Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
WSTAJE NOWY DZIEŃ. UBIERZCIE SIĘ CIEPŁO.
Na dalekiej północy leży Assail – kraina od stuleci niedostępna dla śmiertelników.
Lecz lody zaczynają topnieć, odsłaniając tajemnice skrywane od niepamiętnych czasów. Przez niegościnne pustkowia ruszają śmiałkowie, których przyciągają obietnice niewyobrażalnych bogactw, chwały i odkryć.
Jedni szukają odpowiedzi. Inni majątku. Jeszcze inni po prostu pragną przygody.
Na południu czeka Srebrna Lisica.
Nowo wcielona Wzywająca armii nieśmiertelnych T'lan Imassów zrobi wszystko, by powstrzymać odrodzenie pradawnej krucjaty, która mogłaby spustoszyć cały kontynent... a być może nawet cały świat.
Ta powieść rzuca nowe światło na dzieje Imperium Malazańskiego, odsłania jego najgłębsze tajemnice i stanowi ekscytujące zwieńczenie całego cyklu.
6. część cyklu Imperium Malazańskie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 819
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Assail
Copyright © 2014 by Ian Cameron Esslemont Copyright for the Polish translation © 2026 by Wydawnictwo MAG
Redakcja: Urszula Okrzeja Korekta: Magdalena Górnicka, Bartosz Szpojda Ilustracja na okładce: Steve Stone Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński Projekt typograficzny: Tomek Laisar Fruń
ISBN 978-83-68919-78-3
Producent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Konstytucji 5/10, 00-657 Warszawa www.mag.com.pl han[email protected]
Wyłączny dystrybutor: Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz. tel. 227 335 010 www.dressler.com.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Tę książkę poświęcam starej grupie graczy z University of Manitoba. Należeli do niej: Doug i Doug, Jeff, Oliver, Grant, Ron, Martin, Henry, Craig, Laurence, Neil, Shurjeel i Arne.
Na wdzięczność zasługują moi czytelnicy pierwszej wersji – Sharon Sasaki i A.P. Canavan. Wasze uwagi i komentarze pomogły mi bardziej, niż Wam się zdaje.
Przekazuję wyrazy miłości mojej żonie, Gerri Brightwell. Bez jej wsparcia i zrozumienia ta powieść nie mogłaby powstać, podobnie jak wszystkie poprzednie.
Dedykuję ją również Wam, czytelnicy Malazu. Szansa zapoznania Was z tymi opowieściami była dla mnie przywilejem. Mam nadzieję, że sprawiły Wam równie wiele przyjemności, co mnie.
Kyle: prawdziwe imię Kylarral-ten, pochodzi z Baelu na południe od Assail
Tulan Orbed: kapitan Szczęścia Pani
Reuth: nawigator statku, bratanek Tulana
Storval: pierwszy oficer
Gren: sternik
Orman: syn Ormana Bregina
Stary Niedźwiedź: legendarny człowiek z gór
Keth i Kasson: bracia Reddinowie
Gerrun: znany też jako Krótka Goleń
Król Ronal: znany też jako król Ronal Bękart
Lotji Bain: bratanek Jorgana Baina
Buri: legendarny starzec z klanu
Jaochim: pan klanu
Yrain: pani klanu
Vala: siostra Yrain
Jass: syn Vali
Bernal Ciężka Ręka: sługa klanu albo strażnik ogniska domowego
Cull Pięta: znany też jako Cull Dobry
Yullveig: żona Culla, znana też jako Yullveig Wojownicza
Erta: córka Culla i Yullveig
Baran: syn Culla i Yullveig
Marszałek Cyraneczka: letheryjski arystokrata
Enguf Szeroki: genabackański pirat
Malle z Gris: malazańska arystokratka
Holden z Cawn: użytkownik magii władający Serc
Alca z Kota: użytkowniczka magii władająca Telas
Burl Tardin: kapitan
Whellen: pierwszy oficer
Gaff: drugi oficer
Jute Hernan: kapitan
Ieleen: nawigatorka, żona Jute’a
Lurjen: sternik
Buen: pierwszy oficer
Letita: zbrojmistrzyni
Dulat: marynarz
Tyvar Gendarian: dowódca Niebieskich Tarcz i Śmiertelny Miecz Togga
Haagen Vantall: zarządca Niebieskich Tarcz
Cartheron Crust: kapitan
Orothos: pierwszy oficer
Timmel Orosenn: znana też jako protoplastka, władczyni wyspy Umryg
Velmar: kapłan i sługa pani Orosenn
Ut’el Anag
Lanas Tog: rzucająca kości
Tolb Bell’al: rzucający kości
Pran Chole: rzucający kości
K’azz D’Avore: dowódca
Blask: prawa ręka dowódcy
Blues: nowy kapitan Drugiej Kompanii
Krata: znany też jako Żelazna Krata, dawniej z Czwartej Kompanii
Czepiec: wielki mag i mistrz skrytobójca
Gwynn: mag
Płatek: mag
Czarny Starszy
Czarny Mniejszy
Sept
Cole
Amatt
Chuda
Stępka
Turgal
Cal-Brinn: kapitan i mag
Jup Alat: porucznik
Wawrzyn
Leena
Ghelath Keer: kapitan
Havvin: pilot statku
Levin: uczeń pilota
Srebrna Lisica: „Wzywająca”, stworzona, by położyć kres wojnom T’lan Imassów
Luthal Canar: przedstawiciel domu handlowego Canar z Letheru
Lyan: tarczowniczka z północnej Genabackis
Dorrin: wygnany król Anklos, podopieczny Lyan
Rybak kel Tath: bard, który wiele podróżował
Jethiss: rozbitek Tiste Andii
Kilava: starożytna żyjąca rzucająca kości Imassów
Mgła: czarodziejka
Gniew i Szał: synowie Mgły
Sharrowie: rodzina magów
Sheerowie: rodzina magów
Giana Jalaz: była porucznik w armii malazańskiej
Kobieta biegła miarowym, nieśpiesznym krokiem. Oddychała powoli, wciągając powietrze przez usta i wypuszczając je przez szerokie nozdrza. Przód i tył jej koszuli z koźlej skóry pociemniały od potu, a mokasyny uderzały bezgłośnie o kamienie oraz połacie odsłoniętej, piaszczystej gleby. Prawie cały dzień biegła w górę szerokiego skalistego stoku, co świadczyło o jej nadzwyczajnej sile i wytrzymałości. Omijała wysmukłe młode sosny, świerki białe oraz brzozy. Przeskakiwała nad głazami i wdrapywała się z wysiłkiem na strome żwirowe osypiska. Wiedziała, że może być szybsza od ścigających, ale nigdy się od nich nie uwolni. Mimo to biegła dalej.
Zdawała też sobie sprawę, że dopadną ją, gdy już znużą się pościgiem. Dostrzegała ironię w fakcie, że to samo rozpaczliwe pragnienie przetrwania, które nią kierowało, również ich skłaniało do nieubłaganego pościgu, mimo że już dawno wyrzekli się życia.
Nadal jednak pięła się w górę. Została jej jeszcze jedna, rozpaczliwa nadzieja. Nie na przeżycie. Wiedziała, że nie ma na nie szans od chwili, gdy ujrzała niesamowite, pradawne sylwetki ścigających. Pozostała jednak niewielka szansa na zemstę.
Ostre jak noże krawędzie spękanych skał kaleczyły jej palce, gdy szukała uchwytu, i przecinały mokasyny. Na otaczającym ją stromym osypisku zima skończyła się niedawno. Resztki lodu nadal utrzymywały się między żwirem i kamieniami oraz w cieniu wysokich głazów. Widziała też zaspy brudnego śniegu, niemal nieodróżnialnego od żwiru. Chłód wysokich gór dodawał jej wigoru. Wiedziała, że jest całkowicie naturalny i nie ma nic wspólnego z przywołanymi przez magię lodowcami. Skryła się w sosnowym gaju i odważyła spojrzeć za siebie. Na stoku poniżej nie poruszało się nic poza małym stadem wapiti, kierujących się ze stukotem kopyt w dół. Z pewnością to ona je spłoszyła.
Wiedziała jednak, że nie jest tu sama. Ścigający nie musieli się pokazywać, by ją dogonić. Miała jednak nadzieję, że pozwolą jej przynajmniej na ten mały gest.
Zza moreny wyłoniła się samotna postać, jakby to uciekinierka przywołała ją aktem własnej woli. Na niewiarygodnie chudej sylwetce łopotały wystrzępione resztki skórzanego stroju. Ciemne, wysuszone oblicze skierowało się ku niej. Skóra białego niedźwiedzia, którą miał na głowie i na ramionach, była tak samo wysuszona od wiatru i upływu lat, jak jej właściciel. Oboje patrzyli sobie w oczy przez dzielące ich kilka mil, a także przez znacznie szerszą przepaść między nimi.
Tak daleko za mną? – zadała sobie pytanie. Potem zrozumiała i natychmiast padła na ziemię.
Coś uderzyło z trzaskiem o skały tuż obok. Krzemienne odpryski, cieńsze niż ostrza noży, przebiły koźlą skórę i wniknęły w ciało pod spodem.
Zerwała się na nogi i znowu popędziła w górę. Dotarła do grani odchodzącej od stoku znacznie wyższej, wyszczerbionej turni, piętrzącej się ku niebu. Tam zatrzymała się zmęczona. Jej płuca pracowały ciężko, wciągając lodowate powietrze.
Krzyknęła, gdy włócznia przebiła nagle jej udo, przyszpilając ją do nagiej kamiennej powierzchni. Osunęła się na skałę i złapała za ciemne, gładzone drzewce, by je wyciągnąć. Szkieletowa dłoń odtrąciła jej rękę.
Zawisła nad nią ta sama zmumifikowana twarz, która przedtem przyciągnęła jej wzrok. Spod gnijącego łba białego tundrowego niedźwiedzia kierowały na nią spojrzenie puste, ciemne oczodoły. Na szyi postaci wisiały naszyjniki z pożółkłych pazurów – zapewne pochodzących od tego samego zwierzęcia, co futro, a podrapana skóra zdarta z przednich kończyn bestii zakrywała ramiona sylwetki aż po łapy przytroczone do dłoni właściciela. Spod wyschniętej skóry tułowia sterczały pociemniałe od wieku żebra stworzenia. Pod niedźwiedzim futrem były widoczne kawałki koźlej skóry, powiązane ze sobą licznymi rzemieniami. U pasa istoty zwisał długi, kremowobrązowy nóż z łupanego krzemienia, o ostrzu owiniętym w skórę.
– Dlaczego wybrałaś to miejsce, Jaghutko? – zapytał Imass.
– Uciekam przed zniszczeniem – odpowiedziała głosem wysilonym z tłumionego bólu.
Po grani zbliżała się reszta Imassów. Kości ich stóp stukały o skałę niczym kamienie.
– Jaskinie na górze, Ut’el – odezwał się jeden z nich, unosząc krzemienny sztylet.
Imass znowu spojrzał na nią.
– Chciałaś nas zwabić w pułapkę – oznajmił.
– Skoro tak mówisz.
– Jestem rozczarowany. Ściągnęłaś zgubę również na swych pobratymców. – Spojrzał na jednego z członków grupy. – Wyślij zwiadowców. Czy jaskinie są zamieszkane?
Imass pochylił czaszkę, z której odpadły już spore kawałki ciała i włosów.
– Tak, rzucający kości.
Rzucający kości! – zdumiała się kobieta. Mag albo szaman ich rasy! Doprowadzenie go do zguby z pewnością byłoby warte wysiłku.
Ut’el ponownie spojrzał na nią. Wyczuwała w nim rozczarowanie.
– Myślałem, że okażesz się cenniejszym łupem – wyszeptał z niezadowoleniem.
– Podobnie jak my liczyliśmy na wartościowszych następców.
– Jedyną miarą wartości jest zwycięstwo, Jaghutko.
– Jak zawsze zapewniają siebie zwycięzcy.
Martwiak wzruszył wymownie ramionami.
– Chodzi o to, kto będzie istniał. My albo wy.
Osunęła się na skałę, jakby czuła się całkowicie pokonana.
– Masz na myśli eliminację wszystkich, którzy nie są wami. To właśnie najgorsza wada waszej rasy. Możecie pozwolić żyć wyłącznie waszej rodzinie, a w najlepszym razie plemieniu.
