Assail. Imperium Malazańskie. Tom 6 - Ian C. Esslemont - ebook + książka

Assail. Imperium Malazańskie. Tom 6 ebook

Ian C. Esslemont

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.



Dowiedz się więcej.
Opis

WSTAJE NOWY DZIEŃ. UBIERZCIE SIĘ CIEPŁO.

Na dalekiej północy leży Assail – kraina od stuleci niedostępna dla śmiertelników.

Lecz lody zaczynają topnieć, odsłaniając tajemnice skrywane od niepamiętnych czasów. Przez niegościnne pustkowia ruszają śmiałkowie, których przyciągają obietnice niewyobrażalnych bogactw, chwały i odkryć.

Jedni szukają odpowiedzi. Inni majątku. Jeszcze inni po prostu pragną przygody.

Na południu czeka Srebrna Lisica.

Nowo wcielona Wzywająca armii nieśmiertelnych T'lan Imassów zrobi wszystko, by powstrzymać odrodzenie pradawnej krucjaty, która mogłaby spustoszyć cały kontynent... a być może nawet cały świat.

Ta powieść rzuca nowe światło na dzieje Imperium Malazańskiego, odsłania jego najgłębsze tajemnice i stanowi ekscytujące zwieńczenie całego cyklu.

6. część cyklu Imperium Malazańskie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 819

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Assail

Copy­ri­ght © 2014 by Ian Came­ron Essle­mont Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2026 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Urszula Okrzeja Korekta: Mag­da­lena Gór­nicka, Bar­tosz Szpojda Ilu­stra­cja na okładce: Steve Stone Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Piotr Chy­liń­ski Pro­jekt typo­gra­ficzny: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-68919-78-3

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00-657 War­szawa www.mag.com.pl han­[email protected]

Wyłączny dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Maz. tel. 227 335 010 www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Tę książkę poświę­cam sta­rej gru­pie gra­czy z Uni­ver­sity of Mani­toba. Nale­żeli do niej: Doug i Doug, Jeff, Oli­ver, Grant, Ron, Mar­tin, Henry, Craig, Lau­rence, Neil, Shur­jeel i Arne.

Podziękowania

Na wdzięcz­ność zasłu­gują moi czy­tel­nicy pierw­szej wer­sji – Sha­ron Sasaki i A.P. Cana­van. Wasze uwagi i komen­ta­rze pomo­gły mi bar­dziej, niż Wam się zdaje.

Prze­ka­zuję wyrazy miło­ści mojej żonie, Gerri Bri­gh­twell. Bez jej wspar­cia i zro­zu­mie­nia ta powieść nie mogłaby powstać, podob­nie jak wszyst­kie poprzed­nie.

Dedy­kuję ją rów­nież Wam, czy­tel­nicy Malazu. Szansa zapo­zna­nia Was z tymi opo­wie­ściami była dla mnie przy­wi­le­jem. Mam nadzieję, że spra­wiły Wam rów­nie wiele przy­jem­no­ści, co mnie.

Dramatis personae

Szczęście Pani

Kyle: praw­dziwe imię Kylar­ral-ten, pocho­dzi z Baelu na połu­dnie od Assail

Tulan Orbed: kapi­tan Szczę­ścia Pani

Reuth: nawi­ga­tor statku, bra­ta­nek Tulana

Sto­rval: pierw­szy ofi­cer

Gren: ster­nik

Na północy

Orman: syn Ormana Bre­gina

Stary Niedź­wiedź: legen­darny czło­wiek z gór

Keth i Kas­son: bra­cia Red­di­no­wie

Ger­run: znany też jako Krótka Goleń

Król Ronal: znany też jako król Ronal Bękart

Lotji Bain: bra­ta­nek Jor­gana Baina

Z Włości Krwi Lodu

Mówiący

Buri: legen­darny sta­rzec z klanu

Jaochim: pan klanu

Yrain: pani klanu

Vala: sio­stra Yrain

Jass: syn Vali

Ber­nal Ciężka Ręka: sługa klanu albo straż­nik ogni­ska domo­wego

Piętowie

Cull Pięta: znany też jako Cull Dobry

Yul­lveig: żona Culla, znana też jako Yul­lveig Wojow­ni­cza

Erta: córka Culla i Yul­lveig

Baran: syn Culla i Yul­lveig

Poszukiwacze złota nadciągający drogą lądową

Mar­sza­łek Cyra­neczka: lethe­ryj­ski ary­sto­krata

Enguf Sze­roki: gena­bac­kań­ski pirat

Malle z Gris: mala­zań­ska ary­sto­kratka

Hol­den z Cawn: użyt­kow­nik magii wła­da­jący Serc

Alca z Kota: użyt­kow­niczka magii wła­da­jąca Telas

Poszukiwacze złota nadciągający drogą morską

Morski Atak

Burl Tar­din: kapi­tan

Whel­len: pierw­szy ofi­cer

Gaff: drugi ofi­cer

Srebrny Świt

Jute Her­nan: kapi­tan

Ieleen: nawi­ga­torka, żona Jute’a

Lur­jen: ster­nik

Buen: pierw­szy ofi­cer

Letita: zbroj­mi­strzyni

Dulat: mary­narz

Nieustępliwy

Tyvar Gen­da­rian: dowódca Nie­bie­skich Tarcz i Śmier­telny Miecz Togga

Haagen Van­tall: zarządca Nie­bie­skich Tarcz

Utkany Szmatami

Car­the­ron Crust: kapi­tan

Oro­thos: pierw­szy ofi­cer

Błagalnik

Tim­mel Oro­senn: znana też jako pro­to­plastka, wład­czyni wyspy Umryg

Vel­mar: kapłan i sługa pani Oro­senn

T’lan Imassowie

Kerluhma

Ut’el Anag

Lanas Tog: rzu­ca­jąca kości

Ifayle’a

Tolb Bell’al: rzu­ca­jący kości

Krona

Pran Chole: rzu­ca­jący kości

Karmazynowa Gwardia

K’azz D’Avore: dowódca

Blask: prawa ręka dowódcy

Blues: nowy kapi­tan Dru­giej Kom­pa­nii

Krata: znany też jako Żela­zna Krata, daw­niej z Czwar­tej Kom­pa­nii

Cze­piec: wielki mag i mistrz skry­to­bójca

Gwynn: mag

Pła­tek: mag

Czarny Star­szy

Czarny Mniej­szy

Sept

Cole

Amatt

Chuda

Stępka

Tur­gal

Czwarta Kompania Karmazynowej Gwardii

Cal-Brinn: kapi­tan i mag

Jup Alat: porucz­nik

Waw­rzyn

Leena

Z Pozdrowień Maela

Ghe­lath Keer: kapi­tan

Havvin: pilot statku

Levin: uczeń pilota

Inni

Srebrna Lisica: „Wzy­wa­jąca”, stwo­rzona, by poło­żyć kres woj­nom T’lan Imas­sów

Luthal Canar: przed­sta­wi­ciel domu han­dlo­wego Canar z Letheru

Lyan: tar­czow­niczka z pół­noc­nej Gena­bac­kis

Dor­rin: wygnany król Anklos, pod­opieczny Lyan

Rybak kel Tath: bard, który wiele podró­żo­wał

Jethiss: roz­bi­tek Tiste Andii

Kilava: sta­ro­żytna żyjąca rzu­ca­jąca kości Imas­sów

Mgła: cza­ro­dziejka

Gniew i Szał: syno­wie Mgły

Shar­ro­wie: rodzina magów

She­ero­wie: rodzina magów

Giana Jalaz: była porucz­nik w armii mala­zań­skiej

Prolog

Północne terytoria nowej krainy Ogarniętej jaghuckimi wojnami Siódme stulecie Dwunastej Kampanii Lamatathańskiej 33421 lat przed snem Pożogi

Kobieta bie­gła mia­ro­wym, nie­śpiesz­nym kro­kiem. Oddy­chała powoli, wcią­ga­jąc powie­trze przez usta i wypusz­cza­jąc je przez sze­ro­kie noz­drza. Przód i tył jej koszuli z koź­lej skóry pociem­niały od potu, a moka­syny ude­rzały bez­gło­śnie o kamie­nie oraz poła­cie odsło­nię­tej, piasz­czy­stej gleby. Pra­wie cały dzień bie­gła w górę sze­ro­kiego ska­li­stego stoku, co świad­czyło o jej nad­zwy­czaj­nej sile i wytrzy­ma­ło­ści. Omi­jała wysmu­kłe młode sosny, świerki białe oraz brzozy. Prze­ska­ki­wała nad gła­zami i wdra­py­wała się z wysił­kiem na strome żwi­rowe osy­pi­ska. Wie­działa, że może być szyb­sza od ści­ga­ją­cych, ale ni­gdy się od nich nie uwolni. Mimo to bie­gła dalej.

Zda­wała też sobie sprawę, że dopadną ją, gdy już znużą się pości­giem. Dostrze­gała iro­nię w fak­cie, że to samo roz­pacz­liwe pra­gnie­nie prze­trwa­nia, które nią kie­ro­wało, rów­nież ich skła­niało do nie­ubła­ga­nego pościgu, mimo że już dawno wyrze­kli się życia.

Na­dal jed­nak pięła się w górę. Została jej jesz­cze jedna, roz­pacz­liwa nadzieja. Nie na prze­ży­cie. Wie­działa, że nie ma na nie szans od chwili, gdy ujrzała nie­sa­mo­wite, pra­dawne syl­wetki ści­ga­ją­cych. Pozo­stała jed­nak nie­wielka szansa na zemstę.

Ostre jak noże kra­wę­dzie spę­ka­nych skał kale­czyły jej palce, gdy szu­kała uchwytu, i prze­ci­nały moka­syny. Na ota­cza­ją­cym ją stro­mym osy­pi­sku zima skoń­czyła się nie­dawno. Resztki lodu na­dal utrzy­my­wały się mię­dzy żwi­rem i kamie­niami oraz w cie­niu wyso­kich gła­zów. Widziała też zaspy brud­nego śniegu, nie­mal nie­odróż­nial­nego od żwiru. Chłód wyso­kich gór doda­wał jej wigoru. Wie­działa, że jest cał­ko­wi­cie natu­ralny i nie ma nic wspól­nego z przy­wo­ła­nymi przez magię lodow­cami. Skryła się w sosno­wym gaju i odwa­żyła spoj­rzeć za sie­bie. Na stoku poni­żej nie poru­szało się nic poza małym sta­dem wapiti, kie­ru­ją­cych się ze stu­ko­tem kopyt w dół. Z pew­no­ścią to ona je spło­szyła.

Wie­działa jed­nak, że nie jest tu sama. Ści­ga­jący nie musieli się poka­zy­wać, by ją dogo­nić. Miała jed­nak nadzieję, że pozwolą jej przy­naj­mniej na ten mały gest.

Zza moreny wyło­niła się samotna postać, jakby to ucie­ki­nierka przy­wo­łała ją aktem wła­snej woli. Na nie­wia­ry­god­nie chu­dej syl­wetce łopo­tały wystrzę­pione resztki skó­rza­nego stroju. Ciemne, wysu­szone obli­cze skie­ro­wało się ku niej. Skóra bia­łego niedź­wie­dzia, którą miał na gło­wie i na ramio­nach, była tak samo wysu­szona od wia­tru i upływu lat, jak jej wła­ści­ciel. Oboje patrzyli sobie w oczy przez dzie­lące ich kilka mil, a także przez znacz­nie szer­szą prze­paść mię­dzy nimi.

Tak daleko za mną? – zadała sobie pyta­nie. Potem zro­zu­miała i natych­miast padła na zie­mię.

Coś ude­rzyło z trza­skiem o skały tuż obok. Krze­mienne odpry­ski, cień­sze niż ostrza noży, prze­biły koźlą skórę i wnik­nęły w ciało pod spodem.

Zerwała się na nogi i znowu popę­dziła w górę. Dotarła do grani odcho­dzą­cej od stoku znacz­nie wyż­szej, wyszczer­bio­nej turni, pię­trzą­cej się ku niebu. Tam zatrzy­mała się zmę­czona. Jej płuca pra­co­wały ciężko, wcią­ga­jąc lodo­wate powie­trze.

Krzyk­nęła, gdy włócz­nia prze­biła nagle jej udo, przy­szpi­la­jąc ją do nagiej kamien­nej powierzchni. Osu­nęła się na skałę i zła­pała za ciemne, gła­dzone drzewce, by je wycią­gnąć. Szkie­le­towa dłoń odtrą­ciła jej rękę.

Zawi­sła nad nią ta sama zmu­mi­fi­ko­wana twarz, która przed­tem przy­cią­gnęła jej wzrok. Spod gni­ją­cego łba bia­łego tun­dro­wego niedź­wie­dzia kie­ro­wały na nią spoj­rze­nie puste, ciemne oczo­doły. Na szyi postaci wisiały naszyj­niki z pożół­kłych pazu­rów – zapewne pocho­dzą­cych od tego samego zwie­rzę­cia, co futro, a podra­pana skóra zdarta z przed­nich koń­czyn bestii zakry­wała ramiona syl­wetki aż po łapy przy­tro­czone do dłoni wła­ści­ciela. Spod wyschnię­tej skóry tuło­wia ster­czały pociem­niałe od wieku żebra stwo­rze­nia. Pod niedź­wie­dzim futrem były widoczne kawałki koź­lej skóry, powią­zane ze sobą licz­nymi rze­mie­niami. U pasa istoty zwi­sał długi, kre­mo­wo­brą­zowy nóż z łupa­nego krze­mie­nia, o ostrzu owi­nię­tym w skórę.

– Dla­czego wybra­łaś to miej­sce, Jaghutko? – zapy­tał Imass.

– Ucie­kam przed znisz­cze­niem – odpo­wie­działa gło­sem wysi­lo­nym z tłu­mio­nego bólu.

Po grani zbli­żała się reszta Imas­sów. Kości ich stóp stu­kały o skałę niczym kamie­nie.

– Jaski­nie na górze, Ut’el – ode­zwał się jeden z nich, uno­sząc krze­mienny szty­let.

Imass znowu spoj­rzał na nią.

– Chcia­łaś nas zwa­bić w pułapkę – oznaj­mił.

– Skoro tak mówisz.

– Jestem roz­cza­ro­wany. Ścią­gnę­łaś zgubę rów­nież na swych pobra­tym­ców. – Spoj­rzał na jed­nego z człon­ków grupy. – Wyślij zwia­dow­ców. Czy jaski­nie są zamiesz­kane?

Imass pochy­lił czaszkę, z któ­rej odpa­dły już spore kawałki ciała i wło­sów.

– Tak, rzu­ca­jący kości.

Rzu­ca­jący kości! – zdu­miała się kobieta. Mag albo sza­man ich rasy! Dopro­wa­dze­nie go do zguby z pew­no­ścią byłoby warte wysiłku.

Ut’el ponow­nie spoj­rzał na nią. Wyczu­wała w nim roz­cza­ro­wa­nie.

– Myśla­łem, że oka­żesz się cen­niej­szym łupem – wyszep­tał z nie­za­do­wo­le­niem.

– Podob­nie jak my liczy­li­śmy na war­to­ściow­szych następ­ców.

– Jedyną miarą war­to­ści jest zwy­cię­stwo, Jaghutko.

– Jak zawsze zapew­niają sie­bie zwy­cięzcy.

