60,00 zł
„Brzydsza córka życia. Eseje o chorowaniu psychicznym” to druga, po Artystce przetrwania, książka Doroty K. Solarskiej wydana wspólnie z wydawnictwem Oficyna Związek Otwarty. Autorka, absolwentka psychologii i dziennikarstwa na UJ, przez dziesięć lat pracowała jako trenerka biznesowa, coach i counsellorka. W 2014 roku zdiagnozowano u niej chorobę afektywną dwubiegunową, która okazała się ciężka w przebiegu. Od tamtej pory maluje i pisze; jej prace wizualne i teksty teatralne wystawiane są głównie w Szwajcarii, gdzie mieszka na stałe.
„Brzydsza córka życia” nie jest poradnikiem, a zbiorem kilkudziesięciu esejów dotyczących chorowania i zdrowienia, które można czytać nielinearnie. Zakres tematów, które porusza autorka, obejmuje m.in. neuroróżnorodność, wzrost potraumatyczny, język inkluzywny, pseudonaukę a leczenie, pop-duchowość, miłość a chorowanie psychiczne, nutripsychiatrię, a także terapię traumy, hospitalizacje i farmakologię. Eseje dotyczą wielu wymiarów chorowania psychicznego – nie tylko w zakresie choroby afektywnej dwubiegunowej, ale również CPTSD (złożony zespół stresu pourazowego) i zaburzeń lękowych. Książka może być pomocna dla osób chorujących, ich bliskich oraz dla terapeutów i pracowników sektora psychiatrycznego. Autorkę cechuje duża samoświadomość (co, jak twierdzi, bywa także obciążające), a jej doświadczenie w counsellingu czyni ją „nietypową chorującą”, potrafiącą być nie tylko w chorobie, ale również obok niej.
„Brzydsza córka życia” powstawała na przestrzeni dziewięciu miesięcy – od momentu kolejnej hospitalizacji autorki aż do fazy chwilowej stabilności. Widoczne w treści przypływy i odpływy, typowe dla choroby afektywnej dwubiegunowej, umożliwiają dodatkowy wgląd w mechanizm leżący u podstaw tego zaburzenia. Książka jest w dużej mierze zapisem procesu terapeutycznego, który można podsumować jako uwalnianie się od nadziei. Proponuje czytelnikom wyjście poza dychotomię nadzieja–beznadzieja, co paradoksalnie może okazać się wyzwalające. „Nadzieja to męcząca rzecz” – podsumowuje Dorota K. Solarska.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 266
Rok wydania: 2025
Brzydsza córka życia. Eseje o chorowaniu psychicznym
Copyright © Dorota K. Solarska, 2025
Copyright © for this edition by Oficyna Związek Otwarty, 2025
Redakcja: Aleksandra Małek
Korekta: Joanna Wysłowska
Opieka redakcyjna: Anna Bal
Ilustracja na okładce: Dorota K. Solarska
Projekt okładki: Paweł Sky
Wydanie I
Warszawa 2025
ISBN 978-83-974654-9-7
Oficyna Związek Otwarty
www.oficynazwiazekotwarty.pl
OD AUTORKI
WPROWADZENIE: LAMENT
WYSTARCZY JEDEN KROK
TANCERKI
WZROST POTRAUMATYCZNY
JĘZYKOWE KUNG-FU
KRYTYCZNY BŁĄD SYSTEMU
UKŁADANIE KOLORAMI
MOC PIERŚCIENIA
TELEFON DO PRZYJACIELA
CO CIĘ NIE ZABIJE, TO CIĘ…
ZAMIAST CZARNEGO WŁADCY BĘDZIECIE MIELI KRÓLOWĄ
OSTATNI KRĄG PIEKIEŁ
SKORUPA
OSTATNIE POKOLENIE
POZA CZASEM I PRZESTRZENIĄ
ALLELUJA, GDZIE JESTEŚ, BOŻE?