– To samo można powiedzieć o wszystkich.
– Nieprawda. Po prostu nie jesteście w stanie tego dostrzec.
– Posłuchaj, Jaghutko. Surowe prawa natury uczą nas…
Szept Ut’ela umilkł nagle. Imass uniósł twarz, spoglądając w górę stoku.
– Jak się mają twoi zwiadowcy, rzucający kości? – zapytała, nie potrafiąc ukryć triumfalnego uśmiechu.
– Zniknęli – odparł i znowu spojrzał na nią. – Tam są inni. – Potrząsnął szkieletową głową z podziwem, a wydawało się jej, że nawet z przerażeniem. – Wybacz, Jaghutko – rzekł. – Nigdy nie przyszłoby mi na myśl, że jakiekolwiek jestestwo odważyłoby się… – Wyciągnął krzemienny nóż. – Desperacja odebrała ci rozum. Doprowadziłaś do zguby nas wszystkich, a nawet więcej.
– Tylko odpłacam wam pięknym za nadobne.
Zebrani wojownicy Imassów wzdrygnęli się jak ukąszeni i wyciągnęli cienkie niczym brzytwy miecze z krzemienia.
– Kupcie nam tyle czasu, ile tylko zdołacie – rzekł im bez ogródek Ut’el, nie odwracając od niej pociemniałej od taniny twarzy.
Wojownicy pochylili głowy.
– Żegnaj – odpowiedział jeden z nich. Potem wszyscy zniknęli w obłokach pyłu.
Z wylotów jaskiń na górze wypadały szare jak kamień sylwetki, poruszające się na nogach wyposażonych w stawy w dziwnych miejscach, a czasami nawet na czterech kończynach.
– Kusi mnie, żeby zostawić cię na ich pastwę, ale Imassowie nie są okrutni – oznajmił Ut’el.
– Tak właśnie tłumaczycie się już od stuleci. Szczęśliwie się składa, że Jaghuci nie są skłonni do osądów.
Szarpnęła się do tyłu, jednym ruchem wyszarpnęła grot i spadła ze skalnej półki z włócznią w dłoni.
Uderzył mieczem, ale chybił. Zleciała z wąskiej półki i runęła w głęboką na tysiąc stóp przepaść.
– Zostawiam cię… – zawołała jeszcze, nim zniknęła mu z oczu.
– Na ich pastwę, Ut’elu Anag, rzucający kości T’lan Imassów Kerluhma – dokończył za nią, po czym odwrócił się ku wysokiemu stokowi.
Szara fala istot pochłonęła już jego wojowników i teraz zmierzała ku niemu.
W tej właśnie chwili, którą uważał za swą ostatnią, uniósł miecz ku twarzy. Przyglądał się chmurom, odbijającym się w fasetkach łupanego krzemienia niczym zmarszczki na gładkiej tafli jeziora.
Nie. To jeszcze nie koniec. Przysięgam.
Wkroczył do królestwa Tellann w tej samej chwili, w której pierwsze chciwe dłonie zacisnęły się w miejscu, gdzie niedawno się znajdował.
Stoki opadające ku brzegowi morza pokrywał wiecznie zielony las. Przybrzeżne ptaki polowały na kraby i chrząszcze w basenach pływowych i na pokrytych czarnym piaskiem plażach. Większe ptaki drapieżne siedziały na gałęziach i na skalnych wypiętrzeniach, obserwując uważnie swych mniejszych pobratymców, a także małe rybki pływające na płyciznach.
Nad zatoką wisiała poranna mgła. Powietrze było nieruchome i dźwięki niosły się między brzegami po obu stronach. Postać, która wyłoniła się spomiędzy pokrytych wodorostami głazów, pasowała do tej scenerii. Z wyschniętych, zmumifikowanych barków i bioder opadały strzępy skórzanego stroju. Ciemnobrązowy krzemienny miecz zwisał ze splecionego niezgrabnie z kręconych włosów pasa otaczającego pozbawioną ciała talię. Na głowie, na której odsłonięta, zbrązowiała powierzchnia czaszki mieszała się z kępami strąkowatych włosów, tkwiła czapka z szarej, garbowanej skóry stworzenia pasującego raczej do skąpanej w blasku słońca sawanny niż do północnego lasu o umiarkowanym klimacie.
Przy brzegu pojawiały się jedna po drugiej podobne postacie. Zebrały się wokół pierwszego przybysza. Choć zmumifikowane ciała, właściwie same kości pokryte cienką jak papier powłoką wyschniętych tkanek, utrudniały określenie płci, ta pierwsza istota była kobietą. Nazywała się Shalt Li’gar z T’lan Imassów Ifayle’a.
– Co to za kraina? – zapytał jeden z członków grupy, J’arl. W odpowiedzi uniosła głowę, jakby chciała poczuć zapach ziemi przez odsłonięte dziury nozdrzy.
– Nie mam pojęcia – przyznała. – Nie podzielono się ze mną żadną relacją z tego miejsca. Ani z tymi, z którymi ja wymieniałam informacje.
– Z pewnością inni znaleźli ją przed nami – stwierdził kolejny jej towarzysz, Guth.
– I co się z nimi stało? – zapytała w odpowiedzi Shalt, przyglądając się z namysłem drugiemu brzegowi osłoniętej zatoki.
Pozostałe zmumifikowane twarze również zwróciły się w tamtym kierunku. Wszyscy umilkli i zapadli w bezruch tak głęboki, że w pewnej chwili orzeł przeleciał nad ich głowami i opadł na wodę, muskając powierzchnię szponami. Gdy wzbił się w górę, trzymał w nich szamoczącą się rybę. Usiadł na gałęzi pobliskiej, na wpół uschniętej jodły i zaczął rozszarpywać posiłek.
Imassowie obracali głowy, śledząc trasę lotu ptaka.
– Dobra wróżba czy zła? – zapytał J’arl, przerywając przeciągającą się ciszę.
– Jesteśmy ptakiem czy rybą? – dodał ktoś inny.
Shalt wskazała uschniętą ręką na zatokę.
– Nie tylko ptaki łowią – oznajmiła.
Najpierw z mgły wyłoniły się dzioby skórzanych czółen, wyciągniętych na pas czarnej żwirowej plaży, szybko przechodzącej w strome, skaliste zbocze pokryte lasem. Spomiędzy drzew wznosiły się smugi dymu. Shalt obrzuciła spojrzeniem solidną, zbudowaną z kłód budowlę wysoko na stoku. Prowadzącą w dół ścieżką zbiegały jakieś postacie, uzbrojone we włócznie o kamiennych grotach oraz kamienne maczugi przywiązane do drewnianych uchwytów. Miały na sobie brudne, wyszywane paciorkami stroje oraz płaszcze z niewyprawionych skór.
– Ludzie – zauważył z rozczarowaniem Guth. – Musimy wyruszyć na poszukiwania w głąb lądu.
– Szkoda, że nie chcą rozmawiać – zauważył Shalt. – Poszukamy z dala od brzegu.
J’arl wyciągnął uschniętą rękę, złożoną tylko ze ścięgien i kości.
– Zaczekajmy chwilę. Jest tu coś…
Spojrzała na niego, przechylając nadgryzioną zębem czasu głowę.
– Obecność?
– Coś – powtórzył ostrożnie, jakby nie chciał powiedzieć więcej.
Tubylcy ustawili się w szereg, zagradzając im drogę w głąb lądu. Krzyczeli i potrząsali bronią. Shalt przyjrzała się im. Byli znacznie żywsi niż ona i jej Imassowie. Mieli wydatne żuchwy i wielkie zęby. Wszyscy wyglądali podobnie, być może wywodzili się z niewielkiej populacji wyjściowej. W dawnych czasach to często zdarzało się wśród jej pobratymców.
Członkowie jej grupy zaczęli znikać jeden po drugim, gdy nagle któryś z tubylców wydał okrzyk, który zrozumiała.
– Odejdźcie stąd, demony z dalekich stron!
Wszyscy Imassowie, którzy jeszcze zostali na miejscu, odruchowo wyciągnęli miecze. Tubylec krzyczał w języku Jaghutów. Shalt podeszła bliżej.
– Skąd znacie ten język? – zapytała w tej samej mowie.
– Jest nam znany od dawna, demonie – odpowiedział z szyderczym uśmiechem stary mężczyzna.
Znany? – pomyślała ze zdziwieniem. Jak to możliwe?
– Ostrzegano nas przed takimi jak wy – kontynuował. – Zabierajcie się stąd. Nie jesteście tu mile widziani.
Shalt uniosła podbródek. Z jednej strony jej żuchwy ciało dawno już odpadło. Znowu powęszyła. Zachwiała się, czując unoszącą się w powietrzu woń. Gdyby nie była z Imassów, mogłaby zemdleć, wstrząśnięta wyzwaniem, jakie rzucono samemu sednu jej jaźni.
– Plugastwo… – wydyszał J’arl, wypuszczając zimny podmuch.
Nie! – zawołała w myślach Shalt. To ludzie! Nie możemy wkroczyć na tę ścieżkę! Ona powiedzie nas ku zagładzie!
J’arl ruszył naprzód i Shalt zadziałała bez namysłu. Jej miecz przeszył kręgosłup w miejscu, gdzie szyja łączy się z barkami. J’arl osunął się na ziemię, choć wiedziała, że nie skończyła z nim całkowicie.
Wśród zebranych na plaży Imassów zapanował chaos. Wszyscy walczyli ze sobą. Krzemienne mieczy uderzały o siebie z głośnym trzaskiem. Przerażone ptaki zerwały się do lotu. Część grupy zgromadziła się wokół Shalt. Ustawiła ich w szereg, nakazując im bronić kłębiących się bezładnie tubylców.
– Uciekajcie z plaży! – zawołała do nich, parując jednocześnie uderzenie Gutha. – Uciekajcie!
– Nie zdołają się ukryć – zapewnił Guth, nie przestając jej atakować. – Jeśli my ich nie znajdziemy, zrobią to inni.
Jego również powaliła. Łkała, ale nie zaprzestała walki. Towarzyszył jej od wielu lat.
Przyjrzała się uważniej walce i ogarnęła ją rozpacz. Napastnicy znacznie przewyższali liczebnością obrońców. Nie bez powodu jednak uczyniono ją pierwszą grupy i walczyła dalej, nawet gdy wszyscy sojusznicy padali wokół niej. Wkrótce została sama. Cofała się zasypywana ciosami, odcinającymi kawałki wyschniętego ciała z jej kończyn i przecinającymi zbutwiałą, niewyprawioną skórę okrywającą ramiona. Znacznie przerastała umiejętnościami przeciwników, padających jeden po drugim pod ciosami jej dwuręcznego miecza o klindze tak cienkiej, że była półprzezroczysta. Obracała się i robiła uniki. Zgrabnie jak zielona gałązka.
Wreszcie otrzymała cios w głowę. Ostrze przebiło potylicę po prawej stronie. Choć jej czaszka została roztrzaskana, Shalt zdołała powalić ostatniego z atakujących, zawodząc głośno z rozpaczy, albowiem był to Bruj’el, silny jak byk wojownik i kuzyn jej partnera, którego straciła przed wielu stuleciami.
Zwróciła się w stronę ludzi. Czuła, że ożywiający ją duch opuszcza uszkodzoną powłokę cielesną. Traciła daną przez Tellann zdolność widzenia i stopniowo otaczała ją ciemność. Wypuściła miecz, by wesprzeć się na jednej ręce, i wydyszała swe ostatnie słowa do przyglądających się jej z bojaźnią ludzi.
– Ukryjcie się…
Kyle siedział na swym zwyczajowym miejscu w marynarskiej tawernie w Kevil w południowej Kobyle, zastanawiając się nad faktem, że jego zapas monet się wyczerpuje i pora zwiewać z cholernego zadupia, jakim był Korel. Ta kraina słynęła z wrogości wobec cudzoziemców. Gdyby miejscowi znaleźli ewidentnego obcokrajowca takiego jak on, rannego na ulicy, wielu zadałoby sobie trud, żeby go skopać i opluć.
Zwłaszcza że nosił rynsztunek znienawidzonych Malazańczyków.
