Alchemik - Adam Maksymilian Grzybowski - ebook
NOWOŚĆ

Opis

Przed starciem z brutalną siłą zła módl się nie o siłę, lecz o geniusz i odwagę

Każdego ranka Maria stacza ciężką bitwę z pokusą, by nie podnosić się z łóżka, a najchętniej zakończyć życie. Wszystko się zmienia, gdy w czasie zajęć na studiach otrzymuje nietypowy temat pracy zaliczeniowej: ma napisać o Michale Sędziwoju, renesansowym alchemiku i jednym z najbardziej tajemniczych uczonych w historii.

Im głębiej Maria zanurza się w jego historię, tym bardziej Sędziwój przestaje być tylko obiektem jej badań. Przenika jej myśli i sny, pozostawia ślady prowadzące coraz dalej ścieżką, na której prawda i mit zaczynają się przenikać. Droga wiedzie ku wielkiej tajemnicy, nieprzebranemu bogactwu oraz bezgranicznej potędze, które desperacko chcą posiąść również bardzo źli ludzie.

Na poznanie tajemnicy alchemika trzeba jednak zasłużyć. Każdy kolejny trop rodzi bowiem więcej pytań niż odpowiedzi, a odróżnienie szaleństwa od prawdy staje się coraz trudniejsze.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 169

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wstęp

Straż­nik Ger­hard Schmidt gnał w górę po scho­dach, ska­cząc po kil­ka stop­ni. Tu­sza utrud­nia­ła mu szyb­kie po­ru­sza­nie się, więc po­rzu­cał na scho­dach ele­men­ty uzbro­je­nia, któ­re zsu­wa­ły się z brzę­kiem.

– Ka­pi­ta­nie Berg­mann! Ka­pi­ta­nie Berg­mann! – wrzesz­czał, zbli­ża­jąc się do drzwi do­wód­cy stra­ży.

– Cze­go się tak drzesz, dur­niu?! – Za­spa­ny ofi­cer sta­nął w drzwiach w sa­mych lnia­nych ga­ciach i szlaf­my­cy.

– Nie ma go! – wy­du­sił straż­nik, z tru­dem ła­piąc od­dech.

– Kogo nie ma?!

– Tego Po­la­ka nie ma!

– Sen­di­vo­giu­sa?! Bre­dzisz, Schmidt! – Ka­pi­tan roz­bu­dził się w jed­nej chwi­li. – Prze­cież ten wię­zień jest pil­no­wa­ny bez prze­rwy, za­mknię­ty w celi bez okien, a klucz od kra­ty mam tyl­ko ja. – Za­pre­zen­to­wał wi­szą­cy na szyi duży że­la­zny wy­trych.

– On… On… wa­rzył coś w tym swo­im ko­tle i… na­gle znik­nął na na­szych oczach, ka­pi­ta­nie… Zo­sta­ła tyl­ko jego lut­nia i ubra­nie… – Straż­nik Ger­hard Schmidt był wy­raź­nie prze­ra­żo­ny, a ka­pi­tan Cri­stian Berg­mann za­czął po­dej­rze­wać, że ten kosz­mar może być praw­dą i, co gor­sza, za chwi­lę wła­śnie on bę­dzie mu­siał po­in­for­mo­wać o tym księ­cia Fry­de­ry­ka.

Rozdział 1

Maria

Do uszu Ma­rii Bie­le­wicz od nie­mal go­dzi­ny do­cie­rał prze­ni­kli­wy dźwięk bu­dzi­ka. Słoń­ce za­glą­da­ło do wy­naj­mo­wa­ne­go przez nią po­ko­ju przez nie­umy­tą szy­bę, przy­zy­wa­jąc ku nie­przy­ja­zne­mu świa­tu. War­sza­wa już tęt­ni­ła ży­ciem. Dziew­czy­na nie mia­ła jed­nak siły wstać. Sen był dla niej jak ni­cość, nie­byt, czy­li miej­sce, gdzie naj­chęt­niej by się za­szy­ła i skoń­czy­ła swo­je ist­nie­nie. Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że ten po­ran­ny ab­so­lut­ny brak na­pę­du jest jed­nym z ob­ja­wów cho­ro­by. Kil­ka dni temu wy­tłu­ma­czy­ła jej to bla­do uśmiech­nię­ta dok­tor Knap­ska, po czym wrę­czy­ła re­cep­tę na dwu­krot­nie wyż­szą daw­kę leku prze­ciw­de­pre­syj­ne­go.

Ży­cie w póź­niej­szych go­dzi­nach dnia niż po­ran­ne było już zwy­kle nie­co ła­twiej­sze i dzień do wie­czo­ra to­czył się jak­by siłą roz­pę­du, ale pierw­sze ru­chy i my­śli po­ran­ka za­wsze przy­cho­dzi­ły z nie­opi­sa­nym tru­dem. Pró­bo­wa­ła wy­obra­zić so­bie ja­kąś ra­dość, któ­ra może spo­tkać ją tego dnia. Ja­kaś część umy­słu, w któ­rej po­mi­mo cho­ro­by tli­ła się nie­wiel­ka chęć ży­cia, pró­bo­wa­ła wzbu­dzić ja­ką­kol­wiek po­zy­tyw­ną myśl, by po­ja­wi­ła się mo­ty­wa­cja do wy­ko­na­nia choć naj­mniej­sze­go ru­chu.

