Codzienność nudy. Dom jako przestrzeń produktywna i nieproduktywna - Aleksandra Gordowy - ebook

Codzienność nudy. Dom jako przestrzeń produktywna i nieproduktywna ebook

Aleksandra Gordowy

3,3

Opis

Debiut świetnie piszącej młodej architektki Aleksandry Gordowy. Analiza nudy jako niespodziewanie produktywnego budulca i narzędzia służącego do konstruowania przestrzeni mieszkalnej. Brawurowa propozycja odwrócenia schematów w jakich zwykle toczy się rozmowa o jakości zamieszkiwania.

Wiosną 2020 roku załomotała do naszych drzwi, a my zrobiliśmy bardzo dużo, by ją przepędzić. Nawet chleby zaczęliśmy piec. Nuda – boimy się jej jak ognia. Aleksandra Gordowy sprawdza co by się stało, gdybyśmy jednak wpuścili ją do domu i pozwolili się jej rozgościć. Nie można tej książki czytać przez pryzmat pandemii (powstała przed nią), ale po prostu nie wolno jej nie przeczytać, jeśli chcemy, by świat, po pandemii był lepszy. Bo „nuda pomaga nam dostrzec, że często niewygodnie siedzimy” (powiesiłem sobie to zdanie nad biurkiem) – napisał o książce Filip Springer, autor znakomitych reportaży o społecznym oddziaływaniu architektury.

W książce znalazły się także teksty znawczyń problematyki mieszkaniowej: socjolożka Joanna Erbel pisze o perspektywach innowacyjności w sferze zaspokajania potrzeb jakie współcześnie są związane z zamieszkiwaniem, architektka i urbanistka Agata Twardoch z perspektywy profesjonalistki od lat zaangażowanej w propagowanie dostępnego budownictwa mieszkaniowego, promotorka kooperatyw mieszkaniowych, cohousingu i idei prawa do mieszkania.

O AUTORCE: Aleksandra Gordowy skończyła studia inżynierskie na Politechnice Gdańskiej oraz magisterskie na Uniwersytecie Technicznym w Delft. Studiowała również w Stuttgarcie w Niemczech oraz w Horsens w Danii. Obecnie mieszka i pracuje w Berlinie. Książka powstała na podstawie pracy dyplomowej nagrodzonej pierwszą nagrodą w pierwszej edycji konkursu PUM: Przestrzeń Użytkowników i Mieszkańców, zorganizowanego przez PFR Nieruchomości w 2019 r. we współpracy z partnerami – Fundacją PFR i wydawnictwem Fundacji Bęc Zmiana.

Patroni publikacji: „Architektura i Biznes”, „Magazyn Miasta/ Cities Magazine”, „RZUT”, „Autoportret”, Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej

Aleksandra Gordowy: Codzienność nudy. Dom jako przestrzeń produktywna i nieproduktywna
Wydawca: Fundacja Bęc Zmiana, PFR Nieruchomości
Publikacja powstała dzięki wsparciu Fundacji PFR
Projekt graficzny: Noviki Post Studio

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 123

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Okładka

Strona tytułowa

ALEKSANDRA GORDOWY

CODZIENNOŚĆ NUDY

DOM JAKO PRZESTRZEŃ PRODUKTYWNA I NIEPRODUKTYWNA

Warszawa 2020

Strona redakcyjna

CODZIENNOŚĆ NUDY.

DOM JAKO PRZESTRZEŃ PRODUKTYWNA I NIEPRODUKTYWNA

Aleksandra Gordowy

ISBN 978-83-66082-08-3

Warszawa 2020

© Aleksandra Gordowy,

Fundacja Nowej Kultury Bęc Zmiana

Tłumaczenia fragmentów z języka angielskiego:

Agnieszka Rasmus-Zgorzelska

Redakcja: Joanna Fiuk, eKorekta24

Korekta:

Adrianna Hess, eKorekta24

Projekt graficzny, skład:

Noviki Post Studio

Redaktorka prowadząca:

Bogna Świątkowska

Ilustracje oraz fotografie zamieszczone w książce, o ile nie zostało zaznaczone inaczej, pochodzą ze zbiorów autorki.

Książka powstała na podstawie pracy dyplomowej nagrodzonej pierwszą nagrodą w pierwszej edycji konkursu PUM: Przestrzeń Użytkowników i Mieszkańców, zorganizowanego przez PFR Nieruchomości S.A. w 2019 r. we współpracy z partnerami – Fundacją PFR i Fundacja Nowej Kultury Bęc Zmiana.

Koordynacja:

Joanna Erbel, Zuzanna Mielczarek

Publikacja powstała dzięki wsparciu Fundacji PFR.

Wydawca:

Fundacja Nowej Kultury Bęc Zmiana ul. Mokotowska 65/7

00-533 Warszawa

www.beczmiana.pl

[email protected]

Zamówienia:

www.beczmiana.pl/sklep

[email protected]

Druk:

Petit Skład-Druk-Oprawa

ul. Tokarska 13

20-210 Lublin

+48 81 744 56 59

OD AUTORKI

Jedynym zasobem, który posiadamy, jest czas [1].

Każdego ranka powinniśmy poświęcać co najmniej trzydzieści minut na nicnierobienie. Współczesny człowiek nie ma dziś nawet czasu, by zauważyć, że w istocie jest przecież śmiertelny... Tym prowokacyjnym stwierdzeniem niezwykle produktywna i odnosząca sukcesy architektka i współczesna myślicielka Anupama Kundoo rozpoczyna dyskusję w Deutsches Architektur Zentrum podczas zorganizowanej przez Elke Krasny wystawy Critical Care: Architecture for a Planet in Crisis.

Świadome zarządzanie czasem, a raczej świadomość siebie w czasie, i umiejętność, przyjemność bycia – oto, co możemy zaoferować sobie i światu. W dyskusji o umiejętnym i ekologicznym zarządzaniu surowcami na planecie, której przyszło doświadczać dwóch ekstremów równocześnie: przytłaczającego nadmiaru i dramatycznego braku, jednym z najobszerniejszych pól, na których wciąż możemy coś zrobić, jest czas – ekskluzywny i nieuchwytny, synonim troski współczesnego człowieka o siebie samego.

Przez pryzmat koniecznego antidotum, być może najlepszego leku na lęki współczesności, jaki obecnie mamy, jedynego (znanego mi) sposobu na faktyczne zatrzymanie lub przynajmniej spowolnienie pędzącego czasu (tak bardzo nam go brak), patrzę na nudę.

Nuda – podstawowy warunek rodzenia się twórczych myśli i rozważań, biała kartka w notesie kreatywnego życia.

Nuda – zaproszenie, by spotkać się z samym sobą.

Nuda – szansa, by nastawioną na nieustanne działanie rzeczywistość zapytać, dokąd właściwie zmierza.

