Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Na odległej, obcej i pozbawionej słońca planecie zwanej Edenem, pięciuset trzydziestu dwóch członków Rodziny szuka schronienia w świetle i cieple drzew lampowych.
Wokół Lasu rozciąga się Śnieżne Ciemno - góry tak wysokie, mroźne i spowite tak gęstym mrokiem, że dotąd nie pokonał ich żaden człowiek.
Najstarsi w Rodzinie powtarzają legendy o świecie, w którym światło padało z nieba, a ludzie potrafili budować łodzie pływające między gwiazdami.
Takie łodzie przywiozły nas tutaj, powtarzają, Rodzina powinna więc czekac na powrót gwiezdnych podróżników.
Jednakże młody John Czerwoniuch złamie edeńskie prawa, rozbije Rodzinę i odmieni historię. Porzuci stare zwyczaje, zapuści się w Ciemno... i odkryje prawdę o swoim świecie.
Powieść zdobyła nagrodę im. Arthura C. Clarke'a za najlepszą powieść science-fiction roku 2013.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 487
Copyright © 2012 by Chris Beckett Copyright for the Polish translation © 2014 by Wydawnictwo MAG
Redakcja: Joanna Figlewska Korekta: Urszula Okrzeja Projekt graficzny serii oraz opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński Ilustracja na okładce: Dark Crayon
ISBN 978-83-68591-87-3 Numer: wydanie III/D0
Producent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Konstytucji 5/10, 00-657 Warszawa www.mag.com.pl han[email protected]
Dystrybucja Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Mojej rodzinie – Maggie, Poppy, Dom i Nancy, z wyrazami miłości.
Łup, łup, łup! Stary Roger walił kijem w pień naszej grupy, żeby nas obudzić i wygonić z szałasów.
– Wstawać, leniwe obrostki! Jak się nie pośpieszycie, to nie zdążymy na ziąb i wszystkie kozły wrócą z powrotem do Ciemna!
Hmmmf, hmmmf, hmmmf, robiły wszystkie drzewa dookoła. Pompowały i pompowały spod ziemi gorący sok. Hmmmmmm, robił cały las. A od wzgórz Peckham niósł się łomot siekier grupy Nietoperzy. Oni rozpoczynali wstania parę godzin przed nami i już zabrali się za ścinanie jakiegoś drzewa.
– Coo? – marudził kuzyn Gerry, który spał ze mną w jednym szałasie. – Dopiero co się położyłem!
Jego młodszy brat Jeff podparł się na łokciu. Nic nie powiedział, ale gapił się wielkimi, ciekawskimi oczami, gdy Gerry i ja zrzucaliśmy skóry do spania, owijaliśmy się pasoskórami, łapaliśmy plecoskóry i dzidy.
– No ruszać dupy, leniuchy! – doleciał nas zły, zapluwający się głos Davida. – Wyłazić, i to szybko, zanim was dorwę.
Gerry i ja wyczołgaliśmy się z szałasu. Niebo było szklanoczarne, nad nami Gwiezdny Wir, biały jak lampka białucha tuż przed nosem, a powietrze chłodne chłodne, jak to w ziąbie, kiedy między nami i gwiazdami nie ma nic. Większość dorosłych myśliwych już się zebrała, mieli dzidy, strzały i łuki – David, Met, Stary Roger, Lucy Lu… Całą polanę zaściełał gorzki dym, który rozświetlały ognie i płonące lampodrzewa. Starosta naszej grupy, Bella, i mama Gerry’ego, brzydka, ale miła ciotka Sue, piekły na śniadanie nietoperze. Nie szły z nami, ale wstały wcześniej, żeby wszystko nam przygotować.
– No, jesteście, skarby – powiedziała Sue i dała nam obu po pół nietoperza: jedno skrzydełko, jedna nóżka, jedna malutka pomarszczona rączka.
Błe! Nietoperz. Krzywiliśmy się z Gerrym, przeżuwając gruzłowate mięso. Było gorzkie gorzkie, chociaż Sue osłodziła je pieczonym drzewosłodem. Ale w wyprawie łowieckiej właśnie o to chodziło. Jedliśmy na śniadanie nietoperza, bo naszej grupie nie udało się znaleźć nic lepszego w lesie wokół Rodziny, więc teraz trzeba będzie spróbować szczęścia dalej, na wzgórzach Peckham, gdzie wełniaki schodzą z Śnieżnego Ciemna podczas ziąbów.
– Nie będziemy iść do nich Zimną Ścieżką – powiedział Roger. – Pójdziemy naokoło, Małpią Ścieżką, i zejdziemy się z nimi nad drzewami.
Trach! David walnął mnie w tyłek tępym końcem swojej wielkiej dzidy i wybuchnął śmiechem.
– Wstajemy, wstajemy, Johnny!
Spojrzałem w jego paskudny nietopysk – chyba najgorszy w całej Rodzinie. Wyglądał, jakby zamiast nosa miał jeszcze jedne, postrzępione usta. Ale nie wiedziałem, co odpowiedzieć. On nie miał poczucia humoru. Walił z całej siły bez powodu i zaśmiewał się, jak z najlepszego kawału.
Ale właśnie w tej chwili na polanę wyszła banda obrostków z grupy Kolczaków, z łukami, dzidami. Przeszli po wydeptanej ścieżce, która łączyła nasze grupy, a dalej prowadziła do Wielkostawu.
– Ej tam, Czerwoniuchy! – wołali. – Gotowi?
Bella dogadała się z ich starostą, Liz, że trochę ich ludzi zabierze się z nami i podzielimy się łupami. Mieszkali najbliżej nas i mieli teraz takie same wstania i spania jak my, więc łatwiej było z nimi coś robić (łatwiej niż na przykład z grupą Londyn, która jadła kolację, jak my wstawaliśmy).
Zauważyłem, że jest z nimi Tina: Tina Kolczak, co przycinała sobie włosy ostrygą, żeby sterczały jak kolce.
– To jak, gotowi?! – zawołała Bella. – Wszyscy mają dzidy? Ciepłe plecoskóry? Świetnie. No to idźcie. Idźcie, przynieście parę kozłów i dajcie nam tu spokój.
Poszliśmy ścieżką prowadzącą przez wielkie pole migoczących gwiazdokwiatów i weszliśmy na teren Nietoperzy. Cała banda dorosłych i obrostków Nietoperzy stała na swojej polanie i łomotała siekierami z czarnoszkła w olbrzymiego czerwoniucha w różowym świetle jego kwiatów. Przeszliśmy skrajem polany do Płotu Rodziny, odciągnęliśmy gałęzie z przejścia i wyszliśmy na otwarty las. Żadnych szałasów i ognisk. Nic, tylko świecące drzewa.
Hmmmf, hmmmf, hmmmf, robiły drzewa. Hmmmmmm, robił las.
Szliśmy przez całe wstanie w świetle drzewolamp, rzucając się na wszystkie ptaki, nietoperze i owoce, jakie się nawinęły, aż w końcu zatrzymaliśmy się, żeby odpocząć pod wielką skałą zwaną Gulą Lawy. Stary Roger rozdał każdemu po gruzłowatym placku zrobionym ze zmielonych nasion gwiazdokwiatów, żebyśmy mieli coś w brzuchu, a potem siedliśmy sobie, plecami do skały, żeby nie musieć uważać na podkradające się od tyłu lamparty. Wokół rosło pełno żółciuchów, których w Rodzinie nie było za wiele, była też masa żółtych zwierząt zwanych skoczkami, które wyskakiwały z lasu na tylnych nogach i załamywały cztery rączki, patrzyły na nas wielkimi, płaskimi oczami i robiły pip-pip-pip. Skoczki nie nadawały się do jedzenia ani na skóry, więc tylko rzucaliśmy w nie kamieniami, żeby sobie poszły i dały nam spokojnie spać.
Kiedy się zbudziliśmy, na niebie dalej świecił Gwiezdny Wir. Zjedliśmy po kawałku suchego placka i poszliśmy dalej, pod czerwoniuchami, białuchami i kolczakami, dookoła przelatywały migające przelotki, ganiały za nimi nietoperze, a drzewa robiły hmmmf, hmmmf, hmmmf, jak zawsze, i zlewało się to w hmmmmmmm, które było tłem całego naszego życia.
Po paru kilometrach doszliśmy nad mały staw pełen świecących falorostów i wszystkie obrostki pozdejmowały skóry i zanurkowały do ciepłej wody po jadalne kraby i ostrygi. Wszyscy chłopcy patrzyli na nurkującą Tinę Kolczak, wszyscy myśleli, jaka jest zgrabna, jakie ma długie nogi i jaką gładką skórę – i jak bardzo chcieliby się z nią ślizgnąć. Ale ona, jak tylko się wynurzyła, podpłynęła prosto do mnie i dała mi zdychającą ostrygę, jeszcze świecącą jasnoróżowym światełkiem.
– Wiesz, John, co się mówi o ostrygach, nie? – powiedziała.
Na szyję Toma, ładna ładna była, najładniejsza w całej rodzinie. I dobrze dobrze o tym wiedziała.
Po paru godzinach doszliśmy tam, gdzie z lasów Okrągłej Doliny zaczynają się wznosić wzgórza Peckham i zaczęliśmy na nie wchodzić Małpią Ścieżką, która tak naprawdę nie była żadną ścieżką, ale po prostu takim przejściem między drzewami, które znamy. Na wzgórzach dalej rosły drzewa – czerwoniuchy, białuchy i gorące kolczaki – a pod nimi migotały gwiazdokwiaty, tak jak wszędzie w lesie. Z ciemności, z lodu, spływały strumienie, które płynęły potem do Wielkostawu. Jeszcze były zimne zimne, ale już jasne i pełne życia. A po drzewach skakały małe stwory zwane małpami. Małe, chude ciałka z sześcioma łapkami, każda zakończona małą rączką. Przystojniak Lis trafił jedną strzałą i był z siebie zadowolony zadowolony, chociaż małpy to same kości i żyły, może kęs mięsa, ale ruszają się szybko i trudno w nie wcelować, bo na skórze mają te plamki, co migają, kiedy przeskakują między lampokwiatami.
Im wyżej szliśmy, tym zimniej się robiło. Gwiazdokwiaty zniknęły, drzewa robiły się coraz mniejsze i mniejsze, nie było już małp, od czasu do czasu między drzewami przebiegł jakiś drobniak. A potem skończyły się drzewa i wyszliśmy na gołą ziemię ponad lasem. Gdy tylko wdrapaliśmy się ponad korony najwyższych drzew, mogliśmy zobaczyć przed sobą całą Okrągłą Dolinę – cały znany nam Eden, z tysiącami tysiącami lamp rozciągających się od miejsca gdzie staliśmy, na wzgórzach Peckham, aż po Ciemny cień Niebieskich Gór po drugiej stronie, Góry Skaliste po lewej, z żarzącym się czerwono punktem Góry Snellinsa pośrodku, aż po ciemność po prawej, czyli Alpy. A nad tym wszystkim cały czas paliła się wielka spirala Gwiezdnego Wiru.