Mar­twiak wzru­szył wymow­nie ramio­nami.

– Cho­dzi o to, kto będzie ist­niał. My albo wy.

Osu­nęła się na skałę, jakby czuła się cał­ko­wi­cie poko­nana.

– Masz na myśli eli­mi­na­cję wszyst­kich, któ­rzy nie są wami. To wła­śnie naj­gor­sza wada waszej rasy. Może­cie pozwo­lić żyć wyłącz­nie waszej rodzi­nie, a w naj­lep­szym razie ple­mie­niu.

– To samo można powie­dzieć o wszyst­kich.

– Nie­prawda. Po pro­stu nie jeste­ście w sta­nie tego dostrzec.

– Posłu­chaj, Jaghutko. Surowe prawa natury uczą nas…

Szept Ut’ela umilkł nagle. Imass uniósł twarz, spo­glą­da­jąc w górę stoku.

– Jak się mają twoi zwia­dowcy, rzu­ca­jący kości? – zapy­tała, nie potra­fiąc ukryć trium­fal­nego uśmie­chu.

– Znik­nęli – odparł i znowu spoj­rzał na nią. – Tam są inni. – Potrzą­snął szkie­le­tową głową z podzi­wem, a wyda­wało się jej, że nawet z prze­ra­że­niem. – Wybacz, Jaghutko – rzekł. – Ni­gdy nie przy­szłoby mi na myśl, że jakie­kol­wiek jeste­stwo odwa­ży­łoby się… – Wycią­gnął krze­mienny nóż. – Despe­ra­cja ode­brała ci rozum. Dopro­wa­dzi­łaś do zguby nas wszyst­kich, a nawet wię­cej.

– Tylko odpła­cam wam pięk­nym za nadobne.

Zebrani wojow­nicy Imas­sów wzdry­gnęli się jak uką­szeni i wycią­gnęli cien­kie niczym brzy­twy mie­cze z krze­mie­nia.

– Kup­cie nam tyle czasu, ile tylko zdo­ła­cie – rzekł im bez ogró­dek Ut’el, nie odwra­ca­jąc od niej pociem­nia­łej od taniny twa­rzy.

Wojow­nicy pochy­lili głowy.

– Żegnaj – odpo­wie­dział jeden z nich. Potem wszy­scy znik­nęli w obło­kach pyłu.

Z wylo­tów jaskiń na górze wypa­dały szare jak kamień syl­wetki, poru­sza­jące się na nogach wypo­sa­żo­nych w stawy w dziw­nych miej­scach, a cza­sami nawet na czte­rech koń­czy­nach.

– Kusi mnie, żeby zosta­wić cię na ich pastwę, ale Imas­so­wie nie są okrutni – oznaj­mił Ut’el.

– Tak wła­śnie tłu­ma­czy­cie się już od stu­leci. Szczę­śli­wie się składa, że Jaghuci nie są skłonni do osą­dów.

Szarp­nęła się do tyłu, jed­nym ruchem wyszarp­nęła grot i spa­dła ze skal­nej półki z włócz­nią w dłoni.

Ude­rzył mie­czem, ale chy­bił. Zle­ciała z wąskiej półki i runęła w głę­boką na tysiąc stóp prze­paść.

– Zosta­wiam cię… – zawo­łała jesz­cze, nim znik­nęła mu z oczu.

– Na ich pastwę, Ut’elu Anag, rzu­ca­jący kości T’lan Imas­sów Ker­luhma – dokoń­czył za nią, po czym odwró­cił się ku wyso­kiemu sto­kowi.

Szara fala istot pochło­nęła już jego wojow­ni­ków i teraz zmie­rzała ku niemu.

W tej wła­śnie chwili, którą uwa­żał za swą ostat­nią, uniósł miecz ku twa­rzy. Przy­glą­dał się chmu­rom, odbi­ja­ją­cym się w faset­kach łupa­nego krze­mie­nia niczym zmarszczki na gład­kiej tafli jeziora.

Nie. To jesz­cze nie koniec. Przy­się­gam.

Wkro­czył do kró­le­stwa Tel­lann w tej samej chwili, w któ­rej pierw­sze chciwe dło­nie zaci­snęły się w miej­scu, gdzie nie­dawno się znaj­do­wał.

Hel’eth Jal Im (Pogrom Białego Rogacza) Pięćdziesiąta Pierwsza Wojna Jaghucka 6031 lat przed snem Pożogi

Stoki opa­da­jące ku brze­gowi morza pokry­wał wiecz­nie zie­lony las. Przy­brzeżne ptaki polo­wały na kraby i chrząsz­cze w base­nach pły­wo­wych i na pokry­tych czar­nym pia­skiem pla­żach. Więk­sze ptaki dra­pieżne sie­działy na gałę­ziach i na skal­nych wypię­trze­niach, obser­wu­jąc uważ­nie swych mniej­szych pobra­tym­ców, a także małe rybki pły­wa­jące na pły­ci­znach.

Nad zatoką wisiała poranna mgła. Powie­trze było nie­ru­chome i dźwięki nio­sły się mię­dzy brze­gami po obu stro­nach. Postać, która wyło­niła się spomię­dzy pokry­tych wodo­ro­stami gła­zów, paso­wała do tej sce­ne­rii. Z wyschnię­tych, zmu­mi­fi­ko­wa­nych bar­ków i bio­der opa­dały strzępy skó­rza­nego stroju. Ciem­no­brą­zowy krze­mienny miecz zwi­sał ze sple­cio­nego nie­zgrab­nie z krę­co­nych wło­sów pasa ota­cza­ją­cego pozba­wioną ciała talię. Na gło­wie, na któ­rej odsło­nięta, zbrą­zo­wiała powierzch­nia czaszki mie­szała się z kępami strą­ko­wa­tych wło­sów, tkwiła czapka z sza­rej, gar­bo­wa­nej skóry stwo­rze­nia pasu­ją­cego raczej do ską­pa­nej w bla­sku słońca sawanny niż do pół­noc­nego lasu o umiar­ko­wa­nym kli­ma­cie.

Przy brzegu poja­wiały się jedna po dru­giej podobne posta­cie. Zebrały się wokół pierw­szego przy­by­sza. Choć zmu­mi­fi­ko­wane ciała, wła­ści­wie same kości pokryte cienką jak papier powłoką wyschnię­tych tka­nek, utrud­niały okre­śle­nie płci, ta pierw­sza istota była kobietą. Nazy­wała się Shalt Li’gar z T’lan Imas­sów Ifayle’a.

– Co to za kra­ina? – zapy­tał jeden z człon­ków grupy, J’arl. W odpo­wie­dzi unio­sła głowę, jakby chciała poczuć zapach ziemi przez odsło­nięte dziury noz­drzy.

– Nie mam poję­cia – przy­znała. – Nie podzie­lono się ze mną żadną rela­cją z tego miej­sca. Ani z tymi, z któ­rymi ja wymie­nia­łam infor­ma­cje.

– Z pew­no­ścią inni zna­leźli ją przed nami – stwier­dził kolejny jej towa­rzysz, Guth.

– I co się z nimi stało? – zapy­tała w odpo­wie­dzi Shalt, przy­glą­da­jąc się z namy­słem dru­giemu brze­gowi osło­nię­tej zatoki.

Pozo­stałe zmu­mi­fi­ko­wane twa­rze rów­nież zwró­ciły się w tam­tym kie­runku. Wszy­scy umil­kli i zapa­dli w bez­ruch tak głę­boki, że w pew­nej chwili orzeł prze­le­ciał nad ich gło­wami i opadł na wodę, muska­jąc powierzch­nię szpo­nami. Gdy wzbił się w górę, trzy­mał w nich sza­mo­czącą się rybę. Usiadł na gałęzi pobli­skiej, na wpół uschnię­tej jodły i zaczął roz­szar­py­wać posi­łek.

Imas­so­wie obra­cali głowy, śle­dząc trasę lotu ptaka.

– Dobra wróżba czy zła? – zapy­tał J’arl, prze­ry­wa­jąc prze­cią­ga­jącą się ciszę.

– Jeste­śmy pta­kiem czy rybą? – dodał ktoś inny.

Shalt wska­zała uschniętą ręką na zatokę.

– Nie tylko ptaki łowią – oznaj­miła.

Naj­pierw z mgły wyło­niły się dzioby skó­rza­nych czó­łen, wycią­gnię­tych na pas czar­nej żwi­ro­wej plaży, szybko prze­cho­dzą­cej w strome, ska­li­ste zbo­cze pokryte lasem. Spo­mię­dzy drzew wzno­siły się smugi dymu. Shalt obrzu­ciła spoj­rze­niem solidną, zbu­do­waną z kłód budowlę wysoko na stoku. Pro­wa­dzącą w dół ścieżką zbie­gały jakieś posta­cie, uzbro­jone we włócz­nie o kamien­nych gro­tach oraz kamienne maczugi przy­wią­zane do drew­nia­nych uchwy­tów. Miały na sobie brudne, wyszy­wane pacior­kami stroje oraz płasz­cze z nie­wy­pra­wio­nych skór.

– Ludzie – zauwa­żył z roz­cza­ro­wa­niem Guth. – Musimy wyru­szyć na poszu­ki­wa­nia w głąb lądu.

– Szkoda, że nie chcą roz­ma­wiać – zauwa­żył Shalt. – Poszu­kamy z dala od brzegu.

J’arl wycią­gnął uschniętą rękę, zło­żoną tylko ze ścię­gien i kości.

– Zacze­kajmy chwilę. Jest tu coś…

Spoj­rzała na niego, prze­chy­la­jąc nad­gry­zioną zębem czasu głowę.

– Obec­ność?

– Coś – powtó­rzył ostroż­nie, jakby nie chciał powie­dzieć wię­cej.

Tubylcy usta­wili się w sze­reg, zagra­dza­jąc im drogę w głąb lądu. Krzy­czeli i potrzą­sali bro­nią. Shalt przyj­rzała się im. Byli znacz­nie żywsi niż ona i jej Imas­so­wie. Mieli wydatne żuchwy i wiel­kie zęby. Wszy­scy wyglą­dali podob­nie, być może wywo­dzili się z niewiel­kiej popu­la­cji wyj­ścio­wej. W daw­nych cza­sach to czę­sto zda­rzało się wśród jej pobra­tym­ców.

Człon­ko­wie jej grupy zaczęli zni­kać jeden po dru­gim, gdy nagle któ­ryś z tubyl­ców wydał okrzyk, który zro­zu­miała.

– Odejdź­cie stąd, demony z dale­kich stron!

Wszy­scy Imas­so­wie, któ­rzy jesz­cze zostali na miej­scu, odru­chowo wycią­gnęli mie­cze. Tuby­lec krzy­czał w języku Jaghu­tów. Shalt pode­szła bli­żej.

– Skąd zna­cie ten język? – zapy­tała w tej samej mowie.

– Jest nam znany od dawna, demo­nie – odpo­wie­dział z szy­der­czym uśmie­chem stary męż­czy­zna.

Znany? – pomy­ślała ze zdzi­wie­niem. Jak to moż­liwe?

– Ostrze­gano nas przed takimi jak wy – kon­ty­nu­ował. – Zabie­raj­cie się stąd. Nie jeste­ście tu mile widziani.

Shalt unio­sła pod­bró­dek. Z jed­nej strony jej żuchwy ciało dawno już odpa­dło. Znowu powę­szyła. Zachwiała się, czu­jąc uno­szącą się w powie­trzu woń. Gdyby nie była z Imas­sów, mogłaby zemdleć, wstrzą­śnięta wyzwa­niem, jakie rzu­cono samemu sednu jej jaźni.

– Plu­ga­stwo… – wydy­szał J’arl, wypusz­cza­jąc zimny podmuch.

Nie! – zawo­łała w myślach Shalt. To ludzie! Nie możemy wkro­czyć na tę ścieżkę! Ona powie­dzie nas ku zagła­dzie!

J’arl ruszył naprzód i Shalt zadzia­łała bez namy­słu. Jej miecz prze­szył krę­go­słup w miej­scu, gdzie szyja łączy się z bar­kami. J’arl osu­nął się na zie­mię, choć wie­działa, że nie skoń­czyła z nim cał­ko­wi­cie.

Wśród zebra­nych na plaży Imas­sów zapa­no­wał chaos. Wszy­scy wal­czyli ze sobą. Krze­mienne mie­czy ude­rzały o sie­bie z gło­śnym trza­skiem. Prze­ra­żone ptaki zerwały się do lotu. Część grupy zgro­ma­dziła się wokół Shalt. Usta­wiła ich w sze­reg, naka­zu­jąc im bro­nić kłę­bią­cych się bez­ład­nie tubyl­ców.

– Ucie­kaj­cie z plaży! – zawo­łała do nich, paru­jąc jed­no­cze­śnie ude­rze­nie Gutha. – Ucie­kaj­cie!

– Nie zdo­łają się ukryć – zapew­nił Guth, nie prze­sta­jąc jej ata­ko­wać. – Jeśli my ich nie znaj­dziemy, zro­bią to inni.

Jego rów­nież powa­liła. Łkała, ale nie zaprze­stała walki. Towa­rzy­szył jej od wielu lat.

Przyj­rzała się uważ­niej walce i ogar­nęła ją roz­pacz. Napast­nicy znacz­nie prze­wyż­szali liczeb­no­ścią obroń­ców. Nie bez powodu jed­nak uczy­niono ją pierw­szą grupy i wal­czyła dalej, nawet gdy wszy­scy sojusz­nicy padali wokół niej. Wkrótce została sama. Cofała się zasy­py­wana cio­sami, odci­na­ją­cymi kawałki wyschnię­tego ciała z jej koń­czyn i prze­ci­na­ją­cymi zbu­twiałą, nie­wy­pra­wioną skórę okry­wa­jącą ramiona. Znacz­nie prze­ra­stała umie­jęt­no­ściami prze­ciw­ni­ków, pada­ją­cych jeden po dru­gim pod cio­sami jej dwu­ręcz­nego mie­cza o klin­dze tak cien­kiej, że była pół­prze­zro­czy­sta. Obra­cała się i robiła uniki. Zgrab­nie jak zie­lona gałązka.

Wresz­cie otrzy­mała cios w głowę. Ostrze prze­biło poty­licę po pra­wej stro­nie. Choć jej czaszka została roz­trza­skana, Shalt zdo­łała powa­lić ostat­niego z ata­ku­ją­cych, zawo­dząc gło­śno z roz­pa­czy, albo­wiem był to Bruj’el, silny jak byk wojow­nik i kuzyn jej part­nera, któ­rego stra­ciła przed wielu stu­le­ciami.

Zwró­ciła się w stronę ludzi. Czuła, że oży­wia­jący ją duch opusz­cza uszko­dzoną powłokę cie­le­sną. Tra­ciła daną przez Tel­lann zdol­ność widze­nia i stop­niowo ota­czała ją ciem­ność. Wypu­ściła miecz, by wes­przeć się na jed­nej ręce, i wydy­szała swe ostat­nie słowa do przy­glą­da­ją­cych się jej z bojaź­nią ludzi.