Był po­ra­nek dzie­sią­te­go paź­dzier­ni­ka. Po­nie­dzia­łek. Ćwi­cze­nia z che­mii na uni­wer­sy­te­cie za­czną się za go­dzi­nę. Fakt ten zu­peł­nie nie na­pę­dzał do roz­po­czę­cia dnia. Chcia­ła za­paść się gdzieś, znik­nąć, prze­stać czuć i w ogó­le prze­stać być. Roz­po­czę­cie stu­diów na Wy­dzia­le Che­mii było po­mył­ką. Po­win­na prze­sie­dzieć rok w swo­jej ro­dzin­nej miej­sco­wo­ści, a po­tem jesz­cze raz apli­ko­wać na me­dy­cy­nę. Przy­naj­mniej spró­bo­wać. I za­pew­ne spró­bu­je, cho­ciaż na pew­no zno­wu po­nie­sie po­raż­kę. Jest zu­peł­nie do ni­cze­go.

Po­sta­no­wi­ła dzi­siaj już wię­cej nie po­dej­mo­wać pró­by opusz­cze­nia łóż­ka. I tak nikt jej do ni­cze­go nie po­trze­bu­je. Nikt na nią nie cze­ka. Nie jest w sta­nie zro­bić ni­cze­go istot­ne­go. Z za­da­nia­mi na ćwi­cze­niach z che­mii też znów so­bie nie po­ra­dzi.

Gdy tak igno­ru­jąc dźwięk bu­dzi­ka, po­wo­li osu­wa­ła się w co­raz głęb­sze odrę­twie­nie, po­czu­ła na so­bie wzrok. Wra­że­nie było sil­ne i in­try­gu­ją­ce na tyle, że nie­moc osła­bła i po­zwo­li­ła unieść po­wie­ki. Przed jej łóż­kiem, na wy­cią­gnię­cie ręki sie­dział czar­ny jak smo­ła kot pani Sta­szyc­kiej, wła­ści­ciel­ki miesz­ka­nia, i wpa­try­wał się w Ma­rię swo­imi zie­lo­ny­mi ko­ci­mi śle­pia­mi.

– Fi­ga­ro! – Wi­dok zwie­rza­ka dał jej siłę do wy­po­wie­dze­nia pierw­sze­go tego dnia sło­wa. – Co tu­taj ro­bisz? Jak, na Boga, się tu­taj zno­wu do­sta­łeś? – Za­in­try­go­wa­na, unio­sła się, wspar­ła na łok­ciu i spoj­rza­ła w kie­run­ku drzwi.

Te były uchy­lo­ne. Ko­lej­ny raz za­snę­ła, za­po­mniaw­szy za­klu­czyć drzwi od we­wnątrz, a zwie­rzę so­bie tyl­ko zna­nym spo­so­bem po­tra­fi­ło na­ci­snąć klam­kę. Ma­ria przez szcze­li­nę drzwi zo­ba­czy­ła frag­ment ko­ry­ta­rza z ha­czy­ka­mi na okry­cia. Je­sien­ne­go pal­ta wła­ści­ciel­ki na nim nie do­strze­gła. Naj­pew­niej była za­tem w miesz­ka­niu sama z ko­tem. Zwie­rzę, sie­dząc bli­sko wez­gło­wia łóż­ka, ob­ser­wo­wa­ło ją na­dal mą­dry­mi ocza­mi i ob­li­zy­wa­ło co chwi­lę pysz­czek.

– Koty nie zdra­dza­ją swo­ich ta­jem­nic, praw­da, Fi­ga­ro? – za­py­ta­ła ci­cho dziew­czy­na, kła­dąc po­now­nie cięż­ką gło­wę na po­dusz­kę i za­my­ka­jąc po­wie­ki.

Le­d­wo to zro­bi­ła, po­czu­ła, jak kot bez­czel­nie pa­ku­je jej się do łóż­ka i kła­dzie na po­dusz­ce. Za­pach zwie­rzę­cia nie spra­wił jej przy­jem­no­ści, ale nie mia­ła siły za­pro­te­sto­wać. Czu­ła cie­pło drob­ne­go grzbie­tu wtu­lo­ne­go w jej po­li­czek. Za­pew­ne na­wet psy­cho­log Ma­rii Bie­le­wicz nie był­by w sta­nie wy­tłu­ma­czyć tego zja­wi­ska, ale to cie­pło wy­wo­ła­ło u dziew­czy­ny łzy. Po­pły­nę­ły ob­fi­cie po twa­rzy.

Po chwi­li spoj­rza­ła na sto­ją­cy na sto­li­ku noc­nym ze­gar. Do roz­po­czę­cia ćwi­czeń zo­sta­ło czter­dzie­ści mi­nut. Je­śli zre­zy­gnu­je z po­ran­ne­go prysz­ni­ca i śnia­da­nia, zdą­ży jesz­cze na za­ję­cia.

– Ma­ryś­ka, zbie­raj się! – po­wie­dzia­ła gło­śno do sie­bie i z wy­sił­kiem opu­ści­ła łóż­ko.

Na przy­sta­nek au­to­bu­so­wy do­tar­ła już po kwa­dran­sie. Czu­ła w ustach gorz­ki smak masy ta­blet­ko­wej za­wie­ra­ją­cej w so­bie ak­tyw­ne czą­stecz­ki prze­ciw­de­pre­syj­nej ser­tra­li­ny, któ­rą za­ży­ła bez śnia­da­nia.

***

Ma­ria wbie­gła do la­bo­ra­to­rium kil­ka se­kund po wej­ściu asy­sten­ta. Ma­gi­ster Ra­fał Amer­ski spoj­rzał na nią z wy­rzu­tem, mimo że sam też przy­szedł spóź­nio­ny i do­pie­ro za­kła­dał far­tuch la­bo­ra­to­ryj­ny. To spoj­rze­nie peł­ne nie­chę­ci za­bra­ło jej po­ło­wę z reszt­ki ener­gii, jaką zdo­ła­ła z sie­bie wy­krze­sać. Po­su­wa­jąc z tru­dem sto­py po ka­fel­kach pra­cow­ni, za­ję­ła swo­je miej­sce.

