Bez głowy - Maciek Bielawski - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Bez głowy ebook i audiobook

Maciek Bielawski

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Bohaterowie tej minipowieści czują się niewystarczający, czują, że czegoś im brak. Teoretyk fotografii szuka tematu, który zapewni mu uznanie środowiska. Córka opiekująca się schorowaną matką wyrzuca sobie, że nie poświęca jej dość uwagi. Student z małego miasta ubolewa nad niewielkim kapitałem kulturowym. Łączy ich ambicja i tajemniczy cykl zdjęć, na których postacie zostały sfotografowane bez głowy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 117

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 2 godz. 40 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Maciej Kowalik

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Maciek Bielawski

Bez głowy

Gosi, Kazi, Mariance i Pinie

Jeden

– Szanowni państwo, dziękuję za przybycie na wernisaż prac Artura Stadnickiego. Pozwolę sobie, przez szacunek do twórcy, odczytać państwu wstęp mojego autorstwa do katalogu wystawy, który, dzięki naszemu sponsorowi, firmie Ramzes spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, dostawcy internetu, został wydrukowany w jakości pierwszorzędnej i jest dostępny przy wejściu do galerii. Firma Ramzes spółka z ograniczoną odpowiedzialnością jest również sponsorem wystawy oraz poczęstunku. Przypisy pozwolę sobie pominąć…

Ale poezja (prawdziwa poezja) taka jest: można ją przeczuć, unosi się w powietrzu, tak jak trzęsienia ziemi przeczuwane są przez niektóre zwierzęta o szczególnych zdolnościach. (Są to węże, robaki, szczury i niektóre ptaki).

Roberto Bolaño, Dzicy detektywi

Dedykuję pamięci Pani Steni, której nie dane było doczekać

Niepokój i rozterka

Krótkie życie Artura Stadnickiego, a w nim oszczędna twórczość liczona w dwudziestu dwóch fotografiach, portretach anonimowych osób pozbawionych głów poprzez zamknięcie kadru na wysokości ramion, z fragmentami kościoła w tle – uzmysławia nam, jak wiele jeszcze możliwości skrywa w sobie nie tylko fotografia, ale i sztuka w ogóle. Możliwości te, niepoliczalne i ciągle nieodkryte, są zaś niezbitym dowodem, że wygłaszany bez krzty pokory truizm, że „wszystko już było”, sam odchodzi w przeszłość. Artur Stadnicki swoimi fotografiami mówi to wyraźnie i ostatecznie, a jego głos to jedynie (nad czym ubolewam, zaczynając pisać niniejszy wstęp do katalogu wystawy) kompozycja i unoszący się nad nią zamysł, dwa elementy, które tworzą zdjęcie z kategorii potrzebnych[1]. Aby więc zrekonstruować i zrozumieć proces twórczy tego artysty, potrzebne jest szczegółowe nań spojrzenie. Niech więc poniższy biograficzny rys, jedyny dziś dostępny, będzie próbą wglądu i w czas, w jakim przyszło Stadnickiemu tworzyć, i w relacje osobiste, w jakich będąc, dojrzewał do bycia artystą.

Przenieśmy się więc do początku, czyli do Stęczyna, miasteczka na Dolnym Śląsku. Fakty wyglądają następująco: jest upalny dzień, 15 sierpnia 1974 roku. Od kilku dni temperatura nie schodzi poniżej trzydziestu stopni. Skwar wymiótł z niewielkiego rynku mieszkańców. W drzwiach jedynej restauracji klasy III stoi ajent i zastanawia się, czy nie ulżyć sobie w tym upale – wypijając na przykład szklankę zimnego piwa. Wie jednak, że wkrótce na obiad przyjdzie Kolecki, urzędnik magistratu i zagorzały abstynent, który, gdy tylko wyczuje od ajenta alkohol, szepnie komu trzeba i problem z odnowieniem umowy ajencyjnej na kolejny rok gotowy. Przy przeciwnej pierzei rynku kierownik SAM-u zastanawia się, czy wystawić na sklep cytrusy już w piątek, czy może przetrzymać do poniedziałku. Powyższe to tylko spekulacje oparte na odnalezionych w archiwum tygodnika „Głos Stęczyna” dwóch słabej jakości fotografiach. Tak to w największym skrócie mogło wyglądać latem tego roku.

Panuje martwa cisza. Dochodzi trzynasta.

