Bestseller. Skandal - Katarzyna Michalak - ebook + audiobook + książka

Bestseller. Skandal ebook

Katarzyna Michalak

0,0
44,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

NOWA POWIEŚĆ KATARZYNY MICHALAK, MISTRZYNI POWIEŚCI PEŁNYCH EMOCJI.

One są trzy. Bestseller może być tylko jeden.

Amanda musi go napisać, bo bez niego przestanie istnieć.

Holly pragnie go mieć, bo poza nim ma już wszystko.

Kayla potrafi wyczarować go słowami. I właśnie dlatego powinna milczeć.

Ich drogi przecinają się w imperium należącym do wydawców, agentów i mediów, gdzie cudzy talent łatwo sprzedać pod własnym nazwiskiem, a skandal bywa lepszą reklamą niż prawda. Gdy granica między inspiracją a kradzieżą zaczyna się zacierać, każda z nich musi odpowiedzieć sobie na jedno pytanie: ile jesteś w stanie poświęcić, żeby zostać numerem jeden?

„Bestseller. Skandal” to pierwszy tom trylogii o świecie ambicji, wielkich pieniędzy i jeszcze większych namiętności. O świecie, w którym fikcja staje się rzeczywistością, a rzeczywistość bywa mroczniejsza od fikcji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 201

Data ważności licencji: 2/25/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Katarzyna Michalak

Koncepcja okładki

Katarzyna Michalak

Grafiki na okładce

Katarzyna Michalak

Ilustracje

Katarzyna Michalak

© Marina Zlochin, AdobeStock.com

Opracowanie tekstu i przygotowanie do druku

Zespół redakcyjny

ISBN 978-83-8427-400-2

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk

Najdłuższa droga kończy się tam, gdzie ktoś przytula Cię i szepcze: dziękuję, że wróciłaś.

ROZDZIAŁ I

„Arogancki drań”, to były pierwsze słowa, jakie przyszły jej do głowy.

Mierzył ją zimnym spojrzeniem i czekał, aż ona – która była tu przed nim! – wstanie i ustąpi mu miejsca, bo to „jego stolik”!

– Zajęłaś mój stolik – powiedział przed chwilą.

Kayla, zwykle łagodna i ustępliwa, zacisnęła zęby, czując, jak rośnie w niej zimny gniew. Na tego faceta, na tę chorą sytuację, na życie, które od rana tak jej dopieprzało, że w tej chwili mogła zareagować w tylko jeden sposób:

– Miał pan rezerwację? – zapytała tonem równie jadowitym jak spojrzenie czarnych oczu nieznajomego.

– Nie muszę – odparł, a na jego przystojnej, nawet bardzo przystojnej twarzy pojawił się pełen wyższości uśmiech. – Jestem właścicielem tej restauracji.

Uniosła brwi.

– I w ten sposób traktuje pan gości? Jeszcze trochę i ten cyrk sam zwinie namiot.

Zaśmiał się. Gardłowo, seksownie i bez krzty wesołości.

– O mój „cyrk” się nie martw. Restauracja wraz z pięćdziesięcioma piętrami powyżej należy do mojej rodziny od pokoleń. Radzimy sobie całkiem nieźle.

Restauracja razem z hotelem? Ma przed sobą kogoś z rodziny Carrera? Swojego pracodawcę? Na miłość boską, w co ona się wpakowała?! Kayli po prostu zabrak­ło oddechu. „Czy naprawdę musiałaś upatrzyć sobie ten właśnie stolik w najdalszym kącie sali, nie mogłaś, idiotko, usiąść gdzie indziej?!”, wyrzucała sobie w myślach. „A kelnerka? Dlaczego nie wskazała mi innego miejsca?!”

Ponieważ bardziej zajęta była flirtem z telefonem niż Kaylą, która bynajmniej na bywalczynię tak drogich restauracji nie wyglądała, więc na wysoki napiwek nie było co liczyć. Teraz kelnerka stała za plecami mężczyzny, pobladła z przerażenia, i słała Kayli błagalne spojrzenia: „Idź sobie, to może utrzymam posadę”.

Ale Kayla tkwiła przy stoliku, który wraz z całą restauracją i hotelem należał do aroganckiego drania, i próbowała zachować resztki godności, nie ustępując typowi miejsca zbyt szybko i potulnie. Powinna to uczynić, żeby nie wylecieć z pracy razem z kelnerką, ale jakieś licho kazało jej odpowiedzieć:

– Po rodzinie Carrera spodziewałabym się większej klasy.

