Chłopcy, których kochano za mocno - Kazimierz Kyrcz Jr. - ebook

Chłopcy, których kochano za mocno ebook

Kazimierz Kyrcz Jr

3,2

Opis

Podobno nie wysiada się z pędzącego pociągu. Tę zasadę wyznaje zarówno Kuba Szpikulec, seryjny morderca, którego swoistym celem są prostytutki, jak i tropiący go funkcjonariusze z grupy zadaniowej. Ale Szpikulec to nie jedyne zmartwienie organów ścigania. Uwikłani w walkę z własnymi demonami policjanci robią co w ich mocy, by sprostać stawianym przed nimi wymaganiom. Nie cofną się nawet przed zawieraniem sojuszy z tymi, od których powinni trzymać się jak najdalej.

 

Mroczny i brutalny dreszczowiec. Już nigdy nie spojrzycie na Kraków tak samo... ani na polską policję.

Wojciech Chmielarz

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 374

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Kazimierz Kyrcz Jr

CHŁOPCY,KTÓRYCH KOCHANOZA MOCNO

Mojemu Tacie, dla którego zostałem.

Chodź ze mną. Wiem, że tego chcesz.

LUTHER

Część I

WYBRAKOWANI

Rozdział 1

Jak mogę nienawidzić kobiet, skoro moja mama jest jedną z nich?

BIURO

Słońce świeciło tak mocno, że omal nie oślepł. Pewnie dlatego zauważył tę dziewczynę dopiero, gdy usiadła na sąsiednim fotelu. Długie nogi, długie blond włosy. Miała na sobie sznurowane na rzymską modłę sandały, króciutką spódniczkę i bluzkę, która więcej odsłaniała, niż zakrywała.

Apetyczna sztunia, bez dwóch zdań. Porudzki przysunął się do niej odrobinę, na co zareagowała ostrzegawczym chrząknięciem. Nieprzystępna, cholera. Nieprzystępna w sposób typowy dla nastolatek, obnoszących się z seksualnością, a zarazem zasadniczych w oczekiwaniach. Z głowami pełnymi marzeń o królewiczach walczących o ich rękę. Właśnie takich nienawidził najbardziej.

Co chwila odwracała się do koleżanek stojących przy jej fotelu. Z tego, co wywnioskował, obgadywały nauczycieli.

Podobno kiedy poznajemy kogoś bliżej, w naturalny sposób tracimy do tej osoby dystans. Arturowi wydawało się to mało prawdopodobne. Niestety, zweryfikowanie tego twierdzenia przekraczało jego możliwości. Nigdy nie zdołał utrzymać stałego związku. Niestałego zresztą też nie.

Żeby zmienić ten stan rzeczy, zdecydował się udoskonalić swoje umiejętności obserwacyjne ‒ traktując to jedynie jako drogę do celu, rzecz jasna. Etap poprzedzający działanie.

Na przedramieniu nieznajomej widniała różowa plama. Wydawało mu się, że to rumień, ale gdy zerknął ponownie, przekonał się, że widzi ślad szminki. Niektóre tak robią, żeby dokładniej rozprowadzić mazidło na wargach. Dziewczyna posłała przyjaciółkom silikonowy uśmiech. Odsłoniła przy tym aparat na zębach, który bezsprzecznie dodawał jej uroku.

Choć kobiety są narzędziami Szatana, potrafią cieszyć oczy, pomyślał. Ta będzie w sam raz. Na raz.

O ile oczywiście uda się oddzielić ją od reszty stada.

Nie musiał się starać. To przyszło samo. Wizja, w której złapał blondynę za kudły i szarpnięciem posłał na ziemię, pod swoje stopy. Wycierał nią kurz z podłogi. Kopał, gdzie popadło.

Nie zważając na jego plany, niedoszła ofiara wstała z fotela i w towarzystwie koleżanek opuściła wagon.

Szlag by trafił!

Ten niefart tak obrzydził mu dalsze telepanie się tramwajem, że postanowił przesiąść się do autobusu.

Nie minęło nawet pięć minut, a w duchu pogratulował sobie intuicji.

Wśród pasażerów trafiła się całkiem ładna brunetka. Z asymetryczną fryzurą i ‒ dla odmiany ‒ z pełnym symetrii, pokaźnym biustem. Rozparta na fotelu, zwrócona twarzą w kierunku jazdy. Zamknięte powieki, w uszach czarne krople słuchawek. Obiema dłońmi wystukiwała powolny rytm na udach.

Nie słyszał muzyki, ale biodra cycatki, kołyszące się w odpowiedzi na dźwięk mocniejszych akordów, nadal stanowiły przyjemny widok. Skupił się na wyłowieniu z jej ruchów sugestii i sygnałów, dzięki którym zdołałby odgadnąć, co wzbudza w niej podobny entuzjazm.

Nie udało się, więc wyrwał słuchawki z uszu dziewczyny. Nie wdając się w wyjaśnienia, zaczął ją dusić. Ściskał szyję, gładką i ciepłą skórę, która pod naporem palców napinała się, tracąc barwę. Brunetka otworzyła przekrwione oczy, wpatrując się w niego ze zdziwieniem i pretensją. Bezwiednie przypomniał sobie aferę, którą wszczęła w sklepie sprzedawczyni, gdy zabawiał się z manekinem w stroju baletnicy.

Czy to jego wina, że zawsze podniecały go tancerki? Przecież, do cholery, nie skrzywdził tamtej dupy z plastiku!

Szkoda, że to całe duszenie, ta zemsta wywierana na nieznajomej, nie jest jawą, lecz wyłącznie pięknym, niedościgłym snem. Wzdrygnął się, obrzucając ostatnim spojrzeniem wciąż zamkniętooką cycatkę, po czym wysiadł.

Miał coś ważnego do załatwienia.

Wizytę na poczcie.

Krew, gwałt i łzy musiały poczekać.

Z przystanku nie było daleko. Przeszedł chodnikiem wzdłuż urządzonych na parterze bloku banków, aptek i sklepów, minął wystających pod całodobowym koneserów czasoumilaczy, by przez podwójne, przeszklone drzwi wstąpić do oddziału pocztowego.

Zgodnie z nową modą, do wszystkich okienek prowadziła jedna kolejka. Stanął za rudą trzydziestolatką. Przez kilka minut starał się odgadnąć, czy jest farbowanym lisem. Blada karnacja i piegi przekonały go, że nie.

Już chciał spytać rudzielca o ulubioną pozycję, gdy nadeszła jej kolej. Prawie jednocześnie został przywołany do drugiego z okienek. Wychynęło z niego oblicze wiedźmy o ziemistej cerze i – sądząc po tuszy – przyziemnych potrzebach.

