Misja Xibalba - Ewa Karwan-Jastrzębska - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Misja Xibalba ebook i audiobook

Ewa Karwan-Jastrzębska

4,8

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Co, jeśli Majowie naprawdę znali datę końca świata?

21 grudnia 2026 roku. Do końca świata zostało dziewięć dni.

Siedemnastoletnie bliźnięta, Julka i Julian, odkrywają, że skradziono Świetlistego Quetzala – święty posąg Majów, od którego zależą losy całej ludzkości. Gdy ich ojciec, archeolog, wpada na trop zaginionego Piątego kodeksu Majów, rodzeństwo rusza do Meksyku, by powstrzymać demoniczne siły i potężną korporację Seven Ara.

Pościgi, starożytne przepowiednie, przeklęte miejsca i wyścig z czasem. Julka i Julian mają tylko dziewięć dni, by odnaleźć Świetlistego Ptaka.

Zanim wzejdzie słońce 21 grudnia.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 282

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 23 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Kamil Pruban

Oceny
4,8 (5 ocen)
4
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Azazel_duch

Nie oderwiesz się od lektury

Jeszcze lepsze od "Feniksa!"
00
lukrecja840520

Nie oderwiesz się od lektury

Czy kontynuacja może być lepsza od pierwszego tomu? Ta książka udowadnia, że tak! Po raz kolejny dobrze bawiłam się podczas poznawania treści "Misji Xibalba". I od razu obalę mit. Ta lektura idealnie nadaje się zarówno dla młodzieży, jak i dorosłych. Autorka stworzyła taką fabułę, że nie da się przejść wobec niej obojętnie. Pójdę dalej. Chętnie obejrzałabym obie części na dużym ekranie. Fabuła dopracowana jest w każdym calu. Akcja wartka, która nie daje o sobie zapomnieć po przeczytaniu. I o to chodzi. Autorka idealnie przywiązuje do siebie czytelnika.
00
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Pełna przygód i niebezpieczeństwa wyprawa bliźniaków,by uratować ludzi przed końcem świata ❤️‍🔥🔥
00
AnnaDyczko

Dobrze spędzony czas

Tym razem Julka i Julek trafiają do Meksyku, gdzie wplątują się w niebezpieczną misję związaną z przepowiednią Majów, tajemniczą statuą i pradawnymi bóstwami. Obszerniejszy od pierwszego tomu, pełen przygód i tajemnic, może szczególnie zainteresować młodych czytelników fascynujących się historią i kulturą dawnych cywilizacji.
00
Dorotbook

Nie oderwiesz się od lektury

Jeśli spodobała Wam się „Misja Feniks” - to ta część jest jeszcze lepsza! Bardziej rozbudowana, bohaterowie doroślejsi, ale z taką samą energią do przeżywania przygód i odkrywania tajemnic. A tego tutaj nie zabraknie! Przepowiednie Majów, kradzież rzeźby i groźba przebudzenia demona! Fabuła wciąga, będą usatysfakcjonowani zarówno młodsi jak i starsi czytelnicy!
00



PROLOG

Nad gwatemalską dżunglą unosiła się mgła. Zielone wzgórze, jedno z wielu w rejonie jeziora Izabal, spowijał gęsty welon, ukrywając szczyt przed ludźmi i złymi mocami. Po niebie płynęły wielkie obłoki. Stary Indianin Pablo de Morelos, wędrujący ścieżką biegnącą wzdłuż zbocza, opowiadał potem, że ujrzał nad sobą twarze demonów. Ale bogowie byli dobrze przed nimi ukryci.

Jeden z demonów wyciągał rękę w stronę zielonych wzgórz. W rzeczywistości były to piramidy – świątynie wznoszące się w dżungli tak wysoko, że prawie dotykały nieba. Dawno już porosły je drzewa, zasłaniając kamienne schody i ciemne wejścia.

Itzamná, Pan Niebios, potężny bóg Majów, nieruchomy jak posąg, siedział w chmurze nad szczytem schowanej w gąszczu jednej z piramid. W obsydianowym czarnym lustrze zdobiącym jego czoło przesuwał się świat. Bóg miał przymknięte powieki i nikt nie śmiał przerywać ciszy, która lepiła się do ust wraz z mgłą spowijającą szczyt.

Pan Niebios przywoływał w obrazach historię narodzin świata. Gdy pojawili się legendarni bliźniacy, jego policzek drgnął w próbie uśmiechu, ale zaraz potem oblicze mędrca znów stało się nieprzeniknione.

Hun-Hunahpu, bóg kukurydzy i ojciec bohaterskich bliźniaków, mocno zaciskał pięści, kiedy jego synowie przechodzili kolejne próby, doświadczając znów tego samego bólu. Kłosy w przepasce na czole kołysały się w rytm boskiego oddechu, który wznosił trawy i budził ze snu wiatr. Ale historia musiała się raz jeszcze wydarzyć, aby nadeszło proroctwo.

Zbliżał się koniec czwartego świata, pierwszego udanego na tej ziemi. Świątynia Świetlistego Quetzala była miejscem, gdzie miała rozpocząć się nowa, piąta epoka.

I wtedy lustro na czole Itzamny zmąciły chmury, a na niebie pojawił się drapieżny Vucub Caquix.

Nikt nie pamiętał już chwili, kiedy narodził się ten demon pragnący ze wszystkich sił przejąć władzę nad niebem i ziemią. Było to po trzeciej epoce, kiedy świat zginął w potopie, a ludzie z drewna zostali ukarani za niepamięć o swoich stwórcach.

Ukryty pod postacią ptaka, fałszywy bóg Słońce Vucub Caquix, o lśniącym klejnotami ciele, rozgniewał bogów żądzą władzy i próżnością. Wówczas wysłali przeciw niemu bliźniaków, synów boga kukurydzy, aby zmierzyli się ze złośliwym demonem. W walce uszkodzili mu szczękę, lecz jeden z nich stracił ramię. Aby je odzyskać, bracia przybrali inną postać i uśmiercili Vucuba, który teraz odradzał się i nadlatywał z szeroko rozpostartymi skrzydłami, rzucając cień na ziemię. Zasłaniał słońce i wyciągał pazury w stronę świątyni Świetlistego Quetzala.

Wówczas bogowie w obsydianowym lustrze Pana Niebios ujrzeli dziewczynę i chłopca. Oboje siedzieli pod Drzewem Życia na rozstaju dróg. W ich spojrzeniu kryły się niezłomność i wolna wola. Dziewczyna trzymała przed sobą Piąty kodeks z rycinami. Wodziła palcem po przepowiedni, marszcząc w zamyśleniu brwi.

Hun-Hunahpu odchrząknął i pochylił się, muskając kłosem ramię Pana Niebios. Lustro zmatowiało, a wtedy milczący dotąd Chaak, bóg deszczu, przyłożył do ucha muszlę i kichnął, uwalniając z nieba łzy. Cenoty, mityczne studnie, napełniły się wodą, po raz kolejny zakrywając przed światem swoje tajemnice.

Pan Niebios przemówił, aby skończyć opowieść odsłanianą wcześniej w lustrzanych obrazach:

– Przybędą silni pokrewieństwem, obdarzeni mocą czynienia dobra, odnajdą ich demony, a zgotowane przez Vucuba Caquixa próby będą cięższe niż u początków świata.

– Chłopiec i dziewczyna? – upewnił się Chaak, rozpościerając na kamiennym kręgu swój płaszcz z gadzich łusek. – Rodzeństwo?

– To właśnie ich ujrzeliście w moim lustrze – odparł Itzamná.

1.

Wschód słońca w Mexico City zawsze wyglądał tak samo. Różowa łuna wznosiła się powoli nad horyzontem, rozjaśniając kolejne ulice światłem poranka. Domy budziły się, odzyskując utracone nocą barwy. Klaksony samochodów rozdzierały ciszę, a dzwonki rowerów komunikowały, że miasto rusza do boju, aby walczyć z kolejnym dniem.

Seven Ara Tower tonęła jeszcze w chmurach. Piramida przyszłości ze szkła i betonu, wzniesiona przez potężną korporację, górowała nad zabudowaniami niczym schodkowa świątynia w samym środku majańskiego miasta. Gdy opadły mgły i odsłonił się jej szczyt, zamigotały czerwone światła, które informowały samoloty, aby omijały wieżę z daleka.

Na ostatnim piętrze kilka sprzątaczek stanęło w bezruchu przed wielką szybą, by podziwiać wschód słońca. Ara dreptała w miejscu, trącając dziobem pozostałe ptasie towarzyszki. Kobieta w różowym uniformie zdjęła przed chwilą z klatki wzorzystą kapę i wpuściła światło, budząc papuzi świat. Wielka złota klatka przypominała żyrandol, gdy tak kołysała się sennie nad konferencyjnym stołem.

Dolores nie przerywała sprzątania, nucąc cicho piosenkę Alejandra Fernándeza. Nakarmiła już papugi, a teraz po odkurzeniu wykładziny zamierzała podlać bladozielone agawy, ustawione w donicach wzdłuż szklanych ścian. Nagle rozległ się ostry dzwonek telefonu. Kobieta wyłączyła odkurzacz i podniosła słuchawkę.

– Czy sala konferencyjna już posprzątana? – spytał półgłosem portier. – Bo prezes i garnitury w liczbie sześciu właśnie wysiadają z samochodów. Wygląda na to, że zaraz u was będą.

– Dziękuję, Fernando – rzuciła pospiesznie Dolores. – Już kończymy. – Dziewczyny, za trzy minuty ma tu nas nie być! – ryknęła. Wyrwała z kontaktu kabel odkurzacza i pociągnęła go energicznie za sobą.

Sprzątaczki jak stado gołębi rozpierzchły się na wszystkie strony. Wychodząc, skorzystały z głównych drzwi. Tylko Dolores wbiegła jeszcze do garderoby prezesa, aby upewnić się, że wszystkie ubrania wiszą w nienagannym porządku, a buty są równo ustawione. Pochyliła się, by podnieść zrzuconą z półki koszulę, i wtedy usłyszała otwierające się drzwi.

Winda sunąca bezszelestnie w górę zatrzymała się na czterdziestym piątym piętrze i otworzyła na korytarz oświetlony rzędem lamp ukrytych pod panelem. Na ścianie wisiało ogromne logo Seven Ara Corporation, przedstawiające wizerunek Vucuba Caquixa. Ciężkie dębowe drzwi gabinetu miały tak wypolerowaną srebrną gałkę, że można było się w niej przejrzeć. W lustrzanym odbiciu klamki widać było zniekształcone twarze zbliżających się mężczyzn i towarzyszącej im kobiety, ubranej w elegancki kostium w kolorze świeżej mięty. Abelardo de la Costa, prezes korporacji, otworzył drzwi i zaprosił wszystkich do środka.

Stół konferencyjny przeznaczony był dla dwunastu osób. Członków zarządu i rady nadzorczej Seven Ara Corporation było siedmioro. Spotkanie zwołano tak nagle, że jeden z panów włożył dwie różne skarpetki. Teraz starał się to ukryć, bo znany z perfekcjonizmu prezes mógł prędzej czy później mu to wypomnieć. W tym momencie jednak nie to było najważniejsze, bo zebranie nie dotyczyło strojów służbowych pracowników Seven Ara Corporation. Pojawiły się kłopoty. Najważniejszy projekt firmy był poważnie zagrożony.

– Za każdym razem, kiedy tu wchodzę – powiedział mężczyzna, który wyglądał jak gwiazdor ze znanego meksykańskiego serialu – czuję się, jakbym miał wziąć udział w naradzie bogów na Olimpie. – Rzucił żartobliwe spojrzenie Mercedes, wysokiej brunetce w miętowym kostiumie, najzdolniejszej w Dystrykcie Federalnym dyrektorce promocji, i dyskretnie poprawił mankiety koszuli.

– Zawsze się tak czujesz – mruknęła z lekkim uśmiechem. – Nie spotkałam osoby bardziej próżnej niż ty.

– To nie Olimp, tylko Seven Ara Tower – poprawił mężczyznę Abelardo. – Może jednak rozpoczniemy wreszcie spotkanie.

Naprzeciwko ściany okien wisiała ogromna mapa Ameryki Środkowej. Karafki z wodą, szklanki i pliki dokumentów już czekały przygotowane wcześniej przez asystenta prezesa. Siedem papug uniosło jak na komendę głowy i gdy Abelardo zajął fotel u szczytu stołu, zawołało zgodnie:

– Piękny dzień, prezesie!

Kilka osób zaśmiało się nerwowo, ale reszta zachowała powagę i usiadła.

– Jak wiecie, w najbliższym miesiącu zaczynamy zmieniać oblicze doliny Azuano – mówił prezes. – Budowa tamy będzie kosztowała majątek, ale dzięki temu mamy szansę na interes stulecia. – Zamilkł na chwilę i spojrzał w stronę widocznych w oddali gór.

Seven Ara Corporation rok wcześniej oficjalnie podjęła negocjacje dotyczące zakupu ziem plemienia Moskito. Tam właśnie, między trzema górami, przepływała rzeka, źródło niewyczerpanych zasobów energii. Indianie zamieszkujący położone w jej dolinie wioski nie chcieli jednak opuścić swych terenów.

Abelardo nacisnął guzik ukryty pod blatem stołu. Rozległ się dyskretny szum i okna zasłonięte zostały kotarami z ciężkiego aksamitu. Zapadła ciemność, rozjaśniona po chwili potężnym światłem projektora. Pojawił się pierwszy slajd. Na zdjęciu widać było szczyty górskie z lotu ptaka. Spływająca z gór rzeka pojawiała się i znikała, aby w końcu dotrzeć do doliny, w której leżała wioska z rozrzuconymi w terenie małymi chatami zbudowanymi dawno temu przez Indian Moskito.

Abelardo sięgnął po wskaźnik i postukał nim w zakreślony na mapie punkt, w którym znajdował się wąski przesmyk między dwiema górami.

– Właśnie tutaj postawimy tamę – oznajmił. – Jak widzicie, wioska położona jest w miejscu, gdzie powstanie nasze jezioro. Nie wszyscy spośród was widzieli ten projekt. Poprosiłem o spotkanie, bo właśnie wróciłem z negocjacji. Rozmowy z Moskito nie przyniosły efektów. – Prezes zawiesił głos i spojrzał wyczekująco na zebranych. – Są tak uparci, że musimy zastosować inną metodę nacisku.

– Za mało pieniędzy? – spytał dyrektor finansowy. – Chcą więcej kasy?

– Nie o to chodzi. Nie zostawią swojej ziemi, bo dla nich jest święta. Jedna wioska, setka mieszkańców. Wyobrażacie sobie? „Święte majańskie ziemie nie są na sprzedaż”, jak oznajmiła mi starszyzna plemienia Moskito.

Mężczyzna siedzący obok prezesa poruszył się niespokojnie. Na twarzy z charakterystycznymi wielkimi wąsami pojawił się pełen pobłażania uśmiech.

– A budowa nowej wioski gdzieś w pobliżu? Domy, prąd, internet... – zastanawiał się głośno. – Moglibyśmy ofiarować im nawet kino.

– O czym ty mówisz, Fernando? – Dyrektor pionu inwestycji zaśmiał się niewesoło. – Nie wiesz, że według majańskiego kalendarza dokładnie dwudziestego pierwszego grudnia tego roku ma nastąpić odrodzenie Quetzala i świat się nie skończy? Wręcz przeciwnie, piąta epoka przyniesie ludziom szczęście i dobrobyt. A piramida z bezcennym kamiennym ptakiem znajduje się właśnie tam, gdzie ma powstać jezioro.

– No i co z tego? – Fernando wzruszył ramionami. – To najwyżej ptak nie wzleci, tylko zamieni się w rybę i popływa, wielka sprawa!

Rozległ się chichot. Jedynie Mercedes zachowała kamienną twarz.

– Panowie, nie jesteśmy tu po to, aby przerzucać się dowcipami – powiedział surowym tonem Abelardo. – Jakieś propozycje?

Milczący dotąd mężczyzna w granatowym garniturze w prążki podniósł głowę i spojrzał w stronę zasłoniętych okien. Był dyrektorem do spraw bezpieczeństwa i w takich chwilach jego głos liczył się najbardziej.

– Może wpuścimy tu trochę światła – rzekł szorstkim tonem. – Jest jedno proste rozwiązanie. Trzeba zabrać im tego ptaka.

Prezes wyłączył projektor, włożył dłoń pod blat i jednym ruchem rozsunął kotary. Papugi siedzące w klatce uniosły senne powieki i zaczęły dreptać w miejscu, odkrywając, że znów jest dzień. W sali podniósł się gwar. Kilka osób przytaknęło z uznaniem, bo pomysł był genialnie prosty.

– Przecież to nie jest mały posążek, tylko metrowy posąg na ciężkim kamiennym cokole. Nie do wyniesienia w pięć minut! – zawołał Abelardo. – Niezły pomysł, Roberto, ale to się nie uda.

– Nie byłbym tego taki pewien. Wszystko jest kwestią odpowiednich narzędzi i doświadczonego kamieniarza. Znam takiego. Wystarczy dobrze mu zapłacić.

– Gdy ukradniemy im tego Quetzala, nie będą mieli powodu, żeby tam zostać – dodał mężczyzna w granatowym garniturze w prążki.

– I dokończymy dzieło szesnastowiecznego konkwistadora Hernána Cortésa. Zamienimy te ziemie w źródło czystej energii, a mity i przesądy odejdą w zapomnienie.

Tę myśl wygłosił milczący dotąd chudzielec w okularach, który wcześniej robił szczegółowe notatki. Należał do grupy dbającej o dobrą prasę Seven Ara Corporation. Pisał artykuły, które potem drukowali przekupieni dziennikarze ogólnokrajowej prasy. Po jego słowach zapadła cisza, jakby dopiero teraz zebrani uświadomili sobie wagę przedsięwzięcia.

– Jeśli ma nadejść piąta epoka, to niech nadejdzie na naszych, a nie ich warunkach – oznajmił uroczyście prezes Seven Ara Corporation.

Dolores, ukryta w garderobie, trzymała ręce przy twarzy. Usta drżały jej tak, że nie mogła zetknąć warg. Nie było gorszej wiadomości niż ta, że odwieczne ziemie jej kuzynów miały ulec zniszczeniu, a plemię, jeśli ich nie opuści, zginie. A wraz z nim ulegnie zagładzie cały świat. Musiała jak najszybciej wymknąć się z garderoby, potem zaś, jeśli szczęśliwie się to uda, wyruszyć do Moskito, by uprzedzić starszyznę plemienia.

Świetlisty Quetzal musiał pozostać na swoim miejscu. Legenda głosiła, że stamtąd właśnie wzbije się do lotu i wraz z jego przebudzeniem rozpocznie się nowa, piąta epoka.

Przy windzie nikogo nie było. Dolores nacisnęła guzik i czekała cierpliwie, aż winda pojawi się na najwyższym piętrze. Drzwi rozsunęły się bezszelestnie i gdy miała wejść do środka, poczuła, jak na jej ramieniu zaciska się dłoń. Wiedziała już, że nie wyruszy do Moskito. Przynajmniej nie od razu, bo teraz będzie musiała gęsto się tłumaczyć.

– Nazywasz się Dolores, tak? – spytał cichym głosem mężczyzna z blizną przecinającą policzek. – Widzę, że lubisz być blisko spraw prezesa. Oddana firmie najlepsza sprzątaczka w Seven Ara. – Uśmiechnął się lekko. – Szef ucieszy się, gdy zawiozę cię do jego hacjendy, bo ostatnio wielki tam bałagan. Trzeba posprzątać, a nikt inny lepiej od ciebie tego nie zrobi.

– Teraz? Moja mała córeczka czeka na mnie... Muszę poprosić siostrę, aby się nią zaopiekowała – powiedziała drżącym głosem.

– Tak, teraz. A o córeczkę się nie martw. Wystarczy powiedzieć i my się nią zajmiemy – odparł i wsiadł z nią do windy. – Miałem kogoś znaleźć i, patrz, jakie szczęście – dodał, naciskając poziom minus jeden. – Nie dzwoń już do siostry. Pojedziemy do hacjendy od razu i będziesz mogła wziąć się do roboty.

Dolores nie odezwała się ani słowem. Kolejne piętra uciekały, a ona czuła się tak, jakby zjeżdżała do samych piekieł. Świetlisty Quetzal gasł w jej oczach, a pod powiekami zbierały się nieproszone łzy. Przełknęła ślinę i zacisnęła pięści. Posprząta i natychmiast wyruszy. Może zdąży, może jeszcze się uda!

2.

Była głęboka noc. Za oknem rozległy się krzyki przechodniów, a potem przejechał autobus, wydając z siebie niepokojące puff, i wtedy Julka obudziła się i raptownie zerwała z łóżka. Obok w pokoju spał głęboko Julian, jej brat bliźniak. On spał, a ona była sama ze swoim koszmarem. Znów miała ten dziwny sen.

Czuła na plecach oddech dżungli. I widziała zielone wzgórza wyrastające ponad morzem drzew. Młoda kobieta w długiej spódnicy i w kapeluszu stała ze szkicownikiem przed budowlą z sypiących się kamieni. Wiał wiatr, przesuwając po dziedzińcu piach, a drobna dłoń kreśliła na kartce zarys świątyni. Na samym szczycie piramidy Julka dostrzegła kamienny posąg ptaka.

Usłyszała wołanie i z gąszczu słów wyłowiła imię „Tatiana”, a zaraz potem nazwisko „Proskouriakoff”. Zdążyła jeszcze obejrzeć się, aby dostrzec piętrzące się tarasy i maleńkie sylwetki ludzi wspinających się po kamiennych stopniach. I nagle wszystko ożyło... Świątynia przestała być szkicem i stała się kamienną budowlą wypełnioną echem okrzyków Majów. Trwało to ułamek sekundy, potem znów wiatr poruszył kartą notatnika. Rozległ się śpiew cykad i obraz zniknął.

Julka czuła, że coś się wydarzy. Pewnego letniego wieczoru w życiu rodzeństwa pojawił się tajemniczy Aureliusz Tarabella, właściciel antykwariatu. To on uświadomił bliźniakom, że wędrówka w czasie nie jest niczym niezwykłym. Zlecił im misję Feniks, która zakończyła się powodzeniem. Od czasu, gdy odkryli z Julkiem, że posiadają szczególne zdolności, dosłownie siedzieli na walizkach w oczekiwaniu na nową przygodę. Julia zaczynała podejrzewać, że czeka ich teraz kolejne zadanie.

Dziewczyna podeszła do okna, spoglądając na poruszającą się w świetle lampy sylwetkę Aureliusza, który też nie spał.

– Julek, obudź się! – szepnęła.

W progu jej pokoju ukazał się zaspany brat. Nie minęły jeszcze cztery lata od tamtej wyprawy, a przerósł ją prawie o głowę. I zmężniał. Nie znosił, gdy go budziła. Słyszał ją w myślach i natychmiast stawał się przytomny. Od czasu wyprawy do Florencji, kiedy szukali się nawzajem, zawsze reagował na jej wezwanie.

– Co nowego wymyśliłaś? – mruknął niechętnie. – Jeśli nie jest to mega ważne, będziesz musiała oddać mi mój sen, który właśnie przerwałaś.

– Masz coś jeszcze do powiedzenia? – spytała z krzywym uśmieszkiem. – Posłuchaj tylko, co zobaczyłam we śnie.

Julian usiadł na jej łóżku, wyciągając nogi przez pół pokoju. Przepadała za bratem, szczególnie że był o kilka minut od niej młodszy, co podkreślała przy każdej okazji, doprowadzając go tym do białej gorączki. Lubiła się z nim droczyć nawet teraz, gdy skończyli siedemnaście lat, i fakt, iż urodziła się pierwsza, nie powinien mieć kompletnie żadnego znaczenia.

– No gadaj... – rzucił, przymykając oczy, aby lepiej się skoncentrować.

Julka wspięła się na parapet i oparła plecami o framugę okna. Zerknęła na światełko w antykwariacie i westchnęła teatralnie, wskazując głową ulicę.

– Śniła mi się kobieta, nie wiem, czy jeszcze żyje, ale sądząc po stroju, chyba nie. Wyglądała na badaczkę starych świątyń Majów. Suknia mniej więcej z lat czterdziestych dwudziestego wieku, szkicownik w ręku, wspaniała kreska...

– Julka! – przerwał jej Julek. – Możesz się tak nie rozkręcać? Konkrety, proszę, konkrety, bo jeszcze chwila i zasnę.

– Konkrety są takie, że prawdopodobnie czeka nas wyprawa lub, jak wolisz, misja! I to do Ameryki Środkowej. To są konkrety! – odpowiedziała wzburzona.

– Skąd ten pomysł? – Julian był autentycznie zdziwiony.

Siostra wzruszyła ramionami i usiadła na szerokim parapecie, podciągając kolana pod brodę.

– Powiem ci tak. Widziałam podobne świątynie podczas wykładów z historii sztuki. Zapamiętałam je i stąd skojarzenie. Po prostu wiem, że coś się kroi. A teraz proponuję dobrze się wyspać.

Julek z jękiem podniósł się z łóżka siostry i powlókł do swojego pokoju. W progu odwrócił się jeszcze, spoglądając uważnie na Julkę.

– Mam przeczucie... – I odwrócił się, nic już nie mówiąc. Gdy dopadały go przeczucia, lepiej było zachować milczenie, bo z reguły się sprawdzały.

Julka sięgnęła po szkicownik i zaczęła rysować. Nie minęło kilka chwil i na pustej stronie piętrzyły się już schody piramidy zwieńczone posągiem ptaka. Jeszcze kilka kresek i obraz ze snu przeniósł się do notatnika, w którym dziewczyna zapisywała swoje sny. Potem znów spojrzała na szkic i uśmiechnęła się lekko, widząc, że udało jej się uchwycić zapamiętany obraz.

3.

Słyszane z oddali przeraźliwe skrzypienie roweru obwieściło zbliżanie się stałego dostawcy skarbów do sklepu ze starociami. Do szóstej rano brakowało niespełna godziny, a już w oknie wystawowym antykwariatu widać było sylwetkę Aureliusza Tarabelli czyszczącego srebrną paterę na owoce. Jedną z tych rzeczy, które dostarczył mu kilka dni wcześniej właściciel hałasującego roweru. Kapitan, bo tak go nazywano, twierdził, że patera pochodzi z domu jego zmarłej ciotki, ale gdyby wierzyć w te opowieści, stały dostawca miałby naprawdę imponującą rodzinę. To już dwudziesta trzecia zmarła ciotka Kapitana na przestrzeni kilku miesięcy. Prawda była taka, że codziennie przeczesywał okoliczne śmietniki, po czym przynosił Aureliuszowi czarno-białe pocztówki z zatartym adresem, rzadkie roczniki przedwojennych gazet, czasem stare zabawki z popsutym mechanizmem, a najchętniej starą porcelanę.

U wylotu uliczki pojawiła się wreszcie znajoma postać. Antykwariusz wyjrzał przez okno, słysząc potworny łoskot nadjeżdżającego pojazdu. Był to stary zardzewiały składak z przypiętym do bagażnika koszykiem na zakupy.

Leżał w nim jakiś duży przedmiot owinięty w gazetę.

Kapitan oparł rower o drzewo i podszedł do drzwi. Dźwięk wiszącego nad framugą dzwoneczka sprawił, że antykwariusz na moment oderwał wzrok od srebrnej powierzchni czyszczonego przedmiotu. Uśmiechnął się pod nosem i odłożył szmatkę do polerowania srebra.

– Witam, Kapitanie – powiedział półgłosem. – Coś wcześnie się dzisiaj widzimy. Czyżby jakieś znalezisko?

– To prawdziwe odkrycie!

– Jak każde, które pan tu przynosi – potwierdził Aureliusz. – Wyrazy współczucia z powodu odejścia ciotki.

– Ciotka ma się dobrze – odparł z roztargnieniem Kapitan. – Byłem na Cytadeli. W nocy – dodał szeptem.

– W nocy... – powtórzył zachęcająco Aureliusz.

– Poczułem przemożną potrzebę wyjścia z domu i gdy wsiadłem na rower, zrozumiałem, dokąd muszę pojechać – kontynuował Kapitan, zniżając głos. – Na Cytadeli odnawiają Joli Bord, piękny pałacyk, trzeba przyznać, i tam właśnie na placu budowy dostrzegłem jakiś błysk. Myślałem już, że to złodzieje. Światło płynęło jakby spod ziemi. Lecz była to tylko rozbita butelka. Podszedłem bliżej i wtedy ziemia poruszyła się. – Te słowa wypowiedział prawie bezgłośnie.

Właściciel antykwariatu spoważniał. Gdy ziemia się porusza, wszystko, co się wtedy ukazuje, ma ogromne znaczenie. Każda rzecz, która usiłuje wydostać się na zewnątrz i woła o pomoc, musi ją otrzymać.

– Co się ukazało? – spytał spokojnie.

– Zaraz pokażę! – zawołał rozgorączkowany Kapitan, niecierpliwie machając ręką. – Wiedz, panie Aureliuszu, że gdy się tam tylko zbliżyłem, włosy stanęły mi dęba. Jakby to coś do mnie gadało. Słyszałem jakieś szelesty i chciałem uciec – zwierzył się i ostrożnie położył na stole pakunek.

– Ale jednak nic się nie stało – powiedział uspokajająco Aureliusz. – Zobaczmy, co pan tam znalazł... – zaproponował z uśmiechem. Złapał delikatnie brzeg gazety i odwinął ukryty w środku przedmiot.

Światło lampy odsłoniło cienkie, wyryte dłutem linie wędrujące po szyjce naczynia tak brudnego, że wzór dalej ginął pod zaschniętą skorupą gliny pomieszanej z ziemią. Naczynie zwężające się ku górze wieńczył dziób ptaka. Aureliusz delikatnie wsunął dłoń w otwór. Wnętrze dzbana wypełnione było miękką czerwoną masą. Naczynie miało ponad trzydzieści centymetrów wysokości.

Antykwariusz zerknął z ukosa na swojego gościa.

– I co pan na to, panie Aureliuszu? – spytał z dumą Kapitan. – To jest bomba zegarowa! Z opóźnionym zapłonem! – Zaśmiał się złowieszczo.

– Biorę tę bombę. Ktoś przecież musi ją rozbroić – powiedział antykwariusz i wręczył gościowi pokaźną sumę.

Właściciel antykwariatu wiedział, że przedmiot jest bardzo stary. I miał pewność, że nie pojawił się u niego przypadkiem. Gdy Kapitan wyszedł, Aureliusz zamknął drzwi na klucz. Wyjrzał przez okno, spoglądając na uśpione o świcie miasto. Ulicą przejechał pierwszy tramwaj, a jego dzwonek uzmysłowił antykwariuszowi, że najwyższy czas zaparzyć kawę. Dochodziła za kwadrans szósta i rodził się kolejny dzień. Ile ich było w jego życiu, już nie pamiętał. Na ulicy pojawił się motor. Warkot rozdarł ciszę i po chwili ucichł, a właściciel pojazdu zatrzymał się po drugiej stronie ulicy. Był to kurier z przesyłką.

Aureliusz westchnął i przekręcił tabliczkę z napisem: „Zamknięte”. Potem odwrócił się, spoglądając na przedmiot stojący pośrodku stołu.

Tego ranka w domu na placu Wilsona niespodziewanie rozległ się dzwonek do drzwi. Ostry i natarczywy wdarł się w sen ojca bliźniaków. Michał zerwał się z łóżka i narzucając na siebie szlafrok, ruszył w stronę przedpokoju. Miał przy tym wyraz twarzy niewróżący nic dobrego. Była szósta rano. Nikt o zdrowych zmysłach nie próbowałby o tej porze zakłócać snu domowników.

W drzwiach stał kurier. Trzymał w ręku wielką kopertę, wachlując się nią od niechcenia. Wesoły chłopak wyciągnął przesyłkę w stronę Michała.

– To dla pana, proszę pana – oznajmił i podsunął mu do podpisania jakieś papiery.

– „Państwowe Towarzystwo Archeologiczne Miasta Meksyk” – przeczytał nagłówek Michał. – Dziękuję, ale nie musiał się pan tak spieszyć.

– Mam dużo przesyłek – pochwalił się chłopak. – Zawsze powtarzam, że nie ma nic lepszego od porannego wstawania. Życzę miłego dnia. – Odwrócił się i nie czekając na odpowiedź, zaczął zbiegać po schodach.

– Co się dzieje? – rozległ się zaspany głos Agaty, żony Michała, mamy rodzeństwa.

– Przesyłka – odparł krótko Michał. – Dostałem już wszystkie materiały. Nie zapominaj też o niespodziance.

Na kuchennym stole ktoś rozsypał kasztany. Agata odsunęła je na bok i sięgnęła po nożyczki.

– À propos niespodzianki, nie hałasujmy, bo bliźniaki jeszcze śpią – powiedziała półgłosem.

– Nie przesadzaj. – Michał zaśmiał się cicho. – I tak za moment będą wstawać.

W kopercie kryły się: urzędowy list, program konferencji, folder turystyczny zachęcający do podróży po Jukatanie, zaproszenie na uroczyste party otwierające konferencję i identyfikatory z nazwiskami gości, imienne dla całej czwórki, oraz bilety na samolot. Kierunek wyprawy wiązał się ściśle z ostatnimi majańskimi badaniami Michała.

– To był zdecydowanie dobry pomysł. Połączyć ferie ze świętami – zauważył. – Miałbym ciebie i ich zostawić?! Poczekaj... – Wziął do ręki program i zaczął go uważnie studiować. – Wygląda na to, że spędzimy w Meksyku emocjonujące chwile.

Agata usiadła przy stole i westchnęła cicho, czując, że w ich życiu szykuje się kolejna rewolucja Gdy Michał przeczytał dokumenty, zebrała je wolnym ruchem i włożyła z powrotem do koperty. Ukryła ją w szufladzie kredensu.

– Najpierw śniadanie – powiedziała stanowczym głosem – a potem narada. Julki muszą przecież pójść do szkoły, bo to już ostatnia klasa, maturalna.

Poszła wyciągnąć ich z łóżek, a Michał zabrał się do parzenia kawy i po chwili w kuchni unosił się aromat świeżo zmielonej kolumbijskiej mieszanki. Później mama bliźniaków przygotowywała tosty, zerkając co sekundę na kuchenną szufladę, w której kryły się bilety. Gdy całą rodziną zasiedli do śniadania, rodzice o wyjeździe nie wspomnieli ani słowem.

4.

Jesienne słońce paliło Juliana w plecy. Ubrał się rano cieplej niż zwykle, zmuszony przez mamę do włożenia grubej bluzy. Nie chciał robić jej przykrości, ale postanowił, że niedługo przeprowadzi z obojgiem rodziców poważną rozmowę na temat traktowania maturzystów. Gdy wracał ze szkoły, kopał toczący się przed nim kamień, wspominając lekcję geografii, na której dowiedział się, że dokładna znajomość mapy jest dowodem świadczącym o inteligencji ucznia. I dowiedział się jeszcze, że mógłby brać przykład z siostry. A tego nie znosił najbardziej. Na szczęście Julka była w innej klasie. Mieli tylko tę samą nauczycielkę geografii. Chciało mu się śmiać, gdy myślał o siostrze, bo ona znała wszystkie mapy świata. Wiedzy starczało dla dwojga, więc nie musiał się uczyć.

W okolicy stacji metra uwagę Juliana przykuł zbierający się tłumek gapiów. Stał tam z garścią ulotek przebrany za klowna mężczyzna. Reklamował nowy napój obiecujący energię na cały dzień i całą noc. Mała dziewczynka trzymała w ręku balonik, który, szarpany przez wiatr, zwracał uwagę napisem: „Czysta radość, czysta energia”.

„Absurdalne” – pomyślał chłopak i w tym momencie potknął się o chodnikową płytę, lądując tuż przed kobietą, która opierała się o słup oklejony plakatami. Wysoka i szczupła, ubrana w niebieski prochowiec, w kapeluszu i ciemnych okularach, trzymała pod pachą czarną aktówkę.

– To już koniec – szepnęła mu nagle prosto w twarz. – Jutro obudzisz się w nicości. – I zanuciła niepokojąco, łapiąc go za ramię: – „Budujcie Arkę przed potopem, dobądźcie na to swych wszystkich sił. Budujcie Arkę przed potopem, choćby tłum z waszej pracy kpił!”.

Jej głos wzniósł się o kilka oktaw. Julek przypomniał sobie utwór Jacka Kaczmarskiego i dreszcz przebiegł mu po plecach. Jeszcze w dzieciństwie, zawsze gdy go słuchał, czuł wielki niepokój i oczekiwanie, że zaraz wydarzy się coś strasznego. Najbardziej się bał, kiedy padały słowa: „Budujcie Arkę przed potopem, słychać już grzmot burzowych chmur!”.

Teraz dziwna kobieta ściskała Juliana mocno za ramię i wpijała kościste palce, nie chcąc go puścić, w dodatku śpiewała na cały głos tę piosenkę. Starał się delikatnie wyswobodzić z jej uchwytu, ale była niebywale silna – najwyraźniej nie miała zamiaru rozstawać się z Julkiem.

– I po co tu jeszcze stoicie?! – krzyknęła do zbierających się wokół ludzi. – Koniec świata nadchodzi! Na co czekacie?! – wydobyła z siebie nadspodziewanie mocny głos. – „Budujcie Arkę przed potopem, choćby tłum z waszej pracy kpił!”. Cieszcie się słońcem, bo powiadam wam, że koniec już bliski – śpiewała czystym głosem. – Spojrzała na Juliana i choć miała ciemne szkła, dostrzegł w jej oczach bolesne skupienie pomieszane z szaleństwem. – Ty! – wyszeptała mu do ucha. – Właśnie ty masz ocalić ten świat. To twoje zadanie, buduj Arkę! – dodała i rozluźniła wreszcie uchwyt, puszczając ramię chłopaka. – Ale pamiętaj, nie sam, tylko z nią – dodała, patrząc przed siebie, jakby widziała w oddali coś, czego inni nie dostrzegają.

Ludzie śmiali się i wytykali ją palcami. Kobieta poszła wolnym krokiem w stronę metra, nie oglądając się za siebie. Po chwili wtopiła się w tłum przechodniów.

Julian wzdrygnął się gwałtownie, czując w głowie narastający huk. Przeraźliwy dzwonek tramwaju sprawił, że oprzytomniał. Spojrzał na znajome mury i ruszył wolnym krokiem w stronę domu. Jaskrawe światło popołudnia wydobywało niczym reflektor ostre krawędzie przedmiotów, które zyskiwały niespodziewaną głębię.

– Julek! Uważaj, jak idziesz! – usłyszał znajomy głos i zobaczył swoją siostrę bliźniaczkę. – Gdy masz taką minę, wiem, że coś się dzieje – oznajmiła. – Nie marnujmy więc czasu. Powiedz mi po prostu, o co chodzi.

– Myślałaś kiedyś o końcu świata? – spytał z poważną miną.

– No cóż, każdy ma swój koniec świata... – westchnęła filozoficznie. – Ale nie ukrywam, że czasem myślę, jak by to było, gdyby świat się skończył dla wszystkich jednocześnie. Brr... – wzdrygnęła się i pokręciła głową.

Julka należała do osób, które starały się racjonalnie podchodzić do różnych teorii. Jednak lęki dzieciństwa sprawiały, że czasem zamieniała się w małe dziecko, dla którego świat po drugiej stronie ulicy pełen jest pułapek i mroku. Granica nie mogła być przekroczona. I choć nie przyznawała się przed Julkiem, zdarzało jej się budzić w nocy z trwogą w sercu, że gdzieś stamtąd nadejdzie coś, nad czym nie będzie mogła zapanować. Ale on i tak wiedział, bo ilekroć ogarniał ją lęk, czuł dokładnie to samo.

– Przed chwilą widziałem pewną kobietę. Śpiewała na ulicy piosenkę Kaczmarskiego Arka Noego, której nigdy ze strachu nie mogliśmy wysłuchać do końca – powiedział Julek.

– Wydawała się nam przerażająca – zgodziła się Julka. – I co z tą kobietą?

– Mówiła o końcu świata – wyszeptał zamyślony. – Wiesz, co było w tym wszystkim najdziwniejsze? Miałem uczucie, że coś albo ktoś dyktuje jej słowa. I zakomunikowała, że to ja mam zbudować Arkę.

– No nieźle – mruknęła Julka. – Współczuję, naprawdę. To chyba dużo roboty.

– Ja tu ledwo oddycham, a ty sobie kpisz! – rozzłościł się brat.

– Chodźmy już do domu – zaproponowała ugodowo. – Zrobimy naleśniki z czekoladą i wszystko będziemy mieć w nosie.

– Dobry pomysł – rozchmurzył się Julek. – Urządzimy sobie prawdziwą ucztę.

W domu pachniało jesienią. Mama przed wyjściem otworzyła wszystkie okna i rześkie powietrze mieszało się z ulotną wonią jej perfum. Julian ruszył w stronę uchylonych drzwi biblioteki. Odwrócił się i spojrzał z uśmieszkiem na siostrę.

– Cii... – Położył palec na ustach. – Może ktoś tam jest?

Julka zaśmiała się nerwowo i złapała go za łokieć.

– Przestań się wygłupiać, przecież nikogo nie ma. Możesz mnie nie straszyć? – poprosiła.

To była ich gra z dzieciństwa. Straszyć się wzajemnie, ze świadomością, że i tak czują dokładnie to samo. Zajrzeli ostrożnie do środka, ale w bibliotece rzeczywiście nikogo nie było. Za to były tam setki tomów. Najwięcej z zakresu historii sztuki, ale nie brakowało też literatury pięknej, w myśl zasady, że w Wikipedii czy przez Google można znaleźć odpowiedź na wiele pytań, ale nic nie zastąpi książki.

Julian poczuł unoszący się w powietrzu delikatny zapach cygar.

– Na mój nos ojciec niedawno tu był – zauważył. – Widzisz to pudło? Wczoraj wieczorem stało wysoko, a teraz wylądowało na biurku. Musiał wyjątkowo jedno rano wypalić.

– Zawsze to robi, gdy chce coś uczcić. Ciekawe, co to było tym razem – powiedziała Julka. – Czekaj, może znajdę coś na temat mojego snu. – Rzuciła okiem na biurko, gdzie leżały porozrzucane papiery.

Podeszła do półki z książkami poświęconymi kulturze Indian. Sięgnęła po gruby tom stojący pomiędzy Życiem codziennym Majów a Malowanymi księgami dawnych narodów Meksyku.

Nagle na ziemię sfrunęła kartka. Julek podniósł ją zaciekawiony i już po chwili stał zatopiony w lekturze. Miał przed sobą ksero jednej ze stron Kodeksu drezdeńskiego Majów. Zaczął czytać na głos napisane ołówkiem na marginesie tłumaczenie kolejnych glifów:

– „Miasto tak bogate, że drugiego takiego na Ziemi nie znajdziesz. Słoneczny Atlan godny jest przechowania największego skarbu naszego dziedzictwa: szczerozłotego zbioru praw skrzętnie spisanych na tabliczkach ze szlachetnego kruszcu...”.

– Julek, co ty czytasz? – przerwała mu Julka. – Jaki skarb?

– Powolutku, zaraz sprawdzimy – wymruczał pod nosem, wpatrując się w rycinę przedstawiającą tańczącego wojownika. – Wygląda na to, że w Meksyku jest pewien nieodkryty jeszcze skarb. Bo o takim złocie to nawet ojciec by nam opowiedział. Daj mi atlas.

– Specjalista się znalazł – mruknęła pod nosem siostra. – Myślisz, że wystarczy wziąć atlas i skarb jest twój?

Julian złapał siostrę za rękę i pociągnął w stronę półek. Udawała, że się opiera, ale po chwili zgodnie otwierali wielki atlas świata, w którym bez trudu znaleźli miejsce, gdzie znajdowało się kiedyś miasto. Wskazała je Julka.

– Wiem, że nie ma mapy, której byś nie rozszyfrowała. Po prostu jesteś w tym najlepsza, siostro – powiedział pojednawczo Julian. – Ale interpretację pozostaw mnie – dodał z przewrotnym uśmieszkiem. – Mapę nazwano Świetlistą Drogą, czyli idziemy po światłach. Tam, gdzie tekst o nich wspomina, jest kolejny namiar na współrzędne. Liczba dzbanów z winem i worków ze zbożem to konkret. No i ten rysunek, właśnie portret boga Słońce, Itzamná. Przyjrzyj się głowie. Czy nie przypomina kształtem?...

– Zobacz, Julek, to on! Teraz jest tu ogromne jezioro w kształcie czaszki – zawołała przejęta siostra. – Izabal, największe w Gwatemali.

Julian już wyciągał kolejną książkę i wertował ją, niecierpliwie przerzucając strony.

– Mam! – zawołał zadowolony. – „Trzydziestego października sześćset sześćdziesiątego szóstego roku przed naszą erą miasto Atlan zostało zrujnowane przez trzęsienie ziemi”. I jeszcze jedno: „W mieście znajdowało się dwa tysiące sto pięćdziesiąt sześć tabliczek, na których Majowie spisali swoje prawo. Osiem ton złota”. – Julian uśmiechnął się szeroko. – Kogo by to interesowało...

– No nie mów. – Siostra uśmiechnęła się pod nosem. – Kogo mógłby interesować taki majątek? Teraz pewnie spoczywa na dnie jeziora i nikogo nie obchodzi.

– Oprócz żądnego skarbów tłumu poszukiwaczy, którzy zapewne przeczesali dżunglę wzdłuż i wszerz i nic nie znaleźli – powiedział Julian.

– Zajrzyjmy do internetu, czy nie ma tam jakichś informacji – zaproponowała Julka.

Wpisali do wyszukiwarki Google hasło: „52 strona Kodeksu drezdeńskiego Majów” i natychmiast znaleźli artykuł o wyprawie.

– Ktoś już wyruszył po skarb! Nie mogę uwierzyć – mruknął rozczarowany Julek.

– Nie przejmuj się, bogactwo by ci tylko zaszkodziło – pocieszyła go siostra. – Jeszcze byś od niego zgłupiał, a tak pozostaniesz mądry taki, jaki jesteś, czyli tak naprawdę przeciętnie inteligentny, ale to zawsze coś.

– Posłuchaj tylko – rzucił Julian, nie reagując na słowa Julki. – „To będzie odkrycie na niespotykaną skalę! Niemcy są na tropie skarbu Majów. Pewien niemiecki badacz twierdzi, że udało mu się rozwikłać zagadkę ukrytą w słynnym Kodeksie drezdeńskim: dokumencie opracowanym przez Majów, zawierającym między innymi wiele informacji astronomicznych, w którym znajdował się także almanach opisujący ruchy Wenus. Ekspedycja naukowa wyruszyła z Drezna w niedzielę”.

– W ostatnią niedzielę? – przerwała mu zdumiona Julka. – Dwa dni temu?

– Nie, w niedzielę szóstego marca, pół roku temu – wyjaśnił Julian. – Lepiej słuchaj dalej: „Joachim Miller, emerytowany profesor Uniwersytetu Drezdeńskiego, nie ma wątpliwości, że jest na najlepszej drodze, by dokonać rzeczy, która jest marzeniem każdego eksploratora. Naukowiec twierdzi, że podczas wieloletniego studiowania słynnego rękopisu natknął się na informacje, które mogą stanowić wskazówkę prowadzącą do odkrycia gigantycznego skarbu: olbrzymich pokładów złota. Ludzie wtajemniczeni w całą akcję nie mają wątpliwości, że będzie to znalezisko na niespotykaną dotąd skalę!”.

– Przechwałki i tyle – mruknęła Julia. – Skąd on ma pewność, że odkryje skarb? To nie takie proste, inaczej dawno ktoś dokonałby kradzieży. Majowie nie byli tacy głupi. Poza tym, gdyby odkryto go w ciągu ostatniego półrocza, cały świat już by się o tym dowiedział. A my pierwsi, od ojca.

– „Ale okazuje się, że ów skarb znajduje się rzekomo pod powierzchnią jeziora Izabal w północno-wschodniej Gwatemali – czytał dalej Julek. – Trafił tam po wielkim trzęsieniu ziemi, jakie miało miejsce w sześćset sześćdziesiątym szóstym roku w Atlan”. Czyli piszą to, o czym już wiemy – skomentował. Przebiegł wzrokiem kolejne akapity i je streścił: – Ekipa, która wyruszyła po skarb, składa się z przedstawicielki jakiegoś banku oraz fotografa, operatora kamery i nurka w jednej osobie. Swoją drogą, niezły gość! – zauważył z podziwem. – Badania radarowe wykazały – streszczał dalej – że nie jest to bezpodstawne. I jeszcze jedno: łup może mieć wartość osiemdziesięciu pięciu milionów dolarów. A trzęsienie ziemi wydarzyło się trzydziestego października. To zastanawiające... – zamyślił się.

– Poczekaj, czy dzisiaj nie jest przypadkiem...

– Trzydziesty października! – zawołali zgodnym chórem. W tym momencie rozległ się grzmot i lunął deszcz.

– Musimy coś zjeść – powiedział stanowczym tonem Julian. – Bo z tych nerwów nie mogę myśleć.

Powlekli się do kuchni i gdy Julka sięgała do lodówki, aby wyjąć mleko, dostrzegła na drzwiach przyczepioną magnesem kartkę. Zapisana fioletowym atramentem, nie budziła wątpliwości co do osoby autora. Zostawiła ją mama. Tylko ona używała pióra.

– Julek, zobacz, co tam napisała – wymamrotała siostra, odstawiając karton z mlekiem, aby wydobyć ostrożnie jajka.

Brat zdjął kartkę z lodówki i szybko przebiegł ją wzrokiem.

– Zmiana planów! – zawołał radośnie. – Wychodzimy na obiad z rodzicami do restauracji Pierzasty Wąż. Jak cię znam, pewnie wiesz, gdzie to jest! – Zaśmiał się z własnego dowcipu. – Musimy się dziś teleportować na Stare Miasto.