Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Pokusa, której nie byłem w stanie się oprzeć…
Poznałem Jelenę Jenin – jedyną córkę najokrutniejszego szefa Bratvy w Chicago – kiedy próbowano wepchnąć ją do bagażnika.
Bratva nienawidzi mojego rodu do tego stopnia, że spalili żywcem mojego wuja. Powinienem był porzucić tę dziewczynę na pastwę losu…
Ale walczyła niczym walkiria. Piękna, harda, niezłomna.
Ocaliłem ją, aby stała się tylko moja.
Jelena twierdzi, że nigdy nie ulegnie mężczyźnie. Jeszcze zobaczymy.
Doprowadzę ją do granic wytrzymałości. A potem wykroczę daleko poza nie.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 361
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Heavy Crown
Copyright © Sophie Lark 2021
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Kamila Recław
Korekta: Joanna Błakita, Martyna Janc, Kamila Grotowska
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
Ilustracje: Line Maria Eriksen
Projekt okładki: Emily Wittig
ISBN 978-83-8418-898-9 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
1. grandson – Blood // Water
2. MARINA – Bubblegum Bitch
3. Fousheé – Deep End
4. Yann Tiersen – Naval
5. Emile Pandolfi – Once Upon a December
6. Gavin James – City of Stars
7. G-Eazy, blackbear – Hate the Way
8. Pixies – Where Is My Mind?
9. Vance Joy – Riptide
10. Miley Cyrus, Dua Lipa – Prisoner
11. Lauren Sanderson – But I Like It
12. Everybody Loves an Outlaw – I See Red
13. Selena Gomez, Gucci Mane – Fetish
14. Lil Wayne, Wiz Khalifa, Imagine Dragons, Logic, Ty Dolla $ign, X Ambassadors – Sucker for Pain
15. Sam Tinnesz, Yacht Money – Play with Fire
16. Bishop Briggs – River
17. Echos – Saints
18. Kate Mann – O Death
19. La Roux – Bulletproof
20. Taylor Swift – willow
Sebastian
Siedzę w narożnym boksie w Restauracji La Mer z dwoma braćmi i siostrą Aidą. Lokal zamknięto godzinę temu, kelnerzy zdjęli obrusy i pozbierali zastawę, a kucharze właśnie kończą mycie kuchenek i lodówek.
Barman przeprowadza codzienną inwentaryzację; może został dłużej, w razie gdyby ktoś z nas chciał ostatniego drinka.
W tym właśnie tkwi zaleta posiadania restauracji – nikt cię z niej nie wyrzuci.
La Mer słynie z serwowania ekskluzywnych owoców morza – ryby jak halibut czy łosoś przyjeżdżają codziennie rano ze Wschodniego Wybrzeża, a podawane tu nogi krabów królewskich są dłuższe niż ręka. Wcześniej jedliśmy homara na maśle. Później przez kilka godzin piliśmy i rozmawialiśmy. Być może taki wieczór długo nam się nie powtórzy.
Jutro rano Dante leci do Paryża. Zabiera żonę, syna i niedawno urodzoną córkę na Stary Kontynent na wakacje nazywane przedłużoną podróżą poślubną, ale coś mi się widzi, że już nie wróci.
Dante nigdy nie chciał być capocrimine. Tak, został naszym szefem, ale tylko dlatego, że jest najstarszy – a nie dlatego, że miał takie ambicje.
Oczywiście prawdziwym donem pozostaje ojciec, ale z upływem lat podupada na zdrowiu. Coraz częściej oddaje innym prowadzenie rodzinnych biznesów. Niegdyś uczestniczył w każdym spotkaniu mafijnych rodów, nawet w tych zupełnie błahych kwestiach. W tej chwili wkłada garnitur i wychodzi z domu jedynie, gdy problem jest naprawdę poważny.
Stał się pustelnikiem w starej rezydencji przy Meyer Avenue. Gdyby nasza gosposia Greta tam nie mieszkała, nie jadła z nim i nie słuchała marudzenia na temat tego, że Steinbeck powinien mieć lepszą ocenę w panteonie pisarzy niż Hemingway, poważnie bym się o niego martwił.
Chyba dopadają mnie wyrzuty sumienia, bo również mógłbym z nim mieszkać.
Pozostałe jego dzieci też się wyprowadziły – Dante i Aida założyli rodziny, a Nero mieszka ze swoją dziewczyną Camille w apartamencie nad nowym warsztatem, w którym przerabiają samochody. Po studiach mogłem wrócić do domu, ale tego nie zrobiłem. Mieszkam w Hyde Park z Jace’em, który jest moją prawą ręką.
Wmawiam sobie, że dzieje się tak, ponieważ muszę mieć więcej prywatności, aby sprowadzać dziewczyny lub wychodzić i nikomu się nie tłumaczyć. Prawda jest jednak inna. Czuję się dziwnie odsunięty od reszty rodziny. Dryfuję, widząc ich, ale nie siedzę na tej samej łodzi.
Wszyscy szybko się zmienili, ale ja również. Nie odnoszę jednak wrażenia, że to zmiany w tym samym kierunku.
Minęły trzy lata od ostatniego starcia z Griffinami.
Tamtej nocy zmieniło się całe moje życie.
Zaczęło się od kolacji – podobnej do tej, ale na dachu naszego rodzinnego domu, gdy wszyscy nadal w nim mieszkaliśmy.
