Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ta książka to opowieść o chłopcu, któremu w jednej chwili zwyczajny pokój zamienia się w zagadkowy i mroczny krajobraz pełen czekających na niego przygód. Czy to sen? Czy może kolejny poziom gry? Tego Adamex nie wie. Wie natomiast, że znalazł magiczny plecak i mapę, która podpowiada mu, dokąd iść. Na swojej drodze odkrywa świat, w którym się znalazł, gdzie każda z krain jest nową przygodą.
Na każdym kroku czekają na niego różne wyzwania, przygody, tajemnice… Kim jest Szelemor, skąd biorą się słoiki z niebieską substancją, gdzie zaprowadzi go mapa, czego dowie się korzystając z tabletoczytnika oraz… czy uda mu się wrócić do domu?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 146
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Spis treści
ADAMEX W KRAINIE LUDZIÓW
1.LAS
2.PIERWOTNIAKI
3.DAWNOŻYTNI
4.ŚRÓDZIEMIANIE
5.NEORODKI
6.INDUSTRIANIE
7.TERAŹNIAKI
8.SIGMIANIE
9.BUM
Kontakt z autorem: [email protected]
ISBN: 978-83-978455-0-3
2026 © Grzegorz Sztandera
Wydanie: I [Prototyp dla Ludziów]
LAS
Adamex otworzył oczy i totalnie się przeraził. Zupełnie nie rozumiał co się z nim działo. Jeszcze przed chwilą siedział przy biurku w swoim pokoju. Żółte krzesło jak zwykle było wygodne, a zza okien widać było jednokierunkową ulicę i przejeżdżające co chwilę samochody. Nic nadzwyczajnego. Ot, szara - jak meble w jego pokoju - rzeczywistość. Koloru dodawał jej model dźwigu z klocków LEGO na szafie i porozrzucane w nieładzie stosy kart Pokemon. Niezaściełane łóżko i walające się w nim skarpetki mogły co prawda osobie postronnej wskazywać na sytuację ekstraordynaryjną, brak porządku albo wręcz chaos, ale Adamex żył tak od dawna. W pełnym skupieniu na komputerze, ekranie, klawiaturze, myszce… słowem - na graniu na swoim RTX’ie 4090, który wymiatał większość gier bez problemu. Siedział tak już długo budując nowy świat w Minecraft albo zdobywając koronowane zwycięstwa w Fortnite. To było zmienne. Jego rodzice czasami mieli wrażenie, że nie sama gra była istotna, lecz sam fakt możliwości grania. A dzisiaj - z racji tego, że rodzice wraz z młodszym bratem wyszli do kina - mógł bezkarnie łamać wszystkie nałożone przez nich limity. I wszystko wyglądało całkowicie normalnie - pokój, Adamex, fakt kombinowania i oszukiwania rodziców - lecz nagle dopadły go lekkie zawroty głowy, a wzrok stał się tak niewyraźny że musiał na dłuższą chwilę zamknąć oczy przecierając je rękoma. A jak już wiecie, po tym jak je ponownie otworzył…
Las. Jego oczom ukazał się las. Nie puszcza, nie knieja, tym bardziej nie zagajnik. Nie był to też las krzyży, niczym w starej, dobrej polskiej komedii, której z racji swojego wieku nie miał nawet prawa znać. Otworzył oczy i dookoła niego pięły się ku niebu przepastne, powyginane drzewa z przerośniętymi korzeniami które dumnie wystawały z ziemi czekając, aż ktoś przechodzący obok się o nie potknie. W napływie pierwszych emocji myślał, że las jest tylko na ekranie jego komputera. Możliwym przecież było, że zamknął oczy na tak długo, że na pełnej wjechał już wygaszacz ekranu. Szybko zdał sobie jednak sprawę, że jest za dużo czynników wskazujących na to, że nie jest to ani ekran, ani tym bardziej chwilowa halucynacja.
