Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
O twoje serce toczy się wielka bitwa. Jest bowiem ktoś, kto chce ci ukraść życie i szepnąć u końca twych dni:
„Przegrałeś, frajerze”.
Aby zwyciężyć, podłącz się do Źródła. Ksiądz Piotr Pawlukiewicz z wielką mocą i w życiowej formie rozpali Twoje serce. Książka – 11 rozdziałów i aż 256 stron tekstu! – powstała na podstawie legendarnego nauczania ks. Piotra Pawlukiewicza z 2007 roku, które dało początek RTCK.
Bo dzisiaj świat potrzebuje ludzi o ŻYWYM SERCU. Nie wyrobników, którzy mają osiągi religijne, osiągi moralne.
Dzisiaj świat potrzebuje ludzi o żywym sercu.
Jest jednak ktoś, kto chce Ci zabrać życie. Jego taktyka jest prosta: Możesz sobie kończyć studia. Możesz założyć firmę, możesz jeździć za granicę, bylebyś tylko nie miał życia. Żebyś wegetował. O to chodzi szatanowi!
A kiedyś, kiedy już twoje siły się wyczerpią, on szepnie ci do ucha z satysfakcją: „Przegrałeś, frajerze”.
Otóż dlatego nie pytaj się, czego jeszcze ode mnie chcą ludzie, co ja mam zrobić… Zapytaj się, co mnie ożywia? I idź, i to zrób. Idź i to zrób.
Czego konkretnie dowiesz się z książki?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 187
Rok wydania: 2024
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
ŻYWE SERCE
ks. Piotr Pawlukiewicz dla RTCK SA
Autor: ks. Piotr Pawlukiewicz
Produkcja: RTCK SA
Nowy Sącz 2024
Wydanie I
© RTCK SA 2024
ISBN: 978-83-68230-00-0
978-83-68230-01-7 – EPUB
978-83-68230-02-4 – MOBI
978-83-68230-03-1 – PDF
Redakcja: Krystyna Sadecka
Korekta: Edyta Buff, Hanna Miera
Skład i łamanie: Adam Gutkowski
Projekt okładki: Katarzyna Halota
Zdjęcie autora: Dorota Czoch
Fragmenty Pisma Świętego za: Biblia Tysiąclecia Online,
Pallotinum, Poznań 2003, www.biblia.deon.pl.
Książka powstała na podstawie rekolekcji pt. pt. Ukaż mi ścieżkę życia, które ks. Piotr Pawlukiewicz wygłosił w kościele oo. dominikanów w Krakowie 11–14 marca 2007 roku.
RTCK wydawnictwo książki, ćwiczenia rozwojowe, kursy
RTCK SA
ul. Zielona 27, WSB, bud. B
33-300 Nowy Sącz
tel. 531 009 119 | [email protected] | www.rtck.pl
Dołącz do społeczności ludzi, którzy chcą robić to, co kochają. Zapisz się na www.rtck.pl, a będziemy Cię wspierać na tej drodze, wysyłając wartościowe materiały!
Najchętniej nie zaczynałbym od tego, od czego zwykle zaczynają kaznodzieje, i nie mówiłbym o tym, że żyjemy w pędzie, w zabieganiu, że choć latamy w kosmos, to jesteśmy coraz bardziej pogubieni…
Najchętniej pominąłbym te dość oklepane wstępy o lotach kosmicznych i przeszedł od razu do rzeczy. A jednak… My faktycznie żyjemy dziś w pędzie i faktycznie jesteśmy zabiegani, a to nasze zabieganie sprawia, że zapominamy, po co w ogóle biegniemy. Słyszałem kiedyś dowcip o facecie, który tak dużo biegał z taczką, że nie miał czasu jej ładować, w związku z czym biegał z pustą… Możemy się z tego śmiać, ale jak się dobrze przyjrzeć, to może się okazać, że sami robimy coś podobnego – uprawiamy dyscyplinę, którą można by nazwać biegiem pozorowanym.
Spójrzmy na nasze rodziny… Rodzice wiecznie zapracowani, wracają późno z roboty, bo ciągną nieraz po dwa etaty. Ale czy robią to, co trzeba? Pytam młodego chłopaka, studenta: „Słuchaj, Marek, ten twój tata, ja wiem, że on ma dużo obowiązków. Ale czy on kiedyś z tobą pogadał? Czy powiedział, siadaj, Marek, stary trochę zna się na życiu, to ci opowie o kobietach, o małżeństwie…? Albo czy zaproponował ci kiedyś, chodź, młody, skoczymy na piwo, to sobie pogadamy jak facet z facetem?”. Wiesz, co słyszę od chłopaków, kiedy ich o to pytam? Ogromna większość odpowiada: „Mój stary nigdy tak ze mną nie gadał. Nigdy w życiu”.
Zaraz! O co tu chodzi? Jak to jest, że rodzice się troszczą, jeżdżą tu i tam, załatwiają codziennie tysiące spraw, a ta jedna fundamentalna sprawa pozostaje zaniedbana?
Mamy na głowach setki ważnych tematów, wydaje nam się, że wszystko ogarniamy, a równocześnie statystyki podają, że w Polsce kilka milionów ludzi powinno wybrać się do psychologa… Ile znamy normalnych rodzin? Nie rodzin lukrowanych, z kolorowych gazet, ale takich, o których faktycznie moglibyśmy powiedzieć – bo przekonujemy się o tym na własne oczy – że się kochają, że potrafią żyć razem w zgodzie pod jednym dachem, że się szanują, że lubią spędzać ze sobą czas, np. w czasie rodzinnych zjazdów… Ile jest takich rodzin, w których miłość rozciąga się przez pokolenia – od dziadków po wnuki? Niestety, czasem w naszym otoczeniu nie bardzo możemy wskazać takie rodziny. Ci się rozwiedli, tamci żyją jak pies z kotem, kuzyn przestał chodzić do kościoła, syn sąsiada mieszka z dziewczyną bez ślubu, ten z naprzeciwka wyjechał do Anglii, nie wiadomo w ogóle, co się z nim dzieje. A najlepsze jest to, że, jak podają statystyki, na pytanie: „Co jest dla ciebie najważniejsze” przeważająca większość Polaków odpowiada: „Najważniejsza jest rodzina”. Dlaczego więc, choć rodzina w deklaracjach Polaków widnieje na pierwszym miejscu, tak trudno jest znaleźć jedną szczęśliwą wielopokoleniową rodzinę, w której nie byłoby rozwodu, alkoholizmu, rozdźwięków, awantur…? Takie rodziny z pewnością są, ale musimy przyznać, że pomału stają się gatunkiem ginącym…
Dlaczego tak jest? Czy to Pan Bóg robi coś nie tak? Dlaczego, choć jesteśmy krajem katolickim, wielu z nas praktykuje, regularnie chodzi do kościoła, angażuje się w różne ruchy, grupy religijne, tak wiele rzeczy się u nas sypie, tak często czujemy się samotni, wciąż nie możemy się dogadać z bliskimi, grzech nas niszczy…?
Głosiłem kiedyś rekolekcje w pewnym polskim ośrodku akademickim. Kościół wypełniony po brzegi, perfekcyjnie przygotowany śpiew, cudowna atmosfera. Powiedziałem do mikrofonu: „Gdyby ktoś chciał się wyspowiadać, to jutro od piętnastej będę w konfesjonale”. Siedziałem w tym konfesjonale długie godziny… i nie spotkałem ani jednego człowieka, który nie byłby mocno uwikłany w jakiś grzech. A to byli ci najlepsi z najlepszych! Ci z duszpasterstwa akademickiego! Co jest grane?
Gdy będziesz na kolejnej niedzielnej mszy, przyjrzyj się kobietom siedzącym w ławkach – jakie one są zmęczone! Popatrz na mężczyzn – jacy oni są smutni! Ten wszechobecny smutek to jest dziś powszechny problem! Oczywiście mnie nie chodzi o to, byśmy od dzisiaj nagle wszyscy zaczęli chichotać czy żartować sobie ze wszystkiego. Mnie chodzi o inną radość – o radość, która wypływa z samego serca, a której tak wielu z nas najwyraźniej brakuje.
