79,99 zł
Jedna z najlepszych książek roku „The New York Times Book Review”, „The Washington Post”, „People”, „Minnesota Star Tribune”, „New York Post”.
„Buckeye. Tajemnica małego miasteczka” to subtelna, znakomicie skomponowana saga o pamięci, tożsamości i kruchości ludzkich relacji. Ryan pisze z czułością i psychologiczną przenikliwością, udowadniając, że największe dramaty rozgrywają się nie w chwilach historycznych przełomów, lecz w zaciszu rodzinnych domów. Choć wielka historia stanowi tu istotne, poruszające tło.
— dr Agniszka Jankowiak-Maik / Babka od histy
Od dawna tęskniłem za powieścią, która połączyłaby amerykańskie pokolenia naznaczone dwiema wojnami — tą z Omaha Beach i tą z doliny Ia Drang. „Buckeye" to książka, która wznosi opowieść na najwyższy poziom.
— TOM HANKS
Powieść zabawna i czuła. Patrick Ryan od dawna należy do grona moich ulubionych pisarzy.
— ANN PATCHETT
Jedno miasteczko. Dwie rodziny. Tajemnica, która zmienia wszystko.
W powojennym miasteczku w stanie Ohio chwila namiętności splata losy Cala Jenkinsa – mężczyzny dotkniętego doświadczeniem niespełnionego obowiązku – i Margaret Salt, kobiety próbującej za wszelką cenę ukryć swoją przeszłość. Obok nich są także Becky, żona Cala, obdarzona niezwykłą zdolnością kontaktu ze zmarłymi oraz Felix, mąż Margaret, którego wojenny los niespodziewanie zawisa na włosku. Rodzinna tajemnica, której nie da się pogrzebać na zawsze, powraca po latach, zmuszając następne pokolenie obu rodzin do konfrontacji z własną tożsamością oraz pytaniem o to, czym są miłość, strata i dobro. „Buckeye” to rozpisana na lata, poruszająca opowieść o przemilczeniach, winie i o tym, jak przeszłość nie przestaje kształtować przyszłości.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 589
Rok wydania: 2026
Tytuł oryginału: BUCKEYE
Copyright © 2025 by Patrick Ryan
Copyright © for the Polish translation by Anna Halbersztat
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Wydawczyni: Monika Długa
Redakcja: Hanna Trubicka
Korekta: Agnieszka Luberadzka, Olga Smolec-Kmoch
Adaptacja okładki: Anna Pol-Pawrowska
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Jagoda Świegot
Projekt graficzny okładki:
Jacket design: Anna Kochman
Jacket art: private collection, photo © NPL - DeA Picture
Library/Bridgeman Images
Author photograph: Fred Blair
ISBN: 978-83-8441-698-3
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Dla Ann i Karla VanDevenderów
Cal Jenkins urodził się wiosną 1920 roku z jedną nogą krótszą od drugiej. Zaledwie pięć centymetrów krótszą, ale to wystarczało, żeby utrudnić mnóstwo rzeczy. Nauka utrzymania równowagi na rowerze zajęła mu dwa razy więcej czasu niż innym dzieciom. Lekkoatletyka znalazła się zupełnie poza zasięgiem. Tak jak i chodzenie bez wyraźnego utykania albo wchodzenie po schodach i schodzenie z nich bez trzymania się poręczy – dopóki jego ojciec, stolarz amator i zbieracz złomu, nie poprawił jego sytuacji, wycinając z opony nową, grubszą podeszwę i przybijając ją do lewego buta. W szkole chłopcy wyśmiewali to, jak Cal chodził, potem wyśmiewali but z wyjątkowo grubą podeszwą (już po godzinie pierwszego dnia ktoś zwrócił na niego uwagę). Ale jeden chłopiec – rumiany i niewysoki jak na swój wiek – wziął Cala na bok podczas porannego apelu i powiedział, że w oczach Boga jest wyjątkowy.
– Wiem – oznajmił chłopiec. – Bo ja też jestem. Widzisz, nie potrafię dotknąć palców u nóg. Mam niezwykle napięte ścięgna podkolanowe. – Pochylił się, żeby mu pokazać, a czubki jego palców z ledwością sięgnęły kolan. – Każdy z nas jest przeznaczony do czegoś wyjątkowego.
Gdy Cal zapytał, na czym polega jego wyjątkowość, chłopiec wzruszył ramionami i powiedział, że obaj będą musieli poczekać, aby się tego dowiedzieć.
Dowiedzieli się – osobno i lata później, po tym, jak Japonia zbombardowała Pearl Harbor i pogrążyła kraj w panice, po tym, jak młodzi mężczyźni przestali czekać, aż ich numer zostanie wywołany i sami zaczęli się zgłaszać – że gdy ma się jedną nogę krótszą o pięć centymetrów od drugiej, to wystarcza, żeby człowiek nie nadawał się do służby wojskowej, natomiast niezwykle napięte ścięgna podkolanowe już nie wystarczają. Ten chłopiec, Sean Robinson, został wysłany z Ohio do Missisipi na szkolenie podstawowe, potem do Tunezji, stamtąd na Sycylię, a z Sycylii do Niemiec, gdzie w lesie Hürtgen przestrzelono mu szyję, gdy przeładowywał karabin, recytując pacierz. Cal pozostał w swoim rodzinnym mieście i dostał pracę w fabryce cementu. Jeszcze po dwudziestce czytał komiksy i powieści. Ożenił się z miejscową dziewczyną o imieniu Becky i koniec końców zaczął pracować w sklepie z narzędziami należącym do jej ojca. Czasami zastanawiał się, czy kiedykolwiek odkryje, co jest jego „wyjątkową rzeczą” – jego celem, jak postanowił to określać – zwłaszcza w obliczu wojny światowej, która go nie chciała. Tak bardzo przejmował się tym, że nie jest za granicą, że jego utykanie zaczęło się nasilać samo z siebie. Czasami nawet wskazywał na swoje buty, zamawiane teraz z firmy medycznej w Dayton.
– Moje schorzenie powoduje problemy z biodrami – tłumaczył. Co było prawdą, choć sam jeszcze żadnych nie doświadczył.
Bonhomie zostało założone w północno-zachodnim zakątku Ohio w 1857 roku przez małą grupę kupców i ich rodzin, na terenach przekształconych przez ostatnią epokę lodowcową. Wtedy to lodowiec przesunął się z Kanady i roztopił, tworząc nie tylko wodospad Niagara i Wielkie Jeziora, ale także rozległe mokradła na północy Ohio i Indiany, których osuszenie zajęło trzydzieści lat, ale które pozostawiły po sobie niezwykle żyzną glebę, idealną pod uprawę. Miasto zbudowano z lokalnego drewna, łupków i wapienia oraz granitu z Karoliny Północnej, marmuru z Vermont i Colorado i stali z Pensylwanii – wszystko to przywieziono koleją. Przez pewien czas miasteczko stanowiło siatkę dziewięciu ulic, czterech biegnących z północy na południe, a pięciu ze wschodu na zachód. Populacja rosła dzięki przyrostowi naturalnemu na tyle, na ile to możliwe, a dzięki napływowi z zewnątrz – na tyle, na ile było to potrzebne. W okresie żniw – kukurydzy i pszenicy, pomidorów i buraków cukrowych – miasto pękało w szwach od przybywających do niego robotników z rodzinami i kurczyło się ponownie po ich wyjeździe. Innych przywiodły w te strony nowe miejsca pracy w fabrykach, które masowo wyrastały na terenie hrabstwa Hancock. Imigranci z Włoch, Austrii, Węgier, Polski, Rosji i wielu innych państw byli przyjmowani na wyspie Ellis, a potem rozpływali się w miastach i miasteczkach na wschodzie, choć niektórzy wyjechali na zachód – a część z nich zatrzymała się i osiedliła w Bonhomie, które wydawało się miejscem równie dobrym jak każde inne. Z biegiem czasu pierwotna siatka ulic stała się znana jako centrum, a to, co znalazło się poza nią, zaczęto nazywać sąsiedztwami. Nie strefami – bo to oznaczałoby jasne linie podziału i konieczność ich wytyczenia – lecz raczej luźnymi sąsiedztwami formującymi się w miarę, jak ludzie odnajdywali swoich ludzi. Powstały zamożne sąsiedztwa i biedne sąsiedztwa, a między nimi wszystkie pozostałe. Było takie o nazwie Tiller’s Flat, gdzie mieszkało kilka meksykańskich rodzin i niemal wszystkie czarne rodziny miasteczka – mniej niż tuzin – wiele z nich przybyło z Południa, szukając pracy w przemyśle (i żeby z Południa uciec). Była dzielnica apartamentowców i bungalowów zwana Chasterton, zamieszkiwana głównie przez migranckie rodziny z zachodu, oraz dzielnica mieszcząca się między dwiema synagogami, którą uważano za głównie żydowską. Gdy ktoś chciał, żeby wskazać mu dzielnicę irlandzką, zawsze można było odnieść się do tej części miasta zwanej Watykanem, z Kościołem św. Katarzyny i Szkołą Dobrego Pasterza. A rozproszeni po wszystkich tych dzielnicach żyli ci wszyscy, którzy nie uważali, że przynależą do jakiejkolwiek grupy – w większości protestanci.
Kiedy Stany Zjednoczone przystępowały do drugiej wojny światowej, populacja Bonhomie przekroczyła sześć tysięcy. Miasto miało własną policję, straż pożarną oraz szkołę zawodową. Znajdowały się w nim także dwa tuziny restauracji (jeśli wliczysz w to kawiarnie i bary z napojami gazowanymi), pięć banków, cztery pralnie chemiczne, dwa sklepy z płytami oraz kino. W mieście i jego okolicach przemysł kwitł – jak w przypadku Zakładów Betoniarskich J&J, Huty Aluminium Tuck & Sons oraz Środkowoamerykańskiej Wytwórni Konserw, i przemysł upadał, jak to się stało z Napojami Gazowanymi Ingletona, Wytwórnią Paszy i Koncentratów Dilco oraz Odlewnią Dzwonów i Patelni Hancock. Na południe od miasta, przy trasie numer 18, znajdowało się jezioro w kształcie podkowy, rozciągające się na około czterysta metrów. Na północ, gdzie zjazd z Cooper Road łączył się z autostradą numer 23, neonowy tulipan Tuck & Sons – o średnicy sześciu metrów, różowy i płaski jak szablon – stał na szczycie trzydziestometrowego słupa, widoczny z odległości wielu kilometrów. Zardzewiały elewator zbożowy, z wciąż widocznym logo Puriny w charakterystyczną szachownicę, górował niczym monolit nad wschodnim krańcem Main Street. Pociągi pasażerskie i towarowe przejeżdżały przez miasto dniem i nocą, a niektóre z nich zatrzymywały się, aby wysadzić lub zabrać pasażerów, pocztę i towary, ale większość zupełnie pomijała bocznicę, stację kolejową i samo miasto.
Bonhomie nie było na tyle małe, żeby wszyscy się znali, ale na tyle nieduże, że prędzej czy później prawie każdy miał wrażenie, jakby już spotkał większość mieszkańców. Od momentu wybuchu wojny na ulicy Main widywano coraz mniej młodych mężczyzn. Za to nie brakowało weteranów – pięćdziesięcioletnich i starszych – którzy walczyli w ostatniej wielkiej wojnie. Jeden, który stracił ramię i nosił spięty rękaw, inny poruszający się o drewnianych kulach, ponieważ urwało mu nogę tuż poniżej kolana. Ojca Cala odznaczono Purpurowym Sercem za to, że został postrzelony w ramię, gdy wciągał rannego żołnierza do okopu w Meuse-Argonne, ale medalu już nie było widać w jego coraz bardziej zagraconym domu, a on sam nie chciał rozmawiać o wojnie.