Zobaczyliśmy sztuczne ognie nad jeziorem, wiedzieliśmy, że Griffinowie wyprawiają najmłodszej córce imprezę urodzinową.
Jak bardzo żywot nas wszystkich różniłby się, gdybyśmy nie zwrócili uwagi na tamte fajerwerki?
Gdyby Aida nie uznała ich za wyzwanie czy sygnał do działania?
Pamiętam kolorowe błyski, które odbijały się w jej oczach, gdy spojrzała na mnie i szepnęła: „Powinniśmy iść na tę imprezę”.
Zakradliśmy się do domu Griffinów. Aida ukradła zegarek pradziadka i niechcący podpaliła bibliotekę, przez co Callum Griffin zaczął nas ścigać. Dopadł mnie i siostrę na molo, a potem jego ochroniarz rozwalił mi kolano. Właśnie ta krótka chwila sprawiła, że moje życie zaczęło pędzić w zupełnie innym kierunku.
Wcześniej zależało mi jedynie na koszykówce. Grałem godzinami, i to każdego dnia. Nie pamiętam już, jak bardzo pochłonął mnie ten sport. Gdziekolwiek bym poszedł, miałem ze sobą piłkę. W każdej wolnej chwili ćwiczyłem dryblowanie i zwody. Przed spaniem oglądałem powtórki meczów. Przeczytałem kiedyś, że Kobe Bryant nie przestawał trenować, dopóki nie oddawał czterystu trafnych rzutów dziennie. Stwierdziłem, że dam radę pięćset, więc po regularnych treningach zostawałem na wiele godzin, aż woźni na sali gasili światła. Dotyk piłki i rytm kozłów wryły mi się w mózg. Chropowata faktura stała się dla mnie najbardziej znaną rzeczą na świecie, a najczęstszym dźwiękiem – pisk podeszew butów sportowych na parkiecie.
Tak naprawdę koszykówka stanowiła jedyną prawdziwą miłość w moim życiu. Wolałem ją niż dziewczyny, jedzenie, zabawę czy cokolwiek innego.
Kiedy bucior tamtego ochroniarza spotkał się z moim kolanem, poczułem oślepiający, przywołujący mdłości ból i już wiedziałem, że to oznacza koniec mojego marzenia.
Zawodowcy wracają do gry po kontuzjach, ale gracze, którzy ulegają wypadkom, nie zostają profesjonalistami.
Zaprzeczałem temu przez ponad rok. Codziennie uczęszczałem na rehabilitację.
Miałem operację, nosiłem okłady rozgrzewające i chłodzące, wszystko sprawdzano pod ultrasonografem, pracowano na bliznach, za pomocą elektrostymulacji wzmacniano mięśnie, a mnie przez niezliczone godziny kazano wykonywać ćwiczenia.
Codziennie chodziłem również na siłownię, by budować resztę ciała, przez co do poprzednio szczupłej sylwetki doszło mi piętnaście kilo.
Wszystko jednak jak krew w piach. Przestałem kuśtykać, ale nie wróciła mi poprzednia szybkość. Chociaż do tej pory powinienem być znacznie silniejszy i dokładniejszy, nie zdołałem wrócić nawet do miejsca, w którym byłem przed kontuzją. Starałem się płynąć pod prąd, a mimo to przesuwałem się w dół rzeki.
W tym momencie żyję w dziwacznej, alternatywnej rzeczywistości, w której Griffinowie stali się naszymi sojusznikami. Aida wyszła za mąż za mężczyznę, który rozkazał ochroniarzowi zmiażdżyć mi kolano.
Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że wcale nie nienawidzę Calluma. Dobrze traktuje Aidę. Są w sobie bezgranicznie zakochani i mają synka – dziedzica obydwu naszych rodów – Milesa. Griffinowie dotrzymali małżeńskiego paktu i stali się lojalnymi partnerami.
A mimo to nadal tli się we mnie cholerny gniew.
Codziennie wrze we mnie furia.
Zawsze wiedziałem, co robi moja rodzina. To część Gallów, tak samo jak nasza krew i kości. Jesteśmy mafiosami.
Nigdy tego nie kwestionowałem.
Wydawało mi się jednak, że mam wybór.
Sądziłem, że będę mógł balansować na krawędzi działalności, nie wchodząc w nią i mogąc się realizować w swojej pasji.
Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak to życie już się wokół mnie owinęło. Nigdy nie miałem możliwości decyzji. W taki czy inny sposób byłem z nim związany.
I wkrótce po tym, gdy rozwalono mi kolano i straciłem miejsce w drużynie, bracia coraz częściej zabierali mnie do pracy. Gdy uprowadzono Nessę Griffin, dołączyliśmy do jej rodu i stanęliśmy przeciwko polskiej mafii. Wtedy też po raz pierwszy zastrzeliłem człowieka.
Nie umiem tego opisać. Wziąłem broń do ręki, ale nie sądziłem, że naprawdę przyjdzie mi jej użyć. Odniosłem wrażenie, że jestem tam tylko po to, aby osłaniać bliskich. Stać na czatach. Zobaczyłem jednak, że jeden z Polaków celuje w mojego brata, i zdałem się na instynkt. Uniosłem rękę i wycelowałem napastnikowi między oczy. Bez zastanowienia pociągnąłem za spust.
Gość poleciał do tyłu. Spodziewałem się, że coś poczuję – szok, przerażenie, wyrzuty sumienia.
Zamiast tego… nie pojawiło się nic. Odniosłem wrażenie, że w moim przypadku było to nieuniknione. Jakby zabicie kogoś stanowiło moje przeznaczenie. Jakby to leżało w mojej naturze.
Zrozumiałem wtedy, że nie jestem dobrym człowiekiem.
Chyba zawsze zakładałem, że jednak nim będę. Podejrzewam, że wszyscy mieli o mnie takie zdanie.
Jestem przyjaźniejszy niż Dante, myślałem. Mniej psychopatyczny niż Nero. Bardziej odpowiedzialny niż Aida. Uważałem się za dobrego, pracowitego chłopaka – dobrego człowieka.
W tamtej chwili pojąłem, że mam w sobie agresję. I egoizm. Nie zamierzałem poświęcić brata na rzecz kogoś innego.
I z pewnością nie chciałem poświęcić siebie. Planowałem skrzywdzić lub zabić. Albo znacznie więcej.
Dziwnie dowiedzieć się o sobie czegoś takiego.
Przyglądam się siedzącemu przy stole rodzeństwu. Wszyscy mają krew na rękach. Patrząc jednak na nich, nikt by się nie domyślił. Cóż, może widać to po Dantem – dłonie ma wielkie jak rękawice baseballowe. Są dobre do rozrywania ludzi na strzępy. Gdyby był gladiatorem, Rzymianie wystawialiby go do walki z lwami, aby zrównoważyć jakoś szanse.
W tej chwili jednak wszyscy moi bliscy zdają się najszczęśliwsi w życiu.
Oczy Aidy są pełne radości, policzki zaróżowione od wina. Wcześniej nie piła, bo karmiła piersią, więc teraz cieszy się lekkim szumem w głowie.
Dante wygląda na zadowolonego, jakby już siedział w kawiarnianym ogródku w Paryżu. Nawet Nero się zmienił, chociaż nigdy bym nie pomyślał, że odnajdzie szczęście.
Zawsze przepełniały go okrucieństwo i wściekłość. Kiedy byliśmy nastolatkami, miałem go za prawdziwego psychopatę – nikim się nie przejmował, nawet rodziną. Tak naprawdę o nikogo nie dbał.
Ale poznał Camille i nagle się zmienił. Nie powiedziałbym, że stał się człowiekiem do rany przyłóż, bo nadal jest bezwzględny i cholernie chamski.
Ale wyzbył się wewnętrznego nihilizmu. W tej chwili wydaje się bardziej skupiony i świadomy, ponieważ wie, że ma coś do stracenia.
Aida mówi do Dantego:
– Będziesz się uczył francuskiego?
– Tak – burczy.
– Jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić – wtrąca Nero.
– Mogę się nauczyć francuskiego – broni się Dante. – Nie jestem głupi.
– Nie chodzi o inteligencję – dodaje Aida. – Lecz o akcent.
– To znaczy?
Siostra wymienia z Nerem porozumiewawcze spojrzenia.
– Nawet twój włoski nie jest najlepszy – odpowiada.
– O czym ty mówisz? – pyta ostro Dante.
– Powiedz coś po włosku – podpuszcza go.
– Dobrze – zgadza się z uporem. – Voi due siete degli stronzi.
Powiedział, że oboje są złośliwi. Słowa dobrał całkiem dobrze, ale przez chicagowski akcent zabrzmiał jak farmer ze Środkowego Zachodu, który próbuje przeczytać kartę dań w ekskluzywnej włoskiej restauracji.
Aida wraz z Nerem wybuchają śmiechem. Ja również nie jestem w stanie się powstrzymać i lekko parskam. Dante się krzywi, nadal nie orientując się, jak kiepsko mu poszło.
– No co? – pyta. – Co was tak bawi?
– Mówienie lepiej zostaw Simone – radzi Aida, wciąż się śmiejąc.
– Przecież nigdy nie mieszkałem we Włoszech! – warczy Dante. – Wiecie, mówię też trochę po arabsku, a wy wcale, półgłówki. – Kiedy nie przestają rechotać, dodaje: – Pierdolcie się. Mam w sobie sporo kultury!
– Jak jogurt – odpiera Nero, zanosząc się coraz większym śmiechem.
Dante chyba chciałby walnąć ich czołami o siebie, ale skoro jest teraz mężem i ojcem, nie zamierza się do tego zniżać. Jedynie kręci głową, a potem gestem prosi barmana o kolejnego drinka.
Aida wcale się nie zmieniła, gdy została matką. Widząc, że Dante nie zamierza więcej odpowiadać, spogląda przez stół i wzrok szarych oczu skupia na mnie.
– Za to Seb ma dar do języków – rzuca. – Pamiętasz czasy, gdy wracaliśmy z Sardynii i sądziłeś, że powinieneś rozmawiać z celnikami po włosku? Nie przestawali cię przepytywać, żeby się upewnić, czy faktycznie jesteś obywatelem Stanów Zjednoczonych, a ty powtarzałeś uparcie tylko: „Il mio nome è Sebastian”.
To prawda. Miałem wtedy siedem lat i wkurzali mnie wszyscy, którzy się na mnie gapili i na mnie krzyczeli. Tak bardzo opaliłem się na wakacjach we Włoszech, że wszyscy sądzili, iż ojciec porwał chłopca z wyspy Costa Rei i próbował wywieźć go za ocean.
