Amelia i Kuba. Nowa szkoła - Rafał Kosik - ebook

15 osób właśnie czyta

Opis

Wznowienie w nowej szacie graficznej.

Książka Nowa szkoła opowiada o burzliwym wejściu bohaterów w nowe środowisko, obyczaje i relacje. Jedenastolatkowie Amelia i Kuba idą do nowej szkoły.

Rafał Kosik opowiada o ważnych sprawach małych ludzi tak zabawnie i wciągająco, że dzieci uwielbiają jego książki i je czytają!

Skierowana jest do dzieci w wieku 7–12 lat, a także do rodziców i nauczycieli.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 170

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Amelia i Kuba. Nowa szkoła ISBN: 978-83-66178-23-6 Wydawca: Powergraph ul. Cegłowska 16/2 01-803 Warszawa tel. 22 834 18 25 e-mail: [email protected] Copyright © 2015-2019 by Rafał Kosik Copyright © 2015-2019 by Powergraph Copyright © 2019 for the cover by Rafał Kosik Copyright © 2019 for the cover illustration by Jakub Grochola Copyright © 2019 for the illustrations by Jakub Grochola Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. Redakcja: Kasia Sienkiewicz-Kosik Korekta: Maria Aleksandrow Skład i łamanie: Powergraph Projekt graficzny i okładka: Rafał Kosik Ilustracje na okładce i wewnątrz: Jakub Grochola Ilustracje na wyklejce: Jakub Grochola i Rafał Kosik Wydanie drugie, w nowej szacie graficznej Wyłączna dystrybucja: Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 733 50 31/32 e-mail: [email protected] www.dressler.com.pl
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Prolog

Był wczesny, słoneczny poranek. Sześcioletnia dziewczynka, z kitką ciemnych włosów na czubku głowy, stała przy oknie i obserwowała podwórko. Szczupły dziesięciolatek w okularach szedł zamyślony przez trawnik, mokry jeszcze od rosy. Dziewczynka nie patrzyła jednak na niego, lecz na małego białego psa, który ciągnął smycz trzymaną przez chłopca. Pies sunął z nosem przy ziemi wprost do okienka piwnicznego.

— Oż ty w mordę — wyszeptała dziewczynka. — Wszystko się wyda!

Rozdział 1

w którym Kuba i Mi szykują się do szkoły w miarę sprawnie, Albert bardzo sprawnie, a Amelia wprost przeciwnie.

W mieszkaniu rodziny Rytlów na drugim piętrze apartamentowca, zwanego przez mieszkańców Zamkiem, panowało nerwowe zamieszanie. Był ranek pierwszego września, co oznaczało, że całkiem niedługo, za niecałą godzinę, rozpocznie się nowy rok szkolny.

Kuba Rytel, przystojny jedenastolatek o blond włosach, układał na biurku stertę zeszytów i podręczników. Nie spakował się wczoraj i teraz tego żałował, bo nie mógł nigdzie znaleźć informacji, co powinien zabrać pierwszego dnia. Można to było sprawdzić na stronie internetowej szkoły. Można było, jeżeli znało się jej adres, ale na szukanie go teraz było już za późno.

Otworzył brudnopis na stronie z listą postanowień, co robić należy, a czego nie. Ułożenie takiej listy poradziła mu mama. Lista miała mu pomóc uniknąć kłopotów, które miewał w poprzedniej szkole. Przebiegł wzrokiem po kolejnych punktach. Nie spóźniać się do szkoły, uważać na lekcjach, odrabiać prace domowe, nie wdawać się w bójki, nie dyskutować z nauczycielami, jednym słowem same nudy. Bycie grzecznym to skomplikowana sprawa.

Jego plan, by jechać do szkoły na deskorolce, teraz wydawał się dość nierozsądny. Nie wiedział, jak wygląda szkoła, czy można bezpiecznie zostawić deskorolkę w szatni. Nie będzie przecież paradował po korytarzach z deskorolką w ręku ani tym bardziej z przypiętą do plecaka. Zresztą tata zapowiedział już, że ich podwiezie. Ich – Kuba miał bowiem młodszą siostrę.

Do pokoju wparowała właśnie Mi. Rzuciła okiem na rozłożone książki, na deskorolkę, a kitka kasztanowych włosów na czubku głowy kiwała się w rytm jej ruchów. Przez ramię miała przewieszoną torebkę, z którą się nie rozstawała, założyła też już szkolny plecak.

— Jeszcze nie gotowy? — Oparła dłonie na biodrach i groźnie spojrzała na brata. — Nie będą na nas czekać z pierwszym dzwonkiem. Co tam masz? — Zerknęła na listę w brudnopisie.

— Nie twoja sprawa. — Kuba szybko zamknął zeszyt.

— Pokaż natychmiast, bo… bo powiem mamie, że nie zjadłeś wczoraj kotleta, tylko go wyrzuciłeś przez balkon!

Mi miała sześć lat i szła do pierwszej klasy. Zamiast się denerwować szkołą, wprost tryskała entuzjazmem.

— To lista książek, które chcę przeczytać — odpowiedział niezupełnie zgodnie z prawdą, choć jeden z punktów rzeczywiście brzmiał „Czytać więcej książek”.

Mi zmarszczyła brwi.

— To coś takiego jak lista zakupów?

— Nie. To po prostu lista ciekawych lektur. — Kuba włożył kilka losowo wybranych podręczników i zeszytów do plecaka i zapiął go. W przeciwieństwie do siostry denerwował się bardzo, choć starał się tego nie okazywać. A miał powody. Przeprowadzili się tutaj w wakacje. Wraz z nowym domem czekała go nowa szkoła, a w niej nowa klasa z nowymi kolegami i koleżankami. Jednak najgorsze w tym wszystkim było to, że ci koledzy i koleżanki znali się od kilku lat, a on miał być tym nowym. To nie jest łatwa rola.

W dodatku czuł na sobie presję. Rodzice przez całe wakacje wbijali mu do głowy, że nowa szkoła to wielka szansa na zmianę i poprawę. Stąd ta lista i stąd zdenerwowanie.

Przeszli do jadalni, gdzie mama kończyła szykować drugie śniadanie. Tata za to chodził po salonie i rozmawiał przez telefon. Gestykulował przy tym wolną ręką, co Kubę zwykle śmieszyło, bo przecież osoba po drugiej stronie nie mogła tego widzieć. Tym razem jednak chłopak nie zwracał na to uwagi. Myślami był w szkole.

— Błagam was, niczego nie zmalujcie — poprosiła mama, wkładając im do plecaków pudełka z kanapkami.

Popatrzyła przy tym znacząco na obydwoje, Mi bowiem również nie można było nazwać wzorem grzecznej dziewczynki. Szczerze mówiąc, akurat pod tym względem nie różniła się bardzo od brata.

— Nic się nie martw, będziemy pre… per… protetycznie1 grzeczni — obiecała Mi.

Mama i Kuba popatrzyli na siebie porozumiewawczo i uśmiechnęli się. Mi często przekręcała słowa albo powiedzonka.

— Perfekcyjnie, perfekcyjnie grzeczni, córciu — wyjaśniła mama.

Mi zmarszczyła brwi, wyciągnęła ze swojej torebki mały zeszycik „Bardzo trudne słowa”. Zapisywała w nim wszystkie słowa, które usłyszała po raz pierwszy, jeśli tylko wydały jej się interesujące. Rodzice cieszyli się z tego, uważali, że dzięki temu będzie się lepiej uczyła. A jeszcze bardziej się cieszyli, że Mi nauczyła się pisać i czytać, zanim poszła do szkoły.

— Długo mam jeszcze czekać? — zapytał z szerokim uśmiechem tata, chowając telefon do kieszeni.

Rodzeństwo stało przy drzwiach i oczywiście to oni czekali na tatę, a nie odwrotnie. Mi spojrzała na niego z pobłażliwym znudzeniem, z jakim to ojciec powinien patrzeć na niesforne dzieci. Prawdopodobnie podpatrzyła tę minę na jakimś filmie.

Zjechali windą do garażu i zapakowali się do pięcioosobowej kabiny białego pick-upa.

— Zapiąć pasy, załoga — polecił tata, wyjeżdżając już na ulicę. Założył lustrzane okulary przeciwsłoneczne, jakie noszą piloci myśliwców.

Ulica była szeroka i niemal pusta. Na razie jeździły nią głównie ciężarówki firm budowlanych, stawiających kolejne domy w rozrastającej się Warszawie.

— Zadzwoń, jak skończycie zajęcia, to po was podjadę. — Tata spojrzał poważnie na syna. — I pamiętaj, żeby się opiekować siostrą.

— Jasne, jasne — pokiwał głową Kuba. — A mogę ją walnąć, jak się nie będzie słuchać?

— Nie jestem dzieckiem, żeby się mną zajmować — odpaliła obrażonym tonem Mi. — Lepiej wciśnij ten gaz, ojciec. Miejsce w ostatniej ławce samo się nie zajmie.

* * *

W mieszkaniu rodziny Domeyków w innej części Zamku również trwały gorączkowe przygotowania do pierwszego dnia szkoły. Tam dla odmiany tata czekał na Amelię i Alberta. Chociaż nie, tata czekał tylko na Amelię, bo Albert spakował plecak wczoraj i był gotowy. Nie dość, że Amelia się nie spakowała, to jeszcze nawet nie podjęła decyzji, co spakować ani w który plecak. A może w torbę? Ba! Ona nie zdecydowała jeszcze, co ma na siebie włożyć. Denerwowała się nową szkołą, a to potęgowało tylko jej wrodzone niezdecydowanie.

Imbir, biały i kosmaty West Highland terier, biegał od jednego domownika do drugiego. Takie przygotowania kojarzyły mu się z wycieczką, a wycieczki Imbir lubił najbardziej. Może poza podkradaniem kiełbasy ze stołu.

Na otwartym ekranie laptopa w przekazie videochata2 widać było, jak kończy się przygotowywać do szkoły Klementyna, przyjaciółka Amelii. Obie dziewczyny wyglądały jak swoje przeciwieństwa. Czarnowłosa Amelia była cicha, nieśmiała, roztargniona, ubrana w skromną niebieską sukienkę. Klementyna – wprost przeciwnie, lubiła być w centrum uwagi. Miała jasnoblond włosy związane wielką kokardą, a jej sukienka była jaskraworóżowa. Chyba jedynym, co je łączyło, był wiek. Obie miały po jedenaście lat. A, no i za chwilę obie miały iść do tej samej szkoły.