POD CHOINKĄ ZNAJDZIESZ ŻAL
JAKI TO ZASZCZYT
WINTER WONDERLAND
ŚMIERĆ Z NIEWYJAŚNIONEJ PRZYCZYNY
O TYM, JAK ADOPTOWAŁAM RODZICÓW
KOTKI, PIESKI I PANI Z KATARYNKĄ
RUBIKON
BIAŁA WODA
THEN I WAS INSPIRED, NOW I’M SAD AND TIRED
KTO SPOWOLNIŁ ZEGAR
HEJT
ZA GRANICĄ
MÓZG ZALANY DOPAMINĄ
ZAPISANE, LECZ ZAPOMNIANE
NIECZUCIE
NIEBEZPIECZNE PIĘKNO
SIŁA ZMARTWIENIA
ŻYCIE WIECZNE
ZBROJA
NIBY TAK, ALE NIE DO KOŃCA
KOCHAJ MNIE NEURORÓŻNORODNIE
TORTURA TYSIĄCA CIĘĆ
WIELKA UCIECZKA
KONIEC NIEWINNOŚCI
PODLEWANIE KWIATÓW
FAZA MIESIĄCA MIODOWEGO
TRZYMAJ DYSTANS
PORTRETY ANDROGENICZNEJ MELANCHOLII
ANTRAKT: MAŁE STWORZONKO
DRŻENIE
POCIĄG POSPIESZNY
RECEPTA NA WIECZNOŚĆ
NIELECZONA
BEZPIECZNY–NIEBEZPIECZNY
PODMUCH WIATRU
SPACE ODDITY
EPILOG: TĘCZOWY SMOK
PODZIĘKOWANIA
PRZYPISY
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
Brzydsza córka życia jest zbiorem kilkudziesięciu esejów. Nie trzeba ich czytać linearnie. Możesz je czytać w dowolnej kolejności, według własnego klucza i własnych preferencji.
Tej książki, w przeciwieństwie do mojej poprzedniej – Artystka przetrwania. Życie z chorobą psychiczną (OZO 2022), proszę nie traktować jak poradnika. Nie zawiera żadnych wskazówek dotyczących tego, jak żyć, chorując psychicznie. Zaczęłam ją pisać w czasie, gdy wszystkie zapasy nadziei już się wyczerpały, a jednocześnie brakowało pewności, czy nastąpi nowa dostawa. Ponieważ powstawała na przestrzeni dziewięciu miesięcy, przechodziłam w trakcie tworzenia przez różne fazy, od rozpaczy po poczucie szczęścia, które samą mnie zaskoczyło, bo było do tej pory odległym wspomnieniem. Te przypływy i odpływy, typowe dla choroby afektywnej dwubiegunowej, są doskonale widoczne w tekście i na metapoziomie umożliwiają dodatkowy wgląd w mechanizm leżący u podstaw tego zaburzenia.
Książka prezentuje moje własne, całkowicie subiektywne przeżycia i poglądy, które w żadnej mierze nie powinny być uogólniane na emocje, reakcje czy postawy innych osób chorujących psychicznie. Mam zarazem nadzieję, że odbiorcy odnajdą w nich okruchy siebie i poczują się dzięki temu, w swoich przeżyciach czy przemyśleniach, mniej samotni. Po opublikowaniu Artystki przetrwania spłynęło do mnie wiele wiadomości od czytelników, co dodatkowo zmotywowało mnie do napisania Brzydszej córki życia.
Stosuję popularne określenie „choroba dwubiegunowa” zamiast oficjalnego „zaburzenie afektywne dwubiegunowe”, bo tak jest dla mnie krócej i łatwiej.
Napisałam smutną piosenkę, która sprawi, że ludzie będą płakać. Dlaczego? Żebym nie płakała sama.
(znalezione w sieci, autor nieznany)
Podobno życie jest jak pudełko czekoladek, a przynajmniej tak powiedziano w tym optymistycznym filmie z lat dziewięćdziesiątych. Moje życie to też pudełko, tyle że leżą w nim buty – takie, w których przed kilkunastoma laty wdepnęłam w gówno i do dziś nie udało mi się ich wyczyścić. Gdy tylko się do tego zabieram, dostaję koszmarnych mdłości i muszę przestać. Mogłabym te buty po prostu wyrzucić, ale zdążyłam się do nich za bardzo przywiązać; nosiłam je przy wielu okazjach, które wydały mi się zbyt ważne, żeby o nich zapomnieć. Gdybym to obuwie wyrzuciła, to tak, jakbym wyrzucała te wszystkie chwile, w których mi towarzyszyło, te wszystkie chrzty i komunie, śluby i pogrzeby, wszystko, co miało jakiekolwiek znaczenie.
