Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 27.10.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Najważniejsze nagrody i nominacje (m.in.)
National Book Critics Circle Award for Fiction (2013)
Women’s Prize for Fiction - nominacja (2014)
Dublin Literary Award - shortlist (2015)
Ta powieść robi piorunujące wrażenie. Powrót do niej po latach okazuje się wspaniałym przeżyciem, bo dostajemy ją w nowym, bardzo dobrym przekładzie. Dzięki niej możemy zrozumieć, dlaczego włosy są kwestią polityczną. Adichie stworzyła przenikliwy i aktualny portret Ameryki, świetne są jej obserwacje codzienności imigrantów i wszystkich zabiegów, które podejmują, by stać się bardziej amerykańscy. Możemy poczuć, co znaczy być Czarną, inną, i co znaczy tęsknota. Ta książka jest jednocześnie studium wyobcowania, portretem międzyludzkich fałszów i stereotypów, ale przede wszystkim jest wciągającą historią miłosną, ciepłą i pełną humoru. I w dodatku dotyka bardzo różnych strun naszej wrażliwości.
Justyna Sobolewska
W „Amerykaanie" Adichie opowiada o tożsamości, wyobcowaniu i poszukiwaniach własnego miejsca na ziemi. O trudnych rozstaniach i jeszcze trudniejszych powrotach. O tym, jak zobaczyć siebie w Innym i Innego w sobie, o życiu między światami i o cenie, jaką przychodzi nam za to zapłacić. Przede wszystkim jednak to historia o miłości we wszystkich jej słodko-gorzkich wcieleniach, której nie osłabia ani upływ czasu, ani dzieląca bohaterów odległość.
Kaja Gucio
Kultowa powieść powraca w nowym tłumaczeniu!
Ifemelu i Obinze są młodzi i zakochani, gdy opuszczają rządzoną przez wojsko Nigerię, by wyjechać na Zachód. Piękna i pewna siebie Ifemelu trafia do Ameryki, gdzie, mimo sukcesów akademickich, po raz pierwszy musi zmierzyć się z tym, co znaczy być Czarną kobietą w Stanach. Cichy i refleksyjny Obinze marzy, by do niej dołączyć, lecz po 11 września Ameryka pozostaje dla niego zamknięta. Zamiast tego zaczyna niebezpieczne życie nielegalnego imigranta w Londynie.
Piętnaście lat później spotykają się ponownie w nowej, demokratycznej Nigerii i na nowo zmuszeni są redefiniować zarówno siebie, jak i swoją relację.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 661
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: AMERICANAH
Copyright © 2013, Chimamanda Ngozi Adichie
All rights reserved
Copyright © for the Polish translation by Kaja Gucio
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Wydawczyni: Monika Długa
Redakcja: Maria Fredro-Smoleńska
Korekta: Agnieszka Luberadzka, Jarosław Lipski
Projekt okładki: Ada Zielińska
Adaptacja okładki: Anna Pol-Pawrowska
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Jagoda Świegot
ISBN: 978-83-8441-600-6
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Dedykuję tę książkę kolejnemu pokoleniu, ndi na-abia n’iru: Toksowi, Chisom, Amace, Chinedum, Kamsiyonnie i Arinze. Mojemu ojcu w osiemdziesiątym roku jego życia. Oraz jak zawsze Ivarze.
Ameryka fascynowała mnie tak samo, jak fascynuje każdą nowo przybyłą osobę. Miałam dziewiętnaście lat i porzuciłam studia medyczne na nigeryjskim uniwersytecie, marzyłam, by zostać pisarką i poświęcić się życiu intelektualnemu. Tak, to banalne, ale dla mnie Ameryka naprawdę oznaczała pogoń za marzeniami i ich spełnienie. Od pierwszych dni obserwowałam, czytałam, uczyłam się. Ogromne wrażenie wywarły na mnie nadmiar i nowość, rażące sprzeczności, ale przede wszystkim to, jak idea tożsamości kształtowała tak wiele aspektów amerykańskiego życia.
Ameryka rzeczywiście nie przypomina żadnego innego kraju na świecie, nie w tym triumfalistycznym sensie, w jakim mówią o niej zwolennicy teorii amerykańskiej „wyjątkowości”, ale dlatego że choć jak wiele innych współczesnych państw powstała w wyniku przemocy, to jednocześnie opierała się na niezwykłej dla procesu jego tworzenia idei wielości. Ta wielość, ta mozaika ludzi, którzy stali się Amerykanami z własnej woli lub wbrew niej, żyjących na ziemi, która do nich nie należała, dała początek burzliwym przeobrażeniom, które raczej umacniały tożsamość, niż ją osłabiały.
W Nigerii często zastanawiałam się nad tym, kim jestem – pisarką, marzycielką, myślicielką – ale dopiero w Ameryce zaczęłam rozważać, jaka jestem.
W Ameryce stałam się Czarna. Nie był to mój wybór – zdecydowała o tym moja czekoladowa karnacja – ale okazało się to dla mnie prawdziwym objawieniem. Nigdy wcześniej nie myślałam o sobie jako o „Czarnej”, nie musiałam, bo chociaż brytyjski kolonializm w Nigerii pozostawił po sobie sporo złego dziedzictwa, kwestia tożsamości rasowej do niego nie należała. Gdybym wychowała się we wschodniej lub południowej Afryce, gdzie historia odcisnęła własne, podstępne piętno, być może postrzegałabym siebie przez pryzmat koloru skóry. W Nigerii byłam Igbo i katoliczką, a ponieważ wychowywałam się w środowisku akademickim, żadna z tych rzeczy nie miała znaczącego wpływu na to, jak funkcjonowałam w świecie.
Bycie Czarną w Ameryce oznaczało poczucie przytłoczenia ciężarem historii i stereotypów, świadomość, że rasa zawsze mogła być potencjalnym powodem lub wyjaśnieniem zarówno wielkich, jak i drobnych zdarzeń, z których składa się nasze kruche życie. Bycie Czarną oznaczało uświadomienie sobie, że ludzie nie potrafią traktować siebie nawzajem z czystym zachwytem nad samym faktem bycia człowiekiem, bez czającego się gdzieś w cieniu widma rasy. Bycie Czarną oznaczało odczuwanie w różnych okolicznościach frustracji, gniewu, irytacji i przewrotnego rozbawienia, ale przyniosło też niezwykle cenne odkrycie literatury afroamerykańskiej, opowieści pełnych godnego podziwu hartu ducha. Twórczość Czarnych Amerykanów uczyła mnie i zachwycała, i zapewne na jakimś poziomie podświadomości pragnęłam wnieść swój wkład w tę tradycję, ale niejako z boku, jako ktoś spoza kręgu kultury amerykańskiej, Czarna osoba nieobciążona mroczną historią Ameryki.
Amerykaana nie była pierwszą powieścią, którą napisałam w swojej Ameryce – miałam już wówczas w dorobku dwie inne książki, Fioletowy hibiskus i Połówka żółtego słońca – była jednak, jak mi się wydaje, pierwszą, która wyrosła z zasianego wcześniej ziarna. Zanim w końcu poczułam się gotowa, by ją napisać, dojrzewało we mnie coś na kształt literackiego buntu. Pragnęłam wyzwolenia wyobraźni, chciałam uwolnić się od konwencjonalnych zasad pisarstwa, które w obliczu mojej pilnej potrzeby okazały się niewystarczające. A z czego wynikała ta pilna potrzeba? Chciałam napisać książkę odmienną od tego, co tworzyłam dotychczas. Poprzednie powieści miały dla mnie ogromne znaczenie emocjonalne, zwłaszcza Połówka żółtego słońca, i czułam, że tylko będąc posłuszną córką literatury, tylko kłaniając się pięknej, sprawdzonej tradycji realizmu literackiego, reprezentowanej przez autorów takich jak Balzac i Trollope, zdołam godnie przedstawić historię wojny nigeryjsko-biafrańskiej.
W przypadku Amerykaany podchodziłam do tego inaczej. Chciałam opisać amerykańską perspektywę, której nigdzie indziej nie spotkałam, zgłębić tematy Czarności i włosów Czarnych kobiet, imigracji i tęsknoty. Jak mogłam przedstawić społeczeństwo, które zdawało się zaskakująco nieświadome historii, tak jakby z każdą nową opowieścią historia zaczynała się od nowa? Chciałam napisać powieść nasyconą ideami, a nawet napomnieniami, która jednocześnie pomogłaby nam rozmawiać o trudnych sprawach. Powieść z bohaterką, której raison d’être nie polega na byciu lubianą – i miałam nadzieję, że czytelnicy będą dla niej życzliwi, tak jak ma się nadzieję na życzliwość bez wymogu doskonałości. (Kiedy ludzie zakładają, że Ifemelu to ja, traktuję to jako komplement, ponieważ jest ode mnie o wiele ciekawszą postacią. Jednak w pewnym sensie jest mną, tak jak wszystkie moje postacie są mną. Obinze, ze swoją dociekliwą, marzycielską naturą, jest być może bliższy mojemu wewnętrznemu ja).
Spośród wszystkich skomplikowanych emocji, które towarzyszyły mi podczas tworzenia tej powieści, najmocniej odczuwałam zdumienie. Dlaczego zwykłe aspekty Czarnej tożsamości były tak niszowe i tak obce dla amerykańskiego mainstreamu? W końcu Czarna tożsamość w Ameryce stanowiła fundament tego kraju, ale życie Czarnych wydawało się nie tylko odseparowane, ale także traktowane nierówno. Na studiach podczas ferii wiosennych zaplotłam sobie warkoczyki, a po powrocie na zajęcia koleżanka, która nie była Czarna, powiedziała do mnie, mile zaskoczona: „Wow! Ależ ci włosy urosły”. Kilka innych osób natychmiast powtórzyło tę opinię, przy czym wszyscy wyrażali w ten sposób podziw. Popularne amerykańskie magazyny dla kobiet pisały obszernie o włosach blond i brązowych, o prostowaniu i zabiegach keratynowych. Ale moi znajomi z uczelni nie mieli pojęcia o warkoczykach, jednej z najpopularniejszych współcześnie fryzur wśród Czarnych kobiet.
Wiele lat później, kiedy powiedziałam zaprzyjaźnionej pisarce, że chcę napisać powieść o włosach Czarnych kobiet, chodziło mi o włosy jako takie, ale także jako element fabuły, jako atrybut i metaforę. „Włosy Czarnych kobiet? Nikt tego nie przeczyta”, odparła przyjaciółka. „Cóż, ludzie czytają powieści o baseballu, a uważam, że Czarne włosy są równie ciekawe jak baseball, a może nawet bardziej, bo kryją w sobie więcej niespodzianek”. Nie jestem pewna, czy faktycznie to powiedziałam, czy tylko tak pomyślałam ani czy myślę tak teraz, dziesięć lat po wydaniu Amerykaany.
Ta przyjaciółka – a zawsze ceniłam sobie szczerość dobrych przyjaciół – miała rację. Włosy Czarnych kobiet były tematem równie mało obiecującym dla powieści, jak każdy inny. Ale to właśnie chciałam napisać, duch tej historii już mnie wzywał, a ja byłam przygotowana na to, że książka może spotkać się z powszechną niechęcią. Szczere zmierzenie się z kwestią Czarności w Ameryce i tak wiąże się z rezygnacją z komfortu. Kiedy więc zaczęłam pisać, moja potrzeba miała w sobie element buntu, upartej determinacji. Nie tylko chciałam tworzyć własną muzykę, ale także sama naciągać struny swojej harfy.
