Wydawca: Insignis Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2019

Assassin’s Creed: Odyssey. Oficjalna powieść gry ebook

Gordon Doherty  

3.93333333333333 (15)
Nowość

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 352 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Assassin’s Creed: Odyssey. Oficjalna powieść gry - Gordon Doherty

Grecja, V wiek przed naszą erą

Kasandra, potomkini rodu potężnego króla Leonidasa, przez dwadzieścia lat usiłowała zapomnieć o upokorzeniu: jej ojciec Nikolaos strącił ją w przepaść po tym, jak próbując ratować brata, przeciwstawiła się woli bogów. Gdy cudem przeżyła, musiała uciekać ze Sparty.

Na spokojnej nadmorskiej prowincji, którą Kasandra – obecnie najemniczka – uczyniła swoim domem, pojawia się tajemniczy przybysz. Obiecuje jej niewyobrażalne bogactwa, które na zawsze mają odmienić jej życie. Żeby je zdobyć, Kasandra musi wyprawić się przez Morze Śródziemne i rzucić w wir wojny, która rozgorzała między Atenami a Spartą. Jej zadaniem będzie zgładzenie Wilka, jak nazywają Nikolaosa ze Sparty – jej ojca, któremu nigdy nie wybaczyła…

Powieść na motywach bestsellerowej serii gier firmy Ubisoft – Assassin’s Creed.

Opinie o ebooku Assassin’s Creed: Odyssey. Oficjalna powieść gry - Gordon Doherty

Fragment ebooka Assassin’s Creed: Odyssey. Oficjalna powieść gry - Gordon Doherty

First published in 2018 Penguin Books is part of the Penguin Random House group of companies whose addresses can be found at global.penguinrandomhouse.com

Copyright © 2019 Ubisoft Entertainment. All Rights Reserved.

Assassin’s Creed, Ubisoft and the Ubisoft logo are registered or unregistered trademarks of Ubisoft Entertainment in the U.S. and/or other countries.

The moral right of the author has been asserted.

Przekład Dominika Braithwaite

Redakcja Anna Hadała-Żołnik

Korekta Marcin Piątek

Skład Tomasz Brzozowski

Konwersja do wersji elektronicznej Aleksandra Pieńkosz

Insignis Media, Kraków 2019

ISBN 978-83-66071-89-6

Insignis Media ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków tel. +48 (12) 636 01 90biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Snapchat: insignis_media

Mojej rodzinie

Podziękowania

Osoby, które pomagały mi podczas pisania tej książki i którym należą się serdeczne podziękowania, to: Caroline, Anthony, ­Anouk, Melissa, Aymar, Clémence, Stéphanie-Anne, Jonathan, Miranda, Sara i Bob Schwager. Jestem wdzięczny również całemu zespołowi Ubisoftu i wydawnictwa Penguin. Dziękuję Wam za możliwość zagłębienia się w świat Assassin’s Creed. Była to dla mnie niesamowita przygoda, niemożliwa bez waszej pomocy i fachowych rad. Pragnę również wyrazić wdzięczność mojemu agentowi Jamesowi Willsowi z Watson, Little Ltd za to, że otworzył tej przygodzie drzwi.

Prolog

Sparta

Zima 451 roku przed naszą erą

Przez siedem wiosen skrywałam w swoim sercu tajemnicę. Tliła się ona we mnie ciepłym ogniem prawdy. Wiedziałam o niej tylko ja. Świadomość jej istnienia narastała we mnie za każdym razem, kiedy spoglądałam na matkę lub ojca, a gdy wpatrywałam się w mojego maleńkiego brata, zdawała się wypełniać każdy zakątek mojego ciała. Pewnego dnia odważyłam się wyjawić sekret matce.

– To, co czujesz, to miłość, Kasandro, ale nie taka, jaką znają Spartanie – wyszeptała, nerwowo rozglądając się wokół, jakby chciała się upewnić, że nikt nas nie usłyszy. – Dla nas liczy się tylko ziemia, ojczyzna i bogowie – dodała.

Potem mocno uścisnęła moją dłoń i poprosiła, abym jej przyrzekła, że nigdy już nikomu o tym nie powiem.

Pewnego zimowego wieczora siedzieliśmy wszyscy wokół buchającego ogniem paleniska. Matka trzymała w ramionach małego Aleksiosa, a ja usadowiłam się u stóp ojca. Miałam cichą nadzieję, że może w każdym z nas tli się to samo ciepło.

Właśnie wtedy ciszę i spokój naszego rodzinnego ogniska zakłócił dźwięk przypominający drapanie w drzwi. Ojciec wstrzymał oddech, a matka przytuliła Aleksiosa mocniej do piersi, wpatrując się w drzwi, jakby w ich cieniu czaił się duch.

– Już czas, Nikolaosie – odezwał się z zewnątrz skrzekliwy głos.

Ojciec wstał i okrył swe umięśnione ciało krwistoczerwonym płaszczem. Pod gęstym, czarnym zarostem trudno było odczytać jakikolwiek wyraz jego twarzy. Matka poderwała się i wyciągając rękę, by go pogłaskać po gęstych, czarnych włosach, powiedziała błagalnym tonem:

– Zaczekajmy jeszcze trochę.

– Na co, Myrrine? – szorstko uciął ojciec, odpychając jej dłoń. – Wiesz przecież, co ma się dziś wydarzyć.

Po tych słowach ruszył w kierunku wyjścia, zabierając ze sobą włócznię. Przez uchylone drzwi widziałam, jak ojciec wnikał w strugi chłoszczącego zimnego deszczu. Podążyliśmy za nim, ufając, że będzie nam tarczą. Ponad nami szalała wichura i słychać było odgłosy piorunów.

Wtedy ich zobaczyłam.

Otaczali nas półokręgiem. Byli wśród nich kapłani z wieńcami na skroniach oraz odziani w szare tuniki potężni eforzy, przewyższający władzą nawet dwóch spartańskich królów. Trzymali w rękach zapalone pochodnie, które syczały i buchały ogniem wśród nawałnicy. Najstarszy z nich spojrzał na nas swoimi przekrwionymi oczami i wyszczerzył strupieszałe zęby w dziwacznym uśmiechu. Jego długie, siwe włosy powiewały na wietrze, odsłaniając łysinę na czubku głowy. Potem skinął na nas, odwrócił się i wszyscy ruszyliśmy w jego ślady. Zanim dotarliśmy do obrzeży Pitany – mojego rodzinnego miasta i jednego z pięciu świętych miejsc Sparty – byłam zupełnie przemoczona i trzęsłam się zimna.

Eforzy i kapłani poprowadzili nas dalej przez kotlinę, nieustannie wznosząc modły i pieśni na cześć burzy. Podczas marszu, na wzór ojca, podpierałam się włócznią, której drzewce chrzęściło, wbijając się w łupkową glebę pod moimi stopami. Na samą myśl, że była to niegdyś broń samego Króla Leonidasa, legendarnego władcy Sparty, moje ciało przeszywał dziwny dreszcz. Ponieważ w naszych żyłach płynęła jego krew, wszyscy mieszkańcy Lakonii otaczali moją rodzinę szacunkiem. Potomkinią jego rodu była nasza matka, przez co ja i Aleksios staliśmy się spadkobiercami tego potężnego człowieka i bohatera bitwy pod gorącymi wrotami. Dla mnie jednak największym autorytetem był ojciec. To on sprawił, że krzepą, gibkością i odwagą w niczym nie ustępowałam spartańskim chłopcom. Brakowało mi natomiast wewnętrznej siły, dzięki której byłabym w staniesprostać temu, co mnie czekało, ale chyba nikt w całej Helladzie nie mógł pomóc mi jej rozwijać.

Krętą ścieżką zaczęliśmy się wspinać na pobrużdżone głębokimi jarami góry Tajget, których ośnieżone szczyty majaczyły w oddali. Wszystko w tej dziwnej wyprawie było dla mnie niezrozumiałe i budziło mój niepokój. Czułam się tak zresztą, odkąd jesienią matka i ojciec wrócili z pielgrzymki do wyroczni delfickiej. Nie podzielili się wtedy ze mną przepowiednią wieszczki, ale wiedziałam, że to, co tam usłyszeli, było niewesołe. Ojciec jakby zamknął się w sobie, był spięty i drażliwy, a matka często popadała w zamyślenie i patrzyła w dal niewidzącymi oczyma.