Cal był zadziwiony tym, jak ogromny wpływ może mieć na człowieka pięć centymetrów nogi. Pozbawiony tych centymetrów, zyskał to, co wydawało się pełnym i zdrowym życiem. Jednak radość z tego powodu wydawała się nie na miejscu – nie wtedy, gdy w ciągu pierwszego roku, odkąd Ameryka przystąpiła do drugiej wojny światowej, miliony młodych mężczyzn zostały powołane do służby w czasie pierwszego roku, a dziesięć milionów do początków maja 1945 roku. Tamtego wtorkowego poranka Cal właśnie otworzył Sklep z Narzędziami Hanovera przy ulicy Sutton i siedział teraz na taborecie za ladą, porządkując pudełko z podkładkami, gdy do sklepu weszła kobieta i spytała, czy ma radio.
Miała wysokie czoło, a rude włosy upięte w charakterystyczne ruloniki, victory rolls. Miętowozielona sukienka i pasujący do niej toczek, białe rękawiczki oraz koralowa szminka według Cala wskazywały, że jest zamożna. Szła po wyłożonej linoleum podłodze i nie odrywała od niego wzroku. Powiedział, że tak, mają w sklepie radio marki Zenith, ale nie na sprzedaż; znajdowało się w biurze. Zapytała, gdzie jest biuro.
– W piwnicy – odparł Cal, wskazując głową w stronę schodów za ladą, a ona minęła go bez słowa, tuż obok ręcznie wypisanego znaku „Tylko dla pracowników”, i ruszyła w dół po schodach.
– Przepraszam?! – zawołał Cal. Wrzucił podkładki do pudełka i poszedł za nią.
Piwnica była używana głównie do przechowywania nadwyżek magazynowych – choć przez ostatnie kilka lat nie było za dużo do przechowywania, ponieważ produkcja koncentrowała się na wysiłkach wojennych. Cal dogonił kobietę, gdy przechodziła między dwoma wysokimi zestawami na wpół pustych półek. Wskazał jej na kąt pomieszczenia, który właściciel sklepu, jego teść, Roman Hanover, przeznaczył na biuro.
Naprzeciwko łóżka polowego, na którym Roman ucinał sobie drzemki, stało niewielkie biurko, to przy nim zajmowali się robotą papierkową i to przy nim Cal jadał lunch, słuchał programów radiowych i czytał powieści przygodowe. Właśnie był w połowie Zuchwałego Bukaniera. Pociągnął za sznurek wiszącej nad ich głowami żarówki i w jej blasku zauważył, jak zielone były oczy kobiety, i jak wydatne były jej kości policzkowe, które nadawały twarzy kształt serca, kontrastujący z gładką, strzelistą szyją. Zdał sobie sprawę, jak była piękna. Ale wyglądała na wzburzoną, zniecierpliwioną. Jedną z dłoni w rękawiczce pokazała na radio.
– Dlaczego nie jest włączone?
Włączył Zenitha, przeskakiwał przez świsty i trzaski w eterze, próbując znaleźć to, na co czekała, i po kilku sekundach trafił: Truman właśnie informował naród, że Niemcy skapitulowały przed siłami aliantów. Na to ogłoszenie wszyscy czekali. Hitler nie żył od tygodnia. Naziści poddali Niderlandy Brytyjczykom pięć dni wcześniej. A mimo to wiadomość wciąż zapierała dech w piersiach. Przez otwarty lufcik wychodzący na ulicę słyszeli okrzyki i gwizdy. Bip-bip-bip klaksonu samochodu. A potem kolejny i kolejny.
– Jezu – powiedział Cal. – Możesz sobie wyobrazić, co się teraz dzieje w Berlinie? Prawdopodobnie byłbym tam, gdyby nie to… – Zakołysał butem z wyjątkowo grubą podeszwą.
Ale ona wpatrywała się w karmelowe radio. Oczy jej błyszczały.
– Myślisz… – zaczęła, po czym urwała, jakby nie była pewna, o co chce go zapytać. Wzięła głęboki oddech. – Myślisz, że ludzie zaczną wracać?
– Z Europy? Mam nadzieję. Ale Hirohito wciąż daje nam popalić. Mogą więc wysłać ich na Pacyfik.
Kobieta zamrugała, chcąc pozbyć się piekących łez, a gdy Truman kontynuował przemowę, spojrzała na sprzedawcę sklepu z narzędziami, który siedząc za ladą, wydawał się niemal przystojny z tymi szaroniebieskimi oczami, falującymi blond włosami, które wyglądały, jakby dopiero co przeczesał je palcami, wąską szczęką i wczesnymi zmarszczkami okalającymi jego usta. Teraz, gdy widziała go w całej okazałości, nadal był niemal przystojny, ale w inny sposób. Był niewysoki, a jego sylwetka – niesymetryczna, biodra miał wykrzywione pod kątem, który sprawiał wręcz bolesne wrażenie. Złoto-czarny krawat wcisnął między dwa środkowe guziki oksfordzkiej koszuli, źle to wyglądało, chciała go wyciągnąć. Zamiast tego złapała Cala za ramiona, przyciągnęła do siebie i pocałowała.
Cal westchnąłby, gdyby jego usta nie były przyciśnięte do jej warg. Całowali się, póki Truman nie skończył mówić. Gdy się od siebie odsunęli, wyłączyła radio. Usłyszał, jak pociąga nosem, zaproponował jej chusteczkę. Przytknęła ją do zewnętrznych kącików oczu, zerkając na łóżko i niewielkie biurko, brązową torbę oraz leżące obok niej jabłko, książkę z biblioteki z awanturniczą okładką.
– Czy tu mieszka jakieś dziecko?
– Nie… – Cal nie potrafił ukryć niepokoju w głosie. Może to niezręczność wynikająca z ich bliskości. Teraz, gdy ogłoszenie się skończyło, nie mieli już żadnego powodu, żeby być w piwnicy. – To tylko miejsce, gdzie wystawiamy faktury i robimy zamówienia, i…
– A tak przy okazji, jestem Margaret. Salt, jak sól w solniczce – powiedziała.
– Cal Jenkins.
Uścisnęli sobie dłonie – i uśmiechnęli się na myśl o tym, jakie to wydało się formalne, patrząc na to, co właśnie między nimi zaszło.
– Powinnam iść – stwierdziła Margaret.
Poszedł za nią na górę, jego buty nierówno stukały o stopnie. Powiedziała, że gdy szła ulicą, widziała ludzi biegnących do samochodów, wszyscy włączali radio, domyśliła się, że coś się dzieje, ale nie wiedziała, do kogo podejść. Podziękowała mu, a potem przesunęła wzrokiem po półkach, wystawkach ustawionych na końcach regałów.
– Mieszkam w tym mieście od prawie sześciu lat i nigdy tu nie byłam.
Cal tylko pokiwał głową, myśląc: na pewno bym cię zapamiętał.
Obserwował przez frontowe okno, jak idzie chodnikiem. Klaksony samochodów nie milkły. Chłopiec wspiął się na skrzynkę pocztową po drugiej stronie ulicy i przez megafon utworzony z dłoni ogłaszał kapitulację. Cal wiedział, że powinien zadzwonić do domu, sprawdzić, czy Becky miała włączone radio. Chciałaby wiedzieć, nawet jeśli nie miałaby ochoty z nim rozmawiać. Przesunął wierzchem dłoni po ustach i zauważył smugę koralowej szminki na kciuku, ponownie zdumiony tym, co się właśnie wydarzyło. Jak długo będzie stał w tym oknie, powiedział sobie w duchu, jak długo Margaret Salt wciąż była w zasięgu jego wzroku, nadal był facetem, który musiał zetrzeć z twarzy koralową szminkę pięknej nieznajomej.
Skręciła w ulicę Durbin i zniknęła.
Trzy i pół roku wcześniej jedno spojrzenie na „Jenkinsa, Calvina M.” powiedziało wojskowemu lekarzowi wszystko, co potrzebował wiedzieć. Gdy stał boso, Cal ani nie mógł się zupełnie wyprostować, ani nawet utrzymać ramion w jednej linii.
– Spróbuj w Korpusie Obrony Obywatelskiej – powiedział lekarz. – Jestem pewien, że im się przydasz. – Był styczeń 1942 roku, niecały miesiąc po ataku na Pearl Harbor. Centrum rekrutacyjne Bonhomie było pełne symetrycznych młodych mężczyzn czekających na zaciągnięcie się do wojska.
– Dostanę mundur?
Ktoś za Calem parsknął śmiechem.
– Opaskę na ramię, tak myślę – stwierdził lekarz. – Dziękuję za przyjście, synu. Ubierz się i wracaj do domu. – Napisał coś na karcie Cala, podstemplował ją i podał pielęgniarce, żeby zakończyła procedurę.
Ale Cal, nie wiedząc, ile to zajmie, wziął sobie całe popołudnie wolne z zakładu betoniarskiego, a mieszkał w pokoju z aneksem kuchennym w skrzypiącym domu w stylu królowej Anny u pani Gautier przy ulicy Third – nie do końca było to miejsce, w którym chciał siedzieć i użalać się nad sobą. Zamiast tego podjechał swoim kredowoczerwonym Nashem do marketu Paulsona i zrobił zakupy na kartki żywnościowe ojca, po czym zawiózł je do staruszka.
Akr ziemi na zachód od miasta, z żółtym, dwupiętrowym domem, z ledwością przypominał miejsce, w którym Cal dorastał. Jego brat Robert zmarł na grypę, gdy Cal miał sześć lat, jego siostra Grace na gruźlicę, gdy miał dziewięć. W tym samym roku odeszła też jego matka, Dora – trawiona przez kilka chorób, ale bezpośrednią przyczyną było zapalenie płuc. Pozostali więc tylko we dwóch z ojcem, a Cal wyprowadził się, jak tylko skończył osiemnaście lat. Ciężko byłoby sobie wyobrazić, jak potoczyłyby się losy tego domu i staruszka, gdyby nie wojna – nie ta obecna, ale poprzednia – oraz te wszystkie niepowiązane z nią śmierci, które nastąpiły potem, i całe to picie, które tylko potęgowało trudności ojca. Od Everetta biła teraz umyślna nieuchwytność, która zdawała się pogłębiać wraz z bruzdami na jego policzkach. Z roku na rok narastały w nim chorobliwa podejrzliwość i kompulsywne gromadzenie zapasów, coraz bardziej żarłoczne i nienasycone – dlatego dobrze się składało, że dom nie stał w mieście. Regularnie można było zobaczyć Everetta jadącego swoim wózkiem przez ulice Bonhomie i zatrzymującego się, żeby wyciągnąć różne rzeczy z kontenerów i koszy na śmieci. Od czasu do czasu ktoś na niego krzyczał albo składał skargę do miasta. Nieraz z jego okien na strychu rozlegał się dźwięk strzałów z dwudziestki dwójki i trzeba było wysłać zastępcę szeryfa – stary świr z Compton Road znowu odstawiał swoje numery.
