Arno : Cień Płonącej Góry - Kajetan Dziuda - ebook

Arno : Cień Płonącej Góry ebook

Kajetan Dziuda

0,0

Opis

Arno to młody kowal, który marzy by zostać rycerzem. 

Po owianej tajemnicą śmierci ojca, z trudem samodzielnie prowadzi kuźnię. Nadzieję na spełnienie marzenia daje mu turniej rycerski.

Gdy poznaje tam zbyt bystrą dla jej własnego dobra księżniczkę Ofelię, Arno zostaje wciągnięty w intrygę polityczną i wyrusza na przygodę, której się nie spodziewał.

Czeka go podróż pełna nie tylko magii oraz mitycznych bestii, ale też przyjaźni i rycerstwa.

Podróż, która zaprowadzi go w stronę miejsca, gdzie zginął jego ojciec…

Podróż do Płonącej Góry.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 280

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



www.wydawnictwoxxv.pl

Redaktorka prowadząca: Ewa Majkusiak-DziudaRedakcja: Ewelina Biernaś

Korekta: dr Karolina Wanda RutkowskaProjekt mapy: Wojtek OdrońProjekt okładki, skład i łamanie: Agnieszka Terczyńska, Studio Grafpa, www.grafpa.pl

WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONERadom 2026Wydanie I

ISBN papier: 978-83-964699-5-3 ISBN e-book: 978-83-964699-4-6

Dla Ewy, bez ciebie ta historia zostałaby w szufladzie

Prolog

Gdy otoczyły ich płomienie, królowa Jadwiga wiedziała, że poprowadziła swoich poddanych na misję, z której nie ma powrotu. Nieważne, jak dobrze wyszkoleni byli jej rycerze. Nieważne, jak szczegółowo opracowali taktykę ataku. Wszystko straciło znaczenie, gdy stanęli oko w oko ze smokiem.

– Moja królowo, to ostatnia szansa, aby się wycofać – powiedział trzęsący się jak dziecko rycerz w zbroi zdobionej herbem z czarnym niedźwiedziem. Choć był najwyższy i najsilniejszy spośród towarzyszących królowej wojowników, to w jego głosie pobrzmiewała trwoga.

– Bernardzie…

– Nalegam. Odejdźmy – dodał ciszej, by inni nie słyszeli. – Nikt tutaj nie liczy się bardziej od nas.

– Wiedzieliśmy, na co się piszemy, Bernardzie.

– Wasza wysokość…

– Za późno już na wątpliwości.

– Jako twój narzeczony…

– Ani przez chwilę nie myśl, że nasze zaręczyny były czymś więcej niż polityczną zagrywką. Nigdy cię nie kochałam i ostrzegałam, że nigdy nie pokocham. Bliskość śmierci tego nie zmieni. To nie na twoich skroniach spoczywa korona, więc racz pamiętać o swoim miejscu.

Lord Bernard spuścił głowę i nie odważył się już spojrzeć na królową.

Jadwiga nie dbała o to, kto ją usłyszy. Zauważyła zmieszane reakcje rycerzy – od uśmiechów pod nosem po blade ze strachu twarze – i wyszła przed szereg. Miała przed sobą pięć tuzinów najdzielniejszych mężczyzn jej królestwa. Zebrani byli u stóp wulkanicznej góry, nad którą wisiała ponura chmura popielnego dymu. Wyróżniający się złotym hełmem Fryderyk zajął miejsce przy królowej.

– Jeśli wasza wysokość zechce posłuchać rady lorda Bernarda, poprowadzę atak i dam wam szansę na bezpieczny odwrót.

– Myślisz, że pozwolę ci zgarnąć całą chwałę dla siebie? Za nic nie opuszczę cię w takiej chwili, przyjacielu.

Fryderyk skinął głową i wrócił do szeregu, by wysłuchać jej przemowy z pozostałymi.

– Rycerze Illvion. Dziś nadszedł dzień naszej największej próby. Ardor od miesięcy terroryzuje obywateli znajdujących się pod naszą ochroną. Nie myślcie o tym, co możecie dziś stracić. To wam nie pomoże. Kierujcie swe serca ku pokoleniom dzieci, które wychowają się w świecie wyzwolonym spod jarzma smoka. Niech Yeralindon i Aura nagrodzą wasze poświęcenie miejscami przy niebiańskiej uczcie. Za Illvion!

– Za Illvion! – odpowiedział jej gromki krzyk rycerzy.

Euforia w tłumie natychmiast zgasła, gdy usłyszeli przerażający ryk wydobywający się z wulkanicznego szczytu. Unieśli tarcze i łuki. Czekali w gotowości. Wpatrywali się w podnóże góry, gdzie znajdowała się ogromna szczelina, z której pochodził dźwięk. Czekali, aż Ardor do nich wypełznie.

Prosto w naszą pułapkę, pomyślała niecierpliwie królowa Jadwiga.

Niepokój narastał. Ryki z wewnątrz dudniły echem po wyrytym w skale korytarzu, lecz gad wciąż się nie pokazywał. Z otchłani dobiegały jednak coraz głośniejsze kroki. Ardor był coraz bliżej. Musiał być coraz bliżej.

Przecież to zbyt wielka bestia, by nie było jej widać w tak ciasnym korytarzu. Chyba że…, zastanawiała się królowa.

– Nad nami!

Cały garnizon spojrzał w górę, gdzie po zboczu pędził w ich stronę smok. Wielki jak warownia i straszniejszy od najgorszego koszmaru Ardor zostawiał za sobą tylko chmurę wulkanicznego pyłu.

– Salwa! – Gardło aż zakłuło Jadwigę od wykrzyczanej komendy.

Ustawiony z tyłu formacji rząd łuczników zwolnił naciągnięte cięciwy. Świst strzał wycelowanych w nacierającego Ardora napełnił serca nadzieją.

Może mamy jeszcze szansę. Może śmiertelnie go zranimy lub przynajmniej spowolnimy…

Smok rozłożył przednie łapy, prezentując skrzydła. Dwa ogromne, pokryte łuską żagle. Zebrały powietrze i uniosły jego cielsko. Ardor bez najmniejszego wysiłku przeleciał nad salwą strzał, i nie pozwalając nawet łucznikom naszykować się do kolejnego ostrzału, spalił cały ich rząd swym piekielnym wydechem.

Wylądował pośród płomieni. Brudnożółte kły wyzierały z jego gasnącej paszczy. Smok runął na rycerzy, szykując do uderzenia masywne szpony skrzydlatej łapy.

– Teraz!

Rycerze wyciągnęli liny zwieńczone metalowymi harpunami, które dotychczas chowali za tarczami. Rzucili nimi, przebijając rozwinięte skrzydła smoka. Rozbiegli się na dwie strony i boleśnie rozciągnęli ramiona wściekłej bestii.

