Maly Książę - Antoine de Saint-Exupéry - ebook
Opis

Mały Książę Antoine'a de Saint-Exupéry'ego to uwielbiana przez Dużych i Małych mądra i piękna opowieść o poszukiwaniu przyjaźni. Książka w nowym przekładzie Elżbiety Siwiec.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 62

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Mały Książę

Antoine de Saint-Exupéry

Ilustrował: Autor

Przekład: Elżbieta Siwiec, na podstawie oryginału francuskiego z 1943 roku pt. Le Petit Prince

Copyright © 2018 Wydawnictwo RM All rights reserved

Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25 rm@rm.com.pl, www.rm.com.pl

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy. Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: rm@rm.com.pl

ISBN 978-83-7773-816-0 ISBN 978-83-7773-858-0 (ePub) ISBN 978-83-7773-859-7 (mobi) ISBN 978-83-7773-860-3 (pdf)

Redaktor prowadzący: Irmina Wala-PęgierskaRedakcja: Mirosława SzymańskaNadzór graficzny: Grażyna JędrzejecProjekt okładki: Studio GRAWPrzygotowanie ilustracji: Maciej JędrzejecEdytor wersji elektronicznej: Tomasz ZajbtPrzygotowanie wersji elektronicznej: Marcin FabijańskiWeryfikacja wersji elektronicznej Justyna Mrowiec

Le­ono­wi Wer­tho­wi

Wy­bacz­cie mi dzie­ci, że za­de­dy­ko­wa­łem tę książ­kę oso­bie do­ro­słej. Mam jed­nak ku temu waż­ny po­wód: ten do­ro­sły jest moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Ist­nie­je też wy­ja­śnie­nie do­dat­ko­we: ten do­ro­sły po­tra­fi zro­zu­mieć wszyst­ko, na­wet książ­ki dla dzie­ci. Mam też trze­ci po­wód: ten do­ro­sły miesz­ka we Fran­cji, gdzie cier­pi głód i chłód. Po­trze­bu­je więc po­cie­chy. Je­że­li te po­wo­dy nie są wy­star­cza­ją­ce, chciał­bym za­de­dy­ko­wać tę książ­kę dziec­ku, któ­rym kie­dyś był ten do­ro­sły. Wszy­scy do­ro­śli byli prze­cież dzieć­mi. Cho­ciaż nie­wie­lu z nich o tym pa­mię­ta. Zmie­niam więc de­dy­ka­cję:

Le­ono­wi Wer­tho­wi,

gdy był dziec­kiem

I

Kie­dy mia­łem sześć lat, zo­ba­czy­łem pew­ne­go razu w książ­ce o le­sie dzie­wi­czym wspa­nia­łą ilu­stra­cję. Książ­ka no­si­ła ty­tuł Praw­dzi­we hi­sto­rie, a ob­ra­zek przed­sta­wiał węża boa po­ły­ka­ją­ce­go dzi­kie zwie­rzę. Oto ko­pia ry­sun­ku:

W książ­ce było na­pi­sa­ne: „Węże boa po­ły­ka­ją swo­ją ofia­rę w ca­ło­ści. A po­tem nie mogą się ru­szać i śpią sześć mie­się­cy, do­pó­ki jej nie stra­wią”.

Póź­niej dużo roz­my­śla­łem o ży­ciu dżun­gli, aż w koń­cu się­gną­łem po kred­kę i uda­ło mi się zro­bić mój pierw­szy ry­su­nek. Ry­su­nek nu­mer je­den. Wy­glą­dał tak:

Po­ka­za­łem moje dzie­ło do­ro­słym i za­py­ta­łem, czy bu­dzi w nich strach.

W od­po­wie­dzi usły­sza­łem: „Dla­cze­go mie­li­by­śmy się bać zwy­kłe­go ka­pe­lu­sza?”.

Na moim ry­sun­ku nie było jed­nak ka­pe­lu­sza. Przed­sta­wiał węża boa tra­wią­ce­go sło­nia. Na­ry­so­wa­łem za­tem wnę­trze węża, aby do­ro­śli zro­zu­mie­li. Im za­wsze trze­ba wszyst­ko wy­ja­śniać. Mój ry­su­nek nu­mer dwa wy­glą­dał tak:

Do­ro­śli po­ra­dzi­li mi, abym dał so­bie spo­kój z ry­so­wa­niem węży boa, otwar­tych i za­mknię­tych, a za­in­te­re­so­wał się ra­czej geo­gra­fią, hi­sto­rią, aryt­me­ty­ką i gra­ma­ty­ką. W ten spo­sób w wie­ku sze­ściu lat po­rzu­ci­łem wspa­nia­le się za­po­wia­da­ją­cą ka­rie­rę ar­ty­sty ma­la­rza. Znie­chę­ci­ło mnie nie­po­wo­dze­nie ry­sun­ków nu­mer je­den i nu­mer dwa. Do­ro­śli sami ni­cze­go nie po­tra­fią zro­zu­mieć, a dzie­ci mę­czy nie­ustan­ne wy­ja­śnia­nie im wszyst­kie­go…

Mu­sia­łem więc wy­brać inny za­wód — zo­sta­łem pi­lo­tem. La­ta­łem po ca­łym świe­cie. I rze­czy­wi­ście geo­gra­fia bar­dzo mi się przy­da­ła. Już na pierw­szy rzut oka po­tra­fi­łem od­róż­nić Chi­ny od Ari­zo­ny. To uży­tecz­na umie­jęt­ność, gdy czło­wiek za­błą­dzi w nocy.

Ta­kie ży­cie da­wa­ło mi oka­zję do spo­tkań z wie­lo­ma po­waż­ny­mi oso­ba­mi. Spę­dza­łem z do­ro­sły­mi bar­dzo dużo cza­su, ob­ser­wo­wa­łem ich z bli­ska. Ale to nie zmie­ni­ło mo­jej opi­nii o nich na lep­szą.

Kie­dy spo­ty­ka­łem oso­bę, któ­ra wy­da­wa­ła mi się cho­ciaż tro­chę by­strzej­sza niż inne, prze­pro­wa­dza­łem na niej eks­pe­ry­ment za po­mo­cą mo­je­go ry­sun­ku nu­mer je­den, któ­ry no­si­łem przy so­bie. Chcia­łem się prze­ko­nać, czy ten ktoś na­praw­dę ro­zu­mie. Ale za­wsze sły­sza­łem od­po­wiedź: „To jest ka­pe­lusz”. Więc nie wspo­mi­na­łem ani o wę­żach boa, ani o dżun­gli, ani o gwiaz­dach. Sta­ra­łem się do­sto­so­wać do po­zio­mu roz­mów­ców. Roz­ma­wia­łem za­tem z nimi o bry­dżu, gol­fie, po­li­ty­ce albo kra­wa­tach. A do­ro­sły był za­do­wo­lo­ny, że po­znał tak roz­sąd­ne­go czło­wie­ka…

II

Ży­łem więc sa­mot­nie, nie ma­jąc ni­ko­go, z kim mógł­bym szcze­rze po­roz­ma­wiać, aż do cza­su, gdy przed sze­ściu laty mu­sia­łem lą­do­wać awa­ryj­nie na Sa­ha­rze z po­wo­du uster­ki sil­ni­ka. A po­nie­waż nie le­ciał ze mną ani me­cha­nik, ani pa­sa­że­ro­wie, wie­dzia­łem, że sam będę mu­siał się upo­rać z trud­ną na­pra­wą. Była to kwe­stia ży­cia lub śmier­ci. Za­pas wody wy­star­czył­by mi za­le­d­wie na osiem dni.

Pierw­sze­go wie­czo­ru za­sną­łem na pia­sku o ty­siąc mil od te­re­nów za­miesz­ka­nych przez lu­dzi. By­łem bar­dziej sa­mot­ny niż roz­bi­tek na tra­twie za­gu­bio­ny gdzieś na środ­ku oce­anu. Wy­obraź­cie więc so­bie moje zdu­mie­nie, gdy o świ­cie obu­dzi­ły mnie sło­wa wy­po­wie­dzia­ne dziw­nym, cie­niut­kim gło­si­kiem:

— Bar­dzo pro­szę, na­ry­suj mi ba­ran­ka!

— Co pro­szę?

— Na­ry­suj mi ba­ran­ka…

Ze­rwa­łem się na rów­ne nogi, jak­by strze­lił we mnie pio­run. Prze­tar­łem moc­no oczy. Ro­zej­rza­łem się uważ­nie. I zo­ba­czy­łem nie­zwy­kłe­go ma­łe­go chłop­czy­ka, któ­ry przy­glą­dał mi się z po­wa­gą. Oto jego naj­lep­szy por­tret, jaki póź­niej uda­ło mi się wy­ko­nać.

Ale mój ry­su­nek był oczy­wi­ście o wie­le mniej za­chwy­ca­ją­cy niż mo­del. To nie moja wina. W wie­ku sze­ściu lat do­ro­śli tak sku­tecz­nie znie­chę­ci­li mnie do ka­rie­ry ma­lar­skiej, że nie na­uczy­łem się ry­so­wać ni­cze­go oprócz węży boa za­mknię­tych i węży boa otwar­tych.

Przy­glą­da­łem się więc zja­wi­sku ocza­mi okrą­gły­mi ze zdzi­wie­nia. Nie za­po­mi­naj­cie, że znaj­do­wa­łem się o ty­siąc mil od te­re­nów za­miesz­ka­nych przez lu­dzi. A mały chłop­czyk nie wy­glą­dał ani na za­błą­ka­ne­go, ani umie­ra­ją­ce­go ze zmę­cze­nia, ani umie­ra­ją­ce­go z gło­du, ani umie­ra­ją­ce­go z pra­gnie­nia, ani umie­ra­ją­ce­go ze stra­chu. W naj­mniej­szym stop­niu nie przy­po­mi­nał dziec­ka za­gu­bio­ne­go po­środ­ku pu­sty­ni, o ty­siąc mil od te­re­nów za­miesz­ka­nych przez lu­dzi. Kie­dy wresz­cie uda­ło mi się wy­do­być z sie­bie głos, po­wie­dzia­łem:

— Co ty tu ro­bisz?

A on po­wtó­rzył bar­dzo po­wo­li, jak­by cho­dzi­ło o spra­wę nie­zwy­kłej wagi:

— Bar­dzo pro­szę, na­ry­suj mi ba­ran­ka…

Kie­dy ta­jem­ni­ca cię prze­ra­sta, na­wet nie my­ślisz o nie­po­słu­szeń­stwie. Więc cho­ciaż o ty­siąc mil od te­re­nów za­miesz­ka­nych przez lu­dzi i w ob­li­czu śmier­tel­ne­go nie­bez­pie­czeń­stwa wy­da­wa­ło mi się to cał­ko­wi­cie nie­do­rzecz­ne, wy­ją­łem z kie­sze­ni kart­kę pa­pie­ru i pió­ro. Wte­dy przy­po­mnia­łem so­bie, że prze­cież uczy­łem się przede wszyst­kim geo­gra­fii, hi­sto­rii, al­ge­bry i gra­ma­ty­ki, po­wie­dzia­łem więc chłop­czy­ko­wi (odro­bi­nę zi­ry­to­wa­ny), że nie po­tra­fię ry­so­wać. Od­po­wie­dział mi:

— Nie szko­dzi. Na­ry­suj mi ba­ran­ka.

Po­nie­waż ni­g­dy w ży­ciu nie ry­so­wa­łem ba­ran­ka, na­szki­co­wa­łem dla nie­go je­den z dwóch ry­sun­ków, ja­kie po­tra­fi­łem zro­bić. Przed­sta­wiał boa za­mknię­te­go. Ja­kież było moje zdu­mie­nie, gdy usły­sza­łem:

— Nie! Nie! Nie chcę sło­nia we­wnątrz węża boa. Wąż boa jest nie­bez­piecz­ny, a słoń bę­dzie za­wa­dzał. Mam bar­dzo mało miej­sca. Po­trze­bu­ję ba­ran­ka. Na­ry­suj mi ba­ran­ka.

Więc na­ry­so­wa­łem. Przyj­rzał się uważ­nie, a po­tem po­wie­dział:

— Nie! Ten jest już bar­dzo cho­ry. Na­ry­suj in­ne­go.

Na­ry­so­wa­łem:

Mój przy­ja­ciel uśmiech­nął się ła­god­nie, z po­bła­ża­niem:

— Po­patrz! To nie jest ba­ra­nek, to ba­ran. Ma prze­cież rogi…

Na­ry­so­wa­łem więc raz jesz­cze:

Ale ten, jak i po­przed­nie, zo­stał od­rzu­co­ny:

— Ten jest za sta­ry. Chcę ba­ran­ka, któ­ry bę­dzie dłu­go żył.

Bar­dzo już znie­cier­pli­wio­ny, bo chcia­łem jak naj­szyb­ciej za­brać się do na­pra­wy sil­ni­ka, na­ba­zgra­łem taki oto ry­su­nek:

I wy­ja­śni­łem:

— To skrzyn­ka. Ba­ra­nek, któ­re­go chcia­łeś, znaj­du­je się w środ­ku.

