Banda Michałka - Ewa Karwan-Jastrzębska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Banda Michałka ebook i audiobook

Ewa Karwan-Jastrzębska

4,7

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Ośmioro przyjaciół, jedna kamienica na Żoliborzu i niekończąca się seria afer.

Michałek nienawidzi czekolady, kocha łucznictwo, a najbardziej – swoją bandę. Razem z Marysią, Jerzykiem, Drzewkiem, Rysiem, Krystianem, Filipem i Hubciem przeżywa rok, w którym mieści się pożar naleśników, negocjacje z dachu szkoły, lot do Londynu z panią podobną do Marilyn Monroe, rockowy koncert dla kursantów prawa jazdy, halucynacje z gadającym wirusem i agencja detektywistyczna na Instagramie.

Ciepła, błyskotliwa i autentycznie zabawna opowieść Ewy Karwan-Jastrzębskiej o przyjaźni, która wytrzymuje wszystko.

Banda to banda. I tak ma być.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 249

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 26 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Józef Pawłowski

Oceny
4,7 (3 oceny)
2
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
polii_book_ksiazkara

Nie oderwiesz się od lektury

To lekka, pełna humoru i dziecięcej wyobraźni opowieść, która przypomina dorosłym beztroskie czasy, a młodszym pokazuje, że największe przygody rodzą się ze zwykłych pomysłów. Polecam❤
00
asiaqwert

Dobrze spędzony czas

Znacie książkę, która przypomni dorosłym czasy beztroskiego dzieciństwa, a młodszym czytelnikom pokaże, że najważniejsze przygody często zaczynają się od zwyczajnego pomysłu? Ja właśnie taką znalazłam! Mowa oczywiście o "Bandzie Michałka"! Ewa Karwan-Jastrzębska stworzyła pełną humoru i dziecięcej wyobraźni opowieść o grupie przyjaciół, dla których nuda po prostu nie istnieje! Michałek i jego paczka potrafią zamienić każdą codzienną sytuację w niezwykłą przygodę. W pierwszej części nasi mali przyjaciele organizują nietypowe imprezy, kręcą film na konkurs, czy też wybierają się na wycieczkę do Londynu. Te dzieciaki to wulkany energii z głowami pełnymi pomysłów! Jednak najbardziej wzruszył mnie ich kodeks przyjaźni, przez co książka niesie nie tylko rozrywkę, ale również uczy współpracy, wzajemnego wsparcia czy lojalności. Autorka świetnie wykorzystuje dziecięcą perspektywę. Zwyczajne sprawy urastają tutaj do rangi wielkich wydarzeń, a problemy, które dla dorosłych mogą wydawać się b...
00
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Świetne przygody intrygującej bandy.Oni nie zawodzą,by nuda wkradła do ich życia.Polecam
00



BANDA MICHAŁKA

Mojemu Mikołajowi, bez którego ta książka nigdy by nie powstała

Rozdział 1 – POCZĄTEK POCZĄTKU

Oto ja, Michałek! Jesteście ciekawi, skąd wziął się pomysł na tak słodkie imię? Podobno już w brzuchu mamy domagałem się czekoladowych cukierków z orzeszkami. Taka jest oficjalna wersja odpowiedzi na pytanie, dlaczego nasz dom był pełen papierków po Michałkach.

Kiedy tylko pojawiłem się na świecie, rodzice zadecydowali, że na pamiątkę mojego łakomstwa będę nosił to imię. Pewnie dlatego nienawidzę czekolady i gdy tylko trochę podrosłem, stanowczo zabroniłem opowiadać na imieninach babć, dziadków i wujków, dlaczego jestem właśnie Michałkiem.

Bardzo lubię moje imię i nie życzę sobie, aby kojarzono je ze słabością do słodyczy. Nie na darmo nazywają mnie w klasie Pogromcą Cukierków. Gdy tylko ktoś w szkole ma urodziny, zabieram mu całą torbę, a potem zaczynamy się ganiać. A jak już nam się znudzi, rozpoczynamy zawody w rzucaniu cukierkami i wtedy pani Maria, zwana Marylą, mówi, że w tym wieku nie przynosi się już ich do szkoły i że kiedyś byliśmy mądrzejsi, a teraz to szkoda słów.

Pewnego dnia podczas lekcji, gdy tylko nasza pani odwróciła się do tablicy, Franek rzucił w Jerzyka garścią cukierków.

– Co wy tam robicie?! – wrzasnęła i tak się zdenerwowała, że zamiast dalej pisać zadanie z matematyki, kazała nam oddać wszystkie cukierki, co do jednego.

Niektórzy nawet wypluli te już jedzone na rękę i zanieśli je pani Maryli, która nagle zrobiła się czerwona i bez słowa pokazała kosz na śmieci. Krzyś był potem chyba jeszcze bardziej zły niż pani. Żałował, że wypluł, a nie połknął, bo cukierek niestety się zmarnował.

Nie powiedziałem wam jeszcze, że nasza pani, nawet kiedy się złości, przypomina piękną aktorkę, która podbiła świat. Naprawdę nie wiem, dlaczego nie lubią jej za to wszystkie mamy. A tatusiowie wprost przeciwnie. Może przez to podbijanie świata? Ta aktorka nazywała się Marilyn Monroe. Tata nawet zauważył, że imię Maryla bardzo do naszej pani pasuje.

– Od dziś nie obchodzimy urodzin! – oznajmiła pani, widząc stos słodyczy na stole.

