Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
232 osoby interesują się tą książką
Camila, studentka weterynarii, od zawsze marzyła o własnym koniu. Gdy wreszcie udaje jej się spełnić to pragnienie, szybko odkrywa, że jego cena znacznie przekracza kwotę, którą zapłaciła za nowego przyjaciela.
Aby spłacić zaciągnięty dług, dziewczyna musi znaleźć dobrze płatną pracę. Za namową przyjaciółki postanawia zatrudnić się w lokalu należącym do charyzmatycznego Samuela. Dopiero na miejscu odkrywa, że nie jest to bar, jak przypuszczała, lecz klub ze striptizem.
Czy Camila zdecyduje się przyjąć posadę striptizerki? Co połączy ją z Samuelem? Kim naprawdę są ludzie, którzy nieustannie ją nękają, i czego od niej chcą? Jakich wyborów będzie musiała dokonać, by ochronić siebie i tych, na których jej zależy?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 268
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
KIEDYŚ
Camila
Pierwsze lekcje jazdy konnej oznaczały mnóstwo zakwasów, otarć, kilka upadków i momentów, w których serce biło mi szybciej, gdy podczas ćwiczeń traciłam równowagę. Koń jest jednak zwierzęciem i może różnie reagować na stresowe sytuacje. Wystraszony potrafi odskoczyć, ponieść czy bryknąć, więc zaliczyłam jeszcze sporo upadków, zanim nauczyłam się jeździć i zgrałam z koniem na tyle, by nie przeszkadzać mu w pracy, a jednocześnie pewnie utrzymywać się w siodle przy każdym drobnym bryknięciu. Nauka kosztowała mnie dużo samozaparcia. Nie chciałam się poddawać, nawet gdy nie wszystko mi wychodziło, bo za wszelką cenę pragnęłam udowodnić sobie i rodzicom, że nauczę się jeździć. Rositę poznałam, gdy na placu jeździłam już samodzielnie, choć wciąż pod okiem trenera. Ona w tym samym czasie zaczynała naukę trudniejszych elementów. Miałyśmy wtedy po trzynaście lat. Patrząc na nią, miałam wrażenie, że czaruje konia – poruszali się w idealnej harmonii – podczas gdy ja zeszłam z Pepita w połowie jazdy, bo nie potrafiłam się z nim dogadać i zupełnie nic mi nie wychodziło. Straciłam motywację i ze łzami na policzkach opuściłam maneż. Trener wsiadł na Pepita i go skorygował, a przy okazji pokazał mi, że problem nie leży w koniu, tylko we mnie, bo nie umiałam sobie z nim poradzić. Nie można było po prostu odpuścić, żeby nie nagrodzić go za złe zachowanie zakończeniem pracy i wyjściem na pastwisko. Konie wyczuwały początkujących jeźdźców i często ich testowały. Mądre stworzenia, które nieraz zdawały się przeszywać człowieka na wskroś, jakby potrafiły wyczuć, czy ktoś ma dobre serce, czy może zrobić im krzywdę. Szkoda, że ludzie nie potrafią przy pierwszym spotkaniu równie łatwo odczytać cudzych intencji.
Schowałam się w szatni. Płakałam i użalałam się nad sobą. Byłam przekonana, że jestem beznadziejna, a rodzice mieli rację, twierdząc, że długo nie wytrzymam i porzucę konie jak wszystkie inne zajęcia, na które wcześniej uczęszczałam. Bałam się ich reakcji na dzisiejszy trening, zwłaszcza gdy trener wszystko im opowie. Wiedziałam, że będą źli. Zapłacili za jazdę z trenerem, a ja zrezygnowałam w połowie, chociaż doskonale zdawałam sobie sprawę, jak kosztowne jest to hobby. Schowałam głowę między kolanami i głośno pociągnęłam nosem.
Próbowałam się uspokoić, gdy usłyszałam kroki, ale nie mogłam przestać pociągać nosem, choć uciskałam jego nasadę. Kroki stawały się coraz głośniejsze, aż po chwili rozległ się krzyk dziewczyny i donośny huk, gdy wpadła na metalową szafkę.
– Ale mnie wystraszyłaś! – Upuściła przy tym kuferek ze szczotkami prosto na swoje stopy i skrzywiła się, podskakując w miejscu. – Nic ci nie jest? Ten frajer trener coś ci powiedział? – Pokręciłam zawzięcie głową, a dziewczyna wyjęła z szafki chusteczki i podała mi całe opakowanie. – Nie przepadam za nim. Nie ma podejścia do jeźdźców, chociaż wiedzę o koniach ma ogromną.
– Dzięki – mruknęłam, wycierając nos, gdy w końcu udało mi się wyciągnąć jedną chusteczkę trzęsącymi się rękami. Emocje wciąż we mnie buzowały, a najbardziej przytłaczało mnie rozczarowanie samą sobą.
– Jestem Rosita. – Dziewczyna kucnęła obok mnie i z uśmiechem wyciągnęła dłoń na powitanie.
– A ja Camila – odrzekłam, ściskając jej rękę i próbując odwzajemnić uśmiech pomiędzy kolejnymi pociągnięciami nosem.
Tego dnia poznałam nie tylko dziewczynę, która podzielała moją pasję, lecz także przyjaciółkę, która przez kolejne lata stała za mną murem, a nawet kryła mnie przed rodzicami, gdy nie byli zadowoleni z moich postępów w jeździe. Miała na nich dobry wpływ, dlatego chętnie zapraszali ją do naszego domu. Z czasem zaczęli traktować ją niemal jak własną córkę. Byłyśmy nierozłączne. Kilka dni po naszym poznaniu okazało się, że mieszkamy niedaleko siebie, więc spędzałyśmy razem praktycznie całe dnie, a kiedy zaczęło się studenckie życie – także noce.