Problem tkwił w sposobie, w jaki działał umysł jego ojca, myślał Cal. Problem tkwił także w tych wszystkich gratach. Everettowi ledwo udało się przeprowadzić rodzinę przez Wielki Kryzys i nie mógł zdzierżyć marnotrawstwa. Wciąż trzymał ubrania sprzed kilku dekad – jego własne i te, które znalazł. Przechowywał jedzenie, którego nigdy nie zamierzał zjeść, jedzenie, które się zepsuło. Przechowywał czasopisma, gazety, kalendarze, etykiety z puszek. Guziki, pudełka zapałek, ogryzki ołówków. Czaszki królików i wiewiórek, które zastrzelił i zjadł. Szpulki nici, zwoje lin i drutu. Żeliwne patelnie oraz porzucone dzwony i ich serca z niedziałającej już fabryki dzwonów. Zbierał wszelkiego rodzaju przybory kuchenne, które znalazł, przeszukując miejskie wysypisko lub kosze na śmieci innych ludzi. Zatrzymał koperty, katalogi, kartki urodzinowe wysłane do nieznajomych. Nie miał barku, ale w całym domu porozstawiał (i poukrywał) butelki z najróżniejszymi rodzajami alkoholi, które znalazł lub otrzymał w zamian za dorywcze prace. Na podwórku stało pięć Fordów model T, żaden nie nadawał się do jazdy. Stały się pojemnikami na puste puszki i słoiki, na trociny i części samochodowe. Jedno auto – zjechało z taśmy produkcyjnej w roku, w którym urodził się Cal – zostało przekształcone w kurnik.
Starszy mężczyzna miał sześćdziesiąt jeden lat, przeżył czternastu prezydentów (w tym sześciu z Ohio) i choć jego wzrok przysłaniały czarne punkciki i zaćma, nadal, od czasów Woodrowa Wilsona, pisał do nich wszystkich listy. Nie interesowało go chodzenie do fryzjera, sam obcinał sobie włosy, a siwa broda rozrosła się, szeroka i szorstka. Był chudy; gdyby wpadło się na niego, gdy był nagi, można byłoby zobaczyć kości próbujące przebić się przez skórę, nie z powodu jakiejś choroby, ale dlatego, że teraz, gdy mieszkał sam, jedzenie stało się sprawą drugorzędną.
Był na podwórku, gdy usłyszał, jak samochód Cala wjeżdża na żwirowy podjazd. Silnik zgasł i po chwili dobiegło go pukanie do frontowych drzwi. Potem kroki okrążające dom, delikatnie rozbijające cienką warstwę świeżego śniegu, który nocą pokrył ziemię zamarzniętą skorupą.
– Tato?
Kardynał narysował szkarłatną linię na śniegu. I oto był tam Cal: stał między niewielką skrzynką Coca-Coli a szafą. Pod pachą trzymał torbę z zakupami.
– Uszy dziś działają, tato?
– Działają bardzo dobrze. – Tak naprawdę od czasu Saint Mihiel wcale nie bardzo dobrze, ale działały.
– Gdybym nie znał cię lepiej – stwierdził Cal – pomyślałbym, że przytyłeś. Ile warstw masz na sobie?
Everett, który miał na sobie cztery wiatrówki, dwa szaliki, kurtkę Mackinaw, a pod tym wszystkim piżamę, toczył w stronę stojącego za domem garażu koło ze smętnie zwisającą, sflaczałą oponą. W ciągu kilku dni, odkąd Cal odwiedził go ostatni raz, jego ojciec w jakiś sposób zdołał podnieść każdy z pięciu samochodów i zdjąć z nich dwadzieścia kół. Teraz samochody opierały się na podnośnikach i pieńkach. Koła i ich spłaszczone opony leżały na stercie za garażem, poza tym jednym, które ciągnął teraz po śniegu. Z tego wszystkiego Cal wywnioskował, że jego ojciec przynajmniej nie poszedł w tango.
– Co robisz?
Jakby zmęczony koniecznością odpowiadania na to pytanie (choć nie rozmawiał z nikim od ostatniej wizyty Cala), Everett przeciągnął oponę o jeszcze kilkadziesiąt centymetrów i odparł zirytowany:
– Trzymam gumę i metal z dala od pewnych szponów.
Ślady w śniegu łączyły każdy z samochodów z miejscem, w którym leżały teraz koła i opony.
– Jakich szponów, tato?
– Instytucjonalnych – odpowiedział Everett, nie podnosząc na niego wzroku. – Rządowych. Jeśli chcesz mieć to czarno na białym, musisz zaczekać, aż będę miał czas. – Odłożył oponę i strzepnął śnieg z rękawiczek, obsypując nim swoją brodę.
Cal skinął głową.
– To chyba to schowam.
Zaniósł zakupy po zbutwiałych schodach do przedpokoju, gdzie kiedyś siadał na ławie, żeby zdjąć buty po powrocie ze szkoły. Teraz ława ginęła pod gazetami i katalogami, a naprzeciwko leżały narzędzia, płaszcze i koce, więc ścieżka przez przedsionek była niemal zbyt wąska, żeby nią przejść. A następnie do kuchni, gdzie jego matka, blondynka, tak jak on i jego siostra, gotowała niegdyś posiłki, pomagała w lekcjach i recytowała z pamięci stolice czterdziestu ośmiu stanów. Wszystkie krzesła oprócz jednego były zastawione pudełkami i kartonami, a stół był tak zasypany śmieciami, że ledwo można było rozpoznać, że to stół. Podłoga w niektórych miejscach się zapadła i skrzypiała pod każdym krokiem. Sufit wyglądał jak front burzowy złożony z plam po wodzie. Everett twierdził, że był zadowolony, kiedy osiemnastoletni Cal oznajmił, że się wyprowadza. Mówił, że ma powyżej uszu narzekań Cala na ich styl życia, na to, w jakim stanie jest ich dom i ile on pije. Narzekań, których wysłuchiwał, odkąd Cal miał jedenaście lat. Everett miał rację w swoich wyliczeniach; to był rok po śmierci matki Cala, rok, w którym wszystko zaczęło się pogarszać. Cal nie mógł pozbyć się poczucia, że z całej rodziny był ostatnią osobą, z którą ojciec chciałby zostać, a jednak obaj tu byli.
Postawił zakupy na jedynym wolnym miejscu na blacie, jakie mógł znaleźć, a następnie zapełnił torbę rzeczami, które przyniósł w ostatnich tygodniach, a które się zepsuły. Gnijące owoce. Chleb twardy jak kamień. Miękka, śliska cebula. Wyniósł śmierdzącą torbę przez drzwi frontowe i wrzucił do bagażnika samochodu, żeby jego ojciec nie mógł w nim grzebać po jego odjeździe.
Na podwórku Everett odwinął mosiężny drut wiążący uchwyty podwójnych drzwi garażu i pchnął je, rysując na śniegu wzór skrzydeł. Doszedł do wniosku, że dwadzieścia opon nie zmieści się w środku, nawet tych przebitych, będzie musiał parę rzeczy wyciągnąć, zdecydować, co może poświęcić dla złodzieja, jeśli jakiś by się pojawił, gdy będzie spał albo gdy będzie poza domem. Więcej niż parę, pomyślał sobie teraz, bo musi też zrobić miejsce na skrzynkę z napojami, wszystkie części samochodowe, puszki, blachy i kawałki rury od pieca. Tak, każdy widoczny gołym okiem kawałek metalu i gumy musiał zostać ukryty.
Wyciągał kredens z garażu, gdy Cal znowu się pojawił.
– Pomogę ci.
Ojciec potrząsnął przecząco brodatą głową.
– To nawet nie było nasze – zauważył Cal, dotykając drewna.
Everett wyciągnął kredens na tyle, żeby skrzydła drzwi garażowych nie zahaczyły o niego, po czym oparł na nim łokcie i spojrzał na Cala. Jego oczy były przekrwione – być może tylko z irytacji.
– Przyszedłeś z jedzeniem?
Cal pokiwał głową.
– I już je przyniosłeś?
– Tak.
Everett poruszył ustami, jakby próbował oddzielić kawałek ryby od ości.
– Jestem zajęty.
Cal spojrzał na podwórze: nieuporządkowany cmentarz śmieci, wszystko pokryte śniegiem. Na siedzeniu kierowcy w jednym z Fordów kurczak podniósł głowę i rzucił spojrzenie z ukosa.
– Mnóstwo chłopaków przychodzi teraz do punktu poborowego – powiedział. – Zgłaszają się na ochotników. To dopiero widok.
– Mhm.
– Kolejka ciągnęła się wzdłuż Union Street.
Everett szarpnął jedną z szuflad kredensu. Uderzył w nią pięścią i znowu pociągnął. Pusta.
– Chciałem tylko, żebyś wiedział: tego popołudnia próbowałem się zaciągnąć.
Przez całe lata Everett uginał się pod ciężarem grawitacji, jak czynią to niekiedy starzy ludzie. Teraz, na oczach Cala, zdawał się prostować i rosnąć, aż jego szaroniebieskie oczy znalazły się na poziomie wzroku Cala.
– Dlaczego?
– Dlaczego? Ponieważ chcę być częścią tej sprawy, dlatego. Walczyć z Osią. Wiesz, jak to jest. Ty się zaciągnąłeś.
Everett się skrzywił.
– Posłuchaj siebie. „Walczyć z Osią”. I nie pomyślałeś, żeby najpierw zapytać mnie?
– Nie muszę pytać, tato. Mam dwadzieścia jeden lat. Od trzech lat jestem zarejestrowany.
– Cóż, to była strata czasu. Nie wzięli cię, prawda? Z powodu nogi?
– Nie.
Everett znowu zapadł się w sobie. Otworzył drugą szufladę, zajrzał do niej i z powrotem zamknął.
– A w międzyczasie podnieśli wiek rejestracji do sześćdziesięciu czterech. Pewnie mnie wezmą jutro, ale ciebie odrzucili. To dopiero niesprawiedliwość, co?
Cal wsunął dłonie w kieszenie.
– W każdym razie spróbowałem.
– Niepotrzebnie się fatygowałeś. Ciągle piszę do tego sukinsyna w Białym Domu. Mówię, że go przejrzałem, widzę cały ten jego cholerny bajzel. Powiedziałem, że jeśli odetniemy Japonię od dostaw ropy, Japonia nas zaatakuje. Ale wiesz co? On chciał, żeby nas zaatakowali, bo nie mógł się doczekać, żeby nas w to wciągnąć. Umieścił całą marynarkę wojenną w jednym miejscu i teraz mamy ponad dwa tysiące zabitych. Niektórzy nawet nie zdążyli założyć spodni. – Everett pochylił się i splunął. – W dniu, kiedy się urodziłeś i okazało się, że jedna z twoich nóg jest krótsza, doktor powiedział, że poza tą deformacją jesteś zupełnie zdrowy, i wtedy pomyślałem, cóż, to by było na tyle. Jeśli znowu zaangażujemy się w coś takiego, on w tym nie weźmie udziału.
– W porządku, tato, zobaczymy się za jakiś tydzień – powiedział Cal, chcąc zdystansować się od ojca i słowa „deformacja”. Zaczął iść w stronę samochodu.
– Hej! – zawołał Everett. A chwilę później: – Zatrzymaj się, do cholery!