Amelia wrzuciła do plecaka zeszyt do matematyki. Jego okładkę ozdabiała ilustracja złożona z cyfr i fantazyjnie ułożonych wzorów matematycznych, którą Amelia rysowała przez ostatnie dni. Wyjęła zeszyt i włożyła go do innego plecaka. Nie miała pojęcia, co dziś będzie potrzebne. Nie znała jeszcze planu lekcji.

— Myślisz, że będziemy w jednej klasie? — zapytała w stronę laptopa.

Klementyna na ekranie wzruszyła ramionami.

— Pewnie tak. Ja się martwię, czy w naszej klasie będzie chociaż kilku fajnych chłopaków.

— A to ty nie spotykasz się już z Emilem? — Amelia przełożyła zeszyt do zielonej torby na ramię.

— Spotykam, spotykam. Ale wiesz, jak to jest. Zawsze może się trafić coś lepszego.

Amelia westchnęła. Czasem nie rozumiała swojej przyjaciółki.

— Skończyłaś? — z przedpokoju dobiegło pytanie zniecierpliwionego taty.

— Już, już… Muszę lecieć — rzuciła w kierunku laptopa.

— Do zobaczenia w szkole, pamiętaj, siedzimy razem! — odkrzyknęła Klementyna.

Amelia zamknęła ekran. Zastanawiała się, czy będzie w jednej klasie z Kubą. Żałowała, że nie umówiła się z nim na wspólną wyprawę do szkoły, co mogłoby ją zmobilizować do pośpiechu. Teraz było już jednak na to za późno. Zresztą, czy on chciałby na nią czekać, skoro to tyle trwa? Hm… Kremowa sukienka czy niebieska? Pierwsze wrażenie jest przecież bardzo ważne, bo trudno je potem zatrzeć.

Wyjęła z torby zeszyt do matematyki i wrzuciła do niej tylko szkicownik i brudnopis, czyli to, co bezsprzecznie jest konieczne pierwszego dnia szkoły. Ta stara torba będzie dobra. Z nowego plecaka, który kupiła na początku wakacji, nie była zadowolona.

Albert stał w drzwiach jej pokoju i przeglądał internet na tablecie. Zdecydował, że nie będzie zabierał do szkoły laptopa, bo jest duży i ciężki. Tablet musi wystarczyć. Gdyby Amelia go zapytała, z łatwością udzieliłby jej odpowiedzi, czy będzie chodziła do klasy z Kubą, czy nie. Sprawdził to na stronie szkoły, gdzie była również szczegółowa lista, co wszyscy powinni przynieść. Ale skoro Amelia nie pytała, to nie czuł potrzeby mówienia jej o tym.

— Powinniśmy wyjść trzydzieści sekund temu. — Pokazał jej ekran tabletu. — Program nawigacyjny twierdzi, że będziemy jechać pięć minut, zejście do garażu to kolejne dwie. Na wyjazd potrzebujemy –

— Jestem estetką — przerwała mu Amelia. — Muszę wybrać odpowiedni kolor.

— Mogłaś to zrobić wcześniej. Kolory się nie zmieniły od wczoraj.

— Och, nigdy tego nie zrozumiesz.

Tak, Amelia była estetką, a to znaczyło, że przykładała wielką wagę do wyglądu: własnego i otoczenia. Po prostu źle się czuła wśród rzeczy brzydkich. Przeszkadzało jej na przykład zestawienie brązowego T-shirta Alberta z granatowymi spodniami.

Co gorsza, Amelii przeszkadzały również jej własne wybory z poprzedniego dnia. Wybrała wczoraj kremową sukienkę, ale wcale nie była pewna, czy był to dobry wybór. Założyła niebieską, ale przed lustrem przykładała do brody tę kremową.

— Niebieska jest lepsza — oświadczył niespodziewanie Albert.

To było do niego zupełnie niepodobne. Amelia spojrzała z zaskoczeniem.

— Naprawdę? — zapytała. — Niebieska? Dlaczego?

— Powiem ci w samochodzie.

— Dzieciaki! — Tata wreszcie nie wytrzymał i stanął obok Alberta. — Naprawdę musimy już jechać.

Albert wziął plecak Amelii, zapiął go i wręczył siostrze. Pożegnał ich smutny wzrok pozostającego w domu Imbira.

Windą dotarli do garażu. To miejsce działało na Amelię przygnębiająco. Szare betonowe ściany, rury i echo towarzyszące krokom wydawały jej się trochę straszne. Większość miejsc parkingowych była pusta. Zamek oddano do użytku kilka miesięcy temu i nie wprowadziła się jeszcze nawet połowa mieszkańców. Biały Volkswagen3 państwa Domeyków stał samotnie, przednim kołem w niewielkiej kałuży.

— Cieknie. — Tata spojrzał krytycznie na grubą rurę biegnącą pod sufitem. Był architektem i to on zaprojektował Zamek. Starał się jednak ukryć to przed sąsiadami, żeby nie mieli do niego pretensji, na przykład o tę cieknącą rurę. W końcu to nie jego wina, że hydraulicy źle założyli uszczelkę.

— Potem napiszę do administratora — mruknął i otworzył samochód. — Niech on się martwi.

Amelia usiadła obok brata, zapięła pas, przygładziła niebieską sukienkę i powiedziała:

— Myślałam, że nie znasz się na sukienkach.

— Bo się nie znam — wyjaśnił Albert. — Kolor nie ma żadnego znaczenia.

— No ale przecież powiedziałeś, że niebieska jest lepsza.

— Bo niebieską miałaś już na sobie, więc nie musiałaś się przebierać. A to oznacza, że zaoszczędziliśmy minutę.

Amelia spojrzała na brata z niesmakiem.

— Jeszcze chwilka. Zapomniałam ważnej rzeczy. — Odpięła pas, wysiadła i pobiegła do domu.

Wróciła po trzech długich minutach. W kremowej sukience.

Tata pokręcił głową, uruchomił silnik i wolno ruszył w stronę wyjazdu. Tata zawsze prowadził bardzo ostrożnie.

Albert uniósł tablet między przednimi fotelami, wycelował obiektyw kamery do przodu i włączył nagrywanie.

— Co ty robisz? — zapytała Amelia.

— Nagrywam drogę do szkoły — odparł najzwyczajniej w świecie Albert. — W razie gdybyśmy musieli wracać sami.

— Przecież po drodze mamy jeden zakręt. Będziesz nagrywał też lekcje?

— Regulamin szkoły zabrania używania komputerów i telefonów podczas zajęć.

— Skąd wiesz?

— Przestudiowałem go. To podstawa, żeby wiedzieć, jak się zachowywać.

— Przyjadę po was — powiedział uspokajająco tata. — Nie wiem, co by się miało stać, żebym nie przyje…

Nie dokończył, w tym momencie zapiszczały bowiem opony i z przeciwka pojawiły się reflektory innego samochodu. A chwilę później coś nimi wstrząsnęło, huknęło i samochód zatrzymał się gwałtownie.

— No nie… — Tata wyłączył silnik, zaciągnął hamulec ręczny i wysiadł. Rodzeństwo wyskoczyło za nim z samochodu.

Volkswagen stał na początku rampy wyjazdowej z parkingu, oparty przodem o przód czarnego Jaguara. Kierunkowskazy w obu samochodach były stłuczone, a zderzaki wygięte. Drzwi Jaguara otworzyły się i wysiadł przez nie ich sąsiad, Bardzo Ważny Dyrektor, jak nazywali go Amelia i Albert. Miał jakieś czterdzieści lat, tyle samo kilogramów nadwagi i zaawansowaną łysinę.

— Dzień dobry, sąsiedzie — powiedział tata Amelii, kryjąc zdenerwowanie.

Bardzo Ważny Dyrektor nie odpowiedział, tylko obejrzał uszkodzenia swojego samochodu.

— Tak bardzo się panu spieszyło? — zapytał podniesionym tonem.

— Miałem pierwszeństwo — zauważył pan Domeyko. — Byłem z prawej strony.

Bardzo Ważny Dyrektor pokiwał głową bez przekonania. Stanął na rampie wyjazdowej i popatrzył na oba samochody.

— To nie jest wcale takie oczywiste — powiedział.

Amelia nie znała się na przepisach drogowych, ale wiedziała, że zwykle samochód z prawej strony ma pierwszeństwo. Co oznaczało, że Bardzo Ważny Dyrektor, który nadjechał z lewej strony, powinien ich przepuścić.

— Na skrzyżowaniu dróg równorzędnych pierwszeństwo ma pojazd jadący z prawej — wyrecytował Albert, który na pewno znał przepisy. — W tym przypadku wina kierowcy czarnego samochodu marki Jaguar nie ulega wątpliwości.

Bardzo Ważny Dyrektor nawet nie zaszczycił go spojrzeniem.

— Ponadto nie wolno tak szybko jeździć po parkingu — dodał Albert.

— Drogi sąsiedzie — odezwał się tata Amelii — już prawie spóźniliśmy się na rozpoczęcie roku szkolnego. Może załatwimy to na spokojnie, po południu.

— Nie, nie, w żadnym razie. — Bardzo Ważny Dyrektor zdecydowanie pokręcił głową. — Musimy teraz podpisać oświadczenie, kto jest winien wypadku.

— OK. — Tata wyjął ze schowka kartkę i długopis. Podał je dyrektorowi. — Może pan napisać oświadczenie. Tylko bardzo proszę, niech się pan pospieszy.

— No kiedy właśnie nie jest oczywiste, czyja to była wina. — Dyrektor nie miał zamiaru przyznać się do błędu. — Muszę się porozumieć z prawnikami z naszego banku.

— Ale przecież… — Tata patrzył na niego z zaskoczeniem. — Przecież to ja byłem z prawej strony.

— Możemy tu stać i tak rozmawiać — dyrektor założył ramiona — a pańskie dzieci spóźnią się na rozpoczęcie roku szkolnego.

Otworzyła się przyciemniana szyba w tylnych drzwiach Jaguara i wychylił się przez nią Sylwek, syn Bardzo Ważnego Dyrektora. Był pulchny tak samo jak ojciec, ale – w przeciwieństwie do ojca – nie łysiał. Jedenastolatki zwykle nie łysieją.

— Ja też idę na rozpoczęcie — zauważył chłopiec.

— Siedź cicho! — warknął na niego ojciec. — Trzeba pilnować swoich interesów. — Po czym spojrzał na pana Domeykę i dodał — możemy też wezwać policję, żeby rozsądziła spór.

— To potrwa co najmniej godzinę — zauważył z rezygnacją tata Amelii.

Dyrektor rozłożył ręce i pokręcił głową z udawaną bezradnością.

Tata westchnął, położył na masce Volkswagena kartkę i zaczął pisać. Chwilę później wręczył wyraźnie zadowolonemu dyrektorowi kartkę i bez słowa wsiadł do samochodu. Rodzeństwo zrobiło to samo.

Wyjechali na powierzchnię i ruszyli w stronę szkoły.

— Tato, czy ty napisałeś, że to twoja wina? — upewniła się Amelia.

Tata przytaknął z zaciśniętymi ustami.

— Nie powinieneś przyznawać mu racji — odezwał się Albert. — To była zdecydowanie jego wina.

— Wiem — odparł ze złością tata. — Nie chciałem, żebyście się spóźnili do szkoły. Czasem trzeba… — westchnął — ustąpić, żeby żyć w zgodzie z innymi.

W tym momencie wyprzedził ich czarny Jaguar. Jechał na pewno zbyt szybko jak na uliczkę osiedlową.

Hm… Protetyk zajmuje się protezami, czyli np. sztucznymi szczękami. [wróć]

Videochat [czyt. wideoczat] – połączenie internetowe pozwalające na rozmowę i jednoczesny przekaz obrazu. Innymi słowy, nie tylko słyszysz rozmówcę, ale i go widzisz. [wróć]

Ze względu na miłość autora do motoryzacji w tej książce nazwy samochodów są pisane wielką literą. [wróć]

Rozdział 2

w którym Albert wpada w tarapaty już pierwszego dnia szkoły.

Kuba próbował wypatrzyć Amelię w sali gimnastycznej. Kręciło się tu mnóstwo uczniów i trochę dorosłych, panowało spore zamieszanie. Każda dziewczyna z kręconymi czarnymi włosami, którą Kuba zauważał, okazywała się kim innym. Wypatrzył za to Klementynę i Emila. Przepchnął się do nich, bo nikogo innego znajomego tu nie było.

— Cześć! — Kuba musiał mówić głośno, żeby przekrzyczeć resztę. — Widzieliście Amelię?

Klementyna pokręciła głową.

— Emil namówił mnie, żeby przyjść na piechotę — westchnęła. — Upiaszczyłam sobie białe sandałki.

Emil, jak zwykle małomówny, poprzestał na uściśnięciu mu dłoni.

Rozległ się przeraźliwy pisk, na którego dźwięk wszyscy się skrzywili. Chwilę po nim nastąpiła seria głośnych trzasków z głośników, aż wreszcie rozległ się wzmocniony, groźny kobiecy głos:

— Proszę wszystkich o uwagę. Kończymy rozmowy!

Rozmowy rzeczywiście ucichły. Teraz słychać było każde skrzypnięcie klepek drewnianej podłogi. Podłoga była stara, tak jak i stary był cały budynek.

Kuba dostrzegł tęgą pięćdziesięciolatkę trzymającą mikrofon. Miała kasztanowe włosy ufryzowane tak, że jej głowa wydawała się przez to dwa razy większa. Nie było się trudno domyślić, kim jest.

— Nazywam się… — nazwisko utonęło w pisku sprzężenia1 — i jestem dyrektorem szkoły. Witam wszystkich, a szczególnie pierwszoklasistów, których proces edukacji dopiero się zaczyna…

— Dzień dobry!!! — odkrzyknął z rzędów zajętych przez pierwszaki jakiś głosik, a Kuba skulił się nieco, bo rozpoznał głos swej siostry.

— … i mam nadzieję, że wychowamy was odpowiednio. — Dyrektorka spiorunowała pierwsze rzędy surowym wzrokiem. — Witam również nowych uczniów starszych klas, których przybyło nam w tym roku wyjątkowo dużo.

Ostatnie zdanie wypowiedziała tonem niemal oskarżycielskim.

— Skończyły się wakacje. Teraz zajmiecie się wreszcie tym, co w życiu najważniejsze, czyli nauką — ciągnęła. — W naszej szkole obowiązują ścisłe zasady zawarte w regulaminie szkoły. Każdy uczeń ma obowiązek znać go na pamięć i stosować się do niego…

Kuba nie potrafił słuchać ludzi, którzy nudzą. Rozglądał się, próbując w tłumie wypatrzyć Amelię. Bez skutku. Zaczynał się niepokoić, czy ona rzeczywiście nie zaspała.

Do sali wszedł zdyszany Sylwek. Poczłapał ze spuszczoną głową na sam koniec. Pani dyrektor odprowadziła go karcącym spojrzeniem.

— Spóźnienia są również surowo zabronione — dodała. — Od jutra szatnia będzie zamykana punktualnie o ósmej. A teraz wszyscy wraz ze swoimi klasami przejdą do odpowiednich sal. Lista klas wisi przy drzwiach.

Pani dyrektor wskazała kilkanaście kartek przyklejonych taśmą do ściany, a ostatni głośny pisk oznajmił zakończenie części oficjalnej rozpoczęcia roku.

— Co za potworna baba — zauważyła lekko przestraszona Klementyna.

Kuba skinął głową. Miał nadzieję, że nie będzie miał do czynienia z tą kobietą. To mogło się udać, jeśli tylko wytrwa w postanowieniu unikania kłopotów. Można powiedzieć, że Kuba nie lubił dyrektorki od pierwszego wejrzenia.

Wszyscy ruszyli w stronę wyjścia, gdzie przed wywieszonymi listami zaraz utworzył się korek. Kuba podszedł do okna, by zerknąć, czy na szkolnym parkingu nie ma samochodu taty Amelii. Kłębiły się tam odświętnie ubrane tłumy uczniów i rodziców, Kuba dostrzegł nawet kosmatego psa z czerwoną bandanką zamiast obroży, wśród wielu aut nie było jednak Volkswagena państwa Domeyków.

* * *

Tata Amelii próbował wjechać na parking przed szkołą. Nie było to łatwe, skoro w tym momencie większość samochodów właśnie stamtąd wyjeżdżała.

— Oto skutki błędów planowania urbanistycznego2. — Tata bębnił palcami po kierownicy. — Tu powstaje tyle nowych osiedli, a nowa szkoła jest dopiero w planach.

— Będzie ciasno — przyznał Albert.

— Nie będzie, właśnie wszyscy wyjeżdżają.

— W szkole będzie ciasno — sprecyzował chłopiec.

Budynek szkoły należał do „starej Warszawy”, jak nazywała ją Amelia. Nowe osiedla powstawały w miejscu bardzo starych domów. Większość z nich musiała zostać wyburzona. Niektóre jednak pozostawiono, jak na przykład szkołę. Ten trzykondygnacyjny budynek ze spadzistym dachem był ładniejszy niż wszystkie te nowe budynki dookoła. A przynajmniej tak uważała Amelia.

Teraz jednak nie martwiła się brzydotą nowej architektury. Nie przejmowała się nawet spóźnieniem na rozpoczęcie roku. Amelia przez cały czas trzymała kciuki, żeby znaleźli się w tej samej klasie, co Kuba.

— Jesteśmy spóźnieni — powiedział po raz kolejny Albert.

— Miejsc dla was nie zabraknie — obiecał mu tata.

— Ale ktoś nam zajmie miejsca w pierwszej ławce.

Tata nie odpowiedział. Syn nie przestawał go zadziwiać.

Wreszcie udało się wjechać i zaparkować. Wysiedli.

— Tylko kwadrans po czasie. — Tata pocałował Amelię w czoło i poklepał Alberta po ramieniu. — W tym zamieszaniu nikt nie zauważy. Powodzenia!

Pobiegli do wejścia. Z trudem otworzyli wielkie, ciężkie drzwi i weszli do wysokiego hallu. Po lewej stronie znajdowało się okienko recepcji, po prawej schody do piwnicy, a na wprost – przeszklone drzwi prowadzące do głównego korytarza. Przymocowana do ściany wielka strzałka informowała, że szatnia jest w piwnicy. Poniżej znajdowała się tabliczka z napisem „Szatnia obowiązuje wszystkich bez wyjątku. § 12 Regulaminu Szkoły3”.

Amelia zamierzała iść dalej, ale Albert powstrzymał ją.

— Regulamin wymaga skorzystania z szatni — wyjaśnił.

— Przecież jest lato. Nie potrzebujemy szatni.

W odpowiedzi Albert wyjął z plecaka worek z butami na zmianę i zamachał nim.

Szczerze mówiąc, Amelia miała jeszcze jedno poważne zmartwienie: jak w nowej szkole poradzi sobie Albert. Czy klasa go zaakceptuje, czy nie będą się z niego wyśmiewać? W starej szkole wszyscy go znali i przyzwyczaili się do jego dziwactw. Tutaj mogło być inaczej.

— Poważnie chcesz zmieniać buty? — upewniła się.

Brat już schodził po schodach. Amelia westchnęła i ruszyła za nim. Życie z Albertem czasem bywało skomplikowane.

Szatnia składała się z długiego korytarza, po którego obu stronach ciągnęły się rzędy zakratowanych boksów. Było tu zupełnie pusto, echo odbijało dźwięk ich kroków.

— Jak w więzieniu… — szepnęła Amelia.

Przeszli wzdłuż ponumerowanych, zamkniętych ażurowych drzwi. Za każdymi znajdowało się małe pomieszczenie z kilkudziesięcioma wieszakami i niskimi ławkami.

— Nie rozumiem — odezwał się Albert, a echo powtórzyło jego słowa. — Wszystkie wieszaki są puste.

— Może po prostu jesteś jedyną osobą, która pierwszego dnia szkoły chce zmieniać buty.

— Niemożliwe. W regulaminie jest –

— Czego tu chcą, huncwoty jedne? — rozległ się kobiecy głos. — Po co się tu kręcą, zaraz coś narozrabiają!

Z głębi korytarza zbliżała się drobna kobieta pod sześćdziesiątkę. Miała czarne włosy, groźny wyraz twarzy i granatowy fartuch. Nie trzeba było wielkiej przenikliwości, by się domyślić, że to szatniarka.

— Nie słyszą, pewnie uszu nie myją. — Podeszła bliżej.

— Dzień dobry — odezwała się Amelia i zrobiła to najuprzejmiej, jak potrafiła. — Szukamy naszej szatni, żeby… zmienić buty.

Kobieta uniosła brwi ze zdziwienia.

W tym momencie telefon Amelii odegrał melodyjkę przychodzącego SMS-a.

— Podczas zajęć nie wolno korzystać z telefonów — zauważył Albert.

— Kuba pyta, czy nie zaspaliśmy. — Amelia zerknęła na wyświetlacz i odpisała: „Jesteśmy w szatni”.

— To nie wiedzą, że dziś jest rozpoczęcie roku? — Szatniarka łypała podejrzliwie na Alberta. — Nikt nie zmienia butów.

— W regulaminie jest jasno napisane, że każdy uczeń musi codziennie zmieniać obuwie. — Albert znacząco uniósł worek i zamachał nim.

— O, patrzcie państwo, taki picuś-glancuś, a się spóźnił! — sapnęła kobieta.

— Spóźnienie nie wynikło z naszej winy. Kodeks drogowy jest po naszej stronie.

— I jeszcze żarty sobie z pracującego człowieka robią! — Szatniarka teraz się naprawdę zdenerwowała. — A wynosić mi się stąd!

Rozległ się tupot na schodach i do szatni wbiegł Kuba. Ukłonił się szatniarce.

— Cześć! — Amelia odetchnęła z ulgą. — Dobrze, że jesteś.

— Chodźcie. — Kuba wskazał schody. — Wszyscy już poszli do sal.

— Sprawdziłeś listę klas? — zapytała z nadzieją w głosie Amelia. Oczywiście nie chodziło jej o to, w którym boksie Albert ma zostawić buty. Jej głównym zmartwieniem było, czy są w tej samej klasie, co Kuba.

— Tak, sprawdziłem.

— A czy…?

— Muszę zmienić buty — przypomniał Albert.

— Wsadź ten worek do plecaka i chodźmy wreszcie na górę — ponaglił go Kuba.

Albert zmarszczył czoło.

— Rzeczywiście — przyznał po namyśle. — Jest luka w regulaminie. Nie ma w nim ani słowa o zakazie przenoszenia worka z butami w plecaku.

Zdjął z nóg tenisówki, z worka wyjął identyczną parę i włożył na nogi. Kuba przyglądał się z rosnącą irytacją, jak Albert starannie naciąga sznurówki, starannie wiąże je na kokardkę i sprawdza, czy końcówki są równej długości.

Amelia za to patrzyła tylko na Kubę.

— I jak z tą klasą…? — zapytała.

— Sprawdziłem — przytaknął Kuba, już idąc w stronę schodów.

— Ale czy jesteśmy w jednej…?

Albert wreszcie schował worek do plecaka i ruszył za Kubą.

Szatniarka odprowadziła ich zdegustowanym spojrzeniem.

— Coraz gorzej z tą młodzieżą — mruknęła pod nosem. — Regulamin… Phi! Czy za naszych czasów ktoś czytał jakiś regulamin? To od tych komputerów im się tak w głowach porobiło. Biedne dzieci…

* * *

Weszli na drugie piętro i ruszyli pustym korytarzem. Tu też zapastowane klepki trzeszczały przy każdym kroku. Amelia, wciąż w niepewności, podążała za Kubą. Wreszcie zatrzymała się.

— Czy jesteśmy w tej samej klasie? — zapytała wprost, patrząc na chłopaka z napięciem.

— Tak. — Kuba też się zatrzymał. — Listy były układane według adresów. Wszyscy z Zamku są w czwartej A.

Amelia odetchnęła głośno.

— Ale na liście jest błąd — dodał Kuba. — Nie powinniśmy być w tej samej klasie.

Dziewczyna spojrzała na niego z przerażeniem.

— Jak to?!

— Albert jest razem z nami.

— Dlaczego to ma być błąd? — zainteresował się Albert.

— Bo jesteś o rok młodszy, geniuszu. Powinieneś być w trzeciej klasie.

— Właśnie dlatego, że jestem geniuszem, chodzę do czwartej.

Kuba spojrzał na niego ze zdziwieniem i nacisnął klamkę najbliższych drzwi. Natychmiast po tym, gdy je otworzył, zamknął je.

— Coś źle sprawdziłem. — Popatrzył na numer na tabliczce przykręconej do drzwi. — Nie, numer się zgadza.

— Czemu więc nie wchodzimy? — zapytał Albert.

— Bo wewnątrz jest ktoś, kogo nie powinno tam być.

— Skoro nie powinno go tam być, to znaczy, że to jego wina — zauważył Albert.

— Nie podoba mi się to — powiedział cicho Kuba. — Bardzo mi się to nie podoba.

Zrobił głęboki wdech i ponownie otworzył drzwi. Jego spojrzenie spotkało się ze srogim wzrokiem dyrektorki. Cała trójka weszła do sali.

— Dzień dobry — wyrecytowali Amelia, Kuba i Albert.

— Pamiętacie, co mówiłam na apelu na temat spóźniania się? — zapytała zimno kobieta.

— Nie pamiętamy — odparł z rozbrajającą szczerością Albert. — Nie było nas na apelu.

Kuba spojrzał na niego z miną, jakby chciał go udusić.

— Siadajcie — syknęła nauczycielka.

Kuba, nie czekając na nic więcej, ruszył w stronę ostatnich rzędów. Albert usiadł za to w pierwszej ławce, dokładnie na wprost nauczycielskiego biurka. Amelia zawahała się, po czym ruszyła za Kubą. Niestety, w całej sali było akurat tyle miejsc, ilu uczniów. Kuba usiadł obok dobrze zbudowanego rudego chłopaka pod oknem, a dla Amelii zostało miejsce po przeciwnej stronie klasy, obok Klementyny, która machała do Amelii energicznie.

— Znasz go? — zapytał szeptem rudzielec, trącając Kubę łokciem. — Lizus pewnie.

Chodziło oczywiście o Alberta.

— Lizus nie — odparł również szeptem Kuba. — On jest raczej… to skomplikowane.

— Dobrze — powiedziała dyrektorka, nawiązując najwyraźniej do wypowiedzi sprzed przybycia spóźnialskich. — Przejdźmy do ostatniego punktu godziny wychowawczej. Wybór gospodarza klasy.

Przez salę przeszedł szmer zniechęcenia.

— No dalej — zachęcała — im więcej kandydatów, tym lepiej. — Powiodła spojrzeniem po uczniach, a każdy starał się jak najmniej rzucać w oczy. — Nie każcie mi wyznaczać kandydatów.

Wolno, z ociąganiem wstał Sylwek. Wszystkie spojrzenia skupiły się na nim. Nie wyglądał na szczęśliwego, ale mimo to powiedział:

— Ja mogę być tym… gospodarzem.

— Czy ktoś jest przeciw? Nie widzę. — Dyrektorka zapisała coś w dzienniku. — Gratuluję. Zostałeś wybrany jednomyślnie.

Zamierzała już przejść do następnego tematu. Jednak Sylwek nie siadał.

— Korzystając z okazji, że już jestem gospodarzem — odwrócił się do klasy — chciałbym zaproponować wyprawę integracyjną na pizzę. Dziś po lekcjach. To byłaby okazja, żeby się lepiej poznać.

— A stawiasz? — zapytał ktoś z końca.

Przez salę przeszedł pomruk rozbawienia.

— Siadaj — poleciła mu dyrektorka. — Jeśli wszystko jest jasne, możemy przejść do programu matematyki.

Albert uniósł dłoń z regulaminowo wysuniętymi dwoma palcami.

— Tak? — zapytała niechętnie.

Albert wstał i oświadczył:

— Nazywam się Albert Domeyko i muszę zauważyć, że to jest niezgodne z regulaminem szkoły. Mniemam, że jest pani naszą wychowawczynią, skoro prowadzi pani godzinę wychowawczą. W regulaminie jest jasno napisane, że wychowawca może zamienić godzinę wychowawczą na naukę przedmiotu tylko w uzasadnionym przypadku.

W sali zapanowała cisza jak makiem zasiał. Amelia zamknęła oczy, podejrzewając, co się teraz wydarzy. Siedziała zbyt daleko, by coś mu powiedzieć. Kuba ukrył twarz w dłoniach, bo tak jak Amelia, wiedział, co się zaraz stanie.

— Co masz na myśli? — zapytała zimno nauczycielka.

— Mówię o szesnastym paragrafie regulaminu szkoły — odparł zupełnie spokojnie Albert. — Godzina wychowawcza może zostać zamieniona na godzinę nauki przedmiotu tylko w uzasadnionym przypadku.

Reszta klasy, około trzydziestu osób, obserwowała w osłupieniu rozwój wydarzeń.

Dyrektorka pokiwała głową i zapytała:

— Tak dobrze znasz regulamin szkoły, do której dopiero co wszedłeś?

— Nauczyłem się go na pamięć. — Albert wyjął z plecaka tablet i popukał w wygaszony ekran. — Przez dwa dni się uczyłem.

Dyrektorka podeszła do Alberta i wyjęła mu tablet z rąk.

— Przechowam go do końca lekcji — powiedziała. — Skoro tak dobrze znasz regulamin, to pewnie pamiętasz, że nie wolno używać telefonów ani tabletów podczas zajęć.

— Użyłem go tylko w charakterze rekwizytu4.

— Czyli użyłeś. Siadaj.

— Jestem pewien, że intencją autora regulaminu –

— Regulamin ma służyć nauczycielom, a uczniów obowiązywać. Siadaj! — powtórzyła groźniej dyrektorka.

— Pozwoli pani, że dokończę, albowiem –

— Siadaj!

— Jeszcze nie skończyłem.

Wszyscy uczniowie, poza Albertem, starali się być niewidoczni.

— Co za kolo… — wyszeptał sąsiad Kuby.

Amelia wstała, żeby wyjaśnić całą sprawę, ale czerwona na twarzy dyrektorka uniosła dziennik i trzasnęła nim o blat. Wszyscy podskoczyli na swoich miejscach. Amelia usiadła.

— Jutro chcę tu widzieć twoich rodziców — powiedziała cicho dyrektorka. — A teraz siadaj i nie odzywaj się bez pytania.

Uznała tym samym sprawę za załatwioną. Usiadła i otworzyła podręcznik do matematyki.

Wtedy właśnie z hukiem otworzyły się drzwi do klasy i stanęła w nich zdyszana Mi.

— Nie było tu psa?

— Wynocha! — ryknęła dyrektorka, a Mi posłusznie zamknęła drzwi.

Nauczycielka przymknęła oczy, policzyła bezgłośnie do dziesięciu, otworzyła oczy i już miała zacząć lekcję, gdy zauważyła, że Albert wcale nie usiadł. Chłopak wyjął z plecaka piórnik, a z piórnika mały kartonik. Wychylił się przez blat i położył kartonik na środku podręcznika dyrektorki.

— To wizytówka mojego taty — wyjaśnił. — Jest bardzo zajętym człowiekiem, ale na pewno chętnie się z panią spotka, kiedy tylko będzie miał wolną chwilę.