Już jako dzieci wiedziałyśmy, że chcemy pracować z końmi, bo całe nasze życie kręciło się właśnie wokół nich. Wpadłyśmy więc na pomysł, żeby zostać weterynarzami. Rodzice kupili mi mieszkanie i opłacali studia, ale za wszelką cenę chciałam się usamodzielnić. Jako jedynaczka byłam ich oczkiem w głowie, a jednocześnie wymagali ode mnie naprawdę dużo. Często żałowałam, że nie jestem Rositą, która miała wyluzowanych rodziców, choć na wszystko musiała pracować znacznie ciężej ode mnie. Pochodziła z niezbyt zamożnej rodziny, ale w jej domu czuło się miłość. W moim niekoniecznie, bo niemal każdy problem załatwiało się pieniędzmi. Jesteś smutna albo zła? Idź na zakupy! Jesteś radosna? Pewnie zakupy się udały!
Nie miałam dobrego kontaktu z rodzicami, za to start w dorosłość dostałam znacznie łatwiejszy niż moja przyjaciółka. Podziwiałam ją za determinację, z jaką dążyła do celu. Krok po kroku zdobywała to, co ja dzięki pieniądzom rodziców miałam niemal na wyciągnięcie ręki. Nie wiem, jak to robiła, ale zawsze spadała na cztery łapy niczym kot. Nigdy nie widziałam, żeby długo się smuciła czy narzekała na to, jak jest jej ciężko, a przede wszystkim ani razu nie dała mi odczuć, że traktuje mnie inaczej tylko dlatego, że w przeciwieństwie do niej pochodzę z zamożnego domu.
*
Nadeszła sobota i miałyśmy spotkać się w stajni. Z biegiem lat nasza paczka powiększyła się do czterech osób. Nie mogłam się doczekać spotkania, więc wyjechałam z mieszkania dużo wcześniej, chociaż wiedziałam, że dziewczyny pojawią się dopiero za dwie godziny, a Rosita za trzy, bo tego dnia pracowała w kawiarni. Weszłam do stajni i od razu poczułam charakterystyczny zapach. Wiele osób odrzucał, ale jeśli stajnię regularnie sprzątano, w powietrzu unosiła się przede wszystkim woń słomy, siana i końskiej sierści. Za każdym razem, gdy przekraczałam bramę ośrodka, czułam się tak, jakbym po długiej nieobecności wracała do domu. Tego dnia nie było inaczej. Z szerokim uśmiechem przekroczyłam próg murowanej stajni, ale moją uwagę szybko przyciągnął hałas dobiegający z placu przed budynkiem, tuż przy padokach. Ominęłam szatnię, w której zwykle najpierw się przebierałam i brałam smakołyki dla koni, po czym ruszyłam sprawdzić, co się dzieje. Wszystkie boksy były puste, co od razu mnie zdziwiło. Zazwyczaj zostawały w nich dwa ogiery, które wypuszczano osobno przed stadem i ponownie przed kolacją, gdy pozostałe konie wracały już do stajni. Na zewnątrz zobaczyłam duże auto przypominające samochody służące do transportu koni do rzeźni i serce momentalnie zabiło mi szybciej. Wpadłam na rampę tak niefortunnie, że omal nie wybiłam sobie o nią zębów.
– Sprzedaje pan konie do rzeźni? – zapytałam właściciela stajni, wypuszczając z płuc resztkę powietrza, gdy pomagał mi wstać.
Siarczyście zaklęłam na widok zdartych dłoni, a piekące kolana jasno dawały mi do zrozumienia, że podzieliły ich los. Gdybym musiała zorganizować wielką akcję ratunkową, zrobiłabym to bez wahania, byle tylko ocalić wszystkie konie. Traktowałam je jak zwierzęta towarzyszące człowiekowi, a nie hodowane na mięso. Nigdy w życiu nie miałam w ustach koniny, chociaż nieraz słyszałam, że jest pyszna. Na samą myśl, że mogłabym jej spróbować, wzdrygałam się z obrzydzeniem.
– Nie, nie. – Uśmiechnął się, a ja momentalnie odetchnęłam z ulgą. – Te konie przez kilka dni będą mieszkały w naszej stajni, zanim ruszą w dalszą podróż do nowych właścicieli – wyjaśnił.
Zaciekawiona zajrzałam do auta, chcąc zobaczyć, ile zwierząt znajduje się w środku. Wiedziałam, że do podobnych samochodów potrafiono ładować konie bez większego namysłu, przez co podczas ostatniej podróży dochodziło do złamań, poważnych urazów, a nawet śmierci zwierząt zadeptanych przez silniejsze osobniki. Raz odważyłam się obejrzeć dokument jednej z fundacji walczących o zakaz przewożenia koni na rzeź w takich warunkach. Mimo że prawo stopniowo się zmieniało, a zwierzęta obejmowano coraz większą ochroną, kary za znęcanie się nad tymi pięknymi istotami wciąż wydawały mi się zbyt niskie. Wiele fundacji walczyło o uznanie koni za zwierzęta towarzyszące, co mogłoby ograniczyć ich wywóz w tę ostatnią drogę. I chociaż w naszym kraju jadło się niewiele koniny, w innych pozostawała popularna, dlatego każdego roku wywożono tam wiele pięknych koni.
– Ale na pewno nie jadą do rzeźni? – dopytałam.
Właściciel stajni pokręcił głową. Wtedy dostrzegłam parę pięknych, ciemnych oczu, które błyszczały w padającym do wnętrza świetle. Przepadłam. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia, dosłownie.