To, o czym chcę napisać, zmaterializowało się w swego rodzaju ekstremalnej formie w okresie trwającej od wielu tygodni epidemii koronawirusa i związanego z nią wyjątkowego (dla znacznej części społeczeństwa) sposobu funkcjonowania, pracy, mieszkania, odpoczywania... Mimo wszystko obecny stan to pod wieloma względami, najprościej mówiąc, przerysowana wersja tego, do czego stanowczymi krokami jako społeczeństwo o silnych wpływach kultury zachodniej od dawna zmierzaliśmy. Na kształt dystopijnej narracji o przeciętnie fascynującym biegu wydarzeń zniknęliśmy we wnętrzach naszych mieszkań, by tam niczym zza migoczącej kurtyny wyłonić twarze zza błękitnych ekranów laptopów – dumnie wyjść światu na wirtualne spotkanie. Tak naprawdę nie dzieje się nic nowego ponad to, co już wcześniej rozpoczęliśmy: to trwająca od co najmniej dekady samotna wyprawa na szczyt, bez zimowego sprzętu i raków, za to z bohatersko dzierżonym w ręce telefonem, którego kamera – o zgrozo – zamiast na krajobraz skierowana jest na naszą własną twarz. Ten telefon, kompas naszego serca, idzie z nami pod górę niczym niestrudzony towarzysz. Chodzi z nami do łóżka i ciepło pulsuje w naszej dłoni, gdy zasypiamy. Rano pyta, czy chcemy pospać jeszcze dziesięć minut. Na pamięć zna nasze westchnienia, stany emocjonalne, linie papilarne i datę ostatniej miesiączki. Kiedy robimy sobie selfie znad truskawkowego shake’a, śmiejemy się do niego jak do ulubionego kochanka.

A potem nadchodzą czasy zarazy. Wszystko zwalnia i cichnie. Nie możemy już pojechać do pracy, praca przyjechała do nas w nieproszonych gości. Szef osobiście podał nam przez próg komputer przywieziony taksówką w niebieskiej torbie z Ikei. Nie uścisnął ręki. Takie czasy. Ale zaraz zobaczymy się na Zoomie. Przybliżymy zewnętrznemu światu ostatni bastion naszej prywatności.

Przypomina to trochę głośny medialnie moment w roku 1969, kiedy Yoko Ono i John Lennon postanowili pokazać światu swoją hotelową sypialnię. Zrobili to, aby odwrócić uwagę od toczącej się w tym czasie wojny w Wietnamie. Projekt nosił nazwę Bed-In for Peace. Podczas rozmowy z dziennikarzami John Lennon stwierdza prowokacyjnie: „Nie ma granicy między tym, co prywatne, a tym, co publiczne. Żadnej granicy” [2].

Chociaż cały happening – nieruchomy protest – polegał na ukazaniu siedzącej w łóżku (ubranej) pary, która poza siedzeniem nie robiła właściwie nic więcej, akcja symbolicznie zaznaczyła przynajmniej dwie rzeczy. Po pierwsze, nuda i „akcja poprzez brak akcji” po raz kolejny stały się niejako narzędziem protestu, niezgody na zastaną sytuację polityczną (Yoko Ono i John śmiertelnie wynudzili dziennikarzy swoim tylko siedzeniem) [3]. Po drugie, rozpoczęła się era przyzwolenia na pokazywanie światu zewnętrznemu bebechów naszej intymności (oczywiście w odpowiednio wyreżyserowanej formie). Dodatkowo kwestia łóżka przedstawionego w tym kontekście jako obiektu-miejsca pracy (Yoko Ono na pytanie, co robi, odpowiadała, że właśnie pracuje) oficjalnie obnażyła tę małą ludzką perwersję – fakt, że tak naprawdę lubimy pracować z wnętrza naszych bezpiecznych domowych kapsuł. Pozostaje tylko pytanie, czy w erze Zooma, biznesowych wideokonferencji, podczas których na górze mamy włożoną białą koszulę, a pod biurkiem powiewają nam piżamowe gatki, instagramowej estetyki obnażania wypudrowanej prywatności i telefonu o temperaturze zbliżonej do trzymanej w ręce ludzkiej dłoni, który właściwie nie opuszcza nas na krok, są jeszcze możliwe azyl i prywatność we własnym łóżku. Czy rzekoma łóżkowa kapsuła to wciąż bezpieczna wyspa, schronienie i mebel-bastion figlarnej bezczynności, chroniący nas przed przymusem ciągłego działania?

***

Po raz pierwszy wracam do Codzienności nudy... w tak wyjątkowym kontekście. Zintensyfikowało się wszystko: godziny spędzone w tym samym pomieszczeniu, odgłosy, sposobności, by skonfrontować się z samą sobą, praca, niezdolność do pracy, zapach drzewa wkładającego do naszego domu głowę przez balkon. Domowa przestrzeń wokół mnie dosłownie zgęstniała, szyby na stałe zaparowały oddechami domowników. Intensywnie doświadczam – stopami i każdym porem skóry – czasu, który na kształt letniego budyniu zwyczajnie zastygł u progu naszego domu. Temu wszystkiemu towarzyszy jednak (słuszne chyba) uczucie, że tak naprawdę nic się nie zatrzymało, wręcz przeciwnie – sparaliżowany ograniczeniami świat chce naraz przyspieszyć jeszcze bardziej. Przerażony swoim chwilowym uczuciem niemocy, chce więcej, mocniej i intensywniej. Jakby przez lukę uchylonego okna wszystkie sprawy świata wlały się do naszego domu i teraz kotłowały niemiłosiernie. Nie znają ośmiogodzinnego dnia pracy, nie akceptują pór na sen ani na jedzenie. Atakują, kiedy chcą i jak chcą. Cichaczem moje obowiązki związane z pracą wprowadziły się do mnie na stałe i coraz trudniej jest mi być asertywną, zbywać je byle rozmową, wypraszać z sypialni i własnej głowy po północy. Ale nie tylko one się wprowadziły, zintensyfikowały i rozgadały. Domowa kwarantanna przekornie zbiegła się z początkiem wiosny i momentem, w którym świat przeciąga się i ziewa, podekscytowany budzi się do życia. Kiedy rano słucham przekrzykujących się na balkonie wróbli, wiem, że one, tak samo jak tańczący na pokrywce od patelni promień porannego słońca, który bez pytania odwraca moją uwagę, a także pomarańczowy, łysy księżyc, który z pewnością mi się przygląda, gdy głowę mam przepełnioną wieczornymi myślami, też nie zważają na misternie konstruowaną sekwencję dnia, godziny pracy, telefonów i konferencji online. Figlarnie zapraszają do interakcji, bardziej niż kiedykolwiek, w jeszcze mniej odpowiednich momentach.

Wracam do codzienności nudy trochę bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Przeorganizowuję przestrzeń wokół siebie, notatki i myśli. Od nowa zadaję wypowiedziane już kiedyś pytania. Sprawdzam, jak brzmią na głos.

Powoli obserwuję zabliźniającą się ranę mojego codziennego pośpiechu i śledzę każdy ruch w tym pozornym bezruchu.

Berlin, kwiecień 2020

[1] W oryginale: „The only resource is time”. Anupama Kundoo wypowiedziała te słowa podczas rozmowy z Elke Krasny w Deutsches Architektur Zentrum w Berlinie z okazji wystawy Critical Care: Architecture for a Planet in Crisis.

[2]Wywiad „Playboya”: John Lennon i Yoko Ono, „Playboy” 1981, s. 92.

[3] Beatriz Colomina, autorka książki The Century of Bed, podczas warsztatów ze studentami Berlage Theory Masterclass w Delfcie w 2016 roku.

ABY LEPIEJ SIĘ NUDZIĆ

Kiedy piszę ten tekst, trwa drugi tydzień społecznej izolacji związanej z pandemią koronawirusa. Szkoły i uczelnie wyższe są zamknięte, podobnie jak knajpy, kina, teatry, domy kultury, baseny, większość sklepów w centrach handlowych oraz wiele innych miejsc, w których jeszcze do niedawna spędzaliśmy czas. Wciąż możemy wychodzić na spacer, ale niektóre kraje już ograniczają możliwość poruszania się wyłącznie do wyjścia na zakupy do najbliższego sklepu czy na spacer z psem. Jak wiele osób, których głównym narzędziem pracy jest komputer, siedzę w domu, czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Telepraca, która dla wielu firm była do tej pory wyzwaniem (głównie ze względu na niski poziom zaufania), staje się codziennością.