Zamówił kufel piwa. Po pewnym czasie przyniesiono mu go, choć tylko dlatego, że udowodnił, że ma czym zapłacić. To jednak mogło wkrótce się skończyć. Zapewne mógłby sobie pozwolić na krótką podróż przez Cieśninę Czarnej Wody do leżącego na kontynencie Styggu. Wtedy pozostałaby mu jedynie krótka droga na południe, przez Wielkie Lodowe Pustkowia, do Stratemu, czyż nie tak? Na to z pewnością starczy mu pieniędzy. Zawsze mógł też wstąpić do kobylańskiej marynarki. Oni przynajmniej szukali rekrutów. Nie przyjęliby jednak cudzoziemca, a już zwłaszcza cholernego byłego Malazańczyka, uczestnika bitwy morskiej, w której wiele sławnych kobylańskich galer puścili z dymem malazańscy najeźdźcy i ich sojusznicy.
Popijał piwo, przeklinając katakańskiego kapitana, którego wynajął. Gdy tylko Pięść zniknął za horyzontem, skurwysyn zawrócił! Powinien był przystawić mu miecz do gardła i zmusić go do płynięcia na wschód. Zapewne nie zdołałby terroryzować całej załogi przez dwa tygodnie, ale przynajmniej wydostałby się z tej okropnej wyspy.
Cierpliwości, Kylarralu-tenie, synu Tula z Ludu Wiatru – powiedział sobie. Trafią się inne okazje.
Na Otchłań, może zjawi się tu jakiś cudzoziemski kupiec, który będzie musiał uzupełnić stan załogi. Zastanawiał się, jak długo będzie musiał na to czekać i czy wystarczy mu pieniędzy, gdy nagle ktoś usiadł na krześle naprzeciwko.
– Szukasz statku – stwierdził nieznajomy, krzyżując ramiona na piersi.
Miał na sobie płócienną koszulę, wystrzępioną i połataną, oraz spodnie o podobnym wyglądzie. Twarz ogorzała mu od wiatru i słońca, przybierając typową dla kobylańskich marynarzy ciemnobrązową barwę. U jego pasa wisiał na sznurku utkanym z włosów sztylet o rękojeści z poroża. W ciemnych oczach mężczyzny Kyle dostrzegał dezaprobatę i ledwie skrywaną wrogość, z reguły kierowaną przeciwko niemu, ponieważ krój jego skórzanego stroju, pas, pochwa oraz buty świadczyły, że jest jednym z niedawnych najeźdźców.
Skinął ostrożnie głową.
– Ale bez powodzenia.
– Reprezentuję Tulana Orbeda, kapitana Szczęścia Pani. Jest zainteresowany tym, co opowiadałeś o krainach leżących na wschód stąd, za Oceanem Krwawej Kobyły.
Twarz i ton mężczyzny świadczyły jednak jasno, że on nie podziela tego zainteresowania.
– Te krainy leżą tak blisko, że Ocean Krwawej Kobyły powinno się zwać cieśniną.
Marynarz pochylił się ku niemu nad okrągłym stolikiem, wysuwając do przodu pokrytą zarostem żuchwę.
– Posłuchaj, Malazańczyku. Kobylanie to najlepsi żeglarze epoki. Gdyby jakiś ląd leżał tak blisko nas, już dawno zostałby naszą kolonią.
Nie, jeśli masz na myśli ląd, na który pragnę dotrzeć, przyjacielu, odpowiedział mu w myśli Kyle. Nie wspomniał też o tym, że połączone floty Malazańczyków i Niebieskich Moranthów pokonały Kobylan i mogłyby mieć coś do powiedzenia na temat tego, czyi żeglarze są najlepsi. Pozwolił jednak sobie tylko na lekkie wzruszenie ramion.
– Co ma do powiedzenia kapitan Tulan Orbed?
Marynarz odsunął się, krzywiąc się z niezadowoleniem. Kiedy rozciągnął twarz, blizny na jego policzkach i podbródku zrobiły się upiornie białe.
– Pragnie spotkać się z tobą, by o tym pogadać. Chce, żebyś przyszedł na pokład.
– Kiedy?
– Dziś w nocy. Jutro. Kiedy będziesz miał ochotę – odpowiedział, powtarzając obojętne wzruszenie ramion Kyle’a.
– W porządku. W takim razie przyjdę dziś w nocy.
– Będzie wymagał zapłaty, zanim odbijemy od brzegu – ostrzegł go marynarz, ponownie wysuwając żuchwę.
Kyle wstał i rzucił monetę na blat.
– To już sprawa między mną a twoim kapitanem.
Opuścił tawernę, nie oglądając się. Marynarz nawet nie próbował ukrywać dezaprobaty. Nie mieli o czym rozmawiać. Ruszył w stronę nabrzeża, czy raczej serii nabrzeży. Przekonał się, że Kevil, podobnie jak wszystkie miasta Kobylan, jest właściwie tylko magazynem i bazą remontową dla ich nadzwyczajnych i ponoć niezatapialnych galer.
Może i nie da się ich zatopić, ale Moranthowie z pewnością udowodnili, że można je spalić, pomyślał.
Szedł po nierównym bruku głównego nabrzeża. Widniały na nim koleiny pozostawione przez stulecia ruchu pieszego i kołowego. Zewnętrzna powłoka wielu kamieni wytarła się, odsłaniając kremowobrązowy krzemień kryjący się wewnątrz. Choć nadszedł już wieczór, a niebo przesłaniały chmury, dym oraz mgła, dostrzegał majaczące sylwetki cumujących najbliżej statków. Wszystkie dumnie unosiły galiony wyrzeźbione na kształt fal, delfinów i oczywiście nieuniknionych w tej sytuacji kobiet.
No cóż… może teraz już nie były takie dumne.
Usłyszał za sobą powłóczenie nogami, świadczące, że niesympatyczny marynarz podąża za nim. Rozejrzał się i wypatrzył chłopaka wylegującego się pośród skrzyń i bel. Podszedł bliżej, ale chłopak zignorował go ostentacyjnie. Kyle odchrząknął.
– Szukam Szczęścia Pani.
Młodzieniec omiótł Kyle’a leniwym, posępnym spojrzeniem. Potem odwrócił wzrok.
– Jej pierwszy oficer jest o rzut noża za tobą.
– A gdzie jest jego statek?
Chłopak uśmiechnął się pogardliwie, skrzyżował ramiona na piersi i ułożył się wygodniej.
Spokój, Kyle – powiedział sobie. Spokój. Warto się na to narazić, by wreszcie uciec z tej krainy zaściankowych ignorantów.
Ruszył przed siebie.
Nagle dostrzegł po lewej jakieś poruszenie. Podszedł do niego pierwszy oficer. Kyle postanowił, że da mu jeszcze jedną szansę.
– Tędy, jak sądzę?
Mężczyzna milczał.
Mam rację czy nie?
Postanowił, że jeśli dotrą w ten sposób do końca nabrzeża, wrzuci skurczybyka do wody.
Kyle miał wrażenie, że milczący spacer ciągnie się bez końca. Wreszcie pierwszy oficer wskazał głową w bok.
– Szczęście Pani – wymamrotał z niechęcią.
Gdy sławnych kobylańskich galer nie wyciągano na ląd celem remontu, każda cumowała przy własnym slipie, obok pirsu umożliwiającego łatwy dostęp do tych długich, smukłych jednostek. Tego typu nabrzeże, długie na kilka mil, przypominało szereg potężnych zębów, gotowych wgryźć się w wody zatoki.
Na wysokim pokładzie rufowym dostrzegł pomarańczowy blask płonącego piecyka. Wszedł na długi statek, minął szereg wąskich siedzeń dla wioślarzy, dotarł do centralnej schodni i wszedł na górę po siedmiu wąskich stopniach prowadzących na otwarty pokład rufowy. Pierwszy oficer cały czas podążał za nim.
Ujrzał tam dwóch mężczyzn, starego i młodego. Obaj otulili się futrami, dla ochrony przed zimowym chłodem, i piekli nad piecykiem nadziane na patyki kawałki mięsa.
Starszy mężczyzna był potężnie zbudowany, jak odyniec. Głowę porastały mu gęste, czarne, kręcone włosy, a broda w niczym im nie ustępowała. Przyglądał się Kyle’owi, oblizując kolejno palce jeden po drugim. Jego smagłą twarz pokrywały blizny po wielu latach walk oraz ślady po narażeniu na słońce i deszcz. Młodszy miał bladą, gładką twarz. Kyle pomyślał, że jeśli pływał już kiedyś po morzu, to z pewnością krótko. Chłopak przeniósł spojrzenie ze starszego mężczyzny – może był on jego ojcem – na pierwszego oficera, potem na Kyle’a, aż wreszcie znowu spojrzał na starszego towarzysza.
– Jesteś tym cudzoziemcem, który opowiada o krainach na wschodzie? – zapytał brodacz.
– Tak.
– Ja jestem Tulan Orbed, kapitan Szczęścia Pani. – Wskazał wielką łapą na chłopaka. – A to jest mój bratanek Reuth.
– Kyle.
– A ta czarna chmura burzowa za tobą to pierwszy oficer Storval.
– Już się spotkaliśmy.
– Ha! Wnioskuję z twojego tonu, że z pewnością mówisz prawdę. Jest tak ponury, że nazywamy go Czarnym Storvalem. – Przywołał Kyle’a gestem. – Chodź. Usiądź, proszę. Bardzo rzadko oglądamy tu cudzoziemców. Opowiedz nam o świecie poza Pięścią. Widziałeś odległe brzegi na wschodzie?
Kyle’a zaskoczyło to kosmopolityczne podejście. Usiadł wygodnie, ale nieco z boku, by nie odwracać się plecami do nieprzyjemnego pierwszego oficera. Tulan zachichotał na ten widok i mrugnął znacząco.
– Jeszcze jeden róg i więcej ale, Storval – odezwał się nagle.
Mężczyzna skrzywił się jeszcze bardziej, ale skinął głową.
– Tak jest, kapitanie – odparł i ruszył w dół po schodach.
Tulan podał Kyle’owi patyk. Ten przyjął go, nadział na niego kawałek mięsa i uniósł je nad rozgrzanymi węgielkami piecyka.
– Widziałem.
Kapitan zerknął na bratanka.
– Zaiste. A jak się nazywa ta kraina?
– Jej południową część niektórzy nazywają Baelem. Północna zaś jest znana jako… – Przerwał na chwilę, zastanawiając się, czy w ogóle wymienić cholerną, okrytą złą sławą nazwę. Do licha z tym, pomyślał jednak. I tak nikt w Korelu jej nie zna. – Assail. – Kapitan raz jeszcze zerknął na chłopaka. Ten jednak obserwował z uwagą cudzoziemca. Na twarzy Kyle’a pojawił się lekki uśmieszek. Uświadomił sobie, że już o tym wiedzieli. Po prostu chcieli sprawdzić, czy ich okłamie. – Coś jeszcze?
– Gdzie byłeś? W porcie? Wyszedłeś na ląd?
Kyle skinął głową, jedząc kawałek gorącego mięsa. Wrócił Storval. Przyniósł trzeci róg i wielki bukłak.
– W mieście na wschodnim wybrzeżu. Nazywa się Kurzan.
Tulan ponownie zerknął na bratanka, a ten skinął głową.
Kyle omiótł spojrzeniem nieprzyciągającego uwagi chłopaka o krostowatej twarzy.
– Byłeś tam? – zapytał.
Młodzieniec zaczerwienił się mocno. Jego twarz niemal się zaświeciła. Potrząsnął głową.
– Reuth jest uczonym – wyjaśnił Tulan. – Ale szczególnego rodzaju. Zapłaciłem fortunę, żeby mógł przeglądać zakurzone tomy w Jasstonie i w Jourilanie. Prawda, Reuth?
Chłopak pokiwał energicznie głową.
Tulan wziął bukłak i wycisnął do rogu strumień ale, po czym podał go Kyle’owi.
– Jego pasją jest kartografia. Znasz tę gałąź wiedzy?
Kyle przyjął róg i skinął głową.
– Chodzi o mapy.
– Zaiste. Czuje się szczęśliwy tylko wtedy, gdy ślęczy nad zakurzonymi kartami. – Kapitan zerknął na młodzieńca. – W Jourilanie mają wielki, tajny skład map, skonfiskowanych z każdego statku, który kiedykolwiek przybił tam do brzegu albo się rozbił. Zgadza się, Reuth?
Chłopak pochylił się ku niemu z żywym zainteresowaniem.