Oczywiście, bez drzew, których pnie by grzały, a kwiaty świeciły, było tu ciemno ciemno – ledwo można było coś dojrzeć w blasku gwiazd i świetle padającym od skraju lasu – i zimno zimno, zwłaszcza w stopy. Ale my, obrostki, popisywaliśmy się, kto wejdzie wyżej w śnieg. Lód niemal parzył, taki był zimny, więc większość dzieciaków wchodziła na dziesięć dwanaście kroków i z wrzaskiem zbiegała z powrotem. Ja jednak zabrałem Gerry’ego na sam szczyt grzbietu, a potem, nie zwracając uwagi na wrzaski Starego Rogera, żebyśmy wracali, poszliśmy jeszcze dalej, na drugą stronę, tak że straciliśmy z oczu resztę.
– Już im pokazaliśmy, co, John? – powiedział Gerry, dygocząc. Mieliśmy na sobie tylko pasoskóry, koźle skóry na ramionach, a stopy piekły jak obdarte. – Wrócimy do nich?
Kuzyn Gerry był ledwo o łonczas młodszy ode mnie – innymi słowy, jego tato ślizgnął się z mamą mniej więcej kiedy ja się urodziłem – i był bardzo do mnie przywiązany, miał mnie za kogoś wielkiego, zrobiłby wszystko, o co bym go poprosił.
– Nie, poczekaj jeszcze minutkę. Minutkę. Bądź cicho i słuchaj.
– Czego?
– Ciszy, debilu.
Ani hmmmmmmm lasu, ani hmmmf, hmmmf, hmmmf pompujących drzew, ani hum-hum-hum przelatujących w oddali gwiezdników, ani trzepoczących i migoczących przelotek, ani szuuuu nurkujących nietoperzy. Żadnych dźwięków, poza dobiegającym ze wszystkich stron chlupotem wody wypływającej spod śniegu tysiącem małych strumyczków. I ciemno ciemno. Bez światła drzew. Jedyne światło to Gwiezdny Wir.
Ledwo widzieliśmy własne twarze. Skojarzyło mi się to z tą tak zwaną Ziemią, z której przylecieli Tommy i Angela, dawno temu, na samym początku, razem z Trzema Towarzyszami, i gdzie któregoś wstania wszyscy wrócimy, jeśli tylko będziemy się trzymać naszego miejsca i będziemy dobrzy dobrzy dobrzy. Na Ziemi nie było żadnych lampodrzew, ani świecących przelotek, ani kwiatów, ale za to wielkie, wielkie światło, którego my tu w ogóle nie mamy. Światło wielkiej gwiazdy. Tak jasne, że wypalało oczy, kiedy się w nie dłużej gapiło.
– Jak się słyszy, co mówią o Ziemi – powiedziałem Gerry’emu – to zawsze wspominają tę olbrzymią, jasną gwiazdę, nie? I jakie piękne światło musiała dawać. Ale Ziemia kręciła się w kółko, prawda? Więc przez połowę czasu była odwrócona od tej gwiazdy, nie? Musiało tam być ciemno ciemno, bez lampodrzew, bez niczego. Tylko światła, które ludzie sami sobie zrobili.
– John, o czym ty gadasz? – Gerry zaszczękał zębami. – Jak chcesz tylko pogadać, to czemu nie wrócimy?
– Myślałem o tej ich ciemności. Nazywali to „noc”, tak? Przyszło mi do głowy, że to, co my tu mamy w Śnieżnym Ciemnie, oni nazwaliby Nocą.
– Hej-hej, John! – wołał Stary Roger z drugiej strony grzbietu. – Hej, Gerry! – Bał się, że zamarzniemy na śmierć, zgubimy się, czy coś.
– Lepiej wracajmy – powiedział Gerry.
– Niech się jeszcze minutę pomartwi.
– Ale mi jest zimno zimno.
– Minutkę tylko.
– Dobra – zgodził się Gerry – minutkę i koniec.
Głupol naprawdę odliczył to na swoim pulsie, a potem rzucił się z powrotem. Weszliśmy na szczyt. Gerry pobiegł prosto do reszty ludzi, ja jednak postałem tam jeszcze przez chwilę, trochę, żeby pokazać, że mam swój rozum i nie muszę lecieć w objęcia Starego Rogera ani nikogo innego, a trochę, żeby przyjrzeć się, jak wszystko stąd wygląda: świecący las, otoczony zewsząd ciemnością, a nad nim jasne jasne gwiazdy. To w dole, to nasz dom, pomyślałem, nasz cały świat. Dziwnie było patrzeć na niego z zewnątrz. Choć ten jasny las, ciągnący się w dole, z jednej strony wydawał się wielki wielki, to z drugiej był mały mały, świetlisty kącik przykryty od góry gwiazdami i ograniczony ze wszystkich stron ciemnymi górami.
Kiedy zeszliśmy, Gerry zrobił wielkie halo ze swoich zmarzniętych stóp, prosił ludzi, żeby je pomacali, roztarli, błagał, żeby ponieśli go na plecach, póki się nie rozgrzeje, no i w ogóle skakał wokół nich i latał jak głupek. To właśnie był jego sposób na ludzi. Mówił: „Jestem tylko głupkiem, nikomu nic nie zrobię”. Ja tak nie miałem. Ja mówiłem: „Nie jestem głupkiem, o nie, i nie myśl, że ci nie oddam”. Udawałem, że w ogóle nie czuję zimna w stopach. Zresztą, tak mi zdrętwiały, że naprawdę nic nie czułem. Zauważyłem, że Tina przypatruje mi się z uśmiechem. Uśmiechnąłem się też.
Poszliśmy dalej, tuż poniżej linii śniegu, tuż powyżej lasu, gdzie było jeszcze trochę światła od drzew. Stary Roger stękał i kwękał, jak to obrostki nie mają nic a nic szacunku, nie to co kiedyś.
– Stary głupek się bał, że będzie musiał wrócić do rodziny i powiedzieć waszym mamom, że was zgubił – powiedziała Tina. – Myślał, jakie będzie miał kłopoty. Nie byłoby już ślizganka dla Starego Rogera.
– Tak jakby teraz było – powiedział ciemnooki Lis. Mama powiedziała mi kiedyś, wzruszając ramionami, że najpewniej jest moim ojcem. (Ale z kolei innym razem mówiła, że to Stary Roger – widocznie kiedyś nie był takim głupkiem jak teraz – albo jakiś ładny obrostek z Londynu. Żałowałem, że nie wiem, ale właściwie większość ludzi nie miała pojęcia, kto jest ich ojcem).
Dotarliśmy do Zimnej Ścieżki, która biegła w dół obok strumienia wody z roztapiającego się wielkiego lodowca. Wydeptały ją wełniaki, a my podkradliśmy się do niej teraz, na wypadek gdyby parę się trafiło. Nie było jednak żadnego, za to masa świeżych koźlich śladów schodzących ze śniegu na błotnistą ziemię obok strumienia, a potem do lasu w dole. Zeszły na ziąb z miejsca, gdzie normalnie żyły, przerywając to, co normalnie tam robiły.
– Kiedyś widziałem duże duże stado, dokładnie w tym miejscu – mówił Roger. – Zeszły ścieżką z lodowca. Dziesięć piętnaście łon temu. Dziesięć dwanaście ich było, szły jeden za drugim ze Śnieżnego Ciemna i potem…
W tym momencie przestałem słuchać. Podniosłem wzrok na Śnieżne Ciemno, kiedy gadał, i zacząłem się zastanawiać. Nic nie było o nim wiadomo, tylko że wysoko wysoko, ciemno ciemno i zimno zimno zimno, i że tam jest źródło wszystkich strumieni i wielkich lodowców i że otacza cały nasz świat.
Nagle wysoko na niebie zobaczyłem światełko: małą, daleką, bladą plamkę unoszącą się w ciemności.
– E, patrzcie! Tam!
Normalnie, jak coś widzisz, i nie wiesz co to, to po sekundzie dwóch już wiesz, albo się chociaż domyślasz. Ale tutaj w ogóle nie byłem w stanie, po prostu nie miałem pojęcia, co to może być. No bo na niebie jest jedno źródło światła – Gwiezdny Wir. Inne są na ziemi – żywe stworzenia, drzewa, rośliny, zwierzęta i ognie, które sami palimy. Ale pomiędzy niebem a ziemią widziałem w życiu tylko żar wulkanów jak Góra Snellinsa. Czerwony czerwony jak ogień, nie blady i biały.
Głupio to brzmi, ale przez chwilę myślałem tylko o tym, że to Lon Downik, taka latająca łódka ze światłami, jak ta, którą Angela, Tommy i Trzej Towarzysze przylecieli na Eden ze statku Buntownik.
No cóż, ciągle nam powtarzali, że to się kiedyś stanie. Trzej Towarzysze wrócili na Ziemię po pomoc. Wiadomo było, że coś musiało się stać, bo ludzie z Ziemi powinni przylecieć już dawno, ale mieli ze sobą takie coś, co się nazywało Radyjo, mogli tym wołać przez całe niebo, i takie coś zwane Komputerem, co umiało różne rzeczy zapamiętywać. Przyjdzie takie wstanie, kiedy znajdą Buntownika albo usłyszą Radyjo, zbudują nowy statek i przylecą po nas, przez Gwiezdny Wir, przez Dziurę w Niebie, i zabiorą nas z powrotem w jasne światło tej wielkiej wielkiej gwiazdy.
I przez jedną pełną strachu i nadziei chwilę myślałem, że to się wreszcie dzieje.
Nagle odezwał się Roger.
– No ta – powiedział. – To one. To wełniaki, jak nic.
– Wełniaki?
Jasne, że tak! Teraz było to dla mnie oczywiste. To blade światełko w ogóle nie było na niebie, ale wysoko w górach, w Śnieżnym Ciemnie i to były po prostu wełniaki. Na nazwy Michaela, całe szczęście, że nie powiedziałem tego na głos. Mieliśmy szukać właśnie wełniaków, niczego innego, a ja je, kurna, wziąłem za ludzi z Ziemi!
Głupio mi się zrobiło, ale też smutno smutno, bo przez parę chwil naprawdę myślałem, że przyszedł czas i wreszcie wrócimy w to miejsce pełne ludzi i światła, tam, gdzie znają odpowiedzi na wszystkie trudne trudne pytania i widzą rzeczy, których my nie dostrzegamy jak ci ślepcy…
Ale nie, wcale nie. Nic się nie zmieniło. Dalej mamy tylko Eden i siebie nawzajem, pięciuset ludzi na cały świat, zbitych w kupkę, z czarnoszklanymi dzidami, łódkami z pni i szałasami z kory.
Rozczarowujące to było. I smutne smutne. Ale to niesamowite, że te góry tam są aż tak wysokie. Rozumiecie, nawet z dołu, z Rodziny, było widać ich cienie na tle gwiazd, wiadomo było, że są wielkie wielkie, ale samych gór nie było widać, tylko dolną część, gdzie jeszcze rosły drzewa i było światło – tak że właściwie nie wiadomo było, gdzie się kończą góry, a zaczynają chmury nad nimi. Dotąd chodziłem tylko na te niższe wzgórza i wyobrażałem sobie, że Śnieżne Ciemno za nimi jest może ze dwa trzy razy wyższe od szczytu, na który wleźliśmy z Gerrym. Teraz widziałem, że jest wyższe dziesięć dwanaście razy.
I właśnie tam, na samej górze, tak wysoko, w miejscu tak odległym od nas, że wydawało się jak sen, jeden za drugim szły sobie wełniaki, a łagodne białe lampki na ich głowach rozświetlały śnieg. Przez moment, gdy przechodziły, jarzył się biało, potem szarzał i czerniał z powrotem. I choć wełniaki były wielkie i ważyły dwa trzy razy tyle co człowiek, tam wysoko, w maleńkim kręgu światła, wydawały się maleńkie jak mrówki. Równie dobrze mogły być tymi malutkimi muszkami, co mieszkają u nietoperzy za uszami.
A mnie gdzieś z tyłu głowy pojawiła się myśl, że naprawdę jesteśmy w stanie dotrzeć do innych światów, że niekoniecznie muszą być schowane w Gwiezdnym Wirze, albo za Dziurą w Niebie – mogą być tu, na Edenie, na ziemi. W końcu wełniaki tam chodziły i stamtąd wracały.
– Wtedy, jak mówiłem, było ich dwanaście trzynaście – powiedział Stary Roger. – Zeszły tędy i zdążyliśmy cztery zrobić, zanim reszta uciekła z powrotem na górę. Nie dało się ich tam gonić. Kojarzycie starego Jeffo Londyna, tego z jedną nogą, co robi te łodzie? No, wtedy jeszcze miał dwie nogi, trochę za bardzo się nakręcił i poleciał za resztą, siedmioma ośmioma kozami. I zgubił się na Ciemnie. Czekaliśmy ile tylko mogliśmy, ale też zaczęliśmy marznąć. Zeszliśmy trochę w dół i jeszcze poczekaliśmy. Już nikt nie myślał, że wróci, już mieliśmy wracać do Rodziny z kozami, ale on, cholera, wrócił. Kuśtykał w dół, z tymi takimi białymi oparzeniami na nodze i na palcach. Zaraz sczerniały – czarne oparzenia, chociaż czemuś mówi się o nich „zgorzej”. Dlatego ma tylko jedną nogę. Drugą trzeba mu było uciąć, odpiłować czarnoszklanym nożem. Na fiuta Harry’ego! Trzeba było słyszeć, jak się drze. Ale reszta, no, reszta się cieszyła, że wraca z taką ilością mięsa. I jak nas lubili, jak przyszliśmy, mówię wam. Ślizganko jedno za drugim. Ja wam mówię. Wiem, że…
– No starczy, Roger – przerwał David. Nie lubił jak ludzie się śmieją i żartują o ślizganiach. – Dobra, Roger, to bardzo ciekawe, ale tamto stado chyba nie idzie w dół, co?
Stary Roger zadarł głowę na Śnieżne Ciemno i udał, że patrzy. Był już w takim wieku, kiedy zaczyna się ślepnąć – osiemdziesiąt łonczasów czy coś. Nie przyznawał się, że prawie nic nie widzi, żebyśmy nie zdecydowali, że ma już nie być naszym głównym myśliwym – no i nie powinien nim być – więc nie powiedział, że widać tam tylko mgłę.
– No, nie, chyba… ten… z wełniakami to zawsze ciężko powiedzieć.
Głupota, pomyślałem, że ten staruch ma nami dowodzić. Naszej grupie, całej Rodzinie zresztą, zaczynało brakować jedzenia. Jeszcze nic strasznego, ale przez niektóre wstania wszyscy chodzili trochę głodni. No i kogo wysyłamy, żeby dowodził polowaniem na wełniaki? Ślepego, starego durnia!
– Idą w przeciwną stronę – stwierdził zimno David. – Lepiej zejdźmy i spróbujmy dopaść te, co zeszły wcześniej.
– A skąd ty wiesz, że tam na górze to nie te same, co zeszły wcześniej? – zapytał Met. Wysoki, potężny chłopak, ale nie za bystry i nie za często się odzywał. – Może już były na dole, a teraz wracają.
– Popatrz na ślady, Met – David dźgnął go w ramię. – Popatrz, kurna, na ślady. W dół idą, nie? Ani jeden nie idzie w górę. Popatrz, Einsteinie, w którą stronę mają palce. Wychodzi, że trochę ich jeszcze na dole jest, nie? I ja mówię, że zostaną na dole, póki na niebie jest Gwiezdny Wir.
– To może tu poczekamy, aż będą wracać? – zapytał Met.
Głupi pomysł. Ze skór mieliśmy tylko pasoskóry, takie przepaski i po koźlej skórze na ramionach. Marzliśmy w bose stopy.
– Sprytnie, jej, jak sprytnie – powiedział David i popatrzył na Meta z tym swoim uśmiechem, co nie był naprawdę uśmiechem, przez dziurę w twarzy świstał mu oddech, przez te drugie usta, w miejscu gdzie powinien mieć nos, ciągle wyglądające na czerwone i bolące. – Ty sobie, Met, zostawaj ile chcesz, ja tam na zgorzej nie mam ochoty.
Zawsze był takim sarkastycznym chamem. Ale to, i walenie ludzi końcem dzidy, to i tak było najbardziej przyjacielskie z jego zachowań.
– Ktoś jeszcze chce się odmrozić razem z Metem, to proszę bardzo – dodał. – A reszta schodzi stąd tam, gdzie naprawdę są wełniaki, jasne?
Było zimno zimno, nawet kiedy się przytknęło plecy do drzewa. Bo tutaj rosły tylko małe drzewa, które nie dawały tyle ciepła, co wielkie czerwoniuchy albo białuchy na dole w Dolinie. Ale z drugiej strony, pomyślałem sobie, Met wcale tak głupio nie myślał. Gdybyśmy tylko znaleźli jakiś sposób, żeby móc tu trochę dłużej zostać, moglibyśmy zrobić dużo dużo więcej wełniaków, bo one wszystkie musiały tędy przejść, kiedy schodziły z Ciemna na ziąb, albo wracały do niego. To czemu nie pomyśleliśmy, żeby jakoś się tu ogrzać? Czemu nie wzięliśmy więcej skór, nie porobiliśmy sobie skór, którymi można by się jakoś obwiązać? Czemu nie wymyśliliśmy jakichś skór, które da się nałożyć na stopy? Czemu po prostu postanowiliśmy, że pod Ciemnem jest zwyczajnie za zimno i za trudno, żeby chociaż spróbować sobie jakoś z tym poradzić?
No, ale tak było, i już. Zeszliśmy w dół wzdłuż strumienia i zaraz wokół pojawiły się wysokie drzewa, wszędzie lampki, białe, czerwone, niebieskie, a ta wąska przerwa między drzewami rozrosła się do Doliny Zimnej Ścieżki. Mała była – w godzinę dałoby się ją obejść dookoła i dojść do wąskiej przerwy w drzewach, która prowadziła do Okrągłej Doliny, gdzie mieszkaliśmy.
– Ciekawe, gdzie te wełniaki chodzą – powiedziałem. – Może do jakiegoś innego lasu za górami?
– Innego lasu? – prychnął Lis. – John, nie udawaj durnia. Na pewno nie ma niczego tak dużego jak Okrągła Dolina.
– Nieprawda! Kiedy Tommy, Angela i Trzej Towarzysze pierwszy raz zobaczyli Eden, wszędzie były światełka…
– Za górami mieszkają Ludzie Cienie – przerwała mi Lucy Lu swoim powolnym, donośnym, rozmarzonym głosem.
Miała okrągłą, bladą twarz i wodniste oczy. Często chodziła po innych grupach w rodzinie i proponowała, że porozmawia z cieniami ich zmarłych, w zamian za kawałki czarnoszkła, stare skóry i resztki jedzenia.
– Bzdury – powiedziała Tina. – Nie ma żadnych Ludzi Cieni.
Ja też tak myślałem. Szkoda czasu na rzeczy, które ludzie widują kątem oka albo w snach. Na fiuta Harry’ego, aż nadto jest prawdziwych rzeczy, które widać jak na dłoni! Które można wziąć w ręce i pomacać.
– Nie mówiłabyś tak, jakbyś ich widziała, jak ja – dodała Lucy Lu tym swoim rozmarzonym głosem, jakby w połowie była w naszym świecie, a w połowie w świecie jakichś cieni, które widzi tylko ona.
– Niektórzy mówią, że niebo to wielki płaski kamień – wtrącił nagle Gerry – a Gwiezdny Wir to skalne lampki, które pod nim rosną, tak jak w jaskiniach. Ten wielki płaski kamień leży brzegami na Śnieżnym Ciemnie. Ciemno jest tam po to, żeby miał się na czym trzymać.
– To dopiero jest bzdura – powiedziała Tina, śmiejąc się gardłowo. – Chłopak, to dopiero jest bzdura. I, Gerry, poza tobą nikt tego nie mówi. Wymyśliłeś to przed chwilą. Bo chcesz być inny, jak twój bohater John.
– Nie wymyśliłem! – zawołał ze śmiechem Gerry.
Był zadowolony, że przerwał moją sprzeczkę z Lucy Lu i Lisem.
– Pewnie, że tak. W życiu nie słyszałam czegoś tak z dupy wyjętego.
– No, przed Najstarszymi lepiej o tym nie mów – dodał Stary Roger. – To by im się nie spodobało. Zresztą, jakby Tommy i Gela przylecieli z Trzema Towarzyszami z Gwiezdnego Wiru, jakby był tylko skalnymi lampkami na jakimś kamieniu?
– To co, Gerry nie może mieć własnych pomysłów? – zapytałem. – Najstarsi mogą sobie wymyślać bajki, jakie zechcą, a my musimy wierzyć, że to prawda?