Tysiące mieszkań przekształca się w domowe biura, a praca z domu staje się codziennością nie tylko dla freelancerek i freelancerów. Zdalnie pracują również nauczycielki i nauczyciele, pracownicy i pracowniczki korporacji oraz wiele innych osób. Sytuacja jest ekstremalna, bo zazwyczaj przedłużeniem domowej przestrzeni biurowej była najbliższa kawiarnia albo coworking. Jeśli mamy pełną dowolność poruszania się, to pracując zdalnie, wybieramy, kiedy i skąd działamy. Możemy elastycznie kształtować swój plan dnia i zmieniać miejsca pracy. Oczywiście ograniczają nas kalendarze naszych bliskich i zasobność portfela, ale coraz więcej prac wykonywanych przez klasę średnią nie zamyka się w ośmiogodzinnym dniu pracy, którego ramy wyznaczają wejście i wyjście z biurowca.

Teraz siedzimy w domach, ale nawet jeśli okres przymusowej izolacji minie, pozostanie pytanie o to, czy ma sens jeżdżenie do biura, często usytuowanego na drugim końcu miasta, tylko po to, żeby siedzieć przy komputerze. Czy naprawdę przemieszczanie się jest niezbędne – ze względów zarówno czasowych, jak i ekonomicznych? Może lepiej byłoby jeździć mniej, a część spersonalizowanych biurek zamienić na bardziej elastyczne przestrzenie? Tak jak to się dzieje obecnie w coworkach, gdzie firmy mają swoje zamykane szklane dziuple, a poza tym – dostęp do otwartych przestrzeni wspólnych, salek spotkań i budek do rozmów telefonicznych. Może lepiej tak planować spotkania, żeby mieć czas na spokojną pracę w skupieniu? W końcu nie ma niczego bardziej odciągającego od pracy niż koledzy i koleżanki przychodzący z mniej lub bardziej ważnymi pytaniami, które można było zadać w mailu. Zamknięcie biurowców i okres przymusowej kwarantanny to dobra okazja, żeby inaczej spojrzeć na swoją pracę oraz zastanowić się, jak chcielibyśmy żyć, mieszkać, gdyby tryb kwarantanny był zajawką nadchodzącej przyszłości. Jedną z odpowiedzi podsuwa Aleksandra Gordowy, projektując mieszkanie na czasy, kiedy nuda stanie się normalnym elementem naszego dnia.

Koniec ośmiogodzinnego dnia pracy

Przymusowe zamknięcie w domach zmienia relacje pracy i podważa zasadność codziennych podróży. Pojawiają się również inne pytania: czy praca w trybie ośmiogodzinnym przez pięć dni w tygodniu w ogóle ma sens? Czy naprawdę jest to najbardziej efektywny sposób pracy? Czy tego wszystkiego, co mamy zrobić, nie dałoby się skondensować w mniejszej liczbie godzin? Pracować mniej, ale bardziej efektywnie? A jeśli tak, to na jakich warunkach? Ośmiogodzinny tryb pracy, który obecnie jest normą, opiera się na pewnej umowie społecznej. Jest efektem kompromisu pomiędzy związkami zawodowymi a fabrykantami z połowy XIX wieku. To właśnie wtedy pierwsze fabryki zaczęły pracować w tym trybie. Jednak stał się normą dopiero w XX wieku.

Domyślna długość dnia pracy, jak każda umowa społeczna, może zostać zmieniona. Chociaż nie jest to łatwe. Każda zmiana zastanych wyobrażeń o świecie wymaga bowiem pewnego impulsu oraz idącej za nim racjonalizacji, która nie jest niczym więcej niż dobrze opowiedzianą historią odwołującą się do wspólnych wartości. Historie i racjonalne uzasadnienia już mamy. To opowieści o większej efektywności.

Coraz więcej badaczy i badaczek wskazuje na to, że obecny sposób organizacji pracy jest dysfunkcyjny. Sprawia, że skupiamy się nie tyle na wykonywaniu zadań, ile na odgrywaniu bycia zajętymi w pracy. Bycie zajętym – to albo siedzenie przy biurku w miejscu, gdzie możemy być obserwowani, wchodzenie w interakcje z kolegami i koleżankami, albo energiczne przemieszczanie się po firmie wskazujące na to, że mamy ważną sprawę do załatwienia. Odgrywanie zajętości dotyczy pracy nie tylko w biurze, lecz także w przestrzeni wirtualnej. Technologia nie uwalnia nas od nadmiarowych interakcji i kontroli obecności. Wręcz przeciwnie – wzmacnia wszystkie te zachowania. Każde z nich ma bowiem swój cyfrowy odpowiednik: bycie zalogowanym do wspólnej platformy to odpowiednik obecności w biurze, wysyłanie nadmiarowej liczby maili i dzwonienie do ludzi to odpowiednik rozmów w open spasie. Performatyka pracy staje się nieraz ważniejsza niż sama praca, nawet jeśli wszyscy wiemy, że przecież nie o odgrywanie pracy powinno chodzić, ale o wykonywanie zadań. Pojawia się pytanie: jak w takim razie pracować bardziej efektywnie?

Cal Newport, autor książki Praca głęboka[1], stwierdza, że w pracy nie potrzebujemy więcej interakcji, lecz więcej skupienia; pracować nie dłużej, ale uważniej. A do pełnej uważności potrzebujemy izolacji. Izolacja może stać się motywem przewodnim naszego życia – wtedy znikamy z mediów społecznościowych, rzadko odbieramy maile, a w wersji najbardziej radykalnej przestawiamy się wyłącznie na korespondencję tradycyjną pocztą; albo może być okresem czasowego wyłączenia, kiedy odcinamy się od sieci na kilka godzin (najlepiej cztery nieprzerwane godziny) lub wyjeżdżamy poza miasto na weekend, tydzień bądź dłużej i wykorzystujemy ten czas do intensywnej pracy w wymarzonej samotni – domku w lesie, pokoju hotelowym w wybranym mieście czy dowolnym innym miejscu. Do dobrej pracy potrzebujemy dobrej przestrzeni. Podobnie jak do odpoczynku. Nasz czas ma wartość, a architektura wpływa na jakość naszego życia. To niby banał, ale wciąż za mało uwagi poświęcamy relacji pomiędzy naszym modelem życia a otoczeniem. Nie wszędzie możemy się skupić. Nie każda przestrzeń ułatwia nam kreatywne myślenie.

Piekłem pracy głębokiej są przestrzenie, w których ludzie uważają, że mają prawo oderwać nas od tego, co robimy. Newport, będący zwolennikiem głębokiej koncentracji i zagorzałym przeciwnikiem modelu pracy, w którym ideałem jest bycie non stop dostępną i turboresponsywną, stwierdza, że najgorsze, co nas może spotkać, to przestrzeń, w której ludzie dają sobie prawo do odciągania nas od pracy. Open space’y zajmują szczególne miejsce w tej hierarchii kręgów piekielnych. Są wzorcowym miejscem opresji i rozproszenia. Dlatego aby coś skończyć, nieraz lepiej jest pójść pracować do gwarnej kawiarni, gdzie panuje hałas, ale gdzie nikogo nie znamy, niż zostać w biurze. Zdaniem Newporta płytkie, przygodne interakcje i kultura pracy oparta na ciągłym kontakcie cieszą się taką popularnością dlatego, że są proste i mało wymagające. Lubimy mieć pretekst do tego, żeby się rozpraszać i nie musieć zajmować rzeczami trudnymi, wymagającymi skupienia. Jednak warto wykonać ten wysiłek – nie tylko po to, żeby osiągać lepsze efekty, lecz także po to, żeby czuć spełnienie. Bo to wytężony wysiłek i przekraczanie swoich granic dają nam największą satysfakcję. Praca, z której co chwilę nas ktoś wyrywa, albo udawanie pracy po prostu męczy. Ani nie pracujemy, ani nie odpoczywamy. Zupełnie bez sensu.