Być może właśnie to za sprawą poczucia wyzwolenia, które balansuje na granicy lekkomyślności, tak często się śmiałam podczas pisania Amerykaany. Pomijając drobne obawy co do tego, czy śmiech z własnych żartów jest na miejscu, miałam nadzieję, że moi czytelnicy też czasem się roześmieją. W igbo istnieje powiedzenie: „smutna rzecz jest również zabawna” i często dostrzegałam czarny humor w wielu wariantach doświadczeń Czarnych w Ameryce. Jeśli uznamy, że humor to środek literacki, to dzięki temu, że jest tak cudownie ludzki, pozwala nam lepiej spojrzeć na samych siebie.
WKRÓTCE PO TYM, jak Czarny Amerykanin George Floyd został zamordowany przez Białego policjanta, pewna kobieta powiedziała mi, że dopiero co przeczytała Amerykaanę. „Jesteś prorokinią, przewidziałaś to” – stwierdziła, jakby moja powieść miała przygotować czytelników na przełomową zmianę w amerykańskiej wrogości wobec Czarnych. W następstwie zabójstwa Floyda faktycznie rozpoczął się społeczny i kulturowy rozrachunek z tą postawą. Ale mimo że popularne magazyny dla kobiet uwzględniają teraz warkoczyki w zestawieniach trendów mody, zmiana ta nie jest aż tak przełomowa. Widoczność Czarnych nie jest jeszcze na tyle powszechna, by stała się – tak jak od wieków w Ameryce widoczność Białych – niewidoczna, a tym samym stanowiła normę.
Uważam literaturę za swoją religię, a jednak niezmiennie porusza mnie siła, jaka tkwi w opowieściach. Nie pozwoliłam sobie na zbyt wielkie oczekiwania wobec Amerykaany, więc kiedy po jej wydaniu odkryłam, że spotkała się z tak entuzjastycznym przyjęciem, ogarnęła mnie wyjątkowa wdzięczność. (Wdzięczność, której się nie spodziewamy, ma w sobie dodatkowy posmak radości). Do dziś ją odczuwam. Otrzymałam wiadomości od nigeryjsko-amerykańskich czytelników, których zainspirowała do powrotu do Lagos, od Czarnych kobiet, które – dzięki Ifemelu – zdecydowały się na powrót do naturalnych włosów, a co ciekawe, również od kobiet wszelkich narodowości, które bardzo chciałyby poznać Obinze!
Odzywało się do mnie wiele osób, których słów nigdy nie zapomnę. Pewien wykładowca wyznał, że powieść Amerykaana pomogła jego studentom w rozmowach na temat uprzedzeń wobec Czarności w innych społecznościach mniejszościowych oraz dyskryminacji ze względu na odcień skóry wśród Czarnych. Czarna kobieta powiedziała po prostu: „Poczułam się naga. Naprawdę mnie zobaczyłaś, może nawet trochę za wyraźnie”. Biały mężczyzna stwierdził: „Nie miałem o tym pojęcia”. A ktoś inny powiedział: „Napisałaś prawdę!”.
Amerykaana nie byłaby opowieścią o Czarnej tożsamości z perspektywy osoby z zewnątrz, gdyby nie była jednocześnie historią afrykańskiej imigracji. Nie jest to jednak ta znana światu opowieść mówiąca o ubóstwie i wojnie, a raczej taka, której doświadczyłam osobiście – o ucieczce nie przed głodem, ale przed brakiem satysfakcji, oraz o dążeniu do spełnienia marzeń. Człowiek odkrywa siebie poprzez pisanie, a ja dostrzegłam w tej książce własny, nieprzemijający romantyzm, często starannie skrywany pod maską ostrożnego rozsądku. Historie, które opowiadamy, pozostawiają w czytelnikach pamięć nie tyle o samych opowieściach, co o tym, jak patrzymy na świat. I właśnie tutaj, w tej bogatej historii miłosnej, ujawnia się moja wiara w miłość – miłość wieczną.
Latem Princeton nie pachniało niczym i choć Ifemelu lubiła kojącą zieleń licznych drzew, czyste ulice i okazałe rezydencje, sklepy z delikatnie zawyżonymi cenami oraz cichą, niezmienną aurę wypracowanej elegancji, to właśnie ten brak zapachu przemawiał do niej najbardziej – być może dlatego, że każde z dobrze jej znanych miast w Ameryce miało własną specyficzną woń. Filadelfia była przesiąknięta stęchlizną historii. New Haven śmierdziało zaniedbaniem. W Baltimore czuć było solankę, a w Brooklynie ogrzane słońcem śmieci. Ale Princeton nie miało żadnego zapachu. Lubiła tu głęboko oddychać. Lubiła obserwować miejscowych, którzy prowadzili swoje najnowsze modele samochodów ostentacyjnie uprzejmie i parkowali je przed sklepem z ekologiczną żywnością na Nassau Street, przed restauracjami sushi, przed lodziarnią oferującą pięćdziesiąt różnych smaków, w tym paprykowy, lub przed pocztą, gdzie od wejścia witał ich wylewnie personel. Lubiła kampus, ciężki od wiedzy, gotyckie budynki porośnięte bluszczem oraz to, że w półmroku nocy wszystko zamieniało się w upiorną scenerię. Najbardziej podobało jej się, że w tym miejscu dostatku i swobody mogła udawać kogoś innego – kogoś zaproszonego do prestiżowego amerykańskiego klubu, kogoś opromienionego poczuciem pewności.
Nie podobało jej się jednak, że musiała jechać aż do Trenton, by zapleść sobie warkoczyki. Trudno oczekiwać od Princeton, że znajdzie tu salon fryzjerski specjalizujący się w tego typu usługach – nieliczni Czarni mieszkańcy, których tu widywała, mieli tak jasną karnację i proste włosy, że nie wyobrażała sobie, by nosili warkoczyki – a mimo to, czekając na pociąg na stacji Princeton Junction w upalne popołudnie, zastanawiała się, dlaczego właściwie nie ma tu ani jednego takiego punktu. Czekoladowy batonik w jej torebce całkiem się roztopił. Na peronie czekało kilka osób, wszystkie Białe i szczupłe, w skąpych, przewiewnych ubraniach. Mężczyzna stojący najbliżej jadł lody w rożku; zawsze wydawało jej się to nieco nieodpowiednie, żeby w miejscu publicznym dorośli amerykańscy mężczyźni jedli lody w rożkach. Kiedy pociąg wtoczył się na stację, mężczyzna odwrócił się do niej i powiedział poufałym tonem, typowym dla obcych sobie ludzi, których jednoczy rozczarowanie usługami publicznymi: „Wreszcie”. Uśmiechnęła się do niego. Siwiejące na karku włosy miał zaczesane do przodu, w komicznej próbie ukrycia łysiny. Pewnie był naukowcem, ale raczej nie zajmował się naukami humanistycznymi, bo wtedy byłby bardziej skrępowany. Raczej jakąś ścisłą dziedziną, może chemią. Dawniej odparłaby: „Wiem” – to osobliwe amerykańskie wyrażenie oznaczało raczej przytaknięcie niż faktyczną wiedzę – a potem nawiązałaby z nim rozmowę, by sprawdzić, czy powie coś, co mogłaby wykorzystać na swoim blogu. Ludziom schlebiały pytania o nich samych, odpowiadali, a kiedy ona milczała, mówili jeszcze więcej. Byli przyzwyczajeni do wypełniania ciszy. Jeśli pytali, czym się zajmuje, odpowiadała ogólnikowo: „Prowadzę lifestylowego bloga” – bo gdyby mówiła: „Prowadzę anonimowego bloga zatytułowanego Raceteenth1, czyli rozmaite spostrzeżenia na temat Czarnych Amerykanów (znanych dawniej jako Murzyni) autorstwa Czarnej nie-Amerykanki”, poczuliby się nieswojo. Choć parę razy jej się zdarzyło. Raz do Białego mężczyzny z dredami, który siedział obok niej w pociągu; jego włosy przypominały stare liny, zakończone puchem w kolorze blond, a przetartą koszulę nosił z takim namaszczeniem, że uznała go za aktywistę i pomyślała, że nadawałby się na gościnnego autora na jej blogu. „Dzisiaj za dużo się mówi o rasie, Czarni powinni przestać się nad sobą użalać, teraz liczy się tylko klasa społeczna, ci, co mają, i ci, co nie mają” – oznajmił spokojnie, a ona zacytowała to zdanie na początku wpisu zatytułowanego „Nie każdy Biały Amerykanin z dredami jest po naszej stronie”. Potem był mężczyzna z Ohio, wciśnięty w sąsiedni fotel w samolocie. Zgadywała, że to jakiś menedżer średniego szczebla, na to wskazywał jego niezgrabny garnitur i kołnierzyk koszuli w kontrastowym kolorze. Chciał wiedzieć, co to znaczy „blog lifestylowy”, i powiedziała mu, spodziewając się, że się wycofa albo zakończy rozmowę jakąś mdłą, defensywną frazą typu: „Istnieje tylko jedna rasa, rasa ludzka”. Ale on zapytał: „Pisałaś kiedyś o adopcji? W tym kraju nikt nie chce Czarnych dzieci, i nie mówię o takich o mieszanym pochodzeniu, tylko o Czarnych. Nawet Czarne rodziny ich nie chcą”.
Opowiedział jej, że wraz z żoną adoptowali Czarne dziecko, a sąsiedzi patrzyli na nich jak na męczenników z wyboru w imię wątpliwej sprawy. Poświęcony mu wpis na blogu, zatytułowany „Kiepsko ubrani Biali menedżerowie średniego szczebla z Ohio nie zawsze są tacy, jacy się wydają”, zebrał w tamtym miesiącu najwięcej komentarzy. Wciąż zastanawiała się, czy go przeczytał. Miała taką nadzieję. Często przesiadywała w kawiarniach, na lotniskach i dworcach kolejowych, obserwując nieznajomych, wyobrażając sobie ich życie i zastanawiając się, kto mógł czytać jej bloga. Teraz jej byłego bloga. Ostatni wpis zamieściła zaledwie kilka dni temu i jak dotąd pojawiły się pod nim dwieście siedemdziesiąt cztery komentarze. Wszyscy ci czytelnicy, których liczba rosła z miesiąca na miesiąc, udostępniający posty i cytujący je na własnych blogach, dużo od niej mądrzejsi, zawsze ją przerażali i jednocześnie dodawali energii. SapphicDerrida, jedna z najaktywniejszych komentatorek, napisała: Trochę mnie zaskakuje, jak osobiście to przyjęłam. Powodzenia w realizacji twojej tajemniczej „zmiany w życiu”, ale proszę, wróć jak najszybciej do blogosfery. Twoje bezczelne, napastliwe, zabawne i skłaniające do refleksji wpisy prowokowały dyskusje na ważne tematy. Czytelnicy tacy jak SapphicDerrida, którzy w komentarzach przytaczali statystyki i używali słów typu „reifikacja”, budzili w Ifemelu niepokój, pragnienie oryginalności i chęć wywarcia wrażenia, tak że w końcu zaczęła czuć się jak sęp żerujący na szczątkach ludzkich historii w poszukiwaniu czegoś, co mogłaby wykorzystać. Czasami wskazywała przy tym wątłe odniesienia do kwestii rasowych. Czasami sama w to nie wierzyła. Im więcej pisała, tym mniej była pewna siebie. Każdy post zdzierał z niej kolejną warstwę jaźni, aż w końcu poczuła się naga i nieprawdziwa.