Cal szedł dalej. Jakże nieprzemyślany był cały ten dzień. Kiedy on się w końcu nauczy? Kiedy przestanie próbować zaimponować temu staremu dziwakowi? Doszedł do Nasha i sięgał, żeby otworzyć drzwi kierowcy, kiedy coś uderzyło mocno w tył jego kurtki.
Śnieżka, jak się okazało. Uformowana i ulepiona przez zmęczone, artretyczne dłonie. Everett stał kilka kroków dalej, dysząc ciężko po tak gwałtownym ruchu, a parę jego oddechu natychmiast ścinał mróz.
– Cieszy mnie to, to próbuję ci powiedzieć – oznajmił.
Następnego dnia Cal zaczął się zastanawiać, czy nie zapuścić brody. Czy nie przeprowadzić się do nowego miasta i nie występować pod swoim drugim imieniem, „Maurice Jenkins, miło mi poznać”, wszystko, żeby móc twierdzić, że był na wojnie, został ranny i odesłany do domu, gdy już utykał. Późnym rankiem ładował na wózek worki z suchym betonem i zwoził je do olbrzymiego, lodowatego magazynu i czuł się obrzydliwie, że taka myśl w ogóle przyszła mu do głowy. Późnym popołudniem jedyne, o czym marzył, to utopić swoje frustracje w piwie korzennym z lodami. Resztę swojej zmiany spędził na myciu ciężarówek, stojąc w błotnistej mazi z roztopionego śniegu i kamiennego pyłu. Potem odbił kartę, obmył się szybko w jednym z roboczych zlewów i pojechał przez pośniegową breję do drogerii Finka.
Zanim wszedł do środka, dostrzegł swoje odbicie w oknie: ta sama zielono-czarna kurtka w kratę, którą nosił w liceum, szalik podciągnięty aż do nosa, wełniana czapka. Gdy ją ściągnął i przeczesał włosy dłonią, chmura betonowego pyłu uniosła się nad jego głową i podryfowała wzdłuż Fordham Street.
Dwie osoby siedziały na przeciwległych końcach długiego, drewnianego baru, a w jednym z boksów kilka kobiet jadło kanapki i piło napoje gazowane. Kobiety miały na sobie pastelowe swetry z naszywkami jednostek na rękawach. Jedna z nich miała przypięte do kołnierzyka belki oficerskie, z pewnością pamiątka wysłana jej przez męża albo chłopaka.
Cal zrzucił z siebie zimowe rzeczy i odłożył na pusty stołek przy ladzie. Usiadł i wytarł nos w serwetkę. Jeszcze więcej betonowego pyłu. Poprosił o napój korzenny z lodami.
Mary Lisnik, która zbliżała się już do pięćdziesiątki, a u Finka pracowała od siedemnastego roku życia, uniosła brwi i – chcąc go nieco skusić – rzuciła z udawanym zaskoczeniem:
– Mamy nowy deser.
– Raczej podziękuję – odparł Cal.
– Daj mi szansę. Robi się go z masła orzechowego i bananów, nazywa się Ciasto Spadochroniarza. – Wskazała papierosem na tablice za nią, gdzie zapisano tę nazwę obok małego rysunku spadochronu. – Gładko ląduje. Rozumiesz?
– Tylko napój, dzięki.
– Daj Boże – powiedziała Mary Lisnik, popychając pokrywę lodówki nasadą dłoni.
CZTERY MIEJSCA DALEJ, tuż za miejscem, gdzie bar zakręcał, siedziała Becky Hanover z filiżanką herbaty i otwartą książką. Było to Morderstwo w Orient Expressie. Agatha Christie, o czym Becky dowiedziała się z artykułu w magazynie, zniknęła kiedyś na całe dziesięć dni. Przypuszczano, że dotknęła ją amnezja i zdezorientowana błądziła bez celu. W czasie nieobecności jej przyjaciel Arthur Conan Doyle dał jedną z jej rękawiczek medium, żeby pomóc ją znaleźć. A następnie, czy to z pomocą medium, czy bez (artykuł tego nie sprecyzował), Christie została znaleziona w hotelu kilka miejscowości dalej. Sugerowano, że za jej zniknięciem stały problemy małżeńskie: po prostu chciała na jakiś czas znaleźć się gdzie indziej.
Becky też kiedyś pomogła rozwiązać zagadkę. Gdy miała dziewięć lat, ojciec jej przyjaciółki, Normy Shefflin, wyszedł pewnego wieczoru w ulewnym deszczu po papierosy i nigdy nie wrócił. Został uznany za oficjalnie zaginionego, a po kilku dniach poszukiwań przez policję jego żona przyznała, że się pokłócili i że wyszedł rozgniewany, więc być może po prostu odszedł. Sąsiedzi przeszli od dyskusji na temat zagadki zaginięcia do rozmów o bezczelności mężczyzny, który porzucił rodzinę. Miesiąc później Becky budowała z Normą i kilkoma innymi dziewczynkami bałwana na podwórzu Shefflinów, gdy usłyszała w głowie głos pana Shefflina, czysty i wyraźny.
„Powiedz im, że jestem niedaleko”.
Przestała toczyć śniegową kulę. Słuchała.
Ponownie głos pana Shefflina powiedział: „Powiedz im, że jestem niedaleko”.
– Twój tata jest niedaleko – oznajmiła Normie.
W ogólnym zamieszaniu, które po tym nastąpiło – zadziwieniu Normy, niepokoju jej matki – Betty wyjaśniła, że zaginiony mężczyzna dwukrotnie przemówił w jej głowie. Pani Shefflin zadzwoniła do rodziców Becky, którzy sprawiali wrażenie głęboko wstrząśniętych, i przeprosili za zachowanie córki.
Tej nocy Ida i Roman Hanoverowie posadzili Becky przy stole w jadalni i poprosili, by się wytłumaczyła. Wkrótce Ida wpatrywała się w sufit, a Roman spoglądał na wpół zmrużonymi oczami na córkę, jakby próbował zobaczyć coś poza jej twarzą.
– To wszystko? – powiedział. – Usłyszałaś, że ktoś mówi, choć nikogo tam nie było?
Becky pokiwała głową.
– Nie rób tego.
– Ale co, jeśli jeszcze raz usłyszę jego głos?
– Nie słuchaj ponownie jego głosu – zarządził ojciec. – Ani żadnych innych głosów.
A potem nadeszła wiosna i na pobliskiej rzece Laurie puścił lód, a na odcinku biegnącym wzdłuż drogi stanowej nieco ponad kilometr za miastem mężczyzna łowiący na muchę w wysokich, nieprzemakalnych butach natknął się na samochód pana Shefflina – z panem Shefflinem w środku. Norma przestała się z nią przyjaźnić, a w następnym roku Shefflinowie wyprowadzili się do Wirginii.
Więc pan Shefflin miał rację, tak jak i Becky: był niedaleko. Frustrujące było to, że nikt zdawał się tego nie doceniać, ale pozwalało to wyjaśnić, dlaczego, wraz z upływem lat, nadal słyszała głosy w swojej głowie – mężczyzn i kobiet, czasami dzieci – mówiących jej rzeczy, których nie wiedziała. Na przykład „Tournesol”. Któregoś dnia, gdy Becky rysowała słonecznik, dziewczynka, której tu nie było, wyszeptała jej do ucha: „C’est un tournesol”, musiała pójść do biblioteki, żeby sprawdzić to słowo w słowniku francuskiego. Po krótkich zmaganiach z pisownią znalazła je. Tournesol: słonecznik.
„J’aime tes cheveux”. Dziewczynka także i to jej przekazała. „Podobają mi się twoje włosy”.
Becky wierzyła, że zmarli pozostają tu głównie dlatego, że wciąż mają coś do powiedzenia – choć niektórzy pojawiali się także, żeby posłuchać. Wierzyła, że gdy przeszywa cię nagły dreszcz, to oznacza, że ktoś w przyszłości przeszedł po twoim grobie i że czujesz mrowienie na głowie, gdy ktoś nieznajomy o tobie myśli. Gdy siedziała i czytała, jej głowa zaczęła mrowić. Podniosła wzrok znad książki i najpierw przyjrzała się siedzącemu na końcu baru mężczyźnie w garniturze, z szerokimi ramionami, na których jego głowa spoczywała niczym worek ziemniaków, a potem trzem kobietom jedzącym kanapki w boksie, farmaceucie, który siedział z jedną parą okularów na nosie, a drugą na łysiejącej głowie, a następnie na kobietę za ladą, z warkoczami wystającymi zza każdego ucha, która paliła papierosy i czytała gazetę. Na koniec Becky przyjrzała się młodemu mężczyźnie o blond włosach, który oparł łokieć na barze i z głową wspartą na dłoni sączył napój przez słomkę z wysokiej, żłobionej szklanki.
Rozpoznała go ze szkoły. Uroczy chłopak, który utykał i nie uprawiał żadnych sportów. Nigdy ze sobą nie rozmawiali.
Zabrała kubek ze spodkiem i książkę i przesiadła się na krzesło obok niego.
– Czy właśnie mnie obserwowałeś? – zapytała, a on aż drgnął, zaskoczony.
Miała na sobie czarny beret i czerwoną pelerynę. Cal zaprzeczył, ale ona odchrząknęła i oznajmiła, że ma bardzo dobrą intuicję.
– Bombardują Australię – oznajmiła Mary Lisnik zza lady, nie zwracając się do nikogo konkretnego.
Mężczyzna o głowie niczym worek kartofli podniósł wzrok znad swojej kanapki.
– To wiadomość z zeszłego tygodnia.
– To dzisiejsza gazeta – odparła Mary Lisnik. – Więc chyba wczoraj też ją bombardowali.
– Intuicja mi podpowiedziała, że o mnie myślisz. – Becky powiedziała Calowi. – Co oznacza, że jeśli tego nie zrobiłeś, to wkrótce zaczniesz.
– Cóż, chyba teraz myślę – stwierdził Cal.
– To Morderstwo w Orient Expressie – powiedziała, jakby przedstawiała referat o książce w szkole. – O okropnym mężczyźnie, który popełnia okropne rzeczy, po czym trafia do pociągu z niemal wszystkimi, którym to zrobił. Nie będę ci psuła przyjemności, mówiąc więcej.
Cal już się zorientował, że to Becky Hanover – ta drobna, ładna, nieco dziwna dziewczyna, która w szkole była rok niżej od niego. Jak przez mgłę pamiętał, że recytowała Kruka podczas popołudniowego apelu. Miała przyjemną okrągłą twarz otoczoną kręconymi, ciemnobrązowymi włosami. Widział, jak siedzi sama w stołówce i na trybunach podczas popołudniowych meczów futbolu, myślał wtedy o tym, żeby do niej podejść i się przywitać, ale nigdy nie zdobył się na odwagę.
Jej beret był pierwszym, jaki kiedykolwiek widział, poza tymi noszonymi w filmach.
– Uwielbiam kryminały. A ty co lubisz czytać? – zapytała.
Szukając odpowiedzi innej niż „komiksy”, które w tamtym czasie nadal stanowiły większość jego lektur, Cal odpowiedział, że encyklopedie.
Becky wybuchnęła na to śmiechem. Zapytał, co w tym takiego zabawnego.
– Nie ma tak wielu encyklopedii – odpowiedziała. Popatrzyła na jego włosy i one też wydawały się ją bawić. – Kosmyk ci sterczy.
– Każdego dnia. Kiedy byłem mały, mama próbowała go przyklepywać, ale w końcu się poddała. Mówiła, że to wygląda, jakby krowa mnie polizała. Nie żebyśmy mieli krowę.