Dlaczego nie potrafimy się cieszyć życiem? Dlaczego tak mało jest w nas entuzjazmu? Dlaczego na przykład nie potrafimy być radośni w czasie modlitwy? Czasem myślę sobie, że na mszach trwa jakiś konkurs na najsmutniejszą minę roku: biodro wysunięte, sylwetka zgarbiona, głowa opuszczona…
A jak lubimy sobie ponarzekać, powzdychać, jak ciężko nam się żyje! Te nasze powitania… Poniedziałek rano:
– Cześć…
– Cześć, co słychać? Jak leci?
– Ano, badziewie raczej generalnie…
Kiedyś pewna lektorka języka włoskiego zapytała mnie, dlaczego my, Polacy, ciągle na wszystko narzekamy. Wystarczy stanąć przez chwilę na przystanku autobusowym albo w poczekalni w przychodni rejonowej, a już się człowiek nasłucha: ta władza zła, tamta jeszcze gorsza, a młodzież to już po prostu szkoda gadać.
Mało powiedzieć, że narzekamy! My się dosłownie lubujemy w narzekaniu! Niemal licytujemy się, kto ma gorzej! Spotyka się dwóch znajomych:
– Wiesz, wczoraj mnie okradli.
– A co ci ukradli?
– Komórkę.
– Ha, stary! Mnie w zeszłym miesiącu ukradli komórkę i dokumenty!
Albo żali się sąsiadka sąsiadce:
– Wie pani, ja to mam tragedię w małżeństwie. Mój mąż pije…
– Mój to dopiero pije, proszę pani!!
Dostaje się ktoś na wymarzone studia, jest dopiero dwa tygodnie na uczelni:
– Chłopaki – mówi z entuzjazmem do swoich starszych kolegów – ale fajnie jest na tej uczelni! Zajęcia są takie ciekawe! A wczoraj byłem w dziekanacie i wyobraźcie sobie, że dziekan mnie zaczepił, przywitał się… Ten nasz dziekan jest super!
– Nie ciesz się tak… Jeszcze zobaczysz, jaki on jest „super”. Naiwny jesteś, że tak ci się wszystko podoba. To tylko tak na początku…
Nasza skłonność do narzekania jest nieprawdopodobna!
Kiedyś w jednej z książek znalazłem słowa św. Ireneusza, które mnie bardzo zaskoczyły. Święty Ireneusz powiedział mianowicie: „Chwałą Boga jest człowiek żyjący”. Chwałą Boga jest człowiek żyjący! To znaczy, że człowiek żyjący jest dumą Boga, Jego celem, tym, co On postrzega w kategoriach swojego osobistego sukcesu.
Tylko cóż to znaczy „człowiek żyjący”? Pozornie to zdanie św. Ireneusza wydaje się pozbawione sensu, a jednak ja uważam, że każdy z nas powinien sobie takie właśnie, z pozoru absurdalne, pytanie postawić: „Czy ja jestem człowiekiem żyjącym?”. Albo jeszcze precyzyjniej: „Czy ja jestem człowiekiem żyjącym w pełni?”, „Czy ja żyję, czy tylko wegetuję?”.
Podejrzewam, że wielu z nas nigdy sobie takiego pytania nie postawiło. Z rozpędu zakładamy, że żyjemy. Ale czy żyjemy w pełni? A może należałoby wykrzyknąć z błaganiem: „Panie, ukaż mi ścieżkę życia, bo ta ścieżka, którą idę, jest ścieżką jedynie wegetacji – nie życia”?!
Samochód może jechać na trzy sposoby. Albo coś go ciągnie (koń albo traktor), albo coś go pcha (właściciel z żoną na przykład), albo jedzie „o własnych siłach”, tzn. napędzany przez swój własny silnik. Każdy przyzna, że pierwszy i drugi wariant w przypadku samochodu jest dość smutną perspektywą i że najlepiej by było, gdyby samochód miał sprawny silnik i mógł mknąć autostradą. Po co o tym mówię? Bo czasem pytam napotkanego człowieka, którym jest samochodem…
Którym samochodem jesteś?
Czy nie należysz przypadkiem do grona ludzi, którzy zwykli się budzić ze słowami, jakimi powitał dzień bohater Dnia świra*, i godzinami leżą w łóżku, zastanawiając się, co ich ściągnie z wyra…?
Wielu z nas w jakiejś pierwotnej nostalgii za powrotem do stanu płodowego ma tendencję do następujących zachowań: kolana pod brodę, skulić się, kołdrą się nakryć, żeby było cieplutko, i niech wszyscy się ode mnie odczepią. Wielu z nas musi dopiero szukać powodu, żeby wstać: Aha, dziś jest dobry film w telewizji, aha, jest impreza, no… z dziewczyną się umówiłem… Dobra, to wstanę. Znalazłem coś, co mnie ściągnie z wyra. Albo zepchnie. Bo przecież jeśli się spóźnię na lektorat z niemieckiego, i to trzeci raz z rzędu, to prowadzący trzeci raz mi nie podpisze indeksu. Muszę wstać…
A co, jeśli nie byłoby w telewizji fajnego filmu? Albo jeśli dziewczyna akurat nie będzie miała czasu? Są ludzie, którzy w takiej sytuacji – nie znajdując powodu, by wstać – cały dzień przeleżeliby w łóżku. Ba, znam takich, którzy potrafią calutką niedzielę spędzić w pidżamie: komputer, toaleta, kuchnia – istny trójkąt bermudzki! To już nie jest prawdziwe życie. To jest wegetacja.
Spotkałem kiedyś siostrę zakonną, która zajmowała się układaniem przepięknych ikeban z kwiatów. Mówię jej: „Siostro, śliczne są te siostry kompozycje. Aż żal, że za tydzień wszystkie te kwiaty trafią do kosza”. A ona mi na to: „Nie wszystkie”. Rozsunęła kwiaty, a wtedy zobaczyłem, że w samym środku kompozycji, wśród ciętych kwiatów, jest jeden egzotyczny kwiat w doniczce. „Wszystkie cięte kwiaty faktycznie trzeba będzie za tydzień wyrzucić – dodała jeszcze siostra – jednak ten jeden kwiat utrzyma się przez długi czas. On kwitnie wyjątkowo rzadko, ale gdy już wypuści pąk kwiatowy, pozostaje niezmiennie piękny przez wiele tygodni”. Od tamtej rozmowy, patrząc na ludzi w McDonaldzie, na krakowskim rynku albo w pociągu, zastanawiam się, którzy są kwiatami ciętymi, a którzy doniczkowymi. I jeśli miałbym przedstawić najkrótszą definicję chrześcijanina, powiedziałbym, że chrześcijanin to kwiat doniczkowy zasadzony przez Pana Jezusa. Ot, i cała tajemnica…
Jeśli masz poczucie, że męczysz się ze swoim chrześcijaństwem, a równocześnie twoja koleżanka ateistka, która żyje z chłopakiem bez ślubu, już dawno ogarnęła sobie antykoncepcję i w ogóle w nosie ma Kościół, jest wyluzowana, uśmiechnięta, zadowolona (a ty, katolik, ciągle chodzisz zdenerwowany, ciągle jakieś wyrzuty sumienia), to popatrz na nią jak na ciętą różę. Róża nie traci świeżości od razu po ścięciu, a jednak jej los jest przesądzony i po kilku dniach ona po prostu zwiędnie. Tak samo jest z człowiekiem. Ktoś, kto odcina się od Chrystusa, nie od razu staje się zły, pryszczaty i dokuczliwy. On często dalej jest uśmiechnięty i radosny! Skutki odcięcia od korzenia widać dopiero po jakimś czasie.
Podobnie to działa w drugą stronę. Czasem cenna roślina może z zewnątrz wyglądać jak suchy badyl, a jednak żyje.
Nieraz gdy chodzę po kolędzie, lubię pogawędzić sobie z emerytkami. Zwykle rozmawiamy o kwiatach, bo to bezpieczny temat, no i nie ma bodaj na świecie emerytki, która by nie hodowała kwiatów w domu. No więc zagajam:
– A co to za patyczaka pani hoduje?
