierdza, wywracając oczami, niemniej na jej twarzy maluje się miły uśmiech. Nie zna chłopaka tak długo jak ja, ale naprawdę szybko można go polubić.

– Daan – zaczynam. – Rozmawialiśmy o tym. To, że pracują razem, nie oznacza, że robią  w s z y s t k o  razem.

– Nie wiesz tego. – Wydyma wargi i opiera brodę na rękach. Po chwili się prostuje, a na jego twarzy widać tęsknotę. – Spójrz tylko na nich. Jak poruszają się wokół siebie i na siebie nie wpadają. Niczym w tańcu. To piękne.

Patrzę, jak para odwraca się jednocześnie za podrapanym, drewnianym barem. Przyznam, że to imponujące, że nadążają za rosnącymi żądaniami pijanych studentów bez rozlewania czy tłuczenia czegokolwiek.

– Poza tym nie chcesz być tym facetem – dodaje Chessa. – Takim, który flirtuje z barmanami, gdy oni tylko próbują pracować.

– Takim, który flirtuje na pogrzebach – dołączam – z członkiem rodziny w żałobie.

– Takim, który idzie za tobą do łazienki, by przekonać cię, że potrzebujesz jego numeru telefonu – kontynuuje przyjaciółka z niesmakiem i obie wzdrygamy się na to wspomnienie.

– Jesteś lepszy niż taki facet – przyznaję, a dziewczyna kiwa głową.

– Może nie jestem. – Daan wzdycha. – Popatrzcie na nich. Są jak dwie połówki, które łączą się w całość. – Składa dłonie, jakby miał zaraz wygłosić pasjonujący monolog. – Są jak dwa pasujące fragmenty układanki, które znalazły się w tym okrutnym, trudnym świecie. Są…

– Są rodzeństwem – odzywa się Carter lekko drwiącym głosem, przez co się wzdrygam.

– Chwila. – Daan odwraca się w jego stronę i prostuje plecy. – Mówisz serio?

Kiwa głową.

– Bliźnięta dwujajowe. Dove była na moich zajęciach z teorii ekonomii w zeszłym roku.

Oczywiście. Kręcę głową.

Z ust Chessy ucieka głośny śmiech, nim dziewczyna zdąży zasłonić je dłonią. Kiedy opuszcza rękę chwilę później, wyraz jej twarzy jest poważny, ale oczy wciąż iskrzą od rozbawienia, a wargi drżą, jakby powstrzymywała chichot.

– Jak dobrze, że nie musieli szukać za daleko, by znaleźć się w tym okrutnym, trudnym świecie – oznajmia przyjaciółka zduszonym głosem.

– Ha, ha, tak, bardzo śmieszne – odburkuje Daan, pokazując jej środkowy palec.

Chessa wybucha śmiechem, zginając się wpół.

Przełykam ślinę w oczekiwaniu na rozczarowanie chłopaka i od razu się upewniam, czy to nie będzie dla niego za dużo.

Ale nie. Nie chwieje się na kanapie, a jego twarz nie traci koloru. Nie ma żadnego rozczarowania. Zamiast tego Daan wygląda na zamyślonego.

Okej, oblecha. Nie mam rodzeństwa, lecz kiedyś marzyłam o starszym bracie lub starszej siostrze, którzy przeprowadziliby mnie przez to gorące gówno, jakim czasem jest moje życie. Kogoś, kto by zrozumiał, kto byłby mi bliski.

Ale nie aż tak bliski.

Krzywię się mimowolnie w tym samym czasie, gdy siedzący naprzeciwko Carter mi się przygląda. Rozbawienie marszczy mu kąciki oczu i wykrzywia pełne usta. Usta, które czułam kiedyś na swoich. Ta chwila wydaje się… intymna. Jakbyśmy byli tu sami, w naszej własnej bańce, stworzonej dzięki jakiemuś sekretnemu porozumieniu.

Tylko że tu nie ma żadnego zrozumienia.

Przeszywa mnie ból.

– Carter, słyszałeś, co powiedziałam? – pyta Lennie, a jej głos przypomina chrapliwy jęk, czym przyciąga znów jego uwagę.

Sięgam szybko po niemal pusty dzbanek po piwie.

– Chcecie piwa? Potrzebujemy więcej piwa. – Wyślizguję się z loży i szybko kieruję do baru.