Mężczyzna z lodami usiadł obok niej w pociągu, a ona, by uniknąć rozmowy, wpatrywała się intensywnie w brązową plamę po rozlanym Frappuccino przy swoich stopach, aż dojechali do Trenton. Na peronie tłoczyło się mnóstwo Czarnych osób, często grubych, w skąpych, przewiewnych ubraniach. Ciągle ją zaskakiwało, jak wiele potrafiło się zmienić po zaledwie kilku minutach jazdy pociągiem. W pierwszym roku pobytu w Ameryce, kiedy jeździła kolejką New Jersey Transit do stacji Penn Station, a potem metrem, by odwiedzić ciocię Uju w Flatlands, zwróciła uwagę na to, że na Manhattanie wysiadali głównie szczupli Biali ludzie, a w miarę jak pociąg zapuszczał się w głąb Brooklynu, wśród pasażerów zaczynali przeważać Czarni i grubi. W głowie nie określała ich jednak mianem „grubych”. Myślała o nich jako o „dużych”, ponieważ zaraz po przyjeździe dowiedziała się od swojej przyjaciółki Giniki, że „gruby” to w Ameryce brzydkie słowo, obciążone moralnym osądem, jak „głupi” czy „wredny”, a nie zwykły opis jak „niski” czy „wysoki”. Więc wykreśliła określenie „gruby” ze swojego słownika. Jednak wróciło do niej zeszłej zimy, po prawie trzynastu latach, kiedy płaciła za ogromną paczkę nachosów Tostitos, a mężczyzna stojący za nią w kolejce w supermarkecie mruknął: „Grubi ludzie nie powinni żreć tego gówna”. Spojrzała na niego zaskoczona, lekko urażona, i pomyślała, że to idealny temat na wpis na blogu – o tym, jak nieznajomy uznał, że jest gruba. Opatrzyłaby ten post tagiem „rasa, płeć i rozmiar ciała”. Ale gdy w domu stanęła przed lustrem i zmierzyła się ze swoim odbiciem, zdała sobie sprawę, że zbyt długo ignorowała to, jak ciasne stały się jej ubrania, jak ocierają się o siebie jej uda, jak miękkie i krągłe części jej ciała trzęsą się przy każdym ruchu. Ifemelu była gruba.
Wypowiedziała słowo „gruba” powoli, jakby obracając je w ustach, i pomyślała o wszystkich innych rzeczach, których nauczyła się nie wypowiadać na głos w Ameryce. Była gruba. Nie miała krągłych kształtów ani mocnej budowy; była gruba – to jedyne słowo, które odzwierciedlało prawdę. Zignorowała też beton wypełniający jej duszę. Blog cieszył się popularnością, co miesiąc odwiedzały go tysiące unikalnych użytkowników, dostawała niezłe gaże za wystąpienia, miała stypendium na Princeton i była w związku z Blaine’em – „Jesteś największą miłością mojego życia”, napisał jej na ostatniej kartce urodzinowej – a jednak w duszy miała beton. Tkwił tam już od jakiegoś czasu, objawiał się porannym znużeniem, przygnębieniem i poczuciem braku granic. Towarzyszyły mu nieokreślone zachcianki, bezkształtne pragnienia, krótkie wyobrażone przebłyski innych żyć, które mogłaby prowadzić, a które z biegiem miesięcy zlały się w przejmującą tęsknotę za domem. Przeszukiwała nigeryjskie strony internetowe, profile na Facebooku, blogi, a każde kliknięcie przynosiło kolejną historię młodej osoby, która niedawno wróciła do domu, z amerykańskimi lub brytyjskimi dyplomami w kieszeni, by założyć firmę inwestycyjną, wytwórnię muzyczną, markę mody, czasopismo, franczyzę fast foodów. Patrzyła na zdjęcia tych mężczyzn i kobiet i czuła tępy ból straty, jakby rozchylili jej dłoń i zabrali coś, co należało do niej. Żyli jej życiem. Nigeria stała się miejscem, w którym powinna być, jedynym, w którym mogła zapuścić korzenie bez ciągłej ochoty, by je wyrwać i otrzepać z ziemi. No i oczywiście pozostawał jeszcze Obinze. Jej pierwsza miłość, pierwszy kochanek, jedyna osoba, przed którą nigdy nie czuła potrzeby się tłumaczyć. Był teraz mężem i ojcem, nie utrzymywali kontaktu od lat, a jednak nie mogła udawać, że nie stanowił części jej tęsknoty za domem ani że nie myślała o nim często, nie wracała raz po raz pamięcią do ich wspólnej przeszłości w poszukiwaniu zwiastunów tego, czego nie potrafiła nazwać.
Tamten chamski nieznajomy w supermarkecie – kto wie, z jakimi problemami się borykał, wyglądał na przemęczonego, miał zaciśnięte usta – chciał ją urazić, ale zamiast tego pobudził ją do działania.
Zaczęła snuć plany i marzenia, wysyłać podania o pracę w Lagos. Na początku nie powiedziała o tym Blaine’owi, zamierzała doczekać końca stypendium w Princeton, a kiedy już to nastąpiło, nadal mu nie mówiła, bo chciała dać sobie czas na podjęcie ostatecznej decyzji. Jednak mijały kolejne tygodnie, a ona wiedziała, że nigdy nie będzie miała pewności. Powiedziała mu więc, że wraca do domu, i dodała: „Muszę”, świadoma, że on odczyta w jej słowach zapowiedź końca.
– Dlaczego? – zapytał Blaine niemal odruchowo, oszołomiony jej postanowieniem. Siedzieli w jego salonie w New Haven, ogrzewani ciepłymi dźwiękami jazzu i wpadającymi promieniami słońca, a ona patrzyła na niego, swojego dobrego, zdezorientowanego mężczyznę, i czuła, jak ten dzień nabiera smutnego, doniosłego znaczenia. Mijały trzy lata, jak byli ze sobą – trzy lata gładkiego życia, niczym starannie wyprasowana pościel, poza jedyną kłótnią, która miała miejsce kilka miesięcy temu, kiedy to oczy Blaine’a zastygły w oskarżającym spojrzeniu, a potem nie chciał z nią rozmawiać. Ale przetrwali ten konflikt, głównie dzięki Barackowi Obamie, który połączył ich we wspólnym celu. W wieczór wyborczy, zanim Blaine ją pocałował, z twarzą mokrą od łez, przytulił ją mocno, jakby wygrana Obamy była również ich osobistym zwycięstwem. A tego dnia, w tym samym miejscu, mówiła mu, że to koniec. „Dlaczego?” – zapytał. Na zajęciach wykładał idee niuansów i złożoności, a teraz chciał poznać pojedynczą przyczynę, powód. Ale ona nie doświadczyła żadnego wielkiego olśnienia i nie istniała żadna przyczyna; po prostu narastało w niej niezadowolenie, warstwa po warstwie, i utworzyło masę, która teraz ją napędzała. Nie powiedziała mu tego, bo sprawiłoby mu ból, gdyby dowiedział się, że od jakiegoś czasu tak właśnie się czuła, że związek z nim przypominał jej życie w bezpiecznym domu, w którym jednak zawsze siedziała przy oknie i wyglądała na zewnątrz.
– Weź ten kwiatek – powiedział do niej, kiedy widzieli się po raz ostatni, kiedy pakowała ubrania, które trzymała w jego mieszkaniu. Wydawał się zrezygnowany, gdy tak stał zgarbiony w kuchni. To była jego roślina, pełne nadziei zielone liście wyrastały z trzech bambusowych łodyg, a gdy ją wzięła, nagle przeszyła ją rozdzierająca samotność, która towarzyszyła jej jeszcze przez wiele tygodni. Czasem nadal ją odczuwała. Jak to możliwe, by tęsknić za czymś, czego już się nie pragnie? Blaine potrzebował tego, czego ona nie była w stanie dać; ona potrzebowała tego, czego on nie był w stanie dać, i to właśnie opłakiwała – utratę tego, co mogło się wydarzyć.
I tak oto znalazła się tutaj, w dzień przepełniony obfitością lata, czekając na zaplecenie włosów przed podróżą do domu. Lepki upał osiadł na jej skórze. Na peronie w Trenton widziała osoby trzykrotnie większe od siebie i z podziwem patrzyła na jedną z nich, kobietę w bardzo krótkiej spódniczce. Nie zwracała uwagi na smukłe nogi eksponowane w mini – w końcu pokazywanie nóg, które świat akceptował, było bezpieczne i łatwe – ale postawa tej grubej kobiety wynikała z cichego przekonania, które człowiek dzieli tylko z samym sobą, z poczucia słuszności, którego inni nie potrafili dostrzec. Z jej decyzją o powrocie było podobnie; ilekroć nachodziły ją dręczące wątpliwości, wyobrażała sobie, że stoi dzielnie, niemal jak bohaterska postać, co pozwalało jej pokonać zwątpienie. Gruba kobieta koordynowała grupę młodzieży w wieku około szesnastu, siedemnastu lat. Gromadzili się wokół niej, na żółtych koszulkach mieli nadrukowane logo letniego programu, śmiali się i rozmawiali. Przypominali Ifemelu jej kuzyna Dike. Jeden z chłopców, ciemny i wysoki, o smukłej, umięśnionej sylwetce sportowca, wyglądał dokładnie jak Dike. Nie żeby Dike kiedykolwiek nosił takie buty, podobne do espadryli. Powiedziałby, że to „słabe skoki”. To było dla niej nowe określenie; po raz pierwszy użył go kilka dni temu, kiedy opowiadał jej o zakupach z ciocią Uju. „Mama chciała mi kupić jakieś dziwne skoki. Wiesz, że ja nie mogę nosić słabych skoków!”
Ifemelu ustawiła się w kolejce do taksówek przed dworcem. Miała nadzieję, że jej kierowcą nie będzie Nigeryjczyk, bo gdy tylko usłyszy jej akcent, to albo zacznie jej z zapałem tłumaczyć, że skończył studia magisterskie, a taksówka to tylko taka fucha, a poza tym jego córka znalazła się na liście najlepszych studentów na Uniwersytecie Rutgersa; albo będzie prowadził w posępnym milczeniu, a na koniec wręczy jej resztę i nie odpowie na jej „dziękuję”, cały czas przeżywając upokorzenie, że ta rodaczka, do tego niewysoka dziewczyna, być może pielęgniarka, księgowa albo nawet lekarka, patrzyła na niego z góry. Nigeryjscy taksówkarze w Ameryce byli przekonani, że tak naprawdę nie są taksówkarzami. Ifemelu następna w kolejce. Jej taksówkarz był Czarny i w średnim wieku. Otworzyła drzwi i rzuciła okiem na oparcie fotela kierowcy. Mervin Smith. Nie brzmiało to nigeryjsko, ale nigdy nie wiadomo. Nigeryjczycy przybierali tutaj najróżniejsze nazwiska. Nawet ona sama była kiedyś kimś innym.
– Co słychać? – zapytał mężczyzna.
Od razu z ulgą stwierdziła, że mówił z karaibskim akcentem.
– Wszystko dobrze, dziękuję.
Podała mu adres salonu Mariama African Hair Braiding. To jej pierwsza wizyta w tym salonie – ten, do którego zwykle chodziła, był nieczynny, ponieważ właścicielka wyjechała do Wybrzeża Kości Słoniowej, by wziąć ślub – ale na pewno wyglądał tak samo jak wszystkie inne specjalizujące się w afrykańskich warkoczykach, które Ifemelu znała: zawsze znajdowały się w części miasta, gdzie królowało graffiti, w budynkach panowała wilgoć i nie spotykało się Białych ludzi, oznaczone jaskrawymi szyldami z nazwami takimi jak Aisha&Fatima African Hair Braiding, miały grzejniki, które zimą grzały zbyt mocno, i klimatyzatory, które latem nie chłodziły, pracowały w nich francuskojęzyczne fryzjerki z Afryki Zachodniej, jedna z nich była właścicielką, najlepiej mówiła po angielsku, odbierała telefony i cieszyła się szacunkiem pozostałych. Często któraś z pracownic miała na plecach dziecko w chuście. Albo maluch spał na kocyku rozłożonym na zniszczonej sofie. Czasami wpadały starsze dzieci. Rozmawiało się szybko i głośno, po francusku, w językach wolof lub malinke, a kiedy kobiety zwracały się do klientek po angielsku, używały łamanej, dziwnej mowy, jakby zaczęły posługiwać się własnym amerykańskim slangiem, zanim w pełni oswoiły się z tutejszym językiem. Słowa wypadały im z ust niedokończone. Pewnego razu gwinejska braiderka w Filadelfii powiedziała: „Myso, oboe, tasie wszyam”. Musiała to powtórzyć wiele razy, zanim Ifemelu zrozumiała, że kobieta mówi: „Myślę sobie: o Boże, tak się wkurzyłam”.