– Ukryj­cie się…

Rozdział I

Kyle sie­dział na swym zwy­cza­jo­wym miej­scu w mary­nar­skiej tawer­nie w Kevil w połu­dnio­wej Kobyle, zasta­na­wia­jąc się nad fak­tem, że jego zapas monet się wyczer­puje i pora zwie­wać z cho­ler­nego zadu­pia, jakim był Korel. Ta kra­ina sły­nęła z wro­go­ści wobec cudzo­ziem­ców. Gdyby miej­scowi zna­leźli ewi­dent­nego obco­kra­jowca takiego jak on, ran­nego na ulicy, wielu zada­łoby sobie trud, żeby go sko­pać i opluć.

Zwłasz­cza że nosił rynsz­tu­nek znie­na­wi­dzo­nych Mala­zań­czy­ków.

Zamó­wił kufel piwa. Po pew­nym cza­sie przy­nie­siono mu go, choć tylko dla­tego, że udo­wod­nił, że ma czym zapła­cić. To jed­nak mogło wkrótce się skoń­czyć. Zapewne mógłby sobie pozwo­lić na krótką podróż przez Cie­śninę Czar­nej Wody do leżą­cego na kon­ty­nen­cie Styggu. Wtedy pozo­sta­łaby mu jedy­nie krótka droga na połu­dnie, przez Wiel­kie Lodowe Pust­ko­wia, do Stra­temu, czyż nie tak? Na to z pew­no­ścią star­czy mu pie­nię­dzy. Zawsze mógł też wstą­pić do koby­lań­skiej mary­narki. Oni przy­naj­mniej szu­kali rekru­tów. Nie przy­ję­liby jed­nak cudzo­ziemca, a już zwłasz­cza cho­ler­nego byłego Mala­zań­czyka, uczest­nika bitwy mor­skiej, w któ­rej wiele sław­nych koby­lań­skich galer puścili z dymem mala­zań­scy najeźdźcy i ich sojusz­nicy.

Popi­jał piwo, prze­kli­na­jąc kata­kań­skiego kapi­tana, któ­rego wyna­jął. Gdy tylko Pięść znik­nął za hory­zon­tem, skur­wy­syn zawró­cił! Powi­nien był przy­sta­wić mu miecz do gar­dła i zmu­sić go do pły­nię­cia na wschód. Zapewne nie zdo­łałby ter­ro­ry­zo­wać całej załogi przez dwa tygo­dnie, ale przy­naj­mniej wydo­stałby się z tej okrop­nej wyspy.

Cier­pli­wo­ści, Kylar­ralu-tenie, synu Tula z Ludu Wia­tru – powie­dział sobie. Tra­fią się inne oka­zje.

Na Otchłań, może zjawi się tu jakiś cudzo­ziem­ski kupiec, który będzie musiał uzu­peł­nić stan załogi. Zasta­na­wiał się, jak długo będzie musiał na to cze­kać i czy wystar­czy mu pie­nię­dzy, gdy nagle ktoś usiadł na krze­śle naprze­ciwko.

– Szu­kasz statku – stwier­dził nie­zna­jomy, krzy­żu­jąc ramiona na piersi.

Miał na sobie płó­cienną koszulę, wystrzę­pioną i poła­taną, oraz spodnie o podob­nym wyglą­dzie. Twarz ogo­rzała mu od wia­tru i słońca, przy­bie­ra­jąc typową dla koby­lań­skich mary­na­rzy ciem­no­brą­zową barwę. U jego pasa wisiał na sznurku utka­nym z wło­sów szty­let o ręko­je­ści z poroża. W ciem­nych oczach męż­czy­zny Kyle dostrze­gał dez­apro­batę i led­wie skry­waną wro­gość, z reguły kie­ro­waną prze­ciwko niemu, ponie­waż krój jego skó­rza­nego stroju, pas, pochwa oraz buty świad­czyły, że jest jed­nym z nie­daw­nych najeźdź­ców.

Ski­nął ostroż­nie głową.

– Ale bez powo­dze­nia.

– Repre­zen­tuję Tulana Orbeda, kapi­tana Szczę­ścia Pani. Jest zain­te­re­so­wany tym, co opo­wia­da­łeś o kra­inach leżą­cych na wschód stąd, za Oce­anem Krwa­wej Kobyły.

Twarz i ton męż­czy­zny świad­czyły jed­nak jasno, że on nie podziela tego zain­te­re­so­wa­nia.

– Te kra­iny leżą tak bli­sko, że Ocean Krwa­wej Kobyły powinno się zwać cie­śniną.

Mary­narz pochy­lił się ku niemu nad okrą­głym sto­li­kiem, wysu­wa­jąc do przodu pokrytą zaro­stem żuchwę.

– Posłu­chaj, Mala­zań­czyku. Koby­la­nie to naj­lepsi żegla­rze epoki. Gdyby jakiś ląd leżał tak bli­sko nas, już dawno zostałby naszą kolo­nią.

Nie, jeśli masz na myśli ląd, na który pra­gnę dotrzeć, przy­ja­cielu, odpo­wie­dział mu w myśli Kyle. Nie wspo­mniał też o tym, że połą­czone floty Mala­zań­czy­ków i Nie­bie­skich Moran­thów poko­nały Koby­lan i mogłyby mieć coś do powie­dze­nia na temat tego, czyi żegla­rze są naj­lepsi. Pozwo­lił jed­nak sobie tylko na lek­kie wzru­sze­nie ramion.

– Co ma do powie­dze­nia kapi­tan Tulan Orbed?

Mary­narz odsu­nął się, krzy­wiąc się z nie­za­do­wo­le­niem. Kiedy roz­cią­gnął twarz, bli­zny na jego policz­kach i pod­bródku zro­biły się upior­nie białe.

– Pra­gnie spo­tkać się z tobą, by o tym poga­dać. Chce, żebyś przy­szedł na pokład.

– Kiedy?

– Dziś w nocy. Jutro. Kiedy będziesz miał ochotę – odpo­wie­dział, powta­rza­jąc obo­jętne wzru­sze­nie ramion Kyle’a.

– W porządku. W takim razie przyjdę dziś w nocy.

– Będzie wyma­gał zapłaty, zanim odbi­jemy od brzegu – ostrzegł go mary­narz, ponow­nie wysu­wa­jąc żuchwę.

Kyle wstał i rzu­cił monetę na blat.

– To już sprawa mię­dzy mną a twoim kapi­ta­nem.

Opu­ścił tawernę, nie oglą­da­jąc się. Mary­narz nawet nie pró­bo­wał ukry­wać dez­apro­baty. Nie mieli o czym roz­ma­wiać. Ruszył w stronę nabrzeża, czy raczej serii nabrzeży. Prze­ko­nał się, że Kevil, podob­nie jak wszyst­kie mia­sta Koby­lan, jest wła­ści­wie tylko maga­zy­nem i bazą remon­tową dla ich nad­zwy­czaj­nych i ponoć nie­za­ta­pial­nych galer.

Może i nie da się ich zato­pić, ale Moran­tho­wie z pew­no­ścią udo­wod­nili, że można je spa­lić, pomy­ślał.

Szedł po nie­rów­nym bruku głów­nego nabrzeża. Wid­niały na nim kole­iny pozo­sta­wione przez stu­le­cia ruchu pie­szego i koło­wego. Zewnętrzna powłoka wielu kamieni wytarła się, odsła­nia­jąc kre­mo­wo­brą­zowy krze­mień kry­jący się wewnątrz. Choć nad­szedł już wie­czór, a niebo prze­sła­niały chmury, dym oraz mgła, dostrze­gał maja­czące syl­wetki cumu­ją­cych naj­bli­żej stat­ków. Wszyst­kie dum­nie uno­siły galiony wyrzeź­bione na kształt fal, del­fi­nów i oczy­wi­ście nie­unik­nio­nych w tej sytu­acji kobiet.

No cóż… może teraz już nie były takie dumne.

Usły­szał za sobą powłó­cze­nie nogami, świad­czące, że nie­sym­pa­tyczny mary­narz podąża za nim. Rozej­rzał się i wypa­trzył chło­paka wyle­gu­ją­cego się pośród skrzyń i bel. Pod­szedł bli­żej, ale chło­pak zigno­ro­wał go osten­ta­cyj­nie. Kyle odchrząk­nął.

– Szu­kam Szczę­ścia Pani.

Mło­dzie­niec omiótł Kyle’a leni­wym, posęp­nym spoj­rze­niem. Potem odwró­cił wzrok.

– Jej pierw­szy ofi­cer jest o rzut noża za tobą.

– A gdzie jest jego sta­tek?

Chło­pak uśmiech­nął się pogar­dli­wie, skrzy­żo­wał ramiona na piersi i uło­żył się wygod­niej.

Spo­kój, Kyle – powie­dział sobie. Spo­kój. Warto się na to nara­zić, by wresz­cie uciec z tej kra­iny zaścian­ko­wych igno­ran­tów.

Ruszył przed sie­bie.

Nagle dostrzegł po lewej jakieś poru­sze­nie. Pod­szedł do niego pierw­szy ofi­cer. Kyle posta­no­wił, że da mu jesz­cze jedną szansę.

– Tędy, jak sądzę?

Męż­czy­zna mil­czał.

Mam rację czy nie?

Posta­no­wił, że jeśli dotrą w ten spo­sób do końca nabrzeża, wrzuci skur­czy­byka do wody.

Kyle miał wra­że­nie, że mil­czący spa­cer cią­gnie się bez końca. Wresz­cie pierw­szy ofi­cer wska­zał głową w bok.

– Szczę­ście Pani – wymam­ro­tał z nie­chę­cią.

Gdy sław­nych koby­lań­skich galer nie wycią­gano na ląd celem remontu, każda cumo­wała przy wła­snym sli­pie, obok pirsu umoż­li­wia­ją­cego łatwy dostęp do tych dłu­gich, smu­kłych jed­no­stek. Tego typu nabrzeże, dłu­gie na kilka mil, przy­po­mi­nało sze­reg potęż­nych zębów, goto­wych wgryźć się w wody zatoki.

Na wyso­kim pokła­dzie rufo­wym dostrzegł poma­rań­czowy blask pło­ną­cego pie­cyka. Wszedł na długi sta­tek, minął sze­reg wąskich sie­dzeń dla wio­śla­rzy, dotarł do cen­tral­nej schodni i wszedł na górę po sied­miu wąskich stop­niach pro­wa­dzą­cych na otwarty pokład rufowy. Pierw­szy ofi­cer cały czas podą­żał za nim.

Ujrzał tam dwóch męż­czyzn, sta­rego i mło­dego. Obaj otu­lili się futrami, dla ochrony przed zimo­wym chło­dem, i pie­kli nad pie­cy­kiem nadziane na patyki kawałki mięsa.

Star­szy męż­czy­zna był potęż­nie zbu­do­wany, jak ody­niec. Głowę pora­stały mu gęste, czarne, krę­cone włosy, a broda w niczym im nie ustę­po­wała. Przy­glą­dał się Kyle’owi, obli­zu­jąc kolejno palce jeden po dru­gim. Jego sma­głą twarz pokry­wały bli­zny po wielu latach walk oraz ślady po nara­że­niu na słońce i deszcz. Młod­szy miał bladą, gładką twarz. Kyle pomy­ślał, że jeśli pły­wał już kie­dyś po morzu, to z pew­no­ścią krótko. Chło­pak prze­niósł spoj­rze­nie ze star­szego męż­czy­zny – może był on jego ojcem – na pierw­szego ofi­cera, potem na Kyle’a, aż wresz­cie znowu spoj­rzał na star­szego towa­rzy­sza.

– Jesteś tym cudzo­ziem­cem, który opo­wiada o kra­inach na wscho­dzie? – zapy­tał bro­dacz.

– Tak.

– Ja jestem Tulan Orbed, kapi­tan Szczę­ścia Pani. – Wska­zał wielką łapą na chło­paka. – A to jest mój bra­ta­nek Reuth.

– Kyle.

– A ta czarna chmura burzowa za tobą to pierw­szy ofi­cer Sto­rval.

– Już się spo­tka­li­śmy.

– Ha! Wnio­skuję z two­jego tonu, że z pew­no­ścią mówisz prawdę. Jest tak ponury, że nazy­wamy go Czar­nym Sto­rva­lem. – Przy­wo­łał Kyle’a gestem. – Chodź. Usiądź, pro­szę. Bar­dzo rzadko oglą­damy tu cudzo­ziem­ców. Opo­wiedz nam o świe­cie poza Pię­ścią. Widzia­łeś odle­głe brzegi na wscho­dzie?

Kyle’a zasko­czyło to kosmo­po­li­tyczne podej­ście. Usiadł wygod­nie, ale nieco z boku, by nie odwra­cać się ple­cami do nie­przy­jem­nego pierw­szego ofi­cera. Tulan zachi­cho­tał na ten widok i mru­gnął zna­cząco.

– Jesz­cze jeden róg i wię­cej ale, Sto­rval – ode­zwał się nagle.

Męż­czy­zna skrzy­wił się jesz­cze bar­dziej, ale ski­nął głową.

– Tak jest, kapi­ta­nie – odparł i ruszył w dół po scho­dach.

Tulan podał Kyle’owi patyk. Ten przy­jął go, nadział na niego kawa­łek mięsa i uniósł je nad roz­grza­nymi węgiel­kami pie­cyka.

– Widzia­łem.

Kapi­tan zer­k­nął na bra­tanka.

– Zaiste. A jak się nazywa ta kra­ina?

– Jej połu­dniową część nie­któ­rzy nazy­wają Baelem. Pół­nocna zaś jest znana jako… – Prze­rwał na chwilę, zasta­na­wia­jąc się, czy w ogóle wymie­nić cho­lerną, okrytą złą sławą nazwę. Do licha z tym, pomy­ślał jed­nak. I tak nikt w Korelu jej nie zna. – Assail. – Kapi­tan raz jesz­cze zer­k­nął na chło­paka. Ten jed­nak obser­wo­wał z uwagą cudzo­ziemca. Na twa­rzy Kyle’a poja­wił się lekki uśmie­szek. Uświa­do­mił sobie, że już o tym wie­dzieli. Po pro­stu chcieli spraw­dzić, czy ich okła­mie. – Coś jesz­cze?

– Gdzie byłeś? W por­cie? Wysze­dłeś na ląd?

Kyle ski­nął głową, jedząc kawa­łek gorą­cego mięsa. Wró­cił Sto­rval. Przy­niósł trzeci róg i wielki bukłak.

– W mie­ście na wschod­nim wybrzeżu. Nazywa się Kurzan.

Tulan ponow­nie zer­k­nął na bra­tanka, a ten ski­nął głową.

Kyle omiótł spoj­rze­niem nie­przy­cią­ga­ją­cego uwagi chło­paka o kro­sto­wa­tej twa­rzy.

– Byłeś tam? – zapy­tał.

Mło­dzie­niec zaczer­wie­nił się mocno. Jego twarz nie­mal się zaświe­ciła. Potrzą­snął głową.

– Reuth jest uczo­nym – wyja­śnił Tulan. – Ale szcze­gól­nego rodzaju. Zapła­ci­łem for­tunę, żeby mógł prze­glą­dać zaku­rzone tomy w Jas­sto­nie i w Jouri­la­nie. Prawda, Reuth?

Chło­pak poki­wał ener­gicz­nie głową.

Tulan wziął bukłak i wyci­snął do rogu stru­mień ale, po czym podał go Kyle’owi.