– Proszę księdza, to jest kwiat, a nie żaden patyczak – mówi ze świętym oburzeniem. – Ja wiem, że on teraz wygląda jak badyl, ale zobaczy ksiądz, że on zakwitnie! On tylko tak na zimę zrzuca liście.
Niejeden chrześcijanin przypomina suchy patyk. Jeśli tak właśnie się czujesz teraz, jeśli masz poczucie, że w twoim duchowym życiu zapanowały ciemności, jeśli męczy cię ciągła walka z grzechami, to wiedz, że to tylko przejściowe, że to jest tylko zima. Przyjdzie czas, że kryzys minie, a ty zakwitniesz. Bo jesteś żywy.
Dla ciętej róży nie ma już ratunku. Już nikt jej z powrotem nie przyklei do łodyżki, od której została odcięta. Pamiętaj o tym. Jeśli odetniesz się od Chrystusa, możesz być dalej uśmiechnięty. Możesz być śliczną dziewczyną, dobrym studentem, cenionym pracownikiem, fajnym rodzicem, możesz być duszą towarzystwa. Ba, możesz działać w jakiejś wspólnocie albo nawet być księdzem! A równocześnie możesz być ciętą różą. Może nie być w tobie życia. Możesz wegetować.
Zadaj sobie zatem pytanie, czy jesteś człowiekiem żyjącym. Żyjesz czy wegetujesz? Ile jest w tobie życia?
* Chodzi o scenę z filmu w reż. Marka Koterskiego, w której główny bohater o poranku najpierw snuje monolog wewnętrzny: „Boję się rano wstać, boję się dnia, codziennie rano boję się otworzyć oczy ze strachu przed świtem. Zupełnie nie wiem, co zrobić z nadchodzącym dniem”, po czym na głos mówi: „O k****”, równocześnie czyniąc znak krzyża – przyp. red.
Pytam nieraz ludzi, kim by byli, gdyby nagle stracili urodę, pracę, dom, rodzinę albo przyjaciół. Jeden mówi: „Byłbym nikim, proszę księdza”. Drugi: „Chyba przestałbym istnieć. Byłbym zerem”. A chrześcijaninowi nieistnienie nie grozi. Spójrzmy na Maksymiliana Kolbe. Wszystko mu „odcięli”: jedzenie, wspólnotę, nadzieję na życie. A on co robił w bunkrze głodowym, wiedząc, że niedługo umrze? Śpiewał! Istny Boży adapter, z którego nieustannie płynęły psalmy i pieśni religijne.
Czy potrafiłbyś śpiewać, gdyby cię wyrzucili z uczelni, z pracy, gdyby cię zostawił ktoś, kogo kochasz, gdybyś zgubiła kartę kredytową, gdyby twoi bliscy powiedzieli: „Mamy cię dość, nie wracaj do domu”?
Czy potrafiłbyś jeszcze śpiewać?
Każdy człowiek ma swoją „wtyczkę”, na którą „chodzi”. Każdy z nas musi się w coś „wetknąć”, żeby żyć. Kim jest chrześcijanin? – To ktoś, kogo zasila Pan Bóg. Ktoś, kto mówi za psalmistą: „Panie, wszystkie moje źródła są w Tobie”. Wszystko można mu zabrać, a on będzie żył nadal. Wiecznie. Bo jego źródła są w Bogu, który jest wieczny.
Tym właśnie różni się człowiek żyjący naprawdę od człowieka wegetującego. Ten, który żyje naprawdę, nie potrzebuje innych zasilaczy – człowieka, który wegetuje, poznaje się po tym, że on nieustannie musi być pod coś podłączony, żeby żyć.
Wyjdź na krakowski rynek wieczorem i popatrz na ludzi. Wydają się tacy żywi! Spacerują, rozmawiają, śmieją się, piwo, muzyka, papierosy… Ale na co oni „jeżdżą”? Gdzie jest wtyczka ich zasilacza?
Kiedyś jedna pani opowiadała mi, jak miała kłopoty z sercem i trafiła na szpitalny OIOM. Młody lekarz, który poprawiał czujniki w aparaturze monitorującej pracę serca, zażartował: „Niech babcia leży tu sobie spokojnie, niech się nie rusza, żeby te czujniki się nie poprzesuwały, i niech patrzy w ekran. Jak te kreseczki się przesuwają, to znaczy, że babcia żyje. A jakby była taka równa linia, to znaczy, że babcia umarła”. I ona mi mówi: „Proszę księdza, niby wiedziałam, że on się wygłupia, a jednak przez całą noc z nerwów nie spałam i tylko gapiłam się w ten telewizorek, żeby wiedzieć, że jeszcze żyję…”.
Miliony ludzi tak właśnie się zachowują: gapią się w telewizory, żeby sprawdzić, czy jeszcze żyją.
Zaszedłem kiedyś po kolędzie do jednej pani, pomodliliśmy się ładnie…
– Może herbatki, kawki?
– A chętnie, z cytrynką.
Przyniosła i tak nieśmiało pyta:
– A ksiądz się nie pogniewa, jak sobie włączę serial?
– Jeśli pani musi – mówię grzecznie – to proszę włączyć, mnie to nie przeszkadza.
– A ksiądz ogląda?
– Nie, nie oglądam – odpowiadam zgodnie z prawdą.
– A to ja księdzu chętnie streszczę! To jest dwa tysiące siedemset pięćdziesiąty odcinek… O, ta z tym to już drugie małżeństwo… on rozbił jej samochód wtedy, co to dziecko wieźli do adopcji…
Jakimś cudem udało mi się jej w końcu przerwać i poprosić, żeby dalej nie opowiadała, bo i tak nie załapię.
– A to może obejrzymy na drugim programie! Tam jest czterysta sześćdziesiąty odcinek…
– Ten serial też pani ogląda? – pytam zdumiony.
– No tak! Rano oglądam jeden, a wieczorem drugi.
Patrzę w kartotekę, z zapisków wynika, że ona z mężem mieszka.
– A pani mąż, przepraszam, gdzie? – pytam ostrożnie.
– A za ścianą.
– A co u niego słychać?
– A nie wiem.
Nieprawdopodobne. Była gotowa opowiedzieć mi dwa tysiące odcinków serialu, a nie wiedziała, co słychać u jej męża.
No i znów możemy się z tego śmiać, ale gdybym cię zapytał, co słychać u twojego taty albo u twojej nastoletniej córki, to co byś powiedział?
„Opowiedz mi o swoim ojcu” – proszę czasem studentów. „Znaczy… ojciec, znaczy… on pracuje, znaczy… tam takie biuro, coś tam zdaje się projektują”. „To wszystko? A twoja komórka? Co to za model?” O, i wtedy nagle rozmowa zaczyna płynąć… Wiesz, dlaczego twoja mama albo twoja żona od kilku dni chodzi zdenerwowana? Nie? A dlaczego Windows ci nie wchodzi? Oo… to zwykle wiesz doskonale!
Jest wśród nas wielu takich, którzy przestali żyć i nawet tego nie zauważyli. Znają na pamięć wyniki meczów ligowych, a nie mają zielonego pojęcia, co się dzieje u ich rodzeństwa… Od dawna nie mówią nikomu o miłości, o przyjaźni, nie ożywiają siebie nawzajem dobrym słowem. Raz na jakiś czas rzucą żonie komplementem, żeby mieć spokój na kilka dni, albo wyskoczą z kumplem na piwo, przez chwilę pocieszą się nawzajem, a potem znów będą duchowo umierać.
Nasze relacje się rozpadają, nie potrafimy drugiego człowieka ożywić, bo sami nie żyjemy! Bo żeby kogoś ożywić, samemu trzeba być żywym.
Wiesz, po co przyszedł Pan Bóg? Żebyś żył. Żebyś miał w sobie życie. Tak właśnie jest napisane w Ewangelii św. Jana: „Ja przyszedłem po to, aby owce moje miały życie i miały je w obfitości” (J 10,10).
Był taki czas, że miliony ludzi z podziwem wpatrywały się w papieża Jana Pawła II. Wiesz, dlaczego cały świat był w nim dosłownie zakochany? Bo on żył. On nie „chodził” na jakieś tam „gotowce” – tak, jak robią to ludzie wegetujący, którzy zawsze mają pod ręką gotowe formułki, wyuczone zachowania i teorie, które pasują im do różnych okazji. Żywy człowiek działa inaczej! On wciąż tworzy, kreuje, zaskakuje. Jest otwarty i szczery.
