Bimetal - Waldemar Bawołek - ebook
Opis

Nowa powieść Waldemara Bawołka, jednego z najciekawszych pisarzy ostatnich lat, dwukrotnie nominowanego do Literackiej Nagrody Gdyni.

W tej bimetalowej prozie jest wszystko, a nawet więcej. W każdej perspektywie: szerokiej i wąskiej, w szczególe i ogóle, patosie i grotesce, komizmie i obezwładniającym smutku. Być może bohater Adrian Knak ma wiele problemów, nie tylko życiowych, raczej sobie nie radzi albo jest mu trudno, podobnie zresztą jak całej naszej neurotycznej cywilizacji zachodniej. Jednak pisarz Waldemar Bawołek niczego się nie boi. Zgodnie z tytułową zapowiedzią klei materie o różnych właściwościach: przygody i antyprzygody, wątki wysokie z popularnymi, w kompozycji używa szybkiego montażu niczym w kinie akcji, równocześnie zaskakując oryginalnym, nieśpiesznym językiem poetyckim. I świetnie mu się to udaje.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 206

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Prolog

Wyłącznie brak szałasów wokół może budzić jakiekolwiek wątpliwości. Ogniska rozpalone do czerwoności smalą różnorodność mięs wystawionych na wiatr. Kucające przy lizanych ogniem polanach patriarchalne gromady ślinią się obficie. Drzewa szumią, jakby obdzierano je z liści. Niedaleko rzeka, odbiegając nieco od codziennego nurtu, wolno wlecze się wzdłuż brzegów. Dzieci w zatoce pływają, towarzysząc w ten sposób znudzonym rybom. Ponieważ ogniska skutecznie wspomagają rozpalone do białości słońce, cień jest niezastąpionym paliatywem chłodu. Ci, co siedzą na brzegu rzeki, moczą w wodzie stopy, przyglądając się swym łydkom. Przy ogniskach – ojcowie i matki, córki, bracia, dzieci brata matki, dzieci siostry ojca, mąż siostry kuca i brat żony, siedzi babcia, dziadek i wnuki się bawią. Wysocy i niscy, starzy i młodzi, szlachetni i plebejscy, silni i słabi. Oślinione usta dziewczyn, które nie mogą istnieć bez swych ojców, braci, wujów czy mężów, dotykają pomarszczonych powierzchni dłoni swych rodzin, pielęgnując odrębność, obyczaj i język. Prawdziwym brudem dla plemienia jest brud niezmywalny – złamanie prawa, skalanie kanonów postępowania. Łączy ich nadzieja, że następnego dnia obudzą się, słońce wzejdzie, a ślina będzie miała smak mleka. Dziś handel końmi czy tresura niedźwiedzi nie dają już zarobku. Drogi rozchodzą się. Od piekła lub nieba odgradza ich tylko życie, rzecz najbardziej krucha w świecie. To plemię wrośnięte jest w cywilizację, lecz nie zadomowione, bo nie o to chodzi, by być u siebie, ale zawsze w ruchu. Plemię bez ziemi, plemię słowem związane.

Unoszący się znad ognisk dym niesie ze sobą różnorodne zapachy pieczonych mięs. Wiatr miesza ze sobą wszelkie ingrediencje. Kobiecie nie wolno pytać o zdrowie mężczyzny. Synowi nie wolno dotknąć głowy ojca. Inaczej ma się sprawa z uśmiechami dłoni, z drżeniem ziemi w nocy. Co chwila od plątaniny końskich i ludzkich sylwetek odrywa się kolejny jeździec, by ugasić pragnienie haustem lodowatej wody ze strumienia albo przetrzeć zakrwawioną twarz. Co chwila syci podrywają z ziemi skórzany wór i przyciskając go kolanem do końskiego boku, spinają swe rumaki do galopu. A wszystko to odbija się w szklanych witrynach górujących nad ogniskami wieżowców, w których ludzie używają szlachetnych kruszców jako mierników wartości, ich dzieci jedzą chleb okrojony ze skórki, gdyż przegryzanie się przez nią do miąższu to za duży wysiłek. Mieszkańcy drapaczy chmur stracili apetyt na jabłka – za dużo kłopotu z gryzieniem. Nie chce się im obierać pomarańczy, bowiem wolą wyciśnięty z kartonu sok, który szybciej trafia do gardeł. Nad wielopiętrowymi budynkami bezkarnie krążą samoloty z narkotykami, bronią i miliardami dolarów.