– Dro­dzy pań­stwo, che­mia jest pa­sjo­nu­ją­cym przed­mio­tem – za­czął z ani­mu­szem asy­stent i po­wiódł wzro­kiem po twa­rzach za­spa­nych jesz­cze słu­cha­czy. – A dziś zaj­mie­my się dzie­dzi­ną che­mii, któ­ra upo­dab­nia che­mi­ka do de­tek­ty­wa śled­cze­go, mia­no­wi­cie ana­li­zą ja­ko­ścio­wą.

Wy­wód asy­sten­ta prze­rwał na­pad kasz­lu jed­ne­go ze stu­den­tów w ostat­niej ław­ce.

– Coś się sta­ło, pa­nie Sta­siak? – za­py­tał zi­ry­to­wa­ny Amer­ski.

– Nie, nie, pa­nie ma­gi­strze. Już do­brze – za­pew­nił stu­dent, opa­no­wu­jąc z tru­dem chi­chot.

– Cie­szę się bar­dzo, że się pan nie udu­sił – stwier­dził chłod­no asy­stent i za­zna­czył coś w swo­im no­tat­ni­ku. – Wróć­my do na­szej ana­li­zy ja­ko­ścio­wej, dro­dzy pań­stwo. Mam na­dzie­ję, że zgod­nie z proś­bą za­po­zna­li­ście się z od­po­wied­ni­mi roz­dzia­ła­mi mo­je­go skryp­tu. Je­że­li tak, to po­win­ni­ście so­bie do­sko­na­le po­ra­dzić i za­li­czyć ćwi­cze­nia. Po­nie­waż do­pie­ro racz­ku­je­cie w tej pięk­nej dzie­dzi­nie, jaką jest che­micz­na ana­li­za ja­ko­ścio­wa, za­cznie­my od za­dań naj­prost­szych, czy­li od ana­li­zy związ­ków nie­orga­nicz­nych.

Po sali la­bo­ra­to­ryj­nej roz­niósł się dźwięk wer­to­wa­nych kar­tek pod­ręcz­ni­ka. Ma­ria, mimo że mia­ła na to kil­ka dni, nie zdo­ła­ła prze­czy­tać za­le­co­nych roz­dzia­łów. Te­raz otwo­rzy­ła skrypt po raz pierw­szy. Prze­bie­gła wzro­kiem po li­te­rach pierw­sze­go zda­nia, pró­bu­jąc zro­zu­mieć jego treść. Bez po­wo­dze­nia.

– W pro­bów­kach dla uła­twie­nia ma­cie roz­two­ry tyl­ko z jed­nym ka­tio­nem i jed­nym anio­nem. Po­baw­cie się w de­tek­ty­wów, moi dro­dzy. – W gło­sie ma­gi­stra sły­chać było pa­sję mło­de­go asy­sten­ta. – Znajdź­cie od­po­wiedź na py­ta­nie, co jest w wa­szej pro­bów­ce. Na każ­dym sta­no­wi­sku ma­cie kom­plet od­czyn­ni­ków, pal­ni­ki, prę­ci­ki me­ta­lo­we, kol­by, do­dat­ko­we pro­bów­ki, ze­sta­wy do łaź­ni wod­nej. Pa­mię­taj­cie, że wszyst­ko ma zna­cze­nie – ko­lor roz­two­ru, za­pach. Ma­cie na to całe dwie go­dzi­ny ćwi­czeń. Dużo cza­su. Po­wo­dze­nia. Za­li­czam tyl­ko tym, któ­rzy do­trą do praw­dy. Czas start.

Stu­den­ci ru­szy­li do pra­cy. Więk­szość z nich wie­dzia­ła, co ro­bić, nie za­glą­da­li do skryp­tu. Ma­ria Bie­le­wicz ob­ser­wo­wa­ła prze­ra­żo­na ich pew­ne ru­chy. Uświa­da­mia­ły jej, że jest w tyle, nie ma po­ję­cia, od cze­go za­cząć. Jest do ni­cze­go. Spoj­rza­ła znie­chę­co­na na umiesz­czo­ną w sta­ty­wie za­kor­ko­wa­ną pro­bów­kę z roz­two­rem do zba­da­nia.

– Pa­nie ma­gi­strze! Ja mam ka­tion so­do­wy w roz­two­rze! – po­chwa­li­ła się Ame­lia, zwy­kle naj­bar­dziej ak­tyw­na stu­dent­ka.

– Bar­dzo do­brze, pani Ame­lio – po­wie­dział z uzna­niem asy­stent. – Pro­szę wy­tłu­ma­czyć, jak pani do tego do­szła.

– Ka­tion so­do­wy daje ja­sno­po­ma­rań­czo­wy ko­lor pło­mie­nia.

– Zna­ko­mi­cie! A jak to pani może po­twier­dzić?

Stu­dent­ka zmie­sza­ła się i spu­ści­ła gło­wę.

– Do­czy­ta to pani so­bie, pani Ame­lio. A jaki ma pani anion?

– Jesz­cze nie wiem, pa­nie ma­gi­strze – przy­zna­ła dziew­czy­na.

– Do ro­bo­ty za­tem! Jesz­cze pani nie skoń­czy­ła – sko­men­to­wał asy­stent, po czym splótł ręce za ple­ca­mi i za­czął prze­cha­dzać się po­mię­dzy sta­no­wi­ska­mi.

– A mój drut się nie świe­ci – wy­pa­lił z ostat­nie­go sta­no­wi­ska An­drzej Sta­siak, wzbu­dza­jąc ogól­ną we­so­łość.

– To prę­cik me­ta­lo­wy, a nie drut, pa­nie Sta­siak – upo­mniał go zi­ry­to­wa­ny ma­gi­ster.

– A fakt, prze­pra­szam – po­wie­dział nie­fra­so­bli­wy stu­dent, choć nie było wi­dać po nim ani odro­bi­ny skru­chy.

– Sko­ro pana roz­twór w pró­bie pło­mie­nio­wej nie za­bar­wia się, może pan po­dej­rze­wać, że ja­kich ka­tio­nów nie ma w pana roz­two­rze? – Asy­stent nie za­mie­rzał od­pu­ścić stu­den­to­wi.

– Eeee… – Sta­siak wy­dał z sie­bie mało in­te­li­gent­ny dźwięk i zer­k­nął nie­pew­nie w kie­run­ku skryp­tu.

– Za­pew­ne nie jest to sód, po­tas, wapń, stront, bar ani też cyna – usłuż­nie stwier­dzi­ła Ame­lia, pod­no­sząc rękę do góry i nie cze­ka­jąc, aż kto­kol­wiek po­zwo­li jej za­brać głos.

– Słusz­nie, pani Ame­lio, ale aku­rat py­ta­łem pani ko­le­gę. – Amer­ski chciał usły­szeć od­po­wiedź od Sta­sia­ka, któ­re­go po­gnie­cio­ny far­tuch la­bo­ra­to­ryj­ny i zbla­zo­wa­ny wy­raz twa­rzy naj­wy­raź­niej go draż­ni­ły.

Pierw­sze oso­by w gru­pie pod­no­si­ły ręce, zgła­sza­jąc za­koń­cze­nie za­da­nia. Do uszu Ma­rii do­cho­dzi­ły jak z od­da­li od­po­wie­dzi ko­le­gów:

– Mam roz­twór azo­ta­nu oło­wiu. Ka­tion oło­wiu dał bia­ły osad z za­sa­dą so­do­wą roz­pusz­czal­ny w jej nad­mia­rze. Anion azo­ta­no­wy wy­ka­za­łem do­dat­nią pró­bą ob­rącz­ko­wą oraz nie­obec­no­ścią osa­du w re­ak­cji z ka­tio­na­mi sre­bra i baru.

– A w mo­jej pro­bów­ce jest or­to­fos­fo­ran po­ta­su. Po­tas za­bar­wił pło­mień na ko­lor fio­le­to­wy, a anion fos­fo­ra­no­wy dał żół­ty osad z azo­ta­nem sre­bra, roz­pusz­czal­ny w kwa­sie azo­to­wym.

Do świa­do­mo­ści Ma­rii Bie­le­wicz do­cie­ra­ły ko­lej­ne po­chwa­ły asy­sten­ta, któ­ry­mi ob­dzie­lał stu­den­tów. Ci, któ­rzy za­li­czy­li ćwi­cze­nie, za­bie­ra­li swo­je skryp­ty i opusz­cza­li salę la­bo­ra­to­ryj­ną. Ma­ria sta­ła przy swo­im sto­le bez­czyn­nie. Wszyst­ko dzia­ło się jak­by obok niej. Bez­myśl­nie ob­ra­ca­ła w dło­ni od­kor­ko­wa­ną pro­bów­kę. Gdy ock­nę­ła się z le­tar­gu, na sali po­zo­sta­ło je­dy­nie dwo­je stu­den­tów, ona i An­drzej Sta­siak pra­cu­ją­cy przy sta­no­wi­sku obok niej.

– Pa­nie Sta­siak, czas mi­nął. – Asy­stent naj­wy­raź­niej nie da­rzył sym­pa­tią wy­lu­zo­wa­ne­go stu­den­ta. – Co pan wy­ba­dał?

Za­py­ta­ny, po­dob­nie jak Ma­ria, trzy­mał kur­czo­wo swo­ją pro­bów­kę z roz­two­rem. Usły­szaw­szy py­ta­nie, nie­mal ją upu­ścił. Kil­ka kro­pel cie­czy spa­dło na blat.

– Słu­cham, pa­nie Sta­siak. Ko­niec tych żar­tów!

Do Ma­rii do­tarł na­pa­stli­wy głos pro­wa­dzą­ce­go. Spoj­rza­ła na za­gu­bio­ne­go ko­le­gę, któ­ry utkwił wzrok w bla­cie sto­łu la­bo­ra­to­ryj­ne­go.

– O Jezu! Mam sre­bro! – usły­sza­ła nie­spo­dzie­wa­nie ra­do­sny głos ko­le­gi. Po­dą­ży­ła za jego wzro­kiem i do­strze­gła brą­zo­we pla­my na bi­bu­le le­żą­cej na bla­cie. – Tak bar­wi sre­bro!

– Ma pan wię­cej szczę­ścia niż ro­zu­mu, Sta­siak – przy­znał z nie­chę­cią ma­gi­ster Amer­ski. – A co z anio­nem? Jaki ma pan anion?

An­drzej zmie­szał się i roz­glą­dał bez­rad­nie przez chwi­lę. Jego wzrok padł na od­czyn­ni­ki, któ­re miał do dys­po­zy­cji pod­czas ana­liz. Na jed­nej z bu­te­le­czek wid­niał za­zna­czo­ny gru­bym fla­ma­strem na­pis „AgNO3”.