Jadwiga chwyciła za złoconą rękojeść swojego miecza i wysunęła ostrze. Klinga błyszczała w słońcu razem z rubinami zdobiącymi jelec. Królowa rozpędziła się i wybiła z wystającego z ziemi kawałka skały. Rzuciła się na smoka, celując w jego odsłoniętą pierś. Jeśli ten potwór nie ma serca, przynajmniej przebiję jego płuco.

Ku rozczarowaniu wszystkich poza Ardorem, jego łuska okazała się być perfekcyjną zbroją. Jeden z rycerzy puścił linę i odepchnął lądującą na ziemi królową, by zamiast niej dać się pożreć smokowi.

– Na niebiosa… – Władczyni nie zostało już nic poza zwróceniem się do bogów.

Ardor szarpnął raz w jedną, raz w drugą stronę, aż uwolnił przebite skrzydła. Zaatakował szponem Jadwigę, ale ta w ostatniej chwili odskoczyła na bok i pozwoliła, by uderzenie smoka rozłupało skałę. Widziała, że nie zdąży uniknąć następnego ciosu, lecz nie zamierzała dać bestii satysfakcji. Spojrzała w wielkie ślepia ze wściekłością, jakiej wystraszyłby się niejeden śmiertelnik.

Uratowała ją czyjaś klinga, zbijająca na bok łapę Ardora. Głowa rycerza, który stanął między nią a smokiem już miała zostać pożarta. Uniósł on jednak precyzyjnie tarczę, klinując ją między zębami opadającej na niego paszczy. Osłona, choć pogięta, przetrwała atak. Wściekły smok łupnął w rycerza szponami, po czym odskoczył, plując ziejącymi z pyska płomieniami.

Lord Bernard wykorzystał sytuację i uciekł przez pozostawioną przez smoka prześwit w ogniu. Jadwigi wcale to nie zdziwiło. Bernard zawsze był kanalią, a nie prawdziwym rycerzem.

– Ty tchórzu! Wy, reszta, ani mi się ważcie za nim podążać. Chrońcie waszą królową! – Głos Fryderyka napełnił jej serce dumą i cierpieniem. Gdzieś głęboko w duchu pragnęła, żeby jej najbardziej lojalni rycerze opuścili pole bitwy i wrócili żywi do swoich rodzin.

– Za Illvion! – Wojownicy rzucili się na smoka.

Królowa poczuła się, jakby serce jej zamarzło i roztrzaskało się na tysiąc kawałków. Poznała rycerza, który uratował jej życie. Wszędzie by go poznała.

– Roland – szepnęła, niedowierzając.

Uśmiechnął się, po czym zakasłał. Po jego gęstej brodzie ściekała strużka krwi. Leżał na ziemi. Jego zbroja była wgnieciona, wbita w jego klatkę piersiową.

– Nie miało cię tu być – powiedziała królowa.

– Nigdy bym cię nie zostawił, wasza miłość. Nie w takim momencie – odpowiedział z trudem.

Klęknęła przy nim i ścisnęła jego dłoń.

– Nie tak to miało wyglądać. Nie po tylu latach rozłąki. – Otarła łzy.

– Też za tobą tęskniłem, wasza miłość. – Wzrok Rolanda zaczął odpływać w stronę nieba.

– Nie rób tego. Podnieś się. To rozkaz!

– To dobry chłopak, Jadwigo. Żałuję, że go nie poznałaś…

– Roland… Roland! – Mimo krzyków królowej jego dłoń osunęła się na ziemię.

Jadwiga załkała nad jego martwym ciałem. Gdy po trwającej wieczność chwili podniosła głowę, zobaczyła, że smok został otoczony. Rycerze cięli go mieczami z każdej strony. Bestia jednak, nawet przytłoczona, była od nich silniejsza. Z każdym krzykiem padających wojowników władczyni trudniej było podnieść się na nogi. Z natłoku emocji wyrywała ją dłoń Fryderyka.

– Przepraszam, zawiodłam was. To z mojej winy zginiecie.

Mężczyzna rzucił szybkie spojrzenie za siebie. Otoczony smok chwilowo cofał się pod naporem atakujących.

– Jeszcze nie. Został jeszcze plan…

– Nie – przerwała mu. – Nie dam rady…

– Widziałem, jak z małej dziewczynki wyrastasz na królową dumnie rządzącą królestwem Illvion. Tylko ty nam pozostałaś. Nie ma innego wyjścia.

– Chcę zostać. Pomóc wam.

– Wiedzieliśmy, na co się piszemy.

– Fryderyku… dziękuję za twoją służbę.

Doświadczony rycerz nie był w stanie powstrzymać samotnej łzy spływającej po jego policzku.

– Żyj z honorem. Zgiń z honorem – szepnął, unosząc ostrze swojego miecza. – Biegnij, moja królowo. Biegnij!

Jadwiga otarła łzy i popędziła w stronę skalnego korytarza, prowadzącego do serca Płonącej Góry. Wykasłując piekący płuca dym, modliła się do dwunastu bogów panteonu, by mieli w opiece jej wiernych gwardzistów. Jeśli nie teraz, to przynajmniej w zaświatach.

•

Ardor wyszedł jej na spotkanie. Jadwiga czekała na niego, klęcząc na środku legowiska i opierając się na mieczu. Gigantyczna sala wypełniona była kamieniami szlachetnymi, orężem, zbrojami i innymi skarbami, zebranymi w stosach pod bocznymi ścianami. W najgłębszej części jamy kryło się wielkie jezioro magmy. Królowa starała się uspokoić oddech.

– Twoi ludzie nie żyją.

Chropowaty, wdzierający się pod skórę głos smoka zaskoczył ją, lecz nie miała zamiaru zaszczycić gada odpowiedzią.

– Raniliście mnie, a to rzadko udaje się ludziom. Przyznaję, zaimponowaliście mi. Choć jeśli ci rycerze byli najlepszym, co masz do zaoferowania… twoje królestwo należy już do mnie.

Władczyni podniosła się i odrzuciła miecz na bok. Mroczny uśmiech przeciął pysk Ardora.

– Nareszcie. Czy to nie jest prostsze? Wasz opór nigdy nie miał sensu.

Jadwiga zdjęła metalową rękawicę i zerwała ukryty pod nią łańcuszek. Na jego końcu znajdował się mały, niebieski kryształ.

– Dobrze. Pierwszy z wielu darów, które wręczycie mi jako waszemu władcy.

Królowa zacisnęła na nim dłoń i skupiła wszystkie myśli na obezwładnieniu smoka. Gorąca energia pulsująca z minerału przeszyła jej żyły i rozeszła się po całym ciele. Oczy błysnęły złotym blaskiem.

Ardor warknął niezadowolony. Ruszył w jej stronę, ale nie był wystarczająco szybki. Z wolnej dłoni Jadwigi wystrzelił rozproszony, jasnozłocisty promień światła.

Smok został na chwilę oślepiony. Niczym opętany rzucał się na boki, licząc, że trafi przeciwniczkę. Kobieta ciężko dyszała, zmęczona rzuceniem czaru bardziej, niż się spodziewała. Spojrzała na niszczącego wszystko wokół siebie gada i ponownie zacisnęła dłoń na kamieniu. Skupiła się jeszcze mocniej. Tętniąca energia znów ją wypełniła – tym razem piekła znacznie bardziej. Jej oczy ponownie błysnęły, lecz teraz pomarańczowym światłem, przechodzącym w intensywny róż.

Łańcuszek zaczął rosnąć. Z każdą sekundą był większy i już po chwili stał się dla niej zbyt ciężki. Puściła go i przyglądała się z satysfakcją, jak masywne metalowe ogniwa pełzną niczym wąż w stronę smoka. Wbiły się jedną stroną w tylne łapy bestii, a drugą głęboko w ziemię, na środku legowiska.

Ardor odzyskał częściowo wzrok – na tyle, by trafić przeciwniczkę. Królowa została odrzucona daleko w tył i zatrzymała się dopiero na skraju jeziora magmy. Z bólem zauważyła, że upuszczony przez nią kryształ tonie w gęstej, płomiennej tafli.

Smok uderzył szponami w łańcuch. Raz. Drugi. Trzeci. Nie zostawił nawet zadrapania. Wgryzł się w ogniwa swoimi potężnymi kłami. Również bez skutku. Wściekły zaczął wciągać powietrze, które zapaliło się w jego płucach i zaskwierczało w gardzieli.

Jadwiga była już kompletnie wyczerpana bólem i nadludzkim wysiłkiem. Poświęcenie jej rycerzy nie poszło na marne. Wiedziała, że jej poddani będą bezpieczni.

Ardor zbliżył się do niej, szykując się do zionięcia ogniem, lecz przed jej oczami pojawiło się tylko wspomnienie radosnej twarzy kilkuletniej córki. Ofelia – jej bystre dziecko, klejnot narodu.

Królowa podniosła się i spojrzała prosto w rozwścieczone oczy smoka. Żałowała wielu decyzji, które podjęła przez lata. Patrząc jednak na rosnący płomień, który zwiastował jej rychły koniec, uśmiechnęła się delikatnie i wróciła myślami do płaczącego niemowlęcia, które lata temu trzymała przy piersi.

Rozdział 1

Ciche skwierczenie żaru rozchodziło się po kuźni. Niosło się z pieca, który wypełniał pomieszczenie pomarańczową poświatą. Arno kończył szlifować miecz, gdy usłyszał męski głos.

– Arnoldzie… – rzekł Roland.

– Tak, tato? – zapytał niewinnie.

Ojciec nie odpowiedział. Przyglądał mu się tylko ze smutną miną.

– Co jest nie tak? – dopytał Arno.

Roland zamknął oczy. Łzy pociekły po jego policzkach. Złapał się za klatkę piersiową i zaczął krzyczeć, jakby poddawano go najboleśniejszym torturom.

– Tato?! – wrzasnął Arno.

Płomień począł trawić ciało Rolanda – rozchodził się od serca, przez kończyny, aż po twarz.

– Nie! – Młodzieniec krzyczał tak długo i tak rozpaczliwie, że w końcu zapomniał, kiedy i dlaczego zaczął. Istniał w czarnej, bezkresnej próżni, póki kąśliwy dotyk światła nie jął łaskotać jego twarzy, wgniecionej w puchową poduszkę.

– Ugh… muszę załatać wreszcie ten kafelek – burknął, podnosząc się.

Podsunął się do krawędzi materaca i opuścił nogi, pozwalając, by zwisały z kamiennej półki. Była to część pieca. Starego, wygaszonego i smutnego. Kuźnię wypełniała jedynie delikatna, błękitna poświata.

Arno zerwał się na równe nogi i odruchowo zapragnął opowiedzieć ojcu o swoim śnie.

Zamiast tego wbił wzrok w puste łóżko we wnęce. Zbierająca kurz, wygnieciona pościel aż prosiła się o poprawienie. Nieważne, ile czasu minęło, Arno i tak nie był w stanie zrozumieć, że on tu stoi, a jego ojciec… Myśl ta nadal kłuła zbyt głęboko, by wypuścić ją na wierzch.

Osiemnastoletni chłopak chwycił czerstwą, nadgryzioną kromkę chleba. Chciał popić ją wodą z dzbanka, ale zaraz się rozmyślił. Przypomniał sobie, że wczorajszej nocy, gdy kończył formować ostrza do sztyletów, zgasił je właśnie w dzbanku. To ojciec zawsze pamiętał, żeby przygotować wodę do chłodzenia metalu.

Arno spojrzał na dziurę w dachu i prześledził wzrokiem wdzierający się przez nią promień słońca. Padał prosto na łóżko, a to mogło oznaczać tylko jedno. Już południe.

– Na niebiosa – wyszeptał.

Przeklął zbyt silny czar rzucony na niego przez księżycowego króla Yeralindona.

Wysunął spod ściany drewnianą taczkę. Kopnął ją, by potoczyła się za nim wzdłuż półek, po czym zaczął zbierać z nich gotowe na handel narzędzia i drobną broń. Nie mógł powstrzymać uśmiechu. Jego ostatni pomysł był naprawdę dobry – dwa dodatkowe kółka z tyłu sprawiały, że nie musiał łapać uchwytów oburącz, by przesunąć taczkę.

Po wypełnieniu jej po brzegi dociążył zawartość ciężkim kowalskim młotem. Marne zabezpieczenie towaru, ale w pośpiechu wydało mu się to przebłyskiem geniuszu.

Musiał się spieszyć na rynek, zanim ten rozgadany bęcwał Wilfred i dolnorzeczny chałturnik Bonifac sprzedadzą swoje badziewia wszystkim klientom.

Arno podzielał zdanie ojca, że młot jeszcze nikogo nie czyni kowalem. A jednak sukces tych dwóch półgłówków dowodził, że ludzie nie wiedzą, na co wydają swoje ciężko zarobione złoto. Wystarczyło tylko spojrzeć – ich szmelc rozlatywał się po kilku tygodniach. Może właśnie na tym zarabiali? Na powracających, naiwnych klientach?

