Banda z Burej. Tajemnica fałszywego Mikołaja - Magdalena Witkiewicz - ebook + audiobook

Banda z Burej. Tajemnica fałszywego Mikołaja ebook i audiobook

Magdalena Witkiewicz

4,6

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Nowi bohaterowie!

Nowe tajemnice!
Ta sama banda z Burej!

Gdy pierwsze płatki śniegu przykryją miasteczko, a zapach pierników rozniesie się po okolicy, banda z Burej będzie musiała rozwikłać nową zagadkę!

Zbliża się Boże Narodzenie, a rezolutna grupa dzieciaków znów ma ręce pełne roboty. Ktoś pozbywa się starych książek, dom babci Jasi grozi zawaleniem, a w okolicy pojawia się aż dziesięciu Świętych Mikołajów!

Banda z Burej szuka, dopytuje i przepytuje, by odkryć tajemnicę skrytą między stronami porzuconych encyklopedii i tomików wierszy. Gdzie skrywa się prawda? I czy źli ludzie mogą być tak naprawdę tymi dobrymi? 

Banda z Burej. Tajemnica fałszywego Mikołaja to zabawna i pouczająca historia o tym, że jeśli bardzo mocno się postaramy, to wszystkie marzenia się spełniają!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 93

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 2 godz. 30 min

Lektor: Magdalena Witkiewicz

Popularność



Podobne


RedakcjaAnna Sakiewicz
KorektaBożena Sigismund
Projekt graficzny okładkiŁukasz Silski
Skład i łamanieAgnieszka Kielak
IlustracjeŁukasz Silski
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2020 © Copyright by Magdalena Witkiewicz Warszawa 2020
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66644-22-9
Wydawca Agencja Wydawniczo-Reklamowa Skarpa Warszawska Sp. z o.o. ul. Borowskiego 2 lok. 24 tel. 22 416 15 81 03-475 [email protected]
Konwersja: eLitera s.c.

Dla Mirka Janika, który był inspiracją do postaci Mańka.

(Bo Mirek też umie naprawić WSZYSTKO i to właśnie Mirka wszystkie popsute przedmioty proszą „dotknij mnie”.)

ROZDZIAŁ PIERWSZY

W KTÓRYM POZNAJEMY BABCIĘ JASIĘ I LEGENDĘ ORAZ OKAZUJE SIĘ, ŻE ISTNIEJE DLA NAS SZANSA W KWESTII MĄDROŚCI

Mam na imię Julka. I mieszkam w Dziurze. Ale to brzmi, prawda? Tak naprawdę nasze miasteczko nazywa się zupełnie inaczej, ale Wiktor, mój kolega, kiedyś się wygadał, że cała jego rodzina mówi o naszym miasteczku po prostu „Dziura”. I tak już zostało.

Nie ma na myśli nic złego. Wzięło się to stąd, że gdy jego tata pokazywał mu, gdzie będą mieszkali – bo Wiktor mieszka tu od niedawna – ktoś zbyt mocno docisnął ołówek na mapie i zrobiła się wielka dziura.

No i my wszyscy też przez to mówimy, że mieszkamy w Dziurze. I bardzo nam się to podoba. Nam, czyli przyjaciołom z #burateam.

Do #burateam należą Wiktor, Jurek, Tymon i ja, czyli moi znajomi.

Babcia Jasia (nie dlatego, że ma wnuka Jasia, ale dlatego, że nazywa się Janina) mówi o nas „banda z Burej”. Ale to pewnie dlatego, że ona nie ma Internetu, Snapchata, Instagrama i nie używa hashtagów. Kiedyś to babcia Jasia nie wiedziała nawet, co to są hashtagi, ale oczywiście jej to wytłumaczyliśmy.

Ale od początku, bo jak na razie to nic nie wiecie o mnie, oprócz tego, że mieszkam w Dziurze, która wcale dziurą nie jest, i jestem członkiem jakiejś bandy, która jest na ulicy Burej. I jeszcze wiecie, że jest babcia Jasia, która tak naprawdę wcale nie jest moją babcią, nie jest też babcią jakiegoś Jasia, ale jest babcią całego miasteczka. No wiem, że to jest niemożliwe, żeby jedna drobna, siwa kobiecina (mój tata mówi „kobiecina”, a moja mama wtedy bardzo się denerwuje, zupełnie nie wiem dlaczego) była babcią wszystkich w mieście, ale ona jest babcią przyszywaną. Znaczy nieprawdziwą.

Jak byłam mała, mówiłam, że to „babcia zaszyta”. I jakimś dziwnym trafem potem już wszyscy tak mówili na babcię Jasię. Ona nie ma swoich prawdziwych wnuków i całe miasto sobie ją wybrało na babcię i – jak to mówi mama – ona wszystkim babciuje od zawsze.

Mnie to się czasem wydaje, że babcia Jasia już urodziła się jako babcia. Mój rozsądek jednak mówi mi, że to niemożliwe, bo przecież babcia ma siwy kok i okulary, a niemowlaki nie mają siwych koków. Ale naprawdę wyobrażam sobie taką małą babcię Jasię z siwym kokiem, okularami i z różowym smoczkiem. Bo jedyny kolor, jaki babcia Jasia uznaje, to jest różowy. Zupełnie inaczej niż moja prawdziwa babcia, której już za bardzo nie pamiętam i która pilnuje nas gdzieś z nieba. Bo ta prawdziwa babcia kochała kolor fioletowy i na taki też kolor pomalowała nasz dom. Znaczy dziadek pomalował, bo babcia była damą i jej ręce nie skalały się żadną robotą. Tak mówił tata, ale tylko wtedy, gdy nie słyszała mama.

Dom jest bardzo fioletowy. Najbardziej fioletowy, jak się da. Oczywiście wszyscy mają dość tego koloru, ale wszyscy się boją babci. Ja nie rozumiem, jak można bać się babci, przecież jej tutaj z nami nie ma na ziemi, ale nikt nie ma odwagi przemalować naszego domu na jakikolwiek inny kolor. No i stoi taki jeden okropnie fioletowy dom. Najbardziej fioletowy na świecie.

Babcia Jasia znała moją prawdziwą babcię. Kiedyś mi opowiadała, że gdy były młode, obie chodziły na potańcówki do Gwiazdy Morza. Tak się nazywa restauracja w Dziurze. Oczywiście nie mamy blisko żadnego morza, ale mama opowiadała mi, że ta restauracja była kaprysem dziadka Tymona, naszego kolegi. Ten jego dziadek był z kolei zakochany w jego babci, a babcia była znad morza i wybrała skromne życie w Dziurze u boku spokojnego i dobrego człowieka, czyli dziadka Tymona, zamiast wystawnego życia u boku jakiegoś okropnie bogatego, brodatego i wytatuowanego marynarza.

Skomplikowane. W ogóle babcia Jasia mówi, że wszystkie sprawy, gdzie w grę wchodzi miłość, są skomplikowane i nie należy zaprzątać sobie nimi głowy, bo potem z tego wynikają same problemy.

W każdym razie chyba wszystkie babcie świata chodziły razem na te imprezy do Gwiazdy Morza. Jedna miała różową sukienkę, a druga fioletową. Bardzo jestem ciekawa, jaki był ulubiony kolor babci Tymona, bo mogło to wyglądać całkiem fajnie, jakby sobie wyobrazić je takie kolorowe. Nadal nie mogę oprzeć się temu, co mi wyobraźnia podpowiada: dwie, trzy albo nawet piętnaście babć, wszystkie oczywiście z siwymi koczkami, idących na potańcówkę. Oczywiście wiem, że pewnie były czasy, gdy one nie miały koczków. Babcia Jasia nawet opowiadała, że miała kiedyś kruczoczarne warkocze, ale nie potrafię sobie tego wyobrazić.

