Żyćko - Kaczyński Mateusz - ebook
NOWOŚĆ

Żyćko ebook

Kaczyński Mateusz

0,0

Opis

Stolica żyje inaczej niż inne miasta. Pędzi tylko pozornie. Pod spodem buzuje drugie dno. Książka Mateusza Kaczyńskiego to kalejdoskop scen, widoków, postaci, spostrzeżeń. Skrawki, okruchy fragmenty, wyłowione z codzienności czujnym okiem autora. Zabawne, dziwne, zaskakujące. Razem składają się na wciągający obraz warszawskiego „żyćka”. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 104

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redakcja

Elżbieta Kuszmider

Korekta

Katarzyna Krzan

Okładka

Zofia Stybor

Zdjęcie na okładce

Mateusz Kaczyński

Skład

Katarzyna Krzan

Druk i oprawa

Bookpress.eu

Copyright © by Mateusz Kaczyński 2026

Copyright © for this edition by

Wydawnictwo Seqoja 2026

ISBN druk: 978-83-67935-58-6

ISBN e-book: 978-83-67935-59-3

Wydawnictwo Seqoja

ul. Żołnierska 11B/20, 10-558 Olsztyn

tel. 534 834 852

e-mail: [email protected]

www.seqojawydawnictwo.pl

Olsztyn 2026

wydanie I 

Zacząłem pisać „Żyćko” około dwunastu lat temu. W 2014 roku dołączyłem do ekipy „Pańskiej Skórki – subiektywnego bloga o Warszawie”, na którego łamach dzieliłem się spostrzeżeniami o stołecznej rzeczywistości. Warszawa dziesięć lat była zupełnie inna niż dziś. W niedziele handel odbywał się bez przeszkód do godzin późnowieczornych, druga linia metra była dopiero w budowie, a o porządku na Placu Defilad mogliśmy dopiero pomarzyć. Pracowałem w wielkich międzynarodowych korporacjach, których biura mieściły się w śródmiejskich wieżowcach. Kilka razy w tygodniu krążyłem między Grochowem, Wolą, a centrum. Podczas przerw lunchowych przechadzałem się po podwórkach kamienic, a w weekendy szlajałem po lokalach. Dużo działo się w tym czasie – zarówno w moim życiu, jak i w Warszawie. „Żyćko” to zapis tamtych dni. Tomik jest zbiorem przemyśleń, galerią postaci prawdziwych i lekko podkoloryzowanych, a także urywkami zasłyszanych rozmów i szczyptą mojej bujnej fantazji. Resztę przeczytajcie sami.

I  ZIMA

Radomski

To był dziwny koniec roku. Pojechaliśmy na Saską Kępę. U Turka nieczynne, bo remont. Poszliśmy więc uliczkę dalej, do Wietnamczyka. Złożyliśmy zamówienie. Oczekiwanie na ostatni obiad roku umiliły nam tyrady Radomskiego. Siedział przy stoliku obok. Wyprasowana koszula, markowy sweter z dyskretnym logo, eleganckie spodnie – sznyt niczego sobie. On zaś cały czerwoniutki. Poprosił o rachunek i wtedy się zaczęło.

– Czy wie może pani, gdzie jest tu najbliższy kantor? – zapytał ekspedientkę.

– Nie, dlaczego?

– No tak… Płaci pani w złotówkach, ja z kolei w dolarach i funtach.

Radomskiemu zdarzało się płacić także w jenach. Na autostradzie.

Łatwo nawiązywał relacje międzyludzkie. Z rozmówcami utrzymywał bezpośredni kontakt wzrokowy. Dosłownie świdrował spojrzeniem.

– Ładne ma pani włosy… Jest pani sama czy z chłopakiem? – rzucił do dziewczyny, która siadała akurat przy stoliku obok. – Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać. Lubię tak czasem wprawić kobietę w zakłopotanie.

W oczekiwaniu na rachunek kontynuował rozmowę z blond niewiastą, która siedziała naprzeciwko niego. Mówił, że ma około czterdziestu lat, że niedawno był na dyskotece, a konkretnie w klubie Explosion. Nie omieszkał zawołać do kelnera przez pół sali z pytaniem, czy podoba mu się Radom.

– Widzi pan, tak się składa, że pan jest z Radomia i ja też. Tylko inaczej. Jestem Radomski, ale z nazwiska. Pochodzę z Podlasia. Miałem tam ziemię po dziadku. Ale Radom jako miasto mi się podoba. Można też mieszkać w Warszawie albo we Wrocławiu.