Teraz szła ze wzrokiem wbitym w ziemię, a po jej policzkach płynęły strumienie deszczu. Raz po raz czule całowała małego Aleksiosa, którego trzymała ciasno w objęciach. Kiedy zauważyła moje zaniepokojenie, przełykając z trudem ślinę, podała mi zawiniątko z niemowlęciem i powiedziała:

– Ponieś brata, Kasandro…

Przywiązałam włócznię do pasa i mocno przytuliłam dziecko do siebie, ponieważ ścieżka stawała się coraz bardziej stroma, a burza zdawała się nasilać. Padał marznący deszcz, osłoniłam więc twarz Aleksiosa rąbkiem powijaków. Czułam ciepło jego pachnącej słodkim olejkiem skóry i zapach pościeli z puchu kwiatów. Jego małe rączki ocierały się o moje włosy. Aleksios cicho gaworzył, a ja gruchałam w odpowiedzi.

W końcu dotarliśmy na niewielki płaskowyż. Na jednym z jego krańców widać było ołtarz z niebieskiego marmuru, naznaczony piętnem czasu i śladami kapryśnej pogody. W jego zagłębieniu płonęła samotna świeca, a nieopodal znajdowało się naczynie z olejem, waza rozcieńczonego marznącym deszczem wina i taca winogron.

Matka przystanęła, zanosząc się płaczem.

– Nie okazuj słabości, Myrrine – warknął ojciec.

Widziałam, jak narasta w niej gniew.

– Jak możesz tak mówić? Według ciebie to słabość? Mierzenie się z własnymi emocjami wymaga odwagi, Nikolaosie. Tylko mężczyźni chowają swe prawdziwe uczucia za maską bohaterstwa!

– Twoje zachowanie jest niegodne Sparty – wysyczał przez zaciśnięte zęby ojciec.

Ich rozmowę przerwał jeden z kapłanów:

– Zgromadźcie się przed ołtarzem – powiedział.

Po jego obnażonej kościstej klatce piersiowej spływały strugi lodowatego deszczu. Nie mogłam skupić uwagi ani na starożytnym stole ofiarnym, ani na majaczącej na krańcu płaskowyżu ciemnej otchłani, sięgającej głęboko do wnętrza gór.

– Podajcie dziecko – zawołał najstarszy efor.

Jego oczy pałały jak rozżarzone węgle, a długie, rzadkie włosy tańczyły na wietrze. Ale dopiero gdy wyciągnął ręce w moim kierunku, zrozumiałam cel owej dziwnej wędrówki i spłynęła na mnie przerażająca świadomość tego, co miało się za chwilę zdarzyć.

– Podaj mi chłopca – powtórzył.

W ustach czułam smak niewyobrażalnej trwogi i patrząc z niedowierzaniem na rodziców, wyszlochałam:

– Matko, ojcze?

Matka podeszła się do ojca i w błagalny sposób położyła dłoń na jego dorodnym ramieniu. On jednak nawet nie drgnął i stał obojętny jak skała.

– Przepowiednia wyroczni mówi wyraźnie, że Sparta upadnie… jeśli ten chłopiec nie zostanie złożony w ofierze – chórem zakrzyknęli kapłani.

Moim ciałem wstrząsnęła panika. Przytulając Aleksiosa mocniej do piersi, cofnęłam się o krok. Mój brat był krzepki i zdrowy – nie było żadnego powodu, dla którego miałby go spotkać okrutny los przypadający w udziale słabym lub ułomnym spartańskim dzieciom. Czyżby taką przepowiednię usłyszeli moi rodzice podczas wyprawy do wyroczni delfickiej? Jakim prawem skazała mego brata na zagładę? Dlaczego ojciec przyzwolił na tę okrutną ceremonię i zamiast wyciągnąć swą włócznię przeciwko tym paskudnym starcom, odepchnął matkę, która padła bezwładnie na ziemię jak sterta szmat.

– Nie… nie! Nikolaosie, proszę, zrób coś! – płakała matka, ale dwóch kapłanów chwyciło ją i odciągnęło od ojca, który patrzył w dal nieobecnym wzrokiem.

Jeden z kapłanów zaszedł mnie od tyłu i złapał za ramiona, a drugi wyrwał Aleksiosa z mych objęć i podał go najstarszemu z eforów. Ten osłonił zawiniątko jak największy skarb i zaintonował:

– Potężny Apollo, Dawco Wszelkiej Prawdy, i Ty, Ateno, Opiekunko Miasta, spojrzyjcie na nas spełniających waszą wolę, z pokorą oddających wam cześć za waszą mądrość. Niech… ten chłopiec umrze!

Potem uniósł dziecko i odchodząc od ołtarza, skierował się ku przepaści. Matka padła na kolana, zanosząc się krzykiem, od którego pękało mi serce.

Efor zastygł nad urwiskiem i już miał posłać ciało niemowlęcia w czeluść, gdy nocne niebo rozdarła błyskawica i rozległ się potężny trzask pioruna. Wydawało mi się, że jego energia przeszyła moje ciało – zalało mnie poczucie niesprawiedliwości i palący gniew. Krzyknęłam z całej siły i wyswobodziłam się z uścisku kapłana. Z prędkością atlety rzuciłam się przed siebie, wściekła, zaślepiona furią. W desperackim geście wyciągnęłam ramiona w kierunku brata. Czas jakby zwolnił i nasze spojrzenia na moment się spotkały. Gdybym mogła zatrzymać i utrwalić tę chwilę, pozostałabym w tym miejscu na zawsze, by ocalić Aleksiosa od śmierci i utrzymywać przy życiu naszą więź. Wtedy miałam jeszcze nadzieję, że uda mi się go pochwycić i zapobiec tragedii. Potem jednak straciłam równowagę i poczułam, jak moje ramię uderza w bok trzymającego go efora. Wokół mnie wszystko jakby zamarło, zgromadzeni wstrzymali oddech, a ja patrzyłam, jak obaj, razem z Aleksiosem, spadają w przepaść. Demoniczny wrzask efora powoli zgasł w ciemnej otchłani i zaległa kompletna cisza…

Trzęsąc się, klęczałam na skraju przepaści. Za moimi plecami podniosły się histeryczne okrzyki oburzenia:

– Morderczyni! Zabiła efora!

W osłupieniu wpatrywałam się w urwisko, a moją twarz smagał przeszywający chłodem deszcz.

1

Po jej policzkach płynęły strumienie wody. Wciąż miała w pamięci te same dźwięki i obrazy, przypominające upokorzenie i hańbę rodu Leonidasa. Minęło dwadzieścia lat i niektórzy zdążyli już zapomnieć o zaciągniętych długach i popełnionych błędach, inni po prostu pogodzili się z tym, co się stało.

– Ale nie ja – wyszeptała Kasandra.

Zacisnęła dłoń na zniszczonej włóczni, po czym wbiła ją gwałtownie w piach, odpędzając od siebie wspomnienia.

Mrużąc oczy, powoli przyzwyczajała wzrok do oślepiającego blasku wiosennego poranka. Błękitne wody, otaczające wschodnie wybrzeże Kefalonii, lśniły niczym diamenty. Zbierająca się na powierzchni piasku piana morska, szumiąc łagodnie, z wolna docierała do niej i łaskotała obnażone palce stóp Kasandry, a jej skórę chłodziła przyjemna morska bryza. Po bezchmurnym niebie krążyła gromada skrzekliwych mew. Polujący nieopodal kormoran zanurkował nagle pod powierzchnię wody, wywołując eksplozję krystalicznie czystych kropel. Na wschodzie, za mglistym horyzontem, widać było ciąg ateńskich galer, które miały wesprzeć blokadę Megary. Zmierzały one w kierunku Zatoki Korynckiej i kładły się cieniem na jej głębokich wodach. Jasne żagle okrętów niczym płuca tytanów nabierały powietrza, a wiatr niósł z oddali jęki lin i belek oraz szorstkie nawoływania setek wojowników.

Nie minął rok, odkąd Kefalonia, podobnie jak większość pozostałych wysp, znalazła się w ateńskiej strefie wpływów i wojna zaczęła się rozprzestrzeniać jak śmiertelna choroba. Jakiś wew­nętrzny głos podpowiadał Kasandrze, że potężna siła, która targała Helladą – zrodzona z walk, ożywiająca ideologiczne spory i sprawiająca, że dawni sprzymierzeńcy rzucali się sobie do gardeł – powinna być jej bliska. Ale niby dlaczego? Nie obchodził jej los dumnych Aten. A jednak… nie potrafiła zapomnieć o niezłomnej Sparcie.