Na zewnątrz armie zachłanne. Wiatr w zegarze ratusza zaciera chuchrowate ślady. Pory roku tłoczą się w szorstkiej dachówce podcieni. Liście, liście, liście, głuche kroki. Na mrocznych, sennych ulicach pełnych nieobecności wszystko płynie gdzieś obok. Wczoraj, dziś, jutro – wszystko zapada się, ginie. Teraz ciżby niewiernej nikt nawet nie ruszy. Ścieg drogi chwiejnym krokiem pruty. Długie przygotowania do przechyłu. Tak od nowa zaczyna się raj. W krysztale nieba pospiesznie wszystko się odbija. Aż się z mielizn uwolnisz. Oto cała codzienna dysharmonia. Choć nie ma wiary w krajobrazy. Tylko bowiem punkt widzenia bruku. Porażony ciemną szybą wzrok. Spierzchnięte usta jak lustra rozbite. Pomarszczeni wśród niezbędnych gestów. Do dziś na ciele można znaleźć ślady. To narzucanie się obojętności zjednoczonej. Odpowiadają sobie w pierwszych ruchach. Wystarczy kij włożyć między szprychy. Lecz i źródło oddasz każdemu o czasie. O zmierzchu ścieżki prowadzą donikąd. Ptaki lecą w awangardzie burzy.

A kiedy kobieta pokala mężczyznę, uderzając go pantoflem lub dotykając spódnicą, kiedy brat z siostrą znajdą się pod jednym dachem, w jednym łóżku, na tej samej poduszce – ogień wystąpi na brzeg. Światło gwiazd i światło myśli ograniczone wiecznością oślepi powagę sytuacji. Trzeba będzie gasić ogień, przedzierać się przez gruzy, żeby tylko nie przywalić tych, którzy zostali w rumowisku. Trzeba będzie wspinać się na sterczące betonowe filary, żeby dotrzeć na samą górę. Powoli – rękami – zdejmować warstwy gruzu jedna po drugiej. Ziemię trzeba będzie usuwać, gdy w powietrzu unosić się będzie gęsty pył. Deszcz, który spadnie, za nic w świecie kurzu nie zmyje. Nad miastem zawiśnie chmura. Brzegi spowije mgła, lecz po chwili wyłoni się z niej on. Najpierw, bez ruchu, obserwować będzie nieustannie jeżdżące karetki pogotowia, ciężarówki ze sprzętem ratunkowym, chłodnie z trupami. Potem, kiedy zawyje kolejna syrena, wejdzie na chodnik i ruszy przed siebie, omijając uważnie posterunki policyjne, które – gdy tylko usłyszą zbliżającą się karetkę lub wóz strażacki – natychmiast usuwają z ich drogi ludzi i blokują ulice, które tę drogę przecinają. Gwałtowny podmuch szarpnie niebem. On, usiłując wydostać się spod naporu fal, będzie biec w górę rzeki, mijając ciągniki z bydłem, przewrócone dźwigi. Woda wyrwie mu grunt spod nóg. Zacznie wolniej oddychać, mając w ustach pył, który podmuchy wiatru przetoczą przez jego głowę. Ludzie, próbując ratować osuwające się budynki, zetną drzewa, którymi utwardzą zbocza. Po drugiej stronie buldożery pchają ziemię – ziemię Boga, niedomówień i domysłów. Dlaczego to takie strasznie męczące? Jaką głębię wątpliwości, jaką pustkę samotności próbuje się zasypać tym wysiłkiem? Niewymierny obszar marzenia o mocy. A opodal mężczyzna nogą porusza garncarskie koło, na gipsową formę ręką nakłada miękką glinkę, która przemieni się w dzwonek; z innych form powstaną figurki: jednolite płatki, kwiatki, pomiędzy pięknem i brzydotą, blisko bólu. Świst, szelest, żadna odległość nie jest w stanie odmienić przeszłości.

A on z kamieniołomów, z korytarzy ciemnych, z labiryntów wydobędzie się, odsłoni jasne oblicze, chcąc powiedzieć, że potrafi być – a jeśli chce, to jest. Wśród żywiołów, między deszczem a drzewem, ciało jego – choć bez obaw, bez lęku – nieruchome. Rękami nie rozgarnia błyskawic, krzykiem nie zagłusza grzmotów. Z oddali spogląda za siebie, nie bojąc się rzeczy ostatecznych. Oto stan ogromnej śmiałości. Ciągle zastygły w kłębach chmur, z których deszcz, krople grube, rzęsiste, gęsto za kołnierz. Bezradny, wyrwany ze świata, wydobyty z jaskini ponad powierzchnię rzeczy. Czy zmartwychwstanie któregoś dnia bez przyczyny i motywu? Ptak nad nim, ryba pomiędzy dłońmi. Nikt nie podziwia go, nikt nie opiewa.

Rozdział pierwszy

Ponieważ zatrzymał się w pół drogi i nie ma ochoty choćby w najmniejszym stopniu być zamieszany w jakąkolwiek aferę, zaczął zastanawiać się, jak powinien postąpić, by uniknąć odpowiedzialności. Jedyna myśl, jaka przychodzi mu do głowy, to taka, by schronić się gdzieś, zakamuflować i przeczekać najgorsze chwile. Najlepszą kryjówką byłoby mieszkanie bliskiej mu kobiety, którą przez ostatnie lata rzadko odwiedzał. Nie ma najmniejszego pojęcia, co kobieta, o której przed chwilą pomyślał, zrobi, jak zachowa się, gdy go ujrzy. W pełni zdaje sobie sprawę z tego, że prosząc ją o pomoc, postawi ich oboje w kłopotliwym położeniu. Jednak niebezpieczeństwo, które czyha za rogiem, jest ponad wszelką kurtuazję. Nic to, że pomysł, by pójść do niej, był w jakiś sposób ukryty – podobnie jak niewidoczne gołym okiem planety wydedukowane przez astronomów. Nie namyślając się dłużej, pospieszył przed siebie, będąc posłuszny powziętej decyzji. Liście, liście, liście, głuche kroki. Na zewnątrz armie zachłanne. Wiatr w zegarze ratusza zaciera chuchrowate ślady. Za plecami ma Wielką Rewolucję Francuską, rewolucję bolszewicką. Przed nim Przyszłość; jej wielkość to chaos, anarchia, wojny domowe, konflikty etniczne. Jak tego uniknąć? Jak się zachować, co w sobie zmienić? Być może wystarczy oddalić się od tego placu, od tego miasta, w którym można było oglądać spektakl grozy z prawdziwą krwią, niekłamanymi wrzaskami bólu i jękami ludzi oraz samochwalstwem sprawcy.

Szybko schronić się w ramionach bliskiej kobiety. Przed siebie, natychmiast, krętymi drogami, by zgubić ślad. Ale najpierw zakupy. Potrzebny jest pojazd, który ułatwi realizację podjętych kroków. Imponująca budowla z betonu, szkła i marmuru stoi z boku, pośród trawników i klombów z kwiatami. Drogę do wejściowego portalu okalają kwitnące krzewy i drzewa z czerwonymi kwiatami. Mężczyźni mniej niż średniego wzrostu w ciemnych, wyblakłych koszulach z poważnymi minami kierują strumienie wody z wężów na trawniki i rabaty. Po lśniącej powierzchni przez automatycznie otwierane drzwi wchodzi się do środka. Wnętrze rozświetlone światłem taksówek, w tych światłach stragany, łopoczą proporce. Na ekranach monitorów śledzić można lecący samolot, który uderza w wieżę Światowego Centrum Handlu. Powyżej ekranów oferta tygodnia: okno dachowe Fakro Termo-plus 78 x 118, Uni-mata 150 mm, świetlówka Mira 17 W, lampki choinkowe 50 W, 100 szt. Należy wykonać kolejny ruch. Nie da się tego uczynić, nie nadepnąwszy na jajko – wówczas słychać chrzęst gniecionej skorupki; cebulę – wówczas rozchodzi się zapach przyprawiający o łzy. Jeden z kierowców, ten najgrubszy, z cukrzycą, rzucił mu pod nogi przez uchyloną szybę taksówki banknot o najwyższym nominale. Po czym jak młody lew wyszedł z samochodu. Ma na sobie nienagannie dopasowany dres, głowę osadzoną głęboko w ramionach. Mocno czarne wąsy opadają po obu stronach ust aż po brodę. Niedawno kobieta, z którą sypia, zaraziła go grzybicą. Wobec tej przypadłości niewielką rolę odgrywa dla niego to, co miało zasadniczy wpływ na kształt świata: komunizm i faszyzm, wojny światowe, Holocaust i Gułag. Jasnym, przejrzystym głosem zażądał towaru za całą kwotę.

– No, jazda! – ponaglił klienta.

Lecz i źródło oddasz każdemu o czasie. Nie oglądając się na taksówkarza, ruchomymi schodami, wraz z ludźmi – z których jedni polują na okazję i zawsze kupują tańsze modele, a drudzy wybierają produkty o wyższej jakości – wjechał na pierwsze piętro. Poczuł zapach świeżego pieczywa. Przy wolnej muzyce kupujący niespiesznie poruszają się między półkami. Gdzie nie spojrzeć, na ekranach ten sam samolot wbija się w drapacz chmur. Dookoła żadnej obsługi, w dziale z rowerami także nikogo. Na okrągłym stole leży kilka okrągłych żelaznych rur z dolutowanym masywnym uchwytem, trzy ciężkie młoty i dwie siekiery o długich trzonkach. Obok stoi wyeksponowany najnowszy model kolarzówki. Podszedł do roweru i uniósł go delikatnie. Zachwycony jego lekkością odciągnął podnóżek, wsiadł na rower i – nie zważając na zainteresowanych – ruszył przed siebie. Specjalnym ciągiem rowerowym pomknął w dół. Wszystko płynie gdzieś obok. W momencie, gdy opuszczał budynek, samolot na ekranie, nie wiadomo który to już raz, uderzył w wieżę. Znalazł się na mrocznych, sennych ulicach pełnych nieobecności. O zmierzchu ścieżki prowadzą donikąd. Jadąc w kierunku Przylasku, zastanawiał się, czy jego rodzinny dom ciągle stoi w tym samym miejscu, w którym stał, kiedy opuszczał go przed laty. Pragnieniem jego jest spotkać w nim brata, który pomoże odzyskać mu bliską kobietę. Ma też nadzieję spotkać tam anioła, bez którego i diabła próżno szukać. Znalazł się na skrzyżowaniu, lecz nie zdążył przejechać, gdyż zatrzymał go kolor skojarzony z niebezpieczeństwem, gwałtem i krwią. Jednak, gdy tylko zapaliło się zielone światło, nacisnął na pedały z nadzieją i spokojem. Czym prędzej pożegnać zgiełk. Skręcił w prawo. Musi odzyskać rosnącą i podniecającą bliskość, oddać się w posiadanie drugiej osobie, najbliższej. Dotknąć jej, odnaleźć przyjemność. Z poprzyklejanych na słupach telegraficznych listów gończych spoglądają na niego podejrzane twarze. W połowie góry ujrzał wiatrak z wielkimi, czarnymi skrzydłami. Ktoś obok postawił stracha na wróble, by ptaki nie niszczyły trawy, świeżo zasianej na z trudem zwiezionej ziemi ogrodowej. Mijał place budowy i pojedynczo rozsiane, murowane domy. Tu i ówdzie otoczone kwitnącymi krzewami, które podlewają mężczyźni niskiego wzrostu, ubrani w spłowiałe ciemne koszule i wypchane, połatane spodnie. Niektórzy pozdrawiają go, jadącego bezustannie, błądzącego trwale. Wyobraźnia nie nadąża. Bezdroża migoczą tajemną mocą bezpowrotu. Pędzi na oślep, mijając skwery, które kiedyś były bitewnymi polami, miejscami zaprzysiężeń i powierzania tajemnic, polowań na szczury i na dziewczyny. Mknie przez podwórka, na których lepiło się bałwany, wymieniało znaczki na guziki, guziki na szklane rurki do strzelania ryżem, a rurki na gumowe wentyle, z których robiło się proce. Dobrą procę można było wymienić na serię trójkątnych znaczków z Borneo, Jawy, Sumatry, Celebesu i Nowej Gwinei albo Nowej Kaledonii. I mijał place, które kiedyś były scenami operowymi, salami koncertowymi, w których grali skrzypkowie, akordeoniści i fleciści. Przejeżdżał przez podwórza, które kiedyś stawały się cyrkiem pod gołym niebem, z prawdziwymi błaznami, żonglerami, czarodziejami, akrobatami, połykaczami ognia i z dziewczynką z gumy, która na rozpostartym na betonie dywaniku robiła mostek, a potem jej ręce wędrowały pomiędzy rozstawionymi nogami i mogłeś zobaczyć jej uśmiechniętą twarz w sąsiedztwie stóp w różowych pantofelkach.

Przez mgły gna i mgławice, przez melancholię i stygmaty. Nie zacumowany, nie zakotwiczony, z wiatrem przewodnikiem, stopa przy pedale, koła rozjeżdżają sekundy, bezpowrotnie. Mknie przez miejsca, w których dawniej pojawiali się druciarze łatający dziurawe garnki, szklarze z drewnianymi, pełnymi szklanych tafli nosidłami na plecach, ostrzyciele noży i nożyczek, zbieracze gałganków, sprzedawcy ziemniaków na zimę i maści na odciski. Za miastem, na polach, podróżny uśmiechnął się do sosen, które patrzą wstydliwie na jego ręce. Delikatnie toczy się kształt drogi, której celem są ramiona bliskiej kobiety. Pędząc przed siebie, pragnie dotykać słoi jej skóry, dać jej głos jałowca i smukłość modrzewia, oddechem gładzić brzuch, posadzić między udami mech.

Ach, znaleźć się wreszcie tam, gdzie wszystko jest jasne, przejrzyste, opanowane, zrównoważone, zamknięte, doskonałe, harmonijne. Wiatr smaga miękkim powiewem, chłodzi spoconą twarz. Bure woły kłębią się pod niebem. Ptaki lecą w awangardzie burzy. Wszędzie pełno nieuchwytnego ruchu, drgań, szmerów. Z dala widać jakby blaski, słychać echa korowodu dźwięków. Dobrze byłoby ulżyć genitaliom i napełnić żołądek. Niedługo powinien znaleźć się w majątku rodziców. Tam też powinien spotkać brata, który powie mu, co i jak.

Dostrzegł namalowaną na drzewie białą strzałkę. Przypomniał sobie z dzieciństwa zabawę w podchody. Niebawem na drogowskazie pojawiła się kolejna strzałka. Zatrzymał się. Dwa kroki dalej znalazł skrytkę, w niej zaś kopertę z listem, w którym napisane było, by prawdziwy katolik pamiętał o codziennej modlitwie, o niedzielnej mszy świętej, o częstej, a przynajmniej wielkanocnej spowiedzi i komunii świętej. I jeszcze napisane było: „Błogosław, Panie, tej drodze i wszystkim na niej wędrowcom”. Schował list do kieszeni. Chwilę później był już w ogrodzie rodzinnego domu. Zobaczył szczekające psy. Każde zwierzę przywiązane żelaznym łańcuchem, każdemu zwisa język, każde pieni się i ślini, ma płomienny ogon, ostre zęby i rozrywa wszystko. Rower oparł o drzewo, zza którego rozpościerał się widok na imponującą budowlę z betonu, szkła i marmuru, stojącą pośród trawników i klombów z kwiatami. Drogę do wejściowego portalu okalają kwitnące krzewy i drzewa z czerwonymi kwiatami. Mężczyźni mniej niż średniego wzrostu w ciemnych, wyblakłych koszulach z poważnymi minami kierują strumienie wody z wężów na trawniki i rabaty. Przez ogromne drzwi, po miękkim brązowym dywanie wszedł do środka. Nikt na niego nie czekał. Nie było tortu wielkości bochna swojskiego chleba, nie było wiosennych kwiatów i jesiennych jabłek w prezencie ani chóralnego Sto lat na stojąco. Wnętrze całkowicie wyłożone skórami i miękkimi materiałami, na pokrytym aksamitem podwójnym tapczanie leżał duży, pulchny pies o złowieszczym pysku i szeroko rozstawionych oczach, obdarzony – jak się po chwili okazało – groźnym szczeknięciem. Nad głową usłyszał dzwonek. Nie spodziewał się tego. Pies zerwał się z posłania i zaatakował. By uniknąć nieszczęścia, należało sprawnie wskoczyć na stojący pośrodku stół. Pies był tak ogromny, że bez trudu mógł drzeć nogawki. Na nic zdawały się mocne ciosy butem po łbie. Pies, wspierając się o stół przednimi łapami, warczał i gryzł. Dopiero głos zza ściany – Psina, psina, co tam się dzieje? – uspokoił zwierzę, które ze spuszczonym łbem powędrowało w kąt. Przybysz zeskoczył ze stołu i ruszył w kierunku pomieszczenia, z którego dochodziły ludzkie głosy. W kuchni dziadek jadł jajecznicę. Towarzyszył mu sąsiad. Jedli bezpośrednio z obrusa, co wydawało się o tyle dziwne, że wokół nie brakowało naczyń, czarnych pereł, zaokrąglonych kości, kolii ze srebra, kości do sporządzania fletów, srebrnych pereł. Dziadek nie poznał wnuka, a może tylko nie zauważył. Zamiast się z nim przywitać, ustami pełnymi jedzenia zacytował słowa: „Chcemy sławić agresywny ruch, gorączkową bezsenność, krok biegacza, salto mortale, cios w twarz i pięść. Chcemy sławić wojnę – jedyną higienę świata – militaryzm, patriotyzm, gest niszczycielski anarchistów, piękne idee, za które się umiera, oraz pogardę dla kobiet”. Sąsiad zawtórował, że powinno chwycić się za kilofy, za młoty i burzyć bez litości szacowne miasta. Zdezorientowany nieco właśnie chciał przyłączyć się do rozmowy, gdy nagle ujrzał schodzącą po schodach babcię. Miała na sobie płaszcz z pięknego angielskiego sukna: z wierzchu wielbłądzia sierść, od spodu materiał w kurzą łapkę. Płaszcz był dwustronny. Pod nią miała dwuczęściową suknię, na przegubie ręki płaski zegarek z białego złota z rzymskimi cyframi, na szyi bardzo kosztowny, gruby złoty łańcuch, wykonany jak tanie, modne ozdoby. Doskonale ułożone fale farbowanych blond włosów chronił miękki filcowy kapelusz. Zszedłszy na dół, zgasiła paschał. Powiedziała mu, że brat wyjechał za granicę i będzie z powrotem lada moment. Ledwie co skończyła zdanie, a pod dom zajechał powóz. Oboje wyszli na dwór. Teraz ciżby niewiernej nikt nawet nie ruszy. Stangret wpasowany w nienaganną liberię zatrzymał konie, zeskoczył z kozła, otworzył drzwi powozu i podstawił schodki. Damy, którym zapewne podobają się jego oczy, wysiadają pierwsze, za nimi dżentelmeni. Ci, co chcą być bardziej widoczni, wspinają się na palcach. Odpowiadają sobie w pierwszych ruchach. Milkną psy, więc brat obecny wśród przybyłych dżentelmenów zaprasza gości do siebie. Ignorancja dam nie zna granic.

– Co to za mężczyzna, co za nieznajomy, który nie ma samochodu i rowerem podróżuje, nędzarz jakiś, biedak?

Nadto nie przejmują się obcym.

– Ach, witaj, witaj bracie, co cię do nas sprowadza, opowiadaj.

– Nie chcę wam przeszkadzać, powiedz mi tylko, czy wiesz, gdzie teraz mieszka moja żona?

– Ależ oczywiście, w mieście mieszka.

– Chodź do domu, zjesz coś, odpoczniesz, mam konserwę, ogórki konserwowe, pamiętasz grube pajdy chleba, herbatę „z prądem”, ogień, gitarę i śpiew?

– Pewnie, że pamiętam, jednak muszę uciekać.

Nagle podszedł do nich parobek i powiedział, że utrzymanie w czystości krowich wymion jest ważne, toteż oczyszczenie ich tuż przed każdym dojeniem to konieczność.

– Coś się, panie, w lesie ruszyło, bo słychać krzyki, jęki, huki jakieś, a i opony w rowerze ktoś gościowi poprzerzynał.

– To niemożliwe! – wrzasnął brat. – W moim domu, to niemożliwe! Kto to mógł zrobić? Jak ty teraz pojedziesz do ukochanej? Jestem zmuszony podwieźć cię na stację kolei żelaznej. W dalszą podróż udasz się pociągiem.

– Aż się z mielizn uwolnisz.

Powiedział to i niezwłocznie polecił parobkowi zaprząc dwa konie z bogatym rzędem; klacz o lśniącej sierści z ładnym łbem i zadem, i piękną, jasną kasztankę o niespokojnym oku. Gdy podróżny zajął miejsce w powozie, jego brat zastukał w okienko przysłonięte firanką w ciemną i jasną kratkę i wręczył mu trzewiki – drewniane, lipowe, w hebanowej skrzyneczce perłową masą wysadzanej, by podarował je swojej damie.

I pognał stangret konie, a smagając ich zady batem, ani myślał o rewolucji w dziedzinie transportu i komunikacji oraz osiągnięciach biotechnologii i inżynierii genetycznej. Zjadłszy na śniadanie zmodyfikowanego pomidora i sałatkę z genem szczura, prowadzi konie równo. W krysztale nieba pospiesznie wszystko się odbija. Podróżny spogląda w górę. Jego ręce same składają się do oklasków, gdy widzi, jak stangret obleczony w wielobarwny kostium wśród brzęku dzwoneczków z wyrazem zachwytu w oczach powozi. – Wiśta, wio!

Za zakrętem rozkopana droga. Wójt zdecydował, że w tym roku należy wymienić sieć wodociągową. Koparka wyrywa ziemię, prując rów, do którego w głąb niebieskie rury. Z drugiej strony jeszcze ogromniejsze zwały ziemi. Wójt postanowił, iż w tym samym czasie także pomarańczowe rury kanalizacyjne należy pociągnąć. Płacić będą wszyscy, bez wyjątku. Żadnej litości dla tych, którzy fekalia poza gospodarstwa, na łąki kierują, żadnej litości dla tych, którzy wodę już od dawna mają podłączoną. Płacić trzeba. Operacja pełna bilansów, statystyk, wiecznej zmarzliny. Słona zapłata nie ominie Bawołków, Oleksowiczów, Wrzosów, Piątków, Muszków, Szczerbów i wielu innych rodzin z ulicy Grunwaldzkiej.

Stangret umiejętnie manewruje między rurami wodociągowymi a kanalizacyjnymi. Hałdy ziemi utrudniają jazdę, trzęsie powozem tak, że usiedzieć na miejscu trudno. Pasażer uderzył głową o twardy dach – linoskoczek ponad wybojami. Kolejny zakręt, staw za wsią i prosta droga do miasta. Stangret zatrzymał konie. Wertepy były na tyle uciążliwe, że koło u wozu się obluzowało, a jeden z koni zgubił podkowę. – Gdzieś tu powinna być kuźnia? – Jest. Stangret podszedł do paleniska rozjarzonego rzadkim powietrzem. Kowal jest sam, kuje podkowę. Podniósł wzrok, gdy stangret przesłonił światło i zrobiło się ciemniej, i pozdrowił go, nie przerywając pracy. Pomarszczeni wśród niezbędnych gestów. Stangret obserwował go przez chwilę spokojnie, a potem podszedł i zaczął poruszać miechy. Kowal uśmiechnął się. W tym czasie pasażer wysiadł z powozu i poszedł w kierunku wyznaczonym przez strzałkę wyrytą nożem w korze przydrożnej topoli. Bezsilny wobec własnego życia, wobec otaczającego go świata, obojętny wobec samego siebie, zszedł zboczem do niewielkiej doliny, w której pasie się stado. Kolejna strzałka pokazuje na kołek; przywiązana do niego krowa skubie trawę. Wokół gąszcz poszycia, mrówka ciągnąca z wysiłkiem martwą gąsienicę i koperta z listem, w którym można znaleźć takie słowa: „W imię Boga, najbardziej miłościwego i litościwego. Modlę się do Ciebie, Boże, byś odpuścił mi grzechy i pozwolił wysławiać Cię na wszystkie sposoby. Oczyść me serce ze wszystkich ziemskich spraw. Czas zabawy i zepsucia minął. Nadszedł czas sądu”. Podróżny westchnął. Wiatr odpowiedział powiewem. Dookoła ledwo widoczne ścieżki, nienaturalne stosy kamieni. Zwierzęta dające mleko, mięso, skóry do okrycia zimowego mieszkania, także tłuszcz do lamp, kości do budowy siodeł. Czas wracać do powozu. Stangret na pewno poradził sobie z usterkami. Podróżny odwrócił się. Ma w oczach piasek i trawę, listek nieba, w ustach kruche ciała ptaków i wrażenie, jakby z ptakami unosił się nad światem, jakby płynął ze strumieniem. Niech wydarzenia toczą się bez nas, niech nas nie niszczą. Nie można przechytrzyć śmierci ani gromadzeniem bogactw, ani wiarą w postęp. Lepiej pogodzić się z losem. Te same drzewa, ta sama polana, ten sam powóz, stangret strzelający z bicza, liść potrącony przez wiatr. Droga klucząca wśród ostów.

Stukot końskich kopyt staje się coraz głośniejszy. Powóz wjechał na asfaltową drogę. Zza uchylonej firanki w ciemną i jasną kratkę można ujrzeć ludzi siedzących przy domach, w wąskich ogródkach pod drzewami, między zardzewiałymi samochodami. Dzieci bawią się dookoła. Twarze – starych zniszczone, młodych – nieufne, kobiet – twarde. Melancholijnie wyglądają młode dziewczyny w babcinych ciuchach, długich, wystrzępionych spódnicach, ciemnych szalach albo dżinsowych bluzach. Oto cała codzienna dysharmonia. Huk podków o bruk. Konie śpieszą do dworca kolei żelaznej; piana, pot i krew spływa im po bokach. Stangret pogoniłby konie jeszcze drastyczniej, lecz obawa przed policjantem, który w każdej chwili może wypisać mandat, powstrzymuje go. Mknący powóz widziany jest z okien fabryki czekolady, zakładu biologii badającej nowe rodzaje zbóż, fabryki, która produkuje puszki z owocami, wytwórni oleju, wytwórni drewna, wytwórni rodzynek i orzeszków, sieci piekarni. W końcu stangret zaciągnął lejce u wrót. Konie zatrzymały się przed imponującą budowlą z betonu, szkła i marmuru, pośród trawników i klombów z kwiatami. Drogę ku wejściowemu portalowi okalają kwitnące krzewy i drzewa z czerwonymi kwiatami. Mężczyźni mniej niż średniego wzrostu w ciemnych, wyblakłych koszulach z poważnymi minami kierują strumienie wody z wężów na trawniki i rabaty. W poczekalni odbywa się ruch pośród świateł, ruchomych schodów, reklam, rozkładów jazdy. Taksówkarz, który wcześniej żądał towaru, stał przy ścianie i molestował nieletnią, wkładając w nią swoje pięć groszy. Na zawieszonym pod sufitem monitorze pojawił się obraz – jeden ze współczesnych kompozytorów nazwał go największym dziełem sztuki – ukazujący to, czego dokonali ludzie, którzy ćwiczyli jak szaleni, żeby dać jeden występ, podczas którego sami zginęli, wysyłając innych do Wieczności, w jednej chwili. Waląca się wieża Babel.

Kot wskoczył na ławkę dla podróżnych? Nie, to podróżny szurnął nogą, podszedł do okienka kasy i poprosił o bilet.

– Z miejscówką?

– Tak.

– A bagaż pan ma?

– Nie.

– Jak to pan nie ma bagażu, kto to widział podróżować bez bagażu… Nie mogę sprzedać panu biletu, jeśli nie ma pan bagażu, lepiej wymyśl pan sobie jakiś bagaż!

– A rower może być?

– Nie bardzo, przecież rowerem może pan jechać dalej.

– Nie dam rady, opony ktoś mi poprzecinał.

– To niech już będzie, sprzedam panu ten bilet, ale z konduktorem to musi pan oddzielnie porozmawiać.

Zapłacił, a mając w pamięci parobka ładującego rower na wierzch, szybko wybiegł z poczekalni, by dogonić powóz. Jednakże stangret pospieszył się i był już daleko w drodze powrotnej. Trudno, jakoś będzie musiał wytłumaczyć się przed konduktorem – i to już niebawem. Długie przygotowanie do przechyłu. Na razie to inni śledzą go mnóstwem par złowrogich oczu. Uniósł brwi i ruszył na przypisany mu peron. Świat wciąż trwa, chociaż coraz bardziej pochylony. Znalazłszy się w wagonie, wszedł do toalety, by sprawdzić wszystkie swoje rzeczy – torbę, ubranie, noże, dowód tożsamości, paszport, wszystkie papiery, trzewiki drewniane lipowe w hebanowej skrzyneczce. Zanim usiądzie, sprawdzi jeszcze, czy jest bezpieczny, upewni się, że nikt go nie śledzi, że jest czysty, że ma czyste ubranie, również buty. Pokonując bez trudu korytarz, zamknął za sobą drzwi. Zewsząd słyszy, jak podróżni mówią swoje, zwiastują własną prawdę – pacyfiści, weterani, ekolodzy, zwolennicy ekscentrycznych diet, technik erotycznych, kultów ezoterycznych i ćwiczeń gimnastycznych, praktyk ascetycznych i orgiastycznych, kolektywizacji, nieokiełznanego anarchizmu. Pasażerowie rozmawiają o zaletach opieki społecznej oraz jej ograniczeniach, rygorystycznej segregacji rasowej i społeczeństw mieszanych, inżynierii genetycznej i klonowaniu. Znalazł dla siebie miejsce. Zajmując je, ucieszył się, gdyż znajduje się przy oknie, więc będzie można spoglądać poza nie, nie zwracając uwagi na towarzystwo. Siedzi na wprost grubawej kobiety o czarnych włosach. Spod rozpiętego zniszczonego płaszcza z jagnięcej skóry, którego dziurki na guziki są wystrzępione, wałki sadła wypływają między zbyt ciasnym paskiem welwetowych spodni a zbyt ciasnym pulowerem. Zanim zacznie podziwiać krajobraz, zauważy jeszcze jednego podróżnego – człowieka pokrytego łachmanami. Jego powykręcane ciało bardziej przypomina bezlistny kikut drzewa niż boże stworzenie. Spierzchnięte usta jak lustra rozbite.

Wsparł głowę na łokciu i odchylił nieco firankę w ciemną i jasną kratkę. Tylko bowiem punkt widzenia bruku. A tam kąkol, bławaty i rumianek przeplatane śnieżystymi pękami lilii. Na stokach obrazy Matki Boskiej Ostrobramskiej i Częstochowskiej, ciągle zmieniające się barwy – od czerni i brązu po błękitnawą zieleń i mocną czerwień. Rzeka faluje jak zielona wstążka, w dole jest szeroka i ma wartki nurt, tworzący liczne bystrza i wiry. Szaleją srebrzyste bąbelki jak ważki. Pierzasta lepkość, bez wagi, bez ciężaru, rozhasana tęcza bez końca i głębi. Porażony ciemną szybą wzrok. Na niebie samolot, kwiat i motyl, samotność przestrzeni, która pręży się i po kociemu chowa pazury. Wagon kołysze się cichym stukotem o szyny. Na horyzoncie konduktor, który sprawdza bilety. – Dzień dobry państwu, bileciki do kontroli. – Ma na sobie nienagannie dopasowany mundur kolejarski, guziki lśnią, czapka z daszkiem na głowie, mocno czarne wąsy opadają mu po obu stronach ust aż po brodę. Nie w głowie mu konieczność poszanowania różnorodności kultur i tradycji narodów, zakaz handlu ludźmi i ich klonowanie, stosowanie kary śmierci ani dyskryminacja ze względu na płeć, kolor skóry, pochodzenie etniczne, cechy genetyczne, orientację seksualną, język, religię, przekonania polityczne – byleby nikt bez miejscówki nie ważył się jechać pociągiem. Chociaż nie wierzy w krajobrazy, domaga się od każdego biletu. Kobieta poruszyła się i zaczęła nerwowo poszukiwać torebki. – Tak, do pani mówię! – Zakrztusiła się i aż zbladła z emocji. Firanka w ciemną i jasną kratkę zakryła okno przez pół.

Sięgnął do tylnej kieszeni i podał konduktorowi bilet.

– Proszę.

– No tak, ładnie, pana nazwisko!

– Knak.

– Pańskie imię!

– Adrian.

– Imię ojca!

– Michał.

– Data i miejsce urodzenia!

– 3.02.1966, Ciężkowice.

– Stały adres domowy!

– Ciężkowice, ul. Matejki 1.

– Wykształcenie!

– Średnie.

– Zawód!

– Bez zawodu.

– Budowa ciała!

– Prawidłowa.

– Odżywienie!

– Dobre.

– Skóra!

– Czysta.

– Układ chłonny!

– W normie.

– Układ wydzielania wewnętrznego!

– W normie.

– Układ kostno-mięśniowy i stawy!

– Bez zmian.

– Układ oddechowy!

– W normie.

– Układ pokarmowy!

– W normie.

– Narządy moczopłciowe!

– Bez zmian.

– Oko prawe!

– Nadwzroczność.

– Oko lewe!

– Nadwzroczność.

– Ucho prawe!

– W normie.

– Ucho lewe!

– W normie.

– Wzrost!

– 172 cm.

– Waga!

– 69 kg.

– Spirometria!

– 3500.

– Temperatura ciała!

– 36,6 stopnia Celsjusza.

– Układ krążenia!

– Bez zmian.

– Tętno!

– 68.

– Ciśnienie krwi!

– 125/80.

– Osobowość!

– Nieprawidłowa, schizoidalna.

– No tak, pięknie, a gdzie pan ma rower?

– Został w powozie, stangret tak szybko odjechał, że nie zdążyłem zabrać.

– To nieładnie, nogawkę ma pan podartą.

Adrian zauważył, że rzeczywiście spodnie ma postrzępione u dołu, ale teraz nie umiałby powiedzieć, czy to za sprawą psa, czy łańcucha od roweru, który kilkakrotnie wciągnął mu nogawkę.

– Chyba