– Jego pasją jest kar­to­gra­fia. Znasz tę gałąź wie­dzy?

Kyle przy­jął róg i ski­nął głową.

– Cho­dzi o mapy.

– Zaiste. Czuje się szczę­śliwy tylko wtedy, gdy ślę­czy nad zaku­rzo­nymi kar­tami. – Kapi­tan zer­k­nął na mło­dzieńca. – W Jouri­la­nie mają wielki, tajny skład map, skon­fi­sko­wa­nych z każ­dego statku, który kie­dy­kol­wiek przy­bił tam do brzegu albo się roz­bił. Zga­dza się, Reuth?

Chło­pak pochy­lił się ku niemu z żywym zain­te­re­so­wa­niem.

– Tak. Nie mówisz z mala­zań­skim akcen­tem – cią­gnął, zwra­ca­jąc się do Kyle’a. – Skąd pocho­dzisz? Z Sied­miu Miast?

Kapi­tan uniósł rękę, jakby chciał zdzie­lić chło­paka na odlew.

– Nie teraz, niech cię grób Pani!

Mło­dzie­niec sku­lił się trwoż­nie.

– Wybacz – wark­nął do Kyle’a Tulan. – Chło­pak za dużo czasu spę­dza nad zwo­jami i zapi­skami, a za mało w towa­rzy­stwie załogi. Nie­któ­rzy ludzie mogą nie być zado­wo­leni z pytań o prze­szłość.

Kyle uśmiech­nął się uspo­ka­ja­jąco.

– Lubię cie­ka­wość. Działa… odświe­ża­jąco.

Tulan roze­śmiał się chrzą­kli­wie.

– W tych oko­li­cach to zro­zu­miałe! – Wytarł zatłusz­czone dło­nie o futro. – Przejdźmy do rze­czy. Ile czasu potrzeba, żeby tam dopły­nąć, według two­jej oceny?

– Pro­sto na wschód? Myślę, że co naj­mniej dwa tygo­dnie. Przy sprzy­ja­ją­cych wia­trach.

Kapi­tan ponow­nie zer­k­nął na bra­tanka, który odpo­wie­dział mu krót­kim ski­nie­niem głowy.

– Zna­ko­mi­cie. Koby­lań­skim żegla­rzom taki rejs nie sprawi trud­no­ści.

Ale żaden z was tego nie pró­bo­wał, pomy­ślał Kyle. Z dru­giej strony może i byli tacy, co pró­bo­wali, tylko po pro­stu nie wró­cili. Pocią­gnął łyk ale i skrzy­wił się z nie­sma­kiem. Oka­zało się jesz­cze gor­sze, niż się tego spo­dzie­wał.

– Co jest waszym celem? Tylko eks­plo­ra­cja?

Tulan ponow­nie ryk­nął śmie­chem, po czym odsło­nił zęby w poro­zu­mie­waw­czym uśmie­chu i pochy­lił się ku niemu.

– Nie gadaj, przy­ja­cielu – rzekł cichym gło­sem. – Sam fakt, że pra­gniesz dotrzeć do wschod­nich krain, dowo­dzi, że sły­sza­łeś pogło­ski.

– Pogło­ski?

Kapi­tan usiadł pro­sto i zmarsz­czył brwi.

– Nie musisz być taki skryty. Jeste­śmy Koby­la­nami. Kup­cami i poszu­ki­wa­czami skar­bów. Zaiste, na pokła­dzie swego statku mogę przy­znać, że rów­nież łupież­cami i rabu­siami. Nie musisz przede mną uda­wać.

Kyle nie miał poję­cia, o czym mówi bro­dacz. Zakrę­cił reszt­kami ale w rogu, zasta­na­wia­jąc się, czy nie wylać go za burtę. Pogło­ski? Zawsze krą­żyło mnó­stwo pogło­sek o Assail, ale wszyst­kie raczej skła­niały do omi­ja­nia tego miej­sca. Pokrę­cił głową, nie spusz­cza­jąc spoj­rze­nia z bro­dacza.

– Wybacz, kapi­ta­nie, nie sły­sza­łem żad­nych nowych pogło­sek.

Tulan ponow­nie ski­nął owło­sioną dło­nią na bra­tanka.

– Na cudzo­ziem­skich bogów, czło­wieku! Nawet Reuth sły­szał je w Kor! We wszyst­kich por­tach aż od nich kipi!

Kyle na­dal krę­cił głową.

Mło­dzie­niec odchrząk­nął.

– Słówko, stryju, jeśli można?

– Słu­cham? – wark­nął poiry­to­wany Tulan.

– Nasz przy­ja­ciel jest tu obcy, tak? Nikt nie chciałby z nim roz­ma­wiać na żaden temat, nie wspo­mi­na­jąc już o dzie­le­niu się naj­now­szymi wie­ściami czy choćby plot­kami dla zabi­cia czasu.

Gęste brwi kapi­tana unio­sły się, gdy zasta­na­wiał się nad sło­wami chło­paka. Wal­nął rogiem w beczkę słu­żącą mu jako sto­lik.

– Oczy­wi­ście! Nikt nie prze­ka­załby takich wie­ści cho­ler­nemu cudzo­ziem­cowi… wybacz, nie chcia­łem cię obra­zić. – W ramach prze­pro­sin się­gnął po bukłak z ale i Kyle był zmu­szony nad­sta­wić róg. – Za nasz rejs! – zawo­łał ze śmie­chem Tulan. Płyn prze­lał się przez brzegi i spły­nął na pokład. – To ofiara dla nowych bogów, któ­rzy nadejdą. Choć po doświad­cze­niach z Panią wszy­scy tutaj mają chyba dość bogów.

– Co to za wie­ści?

Tulan uniósł róg w toa­ście. Reuth podą­żył za jego przy­kła­dem i Kyle zro­bił to samo, choć wzdry­gał się na myśl o sło­na­wym pły­nie.

– Za korzystne, hmm… przed­się­wzię­cie, przy­ja­cielu. Wszy­scy powta­rzają, że w górach na pół­nocy kra­iny leżą­cej za Morzem Krwa­wej Kobyły odkryto złoto. Wiel­kie, sze­ro­kie, zło­to­no­śne pola. Tyle bogac­twa, że może nas wszyst­kich uczy­nić kró­lami.

Te słowa zdu­miały Kyle’a tak bar­dzo, że odru­chowo pocią­gnął łyk i był zmu­szony prze­łknąć paskudny płyn. Bogo­wie! Złoto w pół­noc­nym Assail? Taka wia­do­mość przy­cią­gnie tysiące poszu­ki­wa­czy ze wszyst­kich krain. Zwłasz­cza że dotarła nawet do izo­lo­wa­nego, zain­te­re­so­wa­nego wyłącz­nie wła­snymi spra­wami Korelu.

– Kiedy doko­nano tego odkry­cia? – zapy­tał, po czym odchrząk­nął i zaka­słał.

Tulan zakrę­cił rogiem.

– Muszę przy­znać, że minęło tro­chę czasu, nim wie­ści dotarły do nas. Naj­wy­raź­niej przy­nie­śli je ludzie ze statku, który roz­bił się na jouri­lań­skim wybrzeżu. Pocho­dzili z jakie­goś zaco­fa­nego kraju zwa­nego Lethe­rem. Dowie­dzieli się tego z pierw­szej ręki od załogi uszko­dzo­nego statku, na który się natknęli i go… hmm… ura­to­wali.

Kyle potrzą­snął głową z nie­do­wie­rza­niem.

– Opo­wia­dali bajki, żeby rato­wać wła­sną skórę.

Tulan mru­gnął do niego.

– Też bym tak pomy­ślał. Ale podobne wie­ści przy­niósł sta­tek, który zatrzy­mał się w celu remontu na pół­noc­nym wybrzeżu Pię­ści. Pocho­dził z Falaru, na pół­noc od Malazu. Znasz ten kraj?

– Znam. Falar­czycy to zna­ko­mici żegla­rze.

– Tak. Opo­wia­dali, że dotarli do wyspy odda­lo­nej o rzut kamie­niem od sta­łego lądu Assail i prze­ko­nali się, że pra­wie wszy­scy miesz­kańcy znik­nęli. Całe wio­ski opu­sto­szały. Poga­dali ze sta­rusz­kami, któ­rzy zostali na miej­scu, a oni im opo­wie­dzieli, że w Assail odkryto złoto. Wszy­scy porzu­cili domy i wyru­szyli go szu­kać.

– W takim razie jest już za późno – stwier­dził Kyle, roz­po­ście­ra­jąc sze­roko dło­nie. – Po kilku mie­sią­cach od odkry­cia wszyst­kie warte eks­plo­ata­cji działki są już zajęte.

Kapi­tan znowu mru­gnął do niego. Ten ujmu­jący gest miał, zdaje się, ozna­czać: „Tak powia­dają, ale obaj jeste­śmy bywa­łymi ludźmi i wiemy lepiej…”. Kyle poczuł sym­pa­tię do sta­rego pirata. Sam w końcu przy­znał, że tym wła­śnie jest.

– Ale to jest Assail – kon­ty­nu­ował Tulan, nakła­da­jąc na patyk kolejny kawa­łek mięsa. – Wszy­scy znamy opo­wie­ści o tej kra­inie. – Pew­nie, że znamy, odpo­wie­dział bez­gło­śnie Kyle i potrzą­snął głową na myśl o tym, jakie są strasz­liwe. – Czyż nie tak? Tylko nie­liczni dotrą żywi do pól, zga­dza się? A jeśli cho­dzi o kwe­stie wła­sno­ści… no cóż…

Potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna wzru­szył ramio­nami.

Kyle wie­dział, że to wszystko prawda. Jeśli wie­rzyć opo­wie­ściom, nie ist­niała tam żadna wła­dza pań­stwowa, która mogłaby przy­zna­wać prawa wła­sno­ści do dzia­łek albo pil­no­wać ich prze­strze­ga­nia. Z pew­no­ścią pano­wał tam cał­ko­wity chaos. Jedyną wła­dzą były uzbro­jone bandy, odpo­wia­da­jące wyłącz­nie przed sobą. Jeśli zaś cho­dzi o tych, któ­rzy miesz­kali w tych oko­li­cach przed­tem – wataż­ków na małą skalę albo kie­szon­ko­wych tyra­nów nie­ustan­nie toczą­cych ze sobą wojny – fala poszu­ki­wa­czy złota może ich zalać. Nie zdo­łają zabi­jać intru­zów tak szybko, by powstrzy­mać nawałę, która wkrótce dotrze do ich brze­gów.

Omal nie wylał reszty trunku, ale powstrzy­mał się na czas. Spoj­rzał na uśmiech­nię­tego kapi­tana pira­tów.

– Masz zamiar zna­leźć bogatą działkę, opróż­nić ją, a potem prze­bić się z powro­tem do Szczę­ścia Pani?

Tulan dmuch­nął na gorące mięso, a potem zdjął je zębami z patyka.

– Nic tak bez­po­śred­niego – odpo­wie­dział. – Na krew bogów, czło­wieku, w two­ich ustach to brzmi pra­wie jak ciężka praca. – Mru­gnął do bra­tanka i pocią­gnął łyk z rogu. – Nic w tym rodzaju. Zasta­nów się. Nie mamy zamiaru grze­bać w ziemi! Niech biedni pechowcy męczą się z prze­sie­wa­niem, płu­ka­niem, trans­por­tem i tak dalej. My będziemy cze­kać bli­sko wybrzeża. W końcu wszy­scy zapra­gną się wydo­stać z tego zapo­mnia­nego przez bogów zadu­pia. – Roz­po­starł sze­roko ręce dla pod­kre­śle­nia oczy­wi­sto­ści swo­ich słów. – A wtedy zabie­rzemy im złoto.

– Ach, rozu­miem. Zgrabny plan.

Tulan uśmiech­nął się z zado­wo­le­niem.

– Dzię­kuję, przy­ja­cielu.

– To zna­czy, że masz ekipę.

– Tak. Piękną bandę mor­der­ców i najem­ni­ków. Mamy nawet dzie­się­ciu Sztor­mo­wych Gwar­dzi­stów, któ­rzy są… Jak by to ująć…? Nie­za­do­wo­leni z obec­nego reżimu.

To zanie­po­ko­iło Kyle’a. Naj­wy­raź­niej nie udało mu się ukryć swej reak­cji, bo kapi­tan uniósł uspo­ka­ja­jąco rękę.

– Rozu­miem twoje obawy. Jesteś Mala­zań­czy­kiem. Nie przej­muj się. To wszystko już prze­szłość, tak? Teraz jeste­śmy braćmi, wypra­wia­ją­cymi się po to, by zdo­być bogac­two, tak?

Kyle roz­cią­gnął usta w ostroż­nym uśmie­chu.

– Oczy­wi­ście. – Nagle nasu­nęła mu się nowa myśl. Spoj­rzał na Reu­tha. – Zatem znasz wybrzeże…

Chło­pak zaczer­wie­nił się i opu­ścił wzrok. Tulan pogła­skał się po gło­wie i uśmiech­nął ze stry­jow­ską dumą.

– Jestem pewien, że mamy naj­lep­sze mapy poza Assail.

Reuth odwa­żył się rzu­cić mu spoj­rze­nie.

– Nazwy – wyszep­tał. – Nie rozu­miem tych nazw. Znasz je?

Kyle ski­nął głową. Te nazwy wypeł­niały histo­rie opo­wia­dane mu za mło­dych lat. Wszyst­kie mówiły o duchach.

– Gniew… Znisz­cze­nie… Strach… Czarna Jama… Wybrzeże Cier­pie­nia.

Tulan odchrząk­nął ze zro­zu­mie­niem.

– Jesteś młody, Reuth – stwier­dził i uniósł nad pie­cy­kiem kolejny kawa­łek mięsa. – Możemy być ciem­nymi pro­win­cju­szami, mój drogi Kyle, ale znam tro­chę opo­wie­ści. Sły­sza­łem o kra­inach, w któ­rych nadaje się dzie­ciom imiona takie jak „Dureń”, „Wesz”, nawet „Roz­sz­cze­piony Nos”. Wiesz, dla­czego są tacy okrutni dla swo­ich dzieci?

– Żeby odwró­cić od nich uwagę bogów – odparł z uśmie­chem Kyle. – Albo demo­nów.

– W rze­czy samej. Powiedz mi, mój drogi Kyle, gdy­byś chciał wła­dać jakimś miej­scem, jak byś je nazwał?

Uśmiech prze­ro­dził się w krzywy gry­mas.

– Pew­nie Raj. Albo Obfi­tość.

– Zga­dza się. A gdy­byś chciał, żeby wszy­scy trzy­mali się od niego z daleka?

Tulan skie­ro­wał pyta­jące spoj­rze­nie na bra­tanka.

Chło­pak poki­wał głową.

– Rozu­miem.

– A może rze­czy­wi­ście są okropne – zasu­ge­ro­wał Kyle.

– Może i tak, przy­ja­cielu – odparł Tulan i ryk­nął gło­śnym śmie­chem, po czym znowu wytarł dło­nie o już zatłusz­czone futra i skóry.

– Będziesz noco­wał na Szczę­ściu Pani?

Kyle ski­nął dło­nią na znak, że nie ma nic prze­ciwko temu.

– Masz ekwi­pu­nek? Mogę wysłać po niego Sto­rvala.

– Dzię­kuję. Nie potrzeba.

Kapi­tan wska­zał na niego.

– Potrze­bu­jesz nowego mie­cza? Mamy mnó­stwo.

Kyle nie potra­fił się powstrzy­mać przed się­gnię­ciem do pasa, u któ­rego wisiał owi­nięty w skóry miecz.

– Nie. Ten jest cał­kiem w porządku. Napra­wię go.

Potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna wzru­szył ramio­nami.

– Jak sobie życzysz. Sto­rval wskaże ci koję. Odpły­wamy jutro z wie­czor­nym odpły­wem, jasne?

Kyle wstał.

– W porządku. Dzię­kuję.

Pokło­nił się kapi­ta­nowi. Zauwa­żył, że Reuth nie może ode­rwać spoj­rze­nia od owi­nię­tego w skóry mie­cza u jego boku.

Zszedł na pokład dla wio­śla­rzy.

– Sto­rval! Ruszaj swój leniwy tyłek! – ryk­nął Tulan. – Znajdź dla niego koję.

Pierw­szy ofi­cer prze­cią­gnął się i potarł powieki. Kyle zatrzy­mał się, trzy­ma­jąc dło­nie na zama­sko­wa­nym mie­czu. Zasta­na­wiał się, czy ci dwaj znają opo­wie­ści o woj­nie prze­ciw Pani. Opo­wie­ści o najeź­dzie i o bun­cie. O mala­zań­skim dowódcy Sza­rej Grzy­wie, zwa­nym Kamien­nym Wojow­ni­kiem, o jego cudzo­ziem­skim towa­rzy­szu i o dwóch mie­czach, sza­rym oraz bia­łym. Szary znik­nął. Trwał tylko w legen­dach. Na­dal jed­nak krą­żyły pogło­ski o noszo­nym przez cudzo­ziem­skiego wojow­nika mie­czu barwy kości sło­nio­wej. Mie­czu, który mógł prze­ciąć wszystko. Sły­szał opo­wie­ści, w któ­rych zwano go Bia­łym Ostrzem. Powia­dano, że to oręż godny boga.

Te opo­wie­ści były bliż­sze prawdy, niż wyda­wało się tym, któ­rzy je powta­rzali. Kyle otrzy­mał ten miecz z rąk samego Króla Nieba Osserca i zaczy­nał podej­rze­wać, jaka może być jego praw­dziwa natura. Te moż­li­wo­ści go prze­ra­żały. Dla­tego ni­gdy nie spusz­czał mie­cza z oczu i nikomu go nie poka­zy­wał. To brze­mię było klą­twą. Cho­lerną klą­twą. Tak wła­śnie mówił Szara Grzywa o swym kamien­nym mie­czu. Teraz Kyle rozu­miał go dosko­nale.

Przy­ci­snął owi­nięty w skóry oręż moc­niej do boku. Sto­rval wska­zał zdaw­kowo na schody pro­wa­dzące w dół, do maga­zynu o niskim sufi­cie.

– Możesz dzi­siaj tu spać – wark­nął, a potem uśmiech­nął się jak wilk. – Ale od jutra będziesz musiał wio­sło­wać, cudzo­ziem­cze. Co ty na to?

Kyle wzru­szył ramio­nami.

– Lep­sze to niż ląd.

Pierw­szy ofi­cer uśmiech­nął się z szy­der­czym nie­do­wie­rza­niem i wska­zał na schody.

***

Blask nie chciała tego robić, ale dwa mie­siące po powro­cie z wyczer­pu­ją­cej, choć zakoń­czo­nej suk­ce­sem wyprawy do prze­klę­tej kra­iny Jacu­ruku roz­ka­zała kilku wybra­nym ofi­ce­rom z Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii spo­tkać się z nią w lesie na pół­noc od Przy­stani w Stra­te­mie.

Uświa­do­miła sobie, że ta decy­zja wzbie­rała w niej już od pew­nego czasu. Ostat­nie mie­siące nie­zde­cy­do­wa­nia i bier­no­ści ze strony K’azza tylko ją przy­śpie­szyły. Cal-Brinn i Czwarta Kom­pa­nia na­dal byli uwię­zieni w Assail i nie podej­mo­wano żad­nych kro­ków, żeby ich ura­to­wać. K’azzowi powie­dziano nawet, że w tam­tym regio­nie można zna­leźć odpo­wiedź na pyta­nie o przy­szłość Gwar­dii. Mimo to na­dal nic nie robił. Nie wyna­jęto żad­nych okrę­tów ani nie pod­jęto prób ich zbu­do­wa­nia. Ich dowódca po pro­stu znowu znik­nął gdzieś w dzi­kim inte­rio­rze Stra­temu.

To dopro­wa­dzało ją do furii. A także zasmu­cało. Nie zosta­wił jej wyboru. Musiała dzia­łać. To leżało w inte­re­sie Gwar­dii.

Zacho­wała jed­nak wystar­cza­jąco wiele zdol­no­ści do auto­re­flek­sji, by pomy­śleć: „Tak przy­naj­mniej sobie wma­wiam”.

Nie­mniej kosz­to­wało ją to mie­siąc nie­prze­spa­nych nocy. Wąt­pli­wo­ści i wyrzuty sumie­nia nie chciały odejść. W czym była lep­sza od Oprawcy? On rów­nież dawał wyraz nie­za­do­wo­le­niu z przy­wódz­twa K’azza, acz­kol­wiek w znacz­nie bar­dziej bez­po­średni i sta­now­czy spo­sób.

Pocho­wał swego dowódcę żyw­cem, by usu­nąć go z drogi. Zada­wała sobie jed­nak pyta­nie, czy jej plan rze­czy­wi­ście jest lep­szy. Uzur­pa­cja zawsze pozo­staje uzur­pa­cją.

Tro­chę opty­mi­zmu, powie­działa sobie. Mogą mnie prze­szyć mie­czem, gdy tylko sobie uświa­do­mią, co pro­po­nuję.

***

Gdy zna­la­zła się na pola­nie, Blues już tam był. Stał samot­nie wśród wyso­kiego ziel­ska. Noc była bez­chmurna. Niebo znowu pociem­niało. Szlak Bogów prze­ci­nał jego grzbiet, jak zawsze w cza­sach przed przy­by­ciem Gościa, z jego dłu­gim, łuko­wa­tym ogo­nem z pło­mieni. Słaby wiatr koły­sał suchą trawą i muskał z szu­mem liście.

Na nie­bie­skim napań­skim obli­czu Blu­esa malo­wało się coś wię­cej niż nie­po­kój. Stra­cił na wadze. Korel­rij­ska eks­pe­dy­cja była bar­dzo trudna, choć ona rów­nież zakoń­czyła się suk­ce­sem. Zna­le­ziono Kratę i przy­wró­cono go do Kom­pa­nii.

Przy­niósł też kolejne wie­ści o Assail. Kiedy się roz­stali, Cal-Brinn i jego kom­pa­nia ucie­kali na pół­noc. Ucie­kali. Cal-Brinn był jed­nym z naj­po­tęż­niej­szych magów w Kom­pa­nii. Adep­tem Rashan i zna­ko­mi­tym szer­mie­rzem. Towa­rzy­szyło mu około trzy­dzie­stu Zaprzy­się­żo­nych. A mimo to zmu­szono ich do ucieczki.

Blues nie ode­zwał się ani sło­wem, choć przy­wi­tał ją ski­nie­niem głowy. Zauwa­żyła, że coś podej­rzewa. Czy rzuci jej wyzwa­nie? Na jej twa­rzy poja­wił się zgryź­liwy uśmie­szek. Uświa­do­miła sobie, że oboje mają broń. Blues zawsze miał gdzieś ukryte pałki, noże, bliź­nia­cze mie­cze i nie wia­domo co jesz­cze. Na bogów, był zbroj­mi­strzem Kom­pa­nii. Nawet ryba byłaby śmier­tel­nie groźna w jego rękach.

Blask, rzecz jasna, miała na ple­cach skryty w pochwie biczo­miecz. Dwu­ręczna ręko­jeść wysta­wała zza jej lewego ramie­nia. Uświa­do­miła sobie, że może być jedyną pozo­stałą przy życiu osobą po mistrzow­sku wła­da­jącą tą bro­nią.

Wkrótce zja­wił się Pła­tek. Jego przy­by­cie nie prze­gnało kwa­śnego uśmie­chu z twa­rzy pierw­szego męż­czy­zny.

Wie­działa, że Blues widzi w Płatku maga lojal­nego wobec Oprawcy. Wyko­ny­wał inne zada­nie i nie wędro­wał z nimi przez dżun­glę Jacu­ruku. Nie doświad­czył tego, co ona i Pła­tek. Bra­cia i sio­stry, któ­rzy wyru­szyli na wygna­nie z Oprawcą, będą słu­chali gru­bego maga. Musiała zbu­do­wać most nad prze­pa­ścią podejrz­li­wo­ści dzie­lącą go od Blu­esa.

Następny zja­wił się Tar­khan i tym razem to Blask zaci­snęła usta.

Ni­gdy go nie lubiła. Zawsze był czło­wie­kiem Czepca, a teraz Cze­piec wró­cił… choć tylko w ciele. Na Kap­tura, uwię­ził go Dom Azath! Kto wie­dział, co mogło się dziać w jego sza­lo­nym umy­śle? Jed­nakże to on był klu­czem do lojal­no­ści Pierw­szej Kom­pa­nii. Musiała go jakoś pozy­skać.

Przy­sa­dzi­sty Wic­ka­nin przy­cup­nął na skraju polany. W pół­mroku nie spo­sób było wyczy­tać cze­go­kol­wiek z jego sze­ro­kiej, pła­skiej twa­rzy. Gdy prze­niósł wzrok z niej na Blu­esa i Płatka, w jego oczach poja­wiły się bły­ski. On rów­nież przy­szedł uzbro­jony. U jego bio­der wisiały dwa krzywe noże, tra­dy­cyjny oręż jego ludu.

Blask wzięła się w garść i wyszła na polanę. Myszy polne ucie­kały spod jej stóp, gdy prze­dzie­rała się przez gęstą trawę i kol­cza­ste krzewy. Gdzieś mię­dzy drze­wami zahu­czała sowa, pod­eks­cy­to­wana tą masową ucieczką zdo­by­czy.

Gdy wszy­scy czworo spo­tkali się pośrodku polany, żadne z nich się nie odzy­wało. Nie było takiej potrzeby. Blask wyczy­tała z ich twa­rzy, że domy­ślili się, w jakim celu ich tu wezwała. Z bólem ujrzała roz­cza­ro­wa­nie w zasę­pio­nej minie Blu­esa. Miała wra­że­nie, że drwiący uśmie­szek Tar­khana mówi: „A ty powąt­pie­wa­łaś w moją lojal­ność?”. Pła­tek splótł dło­nie na potęż­nym brzu­chu i opu­ścił wzrok, jakby nie chciał spoj­rzeć jej w oczy.

Niech to szlag! Czyżby już ich utra­ciła? Czy nikt jej nie poprze? Co jej w takim razie pozo­stało? Wygna­nie?

Omal ich wtedy nie ode­słała. Mogła już tylko zatrzy­mać się w poło­wie drogi. Po pro­stu dać wyraz nie­po­ko­jowi. Zagrać rolę zatro­ska­nej pod­ko­mend­nej.

Z pew­no­ścią jed­nak zauwa­ży­liby, że zabra­kło jej odwagi, i zatrzy­mała się na progu. Utra­ci­łaby resztki ich sza­cunku. Dowio­dłaby, że jest nie tylko nie­lo­jalna, lecz rów­nież tchórz­liwa. Na myśl o tak wiel­kiej utra­cie zapra­gnęła zaczerp­nąć tchu, ale na widok pią­tej, nie­za­pro­szo­nej postaci, która poja­wiła się na pola­nie, zaci­snęła mocno usta.

Cze­piec miał na sobie swój podarty strój. Posu­wał się naprzód dziar­skim kro­kiem, a na jego twa­rzy wid­niał iry­tu­jący, prze­mą­drzały uśmie­szek. Bli­zny na jego szyi, pozo­sta­wione przez samego Tan­ce­rza, wyglą­dały, jakby świe­ciły w ciem­no­ści. Czarne, roz­czo­chrane włosy opa­dały mu na twarz, ciem­niej­sze niż cie­nie nocy. Obda­rzył wszyst­kich sza­lo­nym uśmie­chem.

– Nie ma dla cie­bie miej­sca na tym spo­tka­niu – wark­nęła Blask. – Odejdź.

Wielki mag i dowódca skry­to­bój­ców Gwar­dii spra­wiał wra­że­nie, że jej nie usły­szał. Roz­glą­dał się po łące, jakby wybrał się na nocną prze­chadzkę.

– To godne pie­śni – ode­zwał się nagle, cał­kiem od rze­czy.

Nagle powró­ciło wra­że­nie, że coś jej cho­dzi po skó­rze. Zawsze to czuła, gdy Cze­piec był bli­sko.

– Czego chcesz? – wark­nęła. Nabrała odwagi, gdy zauwa­żyła, że Tar­khan prze­su­nął się lekko i potarł ramiona na widok swego daw­nego dowódcy.

– Nie jeste­śmy daleko od miej­sca, gdzie kie­dyś zdjęto inne maski – odparł non­sza­lancko.

– Co masz na myśli?

– To, moja droga Blask, że jeste­śmy bli­sko miej­sca, w któ­rym Oprawca i ja prze­sta­li­śmy uda­wać, że poszu­ku­jemy K’azza, i posta­no­wi­li­śmy prze­jąć dowódz­two nad Gwar­dią.

Blask ści­snęło w gar­dle tak mocno, że nie była w sta­nie wykrztu­sić ani słowa. Skur­wy­syn! Co chciał osią­gnąć? Rów­nie dobrze mógł wbić jej nóż i zakoń­czyć sprawę.

– Nie wie­rzę, by Blask mogła pla­no­wać coś tak rady­kal­nego – wychry­piał Blues. W jego gło­sie poja­wiła się nuta ostrze­że­nia. Przy­mru­żył powieki, spo­glą­da­jąc na nią. – Przy­naj­mniej Blask, którą zna­łem.

– Masz rację – przy­znała. – Ale nie mogę też przy­glą­dać się temu bier­nie. Obo­wią­zek i lojal­ność mówią mi, że moją powin­no­ścią jest zwró­ce­nie uwagi na fakt, że K’azz zanie­dbuje swe obo­wiązki.

Cze­piec ryk­nął szy­der­czym śmie­chem. Blask z tru­dem oparła się pra­gnie­niu wycią­gnię­cia biczo­mie­cza i pozo­sta­wie­nia na jego szyi nowych śla­dów.

– Cisza – wark­nął Blues i spoj­rzał na Blask. – Podzie­lam twój nie­po­kój. Co ty na to, Tar­khan?

Wic­ka­nin pochy­lił głowę na znak zgody.

– Ja też tak sądzę. Jeste­śmy armią, ale nie zawie­ramy żad­nych kon­trak­tów. Pogrą­żamy się w bez­czyn­no­ści. W takim razie, kim naprawdę jeste­śmy?

– A ty, Pła­tek? – zapy­tała Blask.