– Nie. Swoich zwierząt nigdy nie sprzedawałem do rzeźni i nie zamierzam – powiedział mężczyzna, przypinając karabińczyk do kantara konia, od którego nie potrafiłam oderwać wzroku.
– Ale piękny! – zachwyciłam się, kiedy wyprowadził go przed auto.
Sierść lśniła w słońcu, sylwetka była muskularna, a grzywa i ogon gęste.
– To klaczka – poprawił mnie, głaszcząc ją po szyi, a po chwili klepiąc uspokajająco, gdy zarżała do pozostałych koni.
Była lekko nerwowa, ale w nowym miejscu trudno było się temu dziwić. Konie często stresowały się po transporcie.
– Też jest na sprzedaż? – zapytałam, a oczy aż mi się zaświeciły na myśl, że mogłabym mieć tak pięknego konia wyłącznie dla siebie.
– Tak jak wszystkie tutaj. – Wskazał głową na auto.
Nie potrafiłam się powstrzymać. Podeszłam bliżej i pogłaskałam klacz po łbie.
Jest idealna!
– A ile pan za nią chce?
Mężczyzna zbył mnie jednak stwierdzeniem, że najpierw musi zajrzeć do jej dokumentów. Przekonywał, że klacz była jedną z najlepszych inwestycji, jakich dokonał, kupując konie od hodowcy, i nie wiedział jeszcze, czy nie zostawi jej sobie do hodowli, gdy tylko skończy budowę własnej stajni. Mówił, że daje piękne źrebaki, które później można sprzedać za duże pieniądze.
Ja nie chciałam jej jednak rozmnażać. Chciałam, żeby została moją przyjaciółką na dobre i na złe. Nie wiedziałam jeszcze, skąd wezmę pieniądze na zakup, ale byłam pewna, że zrobię wszystko, żeby należała do mnie. Jedno wiedziałam na pewno – w życiu nie poproszę o nie rodziców.
– Nowe konie? – zapytały dziewczyny, kiedy podeszły do nas i równie zachwycone spojrzały na piękną klacz.
– Tylko na kilka dni – wyjaśniłam, patrząc, jak mężczyzna prowadzi do stajni konia, w którym zdążyłam się zakochać.
– Ooo… – mruknęła Rosita. – Co to za zebranie?
Jej również pokrótce wyjaśniłam sytuację z nowymi końmi. O dziwo tylko mnie samochód od razu skojarzył się z transportem śmierci. Dziewczyny nawet nie zwróciły na niego większej uwagi. Szybko straciły zainteresowanie całym zamieszaniem, ale kiedy tylko się przebrałyśmy, poszłyśmy obejrzeć konie, które przyjechały. Ja zatrzymałam się najdłużej przy klaczy, którą za wszelką cenę chciałam kupić.
Handlarz szybko wyczuł okazję i kilka dni później zaprosił mnie do kabiny auta. Pokazał paszport klaczy oraz jej drzewo genealogiczne, opowiadając, w czym wyróżniali się jej rodzice, dziadkowie i pradziadkowie. Dla mnie najważniejszy był sam koń, nie jego przodkowie czy papiery, choć musiałam przyznać, że zawarte w nich informacje zrobiły na mnie niemałe wrażenie.
Kwota zaproponowana przez handlarza ścięła mnie jednak z nóg. Zawiedziona musiałam zrezygnować. Łzy stanęły mi w oczach, bo przez kilka dni naprawdę wierzyłam, że spełnię swoje marzenie, a teraz wszystko nagle się rozsypało. Byłam już dorosła i chciałam sama odpowiadać za swoje decyzje. Zresztą byłam niemal pewna, że i tak by odmówili, bo uważali, że opłacanie jazd albo dzierżawa konia wychodzą znacznie taniej.
Ten temat mieliśmy już za sobą. Jeszcze kiedy mieszkałam w domu rodzinnym, wpadłam na pomysł, żeby poprosić ich o własnego konia.
– Nie masz takiej kasy? – zapytał bezczelnie.
Przecząco pokręciłam głową.
– Mam znajomego, który załatwia pożyczki, jeśli bierzesz taką opcję pod uwagę – zaproponował niemal szeptem, chociaż w pobliżu auta nie było nikogo, kto mógłby nas podsłuchać.
Spojrzałam na niego, szybko analizując propozycję. To mogła być moja jedyna szansa na spełnienie marzenia.
– Dobrze, może mnie pan z nim umówić – odrzekłam po chwili namysłu.
Wyciągnęłam telefon, zapisałam numer, który mi podyktował, a potem wysłałam SMS-a z imieniem i nazwiskiem i informacją, że proszę o kontakt w sprawie pożyczki, bo mężczyzna mnie poinstruował, żebym tak zrobiła. – Pewnie jeszcze dzisiaj się z tobą skontaktuje – powiedział mężczyzna.
Skinęłam głową. Trochę zdziwiło mnie, że wszystko może potoczyć się tak szybko, ale domyśliłam się, że handlarz zapewne również dostawał jakąś prowizję, jeśli ktoś zdecydował się na pożyczkę. Sama myśl, że wciąż mam szansę spełnić marzenie, momentalnie poprawiła mi humor.
– Okej, będę czekać.
Wysiadłam z auta i wróciłam do dziewczyn. Miałyśmy jeszcze wyczyścić konie stojące w stajni, co wcześniej obiecałyśmy właścicielowi, a później zaprowadzić je w ręku na dalsze pastwiska.