Byliśmy nawet zadowoleni, bo nikogo nie wyrwała do tablicy, a potem, gdy tylko zadzwonił dzwonek, wyszła z klasy i zamknęła za sobą głośno drzwi. Ze złości zapomniała zabrać ze sobą cukierki i oczywiście Jerzyk rzucił się na nie i zaczął jeść na wyścigi.

Potem nie wychodził z łazienki przez godzinę. Na następnej lekcji była klasówka z biologii, więc wszyscy mu zazdrościliśmy. Ale pani powiedziała, że i tak będzie ją pisał i każe mu dodatkowo przygotować referat na temat wpływu dużej ilości słodyczy na układ pokarmowy. Teraz już wiecie, dlaczego nie lubię, gdy Michałek bywa kojarzony z cukierkami. Nie zdarzyło się, aby nie wywołały one jakiegoś skandalu.

Nie wiecie jeszcze, gdzie mieszkam. Otóż mój dom stoi przy Placu Wilsona w Warszawie na Żoliborzu, w miejscu gdzie spotyka się trzech poetów: Juliusz Słowacki, Adam Mickiewicz i Zygmunt Krasiński. Każdy z nich był na swój sposób nieszczęśliwy. Może dlatego w naszej kamienicy tak dużo się dzieje i jak mówi mój tata, każda awantura na klatce lub w domu to gotowy dramat. Mieszkanie w takim miejscu nie jest łatwe.

Nasze podwórko to teren ciągłych potyczek między starszymi mieszkańcami, którzy chcą mieć ciszę, a młodzieżą, która traktuje je jak własny teren.

Opowiem wam o aferze podczas gry w kosza. Było to latem pod koniec zeszłego roku szkolnego. Odwiedzili mnie Jerzyk, Franciszek zwany Drzewkiem, Mateusz zwany Krystianem, Rysio, Filip i Hubert. Uwielbiamy koszykówkę, więc po dłuższej naradzie postanowiliśmy rozegrać mecz. Niestety, nie trwał długo, bo Franciszek strącił kosz. To mój dobry kumpel, ale akurat tego dnia wyjątkowo nie wykazał się odwagą i uciekł, zostawiając mnie sam na sam z panem Wiesiem, dozorcą i postrachem naszego podwórka.

– A wy łobuzy jedne! – krzyknął pan Wiesio. – Już ja wam pokażę, gdzie raki zimują!

Za każdym razem, gdy to słyszę, mam ochotę dowiedzieć się, dokąd te raki się wybierają, ale jak go kiedyś spytałem, to powiedział, że jestem bezczelny i złapał kij od szczotki. Nie chciałem zaogniać sytuacji, szczególnie że siatka była nie tylko w strzępach, ale i cała w błocie, a tablica pękła na pół.

– Przepraszamy – szepnąłem, oglądając się przez ramię z nadzieją, że moi koledzy dołączą do chóru skruszonych grzeszników.

Nikogo jednak przy mnie nie było. Dostałem potem od nich esemesy z przeprosinami. Cwaniacy z tych moich kumpli. Nie zapomnę im tego.

Po powrocie do domu powiedziałem rodzicom o koszu i panu Wiesiu. Kompletnie nie wiem, dlaczego tata tak się wtedy zdenerwował. Zawsze mi przecież powtarzał, że powinienem być odważny i waleczny. Sam mi przecież opowiadał, że w filmie W samo południe dwóch gości ma do siebie strzelać i wygrywa ten, który ma silniejsze nerwy. Z panem Wiesiem naprawdę trudno wygrać. Ma dużą miotłę, a w oczach coś takiego, że lepiej zwiewać, niż się pojedynkować. Tata często mówi:

– Synu, pamiętaj, prawdziwy mężczyzna podejmuje wyzwania i ponosi ryzyko. – A potem dodaje: – Czasem na przykład warto pokonać niechęć do tabliczki mnożenia i poświęcić jej więcej czasu. Liczy się wynik. To wyniki pozwolą ci zapisać się w historii – mówi za każdym razem, kiedy wyłącznie udaję, że uczę się matematyki.

Znajomość matematyki nie pomaga w codziennym życiu. Praw fizyki też nie. Doświadczyłem tego na własnej skórze. Na nic na przykład zdadzą się obliczenia prędkości poruszania się ciała w ruchu zmiennym przyśpieszonym, gdy ma się kontakt z groźnym stworzeniem.

Otóż na pierwszym piętrze naszej kamienicy mieszka starsza pani z pieskiem. Ma niesamowite imię – Leokadia. To znaczy pani, nie piesek. Naprawdę! Znacie jakąś Leokadię? Jestem pewien, że nie. Nasza sąsiadka ma taki zwyczaj, że za każdym razem, kiedy ktoś wchodzi na klatkę, wypuszcza Pimpka na schody. Pimpek jest mieszańcem wyżła i doga, więc nie do końca to imię do niego pasuje. Może nikt się nie spodziewał, że aż tak urośnie? Teraz wołamy na niego Pim, a on rzuca się na wszystkich, strasznie przy tym gulgocząc. Może nie lubi być dorosły? W sumie to mu się nie dziwię…

– Pim, moje serce, zobacz, kto to do nas idzie! – woła za każdym razem pani Leokadia, gdy otwiera drzwi i spuszcza psa ze smyczy.