Ajent wraca do restauracji, podchodzi do stołu, strzepuje niewidoczne pyłki z obrusa i równa nóż do widelca, a te do talerzy płytkiego i głębokiego, przed którymi wkrótce usiądzie Kolecki. Kierownik SAM-u postanawia, że jednak poniedziałkowy rzut cytrusów będzie idealnym otwarciem nowego tygodnia, a ci, którym uda się je kupić, zerkną przychylnym okiem na skromną osobę kierownika. Być może wśród szczęśliwych klientów będzie major Żabski z Wojewódzkiej Komendy Uzupełnień, bo przecież syn ajenta kończy w przyszłym roku osiemnaście lat.

Na postoju pod magistratem zatrzymuje się taksówka. Kierowca uchyla drzwi Warszawy i wyciąga lewą nogę. Chwilę później z auta ulatuje pokaźna chmura dymu, który jakby nie mogąc przebić się przez gorące powietrze, zawisa nad samochodem. Egzotyczny zapach dostępnej jedynie w Pewexach Amphory.

Wokół rynku rosną najpierw okazałe, jak na warunki stęczyńskie, kamienice, nieco dalej skromniejsze, niższe o piętro, a nawet dwa, budynki, wreszcie, w trzeciej i czwartej linii, domy z płaskimi dachami[2]. W ogrodzie jednego z nich siedzi kobieta w zaawansowanej ciąży. Obiera ziemniaki. Z kuchni, przez uchylone okno, wygląda mężczyzna. Widzi, że kobieta odkłada nożyk i łapie się za brzuch. Mężczyzna gasi papierosa, znika z okna i staje w drzwiach do ogrodu. Ona patrzy na niego i kiwa głową, jakby chciała powiedzieć: to już. Mężczyzna wraca do domu, podnosi słuchawkę telefonu, a w budce na postoju przy magistracie słychać dzwonek. Taksówkarz wychodzi z Warszawy i odbiera telefon. Wsiada do auta. Warszawa odjeżdża. W drzwiach restauracji pojawia się ajent i odprowadza wzrokiem opuszczającą rynek taksówkę. Kilka godzin później, w szpitalu powiatowym w Rysnowie, o godzinie 18.22, na świat przychodzi Artur Stadnicki.

Ustęp o dniu narodzin Artura Stadnickiego, całkiem prawdopodobny, choć będący wytworem mojej wyobraźni, zamieszczam tu nie bez powodu. Tym powodem są dwa słowa klucze: niepokój i rozterka. Niepokój ajenta i rozterka kierownika SAM-u. Być może ktoś z państwa pamięta… to przecież nic innego jak „lustro” z eseju Andrew Haizlinga pt. Tło do potęgi (tłum. Ewa Gryń), w którym ten wybitny austriacki teoretyk fotografii bierze na warsztat sytuację społeczno-kulturową, w której wzrastali późniejsi klasycy, między innymi Wolfgang Krepke, mistrz naddunajskiego pejzażu, i Edgar Frett, dokumentalista, który swoje dojrzałe życie poświęcił fotografii poprzemysłowych krajobrazów. Haizling pisze: „Sytuacje pierwotne, czyli takie, jakie mają miejsce w czasie narodzin jednostki, determinują tej jednostki wybory oraz drogę, jaką sobie jednostka dla swojej twórczości obierze. (…) Krepke, jako syn praczki czerpiącej wodę z Dunaju, nie mógł w swojej twórczości odejść od źródła nie tylko pracy, ale i piękna. Determinacja, z jaką dokumentował meandry tej rzeki, jest hołdem dla biednej matki, a także ojca, który wieczorami, wpatrzony w jej fale, dokonywał pierwszych, udanych zresztą prób poetyckich. (…) Frett, syn fabrykanta, który w testamencie przepisał swoją fabrykę robotnikom, w postindustrialnym krajobrazie szuka możliwości wyzwolenia człowieka z okowów przemysłu, daje mu wskazówki, jak żyć bliżej natury i jak funkcjonować w paradygmacie ciągle niezbędnego człowiekowi przemysłu, dbając jednocześnie o środowisko naturalne. I to wszystko na długo przed zwrotem społeczeństw ku narracji związanej z ekologią (…)”. Idąc więc za Haizlingiem, można przyjąć, że „niepokój” i „rozterka”, obecne na zanurzonym w upale stęczyńskim rynku, mogły być kanwą dla artystycznej spuścizny Stadnickiego: jest nią człowiek na rozdrożu, zupełnie już niepewny swojego istnienia, którego determinant jest zupełnie niezależny od jego podmiotowości. Ale nie tylko. Do tego jeszcze dojdziemy.