Do stolika dosiadł się, jak to sam określił, „jego żołnierz”, koleżka trochę bardziej wysublimowany. Przez dobre dwadzieścia pięć minut wciągał tabakę na cały nos. W tym czasie Radomski chwalił się, jak to kupił koledze roleksa za osiem tysięcy sześćset złotych. Kolega poprosił go o zegarek, a rozliczyli się przelewem w Western Union. Tak wyszło lepiej. I międzynarodowo.

Jako atrakcyjny mężczyzna Radomski miał powodzenie u kobiet. Na dyskotece aż się od nich opędzał. Kiedy któraś chciała zapędzić go do łóżka, pouczał ją, że na wszystko przyjdzie czas. Mówił, żeby była spokojna. Najpierw chciał poznać jej rodziców, siostrę i brata, a dopiero później ten teges. Podkreślał, że lubi sprawiać kobietom przyjemność, dlatego zawsze przynosi im róże.

Po sekundzie zadumy uśmiechnął się do „swojego żołnierza” i powiedział, że lubi ćwiczyć boks. Sam był mały, ale większego powaliłby uderzeniem bez problemu. Nikt się nie śmiał. W knajpie panowała cisza.

Radomski dużo też mówił o gotowaniu. Codziennie jadał gdzie indziej. Dania szybko mu się nudziły, więc spożywał je rotacyjnie. Raz na dwa tygodnie następowała całkowita zmiana jadłospisu. Gdy pewnego razu złowił szczupaka w Bugu, to od razu dał go na patelnię. Kolejnego dnia jadł w hinduskiej restauracji, a po sylwestrowym posiłku wybierał się jeszcze do kawiarni. Był łowcą, smakoszem i kucharzem w jednej osobie.

Radomski nie lubił nudy, dlatego cały czas mówił. Uśmiechał się do rozmówców. Śmiał się na głos i cicho pod nosem. Wszystko to z jednym wyrazem twarzy – grymasem przypominającym uśmiech przez ściśnięte wargi.

Kiedy przyszedł rachunek, zapytał czy może zapłacić gotówką. Wyciągnął dwudziestozłotowy banknot. Później poszedł do kantoru. Czy wrócił, by zapłacić resztę? Nie wiem. Tyle go widziałem.

Bałwanek jednej nocy

Wczoraj na chwilę zrobiło się biało. Zima zawitała do miasta po raz pierwszy w tym roku. Śnieg sypał nieprzerwanie, a ludzie podchodzili do okien i z zachwytem patrzyli, jak ulice znikają pod błyszczącym puchem.

Uważacie, że Warszawa jest katolickim miastem? Ba, chrześcijańskim w ogóle? Myślicie, że naprawdę wierzymy w Boga? Dobrze się zastanówcie, zanim odpowiecie w duchu na te pytania. Wystarczy odrobina śniegu, by w bogobojnym ludzie obudziły się pradawne odruchy. Głęboko skrywane i jeszcze silniej tłumione, wypełzły na powierzchnię.

Gdy wyjeżdżałem z domu do pracy świeciło piękne słońce. Nic nie wskazywało na potężną zawieruchę, która miała nadejść przed południem. Rano cieszyłem się Warszawą bez zimy, a popołudniem przeklinałem służby oczyszczania miasta. Śnieg powoli topniał i przeistaczał się w tak charakterystyczną dla zimy w mieście breję.

Wjechałem rowerem na parking. Byłem zadowolony, że przejażdżka dobiegła końca, bo naprawdę nie dało się jechać w takich warunkach. Gdy otrząsnąłem się ze stresu podróży, zauważyłem na parkingu pod drzewem grupkę dzieci, które dziwnie się zachowywały.

Piątka maluchów w kolorowych puchówkach i kombinezonach narciarskich biła pokłony przed ulepionym ze śnieżno-błotnej masy bałwanem. Cała piątka padła na kolana przed fałszywym idolem, ich nowym bogiem.

– Bałwanku Buli, wielbimy ciebie! Składamy ci dzięki, że darowałeś nam śnieg! Panie w przedszkolu mówiły, że zimy już nigdy nie będzie! Nie wierzymy w globalne ocieplenie! Ześlij więcej puchu, żeby starczyło go na śnieżną bitwę! – modliły się monotonnym jednogłosem maluchy.

Stałem jak wryty i patrzyłem.

Po skończeniu modłów dzieci oddały bałwankowi serię pokłonów i wsiadły na stojące obok sanki. W opętańczym pędzie ciągnęły się nawzajem po parkingu. Ich ślady układały się w dziwne koliste wzory, które nawzajem się przecinały. Dziecięce zaprzęgi przyśpieszały. Po kilku minutach sankowej pogoni zatrzęsła się ziemia, a wokół bałwanka Buliego pojawiła się jaśniejąca poświata.

– Jam jest panem zimy! Jam jest waszym panem! – wykrzyknął bałwan.