– Jesteś też trochę brudny.
– Tak?
– Tutaj. – Becky podniosła dłoń i dotknęła opuszką palca boku jego szyi.
Cal poczuł iskierkę gdzieś pod żebrami.
– To z pracy. Z zakładów betoniarskich.
– Ja pracuję w sklepie papierniczym Dixona przy Eleventh Street – powiedziała. – Jestem bardzo dobra w pomaganiu ludziom w wyborze artykułów piśmienniczych. Otrzymałeś jakąś złą wiadomość ostatnio?
Czyżby piętno jego kategorii 4-F było tak widoczne na jego twarzy? Cal znowu pociągnął przez słomkę.
– Powiedz prawdę – zażądała.
Już ją polubił – miała łagodny, miękki głos, a oczy otwarte w taki sposób, że widać było całe tęczówki, tak ciemnobrązowe, że trudno było dostrzec w nich źrenice. Przy całej jej ekscentryczności było w niej coś kojącego. Nie zamierzał jednak wyznawać jej prawdy. Nie chciał mówić o tym, jak bardzo czuł się zawiedziony, jak sfrustrowany, jak nieudolny.
Mary Lisnik podrapała się po szczęce dłonią trzymającą papierosa.
– Teraz zgarniają wszystkich Japończyków w Kalifornii. Nawet tych amerykańskich – oświadczyła.
Mężczyzna z głową jak worek kartofli zmiął swoją serwetkę.
– Jeśli są Japończykami, to nie są Amerykanami – stwierdził. – I zgarniali ich już od jakiegoś czasu. Jesteś pewna, że to nie jest gazeta z zeszłego tygodnia, kochaniutka?
Kiedy Mary Lisnik popatrzyła znad „Toledo Blade”, w jej oczach płonęła czysta nienawiść. A potem zauważyła jego pusty talerz.
– A co powiesz na kawałek Ciasta Spadochroniarza?
Becky nachyliła się bliżej Cala.
– Nawet jeśli to coś złego, nie potrwa to wiecznie – powiedziała.
Pięć tygodni i tyleż randek później stali w kolejce na zaśnieżonym chodniku przed Bonhomie Bijou, zaraz mieli obejrzeć Valley of the Sun, gdy podała mu małą zaklejoną kopertę. Powiedziała, że w środku znajduje się list do niej samej, który napisała jako ośmiolatka – list z opisem wizji, jaką miała na temat swojej przyszłości. Czy Cal mógłby przechować dla niej ten list i oddać go, gdy ona skończy sześćdziesiąt lat?
To była najdziwniejsza rzecz, o którą ktoś kiedykolwiek go poprosił. Nie był wysoki, ale i tak przewyższał ją o kilka dobrych centymetrów i przyzwyczaił się do patrzenia lekko w dół w jej ciemne oczy, do widoku jej uniesionej twarzy, gdy uśmiechała się do niego. Przywykł do niemal wszystkiego, co z nią związane, a jednak wciąż była w stanie go zaskoczyć.
– Dlaczego akurat w sześćdziesiąte urodziny?
– Bo do tego czasu zapomnę, co napisałam. I chcę, żebyś go zatrzymał i dopilnował, żebym do niego nie zajrzała, dopóki nie minie odpowiednio dużo czasu.
– Ale po co to zapisywać, skoro chcesz o tym zapomnieć?
– O to właśnie chodzi – odparła Becky. – Czy przyszłość jest poznawalna? Czy nasze starsze ja będzie takie, jak nasze młodsze ja sądziło, że będziemy? Możemy się tego dowiedzieć tylko w jeden sposób: spisując to, a następnie wyrzucając z naszych umysłów i pozwalając, by życie potoczyło się swoim biegiem. To, jak rozwija się czas, powinno pozostać tajemnicą, nie sądzisz?
Cal nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad rozwijaniem się czasu.
– Chyba tak – powiedział.
– Więc obiecujesz, że zatrzymasz dla mnie ten list?
Pokiwał głową, ona podała mu kopertę, a on wsadził ją do kieszeni płaszcza. Potem zapytała, czy kiedykolwiek napisał list do samego siebie, a on tak bardzo przejmował się tym, że ludzie w kolejce do kina podsłuchają tę „rozmowę o przyszłości”, że pocałował ją, żeby przestała mówić.
To był ich pierwszy prawdziwy pocałunek i choć był interesujący, żadne z nich tak naprawdę nie wiedziało, jak to robić. Ich usta poruszały się niepewnie. Ich języki stykały się na sekundę, potem wycofywały. Ktoś, kto stał za nimi w kolejce, rzucił: „Ruszajmy się, ludzie”.
Pod koniec wieczoru, gdy siedzieli w samochodzie naprzeciwko domu jej rodziców na London Hill, które wcale nie było wzgórzem, tylko jedną z najbogatszych dzielnic w mieście – Becky znowu poruszyła temat listu.
– Wracając do tego listu – powiedziała. Cal zastanawiał się, czy zrobił coś nie tak na ich randce i czy ona zamierza poprosić o zwrot koperty. Ale Becky chciała, żeby wiedział, że jeśli kiedyś napisałby własny list – co, jak wywnioskowała, jeszcze nie nastąpiło – to ona mogłaby mu go przechować.
Znowu zaczął padać śnieg. Płatki były grube i przywierały do przedniej szyby jak małe koronkowe serwetki. Cal nie potrafił wymyślić, co mógłby powiedzieć poza „Dziękuję”. Ona się uśmiechnęła i go pocałowała. Tym razem było to mniej nieporadne, a nawet bardziej interesujące. Nie przestawali.
NIE ŁĄCZYŁO ICH WIELE zainteresowań, ale wiosna przeszła w lato, a oni mieli na tyle zdrowego rozsądku, żeby wiedzieć, że ich wspólnym mianownikiem są oni. Ich pragnienie, by spędzać razem czas. Zmiany Cala w zakładzie betoniarskim zaczynały się i kończyły wcześniej niż te Becky w sklepie papierniczym, więc często czekał na nią, gdy wychodziła z pracy.
– Mam pomysł – oznajmił pewnego sobotniego popołudnia tamtej wiosny, gdy siedzieli na podwórzu pensjonatu, na ławce wśród róż. – Może przemkniemy się obok pani Gautier i wślizgniemy do mojego pokoju? No wiesz, poprzytulać.
„Przytulanie” to było pojęcie, którym określali wszystko, co robili, a co nie obejmowało rozebrania się czy uprawiania seksu (oboje mieli swój pierwszy raz wciąż przed sobą, chcieli zaczekać). Uśmiechnęła się do niego krzywo uśmiechem, który nadal jeszcze testowała. Ruszyli na górę.
– Mam pomysł – powiedziała pewnego wczesnego letniego wieczoru, kiedy szli ścieżką wokół jeziora Meyer, a on tłumaczył jej, dlaczego historie o policjantach i złodziejach nie są najlepszym materiałem na komiksy. – Może przestaniemy rozmawiać i poprzytulamy się pod jednym z tych drzew?
Przestał mówić i się poprzytulali.
Becky była pierwszym, o czym myślał, gdy rano otwierał oczy. O tym, że ją zobaczy, o jej miękkim głosie, o całowaniu. Becky natomiast uważała Cala za najsłodszego, najbardziej uważnego młodego mężczyznę, jakiego znała. (Umawiała się z kilkoma przed nim – z żadnym na dłużej). Kiedy okazywał jej czułość, na jego chłopięcej twarzy malowało się przejęcie, czy robi to we właściwy sposób. W pewnym momencie tego lata przestała martwić się, że straci nią zainteresowanie. Zaczęła też myśleć, że nawet gdy ujawnią się jego wady, potrafiłaby przymknąć na nie oko. Albowiem musiał je mieć; ona z pewnością miała. Właściwie to miał jedną, na którą już przymykała oko: kiedy jadł, czasami wycierał usta wierzchem dłoni – albo w rękaw. A ona nie zająknęła się o tym ani słowem (jeszcze), ponieważ go lubiła. Dużo więcej niż lubiła.
Pewnego wieczoru siedzieli naprzeciwko siebie w Blue Top Diner, opowiadała mu o seansie, który ostatnio przeprowadziła z przyjaciółką z dzieciństwa, Janice, próbowały przywołać ducha Joanny D’Arc, gdy Cal przerwał jej pytaniem, co sprawiło, że zainteresowała się seansami. Opowiedziała mu o biednym, martwym panu Shefflinie szepczącym w jej głowie. Cal przypomniał sobie, że słyszał o Fordzie Model A z martwym mężczyzną w środku, który został wyciągnięty z rzeki Laurie. A potem powiedziała mu o tym, jak kilka lat później, gdy miała dwanaście lat, przy jej łóżku pojawił się duch kobiety z plemienia Seneków. Becky chorowała na świnkę, a kobieta wmasowała w jej klatkę piersiową jakieś pokruszone zioła, co sprawiło, że gardło przestało ją boleć. Nim Becky zdążyła jej podziękować, kobiety już nie było – wyparowała wraz z ziołami – więc Becky poszła do biblioteki i zaczęła szukać sposobów, na jakie zmarli komunikowali się z żywymi.
Z jakiegoś powodu znikająca kobieta wydała się Calowi bardziej dziwaczna niż szepczący topielec.
– Cóż – powiedział, soląc hamburgera. – Miałaś gorączkę.
– Tak. Okropną gorączkę.
– To było to, nie sądzisz? Czyż nie ma zwykle naukowego uzasadnienia takich rzeczy?
– A musi być?
– Chyba nie, gdy jest się dzieckiem.
– I to – oznajmiła, odchylając się w boksie. – Z ust dorosłego mężczyzny, który wciąż czyta komiksy.
Nie zamierzał jej zirytować. A teraz pomyślał, że próbuje sprawić, by poczuł się jak idiota.
– Niektóre są oparte na powieściach.
– Które?
Musiał się zastanowić.
– Tarzan.
– To komiksy. Zabawne obrazki zszyte ze sobą.
– To hobby – odparł. – Takie jak twoje.
– Uważasz, że moje stoi na równi z czytaniem komiksów o facetach w rajtuzach, walczących ze złoczyńcami?
– Nie – odpowiedział. – Zapomnij, że cokolwiek powiedziałem.
– Wiem, co mi się przydarzyło.
– Jestem tego pewien.
– Nie brzmisz na pewnego.
Czy to była ich pierwsza kłótnia? Czy się kłócili? Podniósł dłonie w geście poddania.
Niewiele mówili, gdy kończyli jeść. Kiedy płacił rachunek, ona wyszła z knajpki. Żeby zaczekać na niego na chodniku, pomyślał, ale gdy wydawano mu resztę, zaczął się bać, że nie będzie jej tam, gdy wyjdzie na zewnątrz. Że uzna, że nie jest wart jej czasu, i odejdzie. Wróci do domu. Zniknie z jego życia.
