Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Wracają bohaterowie, których nie da się nie pokochać!
Michałek i jego banda znów są gotowi na wszystko: tropienie podejrzanych typów, nocne wyprawy do lasu, walkę z warzywną piramidą żywienia i starcia z własną wyobraźnią. Gdy w grę wchodzą tajemnice, strach i wielkie emocje – wiadomo, że zacznie się prawdziwa przygoda!
„Banda Michałka powraca” to ciepła, błyskotliwa i przezabawna opowieść o grupie dzieci, które patrzą na świat zupełnie inaczej niż dorośli. Z niezwykłą szczerością, humorem i dziecięcą logiką próbują zrozumieć codzienność, a przy okazji wpadają w sytuacje, od których trudno się oderwać.
Dynamiczne dialogi, świetne poczucie humoru i bohaterowie z charakterem sprawiają, że książka bawi, wzrusza i przypomina, jak wielką siłę mają przyjaźń, odwaga i wspólne przeżywanie przygód.
Idealna lektura dla młodych czytelników, którzy lubią historie pełne śmiechu, emocji i nieoczekiwanych zwrotów akcji.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 207
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
BANDA MICHAŁKA POWRACA
Mojemu Mikołajowi, bez którego ta książka nigdy by nie powstała
Mam na imię Michałek. Mówiłem wam już chyba, że moje imię wzięło się z łakomstwa. Mama, gdy była ze mną w ciąży, objadała się czekoladowymi cukierkami. W domu wszędzie walały się papierki po Michałkach. Pewnego dnia tata zawołał: „Dobrze! Wygrałaś! Jeśli będzie chłopak, damy mu na imię Michałek”. Mama zrobiła niewinną minę – jak opowiadała mi babcia – i zatrzepotała rzęsami. Wiecie, jak to się robi, prawda? Moje koleżanki w klasie są w tej dziedzinie specjalistkami, trzepoczą na wyścigi. No i mama zatrzepotała i uśmiechnęła się czule do taty, kiwając wolno głową. Sprawa była przesądzona. I dziwnym trafem papierki zaczęły trafiać do kosza.
Dom, w którym mieszkam, stoi przy Placu Wilsona na warszawskim Żoliborzu. Wygląda jak podkowa albo lądowisko dla kosmitów. Lubimy z bandą wyobrażać sobie, że kiedyś, kiedy ludzie zmądrzeją i przestaną tak się bez przerwy zbroić, kosmici zdecydują się nas odwiedzić. I wylądują właśnie tutaj, w ogrodzie wśród drzew.
Kamienica położona jest w miejscu, gdzie spotyka się trzech wieszczów: Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki i Zygmunt Krasiński. Dlatego w naszym domu mieszkają pisarze. Tacy prawdziwi. Banda liczy na to, że zostanę kiedyś laureatem literackiej Nagrody Nobla. Mówią, że jestem na to skazany, bo dostaję szóstki z wypracowań. Ale zaraz! Nie powiedziałem wam jeszcze nic o naszej bandzie. To moi najlepsi przyjaciele: Jerzyk, Rysio, Filip, Franciszek zwany Drzewkiem, Mateusz, który woli być Krystianem, Hubert i… Marysia. Warta tyle, ile każdy chłopak. Może być więc i na początku, i na końcu listy, to bez znaczenia. Nie trzepocze rzęsami i jest najlepszą pływaczką na świecie. No, może trochę przesadzam, ale my, banda, mamy o sobie jak najlepsze zdanie. Jako klasa sportowa stale coś robimy, doskonaląc nie tylko swoje umysły, ale też ciała. Trenujemy pływanie i łucznictwo.
Tata twierdzi, że łucznictwo wymaga wielkiego skupienia. Czasem więc zamiast wypuścić strzałę, stoję przed tarczą i skupiam się bez końca. Trener denerwuje się wtedy, więc proponuję mu, aby poczytał sobie książki o moim idolu Robinie z Sherwood. I zaczynamy się śmiać. To nasz rytuał. Rytuał to coś takiego, co lubimy powtarzać i jest dla nas ważne.