Dzieci momentalnie przestały jeździć. Wytrzeszczyły oczy, po czym zaczęły krzyczeć. Przerażone pobiegły do swoich mieszkań. W tle majaczyła złowrogo wieża kościoła świętego Wojciecha.

Rano przyszło ocieplenie. Śnieg rozpuścił się, a po podwórkowym bałwanku nie został najmniejszy ślad. Biała zima sobie poszła. Nie brakowało za to błotka. Widocznie taki już los pogańskich bożków.

Napisane zostało: „Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył”. Tak, tak, dzieciaczki. Do kolejnego ataku zimy.

Opierdol

Dwóch budowlańców stało na podwórku ekskluzywnej kamienicy. Byli wyraźnie poddenerwowani.

– Jaki mam przynieść? – zapytał pierwszy.

– Byle jaki. Tylko się pośpiesz. Nie będę czekać całego dnia – odburknął drugi.

Była siedemnasta, a dokoła panowały egipskie ciemności.

Kwiatek do kożucha (albo głośnik do choinki)

Nastał ten czas w roku, kiedy choineczki lądują na śmietnikach. Szukałem miejsca parkingowego na Poselskiej, aż tu nagle wolną przestrzeń postojową wskazało mi bożonarodzeniowe drzewko, a właściwie to, co z niego zostało. Bezpańskie truchło leżało pod zakazem wjazdu na rogu Poselskiej i Nurskiej. Biedne i pożółkłe; jego właściciel nawet nie pofatygował się do śmietnika oddalonego o niecałe dziesięć metrów. Ale dzięki temu wskazało mi drogę.

Tak było wczesnym popołudniem. Wieczorem sytuacja znacznie się pogorszyła. Na jednym z podwórek przy Mokotowskiej za fasadą okazałej kamienicy również dogorywały choineczki. Ich sterta leżała pomiędzy trzepakiem, a kontenerami na szkło. Jakaś litościwa dusza przykryła kilka drzewek czarną plastikową folią, żeby przypadkiem nie zmarzły w nocy. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, że noworoczny czas przeminął. Jego miejsce zajęła karnawałowo-wielkopostna pustka. Mariensztacki rynek wciąż błyszczał blaskiem kolosalnej neonowej choinki, ale to już jakoś nie pasowało.

Czasami jednak niepasujące do siebie elementy tworzą całkiem zabawną całość. Przyjechałem na trening judo. W szatni pan szatniarz, emeryt, słuchał Radia Maryja. Z trzeszczącego nadajnika dobiegał głos kapłana. Nauczał, jak żyć i wykorzystać to, co daje nam Pan Bóg. Parę chwil później przekonałem się na własnej skórze, co Najwyższy dla nas przygotował – ostrą dwudziestominutową rozgrzewkę. Wysiłkowi na macie towarzyszyły również niespodziewane dźwięki. Trener (postawny pan w wieku sześćdziesięciu lat) okazał się fanem ulicznego rapu. „Nie poddawaj nigdy się, ziomuś, słyszysz!”popłynęło z miniaturowego głośnika. Zawodnicy, którzy i tak się nie obijali, zaraz dali z siebie jeszcze więcej.

Jednak najciekawszym zjawiskiem, prawdziwym kwiatkiem do kożucha okazał się dresiarz gimnazjalista, którego spotkałem w Złotych Tarasach. To jemu bezsprzecznie należy się moja nagroda „zadumy i zdziwienia”. Chłopiec miał na sobie czapkę z daszkiem, skarpetki naciągnięte na nogawki bawełnianych spodni i mocno opiętą puchową kurtkę. Na ramieniu zwisał mu pokaźny głośnik typu „boombox”. Nie żaden wypierdek, ale działo samobieżne z donośnym basem. Młodzian nucił pod nosem słowa rapowej piosenki i przechadzał się zamaszystym krokiem między stolikami strefy jedzeniowej. Ja zaś jadłem rybę i patrzyłem. Rzadko kiedy bowiem jest mi dane otrzymać taki bonus w cenie posiłku. Nawet po zniżce pracowniczej.

O patelni kserowaniu

Wizyta w supermarkecie w niedzielę wieczorem dostarczyła mi wielu niespodziewanych wrażeń. Wszystko zaczęło się od patelni, która była przeceniona z sześćdziesięciu złotych na trzydzieści. Obniżkę potwierdzała naklejka. Problem pojawił się, gdy kasjerka zeskanowała kod kreskowy, a na wyświetlaczu pokazała się pierwotna cena. Był jednak niedzielny wieczór, a o takiej porze nikomu nie chce się awanturować.