– Ty uważaj, John – powiedział David. – Ty, kurna, uważaj, co mówisz.
– Obrostki! – prychnął Stary Roger. – Kiedy ja byłem młody, Najstarszych się szanowało. Nikt nigdy nie mówił, że Prawda jest wymyślona.
Ja też nie sądziłem, że Prawda jest wymyślona. Nie wątpiłem, że Tommy, Angela i Trzej Towarzysze przylecieli z nieba. Mieliśmy w końcu Pamiątki, mieliśmy Ziemskie Modele, mieliśmy stare napisy i rysunki wydrapane na drzewach. Po prostu nie podobało mi się, że niektórzy mają tę starą historię na własność, tylko dla siebie, i mogą wyciągać z niej, co im się podoba.
Zaraz potem Stary Roger podzielił nas na pary i kazał rozproszyć się po Dolinie Zimnej Ścieżki na poszukiwanie wełniaków. Ja dostałem do pary Gerry’ego. Wysłał nas do wąskiego wąwozu zwanego Gardłem, który prowadził prosto do samej Okrągłej Doliny.
– Do samego Gardła, rozumiecie – powiedział – ale dalej nie. Tym sposobem zobaczycie wszystkie kozły, które uciekną przed nami.
Poszliśmy do Gardła, przyczailiśmy się z dzidami i czekaliśmy na kozły. Na górze nad nami było takie miejsce, na takim skalnym czubku po prawej stronie Gardła, patrząc w stronę Rodziny. Kiedyś tam wlazłem. Pokazałem to teraz Gerry’emu.
– Tam jest pięć sześć dobrych, suchych jaskiń – powiedziałem mu – a przed każdą trochę płaskiej przestrzeni. Można by siedzieć i patrzeć na las. A trochę w dole jest staw, trzy pięć metrów i ciepły ciepły od korzeni kolczaków.
– Dobre miejsce do mieszkania dla Rodziny – powiedziałem mu. – Dużo lepsze niż to co teraz. Jest wszystko co trzeba: staw, jaskinie. Blisko do ścieżek wełniaków. Pewnie i czarnoszkło by się znalazło, jakby dobrze poszukać.
Gerry parsknął śmiechem.
– Ty to czasem dziwnie dziwnie gadasz. Jak to, dobre miejsce dla Rodziny? Rodzina to jest miejsce!
– Miejsce, ale i ludzie. Ludzie mogą się przenosić, prawda? Przynajmniej niektórzy. Ludzie i miejsce to nie musi być to samo. Rodzina może się ruszyć, a to byłoby tylko nowe miejsce.
– Ale musimy zostać przy Kręgu! – zaprotestował Gerry. – Inaczej Ziemia nas nie znajdzie, jak po nas wrócą! Daj spokój, John, ty czasem…
Urwał i roześmiał się, jakby dotarło do niego, że żartowałem, choć na chwilę udało mi się go nabrać.
A ja sam nie byłem pewien, żart to czy nie.
– Wejdźmy głębiej w las – powiedziałem.
Gerry wzruszył ramionami. Zrobi, co zechcę. Gerry zaliczał się do tych, którym inni muszą mówić, co mają robić i jakimi być.
– Ale mieliśmy zostać w Dolinie Zimnej Ścieżki – stwierdził.
– No tak, ale tylko trochę pójdziemy.
I jak tylko weszliśmy przez Gardło do lasu nad Okrągłą Doliną, natknęliśmy się na lamparta.
Staliśmy na jednej z tych polan, jakie robią się między białuchami, kiedy stara grupa drzew usycha, a nowa jeszcze się z Podziemia nie przebiła. Wszędzie wokół mieliśmy białuchy i kolczaki, kwiaty świeciły im na biało i niebiesko, pasły się na nich przelotki, a pod nogami rosły gwiazdokwiaty. Lecz tutaj, w tej otwartej przestrzeni rosły tylko malutkie gwiazdokwiatki, przy samej ziemi, a nad głowami mieliśmy doskonale widoczny Gwiezdny Wir, niezasłonięty żadnymi gałęziami i lampami.
Właśnie kucałem, żeby napić się ze strumienia, kiedy go zobaczyłem.
– Gerry, patrz! Tam! – szepnąłem, zerwawszy się na równe nogi.
– Co tam?
Kępka gwiazdokwiatów pomiędzy drzewami na moment rozbłysła i przygasła z powrotem. Potem to samo stało się pomiędzy kolejnymi drzewami, na lewo od tamtych. I to samo jeszcze trochę dalej.
– Na cycki Geli! – jęknął Gerry. – Szybko! Włazimy na drzewo!
Nie ruszyłem się. Kolejne kwiaty rozbłysły i zniknęły. A Gwiezdny Wir cały czas się palił, przelotki przelatywały, migając, a drzewa robiły hmmmf, hmmmf, hmmmf, a las robił hmmmmmm, jak zawsze.
Kwiaty znowu rozbłysły i przygasły. Tym razem zauważyłem cień samego lamparta, prawie niewidoczny wśród tych kwiatów na skórze, przesuwających się do tyłu, kiedy idzie naprzód, tak żeby wydawało się, że stoi w miejscu. Krążył dookoła nas, jak to lamparty, wkoło i wkoło – czysta, bezgłośna ciemność, przesuwająca się w tle wędrujących po skórze świecących kwiatów.
– Zdążymy do tego białucha – szepnął Gerry. – Tak szybko nie biega.
Obaj obserwowaliśmy przesuwający się pomiędzy drzewami ciemny kształt, cały czas obracając się tak, żeby stać twarzą do niego. (Dziwnie to musiało wyglądać, kiedy tak staliśmy i jednocześnie się obracaliśmy). Zerknąłem szybko na drzewo, o którym mówił Gerry, i widziałem, że ma rację. Zdążymy tam bez problemu, o ile po drodze o coś się nie potkniemy. Oczywiście lampart, gdy tylko zobaczy, że się ruszamy, przestanie krążyć. Przestanie krążyć i się rzuci, ale jeśli dobrze wyczujemy moment, będziemy już pod drzewem, już będziemy się wciągać na gałęzie. Wtedy zostanie tylko wołać i czekać – niedługo przybiegnie Stary Roger, David, Lis i reszta, z wrzaskiem, z dzidami, z łukami i strzałami, a lampart rozpłynie się z powrotem w lesie. Dorośli pokrzyczą na nas, że nie zostaliśmy w Dolinie Zimnej Ścieżki, ale za to będziemy mieli super historię do opowiadania, więc tak bardzo się tym nie przejmą – zwłaszcza jeśli trochę się ją doprawi: jak to szczęki lamparta kłapały nam tuż pod stopami, kiedy wskakiwaliśmy na gałęzie, jak patrzyły na nas jego zimne oczy… wszystko to, co ludzie zawsze dodają, żeby opowieści wydały się bardziej interesujące od prawdy.
Ale z drugiej strony, taka historia może i jest ciekawa i zajmująca, ale nie wpływa na nas specjalnie, prawda? Ludzie będą jej słuchać przez jedno wstanie, może dwa, ale nie zmienią zdania o Gerrym i o mnie. Bo zrobiliśmy tylko to samo, co każdy by zrobił – zobaczyliśmy lamparta, rozejrzeliśmy się za drzewem, uciekliśmy.
– Chcesz, to biegnij – szepnąłem; obaj cały czas obracaliśmy się w miejscu, żeby stać twarzą do tego krążącego wokół nas stworzenia – biegnij.
– Co? A ty…
Ale był zbyt przestraszony, żeby się spierać. Pobiegł, ile sił w nogach, przez otwartą przestrzeń, do drzewa.
A ja? Ja zobaczyłem, jak lampart się zatrzymuje. Jak się obraca. Jak oczy mu migoczą, kiedy szykuje się do skoku za nim.
– Eeee! – wrzasnąłem. – Tutaj!
Odwrócił głowę, żeby popatrzeć na mnie. Gerry wgramolił się na dolne gałęzie drzewa i zaczął się wspinać na sam szczyt. Lampart powoli podszedł w moim kierunku, stanął i zaczął mnie obserwować. Teraz, gdy stał bez ruchu, plamki na bokach przestały się poruszać i tylko migotały, zupełnie tak samo jak prawdziwe gwiazdokwiaty. Skóra pod spodem była czarna czarna. Nie czarna jak czarne włosy, nie czarna jak pióra gwiezdnika, nie czarna jak zwęglone drzewno. Nic z tych rzeczy nie jest naprawdę naprawdę czarne. A skóra lamparta nie ma włosów, futra, piór czy łusek. W ogóle nie odbija światła. Nie ma konturów. Nie ma żadnych odcieni. Jest czarna czarna jak niebo za Gwiezdnym Wirem. Czarna czarna jak dziura, co idzie aż na samo dno wszystkiego, jak Dziura w Niebie.
Chciało mi się płakać. Chciało mi się krzyczeć, że zrobiłem błąd i na razie kończymy grę. Żałowałem, że po prostu nie pobiegłem jak Gerry, jak zrobiłby każdy inny chłopak, albo każdy dorosły, chyba że była ich cała banda myśliwych z mocnymi dzidami, z prawdziwymi grotami z czarnoszkła. Ja miałem tylko dziecinną dzidę na kozły, z drzewcem z odrostu czerwoniucha i byle jakim grotem z kolca kolczaka, nasadzonym na koniec i przyklejonym klejem z gotowanego drzewnego soku.
Ale nie było sensu krzyczeć czy płakać. Nawet bać się nie było sensu. Przecież nie powiem lampartowi, że się poddaję i już się nie bawię, prawda? Jak dzieciak, co bawi się w chowanego? Przecież lampart nie powie: „No dobra, przegrałeś, koniec”. Podjąłem decyzję i przepadło.
Stanąłem więc w dobrej pozycji, ścisnąłem dzidę i obserwowałem lamparta, czekając na jego atak. Uczucia gdzieś zniknęły. Nie były teraz potrzebne. Postarałem się przez chwilę nic nie czuć. W tym byłem całkiem dobry.
– Ratunku! – zaczął się drzeć Gerry z wierzchołka drzewa. – Na Gelę, pomóżcie! Lampart! Lampart! Wielki lampart zaraz zeżre Johna!
– Gerry, cicho bądź, debilu – zasyczałem. – Nie mogę się przez ciebie skupić i naprawdę mnie, kurna, zje.
Lampart mnie obserwował. Oczy lamparta są okrągłe, płaskie i wielkie jak ludzka dłoń, no i nie poruszają się w głowie, jak nasze oczy. Nie chodzą z boku na bok. Ale z bliska, tak jak ja stałem, było widać, że w środku różne rzeczy się jednak poruszają, drobne, błyszczące, wędrujące iskierki. Całkiem jakby zaglądać mu w myśli w jego wielkiej czarnej głowie. Jakby je było naprawdę widać. Można je zobaczyć, ale nie da się zrozumieć. Widać tylko, że tam są.