Po dwóch godzinach byłyśmy brudne i całe oblepione końską sierścią, ale uśmiechy nie schodziły nam z twarzy, gdy czyściłyśmy konie stojące na kwaterkach. Zwierzęta aż błyszczały, wydrapane, wypieszczone i wycałowane przez nas ze wszystkich stron. Nie potrafiłam się powstrzymać i co jakiś czas zerkałam na telefon, chociaż kilkanaście razy sprawdzałam już, czy na pewno mam włączone dźwięki. Dziewczynom nic nie powiedziałam. Nie chciałam zapeszać, poza tym sama nie wiedziałam, czy cokolwiek z tego wyjdzie. Skłamałam, że idę z handlarzem do auta, żeby omówić opiekę nad końmi, bo poprosił mnie o to właściciel stajni. Źle się czułam z tym, że je okłamuję, ale wiedziałam, że szybko mi wybaczą, kiedy kupię klacz i wyjaśnię, dlaczego tak postąpiłam.
Do mieszkania wróciłam dopiero wieczorem. Stałam pod prysznicem i zastanawiałam się, czy facet polecony przez handlarza rzeczywiście zadzwoni i pomoże mi zdobyć pieniądze na klacz. Telefon milczał, a ja z każdą kolejną minutą stawałam się coraz bardziej poirytowana. Czułam się jak dziecko, któremu macha się przed nosem lizakiem, ale nie pozwala po niego sięgnąć.
Wycierałam się puszystym ręcznikiem, kiedy w mieszkaniu rozległ się dźwięk telefonu. Zaklęłam pod nosem, bo ktoś miał naprawdę fatalne wyczucie czasu. Zarzuciłam szlafrok na ramiona, nawet nie wycierając się do końca, i na bosaka pobiegłam odebrać.
– Halo? – rzuciłam do słuchawki na wydechu, gdy wreszcie znalazłam urządzenie. Byłam pewna, że zostawiłam je na blacie, ale najwyraźniej odruchowo wrzuciłam je do koszyka, w którym trzymałam dosłownie wszystko.
– Pani Camila Torres? – W słuchawce odezwał się męski głos.
Pokiwałam głową, zapominając, że rozmówca przecież nie może tego zobaczyć, po czym usiadłam na hokerze.
– Tak, słucham – odpowiedziałam, wyciągając na wszelki wypadek z koszyka mały plik kolorowych karteczek i długopis, gdybym musiała coś zanotować.
– Dzwonię w sprawie pożyczki. Dostałem informację, że potrzebuje pani…
– Tak, tak – weszłam mu w słowo niezbyt grzecznie, bo chciałam jak najszybciej przejść do konkretów. W tej chwili tylko one mnie interesowały.
– Czy możemy się w takim razie spotkać jeszcze dzisiaj?
Spojrzałam na zegar wiszący na ścianie, a potem na swój szlafrok.
– Jeśli mielibyśmy się spotkać na mieście, potrzebuję mniej więcej dwóch godzin. Jeśli przyjechałby pan do mnie, wystarczy mi jakieś czterdzieści minut – odpowiedziałam, szybko kalkulując, ile zajmie mi przygotowanie się do wyjścia i dojazd pod wskazany adres, gdyby wybrał pierwszą opcję.
– To może podjadę do pani, bo później mam jeszcze jedno spotkanie – zaproponował rzeczowo.
Ucieszyła mnie jego decyzja. Taka opcja zdecydowanie bardziej mi odpowiadała niż późny powrót do domu, zwłaszcza gdyby rozmowa się przeciągnęła. Następnego dnia musiałam wcześnie wstać, a już i tak robiło się późno.
– Super, zaraz wyślę panu adres SMS-em – powiedziałam, kiedy mężczyzna się pożegnał.
Szybko ruszyłam do sypialni. Wypadało wyglądać przyzwoicie podczas wizyty nieznanego mężczyzny, zamiast przywitać go w szlafroku. Przyjaciółce mogłabym otworzyć nawet w samych majtkach i koszulce, ale nie facetowi, który miał załatwić pieniądze na spełnienie mojego marzenia.
Nasze spotkanie przebiegło bardzo szybko, bo mężczyzna był konkretny i miał przygotowane wszystkie potrzebne dokumenty. Nie zadawał wielu pytań, a ja również nie dopytywałam, bo nie chciałam, żeby się rozmyślił. Tak bardzo napaliłam się na myśl, że klacz będzie moja, że nic nie mogło mnie odwieść od tego pomysłu. Choćbym miała głodować, żeby spłacać zaciągnięty dług, i tak zamierzałam to zrobić. Od dziecka marzyłam o własnym kopytnym przyjacielu, a skoro nadarzyła się okazja, nie mogłam jej zmarnować.
Po godzinie było po wszystkim. Trzymałam w rękach teczkę z dokumentami, a za kilka dni na moje konto miały wpłynąć pieniądze. Pozostało dopełnić formalności z handlarzem i mogłam zacząć kupować nowy sprzęt dla swojej ślicznotki. Wiedziałam już, że będzie najbardziej rozpieszczonym koniem na świecie. Z podekscytowania nie mogłam zasnąć. W głowie planowałam wszystkie trasy i miejsca, które zwiedzę razem z Lady.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że najbliższe dni zmienią się w koszmar, a później przyjdzie mi zapłacić najwyższą cenę za popełnione błędy…
KIEDYŚ
Samuel
Wchodzę do swojego klubu, urządzonego modnie, choć zupełnie nie w moim guście. Ściany kompletnie do mnie nie przemawiają, bo pokrywa je okropny odcień czerwieni. Przemalowanie lokalu na jaśniejsze kolory będzie pierwszą rzeczą, którą zrobię, zanim otworzę go pod nowym szyldem.
Pierwsze wrażenie? Jakbym wszedł prosto do piekła.
Wszystko jest czerwone, pomarańczowe albo żółte. Nie wymyśliłem jeszcze nazwy, ale już wiem, że cały wystrój trzeba zmienić, i to jak najszybciej, bo nie da się tutaj wytrzymać bez mrużenia oczu od ostrych barw. Wizję tego miejsca miałem właściwie od chwili, gdy dostrzegłem jego potencjał podczas poszukiwań zupełnie innego lokalu. Tym sposobem zostałem właścicielem klubu nocnego.
Od dawna planowałem otworzyć własną firmę i zdążyłem odłożyć sporą sumę. Od teraz to ludzie będą pracować dla mnie. W miejscu, które zamierzam uczynić rozpoznawalnym w całym kraju.
*
Po roku funkcjonowania pod moimi rządami Elava stała się najmodniejszym klubem w mieście. Niestety jeszcze nie w kraju, ale do tego nadal zamierzałem doprowadzić. Każdego wieczoru odwiedzała nas masa klientów, którzy skutecznie napełniali moje kieszenie forsą. W końcu mogłem trochę odsapnąć i pozwolić managerowi pilnować bieżących spraw. Mimo to wolałem trzymać rękę na pulsie i pracować w swoim biurze niż siedzieć w domu nad papierami, które wiecznie piętrzyły się na blacie.
Karidę odwiedzałem niemal codziennie, ale godzinne podróże w jedną stronę zaczynały mnie męczyć. Musiałem znaleźć stajnię bliżej domu. Wiedziałem, że moja klacz prawdopodobnie nie będzie miała tam równie dobrych warunków jak w Agorze, ale za to będę mógł poświęcać jej znacznie więcej czasu.
Pukanie do drzwi wyrwało mnie z rozmyślań, które właśnie zamierzałem przekuć w konkretne działanie.
– Proszę – zawołałem w stronę drzwi.
Gabinet był dobrze wyciszony, ale wiedziałem, że po drugiej stronie dudni głośna muzyka. Tego wieczoru klub pękał w szwach. Wszystkie pokoje były zajęte, a na głównej sali również nie brakowało gości, co cholernie mnie cieszyło.
– Jest sprawa.
Anthony, mój manager, wszedł do środka i od razu skierował się do krzesła stojącego po drugiej stronie biurka. Usiadł, a ja skupiłem na nim całą uwagę.
– Mów, co się stało. – Rozparłem się wygodniej w fotelu, obracając między palcami pióro, którym jeszcze chwilę wcześniej podpisywałem aneksy do umów pracowników.
– Przyłapałem Sarę, jak obciągała klientowi w kiblu.
Westchnąłem ciężko. To nie była żadna sprawa, tylko zwykłe stwierdzenie faktu. Sowicie wynagradzałem swoich pracowników, a dziewczyny i tak próbowały dorabiać na boku, chociaż doskonale wiedziały, że tego zabraniam i nie zamierzam przymykać na to oka.
– Sara to…? – urwałem, próbując przypomnieć sobie, która dziewczyna posługiwała się tym pseudonimem.
Żadna z nich nie pracowała pod prawdziwym imieniem ze względu na charakter pracy. Nie chciały później słyszeć swoich imion wykrzykiwanych na ulicy przez klientów, którzy przypadkiem je podsłuchali.
– Tancerka.
Nadal niewiele mi to mówiło. Zatrudniałem sporo ludzi, a przy dużej rotacji nie zawsze udawało mi się zapamiętać wszystkie imiona czy pseudonimy. Za nic nie potrafiłem przypisać Sary do konkretnej twarzy.
– Gdzie teraz jest?
Dziewczyny przyłapane na gorącym uczynku najczęściej wolały zniknąć z klubu, niż stanąć ze mną twarzą w twarz. Zwłaszcza że pracowników trzymałem krótko i uchodziłem za surowego szefa. Taki układ mi odpowiadał. Dzięki temu unikałem buntów i dyskusji. W końcu pracowali dla mnie, nie byli moimi przyjaciółmi.
– W szatni. Przynajmniej tam kazałem jej na siebie czekać. Nie ma nagrania, więc trzeba wymyślić dla niej jakąś inną karę.
Wzruszył ramionami, a we mnie momentalnie zagotowała się złość.
– Kurwa, ile razy mam ci mówić, że Elava nie jest tym burdelem, w którym wcześniej pracowałeś?! Chcesz, żebym twoje nagrania upublicznił? – wysyczałem przez zaciśnięte zęby.
Krew aż zawrzała mi w żyłach.
O wszystkim dowiedziałem się już po przejęciu klubu. Nie miałem pojęcia, że Anthony nadal kultywował te pojebane zwyczaje, którym byłem zdecydowanie przeciwny.
Nagrania pozostawały zamknięte w sejfie. Nigdy ich nie wykorzystałem, nawet ich nie oglądałem. Uznałem, że najlepiej będzie zostawić wszystko pod kluczem, dopóki nie znajdę czasu, by spalić cały ten syf w kominku. Później zwyczajnie o nich zapomniałem, ale skoro Anthony znowu mi o nich przypomniał, musiałem w końcu doprowadzić sprawę do końca i zniszczyć te ohydne dowody.
– Nie bulwersuj się tak. To była dobra metoda, a przede wszystkim skuteczna.
Zazgrzytałem zębami i posłałem mu mordercze spojrzenie. Uniósł ręce w geście poddania.
– Dobra, nie denerwuj się. To co mam z nią zrobić? – zapytał, gdy podniosłem się z miejsca i ruszyłem do barku.
Nalałem sobie dżinu do szklanki, licząc, że alkohol trochę uspokoi nerwy przed nieprzyjemną rozmową, która właśnie na mnie czekała.
– Przyprowadź ją do mnie – poleciłem, wracając na miejsce.