Zmierzchało, było późne lato. Blue Top znajdowała się na Fleming, szerokiej ulicy biegnącej między dwiema głównie mieszkalnymi dzielnicami, a po obu jej stronach rosły bzy. Ludzie przechadzali się z dziećmi, wyprowadzali psy. Mężczyźni w mundurach, w domu na przepustce ze szkolenia, chodzili, obejmując ramionami swoje dziewczyny, żony. Na ławce siedziała starsza para, mierząc wzrokiem każdego, kto przechodził. Ale Becky nigdzie nie było. Cal czuł, jak twarz zaczyna mu płonąć. Rozejrzał się dookoła, żołądek skręcał mu się w panice – a potem zauważył ją kilka metrów dalej, stała plecami do niego. Wpatrywała się w przestrzeń. Kiedy stanął obok niej, zerknęła na niego, wzięła go za rękę i uśmiechnęła się lekko, co oznaczało albo przebaczenie, albo tylko pragnienie, by zamknąć ten temat. Odwróciła wzrok w stronę ciemniejącego nieba nad spadzistym dachem domu w stylu Craftsman po drugiej stronie ulicy.
– Garbaty księżyc – powiedziała.
POBRALI SIĘ WE WRZEŚNIU 1942 roku w Pierwszym Kościele Episkopalnym. Poza pastorem, organistą, parą młodą, druhną (przyjaciółką Becky, Janice) oraz drużbą (Everettem w źle dopasowanym, wyświeconym garniturze, który przez większość ceremonii mruczał coś pod nosem niczym pszczoła) w uroczystości wziął udział niespełna tuzin osób, w tym rodzice Becky, rodzice Janice, dyrektor szkoły, do której oboje chodzili, i starsza kobieta, która mieszkała na tej samej ulicy i chodziła na każdy ślub i pogrzeb, jakie odbywały się w kościele. Becky płakała i płakała – na początku, gdy Cal składał przysięgę, potem w czasie swojej. Płakała, gdy szli nawą przy dźwiękach Ody do radości, płakała przed kościołem, gdy obsypywano ich ryżem. Kiedy uśmiechnięty Cal zapytał, dlaczego tak bardzo płacze, powiedziała, że to dlatego, że tak go kocha i jest taka szczęśliwa, że znaleźli siebie nawzajem. Cal też był szczęśliwy.
Rześkie jesienne powietrze owiewało ich twarze, chłodząc wilgoć na policzkach. Nikt nic nie przywiązał do zderzaka w Nashu, bo wszystkie puszki były już pozamawiane, ale Janice wymalowała fantazyjnymi zawijasami temperą na tylnej szybie: PO ŚLUBIE!
Miasto nocą, widziane z góry i z dystansu, wyglądało jak pas cekinowej tkaniny rozpostarty na płaskim trapezie ziemi otoczonym żywopłotami. Tam, nieco na zachód, pociąg pasażerski sunął przez ciemność, podążając południowym zakrętem torów, który poprowadzi jego punktowe światło obok wszystkich punkcików światła tworzących Bonhomie. Tulipan firmy Tuck & Sons zgasł w kwietniu 1942 roku i miał już pozostać w takim stanie, jak poinformowano w całostronicowym ogłoszeniu w „The Hancock Gazette”, aż nad społecznością przestanie wisieć groźba wrogiego ataku. Na zebraniu w ratuszu poświęconym bezpieczeństwu na froncie wewnętrznym szef Izby Handlowej zaproponował przeszukanie każdego domu, aby upewnić się, że nikt nie ukrywa osób pochodzenia niemieckiego lub japońskiego. Zostało to odrzucone w głosowaniu (ponieważ – jak zauważyła jedna z bibliotekarek – niemal połowa miasta miała niemieckie pochodzenie), ale plan publicznego zniszczenia wszystkich produktów wytworzonych w Japonii przeszedł. Wszędzie widać było ponure ślady wojny – plakaty wzywające do wszelkiego rodzaju oszczędzania, plakaty zachęcające do kupowania obligacji wojennych i ostrzegające, by nie zatapiać statków swoim nieostrożnym plotkowaniem. Co tydzień w „The Gazette” drukowano listę miejscowych poległych, zaledwie kilka stron od najnowszych komunikatów o limitach na kartki żywnościowe.
Cal zapisał się do Obywatelskiego Korpusu Obrony, jeszcze kiedy umawiał się z Becky, ale musiał czekać trzy miesiące, aż zwolni się miejsce. Kiedy tak się stało, wolontariusz zawiózł jego i dwóch weteranów – w ryczącym Fordzie Rheinlandzie – do Limy na szkolenie. Na jego zakończenie zostali poproszeni o złożenie przysięgi na wierność rządowi Stanów Zjednoczonych i wręczono im certyfikaty członkostwa podpisane przez gubernatora Brickera. Cal, który miał nadzieję, że zostanie członkiem cywilnej obrony przeciwlotniczej, otrzymał funkcję posłańca. Do jego obowiązków należało patrolowanie, obserwacja i dostarczanie wiadomości członkom obrony przeciwlotniczej, jeśli były jakieś informacje do przekazania. Tak jak przewidywał lekarz z centrum rekrutacyjnego, dostał opaskę na ramię z symbolem błyskawicy, przypominającym ten noszony przez Flasha. Pięć nocy w tygodniu robił swoje rundki z gwizdkiem w kieszeni, wpatrując się w nocne niebo, gotowy, by wysłać wiadomość, jeśli sytuacja stałaby się niebezpieczna.
Ale nic nie stało się niebezpieczne. Wojna była daleko.
MIESIĄC MIODOWY MUSIAŁ zaczekać – nie mieli pieniędzy – ale nie przejmowali się tym. Wprowadził się z Becky do umeblowanego mieszkania z jedną sypialnią nad salonem fryzjerskim Winniker przy Main Street. Wspólna klatka schodowa pachniała jak puder Pinaud i woda po goleniu, ale w pokojach mogli robić to, na co mieli ochotę, a mieli ochotę na seks. Często. Biorąc pod uwagę, że byli po ślubie i długo czekali, mieli dużo do nadrobienia. Becky nie wiedziała tak naprawdę, czego oczekiwać, ale cieszyła się, że jego zachowanie w łóżku odzwierciedlało to, jaki był na co dzień, była wdzięczna za jego cierpliwość, za powściągliwość; uważała to za seksowne. Nie wytrzymywał długo, ale się starał, co też uważała za seksowne. Poznali się ze wszystkich stron. Pod jednym z jej kolan znalazł niewielkie znamię, którego nawet nie była świadoma. Ona zauważyła, że jego małe palce wyginają się do tyłu w górnym stawie.
Na początku małżeństwo wydawało się naprawdę długą, pełną seksu randką. Oczywiście było to coś więcej. Musieli nauczyć się mieszkania razem. Musieli nauczyć się tego, jak stworzyć dla siebie przestrzeń w sposób, który nie miał nic wspólnego z ich ciałami. Oboje pracowali, więc dla Becky stało się oczywiste – i niemal równie szybko dla Cala – że wspólnie będą utrzymywać dom, który razem tworzą.
Nie zawsze chciała, żeby do niej dołączał, gdy wieczorami wpadała do rodziców, nie miał nic przeciwko, bo jej ojciec sprawił, że czuł się nieswojo. Nie chciał, żeby chodziła z nim do Everetta i narażała się na spotkanie z tym starym człowiekiem, nie chciał, żeby oglądała to miejsce z bliska, widok z drogi musiał wystarczyć.
– Było źle, gdy dorastałem, ale to nic w porównaniu z tym, jak jest teraz – powiedział.
Becky stwierdziła, że niełatwo ją przestraszyć, ale rozumie.
Raz w tygodniu przychodziła do ich mieszkania jej przyjaciółka Janice na „babski wieczór”, podczas którego robiły w gruncie rzeczy to samo co wtedy, gdy były w gimnazjum i liceum: jadły Twinkies, piły Coca-Colę, malowały sobie nawzajem paznokcie u stóp i organizowały seanse spirytystyczne. Wyciągnęły kryształową kulę – tę, którą Becky zamówiła z ogłoszenia w Haunted Tales, gdy miała dwanaście lat – a podczas gdy Cal siedział w salonie i słuchał radia (chyba że był na jednym ze swoich patroli w ramach obrony cywilnej), one gasiły światła w kuchni, zapalały świeczki i próbowały przywołać Katarzynę Wielką albo Paula Revere’a czy Rudolfa Valentino. Janice miała niepokojący śmiech i podczas seansów wiele rzeczy uznawała za zabawne, co i Becky doprowadzało do śmiechu, choć nie tak często. Cal cieszył się, że dobrze się bawiły także w jego obecności, ale sam uważał to wszystko za nieco niedorzeczne, gdy pochylał się na bok, żeby lepiej słyszeć Chip Davis, Commando1.
Mąż i żona, byli tymi samymi ludźmi co wcześniej, ale teraz, gdy się kłócili, czuli się tacy dorośli. Byli z siebie dumni, że potrafią wznieść się ponad napady irytacji, zwłaszcza gdy każde z nich było święcie przekonane o swojej racji. Życzliwe gesty także wydawały się inne. Nabierały większego znaczenia, ponieważ, technicznie rzecz biorąc, nie były już konieczne; okres zalotów się skończył. Podziwiała małą niebieską ceramiczną sowę w sklepie z pamiątkami w centrum miasta, kupił ją dla niej następnego dnia w czasie przerwy na lunch i tego wieczoru wsunął do kieszeni jej szlafroka. Podczas jednodniowej wycieczki do Findlay kupiła mu egzemplarz trzynastego tomu Daredevila, podwójne wydanie, które przegapił, ponieważ opublikowano je w miesiącu, gdy brali ślub. Zabrała go także do biblioteki, wyrobiła kartę i pokazała cały dział poświęcony książkom przygodowym i kryminałom, które skierowane były do dorosłych, a jednak sprawiały wrażenie, że są napisane dla kogoś, kto wychował się na komiksach.
Nie byli pewni, czy dobrze sobie radzą w małżeństwie, ale byli szczęśliwi, mogąc odkrywać to na bieżąco. Wszystko oprócz seksu. To opanowali do perfekcji.
I niedługo ta perfekcja przyniosła efekty.
Szanowny Prezydencie Roosevelcie”, pisał Everett w domu, uderzając dwoma palcami w maszynę do pisania Olivetti, którą znalazł w koszu na śmieci Recyklinguj dla Zwycięstwa,
Jako że mamy już sierpień 1943 roku i od ponad półtora roku bierzemy udział w tej rzezi młodych mężczyzn umierających na lądzie i na morzu, myślę, że nadszedł czas, aby zapytać, czy zauważył Pan, że ci, którzy prowadzą rozmowy o wojnie, nigdy nie są tymi, którzy giną? Woodrow Wilson był gadułą i łajdakiem. Pan, Szanowny Panie, z pewnością potrafi paplać w nieskończoność ze swojego fotela. Nie miałem na celu urazić Pana w kwestii szczegółów dotyczących Pańskiego zdrowia.
Gdybym miał sąsiadów, których szczęśliwie nie mam, i zobaczył, że angażują się w krwawą rzeź z ludźmi z sąsiedztwa, czy nie byłbym głupcem, pospiesznie wybiegając z domu i rzucając się w sam środek tego wszystkiego, nie wiedząc nawet, czy mogę sobie na to pozwolić? Czy nie byłbym zarazem głupcem i tchórzem, wysyłając tam moje dzieci?
Kiedy Pański syn służył na lotniskowcu na Pacyfiku, Pańska żona wystąpiła w radiu i powiedziała nam, że rozumie poświęcenie, jakiego wymaga wojna. Z szacunkiem, uważam, że myślała życzeniowo. Jak każda dobra matka, chciała po prostu, żeby jej syn wrócił.