Mervin Smith był pogodny i skory do rozmowy. Podczas jazdy opowiadał o tym, jak bardzo jest gorąco i że na pewno wkrótce zaczną się przerwy w dostawach prądu.
– W taki gorąc staruszkowie padają jak muchy. Jak nie mają w domach klimatyzacji, to muszą chodzić do centrum handlowego. Centrum handlowe to darmowa klima. Ale czasami nie ma komu ich tam zawieźć. Trzeba dbać o staruszków – dodał, wciąż radosny, najwyraźniej niezrażony milczeniem Ifemelu.
– Jesteśmy! – powiedział, zatrzymując się przed obskurnym budynkiem. Salon fryzjerski mieścił się pośrodku kwartału, między chińską knajpą o nazwie Happy Joy a kioskiem, w którym sprzedawano losy na loterię. Wewnątrz panowała atmosfera ogólnego zaniedbania, farba się łuszczyła, a ściany wyklejono dużymi plakatami z fryzurami z warkoczykami oraz mniejszymi z napisami SZYBKI ZWROT PODATKU. Trzy kobiety, wszystkie w koszulkach i szortach do kolan, zajmowały się włosami siedzących na fotelach klientek. Na ekranie niedużego telewizora zawieszonego w rogu leciał trochę za głośno nigeryjski film: mężczyzna bił żonę, a ona kuliła się i krzyczała; słaba jakość dźwięku drażniła uszy.
– Dzień dobry! – przywitała się Ifemelu.
Wszystkie odwróciły się w jej stronę, ale tylko jedna z obecnych kobiet, zapewne Mariama, właścicielka, odpowiedziała:
– Dzień dobry. Zapraszam.
– Chciałabym zapleść warkoczyki.
– Jakie dokładnie?
Ifemelu odparła, że średniej grubości, typu kinky twist, i zapytała, ile to kosztuje.
– Dwieście – odpowiedziała Mariama.
– W zeszłym miesiącu zapłaciłam sto sześćdziesiąt. – Ostatni raz zaplatała włosy trzy miesiące temu.
Mariama przez chwilę milczała, skupiając wzrok na włosach, które właśnie zaplatała.
– Czyli jak, sto sześćdziesiąt? – zapytała Ifemelu.
Mariama wzruszyła ramionami i się uśmiechnęła.
– Dobrze, ale następnym razem też musisz tu przyjść. Usiądź. Poczekaj na Aishę. Niedługo skończy.
Mariama wskazała na najdrobniejszą z braiderek. Kobieta miała jakiś problem ze skórą: różowobrązowe plamy na ramionach i szyi wyglądały na coś zaraźliwego.
– Cześć, Aisha – przywitała się Ifemelu.
Aisha spojrzała na Ifemelu i kiwnęła nieznacznie głową. Twarz miała pustą, tak pozbawioną wyrazu, że niemal odpychającą. W ogóle było w niej coś dziwnego.
Ifemelu usiadła blisko drzwi; wentylator stojący na wyszczerbionym stoliku pracował na pełnych obrotach, ale nie przynosił większej ulgi w dusznym pomieszczeniu. Obok leżały grzebienie, paczki z ozdobami do włosów, magazyny z wypadającymi stronami oraz stosy kolorowych płyt DVD. W jednym z rogów stała miotła, obok automatu z cukierkami i zardzewiałej suszarki do włosów, której nie używano chyba od stu lat. Na ekranie telewizora ojciec bił dwoje dzieci; toporne, nienaturalne ciosy spadały na powietrze nad ich głowami.
– Nie! Zły ojciec! Zły człowiek! – odezwała się druga braiderka i wzdrygnęła się, nie odrywając wzroku od ekranu.
– Jesteś z Nigerii? – zapytała Mariama.
– Tak – potwierdziła Ifemelu. – A skąd ty pochodzisz?
– Ja i moja siostra Halima jesteśmy z Mali. Aisha z Senegalu – odparła Mariama.
Aisha nie podniosła wzroku, ale Halima uśmiechnęła się do Ifemelu, a jej porozumiewawczy uśmiech mówił: „Witaj, afrykańska siostro”; do Amerykanki by się tak nie uśmiechnęła. Miała silnego zeza, źrenice skierowane były w przeciwnych kierunkach, a zdezorientowana Ifemelu nie widziała, które z oczu Halimy jest wymierzone na nią.
Powachlowała się magazynem.
– Ale gorąco – powiedziała. Przynajmniej te kobiety nie powiedzą jej: „Tobie gorąco? Przecież jesteś z Afryki!”.
– Straszne są te upały. Przepraszam, klimatyzacja wczoraj się zepsuła – wyjaśniła Mariama.
Ifemelu wiedziała, że klimatyzacja nie zepsuła się wczoraj, była zepsuta już od dawna, a może nawet nigdy nie działała; mimo to skinęła głową i odparła, że to pewnie przez to, że musiała na okrągło chodzić. Zadzwonił telefon. Mariama odebrała i po chwili powiedziała: „Przyjdź teraz” – te same słowa sprawiły, że Ifemelu przestała umawiać się na wizyty w afrykańskich salonach plecenia warkoczyków. „Przyjdź teraz” – one zawsze tak mówiły, a kiedy przychodziłaś, okazywało się, że przed tobą dwie osoby czekają jeszcze na mikrowarkoczyki, a właścicielka i tak mówiła: „Poczekaj, moja siostra zaraz przyjedzie mi pomóc”. Telefon zadzwonił ponownie i Mariama zaczęła mówić po francusku, podnosząc głos, a potem przerwała plecenie i wymachiwała ręką, wciąż krzycząc do słuchawki. Następnie wyjęła z kieszeni żółty formularz Western Union i zaczęła odczytywać cyfry.
– Trois! Cinq! Non, non, cinq!
Klientka, której Mariama zaplatała włosy w drobne, ciasne warkoczyki, że aż musiała boleć skóra, odezwała się ostro:
– No już! Nie zamierzam tu spędzić całego dnia!
– Przepraszam, przepraszam – odparła, po czym dokończyła dyktowanie numeru Western Union, zanim wróciła do zaplatania włosów, ciągle z telefonem wciśniętym między ramię a ucho.
Ifemelu otworzyła powieść, którą ze sobą zabrała, Cane Jeana Toomera, i przejrzała kilka stron. Od dawna zamierzała ją przeczytać i spodziewała się, że jej się spodoba, skoro Blaine’owi się nie podobała. „Pretensjonalny popis” – jak to określił tym łagodnym, wyrozumiałym tonem, którego używał, gdy rozmawiali o literaturze, jakby był pewien, że ona z czasem, w miarę jak nabierze nieco literackiej ogłady, w końcu pogodzi się z tym, że powieści, które on lubił, były lepsze – powieści pisane przez młodych i wciąż dość młodych mężczyzn, wypełnione rzeczami, fascynującą, dezorientującą mieszanką marek, muzyki, komiksów i ikon, w których emocje traktowano pobieżnie, a każde zdanie było stylowo świadome własnej stylowości. Przeczytała wiele z tych książek, bo on je polecał, ale były jak wata cukrowa, która łatwo ulatniała się z pamięci jej języka.
Zamknęła powieść; było zbyt gorąco, by się skupić. Zjadła trochę roztopionej czekolady, napisała do Dike, żeby zadzwonił po treningu koszykówki, i zaczęła się wachlować. Przeczytała napisy na przeciwległej ścianie: NIE DOKONUJEMY POPRAWEK PO UPŁYWIE TYGODNIA OD WIZYTY. NIE PRZYJMUJEMY CZEKÓW. NIE ZWRACAMY PIENIĘDZY – ale starannie unikała patrzenia w kąty pomieszczenia, bo wiedziała, że pod rurami, brudem i dawno już zbutwiałymi rzeczami ujrzy sterty spleśniałych gazet.
W końcu Aisha skończyła obsługiwać klientkę i zapytała Ifemelu, w jakim kolorze chce doczepiane pasemka.
– Czwórkę.
– Niedobry kolor – odparła natychmiast Aisha.
– Właśnie tego używam.
– Wygląda brudno. Nie chcesz jedynki?
– Jedynka jest za czarna, wygląda sztucznie – stwierdziła Ifemelu, rozluźniając chustę na głowie. – Czasami używam dwójki, ale czwórka jest najbardziej zbliżona do moich naturalnych włosów.
Aisha wzruszyła ramionami, wyniośle, jakby to nie był jej problem, że klientce brakuje gustu. Sięgnęła do szafki, wyjęła dwa opakowania pasemek i sprawdziła, czy oba są tego samego koloru.
Dotknęła włosów Ifemelu.
– Dlaczego nie prostujesz Relaxerem?
– Lubię moje włosy takie, jak stworzył je Bóg.
– Ale jak je czeszesz? Ciężko rozczesać.
Ifemelu przyniosła własny grzebień. Delikatnie przeczesała swoje gęste, miękkie i mocno skręcone włosy, aż otoczyły jej głowę niczym aureola.
– Wcale nie, jeśli zadbasz o odpowiednie nawilżenie – powiedziała, przybierając ton łagodnej perswazji, jak zawsze, gdy próbowała przekonać inne Czarne kobiety do zalet naturalnej fryzury. Aisha prychnęła; najwyraźniej nie mogła pojąć, dlaczego ktokolwiek miałby męczyć się z rozczesywaniem gęsto skręconych loczków, zamiast po prostu je chemicznie wyprostować. Rozdzieliła włosy Ifemelu na pasma, wyjęła małą spinkę ze stosu na stole i zaczęła z wprawą skręcać.
– Za ciasno – powiedziała Ifemelu. – Nie rób tak ciasno. – Aisha nadal zaplatała pasmo aż do końca, więc Ifemelu pomyślała, że może jej nie zrozumiała, dotknęła warkoczyka i powtórzyła: – Ciasno, ciasno.
Aisha odepchnęła jej rękę.
– Nie. Nie. Zostaw. Jest dobrze.
– Jest ciasno! – odparła Ifemelu. – Poluzuj to, proszę.
Mariama przyglądała im się uważnie. Z jej ust popłynął strumień francuskich słów. Aisha poluzowała warkoczyk.
– Przepraszam – powiedziała Mariama. – Ona słabo rozumie.
Ifemelu dostrzegła jednak po minie Aishy, że ta doskonale wszystko pojęła. Aisha była po prostu prawdziwą kobietą z targu i nie bawiła się w amerykańskie uprzejmości. Ifemelu wyobraziła ją sobie na targu w Dakarze, gdzie pracują takie same braiderki jak w Lagos, te, które wydmuchują nosy i wycierają ręce o chusty, szarpią mocno głowami klientek, by lepiej je ustawić, narzekają, że włosy są zbyt gęste, zbyt twarde lub zbyt krótkie, pokrzykują do przechodzących koleżanek, a przy tym cały czas rozmawiają zbyt głośno i zaplatają warkocze zbyt ciasno.
– Znasz ją? – zapytała Aisha, spoglądając na telewizor.
– Co?
Aisha powtórzyła pytanie i wskazała aktorkę na ekranie.
– Nie – odparła Ifemelu.
– Przecież jesteś z Nigerii.
– Tak, ale jej nie znam.
Aisha skinęła głową w kierunku stosu płyt DVD na stole.
– Dawniej za dużo voodoo. Bardzo źle. Teraz filmy z Nigerii bardzo dobre. Duży, ładny dom!
Ifemelu nie miała zbyt dobrego zdania o filmach z Nollywood, z ich teatralną przesadą i nieprawdopodobnymi fabułami, ale przytaknęła, ponieważ luksusem było słyszeć słowa „Nigeria” i „dobry” w tym samym zdaniu, nawet jeśli padły z ust tej dziwnej Senegalki, i postanowiła uznać to za dobrą wróżbę przed powrotem do domu.
Wszyscy, słysząc o jej planach, okazywali zdumienie, oczekiwali wyjaśnień, a kiedy mówiła im, że wraca do Nigerii, bo po prostu tego chce, skonsternowani marszczyli czoła.
– Zamykasz bloga i sprzedajesz mieszkanie, żeby wrócić do Lagos i pracować dla czasopisma, które słabo płaci – powiedziała ciocia Uju, a potem powtórzyła to, jakby chciała uświadomić Ifemelu skalę jej własnej głupoty.
Tylko jej dobra przyjaciółka z Lagos, Ranyinudo, potraktowała jej powrót jako coś normalnego.
– Przyjeżdżaj, teraz pełno tu ludzi, którzy wrócili z Ameryki. Codziennie ich widuję, wszędzie chodzą z butelką wody, jakby mieli umrzeć z gorąca, jeśli nie wezmą łyka co minutę – opowiadała Ranyinudo.
Przez te wszystkie lata utrzymywały kontakt. Na początku pisały do siebie sporadycznie, ale gdy otworzyły się kafejki internetowe, telefony komórkowe weszły do powszechnego użytku, a Facebook stał się powszechny, zaczęły się komunikować częściej. To właśnie Ranyinudo kilka lat temu przekazała Ifemelu, że Obinze się żeni.
– A przy okazji, ma teraz naprawdę sporo kasy. Zobacz, co straciłaś! – powiedziała.
Ifemelu udawała obojętność. Zerwała przecież kontakt z Obinze, minęło tyle czasu, a poza tym była teraz z Blaine’em i razem budowali wspólne, szczęśliwe życie. Ale gdy już się rozłączyła, długo jeszcze o nim myślała. Wyobrażała go sobie jako pana młodego i czuła coś na kształt wyblakłego smutku. Cieszyła się jednak jego szczęściem, a przynajmniej tak sobie wmawiała, i na dowód tego postanowiła do niego napisać. Nie była pewna, czy wciąż używał starego adresu, liczyła się z tym, że może nigdy nie doczekać się odpowiedzi, ale odpisał. Więcej już nie napisała, bo zdała sobie sprawę, że wciąż płonie w niej małe światełko. Lepiej nie rozgrzebywać przeszłości. W grudniu zeszłego roku Ranyinudo doniosła jej, że wpadła na Obinze w centrum handlowym Palms i zobaczyła go z córeczką (a Ifemelu wciąż nie potrafiła sobie wyobrazić tego nowego, rozległego, nowoczesnego centrum handlowego w Lagos; kiedy próbowała, przychodziło jej do głowy tylko ciasne Mega Plaza, które pamiętała). „Wyglądał tak schludnie, a jego córeczka jest taka śliczna”, opowiadała, a Ifemelu poczuła ukłucie na myśl o wszystkich zmianach, jakie zaszły w jego życiu.
– Filmy z Nigerii teraz bardzo dobre – powtórzyła Aisha.
– Tak – odparła entuzjastycznie Ifemelu. Tym właśnie się stała, poszukiwaczką znaków. Filmy z Nigerii były dobre, więc jej powrót do domu też będzie dobry.
– Ty Joruba w Nigerii – powiedziała Aisha.
– Nie. Jestem Igbo.
– Ty Igbo? – Na twarzy Aishy po raz pierwszy pojawił się uśmiech, który odsłonił zarówno jej drobne zęby, jak i ciemne dziąsła. – Myślałam, że Joruba, bo ty ciemna, a Igbo jasne. Mam dwóch mężczyzn Igbo. Bardzo dobrzy. Mężczyźni Igbo umią zadbać o kobiety.
Aisha niemal szeptała, w jej tonie dało się wyczuć seksualny podtekst, a w lustrze przebarwienia na jej ramionach i szyi zamieniły się w ohydne wrzody. Ifemelu wyobraziła sobie, jak niektóre pękają i się rozlewają, a inne się łuszczą. Odwróciła wzrok.
– Mężczyzni Igbo umią zadbać o kobiety – powtórzyła Aisha. – Chcę za mąż. Oni mnie kochają, ale mówią, że rodzina chce kobiety Igbo. Bo Igbo zawsze żeni się z Igbo.
Ifemelu stłumiła śmiech.
– Chcesz wyjść za mąż za obu?
– Nie. – Aisha wykonała niecierpliwy gest. – Za jednego. Ale to prawda? Igbo zawsze żeni się z Igbo?
– Igbo żenią się z różnymi ludźmi. Mąż mojej kuzynki jest Joruba. Żona mojego wujka pochodzi ze Szkocji.
Aisha przerwała zaplatanie włosów i popatrzyła na Ifemelu w lustrze, jakby zastanawiała się, czy jej wierzyć.
– Moja siostra mówi, że to prawda. Igbo zawsze żenią z Igbo – powiedziała.
– Skąd twoja siostra to wie?
– Zna dużo Igbo w Afryce. Sprzedaje ubrania.
– Gdzie ona mieszka?
– W Afryce.
– Gdzie? W Senegalu?
– Benin.
– Dlaczego mówisz „Afryka”, zamiast po prostu podać nazwę kraju? – zapytała Ifemelu.
Aisha cmoknęła.
– Nie znasz Ameryki. Mówisz „Senegal”, a Amerykanin pyta: „Gdzie to?”. Moja koleżanka z Burkina Faso pytają ją: „Twój kraj leży w Ameryce Łacińskiej?” – Aisha uśmiechnęła się przebiegle i znów zaczęła skręcać warkoczyki, po czym zapytała, jakby uważała, że Ifemelu w ogóle nie rozumie, jak tu wygląda życie: – Ty długo mieszkasz w Ameryce?
Ifemelu zdecydowała wtedy, że nie lubi Aishy. Chciała teraz uciąć rozmowę, żeby przez sześć godzin, które zajmie plecenie warkoczyków, odzywać się tylko wtedy, kiedy to naprawdę konieczne, więc udawała, że nie słyszy, i zamiast odpowiedzieć, wyjęła telefon. Dike wciąż jej nie odpisał. Zawsze odpowiadał w ciągu kilku minut, ale może był jeszcze na treningu albo oglądał ze znajomymi jakieś głupie filmiki na YouTubie. Zadzwoniła do niego i zostawiła długą wiadomość, gadając głośno o jego treningu, o tym, czy w Massachusetts też jest tak gorąco i czy nadal zamierza zabrać Page do kina. Potem, w przypływie brawury, napisała e-maila do Obinze i wysłała go od razu, bez czytania, zanim zdążyła się rozmyślić. Poinformowała go, że wraca do Nigerii, i chociaż czekała tam na nią praca, a jej samochód płynął już statkiem do Lagos, dopiero teraz po raz pierwszy poczuła, że to prawda. Niedawno postanowiłam wrócić do Nigerii.
Aishy nie dało się tak łatwo zniechęcić. Gdy Ifemelu oderwała wzrok od telefonu, zapytała ponownie:
– Długo w Ameryce?
Ifemelu powoli schowała komórkę do torebki. Wiele lat temu zadano jej podobne pytanie na weselu jednej z przyjaciółek cioci Uju i odpowiedziała, że dwa lata, co było prawdą, ale szyderczy uśmiech na twarzy Nigeryjczyka nauczył ją, że aby zasłużyć na poważne traktowanie wśród Nigeryjczyków w Ameryce, wśród Afrykanów w Ameryce, a właściwie wśród imigrantów w Ameryce, potrzebowała większej liczby. Zaczęła mówić „sześć lat”, choć minęło dopiero trzy i pół. „Osiem” – odpowiadała, gdy upłynęło pięć. Teraz, po trzynastu latach, kłamstwo wydawało się niepotrzebne, ale i tak skłamała.
– Piętnaście lat.
– Piętnaście? To długo. – Oczy Aishy rozbłysły z uznaniem. – Mieszkasz tutaj, w Trenton?
– Mieszkam w Princeton.
– Princeton. – Aisha zamilkła na chwilę. – Studiujesz?
– Właśnie zakończyłam stypendium – odparła Ifemelu, świadoma, że Aisha nie zrozumie, co to takiego, i poczuła perwersyjną przyjemność, bo kobieta wydawała się onieśmielona. Tak, w Princeton. Owszem, w mieście, o którym Aisha mogła tylko pomarzyć, gdzie nie ma tabliczek z napisem SZYBKI ZWROT PODATKU; mieszkańcy Princeton nie potrzebowali szybkiego zwrotu podatku.
– Ale wracam do domu, do Nigerii – dodała, nagle ogarnięta wyrzutami sumienia. – Wyjeżdżam w przyszłym tygodniu.
– Odwiedzasz rodzinę.
– Nie. Przeprowadzam się z powrotem. Będę mieszkać w Nigerii.
– Dlaczego?
– Jak to, dlaczego? A dlaczego nie?
– Lepiej wysyłaj im pieniądze. A może twój ojciec ważny? Masz znajomości?
– Znalazłam tam pracę.
– Mieszkasz w Ameryce piętnaście lat i wracasz do pracy? – Aisha uśmiechnęła się krzywo. – Dasz radę tam być?
Aisha przypomniała jej, co powiedziała ciocia Uju, gdy w końcu pogodziła się z tym, że Ifemelu poważnie myśli o powrocie – Poradzisz sobie? – a sugestia, że Ameryka w jakiś sposób nieodwracalnie ją zmieniła, wzbudziła w niej głęboką irytację. Jej rodzice również najwyraźniej uważali, że Ifemelu nie „poradzi sobie” w Nigerii. „Przynajmniej jesteś teraz obywatelką USA, więc zawsze możesz wrócić do Ameryki” – powiedział jej ojciec. Oboje zapytali, czy Blaine też pojedzie, i dało się wyczuć, że bardzo na to liczą. Bawiło ją, jak często teraz pytali o Blaine’a, bo trochę czasu zajęło im pogodzenie się z faktem, że jej chłopak to Czarny Amerykanin. Wyobrażała sobie, jak snują sekretne plany jej ślubu; matka zastanawia się nad cateringiem i kolorystyką, a ojciec nad tym, jakiego znamienitego kolegę poprosić o wystąpienie w roli starosty. Nie chcąc niweczyć ich nadziei, bo tak niewiele trzeba, by ją podtrzymać, a to z kolei ich uszczęśliwiało, powiedziała ojcu: „Zdecydowaliśmy, że najpierw ja pojadę, a Blaine dołączy do mnie po kilku tygodniach”. „Wspaniale” – odparł ojciec, a ona nie mówiła nic więcej, bo najlepiej było po prostu poprzestać na tym „wspaniale”.
Aisha pociągnęła za włosy nieco zbyt mocno.
– Piętnaście lat w Ameryce to bardzo długo – powiedziała, jakby się nad tą kwestią wcześniej zastanawiała. – Ty masz chłopaka? Masz męża?
– Wracam też do Nigerii po to, żeby zobaczyć się z moim mężczyzną – odparła Ifemelu, zaskakując samą siebie. Mój mężczyzna. Jakże łatwo było okłamywać nieznajomych, tworzyć wraz z nimi wersje własnego życia, które sobie wyobrażała.
– O! Dobrze! – stwierdziła podekscytowana Aisha; Ifemelu w końcu podała jej zrozumiały powód swojej chęci powrotu. – Wy się ożenicie?