Kasjerka odesłała mnie do działu obsługi klienta. Rządziła tam niska pani o atletycznej budowie ciała i energicznym usposobieniu. Ochoczo i z werwą zabrała się do rozwiązywania patelnianej zagadki. Najpierw poinformowała mnie, że kasjer tylko nabija i nie ma tu nic do gadania oraz że zaraz dowiemy się, o co w tym wszystkim chodzi. Przez telefon wezwała asystentkę z działu artykułów kuchennych, która potwierdziła obniżoną cenę patelni. Wyrok był prosty – klient nasz pan. Obowiązuje cena z naklejki i należy wypłacić różnicę. Kierowniczka działu obsługi klienta energicznym ruchem wyrwała mi patelnię, po czym umieściła ją w kserokopiarce, przykryła pokrywą i wykonała fotokopię niezbędną do udokumentowania sprawy.

Myślałem, że chciała zabrać patelnię, by ją wymienić na inną, ale od razu mnie uspokoiła. Powiedziała, że to normalna reakcja klientów, kiedy zabiera się im towar do skserowania. Z uśmiechem przyznałem, że nigdy wcześniej nie widziałem, by ktoś kserował patelnię. W odpowiedzi usłyszałem, że kserokopiarka ma jeszcze wiele innych zastosowań. Raz posłużyła do skopiowania mięsa na kotlety. Wtedy również pojawił się problem z niewłaściwą ceną. Mięso musiało więc zostać skserowane. Bez kopii kodu kreskowego i paragonu dział kontroli rozpocząłby dochodzenie na szeroką skalę. Szczęśliwie mamy kserokopiarkę, dzięki której wszystko jest skrupulatnie zarchiwizowane i rachunki oraz zwroty się zgadzają. Jaja na patelni będę dopiero smażyć, ale wiem, że jej zdjęcie, niczym skazańca, figuruje w sklepowym archiwum. Kserowanie twardego wołowego to pół biedy. Gorzej z mięsem na mielone – jego proces obróbki termicznej zaczął się już na rozgrzanym blacie kserokopiarki. Dobrze, że dział obsługi klienta nie zmienił się w restaurację inną niż wszystkie. A może szkoda? W tym centrum handlowym akurat brakuje porządnego baru z hamburgerami…

Powyższa historia nie jest zmyślona. Wydarzyła się naprawdę. Płynie z niej pewien morał – czasem warto zapuścić się gdzieś o nietypowej porze. W niedzielne wieczory całodobowe supermarkety zazwyczaj bywają puste, a ich pracownicy są spragnieni interakcji z drugim człowiekiem. Kiedy wkraczamy w pustą przestrzeń galerii handlowej, wypełniają ją nasze myśli. Dzieje się tak, bo muzyka gra ciszej, a poza tym nikt nie próbuje wyprzedzić nas wózkiem, by stanąć w krótszej kolejce przy kasie. Nareszcie możliwe jest skupienie. Gdy wykonujemy tylko jedną czynność – czyli zajmujemy się wyłącznie zakupami – klęska urodzaju w postaci nadmiaru towarów dostępnych na półkach przestaje być udręką. Brak nadmiaru bodźców pozwala wybrać to, co naprawdę chcemy kupić. Z kolei sprzedawca nie czuje presji wyrobienia normy.

Kilka minut przed dwudziestą drugą nastaje czas, gdy powraca ochota na rozmowę. Pogawędka ucięta przy stoisku z warzywami przywraca ludzką twarz odhumanizowanej świątyni handlu. Wracają wspomnienia z osiedlowego warzywniaka, gdzie sprzedawca znał wszystkich z imienia. W supermarkecie nie musimy wprawdzie zapoznawać się z ekspedientem – czyni to za nas plakietka na jego uniformie, ale warto przedstawić się i zagadać, co słychać w dziale mięsnym. Choć na chwilę wytrącicie siebie (i jego) z nudy. W zamian być może będzie wam dane skserować mięso. A to już gra warta świeczki.

Ulica Małego Czarka

We wtorkowy wieczór Dolinka Szwajcarska wyglądała niczym z obrazu Breughla. Zasypało ją śniegiem, nocni spacerowicze brnęli w puchu po kostki. Pies w świecącej niebiesko obroży wskoczył do fontanny. Właścicielka pognała za czworonogiem. Na szczęście wodotrysk był wyłączony na zimę. Obroża migała miarowo.

