Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
15 osób interesuje się tą książką
Khardine Gray, autorka bestsellerów „USA Today", przedstawia zmysłowy, rozkosznie diabelski i uwodzicielski romans mafijny o drugiej szansie. Przygotuj się, by wkroczyć na mroczną stronę.
Claudius
Pierwsza zasada bossa mafii – nie ufaj nikomu. Druga – trzymaj przyjaciół i wrogów cholernie blisko siebie. W półświatku przyjaciel i wróg mogą być tą samą osobą. Nie pozwól im odkryć, kogo kochasz…
Moja historia zaczęła się od chłopaka, któremu spodobała się pewna dziewczyna.
Wydawała mu się aniołem.
Ja byłem tym chłopakiem, a Ava – aniołem.
Ale… moje życie zmieniło się w świat, w którym poślubiłem jej bliźniaczkę, a Ava zaczęła mnie nienawidzić.
Potem wplątałem się w grę z diabłem, do której wcale nie chciałem siadać.
Moi wrogowie wykorzystali moje słabości i zabili moją żonę.
Ava mogła zginąć wtedy razem z nią, więc trzymałem się od niej z daleka.
Wszechświat miał jednak inne plany i ponownie postawił ją na mojej drodze.
W mrocznym świecie bossa mafii nie było miejsca dla anioła takiego jak ona.
Wiem to. Tylko że jestem egoistą.
Powinienem dać jej spokój, ale nie mogę.
Problem jest taki… historia zaczyna się powtarzać, a w moim otoczeniu jest wróg.
To ta sama gra co wcześniej, tylko że tym razem przegrana może kosztować ją życie.
Ava
Trzymaj się od niego z daleka…
To było najrozsądniejsze, co mogłam zrobić.
Dziesięć lat temu, kiedy pierwszy raz spotkałam Claudiusa, wiedziałam, że zwiastuje kłopoty.
Zrobił ze mnie zakochaną idiotkę i złamał mi serce na tysiąc sposobów, kiedy poślubił moją siostrę.
Więc co ja właściwie robiłam, wracając w ramiona mężczyzny, z którym nie powinnam być?
Przypadek połączył nas na nowo, resztę zrobiło moje serce.
Moje serce uciszyło głos, który krzyczał, żeby uciekać.
Moje serce zrobiło ze mnie egoistkę...
Chciałam go tylko dla siebie.
Wiedziałam, że nie powinnam z nim być, ale nie mogłam dać mu spokoju.
I właśnie to mogło stać się moim upadkiem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 356
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
GANGSTERZY I LALKI
CZĘŚĆ JEDEN
Brudne serca
Tytuł oryginalny: Dirty Hearts
Autor: Khardine Gray
Korekta: Cowper Author Services
© Copyright by Khardine Gray, USA 2019
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Cowper Publishing, Berlin 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana bez pisemnej zgody właściciela praw.
Wydanie I Berlin 2026
Wydawnictwo Cowper Publishing
ISBN 978-3-69477-014-5
Claudius
&
Ava
Claudius
Zazwyczaj robiłem, co chciałem. Dokładnie to, na co miałem cholerną ochotę, nie przejmując się, co ludzie pomyślą.
Przecież byłem Claudiusem Morientzem, nowym szefem chicagowskiej mafii.
Dumny właściciel wszystkiego. Fortuny wartej miliard dolarów, odziedziczonej po wielkim Raphaelu Rossim. Przejąłem całe imperium i wszystko, co się z nim wiązało.
Pieniądze i władza.
Tak, miałem wszystko.
Miałem wszystko… Oprócz niej.
Ten dzień nigdy nie był dobry. Bez względu na to, ile czasu mijało, zawsze czułem się tego dnia tak samo.
Ten dzień zawsze mnie dobijał. Dobijał, bo co roku przypominał mi o tym, co straciłem i czego nie mogłem mieć.
Stałem w kościelnej dzwonnicy, patrząc z góry na grób. Grób mojej żony. Mojej żony, Marissy.
Przy grobie klęczała Ava. Jej siostra bliźniaczka.
I jak co roku robiłem to samo.
Najpierw cmentarz z samego rana. Potem kryłem się w cieniu dzwonnicy i obserwowałem, jak Ava wraz z rodziną opłakiwała Marissę.
Po odejściu jej rodziców nadal kryłem się w cieniu i patrzyłem, jak Ava spędzała ostatnie chwile z siostrą. Pozwalałem jej pobyć sam na sam z jedyną osobą, z którą dzieliła wszystko, i szanowałem ten czas.
Stałem od niej jakieś trzydzieści metrów, ale i tak widziałem jej smutek. Czułem go. Prawie mogłem go dotknąć. Smutek i zagubienie. Smutek po stracie i zagubienie wynikające z tego, co tak naprawdę się wydarzyło.
Co stało się z nami.
Byłem pewien, że moja historia niejednemu zrobiłaby cholerny mętlik w głowie.
Czasem sam się w niej gubiłem. Jedno było jednak pewne. Moje uczucia do niej nigdy się nie zmieniły.
Słońce wisiało nisko, a w powietrzu czuło się napięcie. Oczekiwanie.
Ava wstała i rozejrzała się. Wiedziałem, że wyczuwała moją obecność. To było prawie jak magia. Kiedyś wystarczało, że na nią spojrzałem. Nie musiałem nic mówić. Wiedziała, co chodziło mi po głowie. Była jedyną kobietą, która naprawdę potrafiła okiełznać drzemiącą we mnie bestię.
Jedyną kobietą, która dotarła do tego miejsca w mojej duszy i sprawiła, że chciałem spróbować być kimś innym niż dotąd. Nie być już tylko typowym gangsterem, bezwzględnym do szpiku kości.
Znowu to czułem. To, jak mnie do niej ciągnęło. Im dłużej się rozglądała, tym mocniej.
Ava
Byłam pewna, że tu jest. Czułam go.
Claudius.
Zawsze zostawiał na grobie Marissy jedną białą różę. Zawsze, zanim zjawiał się ktokolwiek inny. Mama i tata przynosili dalie. Ja przynosiłam kalie. Różowe kalie, które Marissa tak bardzo kochała.
Gdy tylko zobaczyłam różę, wiedziałam, że tu był, i wiedziałam, że wciąż tu jest. Przyjechaliśmy z rodzicami godzinę temu. Jak zwykle poprosiłam, żeby zostawili mnie samą. Czas na żałobę i rozmowę z siostrą. Ale szczerze mówiąc, chciałam pobyć sama również po to, żeby poczuć jego obecność.
Kłamałabym, gdybym powiedziała, że tego nie chciałam. Okłamywałabym samą siebie, gdybym nie spojrzała prawdzie w oczy.
Jego obecność była tak silna, że równie dobrze mógł stać tuż przede mną.
I znów poczułam to rozdarcie, które miało już zawsze wypełniać moją duszę.
Co miałam myśleć po tym, co zaszło ostatnim razem?
Co miałam czuć?
Nic?
To było proste. Wiedziałam, że odpowiedź też była prosta. Musiałam zapomnieć. Tylko tyle. Zapomnieć.
Nie można było bez końca żyć przeszłością. Zwłaszcza gdy wszystkie wspomnienia były tylko wytworem pragnień mojego serca.
Zapomnieć o wszystkim i ruszyć dalej. Nie tylko o tym, co wydarzyło się cztery lata temu, gdy po raz ostatni widziałam się z Claudiusem.
Musiałam zostawić za sobą wszystko. Całą tę cholerną historię od początku do końca.
Nas. To, co było, zanim związał się z Marissą.
Zapomnieć, jakby to nigdy się nie wydarzyło.
Musiałam o nim zapomnieć. Przez to wszystko czułam się jak hipokrytka.
Jak miałam opłakiwać siostrę, a jednocześnie walczyć z rozdarciem, które wywoływały we mnie uczucia do jej męża?
Brzmiało to jak jeden wielki bajzel.
Jeden cholerny bajzel, którego tak naprawdę nikt nie potrafił ogarnąć.
Rozejrzałam się za nim, a moje głupie serce mnie zdradziło: wróciłam myślami do naszego ostatniego spotkania.
To, co zdarzyło się ostatnim razem, było błędem. Nie powinienem był…
Po prostu nie powinienem był znowu posunąć się z nią tak daleko. A jednak to zrobiłem. Nie żałowałem. Nienawidziłem tylko tego, że uległem własnemu egoizmowi. Przez to sytuacja stała się jeszcze gorsza. I bardziej zagmatwana.
Dla niej bardziej zagmatwana.
Dla mnie bardziej bolesna.
Nie wiedziałem, jak zdołałem trzymać się od niej z daleka tak długo, ale tak było najlepiej. Widzieć ją było torturą. Być z nią – torturą. Myśleć, że moglibyśmy być dla siebie kimś więcej – torturą.
Powinna mnie nienawidzić.
Powinna mnie nienawidzić choćby dlatego, że to z mojej winy zginęła jej siostra. Wszyscy mogli mi powtarzać, że nie powinienem się obwiniać, ale to była moja wina.
Cztery lata temu byłem egoistą. Zmieniłem wszystko między nami i jeszcze bardziej skomplikowałem sytuację, która i tak była już pogmatwana. Musiałem trzymać się od niej z daleka.
Nienawidziłam tego, co się stało, i powinnam go nienawidzić za to, że złamał mi serce.
Najbardziej jednak pragnęłam, żeby przestał mnie unikać.
– Claudiusie… dlaczego wciąż mi to robisz? – wyszeptałam, a chłodny wiatr zaszumiał wśród wierzb. Uniósł końce moich włosów i przerzucił białoblond pasma na czarne aksamitne rękawy sukienki.
Spojrzałam na starą dzwonnicę wieńczącą kościół i uniosłam dłonie do serca.
Serce znów mi pękało, a ja naprawdę musiałam zacząć żyć dalej.
Niektóre rzeczy najlepiej było zostawić w spokoju. Na zawsze.
Ona była jedną z nich.
Gdy spojrzała prosto tam, gdzie stałem, równie dobrze mogliśmy patrzeć sobie w oczy.
Miałem nadzieję, że mnie nienawidzi. Tak byłoby łatwiej.
Raz już naraziłem ją na niebezpieczeństwo i omal nie przypłaciła tego życiem.
Tak było lepiej.
Beze mnie byłaby bezpieczniejsza.
Lepiej, żeby mnie nienawidziła i żyła, niż żeby mnie kochała i umarła.
Byłem egoistą, ale nie zamierzałem popełnić tego samego błędu dwa razy.
Nie z nią.
Raz wystarczył.
Siedem lat wcześniej…
– Chciwy, głupi gangsterze. Jeszcze dostaniesz za swoje – zakpił Goliat. Jego cyniczny śmiech przyprawił mnie o ciarki.
Niewiele rzeczy było w stanie mnie ruszyć. Niewiele potrafiło napędzić mi, kurwa, śmiertelnego stracha, ale ten facet…
Jemu się udało. Dotarł do miejsca w moim wnętrzu, o którego istnieniu nie miałem pojęcia, i nienawidziłem tego. Tak samo jak plątaniny węzłów, która zaciskała się wokół moich nerwów i włókien duszy.
– Gdzie jest moja żona?! – wrzasnąłem. – Gdzie jest Marissa?
Tylko się śmiał. Oczywiście, że tak. Ten człowiek był szalony.
Szalony i bezlitosny. Bezlitosny i bez serca. Nie wiedziałem, jakim cudem wpakowałem się z nim w to gówno.
– Rzecz w tym, Claudiusie, że powiem ci, gdzie jest. Zagramy w pewną grę.
– Nie bądź pieprzonym dupkiem. Oddaj mi ją. – Na myśl o tym, co musiał jej zrobić, ścisnęło mnie w piersi.
I… nie miałem pojęcia, jak w ogóle do niej dotarł.
Kiedy wczoraj wszystko się posypało i interes nie wypalił, zawiozłem Marissę do kryjówki. Kryjówki, którą znałem tylko ja i kilka innych osób. Tylko ja i Czwórka – moi ludzie – wiedzieliśmy, że ją tam zabrałem.
Kiedy odkryłem, że zniknęła, nie miałem czasu myśleć o tym, że mam w swoim kręgu szczura. Najgorszego z możliwych, bo tym ludziom powierzyłbym własne życie i nie potrafiłem pojąć, dlaczego którykolwiek z nich miałby mnie tak wystawić.
Najważniejsza była Marissa. Musiałem ją odzyskać.
– Ona nie ma z tym nic wspólnego – krzyknąłem, waląc pięściami w kuchenny blat.
Wróciłem do domu, szukając jej wszędzie jak szaleniec i nie dopuszczając do siebie myśli, że została porwana.
– Jest twoja. A więc będzie ceną. Ceną, którą zapłacisz za pokrzyżowanie mi planów. Planów, na których straciłem. Miliony, miliardy… kto to wie? – ryknął Goliat do słuchawki. – Więc, Claudiusie, wiesz przecież, jak uwielbiam gry. Ostatnia była świetną zabawą.
Krew najpierw we mnie zawrzała, a potem zamarła. Gra, o której mówił, nie była żadną grą. Była czystym złem.
Czym innym było być złym człowiekiem, a czym innym – być czystym złem.
Byłem złym człowiekiem, w najlepszym razie przestępcą. Ale nie byłem czystym złem.
On był.
Kilka dni wcześniej jeden z jego ochroniarzy pozwolił gliniarzowi podejść zbyt blisko. To nie była wina ochroniarza. Tak po prostu wyszło.
Mimo to Goliat zasłonił mu oczy opaską i kazał podejść pod samą krawędź urwiska.
Próbowałem nie dopuścić, żeby spadł, ale było za późno.
Kiedy zorientowałem się, co się dzieje, było już za późno. Goliat kazał mu cofnąć się w jego stronę, wmawiając mu, że za plecami wciąż ma grunt pod nogami. Jeden krok w tył – i runął w przepaść, na pewną śmierć.
– Gotowy? – rzucił ze śmiechem.
– Gotowy, dupku.
– Drażliwy, drażliwy. Zwłaszcza że to ty mnie skrzywdziłeś. A to przecież jeszcze łagodna kara. Mógłbyś już nie żyć, z głową wystawioną gdzieś na pokaz. Albo sam mógłbyś zwisać z jakiejś góry.
– Goliacie, powiedz mi, gdzie jest moja żona! – Nie miałem już cierpliwości. Zresztą od początku jej nie miałem.
– Dobra, uspokój się. Rzecz w tym, że trochę się pogubiłem, więc zabrałem twoją żonę i jej siostrę. Bliźniaczki potrafią człowieka zmylić, a ty jesteś gangsterem. Gangsterzy też bywają podstępni.
Wszystko we mnie zamarło.
Ma też Avę.
Kurwa, nie!
Nie.
Nieee…
Jak w transie wyszedłem z domu. Nogi miałem jak z waty, serce ledwie biło, a dusza…
Moja dusza wrzeszczała tak głośno, że aż mnie ogłuszała. Nie potrafiłem zebrać myśli.
– Dlaczego? – Słowo samo wymknęło mi się z ust.
– Przecież ci powiedziałem, Claudiusie. Gangsterzy to oszuści. Nie można im ufać. Mogłeś ukryć w kryjówce drugą bliźniaczkę. Wątpiłem, że to zrobiłeś, ale lepiej dmuchać na zimne, prawda? Są w dokach, w dwóch różnych magazynach. W jednym mam wspaniałą bombę, a ty musisz zgadnąć, w którym. Wybuchnie za pół godziny.
Ruszyłem, zanim zdążył skończyć.
Jebany skurwysyn. Wiedział, że dotarcie do doków zajmie mi co najmniej dwadzieścia minut, a w godzinach szczytu na ulicach panował obłęd.
Wskoczyłem na Harleya i prułem ulicami jak demon: omijałem samochody, wjeżdżałem na chodniki, pędziłem każdą drogą, która mogła mnie doprowadzić do celu.
Nie mogłem w to uwierzyć. Goliat zupełnie nie miał racji. To nie chciwość sprawiła, że się z nim zadałem.
Pieniędzy miałem aż nadto. Razem z moim bratem Lukiem byliśmy capami rodziny Rossi. Raphael Rossi władał Chicago.
Już dawno zostawiłem za sobą biedę, w której żyłem jako nastolatek. Boże, miałem tyle pieniędzy, że traciłem rachubę, co właściwie do mnie należało, a co nie.
Więc czemu uznałem, że dobrym pomysłem będzie zgodzić się na ten jebany interes na boku, który naraził moją żonę i jej siostrę?
Prawda była taka, że ten interes był odskocznią od całego gówna, które spotkało mnie w życiu. Pieprzoną, samolubną odskocznią.
A teraz płaciłem za to w najgorszy z możliwych sposobów. Nie dość, że porwał Marissę, to jeszcze Avę.
Ava… kobieta, którą…
Nie. Zabroniłem sobie myśleć o całym bałaganie między nami. Zabroniłem sercu wracać na tamtą drogę. Zabroniłem sobie rozważać to, co podpowiadał narastający strach: na czym naprawdę polegała ta gra.
Dwa magazyny.
W jednym bomba.
W każdym po jednej siostrze.
Skoro miałem tak mało czasu, by dotrzeć do doków, sedno gry było proste: albo zginę ja i jedna z bliźniaczek, albo będę musiał wybrać, którą uratuję.
Na samą myśl żółć podeszła mi do gardła. Żółć i lodowate macki strachu oplatające moje nerwy.
Dwadzieścia minut.
Dotarcie na miejsce zajęło mi dwadzieścia minut. Nad dokami zapadał już zmrok. Zeskoczyłem z motocykla i pobiegłem drewnianym pomostem prowadzącym do szeregu magazynów. Było ich co najmniej dwadzieścia.
Skąd, do cholery, miałem wiedzieć, do którego wejść? Czas tykał, pędził, wymykał mi się.
Biegłem jak szaleniec, ile sił w nogach, napędzany adrenaliną. Otworzyłem pierwsze drzwi i natychmiast wybiegłem, gdy zobaczyłem, że w środku nikogo nie ma. To był zwykły skład.
Magazyn numer dwa również był pusty. W trzecim i czwartym stały wielkie kontenery transportowe. Obszedłem je, sprawdzając, czy nie ukryto tam którejś z sióstr.
Pięć minut…
Ręce mi się trzęsły, a ciało odmawiało posłuszeństwa.
Miałem sucho w gardle, a skóra płonęła.
Wbiegłem do magazynu numer pięć i wtedy zobaczyłem Avę przywiązaną do krzesła. Wszędzie stały skrzynie i beczki z rybami.
Była zakneblowana, a kiedy mnie zobaczyła, szeroko otworzyła oczy.
Dopadłem do niej w mgnieniu oka, wyrwałem jej z ust knebel i—
– Claudiusie – zaszlochała.
– Nie ma czasu – krzyknąłem i zacząłem rozwiązywać liny, usiłując opanować drżenie rąk. – Gdzie jest Marissa?
– Nie wiem. Claudiusie, nie wiem. Bomba jest do niej przymocowana – szlochała. Po policzkach strumieniami płynęły jej łzy.
Zamarłem z dłońmi na linach i wpatrzyłem się w nią.
– Przymocowana do niej?
– Tak. Nie wiem, dokąd ją zabrali.
Dwie minuty…
Wyswobodziła się z lin i próbowała ruszyć za mną, ale gwałtownie się odwróciłem i chwyciłem ją, nie pozwalając ruszyć dalej.
– Nie, zostań tutaj!
– To moja siostra. Idę z tobą.
– Nie, kurwa. Avo. Nie stracę cię znowu. – Nie wiedziałem, co kazało mi to powiedzieć. Emocje sięgały zenitu. Kiedy jednak wypowiedziałem te słowa, zrozumiała, co miałem na myśli.
Doskonale wiedziała, co miałem na myśli.
Nie odrywała ode mnie morskozielonych oczu. Tego dnia wydawały się jeszcze jaśniejsze na tle platynowych włosów. Po policzkach spływały jej kolejne łzy.
Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale zadzwonił mój telefon.
Wyciągnąłem go. Na ekranie widniał numer Marissy.
Udało jej się uciec?
Serce mi podskoczyło na tę myśl.
– Marisso, gdzie jesteś? – zapytałem, ale w słuchawce rozległ się tylko głuchy pogłos.
– Claudiusie, uciekaj stamtąd. To pułapka. Proszę, po prostu odejdź – załkała Marissa.
– Proszę, powiedz mi, gdzie jesteś. Jestem tutaj. W dokach. – Wybiegłem na zewnątrz. Ava ruszyła za mną.
– Nie, uciekaj. Jest za późno – krzyknęła Marissa.
– Marisso, kurwa mać, powiedz mi, gdzie jesteś! Przecież dzwonisz. – Gorączkowo się rozejrzałem.
– Podłączyli telefon do jakiegoś urządzenia. Claudiusie, uciekaj. Już i tak wystarczająco dużo ci zabrałam. Nie pozwól, żebym odebrała ci jeszcze życie.
Jedna minuta…
Została jedna pieprzona minuta.
Spojrzałem na wszystkie pozostałe magazyny.
Nie miałem szans zdążyć. Nie miałem szans…
– Marisso, powiedz mi, gdzie jesteś. Natychmiast, do cholery. Mów!
Zaczęła płakać.
– Kocham cię. Dziękuję, że przy mnie zostałeś. Kocham cię, Claudiusie.
Ava też się rozpłakała. Spojrzałem na nią, a potem znowu przed siebie.
– Ja też cię kocham – powiedziałem Marissie i poczułem się jak ostatni drań.
Wiedziała, jak trudno mi było wypowiedzieć te słowa, zwłaszcza że musiałem nauczyć się ją kochać.
To była moja wina.
Wszystko było moją winą. Zasługiwała na coś lepszego.
– Claudiusie, proszę, zaopiekuj się moją siostrą. Ja—
Eksplozja wstrząsnęła ziemią. Instynkt kazał mi chwycić Avę i osłonić ją własnym ciałem.
Odwróciłem się i zobaczyłem, że magazyn jakieś dziesięć metrów od nas płonął.
Fala ognia buchnęła ku niebu, a płomienie przerzuciły się na sąsiedni magazyn.
Ava krzyczała i próbowała wyrwać się z moich objęć, ale trzymałem ją mocno.
Mogłem tylko patrzeć. Patrzeć na koszmar rozgrywający się na moich oczach. Patrzeć na to, co oznaczał.
Zabili Marissę.
Nie żyła.
I to była moja wina.
Wyłącznie moja…
Obecnie…
Dante spojrzał na mnie ostro i utkwił we mnie wzrok. Napięcie w jego oczach wyrwało mnie z odrętwienia.
Wyprostowałem się w fotelu i odgarnąłem włosy za ucho.
Byliśmy w moim biurze w centrum, na cotygodniowej naradzie. Te spotkania były ważne, a ja zdecydowanie nie powinienem na nich odpływać myślami.
Czasami zapominałem, że przy moich ludziach muszę trzymać fason. Wiedzieli, że mam wszystko pod kontrolą, a ja nie okazywałem przed nimi słabości. To byłby błąd. Coś zupełnie nie w stylu przywódcy, którym byłem.
Nawet z powodu tego gówna, które dopadło mnie kilka dni wcześniej.
Byłem gotów przysiąc, że ten jebany wszechświat się na mnie uwziął. Za każdym cholernym razem, kiedy myślałem, że robię to, co trzeba, coś musiało się wydarzyć.
Musiałem jak najszybciej zakończyć to spotkanie i pomyśleć, jak się uporać z tym najnowszym bajzlem.
Na razie jednak musiałem poświęcić chłopakom całą uwagę, na jaką zasługiwali. Wiedziałem, jak ciężko pracowali.
Poza tym rozmawialiśmy o miliardach dolarów, aktywach i usługach. Nie spotkaliśmy się przecież, żeby grać w pokera albo siedzieć jak banda pieprzonych frajerów.
– Zgodzę się na dzierżawę i remont szkoły, ale odmówię udziału w przedsięwzięciu dotyczącym kościoła – oznajmił Alex. Mówił o propozycjach, które przysłała nam rada miejska w sprawie kompleksu w starej dzielnicy.
– Dlaczego nie kościół? – zapytałem. – To kościół prowadzi szkołę. Dziwnie byłoby zgodzić się na dzierżawę szkoły, a odrzucić dzierżawę kościoła.
Aż się zdziwiłem, że w ogóle zdołałem to ogarnąć.
– Bo te skurwiele myślą, że są sprytni.
Dante i Gio się roześmiali. Jude natomiast złączył dłonie i zaczął strzelać palcami. Jude i Alex byli braćmi, ale w niczym nie byli do siebie podobni. Nie łączyło ich absolutnie nic poza ciemnymi włosami. I tyle. Wszyscy tutaj byliśmy Włochami z krwi i kości, ale Alex wyglądał tak, jakby pochodził z Europy Wschodniej.
Mieli też zupełnie inne temperamenty.
– Dlaczego te skurwiele myślą, że są sprytni, Alex? – Naprawdę byłem ciekaw odpowiedzi i sam nie mogłem powstrzymać śmiechu.
– To zagrywka polityczna. Jason Wainwright chce kandydować na gubernatora Illinois. Jeśli przejmie kontrolę nad szkołą i kościołem, zyska większą władzę. Większa władza oznacza więcej głosów. Kościół był celem, a szkoła cholernym pionkiem, dzięki któremu mieliśmy uwierzyć, że zależy im na zachowaniu obecnego stanu rzeczy. – Alex uśmiechnął się krzywo, a jego brązowe oczy zalśniły dumą.
Jezu Chryste, wolałem nawet nie myśleć, skąd on to wiedział. Ale właśnie takie rzeczy sprawiały, że cieszyłem się ze sposobu, w jaki wszystko zorganizowałem.
Pierwotny układ zmienił się już przy wyborze następcy Raphaela.
Wybór rozstrzygał się między Lukiem a mną. To ja zostałem szefem, a ponieważ rodzinę Morientzów tworzyli tata, Luc i ja, układ miał się zmienić jeszcze bardziej.
I to po mojemu.
To była moja ekipa. Czwórka. Moi czterej jeźdźcy.
Dante, Gio, Alex i Jude.
To ich się wzywało, kiedy trzeba było odwalić naprawdę poważną robotę.
Kiedy tak siedzieli razem, wyglądali jak banda byłych wojskowych – wysocy i umięśnieni, zdolni wyrządzić ogromne szkody. Nawet ciemne włosy nosili krótko, po wojskowemu. Ja jeden miałem długie.
Wszyscy czterej mieli rangę capo, tata zaś zachował tytuł consigliere i został zastępcą bossa. Drugim po mnie.
W sprawach biznesowych przydzieliłem chłopakom konkretne obowiązki.
Jude i Alex zajmowali się rozwojem interesów i pomysłami na nowe przedsięwzięcia. Jeśli ktoś chciał ze mną rozmawiać, najpierw musiał zgłosić się do nich.
Dante i Jude z kolei trzymali rękę na pieniądzach – w każdej dziedzinie, w której było to potrzebne. Inwestycje i cała reszta. A „cała reszta” oznaczała pilnowanie, żeby interesy wyglądały na legalne, były czyste i pozostawały poza radarem glin, a co gorsza – federalnych.
To wszystko były poważne sprawy, ale połączyła nas miłość do motocykli.
Tata był teraz we Włoszech, więc kiedy spotykaliśmy się w takim gronie, przypominały mi się dawne czasy, gdy zbieraliśmy się tylko po to, żeby gadać o motocyklach. Nadal to robiliśmy. Wciąż dłubałem przy motocyklach i robiłem najróżniejsze szalone przeróbki. Zbiłem nawet małą fortunę na ich sprzedaży. To była dobra odskocznia, ale teraz sprawy zrobiły się poważne. Trzy lata temu musiałem stanąć na wysokości zadania i zostać przywódcą.
Kiedy lata temu połączyliśmy siły, wątpiłem, by którykolwiek z nich przypuszczał, że cała czwórka znajdzie się tuż pod donem w hierarchii chicagowskiej mafii.
Czyli pode mną.
Czasem sam z trudem w to wierzyłem. Nie żebym nigdy o tym nie marzył. Kiedy wyobrażałem sobie siebie na tym stanowisku, widziałem raczej bezlitosnego sukinsyna, którym kiedyś byłem.
Już taki nie byłem.
Wiele rzeczy mnie zmieniło.
Strata żony była czymś, co mnie naznaczyło, podobnie jak całe to gówno, które wydarzyło się później. Ale widziałem też, jak brat wziął się w garść i ułożył sobie życie. W pewnym sensie widziałem go przy swoim boku w tym wszystkim, ale rzucił wszystko dla dziewczyny.
Lucian odmienił swoje życie dla Amelii i, jak sądzę, dla siebie też.
Cieszyłem się ich szczęściem.
To skłaniało mnie jednak do rozmyślań. O rzeczach, o których nie powinienem.
O takich jak Ava.
– Co o tym myślisz, szefie? – zapytał Alex z bezczelnym uśmiechem. Sukinsyn wiedział, co myślę, ale chciał, żebym go pochwalił. Był z nas najmłodszy i czasem wychodziła z niego ta młodzieńcza potrzeba pochwały.
– Myślę, że zajebiście to rozgryzłeś i cieszę się, że to twoja robota, nie moja. Wątpię, żeby byli zadowoleni z tej decyzji. – Uśmiechnąłem się.
– Mogą się zgodzić albo spadać, szefie. – Alex zaśmiał się i przybił żółwika z Jude’em, który skinął głową.
– Szefie, te skurwiele naprawdę nie wiedzą, z kim zadzierają – dodał Jude.
Uśmiechnąłem się szeroko, rozbawiony ich brawurą.
– Świetnie – odparłem i odchyliłem się w fotelu. – Coś jeszcze musimy omówić? – Niepokój zaczynał dawać mi się we znaki.
– Ostatnia sprawa – dodał Alex.
– Boże, jakbyś przez cały tydzień zbierał to gówno specjalnie na zebranie. – Gio się skrzywił.
– Spokojnie, stary, ta laska na pewno na ciebie poczeka – wtrącił Dante, kręcąc głową. – Widziałeś ją wczoraj w restauracji? – zapytał mnie, ale nie miałem pojęcia, o kim do cholery mówił.
– Kogo? – Zmrużyłem oczy.
Dante uniósł brwi. – Tę Szwedkę z wielkimi cyckami. Wyglądała, jakby właśnie wyskoczyła z erotycznej fantazji.
Nie, nadal nie miałem pojęcia. I nic dziwnego, bo nawet siedząc wtedy w restauracji, myślami wciąż byłem przy Avie, którą tydzień wcześniej zobaczyłem na cmentarzu. Dziś mijał dokładnie tydzień, a ja wciąż nie otrząsnąłem się z cholernego dołka, w który wtedy wpadłem.
– To nowa kelnerka w restauracji – wyjaśnił Gio. Pochylił się i przyjrzał mi z ciekawością. – Muszę przyznać, że Dante ma wyczucie i gust. Zatrudniaj ładniejsze kobiety, a klienci też się zjawią.
– Dokładnie, stary. – Dante przytaknął.
Prowadził restaurację z barem, gdzie wszyscy uwielbialiśmy przesiadywać. Ten lokal dostał ode mnie. Kiedy przejąłem imperium, każdemu ze swoich ludzi coś podarowałem. Za lojalność. Nauczyłem się, że zaufanie nie przychodzi łatwo.
Rzecz w tym, że choć okazywałem im zaufanie, z tyłu głowy wciąż odzywał się natrętny głos: jeden z nich mnie zdradził.
Kryjówka, w której była Marissa, pozostawała ściśle tajna.
Goliat był w stanie ją znaleźć, ale wiedziałem, że ktoś musiał mu pomóc, skoro dotarł do niej tak szybko.
Musiałem trzymać przyjaciół blisko, a wrogów jeszcze bliżej.
– Dobra, niewiele pamiętam z wczorajszego wieczoru – przyznałem. – Ale mam sprawy do załatwienia, więc mów, Alex. Ostatni punkt.
Alex uśmiechnął się szerzej. – Dwa słowa: David Shipel.
Dante uśmiechnął się krzywo, Gio zrobił wielkie oczy, a ja złączyłem opuszki palców i wyprostowałem się.
David Shipel. – Chodzi o Davida Shipela, tego od cygar i tytoniu? – zapytałem.
Alex się uśmiechnął. – We własnej osobie.
– Czego od nas chce?
Poza tym, że zajmował się rozwojem interesów, Alex pośredniczył między mną a ludźmi zgłaszającymi pomysły na nowe przedsięwzięcia. Jude wspierał go w tej roli, więc wiedziałem, że bracia musieli o tym rozmawiać przed spotkaniem. Poznałem to po zadziornej minie Jude’a.
– Chce skorzystać z usług naszej firmy żeglugowej. Wypuszcza nową markę cygar, a my możemy mu zapewnić idealne zaplecze i obsługę – wyjaśnił Alex. Był wyraźnie z siebie dumny. I słusznie. Jak wszyscy, wiedział, w jakim kierunku chciałem poprowadzić interesy.
Jasne, byliśmy gangsterami, ale przez lata porządkowaliśmy interesy i przenosiliśmy je pod legalne przykrywki. Teraz zbieraliśmy owoce sukcesu: śmierdzieliśmy forsą i nie musieliśmy już uganiać się jak pospolici przestępcy.
Wciąż byliśmy najbardziej bezwzględnymi skurwielami, na jakich można było trafić, i potrafiliśmy bronić tego, co nasze, ale nie musieliśmy odwalać niczego, przez co trafilibyśmy za kratki.
Ta… propozycja Davida Shipela była dokładnie takim interesem, jaki chciałem przyciągać. Pozwalała nam działać legalnie, a wszystko inne, co robiliśmy po cichu, nadal pozostawało poza radarem.
– Dobra robota. – Skinąłem głową. – Kiedy chce się spotkać?
– Jak tylko dasz znak, szefie.
Westchnąłem. Kiedy byłby dobry moment? Potrzebowałem mieć jasną głowę. Może za kilka dni. – W piątek w południe. Spotkajmy się tu jeszcze na chwilę w czwartek, żeby omówić rozliczenia i inwentaryzację w spółkach. – Właściwie chciałem pogadać o tym dzisiaj, ale rozliczenia i podobne gówna mnie nudziły. Mogłem zlecić to komuś innemu, ale to były nasze pieniądze. Musiałem wiedzieć, dokąd trafiały i co się z nimi działo.
– Piątek. – Alex mrugnął.
Do piątku miałem więc czas, żeby uporządkować myśli. Do czwartku powinienem już jako tako wrócić do siebie.
– Koniec zebrania – oznajmiłem.
Jude i Alex wyszli pierwsi. Dante i Gio zostali na miejscach, dokładnie tak, jak przewidziałem.
Wstałem i przeniosłem wzrok z jednego na drugiego. Obaj mierzyli mnie tym samym ostrożnym, sondującym spojrzeniem.
– Co? Co z wami dwoma? – Uniosłem brwi.
Teraz spojrzeli na siebie.
– Nie wierzę, że nas o to pytasz. – Gio przechylił głowę.
Dante zaczerpnął powietrza, przesunął dłonią po ostrych czarnych kolcach swojego faux hawka, po czym zatrzymał ją na skraju brody, tuż obok tatuażu krzyża.
Każdy z nas miał krzyż. Dla tych, których straciliśmy. Żeby o nich pamiętać. Dante – dla siostry. Gio – dla najlepszego przyjaciela. Jude i Alex – dla starszego brata.
Ja… dla Marissy.
Gdyby ktokolwiek poznał prawdę o naszym burzliwym małżeństwie, zaczęłyby się pytania. Zastanawialiby się, dlaczego tak długo przy niej zostałem. Dlaczego nie walczyłem mocniej o kobietę, z którą powinienem był być.
Teraz to już jednak nie miało znaczenia. Wiedziałem, dlaczego noszę ten krzyż. Był wyrazem głębokiego poczucia winy, które miało mnie prześladować do końca życia, i żalu po jej stracie.
Pogrążanie się w żalu nie było w moim stylu. Ani trochę. Ale od każdej reguły są wyjątki.
Ta pora roku zawsze wyciągała ze mnie, kurwa, wszystko, co najgorsze.
– Nie chcę o tym rozmawiać. – Uniosłem ręce i sięgnąłem po motocyklową kurtkę, żeby ją włożyć.
– A będziesz musiał. – Dante się wyprostował. Tylko on mógł sobie pozwolić na takie żądanie wobec mnie.
Jedyną osobą na tym świecie, której naprawdę ufałem bezgranicznie, był mój brat. Nawet nie tata, choć jemu można było powierzyć własne życie.
Dante i Gio też byli mi bliscy i gdybym miał obstawiać, postawiłbym, że żaden z nich mnie nie zdradził.
Ale wykluczenie ich mogło mnie zgubić. Czasami jednak resztka człowieczeństwa, która mi została, sprawiała, że opuszczałem gardę na tyle, by dostrzec szczerą troskę u facetów, których mogłem nazwać przyjaciółmi.
– Nie chcę o tym rozmawiać. – Powoli pokręciłem głową. Najlepiej było w ogóle o tym nie mówić.
– Wyda jej się to dziwne, kiedy zobaczy twoje nazwisko w papierach. Zacznie się zastanawiać, czemu się z nią nie spotkałeś ani nawet o tym nie porozmawiałeś – wypalił Dante. Gio przytaknął.
Z wolna wypuściłem drżący oddech i znów usiadłem. Powiedzieli to, co sam myślałem. To, co cholernie dobrze wiedziałem.
– Słuchajcie, to nie powinno mieć znaczenia. Nazwisko to tylko nazwisko – powiedziałem bardziej do siebie niż do nich.
– Naprawdę, Claudiusie? Chryste, pozwolisz jej wyłożyć pół bańki i jeszcze wziąć kredyt? – Dante zmarszczył brwi.
Opuściłem wzrok na marmurową podłogę i zapatrzyłem się w łagodne odcienie szarości i beżu.
To było tak pojebane. Posiadanie imperium było świetne. Posiadanie ponad siedemdziesięciu procent firm w Chicago było marzeniem. Odziedziczyłem wszystko jak jakiś cholerny król.
Ale takie sytuacje były do dupy.
W ubiegły czwartek, cztery dni po tym, jak zobaczyłem Avę, bank przesłał Alexowi propozycję biznesową dotyczącą budynków po wschodniej stronie, przy rzece. Złożyła ją Ava.
Dziękuję, wszechświecie.
Poczułem się, jakby ktoś wymierzył mi policzek.
Jej rodzina posiadała Delizioso – świetnie prosperującą włoską restaurację z gwiazdką Michelin. Lokal przekazano Avie, a teraz chciała stworzyć sieć i otworzyć drugi lokal w Chicago.
Sama napisała całą tę cholerną propozycję. Wyglądała świetnie, ale naprawdę wątpiłem, żeby Ava wiedziała, że trafi właśnie do mnie.
Nieruchomość była wystawiona na wynajem przez Eidlewoods Commercial Estate, na pozór zwykłą agencję nieruchomości komercyjnych. Tyle że była nasza.
Moja.
Jeszcze tydzień temu przysiągłem sobie, że będę trzymał się od Avy z daleka. To miało być pożegnanie na zawsze. Naprawdę. Podjąłem decyzję i zamierzałem się jej trzymać.
Wiedziałem, że nie powinienem co roku fundować sobie tego samego gówna. Nie chciałem tego roztrząsać. Nie chciałem wystawiać się na pokusę i znowu zrobić tego, co zrobiłem cztery lata temu.
Tylko że ten cholerny wszechświat miał wobec mnie inne plany.
– Nie. Tyle w skrócie. – Znów na nich spojrzałem.
Znali tylko część historii między mną a Avą. Z tego, co wiedzieli, na pewno się domyślali, że moja relacja z byłą szwagierką była daleka od konwencjonalnej i kryło się w niej o wiele więcej, niż pokazywałem światu.
Nigdy nie powiedziałem tego wprost, ale moje milczenie mówiło wszystko.
– Minęło siedem lat od śmierci Marissy, Claudiusie – zauważył Dante, a rysy mu złagodniały.
– I o ile wiemy, minęły co najmniej cztery lata, odkąd naprawdę widziałeś Avę – dodał Gio, posyłając mi znaczące spojrzenie. Nie umknął mi nacisk, jaki położył na słowie „widziałeś”, ani wyższy ton jego głosu. Wiedzieli, że nie skończyło się wtedy na samym patrzeniu.
– Czas potrafi wiele zdziałać. – W głosie Dantego zabrzmiała nadzieja.
– Czas niczego, kurwa, nie zmienia – odparłem. W moim życiu nie zmienił niczego. Wciąż wszystko pamiętałem i wciąż czułem to samo.
Poczucie winy po śmierci Marissy nie zniknęło, tak samo jak świadomość, że nie mogłem być z Avą. Zamknąłem oczy i przypomniałem sobie ostatni raz, kiedy z nią byłem.
– Czas niczego nie zmieni, jeśli mu na to pozwolisz. Uwierz mi. Wszyscy znamy ten sam rodzaj bólu. Pamiętaj o tym. – Twarz Gio stężała.
Zacisnąłem usta i przesunąłem dłonią po brodzie. – Lepiej dla niej, żeby mnie nie znała, Gio. Spieprzyłem jej życie już wystarczająco.
Wszystko zaczęło się od faceta, któremu spodobała się dziewczyna. W jego oczach była aniołem.
Tym facetem byłem ja, tym aniołem – Ava. Byłem nią tak pochłonięty, że nie dostrzegłem pułapki, którą zastawiła na mnie Marissa. Wciągnięto mnie w grę, w której nie chciałem brać udziału, a życie, które miałem prowadzić, wywróciło się do góry nogami. Nagle znalazłem się w świecie, w którym ożeniłem się z Marissą, a Ava mnie znienawidziła.
Oczywiście sprawy między nami były niezręczne, kiedy byłem żonaty z Marissą, ale po jej śmierci zamieniły się w totalny bajzel. A jednak ten cholerny wszechświat wciąż krzyżował nasze drogi w chwilach, kiedy najmniej się tego spodziewałem. Tak jak teraz.
Gio wstał, potem Dante.
– Najpierw to przemyśl, dobrze? Sprawy mogą nie wyglądać tak, jak ci się wydaje. – Dante skinął krótko głową.
Mógł mieć rację, ale fakty pozostawały faktami, a ja byłem przekonany, że było dokładnie tak, jak się wydawało. Przeze mnie Marissa zginęła, a Ava też mogła zginąć.
Upływ czasu przypominał mi jedynie, że ten jebany psychol Goliat wciąż był gdzieś na wolności. Tak samo jak cholerni Manellowie. Joe Manello i jego banda.
Ten jebany dupek Joe wrobił mnie w robotę z Goliatem, a od tamtego dnia wszyscy byli jak duchy. Zniknęli z radaru, jakby nie istnieli. Jakby nigdy nie istnieli. Jakby to wszystko było wytworem potwornego koszmaru.
Goliat… Wciąż go szukałem.
Dla mnie nie chodziło tylko o to, że od śmierci Marissy minęło siedem lat. Minęło siedem lat, a ja wciąż go nie znalazłem.
Wbrew temu, co wielu sądziło, nie zabijałem bezmyślnie. Nikt nie ośmielał się zadzierać ze mną ani ruszać tego, co moje. Ludzie słusznie tak bardzo się mnie bali. Ale bezmyślne zabijanie nie było w moim stylu.
Zabij albo zgiń. Taka była moja zasada.
Victor Pertrinkov, ostatni, którego zabiłem, był tego przykładem. Był bestią, którą trzeba było powstrzymać.
Goliat był taki sam.
Wiedziałem, że gdy tylko znów go zobaczę, zabiję go. Tego jednego byłem pewien. Cholernie pewien.
– Hej. – Dante pochylił się i stuknął palcem w moją dłoń, wyrywając mnie z zamyślenia. – Skup się na tym, co jest teraz.
– Na tym, co jest teraz?
– Na tym, co jest teraz. Zaufaj mi. Nie sądzę, żeby to dobrze wyglądało, jeśli dalej będziesz się tak zachowywał. Przynajmniej się odezwij. To sprawa biznesowa.
Biznes.
Dante wstał, a Gio za nim. Obaj obejrzeli się na mnie przed wyjściem. Zostawili mnie sam na sam z myślami.
Wziąłem głęboki oddech. Zapytanie Avy o dzierżawę rzeczywiście było sprawą służbową. Wiedziałem o tym. To było proste: mogłem potraktować ją jak każdą inną sprawę biznesową. Jeśli chciałem, mogłem udawać, choćby miało mnie to zabić.
Bałem się tylko tego, co mógłbym zrobić, gdybym nie poprzestał na obserwowaniu jej z cienia.
Bałem się, że zechcę czegoś więcej.
Chłopaki mieli jednak rację. Czy naprawdę zamierzałem pozwolić jej wydać tyle pieniędzy, i to na mnie?
To nie byłoby w porządku.
Zwłaszcza że już tak wiele byłem jej winien.
– Dobrze, mów. Dlaczego właśnie mu odmówiłaś? – zapytała Kelly. Jej ciemnobrązowe oczy błyszczały podejrzliwie – znak, że zaraz zacznie jedną ze swoich tyrad. – John to miły facet. Lubimy miłych facetów, a do tego jest superprzystojny.
Stłumiłam jęk i odłożyłam długopis na środek notesu.
Pochyliłam się nad naszym stołem roboczym i posłałam jej znaczące spojrzenie.
– Mówiłam ci, że jest zadufany w sobie.
– Niby w jaki sposób? – Jej idealnie zarysowane brwi ściągnęły się, a ona odsunęła na bok rozłożone na stole zioła i egzotyczne papryczki.
Ta mieszanka wypełniała naszą małą pracownię niezwykłym aromatem, który przyjemnie łaskotał mnie w nos.
– Papryczki malagueta i bazylia. Powinnyśmy wypróbować to połączenie. – Uśmiechnęłam się promiennie, bo naprawdę chciałam już przestać rozmawiać o Johnie.
Od kilku godzin układałyśmy przepisy na tydzień obchodów rocznicy restauracji. To była nasza pracownia kulinarna, w której opracowywałyśmy najróżniejsze receptury. Mieściła się blisko kuchni, ale osobno od wspólnego biura, więc miałyśmy pod ręką wszystkie potrzebne produkty. Przyszłam tu o ósmej rano i już wtedy zastałam Kelly po łokcie w warzywach oraz przyprawach. Zapadła już noc, a tak naprawdę niewiele zrobiłyśmy. Odebrałam telefon od Johna i odrzuciłam jego zaproszenie na randkę. Kelly mnie słyszała. Powinnam była odebrać na zewnątrz.
– Papryczki malagueta z bazylią to szalone, seksowne połączenie – dodałam, gdy zacisnęła usta.
– Ava, na litość boską. Kobieto, ani mi się waż zmieniać temat. Powiedz, dlaczego uważasz Johna za zadufanego w sobie.
– Po prostu był.
– Był uroczy, troskliwy i opiekuńczy. I co z tego, że o swoich osiągnięciach mówił trochę więcej niż większość ludzi? To przecież normalne. Zwłaszcza gdy ktoś właśnie awansował na starszego partnera w jednej z największych kancelarii prawnych w Chicago. – Pomachała w moją stronę długą łyżką, jakby trzymała różdżkę i miała zaraz rzucić zaklęcie. Na koniec przemowy potrząsnęła nią jeszcze dla większego efektu.
Ramiona mi opadły, a plecy wsparłam o metalowe oparcie stołka.
Nie znosiłam, kiedy ludzie mieli rację. To oznaczało, że nie mogłam się z nimi spierać ani wymyślić riposty, która pozwoliłaby mi się wykręcić.
Jeszcze bardziej nie znosiłam, gdy rację miała moja najlepsza przyjaciółka. Kelly znała mnie i wiedziała, jaka jestem. Wiedziała, że postępuję nierozsądnie, odrzucając mężczyznę takiego jak John. Takiego, który byłby dla mnie dobry.
– Między nami nie było chemii. – Zmarszczyłam brwi.
Przechyliła głowę i przyjrzała mi się pytająco.
– Dałaś mu szansę, żeby między wami zaiskrzyło?
– Chemia tak nie działa. Pojawia się natychmiast. Jak wtedy, gdy dodasz czosnek do potrawy. Albo bazylię do sosu. Albo odrobinę parmezanu do makaronu. Reakcja zachodzi od razu.
– Zawsze musisz to robić? Jedzenie to nie wszystko.
– A ja nadal twierdzę, że po części jednak tak. – Roześmiałam się, wiedząc, że ją to zirytuje.
Tak wszystko tłumaczyłam. Jedzeniem. Gotowaniem – miłością mojego życia. Jedyną miłością, która nigdy mnie nie zawiodła. Nigdy.
Byłam bardzo, ale to bardzo dumna z tego, że należało do mnie Delizioso – restauracja z gwiazdką Michelin, która od trzech pokoleń pozostawała w rękach mojej rodziny. Wszystko zaczęło się od delikatesów założonych przez dziadka. Tata rozwinął lokal, a w zeszłym roku przekazał mi pełną kontrolę nad restauracją.
Zapewne byłam oczywistą kandydatką do przejęcia interesu, a ludzie mogli myśleć, że podano mi go na srebrnej tacy. Nic bardziej mylnego.
Ojciec był głównym właścicielem i przez lata kazał mi ciężko pracować, żebym zasłużyła na przejęcie lokalu.
Kazał mi przejść tę samą drogę, którą sam pokonał, by zostać wielokrotnie nagradzanym szefem kuchni – i wymagał, żebym zaszła jeszcze dalej.
Przekonanie go, że zasługuję na przejęcie restauracji, zajęło mi nieco ponad dziesięć lat. Ale nie tylko o to chodziło. Moi rodzice zachęcali mnie do wysiłku i osiągania celów, ale tylko wtedy, gdy naprawdę tego chciałam.
I tak oto restauracja należała do mnie, a prowadziłam ją razem z Kelly, moją wspólniczką. Tworzyłyśmy najróżniejsze przepisy i układałyśmy menu.
Obie wiedziałyśmy, co się sprawdza, a co nie, więc Kelly powinna rozumieć, że chemia nie rodzi się z czasem.
Wiedziała też, że nie przekona mnie, iż jest inaczej, bo już kiedyś czułam chemię. Szaloną, surową, pierwotną. Taką, której nie dało się poskromić i która przybierała niewyobrażalne rozmiary.
Nie była ani dobra, ani zła. Nie dało się jej tak ocenić, a w moim przypadku lepiej byłoby, gdybym nigdy jej nie poczuła.
Kelly pstryknęła palcami przed moją twarzą i uśmiechnęła się. Znowu odpłynęłam.
– To też musisz robić? – Zachichotała, po czym wyprostowała się i spojrzała na mnie z namysłem.
– Co?
– Odpływać myślami beze mnie. – Zarzuciła długie czarne włosy na jedno ramię, a ich czerń mocno odcinała się od bladej skóry. – Próbuję nacieszyć się naszymi wspólnymi chwilami. Mój przyszły mąż lada chwila porwie mnie na sześć miesięcy. Chcę tylko mieć pewność, że ktoś zadba o moją najlepszą przyjaciółkę. Miło byłoby też zobaczyć ją na moim ślubie z kimś u boku. Kimś z zadatkami na chłopaka. A jeszcze lepiej – na męża. – Znowu pomachała łyżką i podniosła papryczkę habanero odmiany chocolate.
– Znowu próbujesz wydać mnie za mąż. – Roześmiałam się. To nie było zabawne. Ani trochę. Czasem jednak śmiech z własnego położenia był najlepszym, co człowiek mógł zrobić.
– Nie możesz mieć do mnie pretensji. – Odłożyła papryczkę na blat, a łyżkę tuż obok. Spojrzenie, które posłała mi potem, zwiastowało kolejną rozmowę, na którą nie miałam ochoty. – Ava, chcę ci coś poradzić, bo czasami się o ciebie martwię. Dobrze, może trochę częściej niż czasami. Właściwie prawie cały czas. John był miłym facetem, a tacy nie trafiają się często. Prawdę mówiąc, w ogóle jest ich niewielu. Zwłaszcza takich, którzy spełniają dziewięć na dziesięć kryteriów. Nie możesz ich ciągle odrzucać.
– Wcale tego nie robię. – Wydęłam wargi.
– Nie możesz ich ciągle odrzucać… przez przeszłość. – Przygryzła wargę i zmrużyła oczy, patrząc na mnie.
No i zaczęło się. Rozmowa, której nie chciałam. Moja najlepsza przyjaciółka przejrzała mnie na wylot – razem z moimi kłamstwami i marnymi wymówkami.
– Tu nie chodzi o przeszłość – skłamałam.
– Właśnie że chodzi. – Teraz przyszła jej kolej, żeby się ze mnie śmiać. – Co roku jest tak samo. Czy tym razem naprawdę go widziałaś? W ogóle byś mi powiedziała?
Zesztywniałam, a ramiona mi się napięły. Nie chcąc napotkać jej wzroku, przeniosłam spojrzenie na biurko i skupiłam się na migającym ekranie komputera.
– Mówię ci wszystko.
– Wydaje ci się, że tak, ale wcale nie mówisz mi wszystkiego. To niezdrowe, Ava. Spójrz na siebie. Jesteś piękna. Naprawdę piękna.
Uśmiechnęłam się krzywo i znowu się do niej odwróciłam.
– Mówi to moja przyjaciółka, która wygląda jak supermodelka. – Naprawdę tak wyglądała.
– Dziękuję, ale wiesz, co mam na myśli. Nie chodzi o to, która z nas wygląda lepiej. Nie musisz się szczególnie starać, żeby zwrócić na siebie uwagę. Możesz przebierać w facetach, więc wybierz wreszcie któregoś i przestań doszukiwać się wad.
– Dobrze. Przestanę szukać wad. Możemy już dać temu spokój?
– Najpierw odpowiedz. Widziałaś go? – Nie spuszczała ze mnie wzroku.
Jego…
Czy liczy się to, że czuję jego obecność, jakby mnie obserwował?
Claudius Morientz. Na samą myśl o nim serce podskoczyło mi w piersi. Nie rozumiałam, jak to możliwe, że mężczyzna, z którym łączyło mnie tak wiele, nie był już częścią mojego życia.
Tak naprawdę nie był częścią mojego życia od tamtego strasznego dnia siedem lat temu, kiedy Marissa zginęła.
To, co wydarzyło się cztery lata temu, kiedy widziałam go po raz ostatni…
Cóż, nie potrafiłam tego opisać inaczej: jakbym na chwilę odzyskała dawnego Claudiusa, a potem znów go straciła. Jeszcze boleśniej niż wcześniej. Tamtego dnia przestałam czuć nawet tę resztkę serca, która mi została.
Od tamtej pory nie byłam już taka sama.
– Nie widziałam go, ale czułam, że gdzieś tam był. – Minął cały tydzień, ale tamto rozdarcie wciąż mnie nie opuszczało.
Każdego roku było trochę inaczej. Za każdym razem uczucie, które ogarniało mnie, gdy był blisko, przybierało inną postać. Tym razem poczułam je wyjątkowo silnie, ale to było przecież szaleństwo. Może przemawiała przeze mnie wyobraźnia, a może po prostu pragnęłam, żeby tam był. Dobrze, że go nie zobaczyłam.
Lepiej, żebym go nie widziała. Może już nigdy.
– Może wcale go tam nie było – odezwała się Kelly łagodnie i ostrożnie.
Skinęłam głową. – Tak. Może po prostu chcę zamknąć tę sprawę.
– Może powinnaś się z nim spotkać i wreszcie zamknąć tę sprawę.
Jasne. Bo to byłoby najrozsądniejsze, co mogłam zrobić. Chciałam go po prostu unikać tak samo, jak on unikał mnie. Poza tym Claudius nie był byle jakim facetem.
Był donem chicagowskiej mafii.
Jezu…
Dziesięć lat temu, kiedy poznałam go i jego brata właśnie tutaj, w tej restauracji, wiedziałam, że z tym mężczyzną będą same kłopoty. Był takim facetem, od którego instynkt kazał mi trzymać się z daleka. A jednak omotał mnie swoim urokiem, odbierając mi rozsądek i godność.
Zrobił ze mnie zakochaną idiotkę, po czym odrzucił mnie, bo moja siostra pasowała do niego lepiej. To wszystko się wydarzyło, a ja nadal niczego się nie nauczyłam.
– Nie mogę tego zrobić. – Pokręciłam głową.
– Dlaczego?
– Serio oczekujesz, że po prostu pójdę do jego biura? I co powiem?
– Po prostu się z nim spotkaj. Wyrzućcie z siebie wszystko, a potem rusz dalej albo…
– Albo co? – Zmarszczyłam brwi.
– Wiesz, Ava, odkąd cię znam, ciągle cię do niego ciągnie. Wiesz, że nie należy do moich ulubieńców. To, co zaszło między nim a Marissą, to materiał marzeń dla National Enquirer. Ale jakaś część ciebie go lubi. Nadal.
– Nie. Naprawdę nic mi nie jest. Dajmy temu spokój. Gadamy o bzdurach, których nie ma sensu roztrząsać. Mamy mnóstwo roboty. Nad tymi przepisami zostało jeszcze wiele pracy, a ja nadal czekam na wieści w sprawie nieruchomości.
Za miesiąc mijał rok, odkąd przejęłam restaurację. Chciałam przygotować zupełnie nowe menu na cały tydzień i ogłosić plany dalszego rozwoju. Najpierw zamierzałam otworzyć drugi lokal w Chicago, a potem stworzyć sieć we wszystkich największych miastach – zaczynając od Nowego Jorku, a następnie Los Angeles.
Miałam wielkie marzenia. Marzenia, które pochłaniały cały mój czas. Czas, którego nie zamierzałam marnować na myślenie o mężczyźnie, który nigdy mnie nie chciał.
Kelly westchnęła przeciągle, a potem zmarszczyła brwi. – Dobrze… Porozmawiajmy o pracy. Papryczki malagueta z bazylią to dobry pomysł. Nie sądzę jednak, żebyś powinna dodawać papryczek habanero do sosu bolońskiego. Będzie za ostry. Zepsujesz smak.
– A papryczki scorpion? Chcę, żeby sos miał ognistego kopa.
– To może się udać. Ale tylko szczypta.
– Mój przepis będzie wymagał trochę więcej niż szczypty. – Chciałam, żeby danie było ostre, ale nie straciło smaku. Dobrze. Już myślałam o zapisanych składnikach i o tym, jak przetestować przepis.
Lepiej było myśleć o takich rzeczach.
– Po prostu spróbuj i zobacz. A jeśli chodzi o nieruchomość, nie wiem, co ci doradzić. Nadal uważam, że to za daleko.
– Nie. Jest idealna. Rzeka płynie niedaleko. Zupełnie jak tutaj. – Tutaj rzeka płynęła tuż obok restauracji i parku, a z sali VIP na piętrze rozciągał się doskonały widok.
Uniosła brew. – Skoro szukałaś miejsca podobnego do tego, dlaczego nie wybrałaś czegoś bliżej?
Znowu Claudius. To przez niego.
Kiedy po raz pierwszy pomyślałam o ekspansji, mój księgowy rozeznał się na rynku nieruchomości najlepiej, jak potrafił. W promieniu dziesięciu mil każda nieruchomość w taki czy inny sposób podlegała wpływom Claudiusa. Nie uważałam, żeby tak wielka władza w rękach jednego człowieka była czymś dobrym. Dlatego szukałam tak daleko – chciałam uniknąć jakiegokolwiek kontaktu z nim.
Nieruchomości po wschodniej stronie miasta wydawały mi się odpowiednie. Były piękne. Daleko, to prawda, ale poza tym idealne. Planowałam zacząć od urządzenia tamtego lokalu, a jeśli dostałabym kredyt z banku, mogłabym rozpocząć przygotowania do otwarcia restauracji w Nowym Jorku.
Otworzyły się drzwi pracowni. Ariel, kierowniczka restauracji, weszła do środka z figlarnym uśmiechem. Jej rude włosy zalśniły, gdy przeszła pod wiszącą lampą.
– Dziewczyny! – zawołała z entuzjazmem, splatając dłonie.
– Co się stało? – Jej historie były najlepsze. Ariel była niezwykle towarzyska, a przy tym jakimś cudem przyciągała wszystko, co osobliwe.
Kelly obróciła się do niej.
– Jest tu obłędnie przystojny facet. Właśnie zarezerwował lożę VIP na balkonie i poprosił o spotkanie z właścicielką.
– Co? – Zmarszczyłam nos.
– Przynajmniej jest obłędnie przystojny. – Kelly się roześmiała. – Mógłby być obłędnie brzydki i wtedy dopiero miałabyś problem.