Miejsce, w którym się znalazł dawało się we znaki wszystkimi zmysłami. Szumiące liście melodycznie powiewały w oddali, dźwięcznie przenikając do umysłu Adamexa. Przebijające wśród konarów słońce od czasu do czasu ciepło otulało jego twarz. Z kolei pod rękami wyczuwał chłód i lekką wilgoć leśnej ściółki tworzonej przez wszystko to, co natura wyrzuciła na ziemię. Największy bodziec płynął jednak z dołu. Siedział na ziemi, więc zaczęło mu być przerażająco zimno. Nie było to już wygodne krzesło z lansiarskiej, choć niekoniecznie modnej, manufaktury wielkomiejskiej. Dlatego też był przerażony. Nie rozumiał jak w przeciągu kilku sekund z wygodnego pokoju przeteleportował się do chłodnego lasu. Nie wiedział w ogóle czy była to właśnie teleportacja. Może jakiś admin w grze zwanej życiem tepnął go na nieznane współrzędne? Tego nie był w stanie określić.
Zaczął rozglądać się dookoła. Las ciągnął się dalej niż zasięg jego wzroku. Setki otaczających go drzew obrastały mniejsze lub większe krzaki. Zdołał nawet zidentyfikować kilka kamieni porośniętych mchem. Ściółka wyglądała tak, jakby od dawna nie była ruszana. Nie zauważył też nigdzie żadnych śladów ścieżek, które wskazywałyby na to, że jego rozum zszedł z obranego szlaku logiki. Wstał. Wiedział, że jeśli nadal będzie siedział to naraża się na przemoknięcie spodni. Nie wiedział skąd w tym niezrozumiałym otoczeniu do głowy przyszła mu akurat myśl, że dobrze, że ubrał się dzisiaj ciepło i to pomimo tego, że zapowiadał się gorący dzień. Ale był leniem i nie chciało mu się sięgać po krótkie spodnie do szafy. Wczorajsze, długie leżały obok łóżka, były więc najlepszym wyborem. Istniała mała szansa, że rodzice rano zorientują się, że kolejny dzień z rzędu założył te same spodnie, więc nie musiał się martwić ich odnoszeniem do kosza na pranie. Adamex potrafił optymalizować sobie życie. Kiedy kilka lat temu był na obozie zuchowym to z dwóch pojemników płynu do kąpieli jednego nawet nie ruszył, a z drugiego zużył może z dziesięć procent. I to przez bite dwa tygodnie. Był twardy w swoim lenistwie. Zahartował je w sobie tak, że po chwili miał już ochotę ponownie usiąść na ziemi, żeby odpocząć.
Dalej nie rozumiał co się z nim stało, ale tarcie oczu, ich zamykanie, walenie się pięścią w głowę ani darcie się na cały regulator nie przynosiło efektu jakiego by oczekiwał. Zamiast powrotu przed swój komputer trafiało do niego jedynie echo jego krzyków i wrzasków. Bał się. Wiedział jednak, że nie może tak stać w miejscu. Stało się coś niezrozumiałego. A przynajmniej nic co byłoby oczywiste dla przeciętnego jedenastolatka, którym właśnie był. Musiał jednak zaakceptować swój los i otaczającą go rzeczywistość. Nawet jeśli miałaby okazać się ona niebem, złudzeniem albo kolejnym żartem taty. Otrzepawszy się uspokoił swoje nerwy i rozpoczął proces analitycznego myślenia. Był sam, był w lesie, nie miał nic potrzebnego ze sobą. Jeśli do wieczora nie zjedzą go wilki albo nie zostanie rozszarpany przez niedźwiedzia, to wcześniej czy później pokona go głód i pragnienie. Usiadł na ściętym pniu drzewa i rozkminiał dostępne opcje…
Nagle jego wzrok przykuł nieregularny przedmiot jaki znajdował się obok kolejnego ściętego pnia. Delikatnie wystawał zza niego, a Adamex od razu zidentyfikował, że nie jest to coś, co standardowo występuje w lesie. Podszedł więc ostrożnie, aby móc zobaczyć to w pełnej okazałości. O pień oparty był skórzany plecak. Na pewno nie był plecakiem Adamexa. On miał zielony plecak Minecraft, który mu dzielnie służył od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Pancerny i niezniszczalny towarzysz lepszych, i gorszych chwil w szkole. Ten plecak jednak był zupełnie inny. Przypominał trochę torbę narzędziową jego dziadka. Gruba, brązowa skóra, rzemyki ściągające główną kieszeń i dwa grube paski zamykające klapę plecaka z zapięciami w starodawnym stylu. Adamex ocenił szybko, że plecak wyglądał na zabytkowy - mógł mieć na oko dwadzieścia, a może i trzydzieści lat. Ale był jak nowy - szlufki lśniły tak jakby były pokryte najznakomitszym chromem, a podwójne szelki potwierdzały jego wytrzymałość. Poza kilkoma rysami i lekkimi przebarwieniami, można by było rzec, że jest to plecak prosto ze sklepowej półki, lecz po prostu pozbawiony metki.