Masywny męż­czy­zna pocią­gnął się z namy­słem za mię­si­stą dolną wargę. Zaczer­wie­nił się, widząc skie­ro­wane na sie­bie spoj­rze­nia, i pochy­lił głowę.

– Przy­sze­dłem tu tylko jako obser­wa­tor – wyszep­tał. – Nie mam prawa gło­so­wać nad żadną z tych spraw.

– Nad niczym nie gło­su­jemy – odparł pośpiesz­nie Blues. – Przy­naj­mniej w tej chwili. – Popa­trzył na Blask. – Co pro­po­nu­jesz?

Spoj­rze­nie zbroj­mi­strza prze­szyło ją aż do szpiku kości. Zaczerp­nęła tchu, żeby się uspo­koić. To było tak, jakby cze­kał na jej choć naj­drob­niej­szy błąd, na jedno nie­wła­ściwe słowo. Poczu­łaby jego miecz wbi­ja­jący się w jej serce, nim zauwa­ży­łaby, że się poru­szył. Gar­dło Blask wypeł­niła suchość. Obli­zała wargi, żeby je zwil­żyć.

– Muszę ofi­cjal­nie posta­wić pyta­nie, czy K’azz jest w sta­nie wyko­ny­wać obo­wiązki dowódcy – zaczęła, czu­jąc się, jakby wyda­wała na sie­bie wyrok śmierci.

Dło­nie Blu­esa, spo­czy­wa­jące bli­sko zatknię­tych za pas pałek, nie unio­sły się. Spoj­rze­nie czar­nych oczu Tar­khana, błysz­czą­cych niczym obsy­dian, prze­nio­sło się z niej na zbroj­mi­strza prze­su­wa­ją­cego palce wzdłuż pasa. Pła­tek prze­stał się cią­gnąć za wargę i znie­ru­cho­miał, zaci­ska­jąc ją mię­dzy pal­cami.

Po pola­nie poniósł się echem prze­cią­gły i powolny drwiący śmiech. Blask skie­ro­wała spoj­rze­nie na Czepca, wiel­kiego maga Gwar­dii. Pozo­stali rów­nież.

– Cisza – ostrzegł go Blues po raz drugi.

Męż­czy­zna pokło­nił się w odpo­wie­dzi.

– Wybacz. Pro­szę, mów dalej, moja droga Blask. Czy pro­po­nu­jesz, byśmy uczy­nili cię peł­niącą obo­wiązki dowódcy, ponie­waż K’azz, hmm, porzu­cił swe obo­wiązki?

– Nie pro­po­nuję niczego w tym rodzaju.

Z twa­rzy Czepca znik­nął jado­wity uśmie­szek. Prze­chy­lił głowę ze zdzi­wie­niem.

– Nie? Naprawdę?

– Nie. Pro­po­nuję, żeby obo­wiązki dowódcy prze­jął Blues.

Napań­ski wojow­nik uniósł gwał­tow­nie brwi.

– Chwi­leczkę, niech to Trake prze­klnie.

– Nie mam nic prze­ciwko temu – ode­zwał się pośpiesz­nie Tar­khan i uśmiech­nął się zło­śli­wie, jakby zmie­sza­nie Blu­esa spra­wiło mu wielką przy­jem­ność.

– Ale ja mam – wark­nął Blues. – Nie zga­dzam się. Zresztą to i tak nic nie zmieni.

Blask zmarsz­czyła brwi. Nie była pewna, co chciał przez to powie­dzieć, wyczuła jed­nak prawdę w jego sło­wach. Przy­po­mi­nały jej coś, co usły­szała w Jacu­ruku.

– Co masz na myśli? – zapy­tała z namy­słem, bli­ska stra­chu.

Wska­zał na Czepca.

– To, z czego śmieje się ten sza­kal. Nie wła­dasz magią, Blask. Nie rozu­miesz tego. Nie ma zna­cze­nia, kogo uczy­nimy dowódcą. Tego nie da się zro­bić.

– W końcu to zro­zu­mia­łem – wyszep­tał Cze­piec. Jego uśmiech ponow­nie się posze­rzył. – Śluby są wią­żące.

Śluby? – zdzi­wiła się. Co on…? Niech to szlag! Przy­się­ga­li­śmy K’azzowi! On nam roz­ka­zuje… dopóki wszyst­kich nas nie spo­tka kres? Nie ma ucieczki? Jeste­śmy… bez­radni? Dziw­nie zakrę­ciło się jej w gło­wie. Przed oczami poja­wiły się mroczki. Pod­trzy­mała ją czy­jaś ręka. Blu­esa. Podzię­ko­wała mu ski­nie­niem głowy.

– W takim razie nic nie możemy zro­bić – rze­kła led­wie sły­szal­nym gło­sem. Te słowa nio­sły ze sobą roz­pacz. Nie było dla nich nadziei.

– Przy­go­tuj wszystko, Blask – rzekł łagod­nym tonem Blues. – Zro­bimy to. Wyru­szymy do Assail.

– Kto powi­nien uczest­ni­czyć w wypra­wie?

– Ja muszę – ode­zwał się Cze­piec. Na jego twarz powró­cił sza­lony uśmiech.

– W takim razie ja rów­nież to zro­bię – stwier­dził Blues, łypiąc ze zło­ścią na wiel­kiego maga.

– I ja – dodała Blask, po czym spoj­rzała zapra­sza­jąco na Płatka.

Uniósł brwi z zasko­cze­niem.

– Zro­bię to, jeśli mogę. Suge­ro­wał­bym też Gwynna.

– Krata musi być z nami, oczy­wi­ście – oznaj­mił Blues. – A co z tobą, Tar­khan?

Czło­wiek z rów­nin prze­su­nął się na sze­roko roz­sta­wio­nych nogach, wyraź­nie zakło­po­tany.

– Jeśli wszy­scy odje­dzie­cie, K’azz z pew­no­ścią znowu prze­każe mi dowódz­two w Stra­te­mie. – Przy­gła­dził wąsy i skrzy­wił się z nie­sma­kiem. – Tak to wygląda. Nie powie­rzy dowódz­twa ani tobie, ani Blask. Przy­pad­nie ono mnie, choć go nie chcę i nie pro­si­łem o ten zaszczyt.

– Przy­kro mi, Tar­khan – ode­zwała się Blask. – Ale z dru­giej strony ulżyło mi.

Wic­ka­nin prych­nął lek­ce­wa­żąco.

– Musimy zabrać wię­cej ludzi – kon­ty­nu­ował Blues. – Jesz­cze co naj­mniej dzie­się­ciu.

Blask przy­tak­nęła.

– To zna­czy dwa ostrza. Ty weź­miesz jedno, ja dru­gie.

– Świet­nie.

– A co z K’azzem? – spy­tał Pła­tek, na­dal trzy­ma­jąc dłoń przy war­dze.

Blues zbył te słowa mach­nię­ciem ręki.

– Może wyru­szyć z nami albo nie. Jak sobie życzy. Nie zosta­wimy Cala na pastwę losu.

***

Miesz­kańcy połu­dnio­wego wybrzeża zwali ją Zjawą, Obcą albo Tą, Która Roz­ma­wia Z Wia­trem. Wie­dziano o niej tylko tyle, że poja­wiła się na tym odcinku wybrzeża parę lat temu i doszło wów­czas do strasz­li­wej bitwy. Umarli wstali z gro­bów i wal­czyli ze sobą cały dzień i całą noc. Wszy­scy odtąd uni­kali tego miej­sca. Prze­klęto je nazwą Mar­twy Brzeg.

Z cza­sem szczęk oręża i krzyki wal­czą­cych wró­ciły, by nękać oko­licę. Czy to za dnia, czy w nocy miesz­kańcy kryli się w cha­tach i padali na twarz przed ołta­rzami, pro­sząc bogów i demony, by zosta­wili ich w spo­koju.

Jed­nym z tych miesz­kań­ców był Suma­ran, syn Jirela. Był ryba­kiem. Pew­nego dnia, gdy wiatr zaniósł jego łódź z pły­wa­kiem zbyt daleko od brzegu, ujrzał kobietę na wła­sne oczy. Wędro­wała sama po wydmach, jak opo­wia­dali inni. Dotąd wąt­pił w ich słowa, ale teraz sam ją zoba­czył. Jej dłu­gie włosy powie­wały na wie­trze od lądu, a wystrzę­pione szaty łopo­tały gwał­tow­nie. Nagle znie­ru­cho­miała. Miał wra­że­nie, że zwró­ciła twarz ku niemu i zaczęła poru­szać ustami, jakby coś mówiła, mimo że nikogo przy niej nie było. A może rzu­cała na niego zaklę­cie. Uniósł rękę do serca i wyko­nał gest chro­niący przed złem, a potem powio­sło­wał tak szybko, jak tylko mógł.

Dzi­siaj wiatr rów­nież porwał jego łódź i wyraź­nie pra­gnął znowu zanieść ją na Mar­twy Brzeg. Obni­żył maszt i wio­sło­wał wście­kle, ale nasi­la­jący się wicher cią­gle popy­chał go w kie­runku pod­wod­nych skał strze­gą­cych tego frag­mentu wybrzeża. Wyglą­dało to tak, jakby jakiś zło­śliwy bóg albo demon posta­no­wił uczy­nić ten dzień jego ostat­nim. Zadał sobie pyta­nie, czym wła­ści­wie wywo­łał ich gniew, i uświa­do­mił sobie, że to mogło być cokol­wiek. Poznał już kapry­śność bogów, a demony i duchy z wybrzeża były jesz­cze gor­sze od nich. Przy­szło mu nawet na myśl, że to może być zemsta Zjawy za to, że zła­mał tabu i widział ją przez moment.

Łódź ugrzę­zła na ska­łach i Suma­ran wypadł za burtę. Fale ciskały nim gwał­tow­nie, aż prze­stał się orien­to­wać, gdzie jest góra. Zra­nił się w bark, ude­rza­jąc o skałę. Pierś wypeł­niał mu ogień. Bez­chmurne niebo patrzyło na niego zło­wrogo. Zaczerp­nął głę­boko tchu i fale znowu wcią­gnęły go pod powierzch­nię. Ude­rzył ręką o piasz­czy­ste dno i zdo­łał wstać. Kasłał, trzy­ma­jąc się za zra­niony bark.

Powlókł się ku brze­gowi, mimo że wie­dział, iż z pew­no­ścią nie czeka go tam nic dobrego. To był Mar­twy Brzeg, któ­rym wła­dali umarli. Musiał stąd ucie­kać. Zerwał się do biegu, dysząc ciężko. Stopy grzę­zły mu w wil­got­nym pia­sku, bark prze­szy­wał ból, a dłoń miał lepką od krwi.

Powta­rzał modli­twy oraz bła­ga­nia skie­ro­wane do bogów oraz duchów wybrzeża. „Pro­szę, pozwól­cie mi stąd uciec! Pro­szę, odwróć­cie wzrok!”. Jeśli dożyje świtu, złoży bogom w ofie­rze połowę dzi­siej­szego połowu!

Wkrótce bła­ga­nia prze­szły w łzy oraz prze­kleń­stwa. Jego stopy zro­biły się cięż­kie i poty­kał się co chwilę. Oddech palił mu gar­dło. Widział nie­wy­raź­nie. Wstał po raz kolejny i powlókł się naprzód. Nagle poja­wiła się przed nim jakaś postać, jakby stwo­rzona z samej nocy. Rzu­cił się w bok, wrzesz­cząc z prze­ra­że­nia. Z góry spo­glą­dała na niego wyschnięta twarz samej śmierci. Nie pamię­tał nic wię­cej.

***

Obu­dziły go krzyki mor­skich pta­ków. Słońce wsta­wało. Leżał na pia­sku. Przed nim wid­niały resztki ogni­ska. Poczuł ucisk i poma­cał klatkę pier­siową. Owią­zano mu mocno bark kawał­kiem tka­niny. Rozej­rzał się prze­ra­żony. Gdzie się podziała śmierć? Myślał, że po niego przy­szła. Być może to był tylko kosz­mar.

Ktoś poja­wił się nagle wśród wydm. Suma­ran naprę­żył mię­śnie, gotowy ucie­kać, lecz nogi odmó­wiły mu posłu­szeń­stwa. Spa­ra­li­żo­wał go strach. To była Zjawa. Wiatr tar­gał jej dłu­gimi, splą­ta­nymi wło­sami. Miała na sobie koszulę i spodnie z nie­wy­pra­wio­nej skóry. Narzu­ciła na nie podarte futro, łopo­czące gło­śno w podmu­chach bryzy. Zauwa­żył, że jest stara i ma pomarsz­czoną twarz. Nosiła naszyj­nik z wygła­dzo­nych kamy­ków, zie­lo­nych i nie­bie­skich. Spoj­rzała na niego z góry. W czar­nych oczach o twar­dym wyra­zie nie dostrze­gał współ­czu­cia.

– Lepiej się czu­jesz? – zapy­tała z dziw­nym, archa­icz­nym akcen­tem.

Przy­po­mniał sobie, z kim ma do czy­nie­nia, i pośpiesz­nie opu­ścił wzrok.

– Czego ode mnie chcesz? – wyją­kał.

– Nie chcę od cie­bie niczego. Nie musisz się mnie bać. Nie skrzyw­dzę cię.

Nie wie­dział, jak na to zare­ago­wać. Co powi­nien jej powie­dzieć?

– Dzię­kuję za ura­to­wa­nie życia – wyszep­tał, na­dal opusz­cza­jąc wzrok.

– Nie ma za co. Jeśli odzy­ska­łeś już siły, możesz odejść. Jesteś z jed­nej z wio­sek leżą­cych na wscho­dzie, zga­dza się?

Prze­łknął ślinę, by zwil­żyć gar­dło.

– Tak.

– I jak mnie tam nazy­wają?

Nie odwa­żył się powie­dzieć jej prawdy. Zasta­na­wiał się nad jakimś wia­ry­god­nym zamien­ni­kiem, aż wresz­cie Zjawa zachi­cho­tała.

– Aż tak źle? – Pochy­lił głowę, jesz­cze bar­dziej prze­ra­żony. – Mniej­sza z tym – kon­ty­nu­owała. – Rozu­miem. To nie ma zna­cze­nia. Powi­nie­neś wró­cić, zanim…

Prze­rwała nagle, jakby dopadł ją ból.

Suma­ran odwa­żył się na nią zer­k­nąć. Wpa­try­wała się w hory­zont. Przez chwilę odno­sił wra­że­nie, że boi się bar­dziej od niego. Omal wtedy nie zapy­tał, co zauwa­żyła, ale za bar­dzo oba­wiał się jej gniewu.

Wstał, poma­ga­jąc sobie zdrową ręką. Na­dal nie uno­sił spoj­rze­nia.

– W takim razie… już sobie pójdę. Jesz­cze raz dzię­kuję.

– Nie ma za co.

Ośmie­lił się jesz­cze raz zer­k­nąć na cza­row­nicę. Na­dal spo­glą­dała w bok, mru­żąc oczy. Jej usta wykrzy­wiły się w gry­ma­sie nie­po­koju. Przez moment Suma­ran odno­sił dziwne wra­że­nie, że to jeste­stwo wcale nie stra­szy na brzegu, ale go strzeże. Ruszył przed sie­bie, uty­ka­jąc lekko, ta myśl spra­wiła jed­nak, że się odwró­cił i spoj­rzał na nią.