Nagrodą za wysoki poziom skupienia jest nie tylko satysfakcja, lecz także więcej wolnego czasu. Jeśli wiemy, co chcemy zrobić, możemy myśleć inaczej o tym, jak pracujemy. Przykładem takiego podejścia jest skrócenie tygodnia pracy z pięciu dni do czterech. To rozwiązanie nie polega na tym, żeby przez te cztery dni pracować więcej, ale na tym, żeby pracować mniej. Jest to możliwe właśnie dzięki większemu skupieniu i większej efektywności. Wolny dzień spędzamy, jak chcemy, na dowolnie wybranym zajęciu. Brzmi abstrakcyjnie? Tylko w pierwszym odruchu.

Model pracy, o którym pisze Cal Newport, to wizja naszej najbliższej przyszłości. Przetestował go w 2019 roku japoński oddział firmy Microsoft. Po miesiącu pracy w skróconym, czterodniowym trybie okazało się, że produktywność wzrosła o 40 proc. w porównaniu z tym samym okresem w 2018 roku. Dodatkowym plusem były oszczędności – zużycie energii elektrycznej spadło o 23 proc., a ilość zużytego papieru do druku o 59 proc. Eksperyment pozytywnie oceniło 94 proc. osób biorących w nim udział. Firma nie podała, skąd brak entuzjazmu pozostałych 6 proc. Do przejścia na czterodniowy tydzień pracy przymierzała się również Finlandia.

Skrócenie tygodnia pracy do czterech dni nie jest najbardziej radykalną wizją przyszłości. Znacznie dalej idzie Timothy Ferriss, który proponuje, żebyśmy pracowali nie więcej niż cztery godziny w tygodniu. Ferriss mówi o relatywnej wartości pieniądza i zachęca do złapania balansu między luksusem a swobodą robienia tego, co naprawdę lubimy. Kluczem do sukcesu jest stworzenie produktu, który będzie tak atrakcyjny, że dostarczy nam odpowiednich środków, oraz właściwe dopasowanie naszych środków finansowych i potrzeb do miejsca, w którym żyjemy. Jeśli najbardziej ze wszystkiego kochamy przyrodę i mamy możliwość pracy zdalnej, to może lepiej mieszkać w Bieszczadach niż w Warszawie. To propozycja tylko dla niektórych z nas, bo wymaga przekroczenia wielu barier, w tym tych najtrudniejszych – mentalnych, ale wciąż bardzo kusząca dla szerokiego grona czytelniczek i czytelników. Książka Ferrissa pt. 4-godzinny tydzień pracy[2] jest bestsellerem.

Pytanie o tryb pracy i sensowność poszczególnych sposobów, w jakie organizujemy sobie czas, przewija się przez różne sfery naszego życia. I nie dotyczy wyłącznie sposobu organizacji pracy, ale również szkoły. Tak jak zadajemy sobie pytanie, czy praca biurowa powinna się odbywać w tym samym trybie co praca przy taśmie w zakładzie produkcyjnym albo przy okienku w urzędzie, czy praca zdalna powinna być odbiciem pracy w biurze, tak samo można zapytać, czy szkoła wirtualna powinna być wierną kopią szkoły analogowej, w której rytm dnia wyznacza podział na czterdziestopięciominutowe lekcje i na przerwy. Czy to w ogóle ma sens? Może niekoniecznie. Może lepiej wymyślić inny sposób nauczania, który – tak jak praca zdalna – skupia się na celu, a nie na formie. Na wykonaniu zadania, a nie nadzorze.

Taki model szkolnictwa proponuje Marian Mazur, który już w latach 60. XX wieku sugerował indywidualny tok nauczania, odbywający się w relacji maszyna-uczeń. W wersji współczesnej: inteligentny edukacyjny bot, a nie e-szkoła replikująca swój analogowy pierwowzór. Wszystko po to, żeby osiągać lepsze efekty w krótszej jednostce czasu. Brzmi sensownie, jednak wciąż abstrakcyjnie.

Wróćmy jednak do pracy. Praca zdalna to nieraz nie mniej, ale więcej pracy. Piszę to jako osoba, która od rana do późnego wieczora nie może się oderwać od komputera, bo wciąż jest coś do skończenia, obejrzenia lub przeczytania. Moje zachowania, uzależnienie od laptopa i pracoholizm są reakcyjne. Jestem pracowniczką na sterydach uwolnioną od przypadkowych interakcji międzyludzkich i czasu spędzonego na przejazdach rowerem. Wiem jednak, że ten tryb pracy z czasem odejdzie do przeszłości. Część prac badawczych i nudnych czynności przejmą boty. Bliżej świata przyszłości są osoby, które podczas pandemii nie mogą pracować zdalnie na pełen etat. Oraz osoby, które straciły pracę albo pracują w miejscach, gdzie są tylko dyżury trwające kilka godzin dziennie. (W ten sposób pracuje w marcu księgarnia Bęc Zmiany, w której być może kupiłeś/kupiłaś tę książkę). Tak jest teraz. To stan wyjątkowy, ale możliwe, że już niedługo taka rzeczywistość stanie się doświadczeniem większej liczby z nas. Czasowa redukcja miejsc pracy wymuszona przez pandemię to generalna próba scenariusza, w którym istotną część zadań przejmą za nas boty. Chcąc nie chcąc, prototypujemy przyszłość, która nadejdzie prędzej niż później. Ale to jeszcze nie dziś ani nie jutro. Warto się jednak przyglądać. To nie musi być koniec świata, tylko nowe otwarcie.

Wypłata bez pracy

Praca zarobkowa jest obecnie rdzeniem życia większości społeczeństw. Definiujemy się przez pracę. Na pytanie o to, kim jesteśmy – będąc w swoim kraju – odpowiadamy: jestem fryzjerką, prawniczką, kucharzem, nauczycielem, studentką. Rewolucja feministyczna opierała się na postulacie dostępu do pracy. Nauczycielki, prawniczki, lekarki, menedżerki to przejawy sukcesu tej walki. Wysokie stanowisko zapewnia prestiż społeczny. Wizja bezrobocia jest w tym kontekście przerażająca. Brak pracy to nie tylko nuda i poczucie osamotnienia, lecz także utrata tożsamości. Jeśli nie pracujemy, czujemy się niepotrzebni.

Daniel Susskind, piszący o przemianach rynku pracy i przyszłych skutkach automatyzacji, w swojej najnowszej książce A World Without Work[3] przywołuje słynne badania Marie Jahody z czasów wielkiej depresji. W podwiedeńskim Marienthalu po zamknięciu fabryki pracę straciło trzy czwarte z 478 rodzin i miasteczko w większości utrzymywało się z zasiłków. Masowe bezrobocie spowodowało wzrost niechęci do innych i złej woli oraz poczucie braku sensu. Jednym z mierzalnych kryteriów apatii był spadek liczby wypożyczanych książek [4]. Bezrobocie oznaczało wtedy śmierć społeczną, jednak to było 100 lat temu. Czy na pewno wciąż tak jest?