Ja­kież było moje zdzi­wie­nie, gdy twarz ma­łe­go kry­ty­kan­ta się roz­pro­mie­ni­ła:

— Jest do­kład­nie tak, jak chcia­łem! Jak my­ślisz, czy ba­ra­nek po­trze­bu­je dużo tra­wy?

— Dla­cze­go py­tasz?

— Bo u mnie wszyst­kie­go jest mało…

— Z pew­no­ścią wy­star­czy. Da­łem ci bar­dzo ma­łe­go ba­ran­ka.

Po­chy­lił się nad ry­sun­kiem:

— Nie ta­kie­go znów ma­łe­go… Po­patrz! Za­snął…

W taki wła­śnie spo­sób po­zna­łem Ma­łe­go Księ­cia.

III

Tro­chę to trwa­ło, za­nim zro­zu­mia­łem, skąd przy­był. Mały Ksią­żę za­da­wał mi dużo py­tań, ale wy­da­wa­ło się, że ni­g­dy nie sły­szy mo­ich. To z przy­pad­ko­wo wy­po­wia­da­nych słów, stop­nio­wo, do­wie­dzia­łem się wszyst­kie­go. Na przy­kład, gdy po raz pierw­szy zo­ba­czył mój sa­mo­lot (nie na­ry­su­ję go, taki ry­su­nek jest dla mnie za trud­ny), za­py­tał mnie:

— Co to za rzecz?

— To nie jest ja­kaś rzecz. To lata. To sa­mo­lot. To mój sa­mo­lot.

By­łem dum­ny, gdy mó­wi­łem mu, że la­tam. Wte­dy wy­krzyk­nął:

— Coś ta­kie­go! Spa­dłeś z nie­ba!

— Tak — od­par­łem skrom­nie.

— Och! Ja­kie to za­baw­ne!

I Mały Ksią­żę wy­buch­nął śmie­chem, co nie­zmier­nie mnie zi­ry­to­wa­ło. Za­le­ża­ło mi bo­wiem na tym, aby moje kło­po­ty trak­to­wa­no po­waż­nie. Po­tem do­dał:

— Więc ty tak­że spa­dłeś z nie­ba! Z ja­kiej pla­ne­ty po­cho­dzisz?

To rzu­ci­ło świa­tło na ta­jem­ni­cę jego obec­no­ści w tym miej­scu, spy­ta­łem go więc szyb­ko:

— Przy­by­łeś z in­nej pla­ne­ty?

Ale mi nie od­po­wie­dział. Po­ki­wał lek­ko gło­wą, spo­glą­da­jąc na mój sa­mo­lot:

— To praw­da, że nie mo­głeś przy­le­cieć tym z bar­dzo da­le­ka…

Dłuż­szy czas roz­my­ślał. Na­stęp­nie wy­jął z kie­sze­ni mo­je­go ba­ran­ka i uważ­nie się przy­glą­dał swo­je­mu skar­bo­wi.

Mo­że­cie so­bie wy­obra­zić, jak bar­dzo by­łem za­in­try­go­wa­ny na­po­mknie­niem o „in­nych pla­ne­tach”. Pró­bo­wa­łem się więc do­wie­dzieć o tym cze­goś wię­cej:

— Skąd przy­by­łeś, chłop­cze? Co to zna­czy „u mnie”? Do­kąd chcesz za­brać mo­je­go ba­ran­ka?

Chwi­lę roz­my­ślał w mil­cze­niu, po czym po­wie­dział:

— Do­brze, że da­łeś mi tę skrzyn­kę, w nocy bę­dzie mu słu­ży­ła za dom.

— Oczy­wi­ście. Je­śli bę­dziesz grzecz­ny, dam ci jesz­cze po­stro­nek, że­byś mógł go przy­wią­zać w dzień. A do tego pa­lik.

Mały Ksią­żę wy­glą­dał na wstrzą­śnię­te­go moją pro­po­zy­cją:

— Przy­wią­zać? Co za śmiesz­ny po­mysł!

— Je­że­li go nie przy­wią­żesz, może so­bie gdzieś pójść i się zgu­bić.

Mój przy­ja­ciel zno­wu się ro­ze­śmiał:

— A do­kąd miał­by pójść?

— Gdzie­kol­wiek. Pro­sto przed sie­bie…

Mały Ksią­żę za­uwa­żył z po­wa­gą:

— Nie­moż­li­we, u mnie jest bar­dzo mało miej­sca!

I do­dał, może nie­co me­lan­cho­lij­nie:

— Idąc pro­sto przed sie­bie, nie da się zajść bar­dzo da­le­ko…