Pamiętam pewną rozmowę papieża z dziećmi. Mikrofony, kamery, dziennikarze… „A czi papiesz lubi szpinak?” – sepleni maluch. My, mądrzy, powiedzielibyśmy zapewne, że oczywiście! Wszak szpinak zawiera wiele witamin itd. A co odpowiedział papież? Powiedział: „Jak dają, to jem”. Geniusz! No po prostu geniusz! „A czi papiesz myje zęby?” – pada drugie pytanie. I znów nam by się na usta cisnęły zapewne mądre formuły z plakatów propagujących zdrowy styl życia. A papież powiedział: „Czy ja lubię myć zęby? Hmm. Myję”.
Po prostu: „Myję”. Bez popisówek, bez uczonych fraz. On wiedział, że kamery są włączone, wiedział, że to wszystko pójdzie w świat. I nie zastanawiał się: „Ojeju, co ja teraz mam powiedzieć…”. Po prostu rozmawiał z dziećmi, tak jak rozmawiał z każdym człowiekiem. Normalnie, nie przejmując się tym, co inni powiedzą.
Iluż to ludzi „chodzi” na baterię, która zwie się: „Co o mnie powiedzą?”! Wciąż w ich głowach krąży pytanie, jak się prezentuję na tle innych, czy jestem gorszy, czy lepszy. Ludzie potrafią sobie to pytanie zadawać tysiące razy każdego dnia! Wychodzą z domu, parkują samochód, idą do biura, a w głowach mają wciąż zagwozdkę: „Czym się mogę popisać”. Nic dziwnego, że jeśli utracą to coś, tracą równocześnie sens życia. Wystarczy odciąć ich od pieniędzy, samochodu albo pracy, a wpadają w panikę i jakby przestają umieć żyć. Natychmiast wszystko im „siada”.
Pewna kobieta wstaje rano, Wielkanoc, wiosna w rozkwicie. W znakomitym nastroju szykuje świąteczne śniadanie. Stół zastawiony smakołykami, jajka, chrzanik, szyneczka… „No, dzieciaczki kochane, wstawajcie, wstawajcie…”. Odsłania rolety w oknie, patrzy…, a u sąsiadów na podjeździe nowy model toyoty. Świąteczna radość w jednej chwili pryska. Koniec. Złość, rozdrażnienie, frustracja. Jakby ją ktoś wyłączył! Podchodzi do męża i zgryźliwie rzuca: „Widzisz? On potrafi. A ty co? Tylko gadasz i gadasz… Dzieciaki, wstawać mi w tej chwili na to śniadanie!!”. I nie ma już świąt. Nie ma Wielkiej Nocy, nie ma zmartwychwstania. W ogóle nie ma życia. W jednej chwili wyszło na jaw, na co „jechała” życiowo ta kobieta.
Zadaj sobie zatem pytanie: Na co ty „jeździsz”? Pod co jesteś „podłączony”? W jakich okolicznościach budzi się w tobie radość? Kiedy czujesz, że żyjesz? Co cię ożywia?
Młodzi ludzie planują imprezę, wolna chata, szykuje się świetna zabawa… Jest amfetamina, browarek, jakoś do piątej dojedziemy. Nie ma alkoholu? No, dajcie spokój, idę do domu. Co to za impreza bez alkoholu… A dawniej? Pewna przedwojenna harcerka opowiadała mi: „Proszę księdza, przed wojną jak nam nieraz druh pozwolił na obozie w zieloną noc tańczyć do rana, to w Australii czuli trzęsienie ziemi, tak żeśmy wywijali. Łzy nam z oczu ciekły ze śmiechu! O alkoholu nikt nawet nie pomyślał…”.
A na co ty „jeździsz”?
Pamiętam, jak kiedyś mówiłem do dzieci konferencję o tym, że Pan Jezus przyniósł nam życie, i użyłem podobnych porównań, co tutaj. Podnosi rękę jeden chłopczyk i mówi:
– No tak, ma ksiądz rację. Mój tatuś na przykład „jeździ” na paluszki.
– Jakie paluszki? – pytam.
– No, takie okrągłe paluszki – odpowiada sześciolatek.
– R20, R6? – dopytuję.
– Nie, większe. On ma większe.
– To może Sony? Albo Panasonic?
– Nie, Warka Strong. Codziennie wieczorem musi mieć dwa paluszki…
Smutne… Jest mnóstwo ludzi, którzy dzień w dzień muszą sobie wypić jedno albo dwa piwka. Bez alkoholu nie potrafią zasnąć, bez alkoholu nie potrafią się śmiać.
Pytam chłopaka:
– Byłeś na imprezie?
– Byłem.
– Tańczyłeś?
– Nie tańczyłem.
– Dlaczego?
– Bo nie było alkoholu, a ja bez alkoholu nie podejdę do dziewczyny i nie poproszę do tańca. W ogóle słowem się nie odezwę…
W Janie Pawle II to właśnie było pociągające dla świata, że on żył naprawdę. Co więcej, on żył na naszych oczach – i nikt z nas, obserwujących go w świetle kamer, nie miał wątpliwości, że on żyje. Tak po prawdzie papież nic nadzwyczajnego nie robił, a jednak pociągał miliony ludzi. Patrzyliśmy z zachwytem, jak dotyka ludzi, jak płacze, jak podnosi ręce, jak się uśmiecha. Wzruszaliśmy się, kiedy przyjeżdżał do nas na pielgrzymki.
A czy ty żyjesz?
Ludzie nie zauważają, że nie żyją. Chodzą po ziemi tysiące cyborgów, którym tylko wydaje się, że są żywi.
Znamy wszyscy przypowieść o synu marnotrawnym, ale rzadko zwracamy uwagę na to, że w odniesieniu do syna marnotrawnego aż dwukrotnie powtarza się w Ewangelii zdanie wypowiedziane przez ojca: „Oto mój syn był umarły, a ożył” (por. Łk 15,24 oraz Łk 15,32). Czy te słowa nie powinny nas zdziwić? Toż ten syn wcale nie umarł. Owszem, odszedł od ojca, przehulał pieniądze, potem zatrudnił się do wypasu świń, żeby mieć jakieś źródło utrzymania, ale przecież nikt go nie zabił! Przez cały czas on żył! A jednak Ewangelia mówi, i to dwukrotnie: „Oto był umarły, a ożył”.
W Apokalipsie św. Jana padają takie słowa: „Aniołowi Kościoła w Sardes napisz: To mówi Ten, co ma Siedem Duchów Boga i siedem gwiazd: Znam twoje czyny: masz imię, [które mówi], że żyjesz, a jesteś umarły” (Ap 3,1). Uważaj, bo masz imię, które mówi, że żyjesz: „studentka”, „prymus”, „działaczka”, „mama”, „manager”, „szef firmy”, „dusza towarzystwa”…, a jednak może nadejść dzień, że usłyszysz od Chrystusa: „Znam twoje czyny… Jesteś umarły”. Może nadejść dzień, że Chrystus ci powie: Nie żyjesz naprawdę! Wszystko, co robisz, robisz tylko po to, aby się pokazać, aby nie wylecieć z pracy, mieć odpowiednią prezencję, dobrze wypaść… Żyjesz na zamówienie. Wiesz, jak się uśmiechnąć i co powiedzieć na dany temat, żeby innym nie podpaść, ale to nie jest życie prawdziwe!
Hasłowe zawołania to nasza specjalność! Wypadek był – natychmiast mówimy z egzaltacją: „O Boże, straszne!”, a w gruncie rzeczy niewiele nas obchodzi, co się stało. Mówimy tak tylko dlatego, że tak wypada zareagować w tych konkretnych okolicznościach, ale prawda jest taka, że bardziej niż ofiara wypadku interesuje nas to, co sobie dzisiaj kupimy w galerii…
Jeśli ktoś zastanawia się, dlaczego po śmierci papieża było w Polsce chwilowe trzęsienie ziemi, to odpowiedź jest jedna: Bo ludzie na moment ożyli.
Widziałem nieprawdopodobne rzeczy. W telewizji pokazywali: małe miasteczko, dziennikarka podchodzi do grupki nastolatek, pyta, co tu robią. One na to, że się smucą, bo umarł papież. Zapytane, czy zaśpiewają jakąś piosenkę dla papieża, kiwają głowami i śpiewają Barkę. Czy w innych okolicznościach jakieś nastolatki zgodziłyby się zaśpiewać coś do kamery? Nigdy w życiu! Never! A one zaśpiewały – bo na chwilę ożyły.
Po śmierci papieża wszyscy żeśmy przez chwilę żyli. Ludzie wychodzili z domów, klękali, płakali na ulicy, zapalali znicze. Nawet najwięksi twardziele nie wstydzili się okazywać wzruszenia.
A co się działo w konfesjonałach? Spowiedzi były nieprawdopodobne! Pamiętam, przyszedł do mnie taki pan, stary warszawiak zniszczony życiem, i mówi:
– Proszę księdza, to znaczy… chciałem się wyspowiadać, bo wie ksiądz, papież umarł.
– To jest bardzo dobry pomysł – odpowiadam.
– Znaczy, mam powiedzieć grzechy, tak?
– No tak, ma pan powiedzieć grzechy – wyjaśniam uprzejmie.
– Ale w szczegółach czy ogólnie?
Popatrzyłem na jego zniszczoną twarz i mówię:
– Ogólnie, proszę pana. Zdecydowanie, poproszę wariant ogólny.
No i chłop się spowiadał, że aż konfesjonał się trząsł! Nigdy tego nie zapomnę…
Czy ty żyjesz?
Jest taka scena w filmie Braveheart, w której główny bohater, William Wallace, mówi, że każdy kiedyś umrze, ale nie każdy tak naprawdę żyje. Marudzisz, że wciąż masz pod górkę, że wciąż dopadają cię kryzysy? A może spójrz na nie jak na szansę! Może one są ci dane właśnie po to, byś zobaczył, że jesteś jak zombi – jak żywy trup?!
Oglądałem kiedyś film science-fiction. Opowiadał o tym, jak w życiu pewnej normalnej rodziny pojawiła się nagle kosmitka. Wyglądała jak zwyczajna kobieta, więc nie od razu została rozpoznana jako obca. Dopiero któregoś dnia mały chłopiec z tej rodziny zauważył, że ona niczego nie je. Przyszedł do taty i mówi: „Tato, ona nie je, a żyje”. Z nami, gdy chodzi o to prawdziwe życie, jest podobnie: Nie czytamy Pisma Świętego, nie jemy Komunii Świętej, a chodzimy, biegamy, załatwiamy tysiące spraw… Dziwna sprawa, prawda?
„Ukażesz mi ścieżkę życia” – śpiewamy w Psalmie 16 (por. werset 11). Czy kiedykolwiek zwróciliśmy uwagę na te słowa? Czy w ogóle zauważamy, jak wiele w Piśmie Świętym jest o życiu? „W Nim było życie, a życie było światłością ludzi” (J 1,4) – mówi Jan o Jezusie, tym samym sugerując, że w innych ludziach życia nie było, dopóki Chrystus nie przyszedł i nie odkupił świata. Sam zaś Jezus mówi: „Badacie Pisma, ponieważ sądzicie, że w nich zawarte jest życie wieczne: to one właśnie dają o Mnie świadectwo. A przecież nie chcecie przyjść do Mnie, aby mieć życie” (J 5,39-40).
Wiesz, po co przyszedł Pan Bóg? Abyś żył.
Myśmy niejako przyjęli założenie, że życie wieczne dostaniemy dopiero po śmierci. A kto tak powiedział?! Kto powiedział, że życie wieczne jest dawane człowiekowi dopiero po śmierci? Życie wieczne mamy dostać już dziś! Teraz i tutaj! Obiecał nam to sam Jezus!
Chrześcijaństwo nie jest ofertą typu: „Teraz na ziemi będziesz cierpiał. Będziesz wyrzekał się, chodził smutny, a wszystko, co przyjemne, będzie dla ciebie zabronione”, a jednak wielu chrześcijan tak właśnie myśli. Dla wielu ludzi chrześcijańska dobra nowina brzmi mniej więcej tak: „Wszystko, co piękne i pociągające, jest zabronione, to zaś, co musisz zrobić, jest nudne i ciągnie się jak flaki z olejem. Aha, i jeszcze jedno: I tak ci nie wyjdzie i pójdziesz do piekła”. Prawda o chrześcijaństwie jest zupełnie inna! Chrystus daje nam inną ofertę. On mówi: „Dziś możesz ode mnie dostać życie!”.
Gdyby jakiś chłopak przyszedł do dziewczyny i powiedział: „Słuchaj, Grażynka, wyjdź za mnie, przez czterdzieści lat będę cię bił, kopał, drapał i poniewierał, ale za to potem, na emeryturze, zrobię ci herbatę i kupię ci kartofle”, to jego dziewczyna by się za głowę złapała: „No co ty, Zenek, chory jesteś? Ja chcę mieć szczęście teraz! Ja dziś chcę mieć miłość. Ja dziś chcę mieć pokój w sercu – a nie za czterdzieści lat”. Jezus też nie mówi, że dostaniemy życie wieczne za czterdzieści lat – On nam je daje już dzisiaj. Teraz. On po to przyszedł, żeby nam je dać. On chce, byś żył, byś śpiewał…
Opowiadał mi jeden chłopak, muzyk, jak dostał kiedyś od księdza za pokutę, by po powrocie do domu zaśpiewać dla Pana Jezusa pięć piosenek. Przyszedł do domu, wyjął gitarę, wrzucił C-dur i mówi takim matowym elvisowskim głosem: „Panie Jezu, to dla Ciebie”. Matka przychodzi, co się, synku, dzieje, a on na to, że dla Pana Jezusa śpiewa…
Zaśpiewałeś kiedyś piosenkę Jezusowi? Panie Jezu, ale super dzionek, leje jak z cebra, w pracy jazda, łeb mnie boli, ale bajeczka, Panie Jezu? A pamiętasz Jana Pawła II? Twarz wykrzywiona starością, cierpieniem, ślina cieknąca po policzku, ale jak się w Wadowicach uśmiechnął, to pół Polski się poryczało, a drugie pół wzruszyło. On żył! Mówić już niemal nie mógł, mędrcy świata nawoływali, Ojcze Święty, idź na emeryturę, zaszyj się w klasztorze, a on jeszcze oko do nich puszczał i szeptał, że Jezus go zdejmie ze stanowiska. I trwał, póki nie został zdjęty. Żył. Naprawdę żył.
Dlaczego my nie widzimy, że nie żyjemy? Jak to jest, że tak łatwo dajemy się nabrać na taktykę szatana, która polega na tym, by powolutku przestawić nas na wegetację?
Zwróć uwagę, czym się pocieszasz, kiedy zaczynasz słabnąć. Znam ludzi, którzy wówczas wyciągają karty kredytowe i idą na zakupy. Inni sięgają po czekoladę, kawę albo winko… – wszystko po to, by pobudzić zmysły… Przepraszam za porównanie, ale dokładnie to samo robi treser w cyrku, gdy chce pobudzić zwierzę. Wyciąga z kieszeni kostkę cukru i już zwierzak skacze, jak mu każą…
„Mam doła – mówi ktoś. – No po prostu takiego mam doła, że wszystko mam w nosie, mam gdzieś Kościół… A właśnie że sobie usiądę przed komputerem, właśnie że sobie wejdę na tę stronę, na którą wiem, że nie powinienem… A właśnie że się tym pocieszę, na złość wszystkim, na złość rodzinie, na złość księdzu”. I siedzi taki człowiek i ożywa… na chwilę.
Czy zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego tak wielu ludzi popełnia grzech masturbacji? Pomijając kwestię samej przyjemności i hedonistycznego podejścia do życia, wydaje się, że robią to, bo dostają na moment iluzję życia. Przez kilka chwil ich ciało jest napięte, czują się silni, mają poczucie, że ktoś ich głaszcze, dotyka, pieści, że są z kimś blisko. W końcu czują, że żyją. Nie dostrzegają, że to jest tylko złudzenie życia.
„Złodziej przychodzi tylko po to, aby kraść, zabijać i niszczyć” – mówi Jezus (J 10,10a). Jest ktoś, kto chce ci gwizdnąć życie. Jego taktyka jest prosta: Możesz sobie kończyć studia. Możesz być inteligentny, możesz sobie założyć firmę, możesz jeździć za granicę, bylebyś tylko nie miał życia. Żebyś nie miał życia! Żebyś wegetował, żebyś był ciętą różą. O to chodzi szatanowi! A kiedyś, kiedy już twoje siły się wyczerpią, on szepnie ci do ucha z satysfakcją: „Przegrałeś, frajerze”.
Bo widzisz, czasem dopiero na emeryturze okazuje się, czy dany człowiek żył, czy też przez całe życie był zombi – cyborgiem, któremu wydawało się, że żyje. Naprawdę wierzę, że dla takich ludzi, którzy nigdy nie żyli naprawdę, starość i emerytura mogą być przerażającą perspektywą. Trzęsą się ze strachu, gdy muszą odejść z firmy i gdy inni dziękują im za pracę, wpadają w panikę, kiedy dopada ich choroba i muszą miesiącami tkwić w łóżku… Czują się wówczas tacy niepotrzebni. No bo co… Biznesu już nie kręcą, kasy na koncie nie przybywa, nie brylują na przyjęciach, tylko leżą bez sensu… Prawda jest taka, że aby godnie się zestarzeć i godnie przyjąć starość, słabość albo chorobę, trzeba być naprawdę żywym człowiekiem.
Wiesz, po co przyszedł Pan Bóg? Abyś żył. No więc zadaj sobie pytanie: Czy ty żyjesz?
Chwałą Boga jest człowiek żyjący i On chce, byśmy żyli. Po to przyszedł na świat Jezus, żeby dać nam życie. U wielu ludzi życie, wydawałoby się bardzo aktywne, jest tylko przykrywką śmierci. Co może zrobić wówczas Pan Bóg? On przecież widzi, co się dzieje i do czego może danego człowieka doprowadzić „udawanie” życia! Zatem Bóg, chcąc ratować człowieka, może poprzez kryzys próbować uświadamiać mu: „Popatrz na siebie. Zobacz, że ty nie żyjesz naprawdę!”.
Wyobraź sobie typową rodzinę… Bardzo wiele się w niej na co dzień dzieje: Tato, daj kluczyki od samochodu, mamuś, jadę do ciotki, dobra, zatankuj benzynę, okej, nie ma sprawy, tylko kasę mi daj… Tyle się dzieje! Dom, wydawałoby się, tętniący życiem. Aż tu któregoś dnia trach, ojciec dostaje zawału. Przychodzi rodzina w niedzielę do szpitala, siadają przy łóżku i nagle okazuje się, że nie mają o czym gadać.
– Tato, i co lekarz powiedział?
– Że jest nieźle.
Cisza.
– A jak tu karmią w szpitalu?
– Dobrze.
– A kupić ci wodę mineralną?
– Nie trzeba, mam.
– No to my już pójdziemy, zadzwoń w razie czego.
– Dobra, będę dzwonił.
Ja to słyszałem na własne uszy! Nieprawdopodobne! Zaledwie przed tygodniem tyle tematów? Tankowanie, koledzy, karta kredytowa, tato, pożycz samochód, przerzuć na drugi kanał, bo nasi dzisiaj grają…, a teraz co? Nie ma o czym gadać…?
Pan Bóg być może próbuje im powiedzieć: „Wy nie żyjecie naprawdę! Przekonajcie się na własne oczy! Zobaczcie, że jak przyjdzie co do czego, to nie macie w ogóle o czym ze sobą rozmawiać. Nie interesujecie się sobą nawzajem, nie budujecie relacji, nie macie więzi…”.
Pan Jezus w rozmowach z ludźmi grał zwykle krótką piłkę. Mówił krótko i konkretnie! W ogóle Ewangelia to jest mała książka. Zawiera wszystkie tajemnice, jakie Bóg nam objawił – wszystko, co możemy zrozumieć, bo przyjaciel przyjacielowi mówi wszystko, a równocześnie gdy chodzi o formę, Ewangelia jest księgą bardzo powściągliwą w słowach. Tam wszystkie przecinki i kropki są wyliczone, żeby w jak najmniejszej liczbie znaków można było zawrzeć jak największą treść. A zatem jeśli w Ewangelii coś zostało powtórzone dwa razy, to znaczy, że jest to ważne. Bardzo ważne. Tak ważne, jak słowa o synu marnotrawnym: „Mój syn był umarły, a ożył”, o których wcześniej mówiłem. Gdyby było inaczej, szkoda byłoby na to miejsca w Ewangelii. Skoro zaś miejsce zostało – przepraszam za wyrażenie – zużyte na ten tekst, to znaczy, że on musi być ważny.
Dlaczego o tym wszystkim mówię? Otóż jest w Ewangelii opowieść, w której dwa razy słyszymy zdanie: „Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie”:
W tym samym czasie przyszli niektórzy i donieśli Mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: „Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie”.
Łk 13,1-5
„Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie” – i to powtórzone dwukrotnie! Dziś te słowa łatwiej byłoby przekasłać na ambonie, niż o nich mówić, bo one dziwnie nie współbrzmią ze współczesnym duszpasterstwem. Dziś dużo mówi się z ambon o miłosierdziu, „Bóg kocha Cię takiego, jakim jesteś, raduje się każdym twoim gestem”. Wciąż słyszymy, że On jest dobry, że kocha wszystkie owieczki, a tu nagle taki tekst: „Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie”?! Ciśnie się na usta zażalenie: „Dlaczego, Panie Jezu, powiedziałeś to tak ostro!? Przecież powinieneś to ująć jakoś inaczej, bardziej miękko, oględnie, że Tobie na nas zależy, że będziesz nas bronił… A Ty tak prosto z mostu!? Wszyscy zginiecie! I do tego dwa razy to powtarzasz?”.
No i zaraz szatan wykorzystuje nasze dylematy i wchodzi ze swoim odwiecznym chwytem, usłużnie wyjaśniając: „A widzisz, bo Jemu na tobie nie zależy. Jemu na tobie nie zależy, Jego twój los nic nie obchodzi… Nie interesuje Go, czy zginiesz, czy nie zginiesz. Zobacz, od tylu lat się męczysz czystością, chorobą, pracą, całe to życie idzie ci jak krew z nosa… Widzisz? To tylko potwierdza, że Bogu na tobie nie zależy!”.
Jesteśmy, Panie Jezu, pogubieni! I przerażeni! Bo czy jest w ogóle na świecie ktoś, ktokolwiek, choćby jeden człowiek, który mógłby powiedzieć, że już się nawrócił? Kto z nas jest wolny od nieczystych myśli? Kto z nas jest wolny od zazdrości? Kto z nas jest wolny od siania plotek? Kto jest zawsze grzeczny, usłużny, kto nigdy nie odpysknie? Kto??
A mimo to Jezus mówi: „Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie”. No to wychodzi na to – jak dwa plus dwa równa się cztery – że wszyscy zginiemy.
Co zatem robić?
Na szczęście w tej samej Ewangelii, tylko troszeczkę wcześniej, pojawia się inny cytat o nawróceniu. Tam Jezus mówi tak:
Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie! A wy [bądźcie] podobni do ludzi, oczekujących swego pana, kiedy z uczty weselnej powróci, aby mu zaraz otworzyć, gdy nadejdzie i zakołacze. Szczęśliwi owi słudzy, których pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie. Zaprawdę, powiadam wam: Przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc, będzie im usługiwał. Czy o drugiej, czy o trzeciej straży przyjdzie, szczęśliwi oni, gdy ich tak zastanie. A to rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie złodziej ma przyjść, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie.
Łk 12,35-40
Jezus mówi: Pamiętajcie o tym, żeby Syn Boży zastał was czuwających, gdy powtórnie przyjdzie na świat. Właśnie czuwających! Nie bezgrzesznych, nie idealnych, nie wolnych od popełniania błędów, ale czuwających.
Oby cię Jezus zastał czuwającego, gdy wróci. Oby cię zastał nawracającego się.
