Ciemny Eden. Cykl Ciemny Eden. Tom 1 - Chris Beckett - ebook

Ciemny Eden. Cykl Ciemny Eden. Tom 1 ebook

Chris Beckett

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Na odległej, obcej i pozbawionej słońca planecie zwanej Edenem, pięciuset trzydziestu dwóch członków Rodziny szuka schronienia w świetle i cieple drzew lampowych.

Wokół Lasu rozciąga się Śnieżne Ciemno - góry tak wysokie, mroźne i spowite tak gęstym mrokiem, że dotąd nie pokonał ich żaden człowiek.

Najstarsi w Rodzinie powtarzają legendy o świecie, w którym światło padało z nieba, a ludzie potrafili budować łodzie pływające między gwiazdami.

Takie łodzie przywiozły nas tutaj, powtarzają, Rodzina powinna więc czekac na powrót gwiezdnych podróżników.

Jednakże młody John Czerwoniuch złamie edeńskie prawa, rozbije Rodzinę i odmieni historię. Porzuci stare zwyczaje, zapuści się w Ciemno... i odkryje prawdę o swoim świecie.

Powieść zdobyła nagrodę im. Arthura C. Clarke'a za najlepszą powieść science-fiction roku 2013.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 487

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © 2012 by Chris Bec­kett Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2014 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Joanna Figlew­ska Korekta: Urszula Okrzeja Pro­jekt gra­ficzny serii oraz opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Piotr Chy­liń­ski Ilu­stra­cja na okładce: Dark Crayon

ISBN 978-83-68591-87-3 Numer: wyda­nie III/D0

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00-657 War­szawa www.mag.com.pl han­[email protected]

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Dedykacja

Mojej rodzi­nie – Mag­gie, Poppy, Dom i Nancy, z wyra­zami miło­ści.

1. John Czerwoniuch

Łup, łup, łup! Stary Roger walił kijem w pień naszej grupy, żeby nas obu­dzić i wygo­nić z sza­ła­sów.

– Wsta­wać, leniwe obrostki! Jak się nie pośpie­szy­cie, to nie zdą­żymy na ziąb i wszyst­kie kozły wrócą z powro­tem do Ciemna!

Hmmmf, hmmmf, hmmmf, robiły wszyst­kie drzewa dookoła. Pom­po­wały i pom­po­wały spod ziemi gorący sok. Hmmmmmm, robił cały las. A od wzgórz Peckham niósł się łomot sie­kier grupy Nie­to­pe­rzy. Oni roz­po­czy­nali wsta­nia parę godzin przed nami i już zabrali się za ści­na­nie jakie­goś drzewa.

– Coo? – maru­dził kuzyn Gerry, który spał ze mną w jed­nym sza­ła­sie. – Dopiero co się poło­ży­łem!

Jego młod­szy brat Jeff pod­parł się na łok­ciu. Nic nie powie­dział, ale gapił się wiel­kimi, cie­kaw­skimi oczami, gdy Gerry i ja zrzu­ca­li­śmy skóry do spa­nia, owi­ja­li­śmy się paso­skó­rami, łapa­li­śmy ple­co­skóry i dzidy.

– No ruszać dupy, leniu­chy! – dole­ciał nas zły, zaplu­wa­jący się głos Davida. – Wyła­zić, i to szybko, zanim was dorwę.

Gerry i ja wyczoł­ga­li­śmy się z sza­łasu. Niebo było szkla­no­czarne, nad nami Gwiezdny Wir, biały jak lampka bia­łu­cha tuż przed nosem, a powie­trze chłodne chłodne, jak to w zią­bie, kiedy mię­dzy nami i gwiaz­dami nie ma nic. Więk­szość doro­słych myśli­wych już się zebrała, mieli dzidy, strzały i łuki – David, Met, Stary Roger, Lucy Lu… Całą polanę zaście­łał gorzki dym, który roz­świe­tlały ognie i pło­nące lam­po­drzewa. Sta­ro­sta naszej grupy, Bella, i mama Gerry’ego, brzydka, ale miła ciotka Sue, pie­kły na śnia­da­nie nie­to­pe­rze. Nie szły z nami, ale wstały wcze­śniej, żeby wszystko nam przy­go­to­wać.

– No, jeste­ście, skarby – powie­działa Sue i dała nam obu po pół nie­to­pe­rza: jedno skrzy­dełko, jedna nóżka, jedna malutka pomarsz­czona rączka.

Błe! Nie­to­perz. Krzy­wi­li­śmy się z Ger­rym, prze­żu­wa­jąc gru­zło­wate mięso. Było gorz­kie gorz­kie, cho­ciaż Sue osło­dziła je pie­czo­nym drze­wo­sło­dem. Ale w wypra­wie łowiec­kiej wła­śnie o to cho­dziło. Jedli­śmy na śnia­da­nie nie­to­pe­rza, bo naszej gru­pie nie udało się zna­leźć nic lep­szego w lesie wokół Rodziny, więc teraz trzeba będzie spró­bo­wać szczę­ścia dalej, na wzgó­rzach Peckham, gdzie weł­niaki scho­dzą z Śnież­nego Ciemna pod­czas zią­bów.

– Nie będziemy iść do nich Zimną Ścieżką – powie­dział Roger. – Pój­dziemy naokoło, Mał­pią Ścieżką, i zej­dziemy się z nimi nad drze­wami.

Trach! David wal­nął mnie w tyłek tępym koń­cem swo­jej wiel­kiej dzidy i wybuch­nął śmie­chem.

– Wsta­jemy, wsta­jemy, Johnny!

Spoj­rza­łem w jego paskudny nie­to­pysk – chyba naj­gor­szy w całej Rodzi­nie. Wyglą­dał, jakby zamiast nosa miał jesz­cze jedne, postrzę­pione usta. Ale nie wie­dzia­łem, co odpo­wie­dzieć. On nie miał poczu­cia humoru. Walił z całej siły bez powodu i zaśmie­wał się, jak z naj­lep­szego kawału.

Ale wła­śnie w tej chwili na polanę wyszła banda obrost­ków z grupy Kol­cza­ków, z łukami, dzi­dami. Prze­szli po wydep­ta­nej ścieżce, która łączyła nasze grupy, a dalej pro­wa­dziła do Wiel­ko­stawu.

– Ej tam, Czer­wo­niu­chy! – wołali. – Gotowi?

Bella doga­dała się z ich sta­ro­stą, Liz, że tro­chę ich ludzi zabie­rze się z nami i podzie­limy się łupami. Miesz­kali naj­bli­żej nas i mieli teraz takie same wsta­nia i spa­nia jak my, więc łatwiej było z nimi coś robić (łatwiej niż na przy­kład z grupą Lon­dyn, która jadła kola­cję, jak my wsta­wa­li­śmy).

Zauwa­ży­łem, że jest z nimi Tina: Tina Kol­czak, co przy­ci­nała sobie włosy ostrygą, żeby ster­czały jak kolce.

– To jak, gotowi?! – zawo­łała Bella. – Wszy­scy mają dzidy? Cie­płe ple­co­skóry? Świet­nie. No to idź­cie. Idź­cie, przy­nie­ście parę kozłów i daj­cie nam tu spo­kój.

* * *

Poszli­śmy ścieżką pro­wa­dzącą przez wiel­kie pole migo­czą­cych gwiaz­do­kwia­tów i weszli­śmy na teren Nie­to­pe­rzy. Cała banda doro­słych i obrost­ków Nie­to­pe­rzy stała na swo­jej pola­nie i łomo­tała sie­kie­rami z czar­nosz­kła w olbrzy­miego czer­wo­niu­cha w różo­wym świe­tle jego kwia­tów. Prze­szli­śmy skra­jem polany do Płotu Rodziny, odcią­gnę­li­śmy gałę­zie z przej­ścia i wyszli­śmy na otwarty las. Żad­nych sza­ła­sów i ognisk. Nic, tylko świe­cące drzewa.

Hmmmf, hmmmf, hmmmf, robiły drzewa. Hmmmmmm, robił las.

Szli­śmy przez całe wsta­nie w świe­tle drze­wo­lamp, rzu­ca­jąc się na wszyst­kie ptaki, nie­to­pe­rze i owoce, jakie się nawi­nęły, aż w końcu zatrzy­ma­li­śmy się, żeby odpo­cząć pod wielką skałą zwaną Gulą Lawy. Stary Roger roz­dał każ­demu po gru­zło­wa­tym placku zro­bio­nym ze zmie­lo­nych nasion gwiaz­do­kwia­tów, żeby­śmy mieli coś w brzu­chu, a potem sie­dli­śmy sobie, ple­cami do skały, żeby nie musieć uwa­żać na pod­kra­da­jące się od tyłu lam­party. Wokół rosło pełno żół­ciu­chów, któ­rych w Rodzi­nie nie było za wiele, była też masa żół­tych zwie­rząt zwa­nych skocz­kami, które wyska­ki­wały z lasu na tyl­nych nogach i zała­my­wały cztery rączki, patrzyły na nas wiel­kimi, pła­skimi oczami i robiły pip-pip-pip. Skoczki nie nada­wały się do jedze­nia ani na skóry, więc tylko rzu­ca­li­śmy w nie kamie­niami, żeby sobie poszły i dały nam spo­koj­nie spać.

Kiedy się zbu­dzi­li­śmy, na nie­bie dalej świe­cił Gwiezdny Wir. Zje­dli­śmy po kawałku suchego placka i poszli­śmy dalej, pod czer­wo­niu­chami, bia­łu­chami i kol­cza­kami, dookoła prze­la­ty­wały miga­jące prze­lotki, ganiały za nimi nie­to­pe­rze, a drzewa robiły hmmmf, hmmmf, hmmmf, jak zawsze, i zle­wało się to w hmmmmmmm, które było tłem całego naszego życia.

Po paru kilo­me­trach doszli­śmy nad mały staw pełen świe­cą­cych falo­ro­stów i wszyst­kie obrostki pozdej­mo­wały skóry i zanur­ko­wały do cie­płej wody po jadalne kraby i ostrygi. Wszy­scy chłopcy patrzyli na nur­ku­jącą Tinę Kol­czak, wszy­scy myśleli, jaka jest zgrabna, jakie ma dłu­gie nogi i jaką gładką skórę – i jak bar­dzo chcie­liby się z nią śli­zgnąć. Ale ona, jak tylko się wynu­rzyła, pod­pły­nęła pro­sto do mnie i dała mi zdy­cha­jącą ostrygę, jesz­cze świe­cącą jasno­ró­żo­wym świa­teł­kiem.

– Wiesz, John, co się mówi o ostry­gach, nie? – powie­działa.

Na szyję Toma, ładna ładna była, naj­ład­niej­sza w całej rodzi­nie. I dobrze dobrze o tym wie­działa.

Po paru godzi­nach doszli­śmy tam, gdzie z lasów Okrą­głej Doliny zaczy­nają się wzno­sić wzgó­rza Peckham i zaczę­li­śmy na nie wcho­dzić Mał­pią Ścieżką, która tak naprawdę nie była żadną ścieżką, ale po pro­stu takim przej­ściem mię­dzy drze­wami, które znamy. Na wzgó­rzach dalej rosły drzewa – czer­wo­niu­chy, bia­łu­chy i gorące kol­czaki – a pod nimi migo­tały gwiaz­do­kwiaty, tak jak wszę­dzie w lesie. Z ciem­no­ści, z lodu, spły­wały stru­mie­nie, które pły­nęły potem do Wiel­ko­stawu. Jesz­cze były zimne zimne, ale już jasne i pełne życia. A po drze­wach ska­kały małe stwory zwane mał­pami. Małe, chude ciałka z sze­ścioma łap­kami, każda zakoń­czona małą rączką. Przy­stoj­niak Lis tra­fił jedną strzałą i był z sie­bie zado­wo­lony zado­wo­lony, cho­ciaż małpy to same kości i żyły, może kęs mięsa, ale ruszają się szybko i trudno w nie wce­lo­wać, bo na skó­rze mają te plamki, co migają, kiedy prze­ska­kują mię­dzy lam­po­kwia­tami.

Im wyżej szli­śmy, tym zim­niej się robiło. Gwiaz­do­kwiaty znik­nęły, drzewa robiły się coraz mniej­sze i mniej­sze, nie było już małp, od czasu do czasu mię­dzy drze­wami prze­biegł jakiś drob­niak. A potem skoń­czyły się drzewa i wyszli­śmy na gołą zie­mię ponad lasem. Gdy tylko wdra­pa­li­śmy się ponad korony naj­wyż­szych drzew, mogli­śmy zoba­czyć przed sobą całą Okrą­głą Dolinę – cały znany nam Eden, z tysią­cami tysią­cami lamp roz­cią­ga­ją­cych się od miej­sca gdzie sta­li­śmy, na wzgó­rzach Peckham, aż po Ciemny cień Nie­bie­skich Gór po dru­giej stro­nie, Góry Ska­li­ste po lewej, z żarzą­cym się czer­wono punk­tem Góry Snel­linsa pośrodku, aż po ciem­ność po pra­wej, czyli Alpy. A nad tym wszyst­kim cały czas paliła się wielka spi­rala Gwiezd­nego Wiru.