Happy’s podzielone jest na dwie części. Po jednej stronie znajdują się loże i czteroosobowe stoliki, a po drugiej tarcze do gry w rzutki, szafa grająca oraz wysokie stoły. Pośrodku na podwyższeniu stoi bar, wokół którego zbierają się w grupkach stali klienci.

Ściskając ucho dzbanka w już spoconej dłoni, lawiruję wśród ludzi aż do podestu i wchodzę na stopień.

– Poproszę kolejny dzbanek – zwracam się do Dove.

Teraz, gdy przyglądam się dziewczynie, widzę podobieństwo między nią a bratem. Mają farbowane włosy – jej są neonowoczerwone, jego z jaskrawoniebieskimi pasmami – to tylko powierzchowna różnica, która powinna odwracać uwagę od tego, co oczywiste.

Kiwa głową, przyjmując zamówienie, po czym odbiera dzbanek i się odwraca.

Daan ma rację, jest pełna gracji w dziwnie elegancki sposób. Czy to dlatego Carter zwrócił na nią uwagę podczas ich wspólnych zajęć w zeszłym roku?

Jeny, Jo, weź się w garść. To były zajęcia. Czy nie powinien znać jej imienia?

Nachylam się nad barem i wołam za Dove:

– Poproszę kieliszek Jägera!

Unosi kciuk, potwierdzając, że usłyszała, a ja się prostuję.

– Jäger. Poważna sprawa – dobiega mnie znajomy głos.

Carter.

Sztywnieję, chwytając krawędź baru.

– Czego chcesz? Dlaczego tu jesteś?

Bardziej wyczuwam, niż widzę, jak mężczyzna wzrusza ramionami, po czym staje obok mnie i opiera łokcie na blacie. Wciąż jednak pilnuje, by stać prosto do baru, jakbyśmy byli tylko dwójką ludzi, którzy na siebie tutaj wpadli.

– Spotkałem Lennie na korytarzu. Zaprosiła mnie – wyjaśnia.

– Gówno prawda. – Odwracam się do niego. – W zeszłym tygodniu udawałeś, że nie istnieję, a teraz jesteś tutaj i spotykasz się z moimi przyjaciółmi? – Z tymi samymi, przed którymi od ponad roku próbujemy ukrywać to… cokolwiek to jest. – Co się stało z „to błąd, którego nie możemy wciąż popełniać”?

Błąd w praktyce zwykle kończący się tym, że nie mogliśmy oderwać od siebie rąk ani ust w jakiejkolwiek znalezionej małej przestrzeni: za pierwszym razem w garderobie w mieszkaniu Lennie, nim wiedzieliśmy o naszej zawodowej relacji, a później także na balkonie, w pokoju do nauki na trzecim piętrze P. Edgars, przegrzanej łazieneczce w centrum studenckim obok kręgielni. Nie potrafię sobie nawet przypomnieć wszystkich tych miejsc.

Carter trzyma ramię niebezpiecznie blisko mojego. Pachnie jak sosna i coś cytrusowego. Szalona część mózgu podpowiada mi, bym się przysunęła, bym przycisnęła do niego swoją pierś, żeby raz jeszcze na twarzy pojawiło mu się to rozgorączkowane podniecenie. To sprawiało, że czułam się silna, pełna życia, nawet bardziej niż po karmieniu. Jest wspaniały, obserwujący, miły i ekstremalnie powściągliwy. Ale potrafię go wkurzyć. Potrafię sprawić, by wziął szybki wdech i błagał o więcej, nawet gdy zrobienie więcej okazuje się dla nas nienajlepsze.

Jest uzależniający, a jednocześnie całkowicie przerażający.

– Widziałem twoje dokumenty w skrzynce Stephensa – mówi cicho, wciąż na mnie nie patrząc.

Nieruchomieję. Doktor Stephens to przewodniczący zakładu psychologii, mój doradca i szef Cartera.

– Jeśli zmienisz teraz kierunek, utkniesz tu na kolejny rok. Może dwa – dodaje.

Myli się – jeśli dobrze to rozegram i pójdę na studia uzupełniające, będę tu przez kolejne cztery lata. Tego właśnie bym chciała. Beecher to jedyne miejsce, gdzie czuję się bezpiecznie, jedyne, które przypomina dom. Nie żeby on to zrozumiał. Nie żeby potrafił. W Beecher wszystko jest normalne. Lub na tyle normalne, na ile się da w moim przypadku.

– Nie zmieniam kierunku – wyjaśniam. – Dodaję kolejny. Psychologia i socjologia. – Bo jeśli mam się nauczyć rozumieć ludzi, tych pełnokrwistych, prawdziwych ludzi, będzie to tego warte.

– Ale efekt pozostaje niemal ten sam, Jocasto – kontruje Carter tym niskim, dezaprobującym tonem, który posyła w moje ciało ostrze gorąca, mimo że użył pełnego imienia. A może właśnie przez to. – A Beecher nie będzie takie samo, gdy zabraknie twoich przyjaciół. Wiesz o tym. Dlaczego tak usilnie starasz się tu zostać? – pyta, pochylając się nad barem. – Jesteś mądra. A podejmowanie się kolejnych studiów nie jest mądrym rozwiązaniem.

Odchrząkam – odnoszę wrażenie, że przy nim nigdy nie potrafię się jasno wyrażać.

– Sądzę, że to nie jest… Jak to się mówi? Ach, tak. Twój interes. Od tego mam doradcę.

Dove wraca z moim Jägermeisterem oraz pełnym dzbankiem. Wyciągam kartę z kieszeni i jej podaję.

– Słuchaj, wiem, co wtedy powiedziałem – mówi napiętym głosem, a wzrok wbija w poustawiane za barem butelki. – Zjebałem i przepraszam.

Wypijam kieliszek, krzywiąc się od ostrego pieczenia w gardle.

– I? – pytam, czując, jak oczy zachodzą mi łzami przez alkohol… i tylko alkohol. Przynajmniej chcę w to wierzyć.

– Co masz na myśli? – Odwraca się do mnie z niepewnością.

– Czego chcesz, Carter? – pytam, wypowiadając ostrożnie każde słowo. Czuję już przyjemne ciepło od rozchodzącego się po ciele Jägera.

Dove wraca z rachunkiem i moją kartą. Wkładam ją z powrotem do kieszeni, a na dole rachunku zapisuję swoje imię i hojny napiwek, na który prawdopodobnie mnie nie stać.

Carter wydaje poirytowany odgłos.

– Nie wiem. Czy nie możemy być… przyjaciółmi? Na tę chwilę? Nie ma żadnych zasad, które tego zabraniają.

Teoretycznie, odkąd nie biorę udziału w jego zajęciach, nie robimy niczego złego. Ale wciąż jesteśmy na tym samym wydziale. Ludzie, prawdopodobnie włączając w to doktora Stephensa, założą, że coś, co dzieje się teraz, zapewne działo się już wcześniej. A takie plotki mogłyby ciągnąć się za Carterem i zniszczyć mu reputację zawodową, zanim jego kariera w ogóle nabrałaby rozpędu.

Innymi słowy, te same problemy, które towarzyszyły nam od początku, od tamtej imprezy – gdy on nie wiedział, że jestem studentką, a ja nie wiedziałam, że to asystent wykładowcy, a co dopiero mojego wykładowcy – wciąż są obecne i musimy je wziąć pod uwagę.

Przyjaciele. To słowo pali, jakby dał mi z liścia, ale zmuszam się do śmiechu.

– Jak dużo piwa wypiłeś, nim tu przyjechałam? – pytam, chwytając dzbanek i się odwracając.

– Jocasto… – zaczyna, a ja powoli tracę panowanie nad swoim nastrojem.

– Carter, co cię to obchodzi? – rzucam. – Sam powiedziałeś, że to zbyt ryzykowne, i nic się od tamtej pory nie zmieniło.

– Tęsknię za tobą – mówi z taką szczerością, że aż się zatrzymuję.

Kiedy znów na niego spoglądam, kiwa głową, a gdy jego niebieskie oczy spotykają moje, utwierdzam się w przekonaniu, że dobrze go usłyszałam. Tęsknota ściska mnie w piersi.

Później kontynuuje:

– I to nie tak, że tylko ja mam problem – mówi ostentacyjnie. – Gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy, powiedziałaś, że nie „bawisz się w związki”.

Moje policzki płoną.

– To nie to samo.

To ryzykowne – pozwolić, by uśpił moją czujność, i się przed nim otworzyć. Dla niego. Poza tym nawet jeśli zaakceptowałby to, kim jestem, to oznaczałoby, że musiałby otworzyć się na świat, o którym nawet nie wiedział, że istnieje.