Mam też siostrę Julię. Czasem nawet mnie to cieszy, choć prawdę mówiąc, częściej złości, bo są z nią same problemy. Ciągle gada przez telefon, trajkocze jak najęta o modzie, o fryzurach, a czasem o filmach czy książkach, i wtedy bardzo się wymądrza. Najbardziej nie lubię, jak mierzwi mi włosy i łapie mnie za nos, twierdząc, że jestem dzieciakiem. Ona ma szesnaście lat, a ja prawie dwanaście. Co to za różnica? W związku z niewątpliwą urodą Julii – jak wyraził się na jej temat Hubcio, który jest poetą – ciągnie się za nią tabun chłopaków. Nie jest to takie złe, bo często proszę mnie o przysługi w zamian za gumę do żucia albo figurki do malowania. Jeden posunął się nawet do tego, że ofiarował mi lorda Wadera, co prawda z ułamaną ręką, ale zawsze. Proszą, abym mówił o nich same dobre rzeczy. Zdradzam od czasu do czasu Julce, że chcą o niej wszystko wiedzieć, bo liczę, że opowie mi coś specjalnie dla nich, ale ona tylko śmieje się i puka w głowę. Chyba nie ma serca. Dwóch to się nawet o nią pobiło, bo jeden twierdził, że jest podobna do jakiejś gwiazdy rocka, a drugi uważał, że nie ma na świecie podobnej do niej dziewczyny. Całe szczęście, że my w bandzie jesteśmy normalni.
Poznaliście już prawie całą moją rodzinę. Tata przeczytał wszystkie książki świata i jest tak mądry jak czarodziej Gandalf z Władcy Pierścieni. Mama ciągle się o nas martwi i pracuje razem z tatą, a czasem sama, nad jakimiś scenariuszami i książkami. Mieszka też z nami babcia pływaczka. Ma na imię Katarzyna. Jest niezłomna i uparta, jak wszystkie kobiety urodzone przed wojną. Wiem coś na ten temat, bo podsłuchałem rozmowę sąsiadek. Pani Leokadia, która ma psa Pima, twierdzi, że babcia zastrzeliła Niemca, gdy była małą dziewczynką. Jednak nikt tego nie potwierdził, a że sąsiadki lubią plotkować, to nie wiem, jak było naprawdę. Tata powtarza, że babcia została zrobiona z przedwojennego materiału. Nie do końca rozumiem, o co chodzi, bo przecież to żywa osoba, ale nie wypytuję, bo a nuż jest kosmitką albo ma siedem żyć jak kot. I co wtedy? Kim ja bym się okazał?
Opowiem wam więc o naszej paczce, która ciągle coś wymyśla i wynikają z tego same problemy. Nie zapomnę też o naszym domu, który kryje wiele tajemnic.
Dzisiaj w szkole pojawiło się dwoje strażników miejskich. Szli korytarzem jak w filmie W samo południe, nie mieli jednak rewolwerów. A jeśli mieli, to dobrze ukryte. Byli to kobieta i mężczyzna. Marysia twierdzi, że nie ma się co dziwić, to oczywiste, bo obowiązuje zasada równości płci. Przecież oboje walczą z przestępczością. Nasza przyjaciółka jest taka mądra, bo jako jedyna uważała na lekcji, na której nasz pan od historii, w tym wypadku współczesnej, mówił o równości. My, chłopaki, wolimy raczej lekcje o rycerzach albo o drugiej wojnie światowej.
Strażnicy miejscy szli więc korytarzem naszej szkoły, świeciło słońce i wszyscy się za nimi oglądali. Wreszcie dotarli do sali gimnastycznej i zniknęli w otwartych szeroko drzwiach, które energicznie za sobą zatrzasnęli.
– Ciekawe, po co przyszli… – zamyślił się Jerzyk.
Miał co nieco na sumieniu, bo ostatnio wlazł na drzewo sąsiada, aby zajrzeć do gniazda, a sąsiadka z wilii obok myślała, że chce ją podglądać. Wszyscy się z Jerzyka śmiali, najgłośniej Drzewko, do chwili kiedy Filip powiedział, żeby stulił gałęzie i przestał tak szumieć.
– Pewnie ktoś coś zbroił – zgadywał Hubcio. – Wybita szyba, palenie papierosów w łazience…
Papierosy były poważnym problemem, bo dwóch chłopaków z równoległej klasy zapaliło niedawno w łazience i od tego czasu pani woźna wpada niespodziewanie do środka w najmniej odpowiednich momentach. Nie znaczy to, że ktokolwiek z nas pali, ale czasem wymieniamy się naklejkami, ustalamy ważne sprawy, uczymy się – jak to w łazience – i nikt nie lubi, aby mu przeszkadzać.