Każda wizyta u mnie jest więc aktem straszliwej odwagi. I może dlatego banda tak lubi mnie odwiedzać. Trochę adrenaliny jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

Banda to nasza paczka, w której są pływacy i łucznicy. Jesteśmy klasą sportową i nic innego nie robimy, tylko trenujemy różne rzeczy. Ja strzelam z łuku, bo moim idolem jest Robin z Sherwood. Nie muszę wam tłumaczyć, kim jest. To najsprytniejszy, najlepszy i najodważniejszy łucznik na świecie. Moja siostra, o której zaraz wam opowiem, twierdzi, że recytuję fragmenty powieści przez sen. Nic dziwnego, lubię brać swoją ulubioną książkę do łóżka, choć mama bardzo się złości, bo Robin Hood wygląda jak Pimowi z gardła wyjęty.

Moja siostra nosi dumne imię Julia, co skazuje ją na nieszczęśliwą miłość. Tyle że na opak, bo to chłopcy umierają w męczarniach z nieodwzajemnionej miłości, a nie odwrotnie. Cóż, wygląda równie dobrze jak nasza koleżanka z klasy, za którą szaleją wszyscy moi kumple, a nie lubią jej pozostałe dziewczyny i szepcą o niej po kątach różne rzeczy. Sam słyszałem. Nie rozumiem, jak można tyle rozmawiać na tak głupi temat.

Mieszka też z nami babcia. Ma na imię Katarzyna. Nie dlatego, że już w brzuchu swojej mamy lubiła czekoladowe pierniczki Katarzynki. Wtedy ich jeszcze nie było, pojawiły się dopiero w PRL-u. PRL to taki okres w naszej historii, kiedy nic nie było wolno i ciągle ktoś był zamykany na czterdzieści osiem godzin. Jestem taki mądry, bo opowiadali nam o tym rodzice.

Babcia nie robi nic, tylko pływa. Czasem myślę, że w poprzednim wcieleniu była rybą. Ale z drugiej strony Babcia ciągle coś mówi, a przecież ryby nie mówią, więc to nie takie proste. Chyba że była rybą gadułą, sam już nie wiem.

W sumie trudno dogadać się z dorosłymi. Ostatnio gdy chciałem wyjść na łyżwy, mama wpadła w histerię, że zgubię buty. Bo kiedyś założyliśmy się z Drzewkiem, który z nas dalej rzuci butem, jadąc na jednej łyżwie. I wygrałem, ale but trafił w okno budynku policji i go już nie odzyskałem. Wracałem więc do domu na łyżwach i pani Teresa, nasza sąsiadka, zobaczywszy mnie, zaczęła wrzeszczeć, że wylądowali kosmici i trzeba ukryć się w piwnicy.

– Nigdzie nie pójdziesz! Po moim trupie – oznajmiła mama, wysuwając wojowniczo brodę. – A jak tak dalej będzie, to inaczej porozmawiamy – dodała grubszym głosem.

Gdy ma taki głos, to wiem, że zaraz się rozpłacze albo zacznie na mnie narzekać. Jestem ciekaw, co ma na myśli, kiedy mówi „po moim trupie”. Chyba nie zamierza aż tak się poświęcić dla mojego zdrowia. Poza tym nie chodziłbym po trupie własnej matki, co to za barbarzyński pomysł. W grach komputerowych trup ściele się gęsto, ale w świecie rzeczywistym lepiej unikać takich sytuacji.

Potem włączył się tata i zrobiła się awantura. Ale ja byłem spokojny, bo przecież wiem, że w naszej kamienicy, jak mówiłem, awantury są na porządku dziennym. Babcia ciągle to powtarza.

Mam na imię Michałek – przypominam tym, którzy zdążyli już zapomnieć – i postaram się wam opowiedzieć, co wydarzyło się ostatnio w moim domu, w mojej szkole i z moją bandą. Uprzedzam, że najciekawsza w tej opowieści jest nasza zgrana paczka, nie ujmując niczego rodzinie i nauczycielom.

Rozdział 2 – ROBIMY IMPREZĘ

Hurra! Siostra mojej babci wyjeżdża. Będzie wolna chata. To tylko dwa dni, ale dla mnie to niemal jak dwa lata, bo im się jest młodszym, tym czas płynie wolniej, jak mówi mama. Spytałem, czy babcia nie miałaby nic przeciwko temu, abym umówił się z kumplami na noc filmową, czyli maraton Gwiezdnych wojen. Ustaliłem to z bandą w trakcie burzliwej narady. Po chwili zastanowienia babcia Barbara – bo tak ma na imię siostra babci Katarzyny – wyraziła zgodę i zaznaczyła, że nie wolno nam tylko: otwierać barku, rozkręcać kranów i puszczać wody, zapalać zapałek (bo można zaprószyć ogień!), skakać (bo obudzimy syna sąsiada, który jest policjantem), wchodzić do sypialni, krzyczeć ani wychylać się przez okno. Nie wiem, dlaczego dorośli tak się czepiają hałasu. Przecież kiedy się słucha muzyki i jednocześnie rozmawia, trudno to robić w słuchawkach i posługując się językiem migowym.

Na koniec siostra babci wyraziła żal, że nie jestem dziewczynką, bo wtedy nie musiałaby mi tego wszystkiego mówić. W sumie szkoda, że nie wysłałem w naszym imieniu Marysi. Na szczęście pozwoliła nam włączyć telewizor, więc warunki były do zaakceptowania. Poleciałem czym prędzej do Jerzyka, gdzie już wszyscy czekali, aby dowiedzieć się, czy w końcu jest ta impreza, czy nie.