– Czy mogę cię zapy­tać, jak masz naprawdę na imię?

Na­dal gapiła się w stronę morza. Wiatr tar­gał jej sta­rym, poła­ta­nym futrem.

– Możesz mnie zwać Srebrną Lisicą – odpo­wie­działa.

Gdy już odda­lił się na wystar­cza­jącą odle­głość, zary­zy­ko­wał jesz­cze jedno, poże­gnalne spoj­rze­nie. Kobieta na­dal stała w tym samym miej­scu. Spo­glą­dała na wzbie­ra­jące fale oce­anu, spla­ta­jąc dło­nie za ple­cami. Wydała mu się jesz­cze bar­dziej samotna i smutna niż przed­tem. Coś w niej przy­cią­gało jego serce, gdy nagle zauwa­żył, że nie jest już sama. Oto­czyły ją inne posta­cie. Były mroczne, a ich zarysy wyda­wały się nieco zatarte. Dziwne syl­wetki spo­wi­jały grube futra, a wokół nich powie­wały dłu­gie, wystrzę­pione, zwie­rzęce skóry. Jedna miała na gło­wie sękate poroże.

Na ten widok rybaka prze­szył zimny, ata­wi­styczny dreszcz. Cof­nął się. Znowu ogar­nęło go prze­ra­że­nie. Umarli. Jest smutną kró­lową umar­łych. Tylko pomy­śleć, że gdyby uto­nął, stałby tam teraz z nimi!

Odwró­cił się i uciekł. Musi ostrzec wszyst­kich! Nie spo­sób już było wąt­pić, że to naprawdę jest Mar­twy Brzeg!

***

Burl Tar­din wie­dział, że z pew­no­ścią nie jest pierw­szym wśród nie­zli­czo­nych kor­sa­rzy, roz­bój­ni­ków i zwy­czaj­nych pira­tów na połu­dnio­wym wybrzeżu Gena­bac­kis oraz archi­pe­lagu zwa­nym Kon­fe­de­ra­cją Wol­nych Miast, który usły­szał o odkry­ciu boga­tych złóż złota na legen­dar­nych pół­noc­nych zie­miach Assail. Zda­wał też sobie sprawę, że z pew­no­ścią nie jest pierw­szym, który wyru­szy na połu­dnie, nara­ża­jąc się na sztormy Morza Gala­tań­skiego, a potem wypły­nie na wpół mityczne Morze Nie­na­wi­ści, jak zwano je w daw­nych opo­wie­ściach. Wie­dział też, że z pew­no­ścią nie będzie pierw­szym, któ­remu uda się dotrzeć do celu, mimo wiel­kich kosz­tów i rów­nie wiel­kiego ryzyka. Z pew­no­ścią będzie to osią­gnię­cie godne pie­śni.

Upew­nił się w tym, mija­jąc wraki gena­bac­kań­skich stat­ków na czymś, co w tych samych sta­rych pie­śniach i opo­wie­ściach zwano „Wybrze­żem Mor­skich Roz­bój­ni­ków”.

Podej­rze­wał jed­nak, że może być jed­nym z pierw­szych, któ­rym udało się dotrzeć do wąskiego przej­ścia mię­dzy ska­łami zna­nymi jako Straż­nicy. Te skały i kręty szlak wio­dący mię­dzy nimi, zwany Groź­nym Kory­ta­rzem, zamy­kały dostęp do śród­lą­do­wego Strasz­nego Morza, zwa­nego też nie­kiedy Morzem Stra­chu. Był prze­ko­nany, że jest pierw­szym spo­śród swych roda­ków, który doko­nał tego praw­dzi­wego cudu nawi­ga­cji.

A teraz jego sta­tek Mor­ski Atak stał unie­ru­cho­miony przez flautę na bla­dych, mlecz­nych wodach Strasz­nego Morza. Rzecz jasna, cała załoga zła­pała za wio­sła, ale trudno było oce­nić, jak szybko posu­wają się naprzód w nie­mal nie­ustan­nej mgle, która nocą zasła­niała gwiazdy, a za dnia ukry­wała nie­zna­jomy brzeg. Wielu pro­po­no­wało, by zacze­kać, aż się roz­pro­szy, ale Burl Tar­din podej­rze­wał, że w tej nie­zwy­kłej kra­inie zda­rza się to bar­dzo rzadko. Co wię­cej, gdy tylko przy­bi­jali do brzegu, by uzu­peł­nić zapasy wody albo upo­lo­wać tro­chę zwie­rzyny, byli ata­ko­wani przez wrogo nasta­wio­nych tubyl­ców. Ich włócz­nie pozba­wiły życia czte­rech człon­ków jego załogi.

Ławice gęstej mgły uno­szą­cej się w powie­trzu niczym dym wycią­gały ku nim lep­kie ramiona. Mieli wra­że­nie, że w gęstych opa­rach maja­czą jakieś syl­wetki. Mogły to być inne statki, które rów­nież zgu­biły drogę. Ludzie na bocia­nim gnieź­dzie wołali do nich, ale odpo­wia­dały im jedy­nie echa wła­snych gło­sów. Tak przy­naj­mniej sądził Burl, choć powra­ca­jące głosy dziw­nie przy­po­mi­nały krzyki w obcych języ­kach, wyra­ża­jące ostrze­że­nie. Być może nawet panikę.

– Potwór mor­ski! – ostrzegł pew­nego ranka obser­wa­tor na bocia­nim gnieź­dzie.

Burl omal nie roz­ka­zał nie­szczę­śni­kowi zejść na dół, ponie­waż wzrok naj­wy­raź­niej wpro­wa­dził go w błąd, ale inni rów­nież zaczęli krzy­czeć, wycią­ga­jąc ręce za lewą burtę. Coś się do nich zbli­żało. We mgle poru­szała się długa i wysoka syl­wetka.

Na wiel­kiego boga morza, smok mor­ski! – zaklął w myślach zdu­miony kapi­tan.

Mgła roz­pa­dła się na skłę­bione kosmyki.

– Uwaga! Lód! – dobiegł z bocia­niego gniazda prze­ra­żony głos.

– Ode­pchnij­cie sta­tek wio­słami! – ryk­nął Burl.

Załoga po pra­wej bur­cie zaczęła wcią­gać wio­sła na pokład, pod­czas gdy ci po lewej unie­śli swoje i się przy­go­to­wali. O cien­kie drew­niane kije otarł się ogromny frag­ment szma­rag­do­wego lodu. Drewno pękało, a wio­śla­rze stę­kali i krzy­czeli z bólu, gdy ude­rzały ich odłamki wio­seł. Her­nen padł na pokład z roz­trza­skaną czaszką, kiedy odła­many frag­ment ude­rzył go w skroń z przy­pra­wia­ją­cym o mdło­ści wil­got­nym trza­skiem.

Mor­ski Atak zachwiał się nagle ude­rzony z boku. Kadłub zatrzesz­czał, a wszy­scy ludzie na pokła­dzie zwa­lili się na deski. Na pokład posy­pały się okru­chy lodu. Buchały z nich obłoki pary.

– Sprawdź­cie stan kadłuba! – roz­ka­zał Burl, pod­no­sząc się. – I usuń­cie ten lód.

– Tak jest – odpo­wie­dział pierw­szy ofi­cer Whel­len.

Lodowy gigant na­dal pły­nął, nawet nie­tknięty koli­zją. Burl obser­wo­wał, jak ogromna góra lodowa w nie­sa­mo­wi­tym mil­cze­niu pogrąża się z powro­tem we mgle.

– Kadłub jest w porządku – zamel­do­wał pierw­szy cie­śla.

Burl ski­nął z ulgą głową.

Ich uwagę nagle przy­cią­gnął krzyk bólu dobie­ga­jący ze śród­o­krę­cia. Whel­len zamarł, gapiąc się na swe dło­nie.

– Bogo­wie, co się stało? – zapy­tał Burl, pod­bie­ga­jąc do niego.

Pierw­szy ofi­cer patrzył na swoje ręce, nie odzy­wa­jąc się ani sło­wem.

– Gadaj, czło­wieku! – wark­nął kapi­tan.

Męż­czy­zna uniósł wzrok i Burl wzdry­gnął się przed tym, co zoba­czył w jego oczach. Wyda­wały się cał­ko­wi­cie pozba­wione świa­do­mo­ści.

– To parzy – wyszep­tał z bojaź­nią męż­czy­zna. – Ten lód parzy.

Osu­nął się na mokry pokład.

Burl roz­ka­zał owi­nąć go w koce i zapo­mniał o nim. Musiał spraw­dzić stan statku i zająć się załogą. Roz­ka­zał wcią­gnąć na pokład zapa­sowe wio­sła i zosta­wić te, które można było jesz­cze napra­wić. Nie mieli już kom­pletu i nawet gdy załoga wróci do wio­sło­wa­nia, będą się posu­wać naprzód wol­niej niż dotąd.

Następ­nego dnia zauwa­żyli sta­tek. W pierw­szej chwili był tylko nie­ru­chomą syl­wetką maja­czącą we mgle. Kapi­tan roz­ka­zał zbli­żyć się do niego ostroż­nie. Połowa załogi, która nie była zajęta wio­sło­wa­niem, pobie­gła po broń. Kiedy się zbli­żyli, ujrzeli coś, czego Burl ni­gdy dotąd nie widział, podob­nie jak nikt z jego załogi.

Długi i wąski sta­tek był galerą, podob­nie jak Atak, ale więk­szą i o zamknię­tym kadłu­bie, nie otwar­tym. Stał zatrzy­many przez flautę, a żagle na jego jedy­nym masz­cie zwi­sały bez­wład­nie. Na Burlu spra­wiał wra­że­nie opusz­czo­nego.

– Hej, sta­tek! – zawo­łał.

Gdy nikt nie odpo­wia­dał, roz­ka­zał pod­pły­nąć bli­żej i przy­go­to­wać mały oddział abor­da­żowy. Miał nim dowo­dzić drugi ofi­cer, Gaff. Whel­len na­dal leżał na koi, dotknięty jakąś tajem­ni­czą cho­robą.

Atak dotknął śród­o­krę­cia dru­giej jed­nostki i ludzie Gaffa weszli na pokład. Burl i reszta załogi przy­glą­dali się im uważ­nie, trzy­ma­jąc broń w pogo­to­wiu. Nie musieli cze­kać długo. Grupa wró­ciła nie­mal natych­miast. Zsu­wali nogi z wyż­szej burty dłu­giego statku albo po pro­stu ska­kali w dół. Burl szu­kał wzro­kiem Gaffa. Wszy­scy byli cisi, a twa­rze mieli pobla­dłe. Wresz­cie zna­lazł dru­giego ofi­cera i omiótł go spoj­rze­niem od stóp do głów.

– Słu­cham?

Gaff tylko potrzą­snął głową. Nie był w sta­nie nic powie­dzieć. To było nie­po­ko­jące. Burl przy­po­mniał sobie reak­cję Whel­lena na dotknię­cie lodu. Drugi ofi­cer z drże­niem otarł ręka­wem błysz­czące od potu czoło i poru­szył grdyką, jakby pró­bo­wał prze­łknąć żółć.

– Jest pusty – zdo­łał wykrztu­sić. – Wszy­scy ode­szli.

Burl prze­su­nął spoj­rze­niem po koły­szą­cym się na falach statku. Na jego linii wod­nej nagro­ma­dziło się mnó­stwo wodo­ro­stów i pąkli, jakby galera stała tu od wielu lat.

– Nie żyją? Jak zgi­nęli?

– Nie zgi­nęli, kapi­ta­nie. Ode­szli. Nie ma tam nikogo, żywego ani mar­twego. To sta­tek widmo.

– Coś się z nimi stało? Jakiś wypa­dek?

Drugi ofi­cer potarł ramiona, jakby zmarzł. Na­dal nie spusz­czał spoj­rze­nia z dru­giego statku.

– Nie, kapi­ta­nie. To wyglą­dało tak, jakby cała załoga po pro­stu wstała i opu­ściła sta­tek. Na wpół zwi­nięte zwoje lin. Posiłki na stole. Jesz­cze świeże.

– Świeże? Jak to moż­liwe? Był jakiś dzien­nik?

Gaff potrzą­snął głową.

– Nie spraw­dza­li­śmy, kapi­ta­nie.

– Nie spraw­dza­li­ście? Bogo­wie i demony, czło­wieku! Wra­caj­cie na pokład i znajdź­cie dzien­nik pilota.

Gaff pokrę­cił głową.

– Nie, kapi­ta­nie. Ten sta­tek jest prze­klęty. Musimy stąd odpły­nąć.

Burl miał ochotę kazać im wra­cać po zapasy i wodę pitną, zauwa­żył jed­nak, że wszy­scy poki­wali gło­wami, wspie­ra­jąc słowa dru­giego ofi­cera. Zauwa­żył, że nie­któ­rzy wyko­nują znaki chro­niące przed złem. I dostrzegł w ich oczach coś w rodzaju ata­wi­stycz­nego stra­chu. Sam był mary­na­rzem i wie­dział, że takie prze­sądy potra­fią się zako­rze­nić bar­dzo głę­boko. Zda­wał też sobie sprawę, że dowo­dzi nimi tylko dzięki ich zgo­dzie. Dla­tego ski­nął pogar­dli­wie ręką i wymam­ro­tał:

– Pro­szę bar­dzo. Jak sobie życzy­cie.

Gaff ski­nął sta­now­czo głową i odwró­cił się ku swoim ludziom.

– Niczego ze sobą nie przy­nie­śli­ście, tak? Bar­dzo dobrze. Nie możemy się nara­żać na klą­twę. Odpły­wamy! – zawo­łał do reszty załogi. – Łapać za wio­sła!

– A co to za klą­twa, Gaff? – zapy­tał Burl, gdy cudzo­ziem­ski sta­tek znik­nął we mgle niczym widmo.

– Morze Stra­chu, kapi­ta­nie. Podobno dopro­wa­dza ludzi do sza­leń­stwa.

Burl sły­szał podobne opo­wie­ści i pie­śni. Histo­rie o stat­kach porzu­co­nych z tajem­ni­czych powo­dów. Pozba­wio­nych załogi sko­ru­pach uno­szą­cych się na falach. Do tej pory trak­to­wał je z lek­kim nie­do­wie­rza­niem. Dla­czego załoga mia­łaby porzu­cić nie­usz­ko­dzony sta­tek? Z pew­no­ścią przy­pły­nął z jakie­goś pobli­skiego portu. Być może urwał się z cum. Nie­moż­liwe, by cała załoga sko­czyła nagle do wody!

Sły­szał jed­nak, że jego ludzie szep­czą mię­dzy sobą. Powta­rzali stare, krą­żące od nie­pa­mięt­nych cza­sów histo­rie o klą­twach. Cią­gle powta­rzali szep­tem: „Straszne Morze”, „Morze Stra­chu”, „Strasz­liwe Morze”.

Ten strach zawisł nad stat­kiem niczym ota­cza­jąca ich gęsta mgła. Przy­szło mu na myśl, że może już być za późno. Moż­liwe, że wystar­czy jedno przy­pad­kowe spo­tka­nie z nie­zwy­kło­ścią, żeby ska­zić umysł i wyobraź­nię. I na tym wła­śnie pole­gała klą­twa.

***

Syn Ormana Bre­gina uwa­żał, że ma szczę­ście, że żyje. Dora­stał nie­opo­dal Loku, w zim­nym cie­niu Wło­ści Krwi Lodu. Jedy­nym, co znał, była ciężka harówka na nie­uro­dzaj­nej, kamie­ni­stej gle­bie. On, jego rodzina i sąsie­dzi, a także wszy­scy miesz­kańcy Loku. Wie­dział, że wysocy miesz­kańcy Wiel­kich Domów na gór­skich sto­kach nazy­wają ich pogar­dli­wie ludźmi z nizin. Sami tak mówili o tych, któ­rzy miesz­kali w nad­mor­skich kró­le­stwach. Wszyst­kie te gór­skie lasy i doliny, aż po łań­cuch Gór Soli, były dla nich zaka­zane. Klany Krwi Lodu zazdro­śnie strze­gły swych Wło­ści i nie­ustan­nie wal­czyły mię­dzy sobą o gra­nice. Intru­zów, ludzi z nizin takich jak on, ich człon­ko­wie po pro­stu zabi­jali, nie zada­jąc żad­nych pytań.

Rzecz jasna, jego rodacy rów­nież toczyli wojnę, sta­ra­jąc się ode­przeć ataki prze­klę­tej Krwi Lodu i znisz­czyć ją cał­ko­wi­cie.

Jego lud wygry­wał tę walkę. Tak przy­naj­mniej mówiono „Pod Białą Łanią”. Mia­steczka rosły, a ich miej­scowy baron, P’tar Dłu­go­ręki, rezy­do­wał bez­piecz­nie w swym dłu­gim domu.

Tak przy­naj­mniej wyglą­dało to przed ostat­nim ata­kiem. Orman omal się do niego nie przy­łą­czył. Więk­szość jego przy­ja­ciół tak zro­biła. Dłu­go­ręki oso­bi­ście dowo­dził akcją. Pra­wie pięć­dzie­się­cioro uzbro­jo­nych męż­czyzn i kobiet wyru­szyło na wyprawę, by wytro­pić Klany Krwi Lodu i puścić z dymem ich Wiel­kie Domy.

Wró­ciło tylko dwu­na­stu ludzi. Dłu­go­ręki był wśród nich, choć odniósł poważne rany. Żaden z przy­ja­ciół Ormana nie oca­lał. „Pod Białą Łanią” wiele mówiono przy­ci­szo­nymi gło­sami o magii Krwi Lodu. Miesz­kańcy gór poru­szali się w lesie nie­po­strze­że­nie niczym duchy i wal­czyli jak tchó­rze, ata­ku­jąc tylko nocą i zni­ka­jąc bez śladu.

Baron nie opusz­czał teraz swego domo­stwa i prze­zwano go Krót­ko­rę­kim. Orman spo­dzie­wał się, że wkrótce zastąpi go nowy władca. Zawsze tak było. Gdy tylko miej­scowy król, kró­lowa albo baron tra­cili siły i nie byli już w sta­nie utrzy­mać tego, co zdo­byli, przy­cho­dził ktoś inny i odbie­rał im wła­dzę.

Może będzie to król Ronal Bękart z Opoń­czy. Orman sły­szał, że prze­kro­czył on Stru­mień Kata i zbu­do­wał nową osadę z drewna wyso­kich sosen z Wło­ści Bainów. Mówiono też, że trzyma na stole słój z zama­ry­no­waną głową Shii Baina, wodza klanu.

Orman raz jesz­cze pogra­tu­lo­wał sobie, że żyje. W ostat­nich latach od mia­steczka do mia­steczka wędro­wały wie­ści o boga­tych zło­żach złota odkry­tych wysoko w Górach Soli, głę­boko we Wło­ściach Krwi Lodu.

Z początku wszy­scy, któ­rych znał, trak­to­wali te pogło­ski z nie­do­wie­rza­niem. Jezioro na połu­dnie od nich nazy­wano Morzem Złota i z pew­no­ścią stąd wzięło się całe to zamie­sza­nie. Starcy powia­dali, że to już się kie­dyś zda­rzyło. Jakiś debilny cudzo­zie­miec zauwa­żył nazwę jeziora na sta­rej, zaku­rzo­nej mapie i nagle cała zgraja cho­ler­nych dur­niów przy­była tu, sądząc, że wystar­czy im wycią­gnąć rękę, by zdo­być wiel­kie bogac­twa.

Potem jed­nak dotarły do nich wie­ści o cudzo­ziem­cach przy­by­wa­ją­cych na połu­dniowe wybrzeże. Począt­kowo był to tylko wąski stru­myk. Garstka jasno­wło­sych igno­ran­tów, któ­rych łatwo można było się pozbyć. Potem zaczęły się zja­wiać całe bandy. Nie­któ­rzy nawet wyru­szyli w głąb lądu, igno­ru­jąc wszel­kie ostrze­że­nia. Nie­któ­rzy wró­cili jako głowy prze­rzu­cone przez stru­mie­nie albo nadziane na paliki przy leśnych ścież­kach.

Teraz jed­nak mówiono, że do nizin­nych kró­lestw przy­by­wają całe statki wyła­do­wane obco­kra­jow­cami. W jedną noc na brze­gach Morza Złota wyro­sły dwa nowe mia­steczka. Sły­szał też opo­wie­ści, że gra­nice Pół­wy­spu Kości zamknięto przed intru­zami i wybu­chła praw­dziwa wojna.

Pew­nego dnia późną nocą zja­wił się Ger­run Krótka Goleń, przy­siadł się do Ormana na ławie „Pod Białą Łanią” i zaczął powta­rzać pogło­ski o zło­cie. Orman słu­chał tych bzdur przez pewien czas – Ger­run, ze swymi zło­tymi kol­czy­kami i fil­co­wymi koszu­lami naby­tymi od kup­ców z nizin­nych kró­lestw, sta­now­czo za bar­dzo lubił ale.

Orman lek­ce­wa­żył jego słowa do tego stop­nia, że minęło sporo czasu, nim w pełni dotarło do niego zna­cze­nie tego, co usły­szał. Ger­run i bra­cia Red­di­no­wie wyru­szali na wyprawę ze Sta­rym Niedź­wie­dziem. Czy zechciałby się do nich przy­łą­czyć?

Każ­dej innej nocy zigno­ro­wałby to głu­pie gada­nie. Jed­nakże imię Sta­rego Niedź­wie­dzia skło­niło go do zasta­no­wie­nia. To był jeden z ostat­nich pozo­sta­łych przy życiu myśli­wych polu­ją­cych w gór­skich doli­nach. Ponoć swo­bod­nie wędro­wał po Wło­ściach Krwi Lodu. Powia­dano, że przed laty – kiedy jesz­cze miał dwoje oczu – słu­żył jako wyna­jęty włócz­nik Kla­nowi Pięt. Bra­cia Red­di­no­wie – Keth i Kas­son – byli wśród jede­na­stu ludzi, któ­rzy wró­cili żywi z wyprawy z Dłu­go­rę­kim. Obaj byli poważni i tak mało­mówni, że tylko nie­wielu wie­działo, który jest który.

– Dla­czego ja? – zapy­tał krótko Orman, wspie­ra­jąc przed­ra­miona na stole po obu stro­nach skó­rza­nego kufla.

Ger­run poru­szył gwał­tow­nie głową, poj­mu­jąc sens tego pyta­nia. Pocią­gnął pośpiesz­nie łyk ale i otarł usta.

– Stary Niedź­wiedź mówi, że znał two­jego ojca. Oto powód. Powie­dział nawet, że cie­bie też spo­tkał.

Orman ski­nął głową. To było wiele lat temu. Jego ojciec był zaprzy­się­żo­nym sługą poprzed­niczki Dłu­go­rę­kiego, Eusty. Zwano ją Eustą Chorą, ponie­waż cią­gle coś jej dole­gało. Był straż­ni­kiem gra­nicz­nym i cza­sami zapusz­czał się nawet na Wło­ści Krwi. Parę razy zabrał ze sobą Ormana.

Opo­wia­dał mu o duchach. Już pierw­szej nocy, gdy kulili się razem przy nie­wiel­kim ogni­sku, wyja­śnił mu, że Wło­ści Krwi Lodu są ich pełne. Stra­szyły tu duchy zmar­łych przod­ków wszyst­kich kla­nów – Pię­tów, Bainów, Mówią­cych i tak dalej. Cza­sami, szep­tał ojciec, pochy­la­jąc się ku niemu z wielką włócz­nią zwaną Dzi­czym Zębem na kola­nach, jeśli ktoś wytę­żył słuch, mógł je usły­szeć.

Póź­niej Orman rze­czy­wi­ście je usły­szał. A przy­naj­mniej tak mu się zda­wało. Wzy­wa­jące go głosy, dobie­ga­jące z samej ziemi. Wło­ści Krwi Lodu mówiły do niego. Teraz, gdy cof­nął się myślą o jakieś pięć lat, zada­wał sobie pyta­nie, czy to wszystko mogło być wytwo­rem jego wyobraźni. Być może wyda­wało mu się, że je sły­szy, ponie­waż ojciec mu to zasu­ge­ro­wał.

Zażar­to­wał sobie z podat­nego na wpływy chło­paka.

Przy­po­mi­nał sobie, że pod­czas jed­nej z tych wypraw spo­tkał Sta­rego Niedź­wie­dzia. Zawdzię­czał on to prze­zwi­sko wiel­kiej kudła­tej skó­rze, w którą się odzie­wał. Głowę zwie­rza nosił na swo­jej niczym kap­tur. Gni­jąca nie­wy­pra­wiona skóra cuch­nęła już wtedy. Lepiej sobie nie wyobra­żać, jak śmier­działa teraz. Chyba że stary dureń zna­lazł sobie nową.

Miał wra­że­nie, że rozu­mie, co chciał mu powie­dzieć Niedź­wiedź. Wie­dział, że ojciec opro­wa­dził Ormana po niżej poło­żo­nych doli­nach Wło­ści. I prze­ka­zał mu to tak, że jego posła­niec, Ger­run, nie miał poję­cia, o co cho­dzi.

Pocią­gnął długi, powolny łyk, by dać sobie czas na zasta­no­wie­nie. Rozej­rzał się po mrocz­nym wnę­trzu obe­rży. Było już późno i ogień na kamien­nym kominku tlił się słabo. „Pod Białą Łanią” zostali tylko regu­larni klienci, garstka tych, któ­rzy zapła­cili za przy­wi­lej spę­dze­nia nocy na pokry­tej słomą pod­ło­dze razem z szu­ka­ją­cymi odpad­ków psami. O ile potra­fił to oce­nić, nikt nie zwra­cał szcze­gól­nej uwagi na nich dwóch.

Stary Niedź­wiedź zbie­rał grupę, która wyru­szy na poszu­ki­wa­nie złota. Ale po co mu grupa? Świet­nie zna­jący góry wete­ran mógł z łatwo­ścią dotrzeć tam w poje­dynkę. Być może z upły­wem lat udało mu się zna­leźć tro­chę samo­rod­ków… z pew­no­ścią odkrył bogate złoże warte kopa­nia.

Nagle go olśniło. Stary Niedź­wiedź spo­dzie­wał się kon­ku­ren­cji. Sądził, że już nie­długo, być może z nadej­ściem wio­sny, wśród wzgórz zaroi się od poszu­ki­wa­czy złota – miesz­kań­ców nizin i cudzo­ziem­ców, łupież­ców i pospo­li­tych zło­dziei. Wszy­scy będą wal­czyć ze sobą o działki, samo­rodki i złoty pył.

Lepiej zja­wić się tam przed nimi. Wszy­scy oni – Orman, bra­cia Red­di­no­wie i Stary Niedź­wiedź – odwie­dzali już Wło­ści Krwi Lodu. Z pew­no­ścią nie był to przy­pa­dek. Wszy­scy poza Krótką Gole­nią. A może on rów­nież? Zer­k­nął ukrad­kiem na Ger­runa, nie prze­sta­jąc się roz­glą­dać po pra­wie już opu­sto­sza­łych ławach obe­rży. Krót­kiej Goleni ni­gdy nie bra­ko­wało pie­nię­dzy na ale, choć nie miał wła­snej ziemi ani nie pra­co­wał dla innych. A co z jego zło­tymi kol­czy­kami? I z grubą skrę­coną bran­so­letą ze złota na jego nad­garstku? Jeśli się nad tym zasta­no­wić, jak to moż­liwe, że było go stać na takie rze­czy? Być może znał pewne gór­skie stru­mie­nie, w któ­rych kilka dni prze­sie­wa­nia mogło zapew­nić utrzy­ma­nie na wiele lat.

Odchrząk­nął, splu­wa­jąc w dłoń.

– Zgoda – wyszep­tał. – Gdzie się spo­tkamy?

Ger­run uśmiech­nął się i pocią­gnął długi łyk, po czym otarł pianę z wąsów.

– Znasz obo­zo­wi­sko pod Skałą Poroża? Za Sosno­wym Mostem?

– Tak.

– Zatem jutro.

Orman ski­nął głową i dokoń­czył ale. Kiedy wstał, Ger­run ski­nął na obe­rży­stę, Osta, zama­wia­jąc kolejny kufel.

Droga do gospo­dar­stwa stryja była długa i zimna. Jemu i matce pozwo­lono tam zamiesz­kać po śmierci ojca. Sią­pił lodo­waty desz­czyk. Śnieg pod butami był twardy. Nocą wszystko zamar­zło. Nocne niebo znowu prze­ci­nał Wielki Lodowy Most, świe­cący groź­nym bla­skiem. Ostat­nio przy­ćmie­wało go świa­tło Cudzo­ziemca, czy może Intruza, jak zwali go nie­któ­rzy. Ludzie zapew­niali, że zwia­stuje to koniec Kla­nów Krwi Lodu, ale to bło­go­sła­wień­stwo ich nie spo­tkało. Idąc po zamar­z­nię­tym bło­cie, zasta­na­wiał się, czy teraz wszy­scy uznają to wyda­rze­nie za omen gorączki złota i zmiaż­dże­nia kla­nów przez hordę cudzo­ziem­ców, o ile rze­czy­wi­ście dotrą tak daleko na pół­noc. W tym sen­sie można to było rze­czy­wi­ście uznać za omen, bez względu na to, co się wyda­rzy.

Otwo­rzył drzwi prze­wiew­nej chaty, którą z nie­chę­cią oddał im stryj, po czym pod­szedł do skrzyni usta­wio­nej pod tylną ścianą. Usu­nął z wieka zbie­ra­jące się na nim ślady codzien­nego życia – tro­ciny, stare kawałki juty, wełny i płótna, które jego matka zszy­wała i cero­wała, żeby zro­bić ubra­nia. W drew­nia­nej misce, którą sam wystru­gał, postu­ki­wały teraz guziki, haczyki, szy­dła oraz igły, wyko­nane przez niego z kości bądź poroża. Potem otwo­rzył skrzy­nię i wydo­był z niej skó­rzany strój ojca, zwi­nięty i zwią­zany pasami.

Noz­drza wypeł­niła mu silna woń ojca – zwie­rzęcy tłuszcz i dym pomie­szane z sosnową żywicą i zie­mią. Zapach gór­skiego lasu.

– Odcho­dzisz – dobiegł go zza ple­ców głos matki.

Odwró­cił się.