Adamex zbliżył się ostrożnie do plecaka i delikatnie, powoli podniósł go i położył na sosnowym pniu. Dwie boczne kieszenie okazały się całkowicie puste, nie licząc kilku chusteczek higienicznych co do których nie był pewien czy są nowe, czy używane. Odchylił klapę głównej kieszeni i jego oczom ukazał się prawdziwy skarbiec cudów. Bidon z wodą - amerykański - był pełny po brzegi i miał kilka przycisków opisanych po angielsku. Obok bidonu leżało kilka racji żywnościowych. Znał je - cała Polska kupowała je za wielokrotność swojej ceny, kiedy każdy kompletował plecak ucieczkowy. Ich data ważności kończyła się dopiero za kilkanaście lat. Miał jednak nadzieję, że nie spędzi tutaj tak długiego czasu. W środku znalazł też pelerynę przeciwdeszczową, którą jego tata nazywał kapotą, oraz śpiwór. Porządny, wojskowy śpiwór zwiastował ciepłe noce i to niezależnie od warunków pogodowych. Był wodoodporny. Dobry znak w tym niepewnym czasie i miejscu. Pozostałe przedmioty jakie znalazł w plecaku nie były już takie zwyczajne. Urządzenie przypominające kompas. zamiast kierunków świata. miało wygrawerowane dziwne hieroglify. Podobne znalazł na mapie, która w większości była niezadrukowana. Niczym w Fortnite, gdzie po zmianie sezonu pokazuje się jedynie część nowego świata gry. Ta tutaj miała zaznaczony na czerwono punkt, w którym jak się domyślał, właśnie się znajdował oraz drugi punkt - z literą „P”, do którego prowadził zielony szlak wyraźnie oznaczony na mapie. Przynajmniej miał punkt zaczepienia. Nie wiedząc, gdzie jest ani co się z nim stało, litera „P” mieniła się na mapie niczym światełko w tunelu. Jedyne, wątłe, ale nadal świecące. Ktoś w końcu po coś ten plecak tu zostawił - chyba, że pojawił się on znikąd, tak jak Adamex w tym właśnie lesie i… w tym wymiarze naszego świata? Plecak był o wiele przepastniejszy niż mogłoby się wydawać, kiedy oglądał go z zewnątrz. Kolejnym znaleziskiem była czapka z daszkiem. Tu ponownie pojawiły się hieroglify rodem z kompasu, lecz było ich zdecydowanie więcej. Na samym dole plecaka leżały pudełka. Każde oznaczone innym znakiem lub literą. Prawie każde było zamknięte i mimo użycia całej dostępnej mocy, a nawet walenia nimi o konary drzew, nie chciały się otworzyć. Tylko jedno - to z czerwoną kropką - ustąpiło pod rękami Adamexa. Otworzył je, a w środku znalazł przedziwne urządzenie. Wyglądało jak połączenie tabletu z czytnikiem e-booków. Nie było jednak takie zwyczajne - na samej górze miało gruby gwint, za gruby jak na antenę albo jakiś kabel. Obejrzał z każdej strony, bardzo dokładnie znaleziony tabletoczytnik - bo tak nazwał w swojej głowie to urządzenie. Nie zauważył jednak żadnych przycisków, otworów, zaślepek od śrubek czy chociażby portu ładowania. Nigdy wcześniej nie spotkał się z czymś takim, jednak na pewno pojawienie się tutaj tego plecaka i tych przedmiotów miało jakiś głębszy sens. Nie zastanawiając się czy przypadkiem go komuś nie kradnie, sprawnym ruchem założył znalezisko na plecy. Czekanie w tym miejscu nie miało sensu.