Sprzężenie – potoczne określenie na pisk dobiegający z głośnika podczas używania mikrofonu. Jeśli staniesz z włączonym mikrofonem zbyt blisko głośnika, prawdopodobnie usłyszysz ten bardzo nieprzyjemny dźwięk. [wróć]

Urbanistyka – dział architektury zajmujący się planowaniem miast. [wróć]

Ten znaczek – § – to paragraf. Paragrafami oznacza się kolejne punkty regulaminu. [wróć]

Rekwizyt – przedmiot związany z akcją sztuki teatralnej lub filmu. Rekwizytem jest więc kubek, z którego pije aktor, lub krzesło, na którym siedzi. [wróć]

Rozdział 3

w którym wydaje się, że wszystko zaczyna się układać, aby zaraz potem się zepsuć.

— Nie rozumiem, o co chodzi. — Albert był szczerze zdziwiony. — Nie zrobiłem przecież nic złego.

Kuba i Amelia stali na gwarnym korytarzu i patrzyli na Alberta jak rodzice na dziecko, które właśnie zjadło dżdżownicę.

— Nie możesz tak rozmawiać z nauczycielką — wyjaśniała spokojnie Amelia.

— Tym bardziej jeśli jest jednocześnie dyrektorką — dodał Kuba. — I to taką niezbyt miłą dyrektorką. To się nie może dobrze skończyć.

— Ale przecież tata JEST zajętym człowiekiem. — Albert patrzył na nich, nie rozumiejąc, o co im chodzi. — A kiedy ma się z kimś spotkać, to daje wizytówkę.

— Ja nie mam siły. — Kuba pokręcił głową i spojrzał w inną stronę.

Amelia objęła brata opiekuńczo i odeszła z nim pod okno na końcu korytarza. Tłumaczyła mu, jak wiele razy wcześniej, dlaczego życie nie jest tak proste, jakim się wydaje.

— Wy mieszkacie w tym nowym domu na końcu Dębowej? — zapytał rudy chłopak, stając obok Kuby.

— Tak, w Zamku — odparł Kuba.

— Bolo. — Chłopak wyciągnął rękę. — Nie lubię, jak ktoś mówi do mnie Bolesław.

Kuba spojrzał na niego czujnie, ale uścisnął dłoń.

— Kuba. Wprowadziliśmy się niedawno.

Kuba sam nie wiedział dlaczego, ale Bolo wydał mu się podejrzany. W pierwszym momencie Kuba pomyślał, że lepiej będzie się trzymać od niego z daleka. Jednak po chwili namysłu stwierdził, że z takim podejściem nie będzie potrafił zaufać nikomu. Trzeba się przełamać.

— Chodziłeś do tej szkoły wcześniej? — zapytał.

— Od pierwszej klasy. — Bolo uśmiechnął się przyjaźnie. — Mieszkam tu od urodzenia, zanim zaczęli budować te nowe domy.

— No tak, a ja mieszkam w jednym z nich. Pewnie psują ci dzielnicę.

Bolo wzruszył ramionami.

— Nieźle wypasione chaty.

— Też mieszkałem w starej kamienicy — powiedział szybko Kuba. — Mam młodszą siostrę. Musieliśmy się przeprowadzić, żeby miała własny pokój. Jest nieznośna.

Dwóch chłopaków z pewnej odległości uważnie przyglądało się tej rozmowie.

— Kim jest tych dwóch kolesi pod ścianą? — zapytał dyskretnie. — Gapią się na nas.

— A, to Kazek i Antek. Takie… klasowe głupki. Nie przejmuj się.

— Nie przejmuję się. Ta nasza wychowawczyni… — Kuba próbował przypomnieć sobie jej nazwisko. Niestety nie potrafił, bo większość apelu puścił przecież mimo uszu, myśląc o Amelii. — Nie pamiętam, jak się nazywa.

— Podwawelska1. — Bolo uśmiechnął się szeroko.

— Poważnie? — Kuba uniósł brwi. — Nawet pasuje. Chuda nie jest.

— Nazwiska się nie wybiera. — Bolo wzruszył ramionami. — To bardzo miła nauczycielka. Dziś się wkurzyła tym waszym spóźnieniem i potem wystąpieniem tego inteligentnego inaczej.

— Albert ma zespół Aspergera. — Kuba lekko się obruszył. — Jego problemem jest za wysoka inteligencja.

— Za wysoka?! — Bolo uniósł ręce. — Przecież to głupek jest. Widziałem, co kolo odwalił. Teraz musisz się wkupić, bo inaczej będziecie mieli przechlapane przez resztę roku.

— Wkupić?

— No tak. Wkupić się w łaski Podwawelskiej, żeby was polubiła. Wejście mieliście megasłabe. Co by tu można zrobić? — Bolo potarł brodę i zmarszczył czoło. — No, jest taka superowa okazja! Ona lubi tę, no… sztukę. Jeśli ją namalujesz, przejdzie jej złość.

— Mam ją namalować?

Bolo uniósł brwi w wyrazie zdziwienia.

— A, rozumiem! — Pokiwał głową. — Nie było was na początku lekcji, to nie wiecie, że mamy udekorować salę gimnastyczną. W piątek są otrzęsiny2 pierwszaków. Można namalować albo narysować ulubionego nauczyciela. Jeśli narysujesz ją, to cię od razu polubi.

— Kiedy ja nie umiem rysować — odparł zawiedziony Kuba.

— E, spoko, nie musi być ładnie. Podwawelska zawsze powtarza, że liczą się dobre chęci. Wierz mi, znam ją od trzech lat.

Kubie wcale się to nie podobało. Był przecież antytalentem plastycznym.

W tym momencie rozległ się dzwonek.

— Do roboty — rzucił Bolo i odwrócił się na pięcie.

Kuba odprowadził go spojrzeniem. Bolo był od niego wyższy i zapewne silniejszy. Tak, zdecydowanie lepiej utrzymywać z nim dobre stosunki. Jedyne, co tak naprawdę nie podobało się Kubie, to, że Bolo za często zerkał w stronę Amelii.

Tych dwóch, co się gapili na Kubę, poszło za Bolem. Podejrzane typki, ale Kuba uznał, że nie należy się nimi zanadto przejmować.

— Co mamy teraz? — Amelia stanęła obok Kuby. Brat trzymał się dwa kroki za nią i miał wyraźnie niezadowoloną minę.

— Rysujemy dyrektorkę. — Kuba wzruszył ramionami. — Mamy udekorować salę gimnastyczną na otrzęsiny.

Amelia uśmiechnęła się. W przeciwieństwie do Kuby ona rysowała doskonale.

* * *

Po kwadransie zajęć na sali gimnastycznej Amelia skończyła portret pani dyrektor. Przez grzeczność trochę ją wyszczupliła i poprawiła niezbyt szczęśliwy, jej zdaniem, ubiór. Poprawiła też niezbyt udaną, oczywiście jej zdaniem, fryzurę. Oceniła dzieło jako takie sobie, ale gdy spojrzała na pracę brata, zmieniła opinię. W porównaniu z rysunkiem Alberta, jej był wybitnym dziełem sztuki portretowej. U niego dyrektorka wyglądała jak robot z rękoma i nogami zrobionymi z rur i oczami jak czerwone lampki kontrolne. Nawet zamiast włosów miała sprężyny.

— Może narysuję to za ciebie? — zaproponowała.

Albert pokręcił głową i odparł zdecydowanie:

— Każdy uczeń powinien pracować samodzielnie.

— Dlaczego narysowałeś jej czerwone oczy?

— Nie miałem brązowej kredki, a czerwony to najbardziej zbliżony kolor — odparł Albert. — To i tak nie ma sensu.

— Nie ma sensu, bo nie lubisz rysować.

— Nie ma sensu rysować ulubionych nauczycieli pierwszego dnia w nowej szkole. To logiczne, bo nikogo nie znamy. To po pierwsze. Po drugie w naszej szkole jest ponad ośmiuset uczniów. Tych rysunków wystarczy, żeby zakleić nimi ściany tej sali do wysokości półtora metra. Talent plastyczny ma co dwudziesty uczeń.

— No i? — Amelia spojrzała na brata, ale ten stracił zainteresowanie rozmową. Powiedział już wszystko, co uznał za konieczne.

Uczniowie z różnych klas siedzieli pojedynczo lub w grupkach. Nie było widać, co robią z różnokolorowymi arkuszami. Trójka nauczycieli stała przy drzwiach, zajęta rozmową.

Amelia spróbowała sobie wyobrazić salę oklejoną setkami kiepskich portretów. Odwróciła się do siedzącego obok Kuby. Chłopak szybko zakrył swój rysunek.

— To jest okropne, nie umiem rysować — wyjaśnił speszony.

— Prawie nikt nie umie — odparła Amelia, po czym szybko się zreflektowała. — Przepraszam, nie chciałam być niemiła. Każdy ma jakiś talent…

— Nie przepraszaj. Ja wiem, że nie umiem rysować. Albert ma rację – sala oklejona tymi rysunkami będzie wyglądała, jakby ktoś planował tu remont.

Spojrzał w bok, zainteresowała go dziesięcioosobowa grupka uczniów z ich klasy, siedząca pod oknem. Coś wycinali, zamiast rysować. Wyglądali, jakby się znali, więc zapewne chodzili do tej szkoły od lat. Tylko dlaczego Bolo siedział razem z Kazkiem i Antkiem? Coś tu nie grało, ale Kuba jeszcze nie wiedział co.

— Nie podoba mi się pomysł z tymi portretami — skrzywiła się Amelia, patrząc na rysunki chłopców. — Otrzęsiny to ważne wydarzenie dla pierwszaków. To trzeba zrobić zupełnie inaczej. Nawet… — zawahała się — … nawet mam pewien pomysł.

Amelia sięgnęła po kolejne kolorowe arkusze i zaczęła ciąć je nożyczkami na paski.

— Tnij — rzuciła do brata.

Albert, o dziwo, nie dyskutował, tylko wziął kilka kartek, złożył razem i już ciachał je drugą parą nożyczek. Po każdym cięciu pojawiało się dziesięć pasków. Amelia chwilę mu się przyglądała, po czym zrobiła tak samo. Rzeczywiście, szło o wiele szybciej.

— Co robicie? — zapytała Klementyna.

— Przecież to oczywiste — rzucił od niechcenia Albert.

Do sali weszła dyrektorka. Kuba przyspieszył rysowanie. Trochę się obawiał, że pani Podwawelska nakrzyczy na nich za marnowanie papieru. Powinien się przyłożyć do rysunku!

— To będzie kolorowy łańcuch. — Albert ciął wytrwale. — Wykonanie łańcucha nie wymaga talentu.

— I daje lepszy efekt dekoracyjny niż setki rysunków nauczycieli — dodała Amelia.

— Nauczycieli? — Klementyna uniosła brwi. — Po co rysujecie nauczycieli?

Kubę, który właśnie poprawiał włosy na rysunku, coś tknęło.

— A co mieliśmy rysować? — zapytał ostrożnie.

— Mieliśmy dekorować salę.

— Nikt nie mówił o rysowaniu nauczycieli. — Emil odezwał się po raz pierwszy.

Amelia spojrzała na Kubę pytająco.

— Mówiłeś, że mamy narysować panią dyrektor — powiedziała.

Kuba zrozumiał wszystko. Było już jednak za późno, by z tą wiedzą coś zrobić, bo dyrektorka zatrzymała się nad nim i wyjęła mu z dłoni rysunek. Kuba, blady jak ściana, wstał.

— Więc tak postanowiłeś zacząć szkołę — wycedziła. — Najpierw spóźnienie, teraz to.

Poczerwieniała na twarzy. W dłoni trzymała portret potwornie grubej baby z okrągłą twarzą i strzechą włosów sterczących na wszystkie strony świata.

Pierwszym uczuciem Kuby nie był strach przed konsekwencjami, lecz złość na siebie, że nie wpadł na to wcześniej. Bolo zwyczajnie go wkręcił, wymyślił, że mają rysować ulubionego nauczyciela.

— On tego nie narysował — powiedziała szybko Amelia.

Kuba był równie zaskoczony, jak dyrektorka. Szczerze mówiąc, była tym również zaskoczona sama Amelia.

— TO jest rysunek Kuby. — Amelia podała nauczycielce swój rysunek. — Tamten… leżał tu od początku. Mieliśmy go… pociąć. Robimy łańcuch.

Dziewczyna była przerażona tym, co właśnie zrobiła – okłamała przecież dyrektora szkoły! Nie mogła w to uwierzyć. A jednak zrobiła to, żeby chronić Kubę, i najwyraźniej udało jej się.

Albert już otwierał usta, żeby coś powiedzieć. Kuba na wszelki wypadek nadepnął mu na stopę i Albert zamknął buzię.

Dyrektorka zgniotła w dłoniach rysunek i rozejrzała się w poszukiwaniu winnego. Głośno wypuściła powietrze i wyszła z sali, stukając obcasami o parkiet, aż echo szło.

Spojrzenia najbliżej stojących spoczęły na Kubie.

— Po co narysowałeś jej karykaturę? — zapytała Klementyna.

— Dzięki za pomoc — bąknął Kuba do Amelii. Już miał wszystko opowiedzieć, ale zrobiło mu się głupio, że dał się tak nabrać. Spojrzał na Bola, pokładającego się ze śmiechu po przeciwnej stronie sali, i zmrużył groźnie oczy. — Zwykła pomyłka. Coś źle usłyszałem — wyjaśnił cicho, po czym odwrócił się do Amelii i dodał, siląc się na uśmiech — naprawdę dzięki.

Amelia uśmiechnęła się szeroko i onieśmielona, spojrzała w podłogę.

— Sama nie wiem, jak mi się udało.

I to, co powiedziała, było najszczerszą prawdą.

— Brakuje spoiwa — odezwał się Albert. — Może być klej, taśma klejąca albo zszywacz.

Minęła chwila, nim Kuba i reszta zrozumieli, o co chodzi. Pozostali uczniowie zerkali z zaciekawieniem. Wciąż nie wiedzieli, co się tutaj stało, ale teraz ciekawiło ich już, po co są te wszystkie paski.

Dwie dziewczyny, siedzące obok, zerwały się z podłogi.

— Skoczymy do sekretariatu — powiedziała pierwsza.

— Załatwimy taśmę i zszywacz — dodała druga.

Chłopak z innej klasy zapytał:

— Pomóc wam? — Nie czekając na odpowiedź, wstał. — To ja lecę po klej.

Po kilku minutach połowa sali cięła i kleiła łańcuchy z kolorowego papieru. Kwadrans później łańcuchowy szał ogarnął wszystkich. Działo się to jednak bardzo chaotycznie.

— Trzeba wszystkich przekonać do pracy taśmowej — powiedział Albert, po czym wytłumaczył Kubie, o co chodzi.

Kuba skinął głową.

— Słuchajcie — powiedział głośno do wszystkich — podzielmy się zadaniami, niech każda grupa robi coś innego.

Na sali rozległy się niezadowolone pomruki.

— Tym sposobem zrobimy to kilka razy szybciej — wyjaśnił Kuba. — Wcześniej wyjdziemy ze szkoły.

— No i to jest argument — powiedział ktoś głośno. — To ja będę ciął.

Albert z Kubą krążyli po całej sali, przesadzając nieznanych sobie jeszcze kolegów i przydzielając im zadania. Amelia patrzyła z niedowierzaniem, jak w kilka minut powstały linie produkcyjne, a łańcuch przestawał być łańcuchem mutantem, stawał się zaś długaśnym prawdziwym łańcuchem dekoracyjnym. W każdej grupie był ktoś tnący kartki, ktoś układający paski odpowiednimi kolorami, by te się nie powtarzały, ktoś te paski zszywający lub klejący i wreszcie ktoś układający łańcuchy tak, by się nie poplątały. Dzięki tej organizacji po kilkunastu minutach zadanie było wykonane.

Pozostało jeszcze tylko rozwiesić łańcuchy na drabinkach i lampach sufitowych.

Kuba wciąż myślał o Bolu. Tej sprawy nie można tak zostawić.

Podwawelska – rodzaj kiełbasy robionej z wieprzowiny, czyli ze świnki. [wróć]

Otrzęsiny – rytuał związany z przyjęciem do nowej grupy. [wróć]

Rozdział 4

w którym Kuba poznaje, czym jest skandal, i znajduje coś cennego.

Mi podbiegła do brata na korytarzu, kiedy wychodził z sali gimnastycznej.

— Cześć, staruszku! — Stuknęła go piąstką w przedramię. Do ramienia nie sięgała. — Jak pierwszy dzień? Koledzy zabrali ci już kanapki? Zgubiłeś się w drodze do kibelka?

— Też się cieszę, że cię widzę…

— Jestem gospodarzem klasy, skoro pytasz.

No tak, to było w stylu Mi. W jej stylu było również znudzenie się byciem gospodarzem klasy za kilka dni.

— Osom1, nie? — Mi podskakiwała obok w drodze do wyjścia. — Wszyscy będą musieli się mnie słuchać.

— To tak nie działa — odparł Kuba. Wolał, żeby Mi nie łaziła za nim na przerwach. Jeszcze ktoś zacznie się z niego śmiać. Z drugiej strony miał ją przecież odprowadzić do domu, a nie mógł jej kazać, żeby czekała na niego przed szkołą. Dobrze, że pomysł z pizzą klasową nie chwycił, bo i tak nie mógłby pójść.

Dogonili ich Amelia z Albertem.

— Zostałam gospodarzem klasy — pochwaliła się Mi.

— Gratulacje! — Amelia uśmiechnęła się do niej. — A o co chodziło z tym psem?

— A bo tutaj jest taki…

Albert niespodziewanie skręcił w stronę schodów do piwnicy.

— Regulamin mówi jasno, że buty trzeba zmieniać w szatni — wyjaśnił niepytany.

Amelia pokręciła głową z rezygnacją i uśmiechnęła się do Kuby i Mi.

— Przepraszam, dogonimy was — westchnęła i poszła za bratem.

Kuba z Mi wyszedł przed szkołę. Pierwszą osobą, którą zobaczył, był Bolo. Stał po drugiej stronie chodnika, zajęty rozmową, a jakże, z Kazkiem i Antkiem. Kuba przypomniał sobie od razu swoją listę nakazów i zakazów. Po stronie zakazów był punkt „nie brać udziału w bójkach”.

— Kuba, zobacz, to on! — Mi pociągnęła go za dół T-shirta i wskazała w bok.

Między uczniami biegał nieduży kosmaty i ciemny pies, rasy nieokreślonej. Miał obrożę i czerwoną bandanę zawiązaną na szyi. Podbiegł do rodzeństwa i zamachał ogonem. Mimo że miał zamknięty pysk, wystawały mu dwa górne kły. Prawdę mówiąc, był dość szkaradny.

— Jaki piękny piesiuleniek… — wyszeptała cichutko Mi.

Ukucnęła przed psiskiem.

— Nie głaszcz go — rzucił Kuba. — Będziesz miała wysypkę.

Mi smutno cofnęła dłoń i wstała. Pies, zaaferowany tłumem, odbiegł.

— Zaczekaj tutaj — dodał Kuba i podszedł do grupki stojącej po drugiej stronie chodnika, ale Mi nie posłuchała i podreptała za nim.

Bolo zauważył go i uśmiech pojawił się na jego twarzy. Dwaj kumple rozstąpili się, ale czujnie tkwili obok.

Nie brać udziału w bójkach, nie brać udziału w bójkach… Kuba nie chciał się bić, ale z drugiej strony nie mógł tego tak zostawić. Poważna rozmowa powinna załatwić sprawę. Może Bolo i kumple odczepią się od niego.

— Dobrze się bawiliście? — zapytał groźnie.

Bolo uśmiechnął się jeszcze szerzej.

— Całkiem nieźle. Masz z tym jakiś problem?

— Mam, bo wpakowaliście mnie w kłopoty.

— Walnij go! — krzyknęła z tyłu Mi. Wykonywała przy tym ruchy jak zawodowy bokser, a jej torebka, plecak i kitka na czubku głowy podskakiwały w rytm skoków. W innej sytuacji byłoby to zabawne, ale teraz Kuba miał do załatwienia konkretną sprawę.

Wokół przybywało gapiów, spodziewających się rozrywki.

— Cienias, siostra jest bardziej waleczna od ciebie — skwitował z politowaniem Bolo.

Kuba miał wielką ochotę uderzyć go. Jednak się powstrzymał. Nie brać udziału w bójkach, powtarzał sobie w myślach. Zamiast tego zapytał:

— Ty, jak ty się tam nazywasz… Kolo? Stolo?

— Strzel go! — Mi podskakiwała i boksowała powietrze. — W pysk! W pysk go!

Coraz większa grupka gapiów nie wiedziała, czy patrzeć na Kubę i Bola, czy na Mi.

Kuba omiótł wzrokiem silne ramiona Bola, pokiwał groźnie głową i uznał, że ta demonstracja siły wystarczy. I już miał się wycofać, już miał odejść, gdy Bolo klepnął go w ramię. Niezbyt mocno, ot, pchnął go tak, że Kuba musiał zrobić krok w tył, aby utrzymać równowagę. I stało się.