Babcia Stenia, czyli moja babcia, poderwała na tej potańcówce swojego męża, który naprawdę był bardzo bogaty i dlatego babcia nie musiała się kalać żadną robotą. To znaczy, że nie musiała pracować. Tata mówi zawsze, że mama ma to po niej. Tylko tata jest mniej bogaty i mama musi pracować. Jednak gdy tata tak mówi, mama się denerwuje, a potem nie odzywa się zupełnie do taty i tylko we dwie chodzimy na pizzę do Gwiazdy Morza. Tata je na obiad kanapki albo szprotki z puszki, a kilka dni później przynosi bukiet kwiatów, rodzice się całują, chichrają i znowu są obiady w domu. Ja nawet lubię tę pizzę, więc za bardzo nie narzekam. No, może jak pierwszy raz się tak stało, to się denerwowałam, ale teraz to już po prostu wiem, że będzie pizza, kwiaty, pocałunki, śmiech i potem wszystko wróci do normy.

Ale ja miałam opowiedzieć o potańcówce! Moja babcia, babcia Stenia, poznała tam dziadka Józka. I krążą LEGENDY, że babcia Jasia też tam kogoś poznała. Tylko babcia Jasia, gdy ją o to pytamy, zamyka się w sobie i mówi do nas:

– Kochane dzieciaczki, zmykajcie do domu, ja już stara i zmęczona jestem. I nic nie pamiętam. Nic. No, zmykajcie.

Wtedy oczywiście zmykamy.

Ale to jest nieprawda. Babcia Jasia pamięta WSZYSTKO. Naprawdę. Ona ma taki mózg, że hej! Nawet chyba lepszy od Wiktora, mojego kolegi. Pamięta wszystko, co jej opowiadaliśmy. Zna każdego naszego nauczyciela. Oprócz tego, że zna go z naszych opowieści, to jeszcze zna go z czasów, jak był „taki malutki”.

– Jan Leszczyński? Od historii? I ty się go boisz, Juleczko? – zdziwiła się kiedyś. – Jasia to ja pamiętam. Taki mały ganiał, zawsze zasmarkany i z rozbitym kolanem. I ryczał. Oj, jak ryczał! Nikt go nie potrafił uspokoić, tylko ja. Pieluchy mu zmieniałam!

Od razu inaczej patrzyłam na pana Jana. Wydawał mi się mniej groźny. Może przez te pieluchy albo ten zasmarkany nos. Kiedy stał i marszczył groźnie czoło, a nawet pokrzykiwał, to dużo łatwiej było to znieść, jak sobie człowiek wyobraził go w krótkich spodenkach i z obtartym kolanem. Nie mówiąc o pieluchach.

No co ja mogę, że nie umiem się nauczyć historii? Mogę liczyć, obserwować pod mikroskopem różne organizmy, ale jak ktoś mi każe wkuwać daty, to natychmiast się denerwuję. Albo zamykam w sobie, zupełnie jak babcia Jasia.

Ja wiem, że historia jest potrzebna, bo przecież nawet napisałam na pierwszej stronie zeszytu: „Uczymy się o przeszłości po to, by lepiej rozumieć przyszłość”. I powiem wam, że dopiero gdy poznałam całą historię babci Jasi i na własne oczy ujrzałam, do czego ta historia doprowadziła, to ja naprawdę inaczej na wszystko patrzę. I staram się dbać o swoją teraźniejszość, by była fajną przeszłością i by dzięki temu moja przyszłość mogła być dobrze zaplanowana.

Chyba znowu zamieszałam... Bo pewne rzeczy najlepiej sobie narysować.

Chodzi o to, że to, co dzisiaj jest teraz, jutro będzie już przeszłością. I nie będzie można nic zmienić, ale można zrobić to teraz.

Babcia Jasia nam zawsze tak mówi. Ona to jest bardzo mądra. Naprawdę.

***

– Teraz to ja jestem bardzo mądra – powiedziała kiedyś babcia Jasia, wymachując szydełkiem. Bo babcia Jasia robi cudne rzeczy szydełkiem. – Kiedyś nie byłam taka mądra i są tego skutki. – Wzruszyła ramionami.

Popatrzyliśmy wtedy na nią zdziwieni. Wydawało nam się to niemożliwe, że babcia kiedyś nie była mądra. Nikt z naszej #burateam tego nie powiedział na głos, ale z pewnością każdy pomyślał, że skoro babcia była kiedyś niemądra, a teraz jest bardzo mądra, to jest jeszcze dla nas jakaś nadzieja. Nawet jeżeli mamy tróję z historii.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki