Bestseller. Szantaż - Katarzyna Michalak - ebook + książka

Bestseller. Szantaż ebook

Katarzyna Michalak

0,0
44,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

TEN SKANDAL BYŁ ISKRĄ, OD KTÓREJ ZAPALIŁ SIĘ ŚWIAT. CZY SZANTAŻ WYSTARCZY, ŻEBY TEN POŻAR UGASIĆ?

Amanda już wie, że każdy sukces ma swoją cenę. Ale prawda o jej karierze może zniszczyć wszystko, co zbudowała. Pozostaje więc szantaż.

Holly nauczyła się jednego – w świecie mediów liczy się tylko to, kto kontroluje historię. A ona zamierza napisać własną. Nawet jeśli będzie musiała przekroczyć granice, których kiedyś przysięgała nie naruszać.

Kayla wie za dużo. Wie, jak powstają wielkie kariery. Wie, kto naprawdę pisze książki, które podbijają listy sprzedaży. Nie wie tylko, gdzie ukrywają jej dziecko ani kim jest kobieta, która nagle stanęła w progu jej mieszkania. Ale czy szantaż wystarczy, żeby dać się uciszyć?

SĄ TACY, KTÓRZY ZROBIĄ WSZYSTKO, ŻEBY PRAWDA NIE UJRZAŁA ŚWIATŁA DZIENNEGO. BO CISZA SPRZYJA BRUDNYM INTERESOM I WIELKIM SEKRETOM.

„Bestseller. Szantaż” to drugi tom serii o ambicji, władzy i cenie, jaką trzeba zapłacić za sukces. O świecie, w którym słowa mogą stworzyć imperium… albo je spalić.

RECENZJE CZYTELNICZEK

Nie mogłam się doczekać drugiej części! Ta seria jest tak wciągająca jak chyba żadna wcześniejsza saga Katarzyny Michalak. Tyle tu emocji, zwrotów akcji, życiowych tragedii i wielkich triumfów. Każda z bohaterek zmaga się z demonami przeszłości, które podsuwają im rozwiązania trudnych sytuacji. I są to zarówno rady dobre, jak i bardzo złe. /Czytanki Hanki

„Bestseller. Szantaż” to poruszająca historia o trzech wspaniałych, silnych kobietach, które udowadniają całemu światu, a najbardziej sobie, że dobro, prawda i miłość istnieją – to nie tylko puste słowa, ale też najważniejsze rzeczy, o które warto w życiu walczyć. /Kornelia_and_the_books

Ta książka mnie zaskoczyła. Serio! Opowiada o trzech pisarkach i trudno byłoby znaleźć bohaterki o bardziej skrajnych osobowościach. Pokazuje nieprzewidywalny świat wydawniczy, w którym roi się od intryg, wielkich pieniędzy i błyskawicznych karier. Dotyka tematu krzywdy i niesprawiedliwości, ale na koniec zostajemy z myślą, że to opowieść o nieprawdopodobnej sile i odwadze. / JoannaCzyta

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 221

Data ważności licencji: 6/5/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Katarzyna Michalak

Koncepcja okładki

Katarzyna Michalak

Grafiki na okładce

Katarzyna Michalak

Ilustracje

Katarzyna Michalak

© Marina Zlochin | Adobe Stock

Opracowanie tekstu

Zespół redakcyjny

ISBN 978-83-8427-441-5

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Printed in EU

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Miłość czasem musi poczekać, aż prawda ją dogoni.

ROZDZIAŁ I

„Przepis na bestseller jest prosty, choć niekoniecznie taki, jak się reszcie świata wydaje, a napisanie książki to tylko pierwszy, wcale nie najważniejszy krok na drodze do pierwszych miejsc list przebojów. Opłaceni recenzenci, którzy będą się zachwycać byle chłamem? Oczywiście! Hejt na konkurencję? Czemu nie. Kupione lajki? Przede wszystkim. Kradzież dobrej historii? Zdarza się. Ale najlepszą metodą na sprzedaż czegokolwiek jest skandal”. Tak właśnie myślała Amanda Valenry, która odnajdowała się w tej sadzawce płotek i rekinów znakomicie.

Ona sama wypłynęła na skandalu, a potem dorzucała kamyki do schodów na szczyt, świadoma, że jeden z takich kamyków może spowodować lawinę. Dlatego zwykle postępowała ostrożnie i z rozwagą, ale od paru dni była zdesperowana. Ta suka, Kayla Lesensky, do tej pory się nie odezwała, a termin oddania powieści zbliżał się wielkimi krokami. Nowy agent Amandy, Robert McLaren, subtelnie jej o tym przypominał i jego też zaczynała za to nienawidzić. Zresztą każdy normalny pisarz nie znosi swojego agenta – to także jedna z prawd znanych w tym środowisku – bo nie dość, że ten sęp potrąca sobie procent od twojego wynagrodzenia, to jeszcze stoi nad tobą jak poganiacz nad niewolnikiem. I weź tu pracuj, weź tu twórz.

Dziś McLaren obudził Amandę skoro świt – to jest o jedenastej – i nie bacząc na jej pełne oburzenia: „Człowieku, litości, jeszcze śpię!”, zaczął nie za bardzo uniżonym, ale też niezbyt surowym tonem:

– Przepraszam. Wiem, że to nieludzka pora, ale mamy dzisiaj napięty harmonogram.

Amanda jęknęła, przewróciła się na drugi bok i naciąg­nęła kołdrę na głowę, która pękała z bólu od nadmiaru wypitego wczoraj wieczorem wina.

– To jest pora dla piekarzy! Ja tworzę książki, nie bułki! Mój mózg domaga się odpoczynku!

– Nie marudź, Amando. Jesteś marką, a marka pracuje od rana – odparł niewzruszony. – Słuchaj uważnie, bo plan dnia jest rozpisany co do minuty.

Amanda odrzuciła kołdrę i usiadła na łóżku. Włosy miała splątane, wczorajszy makijaż rozmazany, a spojrzenie zabójcze. Całe szczęście, że oglądało ją w takim stanie jedynie lustrzane odbicie, a nie czytelnicy czy, nie daj Panie Boże, paparazzi.

– Jeśli w tym planie nie ma kawy i croissanta, rozłączam się – ostrzegła.

– Są i kawa, i croissant, i nawet sok z jakiejś egzotycznej rośliny, której nazwy nie umiem wymówić. Ale dopiero po jedenastej trzydzieści.

– To okrutne – jęknęła ponownie, a on ciągnął, mało przejęty jej narzekaniem:

– Zatrudniłaś mnie, żebym dbał o twoje interesy, a nie po to, żebym prawił ci komplementy. Od tego masz czytelniczki. A okrutne to są wskaźniki popularności. Twoje social media stały się… nudne.

– Jak śmiesz! – oburzyła się natychmiast. – Mam pół miliona obserwujących!

– I coraz mniej reakcji. Algorytm cię pożera. Potrzebujemy ognia. Emocji. Historii.

Amanda westchnęła ciężko.

– Rozumiem, że coś już wymyśliłeś. Mam zatańczyć z gwiazdami? Zajść w ciążę? Pobić się z kimś w telewizji śniadaniowej?

– Na początek coś subtelniejszego – odparł. – Sesja zdjęciowa, rzecz jasna taka, która wygląda spontanicznie.

– Oczywiście. Bo ja przecież codziennie wstaję o jedenastej, maluję się przez dwie godziny ispontanicznie wychodzę na ulicę w idealnie dopasowanej sukience.

– Dokładnie, moja droga. Tak pokażemy cię światu.

Amanda wstała i przeszła do łazienki. Spojrzała z odrazą na skołtunione włosy, przekrwione oczy i napuchniętą twarz. Niedługo niczym nie będzie się różnić od przepitego żula… „Chryste, muszę coś ze sobą zrobić!”, przemknęło jej przez myśl.

– Amanda, jesteś tam?

– Jestem, jestem – mruknęła, wróciła do sypialni, pociągnęła z gwinta resztę wina i dodała: – Mów dalej, bo ciekawie prawisz.

– Najpierw cappuccino w małej kawiarni na rogu…

– Piję espresso – sprostowała.

– Cappuccino lepiej wygląda na zdjęciach – uciął. – Lokal już zarezerwowałem. Będziesz popijać kawę przy oknie wychodzącym na malownicze patio, zamyślona, pisząca w myślach rozdział nowej powieści… Pojawi się czytelniczka.

– Pojawi się?

– Tak. Zupełnie przypadkiem wpadnie na porannego croissanta przy dobrej lekturze. Oczywiście piątym tomie twoich „Nieśmiertelnych”. Będzie nieśmiała, wzruszona, poprosi o autograf.

– I akurat ktoś to nagra.

– Dwóch fotografów i jeden operator. Z ukrycia.