Po wszystkim trudno mu było przypomnieć sobie przerażoną minę Bola i jak to się wydarzyło, że jego własna pięść spotkała się z policzkiem rudzielca, a chwilę później wielki Bolo leżał na chodniku z rozciętą wargą.

Kuba bardzo dobrze pamiętał, co nastąpiło potem.

— Natychmiast przestań! — zagrzmiał za jego plecami głos pani Podwawelskiej. — Co tu się dzieje?!

Dyrektorka szła przez rozstępujący się przed nią tłumek.

— Co mu zrobiłeś? — Groźnie spojrzała na Kubę.

Kuba przełknął ślinę. Na nic wszystkie postanowienia o unikaniu kłopotów. Kłopoty same go znalazły.

— Uderzył mnie — dramatycznie jęknął Bolo. Wstał i przyłożył podaną przez kogoś chustkę do wargi. — Podszedł do mnie i mnie uderzył. Ot tak.

— Uderzył go — potwierdził Kazek.

— Ot tak — dodał Antek.

— Jutro chcę u siebie widzieć twoich rodziców — wycedziła zimno dyrektorka. — To jest skandal, co ty wyprawiasz.

Kuba milczał. Bo i co mógł w takiej sytuacji powiedzieć? Spojrzał na Mi, która gapiła się na niego z szeroko otwartymi ustami. Zreflektowała się, pokazała mu kciukami obu rąk OK i kiwnęła głową, że było dobrze. Kuby ani trochę to nie pocieszyło. Tym bardziej że zobaczył też Amelię, na której twarzy malowało się… rozczarowanie. Uciekła spojrzeniem w bok i szybko odeszła, ciągnąc za sobą brata.

* * *

— Co to znaczy skandal? — zapytała Mi, gdy wracali do domu.

Szli we dwójkę, Kuba postanowił bowiem nie gonić Amelii. Przejdzie jej.

— Skandal jest wtedy — Kuba zastanowił się nad odpowiedzią — wtedy, kiedy wychodzi na jaw, że zrobiłaś coś złego.

— Ale to nie było złe. Całkiem dobrze mu przydzwoniłeś.

— Dobre i złe ma więcej znaczeń. Można coś zrobić dobrze i to będzie złe. A im lepiej zrobisz coś złego, tym gorzej. Rozumiesz?

— Głupia nie jestem. — Zmarszczyła czoło w zastanowieniu. — Nie rozumiem.

— Nie mam siły teraz ci tego tłumaczyć. A skandal jest nawet wtedy, kiedy nie zrobiłaś niczego złego, ale inni myślą, że zrobiłaś.

— Celowo to tak komplikujesz. — Mi zmarszczyła brwi. — Ty, a ta twoja lista lektur, to co tam jest?

Kuba przypomniał sobie, co powiedział Mi o swojej liście nakazów i zakazów. Uznał, że nie zaszkodzi, jeśli Mi trochę poczyta.

— Zajrzyj na półkę z książkami rodziców i znajdź coś, co ci się spodoba.

Wtedy coś błysnęło w promieniach słońca w trawie tuż obok chodnika. Kuba schylił się i podniósł przedmiot.

— Pokaż! — krzyknęła z przejęciem Mi.

Podskoczyła jak na sprężynach. Kuba w ostatniej chwili cofnął rękę. Zaczekał, aż siostra przestanie podskakiwać i przykucnął, żeby i ona mogła zobaczyć znalezisko.

— Łał… — szepnęła z nabożeństwem Mi. — Brylantowa bransoleta!

To, co leżało na dłoni Kuby, z pewnością było bransoletą. I to całkiem ładną bransoletą. W srebrne ogniwa wprawione były przezroczyste oszlifowane kamienie. Może naprawdę brylanty?

— No to jesteśmy bogaci — westchnęła Mi. — Nie musimy już chodzić do szkoły.

Kuba rozejrzał się. W pobliżu nie było nikogo szukającego zguby. Nie było nawet nikogo, kto by wyglądał na właściciela, czyli nie było żadnej damy w futrze i w butach na bardzo wysokich obcasach.

Schował bransoletę do kieszeni.

— Ej, zaraz! — zaprotestowała Mi. — Razem to znaleźliśmy.

— W domu zastanowimy się, co z tym zrobić.

— Rany, rzeczywiście! Zmywajmy się, zanim pojawi się właścicielka.

— Nie to miałem na myśli.

Droga ze szkoły do domu zajmowała jakiś kwadrans spacerkiem, ale tym razem po kilku minutach już byli w domu. Tempo nadawała Mi, która chciała jak najszybciej przyjrzeć się bransolecie. Jednak, jak przystało na sześciolatkę, już po drodze o tym zapomniała.

Osom, czyli angielskie słówko awesome, oznaczające super, świetnie, doskonale. [wróć]

Rozdział 5

w którym Mi napotyka poważny problem alergologiczny, Amelia pisze ważny list, a Albert podpada Bolowi.

Bardzo Ważny Dyrektor, czyli tata Sylwka, krążył po elegancko urządzonym salonie z rękoma założonymi z tyłu. W salonie wszystko było eleganckie i świadczyło o prestiżu właściciela. Elegancki był dywan, którego Bardzo Ważny Dyrektor starał się nie deptać, żeby go nie niszczyć. Eleganckie było orientalne1 krzesło, na którym nie wolno było siadać, żeby się nie niszczyło. Elegancki był też chiński wazon, w którym nie wolno było trzymać kwiatów, żeby się nie niszczył.

Sylwek siedział przy wielkim eleganckim stole nad zeszytem z napisem „Sylwester Robert Kociuba – Osiągnięcia i postępy samorealizacji2”.

— Codziennie będziesz wpisywał do zeszytu, co osiągnąłeś tego dnia. — Bardzo Ważny Dyrektor stuknął palcem w zeszyt. — Po prawej stronie sukcesy, po lewej porażki. To będzie na ciebie działało motywująco.

— Dziś zostałem gospodarzem klasy — powiedział Sylwek, zerkając z dumą na ojca. — Mam to zapisać po prawej czy lewej?

— Gospodarz klasy to jest wyrobnik3 — powiedział poważnie tata. — Ma tylko obowiązki, a żadnej władzy. Pamiętaj synu, że w życiu trzeba się ustawić dokładnie odwrotnie. Czyli jak?

— Czyli… — Sylwek trzy razy zastanowił się, czy odpowiedź będzie na pewno poprawna. — Czyli dużo władzy i mało obowiązków?

— Brawo!

Chłopak zerkał z obawą na ojca.

— Kiedy nie ma innych stanowisk w klasie — powiedział cicho.

— A skarbnik?

Sylwek pokręcił głową i wzruszył ramionami.

— Dobrze. — Tata skinął głową. — Zapisz po prawej, że zostałeś gospodarzem klasy. A teraz się zastanów, jak to wykorzystać.

Sylwek zamrugał, bo nie miał bladego pojęcia, jak wykorzystać bycie gospodarzem.

— Może… — zaczął niepewnie. — Może będę przesadzał innych uczniów?

— Po co ich przesadzać? Co ci to da?

— Władzę. — Sylwek wzruszył ramionami. — Będę decydował, kto ma siedzieć na lepszym miejscu, a kto na gorszym.

Bardzo Ważny Dyrektor machnął tylko ręką.

— Stanowisko gospodarza klasy daje ci dostęp do władzy — powiedział. — Do dyrektora szkoły. Niech dyrektorka poczuje, że jesteś przydatny. Niech wie, że stałeś się jej człowiekiem w klasie. Rozumiesz, o co chodzi?

— Mam się podlizywać?

— Nie używajmy takich słów. — Tata skrzywił się. — Zrób coś, żeby pomyślała, że jesteś jej potrzebny.

* * *

Wieczorem Kuba siedział w łóżku i czytał książkę. Nie mógł się skupić na treści. Nie rozmyślał nawet jakoś specjalnie o sytuacji z Bolem i z dyrektorką. Najbardziej pamiętał wyraz twarzy Amelii, zanim odeszła. Ona nie wiedziała, że to Bolo go wrobił, nie wiedziała, co dokładnie się wydarzyło przed szkołą. Widziała za to, jak Kuba uderza Bola. Poznał Amelię już na tyle, żeby zrozumieć, że ona nie lubi przemocy pod żadną postacią.

Chciał z nią porozmawiać po południu, ale nie wychodziła z domu. Na telefon, SMS, maila ani zaczepienie jej przez jakikolwiek serwis internetowy się nie zdobył. Za dużo byłoby tłumaczenia, a tłumaczyć się nie lubił.

Do jego pokoju wpadła Mi. Zrobiła to z charakterystyczną dla siebie prędkością. Przeturlała się przez materac i znieruchomiała w pozycji siedzącej. Wszystko to trwało może pół sekundy.

— Nudy. — Uniosła nad sobą książkę. — Jakieś pięćdziesiąt twarzy kogoś tam, myślałam, że to o robieniu makijażu. Przeczytałam pół pierwszej strony i nadal nic się nie dzieje. Naucz mnie robienia węzłów.

Mi od czasu do czasu przypominała sobie, że starszy brat może się do czegoś przydać.

— Węzłów? — zapytał Kuba. — Po co?

— Tak po prostu. — Mi wzruszyła ramionami i podała mu sznurek.

Kuba znał kilka węzłów, więc pokazał, jak wiązać te najprostsze. Mi powtarzała za nim w skupieniu, ale oczywiście to nie mogło długo trwać. Cierpliwości starczyło jej może na minutę.

— Wiesz — odłożyła sznurek — ten pies wyglądał, jakby był zupełnie niczyj.

— Miał bandanę zawiązaną na szyi.

— Może ktoś zgubił.

— Nie kombinuj. — Kuba pokręcił głową. — Masz uczulenie na psią sierść.

— Będę łykać jakieś tabletki. — Wzruszyła ramionami. — No i ustawię wentylator, tak żeby te algebry leciały w przeciwną stronę.

— Alergeny4 — odruchowo poprawił ją Kuba. — To się nie uda, zapomnij.

Mi zmarszczyła brwi, wyciągnęła ze swej torebki notesik i coś w nim zapisała. Spojrzała na brata spode łba.

— Chodzi o Amelię, tak? Że się na ciebie obraziła?

Kuba popatrzył na nią ciężko.

— Nie powinnaś już spać?

— To jest artystka, wiesz. One szukają takich królewiczów, co się nie muszą z nikim bić. A wiesz dlaczego?

— To nie jest twoja sprawa.

— Znaj opinię eksperta. One mają te, no, sandałki na oczach. Widzą królewicza, ale takiego, wiesz, narysowanego. Nieprawdziwego. Ci narysowani nie mają problemów.

— Bo nie mają młodszego rodzeństwa. A mówi się „klapki na oczach”5.

Mi miała na sobie piżamę, taką chłopięcą: spodnie w paski i koszulę z długimi rękawami zapinaną na guziki, też w paski. Kuba przyjrzał się siostrze dokładniej. Nie znosiła tej piżamy, nawet zimą chciała spać w czymś, co nazywała kombinezonem sennym, a co było znoszonym T-shirtem Kuby, sięgającym jej do kolan.

— Czemu założyłaś tę piżamę? — zapytał.

— A… tak sobie. — Mi szybko wstała. — To dobranoc.

— Czekaj. — Kuba złapał ją za koszulę. — Podwiń rękaw.

Podwinęła z ociąganiem.

— Drugi podwiń.

Mi, zrezygnowana, podwinęła drugi rękaw. Prawie cała skóra na rękach była pokryta czerwonymi kropkami.

— Brawo — powiedział Kuba. — A tylko przez chwilę głaskałaś psa.

* * *

Amelia siedziała na łóżku i rysowała Bola w szkicowniku. Miała zamiar sportretować wszystkich kolegów i koleżanki z klasy. Zaczęła od Bola, bo było jej go szkoda po tym, jak Kuba go uderzył. Nie, tak naprawdę to zaczęła od rysowania Kuby, ale szybko przewróciła kartkę, żeby narysować Bola. Czuła, że to bardzo nie w porządku kogoś bić. Wszystkie konflikty można przecież rozwiązać, prowadząc zwykłą rozmowę. Bójka jest bez sensu, bo nie wygrywa ten, kto ma rację, tylko ten, kto jest silniejszy albo się lepiej bije. Po co w ogóle się bić?

Może Klementyna miała rację, że nowa szkoła to szansa na poznanie nowych chłopaków. Amelia sama już nie wiedziała, co o tym myśleć.

Zamknęła szkicownik i sięgnęła po książkę. Przez następne kilka minut leżała w łóżku i usiłowała czytać. Jednak nie mogła się skupić na treści książki. Myślała o Kubie i o tym, jak bardzo się na nim zawiodła. On uderzył Bola, ot tak, po prostu. Tak jak na filmie. Bolo wygląda groźnie, ale nie wolno oceniać ludzi po pozorach. Wydaje się miły i przez cały dzień się do Amelii uśmiechał. Dlaczego Kuba go uderzył? W wakacje był taki fajny… Amelia poczuła, że musi coś zrobić.

Podeszła do laptopa, ale… nie! Ważne sprawy wymagają odpowiedniej oprawy. Przecież Amelia jest estetką.

Wyjęła papeterię, tę najładniejszą, kremową, którą dostała kiedyś w prezencie od mamy. Wzięła arkusik i zaczęła pisać:

Kochany Kubo,

Co za fatalny dzień! Całe szczęście, że się już kończy, bo sama nie wiem, co mogłoby się jeszcze wydarzyć! Zdenerwowałam się okropnie, teraz już troszkę mi przeszło, więc piszę do Ciebie list, bo w liście łatwiej mi wyrazić, co czuję. Tak bardzo cieszyłam się, że jesteśmy razem w klasie, ale po tym, co zrobiłeś Bolowi, muszę Ci szczerze napisać, co myślę. NIE WOLNO się bić! Problemów nie można rozwiązywać siłą. Ale Ty jesteś przecież mądry i sam teraz żałujesz tego, co się stało. Jestem pewna, że przeprosisz Bola i pogodzicie się. Czasem trzeba ustąpić, żeby żyć w zgodzie z innymi.

Chciałam Ci jeszcze napisać, że martwię się bardzo o Alberta, że nikt w klasie go nie polubi. Ty go rozumiesz, może jakoś z nim porozmawiasz? Moglibyśmy to omówić, po drodze do szkoły jest taka pizzeria, mają tam też lody.

Twoja Amelia

Jutro zaadresuje kopertę i wrzuci list do skrzynki pocztowej państwa Rytlów. Tak, tak właśnie zrobi.

* * *

Rano Kuba czekał na Amelię w szatni. Musiała tam przyjść, bo Albert na pewno będzie chciał zmienić buty. Zresztą do szatni musiał zejść każdy, bo już kwadrans przed ósmą szatniarka, nazywana przez wszystkich Ciotką, stała z założonymi ramionami i groźną miną w drzwiach oddzielających sień od hallu. Kierowała wszystkich na schody do piwnicy. Mi zbiegła po schodach, zawróciła i pognała od razu na górę, bo oczywiście nie zamierzała zmieniać butów. Kuba został i usiadł na niskiej ławeczce. Obserwował kolejne nieznajome osoby wchodzące do boksu, zmieniające buty i wieszające worek na wieszaku. Przez myśl przemknęło mu, że pomysł Sylwka, aby wspólnie pójść na pizzę po szkole, nie był może taki zły.

Albert był ósmą i ostatnią osobą, która zmieniła buty i powiesiła worek. Kuba wstał i podszedł do czekającej przed boksem Amelii.

— Cześć — powiedział.

Amelia słabo się uśmiechnęła i wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale zaraz uciekła wzrokiem gdzieś w bok.

— A ty nie zmieniasz butów? — zapytał Albert.

Kuba w pierwszym momencie pomyślał, że to do niego. Pytanie było jednak skierowane do Bola, który stał z Kazkiem i Antkiem obok boksu.

— Co ci do tego? — warknął Bolo. Miał spuchniętą wargę.

— Wszyscy powinni zmienić buty — wyjaśnił spokojnie Albert.

— A co? Zima jest?

I Bolo z kolegami po prostu odwrócili się i odeszli. Co gorsza, gdy Kuba chciał zagadać do Amelii, ona również ruszyła w stronę schodów.

Kuba, rad nierad, poszedł za nią. Jego podejrzenie, że dziewczyna nie chce z nim rozmawiać, zamieniło się w pewność, kiedy weszli do sali, gdzie Amelia usiadła na swoim miejscu i zdawała się widzieć wszystko, tylko nie Kubę.

Kuba popatrzył na miejsce obok Bola i stwierdził, że bardzo nie chce z nim siedzieć. Podszedł do chłopaka, który siedział z Emilem, i coś mu wyszeptał do ucha, a ten po prostu się przesiadł do Bola.

Rozległ się dzwonek, a równo z nim weszła do sali pani Podwawelska.

Ledwie wszyscy usiedli, Albert podniósł rękę.

— Nie, proszę… — szepnęła Amelia.

— Co znowu? — zapytała nauczycielka. — Pamiętasz, że dziś chcę widzieć twoich rodziców?

— Tak. Przyjdą. — Albert wstał. — Chciałem zgłosić, że Bolo nie zmienił butów.

W klasie zapanowała cisza jak makiem zasiał. Kuba zamknął oczy i dotknął dłonią czoła, jakby go bolała głowa. Najbardziej zaskoczona była chyba sama dyrektorka. Nie wiedziała, jak na to zareagować. Przeniosła więc spojrzenie na niewiele mniej osłupiałego Bola.

— Czy to prawda? — zapytała.

— Tak — odparł automatycznie Bolo i natychmiast tego pożałował. Wstał wolno. — To znaczy…

— Masz minus z zachowania. — Zanotowała coś w dzienniku.

— Ale… — Bolo rozłożył ręce. — Prawie nikt nie zmienia.

— A kto konkretnie nie zmienia?

Bolo rozejrzał się po klasie i mruknął coś niewyraźnie. Rzecz jasna, pani Podwawelska właśnie na to liczyła.

— Siadajcie — powiedziała. — Od jutra wszyscy mają zmieniać obuwie.

Bolo klapnął na krzesło i posłał nienawistne spojrzenie w stronę Alberta. Kuba wiedział, że to nie wróży niczego dobrego. Za to Albert w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku uczniowskiego uznał sprawę za zakończoną.

Był oczywiście w błędzie.

Orientalny, czyli wschodni, pochodzący z Azji. [wróć]

Samorealizacja – dążenie do rozwijania swoich talentów i możliwości. [wróć]

Wyrobnik – ktoś pracujący bardzo ciężko za niewielkie wynagrodzenie. [wróć]

Alergeny – substancje uczulające, wywołujące reakcję alergiczną. Alergenem są pyłki traw, od których niektórzy kichają. [wróć]

Powiedzenie „klapki na oczach” oznacza, że ktoś dostrzega jedną sprawę, a nie zauważa całej reszty. Kiedyś koniom ciągnącym powozy w miastach zakładano takie klapki. Chodziło o to, aby ograniczyć pole widzenia koniowi, dzięki czemu nie płoszył go ruch uliczny. [wróć]

Rozdział 6

w którym Albert ma kłopoty, Kuba go broni, co obraca się przeciw niemu, a Sylwek wkracza na ryzykowną ścieżkę.

Kuba wiedział, co nastąpi na przerwie. Gdy wyszli z sali po dzwonku, dyskretnie miał Alberta na oku. Wokoło chodzili i biegali uczniowie, rozmawiając, przekrzykując się, śmiejąc, a Albert zdawał się ich nie zauważać. Usiadł na parapecie i czytał grubaśną książkę. Kuba bardzo szybko uznał, że dyskretne pilnowanie go jest raczej nudne. Bolo zresztą wyglądał, jakby zapomniał o wydarzeniach sprzed kilkudziesięciu minut. Razem z Kazkiem i Antkiem stał pod oknem i zerkał tylko na Amelię rozmawiającą z Klementyną. To zresztą jeszcze bardziej nie podobało się Kubie.

Gdy już się wydawało, że nic się nie wydarzy, Amelia z Klementyną poszły do łazienki. Albert został na korytarzu sam. Bolo od początku przerwy tylko na to czekał. Teraz, oczywiście razem z kumplami, podszedł do Alberta. Niewiele zdążył powiedzieć, bo niemal od razu obok pojawił się Kuba.

— Co tam, chłopaki? — zapytał ze sztucznym uśmiechem. — Jak warga? Jeszcze boli?

Bolo zmierzył go groźnym spojrzeniem.

— Chodzę do tej szkoły od trzech lat, to jest nasze miejsce — powiedział do Alberta. — Nie będzie mi byle donosiciel mówił, co wolno, a czego nie.

— Chodzi o te buty? — Albert w najmniejszym stopniu nie wyczuwał powagi sytuacji. — Regulamin szkoły mówi jasno, że trzeba zmieniać obuwie.

— Chodzi o to, że skarżysz, matole. — Bolo nachylił się do Alberta. — Powiedziałeś dyrce, że nie zmieniłem butów.

Albert spojrzał na niego ze szczerym zdziwieniem.