Dolinka to miejsce popularne wśród psiarzy, którzy i dobrze się znają i dbają dobre stosunki między pupilami. Jest na przykład pan Przemek, który pasjonuje się historią drugiej wojny światowej. Nie wiem, czy jego pies Lobo podziela te zainteresowania. Z pewnością jednak pasjonują go długie spacery. Pewnego razu pan Przemek zaniemógł. Miał powód – zmęczył się własnymi imieninami. Zapadł w niemoc tak straszliwą, że musiał poprosić o pomoc Andrzeja. Andrzej okazał się stróżem psa sąsiada swego. Przez dwa dni bez słowa wyprowadzał Lobo w Dolince Szwajcarskiej. Gdy pan Przemek wydobrzał, postanowił się sąsiadowi odwdzięczyć. W przypływie ułańskiej fantazji podarował Andrzejowi ułańską szablę. Sam ją widziałem. Dobrze, że panu Przemkowi nie przyszło do głowy, by zabrać ją ze sobą na spacer z psami. Z pewnością wystraszyłby tym kawałkiem żelastwa Bajlę (była wtedy trochę płochliwa). Czarutek pozostałby niewzruszony. Mało co potrafi go zdenerwować.

Czarutek zazwyczaj ma dobry humor. Jako pies z pewnością nie przejmuje się dekomunizacją ulic. A powinien, bo jedna z najgorętszych dyskusji rozgorzała wokół jednej z ulic Woli. To tam spędził dwa tygodnie podczas wyjazdu Andrzeja do Egiptu. Babcia Mirka nie raczyła poinformować go o tym, że najpierw mieszkał na ulicy Małego Franka, którą krótkotrwale zdekomunizowano i przemianowano na ulicę Danuty „Inki” Siedzikówny. Ulica odzyskała później pierwotną nazwę, ale nic już nie było jak dawniej. Czarutek znalazł się w oku dekomunizacyjnego cyklonu.

Prawdziwi Polacy pomstowali w internecie: „Wola dla Polaków! Mały Franek i Duży Rafałek niech jadą do Berlina!”. Na chałupniczych grafikach twarz Inki krzyczała: „Nie będą miała swojej ulicy w Warszawie!”. Mały Franek przekrzykiwał ją złowrogo: „Znów będę patronem ulicy, przy której mieszkasz”. A w tle cichutko poszczekiwał Czarutek. Tak łatwo można by było przeciąć ten węzeł gordyjski, nazywając uliczkę na Woli jego imieniem... „Dzień dobry, poproszę taksówkę. Dokąd jedziemy? Na Małego Czarka”.

Oczami wyobraźni widzę kundelka triumfującego nad armią urzędników. Niech jego panowanie trwa, a Inki i Franki niech wrócą tam, skąd przybyły. A wszystko to w imię dekomunizacji, psia jego mać!

Widać, że z Warszawy

Było tuż po Nowym Roku. Pojechaliśmy na północno-wschodni kraniec Polski. Panowała tam prawdziwa zima – zaspy śniegu, mroźny wiatr i biel. Nie to, co w stolicy. Zima w mieście to substytut, bo momentalnie się rozpuszcza. Albo ją rozjeżdżą i zamiast puchu mamy błoto.

Pierwszego dnia byliśmy zupełnie sami. Drugiego dnia wieczorem do chaty dotarło starsze małżeństwo. Od pań z obsługi wiedzieliśmy tylko tyle, że przyjechali z bardzo daleka, bo aż z Katowic. Potwierdzały to tablice rejestracyjne ich samochodu. A więc ze Śląska... pomyślałem. Ale jacy byli ci Ślązacy? Przekonaliśmy się kolejnego ranka przy śniadaniu. Uprzejmości i taktu nie dało się im odmówić. „Dzień dobry”, „Do widzenia”, „Smacznego” – wymienialiśmy się grzecznościami z sąsiadami ze stolika obok. Podczas posiłku rozmawiali cichutko, żeby przypadkiem nikomu nie przeszkadzać.

Pan był prawnikiem, a pani dyrektorką finansową. Skończyliśmy śniadanie i wstawaliśmy od stołu. Oni również. „Widać, że z Warszawy” – usłyszałem. Czy miałem omamy? Odezwał się we mnie Grzesiukowy gniew: „od stolicy ręce precz”. Kolejny posiłek spędziłem na szczegółowej obserwacji sąsiadów przy stole obok. W czym ich Śląsk miałby być lepszy od stolicy? Z pewnością nie pod względem manier. Skrupulatnie zapamiętywałem argumenty, by zadać nieoczekiwany cios. Ona – dyrektorka finansowa – siedząc przy stole zdejmowała buty i drapała się po plecach. On – prawnik – mówił z pełnymi ustami, mlaskał i rozmawiał z panią z obsługi nawet się do niej nie odwracając. Na dodatek raz po raz coś im nie smakowało, a my grzecznie zjadaliśmy wszystko. Miałem już kilka haków na Ślązaków.

Minęło kilka dni, a ja do samego końca pobytu czujnie obserwowałem katowickie małżeństwo. W niedzielne popołudnie równocześnie zasiedliśmy do stołów.

– To skąd państwo przyjechali? – zapytała dyrektorka finansowa.

– Z Warszawy – odpowiedziałem. – A państwo podobno z Katowic? To kawał drogi, prawie osiemset kilometrów...

– Owszem to daleko. Przeważnie jednak robimy sobie przerwę w podróży. Kiedy jedziemy tu z Katowic od naszych dzieci, to zatrzymujemy się na noc w naszym mieszkaniu w Warszawie – odpowiedział prawnik. – Bo w ogóle to jesteśmy z Warszawy.

– Czyli tak, jak państwo – odpowiedziała z uśmiechem jego żona.

– Czyli tak, jak my – potwierdziliśmy razem z Madzią.

Wróciliśmy do posiłku. Zamilkłem. Widać było, że jestem z Warszawy.

Arka Roberta

Przed wieżowcem „Złota 44” zainstalowano jacht. Łódź była wprawdzie pokazowa, ale solidna. Cała w kolorze kremowym, miała dwa pokłady.

Była to arka Roberta Lewandowskiego.

Kiedy nadejdzie potop, Wisła wystąpi z brzegów i nas zaleje. Znikniemy pod wodą. Napastnikowi polskiej reprezentacji nic jednak nie grozi. Robert będzie mógł spokojnie podryfować ku zbawieniu. Kiedy wezbrana fala sięgnie czterdziestego pietra, piłkarz zeskoczy z wieżowca prosto na pokład. Popłynie dalej. Kogo zabierze ze sobą? Kto okaże się godny? Z pewnością nie ja. Nie lubię piłki nożnej. Pracuję jednak obok mieszkania Roberta i czasami widzę, co się tam odbywa. Powiem wprost: w zasadzie nic. Najwyższe piętra „Złotej 44” za dnia pozostają puste. I tylko raz widziałem, jak ktoś zapalił w nich światło nocą, ale raptem na kilka sekund.

Rejs arki Roberta z pewnością będzie długi. Doradzałbym więc rozsądny wybór pasażerów. By przetrwać potop, Robert będzie musiał dopłynąć aż do tęczy. Najbliższa, która był w Warszawie, czyli ta na placu Zbawiciela spłonęła dawno temu. Na prawdziwą zaś nie ma co liczyć, bo zza smogowych chmur rzadko kiedy wygląda słońce.

Kolejnego ranka poszedłem do pracy. Wielka woda nie nadeszła, a elegancka łódź zniknęła sprzed wieżowca. Widziałem jak robotnicy pakowali ją na lawetę niczym nieprawidłowo zaparkowane auto.

Na murku Pod „Złotą 44” siedziało dwóch kloszardów.

– Stanie się to za życia albo za śmierci – powiedział jeden do drugiego. – Tylko że ja się śmierci nie boję.

– Na coś trzeba umrzeć. Na przykład na papieroski – odparł drugi. – À propos papierosków, to może szefie byś jednego odstąpił? – powiedział do przechodzącego robotnika, który mocował jacht do lawety.

Pracownik nawet nie spojrzał w jego stronę.

– Dlaczego mnie, człowieku, nie wysłuchasz? Może oprócz papieroska chciałem poprosić cię o coś innego? – wykrzyczał zirytowany kloszard.

– No to dawaj na pokład – odpowiedział robotnik i szerokim gestem zaprosił go, by wstąpił na jacht.

– Zbyt elegancka. Poza tym nie wolno tam palić – odburknął kloszard na murku.

Łódź na lawecie pojechała dalej, a stan Wisły do dzisiaj pozostaje stabilny.

Panie Robercie! Myślę, że nie mamy się o co martwić.

Przekleństwo

Kto nie lubi sobie czasem puścić solidnej wiązanki, niech pierwszy rzuci kamieniem. Ja tam lubię. Lubią i Warszawiacy, od których w ostatnich dniach nasłuchałem się wielu soczystych określeń. I tak, na przykład, pewien pan wrzucał pieniądze do parkomatu.

– Kurna, jak cię pierdolnę! – powiedział zdenerwowany.

Odwróciłem się w jego stronę i usłyszałem, żeby ktoś założył mu działalność, bo im się to opłaca. Założenie działalności gospodarczej parkomatowi to dopiero sztuka! Dopiero po chwili zorientowałem się, że płacący za postój auta jegomość wisiał na słuchawce, a właściwie słuchawkach. Dwa cienkie białe kabelki zwisały z jego uszu. Rozdrażnienie było spowodowane rozmową przez telefon. Systemową wielozadaniowość czynnik ludzki rozgryzł przysłowiowym „wkurwem”. Lepiej skupić się na jednej czynności naraz. Powolutku, bo inaczej wiadomo – od razu nerwy.

Z telefonami było jednak coś na rzeczy. Pan w sklepie z metalowym prowadził właśnie gorącą dyskusję, kiedy wszedłem do środka. Spojrzał na mnie, ale musiałem poczekać dobre dziesięć zanim zaczęliśmy rozmowę. W tym czasie dowiedziałem się, że Baśka jest nieźle jebnięta, bo nie bierze żadnych faktur, a także, że szef nie ma układów w hurtowni, kupuje wszystko w detalu i, cytuję: „rżnie pracowników na każdym produkcie”. Uff.

Sprzedawca odłożył w końcu słuchawkę i spojrzał łaskawie na wkładkę do zamka, którą położyłem na ladzie.

– Paaanie! – wydarł się wniebogłosy ekspedient i przy okazji wywrócił znacząco oczami. – Pan to chyba jakieś chujowe chińskie drzwi masz.

– Jakieś chujowe – odpowiedziałem.

– Ta wkładka jest inna niż wszystkie. Takiego szmelcu nigdzie pan nie dostaniesz. Chyba że w internecie.

Podziękowałem więc i pojechałem dalej. W sklepie z zamkami na Wolskiej udało się dobrać odpowiedni zamek. Jakimś cudem bez przeklinania.

Karton wieczorową porą

Jedni siedzą przed telewizorami i oglądają wiadomości. Inni dogorywają po weekendzie i drżą na myśl o poniedziałku. Są też i tacy, którzy oddają się prozaicznej czynności poszukiwania kartonu o wpół do dziesiątej wieczorem.

Na początku słowo komentarza: karton był nam pilnie potrzebny. W głowie rozrysowałem najbardziej odpowiednią trasę jego poszukiwań. Po drodze do domu mieliśmy do odwiedzenia wiele supermarketów. Zaczęliśmy od Tesco na Gocławiu. Niestety w strefie dostaw czekał na nas jedynie bezpański wózek zakupowy i trzy zmaltretowane kuchenki gazowe. Na upartego można by wykręcić z nich drzwiczki i inne sprawne elementy. Tę przyjemność zostawiliśmy jednak złomiarzom z blokowisk.

Nie traciliśmy nadziei. Niecały kilometr dalej tyły supermarketu sieci Lidl świeciły pustkami. Panował tam prawdziwie niemiecki Ordnung. Obsługa dawno wszystko sprzątnęła. Podążaliśmy dalej. Wjechałem w gąszcz nowego blokowiska, w którym roiło się od sklepów pod szyldem płaza i robaka. Humory po chwili nam wróciły. Trafiliśmy na czerwony kontener pełen pudeł. Bingo!

Zaczęło się grzebanie. Oferta była całkiem bogata, więc nie mogliśmy się zdecydować, które pudło wybrać. Niestety po dokładniejszych oględzinach wszystkie kartony okazały się brudne albo mokre. Selekcja zakończona fiaskiem trwała około dziesięciu minut. Zza rogu przyglądał nam się ochroniarz. Wydawał się mocno zdziwiony. Wycofaliśmy się. W tej samej chwili pod kontener z piskiem opon zajechało białe BMW. W środku siedzieli dwaj smutni panowie o łysych głowach. Jeden z nich opuścił przyciemnianą szybę i nonszalancko wyrzucił worek śmieci do kontenera. Ochroniarz patrzył na wszystko jak wryty.

Pod kolejnym sklepem czekały nas tylko europalety. Wobec tego należało zmienić taktykę. Jedyny karton, który mógł nas uratować, to taki po kosmetykach. Kosmetyki są czyste. Rozwiązaniem była szybka wycieczka pod śródmiejski salon Ireny Eris. Tym razem intuicja nas nie zawiodła. Było w czym wybierać. Najbliżej pożądanych wymiarów było pudełko po butach oraz opakowanie po szerokokątnym telewizorze. Mimo kolejnej porażki poczuliśmy zew kartonowej krwi.

Po drodze minęliśmy jeszcze kilka sklepów. Skupionym wzrokiem wypatrywałem porzuconych kartonów. Pod Halą Wola namierzyłem dwa potencjalne cele. Niestety okazały się być betonowymi doniczkami z czasów PRL-u.

W końcu dojechaliśmy do domu. Była prawie dwudziesta trzecia, a my wracaliśmy z łowów z pustymi rękami. Jutro czekała nas wycieczka na pocztę, żeby kupić karton, w którym wysłalibyśmy paczkę do Ameryki. Zgasiłem silnik i odruchowo spojrzałem na neon budynku chłodni „Mors”. A potem przeczytałem go od tyłu i zrozumiałem, że nic już nie będzie takie samo.

Wszystko przez kartony.

Zimowa moda

Atak zimy przy dodatniej temperaturze. Amatorzy białego szaleństwa zmienili się w przeciwników brązowej brei. Czy puchowa kurtka z napisem fashion sprawia, że człowiek jest już modny? Czy dzięki spodniom dzwonom w zebrę zdobyliśmy ośmiotysięcznik stylu? Czy czapki w kształcie pluszowego wilka z przydługim ogonem zmieniają właściciela w króla lasu?

Dziwne myśli

A po lekturze Bieńczyka chodziliśmy na siłownię. Wyciskanie trzydziestodwukilowego odważnika przeniosło mnie w stan iście transcendentalny, podobnie jak kwaśny zapach potu Turka w szatni. Do głowy zaczęły przychodzić szalone myśli. Skoro w Warszawie jest Krakowskie Przedmieście, to czy w Krakowie nie powinno być Warszawskiego Śródmieścia?

Głową w mur

Napisy na miejskich murach pojawiają się od zawsze. Ostatnio znalazłem ciekawe przemyślenia warszawskich ulicznych filozofów, którzy postanowili ozdobić nimi miejską przestrzeń. Podzieliłem je na kilka kategorii i zachowałem oryginalną pisownię.

1. Egzystencjalne:

„Stary będę jak będę stary”. Autor skupia się na swoim młodym wieku i wskazuje na afirmację drzemiących w nim sił witalnych. Pod wpływem chwili umieszcza napis na murze, aby podzielić się z innymi dobrą wiadomością – przed wami jeszcze całe życie!

„Życie aż do śmierci”. Odmienny charakter pisma wskazuje na innego autora tego sloganu. Hasło stanowi jednak rozwinięcie poprzedniej myśli (oba wpisy znajdują się na jednej ścianie). Żyjemy dopóty, dopóki nie umrzemy i warto dobrze wykorzystać czas, który został nam dany. Do śmierci możemy żyć, stale czując się młodymi, o ile życie nie okaże się zbyt wielkim wyzwaniem.

„Życie!”. Jedno słowo, a ile znaczeń.

2. Językowe

„Polonia kórwy HWDP”. Przykład na to, że nie warto pisać pod wpływem emocji i bez zastanowienia. Autor okazał się mistrzem krótkiej formy, bowiem w trzech słowach wyraził zarówno niechęć do wrogiego klubu piłkarskiego, jak i nienawiść do policji oraz ortografii.

„Polonia kurwoł ą jest…” Ofiarą ataku autora znów pada KS Polonia, ale myśliwy szybko staje się zwierzyną. Są na tym świecie jeszcze mieszkańcy, którzy nie przejdą obojętnie obok tak rażącego błędu. Profesor Bralczyk byłby dumny.

3. Apokaliptyczne/Eschatologiczne

„Polska łask niegodna! Nie cała”. Nadchodzi Sąd Ostateczny. Według autora żyjemy w kraju, który nie dostąpi łask i będzie potępiony. Znajdzie się jednak kilku sprawiedliwych, którzy przetrwają. Ich imion niestety nie poznamy, ale najprawdopodobniej będą wypisane na różowo.

„Droga do piekła”. Skoro jesteśmy łask niegodni, musimy wiedzieć, jaki los jest nam pisany.

4. Złudzenia neoplatońskie

„Iluzoryczny byt”. Napis na ścianie domku z lat siedemdziesiątych. Dom to byt czy odbicie bytu? Gdy patrzymy na napis, tracimy orientację i zastanawiamy się nad jego iluzorycznym charakterem, który rzutuje na całą okolicę, nadając jej zupełnie nowe znaczenie.

5. Wspomnienia z dzieciństwa

„Migotka robiła lache za fete kurwisko”; „Migotka szmato”; „Migotka kurwo jebana zruchałas się z frajerem cycem”. Na osiedlowym podwórku Migotka straciła niewinność oddając się niemoralnym rozkoszom. Ktoś najwyraźniej poczuł się dotknięty wybrykami Migotki i postanowił poinformować sąsiadów o jej wybrykach. Co gorsza, Migotka nie jest z kreskówki. Ma imię, nazwisko i zapewne nie widziała jeszcze napisu. Gdyby go zobaczyła, to ani on ani jego autor nie przetrwaliby nienaruszeni do dziś.

Spis treści

I ZIMA

Radomski

Bałwanek jednej nocy

Opierdol

Kwiatek do kożucha (albo głośnik do choinki)

O patelni kserowaniu

Ulica Małego Czarka

Widać, że z Warszawy

Arka Roberta

Przekleństwo

Karton wieczorową porą

Zimowa moda

Dziwne myśli

Głową w mur

Punkty orientacyjne

Cover