Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
15 osób interesuje się tą książką
Gambit staje przed największą przygodą swojego życia!
Kiedy w lesie znika wilczyca Aurelia, Gambit wie, że musi działać. Razem ze swoim stadem wyrusza na poszukiwania. Tropią tajemniczego wilka, rozwiązują zagadki i odkrywają niesamowite sekrety leśnych mieszkańców.
Jednak to, co czeka na Gambita na końcu tej wyprawy, przechodzi jego najśmielsze oczekiwania. Czy jest gotowy na prawdę, która zmieni jego życie na zawsze?
Ostatnia część przygód POPR-ańców pełna jest emocji i niespodzianek, które poruszą każde serce!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 56
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Anna Sakowicz
POPR-ańcy
W stadzie siła
Ceść, cłowieckowie kochani. Nadązacie za nasymi psygodami? Tyle się dzieje, ze mozna dostać pomiesania zmysłów. Ale spokojnie, od cego macie mnie, najgelniajsego Scula na świecie? Spiesę psypomnieć wam, co się u nas ostatnio wydazyło.
Odwiedziliśmy juz wsystkie sceniaki… to znacy juz nie sceniaki, tylko dolosłe i baldzo mądle młode psy. Byliśmy u Meli, u Tofika, potem u Pumy, a na końcu u Wafla. Pamiętacie, ze Wafel był na obozie w Scecinie? (Nawiasem mówiąc, Scecin to tludna nazwa do wymówienia dla kogoś, kto nie ma zębów). Waflowi pomogliśmy w pomaganiu. Fajna splawa takie pomaganie. Uświadomiliśmy tez sobie, ze psytulanie ma wielką moc. Wiedzieliście o tym? Jezeli mi nie wiezycie (w co wątpię, bo znamy się nie od dziś), to psytulcie się do mamy, taty, babci, dziadka lub kogoś, kogo baldzo kochacie (na psykład swojego psa, kota lub sculka), a pocujecie tę moc.
W popsedniej cęści Aglest dowiedział się, ze zostanie wujkiem. Chyba cały las o tym usłysał, bo tak się misiek ciesył.
Najwazniejse jednak, ze wlescie zobacyłem moze! Woda stąd dotąd, tam i z powlotem, a z psodu piasek, oglomna kuweta. Nie będę wam opowiadał, co zlobił Pepcio, kiedy to zobacył. Cy wiedzieliście, ze woda w mozu jest słona? Słysałem, jak Zosia tłumacyła Stasiowi, ze to psez minelały, któle są w skałach na lądzie, i psez podwodne wulkany, i psez jesce coś, ale nie pamiętam. Lodzice wam to wyjaśnią, jezeli ich o to poplosicie.
Dzisiaj została nam do opowiedzenia ostatnia nasa psygoda. Tak, dobze słysycie: OSTATNIA. Ale nie maltwcie się, mozecie zawse wlacać do Chaty pod Wielchami i cytać (lub słuchać) od nowa, ile dusa zaplagnie, bo my tu zostajemy, nigdzie nie odchodzimy. I zawse będziemy na was cekać. No… chyba ze niektózy akulat pójdą w góly z powodu polywu selca. Pamiętacie, ze Gambit chodzi na landki z wilcycą Aulelią?
Posłuchajcie więc nowej opowieści mojego najlepsego psyjaciela. Poplosę o muzyckę dla wywołania odpowiedniego nastloju.
Rozdział 1
W szponach nudy
Podniosłem głowę i rozejrzałem się po wnętrzu naszej chaty. W tle pobrzmiewało radio, akurat słychać było góralską muzykę i podśpiewywanie Honoraty. Emilka krzątała się po domu, ale robiła to trochę inaczej niż zwykle. Nie spieszyła się, od czasu do czasu prosiła o coś Stasia lub Zosię, więc dzieci albo wyrzucały śmieci, albo wycierały kurze. Jednym słowem, panował spokój, ale wiedziałem, że za chwilę Michał i Daktyl wrócą ze służby, więc niecierpliwie ich wyczekiwałem. Lubiłem, kiedy młody opowiadał o pracy w górach. Pachniał też bardzo znajomo. Potrafiłem wyczuć w jego sierści zapach psów i ludzi, z którymi miał dyżur. Zazdrościłem mu obowiązków, choć ze zdziwieniem zauważyłem, że przyzwyczaiłem się już do przedwczesnej emerytury i podobało mi się, że mogę więcej czasu spędzać na swoim miękkim posłaniu przed kominkiem. Wreszcie miałem czas dla siebie i mogłem niepostrzeżenie wymykać się z domu na miłe spotkania z Aurelią. Bardzo polubiłem wilczycę, o czym na pewno wiecie, bo szczurza pokraka wysepleniła już wszystko.
Przeniosłem wzrok na Scula, który właśnie po raz kolejny głośno ziewnął, manifestując tym samym, że się nudzi. Po chwili odpowiedziało mu ziewanie Ośki leżącej na fotelu.
– Porobimy coś? – miauknął Pepe, po czym podrapał się po uchu i ruszył robić swoje rundki po pokoju.
Gryzoń w odpowiedzi ponownie ziewnął, a ja od razu wyjaśniłem:
– Właśnie coś robimy. Czekamy na Daktyla. Tyle w zupełności wystarczy.
– Nuda – jęknął niezadowolony kocur, kiedy się koło nas zatrzymał.
– To plawda… Jakoś tak dzisiaj zbyt cicho… W ogóle blak akcji jest. Nic się nie dzieje1… – dodał Scul i znów otworzył paszczę.
– Musisz to robić tak głośno? To zaraźliwe! – Z trudem powstrzymałem się od ziewnięcia. Scul za to podrapał się po brzuchu, a potem obejrzał swoje pazury.
– Nie lozumiem, dlacego dzisiaj jest tak… tak… dziwnie spokojnie.
– Emilka się krząta, coś szykuje – odparłem, kierując nos w stronę naszej opiekunki.
– Co szykuje? – zainteresował się Pepe.
– Obiad… Miaaau… – rzuciła z zadowoleniem Ośka, a zaraz nad naszymi głowami zakołowała Oda. Potem coś chlapnęło na podłogę.
– Fuj… Cy ty nie mozes kozystać z kuwety jak cywilizowany zwiezak? To jest nie do wytsymania – jęknął szczurek, ostentacyjnie zatykając nos.
– Arrrrra… arrrra… zrrrrooobiłaaa sakrrramencką kuuuu…
– Przestańcie! Michał i Daktyl wrócili! Samochód wjechał na podwórze!
Wszyscy jak na komendę rzuciliśmy się do okna. Mój słuch okazał się doskonały. Michał właśnie wysiadł z auta, po czym otworzył tylną klapę, żeby wypuścić Daktyla. Pies natychmiast ruszył w stronę domu, a my pognaliśmy do drzwi. To znaczy ja pognałem, a reszta leniwie za mną poczłapała. Za plecami usłyszałem kilka ziewnięć.
– Nareszcie jesteś! Opowiadaj, jak było na służbie! – Liznąłem młodego na powitanie. W odpowiedzi zaszczekał i zamerdał ogonem, a po chwili zaczął relację:
– Nic takiego się nie działo, zwykły dzień. Połowę służby przesiedziałem w bazie…
– Ziew…
– Ziew…
– Przestańcie w końcu ziewać! – zdenerwowałem się, bo Pepcio już zaraził się od Scula.
– Hm… Jezeli jest nuda, to znacy, ze nase głowy potsebują nowych zagadek. Tseba coś wymyślić, bo skiśniemy z tego nicnielóbstwa.
– Chcemy akcji! Miau! – ucieszył się kocur.