– Może. Zobaczymy.
– O! – Aisha przestała splatać włosy i utkwiła nieruchome spojrzenie w odbiciu Ifemelu, a ta przez chwilę obawiała się, że kobieta ma zdolności jasnowidzenia i potrafi rozpoznać kłamstwo.
– Ty musisz rozmawiać z moimi mężczyznami. Ja do nich dzwonię. Oni przyjdą, ty z nimi rozmawiasz. Najpierw dzwonię do Chijioke. On taksówkarz. Potem do Emeka. On ochroniarz. Ty z nimi rozmawiasz.
– Nie musisz ich wzywać tylko po to, żeby ze mną porozmawiali.
– Nie. Dzwonię do nich. Ty mówisz im, że Igbo mogą się żenić z nie-Igbo. Oni cię słuchają.
– Nie, naprawdę. Nie mogę.
Aisha kontynuowała, jakby w ogóle nie usłyszała słów Ifemelu.
– Ty im to mówisz. Oni cię słuchają, bo ty ich siostra Igbo. Jeden i drugi dobry. Chcę męża.
Ifemelu spojrzała na Aishę, drobną Senegalkę o pospolitej twarzy i cętkowanej skórze, która miała dwóch chłopaków Igbo, choć wydawało się to nieprawdopodobne, i która teraz tak natarczywie się domagała, by Ifemelu namówiła ich do małżeństwa. Byłby to dobry temat na wpis na blogu: „Dziwny przypadek Czarnej nie-Amerykanki, czyli jak presja życia na emigracji może wpędzić cię w szaleństwo”.
Obinze zobaczył jej e-maila, gdy tkwił w korku w Lagos, siedząc na tylnym fotelu swojego Range Rovera; jego marynarka wisiała zarzucona na oparcie przedniego siedzenia, po jednej stronie do okna przykleiło się żebrzące dziecko o włosach koloru rdzy, po drugiej handlarz przyciskał do szyby kolorowe płyty CD, z radia cicho płynęły wiadomości stacji Wazobia FM nadawane w angielszczyźnie pidżyn, a wokół panowała szara ponurość zwiastująca nieuchronny deszcz. Wpatrywał się w ekran swojego BlackBerry i poczuł, że jego ciało nagle się spina. Najpierw przejrzał pobieżnie wiadomość, instynktownie żałując, że nie okazała się dłuższa.
Sufit, kedu? Mam nadzieję, że u ciebie wszystko w porządku w pracy i w rodzinie. Ranyinudo mówiła, że spotkała cię jakiś czas temu i że urodziło ci się dziecko! Dumny tata. Gratulacje. Niedawno postanowiłam wrócić do Nigerii. Za tydzień powinnam być w Lagos. Bardzo chętnie pozostałabym w kontakcie. Trzymaj się. Ifemelu.
Przeczytał wiadomość jeszcze raz, powoli, i poczuł potrzebę, by coś wygładzić, spodnie, swoją ogoloną na łyso głowę. Użyła przezwiska „Sufit”. W poprzednim e-mailu, wysłanym tuż przed jego ślubem, nazwała go Obinze, przeprosiła za wieloletnią ciszę, w pogodnych słowach życzyła mu szczęścia i wspomniała o Czarnym Amerykaninie, z którym mieszkała. Bardzo uprzejmy e-mail. Obinze go znienawidził. Nienawidził go tak bardzo, że wyszukał w internecie tego Czarnego Amerykanina – bo po co podawałaby mu jego pełne imię i nazwisko, jeśli nie chciała, żeby go sprawdził? – wykładowcę z Yale, i doprowadzało go do szału, że mieszkała z facetem, który na swoim blogu nazywał przyjaciół „ziomkami”, ale dopiero zdjęcie mężczyzny emanującego intelektualnym luzem, w postarzanych dżinsach i okularach w czarnych oprawkach, przeważyło szalę i skłoniło Obinze do wysłania chłodnej odpowiedzi. Dziękuję za życzenia, nigdy w życiu nie byłem tak szczęśliwy – napisał. Miał nadzieję, że ona odpowie mu sarkastycznie – to zupełnie nie w jej stylu, że już w tym pierwszym e-mailu nie pozwoliła sobie na choćby odrobinę złośliwości – ale Ifemelu więcej się nie odezwała, podobnie jak milczała, kiedy po powrocie z miesiąca miodowego w Maroku wysłał jej kolejną wiadomość, pisząc, że chciałby pozostać w kontakcie i kiedyś z nią porozmawiać.
Samochód powoli posuwał się do przodu. Padał lekki deszcz. Obok biegł żebrzący dzieciak, teatralnie wytrzeszczając oczy i wykonując gorączkowe ruchy: raz po raz przykładał dłoń z zaciśniętymi palcami do ust. Obinze opuścił szybę i wyciągnął banknot stunairowy. Jego szofer, Gabriel, obserwował to w lusterku z wyraźnym niezadowoleniem.
– Niech Bóg cię błogosławi, oga! – powiedział chłopiec.
– Niech pan nie daje pieniędzy tym żebrakom – odezwał się Gabriel. – Oni są bogaci. Zarabiają na żebractwie duże pieniądze. Słyszałem o jednym takim, co zbudował apartamentowiec z sześcioma mieszkaniami w Ikeja!
– To dlaczego zamiast żebrać, pracujesz jako szofer, co, Gabriel? – zapytał Obinze i roześmiał się, nieco zbyt radośnie. Chciał powiedzieć Gabrielowi, że właśnie dostał e-maila od swojej dziewczyny z czasów studiów, a właściwie z czasów studiów i liceum. Kiedy po raz pierwszy pozwoliła mu zdjąć stanik, leżała na plecach, cicho jęcząc, rozcapierzonymi palcami dotykała jego głowy, a po wszystkim powiedziała: „Miałam otwarte oczy, ale nie widziałam sufitu. To się jeszcze nigdy mi nie przydarzyło”. Inne dziewczyny udawałyby, że dotąd nikomu nie pozwoliły się dotknąć, ale nie ona, na pewno nie ona. Miała w sobie żywą szczerość. Zaczęła nazywać to, co razem robili, sufitem – ich ciepłe uściski u niego w łóżku, kiedy matki nie było w domu, w samej bieliźnie, dotykanie się, całowanie i ssanie, poruszanie biodrami jakby się kochali. Marzę o suficie – napisała kiedyś na odwrocie jego zeszytu do geografii, a potem przez długi czas, gdy tylko spoglądał na ten zeszyt, przeszywał go dreszcz, uczucie sekretnego podniecenia. Na studiach, kiedy w końcu przestali udawać i naprawdę się kochali, zaczęła nazywać go Sufitem, w żartach, dwuznacznie, ale gdy się kłócili lub ona popadała w zły nastrój, zwracała się do niego Obinze. Nigdy nie używała przezwiska „Zed”, którym posługiwali się jego znajomi. „A tak w ogóle, dlaczego mówisz do niego Sufit?” – zapytał ją jego przyjaciel Okwudiba podczas jednego z tych leniwych dni po egzaminach w pierwszym semestrze. Akurat dosiadła się do grupy jego przyjaciół, gdy pili piwo przy brudnym plastikowym stole w barze poza kampusem. Pociągnęła z butelki łyk Maltiny, przełknęła, spojrzała na Obinze i odparła: „Bo jest tak wysoki, że głową dotyka sufitu, nie widzicie?”. Powoli wypowiadane słowa, lekki uśmiech, który rozciągnął jej usta, miały im dać jasno do zrozumienia, że powód był zupełnie inny. Poza tym on wcale nie był wysoki. Kopnęła go pod stołem, a on odpłacił jej tym samym, patrząc na roześmianych towarzyszy; wszyscy trochę się jej bali i trochę się w niej podkochiwali. Czy widziała sufit, kiedy dotykał jej Czarny Amerykanin? Czy używała słowa „sufit” w stosunku do innych mężczyzn? Teraz dręczyła go myśl, że tak właśnie było. Jego telefon nagle się odezwał i przez krótką chwilę zdezorientowany Obinze myślał, że to Ifemelu dzwoni z Ameryki.
– Kochanie, kedu ebe I no? – Jego żona, Kosi, zawsze zaczynała rozmowy z nim od tych słów: Gdzie jesteś? On nigdy nie pytał jej, gdzie jest, kiedy do niej dzwonił, ale ona i tak mu mówiła: „Właśnie jadę do salonu”. „Jestem na Third Mainland Bridge”. To było tak, jakby potrzebowała potwierdzenia ich fizycznej bliskości, kiedy nie byli razem. Miała wysoki, dziewczęcy głos. Przyjęcie w domu Chiefa miało się rozpocząć o wpół do ósmej, a minęła już szósta.
Odparł, że utknął w korku.
– Ale właśnie się ruszyło, skręciliśmy w Ozumba Mbadiwe. Zaraz będę na miejscu.
Na autostradzie Lekki, w słabnącym deszczu, ruch płynął już szybko i wkrótce Gabriel trąbił przed wysoką czarną bramą domu Obinze. Strażnik Mohammed, chudy, ubrany w brudny biały kaftan, otworzył mu i podniósł rękę na powitanie. Obinze spojrzał na brązowy budynek z kolumnadą. W środku czekały na niego meble sprowadzone z Włoch, żona, dwuletnia córka Buchi, niania Christiana, szwagierka Chioma, która była na przymusowych wakacjach, bo wykładowcy uniwersyteccy znowu strajkowali, oraz nowa pomoc domowa Marie, sprowadzona z Republiki Beninu po tym, jak Kosi uznała, że nigeryjskie służące nie nadają się do pracy. W całym domu panował przyjemny chłód, cicho szumiała klimatyzacja, z kuchni dochodził zapach curry i tymianku; na dole leciało CNN, telewizor na piętrze nadawał Cartoon Network i wszędzie panowała atmosfera dobrego samopoczucia. Wysiadł z samochodu. Chodził sztywno, z trudem podnosząc nogi. W ostatnich miesiącach zaczął czuć się przepełniony wszystkim, co osiągnął – rodziną, domami, samochodami, kontami bankowymi – i od czasu do czasu ogarniała go potrzeba, by wbić szpilkę, spuścić powietrze i poczuć się wolnym. Nie był już pewien, a właściwie nigdy nie był pewien, czy lubi swoje życie naprawdę, czy też lubił je, bo tak wypadało.
– Kochanie – powitała go Kosi, otwierając drzwi, zanim jeszcze do nich dotarł. Była perfekcyjnie umalowana, jej cera promieniała, a on jak zwykle pomyślał, jaka to piękna kobieta, jakie ma idealnie migdałowe oczy i zadziwiająco symetryczne rysy. Jej sukienka z marszczonego jedwabiu była mocno ściągnięta w talii i nadawała jej sylwetce kształt klepsydry. Objął ją, starannie omijając jej usta, pomalowane na różowo i obrysowane konturówką w ciemniejszym odcieniu.
– Wieczorne słońce! Asa! Ugo! – powiedział. – Gdy tylko się pojawisz, szef będzie mógł odpuścić sobie zapalanie świateł.
Roześmiała się. Śmiała się tak samo, z otwartą, świadomą radością z własnego wyglądu, za każdym razem, gdy ludzie pytali ją: „Czy twoja matka jest Biała? Czy jesteś półkrwi?”, ponieważ miała tak jasną karnację. Zawsze wprawiało go to w zakłopotanie – ta przyjemność, jaką czerpała z tego, że brano ją za osobę mieszanej rasy.
– Tatuś, tatuś! – wykrzyknęła Buchi, biegnąc do niego nieco chwiejnym, dziecięcym krokiem. Była świeżo po wieczornej kąpieli, miała na sobie piżamkę w kwiatki i pachniała słodko balsamem dla dzieci. – Buch-buch! Tatuś buch!