Celnicy dopytywali, czy podróżuję z rodziną i jestem Amerykaninem, na co z jakiegoś powodu postanowiłem odpowiadać w ich języku, nawet jeśli rozmawiali z nami po angielsku. W tamtej chwili mogłem jedynie powtarzać, że mam na imię Sebastian.
Niech szlag trafi pamięć Aidy – sama miała wtedy zaledwie pięć lat, ale nigdy nie zapomina o żenujących sytuacjach, które może później wyciągnąć w najmniej odpowiednim momencie.
– Chciałem zostać trochę dłużej na wakacjach – mówię chłodno.
– Dobra strategia – odpowiada. – Prawie udało ci się zostać na zawsze.
Będę tęsknił za Dantem. Za całym moim rodzeństwem, które poszło swoimi ścieżkami.
Czasem mnie wkurzają i mi dokuczają, ale też mnie kochają.
Znają moje wady i wiedzą o popełnionych błędach, a mimo to mnie akceptują. Mam świadomość, że mogę na nich liczyć, gdy tylko zajdzie taka konieczność. I o każdej porze w każdym miejscu ja wstawię się za nimi. Tak silna łączy nas więź.
– Przylecimy w odwiedziny – zapewniam Dantego.
Uśmiecha się łagodnie.
– Tylko, proszę, nie wszyscy naraz. Nie chcę wystraszyć Simone po tym, gdy w końcu się pobraliśmy.
– Simone mnie uwielbia – wtrąca Aida. – W dodatku już przekupuję twoje dzieciaki, żeby mnie lubiły. Wiesz, chcę zostać ich ulubioną ciocią, która będzie dawała im głośne i niebezpieczne zabawki, na które rodzice nigdy by im nie pozwolili.
– Pewnie dlatego tak bardzo lubiłaś wuja Francesco – wytykam jej. – Podarował ci kiedyś łuk i strzały.
Aida uśmiecha się czule.
– Zawsze go ubóstwiałam.
Ja również. Ale zmarł dwa lata po tym, gdy dał jej tę zabawkę. Członkowie Bratvy obcięli mu wszystkie palce i podpalili, kiedy jeszcze żył. Później konflikt z Rosjanami przeszedł w fazę dwuletniej rzezi.
Ojciec wpadł wtedy w tak wielki szał, jakiego jeszcze u niego nie widziałem. Nie mam pojęcia, co zrobił temu, który odpalił zapałkę, ale pamiętam, że kiedy wrócił do domu, całą koszulę miał we krwi, aż na białej bawełnie nie szło uświadczyć czystego fragmentu.
Nadal mam swój ulubiony prezent od wujka – mały, złoty medalik ze Świętym Eustachym. Nie zdejmuję go z szyi.
Wuj Francesco był dobrym człowiekiem – zabawnym i czarującym.
Miał wiele pasji, kochał gotować i grać w tenisa.
Zabierał mnie i Nera na boisko, grał przeciwko nam dwóm i za każdym razem nas pokonywał. Nie był wysoki, ale szczupły i zwinny, potrafił skierować piłkę w sam róg, aby niemal dotknęła linii, a jednak pozostała na boisku. Nie można było odpłacić mu się podobnym zagraniem. Pociliśmy się i dyszeliśmy, zarzekając się, że kiedyś nadejdzie chwila naszej wygranej.
Czasami pragnąłem, aby mógł zobaczyć, na kogo wyrośliśmy. Żebyśmy mogli porozmawiać jak równy z równym.
Chciałbym tego samego w stosunku do mamy.
Nie dane jej było zobaczyć, kim się staliśmy.
Zastanawiam się, czy by się z tego cieszyła.
Nigdy nie przepadała za mafijnym żywotem. Nie wypytywała o to, co robił jej mąż. Była pianistką koncertową, gdy tata wypatrzył ją na scenie. Od tamtej pory nie dawał jej spokoju. Była znacznie młodsza od niego i z pewnością pod wrażeniem tego, że mówił w trzech językach, był oczytany i elokwentny. Jestem pewien, że imponowała jej również aura autorytarności, która od niego biła. Ojciec już wtedy był donem w Chicago – jednym z najpotężniejszych ludzi w mieście. Kochała go za to, jaki był, a nie za to, co robił.
Co pomyślałaby o nas? O tym, co już zrobiliśmy?
Właśnie kończymy ogromną inwestycję na South Shore. Czy patrzyłaby na to z podziwem, a może miałaby wrażenie, że każdy budynek powstał za pieniądze zbrukane krwią? Czy zachwyciłyby ją poszczególne konstrukcje, czy może krzywiłaby się na myśl o szkieletach zalanych w ich fundamentach?
Barman podaje Dantemu drinka.
– Czy życzą sobie państwo coś jeszcze? – pyta.
– Tak! – woła Aida.
– Pewnie – dodaje Nero.
– Ja dziękuję – odpowiadam. – Będę się zbierał.
– Co ci się tak spieszy? – zagaduje Nero.
– Wcale. – Wzruszam ramionami.
Nie wiem, jak wyrazić to, że się niecierpliwię i czuję nieswojo.
Może zazdroszczę Dantemu wyjazdu z żoną do Paryża. A może Nerowi i Aidzie również. Wydaje się, że odnaleźli swoją drogę i są szczęśliwi.
A ja nie. Nie mam pojęcia, co właściwie robię.