– Ja jednak wolę się ponudzić na moim miękkim posłaniu – warknąłem w odpowiedzi, lekko zawiedziony tym, że młody nie miał do opowiedzenia nic nadzwyczajnego. Obwąchałem go jednak dokładnie, bo wyczułem znajomy zapach, a on wówczas dodał:
– Byłem w Jaskini Mroźnej…
Pepe nadstawił uszu, a Scul wbił spojrzenie w Daktyla. Obaj mieli nadzieję na coś ekscytującego.
– Ale nic się nie działo – wyjaśnił młody.
– Ziew…
– Ziew…
– Chociaż… – zawahał się.
– Co? Mów! – ponagliłem go, a psiak podrapał się po mordce, potem wylizał prawą łapę, jakby próbował stopniować napięcie.
– Michał się zdenerwował, bo ktoś w jaskini wysmarował ściany błotem. Ale nie wiadomo kto.
– Ziew…
– Ziew…
– Błotem? – zdziwiłem się.
– Tak. Nie tak jak kiedyś, gdy wandale pomalowali farbami skały i schronisko, tylko zwykłym błotem. Zostawili na ścianach odciski swoich łap, to znaczy dłoni. Michał się zdenerwował. Mówił, że to… no… że to… narusza… ekosystem, czy coś takiego. – Daktyl z zakłopotaniem znów podrapał się po mordce.
– Zie… Ekosystem? – zainteresował się nagle Scul. Wyprostował się na dwóch łapkach i uważnie przyjrzał Daktylowi.
– Ziew… – Pepe wciąż był znudzony, ale zaraz wymiauczał: – Co to jest ekosystem?
– Ekosystem… to takie… takie coś bez takiego cegoś i z takim cymś… Jak by wam to wyjaśnić? Wyoblaźcie sobie, ze to nasa dluzyna, ale są w niej nie tylko zwiezęta, lec takze lośliny, gzyby, powietse, woda, ziemia, a nawet ludzie.
– Ziew…
– Tu akulat nie ma nudy! Jak jeden element padnie, to lesta leci na łeb na syję. Pamiętas domino Stasia, takie cienkie klocki? Ustawiał je jeden za dlugim, ale Oda mu to popsuła, bo machnęła sksydłem i zlobiła wichulę. Cyli jednym słowem: psewlacas kostkę, lezy cały las. A pseciez my tez jesteśmy w tym ekosystemie!
– Nic się nie stało. Pracownicy parku zamknęli wejście do jaskini, i tyle. Nic się nie zawali – dodał Daktyl, a Scul znów opadł na cztery łapy, opuścił wibrysy i zwrócił się do Pepcia:
– Mozes ziewać dalej. Nie ma akcji, nie ma katastlofy.
– Ziew.
– Ziew.
*
Ponieważ w opowieści Daktyla nie było nic ekscytującego, wróciłem na swoje posłanie, a reszta stada po chwili do mnie dołączyła. Jednak teraz Scul zamiast ziewać, chodził pomiędzy moimi łapami i poruszał wibrysami, jakby czuł coś w powietrzu. Nawet dla pewności uruchomiłem swój nos, lecz oprócz ludzkich przysmaków nic ciekawego nie wyczułem.
– Coś się jednak sykuje, psyjacielu. Za duzo te nase cłowieki dzisiaj gotują. – Trącił mnie łapką, żebym uważnie wsłuchał się w rozmowy ludzi. Właśnie Emilka tłumaczyła coś Michałowi.
– Trzeba na jutro przygotować drewno na ognisko. Zosia zrobiła warzywne szaszłyki, mamy chleb, kukurydzę, wegańskie kiełbaski… – wyliczała, a ja nadstawiłem uszu, aby wszystko dobrze zrozumieć.
– I będzie szarlotka spod samiuśkich Tater, tylko mi renety przynieśta – wtrąciła się Honorata, najwyraźniej bardzo zadowolona.
– Robert dzwonił, że dotrze jutro. Paweł niedługo powinien dojechać. Podobno Weronika już jest w Zakopanem…