Wkurzony takim obrotem spraw, doskoczył do pani asystentki i zamachnął się, żeby przerobić tę paskudną mordę na miazgę. Żeby zadać cios…

Który nie nastąpił. Przywrócony do rzeczywistości szarpnięciem za ramię, mógł tylko podziękować kolesiowi za sobą, podsunąć babie awizo i odebrać list. Zerknął na nadawcę. Firma ubezpieczeniowa. Nie sąd, niestety.

Ulga, a zarazem rozczarowanie.

Zgadza się, jego życie składało się z serii niepowodzeń.

Najgorsze jednak dopiero go czekało.

– Słucham? Co masz mi do powiedzenia?! – spytała Mamusia zaraz po tym, jak przestąpił próg ich mieszkania.

– Kocham cię – bąknął.

– Tak?

– Kocham cię bardzo.

– O czym tam szepczesz, synku?

– Mówię, że bardzo cię kocham, mamusiu.

– O, tak lepiej! Ja też cię kocham. Bo kto ma cię kochać, jak nie ja, prawda?

– Prawda.

– Dlaczego tak długo ci zeszło?! Chyba nie poznałeś jakiejś lafiryndy?!

– Długa kolejka. Nikogo nie poznałem – odparł nieskładnie, wręczając rodzicielce odebraną na poczcie przesyłkę.

Schowała ją do kieszeni podomki i wykrzywiła twarz na podobieństwo uśmiechu.

– Dobrze, daj no buziaka!

Krok, drugi, po czym z ociąganiem pocałował Mamusię w nadstawiony policzek.

– Kocham cię, synuś.

– Ja też cię kocham – powtórzył po raz setny tego dnia i milionowy w tym roku.

Podobno dzieci płacą za grzechy ojców. Pewnie coś w tym jest, choć Arturowi trudno było to sprawdzić, bo swojego ledwie pamiętał.

Mamusia zapędziła go do kuchni, przypomniała o umyciu rąk, następnie usadziła za stołem, racząc jajecznicą, jabłkiem i obraną marchewką.

Dieta cud. Przynajmniej ona tak uważała.

Później przez godzinę oglądali telewizję, aż nadeszła pora na wieczorną toaletę.

– Mamusiu, mógłbym dzisiaj sam? – spróbował, świadomy daremności prośby. – Przecież jestem już dorosły.

– Dorosły, dorosły – przedrzeźniała, dźgając go sękatym palcem w pierś.

– Mam dwadzieścia trzy lata!

– Ciii – syknęła, kładąc mu ten sam palec na ustach. – Nie kłap dziobem, synku, bo jeszcze ktoś usłyszy! Chcesz, żeby po naszym domu znowu pałętał się kurator?

Mógł się buntować, jasne. Wszak uległość to ślepa uliczka. Zdawał sobie z tego sprawę, ale nie potrafił się przeciwstawić komuś, kto go urodził, wychował, opiekował się nim w zdrowiu i chorobie.

Poczłapał do łazienki. Nie czekając na polecenie, ściągnął spodnie i przezwyciężając wstyd, wysikał się.

Gdy skończył, Mamusia zerknęła do muszli, jakby spodziewała się ujrzeć tam ósmy cud świata.

– Dawno nie robiłeś kupy! – Zmarszczyła brwi z przesadną troską. – Nie boli cię, synku, brzuszek?

Mimowolnie zerknął na brzuch. Koszula napinała się na nim na podobieństwo piłki lekarskiej. Nawet ślepy nie nazwałby go „brzuszkiem”.

– Nie, nie boli. Wczoraj się załatwiałem.

– Gdzie? – Czujność. Tak właśnie Mamusia powinna mieć na drugie. Kazimiera Czujność Porudzka.

– Na spacerze mnie przycisnęło, no i… skorzystałem z publicznej toalety.

– Źle! Niedobrze! – westchnęła z dezaprobatą. – Mam nadzieję, że wcześniej spuściłeś wodę i nie siadałeś na ustępie?

– Oczywiście, że nie. Byłem ostrożny. Tak jak mnie uczyłaś.

– Bo wiesz, czym to grozi! Można złapać jakieś grzybki albo pierwotniaki i później ciężko się wyleczyć!

Kiwnął głową na znak, że rozumie rozmiary zagrożenia.

– Wskakuj pod prysznic, trzeba zająć się higieną.

Rozebrał się i posłusznie wszedł do kabiny. Mamusia odkręciła wodę, sprawdziła temperaturę i dopiero wtedy nakierowała na niego słuchawkę prysznica.

Sterczał bez ruchu jak strach na wróble, tyle że z rękami opuszczonymi wzdłuż boków. Bezwolny, nieistotny i słaby. To nic, to nic, powtarzał sobie, najważniejsze, żeby nie utonąć, nie dać się ciemności, która czyha, by…

– Co tam znowu mamroczesz?

– Nic takiego.

Próbował wyobrażać sobie, że jest gdzie indziej. Że śmigającą po jego ciele gąbkę trzyma nie Mamusia, lecz dziewczyna z tramwaju.

Stop! Przestań o tym myśleć, bo inaczej…

– Chyba komuś się zachciewa! – Mamusia zachichotała z rozbawieniem.

Zanim zdążył zaprotestować, upuściła gąbkę i z wprawą złapała Artura za przyrodzenie. Sapnął, zamykając oczy. To nie ja tu jestem, nie ja… Albo lepiej, jestem z kimś innym. Z nieznajomą z tramwaju, z autobusu, a może z tą, która stała przede mną w kolejce do okienka pocztowego.

Kilkanaście zdecydowanych ruchów i Artur wystrzelił.

– Grzeczny chłopak, grzeczny – pochwaliła Mamusia, zmywając przyklejone do ściany nasienie. – Muszę dbać o potrzeby mojego synusia, żeby nie latał z fajfusem po mieście! Jeszcze, nie daj Boże, jakąś szmatę przywlecze!

Przełknął ślinę, starając się uspokoić oddech.

– Teraz wkładaj piżamę i zmykaj! Muszę na jutro ugotować obiad, więc mi nie przeszkadzaj!

Nie miał takiego zamiaru.

Mamusi nikt nie przeszkodzi.

Na pewno nie on.

Rozdział 2

Trzymam kawałek człowieka i nie wiem nawet, co to jest.

SZEŚĆ STÓP POD ZIEMIĄ

Za późno kładę się spać, pomyślała, z jękiem zsuwając się z łóżka. Zakaszlała, żeby pozbyć się drapania w gardle. Za dużo fajek, za mało seksu: oto cudowny los Edyty Fortuny.

Poczłapała do łazienki, gdzie uzbrojona w szczoteczkę do zębów i pastę ultra white podjęła walkę z szambem w ustach. Efekt wydawał się zadowalający, nie wątpiła jednak, że tymczasowy. Następnym etapem porannych ablucji był prysznic. Biczowanie skóry strumieniami gorącej wody można by uznać za przyjemne, gdyby nie musiała się śpieszyć. Byle jak wytarła się ręcznikiem, narzuciła na ramiona szlafrok i rozczesując włosy, mocowała się z suszarką.

Nagle urządzenie wystrzeliło snopem iskier. Z okrzykiem przestrachu rzuciła je na podłogę. Otworzyła drzwi łazienki, żeby nie udusić się w smrodzie palonego plastiku, schyliła się i podniosła kupiony w chińskim markecie bubel. Położyła go na umywalce. Pociągnęła nosem, skrzywiła się, po czym nieopatrznie zerknęła w lustro. Opuchnięta twarz aż prosiła się o więcej snu.

Chyba po to, żeby ją dobić, przez ścianę przeniknęły smętne dźwięki skrzypiec.

Westchnęła, rozmasowując skronie. Gdyby wcześniej wiedziała, że po sąsiedzku wprowadzi się rodzina z córką uczęszczającą do szkoły muzycznej, nie kupiłaby tego mieszkania. Wolałaby przepić oszczędności i zadekować się w kanałach ciepłowniczych. A tak został jej kredyt do spłacenia i nadzieja, że Stwórca wreszcie wysłucha modlitw o to, żeby uzdolniona nastolatka gdzieś się przeniosła. Najlepiej na inny kontynent.

Fortuna wróciła do sypialni ozdobionej reprodukcją Pocałunku Tamary Łempickiej, przysiadła na skotłowanej pościeli, po czym popatrzyła na budzik.

– Co za kosmos! – jęknęła, widząc, że za niespełna trzy kwadranse powinna zameldować się na Mogilskiej sto dziewięć.

Obowiązek zaczynania pracy o określonej godzinie uważała za relikt systemu ucisku, co nie zmieniało faktu, że wymagając tego od innych, musiała wymagać i od siebie. Zresztą system skrzętnie notował spóźnienia. Jeśli ktoś podpadł szefostwu, najłatwiej było przypierdolić mu właśnie za to. Na początek, ma się rozumieć.

Edyta nie lubiła się podkładać. Zwłaszcza że sprawa Szpikulca – dosłownie i w przenośni – utkwiła w martwym punkcie.

***

Martwy punkt okazał się znacznie bardziej martwy, niż sądziła, bo w połowie drogi do komendy dostała telefon o znalezieniu kolejnej ofiary Kuby.

Zanim dotarła do swojego gabinetu, skrzyknęła całą grupę, łącznie z powracającym z urlopu Wierzbickim, któremu kazała pojechać wprost na trupa.

Żeby było śmieszniej, znalazł go ksiądz, starający się wybudować kościół na obrzeżach Ruczaju. Jak dotąd zdołał jedynie postawić tam barak, pełniący rolę prowizorycznej świątyni. Właśnie za nim natknął się na zaszlachtowaną kobietę.

Po drodze nie włączali bomb, żeby nie robić afery. Poza tym nie było sensu się śpieszyć. Z relacji mundurowych, którzy sprawdzili zgłoszenie, wynikało, że trup jest stuprocentowym trupem i o własnych siłach z pewnością nigdzie się nie przemieści.

Aleją Pokoju i Dietla pocięli na Kapelankę, później Grota-Roweckiego dotarli do Bobrzyńskiego. Okolice Ruczaju nigdy nie należały do urokliwych. Wielka płyta, te rzeczy. Ciągłe wbijanie w krajobraz kolejnych betonowych klinów też mu się nie przysłużyło. Na szczęście nie przyjechali na wycieczkę krajoznawczą. Ominęli przypominającą rozdeptaną puszkę bibliotekę Akademii Papieskiej i jakieś sto metrów dalej zaparkowali na placyku, za którym zaczynał się teren przykościelny. Sam kościółek, ze stojącym obok trzymetrowym krzyżem, mógłby śmiało stanowić element filmu o kolonizacji Dzikiego Zachodu – zgrzebna tymczasowość aż biła po oczach. Tablica przymocowana do bramy informowała, że mają przed sobą kaplicę Świętego Jana Pawła II. Pod „Św.” widniał zamalowany kwadrat, świadczący, że tablica jest starsza od świętości papieża.

Po lewej mieścił się ogrodzony dwumetrowym parkanem skup złomu, po prawej rozciągało się gruzowisko. Mało budujące otoczenie.

Jeden z mundurowych zaprowadził ich pod tylną ścianę budynku, gdzie czekał na nich Krzysiek Maciej, ich ulubiony technik kryminalistyczny, bezbożnie modlący się nad ofiarą.

Ktoś… Cholera, ktoś przerobił ją na podroby z taką łatwością, jakby nie była człowiekiem, tylko bułką maślaną. W rzeczywistości coś takiego wymagałoby zbyt wiele pracy, by ktokolwiek przy zdrowych zmysłach zdecydował się na zajmowanie się tym upiornym dziełem na świeżym powietrzu, gdzie mógłby nakryć go byle biegacz czy wścibski ochroniarz.

Tak przynajmniej stwierdził Krzysiek Maciej. Fortuna zgadzała się z nim, szczególnie że śladowa ilość krwi potwierdzała tę teorię.

Kobieta została rozczłonkowana, co z pewnością ułatwiało transport zwłok. Sprawcy nie dałoby się jednak określić mianem lenia, bo dla odmiany zadał sobie sporo trudu, żeby ułożyć kawałki ciała wedle przemyślanej koncepcji. Tułów leżał przodem do ziemi, zaś ręce i nogi zamieniono miejscami, tworząc oryginalny, chociaż kompletnie niezrozumiały kolaż. Wszystko to zostało przyozdobione czymś w rodzaju aureoli ze śmieci, otaczających postać nieszczęsnej dziewczyny.

Tytus, któremu dowcip wyostrzał się wraz z wiekiem, nie potrafił powstrzymać się od komentarza:

– Z przodu plecy, z tyłu plecy, Pan Bóg…

– Nie bluźnij, synu! – przerwał mu baryłkowaty facet po czterdziestce, który wytoczył się właśnie zza lśniącego opalenizną Wierzbickiego.

– Kim pan jest? – zjeżył się Marchwica, zdenerwowany tym bardziej, że dostał opieprz od kogoś podobnego mu posturą.

– Franciszek Brzuszka, proboszcz. Dzwoniłem do państwa.

– Komisarz Edyta Fortuna. – Podeszła do księdza z wyciągniętą na powitanie ręką. – Jestem przewodniczką tego stada.

– Wiedzą państwo, kto… Kto zbezcześcił to święte miejsce?

Słysząc pytanie, Fortuna zagryzła wargę, żeby nie parsknąć śmiechem. W końcu w tak popieprzonej sprawie lepiej mieć sprzymierzeńców niż wrogów.

– Nie – pokręciła głową przecząco – ale dołożymy wszelkich starań, żeby go złapać. Możemy gdzieś spokojnie z ojcem porozmawiać?

– Tak, oczywiście – zmitygował się proboszcz. – Zapraszam do kancelarii.

Wejście do kanciapy, szumnie nazywanej kancelarią, znajdowało się z tyłu szopy. Przy trupie został mundurowy, Kosturek i naburmuszony Marchwica, który demonstracyjnie zapalił papierosa. Za Edytą podążyli przez nikogo nieproszeni Wierzbicki z technikiem.

W przedpokoju woniało kurzem typowym dla rzadko wietrzonych pomieszczeń. Samo biuro także nie spełniało standardów klasy A. Ot, kanciapa, w której raptem mieściły się trzy krzesła, biurko i przeszklona szafka. Brzuszka z niezwykłą przy jego gabarytach werwą przyniósł skądś taboret i dopiero wtedy wszyscy mogli usiąść.

– Kawy, herbaty? Może kieliszek czegoś mocniejszego? – spytał, w pełni wchodząc w rolę gospodarza.

– A co ksiądz ma? – ożywił się Kogucik, machinalnie wodząc palcami po sztywnej od żelu fryzurze.

– Może być koniaczek?

– To ja też poproszę – wyszczerzył się radośnie Krzysiek Maciej.

Edyta spiorunowała go wzrokiem, czym niespecjalnie się przejął.

– No co? – obruszył się z miną obrażonego niewiniątka. – Seteczka jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

Brzuszka musiał ukończyć kurs barmański. Kieliszki pojawiły się w błyskawicznym tempie. Technik ujął swój niemal z czułością, powąchał i wychylił.

– Dobry koniaczek, dobry – pochwalił. – Można dostać repetę?

Fortuna wywróciła oczami, ale nie odezwała się. Szczerze mówiąc, ona też chętnie golnęłaby sobie kielona, tyle że nie wypadało. Z racji pełnionej funkcji.

– Proszę księdza – zwróciła się do Brzuszki – kiedy ksiądz odprawia ostatnią niedzielną mszę?

– O dziewiętnastej.

– Więc o której ksiądz stąd wychodzi?

– Różnie. Zwykle kwadrans po dwudziestej. Wczoraj…

– Tak?

– Wczoraj trochę zmitrężyłem, bo miałem pilną papierkową robotę, więc wyszedłem o dwudziestej pierwszej.

– Rozumiem, że nie zauważył ksiądz niczego podejrzanego?

– Absolutnie! Na pewno tego tu jeszcze nie było.

– Czy przy kościele macie jakiś monitoring?

– Niestety nie.

Tyle w temacie. Dupa znaczy.

– Zaraz. – Ksiądz zmarszczył czoło w głębokim namyśle. – Tu obok mieli niedawno włamanie.

– Obok?

– W skupie złomu. Nie jestem pewien, ale zdaje się, że zainstalowali kamerę.

– Świetnie. – Edyta wygładziła spodnie na udach, po czym wstała, dając tym samym znak pozostałym policjantom, że impreza na krzywy ryj właśnie dobiegła końca. – Będziemy przez kilka godzin wykonywali czynności śledcze, więc prosiłabym, żeby ojciec pozostał w kościele w razie czego.

– Oczywiście, tylko…

– Jakiś problem?

– O piętnastej trzydzieści mam się stawić w kurii.

– Do tego czasu na pewno skończymy – zapewniła Fortuna. – Proszę się nie martwić.

Kiedy wyszli z kancelarii, Edyta wskazała na Marchwicę.

– No, gościu, walnąłeś już w płuco, to łap się za papiery i pisz protokół oględzin. – Ja? – Tytus wzdrygnął się, patrząc na dziewczynę otoczoną stertą śmieci. – Znowu trzeba będzie wszystko zbierać i opisywać?

– Znowu – potwierdziła Fortuna. Z ledwie maskowaną ulgą, wynikającą z tego, że tym razem ta niewdzięczna robota przypadnie w udziale komuś innemu.

– Kuźwa, jakbym chciał być śmieciarzem, zatrudniłbym się w MPO.

– Nic straconego, zawsze możesz się przebranżowić – przyciął mu technik.

– Dobra, wystarczy. – Fortuna przerwała rodzącą się kłótnię. – Zabierajcie się za robotę, nie płacą nam za pitolenie o pogodzie.

– A ja? – chciał wiedzieć Kosturek. – Co mam robić?

– Śmigaj do tamtego skupu i namierz właściciela. Podobno mają monitoring. A ty – zwróciła się do Wierzbickiego – idziesz ze mną. Rozejrzymy się trochę.

Wzięła ze sobą sierżanta nie dlatego, że uważała go za wartościowego pomocnika. Po prostu zabójca wciąż mógł czaić się gdzieś w pobliżu. Ona zaś nie miała najmniejszej ochoty stać się jedną z atrakcji festiwalu makabry.

Wracając do Wierzbickiego: wyglądał tak, jakby spędził urlop na siłowni, gdzie wypracował imponującą muskulaturę, czego niestety nie dało się powiedzieć o jego umiejętnościach dedukcyjnych.

Prężąc muskuły, poczłapał za szefową w stronę rozciągającej się za ogrodzeniem łąki. Czy raczej nieużytków, bo wkrótce musieli przedzierać się przez sięgające pasa chwasty.

Edyta zatrzymała się, kiedy dotarli do niewielkiego pagórka, dając znak, żeby sierżant nie podchodził bliżej. Następnie zaczęła obracać się powoli wokół swej osi, nie skupiając wzroku na niczym konkretnym. Z nadzieją, że jej podświadomość wyłowi coś, co nie będzie pasowało do otoczenia. Tym czymś okazała się linia wygniecionej trawy, ziół i chwastów, sugerująca niedwuznacznie, że ktoś przebijał się łąkami do kaplicy od pętli Czerwone Maki.

Pani komisarz czytała, że na tych terenach występuje zagrożony wyginięciem modraszek telejus. Ta wiedza na nic nie mogła się teraz przydać, lecz wdrukowała się do jej pamięci, gdy przed laty prowadziła sprawę z ustawy o ochronie przyrody.

– I co? – spytał z napięciem w głosie Kogucik. – Coś ciekawego pani zauważyła?

– Ktoś tam szedł.

– To jak robimy? Mam się tam udać?

Udać? Edyta westchnęła z rozbawieniem. Królewicz się znalazł! Z żelem we włosach i miodem w uszach.

– Wracamy. Przedzwonię do dyżurnego po pieska i jeszcze jednego technika z kamerą, żeby nam wszystko ładnie nakręcił. Ty, z łaski swojej, obejdź okolicę i zdobądź namiary na ochroniarzy, którzy pracowali dziś w nocy.

– W sensie, że z wczoraj na dziś?

– Dokładnie: w sensie.

***

Fortuna omiotła wzrokiem śmieci rozsypane wokół ciała, kątem oka wyłapując jakiś ruch od strony bramy. To nadciągał, w całej swej potędze i wątpliwym majestacie, prokurator Piotr Niedzielski.

– Uwaga, zbliża się prorok – burknęła ostrzegawczo, przygotowując mięśnie twarzy do wymuszonych okolicznościami grymasów, i ruszyła mu na spotkanie.

– Dzień dobry. – Zaprezentowała pierwszy z quasi-uśmiechów.

Niedzielski skrzywił się, odchrząknął, przełknął i skrzywił się ponownie.

– Średnio dobry, raczej gówniany. Nie lubię poniedziałków.

– Nikt nie lubi.

– Znamy tożsamość ofiary?

– Tak. Za życia nazywała się Ilona Bogusławska. – Edyta odczytała nazwisko z prawa jazdy opakowanego w przezroczystą kopertę na dowody rzeczowe, po czym dodała wyjaśniająco: – Sprawdziliśmy, notowana.

– To, co myślę?

– Zgadza się, kolejna galerianka. Nazwisko bogobojne, profesja niekoniecznie.

– Galerianka czy cichodajka, jeden chuj – podsumował prokurator. – Dziwka pozostanie dziwką, niezależnie od tego, jak się ją nazywa.

– Proszę nie dzielić się tym spostrzeżeniem z dziennikarzami.

– No pewnie. Zamówiliście pieska?

– Powinien dotrzeć do kwadransa. Może podejmie trop, choć nie liczyłabym na zbyt wiele.

– Ja też nie. – Westchnął z rozgoryczeniem. – Chodźmy zobaczyć ciało.

Bogusławska, nie dość, że zmieniona w mięsne puzzle, była sztywna jak kłoda. Mimo to technik wyciągnął z walizki elektroniczny termometr.

– Ile? – spytał po chwili Niedzielski, chyba wyłącznie po to, żeby zaznaczyć swoją obecność.

– Mało – odparł Krzysiek Maciej. – Zgon nastąpił przynajmniej dwadzieścia cztery godziny temu.

– Znowu Kuba?

– Najwyraźniej. – Edyta kucnąwszy, podniosła skrawek okrywającej ciało folii i pokazała sygnaturę Szpikulca. – Choć odkąd w szmatławcach opublikowano zdjęcia poprzednich ofiar, niczego nie można być pewnym.

– Fakt – potwierdził technik. – Taką zetkę nawet dziecko dałoby radę wyciąć.

– Co za syfiasta robota. – Niedzielski ścisnął palcami nasadę nosa, jakby liczył, że tym cudownym sposobem wymaże zarówno ćmiący pod sklepieniem czaszki ból, jak i cały beznadziejny poranek. Nie udało się, więc marudził dalej: – Robię się za stary na takie akcje. Kurwa, chyba pora na emeryturę.

Edyta nie odezwała się, choć była podobnego zdania.

W tym samym momencie przyjechał psiarczyk z pieskiem i dodatkowy technik z kamerą. Psiarczyk miał minę smętnego skurwysyna, któremu ktoś zasypał solą poranioną duszę, za to technik aż jaśniał optymizmem. Powody zadowolenia stały się zrozumiałe, gdy uraczył ich swoją mową powitalną.

– Cześć i czołem wszystkim! Za tydzień wypierdalam z tej poronionej firmy! – Sięgnął do kieszeni dżinsowej kurtki i zabrał się do rozdawania wizytówek. – Ruszam z własną działalnością – wyjaśnił z szerokim uśmiechem. – Filmuję wesela, komunie, pogrzeby. Co dusza zapragnie!

– Winszuję! – rzuciła nie całkiem szczerze Fortuna, by dodać, już zwracając się do Niedzielskiego: – Zostawiam panu tego mistrza kamery, żeby udokumentował przebieg oględzin. Ja z tym oto wesołkiem – wskazała skwaszonego psiarczyka – zobaczymy, gdzie doprowadzi nas piesek.

Prokurator machnął ręką na znak, że się zgadza, i wszyscy odsunęli się, żeby nie przeszkadzać K-9 w wykonywaniu czynności służbowych.

Piesek obwąchał trupa i potruchtał za kaplicę, docierając do miejsca, w którym przecięto śruby mocujące blachę do słupka ogrodzeniowego. Wystarczyło odgiąć arkusz blachy, żeby bez problemu przejść na drugą stronę ogrodzenia.

Tam znaleźli porzucony przez zabójcę przecinak.

Psiarczyk spojrzał pytająco na Edytę.

– Lecimy – zdecydowała. – Później zajmiemy się tym żelastwem.

Niestety to „później” nastąpiło szybciej, niż się spodziewali. Pies, początkowo prowadzący ich świeżo wydeptaną ścieżką, niespodziewanie wyrwał w bok, płosząc kuropatwę. Zaszczekał, z żalem żegnając odlatującego ptaka. Na tym skończyła się jego gotowość do pracy.

Czy Fortunie tylko się wydawało, czy rzeczywiście usta psiarczyka wykrzywił uśmieszek złośliwej satysfakcji?

***

– Kto pyta, nie błądzi – odparł łysol ze skupu złomu, gdy Edyta zadała mu pytanie o monitoring. – Kazałem zamontować trzy dni temu, po tym, jak jakieś skurwiałe pajace włamały mi się do biura i podpieprzyły kasetkę z bilonem.

– Chętnie obejrzę.

– Kasetkę?

– Monitoring.

– Ehe, no pewnie. – I po nieco wstydliwej pauzie: – Wie pani, pracowałem kiedyś w komendzie miejskiej na Siemiradzkiego. Byłem dochodzeniowcem, teraz przeszedłem na swoje. Lepsza kasa, sam sobie jestem szefem.

– Jasne. – Edyta kiwnęła głową, starając się nie okazywać wątpliwości. – Wielu tak robi.

Zasiedli przed starym, dwudziestoczterocalowym telewizorem i zaczęli przewijać na przyśpieszeniu nagranie z ostatniej nocki. Przez dłuższy czas gapili się w szary mrok, aż wreszcie coś błysnęło w ciemnościach. To wzbudziła się czujka ruchu sprzężona z halogenową lampą zamontowaną pod dachem skupu. Fortuna kazała łysolowi wcisnąć pauzę i postukała palcem w ekran. Noc powoli ustępowała porankowi, ukazując niewyraźne sylwetki trzech mężczyzn z plecakami na ramionach.

– Co to za jedni?

– Trzej wędrowcy? – nieudolnie zażartował Kosturek.

Fortuna zignorowała jego kretyńską nawijkę.

– O której to było?

Łysol sprawdził coś na clipboardzie.

– Szesnaście minut po trzeciej.

– Niezła pora, nie ma co – parsknął aspirant. – Akurat na trening przed wyprawą w Himalaje.