Wyciągnął kompas i mapę. Oba przedmioty pokazywały, że powinien iść ku wzgórzu, a nie w stronę doliny, jednak w gęstym lesie nie był w stanie tego wcześniej dojrzeć. Nie od razu udało mu się także zrozumieć swojego położenia na mapie względem hieroglifów na kompasie, jednak przejście się kilkuset metrów do przodu sprawiło, że mniej więcej zrozumiał, dokąd zmierza. W złą stronę. Musiał zawrócić, lecz utwierdziło go to w przekonaniu, że potrafi już wyznaczać zwrot i kierunek dla swojej wędrówki. Wędrówki do miejsca oznaczonego literą „P”. Nie miał żadnego innego pomysłu, gdzie mógłby zmierzać. Szedł powoli - nie miał ani górskich butów, ani zbytniej wprawy w takich wędrówkach. Gdyby nie ominął ostatniego obozu harcerskiego to zapewne czułby się w lesie jak ryba w wodzie. Albo jak jeleń na rykowisku. Jednak decyzja sprzed roku o tym, żeby pojechać nad morze i wylegiwać się na plaży zdawała się być teraz niekoniecznie tą właściwą.
I jak tu dorastać? Jak samemu tworzyć własną przyszłość, skoro tak banalne wybory mogą mieć takie konsekwencje?
- Adamex zastanawiał się jak rodzice poradzili sobie ze swoim życiem aż do tego etapu. Do etapu wieku, który wskazuje, że do emerytury jest już bliżej niż dalej. On jednak miał do niej jeszcze ponad pięćdziesiąt lat… o ile uda mu się kiedykolwiek pójść do pracy, bo na razie był totalnie w lesie…
Zachciało mu się pić. Sięgnął więc po amerykański bidon i zaciągnął się łykami świeżej wody. Oj tak, była wyjątkowo rześka i miała posmak sosnowych igieł. Postanowił przy okazji sprawdzić do czego służą trzy znajdujące się na bidonie przyciski. Pierwszy był opisany angielskim słowem „Refill” - nacisnął go i w mgnieniu oka bidon znowu był pełen wody. To było dobre - nie wiedział jak długo i ile razy będzie tak działać, ale dzięki temu jeden problem zdawał się być przynajmniej chwilowo rozwiązany. Woda - najbardziej potrzebna do życia - znajdowała się w zasięgu jego ręki. Zmierzając dalej pomiędzy drzewami coraz bardziej wspinał się pod górę. Szum wiatru stawał się donośniejszy, co mogło wskazywać, że niedługo dotrze do szczytu skąd może być szansa dostrzeżenia jakiegoś punktu w oddali - oznak życia, ludzkości, a może nawet McDonalds’a? Zaburczało mu w brzuchu, jednak postanowił opóźnić konsumpcję pierwszej racji żywnościowej. Nie wiedział na jak długo będą mu potrzebne, a nie był jeszcze masakrycznie głodny.