Oskarżam Pana i organizację, której Pan obecnie przewodzi, o to, że od lat celowo sprzedawaliście amerykańską stal do Japonii. Oskarżam Pana o kapitalistyczną chciwość i morderstwo. Nie otrzyma Pan mojego głosu na czwartą kadencję.
Z wyrazami szacunku
Kapral Everett B. Jenkins.
Emerytowany żołnierz Armii Stanów Zjednoczonych
List – włożony do koperty zaadresowanej na Pennsylvania Avenue 1600 w Waszyngtonie – został wciśnięty do jednej z kieszeni na nogawce ogrodniczek Everetta, gdy jechał do miasta na swoim trójkołowym rowerze z wózkiem. Uchylił słomkową fedorę w kierunku Dory, Grace i Roberta, mijając cmentarz, a następnie okrążył pomnik Świętego Krzysztofa i skręcił w Carson Street, wózek klekotał za nim przez cały czas, głośno oznajmiając swój stan: pustkę.
Centrum miasta wydawało mu się niespokojne, niemal rozgorączkowane. Pamiętał Main Street z drewnianymi chodnikami, latarniami gazowymi i ziemią, która w jakiś sposób zawsze wydawała się zarazem sucha i błotnista. (Kamienne chodniki pojawiły się w Bonhomie tuż przed przełomem wieków). Teraz ulica była dwa razy szersza niż kiedyś, a i tak wydawała się jeszcze szersza. Zlikwidowano pas rozdzielający jezdnię, żeby zrobić miejsce dla większej liczby samochodów, które parkowano po skosie na całej długości ulicy, po obu jej stronach, jak holowniki próbujące odepchnąć sklepy do tyłu – żeby zrobić jeszcze więcej miejsca dla pojazdów. Nawet przy tak dużej ilości miejsca do manewrowania ktoś na niego zatrąbił. To kolejny powód, dla którego nigdy nie chciał opuszczać domu. Ludzie trąbili i krzyczeli, ponieważ zawadzał im na drodze albo dlatego, że grzebał w pudle z darami dla Armii Zbawienia czy w koszu na śmieci, albo po prostu dlatego, że był dorosłym mężczyzną na domowej roboty trójkołowym rowerze. Robił, co w jego mocy, żeby ich wszystkich ignorować – choć czasami ludzie machali i wołali do niego, bo mieli mu coś do podarowania, a tych ignorować nie mógł. A oto pani Crenshaw, kurczowo trzymająca swój różowy szlafrok przy szyi, machająca do niego z ganku, gdy skręcał z Main w First. Była od niego trochę młodsza, około sześćdziesiątki, a jakieś dziesięć lat wcześniej ni stąd, ni zowąd zapytała, czy nie chciałby uprawiać z nią seksu. Tak to sformułowała. Absolutnie nie, odparł. Ale podziękował, a potem unikał First Street przez rok.
„Chodź”, mówiło teraz jej machanie.
Nadobna panno, pomyślał Everett, ostatni raz już przekręciłem korbę mojego kinoteatru.
„Nie o to chodzi”, powiedziało machnięcie. „Mam coś do twojego wózka”.
Zatrzymał się.
NASH CALA BYŁ zaparkowany przed domem, gdy Everett wrócił, drzwi od strony kierowcy były otwarte. Cal stał na ganku, zaglądając przez jedno z okien.
– Do intruzów się strzela – powiedział Everett, wjeżdżając trójkołowym rowerem na żwirowy podjazd.
– Ciebie też miło widzieć. – Cal zszedł po schodach ganku.
Synowi czegoś brakowało, pomyślał Everett. Jedynej rzeczy, która go tu jeszcze sprowadzała.
– Gdzie są zakupy?
– Nic nie przywiozłem, przyjechałem coś ci powiedzieć. Co jest w wózku?
Everett zsiadł z roweru i mu pokazał. Para rakiet śnieżnych do naprawy. Pudełko książek Zane’a Greya z postrzępionymi brązowymi okładkami. Skręcony kawałek blachy, a obok brudny ręcznik. Everett odsunął go, żeby pokazać szczeniaka. Jasnobrązowa sierść upstrzona białymi plamkami na nogach i pyszczku. Chudy jak kość.
– Ktoś wyrzucił psa?
– Należał do pani Crenshaw – odparł Everett. – Jej suka miała cztery szczeniaki, dla trzech znaleziono dom, ale tego najmniejszego nikt nie chciał. Myślę, że przestał jeść.
– Bo nie żyje.
– Nieprawda. – Everett kopnął jedno z kół wózka, a szczeniak otworzył oczy. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała. – Pani Crenshaw nie mogła się zmusić, żeby go utopić.
– Więc ty to zrobisz?
Everett potrząsnął głową.
– Pomyślałem, że otworzę kilka tych puszek, które mi przywozisz, zobaczę, czy coś go zainteresuje. Może posmakuje mu coś, czego jeszcze nie próbował.
Cal wiedział, że kryje się w tym życzliwość, nawet jeśli oznaczało to, że ojciec przyniósł do domu kolejny zbędny drobiazg.
– Chciałeś mi coś powiedzieć – przypomniał Everett.
– Becky jest w ciąży.
– A tak przy okazji, Mały Włóczęga.
– Słucham?
– Tak nazwała go pani Crenshaw. Mały Włóczęga.
Końcówka ogona szczeniaka się zatrzęsła.
– Mnie bardziej podoba się Keaton – stwierdził Everett.
– Próbuję powiedzieć ci coś ważnego, tato, dobrą wiadomość. Becky będzie miała dziecko.
Jak to czasem bywało, gdy rozmawiał z ojcem, Cal mówił głośniej, niż było to konieczne, próbując zrekompensować wybuchy moździerzy, które dały się we znaki bębenkom w uszach Everetta – każdy z nich popękał zapewne kilkanaście razy. Ale teraz słuch nie stanowił problemu. Everett po prostu nigdy nie wiedział, co robić z czyimiś dobrymi wiadomościami. Chciał zanieść szczeniaka na tylną werandę i postawić przed nim trochę jedzenia.
– Dobrze dla Becky – stwierdził, mając nadzieję, że to wystarczy. Najwyraźniej nie wystarczyło.
– Tato – powiedział Cal. – Zostaniesz dziadkiem!
– Och! – zawołał Everett, usilnie próbując odzwierciedlić entuzjazm syna. – To dobrze dla mnie!
HANOVEROWIE byli natomiast zachwyceni tą wiadomością. Ida i Roman zaprosili Becky i Cala na niedzielną kolację do swojego domu w stylu holenderskiego kolonializmu na London Hill. Wznieśli toast w salonie, za dziecko i nowe początki, a potem Ida puściła Woody’ego Hermana i usiedli do warzyw z Ogródka Zwycięstwa2 oraz szynki z czarnego rynku. Kiedy skończyli posiłek, Becky powiedziała, że posprzątają z Calem, ale Roman stwierdził, że chce Cala tylko dla siebie. Nalał dwa kieliszki brandy i podał jeden zięciowi, choć nigdy nie widział, żeby ten pił alkohol, a potem zaprosił go do piwnicy. Cal poszedł za nim.
Nie licząc brzucha przypominającego piłkę lekarską, Roman był niewysoki, o kompaktowej budowie, podobnie jak jego córka. Resztkę siwiejących włosów zaczesywał na czoło, tworząc z nich cienką warstwę, spodnie nosił wysoko podciągnięte, w weekendy wpuszczał w nie sportowe koszule. Miał suchy, urywany śmiech, rzadko było go słychać, a uśmiech nie sięgał oczu, które spoglądały na świat spod osłaniającego je nawisu brwi. Poza sklepem z narzędziami w Bonhomie miał też sklep z lampami w pobliskiej Fostorii, gdzie przesiadywał raz w tygodniu, oraz knajpkę serwującą lunche w Tiffin, do której zaglądał od czasu do czasu. Był właścicielem biznesów, a nie biznesmenem, jak lubił powtarzać, zawsze chętnie podkreślając tę różnicę.
Zapalił cygaretkę na dole schodów. Włączył światło, podszedł do kolejki i miniaturowej wioski, nad którą pracował od lat. Zajmowała cały stół do ping-ponga, miała malutkie ulice, budynki i drzewa, filigranowych ludzi poumieszczanych tu i ówdzie, górę zrobioną z papier mâché wyrastającą pośrodku, całość była poprzecinana siecią torów.
– Jeszcze raz to powtórzę – powiedział Roman, zerkając na rozżarzony koniec cygaretki. – Cieszę się z powodu dziecka.
Cal mu podziękował.
– Powiedziałeś ojcu?
– Tak.
– Założę się, że jest w siódmym niebie. – Roman spotkał Everetta dwa razy: na weselu Becky i Cala oraz na grillu, który Hanoverowie urządzili w swoim ogrodzie. Everett postawił wtedy swoje krzesło składane z dala od wszystkich, usiadł plecami do płotu i tam skręcał i palił papierosy. Wcześniej Roman znał go tylko jako dość niechlujnie wyglądającego weterana, który jeździł na trójkołowym rowerze i grzebał w śmieciach. Roman wiedział, że wojna odcisnęła piętno na wielu mężczyznach. Na szczęście on do nich nie należał – rozejm został podpisany dwadzieścia cztery godziny po tym, jak wylądował w Saint-Nazaire – ale słyszał mnóstwo historii i widział wielu weteranów, którzy ledwo trzymali się na nogach, widział, jak mężczyzna rzuca się na chodnik po odgłosie wystrzału z rury wydechowej samochodu. Grzebanie w śmieciach to jednak trochę co innego. I to w biały dzień.
– Wziął sobie psa – powiedział Cal. – Nie wiem, czy jest w stanie się nim zajmować, ale wziął.
– Wspaniale – stwierdził Roman. – A jak sprawy w domu? Mam na myśli ciebie i Becky. Wszystko dobrze? – Zanim Cal zdołał odpowiedzieć, Roman zrobił to za niego. – Jest dobrze.
– Tak.
– Małżeństwo bywa czasem trudne, prawda?
– Bywa. – Cal wzruszył ramionami.
– To nie zawsze bułka z masłem.
Cal zakręcił brandy tak, jak widział, że robił to Roman. A potem odstawił ją na brzeg stołu.
– Nie zawsze, tak myślę.
Roman spojrzał na kieliszek Cala.
– Nie powinien tu stać. – Wyciągnął rękę.
Cal przeprosił i podał mu szklankę, Roman przelał jego brandy do swojej, a puste naczynie odstawił na szafkę za sobą.
– To właśnie różnice dodają małżeństwu smaku.
– Ha, ha. Trzeba przyznać, że trochę się różnimy.
– To zdrowo. Wzmacniają więź. – Roman podniósł skrzynkę transformatora kolejki i przekręcił przełącznik, coś zawarczało i pociąg ruszył. – A teraz będziesz miał dziecko – powiedział, wzrokiem podążając za pociągiem. – Cóż mogłoby być lepszego? Tylko jedna rzecz mnie martwi.
Cal czekał. Pociąg przejeżdżał przez środek wioski, znikał w tunelu pod górą, wyłaniał się po drugiej stronie. Dwa pełne okrążenia po torach ułożonych w kształt ósemki, zanim w końcu się poddał i zapytał teścia, czym się martwi.
– Wydajesz się zadowolony z bycia obibokiem.
Cal wydał z siebie zduszony śmiech.
– Dzięki.
– Mówię o twoich finansach. A zatem także o przyszłości mojej córki i wnuka.