Dzieciństwo

Od rodziców, zwłaszcza matki, Artur Stadnicki dostaje ciepło i miłość. Jest zaopiekowany. Jest tulony. Pani Halinka po urlopie macierzyńskim nie wraca do pracy, gdyż pensja męża, inżyniera w Rysnowskim Kombinacie Elektrotechnicznym, starcza na proste życie. Raczej nieobecny jest natomiast pan Henryk, ojciec Artura. Dużo pracuje, co pociąga za sobą rychły awans na stanowisko kierownika Wydziału Projektowego RKE-mu. Jego innowacyjne podejście docenia nie tylko dyrektor zakładu, ale i komitet partii. Henryk Stadnicki wieczorami uczy się niemieckiego i wkrótce zaczyna wyjeżdżać w delegacje do Stuttgartu, gdzie nawiązuje bliskie stosunki z niemieckimi inżynierami. Zachęcają go do zatrudnienia się w fabryce przekaźników Stark und Stein GmbH, lecz Henryk odmawia. Bo rodzina, której partia nie wypuściłaby do Niemiec, jest dla niego najważniejsza. Po trzecim, najdłuższym pobycie w Starku Henryk Stadnicki wraca do Polski z pomysłem, który zamierza przedstawić dyrekcji swojego zakładu. Niedrogimi w produkcji i w swojej prostocie niezawodnymi przekaźnikami można usprawnić działanie całych zespołów maszyn i uniezależnić się od importu z Węgier. Projekt krąży po działach badawczych w całej Polsce, jednak po blisko półrocznych konsultacjach wraca do Henryka Stadnickiego jako niezaakceptowany. Mądre głowy, głównie z Politechniki Wrocławskiej, doceniają innowację inżyniera Stadnickiego, jednak umowa, jaką Polska zawarła z węgierskim Kapcsolókiem, ma wieloletni charakter i straty związane z zerwaniem kontraktu byłyby większe niż ciągle niewiadoma oszczędność wynikająca z produkcji podzespołów według projektu Stadnickiego.

Wtedy, za namową żony, Henryk Stadnicki decyduje się na zwolnienie się z RKE-mu i otwarcie własnej firmy. W 1977 roku rejestruje działalność i zamawia niezbędne urządzenia. Pierwsze przekaźniki, w liczbie dwustu pięćdziesięciu sztuk, są gotowe w sierpniu 1979 roku. Całość kupuje podtoruńska firma produkująca systemy dźwigowe, dla której zabrakło trudno dostępnych elementów z Węgier. Henryk oddaje rodzicom pożyczone na rozpoczęcie działalności pieniądze i pod czujnym okiem państwa inwestuje w rozwój firmy.

Kiedy dziecko chwyta stetoskop i ten zajmuje jego uwagę na dłuższą chwilę, rodzice żartują, że zostanie lekarzem. Gdy malec składa z papieru samoloty – lotnikiem. Gdy długie godziny spędza za kierownicą samochodu – zapewne będzie kierowcą. Nikt jednak nie wróży dziecku kariery młotkowego, gdy chłopczyk bez opamiętania wali kawałkiem żelastwa gdzie popadnie, albo cinkciarza, gdy jego oczy zwracają się ku wypchanemu banknotami portfelowi ojca. Rodzice po prostu chcą dla swojego dziecka jak najlepiej i takimi projekcjami zwykle rekompensują swoje niespełnione marzenia. Artur Stadnicki w wieku sześciu lat otwiera komodę w sypialni rodziców i sięga po aparat fotograficzny, radzieckiego Zenita. Nie aparat go jednak zajmuje, lecz futerał. A nawet, bądźmy tu drobiazgowi, nie sam futerał, lecz jego zapach. Artur przykłada wnętrze skórzanego etui do nosa i delektuje się skórą niczym wonią piwonii, z pasją pielęgnowanych przez mamę w przydomowym ogródku. Mama – na początku z rozbawieniem, później już z niepokojem – obserwuje pogrążającego się w coś w rodzaju ekstazy synka, śledzi jego bliski obłąkania wzrok, gdy ten odwraca do niej głowę, jakby chciał dać sobie chwilę wytchnienia. Niewyraźny uśmiech, przerwa w doświadczaniu niecodziennego. „Tak Arturka zapamiętałam, a było to niedługo po tym, jak Halinka zatrudniła mnie, bo sama chciała już wyjść do świata, do pracy, pomóc mężowi w rozwijającym się interesie” – mówi pani Stenia, która zajmowała się domem państwa Stadnickich. „Może zostanie kaletnikiem – powiedział Henryk, a wtedy pani Halinka roześmiała się, dość kompulsywnie, po czym uśmiech z jej twarzy zniknął, jakby zamyśliła się nad losem synka wdychającego opary garbowanej skóry. Sama chemia!” – dodaje pani Stenia.

Chłopiec zakochuje się w futerale. Podczas gdy koledzy stawiają w swoich pokojach, najlepiej przy łóżku, żeby sięgnąć po nie od razu po przebudzeniu, samochody, czołgi albo pistolety, Artur na nocnej szafce trzyma aparat. Pierwsze, co robi po otwarciu oczu – to wącha futerał. „Raz nawet poskarżył się – mówi pani Stenia – że zapach się wyczerpuje, i poprosił tatę o kupno nowego. Ojciec zabrał aparat do sklepu fotograficznego, lecz sprzedawca powiedział, że samych futerałów nie sprzedają. Pan Henryk wrócił z niedobrymi wiadomościami. Ale przyniósł kliszę”.

Artur robi pierwsze zdjęcia w wieku siedmiu lat. Ojciec przynosi z zakładu fotograficznego kilka odbitek. Pani Stenia wspomina, że nie było na nich nic szczególnego – kawałek okna, łóżko, podłoga. Albo nogi matki pod stołem. Ojciec wchodzący do kuchni… jakiś taki poruszony. Ale to, co znajdowało się na większości zdjęć, mocno wszystkich zaskoczyło. Był to futerał. Czyżby więc te pozornie przypadkowe kadry w istocie stanowiły wyraz oryginalnego namysłu nad kompozycją, próbę oddania wewnętrznie rozdygotanego życia przedmiotu? I co ów drugorzędny przecież przedmiot miał oznaczać dla autora? Tu z odpowiedzią przychodzi Roland Barthes, kiedy pisze: „W gruncie rzeczy Fotografia jest czynnikiem wywrotowym, ale nie wtedy, gdy przeraża, porusza czy nawet piętnuje. Ale gdy daje zbyt dużo do myślenia”[3].

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Odsyłam do mojego artykułu o nadmiarze obrazów Odpad jako większa całość. Czym może zadziwić nas fotografia przypadku („Przegląd Fotograficzny” 2023, nr 2). To rzecz o milionach zdjęć, jakie produkują (głównie) telefony komórkowe, podjęta w kontekście niedawnego jeszcze entuzjazmu podzielanego przez takich znawców tematu jak prof. Stanisław Cywil, entuzjazmu na myśl, że XXI wiek będzie najlepiej udokumentowaną epoką w dziejach. Dziś ten zachwyt nieco osłabł z uwagi na ów nadmiar właśnie. Jeśli bowiem „dokumentacja” oznacza (możliwie) ciągły i (raczej) celowy zapis (wyimka) rzeczywistości, to duża liczba dzisiejszych zdjęć nie spełnia tych kryteriów; stanowią one zapis bezrefleksyjny, w którym ginie sedno fotografii – jej przedmiot. Są to skrawki, elementy zobaczone i nie wiadomo do końca dlaczego uchwycone oraz zapisane w pamięci. Nic niewnoszące do poznania świata, niestanowiące przesłanki, by stać się materiałem do analizy – to zdjęcia niepotrzebne, powiększające rezerwuar rzeczy obecnych, niebudujące historii, zwanej w sztuce narracją, i niewzbudzające refleksji.

[2] Niedostatek choćby amatorskiej dokumentacji fotograficznej zabudowy Stęczyna z tego okresu kolejny raz nakazuje mi przywołać zasadę, o której powinien pamiętać każdy fotograf: robić (z namysłem) zdjęcia otoczeniu, w którym się żyje, choćby otoczenie to wydawało się nudne, bo dostępne na wyciągnięcie ręki. Materiał fotograficzny sprzed lat może okazać się przydatny m.in. do zilustrowania nieodkrytej jeszcze historii.

[3] Roland Barthes, Światło obrazu. Uwagi o fotografii, tłum. Jacek Trznadel, Warszawa 2020.

Książkowe Klimaty

www.ksiazkoweklimaty.pl

Redakcja:

[email protected]

Promocja:

[email protected]

Sprzedaż:

[email protected]

KsiazkoweKlimaty

ksiazkoweklimaty

ksiazkowe_klimaty

Redakcja: Łukasz Plata

Korekta: Małgorzata Kuśnierz, Magdalena Wołoszyn-Cępa

Współpraca produkcyjna: Szczepan Kulpa

Redaktor inicjujący: Tomasz Zaród

Redaktorka prowadząca: Urszula Pieczek

Projekt makiety: Karolina Korbut

Projekt okładki: Piotr Depta-Kleśta

© Copyright by Anna Bolavá, 2015. All rights reserved.

© Copyright by Maciek Bielawski, 2026

© Copyright for the edition by Książkowe Klimaty, 2026

Fragment Dzikich detektywów Roberto Bolaño w przekładzie Tomasza Pindla i Niny Pluty

ISBN 978-83-68640-06-9

Książkowe Klimaty

www.ksiazkoweklimaty.pl

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek