Banda Michałka na wakacjach - Ewa Karwan-Jastrzębska - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Banda Michałka na wakacjach ebook i audiobook

Ewa Karwan-Jastrzębska

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Wakacje, które zmieniają wszystko! 
Przygoda, przyjaźń i Indie pełne tajemnic – oto wyprawa, której nie da się zapomnieć!

Poznaj Michałka i jego niezwykłą paczkę przyjaciół – bandę, która zawsze trzyma się razem, wpada w niesamowite tarapaty i potrafi znaleźć przygodę nawet tam, gdzie nikt się jej nie spodziewa. Tym razem czeka ich podróż życia – wyprawa do barwnych, pachnących przyprawami Indii!

Na bohaterów czekają świątynie małp, gwarne ulice Mumbaju, tajemnicze historie, niezwykli ludzie i spotkania, które uczą odwagi, empatii oraz szacunku dla innych kultur. A wszystko zaczyna się jeszcze przed odlotem… od małego makaka, który wywraca świat bandy do góry nogami!

„Banda Michałka na wakacjach” to pełna humoru, ciepła i emocji opowieść o przyjaźni, marzeniach i odkrywaniu świata oczami dzieci. Dynamiczna akcja, zabawne dialogi i egzotyczna atmosfera sprawiają, że od tej książki trudno się oderwać.

Idealna lektura dla młodych odkrywców, którzy kochają przygody, podróże i bohaterów z charakterem!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 212

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 39 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Józef Pawłowski

Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
polii_book_ksiazkara

Nie oderwiesz się od lektury

Czytało się świetnie od pierwszej do ostatniej strony przygody Michałka i jego bandy wciągają i bawią jednocześnie. To książka, po której zostaje się z uśmiechem i ochotą na kolejne tomy. Polecam
00
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Wakacje z bohaterami,które się nie zapomni.Polecam
00



BANDA MICHAŁKA NA WAKACJACH

Mojemu Mikołajowi, bez którego ta książka nigdy by nie powstała

Rozdział 1 – POCZĄTEK WAKACJI

Jesteśmy paczką przyjaciół. Banda Michałka istnieje naprawdę. Nie wyobrażajcie sobie, że nas wymyśliłem. Co to, to nie! Nie jestem oszustem, tylko zwykłym chłopakiem. Połączyła nas wspólna szkoła na warszawskim Żoliborzu. Tworzymy zgraną paczkę.

Wiecie na pewno, gdzie mieszkam i jak się nazywam, choć z drugiej strony istnieje ryzyko, że ktoś z Was z nami, czyli z bandą, dotąd się nie spotkał. To na początek kilka zdań, abyście się potem nie pogubili, kto jest kim i czym się zajmuje w czasie wolnym od szkoły. Bo przecież istnieje świat poza nauką.

Oto my! Marysia – dziewczyna warta więcej niż tuzin obcych chłopaków, pływa jak ryba; Hubert – rymuje jak sam Adam Mickiewicz; Mateusz nazywany przez nas czasem Krystianem – jest dobry z matmy, a jego piegi wyglądają jak planety na niebie lub (jak mówią niektóre dziewczyny w klasie) płynna czekolada; Drzewko, czyli Franciszek – lubi się bić, ale tylko ze szlachetnych pobudek; Rysio – prawdziwy Japończyk po mamie, fajny kumpel; Filip – o anielskim głosie i wyglądzie, choć gra na gitarze ciężkiego rocka; Jerzyk – człowiek pająk, który wspina się po wszystkim, co wystaje nad powierzchnię ziemi; i ja, Michałek, ale o sobie nic nie powiem, bo nie wypada się chwalić.

Spędzamy ze sobą dużo czasu. Tak dużo, że Marysia powiedziała kiedyś, że moglibyśmy się już nie spotykać, bo i tak wszystko o sobie wiemy. Ale zaraz się poprawiła, że może nie wszystko, bo nie wie jeszcze, dlaczego Jerzyk ostatnio ciągle się jej przygląda. Gdy tylko to powiedziała, Rysio chciał się bić, ale nikt nie rozumiał dlaczego i z kim, dopóki nie wyjaśnił, że to miała być walka o honor Marysi, której nikt nie ma prawa się przyglądać, nawet kumple z bandy.

Wtedy Drzewko zauważył, że Rysio przygotowuje się już do wyjazdu na wakacje, bo z tym patrzeniem i niepatrzeniem w różnych rejonach świata jest różnie, w zależności od tego, co wypada robić, a czego nie wypada w danym miejscu. Dlaczego Franciszek o tym wspomniał, dowiecie się niebawem. Awantura została szybko zażegnana, więc spotykamy się nadal codziennie, nawet po lekcjach. Jednak w tym roku nie możemy się kłócić, bo będziemy mieć, jak mówi tata, „wakacje naszego życia”.

No dobrze, powiem Wam! Bo i tak bym nie wytrzymał. Wyobraźcie sobie, że jedziemy do Indii! Całą paczką i z kilkorgiem dorosłych, bo niektórzy rodzice muszą w tym czasie pracować, więc część z nich zostaje. Jedziemy tam, bo córka przyjaciółki mamy, Iwona, jest przewodniczką wycieczek i wie o Indiach wszystko. To jedyna w swoim rodzaju dziewczyna – pisze reportaże o kobietach z całego świata i ich prawach. I to ona namówiła naszych rodziców na ten wyjazd. Jedziemy prywatnie i będziemy w miejscach, o jakich nie śniło się filozofom (czy jak to się mówi). A chodzi po prostu o to, że nikt dotąd nie oglądał ich tak, jak my to zrobimy tego lata. Ludzie jeżdżą najczęściej na zorganizowane wycieczki. Nasz wyjazd będzie zupełnie inny, bo Iwona zna wielu ludzi w Indiach i przyjaźni się ze świętymi mężami. Nawet małpki jedzą jej z ręki. Była wszędzie i wie, gdzie jest najciekawiej. Normalnie kosmiczna sprawa!

Wczoraj odwiedziła moją mamę i usiadły przy stole w kuchni, aby pogadać o wyjeździe. Wpadła do nich Julka, moja siostra, bo była ciekawa, jak wyglądają oryginalne kurty, czyli takie długie koszule z haftami. Julka też jedzie, bo uznała, że to miejsce jest prawdziwą kopalnią tematów fotograficznych. Jak zwykle zaplanowała wszystko w najdrobniejszych szczegółach. I jakby tego było mało, zrobiła jeszcze notatki i szkice w notesie.

Przyszedłem do kuchni przygotować sobie owocową sałatkę i usłyszałem, jak mówiły, że odwiedzimy świątynię sikhów i zobaczymy, jak gotują w gurudwarze. Podobno podłoga jest tam z marmuru i tak lodowata zimą, że odwiedzający świątynię turyści chodzą jak bociany, unosząc wysoko stopy, bo tak im marzną. Strasznie się z tego śmiałem, choć nie byłem pewien, czy Iwona nie wymyśliła tej historii specjalnie dla mnie. Nie mogę się już doczekać wyjazdu i, jak mówi babcia Katarzyna, widać to gołym okiem.

Mama powiedziała, że musi koniecznie przywieźć do Polski jakieś przyprawy, aby robić w domu prawdziwe hinduskie jedzenie. A potem dodała, że najbardziej ciekawa jest Czerwonego Fortu. Chyba będę musiał trochę poczytać o Indiach, bo inaczej wszystko zapomnę, gdy wrócę. Nasza wychowawczyni, pani Maryla, powtarza, że jak się nie przygotujesz do wyjazdu, to będziesz ciemny jak tabaka w rogu. W naszym rodzinnym domu jest tabakierka po pradziadku, więc wiem, że tabaka to proszek, od którego się kicha, a ciemna dlatego, że gdy tabaka utknie w głębi srebrnego rożka, to nie dochodzi tam światło. Sam to odkryłem, gdy byłem mały. Musimy się więc przygotować, bo inaczej będziemy tkwić w ciemnościach jak ta tabaka pradziadka.

Po powrocie z Grecji w minione wakacje ktoś z bandy (nie mogę zdradzić kto) zapomniał, jak miała na imię ukochana Tezeusza. I choć nie bywamy wobec siebie niemili i nikt nikomu nie dokucza, to jednak uśmialiśmy się jak nigdy. I wtedy ten ktoś zaczął bić się z Rysiem, więc musieliśmy powiedzieć, że nieważne, czy pamięta, ważne, że wykazał się odwagą. Tak właśnie wygląda przyjaźń w naszej bandzie – mamy swoje zasady.

Czekają nas więc dogłębne studia nad Indiami. Wczoraj zastanawiałem się na przykład, dlaczego krowy są święte i mogą chodzić ulicami między ludźmi. Wyobraźcie sobie u nas łaciate krowy, które oglądamy z okien samochodów podczas podróży (a jeśli mieszkamy na wsi, to w oborach i na pastwiskach), kroczące dumnie ulicami miast i miasteczek. Czy to nie byłoby wspaniałe? Wszystkim należy się szacunek. Zwierzętom też. Podobno w Indiach ludzie nie jedzą krów, tylko drób. Szkoda, że ludzie w ogóle jedzą mięso. Ale tak jest od wieków. To tradycja.

Tata ostatnio mówił coś na temat wolnej woli i prawa wyboru swojej drogi życiowej. To mi się bardzo podoba. Może kiedyś zostanę wegetarianinem? To ktoś, kto je rośliny i przetwory mleczne. Opowiadała nam o tym kilka lat temu nasza wychowawczyni. Muszę pomyśleć o tej „swojej drodze życiowej”.

A może jesteście ciekawi, skąd się wzięła ta „świętość” krowy? Filip przyniósł mi ostatnio ciekawą książkę o bóstwach indyjskich. Przeglądając ją, odkryłem, dlaczego krowy są tak szanowane przez Hindusów. Wyczytałem, że matką wszystkich istot w Indiach jest staroindyjska bogini Prythiwi. Opiekuje się ona i ludźmi, i zwierzętami, i roślinami. Łączy w sobie niebo i ziemię. Symbolem tej bogini są ziemia i mleczna krowa. Więc sami rozumiecie – trudno byłoby Hindusom skrzywdzić czy zjeść swoją boginię.

Wiele jest takich historii i na pewno większość rozszyfrujemy, bo banda już taka jest.

Dziś spotykamy się na strychu u Jerzyka i będziemy planować wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Musimy być gotowi do wyprawy!

Rozdział 2 – BANDA POZNAJE MAKAKA

U Jerzyka zawsze jest wesoło.

Tego popołudnia graliśmy całą paczką w ogrodzie w piłkę. Gafel, pies w czarno-białe łaty znaleziony w zeszłym roku w lesie, skakał wysoko jak tresowana małpka i raz za razem nam ją odbierał. Gdy naraz rozległ się dzwonek do drzwi, Jerzy kopnął piłkę tak mocno, że poleciała do sąsiada, więc w biegu dał znak Franciszkowi, aby przeszedł przez parkan i ją stamtąd zabrał, a sam już po chwili był przy furtce.

– Czy możesz się zaopiekować przez kilka godzin moją małpką? Jest trochę niesforna, ale lubi dzieci – rozległ się męski głos.

Ukryci za domem domyśliliśmy się, że to ten nie do końca już nowy sąsiad, który kiedyś nastraszył nas w Zaduszki.

– Ojej! Skąd pan ją ma? – Jerzyk nie umiał ukryć radości.

Małpki nas fascynowały. Między innymi dlatego, że jedziemy do Indii. Tam w pobliżu miasta Dżajpur, w Galta, jest prawdziwa Świątynia Małp. Opowiadała nam o niej Iwona, a mama zadawała jej dużo pytań o te małpki.

– Przywiozła ją z daleka moja przyjaciółka. To urocze stworzenie będzie u mnie mieszkać kilka tygodni. Potem zapewne małpka wróci tam, skąd przybyła – wyjaśnił sąsiad.

Bywają ważniejsze sprawy niż piłka. Na przykład małpki. Pojawiliśmy się więc w okamgnieniu przy Jerzyku, cała banda w komplecie. Przy furtce stał bardzo wysoki pan w czapeczce haftowanej przez meksykańskich Indian. Miał długie, sięgające ramion włosy. Gdy go ostatnio widzieliśmy, kryły się pod sombrero.

Marysia podeszła do sąsiada. Nasza przyjaciółka potrafi się zachować i dorośli dzięki temu bardzo ją lubią.

– Dzień dobry, jaka piękna pogoda! – zagaiła i nie patrząc w niebo, bo wpatrywała się w małpkę, wskazała dłonią nadciągające z zachodu burzowe chmury.

– Widzę, że lubisz, podobnie jak ja, gdy przyroda przypomina nam o swojej naturze, choćby grzmotami. Zaraz będzie burza – zaśmiał się sąsiad i dopiero wtedy Marysia dostrzegła, że pogoda się psuje, a nad nami wiszą ciężkie stalowe chmury.

– Tak, jest super, gdy się błyska, świat lśni wtedy jak… diament w koronie. Widziałam takie klejnoty w muzeum w Anglii, gdy byliśmy na wycieczce szkolnej – ciągnęła Marysia absolutnie niespeszona. Nie na darmo była mistrzynią improwizacji. – A co to za małpka? Skąd pochodzi?

Wszyscy przyglądaliśmy się jak zaczarowani temu niewielkiemu stworzeniu o zmierzwionej sierści i czarnych okrągłych jak guziki oczach. Małpka była młoda, dwa razy mniejsza od Gafla, który wyrósł na sporego psa. Teraz był już dorosły. Węszył ciekawie, a ona, o dziwo, wcale się go nie bała.

Sąsiad głaskał ją delikatnie po łapce i przemawiał do niej w nieznanym śpiewnym języku.

– Przyjechała z Indii. Moja przyjaciółka znalazła ją we własnej torbie, wysiadając z samolotu. Małpka ukryła się w jej podręcznym bagażu i całą drogę siedziała cicho jak mysz pod miotłą. To makak. Musiała się tam zakraść już w samolocie, bo przecież bagaż był prześwietlany. Za tydzień wraca do swojego kraju. Pewnie pochodzi z Galty, ze Świątyni Małp.

– Niesamowite! – emocjonował się Filip. – Właśnie wybieramy się do Indii i na pewno będziemy w tej świątyni! Możemy ją tam zawieźć?

– To miłe z twojej strony, że chcesz pomóc, ale małpka musi polecieć w specjalnej klatce i odbiorą ją na miejscu celnicy i weterynarz. Musi wrócić do domu, do swojej małpiej rodziny, ale nie ukradkiem. Tym razem odbędzie podróż oficjalnie. – Sąsiad się zaśmiał. – Wróci do swoich bliskich. Na pewno ktoś tam na nią czeka. Jak widać i wśród zwierząt zdarzają się podróżnicy. – Rozłożył ręce w serdecznym geście i to małpce wystarczyło. Nieopatrznie spuścił ją z oka i natychmiast wykorzystała moment nieuwagi.

Zeskoczyła na trawę prosto pod stopy Marysi. Hubert, który stał tuż obok, nie wiedzieć czemu wrzasnął, więc się wystraszyła. I wtedy się zaczęło.

Gafel oszalał. Wyglądało to niesamowicie. Podobno, jak twierdzi moja mama, każdy choć raz w życiu przeżywa miłość od pierwszego wejrzenia. Gafel chyba się zakochał, bo zaczął tęsknie wyć, a małpka wskoczyła najpierw na drzewo, z drzewa na mur, potem na gzyms, po czym wspięła się na parapet okna na pierwszym piętrze i wślizgnęła się przez lufcik do środka. Pies tymczasem skakał jak oszalały i kręcił się w kółko za własnym ogonem, Krystian krzyczał, żeby przynieść drabinę, bo małpka zrobi sobie krzywdę, sąsiad wystartował jak rasowy sprinter, aby dostać się przez drzwi wejściowe do domu i popędzić na pierwsze piętro. Chciał złapać małpkę, zanim zwierzątko narobi szkód. Tak się śpieszył, że spadła mu z głowy jego kolorowa czapeczka, ale nawet tego nie zauważył.

– Akcja małpka! – wrzasnął niespodziewanie Jerzyk i wspiął się jak człowiek pająk po gzymsie.

Dla niego to kaszka z mleczkiem, jak mówi moja babcia. Nie na darmo był od pół roku w kadrze juniorów i wspinał się po najbardziej niebezpiecznych ścianach świata, reprezentując nasz kraj. Patrzyliśmy na Jerzyka jak zaczarowani, bo wspina się jak nikt!

Marysia tymczasem zniknęła jak to ona, bo wszystko musi robić po swojemu. Jak ją znam, miała jakiś inny pomysł niż my – to tak pewne jak to, że jutro wzejdzie słońce. Jerzyk po kilku sekundach otwierał już szerzej okno na pierwszym piętrze, siedząc wygodnie na parapecie, gdzie jeszcze przed chwilą przebywała nowa lokatorka jego domu.

Nieoczekiwani goście zazwyczaj bywają nieprzewidywalni. Ostatnio na przykład w naszym domu zamieszkał pan z czterema chartami afgańskimi i wychodzi z nimi na spacer codziennie o czwartej rano. Pan Wiesio mówi, że to diabły wcielone, bo obgryzają korę drzew. A właściciel psów uważa, że korę obgryzają dzikie koty. I bądź tu mądry! Moje rozmyślania o nowych lokatorach przerwał przeraźliwy brzęk.

Z domu dobiegł łomot i coś runęło z hukiem, więc ocknąłem się i rzuciłem w stronę otwartych drzwi wejściowych, pokonując jednym susem próg. Na parterze w dużym pokoju, skąd prowadziły drzwi na taras, stał nieruchomo jak posąg pan sąsiad. Wyglądał zupełnie inaczej niż przed chwilą, bo z jego długich włosów spływała – i to w dodatku na świeżo wyfroterowaną przez Rebekę podłogę – jakaś ciecz. Przypominał nieco rusałkę z wodorostami na głowie, zamiast włosów rzecz jasna. Widziałem taką na rysunku w podręczniku – jako ilustrację do jakiegoś romantycznego wiersza. Ale co tam rusałka! Jego wyraz twarzy wart był Oscara. Sam bym mu go przyznał, gdybym tylko był jurorem.

Patrzyłem na sąsiada jak sroka w gnat. I nagle odkryłem tajemnicę pojawienia się tych dziwnych wodorostów na jego głowie. Wszystkiemu winien był dzban Rebeki! Jej rabarbarowy kompot wylądował na włosach gościa. Szklane naczynie trzymała w łapkach małpka. Musiała, uciekając, wylać jego zawartość na głowę sąsiada Jerzyka. Patrzyliśmy na małą sprawczynię zamieszania jak zahipnotyzowani.

I wtedy Marysia przemówiła jakimś innym, nie swoim głosem. Chciałbym w tym miejscu podkreślić, bo to ważne, że odezwała się, stojąc w swej ulubionej sukience w groszki u szczytu schodów niczym gwiazda filmowa.

– Chodź do mnie, kochana, chodź, makaku, do Marysi, ty moje cudo – zamruczała jak kot i stał się cud.

Małpka odstawiła pusty dzban na blat stołu tak ostrożnie, jakby naczynie było z kryształu, a nie ze zwykłego szkła (najwyraźniej nie chciała go stłuc, może wiedziała, że jest bezcenny dla rodziny Jerzyka), a potem skoczyła w objęcia naszej przyjaciółki.

Zapadła cisza. Nawet sąsiad przestał nerwowo potrząsać głową, tylko otworzył usta i ruszał nimi jak ryba albo rusałka (one być może ruszają ustami, gdy się dziwią). Coś z tą rusałką, jak mówi pan Wiesio dozorca, było na rzeczy. Może sąsiad był rusałką w poprzednim wcieleniu?

– Tak to się robi – oznajmiła z triumfem Marysia, drapiąc delikatnie małpkę tuż przy brodzie. – Mogę się nią zaopiekować przez parę godzin – dodała łaskawie.

Małpka złapała dziewczynę mocno za warkocz, ale nasza przyjaciółka nie zwracała uwagi na takie drobiazgi. Zachowywała się tak, jakby codziennie obce egzotyczne stworzenie szarpało ją za włosy.

– Nie szarp, drogi makaku – przemówiła przyjaźnie.

– Daj potrzymać – poprosił Franciszek, który podkradł się do nich drobnymi kroczkami.

Małpka popatrzyła na niego nieufnie i przytuliła się mocniej do Marysi.

– Widzisz, ona chce zostać ze mną – wyszeptała. – Wygląda na to, że za chwilę zaśnie, bo zaczęła się mościć.

I rzeczywiście. Małpka przymknęła oczy, schowała nos w warkocz i zaczęła równomiernie oddychać.

Dogadaliśmy się z sąsiadem Jerzyka, że za przypilnowanie małpki dostaniemy wielką paczkę żelek. Nalegał, abyśmy o coś poprosili, i przypomniał, że kiedyś przychodziliśmy do niego po cukierki. Co fakt, to fakt. Do żelek mieliśmy wyjątkową słabość.

Jednak nie był to koniec afer z małym makakiem. Gdy już usiedliśmy, a małpka się obudziła i już spokojnie leżała na kolanach Marysi, szeroko ziewając, Filip sięgnął po gitarę i zaczął na niej brzdąkać od niechcenia. Zawsze tak robił, kiedy nad czymś rozmyślał. Gdy tylko rozległy się pierwsze dźwięki, małpka zaczęła radośnie popiskiwać i normalnie jakby coś w nią wstąpiło – babcia Katarzyna powiedziałaby na pewno, że diabeł. Zeskoczywszy z kolan Marysi, rozpoczęła galop po regałach, skacząc z jednej półki na drugą, zdobyła telewizor, uwiesiła się na firance, aby zaraz przenieść się z niej na szafę z otwartymi drzwiami. Tam zaczęła się huśtać z błogą miną w takt muzyki. Wydawało się, że jest uzależniona od dźwięków gitary. Może faktycznie mieszkała w świątyni, a święci mężowie grali tam jej rodzinie? Gdy Filip przerwał na chwilę, zaczęła zawodzić tak żałośnie, że czym prędzej znów coś zagrał.

– Musimy wymyślić jej imię – postanowiła Marysia. – Będzie się nazywała… Nutka! – krzyknęła i stuknęła się w czoło, jakby dokonała wielkiego odkrycia. – Przecież to proste!

– Dobra! – zgodziliśmy się chórem, bo jak banda coś postanowi, to tak ma być.

Hubert czym prędzej napisał odę do małpki, której tutaj nie zacytuję, bo szczerze mówiąc, tym razem się nie popisał, ale zdarza się, jak mówi wiecie już kto, nawet w najlepszej rodzinie. Nutka tymczasem znów tańczyła na drzwiach szafy, a Filip wyglądał jak nasz pan od wuefu, który miewa kłopoty z żołądkiem, czyli zrobił się zielony jak ogórek małosolny. Chyba zżerała go trema. W końcu nie co dzień gra się dla prawdziwego makaka.

– Mieliśmy się naradzić – zauważył cierpko Krystian.

– Wiem, wiem, co zrobimy! – krzyknął Rysio, który dotąd nie miał okazji się wykazać. – Włączymy jej płytę taty Jerzyka, tę z gitarową muzyką klasyczną.

Trzeba przyznać, że choć nie uczestniczył w łapaniu wystraszonej Nutki, to genialnie wymyślił, jak uratować Filipa przed katastrofą. Trema robi z ludźmi straszne rzeczy. Okazało się jednak, że to nie była trema, tylko zatrucie lodami, które ten łakomczuch zjadł w tajemnicy przed bandą (a tak się przecież nie robi!) w drodze na naradę do Jerzyka. No i los go pokarał.

Włączyliśmy płytę i Filip wreszcie mógł odpocząć. Muzyka natychmiast uśpiła Franciszka, który lubił jedynie reggae, więc zaczął chrapać na kanapie. Marysia przykryła go kocem. Małpka w końcu zeskoczyła z szafy i – nie przestając słuchać – usadowiła się na kolanach swojej nowej przyjaciółki.

– Rozpoczynamy naradę indyjską – oznajmiłem uroczyście, trącając łokciem śpiącego Franciszka.

Drzewko natychmiast się obudził i zaczął gwałtownie mrugać, udając, że cały czas słuchał, o czym mówimy. Filip na szczęście zdążył wrócić z łazienki, tym razem biały jak prześcieradło.

– Wyjeżdżamy za dwa tygodnie. Trzeba się przygotować – powiedziałem stanowczo i wyjąłem z plecaka mapę.

Rozdział 3 – WIELKIE PAKOWANIE

Wpadliśmy na pomysł, aby przed wyjazdem odwiedzić panią Różę. Może poradzi nam, co zabrać ze sobą w podróż. Była w końcu ekspertką w sprawach związanych z kulturą Indii. Spędziła tam blisko dziesięć lat, bo jej mąż badał zwyczaje mieszkańców różnych zakątków świata. Specjalizował się w historii Tybetu.

Po lekcjach spotkaliśmy się na boisku obok bramki i przez cały czas trwania narady Jerzyk celował, a Rysio łapał piłkę. Czekał ich bowiem mecz siatkówki z kumplami z innej szkoły – zgłosili się jeszcze przed wyjazdem.

– Czy moglibyście się uspokoić? – spytała zniecierpliwiona Marysia, po raz kolejny wyciągając z krzaków zabłoconą piłkę. – Mecz meczem, ale musimy naradzić się, jak rozmawiać z panią Różą, aby się nie domyśliła, że nie przyszliśmy posłuchać jedynie opowieści o jej wyprawach z mężem. – Marysia najwyraźniej się rozkręcała. – Trzeba by jakoś podpytać, co chciałaby dostać w prezencie.

W końcu wymyśliliśmy wieczór z muzyką indyjską. Bo pani Róża lubi, gdy coś się dzieje. Marysia zorganizowała nagrania, ja wziąłem ze sobą głośnik JBL do podłączenia przez bluetooth do komórki, i już byliśmy gotowi.

Pani Róża jak zwykle nas zaskoczyła. Otworzyła nam drzwi ubrana w najprawdziwszą indyjską tunikę, którą się nosi do spodni. Ktoś musiał jej powiedzieć, że wybieramy się do Indii.

– Mam piernik z bakaliami, na pewno będzie wam smakował. A może napijecie się indyjskiej herbaty z mlekiem i przyprawami? To kardamon, cynamon, imbir, goździki, czarny pieprz. Co wy na to? – spytała i energicznym krokiem ruszyła do kuchni.

– Z przyjemnością! – zawołaliśmy jednocześnie, co zdarza nam się dość często, ale tak to bywa, jak się spędza razem dużo czasu.

Herbata była klasyczna, czarna i cierpka, więc posłodziliśmy ją po kilka łyżeczek każdy, opróżniając srebrną cukiernicę naszej sąsiadki do dna. Nawet jeśli pani Róża była zdziwiona, nie dała tego po sobie poznać.

– Zapewne chcecie posłuchać o Indiach? – spytała. – Opowiem wam historię o człowieku, który leczył ludzi ze slumsów w Mumbaju i poświęcił temu całe swoje życie.

To niesamowite, Pani Róża chyba umiała czytać w naszych myślach. Zajęliśmy miejsca, włączyliśmy czym prędzej egzotycznie brzmiącą muzykę i popłynęła opowieść.

– Aby naprawdę poznać Indie, trzeba tam spędzić trochę czasu. Bo kulturę innego kraju poznaje się tylko wtedy, gdy stajemy się jego częścią choć przez chwilę – zaczęła pani Róża.

– Czy to znaczy, że nie poznamy tak naprawdę Indii? – zmartwił się Filip.

– Nie, oczywiście macie szansę je poznać, bo jak mówiła mama Michałka, jedziecie tam z córką przyjaciółki rodziców, która była w Indiach wiele razy. Ona zna tajemnice hinduskiego świata – odparła pani Róża.

– A dlaczego chce nam pani opowiedzieć o tym lekarzu? – dopytywał się Jerzyk.

– Bo ta historia uczy miłości do ludzi, odwagi i odpowiedzialności.

To był poważny argument, z którym nawet banda nie mogła dyskutować. A Jerzyk tak się wiercił i kręcił, że musieliśmy go uspokajać. Wiecie, że on lubi takie historie, prawda?

Pani Róża miała zwyczaj wpatrywać się w przestrzeń, gdy szukała pierwszych słów. Wyglądała wtedy tak, jakby widziała coś, co kryje się za horyzontem i tylko jej dane jest to ujrzeć. Wierzyliśmy wówczas, że jest wcieleniem bogini mądrości. Banda wie takie rzeczy.

– Lekarz Richard, o którym wam opowiem, przyjechał do Indii w ubiegłym wieku. Miał trzydzieści lat, był Brytyjczykiem, wcześniej pracował w słynnym londyńskim szpitalu. Do Indii wybrał się po kilku latach praktyki lekarskiej, ponieważ jego dziadek pochodził z Mumbaju i choć potem zamieszkał z rodziną w Anglii, wnuk bardzo chciał zobaczyć miejsce, gdzie urodził się tak bliski mu człowiek.

– Pojechał tam zupełnie sam? – spytał Hubert.

– Nie, z grupą przyjaciół, ale oni wrócili, on zaś został.

– Został na zawsze? – zdziwiła się Marysia. – Nie tęsknił za domem?

Nie wyobrażam sobie wyjechać dokądkolwiek na zawsze. Uwielbiam podróże, ale bez przesady, nie można zostawić domu, rodziców i siostry i tak zniknąć. Ciekaw byłem, dlaczego Richard zdecydował się opuścić Anglię.

– Był lekarzem z powołania. Gdy dotarł do Mumbaju, zetknął się ze straszną biedą. Ludzie w slumsach żyją w warunkach, które trudno nam sobie wyobrazić. Slumsy widzi się na terenie całego miasta. Miejsce przy miejscu wyrastają domy z blachy falistej, z gliny, czasem nawet z cegły. Tam nawet małe dzieci ciężko pracują. A wiele osób bardzo choruje. Domyślacie się, co zrobił Richard?

– Postanowił nieść pomoc mieszkańcom slumsów – odezwał się milczący dotąd Rysio. – Dla mnie to jasne. Zobaczył setki tysięcy biedaków, swoich kuzynów, i zdecydował się dla nich poświęcić. Prawdziwi lekarze nie pozostają obojętni na cierpienie i choroby.

Pani Róża uśmiechnęła się i pokiwała głową z uznaniem.

– Poznaliśmy go z mężem dwadzieścia lat później. Miał na terenie slumsów swoją blaszaną chatkę. Urządził w niej małą salę operacyjną, z czasem wyposażył ją w agregat prądotwórczy, dar od mieszkańców, którzy ciężko pracowali, aby dołożyć się do zakupu sprzętu do małego szpitala z wielkim doktorem. Richard codziennie operował i leczył. Również trędowatych. Był najwspanialszym z lekarzy, bo nigdy nie brał od chorych pieniędzy. Dwa razy w tygodniu pracował też jako chirurg w publicznym szpitalu, aby mieć na skromne utrzymanie. W slumsach poznał swą przyszłą żonę. Gdy odwiedziliśmy go podczas pobytu w Mumbaju, pracowali razem. Zaprosił nas na skromną kolację. I wtedy przez przypadek staliśmy się świadkami operacji dziewczynki. Ktoś zawiadomił, że był wypadek. Przynieśli ją na noszach zrobionych z wyjętych z zawiasów drzwi. Na siedmiolatkę runął z ciężarówki wielki pakunek, który przygniótł jej ramię. To był skomplikowany zabieg. Wszystko się udało i Richard po kilku miesiącach zawiadomił nas, że dziewczynka doszła do siebie i ma całkowicie sprawną rękę. Nigdy nie zapomnę wyrazu wdzięczności w oczach jej mamy, gdy operacja się skończyła i dziecko się do niej uśmiechnęło. Lekarz to dla mieszkańców slumsów nieomal święty.

– To wielki człowiek i w ogóle piękna historia o poświęceniu. Czy przez całe życie leczył w slumsach? – spytał Filip.

– Oboje z żoną zostali z ubogimi ludźmi aż do końca życia, a ich domek z blachy przetrwał do dziś i z czasem stał się symbolem bezinteresownej pomocy. Spotykają się tam dzieciaki, które nie mają gdzie się podziać, bo przecież większość z nich nie chodzi do szkoły. To rodzaj świetlicy.

– Fajnie mają, że nie chodzą szkoły – mruknął Franciszek.

Pani Róża udała, że tego nie słyszy.

– A ilu ludzi mieszka w slumsach w Mumbaju? – spytał Filip.

– Blisko połowa mieszkańców tego miasta. Slumsy nie znajdują się w jednym miejscu, są rozrzucone po całym mieście. A największe skupisko, czyli Dharavi, liczy blisko milion mieszkańców.

– Czy nie tam kręcono film Slumdog. Milioner z ulicy, o chłopcu, który wygrał w programie telewizyjnym najwyższą nagrodę? – olśniło mnie.

To był film, który oglądaliśmy z bandą jakiś czas temu i bardzo polubiliśmy głównego bohatera. Ujęła nas w tej historii jego umiejętność wykorzystania doświadczenia życiowego i często przypadkowej wiedzy, a zarazem to, że miał łut szczęścia w drodze do sukcesu. Pamiętam, że Marysia upierała się, że trzeba mieć rzetelną wiedzę na każdy temat, a Hubert twierdził, że to poezja ocali świat. Wtedy włączył się Filip, mówiąc o wyższości muzyki nad innymi dziedzinami sztuki, a potem Rysio stwierdził, że japońskie sztuki walki uczą wewnętrznej harmonii, a bez niej nie ma wiedzy. Prawie się wtedy pokłóciliśmy, a przecież nie wypowiedzieli się jeszcze Jerzyk, Krystian i Franciszek. Na szczęście do pokoju weszła mama Jerzyka, Rebeka, i przyniosła nam lody. Ale film zapamiętałem doskonale.

– Tak, to tam kręcony był ten film. – Pani Róża ucieszyła się, że skojarzyłem jej opowieść ze znaną mi historią. – Pamiętajcie jednak, kiedy będziecie już w Indiach, że mieszkańcy tego barwnego kraju o niezwykle bogatej kulturze mają swoje oryginalne zwyczaje i są bardzo religijni. Odnoście się do nich z szacunkiem. To ważne.

Zapadła cisza. Zawsze w takich sytuacjach nie odzywamy się przez chwilę, bo człowiek musi się zastanowić, prawda? Pomilczeliśmy więc sobie trochę, a potem pożegnaliśmy się z naszą przyjaciółką panią Różą i obiecaliśmy jej, że po powrocie wszystko opowiemy.

Musieliśmy wracać do domów, bo czekało nas wielkie pakowanie. Jerzyk zawsze wszystkiego szukał, Marysia musiała zabrać same potrzebne rzeczy, czyli wielką walizkę, którą potem przepakowała do plecaka, a Rysio ulubione miętusy w ilości, która wystarczyłaby nie na miesiąc, ale co najmniej na pół roku. A teraz po kolei.

Mamy taki zwyczaj, że gdy gdzieś się wybieramy na wakacje, robimy w domu listę potrzebnych rzeczy. Najlepsza w tym jest Julka, więc poproszę ją, żeby zrobiła też moją. Metoda jest jedna: piszę kilka słów, a potem kładę kartkę na biurku i czekam. Mniej więcej po godzinie kartka, znajdująca się w zasięgu wzroku mojej siostry, ląduje w jej rękach. I wtedy się zaczyna. Co? Tylko to bierzesz? Zwariowałeś? A gdzie skarpetki i bielizna? Myślisz, że będę ci pożyczać moje podkoszulki? I tak dalej. Domyślacie się już, co robi? Tak, siada przy biurku i zaczyna pisać listę rzeczy, które powinienem wziąć ze sobą. I mam to z głowy. Prawda, że sprytnie?