– Tak. Nie mówisz z malazańskim akcentem – ciągnął, zwracając się do Kyle’a. – Skąd pochodzisz? Z Siedmiu Miast?
Kapitan uniósł rękę, jakby chciał zdzielić chłopaka na odlew.
– Nie teraz, niech cię grób Pani!
Młodzieniec skulił się trwożnie.
– Wybacz – warknął do Kyle’a Tulan. – Chłopak za dużo czasu spędza nad zwojami i zapiskami, a za mało w towarzystwie załogi. Niektórzy ludzie mogą nie być zadowoleni z pytań o przeszłość.
Kyle uśmiechnął się uspokajająco.
– Lubię ciekawość. Działa… odświeżająco.
Tulan roześmiał się chrząkliwie.
– W tych okolicach to zrozumiałe! – Wytarł zatłuszczone dłonie o futro. – Przejdźmy do rzeczy. Ile czasu potrzeba, żeby tam dopłynąć, według twojej oceny?
– Prosto na wschód? Myślę, że co najmniej dwa tygodnie. Przy sprzyjających wiatrach.
Kapitan ponownie zerknął na bratanka, który odpowiedział mu krótkim skinieniem głowy.
– Znakomicie. Kobylańskim żeglarzom taki rejs nie sprawi trudności.
Ale żaden z was tego nie próbował, pomyślał Kyle. Z drugiej strony może i byli tacy, co próbowali, tylko po prostu nie wrócili. Pociągnął łyk ale i skrzywił się z niesmakiem. Okazało się jeszcze gorsze, niż się tego spodziewał.
– Co jest waszym celem? Tylko eksploracja?
Tulan ponownie ryknął śmiechem, po czym odsłonił zęby w porozumiewawczym uśmiechu i pochylił się ku niemu.
– Nie gadaj, przyjacielu – rzekł cichym głosem. – Sam fakt, że pragniesz dotrzeć do wschodnich krain, dowodzi, że słyszałeś pogłoski.
– Pogłoski?
Kapitan usiadł prosto i zmarszczył brwi.
– Nie musisz być taki skryty. Jesteśmy Kobylanami. Kupcami i poszukiwaczami skarbów. Zaiste, na pokładzie swego statku mogę przyznać, że również łupieżcami i rabusiami. Nie musisz przede mną udawać.
Kyle nie miał pojęcia, o czym mówi brodacz. Zakręcił resztkami ale w rogu, zastanawiając się, czy nie wylać go za burtę. Pogłoski? Zawsze krążyło mnóstwo pogłosek o Assail, ale wszystkie raczej skłaniały do omijania tego miejsca. Pokręcił głową, nie spuszczając spojrzenia z brodacza.
– Wybacz, kapitanie, nie słyszałem żadnych nowych pogłosek.
Tulan ponownie skinął owłosioną dłonią na bratanka.
– Na cudzoziemskich bogów, człowieku! Nawet Reuth słyszał je w Kor! We wszystkich portach aż od nich kipi!
Kyle nadal kręcił głową.
Młodzieniec odchrząknął.
– Słówko, stryju, jeśli można?
– Słucham? – warknął poirytowany Tulan.
– Nasz przyjaciel jest tu obcy, tak? Nikt nie chciałby z nim rozmawiać na żaden temat, nie wspominając już o dzieleniu się najnowszymi wieściami czy choćby plotkami dla zabicia czasu.
Gęste brwi kapitana uniosły się, gdy zastanawiał się nad słowami chłopaka. Walnął rogiem w beczkę służącą mu jako stolik.
– Oczywiście! Nikt nie przekazałby takich wieści cholernemu cudzoziemcowi… wybacz, nie chciałem cię obrazić. – W ramach przeprosin sięgnął po bukłak z ale i Kyle był zmuszony nadstawić róg. – Za nasz rejs! – zawołał ze śmiechem Tulan. Płyn przelał się przez brzegi i spłynął na pokład. – To ofiara dla nowych bogów, którzy nadejdą. Choć po doświadczeniach z Panią wszyscy tutaj mają chyba dość bogów.
– Co to za wieści?
Tulan uniósł róg w toaście. Reuth podążył za jego przykładem i Kyle zrobił to samo, choć wzdrygał się na myśl o słonawym płynie.
– Za korzystne, hmm… przedsięwzięcie, przyjacielu. Wszyscy powtarzają, że w górach na północy krainy leżącej za Morzem Krwawej Kobyły odkryto złoto. Wielkie, szerokie, złotonośne pola. Tyle bogactwa, że może nas wszystkich uczynić królami.
Te słowa zdumiały Kyle’a tak bardzo, że odruchowo pociągnął łyk i był zmuszony przełknąć paskudny płyn. Bogowie! Złoto w północnym Assail? Taka wiadomość przyciągnie tysiące poszukiwaczy ze wszystkich krain. Zwłaszcza że dotarła nawet do izolowanego, zainteresowanego wyłącznie własnymi sprawami Korelu.
– Kiedy dokonano tego odkrycia? – zapytał, po czym odchrząknął i zakasłał.
Tulan zakręcił rogiem.
– Muszę przyznać, że minęło trochę czasu, nim wieści dotarły do nas. Najwyraźniej przynieśli je ludzie ze statku, który rozbił się na jourilańskim wybrzeżu. Pochodzili z jakiegoś zacofanego kraju zwanego Letherem. Dowiedzieli się tego z pierwszej ręki od załogi uszkodzonego statku, na który się natknęli i go… hmm… uratowali.
Kyle potrząsnął głową z niedowierzaniem.
– Opowiadali bajki, żeby ratować własną skórę.
Tulan mrugnął do niego.
– Też bym tak pomyślał. Ale podobne wieści przyniósł statek, który zatrzymał się w celu remontu na północnym wybrzeżu Pięści. Pochodził z Falaru, na północ od Malazu. Znasz ten kraj?
– Znam. Falarczycy to znakomici żeglarze.
– Tak. Opowiadali, że dotarli do wyspy oddalonej o rzut kamieniem od stałego lądu Assail i przekonali się, że prawie wszyscy mieszkańcy zniknęli. Całe wioski opustoszały. Pogadali ze staruszkami, którzy zostali na miejscu, a oni im opowiedzieli, że w Assail odkryto złoto. Wszyscy porzucili domy i wyruszyli go szukać.
– W takim razie jest już za późno – stwierdził Kyle, rozpościerając szeroko dłonie. – Po kilku miesiącach od odkrycia wszystkie warte eksploatacji działki są już zajęte.
Kapitan znowu mrugnął do niego. Ten ujmujący gest miał, zdaje się, oznaczać: „Tak powiadają, ale obaj jesteśmy bywałymi ludźmi i wiemy lepiej…”. Kyle poczuł sympatię do starego pirata. Sam w końcu przyznał, że tym właśnie jest.
– Ale to jest Assail – kontynuował Tulan, nakładając na patyk kolejny kawałek mięsa. – Wszyscy znamy opowieści o tej krainie. – Pewnie, że znamy, odpowiedział bezgłośnie Kyle i potrząsnął głową na myśl o tym, jakie są straszliwe. – Czyż nie tak? Tylko nieliczni dotrą żywi do pól, zgadza się? A jeśli chodzi o kwestie własności… no cóż…
Potężnie zbudowany mężczyzna wzruszył ramionami.
Kyle wiedział, że to wszystko prawda. Jeśli wierzyć opowieściom, nie istniała tam żadna władza państwowa, która mogłaby przyznawać prawa własności do działek albo pilnować ich przestrzegania. Z pewnością panował tam całkowity chaos. Jedyną władzą były uzbrojone bandy, odpowiadające wyłącznie przed sobą. Jeśli zaś chodzi o tych, którzy mieszkali w tych okolicach przedtem – watażków na małą skalę albo kieszonkowych tyranów nieustannie toczących ze sobą wojny – fala poszukiwaczy złota może ich zalać. Nie zdołają zabijać intruzów tak szybko, by powstrzymać nawałę, która wkrótce dotrze do ich brzegów.
Omal nie wylał reszty trunku, ale powstrzymał się na czas. Spojrzał na uśmiechniętego kapitana piratów.
– Masz zamiar znaleźć bogatą działkę, opróżnić ją, a potem przebić się z powrotem do Szczęścia Pani?
Tulan dmuchnął na gorące mięso, a potem zdjął je zębami z patyka.
– Nic tak bezpośredniego – odpowiedział. – Na krew bogów, człowieku, w twoich ustach to brzmi prawie jak ciężka praca. – Mrugnął do bratanka i pociągnął łyk z rogu. – Nic w tym rodzaju. Zastanów się. Nie mamy zamiaru grzebać w ziemi! Niech biedni pechowcy męczą się z przesiewaniem, płukaniem, transportem i tak dalej. My będziemy czekać blisko wybrzeża. W końcu wszyscy zapragną się wydostać z tego zapomnianego przez bogów zadupia. – Rozpostarł szeroko ręce dla podkreślenia oczywistości swoich słów. – A wtedy zabierzemy im złoto.
– Ach, rozumiem. Zgrabny plan.
Tulan uśmiechnął się z zadowoleniem.
– Dziękuję, przyjacielu.
– To znaczy, że masz ekipę.
– Tak. Piękną bandę morderców i najemników. Mamy nawet dziesięciu Sztormowych Gwardzistów, którzy są… Jak by to ująć…? Niezadowoleni z obecnego reżimu.
To zaniepokoiło Kyle’a. Najwyraźniej nie udało mu się ukryć swej reakcji, bo kapitan uniósł uspokajająco rękę.
– Rozumiem twoje obawy. Jesteś Malazańczykiem. Nie przejmuj się. To wszystko już przeszłość, tak? Teraz jesteśmy braćmi, wyprawiającymi się po to, by zdobyć bogactwo, tak?
Kyle rozciągnął usta w ostrożnym uśmiechu.
– Oczywiście. – Nagle nasunęła mu się nowa myśl. Spojrzał na Reutha. – Zatem znasz wybrzeże…
Chłopak zaczerwienił się i opuścił wzrok. Tulan pogłaskał się po głowie i uśmiechnął ze stryjowską dumą.
– Jestem pewien, że mamy najlepsze mapy poza Assail.
Reuth odważył się rzucić mu spojrzenie.
– Nazwy – wyszeptał. – Nie rozumiem tych nazw. Znasz je?
Kyle skinął głową. Te nazwy wypełniały historie opowiadane mu za młodych lat. Wszystkie mówiły o duchach.
– Gniew… Zniszczenie… Strach… Czarna Jama… Wybrzeże Cierpienia.
Tulan odchrząknął ze zrozumieniem.
– Jesteś młody, Reuth – stwierdził i uniósł nad piecykiem kolejny kawałek mięsa. – Możemy być ciemnymi prowincjuszami, mój drogi Kyle, ale znam trochę opowieści. Słyszałem o krainach, w których nadaje się dzieciom imiona takie jak „Dureń”, „Wesz”, nawet „Rozszczepiony Nos”. Wiesz, dlaczego są tacy okrutni dla swoich dzieci?
– Żeby odwrócić od nich uwagę bogów – odparł z uśmiechem Kyle. – Albo demonów.
– W rzeczy samej. Powiedz mi, mój drogi Kyle, gdybyś chciał władać jakimś miejscem, jak byś je nazwał?
Uśmiech przerodził się w krzywy grymas.
– Pewnie Raj. Albo Obfitość.
– Zgadza się. A gdybyś chciał, żeby wszyscy trzymali się od niego z daleka?
Tulan skierował pytające spojrzenie na bratanka.
Chłopak pokiwał głową.
– Rozumiem.
– A może rzeczywiście są okropne – zasugerował Kyle.
– Może i tak, przyjacielu – odparł Tulan i ryknął głośnym śmiechem, po czym znowu wytarł dłonie o już zatłuszczone futra i skóry.
– Będziesz nocował na Szczęściu Pani?
Kyle skinął dłonią na znak, że nie ma nic przeciwko temu.
– Masz ekwipunek? Mogę wysłać po niego Storvala.
– Dziękuję. Nie potrzeba.
Kapitan wskazał na niego.
– Potrzebujesz nowego miecza? Mamy mnóstwo.
Kyle nie potrafił się powstrzymać przed sięgnięciem do pasa, u którego wisiał owinięty w skóry miecz.
– Nie. Ten jest całkiem w porządku. Naprawię go.