Tfu, kowal, który tak traktuje klienta, nie ma krzty honoru, przemknęło mu przez myśl.

Trzasnął drzwiami i wyszedł na ulicę.

Illvion było najpiękniejszym miastem, jakie kiedykolwiek widział. Co prawda nie widział żadnego innego, ale trudno mu było wyobrazić sobie, że ktoś chciałby opuścić stolicę królestwa. Od wielkiej rzeki Casperii, którą skały rozdzielały na dwa strumienie, po przepełnione ludźmi drewniane krętowiska – wszędzie widział tylko piękno.

Prowadził taczkę wąskimi ścieżkami, między gęsto ustawionymi budynkami. Większość ludzi zgubiłaby się w tym labiryncie, ale nie Arno. On wychował się na tych ulicach, znał każdy zakamarek dzielnicy rzemieślniczej i każdy sprawdzony skrót.

Przepraszając przechodniów, wypadł z taczką na strome, kamienne schody. Bogowie musieli nad nim czuwać – nie spadł nawet najmniejszy drobiazg. Sunął teraz po równej ścieżce i mijał ogromne kolumny, za którymi kryły się przejścia do podwieszonych pod dachem balkonów. Dalej wyrastała świątynia Dwunastu – ogromna i niepodobna do niczego innego. Na wielkim placu przed nią stały jedynie posągi gwiezdnych rodziców: Yeralindona i Aury oraz ich dziesięciorga dzieci. Zadaszone kolumny wyznaczały granicę świętej przestrzeni.

Z opowieści Rolanda Arno dowiedział się, że to miejsce było pozostałością tyranicznego imperium Durlamów, którzy niegdyś rządzili Illvion. Oczywiście zanim nastał Czas Bohaterów i pierwszy król Calderon Wielki poprowadził ludzi podczas rebelii przeciwko imperatorowi Xenowi Dziesiątemu. Młodzieniec uwielbiał tę historię, mógł jej słuchać bez końca.

Z piskiem, trąc kołem po bruku, skręcił za świątynią i wjechał na ogromny, drewniany most, prowadzący do centralnego wzgórza. Ta część Illvion była kulturowym sercem miasta. To tutaj górował nad wszystkim królewski zamek.

Zmęczony ciągłym pchaniem taczki, Arno zatrzymał się na chwilę. Odwrócił się i spojrzał na dachy rozciągające się za świątynią Dwunastu. Z tej perspektywy dzielnica rzemieślnicza wyglądała dostojnie. Nawet dla jej mieszkańców, którzy wiedzieli, jak ciężkie jest tam życie. Daleko za miastem, u źródła rzeki, wznosił się samotny szczyt, z którego nieustannie unosił się dym.

Płonąca Góra.

Zawsze rzucała złowrogi cień na ziemie Nollar.

Ruszył dalej i wjechał na szczyt mostu, a potem na szeroką, czystszą drogę prowadzącą do rynku. Budynki nie cisnęły się tu już jak w biedniejszych częściach, tylko stały w równych liniach. Nawet obcy bez problemu zauważyłby, że wszystkie drogi prowadziły do centrum wzgórza. Właśnie tam znajdował się największy w królestwie rynek. Zjeżdżali się tu handlarze z najbardziej odległych miejsc. Najbogatsi kupcy odwiedzali stragany regularnie, a lokalni sprzedawcy byli dumni, że reprezentują miasto.

– Hej, uważaj! – krzyknął ktoś.

– Zwolnij!

Arno pędził wśród kolorowych kramów, potykając się o za duży fartuch.

– Czy ten dzieciak nigdy się nie nauczy? – Kowal rozpoznał znajomy głos Bonifaca.

Chłopak zacisnął zęby. Gdyby tylko ten pajac spędził choć chwilę na uczeniu się zawodu…

Nagle szeroko otworzył oczy. Po obu jego stronach rozciągał się tłum ludzi, a on jechał wprost na wielką kałużę. Był zbyt rozpędzony, by wyhamować. Gdyby zaś skręcił, ktoś by ucierpiał. Pozostało mu tylko jedno: ominąć dziurę przy krawędzi. Już wyglądało na to, że plan się uda. Już mijał kałużę… gdy noga wślizgnęła mu się pod wodę.

– Nie, nie, nie, nie… – szepnął.

Stracił równowagę, a taczka ściągnęła go na bok.

Puścił ją i runął w stoisko z przyprawami. W powietrze wzbiła się wielokolorowa chmura. Kaszląc, Arno wymachiwał rękoma i próbował rozgonić przyprawowy obłok.

– Noż, na niebiosa… – zaklął.

Taczka zaś potoczyła się dalej – wprost do otwartej stajni. Nagle te dodatkowe kółka przestały wydawać się tak dobrym pomysłem.

Młodzieniec rzucił się za nią, kaszląc i przepraszając właściciela straganu jedynie gestem dłoni. Na szczęście teren tuż przed budynkiem wyrównywał się i taczka zaczynała zwalniać. Rozpędzony Arno wyskoczył i złapał uchwyty tuż przed stajnią. Udało się!

Tyle że nagłe zatrzymanie sprawiło, że jej zawartość poleciała do przodu.

Lżejsze narzędzia przeleciały tuż nad łbami źrebaków obserwujących sytuację zza bramy. Masywny młot, obciążający wcześniej narzędzia, uderzył w kłódkę i roztrzaskał ją na kawałki. Chłopak przeskoczył taczkę i starał się zastawić rozchylające się przejście, by żaden z podekscytowanych młodych koni nie wykorzystał okazji do ucieczki. Z jednej z zagród wychyliła się korpulentna kobieta.

Znał ją, odkąd pamiętał. Nie widział więc żadnego powodu, by kłamać. Posłał jej pełne skruchy spojrzenie.

Urszula cisnęła w głąb zagrody kilka marchewek, a zwierzęta natychmiast pobiegły za nimi.

– To powinno kupić nam trochę czasu – rzekła.

Otworzył usta, by ją przeprosić, ale Urszula nie dopuściła go do głosu.

– Przepraszasz? Znowu nie twoja wina, co, Arno?

Arno zaczął zbierać rozrzucone narzędzia, a Urszula sprawnie zawiązała węzeł blokujący bramę stajni.

– Zaraz to naprawię – wybełkotał.

– Byle szybko… – odpowiedziała, po czym z uśmiechem dodała: – Nie powinieneś był otworzyć warsztatu kilka godzin temu?

– Zaspało mi się… trochę… odkąd ojciec… – Oczy Arno zaszkliły się. – Myślałem, że prowadzenie warsztatu samemu będzie łatwiejsze.

– Wszyscy za nim tęsknimy. Uwierz mi, z czasem będzie tylko łatwiej – powiedziała opiekuńczym tonem.

Kowal już chciał jej odpowiedzieć, gdy z zewnątrz rozbrzmiał ryk trąb. To mogło oznaczać tylko jedno. Królewski orszak.

Rozdział 2

Na widok koni, a zwłaszcza ich jeźdźców, w tłumie zapanowało podekscytowanie. Zdarzało się, że królewski gwardzista, a czasem nawet dwóch, wychylił się z zamku. Niespotykany był jednak przemarsz wszystkich dwunastu. Tuzin zbrojnych na zadbanych rumakach dominował nad zebranymi przechodniami. Odziani byli w bliźniacze, błękitne zbroje. Przewodził im długowłosy brunet o krótkiej brodzie, wyróżniający się powiewającą srebrno­-białą peleryną. Pozostali gwardziści ustawieni byli za nim w formacji diamentu.

Arno nie mógł oderwać wzroku od połyskującego w słońcu zwoju trzymanego przez kapitana. Urszula szepnęła mu do ucha:

– Niech mnie Casperia porwie. Gerard zmężniał, odkąd go ostatnio widziałam.

– To nie może być Gerard. Nie ma czarnej zbroi.

– Przywdziewa ją tylko na turnieje. Dzisiejsza okazja musi się prosić o oficjalny strój rycerski.

Utworzony przez gwardzistów diament eskortował grupę najważniejszych figur królewskiego dworu. Najbardziej wyróżniał się wśród nich gruby, ale rosły mężczyzna, poruszający się powoli, niczym niedźwiedź uwięziony w ciele człowieka. Jego ogromny płaszcz ze skóry jakiegoś zwierzęcia o białym runie dodawał objętości jego już i tak ponadprzeciętnej sylwetce.

– Lord Bernard? – zapytał Arno.

– Mhm. Wszędzie rozpoznam tego tchórza – odpowiedziała Urszula.

– To on przeżył Płonącą Górę?

– On jeden uszedł z życiem. Niestety.

Zza dominującej tuszy Lorda Bernarda wyłoniła się młoda kobieta, nie starsza niż Arno. Na jej czole błyszczała osadzona we włosach bladozłota tiara. Chłopak przyglądał się jej uważnie, jakby przypominała mu kogoś znajomego.

Księżniczka skierowała wzrok w jego stronę i przez króciutki moment, zdający się trwać wieczność, kowal stał jak spetryfikowany, podtrzymując jej spojrzenie. Dopiero nagłe, ostre szarpnięcie Urszuli za fartuch ściągnęło go na kolana.

Przerażony uświadomił sobie, że jako jedyny nie klęknął na czas. Głupi, głupi, pomyślał. A jednak coś w nim kazało mu jeszcze raz podnieść wzrok i spojrzeć przed siebie. Księżniczka odpowiedziała na ten mały akt odwagi delikatnym uśmiechem.

Orszak królewski znikł wśród setek ludzi gromadzących się na środku rynku. Zmieszany Arno spojrzał na górujący nad tłumem pomnik królowej Jadwigi. Posąg ukazywał ją z mieczem w jednej ręce oraz z przyciśniętym do piersi niemowlęciem w drugiej. Urszula zauważyła jego markotną minę.

– Leć za nimi – powiedziała.

– A kłódka?

– Sama się nie naprawi. Ale zaczeka. – Puściła mu oko.

– Dzięki!

– Jak pewnie się domyślasz, moje więzy są mocniejsze niż… – urwała nagle, gdy zorientowała się, że po chłopaku został jedynie fartuch. – Tylko pamiętaj tu wrócić! – krzyknęła, podnosząc szorc z ziemi.

Ale Arno już dawno zniknął w tłumie.

•

Księżniczka Ofelia nie lubiła wystąpień publicznych. Nie dlatego, że bała się przemawiać do innych – co to, to nie. Marne były szanse na znalezienie w Nollar kogoś bardziej od niej zakochanego w brzmieniu własnego głosu. Od dwóch lat, odkąd jej matka poprowadziła wyprawę na smoka, nie potrafiła powstrzymać się od myślenia o niej, gdy widziała swoich poddanych. Znów to robię, przyłapała się na tej myśli. Starając się odzyskać skupienie, spojrzała na drewniane podium rozstawione pod pomnikiem. Pomnikiem królowej Jadwigi. Pff, mama tak nie wyglądała. Bernard tyle lat starał się o jej rękę, a nie mógł nawet zapłacić artyście zdolnemu uchwycić siłę i troskę, które zapamiętała z jej prawdziwej twarzy.

Miałaś o tym nie myśleć, skarciła się ponownie. Skup się na misji.Misji… Jasne.

Jej misją było stać i wyglądać. Bo przecież nie można oczekiwać, że Bernard pozwoli księżniczce, prawowitej i jedynej dziedziczce tronu, wygłosić przemowę. Graniczyłoby to z cudem. Choć oficjalnie jej matka przyjęła kiedyś jego oświadczyny, Ofelia wiedziała, że była to wyłącznie polityczna zagrywka. Taka, która nie miała zakończyć się ślubem, a jedynie uspokoić głosy ludu, który z niezrozumiałego dla niej powodu nie wierzył kobiecie samodzielnie rządzącej królestwem.

To jednak nic nie zmieniło. Gdy Bernard wrócił z wyprawy na Płonącą Górę, wmówił wszystkim, że to jemu królowa powierzyła rządy nad Illvion podczas swojej nieobecności. I wszyscy uwierzyli słowu najwyżej postawionemu lordowi. Ofelia zaś była jeszcze dzieckiem, więc nazywał się jej ojczymem, choć nigdy nie zdobył się względem niej nawet na najmniejszy rodzicielski gest.

Lord Obrońca Illvion. Ten tytuł byłby kiepskim żartem bogów. Gdyby oczywiście istnieli,pomyślała Ofelia.

Wtedy przestała w nich wierzyć. Doszła do wniosku, że gdyby byli prawdziwi, nie pozwoliliby na tak wielką niesprawiedliwość. Dopiero po dwóch latach obwiniania się zrozumiała, że Bernardowi chodziło wyłącznie o władzę. Niech się nią nacieszy. Jeszcze tylko rok i zgodnie z prawem Illvion tron będzie mój.

– Ekhem – odchrząknął Lord Bernard, wskazując palcem miejsce między koniem a schodami prowadzącymi na podium.

Gerard niechętnie skłonił głowę. 

– Natychmiast, sir – powiedział beznamiętnie.

Zdjął swoją lśniącą pelerynę i położył ją we wskazanym miejscu. Bernard zeskoczył na nią i całym ciężarem swojego cielska wgniótł ją głęboko w błoto.