Dla wielu osób fakt, że wciąż żyjemy w świecie, w którym praca wyznacza naszą tożsamość, wydaje się oczywisty. I pewnie statystycznie tak jest. Jednak jeśli przyjrzymy się bliżej zmianie, która nadchodzi ze strony najmłodszych pokoleń, to zobaczymy zaczątek nowego trendu. Przedstawiciele pokolenia robotników Marienthalu, tak zwanego pokolenia baby boomers (powojennego wyżu demograficznego) oraz pokolenia Y (obecnych czterdziestolatków) definiowali się przez pracę, natomiast wraz z pokoleniem milenialsów, czyli moim pokoleniem (osób urodzonych w latach 80. i 90.), sytuacja się zmienia. Wyznacznikiem jest już bardziej robienie rzeczy niż wyuczony zawód. A im ktoś jest młodszy, tym bardziej praca jako wyznacznik statusu zaczyna ustępować stylowi życia i sposobom spędzania wolnego czasu. Alternatywna rzeczywistość wychodzi z gimnazjów i liceów i powoli wkracza na rynek pracy.

Badacze i badaczki przemian pokoleniowych wskazują, że u najmłodszych przywiązanie do pracy jako rdzenia tożsamości powoli zanika. Większe znaczenie mają relacje z ludźmi, sposób spędzania wolnego czasu. O milenialsach i młodszych pokoleniach złośliwie mówi się, że są nieznośni, bo są narcystyczni. Że chcą być doceniani tylko za to, że są sobą. Absurdalne? Dziecinne? Tak, ale jedynie z perspektywy świata, który znamy. Natomiast z perspektywy świata przyszłości podejście młodych pokoleń jest całkowicie racjonalne. Będziemy mieć płacone za to, że jesteśmy. A konkretnie za to, że jesteśmy ludźmi i umiemy wchodzić w relacje. A w te relacje wchodzimy nie tylko w czasie pracy, lecz także w czasie wolnym. I to właśnie w takim kontekście należy czytać książkę Aleksandry Gordowy – wizji przyszłości architektury głęboko osadzonej w doświadczeniu rzeczywistości poprzednich pokoleń. I to nie jest fantazja, tylko nasza przyszłość.

Pieniądz jest energią, która przez lata była sklejona z pracą, a ta z kolei – z prestiżem społecznym. Teraz powoli ta sytuacja się zmienia. Coraz więcej mówi się o świecie, w którym każdemu z nas przysługuje comiesięczna wypłata, tak jak przysługuje nam prawo do wejścia do parku czy chodzenia po ulicach. Ta wizja to wprowadzenie powszechnego dochodu gwarantowanego. U źródeł podobnych pomysłów leży przeświadczenie, że najlepszym i najmniej upokarzającym sposobem niwelowania problemu biedy jest wypłacanie każdej osobie ustalonej sumy. Co ważne, bez sprawdzania kryteriów dochodowych, tak jak obecnie wypłaca się 500+ na każde dziecko. Program Rodzina 500+ przetarł nam szlaki do innego spojrzenia na relacje pomiędzy czasem spędzonym w pracy a czasem, który poświęcamy relacjom z bliskimi. Wniosek jest prosty: jeśli praca jest tak podła, że za 500 złotych można z niej zrezygnować, to po co ją wykonywać. Pytanie z przyszłości brzmi również: jeśli takie zadania mogą wykonać roboty, to po co mają je wykonywać ludzie? Praca intelektualna zapewnia przyjemność i rozwój, czego nie można powiedzieć o pracy w magazynie w trybie kilkuzmianowym.

Ze wszystkich raportów o przyszłości pracy wynika, że wiele zawodów opartych na sekwencjach powtarzających się czynności będzie zanikać lub się przekształcać. Chodzi tu zarówno o część zadań składających się na obowiązki prawników i lekarzy, jak i o inne powtarzalne prace, takie jak obsługa kasy. Do tej grupy zaliczają się również liczne prace wykonywane obecnie przez analityków i analityczki w firmach doradczych, które David Graeber nazywa pracami bez sensu [5]. Wiele z nich w przyszłości nie będzie miało racji bytu. Gdzie ludzie nie będą niezbędni ze względu na swoje ludzkie (czyli emocjonalne) kompetencje, tam zostaną zastąpieni. Zresztą widzimy to już dziś, zwłaszcza podczas pandemii koronawirusa: kasy automatyczne i płatności bezgotówkowe to mniejsze ryzyko zarażenia. Postęp technologii zlikwiduje wiele miejsc pracy, ale też stworzy nowe. Pytanie, czy tych nowych miejsc powstanie na tyle dużo, żeby zapewnić zajęcie ludziom, którzy pracowali na stanowiskach niewymagających specjalnie wysokich kwalifikacji. Niekoniecznie. I to właśnie im potrzebna jest przede wszystkim wizja powszechnego dochodu gwarantowanego.

Ta przyszłość ma dwa warianty: bezwarunkowy dochód gwarantowany i warunkowy dochód gwarantowany. Pierwszy wariant działa jak 500+: niezależnie od tego, co robimy, dostajemy przelew. Drugi, promowany przez Daniela Susskinda, opiera się na założeniu, że wypłata świadczenia wymaga od nas nie tyle pracy zarobkowej, ile jakiejś formy zaangażowania w świat, w którym żyjemy. Susskind uważa, że bezwarunkowy dochód gwarantowany to ryzyko powtórki z Marienthalu i groźba społecznej anomii. Alternatywą ma być świadczenie, w przypadku którego część swoich aktywności poświęcamy na działania społeczne. Wtedy nasz czas nie dzieli się na czas pracy zarobkowej i czas odpoczynku, ale na czas, kiedy robimy, co chcemy, i na czas, kiedy działamy na rzecz naszej społeczności; może to być rodzaj zadań opiekuńczych, edukacyjnych, zaangażowanie polityczne i wiele innych kwestii, które jeśli robimy obecnie, to po godzinach, w ramach swojego czasu wolnego. Warunkowy dochód gwarantowany podpina nas pod sieci społeczne. Jednak to, że mamy jakieś zadania do wykonania, nie znaczy, że znów pracujemy po osiem godzin przez pięć dni w tygodniu. Wiele tych zadań potrzebnych społeczności to czynności, które i tak wykonujemy. Lubimy robić rzeczy: Kevin Kelly, pisząc w Nieuniknionym[6] o technologii, stwierdza, że ponad połowa treści w internecie jest wytwarzana bezpłatnie. To jeden z dowodów świadczących o tym, że ludzie robią wiele z powodu czystej zajawki. Dla przyjemności własnej i innych ludzi, a nie dla zysku. Tego typu działania są poza obiegiem ekonomicznym, ale część z nich to działania dobre dla społeczności. Tak więc w świecie przyszłości warunkowego dochodu gwarantowanego wiele bezpłatnych zadań będzie liczonych jak wkład społeczny. Nasze hobby będzie mogło stać się naszą pracą, więc pytanie o to, co zrobić z resztą wolnego czasu, stanie się ponownie aktualne.

Z podobnego punktu wychodzi Anthony B. Atkinson [7], który jako alternatywę dla bezwarunkowego dochodu gwarantowanego proponuje dochód partycypacyjny oparty na tym samym założeniu co warunkowy dochód Susskinda: jeśli chce się dostać pieniądze od społeczeństwa, to trzeba te pieniądze społecznie odpracować. Rozwiązania bazujące na społecznym kalkulatorze użyteczności mają wielu krytyków. Jednym z nich jest Maciej Szlinder, który wskazuje, że w przeciwieństwie do bezwarunkowego dochodu gwarantowanego tego typu pomysły są drogie (ktoś w końcu musi oceniać, czy powinności są wypełniane; ten ktoś może też nie widzieć wszystkich pożytecznych działań), ponadto dają urzędnikom i urzędniczkom nadmierną kontrolę nad życiem innych ludzi [8]. Poza tym zamiast wspierać budowanie relacji społecznych i zaangażowania, rozwiązania te stanowią kolejną formę opresji. Dlatego najlepiej (najtaniej) oprzeć się potrzebie kontroli i nie stawiać warunków. Ludzie mogą mieć płacone tylko za to, że są ludźmi.