Potężnie zbudowany mężczyzna wzruszył ramionami.
– Jak sobie życzysz. Storval wskaże ci koję. Odpływamy jutro z wieczornym odpływem, jasne?
Kyle wstał.
– W porządku. Dziękuję.
Pokłonił się kapitanowi. Zauważył, że Reuth nie może oderwać spojrzenia od owiniętego w skóry miecza u jego boku.
Zszedł na pokład dla wioślarzy.
– Storval! Ruszaj swój leniwy tyłek! – ryknął Tulan. – Znajdź dla niego koję.
Pierwszy oficer przeciągnął się i potarł powieki. Kyle zatrzymał się, trzymając dłonie na zamaskowanym mieczu. Zastanawiał się, czy ci dwaj znają opowieści o wojnie przeciw Pani. Opowieści o najeździe i o buncie. O malazańskim dowódcy Szarej Grzywie, zwanym Kamiennym Wojownikiem, o jego cudzoziemskim towarzyszu i o dwóch mieczach, szarym oraz białym. Szary zniknął. Trwał tylko w legendach. Nadal jednak krążyły pogłoski o noszonym przez cudzoziemskiego wojownika mieczu barwy kości słoniowej. Mieczu, który mógł przeciąć wszystko. Słyszał opowieści, w których zwano go Białym Ostrzem. Powiadano, że to oręż godny boga.
Te opowieści były bliższe prawdy, niż wydawało się tym, którzy je powtarzali. Kyle otrzymał ten miecz z rąk samego Króla Nieba Osserca i zaczynał podejrzewać, jaka może być jego prawdziwa natura. Te możliwości go przerażały. Dlatego nigdy nie spuszczał miecza z oczu i nikomu go nie pokazywał. To brzemię było klątwą. Cholerną klątwą. Tak właśnie mówił Szara Grzywa o swym kamiennym mieczu. Teraz Kyle rozumiał go doskonale.
Przycisnął owinięty w skóry oręż mocniej do boku. Storval wskazał zdawkowo na schody prowadzące w dół, do magazynu o niskim suficie.
– Możesz dzisiaj tu spać – warknął, a potem uśmiechnął się jak wilk. – Ale od jutra będziesz musiał wiosłować, cudzoziemcze. Co ty na to?
Kyle wzruszył ramionami.
– Lepsze to niż ląd.
Pierwszy oficer uśmiechnął się z szyderczym niedowierzaniem i wskazał na schody.
***
Blask nie chciała tego robić, ale dwa miesiące po powrocie z wyczerpującej, choć zakończonej sukcesem wyprawy do przeklętej krainy Jacuruku rozkazała kilku wybranym oficerom z Karmazynowej Gwardii spotkać się z nią w lesie na północ od Przystani w Stratemie.
Uświadomiła sobie, że ta decyzja wzbierała w niej już od pewnego czasu. Ostatnie miesiące niezdecydowania i bierności ze strony K’azza tylko ją przyśpieszyły. Cal-Brinn i Czwarta Kompania nadal byli uwięzieni w Assail i nie podejmowano żadnych kroków, żeby ich uratować. K’azzowi powiedziano nawet, że w tamtym regionie można znaleźć odpowiedź na pytanie o przyszłość Gwardii. Mimo to nadal nic nie robił. Nie wynajęto żadnych okrętów ani nie podjęto prób ich zbudowania. Ich dowódca po prostu znowu zniknął gdzieś w dzikim interiorze Stratemu.
To doprowadzało ją do furii. A także zasmucało. Nie zostawił jej wyboru. Musiała działać. To leżało w interesie Gwardii.
Zachowała jednak wystarczająco wiele zdolności do autorefleksji, by pomyśleć: „Tak przynajmniej sobie wmawiam”.
Niemniej kosztowało ją to miesiąc nieprzespanych nocy. Wątpliwości i wyrzuty sumienia nie chciały odejść. W czym była lepsza od Oprawcy? On również dawał wyraz niezadowoleniu z przywództwa K’azza, aczkolwiek w znacznie bardziej bezpośredni i stanowczy sposób.
Pochował swego dowódcę żywcem, by usunąć go z drogi. Zadawała sobie jednak pytanie, czy jej plan rzeczywiście jest lepszy. Uzurpacja zawsze pozostaje uzurpacją.
Trochę optymizmu, powiedziała sobie. Mogą mnie przeszyć mieczem, gdy tylko sobie uświadomią, co proponuję.
***
Gdy znalazła się na polanie, Blues już tam był. Stał samotnie wśród wysokiego zielska. Noc była bezchmurna. Niebo znowu pociemniało. Szlak Bogów przecinał jego grzbiet, jak zawsze w czasach przed przybyciem Gościa, z jego długim, łukowatym ogonem z płomieni. Słaby wiatr kołysał suchą trawą i muskał z szumem liście.
Na niebieskim napańskim obliczu Bluesa malowało się coś więcej niż niepokój. Stracił na wadze. Korelrijska ekspedycja była bardzo trudna, choć ona również zakończyła się sukcesem. Znaleziono Kratę i przywrócono go do Kompanii.
Przyniósł też kolejne wieści o Assail. Kiedy się rozstali, Cal-Brinn i jego kompania uciekali na północ. Uciekali. Cal-Brinn był jednym z najpotężniejszych magów w Kompanii. Adeptem Rashan i znakomitym szermierzem. Towarzyszyło mu około trzydziestu Zaprzysiężonych. A mimo to zmuszono ich do ucieczki.
Blues nie odezwał się ani słowem, choć przywitał ją skinieniem głowy. Zauważyła, że coś podejrzewa. Czy rzuci jej wyzwanie? Na jej twarzy pojawił się zgryźliwy uśmieszek. Uświadomiła sobie, że oboje mają broń. Blues zawsze miał gdzieś ukryte pałki, noże, bliźniacze miecze i nie wiadomo co jeszcze. Na bogów, był zbrojmistrzem Kompanii. Nawet ryba byłaby śmiertelnie groźna w jego rękach.
Blask, rzecz jasna, miała na plecach skryty w pochwie biczomiecz. Dwuręczna rękojeść wystawała zza jej lewego ramienia. Uświadomiła sobie, że może być jedyną pozostałą przy życiu osobą po mistrzowsku władającą tą bronią.
Wkrótce zjawił się Płatek. Jego przybycie nie przegnało kwaśnego uśmiechu z twarzy pierwszego mężczyzny.
Wiedziała, że Blues widzi w Płatku maga lojalnego wobec Oprawcy. Wykonywał inne zadanie i nie wędrował z nimi przez dżunglę Jacuruku. Nie doświadczył tego, co ona i Płatek. Bracia i siostry, którzy wyruszyli na wygnanie z Oprawcą, będą słuchali grubego maga. Musiała zbudować most nad przepaścią podejrzliwości dzielącą go od Bluesa.
Następny zjawił się Tarkhan i tym razem to Blask zacisnęła usta.
Nigdy go nie lubiła. Zawsze był człowiekiem Czepca, a teraz Czepiec wrócił… choć tylko w ciele. Na Kaptura, uwięził go Dom Azath! Kto wiedział, co mogło się dziać w jego szalonym umyśle? Jednakże to on był kluczem do lojalności Pierwszej Kompanii. Musiała go jakoś pozyskać.
Przysadzisty Wickanin przycupnął na skraju polany. W półmroku nie sposób było wyczytać czegokolwiek z jego szerokiej, płaskiej twarzy. Gdy przeniósł wzrok z niej na Bluesa i Płatka, w jego oczach pojawiły się błyski. On również przyszedł uzbrojony. U jego bioder wisiały dwa krzywe noże, tradycyjny oręż jego ludu.
Blask wzięła się w garść i wyszła na polanę. Myszy polne uciekały spod jej stóp, gdy przedzierała się przez gęstą trawę i kolczaste krzewy. Gdzieś między drzewami zahuczała sowa, podekscytowana tą masową ucieczką zdobyczy.
Gdy wszyscy czworo spotkali się pośrodku polany, żadne z nich się nie odzywało. Nie było takiej potrzeby. Blask wyczytała z ich twarzy, że domyślili się, w jakim celu ich tu wezwała. Z bólem ujrzała rozczarowanie w zasępionej minie Bluesa. Miała wrażenie, że drwiący uśmieszek Tarkhana mówi: „A ty powątpiewałaś w moją lojalność?”. Płatek splótł dłonie na potężnym brzuchu i opuścił wzrok, jakby nie chciał spojrzeć jej w oczy.
Niech to szlag! Czyżby już ich utraciła? Czy nikt jej nie poprze? Co jej w takim razie pozostało? Wygnanie?
Omal ich wtedy nie odesłała. Mogła już tylko zatrzymać się w połowie drogi. Po prostu dać wyraz niepokojowi. Zagrać rolę zatroskanej podkomendnej.
Z pewnością jednak zauważyliby, że zabrakło jej odwagi, i zatrzymała się na progu. Utraciłaby resztki ich szacunku. Dowiodłaby, że jest nie tylko nielojalna, lecz również tchórzliwa. Na myśl o tak wielkiej utracie zapragnęła zaczerpnąć tchu, ale na widok piątej, niezaproszonej postaci, która pojawiła się na polanie, zacisnęła mocno usta.
Czepiec miał na sobie swój podarty strój. Posuwał się naprzód dziarskim krokiem, a na jego twarzy widniał irytujący, przemądrzały uśmieszek. Blizny na jego szyi, pozostawione przez samego Tancerza, wyglądały, jakby świeciły w ciemności. Czarne, rozczochrane włosy opadały mu na twarz, ciemniejsze niż cienie nocy. Obdarzył wszystkich szalonym uśmiechem.
– Nie ma dla ciebie miejsca na tym spotkaniu – warknęła Blask. – Odejdź.
Wielki mag i dowódca skrytobójców Gwardii sprawiał wrażenie, że jej nie usłyszał. Rozglądał się po łące, jakby wybrał się na nocną przechadzkę.
– To godne pieśni – odezwał się nagle, całkiem od rzeczy.
Nagle powróciło wrażenie, że coś jej chodzi po skórze. Zawsze to czuła, gdy Czepiec był blisko.
– Czego chcesz? – warknęła. Nabrała odwagi, gdy zauważyła, że Tarkhan przesunął się lekko i potarł ramiona na widok swego dawnego dowódcy.
– Nie jesteśmy daleko od miejsca, gdzie kiedyś zdjęto inne maski – odparł nonszalancko.
– Co masz na myśli?
– To, moja droga Blask, że jesteśmy blisko miejsca, w którym Oprawca i ja przestaliśmy udawać, że poszukujemy K’azza, i postanowiliśmy przejąć dowództwo nad Gwardią.
Blask ścisnęło w gardle tak mocno, że nie była w stanie wykrztusić ani słowa. Skurwysyn! Co chciał osiągnąć? Równie dobrze mógł wbić jej nóż i zakończyć sprawę.
– Nie wierzę, by Blask mogła planować coś tak radykalnego – wychrypiał Blues. W jego głosie pojawiła się nuta ostrzeżenia. Przymrużył powieki, spoglądając na nią. – Przynajmniej Blask, którą znałem.
– Masz rację – przyznała. – Ale nie mogę też przyglądać się temu biernie. Obowiązek i lojalność mówią mi, że moją powinnością jest zwrócenie uwagi na fakt, że K’azz zaniedbuje swe obowiązki.
Czepiec ryknął szyderczym śmiechem. Blask z trudem oparła się pragnieniu wyciągnięcia biczomiecza i pozostawienia na jego szyi nowych śladów.
– Cisza – warknął Blues i spojrzał na Blask. – Podzielam twój niepokój. Co ty na to, Tarkhan?
Wickanin pochylił głowę na znak zgody.
– Ja też tak sądzę. Jesteśmy armią, ale nie zawieramy żadnych kontraktów. Pogrążamy się w bezczynności. W takim razie, kim naprawdę jesteśmy?
– A ty, Płatek? – zapytała Blask.
Masywny mężczyzna pociągnął się z namysłem za mięsistą dolną wargę. Zaczerwienił się, widząc skierowane na siebie spojrzenia, i pochylił głowę.
– Przyszedłem tu tylko jako obserwator – wyszeptał. – Nie mam prawa głosować nad żadną z tych spraw.
– Nad niczym nie głosujemy – odparł pośpiesznie Blues. – Przynajmniej w tej chwili. – Popatrzył na Blask. – Co proponujesz?