Lampart zaczął śpiewać.
Patrząc mi prosto w oczy wielkimi, pustymi, lśniącymi krążkami, otworzył pysk i zaśpiewał tę rozkoszną, powolną, smutną pieśń lampartów, tym swoim przyjemnym, smutnym głosem, zupełnie jak u kobiety. Wszyscy oczywiście dobrze to znali – te dobiegające gdzieś z daleka, z lasu ooooo-iiiii-aaaaa, brzmiące tak ludzko, że aż trudno sobie było wyobrazić, że to nie człowiek. Każdy budził się choć raz ze snu, słysząc ten śpiew. Każdy myślał sobie, na serce Geli, jak to dobrze dobrze, że jestem w Rodzinie i dookoła pełno ludzi. A potem słuchał znajomych odgłosów z innych grup Rodziny, które miały inne wstania: ludzie gotowali mięso, skrobali skóry, budowali szałasy z gałęzi i kory, rąbali drzewa kamiennymi toporami, gadali, śmiali się, kłócili i krzyczeli.
I dzięki tym przyjemnym głosom ludzi, którzy nie spali, lampart w lesie wydawał się bardzo daleko, jakby w innym świecie, zbyt odległym, żeby się nim przejmować. W końcu to tylko zwierzę, jedno z wielu za ogrodzeniem, poluje sobie tam na swój dziwny sposób, właściwie niewiele się różni od nietoperza, drzewnego lisa albo pełzaka. Człowiek wzdychał, przewracał się na drugi bok, mościł w skórach, układał wygodnie, i z powrotem zapadał w sen. Czuł się nawet przytulniej niż przedtem, słysząc z daleka tego samotnego lamparta, a samemu będąc bezpiecznym w ciepłym miejscu, za płotem – tak jak przytulnie się robi, kiedy się słyszy padający na szałas deszcz, a samemu siedzi się w środku, gdzie sucho i ciepło.
Tylko że dla mnie to się nie działo gdzieś daleko za płotem. Lampart stał tuż przede mną i nie śpiewał żadnemu kamieniakowi albo skoczkowi. Śpiewał mnie. Śpiewał mi kołysankę, opłakiwał dawne czasy, śpiewał pieśń miłosną, powoli cichnącą, powoli gasnącą, wtapiającą się w tło i coraz dalszą, cichszą i cichszą, aż znalazła się gdzieś daleko, aż już jej tu nie było, aż zapomniała się i przepadła.
I wtem potwór rzucił się prosto na mnie, przeskakując te kilka metrów pomiędzy nami, otwierając paszczę szeroko szeroko, gotowy, żeby zabić, a śpiew został z tyłu, tak jak te jego plamki. Wyrwałem się z rozmarzenia. Uniosłem dzidę. Zaczekałem na odpowiedni moment, wiedząc, że mam tylko jedną próbę, jedną szansę, żeby to zrobić. Zamierzyłem się dzidą i kazałem sobie ją tak trzymać i czekać. Jeszcze nie… Jeszcze nie… Jeszcze nie… Teraz!
Na nazwy Michaela, to dopiero było przyjemne! Wymierzyłem jak trzeba. Wsadziłem dzidę prosto w paszczę lamparta, prosto w jego wielkie, gorące gardło.
Łup! – koniec drzewca dzidy uderzył mnie w pierś i odrzucił do tyłu. Chlap! – całego mnie obryzgał wielki kleks zielonoczarnej krwi lamparta. Czarny potwór zwalił się na ziemię i zaczął się miotać, bulgotać, dławić i szarpać pazurami tę straszną, ostrą rzecz, która wbiła mu się w gardło i nie pozwalała oddychać. Pośpiesznie odtoczyłem się z zasięgu wierzgających łap. Aaaaarr-aaaaarr-aaaaarr, robił lampart, próbując pozbyć się dzidy, aaaaarr-aaaaarr-aaaaarr. Topił się. Topił się we własnej krwi. Zaraz zresztą przestał ryczeć i tylko trochę się wił i bulgotał. A jeszcze potem znieruchomiał.
– Na fiuta Toma, ty go, kurna, zrobiłeś!
Gerry zeskoczył z drzewa i biegł do mnie.
Pozbierałem się na nogi. W głowie wszystko mi się pomieszało i nie wiedziałem, co myśleć i co mówić.
– Lucy Lu myśli, że lamparty to zmarłe kobiety. – Tyle się ze mnie wydobyło, dziwacznym, cienkim głosem. – No wiesz, ci Ludzie Cienie. Mówi, że dlatego mają taki głos i takie smutne smutne te piosenki. To bzdura, jak wszystko, co ona mówi. Rozumiesz….
– John, debilu, o czym ty, do cholery, mówisz? Zrobiłeś to! No popatrz! I to sam! Na kark Toma, sam to zrobiłeś!
Cały się trząsłem. Bardziej trząść się chybaby się nie dało, nawet gdybym godzinę łaził goły po Śnieżnym Ciemnie.
– Powiem ci coś śmiesznego – odezwałem się. – Jak zobaczyliśmy te wełniaki tam na górze, to przez chwilę myślałem, że to jest Lon Downik z Ziemi. Hehe. Głupio, co?
Gerry roześmiał się.
– Na fiuta Toma, John! Przed chwilą zrobiłeś lamparta!
– Ale może któregoś wstania ktoś naprawdę przyleci, nie myślisz? Mówią, że statek im się uszkodził, kiedy Angela i Michael gonili go Kosmicznym Rajdowozem i próbowali zatrzymać. Mówią, że przeciekał. Ale nawet jeśli po drodze z powrotem się rozpadł, nawet jeśli Trzej Towarzysze zginęli, to ludzie z Ziemi musieli się wcześniej czy później dowiedzieć, nie? W końcu mieli tam Komputera i Radyjo? No dobra, wylecieli z Edenu dwieście łonczasów temu. Ale pomyśl, ile czasu buduje się taki statek. Zobacz, stary Jeffo pół łonczasu robi z drzewa jedną byle jaką łódź do łowienia ryb na Wielkostawie.
Gerry chwycił mnie za ramiona i potrząsnął.
– Na cycki Geli, John, przestań no gadać o cholernych łodziach z nieba! Zrobiłeś lamparta! Sam! Dziecięcą dzidą!
I dziwne dziwne to było. Lampart przede mną dalej się wił, cały byłem w jego czarnej krwi i cały się trząsłem trząsłem. Jednocześnie z oczu ciekły mi łzy, bo myślałem o Trzech Towarzyszach, którzy zostawili Tommy’ego i Angelę na Edenie i próbowali wrócić na Ziemię – Dixonie, który wpadł na pomysł, żeby ukraść gwiezdny statek, Mehmecie, którego Angela lubiła najbardziej, bo był miły, i łagodnym Michaelu, który ponazywał rośliny i zwierzęta. Żałowałem, że nie wiadomo co się z nimi stało, kiedy popłynęli po niebie na Ziemię, w tej przeciekającej gwiezdnej łódce.
I myślałem, że szkoda, że nie wiadomo, kiedy ktoś z Ziemi po nas przyleci.
John był interesujący. No rozumiecie, ładny był i nawet trochę mi się podobał, ale przede wszystkim fascynowało mnie to, jak się zachowuje. Przez całą tę myśliwską wyprawę starał się być inny, żeby nie być taki sam jak reszta obrostków. Polazł na ten lodowy grzbiet. Zdenerwował Starego Rogera i Davida, kwestionując Prawdę. Stał spokojnie i cicho, kiedy Gerry rozśmieszał wszystkich zmarzniętymi stopami. A wcześniej, kiedy mu dałam tę ostrygę, ucieszył się, ale nie zrobił z tego wielkiego halo, jak zrobiliby inni chłopcy. Nie darł się na wszystkie strony, że się ze mną poślizga. No i teraz, gdy reszta polowała na kozły, on sam zrobił lamparta. Tego nikt jeszcze nigdy nie zrobił, chyba że znalazł się w pułapce i nie miał wyjścia. Ale jego kuzyn Gerry cały czas mówił, że John miał wyjście. Miał kupę czasu, żeby wleźć na drzewo, ale postanowił zostać na ziemi i spróbować szczęścia.
Więc czemu to zrobił? Mogłam sobie wyobrazić kogoś głupszego, jak robi to, żeby pokazać odwagę, albo dlatego, że kumple powiedzieli, że jest mięczakiem. Ale John nie dałby się namówić na żadną próbę odwagi, i za mięczaka też nikt go nie miał. Musiał być jakiś inny powód. Na razie go nie rozpracowałam, ale widziałam, że John jest jak dobry szachista – nie robił tylko tego, co w danej chwili dobre, ale patrzył naprzód. Myślał o tym, co chce osiągnąć, na cztery pięć ruchów w przód.
Ja też trochę tak miałam. Wiedziałam, kiedy wziąć na wstrzymanie. Nie zapytałam go od razu, czemu zrobił lamparta, chociaż strasznie chciałam to wiedzieć, nie zrobiłam też wokół niego wielkiej afery, jak cała reszta. Przez większość drogi trzymałam się z tyłu, dając mu gadać z tymi, którzy chcieli w kółko i w kółko słuchać opowieści o lamparcie. Ale kiedy dochodziliśmy do Guli Lawy, a potem do Rodziny, uśmiechałam się do siebie, bo cieszyłam się, że już niedługo się dowiem.
Rodzina miała osiem grup, mieszkających jedna przy drugiej między wielkimi, starymi kamieniami wystającymi z ziemi pomiędzy Wielkostawem i Długostawem a drogą prowadzącą do Głębokiego Stawu. Każda grupa miała własny teren, z szałasami z kory i paleniskiem, gdzie zawsze żarzyły się węgle (rozpalenie ognia od nowa, drzewnem albo iskrami z czarnoszkła mogło trwać nawet pół wstania, więc wszyscy pilnowali, żeby nie zagasł). Zewnętrzną granicę Rodziny tworzyły stawy, skały, a tam, gdzie nie było żadnej naturalnej przeszkody, płoty ułożone z gałęzi i kamieni, broniące dostępu lampartom i innym dużym zwierzętom. Pierwszą grupą od strony wzgórz Peckham byli Nietoperze, więc do ich części ogrodzenia dotarliśmy najpierw.
Stary Roger i wielki, głupkowaty Met odciągnęli gałęzie tarasujące przejście Nietoperzy.
– Zabity lampart! – wrzasnął Roger. – Chłopak Jade zrobił cholernego lamparta!
– John go zrobił – zawtórował podekscytowany Gerry – mój kuzyn John!
Ostatnio dorośli z większości grup postanowili, że trzeba mieć w Rodzinie więcej jadalnych drzew. Zdecydowali, że trzeba się pozbyć tych, których owoce nie nadają się do jedzenia, na przykład czerwoniuchów. I kiedy wyruszaliśmy, sześć wstań temu, Nietoperze właśnie ścinali wielkiego czerwoniucha. Męczyli się z tym przez cały czas, kiedy nas nie było, rąbali go kamiennymi siekierami przez cztery wstania. W końcu udało im się przewrócić go linami, dwie trzy godziny przed naszym przyjściem. I kiedy weszliśmy przez płot, wielkie drzewo leżało na ziemi, a wokół walało się pełno pokruszonych ostrzy. (Ktoś będzie niedługo musiał pójść w Niebieskie Góry po czarnoszkło). Ziemia była jeszcze ciepła i lepka od soku.
Jakiś dzieciak nieopatrznie podszedł nie tam, gdzie trzeba, kiedy wytrysnął gorący gorący sok. Oparzyło go. Ciężko. Oparzyło oparzyło. Jeśli przeżyje, blizny zostaną mu na zawsze. Na razie krzyczał i krzyczał w szałasie, a matka nad nim płakała. Jedna chwila głupoty wszystko zepsuła – dla niego i dla niej. Za to reszta Nietoperzy się cieszyła cieszyła. Obchodzili wielką, powaloną roślinę, stukali w nią kijami i gadali, jak to ciężko było to cholerstwo ściąć, ile będzie z niego kory i ile drzewna. Dzieciaki nie mogły się doczekać drzewosłodów. Wszyscy robili co mogli, żeby nie zauważać dzieciaka krzyczącego w szałasie.
– Chłopak zrobił lamparta! – zagrzmiał raz jeszcze Stary Roger. – Młody obrostek. Syn Jade, John.
John i Gerry nieśli truchło lamparta przywiązane do dwóch gałęzi. Ja szłam za nimi, ze starym, paskudnym Davidem i przystojnym, ale płytkim Lisem. Czterech innych niosło wielkiego wełniaka, którego we czwórkę osaczyliśmy i zrobiliśmy, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy John robił lamparta. Będzie z niego dużo jedzenia, zrobi się dużo skór oraz narzędzi z kości – i normalnie wszyscy byliby zachwyceni, ale dzisiaj interesował ich tylko lampart. Podbiegali, żeby dotykać tej dziwnej czarnej skóry, która była tak gładka gładka w dotyku, jakby nie dotykało się niczego. Żeby mu spojrzeć w jego martwe martwe oczy. Żeby obmacać wypukłości na bokach, gdzie za życia paliły się i przesuwały plamki w kształcie gwiazdokwiatów.
– Patrzcie, jakie ma wielkie, czarne zęby – mówili Nietoperze, wyciągając ręce, żeby dotknąć.
– Ostrożnie z nimi – mówił Stary Roger, chociaż zęby lamparta nie są specjalnie kruche. – Są Czerwoniuchów, pamiętajcie. Nie chcemy zmarnować tylu dobrych noży.
– Ja wszystko widziałem – powtarzał w kółko Gerry. – Siedziałem na drzewie i wszystko widziałem! John też mógł wejść na drzewo, ale nie, mój kuzyn John tak nie robi. Sam stanął naprzeciw niego, tylko ze zwykłą dziecięcą dzidą na kozły. Wyobrażacie sobie? Ze zwykłą dzidą z grotem z kolczaka.
I patrzył po zachwyconych twarzach Nietoperzy i ludziach z innych grup, którzy zaczynali się schodzić – Ryborzekach, Kolczakach, Brooklynach. Był przejęty, bo w życiu nikt tak się nie interesował jego gadką. (Nie był ani specjalnie dowcipny, ani bystry, ani interesujący. Właściwie nie miał własnego zdania. Do dzisiaj prawie go nie zauważałam).
– I zrobił to czysto, za jednym razem – opowiadał wszystkim Gerry. – Jednym ciosem.
– No, jakby tak nie zrobił, toby go tu nie było, co? – odezwał się chłopak od Nietoperzy, mniej więcej w wieku moim i Johna. – Lampart by sobie nie stał i nie czekał na drugą próbę.
Nazywał się Mehmet. Imię miał, jak dużo ludzi, po Mehmecie Haribeyu, jednym z Trzech Towarzyszy. Mimo że Prawda mówiła, że Mehmet Haribey był przyjacielski i dobry, Mehmet Nietoperz wcale taki nie był. Miał wąską, cwaną twarz i małą żółtawą spiczastą bródkę, a do tego był złośliwy, wredny i lubił się czepiać ludzi.
Ja też potrafię być dobrze wredna jak zechcę, i umiem sobie radzić z takimi ludźmi bez problemu, ale Gerry zupełnie nie miał o tym pojęcia. Widziałam, że patrzy na Mehmeta i marszczy brwi, ale tak naprawdę nie rozumiał, do czego on zmierza. Wzruszył ramionami i gadał dalej.
– Wielki lampart, wielki jak cholera – gadał w podnieceniu, odwróciwszy się od Mehmeta. – I John mówi, że podzieli się sercami. I to dorosły, a nie taki mały. Śpiewał na niego i w ogóle. Śpiewał jak kobieta, nawet jak już się na niego rzucał. Trzeba wam było to słyszeć. Trzeba było słyszeć. Jak piękna, kochana kobieta, nawet kiedy już na niego leciał z otwartą paszczą. I to dorosły. Widzieliście kiedyś takiego wielkiego? Największy, mówię. John mówi, że może dostanę jedno jego serce, bo też tam byłem, kiedy na nas napadł.
Przeszliśmy przez teren grupy i weszliśmy na teren Czerwoniuchów. Następni byli już Kolczakowie. A Czerwoniuchowie wyciągnęli trochę owocowego piwa i zaczęli puszczać je wokół w wysuszonych skorupkach bielucha, żeby wszyscy mogli się napić i uczcić dwa łupy z polowania.
– John, ty debilu – powiedziała jego matka, Jade, z tym swoim uśmiechem, co podobno doprowadzał mężczyzn do szaleństwa. – Nie mogłeś, cholera, wleźć na drzewo, jak każdy normalny człowiek?
Patrzyłam na nią i zastanawiałam się, czemu mężczyźni nie dostrzegają pustki, którą ma w sobie. Całkiem jakby udawała, że jest człowiekiem, poruszała tym ładnym ciałem, żeby wydawało się żywe, ale w środku nie było nic nic.
– Oj, Jade, Jade – odezwała się ze śmiechem jej siostra Sue. – Twój jedynak sam jeden zrobił lamparta i tyle masz do powiedzenia?
Sue Czerwoniuch była matką Gerry’ego i miała nietopysk, tak jak David i moja siostra Jane. Była równie brzydka brzydka, jak mama Johna piękna piękna, ale za to była miła, troskliwa, i wszyscy o tym wiedzieli, nie tylko Czerwoniuchowie, ale i cała nasza strona Rodziny.
– Dureń z niego i tyle – powiedziała Jade.
Spojrzałam na Johna. Twarz miał spokojną spokojną. Gerry obraził się za niego.
– Twój syn John jest świetny świetny – powiedział do Jade z uczuciem. – Świetny jest. Komu w wieku dwudziestu łonczasów udało się…
– Mówi się „lata” – powiedział Stary Roger. – Mówi się „piętnaście lat” a nie „dwadzieścia łon”. Wiecie, co mówią Najstarsi: świat nie wyszedł kobiecie z łona.
– Komu w wieku piętnastu lat – poprawił się Gerry – udało się samemu zrobić lamparta?
– Dzielny chłopak – dodał Roger – chociaż źle się odnosi do starszych.
– Szczęściarz, cholera, i tyle – burknął kwaśno David, sznurując swoje paskudne nietoperzowe wargi, które ziały mu zamiast nosa.
Wokół tłoczyły się młodsze dzieci z zabawkowymi dzidami z gałązek białucha.
– John, jak ty go zrobiłeś? Jak to było?
To nie były tylko dzieci Czerwoniuchów, ale i z mojej grupy, Kolczaków, z Brooklynów, nawet z Londynów i Podniebieskich po drugiej stronie Rodziny. Zeszli się i dorośli.
– Prosto w gardło, tak mówią – powiedział stary facet od Ryborzeków, imieniem Tom.
Też miał nietopysk i do tego krzywostopy, biedak, więc na myśliwego się nie nadawał. Ale był bardzo zręczny w robieniu rzeczy z drzewna i kamienia – dzid, pił, siekier, noży, łodzi – a o polowaniu lubił gadać. Lubił pokazywać, że się na nim zna.
– To oczywiście najlepszy sposób. Czysto, gładko. Ale na pewno nie najłatwiejszy.
– Jak cholera – dodał Gerry. – Trudny trudny. John miał tylko…
– To wcale nie było trudne – przerwał John. – To tylko wydaje się trudne, bo jest niebezpieczne. Tak jak stać na gałęzi na czubku drzewa. Jak się nad tym zastanowić, to nie jest trudniejsze niż stać na gałęzi nad samą ziemią. A to każdy umie. Jedyna różnica to to, że jak ci nie wyjdzie, to jesteś zrobiony, i przez to wydaje się trudniejsze.
Uśmiechnęłam się. Podobało mi się to, co on mówi, i podobało mi się, że nie mówi tego, żeby udawać skromność, ale dlatego, że denerwuje go słabość Rodziny, która tak się ekscytuje tym, że ktoś zrobił jedno parszywe zwierzę. Ale Gerry patrzył na niego z przestrachem. Czemu się złości, że ludzie skaczą wokół niego? Czemu nie lubi, jak mówią, że jest świetny? Biedny Gerry – na niego nikt prawie nie zwracał uwagi, po prostu nie mieściło mu się to w głowie.
– John miał tylko sekundę, żeby dobrze trafić – powtórzył. – Za wcześnie albo za późno i lampart by go zrobił.
Po wycięciu dwóch wielkich serc, dorośli obwiązali przednie łapy lamparta linami z falorostu i wciągnęli go na drzewo spotkań pośrodku terenu Czerwoniuchów, żeby był na widoku. Później zdejmą mu skórę, wyrwą wielkie czarne zęby i pazury na noże, flaki wysuszą na sznury, oczyszczą kości na łopaty, haczyki, noże i groty do dzid (kość lepsza niż kolce z drzewa, ale nie taka dobra jak czarnoszkło). No i oczywiście ten czy inny zje oczy – ktoś, kto się starzeje i boi się nadchodzącej ciemności, bo mówiło się, że oczy lamparta, choć smakują paskudnie, powstrzymują ślepotę. Reszta mięsa lamparta była gorzka gorzka, można się było po nim porzygać, więc kiedy Czerwoniuchowie zabiorą sobie z niego wszystko co przydatne, kości, skórę, kiszki i tak dalej, będą musieli wynieść mięso z powrotem do lasu, z daleka od Rodziny, żeby pożarły je lisy drzewne i gwiezdniki.