Nowa wizja pracy – nowa wizja mieszkalnictwa

Nowy sposób organizacji pracy to również nowe spojrzenie na przestrzeń domową. Gordowy, pisząc o lokalizacji swojego projektu, wskazuje na łódzką kamienicę jako format mieszkaniowy, który od samego początku był związany z kwestią produktywności. Mieszkanie stanowiło przestrzeń, w której robotnicy regenerowali siły, aby móc lepiej i efektywniej pracować w fabryce. W przypadku kobiet mieszkanie było dodatkowo przestrzenią pracy na drugą zmianę – tę domową (pranie, sprzątanie, gotowanie, opieka nad dziećmi). Mieszkania są maszynami do mieszkania i do regeneracji. Obecnie mieszkanie coraz częściej pełni również funkcję biura. Praca zdalna zaciera granice między czasem wolnym a obowiązkami. To z jednej strony wygoda, z drugiej – przekleństwo. Trudno się odpoczywa w miejscu, w którym ciągle się pracuje. Można symbolicznie zamknąć komputer albo chociaż wyłączyć pocztę, ale nie zmienia to faktu, że im dłużej pracujemy w domu, tym bardziej mieszkanie podporządkowane jest pracy. Sercem staje się biurko, a nie przestrzeń odpoczynku.

Odpowiedzią na negatywne skutki rozmycia się granic między przestrzenią pracy a przestrzenią relaksu może być dobre projektowanie. Gordowy w Domu jako przestrzeni produktywnej i nieproduktywnej proponuje

przestrzeń, którą można higienicznie podzielić na część produktywną – do pracy – i część nieproduktywną – ważną dla zachowania i pielęgnowania intymnej sfery domowej. Możliwa jest kreacja przestrzeni domu jako strefy twórczego i nietwórczego nicnierobienia. Jest ono szczególnie ważne dla przestymulowanych umysłów społeczeństwa wiecznie „podłączonego”, niedostrzegającego granicy między początkiem i końcem pracy.

To dopasowanie się architektury do kontekstu ekonomicznego nie jest niczym nowym. System mieszkaniowy zawsze był połączony z systemem organizacji pracy: miasta się rozrastały ze względu na migracje ze wsi. Część miast powstała jako dodatek do fabryki. Taka jest również historia robotniczej Łodzi, która staje się dla Gordowy puntem wyjścia do przemyślenia sposobu, w jaki będziemy mieszkać. Modele mieszkalnictwa społecznego są blisko powiązane z tym, jak wygląda system ekonomiczny. Najwyraźniejszym przykładem powiązania pracy i mieszkaniówki jest Wiedeń. U podłoża wiedeńskiej polityki mieszkaniowej (uważanej za najlepszą albo jedną z najlepszych na świecie) leżało przekonanie, że mieszkania muszą być względnie tanie, żeby presja płacowa ze strony robotników była mniejsza. Nadwyżkę, którą fabrykant zaoszczędził na pensjach, mógł zainwestować w rozwój firmy. Obecnie nie ma już fabrykantów. Za to została po nich polityka mieszkaniowa oparta na założeniu, że każdej osobie przysługuje prawo dostępu do mieszkania. Dzięki temu Wiedeń ma mniej nierówności niż inne miasta oraz wyższy poziom bezpieczeństwa i zadowolenia z życia.

Teraz sytuacja jest inna i jeszcze dalsza od wizji mieszkania jako wygodnej przestrzeni rekreacji. Mieszkanie stanowi towar rynkowy, a jego wartość podlega spekulacji. Wciąż jest podpięte pod system ekonomiczny, jednak nie jako usługa publiczna, która sprawia, że nasze codzienne życie jest tańsze (ukryty dodatek do pensji), ale jako lokata na przyszłość – dodatkowy dochód na emeryturę dla pokolenia baby boomersów, czyli tego pokolenia, które stworzyło ramy obecnego systemu gospodarczego i z satysfakcją zbiera owoce swoich poprzednich decyzji. Podobnej strategii nie zastosują już jednak kolejne pokolenia. Pokolenie współczesnych trzydziesto- i czterdziestolatków, których było stać na kredyt, w najlepszym wypadku spłaci swoje mieszkanie. Młodsi nie wezmą kredytu. Również dlatego, że widmo bezrobocia, które z dnia na dzień wraz z przyjściem pandemii dotknęło część społeczeństwa, stało się wspólnym doświadczeniem wielu osób, a nie tylko jednostkową smutną historią. To już nie jedna osoba, której nie przyjęto na etat po stażu w korpo, albo inna, która straciła pracę w gastro, ale całe branże, w których nagle pojawia się nadmiar czasu wolnego. Dlatego właśnie powrót do wizji dostępnego mieszkalnictwa jako fundamentu gospodarki ponownie zaczyna jawić się jako racjonalne rozwiązanie.

Dla młodszych pokoleń znacznie bardziej obiecujące staje się podejście leżące u podstaw wiedeńskiej polityki mieszkaniowej niż model, który oglądamy w Polsce od czasu transformacji. Przy zmianach na rynku pracy, rosnącym pandemicznym bezrobociu, a docelowo automatyzacji wielu prostych zajęć kwestia mieszkaniowa będzie musiała być ściśle powiązana z systemem gospodarczym, a nie – jak dotychczas – regulowana przez niewidzialną rękę rynku. Mieszkanie będzie musiało stać się fundamentem świadczeń socjalnych i dodatkiem do podstawowego dochodu gwarantowanego. I nie będzie to mieszkanie, w którym odpoczniemy po pracy, ani mieszkanie funkcjonujące jako domowe biuro. Będzie to mieszkanie lub budynek, w którym będziemy spędzać dużą ilość wolnego czasu. I właśnie w tym kontekście powinniśmy czytać książkę Gordowy.

Projekt Gordowy to propozycja, która jeszcze do niedawna była wyłącznie ćwiczeniem dla wyobraźni – teraz staje się ciekawym do rozważenia projektem do realizacji. Wizja tego, jak wyglądałaby rewitalizacja łódzkich kamienic, tak aby wygodnie się w nich nudzić, jeszcze kilka miesięcy temu wydawała się nierealna albo co najmniej bardzo odległa. Obecnie pytanie zarówno o świat wypełniony nudą, jak i o budownictwo odpowiadające na większą ilość czasu wolnego staje się coraz bardziej zasadne. Po pierwsze dlatego, że nuda stała się doświadczeniem czasów kryzysu. A po drugie dlatego, że można się spodziewać, iż nie tylko taka sytuacja się powtórzy, lecz także obecny okres pandemiczny jest otwarciem na nowy model życia społecznego. Nie wrócimy już do codzienności wypełnionej pracą w podobny sposób, jak do tej pory. Świat po pandemii dla wielu z nas stanie się rzeczywistością, w której będziemy mieć więcej czasu wolnego. Ale czy będziemy w stanie to znieść?

Czy nuda koniecznie musi być zła?

Czy nuda to najgorsza rzecz, jaka może się nam przytrafić? Tak można by wnioskować, patrząc na pandemiczny internet, który tuż po ogłoszeniu masowej pracy zdalnej dla jednych, a dla innych po prostu przymusowego przebywania w domu odpowiedział zmasowanym atakiem na pojawiające się przestrzenie czasu wolnego. Do sieci przeniosły się nie tylko spotkania pracowe, lecz także wspólne drinki, poranna joga. Wzrosła liczba webinarów, z czego większość organizowano bezpłatnie. Udostępniano bezpłatne filmy, bezpłatne e-booki, gry online czy wiele innych sposobów spędzania czasu, z których wcześniej nie zdawaliśmy sobie sprawy. Wszystko po to, żeby obronić nas przed nudą. Tak jakby czas sam na sam ze sobą był najstraszniejszą rzeczą, jaka może nam się przydarzyć. A może nuda jest nam potrzebna? Może przymusowy pobyt w domu to dla nas szansa, żeby zastanowić się nad tym, jak powinniśmy dalej funkcjonować? Albo spędzić trochę więcej czasu sami ze sobą.

Na nudę można patrzeć zarówno jak na szansę na zwiększenie naszej produktywności, jak i na opór wobec kapitalistycznego systemu produkcji opartego na nadmiarze. Ta pierwsza perspektywa jest bliska Calowi Newportowi oraz innym autorom i autorkom wskazującym na to, że wolna głowa stanowi konieczny krok do kreatywnego myślenia. Zgodnie z zasadą, że gdy rozum śpi, budzą się pomysły. O kreatywnym potencjale nudy piszą Olivia Fox Cabane i Judah Pollack w The Net and the Butterfly: The Art and Practice of Breakthrough Thinking[9]. Podobnie jak Newport stwierdzają, że mózg, aby dobrze pracować, potrzebuje zarówno momentów intelektualnego wysiłku, jak i rozluźnienia. Nuda w tym przypadku to czas regeneracji i otwarcie się na przypadkowość. Jednak wszystko po to, żeby osiągać wyznaczone sobie cele. Kiedy mózg nie odpoczywa, wtedy najlepiej, jeśli dostarczamy mu różnorodnych bodźców.

Na drugim biegunie jest Jenny Odell, która w How to Do Nothing[10] przeciwstawia się terrorowi produktywności. Namawia do spacerów, zamknięcia się w domu w lesie, skupienia na drobnych kwestiach, ale dla samej przyjemności kontaktu ze światem i lepszego rozumienia rzeczywistości społeczno-ekonomicznej. Nasz pogłębiony ogląd staje się tym samym miejscem, z którego możemy stawiać opór gospodarce opartej na prymacie produktywności oraz wizji rozwoju uzasadniającej niszczenie natury. Wolny czas, nuda i kontakt z naturą są nam potrzebne do tego, żebyśmy z powrotem mogli się poczuć elementem świata jako skomplikowanego i delikatnego systemu, w którym przyroda jest naszą sojuszniczką, a nie kolejnym polem eksploatacji.

Perspektywa Gordowy jest znacznie bliższa podejściu Jenny Odell. Celem projektowania mieszkania pod nudę jest tworzenie przestrzeni do myślenia, relaksu i budowania relacji z innymi. Projektowanie powinno być podporządkowane różnym funkcjom, ale też zakładać wielofunkcyjność. W świecie, w którym mamy więcej czasu, nasze codzienne potrzeby są zmienne. Gordowy proponuje, aby zmienić sposób patrzenia na funkcjonalność, proponując zamiast schematu: sypialnia-kuchnia-łazienka-hall spojrzenie na sieć powiązań i wzajemności: przestrzeń pracy i rozmowy-wspólne jedzenie-samotne rozmyślanie-zabawa w przerwie od gotowania-sobotnie wpatrywanie się w sufit. Wtedy będziemy też zadawać inne projektowe pytania, na przykład jakie znaczenie ma parapet, czy jest dolną częścią wewnętrznej ramy okna czy też przestrzenią relaksu? Jak duża powinna być kuchnia i czy powinna służyć tylko do gotowania? A co z łazienką? Przykładem radykalnego przemyślenia funkcji pomieszczeń jest właśnie łazienka z widokiem, czyli pokój kąpielowy. Funkcjonalizm Gordowy to podobna logika, jaka stoi za projektowaniem mikroapartamentów, w których modularne meble pozwalają na różne użycie danej przestrzeni. Jest jednak pewna zasadnicza różnica: Gordowy operuje na mieszkaniu o normalnym metrażu i daje nam prawo do życia w miejscu, w którym nie każdy centymetr kwadratowy musi mieć swoją funkcję.

Gdzie już teraz znajdziemy przyszłość?

Dom nudy to propozycja teoretyczna, zebrane w jednym miejscu różne rozwiązania, które odpowiadają wyzwaniom przyszłości. Futurologia w pigułce. Czy projekt Gordowy albo wariacja na jego temat doczekają się realizacji? Możliwe, że tak. Ale na razie poszerza on naszą wyobraźnię i sprawia, że zaczynamy szukać przejawów przyszłości. W końcu jak mówił William Gibson, twórca literatury fantastycznonaukowej: „Przyszłość już tu jest, ale nierówno rozdystrybuowana” [11]. To, że mieszkanie w łódzkiej kamienicy z wizji Gordowy nie istnieje, nie znaczy, że rzeczywistość nie odpowiada już na wyzwanie, które rzuciła. Przewartościowanie wizji mieszkania jako miejsca do regeneracji między ośmiogodzinnymi dniami pracy albo miejsca pracy (jeśli pracujemy z domu) już się dzieje. Takie projekty już powstają, chociaż większość z nas nie patrzy na nie jak na model mieszkalnictwa dla wszystkich.

Te mieszkania to projekty senioralne, których jest coraz więcej nie tylko za granicą, lecz także w Polsce. Jeśli pomyśleć o przyszłości świata pracy i naszym codziennym życiu, to duża część społeczeństwa będzie wieść emerycki żywot. Spotykać się w lokalnych centrach kultury z rówieśnikami, uprawiać warzywa na działce, dbać o bliskich, a jeśli budżet, zdrowie i inne czynniki pozwolą, to również podróżować. Mieszanie funkcji to sedno projektów międzypokoleniowych. W nowym TBS-ie na wrocławskich Nowych Żernikach w jednym budynku mieszkają seniorzy i seniorki oraz osoby będące w wieku, który obecnie nazywa się produkcyjnym. Oprócz mieszkań w budynku są przedszkole, duże wspólne patio, a na każdym piętrze przestrzenie wspólne, które mogą być wykorzystywane do różnych aktywności. Planowanie w jednym gmachu przestrzeni wspólnych to coraz bardziej popularny sposób projektowania senioralnej mieszkaniówki. Ale nie tylko. Podobna logika stoi również za projektami colivingów, czyli budynków, w których uzupełnieniem mikroapartamentów są dostępne dla wszystkich mieszkańców i mieszkanek obszary wspólne. Daleko tu do pełnej elastyczności przestrzeni, ale podział mieszkania nie wynika z jego funkcji: sypialnia, kuchnia, salon, gabinet, tylko wyróżnia się przestrzenie prywatne i współdzielone. Prywatne są mieszkania, a wspólne pozostałe miejsca w budynku.

Jeśli miałabym wyobrażać sobie typ budownictwa na czasy, kiedy zostanie wprowadzony któryś wariant powszechnego dochodu gwarantowanego, to wszyscy żylibyśmy w budynkach senioralnych, a rewitalizację przeprowadzałaby Ola Gordowy i jej ideowe koleżanki (i koledzy). Przyszłość świata to więcej czasu wolnego, mniej pracy bez sensu i projekty mieszkaniowe oparte na wspieraniu lokalnych społeczności, elastycznych przestrzeniach i docenianiu czasu relaksu.