W bandzie mamy jedną dziewczynę. Płeć nie ma tu znaczenia, bo Marysia jest po prostu jedyna. Bierze udział we wszystkich konkursach, olimpiadach oraz zawodach pływackich i zawsze zdobywa pierwsze miejsca. Drzewko twierdzi, że to się staje nudne, bo ile można mieć dyplomów i pucharów.

Marysia jest też mistrzynią kuchni. I to właśnie ona wymyśliła spotkanie u Barbary, gdy dowiedziała się o jej wyjeździe, i dodała, że zrobimy naleśniki. Ups! To pierwsza mała zmiana planów. Ale przecież babcia Barbara nic o naleśnikach nie wspominała.

U Jerzyka czekali już Rysio i Marysia. Dziwne, że Rysio się nie spóźnił, bo z reguły bardzo długo je. Nie żeby jadł powoli, ale dużo. Zawsze bierze dokładkę, a potem wszyscy na niego czekają. Jerzyk gapił się w ekran komórki, bo właśnie dostał nową od rodziców. Czasem tylko ponosił wzrok i zerkał na buty naszej koleżanki, jakby miały jakąś magiczną moc. Potem okazało się, że zamiast skupić się na naradzie, szukał w sklepie internetowym podobnych Adidasów dla siebie.

– Uwielbiam wstawać rano i nienawidzę rano wstawać – zwierzała się właśnie Marysia, która zapadła się w tak wielkim fotelu, że widać było tylko jej nogi i buty, na które zerkał Jerzyk.

Mieszkała daleko, w miejscowości Truskaw. Jej rodzice niedawno kupili tam dom i od tego czasu nasza przyjaciółka dojeżdżała do szkoły przeróżnymi środkami lokomocji.

– Tak… – mruknął Rysio. – Jestem w stanie to zrozumieć. Poranne treningi bywają zabójcze. Ale potem cały dzień jestem nakręcony jak mały samochodzik.

– Nie musisz jechać godzinę autobusem na pływalnię – zauważyła Marysia. – Spróbuj choć raz, to zobaczysz, co naprawdę jest zabójcze.

– Mam jeździć od pętli do pętli? – zaśmiał się Rysio. – Przez godzinę?

– Bardzo śmieszne. – Marysia wzruszyła ramionami. – Opowiedz lepiej coś o tej nowej grze. Michał jeszcze nic nie wie.

Rzeczywiście dopiero wtedy się dowiedziałem. To była nowa gra prosto z Japonii i Rysio miał ją zabrać ze sobą na imprezę. Obiecał, że wszyscy będziemy mogli w nią grać. Podłączymy laptopa do telewizora, bo babcia Barbara pozwoliła go używać. Ups! Druga zmiana planów – bo gra to nie filmy, a gdy gramy, to głośno krzyczymy.

Rozległ się dzwonek do drzwi i po chwili na schodach prowadzących na strych rozległ się głośny tupot długich nóg Filipa, które kończyły się chyba największymi stopami, jakie widzieliśmy w życiu. Nasz przyjaciel miał też długie jasne włosy, podobnie jak ja, i całymi dniami grał na gitarze. To znakomity sposób, aby zwrócić na siebie uwagę dziewczyn. Nie wiem, jak to się dzieje, ale jak widzą chłopaka z gitarą, to zaraz podchodzą i zaczynają słuchać, choćby nawet niemiłosiernie rzępolił. Filip był więc idolem klasy piątej A i ulubieńcem pań nauczycielek. Co bywało bardzo przydatne w razie afer.

– Mam dla was informacje – zacząłem, gdy wszyscy się już zebrali.

Na kanapie siedział Hubcio z talerzem pełnym chipsów, obok Rysio, który najwyraźniej wcześniej się nie najadł, bowiem atakował je bezwzględnie i dostawał za to po łapach. Od kogo? Oczywiście od Jerzyka, który od samego patrzenia na podbieranie smakołyków poczuł wilczy głód. Krystian spacerował po pokoju i jak zwykle oglądał książki stojące na półkach. Chrząknąłem, ponieważ nikt nie zareagował, i zacząłem jeszcze raz:

– Impreza odwołana! – krzyknąłem i rzuciłem się na drugi fotel, potknąwszy się wcześniej o nogi Marysi.

Zapadła cisza. A potem wszyscy zaczęli mówić jednocześnie.

– Dlaczego? Jak to? To skandal! Michał, masz szlaban? Siostra babci nie wyjeżdża?

Odczekałem jeszcze chwilę, patrząc na nich spod oka. Wiedziałem, jak postępować z bandą. Wreszcie mnie słuchali.

– Wszystko spoko – powiedziałem spokojnym głosem. – Ale wolałbym ustalić szczegóły, żeby potem nie było niespodzianek.

– A kontrola rodzicielska będzie? – spytał Drzewko. – Bo w razie czego trzeba by opracować plan B.

– Ty to powinieneś pracować w FBI albo CIA – zaśmiał się Krystian. – Opracuj jeszcze, Drzewko, plan ewakuacji i wystaw straże na wypadek, gdyby zbliżali się rodzice Michałka. Mogą to być na przykład twoje skarpetki.

– To wcale nie jest śmieszne – obraził się Franek. – Kontrola może przynieść dla nas straszliwe skutki.

– No, to dawaj te szczegóły – zniecierpliwił się Hubert, który trzymał w ręku otwarty notatnik, w którym zapisywał wszystkie najważniejsze rzeczy i swoje wiersze.

– Szczegóły są takie, że wielu rzeczy nie można, ale za to można te, o których siostra mojej babci nie wspomniała – oznajmiłem. – Jesteśmy więc umówieni na maraton filmowy albo maraton gier, to jeszcze rozstrzygniemy, i na naleśniki.

– Przychodzą dziewczyny – rzuciła nagle od niechcenia Marysia.

– Jakie dziewczyny?! – wrzasnąłem, zrywając się z fotela. – W bandzie nie ma dziewczyn!

– Moje przyjaciółki. I nie emocjonuj się tak, Michałku, bo to niezdrowo – odpowiedziała spokojnie, czym doprowadziła mnie do szału.

– Nie taka była umowa – powiedział ostro wkurzony Rysio. – Nie dam im zagrać.

– Co chcesz od dziewczyn? – zdziwił się Filip. – Są naprawdę fajne.

– Możecie sami grać albo grzebać komórkach, a my sobie obejrzymy Gwiezdne wojny – zaproponowała ugodowo Marysia.

Czułem, że nie jest dobrze. Więcej, miałem przeczucie, że będzie jeszcze gorzej. Ups! To była już trzecia mała zmiana planów. Więcej ludzi, więcej kłopotów. Ale dziewczyny czasem bywają pożytecznie, no i potrafią sprzątać lepiej niż ja. A siostra babci spodziewa się, że zastanie idealny porządek.

Wieczorem cała banda stawiła się u babci Barbary. To znaczy przed drzwiami, bo okazało się, że nie umiem ich otworzyć. Miała zamontowane cztery zamki i każdy kręcił się w inną stronę. Myślałem, że dostanę zawrotów głowy, gdy mi to po raz kolejny tłumaczyła.

Staliśmy teraz w kilkanaście osób, a Franciszek z nudów bił się z Jerzykiem, bo moi kumple nie potrafią zbyt długo wytrzymać bez ruchu w jednym miejscu.

Wtedy wyjrzała pani Teresa, która ma słaby wzrok i nie wszystko dobrze pamięta, a tym bardziej kojarzy. Jest najstarszą mieszkanką naszej kamienicy – za trzy dni miała kończyć sto lat.

– Antoni! – krzyknęła straszliwym głosem. – Jak ty się zachowujesz? Chcesz, abym powiedziała ojcu?

Antoni ma na imię mój tata. Podobno jestem skórą zdartą z ojca, czy jakoś tak. W każdym razie chodzi o to, że wyglądamy tak samo. To znaczy ja teraz i on w dzieciństwie.

– Przepraszam, proszę pani – odpowiedziałem najuprzejmiej, jak potrafiłem. – Sytuacja wymknęła się spod kontroli.

– Jakiej kontroli, nie zgadzam się na żadną kontrolę! Ile razy mam powtarzać, że ukradziono mi dokumenty?! – krzyknęła pani Teresa i z całej siły trzasnęła drzwiami.

W końcu Marysia wzięła sprawę w swoje ręce. To znaczy klucze. I bez problemu rozwiązała równanie: „Jak otworzyć drzwi zamknięte na cztery spusty”. Nie na darmo była wielokrotną zwyciężczynią Matematycznego Kangura. Wiedziała na przykład, że każdy zamek obraca się raz w tę, raz w tamtą stronę.

– Nieźle – powiedział z uznaniem Krystian. – Dobrze kombinujesz.

– Daj spokój – wycedziła przez zęby Marysia, mocując się z zamkiem. – Moi rodzice też mają kota na punkcie bezpieczeństwa. Zamontowali dokładnie takie same i codziennie z nimi walczę.

Zatem zwycięstwa w konkursach matematycznych nie miały tu nic do rzeczy.

– Gotowe! – zawołała Marysia i odsunęła się od drzwi.

Jerzyk z Frankiem przetoczyli się sczepieni w morderczym uścisku i wpadli z impetem do środka, uderzając po drodze w uchylone drzwi. Jak już wspomniałem, były z nami Ola, Zosia i Kasia, dobre koleżanki Marysi, a w dodatku dziewczyny, i tylko dlatego nie chciałem robić awantury. Bo drzwi, choć przedwojenne, prawie wypadły z framugi.

– Jak tak dalej pójdzie, to przez kolejny miesiąc nie wywiniemy się z kar i zakazów – rzucił ponuro Rysio.

Mój przyjaciel jest specjalistą od czarnych scenariuszy i czarnego humoru.

– No to odpalamy! – zawołał wesoło Jerzyk, który z kolei nigdy nie tracił dobrego humoru.

– Rysiek… ja tam wolę Gwiezdne wojny – wymruczała Ola, wchodząc tanecznym krokiem do pokoju.

Nie mam nic przeciwko dziewczynom, ale potrafią nieźle namieszać. Ola na przykład chodzi na taniec nowoczesny i zawsze, ale to zawsze, wykonuje taneczne ruchy, nie dając szansy na skupienie wzroku w jednym punkcie.

– Eee… no tak… jeśli chcesz… – wydukał Jerzyk i zrobił się cały czerwony.

Wiedziałem, że spotkanie z dziewczynami może coś zmienić. Ale nie wiedziałem, że tak wiele. Naprawdę mocna gra poszła w odstawkę, a w kieszeni laptopa wylądowała pierwsza część Gwiezdnych wojen, a my wylądowaliśmy przed telewizorem.

Mieszkanie babci Barbary wygląda jak na obrazkach z wystawy fotografii z czasów PRL-u. Pod ścianą stoi regał, na którym ustawione są kryształy, a przed nim – wielka kanapa z poduchami. Banda zaatakowała ją ze wszystkich stron jednocześnie i już po chwili poduszki fruwały po całym pokoju.

– Hej! Mieliśmy oglądać film? – zdziwiła się Zosia.

Zosia ładnie się dziwiła, bo miała ogromne niebieskie oczy, a na głowie burzę jasnych loków. Hubcio powiedział kiedyś, że wygląda jakby piorun w miotłę strzelił. Bardzo się wtedy popłakała, a pani Maryla wezwała do szkoły jego rodziców.

Dziewczyny usiadły obok siebie, a chłopaki z drugiej strony. Nastąpiło chwilowe zawieszenie broni. A potem Filip przysunął się do Kasi, udając, że gra na gitarze. Uśmiechnęła się pod nosem, nie patrząc w jego stronę.

– Dawno, dawno temu w odległej galaktyce… – rozległ się głos lektora i w tej samej chwili Rysio zerwał się z kanapy i pobiegł sprintem do drugiego pokoju.

Zrobiłem pauzę i pobiegłem za nim, bo do tamtego pokoju nie mogliśmy przecież wchodzić. To była sypialnia Barbary. Gdy wpadłem do środka, zobaczyłem Rysia z uniesionym wysoko starym połamanymi parasolem. Nie otworzył go, tylko wymachiwał nim energicznie i kręcił młynki, obracając rączką na wszystkie strony.

Wyszczerzył do mnie zęby z miną Anakina Skywalkera. Wiem, jak ważne jest wczuć się rolę i stać się jak Jedi, na co dzień nie mam nic przeciwko temu, ale Rysio w roli rycerza kosmosu był naprawdę niebezpieczny. Wyciągnąłem więc rękę, patrząc na niego z sympatią, bo tata zawsze mi powtarzał, że gdy ktoś zaczyna rozrabiać, trzeba podejść do niego spokojnie. A nie byłem pewien, co wstąpiło w Rysia. Przyświecały mu przecież odziedziczone po japońskich przodkach idee harmonii, szacunku dla upływu czasu, cieszenia się małymi rzeczami. Tata Europejczyk dorzucił jednak kilka innych cech. I to może one doszły tym razem do głosu. Widziałem jeszcze inne wytłumaczenie. A może po prostu chciał, aby Ola zobaczyła w nim prawdziwego Anakina?

Nigdy nie miałem się tego dowiedzieć, bo nagle Rysio machnął świetlnym mieczem i walnął z całej siły w przedwojenny żyrandol babci Barbary. Przedmiot jej dumy, a zarazem źródło narzekań, bo raz w tygodniu wycierała z kurzu wszystkie jego kryształowe elementy, w czym towarzyszyliśmy jej ja lub Julka. Rozległ się huk i część ozdób urwała się i spadła niczym szklany groch na ziemię. Poczułem, jak moje serce również toczy się po podłodze.

W drzwiach ukazały się zaciekawione twarze bandy i koleżanek Marysi. Oczy Zosi stały się jeszcze większe.

– Co wy tu robicie? – spytała Ola. – Bijecie się?

– Nie, to Rysio walczył z żyrandolem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

– No to, Michałku, szykują się kłopoty – posmutniała Marysia. – A ty, Rysiu, będziesz teraz pewnie kleił kryształki przez długie zimowe wieczory. I zawalisz treningi, baby!

Wizja klejenia kryształków nie przypadła chyba Ryszardowi do gustu, bo łypnął na nas spode łba i poruszył groźnie parasolem. Chyba nie był sobą, czyli coś w niego wstąpiło, ale ja też nie czułem się dobrze, więc na wszelki wypadek poprosiłem Krystiana, aby zabrał mu miecz. O dziwo, Rysio nie protestował. Pewnie Krystian w poprzednim wcieleniu był pogromcą diabłów. Wyglądało na to, że z filmu nici, bo żyrandol zniechęcił nas do Gwiezdnych wojen. Ola zaproponowała tańce, ale jakoś nikt nie podjął tematu, i wtedy Marysia przypomniała sobie o naleśnikach.

Kuchnia Barbary przypomina najczęściej pole bitwy. Porzucone patelnie, dziwne sztućce ze srebra, tak ciężkie, że jak kiedyś spuściłem sobie na stopę widelec, musieli mi prześwietlać paluch i nosiłem wieki opatrunek.

Teraz w kuchni panowało niezdrowe ożywienie. Wszyscy mieli ochotę na naleśniki. Dziewczyny wzięły się do roboty. Stary mikser Barbary warczał jak wściekły buldog. Nie zdążyłem uprzedzić, że czasem wpada w drgania, których nie da się opanować. Ola kręciła ciasto naleśnikowe, trzymając oburącz niebezpieczne urządzenie. Właśnie chciałem ją ostrzec, gdy mikser wyrwał się na wolność. Ola odskoczyła z piskiem i ze zgrozą spojrzała na wizytową czarną spódniczkę.

Nie rozumiem dziewczyn. Naprawdę nie rozumiem. Przecież na spotkanie bandy nie wkładamy eleganckich ubrań. Przecież wiadomo, że zawsze coś się dzieje. Że nie ma spotkania bez katastrofy. No, ale skąd Ola mogła o tym wiedzieć – przecież nie należała do naszej bandy. A taka spódniczka całkowicie wykluczała w przyszłości tę opcję.

Kuchnia zrobiła się piegowata jak nos Marysi, a na ulubionych zasłonkach Barbary pojawił się nowy wzór. Ups! Kolejna, tym razem czwarta zmiana planów. Trzeba będzie użyć wody, czyli odkręcić kran, a to chyba było na liście zakazów.

– Potem wszystko posprzątamy – oznajmiłem, okazując męstwo i zimną krew.

– Pewnie, że potem – przytaknęła Marysia. – Robimy ciasto, dziewczyny i chłopaki, i nie pękamy na robocie! – Szaleńczo się zaśmiała.

Okazało się, że wszystkie patelnie są brudne. To znaczy tak stwierdziła Ola, która jest straszną pedantką i ciągle sprząta. A patelnie są miedziane i tyle. Jedna rzeczywiście stała w zlewie nieumyta. Podejrzewałem, że babcia Barbara zostawiała ją specjalnie, bo chciała mnie sprawdzić. Z drugiej strony, skoro nie pozwoliła używać wody, to chyba nie oczekiwała po powrocie tego typu niespodzianki. No, jakieś niespodzianki już na nią czekają, ale możemy też wszystko wyszorować. Nawet garnki. Zosia z Krystianem i Filipem wzięli się do roboty. Filip związał włosy w koński ogon i wyglądał teraz jak dziewczyna, ale wolałem mu tego nie mówić. Krystian, czyli Mateusz, wycierał sztućce i talerze i miał przy tym taką minę, że współczułem szczerze zastawie babci Barbary. Wyszorowana patelnia poszła na pierwszy ogień, czyli na gaz, i zaczęliśmy smażyć. To znaczy smażyła Marysia, ja chciałem tylko podrzucać. Cała sztuka robienia naleśników polega na umiejętnym podrzucaniu i obracaniu ich w powietrzu.

Ola wyjęła z kieszonki spódniczki iPhona po starszej siostrze, bo Helena dostała najnowszy model. Oczywiście Ola opowiadała wszystkim w szkole, jaki to świetny telefon i, jak widać, nie zapomniała zabrać go na imprezę. Marysia zdradziła nam, że podobno w nocy trzyma go pod poduszką, a to przecież niezdrowe. Kręciła teraz live ze smażenia na TikToka śmiejąc się przy tym równie szaleńczo jak wcześniej Ryś. Sytuacja znów wymykała się spod kontroli. Przestałem już liczyć, ile razy tego wieczoru, bo miałbym koszmary senne. Marysia robiła miny i sama usiłowała podrzucić naleśnik, aby było ciekawsze ujęcie. Wolałem wyjść z kadru, bo choć siostra babci nie ma konta, mogła je mieć jedna z jej przyjaciółek. Emilia mimo przekroczonej osiemdziesiątki siedziała godzinami wgapiona w ekran swojego Samsunga, którego spłacać będzie chyba do końca życia, i zakradała się na różne stronki, zakładała konta, a potem godzinami opowiadała Basi, co tam widziała. Dziwne…

Nagle coś trzasnęło, a potem rozległ się straszliwy huk. Wybiegłem z kuchni i popędziłem do pokoju, skąd dochodził ryk telewizora. To Rysio próbował podłączyć do niego laptopa z grą, aby skorzystać z braku zainteresowania Gwiezdnymi wojnami i pograć na większym monitorze. Coś się jednak stało z potencjometrem – telewizor ryczał i nie dawał się ściszyć. Wiem, że sąsiedzi z prawej strony są prawie głusi, ale pani Tereska pomyśli, że to wojna, i będzie chciała uciec do piwnicy. Wybiegłem czy prędzej na klatkę i w tej samej chwili otworzyły się drzwi.

– Do piwnicy!!! – ryknęła sędziwa pani.

„Sędziwa pani” to ulubione powiedzenie pani Maryli, od kiedy byliśmy na sławetnej szkolnej wycieczce, o której przy okazji też opowiem. „Sławetna” to też jej ulubione słowo. Oba są na „s”.

– To telewizor – krzyknąłem z całych sił. – Popsuł się telewizor!

– I dlatego zaczęła się wojna? – zdziwiła się pani Teresa. – Co za czasy?!

Zapadła kompletna cisza. Pewnie Marysia wyrwała kabel z gniazdka i odłączyła telewizor.

– No właśnie się nie zaczęła, już po wszystkim – wyjaśniłem. – Może pani wrócić do domu.

– Pozdrów mamę, Antoni – poprosiła sąsiadka. – I powiedz jej, że znalazłam wreszcie tę fotografię.

Pani Teresa znajdowała ją raz na jakiś czas. Nikt nie wiedział, kto został na niej uwieczniony, bo nikt jej nigdy nie widział.

W każdym razie wojna nie wybuchła, ale ponieśliśmy dotkliwe straty. Pomyślałem, że postoję sobie chwilę na klatce schodowej i zaplanuję strategię odwrotu. Jak powiedział marszałek Józef Piłsudski: „Być zwyciężonym i nie polec to zwycięstwo. Zwyciężyć i spocząć na laurach to klęska”. Tata Drzewka często to cytuje. Tak zachęca syna do nieustawania w walce o dobre oceny. Pomyślałbym trochę dłużej, gdyby nie dziwny zapach, wydobywający się z mieszkania. Przypominał nieco woń materiału, na którym leży rozgrzane do czerwoności niewyłączone żelazko.

Wpadłem do środka jak pocisk, bo było dziwnie cicho. Poza tym nie mieliśmy w planach prasowania, wystarczyło, że pozmywaliśmy naczynia. Przedpokój wypełniał siwy dym. Niespodziewanie rąbnąłem barkiem Jerzyka niczym zawodowy zawodnik rugby. Biegł pochylony jak szarżujący byk. Zderzyliśmy się głowami i zrobiło mi się ciemno przed oczami, choć już wcześniej nie widziałem nic z powodu dymu. A potem to już było tylko gorzej. Gdybym miał wyobrazić sobie piekło, to przypominałoby ono kuchnię babci Barbary. Marysia szarpała się z oknem, które od dawna się nie otwiera, bo jest wypaczone. Wskutek szarpania wypadło z framugi i Krystian złapał je w ostatniej chwili. Ale ja już widziałem, jak leci z drugiego piętra i roztrzaskuje się na chodniku, albo co gorsza na jakimś przechodniu.

Kłęby dymu ruszyły w stronę dziury po oknie. Patelnia płonęła, a kilka naleśników leżało smętnie na talerzu. Na szczęście ktoś wyłączył gaz i ogień powoli przygasał.

Ola siedziała na podłodze, zanosząc się płaczem. Nie kręciła już relacji na żywo, zdecydowanie zbyt łatwo się poddawała. Pewnie chodziło jej o spódniczkę, która teraz nie była już w kropeczki, tylko w białe smugi, jakby ktoś próbował ścierać z niej ciasto. Właśnie dlatego nie chcemy mieć dziewczyn w bandzie.

– Michałku, co teraz będzie? – spytał nagle Hubert, który niewiele odzywał się tego wieczoru.

Podejrzewam, że wcześniej układał nowy wiersz albo planował jakiś rewolucyjny przewrót, bo jego rodzice są anarchistami. Nawet nie mają dowodów osobistych. Na pewno stracił wenę przez to zamieszanie, więc zaczynałem mu współczuć.

– Źle będzie – odpowiedziałem smętnie. – Tata da nam popalić.

– Szkoda, że nie wziąłem gitary, zagrałbym teraz jakiś ostry kawałek. Byłby klimat – rozmarzył się Filip. Nawet nie chciało mi się tego komentować.

Ogień zgasł, tylko dym krążył po kuchni jak smętny duch.

– To co z tym oknem? – spytał Krystian, oparty o stół. – Naprawiamy?

Nie odpowiedziałem, bo usłyszeliśmy syreny. A więc wojna rzeczywiście wybuchła.

Pod dom podjechał jednak tylko wóz strażacki. Wychyliliśmy się przez okno, bo uwielbiamy patrzeć na strażaków i migające na dachu światełko. Ups! Zapomniałem, że nie wolno wychylać się przez okno.

My patrzyliśmy na nich, a oni na nas. Noc była czarna, ani jednej gwiazdy. Tylko latarnia mrugała do nas upiornie, jakby szydziła z nieudanej akcji z naleśnikami. A potem rozpętało się prawdziwe piekło.

Nie wiem, dlaczego tata tak się zdenerwował, że nie odezwał się do nikogo z nas ani słowem, tylko po wyjaśnieniu okoliczności i odwołaniu alarmu rozwiózł wszystkich po kolei do domów. Na podwórku stali sąsiedzi. Okazało się, że pani Henryka z pierwszego piętra prawie dostała zawału, gdy zobaczyła strażaka na drabinie. Jestem pewien, że to nie przez dym i całą tę akcję, ale dlatego, że widział ją w nocnej koszuli, a wyglądał całkiem jak jej narzeczony, który porzucił ją przed ołtarzem pięćdziesiąt lat temu.

Wróciłem do domu, gdzie czekała już na mnie mama. Pokiwała głową i rzuciła mi oskarżycielskie spojrzenie. Wiedziałem, że nie ominie mnie kara.

– Michałku… – rozpoczął tata. – Wiesz, jak bardzo cię kochamy.

Oj, niedobrze, pomyślałem. Wiedziałem, co to oznacza: minimum dwa tygodnie bez laptopa, komórki i bandy jak nic.

– Jesteś naszym dzieckiem – dodała mama.

Trzy tygodnie.

– Tym razem przekroczyliście jednak wszystkie granice. – Tata podniósł nieco głos.

Cztery tygodnie jak nic!

– I dlatego jutro od rana wszyscy uczestnicy tej zabawy będą sprzątać mieszkanie Barbary pod dowództwem mamy. Tak ustaliłem z rodzicami twoich przyjaciół. A za straż pożarną i fałszywy alarm zapłacicie ze swojego kieszonkowego, o ile oczywiście będą jakieś koszty.

Biedny Jerzyk, pomyślałem, jak on to przeżyje. Cóż, każdy ma swoją słabość. Mój przyjaciel racjonalnie wydaje pieniądze i dzięki temu zawsze je ma, w przeciwieństwie do nas. Ale co tam, najważniejsze, że znów się zobaczymy. I to wcześniej niż za miesiąc! Uśmiechnąłem się szeroko, a tata powiedział, że chyba jednak coś jest ze mną nie tak.