Wziąłem kilka głębszych oddechów, mając nadzieję, że chociaż trochę oczyszczą mi głowę ze złości, którą tak niespodziewanie wywołał Anthony. Często zastanawiałem się, dlaczego nadal go tutaj trzymam, ale szybko przypominałem sobie, że mimo swoich wad odwalał kawał dobrej roboty. Nie wszystkie jego metody mi odpowiadały, jednak przejmował na siebie ogrom obowiązków, które po jego zwolnieniu natychmiast spadłyby na moje barki.
– Okej – odparł, przeciągając każdą pieprzoną literę i irytując mnie jeszcze bardziej.
Anthony był dobrym managerem, ale czasami przeginał pałę tak bardzo, że miałem ochotę wywalić go na zbity pysk.
Wyszedł z gabinetu, a ja przechyliłem szklankę i poczułem, jak piekący alkohol spływa mi po gardle. Kilka chwil później ponowne pukanie do drzwi uświadomiło mi, że znowu za bardzo odpłynąłem w myślach.
– Proszę!
Tym razem nie spuszczałem wzroku z drzwi. Po chwili pojawiła się w nich śliczna blondynka, a zaraz za nią manager. Kojarzyłem dziewczynę z widzenia, ale nigdy wcześniej nie zamieniłem z nią nawet słowa. To Anthony zajmował się zatrudnianiem nowych pracowników.
Była wystraszona i wyraźnie speszona tym, że nie odrywam od niej spojrzenia. Widziałem to po sposobie, w jaki rozglądała się po całym gabinecie, byle tylko nie spojrzeć mi w oczy, podczas gdy ja uparcie na to czekałem.
Manager wskazał jej fotel, po czym sam usiadł na kanapie.
– Anthony, zostaw nas samych – rozkazałem, odrywając wzrok od dziewczyny i kierując go na niego.
Otworzył usta, ale jedno moje spojrzenie skutecznie odwiodło go od wypowiadania czegokolwiek. Skinął tylko głową i ruszył w stronę drzwi.
Kiedy wyszedł, ponownie skupiłem uwagę na dziewczynie. Położyłem łokcie na blacie i splotłem dłonie. Sara uparcie na mnie nie patrzyła. Siedziała ze spuszczoną głową, wpatrzona we własne dłonie, czym skutecznie działała mi na nerwy. Nienawidziłem takiego unikania spojrzenia, zwłaszcza kiedy było celowe.
– Popatrzysz w końcu na mnie? – zapytałem, próbując zachować spokojny ton, choć niezbyt mi to wychodziło.
Nie lubiłem takich sytuacji, ale czasami musiałem przeprowadzać również tego typu rozmowy, nawet jeśli przeważnie zajmował się nimi Anthony. Dzisiaj jednak nie ufałem mu na tyle, żeby zostawić tę sprawę w jego rękach. Jeszcze wyskoczyłby z którymś ze swoich durnych szantaży, chociaż doskonale wiedział, że są nielegalne.
Dziewczyna przecząco pokręciła głową, czym zirytowała mnie jeszcze bardziej.
Głośno wciągnąłem powietrze, próbując chociaż trochę się uspokoić.
– Dobrze, w takim razie będę mówił do czubka twojej głowy – warknąłem, choć naprawdę nie zamierzałem zachowywać się jak aż taki kutas.
Poruszyłem myszką, żeby wybudzić ekran, i od razu otworzyłem plik z wypowiedzeniem umowy o pracę. Nie zamierzałem się litować nad kimś, kto świadomie łamał ustalone przeze mnie zasady.
– Wiesz, że nie mam innego wyjścia i muszę zwolnić cię dyscyplinarnie za świadczenie usług seksualnych w moim klubie – powiedziałem lodowatym tonem, gdy drukarka zaczęła zapełniać tekstem kolejne kartki.
– Obiecuję, że to się więcej nie powtórzy – odezwała się w końcu i spojrzała na mnie zaszklonymi oczami. – Potrzebuję tej pracy…
– Daruj sobie – przerwałem jej, zanim zdążyła się rozpędzić.
Nie chciałem słuchać tych samych, oklepanych tłumaczeń. Chyba każda dziewczyna zaczynała dokładnie tak samo, kiedy tylko słyszała, że ją zwalniam.
– A ja nie potrzebuję pracowników, którzy próbują zrobić z mojego klubu burdel. Od świadczenia takich usług są inne przybytki. I tak, masz rację, to się więcej nie powtórzy, bo jesteś zwolniona. – Spiąłem kartki zszywaczem, przesunąłem je po blacie w jej stronę i położyłem na nich długopis.
Patrzyła na przemian na dokument i na mnie, aż w końcu podniosła się z fotela. Byłem przekonany, że wstaje, żeby podpisać wypowiedzenie, ale obeszła biurko i nie spuszczając ze mnie wzroku, usiadła na jego blacie. Wsunęła nogę między moje kolana, a ja obróciłem fotel, żeby móc obserwować jej twarz i zorientować się, co zamierza.
– Może przekonam cię w inny sposób, że nie warto mnie zwalniać. – Podciągnęła wyżej kusą spódnicę, odsłaniając przemoczoną bieliznę.
Musiałem powstrzymać się przed wzdrygnięciem. Na samą myśl, że podnieciła się na wspomnienie zachlanego faceta, któremu jeszcze chwilę temu obciągała w kiblu za pieniądze, zrobiło mi się niedobrze. Złapałem ją za kostkę, a ona odebrała ten gest zupełnie opacznie i rozsunęła szerzej nogi. Natychmiast ją puściłem, wstałem i oparłem dłonie o blat po obu stronach jej bioder. Duszący zapach perfum uderzył mnie w nozdrza tak mocno, że miałem ochotę zmarszczyć nos. Nachyliłem się do jej ucha, a ona odchyliła głowę, zapewne przekonana, że zamierzam ją pocałować. Zdusiłem w sobie parsknięcie. Nawet gdyby była ostatnią kobietą na ziemi, nie przyszłoby mi to do głowy.