– Sparta.

Na samo jej wspomnienie czar wybrzeża prysł. Wzrok Kasandry zatrzymał się na sterczącej obok włóczni Leonidasa: z żelaznym grotem, misternie wykończoną tuleją i wysłużonym drzewcem, noszącym ślady wieloletniego oliwienia. To, że jedyną pamiątką po jej zdruzgotanej przeszłości był właśnie ten zniszczony przedmiot, wyjątkowo do niej pasowało.

Z zamyślenia wyrwał ją przeraźliwy pisk. Krążący w powietrzu orzeł atakował wzbijającego się nad powierzchnię wody kormorana, który próbował umknąć ze srebrzystą makrelą w dziobie. Przerażony ptak wydał z siebie kolejny wrzask i upuszczając napoczętą zdobycz, zanurzył się pod wodę w poszukiwaniu schronienia. Zanim orzeł zdołał schwytać porzuconą rybę pazurami, ta zniknęła w morskiej toni. Z wizgiem niezadowolenia drapieżnik zatoczył w powietrzu krąg i poszybował w stronę wybrzeża, lądując łagodnie tuż obok Kasandry. Na jej twarzy pojawił się mimowolny uśmiech. Nie tylko zniszczona włócznia przypominała jej o przeszłości.

– Ta makrela miała być naszą kolacją, Ikarosie – zaśmiała się.

Ze swym żółtym, zakrzywionym dziobem i błyszczącymi oczyma Ikaros wyglądał jak niezadowolony starzec.

– Tak, wiem, to wina kormorana – powiedziała z ironią.

Burczenie w żołądku przypomniało jej, że od dawna nic nie jadła. Z westchnieniem podniosła włócznię Leonidasa i przez chwilę przyglądała się swemu rozmytemu odbiciu w jej ostrzu – twarzy o smutnych brązowych oczach, warkoczowi gęstych, kasztanowych włosów i znoszonej ciemnobrązowej, męskiej eksomis – tunice wkładanej na jedno ramię. Nie chciała znów wracać do wspomnień, więc przywiązała włócznię do skórzanego pasa i ruszyła w głąb lądu.

Jej uwagę zwróciło jednak coś dziwnego i na chwilę się zatrzymała. Przez mgłę przebijał się okręt, podobny do setek innych, lecz zmierzający nie ku Zatoce Korynckiej, ale wprost do wybrzeża Kefalonii. Mrużąc oczy, dostrzegła biały żagiel, a na nim twarz gorgony. Jej wyblakłe, szarozielone usta wykrzywione w okropnym grymasie odsłaniały wielkie kły, oczy pałały ogniem, a na głowie wiło się gniazdo węży, które przy każdym podmuchu wiatru wydawały się pełzać w powietrzu. Wpatrując się w to straszliwe oblicze, przypomniała sobie opowieść o Meduzie, niegdyś pięknej i potężnej kobiecie, oszukanej i wyklętej przez bogów. Na moment zatliła się w jej sercu iskierka współczucia, która zaraz potem zgasła. Coś innego nie dawało jej spokoju – choć tajemniczy okręt znajdował się jeszcze bardzo daleko, była absolutnie pewna, że ktoś z jego pokładu ją bacznie obserwował. Łagodny dotąd chłód bryzy morskiej przeszył ją nagle zimnym dreszczem.

– Potomkowie Sparty nie boją się ciemności, chłodu i tego, co nieznane – mówił jakiś głos z odległej przeszłości. Jego głos. Kasandra splunęła i zaczęła się oddalać od brzegu. Jedyne, co pozostało po jej niegdyś potężnej rodzinie, to prześladujące ją wspomnienia ojcowskich nauk. Od przejezdnych kupców słyszała smutne opowieści o ruinie domu Leonidasa. Mówili, że zrozpaczona Myrrine odebrała sobie życie po stracie obydwojga dzieci. „To przez to, co zrobiłam tamtej nocy” – myślała.

Przemierzyła plażę i trawiaste, smagane wiatrem diuny. Kamienistą ścieżką doszła do niewielkiego cypla z widokiem na wybrzeże, gdzie znajdowało się jej skromne schronienie. Bielone kamienne ściany błyszczały w świetle słońca, a przywiązane do pali szmaty, pełniące rolę prowizorycznego zadaszenia, powiewały na wietrze. Nieopodal rosło samotne drzewko oliwne. Dzwońce ćwierkały, popijając wodę zgromadzoną nieopodal zmurszałej, kamiennej kolumny. W tym ustronnym miejscu, oddalonym od najbliższego nadmorskiego miasta Sami o dobrych kilka godzin drogi, tygodniami można było nie spotkać żywej duszy.

„Doskonałe miejsce, aby żyć i umrzeć w spokoju” – pomyślała. Odwróciła się, żeby spojrzeć w kierunku morza, gdzie majaczył zarys odległego lądu. „Gdyby nie okrutna przeszłość, mój los mógłby być zupełnie inny”.

Pochyliła się, aby przejść pod niskim nadprożem domu. Morska bryza wdzierała się do wnętrza mimo solidnych kamiennych ścian. Rzuciła okiem na skromną izbę – drewniane łóżko, stół, łuk i kuferek mieszczący jej skromny dobytek – połamany grzebień z kości słoniowej i stary płaszcz. Choć Kefalonii nie otaczał mur, a kończyny Kasandry nie były zakute w kajdany, tutejsze ubóstwo sprawiało, że wyspa była dla niej więzieniem. Jedynie najbogatsi mieszkańcy mogli marzyć o jej opuszczeniu.

Usiadła przy stole i nalała sobie wody z glinianego naczynia. Potem wyjęła i rozpakowała małe zawiniątko, zawierające mizerny posiłek – niewielki bochenek twardego jak kamień chleba, kawałek solonego zajęczego mięsa i trzy niepozorne oliwki w garnuszku z gliny. Odgłosy dochodzące z jej żołądka wydawały się pytać, gdzie jest reszta.

Przez małe okienko widziała świeżo wykopany dół w ziemi. Jeszcze wczoraj w tym miejscu znajdowało się jej całe pożywienie – dwa worki pszenicy, cały solony zając, krążek koziego sera i tuzin suszonych fig. Wystarczyłoby tego na jakieś pięć lub sześć dni. Wracając poprzedniego dnia z nieudanych połowów, zauważyła dwóch uciekających z jej zapasami opryszków. Byli już przynajmniej o pół mili od domu, a ona była zbyt głodna, by ich gonić, więc tej nocy położyła się spać o pustym żołądku. Bezwiednie przesunęła opuszką kciuka po dobrze zaostrzonym grocie włóczni Leonidasa. Poczuła, jak skóra ustępuje pod jego naciskiem, i przez zaciśnięte zęby wysyczała:

– Bądź przeklęty, Cyklopie. – Dobrze wiedziała, że ta kradzież była jego sprawką.

Umoczyła kęs chleba w oliwie i już miała go włożyć do ust, kiedy usłyszała burczenie w brzuchu, ale tym razem nie swoje. Spojrzała w kierunku drzwi. Stojąca w nich dziewczynka patrzyła na ten żałosny kawałek chleba, jakby to była bryła złota.

– Foibe? Wieki cię nie widziałam – rzekła zaskoczona Kasandra.

– Nie przejmuj się mną, Kas – odpowiedziała Foibe, odgarniając z twarzy brudnymi palcami kosmyki czarnych włosów. Wbijała wzrok w podłogę i nerwowo bawiła się rąbkiem niechlujnej szarobiałej stoli, w którą była ubrana.

W tym samym momencie małe okienko przesłonił cień nadlatującego ptaka. Ikaros wylądował na parapecie i pełnymi nadziei oczami wpatrywał się w kawałek solonego zająca. Jego pisk wydawał się powtarzać słowa dziewczynki: „Mną też się nie przejmuj!”.