Spojrzenie zbrojmistrza przeszyło ją aż do szpiku kości. Zaczerpnęła tchu, żeby się uspokoić. To było tak, jakby czekał na jej choć najdrobniejszy błąd, na jedno niewłaściwe słowo. Poczułaby jego miecz wbijający się w jej serce, nim zauważyłaby, że się poruszył. Gardło Blask wypełniła suchość. Oblizała wargi, żeby je zwilżyć.
– Muszę oficjalnie postawić pytanie, czy K’azz jest w stanie wykonywać obowiązki dowódcy – zaczęła, czując się, jakby wydawała na siebie wyrok śmierci.
Dłonie Bluesa, spoczywające blisko zatkniętych za pas pałek, nie uniosły się. Spojrzenie czarnych oczu Tarkhana, błyszczących niczym obsydian, przeniosło się z niej na zbrojmistrza przesuwającego palce wzdłuż pasa. Płatek przestał się ciągnąć za wargę i znieruchomiał, zaciskając ją między palcami.
Po polanie poniósł się echem przeciągły i powolny drwiący śmiech. Blask skierowała spojrzenie na Czepca, wielkiego maga Gwardii. Pozostali również.
– Cisza – ostrzegł go Blues po raz drugi.
Mężczyzna pokłonił się w odpowiedzi.
– Wybacz. Proszę, mów dalej, moja droga Blask. Czy proponujesz, byśmy uczynili cię pełniącą obowiązki dowódcy, ponieważ K’azz, hmm, porzucił swe obowiązki?
– Nie proponuję niczego w tym rodzaju.
Z twarzy Czepca zniknął jadowity uśmieszek. Przechylił głowę ze zdziwieniem.
– Nie? Naprawdę?
– Nie. Proponuję, żeby obowiązki dowódcy przejął Blues.
Napański wojownik uniósł gwałtownie brwi.
– Chwileczkę, niech to Trake przeklnie.
– Nie mam nic przeciwko temu – odezwał się pośpiesznie Tarkhan i uśmiechnął się złośliwie, jakby zmieszanie Bluesa sprawiło mu wielką przyjemność.
– Ale ja mam – warknął Blues. – Nie zgadzam się. Zresztą to i tak nic nie zmieni.
Blask zmarszczyła brwi. Nie była pewna, co chciał przez to powiedzieć, wyczuła jednak prawdę w jego słowach. Przypominały jej coś, co usłyszała w Jacuruku.
– Co masz na myśli? – zapytała z namysłem, bliska strachu.
Wskazał na Czepca.
– To, z czego śmieje się ten szakal. Nie władasz magią, Blask. Nie rozumiesz tego. Nie ma znaczenia, kogo uczynimy dowódcą. Tego nie da się zrobić.
– W końcu to zrozumiałem – wyszeptał Czepiec. Jego uśmiech ponownie się poszerzył. – Śluby są wiążące.
Śluby? – zdziwiła się. Co on…? Niech to szlag! Przysięgaliśmy K’azzowi! On nam rozkazuje… dopóki wszystkich nas nie spotka kres? Nie ma ucieczki? Jesteśmy… bezradni? Dziwnie zakręciło się jej w głowie. Przed oczami pojawiły się mroczki. Podtrzymała ją czyjaś ręka. Bluesa. Podziękowała mu skinieniem głowy.
– W takim razie nic nie możemy zrobić – rzekła ledwie słyszalnym głosem. Te słowa niosły ze sobą rozpacz. Nie było dla nich nadziei.
– Przygotuj wszystko, Blask – rzekł łagodnym tonem Blues. – Zrobimy to. Wyruszymy do Assail.
– Kto powinien uczestniczyć w wyprawie?
– Ja muszę – odezwał się Czepiec. Na jego twarz powrócił szalony uśmiech.
– W takim razie ja również to zrobię – stwierdził Blues, łypiąc ze złością na wielkiego maga.
– I ja – dodała Blask, po czym spojrzała zapraszająco na Płatka.
Uniósł brwi z zaskoczeniem.
– Zrobię to, jeśli mogę. Sugerowałbym też Gwynna.
– Krata musi być z nami, oczywiście – oznajmił Blues. – A co z tobą, Tarkhan?
Człowiek z równin przesunął się na szeroko rozstawionych nogach, wyraźnie zakłopotany.
– Jeśli wszyscy odjedziecie, K’azz z pewnością znowu przekaże mi dowództwo w Stratemie. – Przygładził wąsy i skrzywił się z niesmakiem. – Tak to wygląda. Nie powierzy dowództwa ani tobie, ani Blask. Przypadnie ono mnie, choć go nie chcę i nie prosiłem o ten zaszczyt.
– Przykro mi, Tarkhan – odezwała się Blask. – Ale z drugiej strony ulżyło mi.
Wickanin prychnął lekceważąco.
– Musimy zabrać więcej ludzi – kontynuował Blues. – Jeszcze co najmniej dziesięciu.
Blask przytaknęła.
– To znaczy dwa ostrza. Ty weźmiesz jedno, ja drugie.
– Świetnie.
– A co z K’azzem? – spytał Płatek, nadal trzymając dłoń przy wardze.
Blues zbył te słowa machnięciem ręki.
– Może wyruszyć z nami albo nie. Jak sobie życzy. Nie zostawimy Cala na pastwę losu.
***
Mieszkańcy południowego wybrzeża zwali ją Zjawą, Obcą albo Tą, Która Rozmawia Z Wiatrem. Wiedziano o niej tylko tyle, że pojawiła się na tym odcinku wybrzeża parę lat temu i doszło wówczas do straszliwej bitwy. Umarli wstali z grobów i walczyli ze sobą cały dzień i całą noc. Wszyscy odtąd unikali tego miejsca. Przeklęto je nazwą Martwy Brzeg.
Z czasem szczęk oręża i krzyki walczących wróciły, by nękać okolicę. Czy to za dnia, czy w nocy mieszkańcy kryli się w chatach i padali na twarz przed ołtarzami, prosząc bogów i demony, by zostawili ich w spokoju.
Jednym z tych mieszkańców był Sumaran, syn Jirela. Był rybakiem. Pewnego dnia, gdy wiatr zaniósł jego łódź z pływakiem zbyt daleko od brzegu, ujrzał kobietę na własne oczy. Wędrowała sama po wydmach, jak opowiadali inni. Dotąd wątpił w ich słowa, ale teraz sam ją zobaczył. Jej długie włosy powiewały na wietrze od lądu, a wystrzępione szaty łopotały gwałtownie. Nagle znieruchomiała. Miał wrażenie, że zwróciła twarz ku niemu i zaczęła poruszać ustami, jakby coś mówiła, mimo że nikogo przy niej nie było. A może rzucała na niego zaklęcie. Uniósł rękę do serca i wykonał gest chroniący przed złem, a potem powiosłował tak szybko, jak tylko mógł.
Dzisiaj wiatr również porwał jego łódź i wyraźnie pragnął znowu zanieść ją na Martwy Brzeg. Obniżył maszt i wiosłował wściekle, ale nasilający się wicher ciągle popychał go w kierunku podwodnych skał strzegących tego fragmentu wybrzeża. Wyglądało to tak, jakby jakiś złośliwy bóg albo demon postanowił uczynić ten dzień jego ostatnim. Zadał sobie pytanie, czym właściwie wywołał ich gniew, i uświadomił sobie, że to mogło być cokolwiek. Poznał już kapryśność bogów, a demony i duchy z wybrzeża były jeszcze gorsze od nich. Przyszło mu nawet na myśl, że to może być zemsta Zjawy za to, że złamał tabu i widział ją przez moment.
Łódź ugrzęzła na skałach i Sumaran wypadł za burtę. Fale ciskały nim gwałtownie, aż przestał się orientować, gdzie jest góra. Zranił się w bark, uderzając o skałę. Pierś wypełniał mu ogień. Bezchmurne niebo patrzyło na niego złowrogo. Zaczerpnął głęboko tchu i fale znowu wciągnęły go pod powierzchnię. Uderzył ręką o piaszczyste dno i zdołał wstać. Kasłał, trzymając się za zraniony bark.
Powlókł się ku brzegowi, mimo że wiedział, iż z pewnością nie czeka go tam nic dobrego. To był Martwy Brzeg, którym władali umarli. Musiał stąd uciekać. Zerwał się do biegu, dysząc ciężko. Stopy grzęzły mu w wilgotnym piasku, bark przeszywał ból, a dłoń miał lepką od krwi.
Powtarzał modlitwy oraz błagania skierowane do bogów oraz duchów wybrzeża. „Proszę, pozwólcie mi stąd uciec! Proszę, odwróćcie wzrok!”. Jeśli dożyje świtu, złoży bogom w ofierze połowę dzisiejszego połowu!
Wkrótce błagania przeszły w łzy oraz przekleństwa. Jego stopy zrobiły się ciężkie i potykał się co chwilę. Oddech palił mu gardło. Widział niewyraźnie. Wstał po raz kolejny i powlókł się naprzód. Nagle pojawiła się przed nim jakaś postać, jakby stworzona z samej nocy. Rzucił się w bok, wrzeszcząc z przerażenia. Z góry spoglądała na niego wyschnięta twarz samej śmierci. Nie pamiętał nic więcej.
***
Obudziły go krzyki morskich ptaków. Słońce wstawało. Leżał na piasku. Przed nim widniały resztki ogniska. Poczuł ucisk i pomacał klatkę piersiową. Owiązano mu mocno bark kawałkiem tkaniny. Rozejrzał się przerażony. Gdzie się podziała śmierć? Myślał, że po niego przyszła. Być może to był tylko koszmar.
Ktoś pojawił się nagle wśród wydm. Sumaran naprężył mięśnie, gotowy uciekać, lecz nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Sparaliżował go strach. To była Zjawa. Wiatr targał jej długimi, splątanymi włosami. Miała na sobie koszulę i spodnie z niewyprawionej skóry. Narzuciła na nie podarte futro, łopoczące głośno w podmuchach bryzy. Zauważył, że jest stara i ma pomarszczoną twarz. Nosiła naszyjnik z wygładzonych kamyków, zielonych i niebieskich. Spojrzała na niego z góry. W czarnych oczach o twardym wyrazie nie dostrzegał współczucia.
– Lepiej się czujesz? – zapytała z dziwnym, archaicznym akcentem.
Przypomniał sobie, z kim ma do czynienia, i pośpiesznie opuścił wzrok.
– Czego ode mnie chcesz? – wyjąkał.
– Nie chcę od ciebie niczego. Nie musisz się mnie bać. Nie skrzywdzę cię.
Nie wiedział, jak na to zareagować. Co powinien jej powiedzieć?
– Dziękuję za uratowanie życia – wyszeptał, nadal opuszczając wzrok.
– Nie ma za co. Jeśli odzyskałeś już siły, możesz odejść. Jesteś z jednej z wiosek leżących na wschodzie, zgadza się?
Przełknął ślinę, by zwilżyć gardło.
– Tak.
– I jak mnie tam nazywają?
Nie odważył się powiedzieć jej prawdy. Zastanawiał się nad jakimś wiarygodnym zamiennikiem, aż wreszcie Zjawa zachichotała.
– Aż tak źle? – Pochylił głowę, jeszcze bardziej przerażony. – Mniejsza z tym – kontynuowała. – Rozumiem. To nie ma znaczenia. Powinieneś wrócić, zanim…
Przerwała nagle, jakby dopadł ją ból.
Sumaran odważył się na nią zerknąć. Wpatrywała się w horyzont. Przez chwilę odnosił wrażenie, że boi się bardziej od niego. Omal wtedy nie zapytał, co zauważyła, ale za bardzo obawiał się jej gniewu.
Wstał, pomagając sobie zdrową ręką. Nadal nie unosił spojrzenia.
– W takim razie… już sobie pójdę. Jeszcze raz dziękuję.
– Nie ma za co.
Ośmielił się jeszcze raz zerknąć na czarownicę. Nadal spoglądała w bok, mrużąc oczy. Jej usta wykrzywiły się w grymasie niepokoju. Przez moment Sumaran odnosił dziwne wrażenie, że to jestestwo wcale nie straszy na brzegu, ale go strzeże. Ruszył przed siebie, utykając lekko, ta myśl sprawiła jednak, że się odwrócił i spojrzał na nią.