Kelnerka jęknęła. Półuśmiech, który mężczyzna miał przed chwilą na twarzy, znikł.

– To było odważne – powiedział powoli.

– To była prawda.

– Prawda jest przereklamowana.

– A arogancja? – Uniosła brodę. – Widzę, że trzyma się świetnie.

Patrick Carrera patrzył na Kaylę lekko zmrużonymi oczami, uważnie, badawczo. Rzadko spotykał się z taką odwagą, o ile u nieznajomej była to odwaga, a nie głupota czy bezczelność. Nie wyglądała na bywalczynię ekskluzywnych hoteli i restauracji z gwiazdkami Michelin. Wprawdzie miała na sobie elegancką sukienkę, trochę staroświecką, z czarnego aksamitu z białym kołnierzykiem, dobrze skrojoną i dopasowaną, która idealnie podkreślała jej zgrabną figurę, ale nie był to Dior czy Armani. Versace również nie. Niesforne kaszta­nowe loki wokół szczupłej twarzy próbowała ujarzmić opaską. W zielonych oczach miała bunt, to jasne, ale też smutek. Jakby życie najpierw zmusiło ją do walki, a potem do kapitulacji. Na zwyciężczynię bowiem nie wyglądała.

I chyba ów cień rezygnacji, a także coś, czego nie potrafił jeszcze określić, kazały Patrickowi wstrzymać się z wezwaniem kierownika sali, by wyprosił nieznajomą z restauracji. Tak. Młoda kobieta miała w sobie tajemnicę, która zaintrygowała znudzonego życiem i pięknymi, wymuskanymi laskami spadkobiercę fortuny Carrerów. Teraz spuściła wzrok, jeszcze przed chwilą pełen buntu, i już wstawała, by pokornie ustąpić Patrickowi miejsca, gdy odezwał się trochę wbrew sobie:

– Proponuję kompromis: zjemy obiad razem. Tu, przy tym stoliku.

– To ma być kara czy nagroda? – zapytała kpiąco.

– Ty wybierasz.

Kayla powoli pokręciła głową.

– To nie jest dobry pomysł.

– Niby dlaczego?

– Bo brzmi jak pułapka.

– Pułapki, jakie zastawiam na kobiety, są bardziej romantyczne – stwierdził. – Siadaj.

– Nie jest pan moim ojcem!

– I całe szczęście, bo musiałbym przeprosić za twoje zachowanie.

Już otwierała usta, by rzucić coś o jego ojcu i wychowaniu, ale przerwał jej władczym ruchem dłoni, zanim zdążyła wypowiedzieć choć słowo.

– Daj spokój. Usiądź i ciesz się, że tu, a nie po drugiej stronie drzwi.

Opadła na siedzenie, jakby ją popchnął. Nie uniosła się honorem i nie wyszła tylko i wyłącznie z jednego powodu: potrzebowała właśnie takiego mężczyzny jak Patrick Carrera. Łaknęła wręcz! Nie pod względem seksualnym, nawet nie uczuciowym. Po prostu taki jak on – pewny siebie, bogaty i wręcz nieprzyzwoicie przystojny – był główny bohater jej powieści.

Właśnie dlatego, w nadziei na spotkanie mężczyzny, który będzie pierwowzorem Nathaniela White’a, przyszła do restauracji hotelu, w którym pracowała, usiadła w najdalszym kącie sali i obserwowała gości, sącząc herbatę tak drogą, że za te pieniądze mogłaby gdzie indziej kupić cały obiad. Ona mogła sobie pozwolić jedynie na herbatę, choć głód skręcał jej trzewia, książka była jednak najważniejsza. Dla tej powieści zrobi wszystko, no, prawie wszystko, nawet jeśli przez najbliższych parę kwadransów będzie musiała znosić arogancję drania, który na nieszczęście okazał się jej szefem.

Patrick usiadł naprzeciw, kelnerkę, która odetchnęła z ulgą i usłużnie podsunęła mu kartę dań, odgonił machnięciem ręki, splótł dłonie pod brodą, po czym wbił nadal uważne, ale już nieco przyjaźniejsze spojrzenie w młodą kobietę o kasztanowych włosach i zielonych oczach.