Na twarzy Kasandry pojawił się zrezygnowany uśmiech. Wstała od stołu, podała chleb Foibe, a mięso rzuciła Ikarosowi i przez chwilę patrzyła, jak oboje żarłocznie pochłaniali te godne pożałowania resztki. Foibe, ateńska sierota, miała zaledwie dwanaście lat. Kasandra spotkała ją żebrzącą na obrzeżach Sami trzy lata temu. Najpierw dała jej kilka monet, ale w drodze powrotnej z miasta wzięła tę kruszynkę na ręce i przyniosła tutaj. Odtąd Foibe jadła i spała wraz z nią. Dziewczynka sprawiała, że odżywały w niej wspomnienia wewnętrznego ciepła, które zdusiła w sobie dawno temu.

„Miłość? Nie, już nigdy nie będę tak słaba” – zapewniała samą siebie w myślach. Z westchnieniem zarzuciła na ramię łuk i podniosła skórzany bukłak.

– Chodźmy, zjemy po drodze – powiedziała, wkładając do ust oliwki. Ich czarująca miękkość i słony smak zamiast zaspokoić głód, tylko drażniły jej kubki smakowe. – Jeśli nie chcemy, aby to był ostatni posiłek w naszym życiu, musimy odwiedzić Markosa… – dodała, wypowiadając jedynie w myślach słowa: „…tę kanalię”.

Włożyła skórzane karwasze.

– Pora się z nim rozliczyć!

Ruszyły na wschód. Pokonały wypalony słońcem trakt wiodący wzdłuż wybrzeża, a potem skręciły w głąb lądu. Zbliżało się południe i upał dawał się coraz bardziej we znaki. Nad upstrzoną fiołkami łąką unosił się zapach oregano i dzikich gajów cytrynowych. Długie trawy łaskotały łydki, motyle raz po raz przecinały ścieżkę, pobłyskując odcieniami purpury, żółci i błękitu, a cykady brzęczały w południowym skwarze, odsuwając wojnę i przeszłość w zapomnienie. Ale tylko do momentu, kiedy w zasięgu ich wzroku pojawiło się Sami – nieotoczony murami port, labirynt baraków i skromnych bielonych domów otaczających wzgórze; zamożni mieszkańcy miasta sączyli tam wino i ucinali sobie pogawędki na tarasach i werandach marmurowych willi. Zlani potem robotnicy uwijali się po zatłoczonym targu, a objuczone ładunkami oliwek i sosnowych belek konie zmierzały ciasnymi uliczkami w stronę portu i kamienistego nabrzeża, skąd setki łodzi transportowały zapasy na okręty wojenne Ateńczyków. Rozlegające się nad miastem bicie dzwonów i dźwięki liry raz po raz przecinał odgłos smagania batami, a znad świątyń unosiły się smużki aromatycznego dymu. Kasandra rzadko odwiedzała miasto. Wybierała się tam tylko wtedy, gdy nie udawało jej się pozyskać zapasów w inny sposób, albo po to, by wykonać zadania powierzone jej przez Markosa.

Nazywali ją misthios – najemnicą. Czasem tylko przekazywała wiadomości lub nadzorowała przerzut skradzionych towarów, najczęściej jednak jej zadaniem było to, na co potrafili się zdobyć tylko nieliczni. Na myśl o swej ostatniej misji – masakrze dokonanej w kryjówce portowych zbrodniarzy – poczuła w sercu chłód. Włócznia Leonidasa pokryła się tamtej nocy krwią, a w powietrzu długo unosił się smród wnętrzności. Popełniane przez nią morderstwa były jak chwasty zapuszczające korzenie w jej sumieniu… ale nic, co zrobiła dla Markosa, nie mogło się równać z poczuciem winy rozrastającym się w jej sercu od tej pamiętnej nocy na skraju przepaści, kiedy śmierć dwóch osób na zawsze zmieniła jej życie.

Odgoniła od siebie te myśli, miała teraz bowiem bardziej przyziemne zmartwienia. Markos po raz kolejny wymigał się od zapłaty, mimo że likwidacja portowej kryjówki zakończyła się sukcesem. Ile to był jej już winien? Wzbierał w niej gniew. „Szuja, łotr, parszywiec…” – myślała.

Przypomniała sobie, jak dwadzieścia lat wcześniej morze wyrzuciło ją na tę zieloną wyspę. Markos znalazł ją wtedy na kamienistym wybrzeżu na północ od miasta. Obok niej leżały kawałki rozbitej tratwy. Kiedy otworzyła oczy, zobaczyła jego nalaną, ospowatą twarz i czarne, tłuste, kręcone włosy. Przyglądał jej się przez chwilę, a kiedy zaczęła wymiotować słoną morską wodą nagromadzoną w płucach i żołądku, próbował jej nawet pomóc. Potem zażartował:

– Dziwna z ciebie ryba.

Przez jakiś czas ją karmił, ale raczej nie miał zamiaru zatrzymać przy sobie. Zmienił zdanie, kiedy zorientował się, że jest wyjątkowo zwinna i szybka.

– Gdzie się tego nauczyłaś? – zapytał. – Przydałby mi się ktoś taki jak ty.

Sami zostało daleko za nimi. Foibe biegła przodem i bawiła się swoim wystruganym z drewna orzełkiem imitującym Ikarosa, który leciał nad nimi. Kiedy dotarły do rozwidlenia, dziewczynka skręciła w prawo i wesoło rzuciła za siebie:

– Jesteśmy prawie na miejscu!

Kasandra zdziwiła się. Ta droga prowadziła na wzgórze Ainos, którego wierzchołek był zwieńczony ogromnym posągiem klęczącego boga niebios – Zeusa Gromowładnego, dzierżącego piorun w wyciągniętej dłoni. Bogate w substancje mineralne gleby u podnóża góry sprzyjały uprawom winorośli. W słońcu połyskiwały kamienne pomieszczenia gospodarcze i pokryte dachówką domy otoczone bujnymi winnicami.

– Nie wygłupiaj się, Foibe – zawołała, wskazując ręką w lewo. – Dom Markosa jest dalej, od strony południowej zatoki i…

Ale Foibe pędziła już co sił w nogach w kierunku pobliskiej uprawy i majaczącej w oddali postaci odzianej w zielono-biały płaszcz.

– Markos? – wyszeptała zaskoczona Kasandra.

– Miałam ci nie mówić… –wyznała Foibe, kiedy Kasandra dotarła na skraj winnicy.

– Jasne – warknęła Kasandra. – Zaczekaj tu na mnie.

Dwóch robotników przycinało krzewy u stóp wzgórza. Kiedy ich mijała, nawet jej nie zauważyli. Jak zawsze nieposłuszna Foibe dreptała w ślad za nią. Przedzierając się przez winnicę, z daleka słyszała Markosa dyskutującego z jednym z robotników.

– Nasze winogrona będą wielkie jak melony – upierał się, pociągając z bukłaka. Sądząc po wstrząsającej jego ciałem czkawce, raczył się mocnym, tylko lekko zaprawionym wodą winem.

Doświadczony robotnik zsunął chroniący od skwaru kapelusz na tył głowy i przekonywał:

– To zabije krzewy, Panie. Łodygi połamią się pod ciężarem owoców. Na pierwsze zbiory możemy liczyć dopiero za trzy lata.

– Nie ma mowy! – zacietrzewił się Markos. – Jak, na Hadesa, zapłacę za to wszystko…?

Na widok wyłaniającej się zza krzewów Kasandry urwał gwałtownie i niemal przewrócił swego rozmówcę, rozpościerając szeroko ramiona.

– O, Kasandra! – wykrzyknął.

– Kupiłeś winnicę? – zapytała.

– Żebyśmy mogli pić tylko najlepsze wina, moja droga! – przymilał się Markos.

Zamaszystym ruchem ręki wskazał swoje nowe posiadłości i niemal stracił równowagę. Foibe, popiskując, radośnie biegała pomiędzy krzewami. W pewnym momencie krążący nad nią Ikaros zaczął wydawać niepokojące dźwięki, ale Kasandra nie miała teraz czasu się nad tym zastanawiać.

– Nie chcę twojego wina, Markosie. Foibe i ja potrzebujemy jedzenia i ubrań. Oddaj mi lepiej pieniądze, które jesteś mi winien.

Mina Markosa zrzedła i przez chwilę bez słowa majstrował przy swoim bukłaku z winem.

– No cóż, moja misthios – zaśmiał się nerwowo. – Na drachmy będziesz musiała jeszcze trochę poczekać.