– Nie wkładam kutasa w swoje pracownice, a już szczególnie w takie, które mają mokre gacie po obciąganiu komuś innemu. Zejdź z mojego biurka, bo za chwilę wyprowadzi cię ochrona i nie będzie już tak miło jak do tej pory – ostrzegłem lodowato.
Już po pierwszych słowach jej ciało się spięło. Odsunąłem się i zmierzyłem ją chłodnym spojrzeniem. Zmrużyła oczy, ale zeszła z biurka. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem, po czym nagle opadła na kolana.
– Tobie też mogę obciągnąć.
Podjęła kolejną próbę przekonania mnie, żebym jej nie zwalniał, tym razem całkowicie wyprowadzając mnie z równowagi. Jej dłonie powędrowały w stronę mojego paska, ale odskoczyłem jak oparzony, zanim zdążyła mnie dotknąć choćby opuszkiem palca.
– Podpisuj papiery i wypierdalaj z mojego klubu! – rozkazałem wściekły.
Pożałowałem, że kazałem Anthony’emu opuścić gabinet. Przy nim być może nie odjebałaby takiej szopki. Kiedy weszła do środka, sprawiała wrażenie nieśmiałej, a tymczasem okazała się niezłą aktoreczką.
Sięgnąłem po telefon, żeby wezwać ochronę, ale wtedy zerwała się na równe nogi.
– Sama wyjdę – syknęła.
Chwyciła długopis i złożyła podpis.
– Niedługo sam będziesz pracował w tym burdelu, jeśli dalej będziesz tak traktował ludzi.
Parsknąłem śmiechem na jej czcze groźby. Rzuciła długopis na biurko, odwróciła się i wyszła, z całej siły trzaskając drzwiami.
Miałem wszystkiego dość. Schowałem dokumenty, uporządkowałem biurko i wyłączyłem komputer. Na dziś kończyłem pracę, bo bałem się, że za chwilę odreaguję swój chujowy humor na kimś przypadkowym. Wolałem wyżyć się na bieżni w domu. Po dwudziestu minutach opuściłem gabinet. Mijani pracownicy kiwali mi głowami i na mój widok nienaturalnie się spinali. Czuli respekt, a mnie to odpowiadało. Zostało mi tylko znaleźć Anthony’ego i poinformować go, że wychodzę. Namierzyłem go przy barze, gdzie rozmawiał z barmanką. Dziewczyna zerknęła w moją stronę i momentalnie spłonęła rumieńcem, a Anthony obrócił się na hokerze. Nasze spojrzenia się spotkały.
– Sara już u nas nie pracuje, a ja idę do domu – oznajmiłem.
Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w stronę wyjścia. Nie opieprzyłem go za flirt. Załatwię to później, kiedy przestanę być aż tak nabuzowany. Wystarczyło, że tego wieczoru zwolniłem jedną tancerkę, a dobrego managera niełatwo znaleźć.
Pół godziny później wyżywałem się na bieżni, biegnąc tak szybko, jakby ktoś gonił mnie z siekierą. Pot spływał mi po twarzy, ale wysiłek nie przynosił oczekiwanego efektu. Kiedy skończyłem biegać, zrobiłem serię na każdym sprzęcie, jaki miałem w domowej siłowni. Nadal rozpierała mnie energia. Wiedziałem już, czego potrzebuję, żeby w końcu się rozluźnić. Poszedłem do kuchni, wyciągnąłem z lodówki wodę i zacząłem pić łapczywie, łyk za łykiem.
Wziąłem telefon ze stołu w salonie i zamówiłem prostytutkę z ekskluzywnej agencji. Potem wskoczyłem pod szybki prysznic. Kiedy zszedłem na dół i ruszyłem do barku po whisky, rozległ się dzwonek do drzwi. Wpuściłem kobietę do środka i od razu przeskanowałem ją spojrzeniem. Śliczna brunetka o ładnej twarzy i zgrabnej figurze, ubrana w kusą czerwoną sukienkę. Godzina z taką kobietą kosztowała sporo, ale miałem pewność, że regularnie przechodzi badania i nie każdy może sobie pozwolić na jej usługi. Podałem jej kopertę z odliczoną sumą. Zawsze rozliczaliśmy się z góry, żeby miała pewność, że dostanie pieniądze.
– Pokażę ci łazienkę, a w tym czasie naleję szampana – powiedziałem.
Skinęła głową. Nie przyszła tutaj na pogawędki, tylko po to, żebym mógł w jej towarzystwie miło spędzić czas.
– W szafce są czyste ręczniki, a pod prysznicem jednorazowe żele i szampony. Na pewno znajdziesz coś dla siebie.
Wskazałem odpowiednią szafkę i opuściłem łazienkę. Prysznic przed seksem był standardową procedurą i wcale nie wymyśloną przeze mnie, tylko przez agencję, w której pracowała. Znałem ją od chwili, gdy dwa lata wcześniej po raz pierwszy zaprosiłem taką kobietę do domu. Wiedziałem również, że przed budynkiem czeka samochód z ludźmi, z którymi raczej nie chciałbym zadzierać. Mieli zapewnić dziewczynom bezpieczeństwo i w razie potrzeby zareagować. U mnie akurat nie było to konieczne. Nie byłem psycholem i zależało mi na tym, żeby kobiety czuły się komfortowo. Miałem kilka zasad. Nigdy nie pieprzyłem ich we własnej sypialni, wyłącznie w pokoju gościnnym. Do dyspozycji miały zabawki, lubrykanty i wszystko, czego mogły potrzebować. Nie dotykałem ich też, dopóki nie były odpowiednio przygotowane, bo sprawianie komuś bólu nie dawało mi żadnej przyjemności.
