Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
DLA KOGO? Dla osób, które chcą odnaleźć swoje miejsce w życiu, przestać bać się przyszłości i odkryć, że Bóg ma dla każdego człowieka konkretny plan.
W CZYM CI POMOŻE?
Być może od dawna zadajesz sobie pytania, na które wciąż nie znajdujesz odpowiedzi. Czy jestem na właściwej drodze? Jak rozpoznać, czego naprawdę chce ode mnie Bóg? Czy nie przegapiłem swojego powołania? A może wciąż czekam na miłość, pracę lub miejsce, w którym wreszcie poczuję, że jestem „u siebie”?
Odnajdziesz tu odpowiedzi, które pomogą Ci spojrzeć z nowej perspektywy na miłość, samotność, relacje, pracę i życiowe decyzje. Zrozumiesz, że Bóg nie zostawia Cię samego z wyborem drogi i że Jego plan nie odbiera wolności, ale prowadzi do prawdziwego szczęścia.
Przestaniesz bać się przyszłości i odkryjesz, że nie musisz mieć gotowego planu na całe życie. Wystarczy zrobić pierwszy krok i zaufać, że jest dla Ciebie miejsce, którego nikt inny nie może zająć. Bo kiedy odnajdziesz swoją drogę, zaczniesz żyć z większym pokojem, odwagą i poczuciem sensu.
Dzięki tej książce:
Ta książka jest dla ciebie, jeśli:
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 217
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
„Synowie ludzcy,
wracajcie!”
Ps 90,3b
Spis treści
Od Wydawcy
Część 01.Obierz kurs na SZCZĘŚCIE
To będzie ciężka robota
Nie czekaj na pijanego gołębia
„Przeliczam trasę na nowo”
Jak rozpoznać powołanie?
Czy jest pewność powołania?
Czy od powołania można uciec?
DOSTAŁEŚ? – DAWAJ!
Część 02.WRACAJCIE, SYNOWIE,WRACAJCIE, CÓRKI
Niewidomi są wśród nas
Instrukcja jazdy
Czas przestać się bać
Wstań, weź i idź
Drugie powołanie
Otwarte groby
O Autorze
Od Wydawcy
„Może i fajne, ale nie dla mnie”. „Nie mój kolor”. „Nie ten model”. „Nie czuję się w tym dobrze…” – Znamy to? Kobiety zapewne będą kojarzyć takie hasła z przymierzalniami w galeriach handlowych albo z wypadem do sklepu wnętrzarskiego. Ale i panowie zapewne się w nich odnajdą – wystarczy, że przypomną sobie, jak ostatnio kupowali samochód, rower, jakiś gadżet, albo np. byli u fryzjera. No bo co z tego, że coś jest nawet ładne, modne, atrakcyjne, i pół TikToka to poleca, skoro… to jest nie moje, tzn. nie dla mnie i do mnie nie pasuje? Gniecie, uwiera, przeszkadza, denerwuje… – słowem: zero poczucia sensu.
Tak, tak. Pewną sztuką jest takie ogarnięcie samego siebie i swojego otoczenia, żebyśmy mogli uznać, że TO JEST WŁAŚNIE TO – wszystko jest, jak trzeba, i na swoim miejscu, w pełnej harmonii z naszymi upodobaniami, pragnieniami, potrzebami – krótko mówiąc: w zgodzie z naszym „ja”.
Jeśli ktoś lubi układać puzzle, to zna na pewno tę satysfakcję, kiedy na swoje miejsce wskakuje ostatni element i całość zaczyna tworzyć spójny, od początku zaplanowany obrazek. Tak. To jest ten moment, w którym można w pełni odpocząć w poczuciu dobrze wykonanego zadania. O tym właśnie jest ta książka: o „wskakiwaniu” na swoje miejsce. O odkrywaniu życiowej misji (czy też powołania, jeśli ktoś woli to słowo), przyjmowaniu jej w poczuciu, że jest „moja”, i braniu za nią odpowiedzialności. Po co? – Po to, by móc osiągnąć ten szczęściodajny stan, gdy wszystko jest w naszym życiu okej – tak, jak być powinno. Dokładnie NA SWOIM MIEJSCU.
Czy to jest łatwe? – I tak, i nie.
Już w pierwszym rozdziale książki ks. Piotr zapowiada, że „to będzie ciężka robota” i trzeba się nastawić na to, że „materiał będzie poddany próbie zmęczenia”. Z tzw. komfortem (modne dziś słowo) niekoniecznie będzie to miało cokolwiek wspólnego, ale… I tu właśnie pojawia się błogosławione słówko: ALE. Bo jest też niesamowita obietnica, że gdy już „wskoczymy” na swoje miejsce – będziemy tam bardzo szczęśliwi. Natomiast jeśli zaczniemy kombinować, uciekać (w krzaki jak Adam albo do Tarszisz jak Jonasz), to się nam dopiero może zrobić w życiu „niekomfortowo”… Bo co z tego, że droga początkowo będzie się wydawała atrakcyjna, co z tego, że różni „mędrcy” będą nam ją polecać, i co z tego, że będzie szeroka i wygodna, skoro… nie będzie nasza?
Tak więc pierwsza dobra nowina płynąca z tej książki jest następująca: „Dla każdego człowieka jest powołanie (u Boga nie ma bezrobotnych ludzi) i każdy może być szczęśliwy – trzeba tylko obrać odpowiedni kurs. Jest też druga dobra nowina: Nawet gdybyśmy – jak młody Samuel – nie rozpoznali początkowo głosu Boga, pogubili się albo źle skręcili, Bóg sobie z tym poradzi: jak niezawodny GPS „przeliczy nam trasę na nowo”, a jeśli będzie trzeba, to i morze otworzy (ba… nawet grób może otworzyć, o czym na własnej skórze przekonał się Łazarz). Tak więc, don’t worry, be happy – jak śpiewał przed laty Bobby McFerrin. Jeśli On nas stworzył i powołał („widziały gały, co brały”), On też uzdolni. Bo jest – jak mówi św. Paweł – sprawcą i chcenia, i działania.
O tym wszystkim jest I część książki zatytułowana Obierz kurs na szczęście. Jeśli pytasz: „A co ze mną? Czy i dla mnie jest jakieś miejsce?” – tu znajdziesz odpowiedź.
A o czym jest część II?
Cóż… Bywa tak – i to wcale nierzadko – że od jakiegoś czasu (od roku, dwóch lat, pięciu, dziesięciu) jedziemy wprawdzie obraną życiową drogą, ale coś w tym naszym silniku powołania zaczyna zgrzytać. Trasę znamy już na pamięć (nuda i rutyna), zaczynamy się nią męczyć, szarpiemy się, i nachodzą nas myśli, że… może jednak trzeba było inną drogę wybrać, bo bez sensu jest to wszystko… (szczególnie że kukamy do sąsiada, a tam trawa jest jakby bardziej zielona). Czy jednak mamy jeszcze wybór, skoro jest już w naszym życiu, jak mówi czasem młodzież, „posprzątane”?
Spokojnie – na takie sytuacje (niektórzy zwą je kryzysami powołania) także jest dobra nowina – i o tym właśnie mówi ks. Piotr Pawlukiewicz w II części książki. Jaka to nowina? – Że wciąż jest dla nas wybór. Bo przychodzi Bóg i powołuje po raz drugi, piąty i dziesiąty. Tyle że tym razem nie chodzi o zbaczanie z życiowej drogi albo wymianę modelu (np. na młodszy), tylko o podjęcie decyzji o zmianie… stylu jazdy. Bo może od lat jedziemy na trójce, nie wiedząc, że jest piąty bieg?
„Nie ma »za późno«, na nic nie jest za późno” – pisze ks. Pawlukiewicz. Bóg przychodzi do każdego, zawsze i o każdej porze, aby zadać jedno tylko pytanie: „Czy chcesz kochać?”. Od tego, jak na nie odpowiemy, zależy nasze szczęście tu, na ziemi, i w wieczności. Bo w perspektywie Bożej jedno jest miejsce, w którym w końcu wszyscy się znajdziemy – NIEBO.
Kiedy byliśmy dziećmi i bawiliśmy się na podwórku, zawsze wcześniej czy później przychodził niewdzięczny moment, że trzeba było zabawę zostawić, bo mama czy tato wołali: „Hej, kochanie, wracaj już do domu”. Jedno jest pewne – mówi ks. Pawlukiewicz (i to jest najważniejsza dobra nowina płynąca z tej książki): że dla każdego z nas nadejdzie dzień, w którym usłyszymy takie właśnie wołanie Boga: „Hej! Synku, córeczko, czas do domu. Wracaj do Mnie”.
A zatem „wróćmy do swojego powołania – zachęca ks. Piotr. – Wróćmy na swoje miejsce. Ktoś powie: »Boże, jakie to trudne!«. Właśnie nie! Tam nas czeka szczęście!”.
Dobrej lektury i jeszcze lepszych powrotów!
dr Krystyna Sadecka
To będzie ciężka robota
Wszyscy jesteśmy powołani. Wszyscy, bez wyjątku. Nie ma na ziemi człowieka, który nie byłby do czegoś powołany. Bóg nie stworzył świata niczym nakręconego zegarka (jak twierdzili deiści) albo jak zabawkę, która przestała Mu się w pewnym momencie podobać.
Jest taka stara anegdota, jak to papież poszedł do nieba. Przy furcie dyżur miał akurat Duch Święty.
– A kto ty jesteś? – pyta.
– Papież.
– Jaki papież?
– Kościoła.
– A jakiego kościoła?
– No rzymskokatolickiego!
Poszedł Duch Święty do Boga Ojca i pyta:
– Boże Ojcze, słyszałeś o kościele rzymskokatolickim?
– Nie słyszałem.
Poszedł do Pana Jezusa:
– Synu Boży, słyszałeś o kościele rzymskokatolickim?
A Pan Jezus na to:
– A zaraz, zaraz… To przedsiębiorstwo rybackie, które założyłem, jeszcze istnieje?
No więc nie jest tak, że świat, Kościół, wprawdzie funkcjonuje, ale Pan Bóg ma nas głęboko w nosie.
Jesteśmy powołani. Do czego? – Do Pana Boga. Bóg nas stworzył i On chce nam pokazać najpiękniejszy byt, jaki istnieje, czyli samego siebie. Stwarza nas i od razu powołuje do dialogu ze sobą, do nieba, świętości. W tym powołaniu jesteśmy wolni. Możemy wybierać: czy Go chcemy, czy nie, i a ten wybór mamy 60, 70, 80 lat. U aniołów było inaczej – oni dokonywali wyboru w wymiarze pozaczasowym – u nas dokonuje się to w czasie.
Nasze życie ziemskie ma jeden cel: jest nim znalezienie się w niebie. (Kiedyś na jakimś kazaniu opowiadałem o niebie. A jedna pani wzdycha: „Eh, niebo! Żeby to Pan Bóg dał doczekać…”).
Miałem przed laty ciekawą przygodę. Przygotowywałem kazanie na mszę świętą radiową na uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego i modliłem się, żeby Pan Bóg dał mi jakiś przykład, bo z tym wniebowstąpieniem to są same trudne przykłady. Akurat miałem jechać do sióstr zakonnych do Oświęcimia. Ponieważ ja nigdy wcześniej tam nie byłem i nie znałem drogi (bałem się, że się pogubię, jak będę przejeżdżał przez Śląsk), to kupiłem sobie za dwie stówy GPS-a i on pięknie poprowadził mnie pod samą bramę klasztoru. Wysiadłem z samochodu, przyszła siostra: „To ja księdza zaprowadzę do pokoju”. A że przechodziliśmy koło kaplicy, to siostra zaproponowała, żebyśmy weszli na chwilę modlitwy. Ledwie uklęknąłem przed Najświętszym Sakramentem, a w tym momencie z mojej kieszeni odzywa się głos, tak donośny, że słychać go było w całej kaplicy: „Dotarłeś do celu”. To było niezwykłe, bo od momentu, w którym zaparkowałem, do tej chwili minęło dobre kilkanaście minut! (Pomyślałem: „Panie Boże, żeby tak właśnie się stało! I podziękowałem Mu za ten znak, szczególnie że przecież mogło się to zdarzyć w toalecie).
Tak więc celem naszego ziemskiego życia jest znalezienie się w niebie. I to jest rzecz, od której powinno się zacząć, jeśli mamy mówić o powołaniu.
Wszyscy szukamy Boga. W Księdze Samuela opisane jest zdarzenie, jak młodego Samuela wołał Pan Bóg. Samuel słyszał czyjś głos i kilkakrotnie zrywał się z posłania, sądząc, że woła go Heli – bo nie znał jeszcze głosu Boga (zob. 1 Sm 3,1-9). Ta historia to świetna ilustracja prawdy, którą niegdyś jeden z księży wyraził na rekolekcjach: że ludzie, którzy chodzą do agencji towarzyskich, szukają Boga; ci, którzy kradną, szukają Boga i ci, którzy kłamią, też szukają Boga.
Czasem na filmach komediowych jest taka scena: bohater widzi, że ktoś biegnie wprost na niego, rozwiera ramiona, a tu okazuje się, że ten ktoś go mija i biegnie dalej, bo on biegł nie do niego, tylko tam z tyłu był ktoś inny. Tak jest często z nami i Bogiem. Bóg mówi: „Chodź do mnie, bo stworzyłem cię do miłości”, a my na to: „Jasne!” i biegniemy prosto w grzech nieczystości, a Pana Boga mijamy. On mówi: „Chodź do mnie, stworzyłem cię do życia w pokoju”, a my na to: „Jasne! Muszę zarobić dużo kasy, bo ona da mi poczucie bezpieczeństwa”. Pan Bóg woła: „Jesteś ważny!”, a my słyszymy: „Muszę tylko wykosić wokół siebie kilku gości i wtedy będę ważny”. Grzech to jest fatalna pomyłka – że my szukamy miłości, pokoju, bezpieczeństwa, żeby coś znaczyć, a zarazem mijamy się z Bożym wołaniem.
Samuelowi Heli w końcu poradził, by – gdy usłyszy znów ten głos – nie zrywał się od razu, tylko powiedział: „Mów Panie, bo sługa Twój słucha”. Ty także zanim zaczniesz biec, by szukać miłości, zanim zaczniesz biec, by szukać poczucia bezpieczeństwa, zanim rozpoczniesz bieg, by poszukać swojego znaczenia w świecie, powiedz te słowa: „Mów, Panie, bo sługa Twój słucha. Pokaż mi drogę, żebym się nie rozpędził i nie wpadł w inne ramiona niż Twoje”.
Jedno jest zatem powołanie wspólne dla wszystkich: i dla księży, i dla sióstr, i dla świeckich – powołanie do miłości, bo Bóg jest miłością.
Powołanie do miłości jest pierwsze i absolutnie ważniejsze od tego, czy będziesz singlem, działaczem katolickim, żoną, mężem, księdzem czy zakonnicą – tamte powołania są drugorzędne. Zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu ludzi, głównie młodych, ważniejsze wydaje się powołanie szczegółowe, ale zasadniczo w życiu chodzi o to, by wejść do nieba, zjednoczyć się z Bogiem i żyć Jego życiem, Jego szczęściem.
Zanim zaczniesz biec, by szukać miłości, zanim zaczniesz biec, by szukać poczucia bezpieczeństwa, zanim rozpoczniesz bieg, by poszukać swojego znaczenia w świecie, powiedz te słowa: „Mów, Panie, bo sługa Twój słucha”.
KS. PIOTR PAWLUKIEWICZ
No, ale żeby wejść do nieba, trzeba mieć klucz, który otworzy zamek. Jaki to jest klucz? – Pamiętajmy o tym, że Bóg to jest Trójca: Ojciec, Syn i Duch Święty. Nikt sam do nieba nie wejdzie – trzeba tam wejść z kimś. Do niebieskiego klucza cyfra 1 nie pasuje. Nie pasuje nawet cyfra 2.
Kiedyś, w drugi dzień świąt Wielkiej Nocy, jechałem niemal pustym pociągiem podmiejskim. Niedaleko mnie siedziało młode małżeństwo z dzieckiem. Żona położyła mężowi na ramieniu głowę, on przytulił się do niej. Dziecko powiedziało: „Ja też tak chcę”, no to jego tata wziął je na kolana i jechali tak we trójkę. On patrzył, jak jego żona kocha jego dziecko, dziecko patrzyło, jak tata kocha swoją żonę, żona patrzyła na to, jak jej mąż kocha swojego syna. I olśniło mnie. To jest miłość! Trzy osoby. Muszą być przynajmniej trzy.
My będziemy do nieba szli jak żołnierze z Westerplatte1. Będziemy szli trójkami, czwórkami, piątkami. Będziesz szedł z rodzicami albo z mężem, z żoną i z dziećmi, albo i z teściową (choć to akurat trudno sobie wyobrazić), a proboszcz będzie szedł ze swoimi wiernymi. Bo jeśli chcesz pójść do nieba, to musisz tam iść z ludźmi, z którymi wiąże cię twoje powołanie.
Są ludzie, którzy nikogo nie kochają, ale wydaje im się, że kochają Boga. Ciężko z takim człowiekiem wytrzymać, wszyscy mają go dość, a on mówi: „Nikt mnie nie kocha, bo ja jestem wierny Bogu…”. Nie, kochany! Kościół naucza, że spodobało się Bogu ludzi zbawiać we wspólnocie, a nie pojedynczo. I księża takie mają zadanie, żeby organizować te wspólnoty, by wspierać wspólnoty zakonne, wspierać wspólnoty świeckich, samemu żyć we wspólnotach.
Razem będziemy szli. Do ludzi bożych zawsze inni ludzie się garną – to piekło jest wieczną samotnością. Pan Bóg da nam po śmierci dokładnie to, czego chcemy. Więc jeśli ktoś ma taką teorię, że wszyscy są głupi i fałszywi, a on jeden jest jako taki na kuli ziemskiej, to Pan Bóg powie: „Dobrze, będziesz miał wieczność w samotności, ze swoją przemądrzałością i swoim izolowaniem się”.
Jest taka opowieść, jak ktoś kiedyś poprosił Pana Jezusa, żeby mu pokazał piekło. Pan Jezus pokazał mu wspaniałą salę. Stół zastawiony, ludzie siedzą przy tym stole i mają przed sobą jedzenie, ale mają też długie dwumetrowe łyżki. Każdy trzyma tę łyżkę w dłoniach i próbuje nią zjeść cokolwiek, lecz nic mu z tego nie wychodzi. Ten człowiek wszystko obejrzał i prosi: „To teraz pokaż mi, Panie Jezu, niebo”. I Pan Jezus zaprowadził wtedy tego człowieka do identycznej sali: też ogromny stół, też wspaniałe jedzenie i długie łyżki, ale tutaj ludzie karmili tymi łyżkami jeden drugiego i dzięki temu wszyscy byli najedzeni. To jest niebo! Żeby karmić jeden drugiego.
Liczy się tylko miłość. Tylko każdy ma do niej inną drogę.
Podziwiamy nieraz przedstawicieli innych wyznań za ich gorliwość, za ich pracowitość, za ich religijność. Patrzymy, jak wyznawcy Allaha rozkładają dywaniki do modlitwy w miejscach publicznych, i mówimy: „Jakaż to trudna, rygorystyczna religia”. A tymczasem nie ma trudniejszej religii na świecie niż chrześcijaństwo, i nie chodzi mi wcale o praktykowanie, bo z tym bardzo różnie bywa. Mnie chodzi o to, że w chrześcijaństwie mamy kochać nawet naszych wrogów. Mamy miłować – i to jest rzecz najtrudniejsza, trudniejsza od postów, trudniejsza od modlitw, trudniejsza od różnego rodzaju przepisów religijnych.
Trójca Święta uczy nas zakochania się w zakochaniu. To jest bardzo ciekawe zjawisko! Czy ty zakochałeś się kiedyś w zakochaniu kogoś?
Słyszałem raz świadectwo młodej mężatki. Opowiadała, jak jeszcze przed ślubem jeździła pod szkołę, w której jej narzeczony pracował jako wuefista. Patrzyła, jak prowadzi zajęcia na szkolnym boisku, jak chłopaki wpatrują się w niego z podziwem, a on świetnie się z nimi dogaduje. Zdradziła mu to dopiero po jakimś czasie. Facet się łapie za głowę: „No przecież trzeba mi było powiedzieć, że tam jesteś, to wziąłbym cię na kawę do pokoju nauczycielskiego”. „Nie, nie! Ja tylko chciałam patrzeć, jak dzieci cię kochają i jak ty kochasz dzieci”.
Dla wielu ludzi miłość to „ja”, „dla mnie”, „mi”… To nie jest miłość. Oczywiście siebie też trzeba kochać i mamy mieć z tego dużo satysfakcji, ale nie na tym miłość polega. Prawdziwa miłość to zakochać się w czyjejś miłości i budować czyjąś miłość (tak jak największym grzechem jest rozbijać czyjąś miłość i wpędzać ludzi w zatwardziałość serc).
Staniemy kiedyś przed Panem Bogiem we wspólnocie: „Oto, Panie Boże, ci, których miłowałem”. Ja wiem, że ktoś może sobie w tej chwili pomyśleć: „O, to fajnie, bo ja mam taką koleżankę, z którą uwielbiam rozmawiać, i mam też takiego starego kumpla”, ale Pan Bóg powie: „Nie, nie! Przyjdź z tymi, których Ja ci wybrałem”. Bo my sobie wybieramy przyjaciół i kolegów, i to jest normalne i piękne. Natomiast ludzi do miłowania: rodziców, siostry, braci, wybiera nam Pan Bóg. (Tak na marginesie, kiedyś w jakiejś książce wyczytałem, kto to jest brat. Otóż brat to jest taki człowiek, który – jak ty jesteś bohaterką wieczoru, wszyscy ci gratulują i wszyscy cię podziwiają – podejdzie i powie: „Pryszczata, nieźle było”).
Nikt z nas nie wybierał sobie rodzeństwa, nikt z nas nie wybrał sobie rodziców. A nawet jak wybieramy męża czy żonę, to po latach często okazuje się, że nie wiedzieliśmy, kogo wybraliśmy… A Pan Bóg mówi: „Przyprowadź mi właśnie tych, których Ja ci dałem do miłowania”. Apostołowie też się sami nie wybierali. To Jezus mówił do nich po kolei: „Będziesz żył z Piotrem, z Mateuszem…” i tak dalej, i tak dalej.
Jeśli ktoś ma męża czy żonę, to albo wejdzie do nieba z tą osobą, albo w ogóle nie wejdzie.
Pyta dziewczyna: „A co, jeśli mąż mnie zostawił, wyjechał do Ameryki z kochanką i już kilka lat go nie widziałam?”. „On cię zostawił – odpowiadam. – Ale ty go nie zostawiłaś. Bo w przysiędze nie mówiłaś: Biorę sobie ciebie, z wyjątkiem sytuacji, gdy wyjedziesz do Ameryki z kimś innym. Miej więc przez ten ocean rozciągniętą linię modlitewną, módl się za niego i proś Boga, żeby się nawrócił…”
Pewna starsza pani opowiadała mi o swoim duchowym przeżyciu. Mianowicie w którymś momencie jej życia, gdy już przeszła na emeryturę, zaczęła w sumieniu słyszeć niedający jej spokoju głos: „Gdzie jest twój mąż?”. Nie mogła spać, nie mogła się modlić, tylko wciąż słyszała w sercu to pytanie (a mąż przed dwudziestoma laty poszedł w siną dal…). Wyobrażasz sobie, że ona go znalazła? Był na jakimś oddziale dla alkoholików. Opiekowała się nim przez ostatnie 2–3 miesiące życia, a potem pochowała, jak trzeba. I mówi mi na koniec: „Bogu dziękuję, że mi przypomniał mój ślub”.
Jeśli chcesz pójść do nieba, to musisz tam iść z ludźmi, z którymi wiąże cię twoje powołanie.
KS. PIOTR PAWLUKIEWICZ
Tak na marginesie, ktoś kiedyś powiedział, że szczęśliwe małżeństwo to są mężczyzna i kobieta, którzy nieustannie przebaczają sobie swoje grzechy. Wiele małżeństw rozpada się dlatego, że brakuje gotowości do przebaczenia współmałżonkowi, który pobłądził. Oczywiście wybaczyć to nie znaczy zapomnieć grzech. Nie, czasem pamięta się o czymś i przez pięćdziesiąt lat. Ale decyzja powinna być taka, że wybaczam. Co to znaczy? – Że przestaję o tym gadać: zarówno z tym człowiekiem, jak i z innymi ludźmi; że zaczynam się za tego człowieka modlić i okazuję mu życzliwość, i nie pielęgnuję myśli o doznanej krzywdzie, chociaż one się we mnie pojawiają. Mówię o tym, bo w niektórych domach bywa tak, że mąż za bardzo przytulał się do jakiejś pani w siedemdziesiątym szóstym roku, a żona do dzisiaj ciągle gada o „tej rudej z wesela”. „Proszę pani – mówię w takich sytuacjach. – Ta ruda rządzi w pani domu już od trzydziestu lat, bo pani ją wciąż przywołuje. I ona wchodzi między panią a pani męża”. Zostaw już, przeszło, przeminęło. Ogłoś amnestię…
Małżeństwo jest to związek dwóch osób, które nieustannie sobie przebaczają. Od razu więc powiedzmy sobie jasno: Jeśli nie umiesz przebaczać, nie pchaj się do małżeństwa. I jeśli nie umiesz być pokornym i powiedzieć: „Pomyliłem się”, to też nie idź w małżeństwo.
Ja z wielką pokorą muszę przyznać, że w pewnym wymiarze kapłaństwo lub życie zakonne jest o wiele prostsze od życia małżeńskiego. No bo gdy się ksiądz z księdzem na plebanii skłócą, biskup powie: „Jak się macie kłócić, to ty idź na jedną parafię, a ty idź na inną” i oni mogą się już więcej nie zobaczyć. A wam, jak się pokłócicie, nikt nie powie: ty idź na tę parafię, a ty na tamtą. Jak zamieszkacie razem po ślubie, to do końca życia będziecie z tą żoną, z tym mężem. Wychodząc za mąż, żeniąc się, kupujecie pole minowe, ale nie wiecie, gdzie są na nim miny rozmieszczone i gdzie co wybuchnie.
Mówiłem wcześniej o tym, że do nieba będziemy szli „czwórkami”. Tak! Bo miłość polega na tym, że tworzymy wspólnotę.
Dzisiaj są takie czasy, że ludzie wierzą w byle co, w jakieś bajki. Szatan jest kłamcą i chce nas z drogi wiodącej do Pana Boga, do prawdy, do świętości, zwieść. On wchodzi w nasze oczy i podsuwa nam różne podróby miłości. A co robi Bóg? – Żeby obronić nas przed tą iluzją szatana, organizuje nas w lud Boży.
Od zawsze było tak, że jak ludzie mieli przejść przez nieznany, niebezpieczny teren, np. przez prerię, to woleli być w taborze niż iść w pojedynkę. Mówili: „Chodźmy razem, w gromadzie zawsze raźniej”.
W filmie Prosta historia Davida Lyncha jest taka piękna scena, gdy bohater spotyka w nocy autostopowiczkę. Daje jej hot doga, rozmawiają o życiu i rodzinie. Ten facet pyta wprost: „Uciekłaś z domu?”, a kiedy okazuje się, że tak właśnie jest, przekonuje ją, by wróciła. Mówi: „Wiesz, jedną gałązkę łatwo jest złamać, ale wiązkę już nie”. I kiedy rano się budzi, dziewczyny już nie ma, a on zauważa pozostawiony przez nią pęk gałązek – znak, że zrozumiała jego argument.
Wspólnota domu jest niesamowicie ważna. Oczywiście dziś najwięcej ludzi funkcjonuje w podstawowych, jak to się mądrze mówi, komórkach społecznych, jakimi są rodziny. Ale my, księża, też mamy mieszkać razem: na parafiach, w klasztorach, bo zasada jest taka, że mamy mieszkać we wspólnotach. Razem.
Niektórzy mówią: „Niech by się Kościół w końcu zgodził na te rozwody, jak się ludzie mają męczyć, to niech się rozstaną”. Nieraz małżeństwa przychodzą do mnie i mówią: „Po co mamy mieszkać pod jednym dachem, skoro ciągle się kłócimy? Nie lepiej, jak zamieszkamy osobno?” – Nie. Macie mieszkać razem i być razem. Po co? – Po to, byście mieli szansę pokochać drugiego człowieka całego. Bo można kochać po wierzchu…
Przywołam tu teorię, którą często przedstawiam młodzieży, a mianowicie, że każdy człowiek ma budowę trójwarstwową.
Pierwsza warstwa to jest opakowanie. Kiedy pierwszy raz się z kimś spotkamy albo po raz pierwszy gościmy kogoś u siebie w domu, jesteśmy przemili i przesympatyczni. „Może herbatkę?” „To nie kłopot?” „Ależ zapraszam”. „Ale czy ja naprawdę nie przeszkadzam?” „Ależ skąd!” Przypomnij sobie pierwszą wizytę u teściowej albo spotkanie rodziców przed ślubem ich dzieci. No po prostu bajka. Po rękach się całują!
Opakowanie zawsze jest ładne. Ale gdy się kogoś lepiej pozna, to nie ma siły – spod opakowania wyjdą inne rzeczy: nasze lęki, zazdrości, lenistwo, chciwość, plotkarstwo. Jak się już z kimś pomieszka, nie da się tego ukryć i mówimy wtedy często z rozczarowaniem: „Na początku to był anioł, ale teraz to ja go już znam!”. Otóż mówię ci: Nie znasz go. Zobaczyłeś drugą warstwę, tę, która jest pod opakowaniem. A jest jeszcze w każdym człowieku trzecia warstwa – warstwa dziecięctwa Bożego. Bo każdy człowiek (nawet Hitler i Stalin to mieli) ma w sobie pierwiastek dobra. I dopóki żyje, ten pierwiastek dobra można w nim rozbudzić.
Porównuję to często do świecy. Nieraz siostra zakrystianka w czasie mszy wychodzi i próbuje ratować szpileczką gasnącą świecę. Wszyscy w kościele dech wstrzymują, nikt już kazania nie słucha, tylko patrzą: zgaśnie jej czy nie zgaśnie. I w końcu jest! Zapaliła się! To samo Jezus zrobił z łotrem na krzyżu. W tym człowieku gasła już dobroć, a Pan Jezus szpileczką dobroci, pokory, cierpliwym przyjęciem swojego cierpienia sprawił, że w ostatniej chwili łotr powiedział: „My cierpimy sprawiedliwie, ale On jest niewinny”. I łotr zapłonął. I poszedł prosto do raju.
W twoim mężu, w twoim ojcu, w twojej żonie płomyk może już dogasa, może jest jak łepek od szpilki, ale po to ty jesteś powołany, żeby uratować ten płomyk. Jak? – Na różne sposoby: przytulić, pogłaskać, wysłuchać… Tylko że my zamiast dobro w kimś rozpalać, często mamy odruch odwrotny: „To koniec. Mam cię już dość. Nie chce mi się z tobą gadać. Jesteś wstrętny, wynoś się, nie chcę cię więcej widzieć”. I zamiast ożywiać płomyk, plujemy na niego. A powołanie chrześcijanina jest inne. Powołanie chrześcijanina to ożywianie płomyków.
W każdym człowieku jest płomyk! Opowiadał mi kiedyś mój przyjaciel, ksiądz Boguś, który wychował się na warszawskiej Pradze, że w dzieciństwie miał kolegę Władka – razem bawili się w piaskownicy, grali w piłkę. Potem ich drogi zaczęły się rozchodzić: mój kolega został ministrantem, Władek został gitowcem2; mój kolega poszedł do seminarium, Władek podszedł do więzienia; mój kolega został księdzem, Władek został kryminalistą i to takim, że ludzie przechodzili na drugą stronę ulicy, jak Władek szedł.
Któregoś dnia matka tego Władzia spotkała mojego kolegę Bogusia na ulicy i mówi: „Księże Bogusławie, czy ksiądz by nie odwiedził mojego Władka w szpitalu na Pradze, bo on już umiera, przepity, zniszczony”. Władek, jak zobaczył Bogusia przy swoim łóżku, mówi: „Boguś, przyszedłeś do mnie! No widzisz, co to się ze mną porobiło, ja to nigdy za idealny nie byłem. Ale wiesz co, Boguś, jak pielęgniarka wyjdzie, to ja ci pokażę, co ja mam pod poduszką”. Boguś był przekonany, że Władek wyjmie albo pół litra, albo papierosy, żeby pokazać, jak on cały personel w konia robi. Kiedy pielęgniarka wyszła, Władek sięgnął pod poduszkę i wyjął… książeczkę do nabożeństwa. I taki zaaferowany mówi gwarą warszawską: „Matka mnie te modlytewki przyniosła, wiesz, że ja se to czytam? Jakie to ładne”. Niedługo po tym spotkaniu Władek wyspowiadał się u kapelana szpitala, a parę dni później umarł.
Przyznajmy szczerze (ja też muszę to przyznać), że gdybyśmy takiego Władka mijali na ulicy, to pewnie powiedzielibyśmy: „Pozamykać! Do więzienia!”. A ja życzę nam wszystkim, żebyśmy przed śmiercią „modlytewki” sobie odmawiali, wyspowiadali się i – mam nadzieję – poszli do nieba.
Mamy kochać drugiego człowieka całego! Mawiamy czasem, że kochamy papieża. Wiesz, dlaczego ludzie kochają papieża? – Bo jest daleko. Ale gdyby Karol Wojtyła nie został papieżem, tylko proboszczem w naszej parafii, to byśmy go już tak nie kochali. I niejeden by powiedział: „Oj, ten Wojtyła, to ostro nas na kolędzie potraktował… Co on sobie myśli?”. Tak samo jest, jak mówimy, że kochamy aktorów. No jasne! W telewizorze to oni są do rany przyłóż, a co się dzieje w ich domach? Poczytajcie, ile tam tragedii, ile rozwodów.
Na odległość łatwo jest kochać… Ale my mamy kochać całego człowieka. To jest dopiero miłość, o jaką Panu Bogu chodzi. My możemy się w kimś zakochać, adorować go, ale taka jest cecha naszej skażonej natury, że w naszej „miłości” zawsze będziemy dążyć do własnej przyjemności i własnego dobra. Natomiast miłość, jaką Jezus pokazał na krzyżu, jest darem od Pana Boga i polega na tym, by troszczyć się o swoją i innych drogę do nieba. To jest czysta miłość. Takiej miłości trzeba się uczyć i o taką miłość trzeba prosić.
Zwróćmy uwagę na formułę ślubu. Jest prosta: „Biorę ciebie za męża; biorę ciebie za żonę: Anno, Krzysztofie, Beato”. Co to znaczy „biorę ciebie”? – „Biorę ciebie całego. Wszystko biorę, zarówno w wymiarze głębi duszy, jak i w wymiarze upływającego czasu. Już dzisiaj żenię się z twoją starością, żenię się z twoimi siwymi włosami, które pojawią się za kilkadziesiąt lat. Wychodzę za mąż za twoją, mężu, depresję i za twoje dołki, i za wszystkie twoje choroby i zniecierpliwienia”. A wielu ludzi zupełnie inaczej traktuje ślub: „Żenię się z twoją urodą, z twoją piękną figurą, ale, żono, jak zaczniesz mieć depresję, jak mi zaczniesz płakać w małżeństwie, to wynocha z domu. Mężu kochany, wychodzę za twoje karty kredytowe i twoje poczucie humoru i za twoją przedsiębiorczość. Ale jak mi się zmienisz, to cię nie znam”. To ma być miłość? To są transakcje handlowe, a nie miłość!
My, chrześcijanie, wierzymy, że Bóg to jest czysta miłość: niepojęta i nieskończona. A zatem każdą ludzką miłość mierzy się tym, czy ja komuś daję Boga, czy mu Go odbieram. Kocham człowieka, jeśli robię wszystko, by on się znalazł w niebie. Jeśli dla kogokolwiek jestem tym, który go od nieba odciąga, to nie ma mowy o miłości.
Taką miłość – powtarzam – miał w sobie Jezus. Zresztą rozumienie miłości jako troski o zbawienie innych to jest klucz do zrozumienia postępowania Jezusa. Bo Jezus nieraz się dziwnie zachowywał, czym zaskakiwał apostołów, a tymczasem On robił wszystko, żeby wszyscy ludzie znaleźli się w niebie. Kochasz kogoś? – To życz mu, żeby był w niebie, i rób wszystko, żeby w niebie się znalazł.
Kiedyś kolega opowiadał mi, jak jako jeszcze młody chłopak przewrócił się na rowerze, przekoziołkował, i wrócił do domu poobijany. Mama mu obmywa kolana i pyta: „A czy jak się przewracałeś, to myślałeś o… – i on był pewien, że zapyta o mamusię, o tatusia, a tymczasem ona dokończyła: …o Panu Bogu? Czy pomyślałeś o tym, że to jest być może ostatnia sekunda twojego życia?”. To jest matka! Spotkałem ją kiedyś na Starym Mieście: „Co pani tu robi, pani Zosiu?” – „Wie ksiądz, mam czterech synów, a moja dzielnica jest niezbyt elegancka, więc co miesiąc na mszę za nich daję, bo zimno mi się robi, jak pomyślę, że któryś z nich mógłby nie pójść do nieba”.
A ty myślisz o tym, czy twój syn albo mąż pójdzie do nieba? Myślisz, co zrobić, by kolega z pracy poszedł do nieba? Bo jeśli o tym nie myślisz, to nie kochasz.
Do nieba będziemy wchodzili z tymi ludźmi, którzy są nam dani do miłowania. A co z tak zwanymi singlami? Czy jest powołanie do samotności? – Nie. Nie ma powołania do samotności. Jest powołanie do bezżenności, że ktoś nie założył rodziny i mieszka sam, ale nie do samotności. Tylko tu trzeba rozróżnić, o jakiej samotności mówimy.