Dante wstaje, aby wypuścić mnie z boksu. Ściska mnie, nim mam szansę się odwrócić i odejść. Wielkimi łapami niemal miażdży mi żebra.
– Dzięki, że dziś wpadłeś – mówi.
– Spoko. Przysyłaj pocztówki.
– Pieprzyć pocztówki. Mnie przysyłaj czekoladę! – dorzuca Aida.
Macham jej i Nerowi.
– Nie piła od dłuższego czasu – mówię do Nera. – Lepiej odwieź ją do domu.
– Jasne – odpowiada. – Ale jak narzygasz mi w aucie, Aida, to cię potnę.
– Nigdy byś tego nie zrobił – odpiera.
– Ty mnie kiedyś poraniłaś – warczy.
Zostawiam ich w trakcie kłótni i wychodzę na zewnątrz w ciepły wieczór. Mamy lato, więc o dwudziestej drugiej żar dopiero zaczyna odpuszczać.
Siedzieliśmy blisko rzeki, więc mógłbym wrócić do siebie przez Randolph Street, ale zamiast tego idę przy wodzie, w której odbijają się światła mijanych restauracji. Wchodzę w River North, na której jest ciemniej i ciszej. Człapię, trzymając ręce w kieszeniach. To dość niezła okolica, a ja mam dwa metry wzrostu. Nie martwię się, że ktoś na mnie napadnie.
Mimo to, gdy dociera do mnie krzyk, spinam mięśnie i rozglądam się wokół, szukając źródła dźwięku.
Widzę, że na chodniku jakieś pięćdziesiąt metrów przede mną blondynka szarpie się z ubranym na czarno mężczyzną. Ten wygląda na mięśniaka, a z boku ogolonej na łyso głowy ma wytatuowaną strzałę. Wydaje się, jakby chciał tę kobietę wrzucić do otwartego bagażnika.
Dziewczyna ubrała się, jakby szła na imprezę – ma na sobie krótką sukienkę i niebotycznie wysokie szpilki, które w tej chwili przeszkadzają jej w utrzymaniu równowagi. Mężczyzna to wykorzystuje, chwyta ją za uda i wrzuca tyłkiem do auta. Dziewczyna wolną ręką uderza go w twarz – na tyle mocno, że słyszę to z tak znacznej odległości. On jednak nie ustępuje i oddaje jej jeszcze mocniej.
To naprawdę mnie wkurza. Zanim mam szansę przemyśleć sytuację, puszczam się biegiem i szarżuję na niego.
Trafiam go z boku, gdy próbuje zamknąć klapę bagażnika. Uderzam mocno ramieniem, przez co zatacza się na metalowy płot.
Natychmiast jednak się podnosi i atakuje, wymachując obiema pięściami.
Tak naprawdę nie mam zbyt wielkiego doświadczenia w walce wręcz – biłem się do tej pory może ze trzy lub cztery razy, podczas gdy Nero stoczył już setki walk. Jestem jednak wysoki i mam długie ręce. A dorastając z dwoma starszymi braćmi, nauczyłem się też kilku sztuczek.
Gość młóci pięściami. Trzymam gardę, blokując większość ciosów na twarz. Trafia mnie kilkakrotnie w ciało, co nie jest dobre, ale czekam na jego otwarcie. Kiedy wypuszcza silny prawy prosty w mój nos, odsuwam się i walę go z lewej w oko, aż głowa odskakuje mu do tyłu.
Nadal na mnie naciera, ale nie jest to już tak gwałtowne.
Zauważam, że ma szeroką, brzydką twarz oraz pożółkłe zęby, a jego cera przypomina odcieniem kolor ciasta na chleb. Wyraźnie wściekły warczy na mnie, dyszy i się poci, zadając ciosy, które jednak nie dosięgają mojej szczęki.
Nie ma we mnie żadnej wściekłości. Tak naprawdę czuję się spokojniejszy, gdy kalkuluję. Analizuję przeciwnika jak w grze komputerowej. Zastanawiam się, jak najszybciej go wyeliminować.
Trafiam go wielokrotnie w twarz, a potem w brzuch. Każdy cios jest silny i zadowalający, jakbym walił pięściami w ciężki worek treningowy. Kolejne stęknięcia bólu tego faceta przynoszą mi rozkosz.
Uderza mnie w zęby, aż czuję krew w ustach.
Trochę mnie to wkurza. Chwytam go za twarz, jakbym obejmował piłkę do kosza, i uderzam jego głową o ogrodzenie. Powtarzam to kilka razy, aż światło w jego oczach gaśnie, a ciało osuwa się na chodnik. Nie staram się nawet zamortyzować jego upadku.
Blondynka w tym czasie zdołała wyjść z bagażnika. Widząc, że nieprzytomny facet leży na chodniku, podbiega i kopie go w brzuch.
– Sztoby u tiebia hui na łbu wyros! – krzyczy, unosząc obutą w szpilkę nogę, aby ponownie mu przyłożyć.
Prawdę mówiąc, zapomniałem o niej, gdy walczyłem z tym gościem. Obracam się i przyglądam jej po raz pierwszy.
Jest wysoka, co jest dość znaczące, jeśli pada z moich ust.