Oczy­wi­ście, bez drzew, któ­rych pnie by grzały, a kwiaty świe­ciły, było tu ciemno ciemno – ledwo można było coś doj­rzeć w bla­sku gwiazd i świe­tle pada­ją­cym od skraju lasu – i zimno zimno, zwłasz­cza w stopy. Ale my, obrostki, popi­sy­wa­li­śmy się, kto wej­dzie wyżej w śnieg. Lód nie­mal parzył, taki był zimny, więc więk­szość dzie­cia­ków wcho­dziła na dzie­sięć dwa­na­ście kro­ków i z wrza­skiem zbie­gała z powro­tem. Ja jed­nak zabra­łem Gerry’ego na sam szczyt grzbietu, a potem, nie zwra­ca­jąc uwagi na wrza­ski Sta­rego Rogera, żeby­śmy wra­cali, poszli­śmy jesz­cze dalej, na drugą stronę, tak że stra­ci­li­śmy z oczu resztę.

– Już im poka­za­li­śmy, co, John? – powie­dział Gerry, dygo­cząc. Mie­li­śmy na sobie tylko paso­skóry, koźle skóry na ramio­nach, a stopy pie­kły jak obdarte. – Wró­cimy do nich?

Kuzyn Gerry był ledwo o łon­czas młod­szy ode mnie – innymi słowy, jego tato śli­zgnął się z mamą mniej wię­cej kiedy ja się uro­dzi­łem – i był bar­dzo do mnie przy­wią­zany, miał mnie za kogoś wiel­kiego, zro­biłby wszystko, o co bym go popro­sił.

– Nie, pocze­kaj jesz­cze minutkę. Minutkę. Bądź cicho i słu­chaj.

– Czego?

– Ciszy, debilu.

Ani hmmmmmmm lasu, ani hmmmf, hmmmf, hmmmf pom­pu­ją­cych drzew, ani hum-hum-hum prze­la­tu­ją­cych w oddali gwiezd­ni­ków, ani trze­po­czą­cych i migo­czą­cych prze­lo­tek, ani szu­uuu nur­ku­ją­cych nie­to­pe­rzy. Żad­nych dźwię­ków, poza dobie­ga­ją­cym ze wszyst­kich stron chlu­po­tem wody wypły­wa­ją­cej spod śniegu tysią­cem małych stru­mycz­ków. I ciemno ciemno. Bez świa­tła drzew. Jedyne świa­tło to Gwiezdny Wir.

Ledwo widzie­li­śmy wła­sne twa­rze. Sko­ja­rzyło mi się to z tą tak zwaną Zie­mią, z któ­rej przy­le­cieli Tommy i Angela, dawno temu, na samym początku, razem z Trzema Towa­rzy­szami, i gdzie któ­re­goś wsta­nia wszy­scy wró­cimy, jeśli tylko będziemy się trzy­mać naszego miej­sca i będziemy dobrzy dobrzy dobrzy. Na Ziemi nie było żad­nych lam­po­drzew, ani świe­cą­cych prze­lo­tek, ani kwia­tów, ale za to wiel­kie, wiel­kie świa­tło, któ­rego my tu w ogóle nie mamy. Świa­tło wiel­kiej gwiazdy. Tak jasne, że wypa­lało oczy, kiedy się w nie dłu­żej gapiło.

– Jak się sły­szy, co mówią o Ziemi – powie­dzia­łem Gerry’emu – to zawsze wspo­mi­nają tę olbrzy­mią, jasną gwiazdę, nie? I jakie piękne świa­tło musiała dawać. Ale Zie­mia krę­ciła się w kółko, prawda? Więc przez połowę czasu była odwró­cona od tej gwiazdy, nie? Musiało tam być ciemno ciemno, bez lam­po­drzew, bez niczego. Tylko świa­tła, które ludzie sami sobie zro­bili.

– John, o czym ty gadasz? – Gerry zaszczę­kał zębami. – Jak chcesz tylko poga­dać, to czemu nie wró­cimy?

– Myśla­łem o tej ich ciem­no­ści. Nazy­wali to „noc”, tak? Przy­szło mi do głowy, że to, co my tu mamy w Śnież­nym Ciem­nie, oni nazwa­liby Nocą.

– Hej-hej, John! – wołał Stary Roger z dru­giej strony grzbietu. – Hej, Gerry! – Bał się, że zamar­z­niemy na śmierć, zgu­bimy się, czy coś.

– Lepiej wra­cajmy – powie­dział Gerry.

– Niech się jesz­cze minutę pomar­twi.

– Ale mi jest zimno zimno.

– Minutkę tylko.

– Dobra – zgo­dził się Gerry – minutkę i koniec.

Głu­pol naprawdę odli­czył to na swoim pul­sie, a potem rzu­cił się z powro­tem. Weszli­śmy na szczyt. Gerry pobiegł pro­sto do reszty ludzi, ja jed­nak posta­łem tam jesz­cze przez chwilę, tro­chę, żeby poka­zać, że mam swój rozum i nie muszę lecieć w obję­cia Sta­rego Rogera ani nikogo innego, a tro­chę, żeby przyj­rzeć się, jak wszystko stąd wygląda: świe­cący las, oto­czony zewsząd ciem­no­ścią, a nad nim jasne jasne gwiazdy. To w dole, to nasz dom, pomy­śla­łem, nasz cały świat. Dziw­nie było patrzeć na niego z zewnątrz. Choć ten jasny las, cią­gnący się w dole, z jed­nej strony wyda­wał się wielki wielki, to z dru­giej był mały mały, świe­tli­sty kącik przy­kryty od góry gwiaz­dami i ogra­ni­czony ze wszyst­kich stron ciem­nymi górami.

Kiedy zeszli­śmy, Gerry zro­bił wiel­kie halo ze swo­ich zmar­z­nię­tych stóp, pro­sił ludzi, żeby je poma­cali, roz­tarli, bła­gał, żeby ponie­śli go na ple­cach, póki się nie roz­grzeje, no i w ogóle ska­kał wokół nich i latał jak głu­pek. To wła­śnie był jego spo­sób na ludzi. Mówił: „Jestem tylko głup­kiem, nikomu nic nie zro­bię”. Ja tak nie mia­łem. Ja mówi­łem: „Nie jestem głup­kiem, o nie, i nie myśl, że ci nie oddam”. Uda­wa­łem, że w ogóle nie czuję zimna w sto­pach. Zresztą, tak mi zdrę­twiały, że naprawdę nic nie czu­łem. Zauwa­ży­łem, że Tina przy­pa­truje mi się z uśmie­chem. Uśmiech­ną­łem się też.

Poszli­śmy dalej, tuż poni­żej linii śniegu, tuż powy­żej lasu, gdzie było jesz­cze tro­chę świa­tła od drzew. Stary Roger stę­kał i kwę­kał, jak to obrostki nie mają nic a nic sza­cunku, nie to co kie­dyś.

– Stary głu­pek się bał, że będzie musiał wró­cić do rodziny i powie­dzieć waszym mamom, że was zgu­bił – powie­działa Tina. – Myślał, jakie będzie miał kło­poty. Nie byłoby już śli­zganka dla Sta­rego Rogera.

– Tak jakby teraz było – powie­dział ciem­no­oki Lis. Mama powie­działa mi kie­dyś, wzru­sza­jąc ramio­nami, że naj­pew­niej jest moim ojcem. (Ale z kolei innym razem mówiła, że to Stary Roger – widocz­nie kie­dyś nie był takim głup­kiem jak teraz – albo jakiś ładny obro­stek z Lon­dynu. Żało­wa­łem, że nie wiem, ale wła­ści­wie więk­szość ludzi nie miała poję­cia, kto jest ich ojcem).

Dotar­li­śmy do Zim­nej Ścieżki, która bie­gła w dół obok stru­mie­nia wody z roz­ta­pia­ją­cego się wiel­kiego lodowca. Wydep­tały ją weł­niaki, a my pod­kra­dli­śmy się do niej teraz, na wypa­dek gdyby parę się tra­fiło. Nie było jed­nak żad­nego, za to masa świe­żych koź­lich śla­dów scho­dzą­cych ze śniegu na błot­ni­stą zie­mię obok stru­mie­nia, a potem do lasu w dole. Zeszły na ziąb z miej­sca, gdzie nor­mal­nie żyły, prze­ry­wa­jąc to, co nor­mal­nie tam robiły.

– Kie­dyś widzia­łem duże duże stado, dokład­nie w tym miej­scu – mówił Roger. – Zeszły ścieżką z lodowca. Dzie­sięć pięt­na­ście łon temu. Dzie­sięć dwa­na­ście ich było, szły jeden za dru­gim ze Śnież­nego Ciemna i potem…

W tym momen­cie prze­sta­łem słu­chać. Pod­nio­słem wzrok na Śnieżne Ciemno, kiedy gadał, i zaczą­łem się zasta­na­wiać. Nic nie było o nim wia­domo, tylko że wysoko wysoko, ciemno ciemno i zimno zimno zimno, i że tam jest źró­dło wszyst­kich stru­mieni i wiel­kich lodow­ców i że ota­cza cały nasz świat.

Nagle wysoko na nie­bie zoba­czy­łem świa­tełko: małą, daleką, bladą plamkę uno­szącą się w ciem­no­ści.

– E, patrz­cie! Tam!

Nor­mal­nie, jak coś widzisz, i nie wiesz co to, to po sekun­dzie dwóch już wiesz, albo się cho­ciaż domy­ślasz. Ale tutaj w ogóle nie byłem w sta­nie, po pro­stu nie mia­łem poję­cia, co to może być. No bo na nie­bie jest jedno źró­dło świa­tła – Gwiezdny Wir. Inne są na ziemi – żywe stwo­rze­nia, drzewa, rośliny, zwie­rzęta i ognie, które sami palimy. Ale pomię­dzy nie­bem a zie­mią widzia­łem w życiu tylko żar wul­ka­nów jak Góra Snel­linsa. Czer­wony czer­wony jak ogień, nie blady i biały.

Głu­pio to brzmi, ale przez chwilę myśla­łem tylko o tym, że to Lon Downik, taka lata­jąca łódka ze świa­tłami, jak ta, którą Angela, Tommy i Trzej Towa­rzy­sze przy­le­cieli na Eden ze statku Bun­tow­nik.

No cóż, cią­gle nam powta­rzali, że to się kie­dyś sta­nie. Trzej Towa­rzy­sze wró­cili na Zie­mię po pomoc. Wia­domo było, że coś musiało się stać, bo ludzie z Ziemi powinni przy­le­cieć już dawno, ale mieli ze sobą takie coś, co się nazy­wało Radyjo, mogli tym wołać przez całe niebo, i takie coś zwane Kom­pu­te­rem, co umiało różne rze­czy zapa­mię­ty­wać. Przyj­dzie takie wsta­nie, kiedy znajdą Bun­tow­nika albo usły­szą Radyjo, zbu­dują nowy sta­tek i przy­lecą po nas, przez Gwiezdny Wir, przez Dziurę w Nie­bie, i zabiorą nas z powro­tem w jasne świa­tło tej wiel­kiej wiel­kiej gwiazdy.

I przez jedną pełną stra­chu i nadziei chwilę myśla­łem, że to się wresz­cie dzieje.

Nagle ode­zwał się Roger.

– No ta – powie­dział. – To one. To weł­niaki, jak nic.

– Weł­niaki?

Jasne, że tak! Teraz było to dla mnie oczy­wi­ste. To blade świa­tełko w ogóle nie było na nie­bie, ale wysoko w górach, w Śnież­nym Ciem­nie i to były po pro­stu weł­niaki. Na nazwy Micha­ela, całe szczę­ście, że nie powie­dzia­łem tego na głos. Mie­li­śmy szu­kać wła­śnie weł­nia­ków, niczego innego, a ja je, kurna, wzią­łem za ludzi z Ziemi!