Raz jeszcze przypomnijmy sobie przypowieść o marnotrawnym synu. Pamiętasz, co zrobił ojciec, gdy syn zaczął wracać do domu? Ewangelia mówi, że gdy syn był jeszcze daleko, ojciec wyszedł mu na spotkanie. Gdy syn był jeszcze daleko… Rozumiesz, co to dla ciebie znaczy? Być może ty na twojej drodze wychodzenia z jakiegoś grzechu, z jakiegoś egoizmu, z jakiegoś uzależnienia jesteś jeszcze daleko… Oj, jak wiele ci jeszcze brakuje do doskonałości! Może dopiero od dwóch dni udaje ci się nie wchodzić na tę stronę internetową, która jest dla ciebie przekleństwem. Dwa dni dopiero! – ale wychodzisz z tego, rozumiesz? A to oznacza, że gdyby dzisiaj, teraz, nastąpił koniec świata, to chociaż jesteś daleko, Chrystus zastanie cię powracającego! Rozumiesz? To jest dobra wiadomość! Jest nadzieja! Jest światło! Jedyne, co mamy do zrobienia na tym świecie, to wciąż się nawracać.
„Nawrócić się” znaczy tyle, co „wciąż się nawracać”. Mamy być ludźmi, którzy nieustannie się nawracają. Tylko niech to nasze nawracanie się będzie prawdziwe – bez kłamstw i krętactw, i bez podłączania się pod różne inne, nie-Boże zasilacze. Uważajmy na to, bo nasze serca będą nam podsuwać najróżniejsze pomysły na pseudonawracanie się. Zapewne wielu jest na świecie ludzi w stanie pseudonawracania. Teraz są z siebie zadowoleni i dumni – kiedyś będą ogromnie wstrząśnięci i rozczarowani.
Pan Jezus mówi: „Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie”.
On chce, żebyśmy się nawracali rzeczywiście, i chce, żebyśmy nie ustawali w nawróceniu. O to tu chodzi. Ale te słowa Pana Jezusa mogą szokować jeszcze z jednego powodu. „To jak to? Czy Ty byś, Panie Jezu, pozwolił, żebym ja zginął?”. Wiesz, co Jezus by odpowiedział, gdybyś Go o to zapytał? On by powiedział: „Jeśli będziesz tego chciał, to pozwolę”.
Nam wydaje się to nieprawdopodobne, bo my, ludzie, funkcjonujemy trochę inaczej. Jeśliby jakiś młody człowiek chciał zejść na złą drogę, np. dołączyć do sekty, matka stanie w drzwiach i będzie krzyczeć: „Nie puszczę cię! Choćby nie wiem co, ale nie puszczę”. A kiedy ktoś chce popełnić samobójstwo i skoczyć z okna, to przyjeżdżają straże pożarne, rozkładają te swoje nadmuchiwane poduszki, pięciu psychologów czeka w pogotowiu, żeby z tym człowiekiem porozmawiać i nie pozwolić mu odebrać sobie życia. U nas takie zachowanie jest normalne! Z tym większym zdziwieniem patrzymy na Jezusa i pytamy: „A Ty, Panie Jezu, byś pozwolił? Pozwoliłbyś mi zejść na złą drogę? Pozwoliłbyś mi popełnić samobójstwo? Gdybym chciał iść do piekła – pozwoliłbyś na to?”. Co zaś odpowiada Jezus? On mówi: „Jeśli ty byś tego chciał, tobym ci pozwolił”.
Nieprawdopodobne! Nic dziwnego, że dajemy się nabrać na podszepty szatana: „Jemu na mnie nie zależy”. Nieprawda! Jemu zależy! Bogu zależy na nas bardziej, niż jesteśmy to sobie w stanie wyobrazić. Nie wierzysz? Popatrz na krzyż. Zawsze ilekroć najdzie cię ochota, by powiedzieć z pretensją w głosie: „Tobie, Jezu, na mnie nie zależy, nie zajmujesz się mną, Twoja religia jest jakaś dziwna i ja nie mogę w niej dłużej sterczeć” – spójrz na krzyż. I z krzyża odczytaj wiadomość Boga: „Co jeszcze mogę dla ciebie zrobić, człowieku?”.
„No powiedz mi, co ja jeszcze mogę dla ciebie zrobić?” – pyta Chrystus ukrzyżowany. – „Jeśli będziesz chciał iść do piekła, to ja, twój Bóg, jeszcze z krzyża będę krzyczał, żebyś tam nie szedł…”.
Pamiętasz średniowieczne wizerunki Boga karzącego, który patrzy groźnie na grzeszników i grożąc palcem, mówi: „Do piekła!”? Utrwaliły się one w naszej wyobraźni, ale Bóg w ogóle taki nie jest! To nie jest tak, że Bóg rozkazuje grzesznikom iść do piekła, a oni bronią się rękami i nogami. Jest zupełnie odwrotnie – i powiedziała nam o tym siostra Faustyna! Jezus ukrzyżowany błaga nas, byśmy nie szli do piekła, a my sami się do piekła pchamy.
Można się temu dziwić, można kręcić głową z powątpiewaniem i mówić: „Jak ktoś o zdrowych zmysłach może chcieć iść do piekła?”, a jednak tak właśnie się zachowujemy. My wszyscy bardzo często wybieramy piekło i robimy to w bardzo konkretnych okolicznościach. Każdy z czytających te słowa – jestem o tym przekonany – miał w życiu momenty wyboru piekła (daj Boże, że już się z nich wycofał).
Może ktoś pamięta z dzieciństwa, jak coś przeskrobał, zbił wazon albo szybę, albo coś tam innego… Tata mówi:
– Do kąta.
No to my do kąta. Stoimy pokornie.
Mija dziesięć minut, tato mówi:
– No chodź już, urwisie, mama kolację zrobiła, możesz już wyjść. Chodź do nas…
A my na to:
– Nie wyjdę.
– No, nie wyłupiaj się, chodź. Już się nie gniewam, mama też się nie gniewa…
A my:
– Nie pójdę.
– No ale weź, przecież na pewno jest ci tam źle w tym kącie samemu…
– Jest źle, ale nie wyjdę.
Kto z nas nie przechodził tego w kontekście grzechu? Ludzie! My cierpimy na własne życzenie! Upieramy się przy swoim grzechu, nie chcemy z niego wyjść, choć jest nam w nim źle i samotnie, tak jak źle i samotnie jest dziecku, które upiera się, że nie wyjdzie z kąta.
Mówię pewnej dziewczynie:
– Gdybyś zadzwoniła do mamy i powiedziała jej: „Mamuś, kocham cię”, to ucieszyłaby się?
– No, jeszcze jak, proszę księdza!
– I tobie by przeszło, prawda?
– Prawda.
– I byłybyście obie szczęśliwe.
– No jasne…
– To zadzwoń!
– Nie.
Chrystus woła: „Nie idźcie do piekła, nie idźcie tam!”, a my sami sobie to piekło wybieramy. Wszystko dzieje się na nasze życzenie. Pan Bóg kocha nas właśnie w ten sposób, że pozwala nam dokonać wolnego wyboru. My innym ludziom na to nie pozwalamy – a On nam pozwala.
W naszym ludzkim świecie często jest tak, że to, co nazywamy miłością, w rzeczywistości jest zniewoleniem. Matka mówi do syna: „Twój tatuś był pijakiem, ale ty mamusię będziesz kochał, prawda? I ty, syneczku, mamusi nie zrobisz przykrości, bo mamusia będzie bardzo smutna”. Efekt? Facet ma potem trzydzieści lat, a na propozycję wyjazdu na zimowisko z młodzieżą mówi, że mama go nie puści – tak skutecznie matka zaszantażowała go swoją miłością!
Albo dziewczyna, która strzela rzęsami, makijażem, żeby tylko mieć tego upatrzonego chłopaka. Mówię:
– Dziewczyno, otumaniłaś go seksem, wiesz o tym?
– Wiem.
– No i co?
– Byle był mój… – odpowiada.