Edyta nie podzielała jego beztroski:

– Skoncentruj się, dobra? Ustal namiary do tych informatyków z Katowic, którzy zajmowali się sprawą Żabki. Niech zabezpieczą materiał i spróbują oczyścić go na tyle, żeby dało się zidentyfikować tych kolesi. Ale migiem, migusiem.

– Aż z Katowic? – zdziwił się Kosturek, nerwowo przełykając ślinę. – Zanim dojadą…

– Jak będzie trzeba, to poczekamy. Oni przynajmniej nic nie spieprzą – warknęła. – Nie jak te patałachy z kryminalnego, co to resetują system, zamiast zgrywać dane.

***

Oględziny i penetracja terenu nie przyniosły niczego ciekawego, poza porzuconym przez sprawcę – czy też sprawców – przecinakiem.

Cudów nie ma, pomyślała Fortuna. Choć czasami by się przydały.

Rozdział 3

Odznaka nic tu nie znaczy.

BANSHEE

Tytus siedział zgarbiony nad swoim biurkiem. Papiery, zszywacz i inne śmieci rozepchnął na boki, zaś na oczyszczonym terenie umieścił pojemnik z bigosem. Widok nie należał do przyjemnych, gdyż w trakcie konsumpcji sierżant siorbał i mlaskał, a brodę, przód koszuli i spodnie znaczyło mu coraz więcej czerwonych kropek.

Amator legendarnego „bidżosa”, od dekady serwowanego przez bar komendy, nadal był gruby. Choć kilka miesięcy wcześniej zafundował sobie plastykę żołądka, schudł raptem dwanaście kilo, co przy jego gabarytach niewiele zmieniało. Zwłaszcza że zaraz po skończeniu rekonwalescencji zabrał się do wcinania drożdżówek i cukierków.

– Te słodycze kiedyś cię zabiją – ostrzegł kolegę Zdzisław, z chorą fascynacją patrząc na sierżanta, który nie wiadomo skąd wygrzebał garść tiktaków i wrzucił do ust.

– Weź nie pierdol. Rzuć fajki, to pogadamy. – Sierżant otarł usta wierzchem dłoni, czknął, po czym chwycił stojący przed nim kubek kawy i upił łyk.

– Jasne. Opowiadałem ci już o tych dzielnicowych z Nowej Huty, co hodowali piranie? – Tytus kiwnął twierdząco głową, jednak aspirant, udając, że tego nie zauważył, kontynuował: – Normalnie karmili je mięsem, takim ścierwem byle jakim, ale raz w miesiącu urządzali coś, co nazywali Złotą Biesiadą. Do akwarium wrzucali złote rybki i obstawiali, która z piranii więcej ich upoluje…

– Pojeby.

– …aż w końcu jakiemuś świeżakowi dla zgrywy chcieli rękę tam wepchnąć. Jeden trzymał młodziaka, drugi wpychał i darł się: „Sezon na leszcza! Sezon na leszcza!”.

– I co? Upierdoliły mu tę łapę? – zainteresował się Tytus.

– Nic nie upierdoliły, bo synek się wyrwał i poleciał ze skargą do komendanta. Sekretarka nie zdążyła go złapać i komendant usłyszał, że ma na komendzie piranie. Najpierw się uśmiał, potem kazał zlikwidować hodowlę.

– Wywalili? – chciał wiedzieć sierżant.

– Kogo? Piranie czy tych dzielnicowych?

– Co mnie nowohuccy obchodzą? Pytam, czy piranie wywalili.

– Ano wywalili. Popłynęły do Wisły przez kibel. Żal rybek.

Zapadła chwila pełnej zadumy ciszy.

– Słyszeliście o tej cizi z inwestycji? – Krzysiek skorzystał z okazji, by włączyć się do rozmowy.

– Której? – Tytus zacmokał i wypluł na podłogę nitkę kapusty.

– Tej blondi z dużymi cycami.

– Niezła jest – rozmarzył się Zdzisław.

– Gdybyś walnął ją w łeb, toby kilo szpachli odpadło. – Zarechotał sierżant. – No, i co z nią?

– Podobno przed wstąpieniem do firmy grała w pornolach.

– W niemieckich?

– To są inne? – zdziwił się Zdzisław. – Kto ci tych pierdół o dziewczynie naopowiadał?

– Wiecie, jak najlepiej zrobić karierę w policji? – Tytus miał dość Krzyśkowej opowieści i po raz kolejny zmienił temat. – Trzeba być „e” i „de”.

– Elastycznym i dyspozycyjnym? – zgadywał Zdzisław, któremu tego dnia wyjątkowo dopisywał humor.

– Nie, eunuchem i dupowłazem. – Sierżant podrapał się po karku. – Czy mi się wydaje, czy szefowa, oby wiecznie nam panowała, ciśnie bardziej od Serialowego?

– Czegoś się spodziewał? – zdziwił się Zdzisław. – Brakuje jej bolca, to ciśnie.

– Wnerwia mnie.

– Pocieszyć cię?

– Pociesz.

– Mnie też.

Na biurku zadzwonił telefon. Tytus z cierpiętniczą miną sięgnął po słuchawkę.

– Marchwica, słucham. – Wykrzywił się do Zdzisława i Krzyśka. – Odprawa? Oczywiście, idziemy.

Odłożył słuchawkę, przywołał Krzyśka machnięciem ręki i wręczył mu pudełko po bigosie.

– Wyrzuć to po drodze, młody, bo śmierdzi.

– A ty nie możesz? – obruszył się Wierzbicki.

– Muszę jeszcze chwilę posiedzieć, żeby mi się uleżało.

***

Edyta Fortuna potrząsnęła głową, by pozbyć się piasku spod powiek. Bez efektu. Powstrzymała ziewanie, z desperacją tonącego dopijając resztę kawy.

– Jak widzicie, wreszcie wzmocniono nasz zespół… Witamy na pokładzie podkomisarz Ingę Chajec z komendy miejskiej, która zastąpi Magdalenę Majcher. – Wskazała siedzącą po prawicy atrakcyjną, ba, wręcz wymuskaną trzydziestolatkę. – Nie żyjemy na pustyni, więc możliwe, że ją znacie.

– No – zdawkowo potwierdził Tytus. Być może miał na myśli to, co było tajemnicą poliszynela: że Inga Chajec awansowała w tempie ekspresowym nie tyle ze względu na swoje oddanie służbie, co jednemu z prokuratorów okręgowych.

– Tak czy siak, w ogniu walki szybko się poznamy. – Znów spojrzała na nową. – Inga, opowiedz trochę o sobie.

– Pracuję od jedenastu lat. – Chajec zamilkła na moment, jakby liczyła na deszcz oklasków. Nie dostała nawet mżawki. – Trochę w konwojówce, później w dochodzeniówce w Miechowie, ostatnio w kryminalnym na mieście. Sama zgłosiłam się do pracy u was, bo przydałoby się w końcu złapać i zapuszkować tego szajbusa, żeby nigdy więcej…

– Przydałoby się, fakt – potwierdziła Edyta, uniesieniem ręki przerywając tyradę podkomendnej. – Co do mnie, szefuję zespołowi od niedawna, odkąd… Nieważne. Należałam też do pierwszego zespołu dedykowanego Szpikulcowi. Można powiedzieć, że zjadłam na nim zęby. Na szczęście trochę mi ich jeszcze zostało – uśmiechnęła się blado – więc wierzę, że jednak dopadniemy skurwysyna.

Po kwadransie, gdy pozostali członkowie zespołu przestali przechwalać się swoimi rzeczywistymi i wyimaginowanymi dokonaniami, Edyta rozdzieliła robotę. Kogucik miał przesłuchać znajomych i sąsiadów ostatniej ofiary, zaś Tytus ze Zdzichem skupić się na członkach jej rodziny mieszkających w Nikiszowcu.

– Gdzie?

– To taka dzielnica Katowic, w całości zbudowana z cegieł.

– Czerwony jak cegła, zziajany… – zaintonował Wierzbicki, okropnie fałszując.

Fortuna spojrzała na niego bez uśmiechu, więc urwał w pół frazy.

– A ja? – spytała Inga Chajec, najwyraźniej w obawie, że zostanie pominięta.

– Na początek przejrzyj materiały i sprawdź notowania wszystkich, którzy się w nich przewijali.

– Nie sprawdzano ich wcześniej?

– Pewnie, że sprawdzano. Może wywinęli coś już po dacie sprawdzenia. Jakbyś nie zauważyła, ta sprawa ciągnie się od lat.

– Racja.

– Jakieś pytania? Nie słyszę. Więc do roboty. Sio! Niech komendant widzi, że jest ruch w interesie!

Mogłoby się wydawać, że podwładni, wychodząc z jej gabinetu, wyssali z Edyty resztę energii. Kiedy została sama, poczuła spływające na nią zmęczenie, do którego prawie od razu dołączyła samotność. Znacznie gorsza, bo tej nie da się odespać.

***

Ledwie dotarli pod pierwszy z adresów na liście, Marchwica ruszył na żer, czyli na poszukiwanie drożdżówek.

– Niedługo wrócę – obiecał koledze i tyle go widzieli.

Kosturkowi nie chciało się bezczynnie czekać, więc też wysiadł z auta i wszedł do klatki schodowej familoka. Odnalazł mieszkanie wujka zamordowanej, z przyzwyczajenia nasłuchiwał przez kilka sekund i dopiero wtedy nacisnął guzik dzwonka. Nie przyniosło to żadnego efektu, więc zapukał.

Po chwili rozległo się szuranie i drzwi się otworzyły, ukazując faceta, którego z pewnością nie dałoby się nazwać przystojnym. Jego twarz wydawała się funkcjonować na dwóch różnych poziomach. Prawa połowa wyglądała całkiem normalnie, natomiast lewa zwisała przesunięta o jakiś centymetr w dół. Można by pomyśleć, że ktoś złapał za policzek gościa, szarpnął i tak już zostało.

Aspirant przyzwyczaił się do tego, że w robocie spotyka różnych oryginałów, ten jednak wzbudził jego ciekawość.

– Dzień dobry, aspirant Zdzisław Kosturek. – Machnął legitymacją, jakby odganiał natrętną muchę, po czym schował ją do kieszeni. – Pan Grzegorz Rypski?

– Rybski jak ryba – uściślił mężczyzna o zaskakująco miękkim, przyjemnym dla ucha tembrze głosu. – Nie Rypski jak rypanie.

– Co panu się stało? – Aspirant nie zdołał się powstrzymać. – Wypadek?

– Zgadł pan. Lata temu, więc zdążyłem się przyzwyczaić. – W oczach dwupoziomowca błysnęła iskra zniecierpliwienia. – Możemy przejść do rzeczy?

– Jest pan wujkiem Ilony Bogusławskiej, prawda?

– Tej smarkuli zadźganej przez Szpikulca?

– No, tak. – Kosturka zaskoczył tak kompletny brak empatii. Sam miał córkę niewiele starszą od zamordowanej dziewczyny i wydawało mu się, że właściwą reakcją na tego typu tragedię powinien być żal. Żal lub coś podobnego. Tymczasem dwupoziomowiec nie sprawiał wrażenia przejętego śmiercią bratanicy.

– Więc o co biega?

– Czy przypadkiem nie słyszał pan…

– Ani przypadkiem, ani nie przypadkiem. Poza tym Ilonka dostała to, na co zasługiwała. Była dziwką, więc skończyła marnie. Finito, cześć pieśni.

Zdzisław zacisnął szczęki, policzył w duchu do pięciu i dopiero wtedy odezwał się z chłodnym profesjonalizmem:

– Rozumiem. Mimo wszystko zapraszam do komendy wojewódzkiej. Tu ma pan wezwanie.

– Do Krakowa? – upewnił się wredny wujo. – Nie da się tego załatwić teraz, u mnie?

– Niestety. – Kosturek poklepał teczkę, w której trzymał komplet protokołów na wszelkie możliwe okazje. – Nie mam przy sobie protokołu przesłuchania świadka. Cóż, przejedzie się pan, odświeży, może coś sobie przypomni.

Kiedy aspirant wrócił do radiowozu, okazało się, że Tytusowi też słabo poszło. Owszem, po intensywnych poszukiwaniach znalazł sklep spożywczy, ale wszystkie drożdżówki zostały już wykupione i musiał zadowolić się wczorajszymi pączkami. A wiadomo, że od wczorajszych pączków gorszy jest tylko jutrzejszy kac.

Rozdział 4

Osobę, która wymyśliła zwrot „żyli długo i szczęśliwie”, powinno się kopnąć w dupę tak mocno…

CHIRURDZY

Jeżdżenie tramwajami zawsze sprawiało Arturowi mnóstwo frajdy. Gdy chodził do przedszkola, przynajmniej raz w miesiącu urządzali sobie z ojcem coś, co nazywali wycieczkami tramwajowymi. Szlajali się od rana do wieczora, zwiedzając miasto wszerz i wzdłuż. Z nosami przyklejonymi do szyb wagonów podziwiali rozświetlone neonami witryny, robiąc przystanki na kupienie emenemsów, lodów czy innych słodkości.

Sielanka trwała, dopóki starzy się nie rozwiedli.

Dopiero wtedy przekonał się, jacy byli naprawdę. Ojciec, obrażony na matkę za jej decyzję o rozstaniu, z dnia na dzień zaprzestał kontaktów z obojgiem. Natomiast matka, której nie powstrzymywały już żadne hamulce, zapragnęła wszystkiego, w tym ciała i duszy swego syna. Przebywanie pod jej pieczą równało się osadzeniu w areszcie domowym, co ograniczyło jego rozrywki do spiraconych gierek i buszowania w sieci.