A jeśli chodzi o wielkiego wełniaka, którego zrobiliśmy mniej więcej w tym samym czasie, kiedy John i Gerry trafili na lamparta, no cóż, tak jak mówiłam, w innej sytuacji wszyscy też by się nim podniecali. Oznaczał w końcu, że będziemy dobrze jeść przez wiele wstań. Miał dobrą i wielką skórę, z której zrobi się wiele ubrań, kopyta, które można przetopić na klej, równie dobry jak z gotowanego soku, a z zębów można zrobić żarna do nasion (takie są najlepsze, bo nie dodają do mąki pyłu, jak kamienne). Normalnie moglibyśmy się spodziewać pochwał, że go zdobyliśmy, i paru pytań o to, kto co zrobił w trakcie polowania, ale tym razem nikt się nim nie zainteresował. Czerwoniuchowie bez ceregieli zasiedli do skórowania, odcięli smakowitą lampkę na głowie, a ciało podzielili na część przynależną Czerwoniuchom i część, którą mogliśmy sobie wziąć my, Kolczakowie. (Jedna noga dla nas, pięć dla nich – taka była umowa). I przez cały czas, kiedy obdzierali tego kozła, gadali i gadali o lamparcie, którego bezużyteczne mięso wisiało na drzewie nad nimi.
– Jak to zrobiłeś, John?
– Nie bałeś się?
– Jak się wtedy czułeś?
– Dobra robota, nasz John – powiedziała Bella, starosta naszej grupy, która właśnie wróciła ze spotkania starszych u Gwiazdokwiatów. – Świetna robota, nasz John. Przysłuży się nam na następnej Rocznicy, mój młody myśliwy. Będzie zasługą Czerwoniuchów wobec innych grup.
Była to inteligentna kobieta, żylasta i zawsze jakby trochę zmęczona, a ludzie z całej Rodziny przychodzili do niej z problemami i sporami. Wielu mówiło, że jest najlepszą starostą grupy w całej Rodzinie. Pracowała przez cały czas, wstanie za wstaniem, nie to co nasza leniwa Liz Kolczak. Pilnowała spraw, załatwiała różne rzeczy, pamiętała w głowie o wszystkich tych nudnych sprawach, o których nikomu nie chciało się nawet myśleć.
A John był z nią blisko blisko, tak słyszałam, chociaż słyszałam i inne, bardziej dziwaczne słuchy.
Wtem odezwała się Lucy Lu.
– W tym lamparcie był cień babki Johna – powiedziała tym swoim śpiewnym głosem, jakby nie było co do tego żadnej wątpliwości, jeśli tylko patrzyło się na świat jej specjalnym specjalnym okiem. – Chciała, żeby zrobił zwierzę, w którym była uwięziona, żeby mogła polecieć do Gwiezdnego Wiru.
Nigdy jej się nie podobało, gdy ktoś ściągał na siebie uwagę wszystkich. Ciągle chciała sama uchodzić za tę, co wie wszystko najlepiej.
– A zdawało mi się, że mówiłaś, że Ludzie Cienie żyją po drugiej stronie Śnieżnego Ciemna – mruknął John.
Lucy Lu chyba go nie usłyszała, za to ja parsknęłam śmiechem, a John spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
– I teraz ma spokój! – wykrzyknęła Lucy Lu. – Ma spokój. I już nigdy nie będzie musiała…
Lecz wtedy od strony Okrągłej Polany przybiegł chłopak Londynów, zwany Mike.
– Ej, gdzie John? Najstarsi chcą z nim porozmawiać. Najstarsi dowiedzieli się o lamparcie.
Biedny John. Widać było, że nieprędko znajdzie chwilę spokoju dla siebie. Skończyłam picie i wzięłam trochę mięsa, żeby zanieść Kolczakom.
– Nie przejmuj się – powiedziałam Johnowi, zanim poszłam. – Za jedno dwa wstania im przejdzie. Wtedy może spotkamy się w Głębokim Stawie, co ty na to?
No więc znowu ściągnęliśmy z drzewa tego cholernego lamparta i poszliśmy, dosłownie całą grupą Czerwoniuchów, całą naszą czterdziestką z hakiem, a kiedy przechodziliśmy koło innych grup, dołączało coraz więcej ludzi. Wszyscy wychodzili, żeby na nas popatrzeć, nawet ci, co normalnie o tej porze by spali. Nawet ludzie z łodzi na Wielkostawie machali, kiedy przeszliśmy obok.
– To mój kuzyn! – wołał przez cały czas Gerry. – Piętnaście lat i już zrobił wielkiego lamparta. Wszystko widziałem!
Tak się cieszył cieszył z chwały, która na mnie spadła. Uśmiechał się szeroko szeroko i ciągle oglądał na mnie, żeby sprawdzić, czy ja się też uśmiecham.
Nie chciałem, żeby było mu przykro, więc starałem się wyglądać radośnie, ale szczerze mówiąc, już mnie to męczyło męczyło i dość miałem tego ciasnego, małego światka, w którym mieszkaliśmy, gdzie jak jeden chłopak zrobi jedno zwierzę, to jest najbardziej ekscytująca sprawa, jaka się wydarzyła od wielu wstań. No dobra, trochę zaryzykowałem, ale to nie było aż tak ryzykowne, wystarczyło zachować zimną krew i trochę się skupić. W końcu w rozdziawioną mordę lamparta wcale nie tak trudno wcelować.
A wy wszyscy najchętniej schowalibyście się na drzewo jak Gerry, mówiłem w myślach do tych wszystkich życzliwie uśmiechniętych ludzi. To jest właśnie cały problem z Rodziną. Rodzina je, pije, ślizga się, kłóci się i śmieje, ale nie zastanawia się, dokąd zmierza, ani co się z nią stanie. A kiedy pojawia się problem, wy tylko włazicie na drzewa i czekacie, aż lampart sobie pójdzie, a po wszystkim przez ileś wstań chichoczecie sobie i gadacie, jaki to był wielki, jak już sięgał wam do palców stóp, i jak ten czy tamten rzucił w niego kawałkiem kory, a owamten puścił mu wiązankę. Na cycki Geli! No popatrzcie tylko na siebie!
Bo chodziło o to, że w Okrągłej Dolinie zaczyna kończyć się mięso. I nic tu nie pomoże włażenie na drzewa i chichotanie. Coś będzie musiało się wydarzyć, inaczej przyjdzie takie wstanie, kiedy ludzie z Rodziny umrą z głodu. Zakładając oczywiście, że przy Ujściospadzie znowu nie osunie się jakaś skała i wszyscy się wcześniej nie potopimy.
Zresztą, mniejsza, potopimy się czy umrzemy z głodu. Ja wcześniej umrę z głodu we własnej głowie, albo z nudów, jeśli nie uda mi się sprawić, żeby w tym świecie zdarzyło się coś nowego, coś większego niż TO.
Takie miałem myśli… ale Gerry, który bardzo mnie kocha, w ogóle tego nie dostrzegał. Był szczęśliwy szczęśliwy. Ja zmuszałem się do uśmiechu i jemu to wystarczało. Jak i wszystkim.
No, prawie wszystkim. Tina rozumiała, Jade też wiedziała, że ja gram, nie dlatego, że byłem z nią blisko – bo nie byłem – ale dlatego, że byłem do niej podobny. Niespokojny duch. Niespokojny, z pustką w środku i spragniony czegoś większego niż zwykłe życie.
I jeszcze ktoś dostrzegał, co ja naprawdę przeżywam. Mały krzywostopy brat Gerry’ego, Jeff, który spał z nami w jednym szałasie. Miał ledwo czternaście łonczasów, nawet obrostkiem jeszcze nie był, tylko dziwnym dzieciakiem o łagodnej twarzy i wielkich wielkich oczach, jak u Gerry’ego, ale kryło się w nich coś zupełnie innego. Kuśtykał za nami odkąd wszedłem na teren Czerwoniuchów, ale dopiero kiedy dotarliśmy na Okrągłą Polanę i zatrzymaliśmy się na jej skraju, udało mu się zbliżyć do mnie na tyle, żeby coś powiedzieć.
– Smutno ci, co, John? – odezwał się.
Ja tylko wzruszyłem ramionami i stałem, czekając, aż Najstarsi zgodzą się mnie widzieć. A razem ze mną czekała połowa całej cholernej Rodziny.
Siedzieli jedno przy drugim na skraju Okrągłej Polany jak trzy puste wory ze skóry – Gela, Mitch i Garbus. Plecami opierali się o pień wielkiego białucha, oddzieleni od niego paroma warstwami kory i skórą wełniaka, żeby się nie poparzyć. A wokół, jak zawsze, uwijały się kobiety, z jedzeniem, piciem i skórami.
Koło Najstarszych leżał pusty pień, w którym trzymali Pamiątki. Ktoś go dla nich otworzył i wyjął Modele Statków Latających, które podobno zrobił sam Tommy Schneider, ojciec nas wszystkich – wielki statek kosmiczny Buntownik, mały Lon Downik oraz Kosmiczny Rajdowóz, w którym Angela i Michael gonili Buntownika, kiedy Tommy, Dixon i Mehmet próbowali odlecieć nim z Ziemi. Trzy Modele leżały teraz u ich stóp, ciemne i błyszczące od koźlego tłuszczu, który przez pokolenia w nie wcierano, żeby stare drzewno nie paczyło się i nie pękało.
Ale Modele już się Najstarszym znudziły i teraz kłócili się między sobą, podczas gdy Caroline Brooklyn, wysoka siwa kobieta, która była Głową Rodziny, kucała obok nich i próbowała ich uspokajać.
– Rocznica powinna się odbywać trzysta sześćdziesiąt pięć dni po poprzedniej – powtarzał stary Mitch.
– Wiem, durny staruchu – mówiła stara Gela. – Wszyscy to wiedzą. Ale jakbyś mnie słuchał, to dawno byś wiedział, że źle liczysz dni.
– Na pewno możemy się jakoś dogadać – mruczała Caroline.
– Nie liczę źle, leniwa starucho – odpowiadał Mitch Geli. – To ty nie nadążasz z liczeniem, bo twoje otłuszczone serce wolno bije i za dużo śpisz.
– Tak tak, ona się spóźnia, jasne – powiedział pogięty, stary Garbus – ale ty, Mitch, też. Całe dni jesteś do tyłu za prawdziwym czasem.
– Nieprawda – kłócił się Mitch – twoje serce bije za szybko i zawsze tak było. A poza tym jestem najstarszym z Najstarszych i wszyscy powinniście mnie słuchać. Bo mam sto dwadzieścia lat, więc mam najbliżej do Początku, a to oznacza, że moje wstania to są prawdziwe dni, takie jak były na Ziemi.
– Nie gadaj bzdur – plunęła stara, gruba Gela – po prostu w głowie ci się pomieszało, ty stary…
Caroline położyła rękę na ramieniu Geli.
– Jest – powiedziała tym specjalnym tonem, jakim się mówi do Najstarszych, na wpół z szacunkiem, a na wpół jak do małego dziecka. – Wszyscy są: ten chłopak, co zrobił lamparta, John Czerwoniuch, z nim na oko cała grupa Czerwoniuchów, i jeszcze kupa innych ludzi.
Troje Najstarszych zwróciło na nas ślepe ślepe oczy. Nawet wieku Starego Rogera ciężko dożyć bez utraty wzroku, a nasz Roger był czterdzieści pięćdziesiąt łon młodszy od tej trójki.
– Dzień dobry, Najstarsi – powiedziałem.
Caroline kiwnęła, żebym podszedł.
– I lamparta też dawać – poleciła. – Naprzód. Jej, popatrzcie no!
Niechętnie kucnąłem przed trójką Najstarszych. Wyciągnęli do mnie swoje chude, trzęsące się ręce. Podsunąłem się bliżej, bo wiedziałem, że tak trzeba, i poprowadziłem te kościste palce, żeby mogły dotknąć mojej twarzy, włosów i ramion. Dźgali mnie i szczypali, jakbym był jakąś cholerną rzeczą, a nie człowiekiem.
– John Czerwoniuch, mówisz? – zapytał Garbus. – A kim ty jesteś, chłopcze? Kto był twoją babką?
– No, dalej, chłopcze, wykrztuś to z siebie. Kim ty jesteś? – burczał stary Mitch.
– Matka mojej matki to Gwiazda.
– Nie słyszałam o niej – powiedziała Gela, która miała imię na pamiątkę pierwszej Geli, Angeli, matki nas wszystkich. – A jej matką kto był?
– Matka Gwiazdy to Helen.
Popatrzyłem na Modele, które cały czas tam leżały. Buntownik to rura pokryta długimi kolcami. Ten prawdziwy był dłuższy niż Wielkostaw, miał ponad sto pięćdziesiąt metrów i był tak szeroki, że Lon Downik mieścił mu się w środku. Kiedy odlatywał z Ziemi, najpierw na tych kolcach zapalał się fioletowy ogień, póki Jedna Siła nie otworzyła Dziury w Niebie, żeby Buntownik mógł śmignąć na skróty z jednej strony Gwiezdnego Wiru na drugą. Coś jakby przeskoczyć cały Wielkostaw, zamiast go przepływać.
– Helen Czerwoniuch? – Garbus zaśmiał się chrapliwie. – Ta mała łobuzica. Raz czy dwa się z nią ślizgnąłem. Ślizgnąłem się jak trzeba. Żyje jeszcze, co?
– Nie, Najstarszy. Dopadł ją rak, cztery pięć łon… To znaczy, cztery pięć lat temu.
– Cztery czy pięć łon to nie to samo, co cztery czy pięć lat – burknął stary Mitch, uderzając mnie lekko w twarz. Nie bolało, ale śmiem twierdzić, że chciał, żeby zabolało, ten wredny stary sukinsyn. – A ty powinieneś liczyć porządnie w latach, jak przystało wszystkim prawdziwym dzieciom planety Ziemi. I nie zapominaj o tym, młody człowieku.
– No to gdzie ten lampart? – ożywił się Garbus i cała trójka zabrała ode mnie ręce i chciwie spojrzała za mnie niewidzącymi oczyma.
– Powiedzcie chłopakowi, żeby się pokłonił – powiedzieli, jakbym sam ich nie słyszał. – Powiedzcie chłopakowi, żeby się pokłonił Kręgowi, a my tymczasem obejrzymy sobie lamparta.
Poszedłem więc sam na środek polany, gdzie był ułożony Kamienny Krąg: dziesięciometrowe koło z białych kamieni, wielkości dziecięcej głowy, oznaczające miejsce, gdzie po przylocie na Eden usiadł Lon Downik. Pięć innych kamieni pośrodku oznaczało Tommy’ego i Angelę, rodziców nas wszystkich, oraz ich Trzech Towarzyszy, którzy spróbowali wrócić na Ziemię. Do Kręgu nie wolno było podchodzić bliżej niż na parę metrów. Niektórzy mówili nawet, że gdyby ktoś dotknął kamieni albo wszedł w Krąg, ktoś nie z Najstarszych i nie z Rady i tych wybranych przez nich, na pewno do następnego spania by umarł. Ja w to nie wierzyłem, ale zasady znałem. Zatrzymałem się trzy metry od Kręgu i jak należy pochyliłem głowę w stronę pięciu kamieni pośrodku.
Te kamienie były centrum wszystkiego. Każdy wiedział, że trzeba zostać tutaj w Rodzinie, w naszych zbitych ciasno wokół Kręgu gromadkach, bo tu będą nas szukać ludzie z Ziemi, gdy znowu przylecą.
Kiedy się pokłoniłem i odwróciłem od tych kamieni, przyszła mi jednak do głowy pewna myśl.
– Skoro mogą przelecieć całe niebo i nie pogubić się w Gwiezdnym Wirze – powiedziałem do siebie – to na pewno mogą poszukać nas gdzie indziej, nie tylko w tym jednym miejscu.
I sam się tej myśli przestraszyłem, jak małe dziecko, które ma wrażenie, że zapuściło się za daleko w las i przez moment nie wie, jak wrócić.
Na zakończenie tego wstania wszyscy Czerwoniuchowie porządnie się najedli i kiedy położyłem się do szałasu spać razem z Gerrym i Jeffem, przez dłuższy czas nie mogłem zasnąć. Serce lamparta ciążyło mi mocno mocno na żołądku, a jego życie, echo jego życia, cały czas chodziło chodziło mi po głowie, jak czerń przekradająca się w tle małych światełek moich myśli i śpiewająca swoją podstępną melodię. Co parę minut stawał przede mną gotowy do ataku. Co parę minut rzucałem się na niego z dzidą.
Kiedy ten mały John sobie poszedł z tym zdechłym lampartem, Garbus i Gela od razu poszli spać, te wiecznie śpiące staruchy. Oni już bardziej nie żyli niż żyli. Za to ja czułem się jakoś nieswojo i nie mogłem dojść do siebie. To przez tego chłopaka od Czerwoniuchów. Udawał, że okazuje nam szacunek, bo jesteśmy Najstarsi, a Caroline i reszta pilnowały, żeby zachowywać się wobec nas grzecznie, ale on nas nie lubił, i postarał się to okazać, ten mały pełzak.
Można by myśleć, że młodzi będą się nami interesować. Że będą chcieli dowiedzieć się czegoś, co można usłyszeć tylko od Najstarszych, ale tych głupków w ogóle to nie obchodziło. Nie chcieli słyszeć niczego, co pochodziło z naszych starych, ślepych, pomarszczonych łbów, nawet jeśli to była historia ich własnej Rodziny.
Cholerny chłopak od Czerwoniuchów. Ale nie było go tu, żeby na niego burczeć, więc w zastępstwie nakrzyczałem na kobiety, kazałem im zabrać statek kosmiczny i Pojazdy.
– Zostawicie je tutaj i jeszcze ktoś na nie nadepnie i coś połamie. Tyle razy mówiłem.
– Dobrze, dobrze, Mitch, zaraz je schowamy – mówiły, jakby gadały do dziecka, a nie do najstarszej osoby w całej Rodzinie. – Gela i Garbus odpoczywają. Ty się nie zdrzemniesz?
– Nie mam ochoty.
– To co będziesz robić, skarbie? Co mamy z tobą począć?
– Wyciągnijcie mi Ziemskie Modele – powiedziałem. – Chcę sprawdzić, czy się o nie należycie troszczycie. Jak ostatnio sprawdzałem, to jakiś dureń pozwolił, żeby nalała się do nich woda.
– Teraz są suche. Mamy nowy, porządny pień, nie pamiętasz? Suchy i ładny. A Jeffo Londyn zrobił nową natłuszczoną pokrywę, żeby zamykać koniec.
– Jednonożny dureń. Pewnie sam połamał Modele, jak wpychał je z powrotem tymi niezdarnymi łapskami.
– Ojej-jej, Mitch! Coś nie w humorze dziś jesteśmy, co?
Przyniosły mi Dom i włożyły w dłonie, żebym mógł poczuć jego dziwny kanciasty kształt i gładką, lepiącą się powierzchnię, i drzwi, i te małe dziurki, które Tommy nazywał Okami. Przytknąłem go do nosa, żeby poczuć zapach tłuszczu i potu z czasów, zanim urodzili się wszyscy, co żyją teraz.
– Jeszcze cały – powiedziałem, podając im Dom, żeby go schowały. – Tylko nie upuśćcie tego, do cholery, jak ta głupia dziewczyna parę lat temu. Pamiętajcie, że to zrobił sam Tommy, zanim oślepł. Trochę szacunku. Angela pomagała mu ciąć korę, wygładzać ją i kleić. Ten Dom jest starszy ode mnie. Powstał przed moim urodzeniem.
– Jest starszy od ciebie, Mitch – zagruchały, jak do jakiegoś cholernego dziecka. – Jej, jaki jest stary stary.
– Dajcie mi teraz Samolot. No, ruszcie się.
Pomacałem długie, płaskie skrzydła Samolotu i dwa twarde Silniki pod spodem.
– Uważajcie na te Silniki – powiedziałem im, oddając Samolot. – Tyle razy już odłamywała je jakaś niezdara, co nie umie szanować starych rzeczy.
– Mitch, skarbie, nie denerwuj się. Będziemy uważać uważać. Proszę, masz teraz Auto. Trzymasz dobrze?
– Jasne, że tak, do cholery. Na nazwy Michaela, przestań tak do mnie gruchać.
Auto lubiłem najbardziej. Od dziecka, dlatego że miało kręcące się koła. Lubiłem je trzymać i suwać kołami po ręce, żeby poczuć, jak się kręcą. I robić przy tym brym brym brym.
– Mitch, może nam o tym opowiesz? O tym, co mówił Tommy, kiedy się bawił Autem, i jak robił?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