W pewnym momencie poczuł się nieswojo. Jakby nie był sam w tej ciągnącej się kilometrami głuszy. Usłyszał dźwięk łamiącej się gałązki i szybko odwrócił głowę w jej stronę. Zza zarośli wystawały dwie głowy, chyba jeleni albo saren i w dziwny sposób mu się przyglądały. Spodziewałby się, że dzikie zwierzęta, nawet w lesie, jeśli tylko zobaczą człowieka spłoszą się i zaczną uciekać. Te dwa osobniki wyraźnie się jednak Adamexowi przyglądały i śledziły każdy jego ruch. Zastanawiał się czy powinien się temu dziwić - ilość nienormalnych zjawisk jakich dzisiaj doświadczył była tak duża, że te dwa sarno-jelenie nie wzbudzały już w nim większych emocji. Nagle zaszeleściło coś z drugiej strony lasu - bardziej w oddali, jednak zdecydowanie głośniej. Przystanął i zaczął nasłuchiwać. Szelest pojawiał się co jakiś czas, delikatnie wzbudzany przez coś, co się na pewno w tamtym miejscu poruszało. Było to jednak na tyle daleko, że nie dał rady niczego dojrzeć poza liśćmi wzburzonymi od podmuchu nagłego wiatru.
Idąc dalej Adamex postanowił skontrolować z mapą czy kompas na pewno pokazuje mu dobrą drogę. Otwierając mapę doznał jednak kolejnego zaskoczenia. Czerwony punkt na mapie, w jakim początkowo myślał, że się znajdował, poruszył się i był teraz prawie w połowie drogi do punktu „P”. To oznaczało, że to on był tym punktem, a jego droga była śledzona przez mapę. Choć może i nie tylko przez nią… Zaczęło się ściemniać, postanowił więc znaleźć optymalne miejsce do spędzenia nocy w tym nieoczywistym lesie. Po chwili drogi odnalazł zagajnik, gdzie bezpiecznie mógł rozłożyć śpiwór. Otoczenie młodych drzew i krzewów zapewniało mu częściową niewidzialność na wypadek, gdyby ktoś tamtędy przechodził. Niedźwiedzie również nie powinny były się zapuścić w takie miejsce, a mniejszej zwierzyny za bardzo się nie obawiał. Od zawsze bał się niedźwiedzi. A najbardziej od tego momentu, kiedy jego ukochany pluszowy miś zaginął i miał w związku z tą stratą najgorsze koszmary nocne. Choć było to co prawda już sześć lat temu, to trauma ta pozostanie z nim na całe życie. Rozłożył śpiwór i wsunął się do środka. Mrok oblewał otaczający go zagajnik w taki sposób, że nie widział już nawet pojedynczych gałązek czy liści. To był najlepszy moment na posilenie się przed długą, ciemną i chłodną nocą. Wsunął więc całą rację żywnościową. Smakowała wybornie jak na obecne warunki, chociaż gdyby był w domu to nigdy w życiu nie spojrzałby w jej kierunku. Nasycił się i delikatnie ukoił swój organizm. Ostatni raz tej nocy rozejrzał się dookoła. Cały las usypiał, a on razem z nim.
Poranne promyki słońca skakały po całym śpiworze, raz po raz trafiając w zamknięte jeszcze oczy Adamexa. Szum lasu spokojnie pozwoliłby mu jeszcze spać godzinę albo i dwie, lecz słońce było nieubłagane. Skupiło swe promyki na jego twarzy, niczym najmocniejsza lampa podczas przesłuchania i tym samym nie pozwoliło mu dłużej spać. W pierwszej chwili miał nadzieję, że budzi się w domu, w swoim łóżku - bezpiecznie i znajomo. I mimo, że śpiwór dawał ułudę domowego ciepła, rzeczywistość była odmienna. Nadal był w… lesie. Nim się podniósł, rozejrzał się dookoła. Zagajnik wyglądał tak samo jak wczoraj. Chyba było bezpiecznie. Jednak po chwili zauważył zająca, który wśród krzaków jeżyny niepokojąco dyskretnie mu się przyglądał. Kiedy tylko to zauważył - zając odkicał w pośpiechu. To nie mógł być kolejny przypadek. Ten las był magiczny, przyglądał mu się oczami swoich mieszkańców. Tak samo ten właśnie las mógł obdarzyć go znalezionym wczoraj plecakiem. Po co jednak miałby to robić? Abstrahując już od tego, że magiczne lasy nie istnieją, to co sprawiło że zainteresował się on właśnie nim - zwyczajnym, jedenastoletnim Adamexem?