Upokorzony gwardzista spojrzał w stronę Ofelii z wymuszonym uśmiechem, jakby sugerował, by zrobiła to samo. Lord obserwował wszystko, oblizując wargi.

O nie, pomyślała.

Nie mogła dać mu tej satysfakcji.

Ofelia podprowadziła swojego kasztanowego wierzchowca pod samo podium i z gracją zeskoczyła na deski. Kapitan skinął jej głową w podziękowaniu. Władca przyglądał się im przez chwilę z obrzydzeniem, aż najwyraźniej wpadł na kolejny niecny pomysł.

– No… załóż ją – warknął.

– Słucham, sir? – zapytał Gerard.

– Słyszałeś – odpowiedział Bernard z wyraźną satysfakcją.

Mężczyzna przełknął ślinę i powstrzymał się od komentarza. Strzepnął błoto z peleryny, ale niewiele to dało. Niechętnie przypiął ją do zbroi, której wcześniej perfekcyjny błękit ociekał teraz brudnymi strużkami. Ustawił się na końcu podium, jakby liczył, że cień pomnika go ukryje.

Ofelia nie mogła pozwolić, by tak traktowano jej ulubionego członka królewskiej gwardii. Stanęła tuż obok niego i uśmiechnęła się.

– Księżniczko, powinnaś zająć miejsce przy… – zaczął.

– Nie mam dziś nic do powiedzenia. A wysłuchać go mogę równie dobrze stąd – przerwała mu tonem, któremu nie sposób było się sprzeciwić.

Gerard nawet nie spróbował. Odpowiedział jedynie lekkim drgnięciem bujnego wąsa.

Lord Bernard stanął w centrum podium, w najbardziej widocznym miejscu. Odwrócił się i spojrzał na Ofelię z niechęcią. Po jej minie widział, że nie namówi jej, by zachowała się tak, jak według niego powinna.

Odwrócił się więc do tłumu. Nie potrafił jednak utrzymać kontaktu wzrokowego z poddanymi. Jego spojrzenie skakało po dachach budynków, tylko na chwilę wracając do ludzi.

Żałosne, pomyślała Ofelia.

•

– Ekhm – chrząknięcie Bernarda rozeszło się echem po rynku.

Arno przeciskał się przez tłum. Wiedział, że zbliża się do celu tylko dzięki coraz bardziej zasłaniającemu niebo pomnikowi królowej Jadwigi.

– Dzień Słońca… Huh… To już dwudziesty Dzień Słońca dla księżniczki… To będzie jej dwudziesty… Dzień Słońca – mówił Bernard. Choć łamliwy, jego głos niósł się wyraźnie ponad zgromadzonych.

Niektórzy odpowiedzieli cichymi, niepewnymi oklaskami. Ofelia skinęła głową w podziękowaniu. Na twarzy lorda pojawił się grymas, gdy zobaczył, że coraz więcej osób uśmiecha się właśnie do niej.

– Wiecie, co zamierzam ogłosić…

Przerwało mu klaszczące kilkuletnie dziecko w pierwszym rzędzie. Matka natychmiast przytrzymała jego dłonie i spojrzała w górę z przerażeniem. Patrzył na nią beznamiętnie, z wyrzutem.

W tym momencie Arno przecisnął się obok chłopca i spojrzał na podium.

Bernard zatrzymał na kilka sekund wzrok na jego brudnym ubraniu. Wyglądał, jakby miał zwymiotować. Kowal natychmiast poczuł się nieswojo.

– Ehm… wi­e-wiecie, co to oznacza. Odbędzie się turniej rycerski.

Głośne oklaski zagłuszyły dalsze słowa. Arno patrzył szeroko otwartymi oczami, lśniącymi z ekscytacji.

– Zasady wyczytać będą mogli na tablicy ci, którzy… – zawahał się – …którzy opanowali sztukę czytania.

Mówiąc to, odwrócił się w stronę Gerarda i pstryknięciem palców polecił mu przybić zwój pod rzeźbą królowej.

Kapitan gwardii skłonił się i bez słowa wykonał rozkaz.

– Nagroda w tym roku będzie wyjątkowa. Warta więcej niż złoto, choć złoto będzie jej częścią… Złoto będzie… – Nieśmiałe oklaski znów przerwały jego wypowiedź. Lord Obrońca rzucił zgromadzonym gniewne spojrzenie, które natychmiast uciszyło tłum, po czym dokończył: – …tak. Więc… Święto Aury, turniej, tablica, nagroda.

Bernard, zupełnie jakby stracił ostatnią krztę chęci przebywania w tym miejscu, zrezygnował w połowie unoszenia dłoni z pożegnalnego gestu i niemal zbiegł ze schodów.

Zgromadzeni znów zaczęli niepewnie bić brawo. Ofelia wyszła z cienia i gestem dłoni oraz uśmiechem podziękowała im za uwagę. Na ten widok tłum ożywił się i zaczął wiwatować coraz głośniej. Rząd po rzędzie ludzie pochylali głowy w ukłonach.

Spod schodów lord obserwował ją wzrokiem pełnym zazdrości i nienawiści.

Z tego przytłaczającego entuzjazmu wyrwał Ofelię Gerard. Położył dłoń na jej ramieniu i delikatnie poprowadził ją ku zejściu z podium.

Ponownie rozbrzmiał ryk trąb. Dwunastu gwardzistów ustawiło się w formacji diamentu i odprowadziło Lorda Obrońcę oraz księżniczkę w stronę zamku.

Arno patrzył za orszakiem, dopóki rycerze nie zniknęli mu z oczu. Wokół niego wciąż buzowała ekscytacja tłumu. Jego wzrok szybko odnalazł przybity do tablicy ogłoszeń pozłacany zwój. Pobiegłby w jego stronę, gdyby nie wstydliwy fakt, że nigdy nie zdobył umiejętności czytania.

Nie był to jego wybór – w dzielnicy rzemieślniczej po prostu nie było czego czytać. W Nollar była to egzotyczna umiejętność, zarezerwowana dla szlachetnie urodzonych. Oczywiście nie przeszkadzało to żadnemu z nich w wypominaniu tego przy każdej okazji.

Ojciec Arno twierdził, że potrafił rozszyfrować tę czarną magię znaczków zwanych literami, ale dla chłopca były to równie dobrze bezsensowne bazgroły.

Mimo wszystko nie zamierzał się poddać. Musiał być cwany.

Trzech wędrownych rycerzy – zapewne szlachciców znudzonych życiem w bogactwie – właśnie przepychało się na schodach. Tego szukał.

Zachowując resztki powagi, ruszył za nimi powoli w stronę zwoju, udając, że czyta.

– Przepraszam, mości panowie – odezwał się, siląc się na poważny ton. – Mógłby któryś z was przeczytać na głos? Z tej odległości…

Jeden z rycerzy, nawet się nie odwracając, zaczął czytać:

– „Ogłaszam wszem wobec”… bla, bla, bla… O! To jest to. „Do wzięcia udziału w obchodach śmiałek potrzebuje…” Ej, nie ma wpisowego! Trzeba mieć tylko własną płytę na piersi i wierzchowca pod tyłek.

Wojownicy ruszyli w stronę karczmy, licząc, ile kufli zaoszczędzą dzięki brakowi wpisowego.

Arno został sam, wpatrzony w zwój.

Nie było go na to stać.

•

Choć noc już zapadła, nastrój kowala wcale się nie poprawił. Siedział skulony przy świecy i naprawiał kłódkę, którą wcześniej uszkodził.

Urszula podeszła do niego z dwoma drewnianymi kubkami, ociekającymi wodą. Jeden podsunęła mu pod nos.

Chłopak wlepił wzrok w strużkę spływającą po ściance, oblizując spierzchnięte wargi. Chwycił kubek i jednym haustem opróżnił go do dna.

Kobieta uśmiechnęła się pod nosem.

– Jeśli aż tak ci się chce pić, napij się też…

Nie dał jej dokończyć. Sięgnął po drugi kubek. O oddechu przypomniał sobie dopiero w połowie dolewki.

– Planujesz się zgłosić? – zapytała niewinnie.

Zakrztusił się wodą. Wymusił uśmiech, ale jego oczy pozostały smutne.

– Nie potrzebują wolontariuszy do budowy areny – odpowiedział.

– Ale potrzebują uczestników – odparła.

– Żaden ze mnie rycerz.

– A kto powiedział, że musisz nim być?

Arno prychnął.

– Słyszałaś kiedyś, żeby kowal brał udział w turnieju rycerskim? Wyśmialiby mnie, zanim zdążyłbym się zgłosić.

Urszula obracała w dłoniach kłódkę, którą naprawił. Nie licząc drobnych wgnieceń, wyglądała jak nowa.

– A czy nie jest zwyczajem, że uczestnicy zgłaszają się anonimowo? – zapytała.

– Z mojej sakiewki nie wysypuje się nadmiar złota.

– Może nie musi. Chodź ze mną.

Złapała go za nadgarstek i postawiła na nogi. Poprowadziła go przez stajnię, aż do boksu na samym końcu.

Za bramą stał czarny rumak z siwą grzywą i uważnie im się przyglądał.

– Znajdź sposób, by zdobyć zbroję, a Fortis będzie twój – zaproponowała bez wahania.

Arno pokręcił głową.

– Nie śmiałbym. To koń twojego… To znaczy był… Nie przystoi mi nawet wsiąść na wierzchowca, który należał do kapitana królewskiej gwardii.

– Dokładnie. Należał. Teraz jest więźniem tej zagrody. Czeka na szansę, by pokazać światu swój potencjał. – Zamilkła na moment, lecz po chwili dodała: – Tak jak ty.

Wierzchowiec odwzajemnił spojrzenie Arno. Blask księżyca oświetlał twarz młodego kowala – na tyle, by dostrzec delikatny uśmiech pojawiający się na jego ustach.

Miał plan.

Rozdział 3

Czy wszyscy tutaj chcą sprzedać mnie Bernardowi?, zastanawiała się Ofelia, starając się wstrzymać oddech na tyle długo, by nie zdradzić swojej obecności.

Jej nachalną służącą można było określić wieloma słowami, ale „subtelna” zdecydowanie do nich nie należało.

Hiacynta nadrabiała wiele urodą i miłym głosem, ale to nigdy nie wystarczało, by zwieść księżniczkę. Z jednej strony surowe, dolnorzeczne wychowanie dało jej grubą skórę, odporną na krytykę. Z drugiej – całkowicie pozbawiło ją wyczucia potrzebnego w politycznej grze.

Jeśli Hiacynta tu się kręci, to Mara musi być nieopodal, pomyślała księżniczka.

Od lat nie ufała służkom. W zasadzie od lat nie ufała nikomu. Jak mogłaby, skoro wszystkie te kukiełki zostały starannie dobrane przez Bernarda i donosiły mu o każdym szczególe jej dnia?

Założę sukienkę, której nie proponują – on natychmiast o tym wie. Przeczytam nie tę książkę, na którą nasz Lord Obrońca pozwolił – paplają. A ćwiczenia z mieczem? To już w ogóle niewybaczalny nietakt. Natychmiast dostałam wykład o tym, czego to nie wypada księżniczce. Pff, według niego nic mi nie wypada. Mogę tylko wyglądać i ewentualnie pachnieć.

Kiedyś poddała służki próbie. Hiacyncie powiedziała jedną część kłamstwa, Marze – drugą. Nie zdziwiła się, choć i tak poczuła zawód, gdy Bernard przy kolacji znał już całą historię.

Ofelia zorientowała się, że w zamyśleniu przeczekała moment, gdy Hiacynta zniknęła za drzwiami najbliższej komnaty. Mary nie było widać. Droga powinna być więc czysta.

Wyskoczyła zza stojącej przy ścianie zbroi, połyskującej groźnie w świetle pochodni. Ruszyła w stronę kręconych schodów – najprostszego przejścia do wschodniego skrzydła zamku.

Jeśli dobrze to obliczyła, straże właśnie się zmieniały na porannej warcie. W połączeniu z wczesnowiosennym świtem dawało jej to szansę, by prześlizgnąć się niezauważenie, póki jeszcze będzie ciemno. Podciągnęła delikatny materiał swojego turkusowego płaszcza, by nie przeszkadzał jej w szybkim zejściu po kamiennej spirali.

Już sięgała po drzwi i niemal pozwoliła sobie na uśmiech zwycięstwa, gdy nagle znajomy, zdecydowanie zbyt intensywny zapach różanych perfum starł go z jej twarzy.

– Dokąd to księżniczka się wybiera?

Jedną udało mi się ominąć, to druga żmija musiała grasować nieopodal.

– Dagmaro – rzuciła sucho.

– Ile razy mam powtarzać. Księżniczka może mówić do mnie „Mara” – odpowiedziała służąca z wyćwiczonym przez lata uśmiechem.

– Księżniczka jest tego świadoma – skontrowała Ofelia.

Po niezręcznej pauzie na ratunek przybył Gerard:

– Och, Maro, jak miło, że przyprowadziłaś już z góry księżniczkę.

Służąca zamrugała, wyraźnie zbita z tropu. Przez chwilę wyglądała, jakby nie mogła się zdecydować, czy bardziej zachwycić się rozczochraną grzywką, czy kilkutygodniowym zarostem rycerza. Ostatecznie wybrała oba.