Podniósł ją, pocałował, wtulił twarz w jej szyję i – ponieważ zawsze ją to rozśmieszało – udawał, że rzuca ją na podłogę.
– Będziesz się kąpał czy tylko się przebierzesz? – zapytała żona, idąc za nim na górę, gdzie na łóżku rozłożyła niebieski kaftan. Wolałby koszulę lub prostszy kaftan zamiast tego z przesadnie zdobnymi haftami, który Kosi kupiła za astronomiczną sumę od jednego z tych nowych, pretensjonalnych projektantów mody z Wyspy. Ale włoży go, żeby sprawić jej przyjemność.
– Tylko się przebiorę – odparł.
– Jak w pracy? – zapytała jak zwykle serdecznie, ale nieco roztargnionym tonem. Opowiedział jej o nowym bloku mieszkalnym, który właśnie ukończył w Parkview. Miał nadzieję, że Shell go wynajmie, bo firmy naftowe to najlepsi najemcy: nie narzekają na nagłe podwyżki, płacą bez problemu w dolarach, dzięki czemu nikt nie musiał przejmować się wahaniami kursu nairy.
– Nie martw się – powiedziała i dotknęła jego ramienia. – Bóg sprowadzi Shella. Wszystko będzie dobrze, kochanie.
Tak naprawdę Shell już wynajął mieszkania, ale czasami opowiadał jej takie bezsensowne kłamstwa, mając w głębi duszy nadzieję, że żona zada mu jakieś pytanie lub podważy jego słowa, choć wiedział, że nic takiego nie nastąpi, ponieważ zależało jej jedynie na tym, by warunki ich życia nigdy się nie zmieniły, a to, jak miał to osiągnąć, w ogóle jej nie interesowało.
WIEDZIAŁ, ŻE NA PRZYJĘCIU jak zwykle się wynudzi, ale i tak się na nie wybierał, jak na wszystkie imprezy u Szefa. Za każdym razem, gdy parkował przed jego rozległą posiadłością, przypominał sobie pierwszą wizytę, gdy towarzyszyła mu kuzynka Nneoma. Właśnie wrócił z Anglii i był w Lagos dopiero od tygodnia, ale Nneoma już gderała, żeby przestał obijać się u niej w mieszkaniu, czytać i rozczulać nad sobą.
– Ahn ahn!O gini? A bo to ty pierwszy przeżywasz taki problem? Wstawaj i zacznij kombinować. Wszyscy tu kombinują, w Lagos najważniejsze jest kombinowanie – powiedziała Nneoma. Miała mocne, sprawne dłonie i prowadziła liczne interesy; jeździła do Dubaju po złoto, do Chin po damską odzież, a ostatnio została dystrybutorką firmy handlującej potrawami z mrożonego kurczaka. – Wzięłabym cię na wspólnika, ale nie, jesteś za miękki, za dużo gadasz po angielsku. Potrzebuję kogoś, kto ma gra-gra – dodała.
Obinze wciąż nie mógł dojść do siebie po tym, co spotkało go w Anglii; nadal chował się za zasłoną użalania się nad sobą, więc lekceważące pytanie Nneomy – „A bo to ty pierwszy przeżywasz taki problem?” – bardzo go zirytowało. Co ona mogła wiedzieć! Dorastała na wsi i patrzyła na świat zimnym, nieczułym wzrokiem. Ale powoli dotarło do niego, że miała rację; nie on pierwszy i nie ostatni. Zaczął wysyłać podania o pracę do firm z ogłoszeń w gazetach, ale nikt nie zaprosił go na rozmowę, a jego szkolni znajomi, którzy teraz pracowali w bankach i firmach telekomunikacyjnych, zaczęli go unikać, bojąc się, że Obinze znów będzie im wciskał swoje CV.
Pewnego dnia Nneoma oznajmiła:
– Znam pewnego bardzo bogatego faceta, Szefa. On ciągle się za mną ugania, ale ja mu odmawiam. Ma poważny problem z kobietami i może zarazić AIDS. Ale wiesz, jak to jest z takimi typami, jak im jakaś kobieta powie nie, to właśnie ją zapamięta. Więc od czasu do czasu dzwoni do mnie, a ja idę z nim pogadać. Pomógł mi nawet z kapitałem na rozkręcenie nowej działalności po tym, jak w zeszłym roku okradły mnie te pomioty szatana. On nadal myśli, że pewnego dnia się zgodzę. Ha, o di egwu, na co? Zabiorę cię do niego. Jak mu akurat dopisuje humor, potrafi być bardzo hojny. Zna wszystkich w tym kraju. Może da nam list polecający do jakiegoś dyrektora.
Drzwi otworzył im steward. Szef siedział na pozłacanym fotelu, wyglądającym jak tron, i popijał koniak, otoczony gośćmi. Na ich widok podskoczył, niski, pełen energii i entuzjazmu.
– Nneoma! To ty? Przypomniałaś sobie o mnie, co? – wykrzyknął. Uściskał Nneomę, cofnął się, by móc swobodnie otaksować wzrokiem opięte dopasowaną spódnicą biodra oraz długie, opadające miękko na ramiona włosy jej peruki. – Chcesz, żebym dostał zawału?
– Nie ma mowy! Co ja bym bez ciebie zrobiła? – odparła żartobliwie Nneoma.
– Już ty dobrze wiesz, co robić – stwierdził Szef, a goście, trzej mężczyźni, parsknęli śmiechem i wymienili znaczące spojrzenia.
– Szefie, to mój kuzyn, Obinze. Jego matka jest siostrą mojego ojca, to ta profesorka – przedstawiła Obinze Nneoma. – Opłacała mi szkołę, od początku do końca. Gdyby nie ona, nie wiem, gdzie bym dziś była.
– Cudownie, cudownie! – powiedział Szef, patrząc na Obinze, jakby to on w jakiś sposób odpowiadał za tę hojność.
– Dobry wieczór – przywitał się Obinze. Nie spodziewał się takiego fircyka, zadbanego aż do przesady: z wypielęgnowanymi, lśniącymi paznokciami, w czarnych aksamitnych pantoflach i z wysadzanym brylantami krzyżem na szyi. Wyobrażał sobie kogoś większej postury, nie tak wymuskanego.
– Siadajcie. Co mogę wam zaproponować?
Jak Obinze miał się z czasem przekonać, Wielcy Mężczyźni i Wielkie Kobiety nie rozmawiali z ludźmi, tylko wygłaszali przemowy, i tego wieczoru Szef mówił i mówił, perorował o polityce, a jego goście krzyczeli: „Dokładnie tak! Masz rację, Szefie! Dziękujemy!”. Wszyscy trzej mężczyźni mieli na sobie – jak na stosunkowo młodych i stosunkowo zamożnych mieszkańców Lagos przystało – skórzane klapki, dżinsy i obcisłe koszule rozpięte pod szyją, opatrzone logotypami znanych projektantów, choć ich zachowanie zdradzało żarliwą determinację osób, które czegoś potrzebują.
Gdy goście wyszli, Szef zwrócił się do Nneomy.
– Znasz tę piosenkę Nikt nie wie, co przyniesie jutro? – Po czym zaczął śpiewać z dziecinnym zapałem. Nikt nie wie, co przyniesie jutro! Juuu-tro! Nikt nie wie, co przyniesie jutro! Nalał sobie kolejną sporą lampkę koniaku. – To jedyna zasada, na której opiera się to państwo. Najważniejsza zasada. Nikt nie wie, co przyniesie jutro. Pamiętacie tych wielkich bankierów za rządów Abachy? Myśleli, że kraj należy do nich, a zanim się obejrzeli, wylądowali w więzieniu. A teraz weźcie tego nędzarza, który wcześniej nie miał z czego zapłacić czynszu, a potem dostał od Babangidy szyb naftowy i teraz lata prywatnym odrzutowcem!
Szef przemawiał triumfalnym tonem, przedstawiał prozaiczne spostrzeżenia jako epokowe odkrycia, a Nneoma słuchała, uśmiechała się i przytakiwała. Była przesadnie ożywiona, jakby jeszcze szerszy uśmiech i głośniejszy śmiech, każde kolejne pochlebstwo większe od poprzedniego, miały zagwarantować, że Szef im pomoże. Obinze był rozbawiony tym, jak oczywiste się to wszystko wydawało, z jaką otwartością prowadziła swoje zabiegi. Ale Szef podarował im jedynie skrzynkę czerwonego wina, a do Obinze rzucił niezobowiązująco:
– Wpadnij do mnie w przyszłym tygodniu.
Obinze odwiedził Szefa w następnym tygodniu, a potem w kolejnym; Nneoma powiedziała mu, żeby po prostu kręcił się w pobliżu, aż Szef coś mu załatwi. Steward zawsze podawał świeżą zupę paprykową, pełną aromatycznych kawałków ryby w bulionie, od którego Obinze ciekło z nosa, w głowie się przejaśniało, a przyszłość jakby się otwierała i napełniała go nadzieją, więc siedział spokojnie i przysłuchiwał się rozmowom Szefa i jego gości. Fascynowało go to, jak prawie bogaci płaszczyli się przed bogatymi, a bogaci przed bardzo bogatymi; wyglądało na to, że kto miał pieniądze, ten dawał się im pochłonąć. Obinze czuł zarazem wstręt i zazdrość; współczuł im, ale też wyobrażał sobie, że jest taki jak oni. Pewnego dnia Szef wypił więcej koniaku niż zwykle i zaczął bełkotać nieskładnie o ludziach, co wbijają drugiemu nóż w plecy, o niewinnych chłopcach, którzy znienacka pokazują rogi, i o niewdzięcznych głupcach, którym nagle się wydaje, że są sprytni. Obinze nie był pewien, co dokładnie się stało, ale ktoś rozzłościł Szefa i pojawiła się szczelina, więc gdy tylko zostali sami, natychmiast się odezwał:
– Szefie, jeśli mogę w czymś pomóc, to proszę mi powiedzieć. Może Szef na mnie liczyć.
Zaskoczyły go własne słowa. Jakby wyszedł poza samego siebie. Odurzyła go zupa paprykowa. Na tym właśnie polegało kombinowanie. Był w Lagos i musiał kombinować.
Szef przyglądał mu się długo i przenikliwie.
– W tym kraju potrzeba nam więcej takich ludzi jak ty. Ludzi z dobrych rodzin, dobrze wychowanych. Jesteś dżentelmenem, poznaję po oczach. A twoja matka wykłada na uczelni. To niemałe osiągnięcie.
Obinze uśmiechnął się lekko, na znak, że pokornie przyjmuje tę dziwną pochwałę.
– Jesteś głodny i uczciwy, a to w tym kraju wielka rzadkość. Czyż nie tak? – zapytał Szef.
– Tak – potwierdził Obinze, choć nie był pewien, czy przyznaje się do posiadania tej cechy, czy też potwierdza, że rzadko się ją spotyka. Nie miało to jednak znaczenia, ponieważ Szef najwyraźniej i tak wiedział swoje.
– W tym kraju wszyscy są głodni, nawet bogacze, ale nikt nie jest uczciwy.
Obinze skinął głową, a Szef znowu przyjrzał mu się dłużej, po czym w milczeniu ponownie sięgnął po koniak. Podczas kolejnej wizyty był jak zwykle bardzo rozgadany.
– Przyjaźniłem się z Babangidą. Przyjaźniłem się z Abachą. Teraz, gdy wojsko już nie rządzi, przyjaźnię się z Obasanjo – powiedział. – Wiesz dlaczego? Czy to dlatego, że jestem głupi?
– Oczywiście, że nie, Szefie – odparł Obinze.