– Trzy lata to więcej niż trochę – z przekąsem odrzekła Kasandra, po czym spojrzała w górę na Ikarosa, który zaczął histerycznie skrzeczeć, napawając ją trwogą. Zwykle nie zachowywał się tak podczas zabawy z Foibe.

– Kiedy winnica zacznie owocować, będę mieć mnóstwo pieniędzy, moja droga. Ale najpierw muszę spłacić pożyczkę, którą zaciągnąłem, by ją kupić. Trochę zalegam z płatnościami, sama rozumiesz… –kontynuował Markos.

– Nie inaczej… –mruknął robotnik, wracając do przycinania krzewów, i dodał mimochodem: – Cyklop bardzo nie lubi spóźnialskich…

Markos rzucił w jego stronę wściekłe spojrzenie.

– Pożyczyłeś pieniądze od Cyklopa?! – krzyknęła Kasandra z niedowierzaniem i odsunęła się o krok od Markosa, jakby był nosicielem jakiejś zakaźnej choroby.

– Od niego? Zafundowałeś sobie koszmar, Markosie. Czyś ty oszalał?

Szybko omiotła wzrokiem pokryte złocistozielonymi uprawami zbocza wzgórza Ainos. Zastanawiała się, czy jej głos nie poniósł się zbyt daleko.

– Ludzie Cyklopa wczoraj ukradli moje zapasy. On mnie nienawidzi! Wyznaczył nawet nagrodę za moją głowę. Dobrze wie, że współpracujemy. Jeśli masz u niego długi, to ja będę pierwszą osobą, która za to zapłaci.

– W rzeczy samej! – rozległo się nagle za ich plecami.

Kasandra natychmiast się odwróciła. Z gęstwiny krzewów wyłoniło się dwóch nieznajomych ze złośliwymi uśmieszkami na twarzach. Pierwszy z nich, o rozpłaszczonej, gruszkowatej twarzy, jedną ręką zakrywał usta przerażonej Foibe, a drugą trzymał sztylet na jej gardle. Wyrzucając sobie w duchu, że nie posłuchała ostrzegawczych krzyków Ikarosa, Kasandra rozpoznała w nich złodziejaszków, którzy poprzedniego dnia zbiegli z jej zapasami.

– Tylko spróbuj się ruszyć, a podetnie małej gardło – odezwał się drugi mężczyzna, stukając krótkim mieczem o wewnętrzną część dłoni. Gęste brwi rzucały cień na jego oczy.

– To prawda, że Markos narobił sobie długów, ale z tobą, misthios, Cyklop ma inne porachunki… Najpierw podziurawiłaś jego okręt, a potem wyrżnęłaś mu ludzi. Tak się składa, że byli moimi kompanami. Co więc powiesz na to, żebyśmy się razem do niego wybrali?

Kasandra poczuła, jak krew zastyga w jej żyłach. Wiedziała, że jeśli pójdzie z nimi, to umrze, a Foibe w najlepszym razie zostanie niewolnicą. Ale jeśli odmówi, zginą wszyscy, tu i teraz.

Minęła chwila pełna napięcia. Kasandra zamarła.

– Wygląda na to, że misthios nie chce iść z własnej woli – zawarczał krzaczastobrewy. – Pokażmy jej, że to nie żarty.

W otchłani pamięci Kasandra usłyszała szept Nikolaosa:

– Uważnie obserwuj swego przeciwnika; oczy zdradzą jego zamiary, zanim zdąży wykonać jakikolwiek ruch.

Zbir trzymający Foibe spojrzał na dziewczynkę i mocniej zacisnął dłoń na sztylecie. To, co Kasandra zrobiła potem, było instynktowne –rzuciła się w przód, płynnym ruchem oswobodziła przywiązaną do pasa włócznię i posłała ją przed siebie. Wysłużone ostrze poszybowało w stronę napastnika i wbiło się w jego czoło. Ten wywrócił oczami, z jego nozdrzy polała się krew i zwalił się jak sterta kamieni. Płacząca Foibe oddaliła się chwiejnym krokiem. Kasandra wyrwała włócznię jednym szarpnięciem liny i chwyciła ją za drzewce jak hoplita.

Drugi z mężczyzn, nie spuszczając jej z oczu, próbował ją wykiwać i najpierw odchylił się w jedną stronę, po czym rzucił się z wrzaskiem w drugą. Kasandra wykonała zwinny unik, pozwalając przeciwnikowi minąć ją z prawej, a kiedy ten ponownie zaatakował, kucnęła i rozpłatała jego brzuch. Zataczając się, zakłopotany spojrzał na swe pokiereszowane wnętrzności i runął twarzą ku ziemi.

– Na Zeusa! – zawył Markos, po czym padł na kolana i chwytając się za głowę, gapił się na leżące przed nim martwe ciała. – Teraz Cyklop na pewno mnie zabije!

Kasandra przytuliła roztrzęsioną Foibe, pocałowała ją w czubek głowy i zasłoniła dłońmi jej uszy.

– Zakopiemy ich. Nikt nie będzie wiedział, co się z nimi stało – powiedziała.

– On na pewno się dowie – westchnął Markos. – Zapamiętaj to sobie: na miejsce dwóch odciętych głów wyrosną cztery nowe i tylko bardziej się wścieknie. Cyklop to tyran! Albo jesteś mu posłuszna, albo… musisz go zniszczyć, rozumiesz?

Potem machnął ręką i powiedział:

– Ale co ci po moich naukach…

– Lepiej odłóż bukłak z winem i pomyśl trzeźwo. W jaki sposób masz zamiar spłacić u niego swój dług?

Markos wbił wzrok w pustą przestrzeń przed sobą, pogrążając się w beznadziei. Nagle, jakby rażony piorunem, otrząsnął się i poderwał z kolan. Podszedł do Kasandry, potrząsnął nią i rzekł:

– Znalazłem wyjście!

Wyzwalając się z jego uścisku, z przekąsem zapytała:

– Skąd zdobędziesz worek pieniędzy na tej wyspie?

Oczy Markosa zwęziły się. Odparł:

– Nie o pieniądze chodzi, moja droga, ale o obsydian.

Kasandra spojrzała na niego pytająco.

– Pomyśl tylko, co ma dla Cyklopa największą wartość? Nie ludzie, flota czy ziemia, którą posiada… To, co najbardziej sobie ceni, to jego oko z obsydianu. Ponoć jest w nim nawet złoto –ciągnął Markos.

– Ukradniemy je i sprzedamy gdzieś na lądzie albo opchniemy wędrownym kupcom. I wreszcie będziemy bogaci! Spłacę wtedy winnicę i oddam ci to, co jestem winien. Wystarczy też na jedzenie dla Foibe – pisnął uradowany, że udało mu się znaleźć jakiś altruistyczny cel tego planu.

– Chcesz ukraść oko Cyklopa? – zapytała Kasandra z niedowierzaniem.

– Trzyma je w domu i nigdy go nie nosi, bo jest zbyt cenne – odparł Markos.

– Jego dom to forteca – rzekła sucho. Kasandra przywołała w pamięci dobrze strzeżoną jaskinię, położoną na niewielkim półwyspie na zachodzie wyspy. – Ostatnią osobą, która próbowała się tam dostać, był Skamandrios. Nikt go od tamtej pory nie widział.

Oboje przez chwilę myśleli o przebiegłym Skamandriosie, wyobrażając sobie męki, jakie mogły za jego sprawą stać się ich udziałem. Cyklop najchętniej pozbywał się wrogów poprzez spalenie ich żywcem, obdarcie ze skóry lub powolne rozczłonkowanie. Za Skamandriosem nikt specjalnie nie tęsknił, to fakt, ale nie można mu było odmówić pozytywnych cech: szybkości i ostrożności. Niektórzy nazywali go Cieniem.

Kasandra odpędziła od siebie te myśli i zapytała:

– Zaraz, zaraz, powiedziałeś „ukradniemy”… Jak to „my”?

Markos skulił się nieco i z żałosnym uśmiechem odparł:

– To ty jesteś misthios, moja droga. Ja bym tylko przeszkadzał. Dla tej misji absolutnie najważniejsze jest, abyś pozostała niezauważona.

– Mnie trochę bardziej martwi to, że mogę zostać złapana.

– To ci nie grozi, bo Cyklop jest poza domem – powiedział Markos napominająco. – Wszystkie prywatne galery na wyspie zostały włączone do floty Ateńczyków. Jedną z nielicznych, które pozostały, jest Adrestia. Cyklop poluje na nią w tej chwili. Mówią, że zadarł z nim trierarcha tego okrętu.

Foibe udało się wyswobodzić z uścisku Kasandry i zapytała:

– O co chodzi?

– Nic, maleńka – pospieszył z odpowiedzią Markos. – Ustalamy właśnie z Kasandrą, ile jestem jej winien. Ma do wykonania jeszcze jedną robotę i wszystko jej oddam. Prawda, moja droga? – zwrócił się do Kasandry.

– I wtedy wreszcie będziemy żyć jak królowe? – Foibe spytała z nadzieją.

– Tak… –cicho odrzekła Kasandra, głaszcząc dziewczynkę po głowie.

– Doskonale – syknął Markos i dodał: – Dziś przenocujecie tutaj i dobrze sobie podjecie. Mamy smażoną barwenę, kalmary, świeżo pieczony chleb, jogurt, miód i pistacje oraz kilka waz wina. Dobrze się wyśpicie i rano będziecie gotowe do drogi.

Potem dodał szeptem, tak, by Foibe nie słyszała:

– Pamiętaj, nikt nie może was zobaczyć, w przeciwnym razie całej naszej trójce grozi… – zawieszając głos, przeciągnął palcem po gardle i wysunął język.

Kasandra wpatrywała się w niego wzrokiem pełnym pogardy.

2

Choć obiecane przez Markosa posłanie rzeczywiście okazało się wygodne i miękkie, Kasandra nie zmrużyła oka i całą noc myślała o czekającym ją zadaniu. Godzinami wpatrywała się w połyskujący w świetle księżyca grot włóczni opartej o łóżko, a potem wstała na długo przed świtem. Przytulona do niej Foibe nawet się nie poruszyła, kiedy Kasandra pocałowała ją w czubek głowy, unosząc się z posłania. Szybko się ubrała i pod osłoną nocy opuściła winnicę. Wybrała ścieżkę wiodącą wzdłuż zachodniego wybrzeża wyspy. W oddali słyszała odgłosy żbików, a ponieważ nadal panował półmrok, na wszelki wypadek trzymała w ręku łuk. Wkrótce słońce wzeszło nad horyzont i jego ogniste promienie zaczęły oświetlać wyspę, przeczesując łąki i wdzierając się pomiędzy szczyty górskie. Z wyższych partii wybrzeża widać było nawet sąsiednią, pogrążoną w porannej mgle Itakę z górującymi nad nią ruinami pałacu Odyseusza. Trudno było oderwać od nich wzrok i Kasandra, jak zwykle, przez dłuższą chwilę przyglądała się temu smutnemu pomnikowi na cześć słynnego bohatera i podróżnika, który dzięki sprytowi i znajomości wojennego rzemiosła opłynął świat wzdłuż i wszerz. Widok ten sprawił, że wezbrała w niej nowa fala pogardy dla krzaczastej Kefalonii. „Lepiej się nie łudzić. Nigdy nie opuszczę tej przeklętej wyspy. Tu dane mi żyć i umrzeć” –skonstatowała z goryczą.

Ruszyła dalej i wkrótce dotarła do miejsca, skąd w głąb morza wcinał się niczym kolec dziki kawałek lądu zwany Zachodnim Półwyspem. Przyczaiła się tam i sącząc wodę z bukłaka, bacznie obserwowała otoczenie. Robiło się coraz cieplej i wokół rozlegał się głośny śpiew cykad. Kryjówka Cyklopa znajdowała się na płaskim pagórku, jakieś pół mili w głąb półwyspu, nieopodal przylądka. Choć ten rozległy kompleks nazywano kryjówką, Cyklop nie musiał się przed nikim chować. W strukturze otaczającego posiadłość niskiego, zmurszałego muru gdzieniegdzie rosły pojedyncze pelargonie i kępy trawy. Za nim znajdowała się kryta czerwoną dachówką willa z jasnego marmuru, wsparta na kolumnach doryckich w kolorze ochry i jasnego błękitu. Kasandra dostrzegła sześciu oprychów Cyklopa spacerujących tam i z powrotem po surowych kamiennych murach zewnętrznych i obserwujących pobliskie tereny. Kolejnych dwóch mężczyzn pilnowało bramy od wschodu. Spodziewała się, że podobnie było przy północnym wejściu. Co gorsza, na odcinku prowadzącym do zabudowań nie było się gdzie schronić, rosły tam tylko pojedyncze cyprysy i drzewa oliwne. Odkryty teren, porośnięty niskimi, przerzedzonymi krzewami, dawał czwórce patrolujących go najemników z chroniącymi przed palącym słońcem kapeluszach na głowach niczym nieograniczone pole widzenia. Patrolowany przez nich obszar był prywatnym państewkiem Cyklopa.

Nie było jak się do niego dostać. Zawsze jest jakieś wyjście – zabrzmiał w jej myślach szorstki głos Nikolaosa.

Spojrzała na północ, ku stromemu skalistemu wybrzeżu. Ciemnobłękitne wody łagodnie omywały wąski kawałek kamienistej plaży. Wykrzywiła usta w niechętnym tej podpowiedzi półuśmiechu – Nikolaos znów miał rację. Odkorkowała bukłak i opróżniła go, pozwalając resztkom cennej wody spłynąć na spękaną, przesuszoną glebę pod jej stopami. Nie spuszczając z oczu najbliższego patrolu, pochyliła się i ruszyła w kierunku nabrzeża. Kiedy dotarła na miejsce, zawinęła łuk i włócznię w kawałki naoliwionej skóry i przytroczyła je do pleców, po czym zanurzyła się w chłodnej toni. Kiedy woda sięgnęła jej szyi, wyciągnęła ramiona i pracując nogami, zaczęła opływać półwysep w kierunku zachodnim, wzdłuż wybrzeża, od nasady do przylądka. Przez jakiś czas jej nogi i brzuch łaskotały wodorosty i narybek. Co chwilę unosiła głowę i obrzucała wzrokiem plażę po lewej, ale nie zauważyła żadnego z najemników. W pewnej chwili z głębszych wód nieopodal, popiskując, wyłoniła się grupa delfinów. Kasandra usłyszała chrzęst butów na piasku i kątem oka dostrzegła skraj wielkiego kapelusza. Nabrała powietrza i zanurzyła się pod powierzchnię wody. Wśród fal oprócz delfinów, które najwyraźniej też chciały uniknąć niepowołanych spojrzeń, zobaczyła łydki brodzącego w mieliźnie strażnika. Jego sylwetka i przewieszona przez piersi włócznia majaczyły ponad powierzchnią wody. Zobaczywszy delfiny, nie zapuszczał się dalej, ale stał w wodzie po kolana i wygrzewał się w słońcu… Kasandrze zaczynało brakować powietrza i w płucach poczuła palący ból. Gdyby teraz wypłynęła, od razu by zginęła, ale pozostanie pod wodą nie było lepszym wyjściem. Resztki wstrzymywanego oddechu, tworząc skupiska małych bąbelków, uciekły z jej ust jak szczury z tonącego okrętu i jej wzrok na chwilę przesłoniły czarne plamy. Zapewne popadłaby w panikę, gdyby nie wypełniony powietrzem bukłak. Wyjęła kciuk z ustnika i nabrała powietrza, dzięki czemu odzyskała siły i mogła płynąć dalej.

Obserwował ją z oddali. Najpierw jak powoli planowała swoje podejście do kryjówki Cyklopa i potem jak podpłynęła do posiadłości od strony przylądka, docierając do jej północnej bramy, z okolic której ją obserwował. Jak dotąd krążące o niej opowieści okazały się zgodne z prawdą.

– Wkrótce się okaże, czy jest naprawdę tak zdolna i skuteczna, jak mówią – zastanawiał się, krzyżując ręce na piersi i uśmiechając się szeroko.

Kasandra wypłynęła na powierzchnię i wspięła się na płaską, rozgrzaną słońcem półkę skalną, a potem, chowając się za krzakami, kamienistą ścieżką udała się w głąb lądu. Wystarczyła chwila i była niemal zupełnie sucha. Zbliżyła się do północnego wejścia i przycupnęła za wielkim głazem, aby przyjrzeć się strzegącym drzwi dwóm najemnikom. Byli ubrani w skórzane pancerze. Jeden z mężczyzn, ten z czerwoną chustką na głowie, dzierżył w rękach włócznię, drugi miał przy pasie niewielki toporek. Wśród zabudowań nie zauważyła nikogo. Ani na tarasie, ani przy wejściu do willi. Najwyraźniej Cyklop zabrał większość swych ludzi ze sobą. Jeśli udałoby się jej przemknąć do środka w taki sposób, by nie zauważyli jej strażnicy na zewnętrznych murach, znalazłaby się na zupełnie niestrzeżonym terenie. Musiałaby się pozbyć tych, którzy stali przy bramie, ale tak, żeby nie zaalarmować tuzina pozostałych. Tuż obok niej rozległ się nagle łagodny szmer i serce skoczyło jej do gardła.

– A niech mnie, Ikarosie! – wyszeptała.

Ikaros spojrzał na nią spode łba i uniósł się w powietrze. Kasandra pochyliła się, ale obserwowała zza głazu, jak orzeł szybuje w stronę wejścia do posiadłości. Strażnicy zauważyli go dopiero, gdy był bardzo blisko, tuż zanim trzepocząc skrzydłami, przeleciał nad jednym z nich i zerwał mu czerwoną chustkę z głowy.

– Malákas! – wrzasnął mężczyzna, wygrażając ptakowi, który zdążył już wlecieć na teren posesji.

Obaj wartownicy podążyli w ślad za nim, ku uciesze pozostałych, stojących na murach.

Kasandra poderwała się i skradając się jak kot, popędziła w kierunku wejścia. Właśnie udało jej się je przekroczyć, gdy znudzeni podążaniem za Ikarosem wartownicy odwrócili się w jej stronę. Jak rażona niewidzialnym ciosem, odbiła w prawo, by uniknąć ich wzroku, i wylądowała w gęstwinie rosnących przy ogrodzeniu dzikich kolcolistów. Krzewy poruszały się tylko przez chwilę. Wstrzymując oddech, patrzyła poprzez listowie, jak mężczyźni przeszli tuż obok niej, aby zająć swoje pozycje przy bramie. Pozostali także wrócili do swych obowiązków. Jej plan się powiódł.

Serce Kasandry biło jak oszalałe. Popatrzyła w kierunku willi – główne wejście wyglądało jak otwarta paszcza wielkiego zwierza, a podpierające ją czerwone kolumny przypominały zbroczone krwią kły. Chowając się za wozami, porozrzucanymi tu i ówdzie beczkami, belkami siana oraz drewnianymi zabudowaniami, ostrożnie przemieściła się w pobliże domu. W nogach czuła mrowienie, jakby chciały ją instynktownie ponieść do środka, ale gorzkie doświadczenia sprawiły, że pozostała skulona na miejscu.

„Zupełnie nic nie widać” – pomyślała. „Może się tam kryć cała zgraja ludzi Cyklopa”. Spojrzała w górę. Na zadaszonym tarasie znajdowały się drzwi wiodące na piętro. Podkradła się bliżej i chwytając się pnączy bluszczu, wspięła w górę po ścianie. Jedna z dachówek obluzowawszy się, zaczęła spadać. Kasandra bez zastanowienia przytrzymała się bluszczu tylko jedną ręką, a drugą złapała dachówkę w locie.

Z westchnieniem ulgi przypomniała sobie słowa Nikolaosa:

–Bądź zawsze ostrożna. Spartanie mają być niezauważalni jak cienie.

„Ale ja nie jestem Spartanką, tylko wyrzutkiem” – pomyślała, odpędzając wspomnienia, po czym zwinnie przeskoczyła ponad marmurową balustradą.

W głębi wiodącego na piętro willi łukowatego sklepienia było tak samo ciemno jak na dole. Kasandra wzięła głęboki wdech i powoli przesuwała się wzdłuż muru. W jednej ręce mocno ściskała włócznię, asekurując się drugą, na wypadek gdyby musiała nagle uniknąć ciosu lub przetoczyć się na przeciwną stronę. Na chwilę pogrążyła się w zupełnych ciemnościach i nerwowo rozglądała się we wszystkich kierunkach, a jej warkocz chłostał pustą przestrzeń niczym bicz. Oczami wyobraźni widziała już atakujących ją strażników, wymachujących srebrnymi mieczami… ale gdy jej wzrok przywykł do półmroku, okazało się, że znalazła się w cichej, pustej sypialni. Na bielonych ścianach widać było malowidła przedstawiające sceny bitew i jednookiego, triumfującego nad nieprzyjaciółmi bohatera. W pokoju znajdowało się wielkie łoże przykryte jedwabnymi kapami.

„Chyba nic tu nie znajdę” – pomyślała i odwróciła się do wyjścia. Wtedy przy palenisku, na drugim krańcu pomieszczenia, dostrzegła cokół z paryjskiego marmuru, a na nim trofea, które zmroziły jej krew w żyłach.

Na drewnianych postumentach, niczym łupy wojenne, tkwiły trzy zmumifikowane głowy. Podeszła bliżej, ale bardzo ostrożnie, jakby chowały się za nimi całe postacie, które mogły ją w każdej chwili zaatakować. Nieszczęśnicy, do których należały, musieli jednak zginąć dość dawno. Grymas na twarzy jednej z nich wyraźnie sugerował, że jej właściciel – długowłosy mężczyzna o zniszczonych zębach – umarł w męczarniach. Druga należała do młodego chłopaka, któremu najwyraźniej obcięto nos. Świadczyła o tym poszarpana rana w miejscu, w którym powinien się znajdować. Ostatnie oblicze – kobiety w średnim wieku – zastygło w niemym krzyku, jakby chciało ostrzec Kasandrę: Uważaj, jest za tobą!

Jedna z desek na podłodze nagle skrzypnęła. Przerażona Kasandra odwróciła się, trzymając włócznię w pogotowiu, ale niczego nie zauważyła. Jej serce biło jak oszalałe. Czyżby tylko jej się wydawało? Przypasała włócznię i jeszcze raz spojrzała na makabryczne trofea. Żadne z nich nie było głową Skamandriosa, tego była pewna.

– Może udało mu się zbiec z tym, po co przyszedł, i teraz pławi się, spryciarz, gdzieś na północy w bogactwie?

Ta myśl napełniła ją odwagą, więc pewnym krokiem podeszła do drzwi komnaty. Wysunęła głowę i rozejrzała się, czy na korytarzu czai się jakieś niebezpieczeństwo. Na prawo i lewo droga wydawała się wolna, ale kiedy popatrzyła prosto przed siebie, zobaczyła… dwóch wartowników.

Złapała za włócznię, ale szybko zdała sobie sprawę, że to tylko dwie stare zbroje – pancerze, hełmy i nagolenniki z brązu, zapewne skradzione przez Cyklopa ze zniszczonego pałacu w Itace. Wnętrza hełmów były spowite pajęczynami, których sploty z daleka wyglądały jak twarze.

Z grymasem niezadowolenia zmierzała korytarzem w kierunku dwojga drzwi. Jedne z nich musiały prowadzić do skarbca. Większość mieszkańców wyspy twierdziła, że Cyklop śpi na swoim złocie, ale najwyraźniej trzymał je gdzie indziej. Kasandra podkradła się do drzwi po lewej stronie korytarza i nacisnęła klamkę, która ustąpiła, wydając głuchy odgłos, i drzwi otwarły się z głośnym skrzypnięciem. Żołądek podszedł jej do gardła, ale na szczęście nikt poza nią nie usłyszał ich przeraźliwego dźwięku. Zajrzała do środka. Nie było tam nic oprócz surowych kamiennych ścian, zwykłej drewnianej podłogi oraz starej, zniszczonej i zupełnie pustej szafy z wyłamanym frontem.

Otworzyła więc drzwi po prawej, gdzie powitał ją zgoła inny widok. Sączące się przez wąską rozetę w suficie promienie słońca oświetlały zrabowane skarby – złoto, skrzynie z kości słoniowej pełne monet i ozdób oraz półki uginające się pod ciężarem srebrnych diademów, pieniędzy, naczyń i drogocennych kamieni o czarującym niebieskim odcieniu. Na posadzce leżały góry opali, onyksów i szmaragdów, oplatane naszyjnikami z ametystu. Ozdobny łuk wojenny pobłyskiwał bursztynowym wykończeniem. I wreszcie, na tyłach komnaty, tam, gdzie nie docierało już światło słoneczne, dostrzegła słynne oko. Kasandra zwilżyła językiem spierzchnięte usta. Było osadzone na postumencie z drzewa cedrowego, a jego złota źrenica wydawała się patrzeć prosto na nią. Był to niewątpliwe największy z wszystkich zgromadzonych tu skarbów, cenniejszy niż całe garście, a nawet sakwy monet czy klejnotów. Należało tylko wejść, minąć wszystkie inne kosztowności i zabrać to, po co przyszła.

– No, dalej, weź je! – zachęcał jakiś wewnętrzny głos.

Zrobiła krok naprzód, ale zaraz potem się zatrzymała. Oprócz zapachu metalu i politury poczuła ledwo wyczuwalną woń czegoś, co zupełnie nie pasowało do tego miejsca… fetoru śmierci i rozkładu. Rozejrzała się uważnie. Kamienna framuga po lewej stronie drzwi była pokiereszowana, jakby ktoś próbował w niej wykuć jakiś wzór, prawa była dla odmiany obita drzewem cedrowym. Przewidując niebezpieczeństwo, przyklęknęła, wyciągnęła przed siebie łuk i ostrożnie przesunęła go przez próg, a potem lekko stuknęła krańcem jego ramienia w pierwszą deskę na podłodze komnaty.

Cedrowa okładzina po prawej stronie drzwi ze świstem wystrzeliła w powietrze. Kasandra zdążyła się odsunąć, w ostatnim momencie ratując swój łuk, zanim jakieś potężne urządzenie przeleciało z jednej strony drzwi na drugą i z metalicznym odgłosem oraz eksplozją iskier wbiło się w kamienną framugę. Kiedy wstała, zobaczyła je w całej okazałości. Było to drewniane łoże nabite żelaznymi kolcami, które rozszarpałoby ją na kawałki, gdyby tylko postawiła stopę wewnątrz skarbca. Wisiało na nim zmasakrowane ciało Skamandriosa – strzępy skóry nadal pokrywały jego kości, jeden z kolców przebił czoło, drugi szyję najemnika, kilka innych sterczało z jego klatki piersiowej i kończyn.

– Przynajmniej się nie męczyłeś, Cieniu – Kasandra wyszeptała beznamiętnie.

Wbijając się we framugę, zasadzka zupełnie zablokowała wejście do komnaty. Poirytowana Kasandra cofnęła się o krok, ale w tej samej chwili usłyszała przytłumione odgłosy rozmowy dwóch strażników, najwyraźniej zmierzających w kierunku willi.

– Robi się gorąco. Ja pójdę do stajni i zajmę się końmi, a ty pozamykaj okna i drzwi. Pan wraca dziś wieczorem i będzie wściekły, jeśli w domu nie będzie zbyt ciepło – powiedział jeden z nich.

Zaraz potem usłyszała kroki na parterze, trzask okiennic i szczęk zamków.

Zdawała sobie sprawę, że musi się jak najszybciej stąd wydostać, ale nie mogła odejść bez oka. Zamknęła drzwi do skarbca, by zamaskować blokującą wejście zasadzkę, i rozejrzała się szybko po piętrze budynku, bezskutecznie szukając innego wejścia do komnaty z kosztownościami. Przez chwilę rozważała, czy nie udałoby się jej tam dostać z dachu, przez rozetę, ale przypomniała sobie, że otwór był za mały nawet dla dziecka. Potem myślami wróciła do pierwszego z pokoi.

„Dlaczego taki bogacz i pazerny bandyta jak Cyklop miałby w swym domu zupełnie puste pomieszczenie?” – pomyślała, rozglądając się jednocześnie, czy aby na pewno całe piętro pałacu było ekskluzywnie wykończone i przyozdobione zdobyczami, po czym wróciła do nadal otwartych drzwi przy końcu korytarza i stuknąwszy łukiem w podłogę, upewniła się, że nie czyhają na nią żadne pułapki. Weszła do środka i spojrzała na przylegającą do skarbca ścianę z podejrzanie pustą szafą. Odsunęła ją najciszej, jak się dało, i z rosnącym podekscytowaniem otworzyła schowany za nią drewniany właz. Przedostała się do komnaty skrywającej kosztowności Cyklopa. Poruszała się w niej z obawą, że może zostać zaatakowana przez spadający znienacka miecz lub wpaść w naszpikowany kolcami potrzask. Skarbiec nie skrywał już jednak żadnych innych zasadzek, więc bez przeszkód zdjęła z postumentu oko z obsydianu. Nie miała wątpliwości, że ten ciężki, chłodny przedmiot wynagrodzi jej trudy i spłaci długi Markosa. Wróciła na korytarz i ruszyła w stronę sypialni i pokrytego bluszczem muru. Cieszyła się już na rychły powrót do domu, ale właśnie wtedy usłyszała dobiegający z niedaleka zmęczony głos:

– Piętro prawie zrobione, została tylko sypialnia – mruczał sam do siebie wartownik, którego twarz niemal zupełnie zakrywał skórzany hełm.

Kasandra przywarła do ocienionej ściany i patrzyła, jak mężczyzna wchodzi do komnaty, do której zmierzała. Usłyszała łoskot zamykanych okiennic, a potem brzęk kluczy w zamku. Strażnik zaczął schodzić na parter i Kasandra podążyła jak cień jego śladem w kierunku wyjścia, stawiając ostrożnie każdy krok, tak by jej nie zauważył. Z przerażeniem pomyślała, że jeśli uda mu się zamknąć drzwi, zanim ucieknie, to jej głowa niewątpliwie dołączy do trzech innych z marmurowego postumentu w sypialni.

Nagle wartownik upuścił klucze i pochylił się, by je podnieść, a Kasandra wykonała kolejny krok. Deski pod jej stopami skrzypnęły i mężczyzna gwałtownie się odwrócił. Chwycił za toporek, ale nie zdążył nawet wydać z siebie dźwięku, by zaalarmować kolegów, bo niewielki sztylet schowany jeszcze przed sekundą w fałdzie karwasza Kasandry przeszył jego gardło. Zdołała chwycić jego ciało, zanim padł na ziemię, unikając tym samym zbędnego hałasu, i omiotła szybko wzrokiem jego ubiór i pęk kluczy. Potem zerknęła w stronę bramy i zrozumiała, że właśnie zyskała wolność.

Tajemniczy obserwator patrzył, jak odziana w czarny płaszcz postać opuszcza willę i kieruje się pewnym krokiem przez posiadłość ku bramie, a potem wymienia kilka słów ze stojącymi tam wartownikami. Widział, jak wychodzi i maszeruje dalej w kierunku wybrzeża, i z ekscytacją pomyślał: „Jest dokładnie tym kimś, na kogo liczyliśmy i kogo potrzebujemy” – i z zacisza swego punktu obserwacyjnego niczym drapieżny ptak wpatrywał się w zbliżającą się sylwetkę.

W zabudowanym skórzanym hełmie Kasandra wyraźnie słyszała swój przyspieszony oddech i czuła smród surowego czosnku, w którym właściciel tego nakrycia głowy najwyraźniej się lubował. Oddalając się od kryjówki Cyklopa, starała się iść swobodnie, a nawet nonszalancko, ale na wszelki wypadek cały czas trzymała rękę na trzonku skradzionego toporka. Była pewna, że dostrzegła z dachu willi coś niepokojącego w tamtych zaroślach i miała zamiar to sprawdzić. Snuła te rozważania na głos. Całe szczęście pilnujący bramy strażnicy byli zbyt zmęczeni południowym skwarem, żeby wsłuchiwać się uważniej w tembr jej głosu.

Dotarła do porośniętego jodłami i jałowcem piaszczystego lasku, dającego schronienie i cień. W powietrzu unosił się zapach olejków eterycznych, a pod nogami rozpościerał miękki dywan z igliwia. W oddali widać było prześwit, a za nim błękit morza. Wkraczając na polanę, znajdującą się zaledwie kilka kroków od wybrzeża, Kasandra myślała już tylko o rychłym sukcesie misji, co przyprawiało ją niemal o zawrót głowy.

Kiedy więc tuż za sobą usłyszała czyjeś oklaski, zamarła jak rażona piorunem.

– Doskonała robota, doskonała! – usłyszała nieznajomy głos.