– A potem wyjdzie, że to ustawka, i będzie skandal.

– O to chodzi.

Amanda uśmiechnęła się krzywo.

– Zaczynam cię lubić, McLaren.

– Dziękuję. Następny punkt, krótki filmik „Amanda spieszy ulicami Nowego Jorku na spotkanie z redaktorem”.

– Przecież wszędzie wozi mnie Peter, nie chodzę ulicami City, to niebezpieczne!

– Twoje czytelniczki chodzą. Poświęcisz się. Ach, będziesz bez makijażu, naturalna, prawdziwa.

– Bez makijażu?! Nie wyjdę z domu bez makijażu!

Robert zaszeleścił kartkami notesu.

– Ach, mam: „barely-there make up”, cokolwiek to znaczy.

– Przecież wiem, co to jest! I sama go sobie nie zrobię. Bez szans. To najtrudniejszy makijaż na świecie.

– Wizażystka przyjedzie za pół godziny.

Amanda spojrzała na zegarek.

– Za pół godziny? Człowieku, ja mam na sobie koszulkę z kotem i spodnie od piżamy z dziurą na kolanie.

– Idealnie. Zrobimy z tego relację: „Prawdziwe życie pisarki”.

– Nie ma mowy!

– Spokojnie, tego nie mam dziś w planie.

– Co dalej, geniuszu marketingu?

– O trzynastej lunch w bistro na Manhattanie. Przy sąsiednim stoliku usiądzie znana blogerka. Zrobi ci zdjęcie „z ukrycia” i wrzuci: „Zgadnijcie, kogo dziś spotkałam”. Potem parę fotek znad rzeki, jak karmisz łabędzie. Podstawiony paparazzo je pstryknie, da nam do autoryzacji, rzecz jasna. O dziewiętnastej wrzucimy zdjęcie biurka. Kubek herbaty, notatki, laptop. Podpis: „Piszę dla was do późna. Czekacie na nową powieść?”, i mnóstwo emotek.

– Czyli klasyka.

– Klasyka działa.

Amanda pokręciła głową z rozbawieniem.

– Wiesz, co jest w tym wszystkim najśmieszniejsze? Że to naprawdę działa.

– Bo ludzie chcą nie tylko książek. Pragną też historii o ludziach, którzy je piszą.

– A jeśli ja tej historii nie mam?

– To ją stworzymy – uciął. – Amando, jedna prośba: powstrzymaj się od picia alkoholu do końca sesji.

Amandę zatkało z oburzenia.

– Czy ty się czasem nie zapominasz? – wycedziła.

Robert policzył do pięciu. Często musiał liczyć do pięciu, czasem nawet do dziesięciu, kiedy rozmawiał z Amandą.

– Płacisz mi za to, żebym mówił prawdę, nawet niewygodną. Wybacz, ale coraz bardziej widać po tobie, że nadużywasz procentów. Niedługo makijażem tego nie ukryjemy.

Zachłysnęła się oburzeniem. Rozłączyła się bez słowa i cisnęła telefon na biurko.

– Co za cham! Co za prostak! Jak on śmie insynuować, że jestem alkoholiczką! Zwolnię go, natychmiast! Byle agencina nie będzie mi prawił impertynencji!

Krążyła po pokoju, zaciskając pięści. Złość była wygodna. Złość była prosta. Złość zagłuszała wszystko inne. Ale tylko przez chwilę, bo nagle, jak drzazga pod paznokciem, pojawiło się wspomnienie: Walter. Stoi przy drzwiach, płaszcz przewieszony przez ramię, kluczyki w dłoni. Nie krzyczy. Nie robi sceny. Mówi cicho, z troską, jak do chorego dziecka. „Amando, kochanie, skończ z alkoholem. Twój organizm, twój umysł mają dosyć. Ty tego nie widzisz i podejrzewam, że nie pamiętasz, ale pod wpływem robisz straszne rzeczy”. Odepchnęła to wspomnienie, lecz ono wróciło, jak fala. Straszne rzeczy? Ostatnio próbowała ponoć przejść na sąsiedni balkon po wąskim gzymsie. Na pięćd­ziesiątym siódmym piętrze…

Musiała usiąść, bo słabo się jej zrobiło. Od dziecka cierpiała przecież na lęk wysokości! Na szczęście tego „wyczynu” nie pamiętała. Innych także nie. Nagle poczuła chłód, jakby przez pokój przeleciała zapowiedź czegoś bardzo złego. Miała coraz mniej wspomnień. Wino zabierało wieczory, rozmowy, słowa, które wypowia­dała, i „straszne rzeczy”, które robiła. Rano zostawało tylko uczucie wstydu i pustki, które zagłuszała kieliszkiem alkoholu. Malutkim. A potem następnym. Jednym z wielu tego dnia.

Podeszła do barku, otworzyła drzwiczki na oścież i przez chwilę patrzyła na butelki. Jedna, druga, trzecia. A każda jak obietnica ulgi.

Piła, bo na trzeźwo nie mogła zasnąć. Kiedy tylko gasła nocna lampka, przychodziły myśli. Terminy. Recenzje. Twarze krytyków. Te wszystkie uśmiechy z bankietów, które nagle zmieniały się w szydercze grymasy.

– Valenry się skończyła.

– To był jednorazowy strzał.

– Nie ma już nic do powiedzenia – słyszała słowa, których przecież nikt nie wypowiedział, jeszcze nie, a które ona miała wdrukowane w umysł.

Piła, bo bała się ciszy. Bo w ciszy okazywało się, że nie ma już żadnych słów. Otwierała laptop, patrzyła na pustą stronę i czuła, jak serce bije jej coraz szybciej, jakby ta biała przestrzeń była przepaścią. A potem brała kieliszek. Najpierw jeden. Żeby się rozluźnić. Żeby złapać rytm. Żeby zniknął ten strach, że nie potrafi już nic napisać. Po drugim kieliszku słowa przychodziły łatwiej. Po trzecim wydawały się genialne. Po czwartym wszystko było wspaniałe i nieważne jednocześnie. A rano… rano okazywało się, że większość z tego to bełkot. Kasowała plik z poczuciem porażki i strachem, że już nigdy nic nie napisze, i sięgała po wino, by odgonić ten strach.

Usiadła na skraju łóżka i potarła skronie.

– To tylko kilka kieliszków! Lekkiego różowego wina! – krzyknęła w niewzruszoną przestrzeń. – Każdy pisarz pije. To część zawodu.

Ale gdzieś w środku wiedziała, że to nieprawda, bo dla niej alkohol nie był przyjemnością, nagrodą. Wręcz przeciwnie. Piła ze strachu. Przed ciszą. Przed krytyką. Przed pustą kartką. I przed dniem, w którym ktoś głośno powie to, co ona już dawno wiedziała: że nie ma w niej ani jednego dobrego zdania więcej.

Wreszcie piła z poczucia winy, ze wstydu, że pije i nie potrafi przestać, a mimo to słów: „Jestem chora, potrzebuję pomocy”, nie była w stanie wymówić nawet do własnego odbicia w lustrze. To byłoby przyznanie się do porażki. Do tego, że matka z ojcem mieli rację, mówiąc: „Jesteś nic niewarta”.

Poczuła, jak niechciane łzy cisną się do oczu, jak żal i strach dławią gardło. Chciała chwycić za telefon, wybrać numer Roberta, poprosić: „Pomóż mi”, ale zamiast tego syknęła: „Potrzebuję cię, podła suko!”, bynajmniej nie mając na myśli swojego agenta.

Kayla Lesensky.

Lata temu, gdy Amanda ją poznała, wszystko wyglądało idealnie: Kayla była miękka, niepewna, zagubiona, czyli dokładnie taka, jakiej Amanda potrzebowała. Dziewczyna, która potrafiła pisać, ale nie potrafiła walczyć. Talent bez pazurów. Marzenie pisarza bez weny. Lecz z roku na rok Kayla stawała się coraz trudniejsza, coraz bardziej krnąbrna. Zaczęła stawiać warunki, żądania. Wreszcie rzuciła stanowczym tonem:

– To koniec, Amando. Więcej nic dla ciebie nie napiszę. Chcę być wolna, chcę wreszcie zrobić coś dla siebie. Mam nadzieję, że to rozumiesz i uszanujesz mój wybór.

Amanda wykrzyczała wtedy, że ma w dupie jej wolność i wybory. Potem próbowała dziewczynę przekupić wyższymi stawkami, a gdy to nie pomogło, gdy głupia mała dziwka odpowiedziała, że nie będzie pracować dla Amandy za żadne pieniądze, padły słowa:

– Rób, jak chcesz, Kayla, ale postaram się, byś nigdy nic nie wydała.

Szantaż stary jak świat. W tym przypadku również okazał się skuteczny, ale dziś… Amanda nie była już tego taka pewna.

Zadzwonił telefon. „McLaren”. W pierwszym odruchu chciała wysłać mu krótką, uroczą wiadomość: „Spieprzaj na szczaw”, z emotką zielska i uśmiechniętej buźki, w następnej westchnęła, wiedząc, że Robert stoi po jej stronie – bądź co bądź, za to mu płaciła – i odebrała połączenie.

– Jestem na dole, przy recepcji. Wpuścisz mnie? – rzucił.

Uniosła brwi.

– Może tak najpierw: „Przepraszam, Amando”?

– Masz prawo oczekiwać przeprosin, ale ja mam obowiązek być z tobą szczery, nawet jeśli prawda boli – odparł. – Wpuść mnie, Amando, musimy porozmawiać face to face.

Pisarka wpadła w lekką panikę.

– Jestem niewykąpana, nieuczesana i nieubrana! Jak niby mam cię wpuścić?

– Tak po prostu. Widywałem kobiety tuż po przebudzeniu. Sam rano również nie wyglądam najlepiej.

– Daj mi chociaż pięć minut – jęknęła.

– Trzy. Nie mamy tyle czasu, żeby go trwonić na układanie fryzury i makijaże.

– Jak ja cię czasem nienawidzę… – wyrwało się kobiecie. – Jesteś moim agentem od dwóch tygodni, a już mam cię dość!

– Ja też cię kocham, Amando – uciął kpiąco i rozłączył się.

Dokładnie trzy minuty później pukał do drzwi, zaś Amanda, która jeśli chciała, potrafiła dokonać cudu, świeża niczym wiosenny poranek zapraszała go do środka. Ta świeżość jednak bystrego mężczyzny nie zwiodła.

– Płakałaś? – raczej stwierdził, niż zapytał.

– Po tym co mi powiedziałeś? Nie! Uśmiałam się do łez! – prychnęła wściekła, że tak łatwo ją rozgryzł. – Chciałeś rozmawiać, więc zaczynaj. Tylko bez fałszywej troski.

Milczał przez chwilę, patrząc na kobietę brązowymi łagodnymi oczami, a potem zaczął:

– Wobec dobrej klientki, a ty taką jesteś, nie stać mnie na fałsz. Powiedziałbym cynicznie, że troszczę się o swoje pieniądze, nie o ciebie, ale to też nie byłaby prawda. Zanim zgodziłem się cię reprezentować…

– Ty się łaskawie zgodziłeś?! To ja łaskawie do ciebie przyszłam!

Przytaknął i mówił dalej:

– …przeczytałem i obejrzałem sporo materiałów z tobą i na twój temat, łącznie z pierwszym wywiadem, którego udzieliłaś Barry’emu Moore’owi dziesięć lat temu.

Amanda milczała, patrząc na mężczyznę wzrokiem, który krzyczał: „Kończ i się wynoś! Nienawidzę cię!”, ale na nim takie spojrzenia większego wrażenia, jak widać, nie robiły.

– Przeczytałem też kilka twoich powieści i cóż… świat moli książkowych się nie myli: są świetne. Nawet ja, facet niegustujący w typowo kobiecych obyczajówkach, nie mogłem się od nich oderwać i czytałem do świtu. Powiedz mi tylko jedno, Amando…

Zawahał się, po czym wystukał coś na swoim tele­fonie i podetknął kobiecie pod oczy. Wiadomość brzmiała: „Odwołuję sesję”. Wysłał i wyjaśnił:

– Ta rozmowa jest zbyt ważna, żeby ktoś nam ją przerywał.

Amanda poczuła absurdalny strach. Niby co mógł jej zrobić ten agencik? Jeden telefon i jej prawnik zrywa umowę, drugi – i recepcja nigdy Roberta McLarena tu nie wpuści. A mimo to zimny dreszcz spłynął jej po kręgosłupie. Mężczyzna przez chwilę myślał, jak ubrać w słowa to, co chce powiedzieć, by ich „randka” nie skończyła się dla niego w szpitalu z urazem głowy po ciężkim przedmiocie, po czym wziął głęboki oddech, jak przed skokiem w przepaść, i rzucił:

– Ty jesteś autorką pierwszych trzech tomów „Grzechu Nieśmiertelnych”, ale kto napisał następne?

Amandzie pociemniało w oczach. W następnej chwili wzięła zamach i trzasnęłaby mężczyznę z całej siły w twarz, gdyby nie chwycił jej za nadgarstek i nie przytrzymał. Szarpnęła się w tył. Bez słowa. W milczącej zimnej furii, ale nie puścił. Próbowała się wyrwać, lecz trzymał mocno. Walczyli w kompletnej ciszy, aż kobieta opadła z sił, a on mógł zamknąć ją w ramionach.

Rozpłakała się. Ukryła twarz w piersi mężczyzny, zacisnęła palce na jego marynarce i szlochała tak strasznie, jakby jej życie dobiegło końca. Bo dla Amandy Valenry tak się właśnie stało… Pięć lat temu jej świat się skończył… Robert gładził łkającą kobietę po plecach, patrząc zamyślonym spojrzeniem na pejzaż wielkiego miasta za oknem. Wiedział – i ona wiedziała to również – że ma ją w garści, dosłownie i w przenośni. Odkrył sekret najlepiej sprzedającej się pisarki w tej dekadzie, do czego się przyznała tym nagłym atakiem i płaczem. Mógł zrobić użytek z tajemnicy Amandy Valenry – och, świat, który uwielbiał skandale, rzuciłby się na news, że ktoś za nią pisze powieści, jak wygłodniały wilk na ranną sarnę – ale Robert, mimo swoich trzydziestu jeden lat, należał do ginącego gatunku ludzi prawych i uczciwych. Nie miał zamiaru łamać Amandzie kariery, chciał jedynie pomóc tej zagubionej kobiecie, staczającej się w przepaść zwaną alkoholizmem.

Ujął w dłonie jej mokrą od łez twarz, zajrzał w pociemniałe z przerażenia i bezradności źrenice, po czym odezwał się miękko:

– Ostatnie, czego bym pragnął, to cię skrzywdzić, Amando. To twoja tajemnica i ty zdecydujesz, czy i kiedy zdradzić ją światu. Ja jestem tu po to, by ci pomóc. Pamiętasz? Płacisz mi dziesięć centów od każdego zarobionego dolara, a to zacna kwota.

Musiała się roześmiać, choć łzy nadal płynęły po jej szczupłych policzkach. Odepchnęła mężczyznę, ale już bez złości.

– Jak na to wpadłeś? – musiała zapytać.

Wzruszył lekko ramionami.

– To przez mój wredny, czepialski charakter. Następne tomy trylogii i wszystkie książki, które powstały po „Nieśmiertelnych”, były równie dobre, ale… od pierwszych różniły się niuansami. Widzisz… masz pewien nawyk, który językoznawca nazwałby błędem skład­niowym, chodzi mi o przenoszenie czasowników na koniec zdania, niezbyt często, tam, gdzie to pasuje, ale jednak. Niczym mistrz Yoda…

– „Kochać cię zawsze będę” na zmianę z „Nienawidzić cię do śmierci będę” – dokończyła cicho Amanda.

Robert skinął głową.

– To była owa urocza maniera, twój znak rozpoznawczy. Czytelnicy go uwielbiali, krytycy zgrzytali zębami, a ja, czytając te zdania, miałem wrażenie, że słyszę twój głos. Bardzo charakterystyczny. Bardzo… twój. I nagle po trzecim tomie zniknął. Zdania stały się bardziej eleganckie, poprawne, wręcz nieskazitelne. Jakby ktoś wygładził twój styl, ale przy okazji starł z niego odciski palców.

– Nie przyszło ci do głowy, że styl pisarza ewoluuje?

– Przyszło, tylko to nie była ewolucja. Szukałem twojego „podpisu” w następnych tomach, myślałem: „Pewnie zmienił się redaktor, uładził szyk zdań”…

– No właśnie! Tak było!

– Nie, Amando, bo twój drugi znak rozpoznawczy, znacznie subtelniejszy, także zniknął. Ty opisywałaś bohaterów, jak pan Bóg przykazał: „półdługie włosy okalające szczupłą twarz, silnie zarysowana szczęka, muskularne ramiona”, w następnych tomach jest to zastępowane czymś bardziej eterycznym: tonem głosu, zapachem, gestem, barwą spojrzenia.

Amanda odwróciła wzrok.

– Masz rację. Ona tak właśnie pisze – szepnęła bardziej do siebie niż do niego.

W następnej chwili, zanim zdążył zapytać, co za „ona”, pisarka zaatakowała:

– I co teraz? Zadzwonisz do jakiegoś portalu i sprzedasz im sensację? „Królowa List Bestsellerów jest oszustką”?

– Gdybym chciał, zrobiłbym to już dawno – odparł spokojnie. – Jedna kolacja z dziennikarzem brukowca i temat poszedłby w świat, ale ja chcę czegoś więcej niż krzykliwych nagłówków… – zawiesił głos, a ona wolno pokręciła głową.

– Myślisz, że się z tobą puszczę, byś „zapomniał”?

Uniósł brwi w niebotycznym zdumieniu i w następnej chwili krzyknął:

– Nie! Do głowy by mi nie przyszło żądać seksu za milczenie! Nie wykorzystuję kobiet w ten sposób! W żaden inny też nie, jakbyś pytała – dodał już spokojniej, a Amandzie przemknęło przez myśl: „Trochę szkoda…”.

– Więc czego chcesz? – rzuciła.

– Prawdy.

– A potem? Jak już ją poznasz?

– Pomogę ci ją udźwignąć.

Amanda spuściła wzrok i zaczęła cichym, rwącym się głosem:

– Nie udźwignę jej. Jeśli to wypłynie, koniec ze mną. Koniec z kontraktami, koniec z wywiadami, koniec z życiem, które kocham.

– Jak długo w takim razie chcesz łgać czytelniczkom?

– Jak najdłużej.

– To nie jest strategia. To odkładanie katastrofy w czasie.

– Chwilo, trwaj. – Wzruszyła ramionami.

Robert przysiadł na poręczy fotela, nie spuszczając z niej wzroku.

– Kim ona jest?

– Niby kto?

– Dziewczyna, która pisze za ciebie.

Zacisnęła usta. Pokręciła głową.

– Co się stało pięć lat temu? – zapytał łagodniej.

Przez chwilę milczała, wpatrzona w swoje dłonie, na których paznokcie znaczyły krwiste półksiężyce.

– Nie wiem, co się stało. Naprawdę. Trylogię o Nieśmiertelnych pisałam jak w natchnieniu, dniami i nocami, nie mogłam przestać.

– To widać. Jest genialna.

– Została wydana, ja trafiłam na sam szczyt, tam, gdzie zawsze pragnęłam się znaleźć. Te wszystkie zachwyty, kolejki po autograf, tysiące fanek ubierających się jak Serafina, mówiących jak Serafina, zakochanych w moim Cassianie, jakby żył tutaj, wśród nas, jakbym nie zamknęła go na kartach książki. Wreszcie pieniądze, ogromne pieniądze dla dziewczyny, którą do tej pory było stać na klitkę dzieloną z pięcioma karaluchami i jednym szczurkiem. – Uniosła na mężczyz­nę smutne oczy. – Wilsonem, który był przy mnie od pierwszej do ostatniej litery… Światu nie wystarczyły jednak trzy tomy, zaczął domagać się następnych. Którejś nocy otworzyłam więc laptop, nowy dokument, zatytułowany „Nieśmiertelni_4”, i… poczułam w sercu kompletną pustkę. Zmusiłam się do napisania paru pierwszych zdań i wydały mi się tak płaskie w porównaniu z poprzednimi tomami, tak beznadziejne i złe, że je skasowałam. Następne również. Próbowałam wiele, wiele razy i wszystko wydawało mi się niegodne trylogii o Nefillimach. Pomyślałam, że matka miała rację: jeśli mam tak pisać, to lepiej, żebym nie pisała w ogóle. I nagle zrozumiałam, że to koniec.

– Wypalenie. Brak weny. To się zdarza najlepszym – zauważył łagodnie.

– Ale nie pisarce, która ma kontrakt na cztery książki rocznie, wzięła zaliczki na trzy lata do przodu, a wydawca dzwoni codziennie z pytaniem o postępy. Nie pisarce, z której od dziecka szydzą utytułowani rodzice.

– I wtedy…?

– Wtedy pojawił się ktoś, kto pisał jak ja kiedyś, całym sercem, całą sobą. Dziewczyna z mojego fandomu. Weszłam kiedyś na jej fanfika, przeczytałam ciąg dalszy opowieści o Serafinie i Cassianie… – urwała, zaciskając powieki. – To było dokładnie to, co chciałam napisać. Dokładnie tak, jak chciałam. Kayla Lesensky stała się moją nadzieją i przekleństwem zarazem.

– Zaproponowałaś jej współpracę?