My siebie i innych zniewalamy naszymi „miłościami”, szantażujemy się, przekupujemy, manipulujemy, udajemy… Mówimy ukochanej osobie: „Kocham cię. Jeśli mnie zostawisz, zrobię sobie coś złego”. A Jezus nigdy nami nie manipuluje i nigdy nas nie szantażuje. Mówi: „Chcesz iść do piekła? Ostrzegam cię, tam będzie strasznie. Ale jeśli chcesz tam iść, to idź. Kocham cię, ale pozwolę ci tam iść”.
Jest takie powiedzenie: Jeśli kogoś kochasz, daj mu wolność i pozwól mu odejść. Jeśli cię kocha, to wróci. A jeśli nie wróci, to znaczy że nigdy cię nie kochał. Powiedziałbyś tak swojej dziewczynie? Powiedziałabyś tak swojemu chłopakowi: „Nie chcę, żebyś odchodził ode mnie, ale jeśli chcesz iść, to idź”? Trudno nam jest się na to zdobyć. My za wszelką cenę próbujemy drugą osobę zatrzymać dla siebie i dlatego nie rozumiemy Chrystusa z Jego miłością. Dlatego z naszej perspektywy Jego miłość wydaje nam się obojętnością i nabieramy przekonania: „Jemu na mnie nie zależy”. Zależy!
Pan Jezus mówi: „Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie”. Tak samo to znaczy jak? O co chodzi z tymi Galilejczykami albo z tą wieżą w Siloam? Czy chodzi o to, że czeka nas jakaś straszna śmierć? Wydaje się, że śmierć wskutek zawalenia się wieży nie była szczególnie okrutna. Nie sposób porównać jej np. z umieraniem na nowotwór, z cierpieniem, które trwa nieraz całymi latami. Nie o okrucieństwo śmierci tu chodzi, lecz o jej nagłość. Wyobrażam sobie, że tamci ludzie w Siloam rozmawiali beztrosko na ulicy, gdy wieża się na nich zawaliła! Podobnie było z Galilejczykami, którzy składali ofiary. Śmierć przyszła do nich nieoczekiwanie. W ogóle nie spodziewali się takiego obrotu sprawy.
Jezus ostrzega więc: „Nagle zginiecie”. Będzie nam się wydawało, że jesteśmy pobożni. Będzie nam się wydawało, że jesteśmy z Nim, a On przyjdzie, kiedy się nie spodziewamy, i powie: „Nie znam cię”. My będziemy się zarzekać: „Ale, Panie, chodziłem do kościoła, przychodziłem nawet w dzień powszedni, klękałem w ławce i modliłem się”, a Jezus powie: „Nie modliłeś się, tylko planowałeś tydzień. Rozmyślałeś o sobie, o tym, jaki jesteś biedny i jak ci jest niedobrze, jak cię wszyscy krzywdzą… O mnie żeś w ogóle nie pomyślał, a jeśli pomyślałeś, to tylko po to, żeby mnie wciągnąć do swoich matactw”. „No ale, Panie, należałem przecież do grupy religijnej (odnowa, oaza, cokolwiek…)” „Poszedłeś tam, bo chciałeś się ukryć przed światem. Zwiałeś do duszpasterstwa, bo ci tam było dobrze, bo cię tam wszyscy akceptowali i poklepywali po piecach, alleluja, bracie, i do przodu. Ale prawdy nikt ci tam nie powiedział…”.
Jezus mówi: Zajrzyjcie w swoje serce. Zajrzyjcie w swoje serce!
Pamiętam, kiedy byłem małym chłopcem, na mszach dla dzieci nasza siostra katechetka prowadziła modlitwę na dziękczynienie. Mówiła mniej więcej tak: „Drogie dzieci, teraz zamknijmy oczy po przyjęciu Pana Jezusa. Pamiętajcie o serduszku, żeby Mu się tam dobrze mieszkało. Żeby Pan Jezus miał posprzątane serduszko”. Ja jako dziecko o bujnej wyobraźni za każdym razem kiedy myślałem o sercu, widziałem w swojej wyobraźni domek dla lalek. Maleńkie pokoiki, stoliczki, a między tymi mebelkami spaceruje sobie malutki Jezusek. I w tym domku ja, który miotełką sprzątam dla Niego serduszko, żeby Mu było dobrze. Stosunkowo niedawno, już jako dorosły człowiek, odkryłem w Piśmie Świętym zdanie, które mnie dosłownie poraziło: „Podobne do przepaści jest serce i wnętrze człowieka” (zob. Ps 64).
Jeśli ktoś kiedyś chodził po Tatrach albo jeszcze lepiej po Alpach, to być może miał doświadczenie patrzenia w przepaść. Człowiek zbliża się do krawędzi, spogląda w dół, „Jezus, Maria!”, nie widać, co tam jest… Strach podejść bliżej, w głowie się kręci od samego patrzenia. Tak jest z naszym sercem. Ile tam tajemnic! Ile kombinacji! A ile krętactwa!? Ile ciemności, w których nie chcemy zapalać światła. To tak jak w tej anegdocie… Przychodzi do pewnego księdza przyjaciel, a ten mówi: „Tylko nie zapalaj światła, bo mam straszny bałagan. Posiedzimy sobie przy małej lampce, dobrze?”. Ile to razy przychodzi do nas Pan Jezus, a my mówimy dokładnie tak samo, jak ten ksiądz: „Panie Jezu, tylko nie zapalaj światła, bo ja mam okropny bałagan w sercu. Zapalę świeczkę, to sobie posiedzimy…”.
Podobne do przepaści jest serce człowieka. Warto jednak tam zajrzeć z Jezusem; na tyle, na ile On nam pozwoli bo światło zawsze jest Jego darem. On mówi: „Poznacie prawdę i prawda was wyzwoli”, ale wiele razy – jak już mówiliśmy – powtarza także, że szanuje naszą wolność i nasze wybory. Daje nam wolność, bo nas nieprawdopodobnie kocha. Nieprawdopodobnie. On wie, że wtedy człowiek staje się piękny i odpowiedzialny, kiedy ma świadomość, że są przed nim dwie drogi: niebo i piekło.
Wielu ludzi bawi się dzisiaj swoim życiem. Czują się pewnie, bo wiedzą, że mają ubezpieczenie. Wiedzą, że jak pójdą na stadion i będzie rozróba, to państwo karetki podstawi, do szpitala zawiezie, rany na SOR-ze opatrzy… Nic się wielkiego nie stanie. Zobaczmy na przykład, jak przebiegają zwykle strajki głodowe. Czy ktoś słyszał, aby ktokolwiek kiedyś umarł na skutek strajku głodowego? Trzy dni postrajkuje, a potem tydzień urlopu, jeszcze czekoladę mu zanoszą… A Bóg działa inaczej. Chcesz zrobić sobie duchowy strajk głodowy? Proszę bardzo, ale wiedz, że możesz umrzeć. Stanie się tak, jak wybierzesz, i będziesz ponosił konsekwencje swoich wyborów. Wszystko stanie się zgodnie z twoją wolą. Bóg ci karetki nie przyśle – On uszanuje twój wybór i nie zrobi nic wbrew tobie. Tak bardzo cię kocha…
Siostra Emmanuel zapytała kiedyś pielgrzymów: „Jak myślicie, dokąd pójdziecie po śmierci?”. „Oj, siostro – mówią – żeby choć się na czyściec załapać…”. A ona złapała się za głowę: „Na litość Boską! – krzyknęła. – O czym wy mówicie?! Nieba pragnijcie! Czyściec jest potworny! Czyściec jest straszny. Kręgi czyśćcowe są jak kręgi piekła. Na rany Chrystusa, nieba pragnijcie!”. No więc zapytaj sam siebie, czego ty chcesz. Ty też mówisz, żeby choć się na czyściec załapać? To takie polskie myślenie, prawda? Byleby czyściec, tam już jakieś znajomości się wyrobi…
Jeśli chcesz nieba, jeśli naprawdę chcesz nieba, jeśli na dnie przepaści twojego serca jest napisane: „Chcę nieba” – dostaniesz niebo. Chrystus spełni pragnienie twojego serca. Zajrzyj zatem, co żeś napisał na dnie swojego serca. Zajrzyj tam i sprawdź, czego tak naprawdę chcesz. Czy chcesz Boga? Czy chcesz nieba? Czy chcesz szczęścia?
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