Okazało się jednak, że wcale nie chodzi o papierosy ani o szybę. Gdy tylko przekroczyliśmy próg klasy, nasza pani powiedziała, że mamy bardzo ważne spotkanie w bardzo ważnej sprawie. Zapędzono wszystkich uczniów do sali gimnastycznej, gdzie czekali już na nas strażnicy miejscy. Była z nimi nasza pani psycholog, która miała fryzurę, jakby ktoś wrzucił pocisk w sam środek ptasiego gniazda. Pewnie była z wizytą w zakładzie fryzjerskim obok naszego domu. Wszystkie panie (starsze i młodsze) wychodziły stamtąd identycznie uczesane. To nas, niestety, tak rozśmieszyło, że zaczęliśmy rechotać, i wtedy pan ze straży miejskiej westchnął i zagroził, że da nam mandaty. No i zapadła cisza jak makiem zasiał.
– Moi kochani… – zaczęła pani psycholog. – Zaprosiliśmy was tutaj…
Jeśli dorośli mówią „moi kochani” i „zaprosiliśmy was tutaj”, to nie jest dobrze. Pewnie znów ktoś włamał się do pokoju z mapami i zabawił się w malarza. Ostatnio na wszystkich morzach pojawiły się serca przebite strzałą. Pani psycholog zrobiła wtedy śledztwo wśród dziewczyn, aby dowiedzieć się, która z nich jest nieszczęśliwie zakochana, ale okazało się, że to był chłopak z innej budy i że rzeczywiście miał problem uczuciowy. Zakradł się po południu do szkoły i dał w ten sposób wyraz swojemu nieszczęściu. Plotka głosi, że jest zakochany w Marysi, ale nie wolno przy niej o tym mówić, bo bardzo się denerwuje. Wiemy jednak, że dostawała przez tydzień esemesy z nieznanego numeru, w których ktoś wyznawał jej miłość. Jerzyk podejrzał i zrobiła się awantura.
– Rozumiecie więc, że sprawa jest poważna… – usłyszałem głos pana dyrektora i dotarło do mnie, że na chwilę się wyłączyłem.
– Co się dzieje? – spytałem Karolinę, która zawsze wszystko wie.
– No jak to co? – zdziwiła się, patrząc na mnie jak na kosmitę. – Dowiemy się, jakie niebezpieczeństwa czyhają na nas poza szkołą.
To było coś nowego, więc nie mogłem się już doczekać.
– Jeśli ktoś zaczepi nas na ulicy i będzie chciał zaprosić do domu na cukierki, to co zrobimy? – spytał niespodziewanie pan ze straży miejskiej.
– A lubi pan cukierki? – spytał Krzyś.
– Jak to czy lubię? – zdziwił się strażnik.
– No, powiedział pan, że „ktoś zaczepi nas na ulicy”, a przyszedł pan z panią strażniczką. Myślałem, że chodzi o pana i tę panią, z którą pan przyszedł. – Krzyś był jeszcze bardziej zdumiony.
– To taka forma, rozumiesz? Was! Chodzi o was! – zdenerwował się strażnik.
– To trzeba zapytać, jakie ma cukierki – zawołała Ola, która bardzo lubi słodycze, ale bywa wybredna.
– Otóż nie – odezwała się pani psycholog. – Należy odmówić i w żadnym wypadku nie zgadzać się na odwiedziny w domu obcej osoby.
– Czy to nie jest nieuprzejme? – spytała Karolina.
Nasza pani westchnęła i spojrzała znacząco na pana dyrektora. O co jej chodzi? Przecież mamy być grzeczni wobec dorosłych, sama tak mówiła na godzinie wychowawczej.
– Dorośli nie zawsze są uczciwi, czasem mogą mieć złe zamiary – wyrzuciła z siebie pani strażniczka.
– No pewnie! – zgodził się Krystian. – Słyszałem, że kiedyś to nawet zjadali dzieci.
– Bez przesady… – oburzyła się pani. – Po prostu nie należy reagować na zaczepki i propozycje.
– A jeśli mnie jakaś starsza pani poprosi, abym odniósł jej zakupy do domu, to też nie powinienem? – zapytał Filip. – Bo czasem mnie o to proszą.
– Bo myślą, że jesteś dziewczyną, a dziewczyny powinny sobie pomagać – wypalił Krzyś, który naśmiewał się z długich włosów naszego kumpla.
– Możecie się uspokoić? – Pani psycholog była wyraźnie zdenerwowana. – Chodzi o to, że trzeba umieć właściwie ocenić sytuację. Zakupy jak najbardziej wypada odnieść starszej pani pod drzwi. Nie wypada za to wchodzić do środka, nie należy też brać za to pieniędzy…
– Ani cukierków! – zawołała Kasia i cała sala ryknęła śmiechem.
Pani psycholog pochyliła się w stronę strażników i zaczęła z nimi gorączkową naradę. Najwyraźniej byli nieprzygotowani i nie wiedzieli, o czym z nami rozmawiać.
– Czy słyszeliście o pedoberach? – zapytał wreszcie pan strażnik.
I wtedy się zaczęło. Mówiliśmy jeden przez drugiego o misiu Pedoberze, o internecie, o zaczepianiu dzieci, ktoś nawet opowiedział historię, jaka mu się przytrafiła, ale miała szczęśliwe zakończenie, bo kolega z piątej A nie lubił cukierków. Wystarczyło jedno słowo i już wiedzieliśmy, w czym rzecz. Dyskusja rozkręciła się na dobre i pani psycholog była bardzo zadowolona, że wiemy, o co chodzi. Obiecaliśmy, że nigdy nie damy się nikomu zaczepić. I że zachowamy czujność.
Po południu spotkaliśmy się całą bandą w parku. Siedzieliśmy na trawie, bo było ciepło, a obok bawiły się w piaskownicy dwie małe dziewczynki. Marysia właśnie dowodziła, że kobiety są najlepszymi psychologami na świecie i jedynie my, chłopaki z bandy, jesteśmy w porządku, kiedy Jerzyk zauważył, że do dziewczynek zbliża się jakiś pan. Wyglądał całkiem normalnie, ale wiedzieliśmy już, że pedobery wyglądają normalniej od najnormalniejszych ludzi i to jest ich kamuflaż. Kamuflaż to takie przebranie, w którym udaje się, że jest się kimś innym, niż się jest.
– Widzicie go? – spytał Jerzyk. – Wiecie, co mam na myśli?
– No jasne! – Drzewko się zdenerwował. – Nie możemy tego tak zostawić. Zobaczcie, mówi coś do nich.
Marysia wyciągnęła szyję, a Rysio zerwał się z trawy i niczym pantera szykował się do skoku. To przez te treningi. Wszyscy pływacy tak się poruszali, szczególnie po zawodach, po tylu skokach do wody ze słupka.
– Co robimy? – spytał Krystian.
– No jak to co? – zdenerwował się Filip. – Dzwoń po policję! I to natychmiast.
Ustaliliśmy, że Marysia poczeka na policjantów pod bramą parku, aby doprowadzić ich na miejsce przestępstwa, a my będziemy obserwować rozwój wypadków. Dopóki dziewczynki siedziały w piaskownicy, były bezpieczne. Policja obiecała, że natychmiast przyjedzie. Tymczasem Rysio wciąż obserwował dzieci, gotowy do skoku. Bałem się, że coś sobie naciągnie. Jakiś mięsień czy ścięgno.
Nagle Drzewko krzyknął, bo zauważył, że ten pan wyciąga cukierki. Teraz nie mieliśmy już wątpliwości. Czuliśmy się, jakby to był dobry film sensacyjny. Krystian wskoczył w krzaki i przyczołgał się jak najbliżej piaskownicy. Hubcio spojrzał na mnie porozumiewawczo i obaj jednocześnie ruszyliśmy w stronę ławki, na której siedziała już jakaś pani. Rozumieliśmy się bez słów. Udawaliśmy bardzo zajętych dyskusją, ale tak naprawdę chcieliśmy podsłuchać rozmowę podejrzanego z dziewczynkami. Nie wiedzieliśmy, jak się zachować, bo przecież w każdej chwili mógł je porwać i wtedy dopiero byłby kłopot. Na wszelki wypadek wyciągnąłem komórkę i dyskretnie zrobiłem mu zdjęcie.
Mężczyzna wstał, otrzepał z piasku spodnie i zaczął zbierać foremki.
– Jeśli on teraz zacznie uciekać, to po nas – zdenerwował się Hubcio.
Mężczyzna był tak potężny, jakby całymi dniami ćwiczył podnoszenie ciężarów.
– Wiesz, kogo on mi przypomina? – wyszeptałem.
– Wiem, Michałku, tego ochroniarza z naszego filmu – wycedził przez zęby Hubcio. – Może to on?
Słyszałem o prawie serii, nawet na matematyce pani opowiadała o ciągach przypadków, ale to już byłaby przesada. Najpierw pogadanka w szkole, a potem okazuje się, że miły pan ochroniarz jest niebezpiecznym przestępcą. Może dlatego lubi nosić koszulki z Myszką Miki, kto wie?
– No zobaczymy, zobaczymy, oni wszyscy wyglądają tak samo – powiedziałem, bo po zajęciach ze strażą miejską opracowaliśmy podczas przerwy nie tylko profil psychologiczny, ale też fizyczny hipotetycznych przestępców. Przede wszystkim wtapiali się oni w tłum, udając zwyczajnych obywateli.
Na szczęście na ścieżce pojawiła się Marysia z dwoma umundurowanymi policjantami. Dziewczynki były uratowane!
Policjanci energicznym krokiem podeszli w stronę bawiących się dzieci. Podejrzany mężczyzna nawet ich nie zauważył, tak był zajęty rozmową ze swoimi ofiarami. A one, niewiniątka, zaśmiewały się radośnie, nie zdając sobie sprawy, w jak wielkim niebezpieczeństwie się znalazły. Wiedział, jak je podejść, sprytny był. Tacy są najgorsi. Biedne dziewczynki…
– Dokumenty proszę – odezwał się znienacka policjant, który zaszedł mężczyznę od tyłu.
– Dokumenty? – spytał z głupią miną podejrzany. – To jakieś rutynowe ćwiczenia?
– Co pan tu robi? – odpowiedział pytaniem na pytanie młodszy z policjantów i położył znaczącym gestem dłoń na kaburze.
Teraz dopiero ich rozpoznałem. To byli ci sami policjanci, którzy kiedyś pokazywali pistolet Krystianowi, i wtedy Drzewko się wściekł, bo to on chciał koniecznie go obejrzeć. Byli tak skupieni na podejrzanym, że chyba sobie nas nie przypomnieli. Fajnie by było, gdyby to był ten ochroniarz ze sklepu i znajomi policjanci. Sprawdziłaby się teoria, że często ktoś, kogo znamy, okazuje się kimś zupełnie innym, niż sądziliśmy. Tak powiedziała dzisiaj pani psycholog, a wtedy wszystkie dzieci zaczęły na wyścigi opowiadać o niewdzięcznych wujkach i ciotkach, którzy nie pamiętają o urodzinach czy imieninach i nie dają im prezentów. Strażnik miejski wyjaśnił, że nie o takie bycie fałszywym tu chodzi.
– Obywatelu, dokumenty proszę! – ryknął starszy policjant i w tym momencie dziewczynki zaczęły krzyczeć wniebogłosy, a pani siedząca na ławce zerwała się na równe nogi.
– Nie mam przy sobie, jestem na spacerze – odparł podejrzany.
Podeszliśmy bliżej, aby zobaczyć wzorową akcję patrolu. Nie byli to co prawda policjanci z Miami, ale film to film, a życie to życie.
– Ładny spacerek – syknęła Marysia. – Nazywa to spacerkiem, a dzieci zaczepia.
– Kto zaczepia dzieci? – zaniepokoił się podejrzany. – Nie zauważyłem.
– Jaki sprytny – westchnął z podziwem Drzewko. – Zupełnie jak w pogadance. Idealny przykład.
– Proszę dowód – zażądał starszy z policjantów.
– Ale o co chodzi? – próbował się dowiedzieć mężczyzna.
– O, cukierki! – ryknął Jerzyk. – To dowód.
– Kupiłem je w sklepie obok. Zapłaciłem przecież? – zdziwił się pan i spojrzał w stronę przerażonych dziewczynek.
Stały z paluszkami w buziach i patrzyły okrągłymi ze zdumienia oczami.
– Tata! – krzyknęła jedna, a potem zaczęła druga.
– Tata! Tata, daj!
Wiedziałem już, co się stało. Źle oceniliśmy sytuację. To nie był pedober. Ten pan był tatusiem dziewczynek i szykowały się kłopoty.
– To wasz tata? – spytał policjant.
– Tata! – zawołała młodsza dziewczynka.
– Kto do nas dzwonił?
Tego pytania obawialiśmy się najbardziej.
– Ja – przyznał się Krystian. – Myśleliśmy, proszę pana oficera, że to pedober.
Ojciec dziewczynek poczerwieniał ze złości. Chyba słyszał opowieści o misiu albo także był użytkownikiem internetu i śledził na bieżąco nowinki.
– To oburzające – wydusił z siebie mężczyzna – Będę musiał porozmawiać z waszymi rodzicami.
– Ale cukierki były? – upewnił się Drzewko, czym dodatkowo rozzłościł policjanta.
– No i co z tego? – ryknął na Franciszka.
– Bo jak są cukierki, to jest propozycja, a jak jest propozycja, to należy ją ignorować i nie podejmować rozmowy – wyrecytowała Marysia. – Mieliśmy dzisiaj w szkole pogadankę o pedoberach. Była pani psycholog i strażnicy miejscy i naprawdę fajnie sobie porozmawialiśmy.
– No tak, teraz wszystko rozumem – rozjaśnił się policjant. – Zachowaliście obywatelską czujność. To mi się podoba. Nawet bardzo. Pana przepraszamy, ale sam pan rozumie sytuację.
– Otóż nie rozumiem i napiszę na was skargę – zawołał mężczyzna, pakując do torby foremki na babeczki.
Nadszedł czas na akcję Marysi. Postanowiła wygłosić mowę, dzięki której ojciec dziewczynek zrozumie, że to, co mu się przytrafiło, jest naprawdę dobre. Tylko Marysia potrafi tak wykręcać kota ogonem. Nie powiedziałem tego głośno, bo po pierwsze, nikt nie musiał wiedzieć, że czytamy sobie nawzajem w myślach, a po drugie Rysio wpadłby w szał, słysząc o męczeniu zwierząt.
– Na pana miejscu bym się zastanowiła – odezwała się półgłosem nasza przyjaciółka.
Mężczyzna zatrzymał się i rzucił jej pytające spojrzenie. Nie był to jednak ochroniarz ze sklepu, tamten robił inne miny.
– Bo wie pan, wystarczy wyobrazić sobie sytuację, w której jakiś pan zaczepia pana córeczki. A dzielna młodzież zachowuje czujność i ratuje je przed, na przykład, porwaniem. Czy nie byłby pan zadowolony? Czy nie byłby pan wdzięczny? Czy nie wyciągnąłby pan ramion do policjantów, którzy ofiarnie przybyli na miejsce zdarzenia, aby uratować pana pociechy?
Z tymi ramionami to już przesadziła, ale na szczęście nikt nie zwrócił uwagi na nadmierną egzaltację. O nadmiernej egzaltacji wiemy bardzo dużo, bo czasem pani Leokadia zwraca się do Pima, aby się tak nie ekscytował, gdy widzi gości na schodach, bo staje się nadmiernie egzaltowany.
– To znaczy, że powinienem być wdzięczny? – upewnił się mężczyzna, a wyraz jego twarzy zdradzał, że pojął istotę wypowiedzi Marysi.
– No oczywiście, ale nie musi nam pan dziękować i panom policjantom też, jak sądzę, nie. – Spojrzała na funkcjonariuszy i uśmiechnęła się szeroko, zobaczywszy ich miny.
– No to ja już pójdę – wydukał mężczyzna. – I skoro tak, to… dziękuję – wykrztusił z trudem.
– Tata! Tata! Lody! – zaczęły krzyczeć dziewczynki jedna przez drugą, a ja zacząłem się poważnie zastanawiać, czy bycie ojcem nie jest zbyt ciężkim zadaniem, nawet jeśli się ma takie mięśnie jak ten pan.
– Obywatele! – odezwał się niespodziewanie starszy z policjantów. – Czy ja was nie znam?
– No tak, oczywiście – rozjaśnił się młodszy. – Pamiętam tę panienkę, że też od razu jej nie poznałem. Wyszczekana jak moja siostra.
– Proszę nie porównywać mnie do psa – oburzyła się Marysia.
– Moja siostra nie jest psem – zdziwił się policjant. – Dlaczego miałaby być psem?
– Nie rozmawiajmy lepiej o psach – poprosiłem, przewidując, co się święci.
Wiem, że chuligani nazywają tak policjantów i, jak znam bandę, zaraz ktoś coś doda, poplącze i kłopot gotowy. Bardzo lubimy bawić się słowami.
– Dzieci są ważniejsze – poparł mnie Hubcio.
– Muszę powiedzieć, że wykazaliście się niezwykłą czujnością. Nauki nie poszły w las, jesteście wzorowymi obywatelami – oznajmił uroczyście starszy z policjantów. – I dlatego zapiszemy sobie teraz, do jakiej szkoły uczęszczacie, i obiecujemy wam, że wasza postawa zostanie nagrodzona.
Następnego dnia w szkole wręczono nam nagrody za obywatelską postawę. Album o historii policji. Pan dyrektor był wzruszony, bo przyszedł do nas dzielnicowy i dwaj policjanci, a szkoła dostała program komputerowy Żyj bezpiecznie w swoim mieście. Nawet fajny, bo jest w nim gra, w której raz zostaje się policjantem, raz złodziejem. Pedobera w tej grze nie ma, niestety, ale nie szkodzi, bo i tak już nas przeszkolono.
Nie możemy się już doczekać końca roku szkolnego. Może w wakacje uda nam się w końcu ponurkować? Kto wie? Ta myśl trzyma przy życiu. Grunt to trzymać się razem, bo jak mawia tata Marysi, co dwie głowy to nie jedna, a my mamy aż osiem. I dlatego banda to banda. I tak ma być.
Dziś nasza pani powiedziała, że będzie lekcja o drugim śniadaniu, bo widzi w naszej edukacji pewne braki. Napisała na tablicy wielkimi literami te dwa słowa: „DRUGIE ŚNIADANIE” i spojrzała na nas znacząco. Mama zawsze patrzy na mnie znacząco, gdy nie wyrzucę śmieci, więc od razu poczułem, że coś się święci.
Pani ma świetną figurę i bardzo o nią dba, stosując różne diety. Tata powiedział kiedyś, że nie musi, ale chyba się pomylił, bo mama nie odzywała się potem do niego przez dwa dni. Widocznie lepiej zna się na dietach. Nic dziwnego, sama też codziennie chrupie marchewki.
Pani Maryla, to znaczy pani Maria (ostatnio na wywiadówce poprosiła rodziców, by zwracali się do niej pani Mario, a nie pani Marylo, przypuszczam, że to musi mieć jakiś związek z panem od wuefu), stała, czekając, aż ktoś podniesie rękę. Rękę podnosił zwykle Franek, czyli Drzewko, ale raczej po to, aby podrapać się po głowie, bo nerwowo reaguje na wszelkie wezwania do odpowiedzi. Gdy nikt inny się nie drapie, do tablicy wzywany bywa więc Franek. Tym razem chyba zamyślił się i nie usłyszał, bo pani, zawiedziona brakiem jakiejkolwiek aktywności, poprosiła Marysię na środek klasy.
Marysia – najlepsza uczennica i najfajniejszy chłopak w naszej bandzie, to znaczy dziewczyna, ale ponieważ nie przyjmujemy dziewczyn do bandy, to traktujemy ją jak chłopaka – podeszła leniwym krokiem do tablicy i zanim odwróciła się do pani, dyskretnie wypluła do kosza gumę. Robi to po mistrzowsku i w zawodach na celność plucia nie ma konkurencji w całej szkole. Guma spadła bezgłośnie na stertę papierów i przykleiła się do wyrwanej z zeszytu kartki z powtarzającym się na niej ręcznie zapisanym zdaniem: „Będę zawsze odrabiać lekcje”. Zdanie to pięćdziesiąt razy napisał dzisiaj Hubcio, który po raz trzeci specjalnie zapomniał zeszytu, bo nie leżał mu temat. W końcu był poetą. Chcieliśmy bić brawo, ale nie był to chyba najlepszy pomysł, więc rzuciliśmy Marysi jedynie pełne uznania spojrzenia.
– Organizmu nie da się oszukać. Żyjemy w pięciopiętrowej piramidzie – rozległ się głos pani, która sprawiała wrażenie wyjątkowo poruszonej tematem. – Każdy człowiek musi odżywiać się prawidłowo. Marysiu, jak myślisz, co będzie tematem dzisiejszej lekcji?
– To jasne, mitologia Greków i Rzymian – krzyknął Filip, a Marysia otworzyła i zamknęła usta. Wyglądała przy tym jak ryba wyrzucona na brzeg.
– Głupi jesteś! – zawołała Ola i zrobiła się cała czerwona. Wszyscy wiedzieli, że ma słabość i do Filipa, i do Egiptu. Czasami nie dawało się tego pogodzić. – To afrykańskie piramidy tak wyglądają. Dziś będziemy mówić o zabytkach w Egipcie.
– Co ja napisałam na tablicy?! – zdenerwowała się pani, – Dru-gie śnia-da-nie – przesylabizowała. – W Egipcie…
– Na pewno też jadali drugie śniadania! – wyrwał się Jerzyk, który nigdy nie odmawia jedzenia, podobnie jak wielu z nas.
– I tak nikt nie odżywia się lepiej od Japończyków – powiedział Rysio, unosząc się na krześle.
Gdy mój przyjaciel, w połowie Japończyk, opiera się tak dłońmi o ławkę, wiadomo, że wzbiera w nim gniew. Bywa nieobliczalny. Nigdy nie zapomnę, jak stłukł kryształowy abażur mojej ciotecznej babki Barbary, kiedy wymachiwał parasolem niczym gwiezdnym mieczem skrzyżowanym z laską czarodzieja.
Kiedy tak na wyścigi zgadywaliśmy kolejne nazwy krajów i przekrzykiwaliśmy się wzajemnie, nawet nie zauważyliśmy, jak Marysia z pełnym satysfakcji uśmieszkiem bez słowa wróciła na miejsce. I wtedy pani powiedziała, że już koniec tych krzyków, bo nie będzie poczęstunku. Natychmiast zrobiliśmy się grzeczni.
Pani – zadowolona z dyscypliny w klasie – wyjęła z torby owoce i warzywa i ułożyła je na stole. Obrane marchewki, zielone liście postrzępione jak pokrzywy, pomidory, zielone ogórki, żółte i czerwone papryki i dużego kabaczka, a na koniec butelkę oliwy z pływającymi w niej ziołami. Na stole znalazła się też wielka misa w niezapominajki, papierowe talerze i garść jednorazowych widelczyków. A potem pani zapytała, spoglądając na nas jak na ofiary swoich dietetycznych eksperymentów:
– Czy ktoś przyniósł dziś ze sobą drugie śniadanie?
Odpowiedziała jej cisza. Tylko Drzewko triumfalnym gestem wyjął z wielkiej torby kanapkę zawiniętą w papier. Z kromki wystawał kawałek podwiędłej sałaty, a z boku zwisał smętnie plasterek kiełbasy z czosnkiem. Nie wyglądało to najlepiej. I równie marnie pachniało.
– Nie jest to kanapka idealna, Franciszku. – Pani zmarszczyła nos, a potem chyba wstrzymała oddech. – Muszę was odpowiednio wyedukować! – zawołała w nagłym przypływie energii i zaczęła kroić marchewki w plastry.
Widać było, że jest trochę zdenerwowana, ale nadrabia miną. Z tym nadrabianiem miną sprawa jest prosta. Zawsze tak robię, gdy rodzice mają do mnie pretensje. A poza tym też bym się zezłościł, gdybym znalazł się w towarzystwie osób, które nie rozumieją, czym jest właściwe odżywiania.
Pani uniosła krążek marchewki i zaczęła mówić:
– To jest warzywo, dzięki któremu wasze organizmy zyskują wiele witamin. Marchew jest źródłem…
– Mój tata pije sok z marchwi litrami! W domu ciągle warczy sokowirówka – odezwała się Ola.
– Moja babcia mówi, że od soku marchewkowego łapie się heban – zawołał Krystian, wysoki jak brzoza, ze strzechą jasnych włosów, które nie znają grzebienia. Jego znakiem szczególnym jest właśnie wzrost.
Zapadła cisza. Pani zmieniła się słup soli. Nie lubi, gdy się jej przerywa.