– Najpierw poprosiłam tylko o pomoc. O poprawki. O pomysły. Potem… potem już poszło samo. Zaproponowałam jasny układ: ona pisze, ja to firmuję moim nazwiskiem, płacąc jej… pewną kwotę za powieść. Zgodziła się, bo bardzo potrzebne jej były pieniądze. Miała chore dziecko. Ona więc pisała, a ja jeździłam na spotkania, rozdawałam autografy, udzielałam wywiadów i mówiłam o „moich bohaterach”, „mojej historii”, „moim stylu”. – Uśmiechnęła się gorzko. – Po pewnym czasie zaczęłam wierzyć, że to naprawdę moje.

Robert przez chwilę milczał, układając w myślach dość szokujące fakty, o których właśnie się dowiedział. Wreszcie zapytał:

– A wino?

Spojrzała na niego zmęczonym wzrokiem.

– Wino pomaga zapomnieć, że jestem oszustką. Pomaga zasnąć bez strachu, że któregoś dnia ktoś zapyta właśnie o to, o co ty zapytałeś. – Głos się jej załamał. – A ja nie będę umiała odpowiedzieć.

– Dziś odpowiedziałaś – zauważył.

– Bo dosłownie i w przenośni złapałeś mnie za rękę!

Robert uśmiechnął się lekko, lecz Amandzie nie było do śmiechu.

– I co teraz zrobisz z tymi rewelacjami, agencie od zadań specjalnych?

– To, za co mi płacisz. Uratuję twoją karierę.

– A jeśli się nie uda?

– To uratujemy przynajmniej ciebie – odparł miękko.

Patrzyła na niego długo, jakby próbowała ocenić, czy mówi poważnie.

– Jesteś dziwnym człowiekiem, Robercie McLaren.

– Słyszałem o sobie gorsze rzeczy.

– Naprawdę nie sprzedasz tego skandalu?

Pokręcił głową.

– Lubię sagę o Nieśmiertelnych. Nawet jeśli nie wszystkie tomy są do końca twoje, jednak ty zaczęłaś tę historię.

W oczach Amandy pojawił się cień uśmiechu.

– To chyba najdziwniejszy komplement, jaki w ży­­ciu usłyszałam.

– A jednak działa – odpowiedział uśmiechem. – Dlaczego przez wszystkie te lata Kayla cię nie zdradziła? Pisze genialnie. Mogłaby zarobić miliony, gdyby zdecydowała się ujawnić światu. Nie wiem, ile ty jej płaciłaś…

– Mało – szepnęła Amanda ze wstydem. – Żałośnie mało w stosunku do tego, co zarabiałam, ale weź pod uwagę, że jednak ja wykreowałam Nieśmiertelnych, nie Kayla.

– Poczekaj: laska zarabia ułamek tego, co mogłaby zarabiać, ktoś inny spija śmietankę, zbiera uwielbienie tłumów, a ona się nie buntuje? – Mężczyzna pokręcił głową, bo pewnego puzzla w tej układance mu brakowało. – Zaszantażowałaś ją – domyślił się w następnej chwili, a gdy Amanda uciekła wzrokiem, zapytał krótko: – Czym?

Pisarka przez chwilę milczała, wyginając palce, aż w końcu uniosła dumnie głowę i rzekła dobitnym, twardym tonem:

– Jeśli mnie zdradzi, jeśli zerwie naszą niepisaną umowę na dwadzieścia książek w ciągu pięciu lat, zaprzeczę każdemu jej słowu, a potem poruszę niebo i ziemię, uruchomię wszystkie kontakty w świecie wydawniczym i poza nim, by nigdy, ale to przenigdy nie wydała książki pod własnym nazwiskiem.

Robert aż gwizdnął. Z podziwu i zaskoczenia zarazem.

– Rozumiem, że na tym Kayli naprawdę zależy?

– To jedyne, na czym jej jeszcze zależy. Wszystko inne straciła. Łącznie z dzieckiem. – Amanda poczuła się po tych słowach jak ostatnia suka. Odwróciła głowę do okna i kontemplowała zachmurzone niebo dotąd, aż Robert przerwał ciężką ciszę.

– Ile książek zostało jej do napisania?

Amanda powoli przeniosła pociemniałe oczy na mężczyznę i odparła:

– Żadnej. Kayla wywiązała się z umowy.

Dalsza część w wersji pełnej

Tutaj spotkasz się z autorką

www.facebook.com/fanpagekatarzynamichalak

Spis treści

OKŁADKA

KARTA TYTUŁOWA

KARTA REDAKCYJNA

SPIS TREŚCI

ROZDZIAŁ I

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Dedykacja

Meritum publikacji