[1] Cal Newport, Praca głęboka. Jak odnieść sukces w świecie, w którym ciągle coś nas rozprasza, przeł. Władysław Jeżewski, Wydawnictwo Studio Emka, Warszawa 2018.

[2] Timothy Ferriss, 4-godzinny tydzień pracy: nie bądź płatnym niewolnikiem od 9.00 do 17.00, przeł. Anita Doroba, MT Biznes, Warszawa 2009.

[3] Daniel Susskind, A World Without Work. Technology, Automation and How We Should Respond, Metropolitan Books Henry Holt and Company, New York 2020.

[4] Tamże, s. 217.

[5] David Graeber, Praca bez sensu, przeł. Mikołaj Denderski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2019.

[6] Kevin Kelly, Nieuniknione: jak inteligentne technologie zmienią naszą przyszłość, przeł. Piotr Cypryański, Poltext, Warszawa 2017.

[7] Anthony B. Atkinson, Nierówności. Co da się zrobić?, przeł. Mikołaj Ratajczak, Maciej Szlinder, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017.

[8] Maciej Szlinder, Bezwarunkowy dochód podstawowy. Rewolucyjna reforma społeczeństwa XXI wieku, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2018.

[9] Olivia Fox Cabane, Judah Pollack, The Net and the Butterfly. The Art of Practicing of Breakthrough Thinking, Penguin, New York 2017.

[10] Jenny Odell, How to Do Nothing, Melville House Publishing, Brooklyn 2019.

[11] Za: Kevin Kelly, Nieuniknione..., dz. cyt., s. 300.

NIC SIĘ NIE DZIEJE ALBO WSTĘP

Projekt Domu jako przestrzeni produktywnej i nieproduktywnej jest architektoniczną i urbanistyczną refleksją o wymiarze zarówno filozoficznym, jak i społecznym. W centrum rozważań znajduje się dom – istniejąca porobotnicza kamienica w Łodzi przy ulicy Wschodniej. Ten kontekst służy jako płótno – obraz malującego się na nim istniejącego życia w swojej intrygującej, skomplikowanej, miejskiej formie, przyłapanego niemalże w trakcie ekonomicznej, społecznej i architektonicznej transformacji: z zaharowanego, nieznającego wolnego od rutyny dnia społeczeństwa w społeczeństwo również uzależnione od pracy, nowe społeczeństwo o ogromnych zdolnościach do wielozadaniowości, uzależnione od bodźca, lecz nie rutyną, a w inny sposób głęboko znudzone.

Zamieszkana kamienica jest fascynująca, ponieważ jej wyobrażony przekrój pokazuje życie uchwycone w najbardziej powyginanych pozycjach. Budowane w pośpiechu i ferworze rewolucji przemysłowej budynki są wypchane mieszkaniami nawet w swoich najmniej spodziewanych kątach – również tam, gdzie wiatr nie przewietrza pokoi, gdzie promienie słońca nie osuszają zawilgoconych murów. To warunki życia społeczeństwa pracującego na dwie, a może i trzy zmiany.

Taśma produkcyjna – symbol rewolucji przemysłowej – rozpoczęła erę nigdy nieustającej akceleracji, która trwa do dzisiaj. W absolutnym centrum pozostaje jednak nie fabryka, lecz dom, przestrzeń mieszkalna i fazy, przez jakie przechodzi sposób jej użytkowania. Każde pokolenie w inny, typowy dla siebie sposób rozpycha się w coraz bardziej ciasnych murach. Ciasnych, bo zalewa nas coraz większa liczba przedmiotów i afirmacja kultury materialnej.

Dom jako przestrzeń produktywna i nieproduktywna to projekt, który przygląda się architekturze codzienności przez soczewkę, jaką jest pochwała nudy. Georges Teyssot w swoim eseju Boredom and Bedroom: The Supression of the Habitual[1] [Nuda i sypialnia: stłumiona zwyczajność] opisuje pustkę – nudę jako czysty potencjał (pure possibility) i przeciwieństwo formy. Nuda zurbanizowanych środowisk współtworzy narrację społeczeństw zamieszkujących miasta. Mieszkanie, zamieszkiwanie, rutyny mieszkalne i rutyny codzienne analizowane przez pryzmat „domowego demona” [2] nudy to dekonstrukcja mitu współczesnego domu na trzech poziomach:

Mit komfortu

Komfort domowego zacisza ulega stopniowej komodyfikacji. Na domowe kreowane są miejsca pracy w przestrzeniach coworkingowych i wielkich korporacjach, tak samo jak powszechny i dobrze sprzedawalny jest obraz laptopa w fałdach puszystej pościeli. Możliwość zdalnej pracy coraz częściej wprowadza pracę zarobkową do przestrzeni domu. Pracujemy z sypialnianego łóżka, kuchennego stołu i z toalety.

Błogosławieństwo domowej nudy wobec wszechobecnego bodźca oraz upłynnienia relacji czasu i miejsca na skutek mobilnych technologii zostało zagrożone. Wbrew pewnym fundamentalnym założeniom ideowym dom nie jest azylem beztroskiej bezczynności. W nudę prostych domowych rutyn wdarła się praca i nieustająca pogoń za bodźcem. W opozycji do społeczeństwa industrialnego nazywamy się społeczeństwem kreatywnym, zamieszkujemy jednak wciąż te same przestrzenie, w których potencjalne zacisze wprowadziliśmy praktykę nieustającej pracy.

Mit rodziny patriarchalnej

Mieszkanie jako zmaterializowanie obowiązującej ideologii i jej społecznej organizacji: monogamicznej patriarchalnej rodziny, w której status mężczyzny naprzeciw kobiety spowodował przypisanie domownikom określonych ról. Konsekwentnie dom, gospodarstwo domowe to nie wyłącznie przestrzeń regeneracji, zawieszenia, alternatywa dla przestrzeni pracy, ale przeciwnie: druga zmiana, warsztat kucharski, sprzątaczy, dziecięcy – warsztat pracy reprodukcyjnej – słowem, nie dom, lecz dobrze zorganizowana, racjonalna przestrzeń pracy i wpisana w nią do niedawna nieusłyszana i nigdy nienazwana nuda spracowanych gospodyń domowych: kobiet i matek.

Mit produktywności

Mieszkanie – sekwencja pokoi z nadanymi im funkcjami. Określona racjonalizacja, relacja wielkości i sposób umeblowania usprawniają wydajność życia domowego. Współczesnemu człowiekowi brakuje czasu, ale równocześnie obawia się on jego nadmiaru.

Celem projektu jest architektoniczne sformułowanie koncepcji mieszkania jako przestrzeni praktyk nieproduktywnych. Walter Benjamin doceniał i podkreślał znaczenie nudy, ponieważ był przekonany, że jest ona niezbędna do utrzymania wewnętrznego balansu. Wierzył, że nuda stwarza przestrzeń na połączenie umysłu i zmysłowego doświadczania, daje możliwość asymilacji, wejścia w prawdziwą, świadomą i intymną, relację z otoczeniem.

[1] Georges Teyssot, Boredom and Bedroom: The Supression of the Habitual, „Assemblage” 1996, nr 30, s. 44-61.

[2] Arthur Schopenhauer, Schopenhauer: Parerga and Paralipomena: Short Philosophical Essays, t. 2, red. Christopher Janaway, Cambridge University Press, Cambridge 2015 [tłumaczenie własne].