Carter wyciąga dłoń i lekko chwyta mnie za wolną rękę. Wzdrygam się, ale mu na to pozwalam. Podciąga mi rękaw, ukazując nadgarstek i przedramię.

– Starożytna greka. – Śledzi palcem czarne litery wytatuowane pionowo od podstawy kciuka wzdłuż boku mojej dłoni, a ja przestaję oddychać w obawie, że przerwie.

Później odwraca ją wnętrzem do góry. Kciukiem przesuwa poziomo po delikatnej skórze nadgarstka, gdzie widnieje rząd maleńkich, czarnych znaków pisma klinowego. Ten dotyk jest taki przyjemny. Pewny. Nie ma w nim wahania. Nie ma strachu.

– Ten, jak sądzę, to sumeryjski.

Dzbanek w mojej drugiej dłoni zaczyna drżeć, a piana piwa znajduje się niebezpiecznie blisko krawędzi.

Skąd zna sumeryjski? Starożytną grekę jeszcze rozumiem – żyjemy na kampusie college’u i kilka liter da się rozpoznać, jeśli zna się wszystkie bractwa i stowarzyszenia.

Ale sumeryjski? Nikt nie zna sumeryjskiego. I właśnie o to chodzi. Że tylko kilka szczególnych osób – co jest dla nich hojnym przydomkiem – zdoła go rozczytać. Mój „ojciec” był tak wkurzony. Matce po prostu się nie spodobało, jak te tatuaże wyglądały.

Carter musiał odczytać pytanie z mojej twarzy.

– Talin zijn mijn hobby – mówi, puszczając dłoń.

Jedyne słowo, jakie wyłapałam, to hobby. Reszta brzmi podobnie do tego, jak Daan rozmawia z przyjaciółmi i rodziną w Niderlandach. Ale rozumiem sens. Właśnie to jest powodem, dla którego nie potrafię trzymać się z dala od Cartera. Kto inny uważałby uczenie się losowych języków za hobby? Pomimo jego wyglądu, sześciopaku i umięśnionych ud, to właśnie ta ciekawość i zainteresowanie ciągłym rozwojem zawsze będą najbardziej seksowne. Przynajmniej dla mnie.

– Dlaczego masz tatuaże, które deklarują, że jesteś trująca, Jocasto? – pyta, pochylając się bliżej, i marszczy poważnie brwi z troski.

Technicznie rzecz biorąc, moje tatuaże mówią, że jestem toksyczna – wręcz śmiertelnie niebezpieczna – więc był dostatecznie blisko.

Och, cholera. Wzdycham. Myśli zapewne, że to przez jakieś głębokie przekonanie o byciu niewystarczającą. Przypuszczam, że dlatego padały z jego ust komplementy takie jak „Jesteś taka mądra, Jocasto”.

Oczywiście, że właśnie tak to odebrał. Do jakiego innego wniosku miałby dojść? Na pewno nie do tego, co jest prawdą.

Ale gdy otwieram usta, by odpowiedzieć, huk rozbitego szkła sprawia, że wszystko oprócz szafy grającej – i Mariah Carey, która nuci już o świętach – się zatrzymuje. Na drugim końcu baru Dove stoi z rękami opuszczonymi luźno po obu stronach ciała, wpatrując się w przeciwną stronę pomieszczenia, a wokół jej stóp leżą lśniące kawałki szkła i większe części kufli od piwa. Nie rusza się, by je posprzątać.

Marszcząc brwi, odkładam dzbanek na blat i pochylam się, by do niej zagadać.

– Hej, czy wszystko…

Nagle na całym moim ciele pojawia się gęsia skórka, kłujące dreszcze suną po ramionach, piersiach i w dół kręgosłupa. Jakby skóra próbowała się ode mnie oderwać.

O nie. Wiem, co się dzieje. Minęły ponad trzy lata, odkąd ostatni raz to poczułam, choć nigdy, przenigdy w Beecher, ale to odczucie niełatwo jest zapomnieć.

Strach wykręca mój żołądek.

– Jocasta? – pyta Carter, ale go ignoruję; całe moje ciało zaczyna drżeć w odpowiedzi.

Pojawił się tu ktoś jeszcze. Ktoś taki jak ja. Dziecko Pradawnych.

I kimkolwiek jest, właśnie posłał w to pomieszczenie swoją magię.