– Eeee… – za­czął nie­pew­nie stu­dent – sre­bro chy­ba z wie­lo­ma anio­na­mi two­rzy nie­roz­pusz­czal­ne sole… a więc… w moim roz­two­rze jest… azo­tan sre­bra… chy­ba.

– To chy­ba czy na pew­no?

– Na pew­no – wy­du­sił stu­dent i spoj­rzał na asy­sten­ta. Ten pa­trzył na nie­go z ka­mien­ną twa­rzą, prze­dłu­ża­jąc nie­pew­ność.

– Na­praw­dę ma pan wię­cej szczę­ścia niż ro­zu­mu – prze­rwał w koń­cu mil­cze­nie. – Za­li­czył pan. Nie­ste­ty.

Ma­ria ob­ser­wo­wa­ła, jak jej ko­le­ga ode­tchnął z ulgą i szyb­ko skie­ro­wał się do wyj­ścia. Przed drzwia­mi zwol­nił i spoj­rzał na nią współ­czu­ją­cym wzro­kiem. Gdy znik­nął za drzwia­mi, zo­sta­ła sama z asy­sten­tem.

– Pani… prze­pra­szam, ale nie za­pa­mię­ta­łem pani na­zwi­ska – za­czął ma­gi­ster Amer­ski.

– Bie­le­wicz. Ma­ria Bie­le­wicz – od­po­wie­dzia­ła po­wo­li.

– Ob­ser­wo­wa­łem pa­nią i nie wi­dzia­łem, żeby prze­pro­wa­dza­ła pani ja­kie­kol­wiek re­ak­cje lub ana­li­zy – po­wie­dział z przy­ga­ną, pa­trząc na nie­za­bru­dzo­ny blat i dzie­wi­czo rów­no sto­ją­ce rzę­dy bu­te­lek z od­czyn­ni­ka­mi, na­czyń i przy­rzą­dów la­bo­ra­to­ryj­nych. – Zro­bi­ła pani choć jed­ną ana­li­zę?

– Tyl­ko jed­ną – przy­zna­ła po chwi­li ci­szy i spu­ści­ła gło­wę.

– Nie są­dzę… bio­rąc pod uwa­gę ab­so­lut­ny po­rzą­dek na bla­cie. Prze­spa­ła pani całe za­ję­cia, pani Bie­le­wicz. Co to ma być? Ja­kiś hap­pe­ning? – W gło­sie asy­sten­ta na­ra­sta­ła iry­ta­cja. – Pro­szę za­tem strze­lać. Co jest w pro­bów­ce?

Stu­dent­ka wes­tchnę­ła.

– My­ślę, że w pro­bów­ce jest roz­twór soli ku­chen­nej, czy­li chlor­ku sodu – po­wie­dzia­ła ci­cho.

Ma­gi­ster Amer­ski spoj­rzał na nu­mer na pro­bów­ce, wy­cią­gnął z kie­sze­ni swo­ją kart­kę, gdzie miał za­pi­sa­ne pra­wi­dło­we od­po­wie­dzi.

– A jaki test pani wy­ko­na­ła, by to stwier­dzić? – do­py­tał z wy­ra­zem twa­rzy, z któ­re­go nie spo­sób było nic wy­czy­tać.

Ma­ria za­wa­ha­ła się, czy od­po­wie­dzieć.

– Or­ga­no­lep­tycz­ny. Spró­bo­wa­łam sma­ku… – prze­rwa­ła wy­po­wiedź, wi­dząc prze­ra­żo­ny wzrok asy­sten­ta.

– Pani so­bie ze mnie żar­tu­je, praw­da? – po­wo­li i nie­pew­nie ce­dził sło­wa.

– Nie wie­dzia­łam, co zro­bić, więc spró­bo­wa­łam – od­po­wie­dzia­ła zgod­nie z praw­dą i spu­ści­ła gło­wę.

– O kur­wa! Dziew­czy­no, prze­cież w pro­bów­ce mógł być rów­nie do­brze na przy­kład anion cy­jan­ko­wy! – Asy­stent zła­pał się za gło­wę.

– Czy­li to na­praw­dę chlo­rek sodu? – W gło­sie stu­dent­ki wy­brzmia­ła na­dzie­ja.

– Tak… – Po­ka­zał jej li­stę z od­po­wie­dzia­mi. Pod nu­me­rem trzy­na­stym, któ­rym opa­trzo­na była jej pro­bów­ka za­da­nio­wa, wid­niał pod­pis „NaCl”.

– Czy­li za­li­czy­łam ćwi­cze­nia? – Ma­ria nie do­wie­rza­ła jesz­cze w swo­je szczę­ście.

– Czy pani chce umrzeć? – od­po­wie­dział dziw­nym py­ta­niem na jej py­ta­nie i wpa­try­wał się w nią czuj­nie.

Nie spu­ści­ła wzro­ku. Pa­trzy­ła pro­sto w oczy asy­sten­to­wi.

– Chy­ba jesz­cze nie – od­po­wie­dzia­ła po dłuż­szej chwi­li.

– To do­brze, pani Bie­le­wicz. – Te sło­wa wy­po­wie­dział bar­dzo życz­li­wie. – My­śla­łem, że to pani ko­le­ga Sta­siak jest naj­więk­szym far­cia­rzem, ja­kie­go stwo­rzył świat. Pani jed­nak bije go na gło­wę!

***

– I co, Ma­ry­siu? Jak po­szło?

Z odrę­twie­nia wy­rwał ją na ko­ry­ta­rzu zna­jo­my głos. Gdy pod­nio­sła oczy, na­po­tka­ła za­tro­ska­ny wzrok An­drze­ja Sta­sia­ka, któ­ry za­koń­czył ćwi­cze­nia chwi­lę przed nią.

– Za­li­czy­łam.

– Po­waż­nie? – Naj­wi­docz­niej był prze­ko­na­ny, że przyj­dzie mu ją po­cie­szać.

– Amer po­wie­dział, że mia­łam na­wet wię­cej szczę­ścia niż ty.

– To prze­cież nie­moż­li­we – za­śmiał się chło­pak. – To ja sły­nę z far­ta.

– Tym ra­zem po­bi­łam cię na gło­wę, An­drzej­ku. Uwierz mi. Mia­łam szczę­ście, że w ogó­le prze­ży­łam te ćwi­cze­nia. – Ma­rii uda­ło się na­wet uśmiech­nąć na wi­dok peł­nej nie­do­wie­rza­nia miny ko­le­gi.

– To może opo­wiesz mi przy ka­wie, jak uda­ło ci się prze­żyć? – za­pro­po­no­wał.

– Ja nie je­stem ostat­nio do­brym kom­pa­nem do roz­mo­wy – przy­zna­ła Ma­ria. – Bę­dziesz się ze mną nu­dził.

– O w ży­ciu! Na pew­no nie będę – za­pew­nił. – Prze­cież zdra­dzisz mi, jak od­gad­nąć, co jest w pro­bów­ce, nie wy­ko­nu­jąc żad­ne­go te­stu. To mnie in­try­gu­je. – An­drzej za­śmiał się przy­jaź­nie.

– Je­den test wy­ko­na­łam…

– W ta­kim ra­zie coś mnie omi­nę­ło, bo wi­dzia­łem tyl­ko, jak z bez­rad­ną miną pa­trzysz na swo­ją pro­bów­kę jak sro­ka w gnat.

– Skosz­to­wa­łam sma­ku roz­two­ru. Sma­ko­wał jak oso­lo­na woda. Strze­li­łam, że to chlo­rek sodu, i szczę­śli­wie tra­fi­łam. Oto cała hi­sto­ria – przy­zna­ła ci­cho dziew­czy­na i spu­ści­ła skrom­nie wzrok.

– Co zro­bi­łaś?! – Chło­pak za­krztu­sił się i przez chwi­lę nie mógł po­wstrzy­mać kasz­lu.

– Wiem, wiem. Już Amer­ski po­wie­dział mi, że je­stem nie­nor­mal­na.

An­drzej, gdy tyl­ko zła­pał po­wie­trze, za­czął się gło­śno śmiać. Sto­ją­cy przed salą la­bo­ra­to­ryj­ną po­zo­sta­li stu­den­ci spoj­rze­li z za­in­te­re­so­wa­niem. Ma­ria wy­ła­pa­ła te spoj­rze­nia i do­my­śli­ła się, że pew­nie dzi­wią się, czym taka nud­na dziew­czy­na jak ona mo­gła aż tak roz­ba­wić ko­le­gę.

– Za­dzia­ła­łaś, jak kie­dyś czy­ni­li to wiel­cy al­che­mi­cy – stwier­dził An­drzej, któ­re­mu po dłuż­szej chwi­li uda­ło się po­wró­cić do sta­nu po­wa­gi.

– Al­che­mi­cy? – Ma­ria nie zro­zu­mia­ła w pierw­szej chwi­li.

– Tak. Ci naj­więk­si. Ci, któ­rzy po­tra­fi­li za­mie­niać nie­szla­chet­ne me­ta­le w zło­to, uwa­rzyć czer­wo­ną tynk­tu­rę da­ją­cą dłu­gie ży­cie, two­rzyć elik­si­ry po­zwa­la­ją­ce po­znać to, co nie­po­zna­wal­ne, uchy­la­ją­ce wro­ta za­świa­tów, po­zwa­la­ją­ce zgłę­biać ich ta­jem­ni­ce.

– Prze­cież to było nie­moż­li­we… za­mie­nić je­den me­tal w dru­gi… bez re­ak­cji syn­te­zy ją­dro­wej albo roz­pa­du… – za­uwa­ży­ła dziew­czy­na.

– Oczy­wi­ście. Ale nie­któ­rzy po­dob­no tego do­ko­na­li. Na przy­kład Po­lak Mi­chał Sę­dzi­wój. On uwa­żał, że od­wa­ga to ce­cha nie­zbęd­na, by do­ko­nać cze­goś wiel­kie­go w al­che­mii. A aby skosz­to­wać nie­zna­ne­go roz­two­ru, trze­ba nie lada od­wa­gi – po­wie­dział stu­dent i za­brzmia­ło to po­waż­nie.

– Masz dużą wie­dzę, An­drzej­ku. To cie­ka­we, co mó­wisz – po­chwa­li­ła Ma­ria.

– Nie tam za­raz dużą – za­opo­no­wał skrom­nie. – Książ­kę czy­ta­łem o Mi­cha­le Sę­dzi­wo­ju. Nie­sa­mo­wi­ta po­stać. Jak to mó­wią, czło­wiek or­kie­stra: che­mik, cza­row­nik, le­karz, fi­lo­zof, se­kre­tarz i po­seł Zyg­mun­ta III Wazy. Po­dob­no też całe ży­cie wal­czył z de­pre­sją.

– Wal­czył z de­pre­sją? Taki wiel­ki czło­wiek? – Ta in­for­ma­cja wy­raź­nie za­in­te­re­so­wa­ła Ma­rię.

– To prze­cież nie jest cho­ro­ba pro­stych tłu­mo­ków, Ma­ry­siu, tyl­ko wła­śnie lu­dzi po­tra­fią­cych uży­wać mó­zgu.

– Sły­sza­łam o nim. Na­praw­dę cier­piał na de­pre­sję?

– Tak, wów­czas na­zy­wa­ną me­lan­cho­lią. I po­mi­mo cho­ro­by osią­gnął tak wie­le. Le­czył się sam. Był zna­ko­mi­tym le­ka­rzem.

– Jak się le­czył?

– Twier­dził, że me­lan­cho­lię na­le­ży le­czyć, na­gra­dza­jąc re­gu­lar­nie swo­je ser­ce i umysł. Nie było wów­czas prze­cież na nią żad­nych le­ków. Pi­sał, że dla każ­de­go taką na­gro­dą jest coś in­ne­go. Dla nie­go były nią okrusz­ki wie­dzy. Jego po­bu­dza­ły do ży­cia za­gad­ki na­uko­we. Pi­sał o „dro­dze z okrusz­ków, któ­ra pro­wa­dzi do speł­nie­nia”.

– Mą­dry czło­wiek. – Ma­ria za­my­śli­ła się. Za­sta­na­wia­ła się, jak po­win­na wy­glą­dać jej „dro­ga z okrusz­ków”. Nie wie­dzia­ła, co dla niej mo­gło­by być na­gro­dą, ale czu­ła, że chcia­ła­by się do­wie­dzieć, a to już coś.

– Pa­mię­taj, Ma­ry­siu, nie spóź­nij się ju­tro na wy­kład Ró­żań­skie­go. – An­drzej zmie­nił te­mat roz­mo­wy. – Bę­dzie przy­dzie­lać za­gad­nie­nia prac rocz­nych. Wiem od kum­pli ze star­szych lat, że nie moż­na się spóź­nić, bo do­sta­je się wów­czas za karę bar­dzo prze­kro­jo­wy te­mat spo­za gieł­dy i za­miast krót­kie­go opra­co­wa­nia trze­ba na­pi­sać nie­mal coś na kształt pra­cy ma­gi­ster­skiej.

– Dzię­ku­ję za radę. – Była mu na­praw­dę wdzięcz­na. – Po­sta­ram się nie spóź­nić.

– To co, idzie­my na kawę? – za­pro­po­no­wał chło­pak. – Do mat­my zo­sta­ło nam już tyl­ko pół go­dzi­ny, ale mogę za­pro­po­no­wać ci kawę z au­to­ma­tu i chwi­lę kon­wer­sa­cji tu­taj na scho­dach. – Uśmiech­nął się i mru­gnął fi­lu­ter­nie.

– Idzie­my. – Ma­ria pierw­szy raz tego dnia się uśmiech­nę­ła.

Rozdział 2

Mistrz

Dwu­na­sty dzień stycz­nia Roku Pań­skie­go 1603.Za­mek Mar­szał­ka Na­dwor­ne­go Ko­ron­ne­goRze­czy­po­spo­li­tej Mi­ko­ła­ja Wol­skie­go w Krze­pi­cach

Tego wcze­sne­go po­ran­ka dzie­dzi­niec zam­ko­wy za­peł­nio­ny był nie­co­dzien­ny­mi przed­mio­ta­mi. W wy­so­kim do po­ło­wy łyd­ki świe­żym śnie­gu tkwi­ły że­la­zne misy wy­peł­nio­ne róż­ny­mi cie­cza­mi, wiel­kie drew­nia­ne i me­ta­lo­we sta­ty­wy, klat­ki ze zwie­rzę­ta­mi, ster­ty drew­na uło­żo­ne rów­no przy kil­ku pa­le­ni­skach, sto­sy sia­na, ka­mie­ni i róż­nych ka­wał­ków skał i me­ta­li.

Dzie­dzi­niec wy­da­wał się wy­lud­nio­ny, ale to je­dy­nie po­zor­ne wra­że­nie. Mimo że nie było na pla­cu żad­ne­go czło­wie­ka, to jed­nak wie­le par oczu śle­dzi­ło jego obec­ny bez­ruch. Służ­ba zam­ko­wa ob­ser­wo­wa­ła go bar­dzo uważ­nie z róż­nych za­ka­mar­ków, kruż­gan­ków i okien piw­nicz­nych.

Od­kąd przy­je­chał do zam­ku on, ten mistrz i mę­drzec, dzie­dzi­niec zmie­nił się w jego pra­cow­nię i dzia­ły się tu­taj nie­zwy­kle cie­ka­we rze­czy. Dla ga­wie­dzi i służ­by to coś nie­zwy­kłe­go, co od­mie­nia­ło ich co­dzien­ną ru­ty­nę. Mistrz pod­grze­wał naj­róż­niej­sze cie­cze w mi­sach, mie­szał je, nie­kie­dy pro­du­ku­jąc nie­wy­obra­żal­ny wprost odór, to­pił ska­ły w ty­glach, pod­grze­wał i ozię­biał przed­mio­ty, a ob­ser­wa­to­rzy pró­bo­wa­li do­my­ślić się, a na­wet ob­sta­wiać, cóż on ta­kie­go robi. Nikt jed­nak nie śmiał za­py­tać tak wy­edu­ko­wa­ną per­so­nę, co te czyn­no­ści mają na celu.

Wczo­raj przed za­cho­dem słoń­ca mistrz oso­bi­ście ogo­lił do go­łej skó­ry jed­ną z owiec, by zo­sta­wić ją nagą w klat­ce do rana. Dziś od świ­tu wszy­scy zer­ka­li cie­ka­wie, co da­lej bę­dzie on czy­nić z tym po­zba­wio­nym runa zwie­rzę­ciem. Na­ka­zał też służ­bie zła­pać dwa szczu­ry piw­nicz­ne i do­star­czyć mu żywe. Nikt nie miał po­ję­cia po co.