– Jestem Patrick Carrera, jak mogłaś się domyś­lić – zaczął niskim, miękkim, zdecydowanie męskim głosem. – Przejrzyj menu. Na pewno coś dla siebie znajdziesz. Mamy świetnego szefa kuchni.

– Ma pan też świetny dar wydawania poleceń – odparła przekornie, otwierając menu.

– To rodzinne.

„Zapewne”, pomyślała. „Ceny też macie świetne. Albo więc od razu cię, bogaty dupku, uprzedzę, że stać mnie tylko na tę nieszczęsną herbatę, albo gdy przyjdzie do płacenia, spalę się ze wstydu, prosząc o pożyczkę”.

– Muszę się do czegoś przyznać – rzekła, powziąwszy nagle decyzję. – Nie przyszłam tu na obiad. Nie mam pieniędzy na wykwintne i drogie dania.

Skinął głową, jakby się tego spodziewał.

– To nie tak, jak pan myśli! – rzuciła z gniewem. – Nie chciałam zamówić, najeść się i zniknąć bez płacenia! Nie próbuję też łapać bogatych klientów!

„No pewnie, że nie”, zgodził się z nią w myślach. „Za grzeczną masz sukienusię. Sama też na dziwkę nie wyglądasz”.

– Czy ja choć słowem coś takiego sugerowałem? – zapytał retorycznie. – Wydało mi się jasne, że jesteś moim gościem, i zapraszam cię na obiad. Chciałbym tylko wiedzieć – uniósł nagle wzrok, wbijając ostre spojrzenie w twarz dziewczyny, a ona aż skuliła ramiona – jak masz na imię – dokończył i zaśmiał się krótko, złośliwie, widząc jej zmieszanie.

– Kayla Lesensky – odparła cicho, a potem dodała niemal szeptem, jakby to było przyznanie się do największego grzechu: – Jestem pisarką.

– Pisarką? – powtórzył, jakby sprawdzał smak tego słowa. – To wyjaśnia, czemu masz w oczach katastrofę, a na twarzy upór.

– To się nazywa obserwacja.

– Moim skromnym zdaniem to się nazywa głód.

Zaczerwieniła się. Nie była pewna, czy on mówi to dosłownie czy w przenośni, i tym coraz bardziej wyprowadzał Kaylę z równowagi.

– Więc?

– Potrzebowałam takiego wnętrza i takiego… – ugryzła się w język, żeby nie powiedzieć „faceta” – …kli­matu do książki.

– Jednym słowem przyszłaś mnie tu podglądać.

– Ja nie…! Okej, trochę tak. Podglądam ludzi zawodowo. Dopiję herbatę i znikam. Naprawdę nie chcę nadużywać pana dobrej woli.

– Mojej dobrej woli? – powtórzył rozbawiony i odchylił się na krześle, jakby cały świat miał dla spadkobiercy imperium czas. – A skąd wiesz, że ją w ogóle mam?

– Pozostała mi ta resztka wiary w świat i ludzi – odparła. – Może pan ją nazwać naiwnością. Przepraszam, nie powinnam była w ogóle tu przychodzić. – Głos się jej lekko załamał.

Wypiła filiżankę pysznego aromatycznego płynu trzema szybkimi łykami, rzuciła na stół banknot, ale zanim zdążyła zniknąć, Patrick przytrzymał stanowczo jej rękę i zmusił, by opadła z powrotem na krzesło.

– Po pierwsze, mów do mnie po imieniu. Po drugie, nalegam, byś zjadła ze mną ten cholerny obiad.

W następnej chwili patrzył z zadowoleniem, jak dziewczyna posłusznie otwiera menu.

– Co piszesz? Gdzie wydajesz? – zapytał bez ciekawości, bo znał odpowiedź. – Znam paru pisarzy, ale ich stać na jadanie w drogich restauracjach. Nawet codziennie mogą tutaj szukać „klimatu”. Ty wyglądasz, jakbyś mieszkała w samochodzie.

Mało nie upuściła filiżanki z herbatą.

– Jak… jak śmiesz?! Nic o mnie nie wiesz! Nie masz pojęcia, o czym mówisz!

– Zwykle mam – uciął. – Nie chciałem cię obrazić, po prostu jestem ciekaw, skąd to zagubienie w twoich oczach. Poza tym… – zawahał się na sekundę – rzadko spotyka się pisarkę, która używa kurtki jako poduszki. Sorry, widziałem cię parę dni temu na parkingu za hotelem. – W następnym momencie uniósł dłonie, widząc morderczy błysk w zielonych oczach. – Okej, okej, ty byłaś po prostu zmęczona, a ja wyciągnąłem pochopne wnioski.

Dziewczyna przez parę uderzeń serca wbijała jadowite spojrzenie w jego niewinnie uśmiechniętą twarz, walcząc z chęcią, by zetrzeć z niej ten uśmiech jednym uderzeniem pięści, ale w następnej chwili spuściła wzrok, palce zacisnęły się na serwetce. Bądź co bądź, facet miał rację.

– Tak naprawdę jeszcze niczego nie wydałam. Zaczęłam powieść, na której bardzo mi zależy, i potrzebuję… inspiracji. – „Takiej jak ty”, dokończyła w myślach i sama sobie wydała się w tym momencie żałosna.

Nie pasowała do tego miejsca! Na głupią herbatę ciułała przez cały tydzień, nie dojadając. Gdzie jej do świata bestsellerowych pisarzy i ludzi pokroju Patricka Carrery, którzy nawet nie wiedzą, ile ta herbata kosztuje, bo takich kwot po prostu nie zauważają? Ona od pięciu lat walczyła o każdy grosz. Brakowało jej pieniędzy na najprostsze potrzeby. Spłacić ratę kredytu i nie umrzeć z głodu – to wszystko, o czym dziś marzyła. Teraz doszło jeszcze: dokończyć książkę, jej własną książkę, i znaleźć wydawcę, który się nią zachwyci, a potem zachwyci książką Kayli świat.

Na razie jednak czekał ją wydatek, który przerastał skromny budżet dziewczyny: tani, używany laptop, bo ten, którym się posługiwała, zaczynał odmawiać posłuszeństwa. Gdy złom padnie, a ona straci wszystko, co stworzyła, chyba się załamie… Tak, trzysta dolarów na porządny sprzęt. O tym marzyła. Za to oddałaby duszę.

Zatopiona w niewesołych rozmyślaniach, pochwyciła uważne spojrzenie Patricka. Och, ten zarozumiały ulubieniec Losu nie miał pojęcia, co znaczy głód, fizyczny głód, od którego żołądek zwija się w ciasny, bolesny węzeł. Dziedzic fortuny Carrerów, od urodzenia opływający w dostatki, nie wiedział, jak to jest walczyć o przeżycie każdego dnia. On wyciągał rękę i dostawał wszystko, czego zapragnął, a czasem nie musiał się nawet wysilać na wyciąganie tej dłoni, bo rodzice wciskali mu pewnie prezenty i pieniądze, nawet gdy o to nie prosił. Zaś Kayla… nawet swoich rodziców nie znała.

Nagle poczuła pod powiekami piekące łzy. On nie może ich zobaczyć! Nie może się ich nawet domyślić! Przytknęła dłoń do oczu, by po chwili przywołać na twarz wymuszony uśmiech.

– Napiszę ją i pierwsze, co zrobię, gdy tylko stanie się bestsellerem, przyjdę tutaj, do twojej restauracji, na najdroższy obiad w historii – rzekła z pewnością, której nie miała w sercu.

– Oczywiście – zgodził się lekko. – Ale tymczasem ja ten obiad stawiam. Naprawdę wydajesz się… – „głodna”, chciał powiedzieć prosto z mostu, ale dokończył z lekką kpiną – …spragniona inspiracji. – Po raz nie wiadomo który wskazał kartę dań i dodał zachęcająco: – Częstuj się. Czego dusza zapragnie.

Uśmiechnęła się nieśmiało, a ten uśmiech rozpromienił jej szczupłą twarz, rozjaśnił zielone oczy. Mężczyźnie zaś przemknęło przez myśl, jak piękną byłaby kobietą, gdyby o siebie zadbała, gdyby nabrała pewności siebie, a z jej oczu zniknęłoby „przepraszam, że żyję”.