Głu­pio mi się zro­biło, ale też smutno smutno, bo przez parę chwil naprawdę myśla­łem, że przy­szedł czas i wresz­cie wró­cimy w to miej­sce pełne ludzi i świa­tła, tam, gdzie znają odpo­wie­dzi na wszyst­kie trudne trudne pyta­nia i widzą rze­czy, któ­rych my nie dostrze­gamy jak ci ślepcy…

Ale nie, wcale nie. Nic się nie zmie­niło. Dalej mamy tylko Eden i sie­bie nawza­jem, pię­ciu­set ludzi na cały świat, zbi­tych w kupkę, z czar­nosz­kla­nymi dzi­dami, łód­kami z pni i sza­ła­sami z kory.

Roz­cza­ro­wu­jące to było. I smutne smutne. Ale to nie­sa­mo­wite, że te góry tam są aż tak wyso­kie. Rozu­mie­cie, nawet z dołu, z Rodziny, było widać ich cie­nie na tle gwiazd, wia­domo było, że są wiel­kie wiel­kie, ale samych gór nie było widać, tylko dolną część, gdzie jesz­cze rosły drzewa i było świa­tło – tak że wła­ści­wie nie wia­domo było, gdzie się koń­czą góry, a zaczy­nają chmury nad nimi. Dotąd cho­dzi­łem tylko na te niż­sze wzgó­rza i wyobra­ża­łem sobie, że Śnieżne Ciemno za nimi jest może ze dwa trzy razy wyż­sze od szczytu, na który wleź­li­śmy z Ger­rym. Teraz widzia­łem, że jest wyż­sze dzie­sięć dwa­na­ście razy.

I wła­śnie tam, na samej górze, tak wysoko, w miej­scu tak odle­głym od nas, że wyda­wało się jak sen, jeden za dru­gim szły sobie weł­niaki, a łagodne białe lampki na ich gło­wach roz­świe­tlały śnieg. Przez moment, gdy prze­cho­dziły, jarzył się biało, potem sza­rzał i czer­niał z powro­tem. I choć weł­niaki były wiel­kie i ważyły dwa trzy razy tyle co czło­wiek, tam wysoko, w maleń­kim kręgu świa­tła, wyda­wały się maleń­kie jak mrówki. Rów­nie dobrze mogły być tymi malut­kimi musz­kami, co miesz­kają u nie­to­pe­rzy za uszami.

A mnie gdzieś z tyłu głowy poja­wiła się myśl, że naprawdę jeste­śmy w sta­nie dotrzeć do innych świa­tów, że nie­ko­niecz­nie muszą być scho­wane w Gwiezd­nym Wirze, albo za Dziurą w Nie­bie – mogą być tu, na Ede­nie, na ziemi. W końcu weł­niaki tam cho­dziły i stam­tąd wra­cały.

– Wtedy, jak mówi­łem, było ich dwa­na­ście trzy­na­ście – powie­dział Stary Roger. – Zeszły tędy i zdą­ży­li­śmy cztery zro­bić, zanim reszta ucie­kła z powro­tem na górę. Nie dało się ich tam gonić. Koja­rzy­cie sta­rego Jeffo Lon­dyna, tego z jedną nogą, co robi te łodzie? No, wtedy jesz­cze miał dwie nogi, tro­chę za bar­dzo się nakrę­cił i pole­ciał za resztą, sied­mioma ośmioma kozami. I zgu­bił się na Ciem­nie. Cze­ka­li­śmy ile tylko mogli­śmy, ale też zaczę­li­śmy mar­z­nąć. Zeszli­śmy tro­chę w dół i jesz­cze pocze­ka­li­śmy. Już nikt nie myślał, że wróci, już mie­li­śmy wra­cać do Rodziny z kozami, ale on, cho­lera, wró­cił. Kuś­ty­kał w dół, z tymi takimi bia­łymi opa­rze­niami na nodze i na pal­cach. Zaraz sczer­niały – czarne opa­rze­nia, cho­ciaż cze­muś mówi się o nich „zgo­rzej”. Dla­tego ma tylko jedną nogę. Drugą trzeba mu było uciąć, odpi­ło­wać czar­nosz­kla­nym nożem. Na fiuta Harry’ego! Trzeba było sły­szeć, jak się drze. Ale reszta, no, reszta się cie­szyła, że wraca z taką ilo­ścią mięsa. I jak nas lubili, jak przy­szli­śmy, mówię wam. Śli­zganko jedno za dru­gim. Ja wam mówię. Wiem, że…

– No star­czy, Roger – prze­rwał David. Nie lubił jak ludzie się śmieją i żar­tują o śli­zga­niach. – Dobra, Roger, to bar­dzo cie­kawe, ale tamto stado chyba nie idzie w dół, co?

Stary Roger zadarł głowę na Śnieżne Ciemno i udał, że patrzy. Był już w takim wieku, kiedy zaczyna się ślep­nąć – osiem­dzie­siąt łon­cza­sów czy coś. Nie przy­zna­wał się, że pra­wie nic nie widzi, żeby­śmy nie zde­cy­do­wali, że ma już nie być naszym głów­nym myśli­wym – no i nie powi­nien nim być – więc nie powie­dział, że widać tam tylko mgłę.

– No, nie, chyba… ten… z weł­nia­kami to zawsze ciężko powie­dzieć.

Głu­pota, pomy­śla­łem, że ten sta­ruch ma nami dowo­dzić. Naszej gru­pie, całej Rodzi­nie zresztą, zaczy­nało bra­ko­wać jedze­nia. Jesz­cze nic strasz­nego, ale przez nie­które wsta­nia wszy­scy cho­dzili tro­chę głodni. No i kogo wysy­łamy, żeby dowo­dził polo­wa­niem na weł­niaki? Śle­pego, sta­rego dur­nia!

– Idą w prze­ciwną stronę – stwier­dził zimno David. – Lepiej zejdźmy i spró­bujmy dopaść te, co zeszły wcze­śniej.

– A skąd ty wiesz, że tam na górze to nie te same, co zeszły wcze­śniej? – zapy­tał Met. Wysoki, potężny chło­pak, ale nie za bystry i nie za czę­sto się odzy­wał. – Może już były na dole, a teraz wra­cają.

– Popatrz na ślady, Met – David dźgnął go w ramię. – Popatrz, kurna, na ślady. W dół idą, nie? Ani jeden nie idzie w górę. Popatrz, Ein­ste­inie, w którą stronę mają palce. Wycho­dzi, że tro­chę ich jesz­cze na dole jest, nie? I ja mówię, że zostaną na dole, póki na nie­bie jest Gwiezdny Wir.

– To może tu pocze­kamy, aż będą wra­cać? – zapy­tał Met.

Głupi pomysł. Ze skór mie­li­śmy tylko paso­skóry, takie prze­pa­ski i po koź­lej skó­rze na ramio­nach. Mar­z­li­śmy w bose stopy.

– Spryt­nie, jej, jak spryt­nie – powie­dział David i popa­trzył na Meta z tym swoim uśmie­chem, co nie był naprawdę uśmie­chem, przez dziurę w twa­rzy świ­stał mu oddech, przez te dru­gie usta, w miej­scu gdzie powi­nien mieć nos, cią­gle wyglą­da­jące na czer­wone i bolące. – Ty sobie, Met, zosta­waj ile chcesz, ja tam na zgo­rzej nie mam ochoty.

Zawsze był takim sar­ka­stycz­nym cha­mem. Ale to, i wale­nie ludzi koń­cem dzidy, to i tak było naj­bar­dziej przy­ja­ciel­skie z jego zacho­wań.

– Ktoś jesz­cze chce się odmro­zić razem z Metem, to pro­szę bar­dzo – dodał. – A reszta scho­dzi stąd tam, gdzie naprawdę są weł­niaki, jasne?

Było zimno zimno, nawet kiedy się przy­tknęło plecy do drzewa. Bo tutaj rosły tylko małe drzewa, które nie dawały tyle cie­pła, co wiel­kie czer­wo­niu­chy albo bia­łu­chy na dole w Doli­nie. Ale z dru­giej strony, pomy­śla­łem sobie, Met wcale tak głu­pio nie myślał. Gdy­by­śmy tylko zna­leźli jakiś spo­sób, żeby móc tu tro­chę dłu­żej zostać, mogli­by­śmy zro­bić dużo dużo wię­cej weł­nia­ków, bo one wszyst­kie musiały tędy przejść, kiedy scho­dziły z Ciemna na ziąb, albo wra­cały do niego. To czemu nie pomy­śle­li­śmy, żeby jakoś się tu ogrzać? Czemu nie wzię­li­śmy wię­cej skór, nie poro­bi­li­śmy sobie skór, któ­rymi można by się jakoś obwią­zać? Czemu nie wymy­śli­li­śmy jakichś skór, które da się nało­żyć na stopy? Czemu po pro­stu posta­no­wi­li­śmy, że pod Ciem­nem jest zwy­czaj­nie za zimno i za trudno, żeby cho­ciaż spró­bo­wać sobie jakoś z tym pora­dzić?

No, ale tak było, i już. Zeszli­śmy w dół wzdłuż stru­mie­nia i zaraz wokół poja­wiły się wyso­kie drzewa, wszę­dzie lampki, białe, czer­wone, nie­bie­skie, a ta wąska prze­rwa mię­dzy drze­wami roz­ro­sła się do Doliny Zim­nej Ścieżki. Mała była – w godzinę dałoby się ją obejść dookoła i dojść do wąskiej prze­rwy w drze­wach, która pro­wa­dziła do Okrą­głej Doliny, gdzie miesz­ka­li­śmy.

– Cie­kawe, gdzie te weł­niaki cho­dzą – powie­dzia­łem. – Może do jakie­goś innego lasu za górami?

– Innego lasu? – prych­nął Lis. – John, nie uda­waj dur­nia. Na pewno nie ma niczego tak dużego jak Okrą­gła Dolina.

– Nie­prawda! Kiedy Tommy, Angela i Trzej Towa­rzy­sze pierw­szy raz zoba­czyli Eden, wszę­dzie były świa­tełka…

– Za górami miesz­kają Ludzie Cie­nie – prze­rwała mi Lucy Lu swoim powol­nym, dono­śnym, roz­ma­rzo­nym gło­sem.

Miała okrą­głą, bladą twarz i wod­ni­ste oczy. Czę­sto cho­dziła po innych gru­pach w rodzi­nie i pro­po­no­wała, że poroz­ma­wia z cie­niami ich zmar­łych, w zamian za kawałki czar­nosz­kła, stare skóry i resztki jedze­nia.

– Bzdury – powie­działa Tina. – Nie ma żad­nych Ludzi Cieni.

Ja też tak myśla­łem. Szkoda czasu na rze­czy, które ludzie widują kątem oka albo w snach. Na fiuta Harry’ego, aż nadto jest praw­dzi­wych rze­czy, które widać jak na dłoni! Które można wziąć w ręce i poma­cać.

– Nie mówi­ła­byś tak, jak­byś ich widziała, jak ja – dodała Lucy Lu tym swoim roz­ma­rzo­nym gło­sem, jakby w poło­wie była w naszym świe­cie, a w poło­wie w świe­cie jakichś cieni, które widzi tylko ona.

– Nie­któ­rzy mówią, że niebo to wielki pła­ski kamień – wtrą­cił nagle Gerry – a Gwiezdny Wir to skalne lampki, które pod nim rosną, tak jak w jaski­niach. Ten wielki pła­ski kamień leży brze­gami na Śnież­nym Ciem­nie. Ciemno jest tam po to, żeby miał się na czym trzy­mać.

– To dopiero jest bzdura – powie­działa Tina, śmie­jąc się gar­dłowo. – Chło­pak, to dopiero jest bzdura. I, Gerry, poza tobą nikt tego nie mówi. Wymy­śli­łeś to przed chwilą. Bo chcesz być inny, jak twój boha­ter John.

– Nie wymy­śli­łem! – zawo­łał ze śmie­chem Gerry.

Był zado­wo­lony, że prze­rwał moją sprzeczkę z Lucy Lu i Lisem.

– Pew­nie, że tak. W życiu nie sły­sza­łam cze­goś tak z dupy wyję­tego.

– No, przed Naj­star­szymi lepiej o tym nie mów – dodał Stary Roger. – To by im się nie spodo­bało. Zresztą, jakby Tommy i Gela przy­le­cieli z Trzema Towa­rzy­szami z Gwiezd­nego Wiru, jakby był tylko skal­nymi lamp­kami na jakimś kamie­niu?

– To co, Gerry nie może mieć wła­snych pomy­słów? – zapy­ta­łem. – Naj­starsi mogą sobie wymy­ślać bajki, jakie zechcą, a my musimy wie­rzyć, że to prawda?

– Ty uwa­żaj, John – powie­dział David. – Ty, kurna, uwa­żaj, co mówisz.