– Czy mogę cię zapytać, jak masz naprawdę na imię?
Nadal gapiła się w stronę morza. Wiatr targał jej starym, połatanym futrem.
– Możesz mnie zwać Srebrną Lisicą – odpowiedziała.
Gdy już oddalił się na wystarczającą odległość, zaryzykował jeszcze jedno, pożegnalne spojrzenie. Kobieta nadal stała w tym samym miejscu. Spoglądała na wzbierające fale oceanu, splatając dłonie za plecami. Wydała mu się jeszcze bardziej samotna i smutna niż przedtem. Coś w niej przyciągało jego serce, gdy nagle zauważył, że nie jest już sama. Otoczyły ją inne postacie. Były mroczne, a ich zarysy wydawały się nieco zatarte. Dziwne sylwetki spowijały grube futra, a wokół nich powiewały długie, wystrzępione, zwierzęce skóry. Jedna miała na głowie sękate poroże.
Na ten widok rybaka przeszył zimny, atawistyczny dreszcz. Cofnął się. Znowu ogarnęło go przerażenie. Umarli. Jest smutną królową umarłych. Tylko pomyśleć, że gdyby utonął, stałby tam teraz z nimi!
Odwrócił się i uciekł. Musi ostrzec wszystkich! Nie sposób już było wątpić, że to naprawdę jest Martwy Brzeg!
***
Burl Tardin wiedział, że z pewnością nie jest pierwszym wśród niezliczonych korsarzy, rozbójników i zwyczajnych piratów na południowym wybrzeżu Genabackis oraz archipelagu zwanym Konfederacją Wolnych Miast, który usłyszał o odkryciu bogatych złóż złota na legendarnych północnych ziemiach Assail. Zdawał też sobie sprawę, że z pewnością nie jest pierwszym, który wyruszy na południe, narażając się na sztormy Morza Galatańskiego, a potem wypłynie na wpół mityczne Morze Nienawiści, jak zwano je w dawnych opowieściach. Wiedział też, że z pewnością nie będzie pierwszym, któremu uda się dotrzeć do celu, mimo wielkich kosztów i równie wielkiego ryzyka. Z pewnością będzie to osiągnięcie godne pieśni.
Upewnił się w tym, mijając wraki genabackańskich statków na czymś, co w tych samych starych pieśniach i opowieściach zwano „Wybrzeżem Morskich Rozbójników”.
Podejrzewał jednak, że może być jednym z pierwszych, którym udało się dotrzeć do wąskiego przejścia między skałami znanymi jako Strażnicy. Te skały i kręty szlak wiodący między nimi, zwany Groźnym Korytarzem, zamykały dostęp do śródlądowego Strasznego Morza, zwanego też niekiedy Morzem Strachu. Był przekonany, że jest pierwszym spośród swych rodaków, który dokonał tego prawdziwego cudu nawigacji.
A teraz jego statek Morski Atak stał unieruchomiony przez flautę na bladych, mlecznych wodach Strasznego Morza. Rzecz jasna, cała załoga złapała za wiosła, ale trudno było ocenić, jak szybko posuwają się naprzód w niemal nieustannej mgle, która nocą zasłaniała gwiazdy, a za dnia ukrywała nieznajomy brzeg. Wielu proponowało, by zaczekać, aż się rozproszy, ale Burl Tardin podejrzewał, że w tej niezwykłej krainie zdarza się to bardzo rzadko. Co więcej, gdy tylko przybijali do brzegu, by uzupełnić zapasy wody albo upolować trochę zwierzyny, byli atakowani przez wrogo nastawionych tubylców. Ich włócznie pozbawiły życia czterech członków jego załogi.
Ławice gęstej mgły unoszącej się w powietrzu niczym dym wyciągały ku nim lepkie ramiona. Mieli wrażenie, że w gęstych oparach majaczą jakieś sylwetki. Mogły to być inne statki, które również zgubiły drogę. Ludzie na bocianim gnieździe wołali do nich, ale odpowiadały im jedynie echa własnych głosów. Tak przynajmniej sądził Burl, choć powracające głosy dziwnie przypominały krzyki w obcych językach, wyrażające ostrzeżenie. Być może nawet panikę.
– Potwór morski! – ostrzegł pewnego ranka obserwator na bocianim gnieździe.
Burl omal nie rozkazał nieszczęśnikowi zejść na dół, ponieważ wzrok najwyraźniej wprowadził go w błąd, ale inni również zaczęli krzyczeć, wyciągając ręce za lewą burtę. Coś się do nich zbliżało. We mgle poruszała się długa i wysoka sylwetka.
Na wielkiego boga morza, smok morski! – zaklął w myślach zdumiony kapitan.
Mgła rozpadła się na skłębione kosmyki.
– Uwaga! Lód! – dobiegł z bocianiego gniazda przerażony głos.
– Odepchnijcie statek wiosłami! – ryknął Burl.
Załoga po prawej burcie zaczęła wciągać wiosła na pokład, podczas gdy ci po lewej unieśli swoje i się przygotowali. O cienkie drewniane kije otarł się ogromny fragment szmaragdowego lodu. Drewno pękało, a wioślarze stękali i krzyczeli z bólu, gdy uderzały ich odłamki wioseł. Hernen padł na pokład z roztrzaskaną czaszką, kiedy odłamany fragment uderzył go w skroń z przyprawiającym o mdłości wilgotnym trzaskiem.
Morski Atak zachwiał się nagle uderzony z boku. Kadłub zatrzeszczał, a wszyscy ludzie na pokładzie zwalili się na deski. Na pokład posypały się okruchy lodu. Buchały z nich obłoki pary.
– Sprawdźcie stan kadłuba! – rozkazał Burl, podnosząc się. – I usuńcie ten lód.
– Tak jest – odpowiedział pierwszy oficer Whellen.
Lodowy gigant nadal płynął, nawet nietknięty kolizją. Burl obserwował, jak ogromna góra lodowa w niesamowitym milczeniu pogrąża się z powrotem we mgle.
– Kadłub jest w porządku – zameldował pierwszy cieśla.
Burl skinął z ulgą głową.
Ich uwagę nagle przyciągnął krzyk bólu dobiegający ze śródokręcia. Whellen zamarł, gapiąc się na swe dłonie.
– Bogowie, co się stało? – zapytał Burl, podbiegając do niego.
Pierwszy oficer patrzył na swoje ręce, nie odzywając się ani słowem.
– Gadaj, człowieku! – warknął kapitan.
Mężczyzna uniósł wzrok i Burl wzdrygnął się przed tym, co zobaczył w jego oczach. Wydawały się całkowicie pozbawione świadomości.
– To parzy – wyszeptał z bojaźnią mężczyzna. – Ten lód parzy.
Osunął się na mokry pokład.
Burl rozkazał owinąć go w koce i zapomniał o nim. Musiał sprawdzić stan statku i zająć się załogą. Rozkazał wciągnąć na pokład zapasowe wiosła i zostawić te, które można było jeszcze naprawić. Nie mieli już kompletu i nawet gdy załoga wróci do wiosłowania, będą się posuwać naprzód wolniej niż dotąd.
Następnego dnia zauważyli statek. W pierwszej chwili był tylko nieruchomą sylwetką majaczącą we mgle. Kapitan rozkazał zbliżyć się do niego ostrożnie. Połowa załogi, która nie była zajęta wiosłowaniem, pobiegła po broń. Kiedy się zbliżyli, ujrzeli coś, czego Burl nigdy dotąd nie widział, podobnie jak nikt z jego załogi.
Długi i wąski statek był galerą, podobnie jak Atak, ale większą i o zamkniętym kadłubie, nie otwartym. Stał zatrzymany przez flautę, a żagle na jego jedynym maszcie zwisały bezwładnie. Na Burlu sprawiał wrażenie opuszczonego.
– Hej, statek! – zawołał.
Gdy nikt nie odpowiadał, rozkazał podpłynąć bliżej i przygotować mały oddział abordażowy. Miał nim dowodzić drugi oficer, Gaff. Whellen nadal leżał na koi, dotknięty jakąś tajemniczą chorobą.
Atak dotknął śródokręcia drugiej jednostki i ludzie Gaffa weszli na pokład. Burl i reszta załogi przyglądali się im uważnie, trzymając broń w pogotowiu. Nie musieli czekać długo. Grupa wróciła niemal natychmiast. Zsuwali nogi z wyższej burty długiego statku albo po prostu skakali w dół. Burl szukał wzrokiem Gaffa. Wszyscy byli cisi, a twarze mieli pobladłe. Wreszcie znalazł drugiego oficera i omiótł go spojrzeniem od stóp do głów.
– Słucham?
Gaff tylko potrząsnął głową. Nie był w stanie nic powiedzieć. To było niepokojące. Burl przypomniał sobie reakcję Whellena na dotknięcie lodu. Drugi oficer z drżeniem otarł rękawem błyszczące od potu czoło i poruszył grdyką, jakby próbował przełknąć żółć.
– Jest pusty – zdołał wykrztusić. – Wszyscy odeszli.
Burl przesunął spojrzeniem po kołyszącym się na falach statku. Na jego linii wodnej nagromadziło się mnóstwo wodorostów i pąkli, jakby galera stała tu od wielu lat.
– Nie żyją? Jak zginęli?
– Nie zginęli, kapitanie. Odeszli. Nie ma tam nikogo, żywego ani martwego. To statek widmo.
– Coś się z nimi stało? Jakiś wypadek?
Drugi oficer potarł ramiona, jakby zmarzł. Nadal nie spuszczał spojrzenia z drugiego statku.
– Nie, kapitanie. To wyglądało tak, jakby cała załoga po prostu wstała i opuściła statek. Na wpół zwinięte zwoje lin. Posiłki na stole. Jeszcze świeże.
– Świeże? Jak to możliwe? Był jakiś dziennik?
Gaff potrząsnął głową.
– Nie sprawdzaliśmy, kapitanie.
– Nie sprawdzaliście? Bogowie i demony, człowieku! Wracajcie na pokład i znajdźcie dziennik pilota.
Gaff pokręcił głową.
– Nie, kapitanie. Ten statek jest przeklęty. Musimy stąd odpłynąć.
Burl miał ochotę kazać im wracać po zapasy i wodę pitną, zauważył jednak, że wszyscy pokiwali głowami, wspierając słowa drugiego oficera. Zauważył, że niektórzy wykonują znaki chroniące przed złem. I dostrzegł w ich oczach coś w rodzaju atawistycznego strachu. Sam był marynarzem i wiedział, że takie przesądy potrafią się zakorzenić bardzo głęboko. Zdawał też sobie sprawę, że dowodzi nimi tylko dzięki ich zgodzie. Dlatego skinął pogardliwie ręką i wymamrotał:
– Proszę bardzo. Jak sobie życzycie.
Gaff skinął stanowczo głową i odwrócił się ku swoim ludziom.
– Niczego ze sobą nie przynieśliście, tak? Bardzo dobrze. Nie możemy się narażać na klątwę. Odpływamy! – zawołał do reszty załogi. – Łapać za wiosła!
– A co to za klątwa, Gaff? – zapytał Burl, gdy cudzoziemski statek zniknął we mgle niczym widmo.
– Morze Strachu, kapitanie. Podobno doprowadza ludzi do szaleństwa.
Burl słyszał podobne opowieści i pieśni. Historie o statkach porzuconych z tajemniczych powodów. Pozbawionych załogi skorupach unoszących się na falach. Do tej pory traktował je z lekkim niedowierzaniem. Dlaczego załoga miałaby porzucić nieuszkodzony statek? Z pewnością przypłynął z jakiegoś pobliskiego portu. Być może urwał się z cum. Niemożliwe, by cała załoga skoczyła nagle do wody!
Słyszał jednak, że jego ludzie szepczą między sobą. Powtarzali stare, krążące od niepamiętnych czasów historie o klątwach. Ciągle powtarzali szeptem: „Straszne Morze”, „Morze Strachu”, „Straszliwe Morze”.
Ten strach zawisł nad statkiem niczym otaczająca ich gęsta mgła. Przyszło mu na myśl, że może już być za późno. Możliwe, że wystarczy jedno przypadkowe spotkanie z niezwykłością, żeby skazić umysł i wyobraźnię. I na tym właśnie polegała klątwa.
***
Syn Ormana Bregina uważał, że ma szczęście, że żyje. Dorastał nieopodal Loku, w zimnym cieniu Włości Krwi Lodu. Jedynym, co znał, była ciężka harówka na nieurodzajnej, kamienistej glebie. On, jego rodzina i sąsiedzi, a także wszyscy mieszkańcy Loku. Wiedział, że wysocy mieszkańcy Wielkich Domów na górskich stokach nazywają ich pogardliwie ludźmi z nizin. Sami tak mówili o tych, którzy mieszkali w nadmorskich królestwach. Wszystkie te górskie lasy i doliny, aż po łańcuch Gór Soli, były dla nich zakazane. Klany Krwi Lodu zazdrośnie strzegły swych Włości i nieustannie walczyły między sobą o granice. Intruzów, ludzi z nizin takich jak on, ich członkowie po prostu zabijali, nie zadając żadnych pytań.
Rzecz jasna, jego rodacy również toczyli wojnę, starając się odeprzeć ataki przeklętej Krwi Lodu i zniszczyć ją całkowicie.
Jego lud wygrywał tę walkę. Tak przynajmniej mówiono „Pod Białą Łanią”. Miasteczka rosły, a ich miejscowy baron, P’tar Długoręki, rezydował bezpiecznie w swym długim domu.
Tak przynajmniej wyglądało to przed ostatnim atakiem. Orman omal się do niego nie przyłączył. Większość jego przyjaciół tak zrobiła. Długoręki osobiście dowodził akcją. Prawie pięćdziesięcioro uzbrojonych mężczyzn i kobiet wyruszyło na wyprawę, by wytropić Klany Krwi Lodu i puścić z dymem ich Wielkie Domy.
Wróciło tylko dwunastu ludzi. Długoręki był wśród nich, choć odniósł poważne rany. Żaden z przyjaciół Ormana nie ocalał. „Pod Białą Łanią” wiele mówiono przyciszonymi głosami o magii Krwi Lodu. Mieszkańcy gór poruszali się w lesie niepostrzeżenie niczym duchy i walczyli jak tchórze, atakując tylko nocą i znikając bez śladu.
Baron nie opuszczał teraz swego domostwa i przezwano go Krótkorękim. Orman spodziewał się, że wkrótce zastąpi go nowy władca. Zawsze tak było. Gdy tylko miejscowy król, królowa albo baron tracili siły i nie byli już w stanie utrzymać tego, co zdobyli, przychodził ktoś inny i odbierał im władzę.
Może będzie to król Ronal Bękart z Opończy. Orman słyszał, że przekroczył on Strumień Kata i zbudował nową osadę z drewna wysokich sosen z Włości Bainów. Mówiono też, że trzyma na stole słój z zamarynowaną głową Shii Baina, wodza klanu.
Orman raz jeszcze pogratulował sobie, że żyje. W ostatnich latach od miasteczka do miasteczka wędrowały wieści o bogatych złożach złota odkrytych wysoko w Górach Soli, głęboko we Włościach Krwi Lodu.
Z początku wszyscy, których znał, traktowali te pogłoski z niedowierzaniem. Jezioro na południe od nich nazywano Morzem Złota i z pewnością stąd wzięło się całe to zamieszanie. Starcy powiadali, że to już się kiedyś zdarzyło. Jakiś debilny cudzoziemiec zauważył nazwę jeziora na starej, zakurzonej mapie i nagle cała zgraja cholernych durniów przybyła tu, sądząc, że wystarczy im wyciągnąć rękę, by zdobyć wielkie bogactwa.
Potem jednak dotarły do nich wieści o cudzoziemcach przybywających na południowe wybrzeże. Początkowo był to tylko wąski strumyk. Garstka jasnowłosych ignorantów, których łatwo można było się pozbyć. Potem zaczęły się zjawiać całe bandy. Niektórzy nawet wyruszyli w głąb lądu, ignorując wszelkie ostrzeżenia. Niektórzy wrócili jako głowy przerzucone przez strumienie albo nadziane na paliki przy leśnych ścieżkach.
Teraz jednak mówiono, że do nizinnych królestw przybywają całe statki wyładowane obcokrajowcami. W jedną noc na brzegach Morza Złota wyrosły dwa nowe miasteczka. Słyszał też opowieści, że granice Półwyspu Kości zamknięto przed intruzami i wybuchła prawdziwa wojna.
Pewnego dnia późną nocą zjawił się Gerrun Krótka Goleń, przysiadł się do Ormana na ławie „Pod Białą Łanią” i zaczął powtarzać pogłoski o złocie. Orman słuchał tych bzdur przez pewien czas – Gerrun, ze swymi złotymi kolczykami i filcowymi koszulami nabytymi od kupców z nizinnych królestw, stanowczo za bardzo lubił ale.
Orman lekceważył jego słowa do tego stopnia, że minęło sporo czasu, nim w pełni dotarło do niego znaczenie tego, co usłyszał. Gerrun i bracia Reddinowie wyruszali na wyprawę ze Starym Niedźwiedziem. Czy zechciałby się do nich przyłączyć?
Każdej innej nocy zignorowałby to głupie gadanie. Jednakże imię Starego Niedźwiedzia skłoniło go do zastanowienia. To był jeden z ostatnich pozostałych przy życiu myśliwych polujących w górskich dolinach. Ponoć swobodnie wędrował po Włościach Krwi Lodu. Powiadano, że przed laty – kiedy jeszcze miał dwoje oczu – służył jako wynajęty włócznik Klanowi Pięt. Bracia Reddinowie – Keth i Kasson – byli wśród jedenastu ludzi, którzy wrócili żywi z wyprawy z Długorękim. Obaj byli poważni i tak małomówni, że tylko niewielu wiedziało, który jest który.
– Dlaczego ja? – zapytał krótko Orman, wspierając przedramiona na stole po obu stronach skórzanego kufla.
Gerrun poruszył gwałtownie głową, pojmując sens tego pytania. Pociągnął pośpiesznie łyk ale i otarł usta.
– Stary Niedźwiedź mówi, że znał twojego ojca. Oto powód. Powiedział nawet, że ciebie też spotkał.
Orman skinął głową. To było wiele lat temu. Jego ojciec był zaprzysiężonym sługą poprzedniczki Długorękiego, Eusty. Zwano ją Eustą Chorą, ponieważ ciągle coś jej dolegało. Był strażnikiem granicznym i czasami zapuszczał się nawet na Włości Krwi. Parę razy zabrał ze sobą Ormana.
Opowiadał mu o duchach. Już pierwszej nocy, gdy kulili się razem przy niewielkim ognisku, wyjaśnił mu, że Włości Krwi Lodu są ich pełne. Straszyły tu duchy zmarłych przodków wszystkich klanów – Piętów, Bainów, Mówiących i tak dalej. Czasami, szeptał ojciec, pochylając się ku niemu z wielką włócznią zwaną Dziczym Zębem na kolanach, jeśli ktoś wytężył słuch, mógł je usłyszeć.
Później Orman rzeczywiście je usłyszał. A przynajmniej tak mu się zdawało. Wzywające go głosy, dobiegające z samej ziemi. Włości Krwi Lodu mówiły do niego. Teraz, gdy cofnął się myślą o jakieś pięć lat, zadawał sobie pytanie, czy to wszystko mogło być wytworem jego wyobraźni. Być może wydawało mu się, że je słyszy, ponieważ ojciec mu to zasugerował.
Zażartował sobie z podatnego na wpływy chłopaka.
Przypominał sobie, że podczas jednej z tych wypraw spotkał Starego Niedźwiedzia. Zawdzięczał on to przezwisko wielkiej kudłatej skórze, w którą się odziewał. Głowę zwierza nosił na swojej niczym kaptur. Gnijąca niewyprawiona skóra cuchnęła już wtedy. Lepiej sobie nie wyobrażać, jak śmierdziała teraz. Chyba że stary dureń znalazł sobie nową.
Miał wrażenie, że rozumie, co chciał mu powiedzieć Niedźwiedź. Wiedział, że ojciec oprowadził Ormana po niżej położonych dolinach Włości. I przekazał mu to tak, że jego posłaniec, Gerrun, nie miał pojęcia, o co chodzi.
Pociągnął długi, powolny łyk, by dać sobie czas na zastanowienie. Rozejrzał się po mrocznym wnętrzu oberży. Było już późno i ogień na kamiennym kominku tlił się słabo. „Pod Białą Łanią” zostali tylko regularni klienci, garstka tych, którzy zapłacili za przywilej spędzenia nocy na pokrytej słomą podłodze razem z szukającymi odpadków psami. O ile potrafił to ocenić, nikt nie zwracał szczególnej uwagi na nich dwóch.
Stary Niedźwiedź zbierał grupę, która wyruszy na poszukiwanie złota. Ale po co mu grupa? Świetnie znający góry weteran mógł z łatwością dotrzeć tam w pojedynkę. Być może z upływem lat udało mu się znaleźć trochę samorodków… z pewnością odkrył bogate złoże warte kopania.
Nagle go olśniło. Stary Niedźwiedź spodziewał się konkurencji. Sądził, że już niedługo, być może z nadejściem wiosny, wśród wzgórz zaroi się od poszukiwaczy złota – mieszkańców nizin i cudzoziemców, łupieżców i pospolitych złodziei. Wszyscy będą walczyć ze sobą o działki, samorodki i złoty pył.
Lepiej zjawić się tam przed nimi. Wszyscy oni – Orman, bracia Reddinowie i Stary Niedźwiedź – odwiedzali już Włości Krwi Lodu. Z pewnością nie był to przypadek. Wszyscy poza Krótką Golenią. A może on również? Zerknął ukradkiem na Gerruna, nie przestając się rozglądać po prawie już opustoszałych ławach oberży. Krótkiej Goleni nigdy nie brakowało pieniędzy na ale, choć nie miał własnej ziemi ani nie pracował dla innych. A co z jego złotymi kolczykami? I z grubą skręconą bransoletą ze złota na jego nadgarstku? Jeśli się nad tym zastanowić, jak to możliwe, że było go stać na takie rzeczy? Być może znał pewne górskie strumienie, w których kilka dni przesiewania mogło zapewnić utrzymanie na wiele lat.
Odchrząknął, spluwając w dłoń.
– Zgoda – wyszeptał. – Gdzie się spotkamy?
Gerrun uśmiechnął się i pociągnął długi łyk, po czym otarł pianę z wąsów.
– Znasz obozowisko pod Skałą Poroża? Za Sosnowym Mostem?
– Tak.
– Zatem jutro.
Orman skinął głową i dokończył ale. Kiedy wstał, Gerrun skinął na oberżystę, Osta, zamawiając kolejny kufel.
Droga do gospodarstwa stryja była długa i zimna. Jemu i matce pozwolono tam zamieszkać po śmierci ojca. Siąpił lodowaty deszczyk. Śnieg pod butami był twardy. Nocą wszystko zamarzło. Nocne niebo znowu przecinał Wielki Lodowy Most, świecący groźnym blaskiem. Ostatnio przyćmiewało go światło Cudzoziemca, czy może Intruza, jak zwali go niektórzy. Ludzie zapewniali, że zwiastuje to koniec Klanów Krwi Lodu, ale to błogosławieństwo ich nie spotkało. Idąc po zamarzniętym błocie, zastanawiał się, czy teraz wszyscy uznają to wydarzenie za omen gorączki złota i zmiażdżenia klanów przez hordę cudzoziemców, o ile rzeczywiście dotrą tak daleko na północ. W tym sensie można to było rzeczywiście uznać za omen, bez względu na to, co się wydarzy.
Otworzył drzwi przewiewnej chaty, którą z niechęcią oddał im stryj, po czym podszedł do skrzyni ustawionej pod tylną ścianą. Usunął z wieka zbierające się na nim ślady codziennego życia – trociny, stare kawałki juty, wełny i płótna, które jego matka zszywała i cerowała, żeby zrobić ubrania. W drewnianej misce, którą sam wystrugał, postukiwały teraz guziki, haczyki, szydła oraz igły, wykonane przez niego z kości bądź poroża. Potem otworzył skrzynię i wydobył z niej skórzany strój ojca, zwinięty i związany pasami.
Nozdrza wypełniła mu silna woń ojca – zwierzęcy tłuszcz i dym pomieszane z sosnową żywicą i ziemią. Zapach górskiego lasu.
– Odchodzisz – dobiegł go zza pleców głos matki.
Odwrócił się.