Gdyby Patrick mógł ją wykreować… O, to jest myśl! Nieprzyzwoicie bogaty, jedyny syn nestora rodziny, wywodzącego się z rodu włoskich książąt, mógł mieć wszystko, co tylko można kupić za pieniądze: najpiękniejsze wille w najpiękniejszych zakątkach Ziemi, najbardziej nadmuchane silikonem kobiety, najszybsze samochody i własny odrzutowiec, gdyby zapragnął przejąć ogromne imperium Carrerów. Jednego tylko nie mógł kupić: talentu pisarskiego, a własna książka, z jego imieniem i nazwiskiem na okładce, była cichym marzeniem Patricka Carrery, co właśnie sobie uświadomił.

„Cóż za problem?”, ktoś zapyta. „Zatrudnić ghost­writera i po sprawie”.

Jednak Patrick nie uznawał kompromisów. On musiał oddać siebie tej książce, tak jak oddawał się każdej sprawie, w którą się angażował. Tak jak całym sobą spełniał każde swoje marzenie: wszystko albo nic. Teraz miał przed sobą zabiedzoną dziewczynę, z siedem lat od siebie młodszą, choć z tym przygaszonym uśmiechem, zmęczeniem w oczach i przygarbionymi plecami wyglądała na znacznie starszą, i… pewna myśl chodziła mu po głowie: może on da jej to, czego ona potrzebuje, a w zamian dostanie to, o czym on sam marzy? Kayla o dziwnym, słowiańskim nazwisku, którego nie potrafił powtórzyć, nie machnie za niego książki, ale może zredagować, poprawić, uszlachetnić to, co Patrick napisze.

Nie wierzył w przypadki. Wierzył w przeznaczenie. Wszystko na tym świecie miało swój cel i swój sens. Nieprzypadkowo w ostatniej chwili odwołał lot do Australii, gdzie na polecenie ojca miał sprawdzić, jak idzie biznes w tamtejszych hotelach Carrera Residence. Nie przez przypadek, sfrustrowany swoją dezercją, postanowił się odstresować kieliszkiem dobrego starego porto w restauracji nowojorskiego hotelu i nie ot tak, bez sensu i wyższego celu, spotkał przy swoim stoliku początkującą pisarkę.

O ile ta dziewczyna rzeczywiście potrafiła sklecić choć jedno interesujące zdanie.

Trzeba się o tym przekonać.

– Masz przy sobie próbkę talentu? – zapytał, od niechcenia studiując kartę dań, bo i tak zamówi to samo, co za każdym razem: znakomite, najlepsze na świecie penne à la carbonara, które w tej restauracji przygotują tak, jak on, Patrick, lubi: z jedwabistym kremowym sosem, chrupiącymi kawałkami bekonu, świeżym ostrym parmezanem i na koniec startym czosnkiem i papryczką chilli.

– To, co zwykle, panie Carrera? – zapytał kierownik sali, który od dłuższej chwili czekał w dyskretnej odleg­łości na najmniejszy znak.

Patrick skinął głową, wpatrując się w dziewczynę, która najwyraźniej nie potrafiła się zdecydować. Rzeczywiście menu restauracji, która szczyciła się dwiema gwiazdkami Michelin, było imponujące.

– Dla mnie to samo – rzekła wreszcie słabym głosem, a potem przeniosła spojrzenie na Patricka, odpowiadając na zadane przed chwilą pytanie: – Mam, oczywiście, że mam. Nie dlatego, że liczę na…

– Nie gadaj, tylko dawaj – przerwał jej mało uprzejmie, jednocześnie zaciekawiony i zły na samego siebie, że wiąże z tą dziewczyną jakieś nadzieje. Mimo wszystko, nawet jeśli czeka go rozczarowanie co do niej, zyskał bezcenną wiedzę o sobie: pragnął napisać książkę. I to nie byle jaką książkę, którą ktoś tam – albo nawet on sam – wyda w kilku egzemplarzach, po czym rozda przyjaciołom i rodzinie, przepełniony dumą ze swojego nazwiska na okładce. Nie, on jak zwykle mierzył wysoko. Najwyżej. W pierwsze miejsce bestsellerów „New York Timesa”.

Kayla sięgnęła do przepastnej torby, po czym podała mężczyźnie plik kartek. Bez słowa zaczął czytać i, jasny szlag!, wciągnęło go od pierwszego akapitu, niemal pierwszego zdania! Historia zaczynała się intrygująco: trzy pisarki, trzy bestsellery i tylko jedno miejsce na podium. A każda z nich gotowa na wszystko…

Książka kończyła się zbyt szybko. Na pierwszym rozdziale. Podniósł na autorkę zawiedzione spojrzenie. Czekała z zapartym tchem na werdykt i to… rozbroiło Patricka.