– Podobno Państwowa Agencja Wsparcia Rolnictwa zbankrutowała i zamierzają ją sprywatyzować. Wiedziałeś o tym? Nie. Skąd ja to wiem? Bo mam przyjaciół. Zanim ty się o tym dowiesz, ja już zdążę zająć odpowiednie stanowisko i zarobić na arbitrażu. Tak właśnie działa nasz wolny rynek! – roześmiał się Szef. – Agencja powstała w latach sześćdziesiątych i ma nieruchomości rozsiane po całym kraju. Domy się sypią, dachy przeżarły termity. Ale oni je sprzedają. Zamierzam kupić siedem nieruchomości po pięć milionów każda. Wiesz, na ile są wycenione w księgach? Na milion. Wiesz, ile są warte naprawdę? Pięćdziesiąt milionów. – Szef zamilkł i spojrzał na jeden z czterech telefonów komórkowych na stole, który właśnie się rozdzwonił, po czym zignorował połączenie i rozsiadł się wygodnie na sofie. – Potrzebuję kogoś, kto będzie twarzą tej transakcji.
– Oczywiście, proszę pana, mogę to zrobić – odparł Obinze.
Później, uszczęśliwiona tym sukcesem, Nneoma siedziała na łóżku i udzielała mu porad, od czasu do czasu poklepując się po głowie; swędziała ją skóra pod peruką, ale nie mogła normalnie się podrapać, więc musiała tak sobie radzić.
– To twoja szansa! Nie przegap jej, Zed! Oni mają na to taką mądrą nazwę, „doradztwo w zakresie wyceny”, ale to nic trudnego. Po prostu zaniżasz wartość nieruchomości i pilnujesz, żeby wszystko wyglądało, jakbyś działał zgodnie z przepisami. Kupujesz nieruchomość, sprzedajesz połowę, żeby pokryć koszty zakupu, i już można zaczynać biznes! Zarejestrujesz własną firmę. Potem zbudujesz dom w Lekki, kupisz kilka samochodów i poprosisz miasto o kilka tytułów honorowych, a znajomych o to, żeby zamieścili w gazetach gratulacje dla ciebie. Zanim się zorientujesz, każdy bank będzie chciał dać ci kredyt, bo będą myśleć, że już nie potrzebujesz pieniędzy! A jak zarejestrujesz firmę, musisz sobie znaleźć Białego. Znasz na pewno jakichś Białych w Anglii. Powiesz wszystkim, że to twój dyrektor generalny. Zobaczysz, ile drzwi się przed tobą otworzy, bo masz dyrektora generalnego z zagranicy. Nawet Szef ma kilku Białych, których sprowadza i pokazuje, kiedy trzeba. Tak to działa w Nigerii. Mówię ci.
I rzeczywiście tak to działało i miało zadziałać w przypadku Obinze. Łatwość tego zadania oszołomiła go. Kiedy po raz pierwszy przyszedł do banku z ofertą, miał wrażenie, że to jakiś sen, gdy mówił „pięćdziesiąt” i „pięćdziesiąt pięć”, pomijając słowo „milion”, bo nie było potrzeby wspominania tego, co oczywiste. Zaskoczyło go również to, jak proste stały się dla niego inne rzeczy, jak nawet pozory bogactwa ułatwiały mu życie. Wystarczyło, że podjechał swoim BMW do bramy, a strażnicy salutowali i otwierali mu ją bez zadawania pytań. Nawet w ambasadzie amerykańskiej wszystko wyglądało inaczej. Wiele lat temu, jako świeżo upieczonemu absolwentowi z głową pełną amerykańskich ambicji, odmówiono mu wizy, ale teraz wystarczyły nowe wyciągi bankowe, by ją otrzymał. Podczas pierwszej podróży na lotnisku w Atlancie urzędnik imigracyjny był rozmowny i serdeczny, zapytał: „Ile ma pan przy sobie gotówki?”. Kiedy Obinze odparł, że niezbyt dużo, mężczyzna zrobił zdziwioną minę. „Nigeryjczycy tacy jak pan zazwyczaj zgłaszają tysiące dolarów”.
Właśnie tym się teraz stał – typem Nigeryjczyka, od którego oczekuje się, że zadeklaruje na lotnisku sporą kwotę w gotówce. Dezorientowało go to i budziło w nim dziwne uczucie wyobcowania, jego sposób myślenia nie nadążał za zmianami zachodzącymi w jego życiu, odnosił wrażenie, że między nim a osobą, którą powinien być, powstała jakaś pustka.
Wciąż nie rozumiał, dlaczego Szef postanowił mu pomóc, dlaczego go wykorzystał, jednocześnie przymykając oko na to, ile Obinze przy okazji sam na tym układzie zyskał, mało tego, wręcz go zachęcając do czerpania z niego pełnymi garściami. Przecież codziennie przed domem Szefa ciągnął się długi sznur pokornych petentów, krewnych i przyjaciół, którzy z kolei przyprowadzali swoich krewnych i przyjaciół, a wszyscy przychodzili z mnóstwem próśb i wniosków. Czasami Obinze zastanawiał się, czy pewnego dnia Szef nie poprosi jego – tego wygłodniałego i uczciwego chłopaczka, którego wywindował na szczyt – o przysługę. W chwilach, gdy popadał w melodramatyczny nastrój, wyobrażał sobie, jak Szef zleca mu organizację zabójstwa.
GDY TYLKO DOTARLI na przyjęcie, Kosi zaczęła krążyć po sali, ściskała mężczyzn i kobiety, których ledwo znała, z przesadnym szacunkiem tytułowała starszych „ma” i „sir”, napawała się uwagą, jaką przyciągała jej twarz, ale jednocześnie tłumiąc swoją osobowość, by jej uroda nie stanowiła zagrożenia. Chwaliła fryzurę jednej kobiety, sukienkę innej, komplementowała jakiegoś mężczyznę za dobór krawata. Często powtarzała: „Bogu dzięki”. Kiedy jedna z kobiet zapytała ją oskarżycielskim tonem: „Jakiego kremu do twarzy używasz? Jak można mieć tak idealną cerę?”, Kosi roześmiała się z wdzięcznością i obiecała jej wysłać SMS-a ze szczegółami jej codziennej pielęgnacji.
Obinze nigdy nie przestało zadziwiać, jak bardzo zależało jej na tym, by zadowolić wszystkich wokół i u nikogo nie wywołać negatywnych emocji. W niedziele zapraszała jego krewnych na purée z jamu i zupę onugbu, a potem dbała, żeby wszyscy porządnie się najedli. Wujku, wujek musi coś zjeść! W kuchni czeka więcej mięsa! Przyniosę wujkowi jeszcze jednego Guinnessa! Podczas pierwszej wizyty w domu jego matki w Nsukka, tuż przed ślubem, od razu zaczęła pomagać w podawaniu posiłku, a kiedy po wszystkim matka chciała posprzątać, Kosi zerwała się i rzekła z urazą: „Mamo, jak miałabym tu siedzieć, kiedy mama sprząta?”. Każde zdanie, które kierowała do wujków, kończyła słowem „sir”. Wplatała wstążki we włosy córek jego kuzynów. W jej skromności było coś nieskromnego: za bardzo się z nią obnosiła.
Teraz dygała przed panią Akin-Cole, legendarnie starą z legendarnie starego rodu, na twarzy której nieustannie gościła wyniosła mina osoby nawykłej do hołdów. Obinze często wyobrażał sobie, jak staruszce odbija się szampanem.
– Co u twojej córki? Czy zaczęła już chodzić do szkoły? – zapytała pani Akin-Cole. – Musisz ją posłać do francuskiej szkoły. Tam są bardzo dobrzy nauczyciele, bardzo wymagający. Lekcje odbywają się oczywiście po francusku, ale nauka kolejnego cywilizowanego języka na pewno wyjdzie dziecku na dobre, skoro w domu uczy się już angielskiego.
– Dobrze, ma. Zastanowię się nad francuską szkołą dla niej – odparła Kosi.
– Francuska szkoła nie jest zła, ale ja wolę Sidcot Hall. Tam realizują pełny brytyjski program nauczania – odezwała się inna kobieta, której imienia Obinze nie pamiętał. Wiedział, że zarobiła mnóstwo pieniędzy za rządów generała Abachy. Podobno była sutenerką i podsuwała młode dziewczyny oficerom, którzy w zamian przyznawali jej lukratywne kontrakty na dostawy dla wojska. Teraz, w obcisłej sukience z cekinami podkreślającej wystający brzuch, stała się przedstawicielką pewnego typu Lagosanek w średnim wieku, wypalonych rozczarowaniami, zniszczonych goryczą, maskujących wypryski na czole grubą warstwą podkładu.
– O tak, Sidcot Hall – powiedziała Kosi. – Od dawna jest na czele mojej listy, właśnie ze względu na brytyjski program.
– Ale czyż my wszyscy nie chodziliśmy do podstawówek, gdzie obowiązywał nigeryjski program nauczania? – spytał Obinze, który zazwyczaj się nie wtrącał, tylko patrzył i słuchał, ale dzisiaj z jakiegoś powodu postanowił się odezwać.
Kobiety spojrzały na niego, a ich zdziwione miny wyrażały wątpliwość, czy mówił poważnie. I w pewnym sensie rzeczywiście nie mówił. Oczywiście, że on również pragnął dla swojej córki tego, co najlepsze. Czasami, tak jak teraz, czuł się intruzem w tym nowym kręgu znajomych, ludzi, którzy wierzyli, że najnowsze szkoły i najnowsze programy zapewnią ich dzieciom pełnię rozwoju. Nie podzielał ich przekonania. Spędzał zbyt wiele czasu na opłakiwaniu tego, co mogło się wydarzyć, i kwestionowaniu tego, co wydarzyć się powinno.
Kiedy był młodszy, podziwiał ludzi, którzy dorastali w zamożnych domach i mówili z zagranicznym akcentem, ale z czasem zaczął dostrzegać w nich niewypowiedzianą tęsknotę, pełne smutku poszukiwanie czegoś, czego nigdy nie mogli zaznać. Nie chciał, by jego znakomicie wykształcone dziecko z czasem ogarnęło takie zwątpienie. Buchi nie pójdzie do francuskiej szkoły, tego był pewien.
– Jeśli postanowicie zaszkodzić córce i poślecie ją do jednej z tych szkół z niedoświadczonymi nigeryjskimi nauczycielami, prędzej czy później pożałujecie – oznajmiła pani Akin-Cole.
Mówiła z trudnym do zidentyfikowania obcym akcentem – brytyjskim, amerykańskim i jeszcze jakimś innym naraz – charakterystycznym dla zamożnej Nigeryjki, która nie chciała, by świat zapomniał, jak bardzo była światowa i jak jej VIP-owska karta British Airways niemal eksploduje od liczby zebranych mil.
– Moja przyjaciółka ma syna, który uczy się na kontynencie, i nie uwierzycie, w całej szkole mają tylko pięć komputerów. Tylko pięć! – powiedziała ta druga kobieta. Obinze przypomniał sobie teraz jej imię. Adamma.
– Czasy się zmieniły – stwierdziła pani Akin-Cole.
– Zgadzam się – odparła Kosi. – Ale rozumiem też, o co chodzi Obinze.
Starała się zadowolić wszystkich, zawsze stawiała spokój ponad rację, za wszelką cenę próbowała się dopasować. Obserwując ją teraz, jak rozmawia z panią Akin-Cole, jak złoty cień mieni się na jej powiekach, Obinze poczuł wyrzuty sumienia z powodu swoich myśli. Była taką oddaną kobietą, pełną dobrych intencji, oddaną kobietą. Wyciągnął rękę i ujął jej dłoń.
– Wybierzemy się do Sidcot Hall i do francuskiej szkoły, obejrzymy też kilka nigeryjskich placówek, na przykład Crown Day – powiedziała Kosi i spojrzała na niego błagalnie.