Na obcasach musi mieć ponad metr osiemdziesiąt. Z furią malującą się na twarzy wygląda jak mściwa walkiria. Platynowe blond włosy upięła w kucyk. Rysy wydają się ostre i egzotyczne – wydatne kości policzkowe, oczy w kształcie migdałów, pełne usta oraz ostre, białe zęby. A jej sylwetka…
Czuję się źle na myśl o tym, że jakiś palant zamierzał ją uprowadzić, ale jest tak ładna, że nie sposób nie zwrócić uwagi na figurę amazonki, którą otula obcisła sukienka. Jędrne piersi, wąska talia, cholernie długie nogi… Nie potrafię oderwać też wzroku od jej twarzy.
– Nic ci się nie stało? – pytam.
Dostrzegam, że lewy policzek ma czerwony po tym, jak dostała od napastnika. Na skórze pozostały odciski jego palców.
– Nic! – rzuca ze złością i z odrobiną obcego akcentu.
Jestem prawie pewien, że przed chwilą krzyczała po rosyjsku.
– Co powiedziałaś do tego faceta?
– Co?
– Kiedy go kopnęłaś, co wrzeszczałaś?
– To znaczyło coś w stylu… – kręci głową – „niech chuj ci na czole wyrośnie”.
Parskam śmiechem.
– Serio?
– No. – Marszczy brwi, spoglądając na mnie. – To dość pospolite przekleństwo w Rosji. I możesz mi wierzyć, że bardzo wulgarne. Nie spodobałoby mu się, gdyby mnie usłyszał.
– Ale niczego nie słyszy. I tak mu się należało.
– Należy mu się kastracja! – warczy, po czym pluje, a ślina ląduje obok napastnika.
Zabawne, ten gest w ogóle nie jest kobiecy, a jednak dziwnie mnie kręci. Dziewczyna wydaje się przez to dzika i nieokiełznana jak jakaś wojownicza księżniczka.
A jeśli już przy tym jesteśmy…
– Znasz go? Dlaczego chciał cię dopaść?
Jęczy z głębi gardła.
– Nie zrozumiałbyś.
To tylko pobudza moją ciekawość.
– A może spróbujemy?
Omiata mnie wzrokiem, jakby próbowała rozszyfrować, kim jestem. W końcu wzrusza ramionami, może stwierdzając, że jest mi winna przynajmniej wyjaśnienie.
– Mój ojciec to dość wpływowy człowiek. Ma wielu wrogów. Najwyraźniej ten tutaj uznał, że łatwiej będzie mu dorwać mnie zamiast niego.
– Kim jest twój ojciec?
– To Aleksiej Jenin – odpowiada, nie oczekując, że znam to nazwisko.
Ale ja wiem, kto to taki. Szef chicagowskiej Bratvy. Albo powinienem powiedzieć nowy boss, bo starego zabili Griffinowie.
– A ty jak masz na imię? – dociekam.
– Jelena Jenin – odpowiada, z dumą unosząc głowę.
– Sebastian Gallo – przedstawiam się.
Nie dostrzegam w jej oczach, aby rozpoznała moje nazwisko.
Zamiast tego z nieufnością na twarzy taksuje mnie wzrokiem.
– Dlaczego jesteś taki wielki? – pyta, jakby wysoki wzrost był podejrzany.
– Geny – podaję nijaką wymówkę.
– Nie. – Kręci głową. – Wiesz, jak się bić. Czym się zajmujesz?
– W sensie gdzie pracuję?
– Tak, oczywiście, że chodzi o pracę – warczy.
Bawi mnie, bo wydaje się zupełnie nie zważać na to, że ją uratowałem. Zamiast tego zachowuje się wyniośle.
Nie wiem, jak jej odpowiedzieć.
Ostatnio parałem się wieloma rzeczami. Wszystko to były rodzinne sprawy – prowadziłem podziemny hazard, rozwiązywałem problemy w naszych restauracjach i klubach. Pracowałem też przy projekcie South Shore, chociaż tu akurat głównie rządzi Nero.
– Moja rodzina ma kilka firm – odpowiadam niejasno. – Restauracje i takie tam.
– Hmm – mruczy, jakby wciąż mi nie ufała.
– Dokąd się wybierasz? Mam cię odprowadzić? – proponuję.
– Dlaczego nie? – rzuca, jakby to ona wyświadczała mi przysługę. – To niedaleko.
– Chwileczkę… – Chwytam mężczyznę za przód koszuli, a głowa opada mu bezwładnie. Wciskam go do bagażnika jego własnego auta i zamykam klapę. – Może kiedy się ocknie, będzie dobrze się bawił, próbując wyjść.
Dziewczyna parska śmiechem.
– Proszę, proszę… A myślałam, że z taką buźką jesteś grzecznym chłopcem.
– Taką buźką? – pytam z uśmiechem.
– No. Gładkimi policzkami, dużymi oczami, miękkimi lokami jak u dziecka.
Widzę, że się ze mną droczy, ale puszczam to mimo uszu.
– Myślę, że wyglądasz, jakbyś pochodziła z rodu wikingów.
Nie śmieje się, chociaż wydaje mi się, że te słowa przypadły jej do gustu.
Ma oczy o niezwykłej barwie – bardziej fiołkowe niż niebieskie, w dodatku mocno odcinają się na tle jej jasnych włosów i bladej cery. Nigdy nie spotkałem kobiety o takiej urodzie.
Tutaj takich po prostu nie ma.
– To dokąd idziemy?
– Jakie „my”? – pyta.
– Na imprezę? – naciskam. – Lubię imprezy.
– Nie zostałeś zaproszony – odpowiada z niewielkim uśmieszkiem.
– Założę się, że dasz radę mnie wkręcić.
– Może gdybyś był moim partnerem.
Zerkam na nią, szczerząc zęby od ucha do ucha.
– A co muszę zrobić, żeby nim zostać?
Jelena
Przechodzimy trzy przecznice, kierując się na imprezę. Muszę przyznać, że Sebastian jest przystojny, chociaż nie wychowano mnie w sposób, by jakiś ładny chłoptaś zawrócił mi w głowie. W Rosji piękno zarezerwowane jest dla kobiet, a mężczyźni powinni być potężni.
Imponuje mi jego wzrost. Nigdy nie czułam się taka mała przy mężczyźnie. Przewyższa mnie, nawet gdy jestem w szpilkach. Muszę zadzierać głowę, by patrzeć mu w twarz.
Od zawsze zarówno uwielbiałam, jak i nienawidziłam swojego wzrostu. Lubię czuć się silna.
Jednak nie znoszę tego, że wszyscy komentują to, jaka jestem wysoka, jakby byli pierwszymi, którzy to zauważają. Rzucają nieoryginalnymi żartami na ten temat i krzywo na mnie patrzą. Chcą mnie dorwać, jakbym była jakąś kartą kolekcjonerską, której im brakuje.
Ale oczywiście nie mogą mnie mieć.
Jestem córką Aleksieja Jenina, pakhana chicagowskiej Bratvy.
Kiedy nadejdzie odpowiednia pora, ojciec znajdzie mi odpowiedniego kawalera.
Niezbyt mnie to cieszy. Z tego, co widziałam, małżeństwo nie jest niczym wspaniałym. Zbyt wielu mężów bije żony, kontroluje je na każdym kroku, mając kochanki na prawo i lewo.
W Rosji bicie żony nie jest żadnym przestępstwem. Staje się nim, gdy ofiara ląduje w szpitalu. Oprawca może zapłacić niewielką grzywnę, ale ta trafia do rządu, a nie do poszkodowanej.
Wielokrotnie widziałam, jak ojciec tłukł matkę. A była dobrą żoną.
Nie sądzę, że ja taką będę.
Nie jestem dobrą córką. A przynajmniej ojciec nieustannie to powtarza.
Uważam, że lepiej być bystrą niż dobrą.
Docieramy do domu na Madison Street, gdzie Grisha urządza imprezę. To mój kuzyn w drugiej linii. Lubi ładne dziewczyny, szybkie samochody i drogie prochy. Nie powiedziałabym, że się przyjaźnimy, ale mogę do niego chodzić, bo to członek naszego rodu.
Dziś obchodzi dwudzieste szóste urodziny, ja natomiast w zeszłym tygodniu skończyłam dwadzieścia pięć lat. Nie urządziłam przyjęcia – ojciec spojrzał zimno i stwierdził, że się starzeję. Niegdyś zwykł mawiać do mojej mamy: „Mężczyźni starzeją się jak wino, kobiety jak mleko”.
Cóż, w tej chwili mama starzeje się jak kość słoniowa, bo jest tylko szkieletem w trumnie.
Szczęściarz z ciebie, ojcze. Nie będą obrażać cię zmarszczki na jej twarzy.
Właśnie o tym myślę, wchodząc po schodach na ganek Grishy.
Marszczę brwi, gdy drzwi otwiera Andriej, jeden z jego kumpli.
– Wyglądasz, jakbyś chciała kogoś zamordować, Jelena – mówi.
– Może tak być – odpowiadam, przepychając się obok niego, by wejść do środka.
Sebastian idzie za mną. Nie wygląda, jakby czuł się nieswojo, wchodząc do domu, w którym nikogo nie zna. Podejrzewam, że takiego wielkoluda trudno zastraszyć.
W środku panuje półmrok, jedynie niebieskie diody w podłogach się świecą, nadając wszystkim wygląd kosmitów. W powietrzu unosi się wilgoć z rozpalonych ciał. Z głośników płynie Deep End Fousheé.
Odnajduję Grishę, który jest już wyraźnie wstawiony. Zaczesane zazwyczaj do tyłu włosy opadają mu na oczy, a rozpięta do połowy koszula odsłania złote łańcuchy na klacie.
Zarzuca na mnie rękę i całuje mocno w policzek.
– No i proszę, przyszła – odzywa się po rosyjsku. – Moja mała Elsa.
– Nie nazywaj mnie tak – warczę po angielsku.
– A nie mówiłaś, że masz na imię Jelena? – wtrąca Sebastian.
– Miał na myśli Elsę z Krainy lodu – odpowiadam, przewracając oczami.
– Zmienisz mnie w lód? – pyta wesoło Sebastian.
– Może to zrobić – rzuca ze śmiechem Grisha. – Nie lubi mężczyzn. Zupełnie jak Elsa.
– Ciebie lubię – wyznaję słodko. – Ale nie jesteś zbyt męski.
Grisha prycha, a następnie upija łyk wódki. Ciągnie wprost z butelki z etykietą Stoliczna Elit.
– Chcesz? – pyta.
– Pewnie.
Przebywa tu sporo osób, które wydadzą, że piłam, ale w tej chwili chuja mnie to obchodzi. Pociągam spory łyk, rozkoszując się cytrusowym smakiem kosztownego trunku. Mogłabym się w nim kąpać.
Grisha mruży oczy, patrząc na Sebastiana.
– Skądś cię znam.
Mój towarzysz kiwa głową, jakby często to słyszał.
– Grałem na pozycji rozgrywającego na Uniwersytecie Stanowym Chicago.
Kuzyn kręci głową.
– Nie, nie. – Pstryka. – Ach! Znam twojego brata Nero. Ścigałem się z nim.
Sebastian się uśmiecha.
– Wygrałeś?
Grisha się krzywi.
– Nie! Podstępny skurwiel. Wyciągnął ode mnie dwadzieścia patyków.
– To całkiem podobne do Nera – zgadza się Sebastian.
Znudzona członkiem rodziny, odciągam od niego Sebastiana. Jeśli tego nie zrobię, Grisha przez całą noc będzie nawijał o wyścigach ulicznych. A słyszałam już dostatecznie dużo na ten temat.
Wolę posłuchać o tym, o czym wcześniej wspomniał Sebastian.
– Jesteś sportowcem? – zagaduję.
Kręci głową.
– Już nie. – Uśmiech po raz pierwszy znika z jego twarzy.
– Grałeś w kosza?
– Tak.
– Byłeś dobry?
– Tak – odpowiada, choć nie ma w tym arogancji. – Całkiem.
– Dlaczego to rzuciłeś?
Waha się przez chwilę.
– Znudziło mnie to.
Hmm. Odnoszę wrażenie, że ten dobry chłopak właśnie mnie okłamał.
Spory łyk wódki zaczyna działać. Czuję, że po mojej piersi rozchodzi się przyjemne ciepło. Od razu nieco poprawia mi się nastrój.
– Chcesz się napić? – pytam Sebastiana niemal przyjaznym tonem.
Przechodzimy do kuchni, w której Grisha ma cały bar – przeróżne trunki, drinki, piwa i poncz, który wygląda na tak ohydny, że nie tknęłabym go, nawet gdyby zależało od tego moje życie.
– Co chcesz?
– Piłaś kiedyś tequilę? – zagaduje Sebastian.
Marszczę nos.
– A jesteśmy w Tijuanie?
Śmieje się.
– Nie jest zła. Po prostu trzeba umieć ją pić.
Bierze mnie za rękę, zamykając duże palce wokół mojej dłoni.
To dość zuchwały gest, ale pozwalam na to, bo nurtuje mnie ciekawość. Sebastian ciągnie mnie do blatu, na którym stoi kilka butelek Patróna.
Nalewa po kieliszku. Kiedy sięgam po jeden, karci mnie:
– Zaczekaj.
Ponownie bierze mnie za rękę i odwraca ją nadgarstkiem do góry. Zbliża usta do miejsca, gdzie pod delikatną skórą widać niebieską siateczkę żył. Całuje mnie. To tylko muśnięcie, ale czuję zaskakujące ciepło jego pełnych warg. Mam ciarki na ręce. Sebastian spogląda na mnie ciemnymi, bezdennymi oczami spod gęstych rzęs i brwi.
– A teraz sól – oświadcza. Bierze solniczkę i nasypuje nieco na mój nadgarstek. Białe kryształki przylegają do miejsca, w którym mnie pocałował. – W ten sposób – mówi. Liże moją skórę. Język jest szorstki i ciepły. Sebastian wypija alkohol, a potem wgryza się w limonkę. Odkłada kieliszek. – Teraz ty.
Stoimy blisko siebie w parnej kuchni. Taki sposób picia wydaje mi się niedorzeczny, ale nie jestem w stanie zaprzeczyć, że bardzo kusi mnie podjęcie wyzwania.
W jego ruchach dopatrzyłam się elegancji – chcę sprawdzić, czy będę w stanie je powielić.
Biorę jego dłoń, która jest dwa razy większa od mojej i ma absurdalnie długie palce. Założę się, że na fortepianie mógłby rozłożyć je na dwie oktawy.
Odwracam jego rękę i widzę gładki, szczupły nadgarstek z opaloną skórą oraz biegnącymi pod nią ścięgnami. Unoszę go i przyciskam do niego usta. Sypię sól na wilgoć, którą pozostawiłam.
Patrzę mu głęboko w oczy, wiodąc językiem po jego skórze. Czuję, jak drży, widzę, że zaciska usta. Smakuję soli na języku.
Wypijam alkohol, gryzę limonkę. Jest paskudna, chociaż nie tak wstrętna jak zwykle.
Zastanawiam się, czy gdybym go pocałowała, poczułabym tequilę w jego ustach.
Oczywiście nie zamierzam tego robić.
Mimo to zatrzymuję wzrok na jego pełnych, pięknie ukształtowanych wargach. Nigdy nie widziałam mężczyzny o twarzy, którą otaczają ciemne, gęste loki. Przypomina mi świętego z obrazu olejnego.
Jest zupełnie inny niż nasi żołnierze, których zazwyczaj widuję. Początkowo pogardziłam jego urodą, ale teraz zaczyna mnie intrygować.
– Zatańczymy? – pyta.
W salonie mnóstwo par ociera się o siebie. Dom Grishy jest pięciokondygnacyjny. Wszystkie pomieszczenia są jednak w fatalnym stanie, bo właściciel nieustannie urządza imprezy i wkurza sprzątaczki, więc rzucają robotę, a on musi szukać nowych.