– Już jestem.
Kilka minut później poczułem delikatną dłoń na ramieniu. Podałem jej kieliszek wypełniony szampanem, który przyjęła z uśmiechem. Sam wziąłem drugi oraz butelkę, po czym wskazałem schody.
– Zapraszam na górę. – Kiwnąłem głową w ich stronę, obserwując rozgrzane po prysznicu ciało ukryte pod ręcznikiem. Taki układ odpowiadał mi idealnie. Płaciłem za godzinę przyjemności i dostawałem dokładnie to, czego chciałem. Oczywiście agencja miała swoje zasady i ograniczenia, ale większość z nich mnie nie dotyczyła. Nie potrzebowałem żadnych wymyślnych atrakcji. Wystarczał mi zwykły seks. Nie chciałem kobiety na stałe, dlatego taki układ pasował mi znacznie bardziej. – Drzwi po lewej – poinstruowałem.
– Powiesz, czego ode mnie oczekujesz? Masz ochotę na coś szczególnego? – zapytała, podchodząc bliżej i patrząc mi prosto w oczy. Była pewna siebie i cholernie seksowna. Chwyciła ręcznik i pozwoliła mu opaść u naszych stóp.
– Zaskocz mnie. Poza seksem analnym w mój tyłek zgadzam się na wszystko – odpowiedziałem, łapiąc ją za biodra i przyciągając do siebie. Dziewczyna pachniała świeżym żelem pod prysznic i kusiła spojrzeniem.
– Dobrze.
Wsunęła palce za gumkę moich spodenek i zsunęła je w dół. Potem kucnęła przede mną i wzięła mojego kutasa do ust. Po chwili zaczęła sprawnie poruszać ustami i językiem, a z mojego gardła wydobyło się ciche syknięcie. Była doświadczona i doskonale wiedziała, co robi. Pieściła mnie również dłonią, gdy pozwalałem jej brać mnie coraz głębiej. W pewnym momencie pojawił się odruch wymiotny, ale nawet się nie skrzywiła. Wręcz przeciwnie, sprawiała wrażenie, jakby świetnie się bawiła.
– Wystarczy – poleciłem.
Wyciągnąłem do niej rękę i pomogłem wstać z kolan. Taki ze mnie pieprzony dżentelmen.
– Oprzyj dłonie o materac.
Wykonała polecenie, a ja założyłem prezerwatywę i sięgnąłem po lubrykant. Po chwili stanąłem za nią i wszedłem w nią ostrożnie, dając jej moment, żeby przyzwyczaiła się do mojego penisa. Dopiero wtedy przyspieszyłem. Kilka minut później usiadłem na fotelu i gestem zaprosiłem ją do siebie. Dosiadła mnie i zaczęła poruszać się powoli. Zdecydowanie zbyt powoli jak na mój gust, więc szybko zmieniłem pozycję i przejąłem kontrolę. Goniłem własne spełnienie. Nie analizowałem, czy zdąży razem ze mną. Jeśli tak, dobrze. Jeśli nie – jej strata. Kilka mocniejszych ruchów wystarczyło, żebym doszedł. Przytrzymałem ją za biodra, gdy ciało na moment straciło stabilność. Chwilę później wstała i sięgnęła po kieliszek, a ja pozbyłem się prezerwatywy. Spojrzała na mnie, jakby zastanawiała się, czy mam już dość, czy zamierzam skorzystać z reszty wykupionego czasu. Sięgnąłem do szuflady nocnej szafki i wyjąłem kopertę z odliczonym napiwkiem.
– Możesz się umyć. Będę w salonie – powiedziałem, wręczając jej pieniądze.
Za usługę płaciło się z góry, ale zawsze zostawiałem dodatkowy napiwek. Kiedyś jedna z dziewczyn wygadała się, że potrafiły się kłócić o to, która ma do mnie przyjechać właśnie przez te dodatki. Wydało mi się to jednocześnie żałosne i zabawne, ale najwyraźniej zapracowałem sobie na status ekskluzywnego klienta, przy którym nikt nie martwił się o zapłatę.
– Byłaś cudowna, dziękuję – rzuciłem na odczepnego.
Nie czekając na odpowiedź, wyszedłem z pokoju i zabrałem spodenki, które założyłem dopiero w salonie. Prysznic musiał poczekać, aż kobieta opuści dom.
– Będę się zbierać – usłyszałem jakieś dwadzieścia minut później, gdy przeglądałem w telefonie okoliczne stajnie w poszukiwaniu nowego miejsca dla Karidy.
– Dobrze.
Wstałem i odprowadziłem ją do drzwi. Teraz mogłem spokojnie wziąć prysznic i położyć się spać. Wreszcie udało mi się rozładować napięcie i odhaczyć kolejny dzień.
*
Redakcja: Alicja RosińskaKorekta: Elżbieta RożkiewiczProjekt okładki: Tomasz BiernatSkład: Tomasz Biernat
Copyright by Ewa Maciejczuk 2026Copyright for the Polish Edition by Wydawnictwo Nocą,Warszawa 2026
Druk i oprawa:Drukarnia Sowa
ISBN: 978-83-68657-79-1
WYDAWNICTWO NOCĄul. Filipiny Płaskowickiej 46/8902-778 WarszawaNIP: 9512496374www.wydawnictwonoca.ple-mail: [email protected]
Spis treści
KIEDYŚ
Camila
KIEDYŚ
Samuel