Jakby Cal nie przeliczał już w głowie: jego pensja w zakładzie betoniarskim, a ich czynsz i inne comiesięczne rachunki, ich oszczędności (nieco ponad dwieście dolarów) i wszystkie rzeczy, jakich wkrótce będą potrzebować – ubranka dla dzieci, łóżeczko, kojec, wózek. Cal chciał usiąść na jednym z wsuniętych pod stół krzeseł, ale Roman wciąż stał, więc i on stał.
– Radzimy sobie – powiedział. A potem jego policzki poczerwieniały nieco. – Nie jestem obibokiem, Roman.
– Mieszkasz w maleńkim mieszkaniu z ciężarną żoną. Nad salonem fryzjerskim – dodał teść, jakby to jeszcze pogarszało sytuację.
Moją od niedawna ciężarną żoną, pomyślał Cal. Czy powinni byli już się przeprowadzić?
– Będziemy szukać czegoś większego.
– Ona nie powinna pracować.
– Becky lubi pracować. To tylko kilka dni w tygodniu i może przestać, kiedy tylko zechce. Dajemy sobie radę.
– Masz dwadzieścia trzy lata. Masz teraz rodzinę. Jak myślisz, jak długo to „dajemy radę” będzie zdawać egzamin? – Roman podniósł listonosza i przeniósł go z jednej strony ulicy na drugą. Strzepnął popiół z cygaretki do popielniczki stojącej na środku boiska baseballowego i w końcu przeszedł do sedna: razem z Idą zamierzają kupić im dom. Wpłacą zaliczkę, umieszczą w akcie własności nazwisko Romana i będą spłacać kredyt hipoteczny przez pierwszy rok, a pod koniec tego okresu – gdy Cal już będzie stabilniejszy finansowo – akt własności i kredyt miałyby zostać przepisane na Jenkinsów.
– Interesuje cię beton? – zapytał Roman.
Cal zamrugał. Czy to podchwytliwe pytanie?
– Nie.
– Rzuć tę robotę i zacznij pracować dla mnie. Dwaj ostatni faceci, których zatrudniłem, jeden został zmobilizowany, a drugi się zaciągnął. Dzięki temu będziesz mógł odejść z fabryki i zarobić więcej pieniędzy. Poza tym to będzie jak rodzinny biznes. To znaczy należy do mnie, ale będziesz jego częścią.
I oto pojawiła się propozycja: dom i praca – tak długo, jak długo Cal zamierzał być dobrym mężem, dobrym ojcem, a nie obibokiem. Zrozumiał, że to był plan, a gdyby został mu przedstawiony w inny sposób, odczuwałby wyłącznie wdzięczność. Ale teraz czuł się wdzięczny i urażony zarazem. Przeniósł ciężar ciała z krótszej nogi na dłuższą.
– Nie wiem, jak ci dziękować – powiedział.
Oczy i usta Romana błyszczały od Hennessy. Nacisnął przełącznik na skrzynce transformatorowej pociągu i pojazd przyspieszył.
– Dziękuj Idzie, że nie miała chłopca – oznajmił. – Kocham moją córkę, ale zawsze chciałem mieć syna. – Uśmiechnął się szeroko. – Wygląda na to, że zamiast tego dostałem ciebie.
Wiedzieli, że jeśli nie wcisną jakiegoś miesiąca miodowego przed narodzinami dziecka, mogą minąć lata, zanim sobie na niego pozwolą. Więc tej jesieni wybrali weekend, zaoszczędzili trochę benzyny i pojechali półtorej godziny na wschód do Jaskiń Seneca, gdzie zjechali trzydzieści metrów w głąb ziemi i przesuwali dłońmi po chłodnym wapieniu i dolomicie. A potem kolejną godzinę na północ do Cedar Point, parku rozrywki zbudowanym nad jeziorem Erie, gdzie przejechali się na Cyclone – kolejce górskiej i podwójnym diabelskim młynie; a później do Huron, gdzie zostali na dwie noce w hotelu w pobliżu latarni morskiej. Połączenie bycia razem w pokoju hotelowym i spoglądania przez okno na rozległą turkusową taflę wody sprawiało, że czuli się, jakby wyjechali do zupełnie innego kraju. Niemal tak było – Kanada była tuż po drugiej stronie. Dostrzegli jej linię brzegową ze szczytu diabelskiego młyna i zrobiła na nich równie duże wrażenie, co stalaktyty.
DOM NA Taft Street został kupiony z katalogu Searsa w 1916 roku i dostarczony poprzednim właścicielom w częściach, ale patrząc na niego, trudno byłoby to stwierdzić. Był to porządny, dwupiętrowy dom w kolorze śliwki, z dwuspadowym dachem, białymi ażurowymi zdobieniami oraz wspornikami w kształcie kół od wozu obramowującymi wejście. Tylne podwórze było ogrodzone, rosły tam platan i dwie białe brzozy, przednie obsadzono funkiami, a pośrodku rósł młody kasztanowiec, zaledwie trzymetrowy, jego jesienne liście miały intensywnie pomarańczowy kolor w odcieniu dojrzałej dyni. Największa sypialnia znajdowała się z przodu domu, zaraz przy szczycie schodów. Postanowili, że sąsiedni pokój zostanie pokojem dziecięcym. Ten na końcu korytarza zostanie sypialnią pierwszego dziecka, gdy urodzi się drugie (bo w planach zawsze była dwójka). Kiedy Jenkinsowie po raz pierwszy stanęli w salonie w listopadzie 1943 roku, Becky, której brzuch dopiero zaczął się pokazywać, wspięła się na palce i pocałowała Cala w policzek, jakby to on był odpowiedzialny za pojawienie się tej wspaniałej rzeczy w ich życiu, choć dobrze wiedziała, że to sprawka jej rodziców.
Taft Street znajdowała się w dzielnicy zwanej Brookdale, która nie mogła poszczycić się żadnym konkretnym stylem architektonicznym, domy z prefabrykatów stały tu tuż obok domów w stylu Craftsman, Tudorów, domków o spadzistych dachach zwróconych przodem do ulicy oraz domów w stylu ranczerskim. Roman twierdził, że jedynym, nad czym ubolewa – choć ubił na tym świetny interes – jest to, że Brookdale znajdowało się dokładnie pośrodku między Camden (biedota, Europejczycy) a Tiller’s Flat (Czarni, Meksykanie).
– Jesteście tu trochę jak na celowniku – oznajmił córce i zięciowi.
– Celowniku czego? – zapytała Becky, wiedząc, co ma na myśli, i nie chcąc, by jego oburzające uwagi uszły mu na sucho, ale Roman albo nie chciał powiedzieć, albo uważał, że nie musi się tłumaczyć. Ida pokręciła głową.
Mieszkańcy Brookdale – jak zorientowali się Jenkinsowie, gdy już się tam urządzili – stanowili bardzo zróżnicowaną społeczność wśród mieszkańców Bonhomie. Były tam rodziny, których mężowie pracowali na kolei. Rodziny, których mężowie byli w Europie i na Pacyfiku. Młode, bezdzietne żony, które pracowały pięć dni w tygodniu w przebudowanej fabryce konserw, przebudowanej fabryce tekstyliów albo pakowalni oddalonej o niecały kilometr. Przyjeżdżały po nie autobusy firmowe. Między ich dzielnicą a tymi po obu stronach, których Roman się obawiał, nie było nic. Żadnych linii demarkacyjnych, żadnego poczucia granic, tylko ulice, które oficjalnie kończyły jedną dzielnicę i zaczynały kolejną. Dzieci – bez względu na ich kolor, jak zauważyła Becky – rozbiegały się w obu kierunkach. Dorośli nie. Przełączała się na swój towarzyski tryb, gdy wieczorami spacerowała po Brookdale. Nie tylko witała się z ludźmi, ale też komentowała pogodę, komplementowała czyjś płaszcz albo dziecko czy psa. Kładła dłoń na brzuchu, gdy mówiła, żeby każdy zadał pytanie, na kiedy ma termin, co prowadziło do uścisków dłoni i przedstawień. Cal podążał jej śladem i korzystał z okazji, żeby zareklamować sklep z narzędziami, ale nie mógł się pozbyć poczucia skrępowania samą swoją obecnością, gdy tak wielu mężczyzn było nieobecnych.
W sklepie w ogóle nie odczuwał skrępowania. Był tak szczęśliwy, że zostawił zakłady betoniarskie J&J za sobą, że każdego dnia stawiał się do pracy z uśmiechem na twarzy. Teraz nie mógł zrozumieć, dlaczego został w zakładzie tak długo – dwa i pół roku – i dlaczego przed tym spędził rok w fabryce pudełek. Gówniana praca, która zmuszała go do noszenia rzeczy, codziennego nadwyrężania pleców, co prowadziło do bólu nogi i biodra. Czy przez cały ten czas po prostu nie potrafił wymyślić dla siebie niczego lepszego? Teraz pracował za pensję oraz prowizję. Miał fach, sprzedawał narzędzia. Nawet z Romanem ciągle krążącym obok, Cal miał wrażenie, że wszedł na nieznany mu dotąd poziom dorosłości. Kiedy pracujesz w sklepie żelaznym, ludzie z góry zakładają, że jesteś mądry. Podchodzą do ciebie z pytaniami, chcą porady i nikt nie wydaje się zauważać, kiedy nie jesteś do końca pewien, co mówisz. Cal dobrze udawał. Poza tym sprzedawanie artykułów żelaznych nie wydawało się aż tak wymagające. Nie dzielił się tymi obserwacjami z Romanem, który nie szafował pochwałami i czasami rozmawiał z Calem w taki sposób, jakby uważał go za powolnego.
W międzyczasie Becky do końca szóstego miesiąca pracowała w sklepie papierniczym Dixona. Jej rodzicom ulżyło, gdy się zwolniła, ale zmartwili się, gdy niemal natychmiast została wolontariuszką w centrum recyklingu, gdzie spędzała dwa dni w tygodniu. Tam zobaczyła, jak wojna wyciąga z miasta każdy typ człowieka: młodych, starych, mężczyzn i kobiety, diakonów z kościoła baptystów, rabinów z obu synagog, nawet pana Denga, który pracował w sklepie z cukierkami Shippa, odkąd Becky pamiętała, a teraz ludzie, którzy sądzili, że jest Japończykiem, krzyczeli na niego na ulicach – a i tak tu przychodził z pudłem zgniecionych puszek i skrawków folii. Wojna zdawała się szarpać za niewidzialną strunę, która przebiegała przez każdego człowieka, wibrację tę Becky czuła przez cały dzień.
W domu, w dodatkowej sypialni na końcu korytarza, rozstawiła stolik do gry w karty i dwa krzesła. Postawiła świecę wotywną i spaliła szałwię.
Z drugiego końca korytarza dobiegł ją głos Cala.
– Co to za zapach?
– Szałwia. Potrzebujesz przerwy?
Tak pochłonęło ich wspólne urządzanie domu, że jedno zajęcie natychmiast przechodziło w kolejne. Powiesili zasłony i żaluzje. Wyszorowali wszystkie listwy przypodłogowe, pomalowali kuchnię, wytapetowali pokój dziecięcy. Cal krążył po drugim piętrze ze szpachelką i młotkiem, podważając framugi okien, które przypadkowo zamalował. Przerwa brzmiała dobrze.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
CZĘŚĆ I
rozdział pierwszy
rozdział drugi
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