Szybko wyruszył w dalszą drogę. Wyglądało na to, że do pory obiadowej powinien dotrzeć do punktu wyznaczonego na mapie. Kolejne jej części nadal były całkowicie białe, niczym najgładsza kartka papieru, którą - miał przeczucie - życie pozwoli mu pokolorować i uzupełnić. Kolejną rację żywnościową zostawił do rzeczonej pory obiadowej. Miał ich jeszcze kilka, lecz mimo tego co zawsze powtarzali mu rodzice, bez śniadania da się przeżyć. Testował to nie raz kiedy za późno wstał do szkoły i ani nie zjadł nic w domu, ani nie miał okazji przygotować sobie drugiego śniadania. Albo - mimo że czekało na niego w lodówce - w roztargnieniu i pospiechu zapomniał spakować go do plecaka, tak jak połowy potrzebnych tego dnia książek. I dawał radę. Wracał do domu dopiero w porze obiadowej. I żył. W szkole co prawda mógł liczyć na swoich kolegów, którzy dzielili się z nim swoim drugim śniadaniem, ale to się nie liczyło. Po prostu wiedział i czuł, że bez śniadania i tutaj da sobie radę.
Po dwóch godzinach dotarł w końcu na wzgórze. Część terenów dookoła zasłonięta była przez wysokie sosny i świerki, jednak w jednej trzeciej była możliwość spojrzenia ku dolinie. Szczęśliwie - akurat w kierunku do którego zmierzał. Z oddali widział, że las, którym podążał nagle urywał się przechodząc w skaliste pagórki z wieloma jaskiniami. Nie widział zbyt dobrze, lecz zdawało mu się, że nie są to dla człowieka całkowicie dziewicze tereny. Patrząc na mapę zdawał sobie sprawę, że punkt, do którego zmierza najprawdopodobniej znajduje się właśnie tam. Nie czekał więc ani chwili i ruszył w dalszą drogę. O dziwo albo się nie bał, albo w przypływie adrenaliny i nadziei na uratowanie się, zapomniał o abstrakcyjności sytuacji w jakiej się znalazł. Szedł dziarsko do przodu w kierunku kamieniołomu. Tak nazwał to miejsce w swojej głowie.
Im bardziej schodził ze wzgórza tym bardziej zmieniał się las. Z gęstej puszczy z wieloma zagajnikami i powalonymi drzewami, w której swobodnie mogłyby mieszkać całe rodziny niedźwiedzi i wiele innych niebezpiecznych dla niego zwierząt, drzewostan się przerzedzał. Momentami nad jego głową na coraz dłużej pojawiały się promienie słońca, a las witał go polanami, na których odpoczywał i sprawdzał, czy nadal podąża zgodnie z wyznaczonym szlakiem. Mroczny klimat ustępował na rzecz leśnej sielanki otulonej przez brzęczące owady i ćwierkające ptaki. Raz usłyszał chyba nawet dzięcioła. Stukał dźwięcznie trzy po trzy, raz dłużej raz krócej nadając niejako dookoła sygnał S.O.S. w ptasim alfabecie Morse’a.
Zbliżając się do celu znów usłyszał odgłosy w zaroślach. Tym razem nie czekał z odwracaniem się, lecz wiedziony ciekawością i zniecierpliwieniem pognał w ich kierunku. Nie pomylił się - cokolwiek tam było zaczęło przed nim uciekać. Ale uciekać tak, jakby było podobne do Adamexa. Ze wszystkich znanych mu zwierząt, tak uciekać mogło tylko jedno z nich… Tym razem nie udało mu się go złapać, jednak swoim zachowaniem dał znać, że on już o nim wie. Że jest świadom. Że las nie będzie z nim grał w tę grę jedynie na swoich zasadach. Ten bieg spowodował jednak, że zboczył ze szlaku i chcąc nie chcąc stracił niemal godzinę, żeby ponownie go odnaleźć. Ale udało się - ponownie był na odpowiedniej drodze do poznania odpowiedzi na przynajmniej kilka z pytań, jakie od wczoraj kłębiły się w jego głowie. A przynajmniej taką miał nadzieję…