Do rodzinnego domu zapraszano tylko tych, którzy osiągnęli sukces: nagradzanych reżyserów, uwielbianych aktorów, polityków znanych na całym świecie, sportowców, wreszcie pisarzy z pierwszych miejsc list bestsellerów. Ci ostatni byli zblazowanymi, zarozumiałymi i żądnymi pochwał „literatami”. Bez względu na to, jaki gniot wciskali publice, która kupowała ich „arcydzieła”, i krytykom, którzy się nimi zachwycali, oni mieli o sobie wysokie mniemanie: byli twórcami, kreatorami światów, którym taki Patrick i jego rodzina mogą buty czyścić. Talent od Najwyższego dostaje przecież nie byle kto. Tymczasem miał przed sobą autorkę wciągającej, genialnie napisanej historii, która czekała w napięciu na jego opinię.

– Chętnie przeczytałbym więcej – rzekł, widząc głód pochwały w jej oczach.

Westchnęła, rozczarowana. Zmalała.

– Więcej nie ma. Potrzebuję…

– Wiem, wiem, inspiracji. – Machnął od niechcenia ręką, jakby inspiracje serwowano tutaj na przystawkę. – Będziesz ją miała. Do woli. Masz house account w tej restauracji i wszystkich innych należących do mojej rodziny.

„Zaproszenie na rachunek domu”? Uniosła brwi w niemym zdumieniu, Patrick zaś mówił dalej:

– Początek jest dobry. Bardzo dobry. Czytam niewiele, zwykle podczas podróży, bo na co dzień czasu mi brak na książki, ale tę przeczytałbym od deski do deski, a na koniec zerknąłbym, kto napisał tak wciągający kawałek prozy, i zaproponował umowę na parę następnych tomów.

Patrzył, jak ta niepozorna dziewczyna rozpromienia się z każdym jego słowem, i sprawiało mu to taką samą przyjemność, jak jej słuchanie przychylnej recenzji. Nie były to puste frazesy chwalące urodę, nowe piersi czy przedłużane włosy. Było to docenienie talentu. Diamentu, który już teraz, dziś, wymagał jedynie oszlifowania, by zmienić się we wspaniały brylant.

– Mówisz serio czy chcesz mnie przelecieć? – rzuciła, patrząc na niego poważnie swoimi wielkimi oczami, zielonymi niczym wiosenny liść.

Tym razem to on uniósł brew i… roześmiał się. Gard­łowo. I tak seksownie, że Kayla mimo wszystko, mimo tego, co myślała o facetach, poczuła, jak jego śmiech budzi coś, co powinno pozostać uśpione.

– Myślisz, że wyrywam laski na tanie komplementy? – zapytał w następnej chwili, poważniejąc.

– Ty nie musisz – odparła cicho. – Więc naprawdę podoba ci się to, co napisałam? – dodała i ponownie rozpromieniła się niczym małe słońce, które nagle rozjaśniło ciemny kąt restauracji.

Fascynowało go to, jak potrafił rozpalić i zgasić w niej światło. Jednym słowem, jednym zdaniem, jednym gestem. Kobiety, które spotykał do tej pory, były takie jak on – piękne, pewne siebie, bogate, mające życie u swoich stóp. Albo takie, które pragnęły zgarnąć dla siebie choć trochę jego bogactwa, jego blichtru. Poza krąg światła, który go otaczał ochronnym kokonem, Patrick nie sięgał, bo doprawdy nie czuł takiej potrzeby. Nie był ślepcem, nie był głupcem. Wiedział, jak w rzeczywistości wygląda świat i w jakiej nędzy żyją ludzie niebędący półbogami, jak on. To mu wystarczało.

Od czasu do czasu stykał się z tą drugą, brudną, okrutną stroną życia. Ale z własnej woli. Na włas­ne życzenie. Zderzenia z chorą rzeczywistością miał potem dosyć na tyle, by się z niej wyleczyć, żeby o niej zapomnieć. Wrócić do swojego świata pełnego pięknych ludzi i pięknych miejsc. Tamten drugi zostawiał za sobą, zmywając go w łazience apartamentu na ostatnim piętrze nowojorskiego Carrera Residence. I nagle do jego świata wkracza kobieta, która nie powinna się tu znaleźć, a on, Patrick, na to pozwala. Więcej: zachęca ją do tego. Pragnie tego. Czyżby rzeczywiście stawał się zmanierowanym pasożytem, jak w chwilach gniewu wyrzucał mu ojciec? Gdyby tylko stary dobry Matteus Carrera wiedział, czym od czasu do czasu zajmuje się jego jedyny syn… Patrick uśmiechnął się do siebie w duchu i spojrzał na wyczekującą jego słów kobietę.

– Masz rację. Ja nic nie muszę. Mam wszystko.

– Dlaczego więc tracisz swój bezcenny, jak mniemam, czas na rozmowę z kimś takim jak ja? – zapytała zaczepnym tonem.

– Powinienem powiedzieć „prawie wszystko”. Ty masz to, czego ci zazdroszczę – przyznał, z nonszalancją wzruszając ramionami.

„Czyli?!” – zdawały się krzyczeć jej oczy.

– Masz potencjalny bestseller – rzekł lekko.

Powinien był powiedzieć „masz wyjątkowy talent”, ale aż tak rozpieszczać nieznajomej dziewczyny nie zamierzał.

– Czy raczej pierwszy i, o ile dobrze rozumiem, jedyny jego rozdział – sprecyzował zimno.

– Napiszę więcej. – Wzruszyła ramionami.

– Skąd ta pewność? A jeśli się okaże, że jesteś pisarką jednego rozdziału?

Podniosła na niego pociemniałe nagle oczy. Nie było w nich ani odrobiny blasku sprzed paru chwil.

– Pisanie jest dla mnie jak oddech. Nie potrafiłabym bez niego żyć.

– Masz więcej tak dobrych pierwszych rozdziałów? – zakpił.

Widząc jednak, jak Kayla zaciska zęby i mruży zielone oczy, niczym kotka, która za chwilę wbije ci pazury w dłoń, uniósł ręce w geście kapitulacji.

– Sorry, oczywiście, że masz szuflady pełne bestsellerów. Próbowałaś znaleźć wydawcę? Mógłbym cię skontaktować albo sam zainwestować w wydanie i promocję…

Mówił dalej, lecz Kayla już nie słuchała, wpatrując się we własne zaciśnięte na serwetce palce. Jeszcze parę lat temu marzyłaby o takim szczęściu. O spotkaniu kogoś, kto zachwyciłby się jej książką, kto wykrzyknąłby: „Masz potencjalny bestseller! Pomóc ci z wydaniem?”. Ale wiedziała, że mężczyzna, którego miała przed sobą, nie wyda jej książki, nie pchnie jej na szczyty list bestsellerów, nie pomoże Kayli zaistnieć w świecie uwielbianych pisarek, o którym marzyła od najmłodszych lat. Nie sprawi, że Kayla wreszcie poczuje się kimś wartoś­ciowym, kimś ważnym choćby dla czytelniczki, która sięgnie po jej powieść, zachwyci się i zapragnie więcej. Nawet nie dlatego, że Patrick nie potrafiłby – za pieniądze można przecież wszystko – ale dlatego, że Kayla nie mogła na to pozwolić.

Poczuła łzy pod powiekami i znużenie tak straszne, że zapragnęła podziękować za obiad, wstać i wyjść. Pobiec do samochodu, zaszyć się w jego przytulnym wnętrzu i płakać dotąd, aż zabraknie łez. A potem skasować plik z pierwszym rozdziałem i zapomnieć o marzeniu, które jeszcze długo się nie spełni, bo pewna znana na całym świecie pisarka na to nie pozwoli…

Lecz kiedyś przyjdzie dzień, w którym Kayla będzie mogła pokazać światu swoją powieść. Swój „Bestseller”, bo tak właśnie ją zatytułuje. Do tego czasu będzie pisać, pisać i pisać. Aż do bólu palców, oczu i… serca.

Poderwała się z miejsca tak gwałtownie i cisnęła serwetkę, którą do tej pory mięła w dłoniach, na stół z taką pasją, aż Patrick drgnął zaskoczony.

– Przepraszam, nie jestem głodna. Muszę iść – wydusiła.

Szybkim krokiem ruszyła do wyjścia, zanim otrząsnął się z zaskoczenia i zdołał ją zatrzymać, lecz nagle stanęła w pół kroku, zawróciła biegiem i rzuciła do skonsternowanego mężczyzny:

– Powinieneś przeczytać mój raport. Jest ważny.

– Jaki raport? Dałaś mi pierwszy rozdział… – zaczął zdumiony, ale ona już biegła z powrotem do wyjścia, już znikała za drzwiami restauracji.

ROZDZIAŁ II

Wypadła na ulicę i czując słabość ogarniającą całe ciało, oparła się o marmurową kolumnę. Przez parę chwil łapała powietrze jak po głębokim zanurzeniu. Wreszcie potrząsnęła głową, by odzyskać jasność myślenia, i ruszyła w kierunku bocznej ulicy, gdzie znajdowały się wejście dla personelu hotelowego, a także windy na trzynaste piętro, gdzie mieściły się biura.

Można było dostać się do nich z holu, ale ostatnie, o czym Kayla w tej chwili marzyła, to spotkanie tam Patricka Carrery. Zbłaźniła się w oczach szefa wystarczająco. Potraktowała go niegrzecznie, wręcz po chamsku. On zachował się wielkodusznie, wybaczył zajęcie swojego miejsca, zaprosił na obiad, szczerze pochwalił początek powieści, a Kayla bez słowa wyjaśnienia uciekła… Tak właśnie: uciekła jak przygłupia, niewychowana smarkula. Ech, ależ była w tej chwili na siebie wściekła!

„Zachowałaś się jak nawiedzony Kopciuszek, a nie zrównoważona, szanowana księgowa, którą pragniesz zostać”, prychnęła w duchu, wyszła z windy, ruszyła między rzędami ciasnych boksów do swojego stanowiska i… stanęła jak wryta.

– Szef cię szukał – szepnęła Viola, przechodząc obok Kayli, która z rosnącym przerażeniem wpatrywała się w stojące na biurku pudło.

Karton wypełniały rzeczy należące do Kayli, a to mogło oznaczać tylko jedno: została zwolniona. Musi opuścić biuro teraz. Natychmiast.

– Ach, jesteś wreszcie – usłyszała za plecami głos Moshe Schtielgera.

Odwróciła się powoli, stając twarzą w twarz z przełożonym.

– Zwalnia mnie pan? Dlaczego? Dawałam z siebie wszystko. Pracowałam po godzinach – głos zaczął się jej łamać.

– Tylko bez histerii – rzucił zimno mężczyzna. – To nic osobistego. Przyszło polecenie z góry, żeby zredukować etaty, a że jesteś w zespole najkrócej…

Urwał pod jej niedowierzającym spojrzeniem. Pracowała tu od trzech lat. Połowa dziewczyn miała krótszy staż niż ona! Co jest grane?

– Sorry, Kayla, ale decyzja zapadła. Żebyś jednak Carrera International dobrze wspominała, zapłacimy za resztę miesiąca, damy dobre referencje. Jesteś zdolna i pracowita. Poradzisz sobie.

Uniósł dłoń, żeby poklepać ją krzepiącym gestem po ramieniu, ale odsunęła się gwałtownie. Powinna spróbować… prosić tego bydlaka… błagać, by cofnął decyzję. Rozpaczliwie potrzebowała tej pracy! Lecz nagle zrozumiała i serce zamarło jej na moment.

„Raport. Wyrzuca mnie przez raport!”

Poczuła zimny dreszcz spływający po kręgosłupie, bo jeśli dobrze zgadła, to dane, na które zwracała w tym raporcie uwagę, nie były błędem systemu, nie były niczyją pomyłką. A jeśli były prawdziwe, mężczyz­na, który dostał raport do ręki jako pierwszy, Moshe Schtielger właśnie, cóż… chyba powinien zgnić w więzieniu. I to nie byle jakim. Federalnym.

Spojrzała Schtielgerowi prosto w oczy. „Ty wiesz, że ja wiem”. Odwrócił wzrok, postukał palcem w zegarek tak drogi, że Kayla nigdy takich pieniędzy nie miała w rękach, a potem syknął:

– Jestem spóźniony. Idź już. I… Kayla, podpisałaś klauzulę poufności, ostrzegam więc z dobrego serca – zniżył głos tak, że tylko ona mogła słyszeć – jeśli chlapniesz coś, gdzie nie trzeba i komu nie trzeba, skończysz na śmietniku. Historii.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

ROZDZIAŁ I

ROZDZIAŁ II

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Epigraf

Meritum publikacji