Większość czasu spędzał w swoim pokoju. Za zamkniętymi drzwiami i szczelnie zasuniętymi zasłonami. W bezpiecznym kokonie matczynej miłości.

Wraz z końcem podstawówki bez żalu pożegnał się z kolegami, których nie cierpiał z wzajemnością. Pełen dobrych chęci przekroczył progi technikum mechanicznego. Żadne tam cuda bajery, ale w doradztwie zawodowym usłyszał, że to najpewniejszy sposób, żeby zostać motorniczym. Skończył z wyróżnieniem. I co? Przepadł w procesie rekrutacji. Nie raz, nie dwa. Próbował do upadłego, wciąż składając kolejne komplety dokumentów, aż wreszcie kadrowa ulitowała się i oświeciła go w kwestii jego zerowych szans na tę robotę. Bez wujka, ciotki czy rodziców pracujących w MPK wcześniej doczeka się Oscara niż angażu.

Rozpłakał się wtedy. Oczywiście dopiero po wyjściu z biura, na ulicy. Co nie zmieniało faktu, że nigdy wcześniej nie czuł się tak upokorzony.

Zatrzaśnięto mu przed nosem drzwi do wolności. Bo jak miał uwolnić się od Mamusi, skoro wciąż pozostawał na jej utrzymaniu?

Siłą rzeczy w Arturze narastała złość. Ta zaś, jak każda pierwotna siła, musiała znaleźć ujście.

***

Przycupnął na ławce Stanisława Lema. Czy to ze względu na szacunek dla autora, czy też z innych powodów, była w mniejszym stopniu upstrzona łajnem od pozostałych. Wyjął z reklamówki świeży chleb, bez pośpiechu rozdzierał go na kawałki i rzucał gołębiom. Wyczuwały pożywienie ze wzbudzającą podziw szybkością. Owszem, nie grzeszyły urodą, za to cechował je ten szczery strach przed głodem, który większość ludzi zdążyła stracić.

Potrząsnął głową i machnięciem ręki odgonił fruwacza próbującego zająć jego miejsce. Tak, to jego miejsce, niczyje inne. Mógł tu siedzieć, obserwować toczące się po zdezelowanych torach tramwaje i planować następne posunięcia w zbliżającej się rozgrywce.

***

Arturowi śniło się, że z nieba zamiast płatków śniegu spadają pióra, które same z siebie nasiąkają krwią. Każdy, kogo dotknęło takie pióro, rozsypywał się w popiół.

Po przebudzeniu nie miał wątpliwości, że sen zesłał na niego anioł stróż. Dawał mu w ten sposób sygnał, że najwyższa pora zabrać się do roboty.

Kim był, by sprzeciwiać się najdoskonalszej z istot stworzonych?

Rozdział 5

W ciemności mi lepiej.

NA GRANICY CIENIA

Miasto oglądane z pewnej odległości wcale nie prezentowało się okazale. Ot, trochę porozrzucanych tu i ówdzie lampek choinkowych, których blask ledwie przebijał się przez wieczorną mgłę spowijającą okolicę. Tak czy inaczej, Michał nie był w nastroju do podziwiania widoków.

Mówi się, że ciągnie wilka do lasu. Walczaka też ciągnęło, a jakże. Ta część jego natury, która czaiła się w czerni, niekiedy podnosiła łeb, żądając krwi. On jednak ignorował ją, czekając, aż podkuli ogon i znów skryje się w mroku.

Tym razem metoda zawiodła. Zew narastał i narastał, aż wreszcie Szpikulec mu uległ. Dlatego też marzł teraz na wygwizdowie, zamiast odpoczywać w domowym zaciszu.

– Dobrego gnicia – zażartował, czubkiem łopaty zsuwając do dziury grudę ziemi. Ta, jak poprzednie, spadła na burdelmamę zarządzającą największym salonem masażu w Krakowie.

Podejście systemowe, oto czego wcześniej mu brakowało. Ale koniec z tym, koniec z półśrodkami. Zrozumiał, że nie zdoła przywrócić ładu moralnego, uganiając się za każdą kurewką z osobna. Musiał uderzać w te odcinki łańcucha pokarmowego, których zniknięcie wywoła chaos w trzewiach Molocha.

Tej nocy śnił o złotych rybkach. Jego pupile przemierzały akwarium w tempie sugerującym, że są na urlopie, co nieco go zaniepokoiło, bo żadna się nie odzywała.

Czyżby czymś je obraził?

Jako zwolennik jasnego stawiania spraw, sam do nich zagaił:

– Hej, pysiaczki, wszystko gra? Mogę coś dla was zrobić?

– A coś już zrobiłeś? – warknął trybun rybek.

– No jasne – zmieszał się Walczak. – Jasne, że zrobiłem.

– Co? Wymieniłeś wodę?

– Wymie… – Nie zdążył odpowiedzieć, bo przerwał mu dźwięk budzika, tradycyjnie nastawionego na szóstą.

Ta niedokończona konwersacja ciążyła Walczakowi przez resztę dnia. Co gorsza, podskórnie czuł, że rybki faktycznie mają prawo być na niego złe.

Tylko czym im podpadł? Przecież oddał je w dobre ręce. Pod opiekę stróża prawa, uczciwego i godnego zaufania policjanta!

Westchnął ciężko, powracając do teraźniejszości i związanych z nią obowiązków. Skończył zasypywać dół, ubił niewielki pagórek czerpakiem, po czym zamaskował wszystko liśćmi i gałęziami. Odszedł kilka kroków, by krytycznym okiem ocenić efekty swojej pracy. Dół był głęboki, więc żadne zwierzę nie powinno wykopać szefowej dziwek. Szczególnie że przed złożeniem do leśnej mogiły każdy jej kawałek owinął siedmioma – na szczęście! – warstwami folii.

Czy siedem rzeczywiście wystarczy? Może powinien zrobić osiem warstw? Albo dziewięć? Cholera, życie nie składa się z jednorazowych dylematów. Jedna decyzja pociąga za sobą konieczność podjęcia kolejnej. Trudno, zdecydował się na siedem, więc tej wersji będzie się trzymał.

W myślach podziękował Stwórcy za bezwarunkową miłość i wsparcie, a przede wszystkim za to, że w porę pozwolił mu zrozumieć, że duma wiedzie na manowce.

Spojrzał raz jeszcze na bezimienny grób.

Perfekcja. Perfekcja w każdym calu.

Redaktor prowadzący: Alicja Oczko

Opracowanie redakcyjne: Elżbieta Derelkowska

Korekta: Sylwia Kozak-Śmiech

© 2020 by Kazimierz Kyrcz

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa, 2020

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

HarperCollins jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Projekt okładki: Karolina Michałowska

Zdjęcie na okładce: Mariusz Filipowicz

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN: 9788327646903