Nie tyl­ko ga­wiedź kie­ro­wa­ła wzrok na dzie­dzi­niec. Czy­nił tak rów­nież z okien swo­ich kom­nat wła­ści­ciel zam­ku Mi­ko­łaj Wol­ski her­bu Pół­ko­zic, se­na­tor, oso­bi­sty do­rad­ca kró­la Zyg­mun­ta III. Szlach­cic ten ro­zu­miał zde­cy­do­wa­nie wię­cej z po­czy­nań mi­strza, od kil­ku już lat opła­cał bo­wiem te ba­da­nia i re­gu­lar­nie od­bie­rał ra­por­ty z wy­ni­ków. Nie wie­dział jed­nak, co dziś pla­nu­je ro­bić jego pro­te­go­wa­ny, więc po­dob­nie jak służ­ba wy­cze­ki­wał, aż mistrz po­ja­wi się w zam­ko­wej pra­cow­ni pod go­łym nie­bem.

Słoń­ce było już dość wy­so­ko i nie­omal­że za­glą­da­ło znad sto­sun­ko­wo ni­skie­go wschod­nie­go muru, gdy cier­pli­wość ob­ser­wa­to­rów zo­sta­ła na­gro­dzo­na.

– To on, to on, wy­cho­dzi, pa­trz­cie! – Wia­do­mość szyb­ko roz­cho­dzi­ła się szep­tem wśród ocze­ku­ją­cych.

Trzy­dzie­sto­sze­ścio­let­ni męż­czy­zna, któ­ry sta­nął w tej wła­śnie chwi­li na dzie­dziń­cu, nie wy­glą­dał zu­peł­nie na swój wiek i mą­drość. Pa­cho­lę­cą twarz po­kry­wa­ło co praw­da coś na kształt bro­dy, o któ­rą wła­ści­ciel dbał, ale co do jej gę­sto­ści moż­na mieć dużo za­strze­żeń. Roz­czo­chra­ne ja­sne wło­sy, wy­glą­da­ją­ce, jak­by do­pie­ro co pod­niósł się z łóż­ka, rów­nież nie do­da­wa­ły mu po­wa­gi. Je­dy­nie ozdob­ny zło­ty żu­pan i wzo­rzy­ste czer­wo­ne haj­da­we­ry su­ge­ro­wa­ły, że nie jest to byle pa­cho­łek, lecz męż­czy­zna szla­chet­nie uro­dzo­ny.

Mi­chał Sę­dzi­wój her­bu Osto­ja do­strzegł, że z róż­nych za­kąt­ków śle­dzi go wie­le par oczu. Jego my­śli jed­nak były już za­prząt­nię­te do­świad­cze­nia­mi, któ­re za­pla­no­wał na dzi­siej­sze przed­po­łu­dnie. W tej chwi­li nie li­czy­ło się nic wię­cej. Naj­wy­raź­niej też for­tu­na mu sprzy­ja­ła tego po­ran­ka, bo po­ja­wił się świe­ży śnieg, a sta­no­wił on ko­niecz­ny ele­ment dzi­siej­szych do­świad­czeń. Za­uwa­żył już wcze­śniej, że żwa­wość roz­ta­pia­nia się mło­de­go, jed­no­rod­ne­go śnie­gu jest do­brą mia­rą wy­twa­rza­ne­go cie­pła, a wła­śnie za­gad­nie­nie cie­pła dziś in­te­re­so­wa­ło go naj­bar­dziej. Zwłasz­cza jego źró­deł w ży­wych or­ga­ni­zmach.

W oba­wie przed od­wil­żą po­sta­no­wił nie cze­kać, tyl­ko od razu za­cząć do­świad­cze­nia. Od­rzu­cił na bok skó­rza­ną płach­tę okry­wa­ją­cą ster­tę skrzy­nek i wor­ków, sto­ją­cą przy jed­nym z fi­la­rów kruż­gan­ka. Wy­cią­gnął ze ster­ty je­den z wor­ków, bez szcze­gól­ne­go wy­sił­ku wrzu­cił na ple­cy, zro­bił kil­ka kro­ków w wy­so­kim śnie­gu i wrzu­cił weń za­war­tość wor­ka.

Oko­licz­ni ga­pie po­wy­cią­ga­li gło­wy, pró­bu­jąc zo­ba­czyć, co gość pana zam­ku wrzu­cił w śnieg. Ci, któ­rzy śle­dzi­li dzie­dzi­niec z po­zio­mu wyż­sze­go niż okna piw­nicz­ne, do­strze­gli, że było to mar­twe ja­gnię oraz spo­ry kloc drew­na.

Mistrz dłuż­szą chwi­lę ana­li­zo­wał, jak za­cho­wu­ją się w śnie­gu ka­wa­łek drew­na oraz tru­chło zwie­rzę­cia, któ­re po­zba­wił ży­cie wczo­raj­sze­go wie­czo­ra. Po za­koń­cze­niu ob­ser­wa­cji wy­jął per­ga­min, pió­ro i ka­ła­marz, przy­kląkł i, opie­ra­jąc per­ga­min o spo­czy­wa­ją­cy w śnie­gu ka­wa­łek drew­na, za­no­to­wał na­stę­pu­ją­ce sło­wa:

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Al­che­mik

isbn: 978-83-8423-585-0

© Mak­sy­mi­lian Grzy­bow­ski i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Mar­ta Gro­chow­ska

ko­rek­ta: Emi­lia Ka­płan

okład­ka: Grze­gorz Ara­szew­ski

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.