Leżą więc sobie w pudełku, a ja udaję, że w moim domu nie śmierdzi.
Goście, którzy mnie czasem odwiedzają, mawiają: O, jak ładnie urządziłaś sobie mieszkanie. Tak tu kolorowo i oryginalnie, naprawdę wyjątkowo! A ja wtedy myślę sobie: Nie powiem wam, ile mnie to kosztuje, to urządzanie i meblowanie, odświeżanie, przesuwanie, wieszanie obrazków na ścianach, sprawdzanie, czy wiszą prosto, odkurzanie, mycie podłóg, układanie, odkładanie na miejsce, podlewanie, mycie okien, szorowanie, pucowanie, odtłuszczanie i co tam jeszcze, już zapomniałam, bo robię to automatycznie; o wiele chętniej założyłabym po prostu moje gówniane buty, położyła się w trumnie i czekała na własny pogrzeb.
Czasem przypływa do mnie refleksja, że gdzieś tam na świecie żyją ludzie, którzy wstają rano i zajmuje ich picie kawy oraz jedzenie tosta, a nie obmyślanie strategii, jak pokonać smród w mieszkaniu. U nich po prostu nic nie śmierdzi. Wydaje mi się to tak nieprawdopodobne jak słońce wschodzące na zachodzie. To… jak oni żyją? Po co wstają, jeśli nie do walki z gównem w szafie? Na czym polega ich codzienne funkcjonowanie, jaki jest jego cel i sens? Co robią, jak wygląda ich dzień, z jaką myślą kładą się spać, jeśli nie brzmi ona: boję się jutra, bo nie wiem, co będzie albo obym nie miała znowu koszmarów we śnie albo na jawie? Tacy ludzie kojarzą mi się z łyżwiarzami sunącymi po lodzie; czasem przygrywa im muzyka disco, czasem inna, mniej porywająca, ale i tak dodająca energii ich ruchom, którym nie brakuje lekkości i zgrabności. Oczywiście, zdarza im się wywrócić bądź nawet doznać chwilowej kontuzji, ale wracają na lód i tańczą na nim lub ścigają się dalej. Tymczasem zapominają albo nie chcą wiedzieć, bo w sumie i po co, że poruszają się po powierzchni zamarzniętej wody. A pod nią, głęboko, unosimy się my – w ciemności i zimnie, ludzie z gównianymi butami w pudełku.
Nazywa pani innych pacjentów swoimi kolegami? – pyta lekarz, pokazując cudzysłów w powietrzu, bo tak nieznośny i absurdalny wydaje mu się pomysł, że w klinice psychiatrycznej można zawierać znajomości, a nawet przyjaźnie. Ten młody lekarz nauczy się jeszcze, nabędzie wiedzy o tym, że On jest Obcy, a My jesteśmy Swoi. Swoi trzymają się razem. Lekarzowi można powiedzieć: Mam się dobrze albo Nie sypiam najlepiej bądź też Przestałem już mieć myśli o zabiciu się, ale nie mówi mu się I wtedy ją ostatnim razem widziałem, kiedy jej dałem ultimatum, że musi iść na odwyk, że dość tego, a ona nic nie odpowiedziała, tylko płakała, a ja jej nie objąłem, tylko odszedłem, i wieczorem jej siostra zadzwoniła, że ona już nie żyje, i teraz ciągle mam przed oczami ten moment, i mam to poczucie, że mogłem, że powinienem był, a teraz to już nie wróci i nie da się już tego cofnąć, i jak ja mam teraz żyć z tym, co ja mam zrobić, co ja mam zrobić. Nie, tego lekarz się nie dowie albo nie dowie się łatwo, bo on jest z tych, których nie boli i choćby nie wiem ilu Nas spotkał, zdiagnozował i próbował wyleczyć, nigdy nie zostanie jednym z Nas. Będzie mu się wydawało, że rozumie, będzie sobie wyobrażał, jak to może być, będzie opisywał w raportach, podpisywał i pieczątkował. Jednakże istnieje różnica między, ujmijmy to tak, wyobrażeniem sobie wypadku, w którym niemal zginąłeś, a faktycznym wzięciem w nim udziału, prawda? I on spointuje: Musi być pani ciężko, a ja sobie pomyślę: Panu pewnie też, gdy nie może pan znaleźć kolendry w dziale zdrowej żywności, ale nie powiem tego na głos, tylko powiem: Tak, oczywiście.
Nie mam prawa umrzeć, bo jestem w ciąży, a im tu wszystkim bardziej zależy na tym dziecku niż na mnie. Ale też nie mam prawa żyć, bo mnie tu trzymają w tym więzieniu, to nie jest życie, nienawidzę tego miejsca – mówi, siadając z trudem ze względu na ośmiomiesięczny brzuch, odpalając kolejnego papierosa. Ręce się jej trzęsą, nie wiem, czy z gniewu, czy z syndromu odstawienia alkoholowego, a może jeszcze z jakiegoś innego powodu, bo przecież musieli jej zastopować większość leków ze względu na ryzyko uszkodzenia płodu. Wygląda jak moja matka, a okazuje się młodsza ode mnie; patrzę na nią ze współczuciem, lecz to tylko przebranie dla mojego obrzydzenia i wściekłości na nią, że co ona sobie wyobrażała, albo właśnie nie wyobrażała, robiąc sobie to dziecko; dziecko wariatki-alkoholiczki, na pewno będzie miało udane życie, ha, ha; a potem sobie myślę, hej, może My jednak jesteśmy zdolni do miłości, mimo wszystko, może to dziecko będzie kochane, i zaczynam się przy niej czerwienić ze wstydu, ale zmywa go fala gniewu na tę jej upadłość, na to, że w zasadzie ma prawo zachodzić w ciążę ile tylko sobie zechce, a ja nie zaszłam, bo się bałam, że nie dam rady się zająć dzieckiem, i że dziedziczenie choroby, i to, i tamto, a ona tak z łatwością królika siedzi sobie z tym brzuchem i narzeka.
Nigdy się przed panem nie odsłonię w całości – to najszczersza moja wypowiedź w trakcie spotkania z lekarzem, któremu wydaje się, że tym razem dokona przełomowego odkrycia w dziedzinie mechanizmów obronnych pacjenta.
Dlaczego? – pyta z zaciekawieniem, jakby pytał o to, czemu bohaterka serialu Netflixa wybiegła z domu bez płaszcza.
Nie powiem, bo gdybym powiedziała, to odsłoniłabym się w całości, prawda? – tłumaczę mu jak dziecku i dziwię się, że nie rozumie mojej logiki.
Poszłam do rodziców zupełnie na golasa. No to zadzwonili po pogotowie i policję. Znalazłam się w szpitalu czwarty raz w tym roku, ale wiesz, teraz nie mam wątpliwości, że będzie dobrze, już się czuję bardzo samoświadoma, myślę pozytywnie. Wychodzę w piątek. Dzwonił do mnie ojciec, pytał mnie, czy jestem tego pewna, ale mu powiedziałam, że tak nie będziemy rozmawiać, i się rozłączyłam.
Bardzo ją lubię, jej śmiech, jej historie z przeszłego życia, kiedy pracowała na państwowej posadzie, jej banalne ozdoby i przypadkowe mądrości, przekonywanie mnie, że wszystko będzie dobrze, bo to, co obecnie, to tylko faza przepoczwarzania się w motyla. Nie chcę jej zaprzeczać, nie płacą mi za konfrontowanie innych pacjentów; zamiast tego skupiam się na jej oczach, uśmiechu i dwóch różnych skarpetkach, które, jak twierdzi, włożyła celowo, żeby podkreślić wolność wyboru. Kilka dni temu mówiła, że jest królową angielską i napisała list do społeczeństwa, co nienajlepiej świadczy o jej samoświadomości, podobnie jak rozebranie się na spacerniaku i jej pewność, że wszystko z nią absolutnie w porządku, co stanowi jeden z typowych, podręcznikowych objawów choroby psychicznej.
Sama nie wiem, co chcę ochronić przed lekarzem i całym ludzkim światem. Wiem tylko, że – jak w starożytnych świętych pismach – właśnie tak mam zrobić, tak nakazał jakiś bóg, w którego już nie wierzę, ale wciąż postępuję według jego przykazań. Są rzeczy gorsze od śmierci, tak mówi ta święta księga napisana przez nieznanych proroków, i trzeba coś za wszelką cenę ukryć, nie powiem co, żeby przypadkiem tego nie stracić, to musi pozostać w tajemnicy. Można dużo stracić, ale tego nie wolno stracić. Można umrzeć, próbując to ochronić, ale nie wolno, nigdy, absolutnie nigdy, przenigdy, się poddać. Bronić. Chronić. Żyć, by chronić. Nie ujawnić, nie pokazać. Więcej: przekonywać innych, że się już wszystko pokazało.
Jak się masz, no, jakoś leci, mam dziś TROCHĘ kryzys, jestem TROCHĘ zdesperowana, TROCHĘ mi ciężko, TROCHĘ dziś trudny dzień, rozrzucam okruszyny prawdy, bo po co mówić całą prawdę najbliższym; po to znalazłam się w szpitalu, żeby właśnie tutaj opróżniać te mroczne shopping bags z niechcianych zakupów, żeby was ochronić, nie tylko siebie. Żebyście nie poznali całej prawdy, bo by wam serce pękło albo byście uciekli, a ja nie chcę ani jednego, ani drugiego. Rozpakowujemy więc w szpitalu torby, wyjmujemy produkty opisane: dysocjacje i urojenia ze sklepu psychiatrycznego „Wszystko za 5 złotych”; symptomy maniakalne – agresywność, gonitwa myśli, przymus ciągłego mówienia, hiperseksualność, problemy ze snem, drażliwość – czyli Pakiet Kilka w Jednym; myśli samobójcze i autoagresywne gratis.
Ale przecież mogło być gorzej. Zawsze może być gorzej. Z izolatki wypuścili dziewczynę – dziewczynkę w zasadzie, bo nie ma nawet osiemnastu lat – która, zanim się pojawiłam, usiłowała sobie na oddziale poderżnąć gardło rozbitym kubkiem. Zawsze uważałam się za twardą jak diament. Tak myślałam, dopóki jej nie zobaczyłam, jej koszmarnie głębokiej, grubej, krwawo-różowej blizny, która wygląda jak jakiś akt upiornego striptease, jak niechciane, a jednak przymusowe zaproszenie do zajrzenia w niewiarygodnie umęczony umysł w jego próbie odzyskania kontroli nad czymkolwiek, choćby i bólem; patrzę na nią, ale nie mogę tego wytrzymać, a ona porusza się blada, jakby już nie żyła, choć żyje i się uśmiecha, nie wiem dlaczego, może próbując zatrzeć to straszne wrażenie albo zapewnić wszystkich dookoła, że już jest okej, i ja jej prawie wierzę, bo ze wszystkich sił chcę jej uwierzyć, lecz zanim całkiem odwrócę wzrok, ona zdejmuje sweter, odsłaniając absolutnie pobliźnione ramiona, wyglądające jak ciało tygrysa, i ja już wiem, że straciłam podstawy, by jej wierzyć. Wstaję i wychodzę, i tak bardzo mi wstyd z powodu tego, że nie mogę znieść jej widoku, bo wiem, że może kiedyś na jej miejscu będę ja; że mam szczęście, bo zachorowałam po trzydziestce; że ona przekroczyła pewną granicę, a ja się do niej często zbliżam i kto wie, przecież wystarczy jeden krok – tylko jeden, to właśnie jest i przerażające, i pewnie też, gdy się na tej granicy stoi, cudowne.
Podczas tegorocznych wakacji, na kilka tygodni przed tym, zanim wylądowałam w szpitalu (co za śmieszne sformułowanie, wylądować w szpitalu – jakbym była kosmitką, co może, w zasadzie, nie odbiega tak daleko od prawdy), spełniłam jedno ze swoich marzeń, choć to dziwne słowo w ustach osoby, która nie marzy; może lepiej powiedzieć: zrealizowałam jeden ze swoich pomysłów; tak, to zdecydowanie bliższe prawdy. Skoczyłam na basenie do wody z wieży, z dziesięciu metrów. Najpierw, parę dni wcześniej, poszłam skoczyć z pięciu. Gdy wyszłam na platformę, woda wydawała się bardzo daleko. Nie wiedziałam, jak to zrobić, dreptałam po platformie jak zagubione dziecko. Podeszłam w końcu do krawędzi i stwierdziłam, że w zasadzie nie muszę robić nic specjalnego, tylko wyciągnąć jedną nogę do przodu. Pestka. Wyciągam przecież nogi w ten sposób przy każdym kroku, nawet o tym nie myśląc; dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Błyskawicznie wylądowałam w wodzie, ze zdziwieniem, jakie to proste.
Nie wiem, dlaczego wyobrażałam sobie, że skok z dziesięciu metrów okaże się jakiś inny, przełomowy. Wydawało mi się, że będzie to jakieś wybitne osiągnięcie; wśród wielu osób, jakie znałam, tylko dwie wykonały ten skok, w tym jedna jedynie raz w życiu. Nawet mój ojciec, który, jak wiadomo, jest twardszy niż stal, a przynajmniej tak twierdzi mój dział marketingu założony w dzieciństwie, powiedział mi, żebym uważała i że basen z góry wygląda jak mały, niebieski kwadracik.
A ja po prostu weszłam na górę, spojrzałam w dół i wysunęłam nogę do przodu. Było to przerażająco łatwe. Po wyjściu nie czułam dumy, czułam strach. A co, jeśli najgorsze, najmroczniejsze rzeczy wymagają dokładnie, jedynie, tego samego? Jednego kroku, którego nie da się cofnąć? Nieodwracalne nic, żadne wyzwanie, żadna trudność, tylko prostota, przy której można ziewnąć, bo tak niewiele wymaga? Tak naturalna jak najłatwiejszy ruch; machnięcie ręką, wysunięcie nogi właśnie albo połknięcie czterdziestu tabletek zamiast jednej. Po co skoczyłam do wody…? Czy naprawdę chciałam udowodnić sobie akurat to, co sobie udowodniłam…? Popołudniowe Święto Odwagi na Basenie nagle zmieniło się w Dios de los Muertos. Zebrałam swoje rzeczy, dotknęłam obolałego od skoku karku i pojechałam do domu, publikując wcześniej nagranie „z dziesiątki” w mediach społecznościowych, aby ludzie widzieli ten akt odwagi, a nie widzieli aktu przerażenia.
Nie mamy żadnych nowych pomysłów na pani leczenie – mówi doktor. – Gdyby istniało jakieś przełomowe rozwiązanie, już ktoś by w pani przypadku na nie wpadł. Konsultowało panią kilkudziesięciu psychiatrów. Nie chcę pani dawać fałszywej nadziei.
Nagle czuję się, jakby zabrakło mi powietrza. A więc jednak, sądząc po mojej reakcji, miałam jakąś nadzieję, choć wydawało mi się, że już się nadziejami zmęczyłam. Co kilkanaście tygodni w roku – nadzieja wykupiona w promocji, która następnie okazuje się wydmuszką albo pustym pudełkiem. Tego leku jeszcze nie próbowaliśmy. Ten z kolei zadziałał dobrze w leczeniu mojej koleżanki. O tym słyszałam, czytałam, to coś nowego. Tej kombinacji jeszcze nie wprowadzaliśmy. Takiej dawki jeszcze nie stosowaliśmy. A może będę zażywać o innej porze. A może co drugi dzień. A może… A co, jeśli… A gdyby tak…
Nie mamy żadnych nowych pomysłów. A więc tak to wygląda. Patrzę przez okno na brzozę, od której wzięła się nazwa oddziału kryzysowego. Wygląda, jakby wszystko pozostawało jej doskonale obojętne, chociaż wiem, że to tylko pozory, bo reaguje na wiele naturalnych czynników. Ze mnie nagle spada jakieś olbrzymie napięcie, którego nie byłam świadoma, a które musiało towarzyszyć mi na co dzień – nie wiadomo jak długo, bo nie pamiętam już innego czasu – a które mobilizowało mnie przekonaniem, że da się mnie ustabilizować tak, bym mogła wieść życie zbliżone do zdrowego.
Niestety, musi się pani przyzwyczaić do funkcjonowania z takimi symptomami – kontynuuje lekarz. Ma pani odmianę choroby w wariancie ultra ultra rapid cycling, to się wyjątkowo trudno leczy.
Ciekawe, jaki wariant brzozowatości ma to drzewo na spacerniaku. I czemu ktoś w ogóle wpadł na pomysł zasadzenia go na otoczonym wysokimi ścianami podwórku oddziału zamkniętego.
Patrzę na lekarza. Doceniam tego zimnego skurwysyna. Jest jak doradca pogrzebowy.
Dziękuję panu za szczerość – mówię. – Wie pan, trochę już byłam zmęczona ciągłymi oczekiwaniami i rozczarowaniami. Nadzieja wymaga tyle energii. To bardzo kosztowna rzecz, ta nadzieja.
Bardzo mi przykro i cieszę się – odpowiada, a ja sobie myślę: Dobrze, że w końcu na ciebie trafiłam.
Moja żona zmarła w trakcie epidemii covida. Była młoda. Wszystko zorganizowałem, wiesz, rodzina, pogrzeb, takie sprawy, ale po pewnym czasie zapadłem się w sobie całkowicie. Przestałem wychodzić z domu, wstawać z łóżka, myć się. Piłem tylko. No ale rok temu poznałem kobietę w internecie. Prowadzi restaurację, pokażę ci zdjęcia. O, tu kwiatek z owoców. A tu taka deska serów, jakby słońce z promieniami, widzisz? Na różne imprezy ją zapraszają, przygotowuje takie rzeczy. No a ja idę na odwyk.
Zaczynam poważnie myśleć o tym, że życie nie ma sensu. Nie akurat wyjątkowo moje, tylko każde – życie jako takie. Nie bywa nonsensowne, nie. Po prostu nie powinno się go mierzyć kryteriami sensowności, gdyż to nie jego cecha. Próby dotarcia do tego, jaki jest sens życia, są stratą czasu – chociaż w zasadzie nieważne, jak spędzimy ten czas, więc równie dobrze możemy spożytkować go na jałowych dążeniach. Ponieważ ciężko znieść taką perspektywę, ludzie nadają swojemu życiu przeróżne sensy. To taka unikatowa zdolność, największe twórcze osiągnięcie ludzkości, doskonały mechanizm obronny albo niezwykle użyteczne kłamstwo. Jak można przeżyć kilkadziesiąt lat, patrząc w oczy nicości, która nas wchłonie i nawet przy tym nie zadrży? Nakładając na życie jakąś maskę sensu. W życiu chodzi o to, żeby być silnym i się nie poddawać, stawiać czoło przeciwnościom. Nieprawda, bo chodzi o bycie moralnie bez skazy, gdyż tylko wtedy czeka nas życie wieczne. Nie, tu chodzi o samodoskonalenie. O spełnienie własnego potencjału. O służbę innym. O władzę, o wpływ na losy ludzkości. O to, by być pamiętanym. O to, by zostawić spuściznę dzieciom. O hurysy. O oświecenie. O uleczenie własnych ran albo więcej, ran niesionych przez pokolenia.
Zaczynam się śmiać, najpierw do środka, a później na głos. Znajduję się w szpitalu psychiatrycznym, więc mogę – nikogo to nie dziwi. Całe moje wieloletnie poszukiwania, poczucie zbliżania się i oddalania, wyobrażenie, że jeszcze chwila, a ujrzę go w pełnej jasności, ten sens życia, którego przecież tylu szuka, a może nawet wszyscy, tę prawdę o życiu, jego esencję. Nareszcie ją widzę moimi maniakalno-depresyjnymi oczami: życie nie ma absolutnie żadnego sensu, a nadawanie mu znaczenia jest mentalnym konstruktem, który niby kaftan w szpitalu psychiatrycznym trzyma nas w ryzach, długoterminowo, aż do śmierci – również bez żadnego sensu.
Idę powoli, ubrana tylko w czarną halkę; jestem szczupła, a długie, ciemne włosy opadają mi na plecy. Nie czuję żadnego zmęczenia, apetytu ani pragnienia. Świat jawi mi się jako szary, pozbawiony kolorów, wygląda jak słabej jakości czarno-białe zdjęcie; w powietrzu unosi się pył, jakby przed chwilą wypalił się ostatni ogień, który spopielił okolicę. Ziemia się nim pokrywa jak dywanem, miękkim pod moimi bosymi stopami. Drzewa stoją bez liści, są zwęglonymi kikutami, ale nie dramatycznymi jak z piosenki o tym, że chłopcy maszerują na wojnę, tylko naturalnie wypalonymi w tym zgaszonym otoczeniu. Nie zapadły jeszcze zupełne ciemności; świeci księżyc, światłem niby obiecującym ciepło, ale będącym kłamstwem, odbiciem czegoś, na co w tej spopielonej rzeczywistości nie ma miejsca. Idę przed siebie, bo tak to po prostu ma być, że idę, nie siedzę, nie lamentuję, nie szukam innych ludzi, po prostu stawiam krok za krokiem, a świat przesuwa się powoli jak jednostajna dekoracja.
Nagle i zupełnie niespodziewanie widzę przed sobą scenę, jaśniejszą niż wszystko dookoła, lecz nie oślepiająco jasną; na niej tańczy drobna, czarnowłosa baletnica w czerwonej sukience. Nie widzi mnie lub nie zwraca na mnie uwagi, całkowicie zapamiętana w tańcu. Ja z kolei nie widzę jej twarzy, tylko pełne energii ruchy, które stają się coraz szybsze i coraz bardziej akrobatyczne, wymagające fizycznie. Myślę sobie: Jakąż ta dziewczyna musi mieć wytrzymałość! Niesamowita kondycja. Wygląda, jakby ją podłączono do jakiegoś dodatkowego źródła zasilania.
Tancerka się nie zatrzymuje – co gorsza, zaczyna dawać z siebie więcej i więcej, chociaż nie mieści mi się w głowie, jak to jeszcze w ogóle możliwe. Jej taniec staje się tak intensywny i ekspresyjny, że niemal rozpaczliwy, jak gdyby nie była w mocy się powstrzymać, i zaczynam się obawiać, że za chwilę umrze z wyczerpania. W pewnym momencie na scenę wbiegają kolejne, wyglądające jak jej kopie, i to ensemble klonów zaczyna tańczyć układ, który wymyka się logice i słowom. Chcę im powiedzieć, że już wystarczy, ale nie jestem w stanie się odezwać, a one – przerwać swojego tańca. Kiedy tak rozjaśniają i rozpalają przestrzeń wokół siebie, dostrzegam za nimi gigantyczną jak dom, zamarzniętą morską falę. Lodowy mur, na tle którego tańczą, ta przeklęta scenografia, która może by i była piękna, gdyby nie była prawdziwa.
Mur zaczyna pękać.
Ja wiem, jak to się skończy, ale nic nie mogę zrobić.
Kiedy woda uderza, niszczy wszystko jak lodowaty taran, porywa tancerki, miażdży je, odsyła w niebyt razem z ich czerwonymi sukienkami i ciasnymi koczkami. Ale ja… ja zamieniam się w lodowy szpic skierowany przeciwko temu tsunami, a ono mnie omija tak, jak strumień opływa kamień.
I już po wszystkim.
Kto wie, co się dalej wydarzy? Prawdopodobnie ja powinnam to wiedzieć, wydarzyło się to bowiem już tysiąc i piąty raz, a może trzy tysiące siódmy, a może sześć tysięcy jedenasty, a jeśliby liczyć w skali całej Ziemi, to pewnie i miliardy razy. Woda zaleje popiół, może na chwilę wyjdzie słońce, osuszy krajobraz, popiół zacznie wyglądać jak spękany, twardy grunt, może nawet gdzieś wyrosną jakieś nieświadome niczego kiełki, a ja będę musiała znaleźć i włożyć jakieś buty. I znowu będę chodzić, bo zostałam tak stworzona, do chodzenia; będę się bała zasnąć, nie wiedząc, w której wersji lub raczej w którym momencie tej rzeczywistości się obudzę. Lecz każdy w końcu musi zasnąć choć na chwilę i mimo że niepokój sprawi, że z trudnością zapadnę w sen, moje ciało, które w ogóle nie słucha mojego umysłu, wyłączy moją świadomość, a potem pierwszą rzeczą, jaką zobaczę, gdy się obudzę po nie wiadomo jak długim czasie, okaże się to, czy akurat mam buty, czy też jestem boso, i wtedy wszystko stanie się jasne, jak i to, czy ensemble już się rozgrzewa do tańca.