– Hmm? – wykrztusiła.

– Jestem twoim dłużnikiem – odparł Gerard, odbierając jej mowę czarującym uśmiechem.

Ofelia z trudem powstrzymała się od parsknięcia śmiechem. Jak one zawsze się na to nabierają?, pomyślała, pozwalając się poprowadzić mężczyźnie w głąb korytarza.

Kapitan gwardii zerknął za siebie, upewniając się, że są już wystarczająco daleko.

– No dobrze. Wyduś to wreszcie z siebie.

– „Och, Maro, jestem twoim dłużnikiem” – przedrzeźniła go.

– Śmiej się, śmiej – mruknął.

– „Och, Maro, spójrz na moje wcale­-nie­-specjalnie ułożone włosy, jakbym dopiero wstał z łóżka. Och, Maro, wyobraź sobie nasze nienaturalnie wysokie bobaski…” – ciągnęła, zapominając już nawet o zniżaniu głosu, by brzmieć jak Gerard.

– Skończyłaś? – zapytał.

– Nie, ale uratowałeś mnie od szukania wymówki, by ją spławić, więc tym razem ci odpuszczę.

– Tym razem? Ech, przyjmę i tyle… – westchnął. Po chwili dodał: – Więc dlaczego wdziałaś ten wcale nie podejrzany płaszcz?

– Z chęcią bym ci powiedziała… – urwała.

– Taa… – Pokiwał głową. – Rozumiem. Też czasem mam ochotę uciec z zamku.

– Ty masz taką opcję.

– Mhm. Dobra, to za tym oknem masz swoje sekretne przejście?

– Ciszej! Nie chcemy, żeby ktoś usłyszał – syknęła półgłosem.

– Więc?

– Za następnym. Naprzeciw dwunastego okna. Moje bardziej religijne poprzedniczki mogły się postarać o odrobinę większą oryginalność.

Gerard bez słowa ruszył dalej korytarzem, jakby wolał nie wiedzieć, jak wygląda tajne przejście księżniczki – na wypadek, gdyby musiał później kłamać.

– Gdy Bernard zapyta…

– …odeskortowałeś mnie do biblioteki, gdzie grzecznie spędzam poranek, czytając dozwolone tomy – dokończyła za niego Ofelia.

Przekręciła obraz królowej Danuty Krępej. Po cichym kliknięciu ukryte drzwi przesunęły się z ciężkim, chropowatym zgrzytem. Z wnętrza wąskiego, ciemnego tunelu buchnęło chłodne powietrze.

Dziewczyna wsunęła się do środka. Po chwili rama wróciła na miejsce, a prapraprababcia zasłoniła drogę jej ucieczki.

•

Płyta metalu syczała pod wpływem ciepła. Arno zacierał dłonie w grubych rękawicach, niecierpliwy i skupiony.

Chwycił obcęgi i wyciągnął rozgrzany kawałek. Ostrożnie manewrował między porozrzucanymi na podłodze skrawkami metalu. Z góry wyglądałoby to jak witraż – chaotyczny, pełen barw.

Dotarł do kowadła i ułożył na nim płytę. Strząsnął rękawicę z prawej dłoni, skrzywił się, sięgając po młot, i uniósł go nad materiałem.

Nauczony latami prób i błędów, delikatnie stuknął dwa razy obuchem młota w kowadło i poprawił uchwyt. Następnie precyzyjnym uderzeniem ugodził w środek rozgrzanego metalu. Kształt zaczynał się formować.

Znów dwa stuknięcia. Dłoń naturalnie układała się na rękojeści. Nie był zmęczony, ale robił tak od zawsze. Od pierwszego dnia przy kowadle, gdy Roland zauważył, że chłopiec nie potrafi długo utrzymać nawet małego młotka. Z czasem Arno wmówił sobie, że ta sztuczka nie tylko oszczędza siły, ale pozwala też przemyśleć każde uderzenie. Ojciec początkowo się z tego śmiał…, a potem sam zaczął ją stosować, kiedy myślał, że syn nie patrzy.

Młody kowal uśmiechnąłby się na to wspomnienie, ale nie teraz.

Teraz istniała tylko płyta i forma, do której musiał ją doprowadzić.

•

Ofelia naciągnęła kaptur niżej, niemal zasłaniając nim usta. Miała wrażenie, że każdy przechodzień może ją rozpoznać, choć dobrze wiedziała, że rzadko opuszcza zamek.

Nie chciała nawet myśleć, co zrobiłby Bernard, gdyby się dowiedział.

Co za niepotrzebna budowla, pomyślała, mijając oświetloną ogromnym ogniskiem świątynię Dwunastu. – Niby ładnie wygląda, ale ile drogocennego materiału zmarnowano na samą konstrukcję sklepienia. Ofelia nigdy nie poświęciłaby bogactw Illvion ani czasu naiwnych, bogobojnych poddanych na budowę czegoś takiego.

W zamyśleniu nie zauważyła, że skręciła w jedną z bocznych uliczek. Droga, na której się znalazła, wydała jej się labiryntem nie do rozgryzienia. Szukając jakiegokolwiek znaku, która strona będzie właściwym kierunkiem, usłyszała rytmiczny dźwięk.

Tyk­-tyk, łup! Tyk­-tyk, łup!

Nie widząc lepszej alternatywy, postanowiła sprawdzić, skąd dochodzi ten intrygujący odgłos. Zwężająca się, nierówna ścieżka między budynkami była wyłożona drobnymi kamieniami.

Tyk­-tyk, łup! Tyk­-tyk, łup…

Nieustanny rytm urwał się w chwili, gdy Ofelia wyszła z labiryntu na średniej wielkości plac. Jedną z jego krawędzi wyznaczał mały, ale charakterystyczny budynek – z grubych kamiennych ścian i dachu pokrytego zniszczoną dachówką. Z małych okien i dziur w poszyciu buchały kłęby gęstego dymu.

Drzwi kuźni z impetem odbiły się od zewnętrznej ściany. Ze środka wybiegł młody chłopak w kowalskim fartuchu. Ofelia od razu go rozpoznała – to on jako jedyny nie przerwał z nią wczoraj kontaktu wzrokowego.

Trzymał w cęgach rozgrzaną płytę, którą zgasił w wiadrze z wodą, gdy tylko przestał kaszleć. Potem odłożył szczypce i zabrał ceber do środka. Po głośnym chluśnięciu rozległo się syczenie gasnącego żaru.

Choć dymu było już mniej, młody kowal wyszedł na zewnątrz, by zaczerpnąć świeżego powietrza.