– Obrostki! – prych­nął Stary Roger. – Kiedy ja byłem młody, Naj­star­szych się sza­no­wało. Nikt ni­gdy nie mówił, że Prawda jest wymy­ślona.

Ja też nie sądzi­łem, że Prawda jest wymy­ślona. Nie wąt­pi­łem, że Tommy, Angela i Trzej Towa­rzy­sze przy­le­cieli z nieba. Mie­li­śmy w końcu Pamiątki, mie­li­śmy Ziem­skie Modele, mie­li­śmy stare napisy i rysunki wydra­pane na drze­wach. Po pro­stu nie podo­bało mi się, że nie­któ­rzy mają tę starą histo­rię na wła­sność, tylko dla sie­bie, i mogą wycią­gać z niej, co im się podoba.

* * *

Zaraz potem Stary Roger podzie­lił nas na pary i kazał roz­pro­szyć się po Doli­nie Zim­nej Ścieżki na poszu­ki­wa­nie weł­nia­ków. Ja dosta­łem do pary Gerry’ego. Wysłał nas do wąskiego wąwozu zwa­nego Gar­dłem, który pro­wa­dził pro­sto do samej Okrą­głej Doliny.

– Do samego Gar­dła, rozu­mie­cie – powie­dział – ale dalej nie. Tym spo­so­bem zoba­czy­cie wszyst­kie kozły, które uciekną przed nami.

Poszli­śmy do Gar­dła, przy­cza­ili­śmy się z dzi­dami i cze­ka­li­śmy na kozły. Na górze nad nami było takie miej­sce, na takim skal­nym czubku po pra­wej stro­nie Gar­dła, patrząc w stronę Rodziny. Kie­dyś tam wla­złem. Poka­za­łem to teraz Gerry’emu.

– Tam jest pięć sześć dobrych, suchych jaskiń – powie­dzia­łem mu – a przed każdą tro­chę pła­skiej prze­strzeni. Można by sie­dzieć i patrzeć na las. A tro­chę w dole jest staw, trzy pięć metrów i cie­pły cie­pły od korzeni kol­cza­ków.

– Dobre miej­sce do miesz­ka­nia dla Rodziny – powie­dzia­łem mu. – Dużo lep­sze niż to co teraz. Jest wszystko co trzeba: staw, jaski­nie. Bli­sko do ście­żek weł­nia­ków. Pew­nie i czar­nosz­kło by się zna­la­zło, jakby dobrze poszu­kać.

Gerry par­sk­nął śmie­chem.

– Ty to cza­sem dziw­nie dziw­nie gadasz. Jak to, dobre miej­sce dla Rodziny? Rodzina to jest miej­sce!

– Miej­sce, ale i ludzie. Ludzie mogą się prze­no­sić, prawda? Przy­naj­mniej nie­któ­rzy. Ludzie i miej­sce to nie musi być to samo. Rodzina może się ruszyć, a to byłoby tylko nowe miej­sce.

– Ale musimy zostać przy Kręgu! – zapro­te­sto­wał Gerry. – Ina­czej Zie­mia nas nie znaj­dzie, jak po nas wrócą! Daj spo­kój, John, ty cza­sem…

Urwał i roze­śmiał się, jakby dotarło do niego, że żar­to­wa­łem, choć na chwilę udało mi się go nabrać.

A ja sam nie byłem pewien, żart to czy nie.

– Wejdźmy głę­biej w las – powie­dzia­łem.

Gerry wzru­szył ramio­nami. Zrobi, co zechcę. Gerry zali­czał się do tych, któ­rym inni muszą mówić, co mają robić i jakimi być.

– Ale mie­li­śmy zostać w Doli­nie Zim­nej Ścieżki – stwier­dził.

– No tak, ale tylko tro­chę pój­dziemy.

* * *

I jak tylko weszli­śmy przez Gar­dło do lasu nad Okrą­głą Doliną, natknę­li­śmy się na lam­parta.

Sta­li­śmy na jed­nej z tych polan, jakie robią się mię­dzy bia­łu­chami, kiedy stara grupa drzew usy­cha, a nowa jesz­cze się z Pod­zie­mia nie prze­biła. Wszę­dzie wokół mie­li­śmy bia­łu­chy i kol­czaki, kwiaty świe­ciły im na biało i nie­bie­sko, pasły się na nich prze­lotki, a pod nogami rosły gwiaz­do­kwiaty. Lecz tutaj, w tej otwar­tej prze­strzeni rosły tylko malut­kie gwiaz­do­kwiatki, przy samej ziemi, a nad gło­wami mie­li­śmy dosko­nale widoczny Gwiezdny Wir, nie­za­sło­nięty żad­nymi gałę­ziami i lam­pami.

Wła­śnie kuca­łem, żeby napić się ze stru­mie­nia, kiedy go zoba­czy­łem.

– Gerry, patrz! Tam! – szep­ną­łem, zerwaw­szy się na równe nogi.

– Co tam?

Kępka gwiaz­do­kwia­tów pomię­dzy drze­wami na moment roz­bły­sła i przy­ga­sła z powro­tem. Potem to samo stało się pomię­dzy kolej­nymi drze­wami, na lewo od tam­tych. I to samo jesz­cze tro­chę dalej.

– Na cycki Geli! – jęk­nął Gerry. – Szybko! Wła­zimy na drzewo!

Nie ruszy­łem się. Kolejne kwiaty roz­bły­sły i znik­nęły. A Gwiezdny Wir cały czas się palił, prze­lotki prze­la­ty­wały, miga­jąc, a drzewa robiły hmmmf, hmmmf, hmmmf, a las robił hmmmmmm, jak zawsze.

Kwiaty znowu roz­bły­sły i przy­ga­sły. Tym razem zauwa­ży­łem cień samego lam­parta, pra­wie nie­wi­doczny wśród tych kwia­tów na skó­rze, prze­su­wa­ją­cych się do tyłu, kiedy idzie naprzód, tak żeby wyda­wało się, że stoi w miej­scu. Krą­żył dookoła nas, jak to lam­party, wkoło i wkoło – czy­sta, bez­gło­śna ciem­ność, prze­su­wa­jąca się w tle wędru­ją­cych po skó­rze świe­cą­cych kwia­tów.

– Zdą­żymy do tego bia­łu­cha – szep­nął Gerry. – Tak szybko nie biega.

Obaj obser­wo­wa­li­śmy prze­su­wa­jący się pomię­dzy drze­wami ciemny kształt, cały czas obra­ca­jąc się tak, żeby stać twa­rzą do niego. (Dziw­nie to musiało wyglą­dać, kiedy tak sta­li­śmy i jed­no­cze­śnie się obra­ca­li­śmy). Zer­k­ną­łem szybko na drzewo, o któ­rym mówił Gerry, i widzia­łem, że ma rację. Zdą­żymy tam bez pro­blemu, o ile po dro­dze o coś się nie potkniemy. Oczy­wi­ście lam­part, gdy tylko zoba­czy, że się ruszamy, prze­sta­nie krą­żyć. Prze­sta­nie krą­żyć i się rzuci, ale jeśli dobrze wyczu­jemy moment, będziemy już pod drze­wem, już będziemy się wcią­gać na gałę­zie. Wtedy zosta­nie tylko wołać i cze­kać – nie­długo przy­bie­gnie Stary Roger, David, Lis i reszta, z wrza­skiem, z dzi­dami, z łukami i strza­łami, a lam­part roz­pły­nie się z powro­tem w lesie. Doro­śli pokrzy­czą na nas, że nie zosta­li­śmy w Doli­nie Zim­nej Ścieżki, ale za to będziemy mieli super histo­rię do opo­wia­da­nia, więc tak bar­dzo się tym nie przejmą – zwłasz­cza jeśli tro­chę się ją doprawi: jak to szczęki lam­parta kła­pały nam tuż pod sto­pami, kiedy wska­ki­wa­li­śmy na gałę­zie, jak patrzyły na nas jego zimne oczy… wszystko to, co ludzie zawsze dodają, żeby opo­wie­ści wydały się bar­dziej inte­re­su­jące od prawdy.

Ale z dru­giej strony, taka histo­ria może i jest cie­kawa i zaj­mu­jąca, ale nie wpływa na nas spe­cjal­nie, prawda? Ludzie będą jej słu­chać przez jedno wsta­nie, może dwa, ale nie zmie­nią zda­nia o Ger­rym i o mnie. Bo zro­bi­li­śmy tylko to samo, co każdy by zro­bił – zoba­czy­li­śmy lam­parta, rozej­rze­li­śmy się za drze­wem, ucie­kli­śmy.

– Chcesz, to bie­gnij – szep­ną­łem; obaj cały czas obra­ca­li­śmy się w miej­scu, żeby stać twa­rzą do tego krą­żą­cego wokół nas stwo­rze­nia – bie­gnij.

– Co? A ty…

Ale był zbyt prze­stra­szony, żeby się spie­rać. Pobiegł, ile sił w nogach, przez otwartą prze­strzeń, do drzewa.

A ja? Ja zoba­czy­łem, jak lam­part się zatrzy­muje. Jak się obraca. Jak oczy mu migo­czą, kiedy szy­kuje się do skoku za nim.

– Eeee! – wrza­sną­łem. – Tutaj!

Odwró­cił głowę, żeby popa­trzeć na mnie. Gerry wgra­mo­lił się na dolne gałę­zie drzewa i zaczął się wspi­nać na sam szczyt. Lam­part powoli pod­szedł w moim kie­runku, sta­nął i zaczął mnie obser­wo­wać. Teraz, gdy stał bez ruchu, plamki na bokach prze­stały się poru­szać i tylko migo­tały, zupeł­nie tak samo jak praw­dziwe gwiaz­do­kwiaty. Skóra pod spodem była czarna czarna. Nie czarna jak czarne włosy, nie czarna jak pióra gwiezd­nika, nie czarna jak zwę­glone drzewno. Nic z tych rze­czy nie jest naprawdę naprawdę czarne. A skóra lam­parta nie ma wło­sów, futra, piór czy łusek. W ogóle nie odbija świa­tła. Nie ma kon­tu­rów. Nie ma żad­nych odcieni. Jest czarna czarna jak niebo za Gwiezd­nym Wirem. Czarna czarna jak dziura, co idzie aż na samo dno wszyst­kiego, jak Dziura w Nie­bie.

Chciało mi się pła­kać. Chciało mi się krzy­czeć, że zro­bi­łem błąd i na razie koń­czymy grę. Żało­wa­łem, że po pro­stu nie pobie­głem jak Gerry, jak zro­biłby każdy inny chło­pak, albo każdy doro­sły, chyba że była ich cała banda myśli­wych z moc­nymi dzi­dami, z praw­dzi­wymi gro­tami z czar­nosz­kła. Ja mia­łem tylko dzie­cinną dzidę na kozły, z drzew­cem z odro­stu czer­wo­niu­cha i byle jakim gro­tem z kolca kol­czaka, nasa­dzo­nym na koniec i przy­kle­jo­nym kle­jem z goto­wa­nego drzew­nego soku.

Ale nie było sensu krzy­czeć czy pła­kać. Nawet bać się nie było sensu. Prze­cież nie powiem lam­par­towi, że się pod­daję i już się nie bawię, prawda? Jak dzie­ciak, co bawi się w cho­wa­nego? Prze­cież lam­part nie powie: „No dobra, prze­gra­łeś, koniec”. Pod­ją­łem decy­zję i prze­pa­dło.

Sta­ną­łem więc w dobrej pozy­cji, ści­sną­łem dzidę i obser­wo­wa­łem lam­parta, cze­ka­jąc na jego atak. Uczu­cia gdzieś znik­nęły. Nie były teraz potrzebne. Posta­ra­łem się przez chwilę nic nie czuć. W tym byłem cał­kiem dobry.

– Ratunku! – zaczął się drzeć Gerry z wierz­chołka drzewa. – Na Gelę, pomóż­cie! Lam­part! Lam­part! Wielki lam­part zaraz zeżre Johna!

– Gerry, cicho bądź, debilu – zasy­cza­łem. – Nie mogę się przez cie­bie sku­pić i naprawdę mnie, kurna, zje.

Lam­part mnie obser­wo­wał. Oczy lam­parta są okrą­głe, pła­skie i wiel­kie jak ludzka dłoń, no i nie poru­szają się w gło­wie, jak nasze oczy. Nie cho­dzą z boku na bok. Ale z bli­ska, tak jak ja sta­łem, było widać, że w środku różne rze­czy się jed­nak poru­szają, drobne, błysz­czące, wędru­jące iskierki. Cał­kiem jakby zaglą­dać mu w myśli w jego wiel­kiej czar­nej gło­wie. Jakby je było naprawdę widać. Można je zoba­czyć, ale nie da się zro­zu­mieć. Widać tylko, że tam są.

Lam­part zaczął śpie­wać.

Patrząc mi pro­sto w oczy wiel­kimi, pustymi, lśnią­cymi krąż­kami, otwo­rzył pysk i zaśpie­wał tę roz­koszną, powolną, smutną pieśń lam­par­tów, tym swoim przy­jem­nym, smut­nym gło­sem, zupeł­nie jak u kobiety. Wszy­scy oczy­wi­ście dobrze to znali – te dobie­ga­jące gdzieś z daleka, z lasu ooooo-iiiii-aaaaa, brzmiące tak ludzko, że aż trudno sobie było wyobra­zić, że to nie czło­wiek. Każdy budził się choć raz ze snu, sły­sząc ten śpiew. Każdy myślał sobie, na serce Geli, jak to dobrze dobrze, że jestem w Rodzi­nie i dookoła pełno ludzi. A potem słu­chał zna­jo­mych odgło­sów z innych grup Rodziny, które miały inne wsta­nia: ludzie goto­wali mięso, skro­bali skóry, budo­wali sza­łasy z gałęzi i kory, rąbali drzewa kamien­nymi topo­rami, gadali, śmiali się, kłó­cili i krzy­czeli.

I dzięki tym przy­jem­nym gło­som ludzi, któ­rzy nie spali, lam­part w lesie wyda­wał się bar­dzo daleko, jakby w innym świe­cie, zbyt odle­głym, żeby się nim przej­mo­wać. W końcu to tylko zwie­rzę, jedno z wielu za ogro­dze­niem, poluje sobie tam na swój dziwny spo­sób, wła­ści­wie nie­wiele się różni od nie­to­pe­rza, drzew­nego lisa albo peł­zaka. Czło­wiek wzdy­chał, prze­wra­cał się na drugi bok, mościł w skó­rach, ukła­dał wygod­nie, i z powro­tem zapa­dał w sen. Czuł się nawet przy­tul­niej niż przed­tem, sły­sząc z daleka tego samot­nego lam­parta, a samemu będąc bez­piecz­nym w cie­płym miej­scu, za pło­tem – tak jak przy­tul­nie się robi, kiedy się sły­szy pada­jący na sza­łas deszcz, a samemu sie­dzi się w środku, gdzie sucho i cie­pło.

Tylko że dla mnie to się nie działo gdzieś daleko za pło­tem. Lam­part stał tuż przede mną i nie śpie­wał żad­nemu kamie­nia­kowi albo skocz­kowi. Śpie­wał mnie. Śpie­wał mi koły­sankę, opła­ki­wał dawne czasy, śpie­wał pieśń miło­sną, powoli cich­nącą, powoli gasnącą, wta­pia­jącą się w tło i coraz dal­szą, cich­szą i cich­szą, aż zna­la­zła się gdzieś daleko, aż już jej tu nie było, aż zapo­mniała się i prze­pa­dła.

I wtem potwór rzu­cił się pro­sto na mnie, prze­ska­ku­jąc te kilka metrów pomię­dzy nami, otwie­ra­jąc pasz­czę sze­roko sze­roko, gotowy, żeby zabić, a śpiew został z tyłu, tak jak te jego plamki. Wyrwa­łem się z roz­ma­rze­nia. Unio­słem dzidę. Zacze­ka­łem na odpo­wiedni moment, wie­dząc, że mam tylko jedną próbę, jedną szansę, żeby to zro­bić. Zamie­rzy­łem się dzidą i kaza­łem sobie ją tak trzy­mać i cze­kać. Jesz­cze nie… Jesz­cze nie… Jesz­cze nie… Teraz!

Na nazwy Micha­ela, to dopiero było przy­jemne! Wymie­rzy­łem jak trzeba. Wsa­dzi­łem dzidę pro­sto w pasz­czę lam­parta, pro­sto w jego wiel­kie, gorące gar­dło.

Łup! – koniec drzewca dzidy ude­rzył mnie w pierś i odrzu­cił do tyłu. Chlap! – całego mnie obry­zgał wielki kleks zie­lo­no­czar­nej krwi lam­parta. Czarny potwór zwa­lił się na zie­mię i zaczął się mio­tać, bul­go­tać, dła­wić i szar­pać pazu­rami tę straszną, ostrą rzecz, która wbiła mu się w gar­dło i nie pozwa­lała oddy­chać. Pośpiesz­nie odto­czy­łem się z zasięgu wierz­ga­ją­cych łap. Aaaaarr-aaaaarr-aaaaarr, robił lam­part, pró­bu­jąc pozbyć się dzidy, aaaaarr-aaaaarr-aaaaarr. Topił się. Topił się we wła­snej krwi. Zaraz zresztą prze­stał ryczeć i tylko tro­chę się wił i bul­go­tał. A jesz­cze potem znie­ru­cho­miał.

– Na fiuta Toma, ty go, kurna, zro­bi­łeś!

Gerry zesko­czył z drzewa i biegł do mnie.

Pozbie­ra­łem się na nogi. W gło­wie wszystko mi się pomie­szało i nie wie­dzia­łem, co myśleć i co mówić.

– Lucy Lu myśli, że lam­party to zmarłe kobiety. – Tyle się ze mnie wydo­było, dzi­wacz­nym, cien­kim gło­sem. – No wiesz, ci Ludzie Cie­nie. Mówi, że dla­tego mają taki głos i takie smutne smutne te pio­senki. To bzdura, jak wszystko, co ona mówi. Rozu­miesz….

– John, debilu, o czym ty, do cho­lery, mówisz? Zro­bi­łeś to! No popatrz! I to sam! Na kark Toma, sam to zro­bi­łeś!

Cały się trzą­słem. Bar­dziej trząść się chy­baby się nie dało, nawet gdy­bym godzinę łaził goły po Śnież­nym Ciem­nie.

– Powiem ci coś śmiesz­nego – ode­zwa­łem się. – Jak zoba­czy­li­śmy te weł­niaki tam na górze, to przez chwilę myśla­łem, że to jest Lon Downik z Ziemi. Hehe. Głu­pio, co?

Gerry roze­śmiał się.

– Na fiuta Toma, John! Przed chwilą zro­bi­łeś lam­parta!

– Ale może któ­re­goś wsta­nia ktoś naprawdę przy­leci, nie myślisz? Mówią, że sta­tek im się uszko­dził, kiedy Angela i Michael gonili go Kosmicz­nym Raj­do­wo­zem i pró­bo­wali zatrzy­mać. Mówią, że prze­cie­kał. Ale nawet jeśli po dro­dze z powro­tem się roz­padł, nawet jeśli Trzej Towa­rzy­sze zgi­nęli, to ludzie z Ziemi musieli się wcze­śniej czy póź­niej dowie­dzieć, nie? W końcu mieli tam Kom­pu­tera i Radyjo? No dobra, wyle­cieli z Edenu dwie­ście łon­cza­sów temu. Ale pomyśl, ile czasu buduje się taki sta­tek. Zobacz, stary Jeffo pół łon­czasu robi z drzewa jedną byle jaką łódź do łowie­nia ryb na Wiel­ko­sta­wie.

Gerry chwy­cił mnie za ramiona i potrzą­snął.

– Na cycki Geli, John, prze­stań no gadać o cho­ler­nych łodziach z nieba! Zro­bi­łeś lam­parta! Sam! Dzie­cięcą dzidą!

I dziwne dziwne to było. Lam­part przede mną dalej się wił, cały byłem w jego czar­nej krwi i cały się trzą­słem trzą­słem. Jed­no­cze­śnie z oczu cie­kły mi łzy, bo myśla­łem o Trzech Towa­rzy­szach, któ­rzy zosta­wili Tommy’ego i Angelę na Ede­nie i pró­bo­wali wró­cić na Zie­mię – Dixo­nie, który wpadł na pomysł, żeby ukraść gwiezdny sta­tek, Meh­me­cie, któ­rego Angela lubiła naj­bar­dziej, bo był miły, i łagod­nym Micha­elu, który pona­zy­wał rośliny i zwie­rzęta. Żało­wa­łem, że nie wia­domo co się z nimi stało, kiedy popły­nęli po nie­bie na Zie­mię, w tej prze­cie­ka­ją­cej gwiezd­nej łódce.

I myśla­łem, że szkoda, że nie wia­domo, kiedy ktoś z Ziemi po nas przy­leci.

2. Tina Kolczak

John był inte­re­su­jący. No rozu­mie­cie, ładny był i nawet tro­chę mi się podo­bał, ale przede wszyst­kim fascy­no­wało mnie to, jak się zacho­wuje. Przez całą tę myśliw­ską wyprawę sta­rał się być inny, żeby nie być taki sam jak reszta obrost­ków. Polazł na ten lodowy grzbiet. Zde­ner­wo­wał Sta­rego Rogera i Davida, kwe­stio­nu­jąc Prawdę. Stał spo­koj­nie i cicho, kiedy Gerry roz­śmie­szał wszyst­kich zmar­z­nię­tymi sto­pami. A wcze­śniej, kiedy mu dałam tę ostrygę, ucie­szył się, ale nie zro­bił z tego wiel­kiego halo, jak zro­bi­liby inni chłopcy. Nie darł się na wszyst­kie strony, że się ze mną pośli­zga. No i teraz, gdy reszta polo­wała na kozły, on sam zro­bił lam­parta. Tego nikt jesz­cze ni­gdy nie zro­bił, chyba że zna­lazł się w pułapce i nie miał wyj­ścia. Ale jego kuzyn Gerry cały czas mówił, że John miał wyj­ście. Miał kupę czasu, żeby wleźć na drzewo, ale posta­no­wił zostać na ziemi i spró­bo­wać szczę­ścia.

Więc czemu to zro­bił? Mogłam sobie wyobra­zić kogoś głup­szego, jak robi to, żeby poka­zać odwagę, albo dla­tego, że kum­ple powie­dzieli, że jest mię­cza­kiem. Ale John nie dałby się namó­wić na żadną próbę odwagi, i za mię­czaka też nikt go nie miał. Musiał być jakiś inny powód. Na razie go nie roz­pra­co­wa­łam, ale widzia­łam, że John jest jak dobry sza­chi­sta – nie robił tylko tego, co w danej chwili dobre, ale patrzył naprzód. Myślał o tym, co chce osią­gnąć, na cztery pięć ruchów w przód.

Ja też tro­chę tak mia­łam. Wie­dzia­łam, kiedy wziąć na wstrzy­ma­nie. Nie zapy­ta­łam go od razu, czemu zro­bił lam­parta, cho­ciaż strasz­nie chcia­łam to wie­dzieć, nie zro­biłam też wokół niego wiel­kiej afery, jak cała reszta. Przez więk­szość drogi trzy­ma­łam się z tyłu, dając mu gadać z tymi, któ­rzy chcieli w kółko i w kółko słu­chać opo­wie­ści o lam­par­cie. Ale kiedy docho­dzi­li­śmy do Guli Lawy, a potem do Rodziny, uśmie­cha­łam się do sie­bie, bo cie­szy­łam się, że już nie­długo się dowiem.

* * *

Rodzina miała osiem grup, miesz­ka­ją­cych jedna przy dru­giej mię­dzy wiel­kimi, sta­rymi kamie­niami wysta­ją­cymi z ziemi pomię­dzy Wiel­ko­sta­wem i Dłu­go­sta­wem a drogą pro­wa­dzącą do Głę­bo­kiego Stawu. Każda grupa miała wła­sny teren, z sza­ła­sami z kory i pale­ni­skiem, gdzie zawsze żarzyły się węgle (roz­pa­le­nie ognia od nowa, drzew­nem albo iskrami z czar­nosz­kła mogło trwać nawet pół wsta­nia, więc wszy­scy pil­no­wali, żeby nie zagasł). Zewnętrzną gra­nicę Rodziny two­rzyły stawy, skały, a tam, gdzie nie było żad­nej natu­ral­nej prze­szkody, płoty uło­żone z gałęzi i kamieni, bro­niące dostępu lam­par­tom i innym dużym zwie­rzę­tom. Pierw­szą grupą od strony wzgórz Peckham byli Nie­to­pe­rze, więc do ich czę­ści ogro­dze­nia dotar­li­śmy naj­pierw.

Stary Roger i wielki, głup­ko­waty Met odcią­gnęli gałę­zie tara­su­jące przej­ście Nie­to­pe­rzy.

– Zabity lam­part! – wrza­snął Roger. – Chło­pak Jade zro­bił cho­ler­nego lam­parta!

– John go zro­bił – zawtó­ro­wał pod­eks­cy­to­wany Gerry – mój kuzyn John!

Ostat­nio doro­śli z więk­szo­ści grup posta­no­wili, że trzeba mieć w Rodzi­nie wię­cej jadal­nych drzew. Zde­cy­do­wali, że trzeba się pozbyć tych, któ­rych owoce nie nadają się do jedze­nia, na przy­kład czer­wo­niu­chów. I kiedy wyru­sza­li­śmy, sześć wstań temu, Nie­to­pe­rze wła­śnie ści­nali wiel­kiego czer­wo­niu­cha. Męczyli się z tym przez cały czas, kiedy nas nie było, rąbali go kamien­nymi sie­kie­rami przez cztery wsta­nia. W końcu udało im się prze­wró­cić go linami, dwie trzy godziny przed naszym przyj­ściem. I kiedy weszli­śmy przez płot, wiel­kie drzewo leżało na ziemi, a wokół walało się pełno pokru­szo­nych ostrzy. (Ktoś będzie nie­długo musiał pójść w Nie­bie­skie Góry po czar­nosz­kło). Zie­mia była jesz­cze cie­pła i lepka od soku.

Jakiś dzie­ciak nie­opatrz­nie pod­szedł nie tam, gdzie trzeba, kiedy wytry­snął gorący gorący sok. Opa­rzyło go. Ciężko. Opa­rzyło opa­rzyło. Jeśli prze­żyje, bli­zny zostaną mu na zawsze. Na razie krzy­czał i krzy­czał w sza­ła­sie, a matka nad nim pła­kała. Jedna chwila głu­poty wszystko zepsuła – dla niego i dla niej. Za to reszta Nie­to­pe­rzy się cie­szyła cie­szyła. Obcho­dzili wielką, powa­loną roślinę, stu­kali w nią kijami i gadali, jak to ciężko było to cho­ler­stwo ściąć, ile będzie z niego kory i ile drzewna. Dzie­ciaki nie mogły się docze­kać drze­wo­sło­dów. Wszy­scy robili co mogli, żeby nie zauwa­żać dzie­ciaka krzy­czą­cego w sza­ła­sie.

– Chło­pak zro­bił lam­parta! – zagrzmiał raz jesz­cze Stary Roger. – Młody obro­stek. Syn Jade, John.

John i Gerry nie­śli tru­chło lam­parta przy­wią­zane do dwóch gałęzi. Ja szłam za nimi, ze sta­rym, paskud­nym Davi­dem i przy­stoj­nym, ale płyt­kim Lisem. Czte­rech innych nio­sło wiel­kiego weł­niaka, któ­rego we czwórkę osa­czy­li­śmy i zro­bi­li­śmy, mniej wię­cej w tym samym cza­sie, kiedy John robił lam­parta. Będzie z niego dużo jedze­nia, zrobi się dużo skór oraz narzę­dzi z kości – i nor­mal­nie wszy­scy byliby zachwy­ceni, ale dzi­siaj inte­re­so­wał ich tylko lam­part. Pod­bie­gali, żeby doty­kać tej dziw­nej czar­nej skóry, która była tak gładka gładka w dotyku, jakby nie doty­kało się niczego. Żeby mu spoj­rzeć w jego mar­twe mar­twe oczy. Żeby obma­cać wypu­kło­ści na bokach, gdzie za życia paliły się i prze­su­wały plamki w kształ­cie gwiaz­do­kwia­tów.

– Patrz­cie, jakie ma wiel­kie, czarne zęby – mówili Nie­to­pe­rze, wycią­ga­jąc ręce, żeby dotknąć.

– Ostroż­nie z nimi – mówił Stary Roger, cho­ciaż zęby lam­parta nie są spe­cjal­nie kru­che. – Są Czer­wo­niu­chów, pamię­taj­cie. Nie chcemy zmar­no­wać tylu dobrych noży.

– Ja wszystko widzia­łem – powta­rzał w kółko Gerry. – Sie­dzia­łem na drze­wie i wszystko widzia­łem! John też mógł wejść na drzewo, ale nie, mój kuzyn John tak nie robi. Sam sta­nął naprze­ciw niego, tylko ze zwy­kłą dzie­cięcą dzidą na kozły. Wyobra­ża­cie sobie? Ze zwy­kłą dzidą z gro­tem z kol­czaka.

I patrzył po zachwy­co­nych twa­rzach Nie­to­pe­rzy i ludziach z innych grup, któ­rzy zaczy­nali się scho­dzić – Rybo­rze­kach, Kol­cza­kach, Bro­okly­nach. Był prze­jęty, bo w życiu nikt tak się nie inte­re­so­wał jego gadką. (Nie był ani spe­cjal­nie dow­cipny, ani bystry, ani inte­re­su­jący. Wła­ści­wie nie miał wła­snego zda­nia. Do dzi­siaj pra­wie go nie zauwa­ża­łam).

– I zro­bił to czy­sto, za jed­nym razem – opo­wia­dał wszyst­kim Gerry. – Jed­nym cio­sem.

– No, jakby tak nie zro­bił, toby go tu nie było, co? – ode­zwał się chło­pak od Nie­to­pe­rzy, mniej wię­cej w wieku moim i Johna. – Lam­part by sobie nie stał i nie cze­kał na drugą próbę.

Nazy­wał się Meh­met. Imię miał, jak dużo ludzi, po Meh­me­cie Hari­beyu, jed­nym z Trzech Towa­rzy­szy. Mimo że Prawda mówiła, że Meh­met Hari­bey był przy­ja­ciel­ski i dobry, Meh­met Nie­to­perz wcale taki nie był. Miał wąską, cwaną twarz i małą żół­tawą spi­cza­stą bródkę, a do tego był zło­śliwy, wredny i lubił się cze­piać ludzi.

Ja też potra­fię być dobrze wredna jak zechcę, i umiem sobie radzić z takimi ludźmi bez pro­blemu, ale Gerry zupeł­nie nie miał o tym poję­cia. Widzia­łam, że patrzy na Meh­meta i marsz­czy brwi, ale tak naprawdę nie rozu­miał, do czego on zmie­rza. Wzru­szył ramio­nami i gadał dalej.

– Wielki lam­part, wielki jak cho­lera – gadał w pod­nie­ce­niu, odwró­ciw­szy się od Meh­meta. – I John mówi, że podzieli się ser­cami. I to doro­sły, a nie taki mały. Śpie­wał na niego i w ogóle. Śpie­wał jak kobieta, nawet jak już się na niego rzu­cał. Trzeba wam było to sły­szeć. Trzeba było sły­szeć. Jak piękna, kochana kobieta, nawet kiedy już na niego leciał z otwartą pasz­czą. I to doro­sły. Widzie­li­ście kie­dyś takiego wiel­kiego? Naj­więk­szy, mówię. John mówi, że może dostanę jedno jego serce, bo też tam byłem, kiedy na nas napadł.

Prze­szli­śmy przez teren grupy i weszli­śmy na teren Czer­wo­niu­chów. Następni byli już Kol­cza­ko­wie. A Czer­wo­niu­cho­wie wycią­gnęli tro­chę owo­co­wego piwa i zaczęli pusz­czać je wokół w wysu­szo­nych sko­rup­kach bie­lu­cha, żeby wszy­scy mogli się napić i uczcić dwa łupy z polo­wa­nia.

– John, ty debilu – powie­działa jego matka, Jade, z tym swoim uśmie­chem, co podobno dopro­wa­dzał męż­czyzn do sza­leń­stwa. – Nie mogłeś, cho­lera, wleźć na drzewo, jak każdy nor­malny czło­wiek?

Patrzy­łam na nią i zasta­na­wia­łam się, czemu męż­czyźni nie dostrze­gają pustki, którą ma w sobie. Cał­kiem jakby uda­wała, że jest czło­wie­kiem, poru­szała tym ład­nym cia­łem, żeby wyda­wało się żywe, ale w środku nie było nic nic.

– Oj, Jade, Jade – ode­zwała się ze śmie­chem jej sio­stra Sue. – Twój jedy­nak sam jeden zro­bił lam­parta i tyle masz do powie­dze­nia?

Sue Czer­wo­niuch była matką Gerry’ego i miała nie­to­pysk, tak jak David i moja sio­stra Jane. Była rów­nie brzydka brzydka, jak mama Johna piękna piękna, ale za to była miła, tro­skliwa, i wszy­scy o tym wie­dzieli, nie tylko Czer­wo­niuchowie, ale i cała nasza strona Rodziny.

– Dureń z niego i tyle – powie­działa Jade.

Spoj­rza­łam na Johna. Twarz miał spo­kojną spo­kojną. Gerry obra­ził się za niego.

– Twój syn John jest świetny świetny – powie­dział do Jade z uczu­ciem. – Świetny jest. Komu w wieku dwu­dzie­stu łon­cza­sów udało się…

– Mówi się „lata” – powie­dział Stary Roger. – Mówi się „pięt­na­ście lat” a nie „dwa­dzie­ścia łon”. Wie­cie, co mówią Naj­starsi: świat nie wyszedł kobie­cie z łona.

– Komu w wieku pięt­na­stu lat – popra­wił się Gerry – udało się samemu zro­bić lam­parta?

– Dzielny chło­pak – dodał Roger – cho­ciaż źle się odnosi do star­szych.

– Szczę­ściarz, cho­lera, i tyle – burk­nął kwa­śno David, sznu­ru­jąc swoje paskudne nie­to­pe­rzowe wargi, które ziały mu zamiast nosa.

Wokół tło­czyły się młod­sze dzieci z zabaw­ko­wymi dzi­dami z gałą­zek bia­łu­cha.

– John, jak ty go zro­bi­łeś? Jak to było?

To nie były tylko dzieci Czer­wo­niu­chów, ale i z mojej grupy, Kol­cza­ków, z Bro­okly­nów, nawet z Lon­dy­nów i Pod­nie­bie­skich po dru­giej stro­nie Rodziny. Zeszli się i doro­śli.

– Pro­sto w gar­dło, tak mówią – powie­dział stary facet od Rybo­rze­ków, imie­niem Tom.

Też miał nie­to­pysk i do tego krzy­wo­stopy, bie­dak, więc na myśli­wego się nie nada­wał. Ale był bar­dzo zręczny w robie­niu rze­czy z drzewna i kamie­nia – dzid, pił, sie­kier, noży, łodzi – a o polo­wa­niu lubił gadać. Lubił poka­zy­wać, że się na nim zna.

– To oczy­wi­ście naj­lep­szy spo­sób. Czy­sto, gładko. Ale na pewno nie naj­ła­twiej­szy.

– Jak cho­lera – dodał Gerry. – Trudny trudny. John miał tylko…

– To wcale nie było trudne – prze­rwał John. – To tylko wydaje się trudne, bo jest nie­bez­pieczne. Tak jak stać na gałęzi na czubku drzewa. Jak się nad tym zasta­no­wić, to nie jest trud­niej­sze niż stać na gałęzi nad samą zie­mią. A to każdy umie. Jedyna róż­nica to to, że jak ci nie wyj­dzie, to jesteś zro­biony, i przez to wydaje się trud­niej­sze.

Uśmiech­nę­łam się. Podo­bało mi się to, co on mówi, i podo­bało mi się, że nie mówi tego, żeby uda­wać skrom­ność, ale dla­tego, że dener­wuje go sła­bość Rodziny, która tak się eks­cy­tuje tym, że ktoś zro­bił jedno par­szywe zwie­rzę. Ale Gerry patrzył na niego z prze­stra­chem. Czemu się zło­ści, że ludzie ska­czą wokół niego? Czemu nie lubi, jak mówią, że jest świetny? Biedny Gerry – na niego nikt pra­wie nie zwra­cał uwagi, po pro­stu nie mie­ściło mu się to w gło­wie.

– John miał tylko sekundę, żeby dobrze tra­fić – powtó­rzył. – Za wcze­śnie albo za późno i lam­part by go zro­bił.

Po wycię­ciu dwóch wiel­kich serc, doro­śli obwią­zali przed­nie łapy lam­parta linami z falo­ro­stu i wcią­gnęli go na drzewo spo­tkań pośrodku terenu Czer­wo­niu­chów, żeby był na widoku. Póź­niej zdejmą mu skórę, wyrwą wiel­kie czarne zęby i pazury na noże, flaki wysu­szą na sznury, oczysz­czą kości na łopaty, haczyki, noże i groty do dzid (kość lep­sza niż kolce z drzewa, ale nie taka dobra jak czar­nosz­kło). No i oczy­wi­ście ten czy inny zje oczy – ktoś, kto się sta­rzeje i boi się nad­cho­dzą­cej ciem­no­ści, bo mówiło się, że oczy lam­parta, choć sma­kują paskud­nie, powstrzy­mują śle­potę. Reszta mięsa lam­parta była gorzka gorzka, można się było po nim porzy­gać, więc kiedy Czer­wo­niu­cho­wie zabiorą sobie z niego wszystko co przy­datne, kości, skórę, kiszki i tak dalej, będą musieli wynieść mięso z powro­tem do lasu, z daleka od Rodziny, żeby pożarły je lisy drzewne i gwiezd­niki.

A jeśli cho­dzi o wiel­kiego weł­niaka, któ­rego zro­bi­li­śmy mniej wię­cej w tym samym cza­sie, kiedy John i Gerry tra­fili na lam­parta, no cóż, tak jak mówi­łam, w innej sytu­acji wszy­scy też by się nim pod­nie­cali. Ozna­czał w końcu, że będziemy dobrze jeść przez wiele wstań. Miał dobrą i wielką skórę, z któ­rej zrobi się wiele ubrań, kopyta, które można prze­to­pić na klej, rów­nie dobry jak z goto­wa­nego soku, a z zębów można zro­bić żarna do nasion (takie są naj­lep­sze, bo nie dodają do mąki pyłu, jak kamienne). Nor­mal­nie mogli­by­śmy się spo­dzie­wać pochwał, że go zdo­by­li­śmy, i paru pytań o to, kto co zro­bił w trak­cie polo­wa­nia, ale tym razem nikt się nim nie zain­te­re­so­wał. Czer­wo­niu­cho­wie bez cere­gieli zasie­dli do skó­ro­wa­nia, odcięli sma­ko­witą lampkę na gło­wie, a ciało podzie­lili na część przy­na­leżną Czer­wo­niu­chom i część, którą mogli­śmy sobie wziąć my, Kol­cza­ko­wie. (Jedna noga dla nas, pięć dla nich – taka była umowa). I przez cały czas, kiedy obdzie­rali tego kozła, gadali i gadali o lam­par­cie, któ­rego bez­u­ży­teczne mięso wisiało na drze­wie nad nimi.

– Jak to zro­bi­łeś, John?

– Nie bałeś się?

– Jak się wtedy czu­łeś?

– Dobra robota, nasz John – powie­działa Bella, sta­ro­sta naszej grupy, która wła­śnie wró­ciła ze spo­tka­nia star­szych u Gwiaz­do­kwia­tów. – Świetna robota, nasz John. Przy­służy się nam na następ­nej Rocz­nicy, mój młody myśliwy. Będzie zasługą Czer­wo­niu­chów wobec innych grup.

Była to inte­li­gentna kobieta, żyla­sta i zawsze jakby tro­chę zmę­czona, a ludzie z całej Rodziny przy­cho­dzili do niej z pro­ble­mami i spo­rami. Wielu mówiło, że jest naj­lep­szą sta­ro­stą grupy w całej Rodzi­nie. Pra­co­wała przez cały czas, wsta­nie za wsta­niem, nie to co nasza leniwa Liz Kol­czak. Pil­no­wała spraw, zała­twiała różne rze­czy, pamię­tała w gło­wie o wszyst­kich tych nud­nych spra­wach, o któ­rych nikomu nie chciało się nawet myśleć.

A John był z nią bli­sko bli­sko, tak sły­sza­łam, cho­ciaż sły­sza­łam i inne, bar­dziej dzi­waczne słu­chy.

* * *

Wtem ode­zwała się Lucy Lu.

– W tym lam­par­cie był cień babki Johna – powie­działa tym swoim śpiew­nym gło­sem, jakby nie było co do tego żad­nej wąt­pli­wo­ści, jeśli tylko patrzyło się na świat jej spe­cjal­nym spe­cjal­nym okiem. – Chciała, żeby zro­bił zwie­rzę, w któ­rym była uwię­ziona, żeby mogła pole­cieć do Gwiezd­nego Wiru.

Ni­gdy jej się nie podo­bało, gdy ktoś ścią­gał na sie­bie uwagę wszyst­kich. Cią­gle chciała sama ucho­dzić za tę, co wie wszystko naj­le­piej.

– A zda­wało mi się, że mówi­łaś, że Ludzie Cie­nie żyją po dru­giej stro­nie Śnież­nego Ciemna – mruk­nął John.

Lucy Lu chyba go nie usły­szała, za to ja par­sk­nę­łam śmie­chem, a John spoj­rzał na mnie i uśmiech­nął się.

– I teraz ma spo­kój! – wykrzyk­nęła Lucy Lu. – Ma spo­kój. I już ni­gdy nie będzie musiała…

Lecz wtedy od strony Okrą­głej Polany przy­biegł chło­pak Lon­dy­nów, zwany Mike.

– Ej, gdzie John? Naj­starsi chcą z nim poroz­ma­wiać. Naj­starsi dowie­dzieli się o lam­par­cie.

Biedny John. Widać było, że nie­prędko znaj­dzie chwilę spo­koju dla sie­bie. Skoń­czy­łam picie i wzię­łam tro­chę mięsa, żeby zanieść Kol­cza­kom.

– Nie przej­muj się – powie­dzia­łam Joh­nowi, zanim poszłam. – Za jedno dwa wsta­nia im przej­dzie. Wtedy może spo­tkamy się w Głę­bo­kim Sta­wie, co ty na to?

3. John Czerwoniuch

No więc znowu ścią­gnę­li­śmy z drzewa tego cho­ler­nego lam­parta i poszli­śmy, dosłow­nie całą grupą Czer­wo­niu­chów, całą naszą czter­dziestką z hakiem, a kiedy prze­cho­dzi­li­śmy koło innych grup, dołą­czało coraz wię­cej ludzi. Wszy­scy wycho­dzili, żeby na nas popa­trzeć, nawet ci, co nor­mal­nie o tej porze by spali. Nawet ludzie z łodzi na Wiel­ko­sta­wie machali, kiedy prze­szli­śmy obok.

– To mój kuzyn! – wołał przez cały czas Gerry. – Pięt­na­ście lat i już zro­bił wiel­kiego lam­parta. Wszystko widzia­łem!

Tak się cie­szył cie­szył z chwały, która na mnie spa­dła. Uśmie­chał się sze­roko sze­roko i cią­gle oglą­dał na mnie, żeby spraw­dzić, czy ja się też uśmie­cham.

Nie chcia­łem, żeby było mu przy­kro, więc sta­ra­łem się wyglą­dać rado­śnie, ale szcze­rze mówiąc, już mnie to męczyło męczyło i dość mia­łem tego cia­snego, małego światka, w któ­rym miesz­ka­li­śmy, gdzie jak jeden chło­pak zrobi jedno zwie­rzę, to jest naj­bar­dziej eks­cy­tu­jąca sprawa, jaka się wyda­rzyła od wielu wstań. No dobra, tro­chę zary­zy­ko­wa­łem, ale to nie było aż tak ryzy­kowne, wystar­czyło zacho­wać zimną krew i tro­chę się sku­pić. W końcu w roz­dzia­wioną mordę lam­parta wcale nie tak trudno wce­lo­wać.

A wy wszy­scy naj­chęt­niej scho­wa­li­by­ście się na drzewo jak Gerry, mówi­łem w myślach do tych wszyst­kich życz­li­wie uśmiech­nię­tych ludzi. To jest wła­śnie cały pro­blem z Rodziną. Rodzina je, pije, śli­zga się, kłóci się i śmieje, ale nie zasta­na­wia się, dokąd zmie­rza, ani co się z nią sta­nie. A kiedy poja­wia się pro­blem, wy tylko wła­zi­cie na drzewa i cze­ka­cie, aż lam­part sobie pój­dzie, a po wszyst­kim przez ileś wstań chi­cho­cze­cie sobie i gada­cie, jaki to był wielki, jak już się­gał wam do pal­ców stóp, i jak ten czy tam­ten rzu­cił w niego kawał­kiem kory, a owam­ten puścił mu wią­zankę. Na cycki Geli! No popa­trz­cie tylko na sie­bie!

Bo cho­dziło o to, że w Okrą­głej Doli­nie zaczyna koń­czyć się mięso. I nic tu nie pomoże wła­że­nie na drzewa i chi­cho­ta­nie. Coś będzie musiało się wyda­rzyć, ina­czej przyj­dzie takie wsta­nie, kiedy ludzie z Rodziny umrą z głodu. Zakła­da­jąc oczy­wi­ście, że przy Ujścio­spa­dzie znowu nie osu­nie się jakaś skała i wszy­scy się wcze­śniej nie poto­pimy.

Zresztą, mniej­sza, poto­pimy się czy umrzemy z głodu. Ja wcze­śniej umrę z głodu we wła­snej gło­wie, albo z nudów, jeśli nie uda mi się spra­wić, żeby w tym świe­cie zda­rzyło się coś nowego, coś więk­szego niż TO.

Takie mia­łem myśli… ale Gerry, który bar­dzo mnie kocha, w ogóle tego nie dostrze­gał. Był szczę­śliwy szczę­śliwy. Ja zmu­sza­łem się do uśmie­chu i jemu to wystar­czało. Jak i wszyst­kim.

No, pra­wie wszyst­kim. Tina rozu­miała, Jade też wie­działa, że ja gram, nie dla­tego, że byłem z nią bli­sko – bo nie byłem – ale dla­tego, że byłem do niej podobny. Nie­spo­kojny duch. Nie­spo­kojny, z pustką w środku i spra­gniony cze­goś więk­szego niż zwy­kłe życie.

I jesz­cze ktoś dostrze­gał, co ja naprawdę prze­ży­wam. Mały krzy­wo­stopy brat Gerry’ego, Jeff, który spał z nami w jed­nym sza­ła­sie. Miał ledwo czter­na­ście łon­cza­sów, nawet obrost­kiem jesz­cze nie był, tylko dziw­nym dzie­cia­kiem o łagod­nej twa­rzy i wiel­kich wiel­kich oczach, jak u Gerry’ego, ale kryło się w nich coś zupeł­nie innego. Kuś­ty­kał za nami odkąd wsze­dłem na teren Czer­wo­niu­chów, ale dopiero kiedy dotar­li­śmy na Okrą­głą Polanę i zatrzy­ma­li­śmy się na jej skraju, udało mu się zbli­żyć do mnie na tyle, żeby coś powie­dzieć.

– Smutno ci, co, John? – ode­zwał się.

Ja tylko wzru­szy­łem ramio­nami i sta­łem, cze­ka­jąc, aż Naj­starsi zgo­dzą się mnie widzieć. A razem ze mną cze­kała połowa całej cho­ler­nej Rodziny.

* * *

Sie­dzieli jedno przy dru­gim na skraju Okrą­głej Polany jak trzy puste wory ze skóry – Gela, Mitch i Gar­bus. Ple­cami opie­rali się o pień wiel­kiego bia­łu­cha, oddzie­leni od niego paroma war­stwami kory i skórą weł­niaka, żeby się nie popa­rzyć. A wokół, jak zawsze, uwi­jały się kobiety, z jedze­niem, piciem i skó­rami.

Koło Naj­star­szych leżał pusty pień, w któ­rym trzy­mali Pamiątki. Ktoś go dla nich otwo­rzył i wyjął Modele Stat­ków Lata­ją­cych, które podobno zro­bił sam Tommy Schne­ider, ojciec nas wszyst­kich – wielki sta­tek kosmiczny Bun­tow­nik, mały Lon Downik oraz Kosmiczny Raj­do­wóz, w któ­rym Angela i Michael gonili Bun­tow­nika, kiedy Tommy, Dixon i Meh­met pró­bo­wali odle­cieć nim z Ziemi. Trzy Modele leżały teraz u ich stóp, ciemne i błysz­czące od koź­lego tłusz­czu, który przez poko­le­nia w nie wcie­rano, żeby stare drzewno nie paczyło się i nie pękało.

Ale Modele już się Naj­star­szym znu­dziły i teraz kłó­cili się mię­dzy sobą, pod­czas gdy Caro­line Bro­oklyn, wysoka siwa kobieta, która była Głową Rodziny, kucała obok nich i pró­bo­wała ich uspo­ka­jać.

– Rocz­nica powinna się odby­wać trzy­sta sześć­dzie­siąt pięć dni po poprzed­niej – powta­rzał stary Mitch.

– Wiem, durny sta­ru­chu – mówiła stara Gela. – Wszy­scy to wie­dzą. Ale jak­byś mnie słu­chał, to dawno byś wie­dział, że źle liczysz dni.

– Na pewno możemy się jakoś doga­dać – mru­czała Caro­line.

– Nie liczę źle, leniwa sta­ru­cho – odpo­wia­dał Mitch Geli. – To ty nie nadą­żasz z licze­niem, bo twoje otłusz­czone serce wolno bije i za dużo śpisz.

– Tak tak, ona się spóź­nia, jasne – powie­dział pogięty, stary Gar­bus – ale ty, Mitch, też. Całe dni jesteś do tyłu za praw­dzi­wym cza­sem.

– Nie­prawda – kłó­cił się Mitch – twoje serce bije za szybko i zawsze tak było. A poza tym jestem naj­star­szym z Naj­star­szych i wszy­scy powin­ni­ście mnie słu­chać. Bo mam sto dwa­dzie­ścia lat, więc mam naj­bli­żej do Początku, a to ozna­cza, że moje wsta­nia to są praw­dziwe dni, takie jak były na Ziemi.

– Nie gadaj bzdur – plu­nęła stara, gruba Gela – po pro­stu w gło­wie ci się pomie­szało, ty stary…

Caro­line poło­żyła rękę na ramie­niu Geli.

– Jest – powie­działa tym spe­cjal­nym tonem, jakim się mówi do Naj­star­szych, na wpół z sza­cun­kiem, a na wpół jak do małego dziecka. – Wszy­scy są: ten chło­pak, co zro­bił lam­parta, John Czer­wo­niuch, z nim na oko cała grupa Czer­wo­niuchów, i jesz­cze kupa innych ludzi.

Troje Naj­star­szych zwró­ciło na nas ślepe ślepe oczy. Nawet wieku Sta­rego Rogera ciężko dożyć bez utraty wzroku, a nasz Roger był czter­dzie­ści pięć­dzie­siąt łon młod­szy od tej trójki.

– Dzień dobry, Naj­starsi – powie­dzia­łem.

Caro­line kiw­nęła, żebym pod­szedł.

– I lam­parta też dawać – pole­ciła. – Naprzód. Jej, popa­trz­cie no!

Nie­chęt­nie kuc­ną­łem przed trójką Naj­star­szych. Wycią­gnęli do mnie swoje chude, trzę­sące się ręce. Pod­su­ną­łem się bli­żej, bo wie­dzia­łem, że tak trzeba, i popro­wa­dzi­łem te kości­ste palce, żeby mogły dotknąć mojej twa­rzy, wło­sów i ramion. Dźgali mnie i szczy­pali, jak­bym był jakąś cho­lerną rze­czą, a nie czło­wie­kiem.

– John Czer­wo­niuch, mówisz? – zapy­tał Gar­bus. – A kim ty jesteś, chłop­cze? Kto był twoją babką?

– No, dalej, chłop­cze, wykrztuś to z sie­bie. Kim ty jesteś? – bur­czał stary Mitch.

– Matka mojej matki to Gwiazda.

– Nie sły­sza­łam o niej – powie­działa Gela, która miała imię na pamiątkę pierw­szej Geli, Angeli, matki nas wszyst­kich. – A jej matką kto był?

– Matka Gwiazdy to Helen.

Popa­trzy­łem na Modele, które cały czas tam leżały. Bun­tow­nik to rura pokryta dłu­gimi kol­cami. Ten praw­dziwy był dłuż­szy niż Wiel­ko­staw, miał ponad sto pięć­dzie­siąt metrów i był tak sze­roki, że Lon Downik mie­ścił mu się w środku. Kiedy odla­ty­wał z Ziemi, naj­pierw na tych kol­cach zapa­lał się fio­le­towy ogień, póki Jedna Siła nie otwo­rzyła Dziury w Nie­bie, żeby Bun­tow­nik mógł śmi­gnąć na skróty z jed­nej strony Gwiezd­nego Wiru na drugą. Coś jakby prze­sko­czyć cały Wiel­ko­staw, zamiast go prze­pły­wać.

– Helen Czer­wo­niuch? – Gar­bus zaśmiał się chra­pli­wie. – Ta mała łobu­zica. Raz czy dwa się z nią śli­zgną­łem. Śli­zgną­łem się jak trzeba. Żyje jesz­cze, co?

– Nie, Naj­star­szy. Dopadł ją rak, cztery pięć łon… To zna­czy, cztery pięć lat temu.

– Cztery czy pięć łon to nie to samo, co cztery czy pięć lat – burk­nął stary Mitch, ude­rza­jąc mnie lekko w twarz. Nie bolało, ale śmiem twier­dzić, że chciał, żeby zabo­lało, ten wredny stary sukin­syn. – A ty powi­nie­neś liczyć porząd­nie w latach, jak przy­stało wszyst­kim praw­dzi­wym dzie­ciom pla­nety Ziemi. I nie zapo­mi­naj o tym, młody czło­wieku.

– No to gdzie ten lam­part? – oży­wił się Gar­bus i cała trójka zabrała ode mnie ręce i chci­wie spoj­rzała za mnie nie­wi­dzą­cymi oczyma.

– Powiedz­cie chło­pa­kowi, żeby się pokło­nił – powie­dzieli, jak­bym sam ich nie sły­szał. – Powiedz­cie chło­pa­kowi, żeby się pokło­nił Krę­gowi, a my tym­cza­sem obej­rzymy sobie lam­parta.

Posze­dłem więc sam na śro­dek polany, gdzie był uło­żony Kamienny Krąg: dzie­się­cio­me­trowe koło z bia­łych kamieni, wiel­ko­ści dzie­cię­cej głowy, ozna­cza­jące miej­sce, gdzie po przy­lo­cie na Eden usiadł Lon Downik. Pięć innych kamieni pośrodku ozna­czało Tommy’ego i Angelę, rodzi­ców nas wszyst­kich, oraz ich Trzech Towa­rzy­szy, któ­rzy spró­bo­wali wró­cić na Zie­mię. Do Kręgu nie wolno było pod­cho­dzić bli­żej niż na parę metrów. Niektó­rzy mówili nawet, że gdyby ktoś dotknął kamieni albo wszedł w Krąg, ktoś nie z Naj­star­szych i nie z Rady i tych wybra­nych przez nich, na pewno do następ­nego spa­nia by umarł. Ja w to nie wie­rzy­łem, ale zasady zna­łem. Zatrzy­ma­łem się trzy metry od Kręgu i jak należy pochy­li­łem głowę w stronę pię­ciu kamieni pośrodku.

Te kamie­nie były cen­trum wszyst­kiego. Każdy wie­dział, że trzeba zostać tutaj w Rodzi­nie, w naszych zbi­tych cia­sno wokół Kręgu gro­mad­kach, bo tu będą nas szu­kać ludzie z Ziemi, gdy znowu przy­lecą.

Kiedy się pokło­ni­łem i odwró­ci­łem od tych kamieni, przy­szła mi jed­nak do głowy pewna myśl.

– Skoro mogą prze­le­cieć całe niebo i nie pogu­bić się w Gwiezd­nym Wirze – powie­dzia­łem do sie­bie – to na pewno mogą poszu­kać nas gdzie indziej, nie tylko w tym jed­nym miej­scu.

I sam się tej myśli prze­stra­szy­łem, jak małe dziecko, które ma wra­że­nie, że zapu­ściło się za daleko w las i przez moment nie wie, jak wró­cić.

* * *

Na zakoń­cze­nie tego wsta­nia wszy­scy Czer­wo­niu­cho­wie porząd­nie się naje­dli i kiedy poło­ży­łem się do sza­łasu spać razem z Ger­rym i Jef­fem, przez dłuż­szy czas nie mogłem zasnąć. Serce lam­parta cią­żyło mi mocno mocno na żołądku, a jego życie, echo jego życia, cały czas cho­dziło cho­dziło mi po gło­wie, jak czerń prze­kra­da­jąca się w tle małych świa­te­łek moich myśli i śpie­wa­jąca swoją pod­stępną melo­dię. Co parę minut sta­wał przede mną gotowy do ataku. Co parę minut rzu­ca­łem się na niego z dzidą.

4. Mitch Londyn

Kiedy ten mały John sobie poszedł z tym zde­chłym lam­par­tem, Gar­bus i Gela od razu poszli spać, te wiecz­nie śpiące sta­ru­chy. Oni już bar­dziej nie żyli niż żyli. Za to ja czu­łem się jakoś nie­swojo i nie mogłem dojść do sie­bie. To przez tego chło­paka od Czer­wo­niu­chów. Uda­wał, że oka­zuje nam sza­cu­nek, bo jeste­śmy Naj­starsi, a Caro­line i reszta pil­no­wały, żeby zacho­wy­wać się wobec nas grzecz­nie, ale on nas nie lubił, i posta­rał się to oka­zać, ten mały peł­zak.

Można by myśleć, że mło­dzi będą się nami inte­re­so­wać. Że będą chcieli dowie­dzieć się cze­goś, co można usły­szeć tylko od Naj­star­szych, ale tych głup­ków w ogóle to nie obcho­dziło. Nie chcieli sły­szeć niczego, co pocho­dziło z naszych sta­rych, śle­pych, pomarsz­czo­nych łbów, nawet jeśli to była histo­ria ich wła­snej Rodziny.

Cho­lerny chło­pak od Czer­wo­niu­chów. Ale nie było go tu, żeby na niego bur­czeć, więc w zastęp­stwie nakrzy­cza­łem na kobiety, kaza­łem im zabrać sta­tek kosmiczny i Pojazdy.

– Zosta­wi­cie je tutaj i jesz­cze ktoś na nie nadep­nie i coś poła­mie. Tyle razy mówi­łem.

– Dobrze, dobrze, Mitch, zaraz je scho­wamy – mówiły, jakby gadały do dziecka, a nie do naj­star­szej osoby w całej Rodzi­nie. – Gela i Gar­bus odpo­czy­wają. Ty się nie zdrzem­niesz?

– Nie mam ochoty.

– To co będziesz robić, skar­bie? Co mamy z tobą począć?

– Wycią­gnij­cie mi Ziem­skie Modele – powie­dzia­łem. – Chcę spraw­dzić, czy się o nie nale­ży­cie trosz­czy­cie. Jak ostat­nio spraw­dza­łem, to jakiś dureń pozwo­lił, żeby nalała się do nich woda.

– Teraz są suche. Mamy nowy, porządny pień, nie pamię­tasz? Suchy i ładny. A Jeffo Lon­dyn zro­bił nową natłusz­czoną pokrywę, żeby zamy­kać koniec.

– Jed­no­nożny dureń. Pew­nie sam poła­mał Modele, jak wpy­chał je z powro­tem tymi nie­zdar­nymi łap­skami.

– Ojej-jej, Mitch! Coś nie w humo­rze dziś jeste­śmy, co?

Przy­nio­sły mi Dom i wło­żyły w dło­nie, żebym mógł poczuć jego dziwny kan­cia­sty kształt i gładką, lepiącą się powierzch­nię, i drzwi, i te małe dziurki, które Tommy nazy­wał Okami. Przy­tkną­łem go do nosa, żeby poczuć zapach tłusz­czu i potu z cza­sów, zanim uro­dzili się wszy­scy, co żyją teraz.

– Jesz­cze cały – powie­dzia­łem, poda­jąc im Dom, żeby go scho­wały. – Tylko nie upuść­cie tego, do cho­lery, jak ta głu­pia dziew­czyna parę lat temu. Pamię­taj­cie, że to zro­bił sam Tommy, zanim oślepł. Tro­chę sza­cunku. Angela poma­gała mu ciąć korę, wygła­dzać ją i kleić. Ten Dom jest star­szy ode mnie. Powstał przed moim uro­dze­niem.

– Jest star­szy od cie­bie, Mitch – zagru­chały, jak do jakie­goś cho­ler­nego dziecka. – Jej, jaki jest stary stary.

– Daj­cie mi teraz Samo­lot. No, rusz­cie się.

Poma­ca­łem dłu­gie, pła­skie skrzy­dła Samo­lotu i dwa twarde Sil­niki pod spodem.

– Uwa­żaj­cie na te Sil­niki – powie­dzia­łem im, odda­jąc Samo­lot. – Tyle razy już odła­my­wała je jakaś nie­zdara, co nie umie sza­no­wać sta­rych rze­czy.

– Mitch, skar­bie, nie dener­wuj się. Będziemy uwa­żać uwa­żać. Pro­szę, masz teraz Auto. Trzy­masz dobrze?

– Jasne, że tak, do cho­lery. Na nazwy Micha­ela, prze­stań tak do mnie gru­chać.

Auto lubi­łem naj­bar­dziej. Od dziecka, dla­tego że miało krę­cące się koła. Lubi­łem je trzy­mać i suwać kołami po ręce, żeby poczuć, jak się kręcą. I robić przy tym brym brym brym.

– Mitch, może nam o tym opo­wiesz? O tym, co mówił Tommy, kiedy się bawił Autem, i jak robił?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki