Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Na ulicach Zielonej Góry w 2095 roku technologia miała zapewnić ludziom bezpieczeństwo, zdrowie i długowieczność. Miała stworzyć świat idealny.
Do czasu.
Kiedy Joanna trafia do Enklawy wcześniej, niż powinna, a Mikołaj po raz pierwszy zaczyna kwestionować świat, w który wierzył, okazuje się, że nawet doskonałość ma swoją cenę. A gdzieś na lotnisku w Przylepie zostało życie, którego Joanna nigdy nie zdążyła przeżyć.
Miłość, której nie zatrzymał czas, lecz decyzje podjęte za człowieka. Bo istnieją wspomnienia, których nie da się usunąć. Uczucia, których nie da się zaprogramować. I decyzje, których żaden system nie powinien podejmować za człowieka.
Marta Maciejewska w swojej najnowszej powieści stawia pytanie: Ile jest wart świat, w którym wszystko działa idealnie, jeśli nie ma już miejsca na to, co ludzkie?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 237
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Spis treści
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Polecamy również
Prolog
22 kwietnia 2030 roku, Rohrdorf, Bawaria
Szare, postrzępione mury bastionu w Rohrdorf wyglądały jak opuszczone ruiny po zimnej wojnie. Dla przypadkowego przechodnia był to tylko kolejny zapomniany kompleks wojskowy. Nikt nie mógł wiedzieć, że kilkadziesiąt metrów pod tymi zniszczonymi murami powstaje technologia, która w przyszłości zmieni los całej ludzkości.
Na pierwszy rzut oka nic nie wskazywało, że w środku tętni życie, że kryją się tam luksusowe laboratoria i najnowocześniejsza technologia Europy. Puste hangary i stare bramy maskowały skomplikowany świat pełen światła, dźwięku i pulsujących urządzeń. Nikt z zewnątrz nie podejrzewał, że w tym pozornie zapomnianym kompleksie naukowcy pracują nad projektem Salamandra, inicjatywą konsorcjum Euro Gen, które dążyło do zmiany ludzkiego życia w sposób, jakiego świat jeszcze nie znał.
Oficjalnie projekt był określany jako w pełni bezpieczny i ściśle kontrolowany system biotechnologiczny. Tak brzmiała wersja dla sponsorów projektu. Nieoficjalnie jednak wszyscy w laboratorium wiedzieli, że ingerują w najbardziej wrażliwy mechanizm ludzkiego organizmu – czas.
– W dokumentach zapisano, że to system całkowicie bezpieczny – powiedziała cicho Suan, bliźniacza siostra Chen. Obie biotechnolożki przyjechały tu z Wuhan, by przysłużyć się ludzkości i mieć realny wpływ na jej przyszłość.
Kathrine Anderson, szefowa projektu, nie odrywała wzroku od ekranów.
– Bezpieczny – powtórzyła. – O ile można tak nazwać zatrzymanie procesu starzenia.
Przez wąskie okna można było dostrzec jedynie błyski monitorów i cienie postaci biegnących od jednej stacji badawczej do drugiej. Z zewnątrz panowały cisza i pustka, a w środku adrenalina, napięcie i ścisła dyscyplina. Bastion położony z dala od miasta wyglądał tak, jakby chciał ukryć swoje tajemnice przed światem. A jednak każdy ruch, każdy dźwięk były tutaj ściśle kontrolowane, monitorowane i nadzorowane z precyzją, która pozwalała wierzyć, że nawet chaos może być uporządkowany.
Jednak ten dzień nie był zwykły. Prototypowe implanty biotechnologiczne, zaprojektowane po to, by zatrzymać proces starzenia w optymalnym momencie życia człowieka, zaczynały wykazywać niepokojące anomalie.
– Dane w protokole regeneracji komórek nie zgadzają się z parametrami! – krzyknęła Kathrine, przesuwając palcem po ekranie głównego systemu.
Stojąca obok Chen, siostra, zmarszczyła brwi i zapytała, widząc, że coś mocno się tu nie zgadza:
– Kto wprowadził te parametry?
– Asystent… – ktoś wyszeptał z kąta laboratorium, unikając spojrzenia Kathrine.
Napięcie wypełniało pomieszczenie jak gęsta mgła. Każdy błąd mógł kosztować lata pracy nad projektem, który miał umożliwić ludziom żyć dłużej, zdrowiej, bez lęku o choroby czy utratę witalności. Implanty, wszyte pod skórę, miały zatrzymywać proces starzenia. – U kobiet w wieku dwudziestu ośmiu lat, a u mężczyzn trzydziestu dwóch, – pozwalając im cieszyć się pełnią życia. Czip był ustawiony w taki sposób, aby zakończyć procesy życiowe dokładnie trzy dni po dziewięćdziesiątych piątych urodzinach. Pomysłodawcy, czyli bogacze z firmy Euro Gen, zapewniali, że nic nie jest przypadkowe. Projekt miał przywrócić pełną regenerację komórek, kontrolę nad energią biologiczną i możliwość posiadania maksymalnie dwójki dzieci, bez tworzenia nadludzi.
Nagle jeden z monitorów rozbłysnął czerwonym światłem.
– Kathrine… – Artiom, główny informatyk, odezwał się cichym, ale drżącym głosem. – System regeneracji wszedł w niekontrolowaną fazę eskalacji.
Na ekranie pojawił się napis:
„PRZYSPIESZONA APOPTOZA KOMÓRKOWA –
POZIOM KRYTYCZNY.”
Zamiast odbudować komórki, implant zaczął je niszczyć.
Kathrine zamarła.
– Kto jest podłączony do prototypu? – zapytała, choć przecież dobrze znała odpowiedź.
Wszyscy w laboratorium spojrzeli w stronę Mateusza, zdrobniale nazywanego Mattem.
Polski patolog, absolwent Harvardu i jeden z kluczowych naukowców projektu, siedział przy stanowisku testowym z cienkim przewodem diagnostycznym wpiętym w implant pod skórą dłoni.
Matt zacisnął palce na krawędzi fotela laboratoryjnego. Czuł, jak implant zaczyna pulsować – coraz szybciej, coraz mocniej.
– Jeśli tego nie zatrzymamy – powiedziała Chen, patrząc na spadające parametry – implant zacznie niszczyć jego układ nerwowy.
– Ile mamy czasu? – zapytała Kathrine.
– Minuty. Może mniej – wtrąciła Suan, nerwowo czytając logi raz po raz wyskakujące na dużym ekranie zawieszonym nad ich głowami
– Jeśli nie naprawimy tego teraz, to jutro… – Kathrine przerwała, ale nie trzeba było kończyć zdania. Każdy w laboratorium wiedział, co oznaczałby kolejny błąd.
Artiom, oraz Jacques, wybitny francuski genetyk kliniczny, błyskawicznie przystąpili do działania. Improwizując ręcznie zsynchronizowali systemy, zaczęli sprawdzać kod źródłowy implantów oraz nadzorowali próbę regeneracyjną. Chen kontrolowała proces odnowy komórek, analizując każdy impuls i każdą anomalię. Sekundy ciągnęły się w nieskończoność. Każdy ruch, każda decyzja mogły zaważyć na przyszłości nie tylko całej ludzkości, ale przede wszystkim na życiu ich przyjaciela.
– Spada aktywność neuronalna! – krzyknął Jacques, stojąc przy stanowisku monitorującym.
Na moment w laboratorium zapadła cisza tak gęsta, że słychać było tylko cichy szum aparatury i przyspieszone oddechy naukowców.
W tym chaosie, w błyskach alarmów i migających monitorów, rodziła się technologia, która miała odmienić losy świata.
Kathrine spojrzała na swój zespół, na młodych naukowców pełnych pasji i adrenaliny.
Żaden z ludzi pracujących tamtego dnia w laboratorium nie przypuszczał, że za sześćdziesiąt pięć lat ta technologia podzieli świat na dwa gatunki ludzi.
Byli przekonani, że podarują światu prezent. Nie wiedzieli jeszcze, że właśnie rozpoczynają największy konflikt w historii ludzkości.
W tym samym momencie, na zewnątrz, bastion wyglądał jak opuszczona ruina i nikt nie podejrzewał, że w środku rodzi się świat, który wkrótce zmieni wszystko.
Rozdział 1
27 sierpnia 2095 roku, Zielona Góra
Mikołaj
Noc w Zielonej Górze zawsze wygląda tak samo – światło zamiast gwiazd. Nie pamiętam już, kiedy widziałem prawdziwą ciemność. Miasto świeci nawet wtedy, gdy powinno milczeć. Ono nigdy nie śpi. System pilnuje, żeby nic nie wymknęło się spod kontroli. Ruch uliczny jest zsynchronizowany z danymi w czasie rzeczywistym, zużycie energii optymalizowane co sekundę, a bezpieczeństwo monitorowane przez sieć sztucznej inteligencji, która zna każdy budynek lepiej niż jego właściciel.
Czasem mam wrażenie, że system nie tylko zarządza miastem – on je posiada.-
Lubię to. Przewidywalność jest luksusem. Chaos jest dla tych, którzy nie nadążają. Ja nadążam. Zawsze nadążam.
Stałem na balkonie i patrzyłem na rozświetlone centrum. W powietrzu unosił się delikatny szum niewidocznej, ale wszechobecnej infrastruktury. Czujniki w elewacjach budynków, inteligentne latarnie, mikroprojektory wtopione w chodniki. Wszystko było częścią jednego organizmu, jednego systemu.
Na nadgarstku pulsował mój interfejs. Nie telefon, nikt już ich nie miał. Każdy z nas posiadał zsynchronizowany implant, który łączył się z miejską siecią neuronową. Czasem czuję, jakby był bardziej mój niż moje własne serce. Jakby to on decydował o rytmie mojego życia.
Dane pojawiały się przed oczami niczym dodatkowa warstwa rzeczywistości, widoczna tylko dla mnie.
Byłem zalogowany na poziomie premium. To znaczyło dostęp i status. A w moim świecie to jedno i to samo. Status to waluta, a popularność to władza.
Powiadomienia zaczęły spływać jedno po drugim: zaproszenia, wyniki, propozycje współprac, nowe kontakty, rankingi społeczne. Wszystko potwierdzone przez algorytm reputacji. System wiedział, że jestem wartościowy. To wystarczyło.
Ludzie chcą się ze mną spotykać, chcą być widziani obok mnie, chcą mojego nazwiska w swoich transmisjach na żywo. Mężczyźni z mojego pokolenia chcą mieć ze mną dobry kontakt, a kobiety być blisko mnie. Nie udaję, że tego nie widzę. I nie udaję, że mi to nie odpowiada.
Lubię szybkie auta, szybkie decyzje i szybkie reakcje. Nie cierpię stagnacji, niezdecydowania i starości.
Włożyłem ulubioną czerwoną kurtkę i windą zjechałem do garażu. Samochód rozpoznał mnie natychmiast, otworzył drzwi bez dotyku. Wystarczyło, że przednia kamera zeskanowała moje oko. Nawigacja sama ustawiła cel podróży, a trasa została automatycznie wyliczona. Ari, tak naprawdę A.R.I. Adaptive Relational Interface – bot wbudowany w system mojego komputera. Ten sam, który sterował moim interfejsem na nadgarstku, na bieżąco analizował ruch w mieście w czasie rzeczywistym, automatycznie nanosząc korekty. Nie musiałem nawet prowadzić. Ari robiła to za mnie.
Kiedy wjechałem na Aleję Konstytucji 3 Maja, miasto było ciche. Technologia wyeliminowała dawny chaos. Wszystko funkcjonowało płynnie.
I właśnie dlatego tak bardzo nie cierpię miejsc, które nie są częścią sieci.
Po drodze zatrzymałem się na chwilę przy jednej z niewielkich restauracji w centrum. Zielona Góra zawsze kojarzyła mi się z winem. Aż dziw, że przetrwała kolejne epoki i zmiany. To jeden z historycznych symboli miasta, nieustannie powtarzany w materiałach promocyjnych.
Osobiście nie przywiązywałem do tego większej wagi, ale fakt pozostawał faktem – wino było częścią tożsamości tego miejsca.
Zaparkowałem, wszedłem do środka i odebrałem swoje zamówienie. Krótka wymiana gestów, kilka sekund i byłem z powrotem na ulicy.
Zanim skręciłem w stronę Placu Słowiańskiego, samochód natychmiast zwolnił, gdy system oznaczył strefę jako:
„OBSZAR O OGRANICZONEJ SYNCHRONIZACJI.”
Enklawa – pomyślałem z odrazą.
Plac Słowiański był teraz jednym z najbardziej paradoksalnych punktów miasta. W sercu nowoczesnej infrastruktury stał się fragmentem przeszłości. Budynki dawnego sądu zostały przekształcone. Bez spektakularnych zmian z zewnątrz, ale całkowicie przebudowane wewnętrznie. Tam mieszkali ludzie bez pełnej integracji z systemem.
Niezaczipowani!
Ludzie, których świat nie aktualizuje.
Patrzyłem na kompleks przez przednią szybę auta. Światło słabo majaczyło w oddali. Nie zainstalowano tam cyfrowych reklam, nie zbudowano dynamicznych fasad i nie zsynchronizowano tego miejsca z miejską siecią. Jakby ktoś celowo odciął ten obszar od przyszłości.
To miejsce od zawsze wywoływało we mnie irytację. Przypominało, że świat nie jest jeszcze idealnie uporządkowany.
Przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w budynki, próbując poukładać myśli. Jednak po chwili zacząłem baczniej obserwować jedno z okien. Miałem wrażenie, że poruszyła się w nim firanka. Najpierw ledwo zauważalnie, potem już wyraźnie.
W końcu ją dostrzegłem.
Starsza kobieta stała przy oknie. Jej twarz oświetlała tylko pojedyncza lampa. Wyglądała na spokojną. Nie jak ktoś zagubiony w przeszłości. Raczej jak ktoś, kto nadal obserwuje świat.
Stałem tak blisko, że zauważyłem moment, w którym uniosła wzrok. Na krótką chwilę nasze spojrzenia się spotkały. Nie odwróciłem wzroku od razu. Sam nie wiem dlaczego. Może dlatego, że system nie zarejestrował żadnego zagrożenia. A mimo to poczułem lekki dyskomfort, jakby drobne zakłócenie w tle.
Po dłuższej chwili odwróciłem wzrok i ruszyłem dalej.
Bez mojej ingerencji auto włączyło się do ruchu. Miasto na powrót stało się uporządkowane, przewidywalne… moje.
A jednak jeszcze spojrzałem w lusterko wsteczne. Chciałem wiedzieć, czy kobieta z okna już sobie poszła, czy zniknęła.
Firanka już nie drgnęła. Okno spowijała jedynie ciemność.
Mimo to miałem wrażenie, że to miejsce patrzy na mnie bardziej niż ja na nie.
I przez ułamek sekundy pomyślałem, że wygląda tak, jakby coś w nim czekało.
Po raz pierwszy pomyślałem, że Enklawa nie jest tylko kompleksem budynków.
To granica.
Granica między tym, kim jestem, a tym, kim mógłbym przestać być.
Joanna
Tylko wtedy, gdy jego dłoń splatała się z moją, czułam się naprawdę bezpiecznie. Jakby świat wokół nagle przestawał istnieć, a ja mogłam oddychać pełną piersią. W głębi duszy pragnęłam, by ta noc nigdy się nie skończyła, chociaż wiedziałam, że nasze dni są policzone. Dokładnie policzone. Lecz teraz starałam się o tym nie myśleć. Liczyła się tylko ta chwila. To napięcie, które pulsowało między nami, wciągało mnie coraz głębiej. Przy nim wszystko było intensywniejsze, prawdziwsze, niebezpieczne.
Zakochani i beztroscy wbiegliśmy do hangaru, skryci pod aksamitną ciemnością nocy. Nad naszymi głowami niebo przecinały samoloty i świst rozlewający się echem po pustej przestrzeni. Śmiałam się tak, jak nigdy wcześniej, lekko, swobodnie i całym sercem. Tak jak tylko przy nim potrafiłam.
– Chcę pokazać ci cały mój świat – szepnął, a w jego głosie drżało coś, co sprawiło, że serce zabiło mi mocniej.
Zapalił światło, a moim oczom ukazały się samoloty. Stały dumnie, jedne na wyciągnięcie ręki, inne skryte pod olbrzymimi płachtami, jak sekrety czekające na odkrycie. A wśród nich lśnił niewielki Pipper Arou.
Spojrzałam na mężczyznę moich snów, zajrzałam głęboko w jego oczy i dostrzegłam w nich więcej, niż można było przypuszczać – tajemnicę, której chciałam dotknąć. Niewinnie się uśmiechnęłam, pozwalając, by czas zwolnił. Nie spiesząc się, szłam między maszynami, chłonąc ich ciszę, siłę i każdy drobny fragment tej nocy, która była tylko nasza.
Oddalałam się od niego, ale kątem oka wciąż bacznie go obserwowałam. Zauważyłam, jak siada na starej drewnianej skrzyni. Starałam się schować za fasadą obojętności, ale tak naprawdę każdy fragment mojego ciała wyrywał się w jego stronę. Uwielbiałam przypatrywać się mu ukradkiem. Wtedy, kiedy nie udawał, kiedy nie tworzył pozorów i nie skrywał się za bezpieczną, choć pozorną obojętnością. Właśnie wtedy dostrzegałam go prawdziwego.
Zawsze kojarzył mi się z wolnością, ciepłem, adrenaliną, przyjemnością, ekscytacją i nieprzewidywalnością, ale dziś po raz pierwszy przemknęło mi przez myśl, że nigdy nie kojarzył mi się z domem.
To odkrycie lekko zabolało.
Jednak natychmiast zdusiłam tę myśl w zarodku. Nie obchodziła mnie przyszłość. Chciałam tylko tej jednej chwili.
Lekko zawadiackim spojrzeniem zerknęłam w jego stronę i uniosłam głowę, próbując coś wyczytać z jego oczu. Jednak on sprawiał wrażenie nieodgadnionego, lekko obojętnego, jakby wszystkie uczucia chciał ukryć przed całym światem. Jakby bał się, że pokazując więcej, stanie się słaby. Jakby miało go to złamać.
Ja jednak potrafiłam patrzeć głębiej, poza fasadę.
Nie zniechęcałam się. Intuicja podpowiadała mi, że ta rezerwa, a może nawet chłód, są tylko murem obronnym. Tylko przed czym się bronił? Jaka była jego historia? Wciąż mówił, że nie potrafi kochać, i nie wiedziałam, czy bardziej próbował przekonać o tym mnie, czy samego siebie.
Jednak wiedziałam, że to nie była niezdolność do uczuć.
To był strach.
Tylko czego się bał? Tego, że zostanie zraniony, czy tego, że może zranić mnie? Przez chwilę utkwiłam w nim przenikliwe spojrzenie i pochyliłam się nad tą myślą.
Przyglądałam się mu uważnie. Był dziki – i to chyba pociągało mnie w nim najbardziej. Wolny – a to natomiast przyciągało mnie do niego, bo przy nim i ja mogłam poczuć się wolna. A tej wolności od zawsze mi brakowało. Był także nieokiełznany, nie dawał się zamknąć w żadnych ramach. Tej cechy najbardziej mu zazdrościłam.
Miałam dosyć swojego poukładanego życia, ale nie potrafiłam się z niego uwolnić.
To właśnie przy tym mężczyźnie odrywałam się od swojej szarej, wypełnionej obowiązkami rzeczywistości. To właśnie on stał się symbolem mojej ucieczki, wizją życia, w której chciałam schować się przed światem.
Powoli zbliżałam się do niego.
Pierwszy krok – moje serce przyspieszyło.
Drugi – oddech stał się bardziej urywany.
Trzeci – napięcie między nami wzrosło.
Przy kolejnym zauważyłam, jak mocniej zaciska dłonie na starym kufrze z litego drewna. Za wszelką cenę chciał to ukryć, ale wiedziałam, że ja też na niego działam. Słowami można kłamać do woli, ale nie ciałem. Jego reakcji nie dało się oszukać.
Intuicja podpowiadała mi, że on także mnie pragnie.
Tak bardzo chciałam się do niego zbliżyć, ale bałam się, jak zareaguje. Odwzajemni mój pocałunek czy mnie odsunie? Nie wiedziałam, co w nim wygra – pragnienie czy mur, który wokół siebie stworzył.
Musiałam się przekonać, zaryzykowałam.
Zbliżyłam się na tyle, byśmy mogli oddychać tym samym powietrzem. Nie miał dokąd uciec.
A może nawet nie chciał.
Nie wykonał jednak żadnego ruchu.
Ukrywając niepewność, spojrzałam zawadiacko w jego oczy i na moment przymknęłam powieki. Delikatnie wysunęłam język i polizałam jego rozgrzane usta.
Nie odwzajemnił pocałunku, nie przytulił mnie, nawet nie drgnął.
Spojrzałam na jego twarz i niczego nie potrafiłam z niej wyczytać.
Czyżbym się pomyliła?
Sądziłam, że coś wyjątkowego rodzi się między nami.
Poczułam się niezręcznie. Nieśmiało spuściłam wzrok, uśmiechając się lekko niewinnie, a może trochę przepraszająco.
I wtedy jedną ręką chwycił moją twarz, a drugą objął mnie poniżej talii i przyciągnął do siebie zachłannie, jakbym należała tylko do niego.
Nagle obudził się w nim ogień, który od dawna skrywał.
I ta dzikość, której pragnęłam ponad wszystko.
Jego dłonie stały się władcze, a pocałunki zaborcze. Dłużej nie mogłam się już opierać. Mój oddech ponownie stał się urywany. Natychmiast odwzajemniłam jego pocałunki.
Wszystko przyspieszyło. Oddech, puls, myśli.
W jednej chwili zabrakło mi powietrza.
Najpierw lekko, prawie niezauważalnie, potem nagle poczułam ostre ukłucie w klatce piersiowej. Oddech urwał się w połowie. Spróbowałam wciągnąć powietrze jeszcze raz, głębiej, ale nie mogłam. Jakby coś zacisnęło się wokół mojego ciała.
Usłyszałam dźwięk. Najpierw gdzieś daleko, potem coraz bliżej.
Był przenikliwy i natarczywy. Wyswobodziłam się z jego silnych męskich ramion. W tej samej chwili obraz przed moimi oczami zaczął się rozmywać. Wszystko zaczęło się oddalać – hangar, światło, on. Jakby ktoś nagle odciął mnie od rzeczywistości.
Nie mogłam złapać oddechu. Nie mogłam… i nagle nie było już nic. Nic poza dźwiękiem, który nie należał do tego miejsca.
Rozdział 2
Mikołaj
Obudziłem się, zanim system zdążył mnie wybudzić, a to rzadko się zdarza. Zwykle to on decyduje, kiedy otwieram oczy. Analizuje fazę snu, poziom regeneracji, rytm serca. Dba o wszystko lepiej niż ja sam. A jednak dziś przez chwilę leżałem w ciszy, patrząc w sufit i czując coś, czego nie potrafiłem od razu nazwać. Czyżby nawiedził mnie niepokój? Już nie pamiętam, kiedy ostatnio czułem coś podobnego. Krótkie, ledwie uchwytne zakłócenie w idealnym sygnale. Zignorowałem je.
– Ari, jaki jest status dnia? – zapytałem, chcąc odwrócić uwagę od niewygodnych myśli. Postanowiłem rozpocząć dzień i zrobić to, co zawsze.
Bot, natychmiast się uruchomił.
– Dzień dobry, Mikołaju – odezwała się spokojnym, miękkim, wręcz aksamitnym głosem i zaczęła podawać dane. Jedne po drugich: – Jakość snu: dziewięćdziesiąt dwa procent, regeneracja organizmu: optymalna, rytm serca: stabilny, poziom stresu: lekko podwyższony.
Uniosłem brew. Czyżby Ari zdążyła uchwycić i odnotować ten minimalny moment niepokoju?
– Lekko podwyższony? – dopytałem z ciekawością.
– Odnotowano mikrozakłócenia w fazie REM. Nie wpływają na wydajność.
– Pokaż mi plan dnia.
– Plan dnia Mikołaja Wolontowicza: trzy spotkania biznesowe, jedno prywatne zaproszenie na wydarzenie premium o dziewiętnastej. Prognozowany wzrost twojego indeksu reputacji: dwa przecinek cztery procent. Aktualna pozycja w rankingu: trzecia.
Uśmiechnąłem się pod nosem, bo mój plan zaczynał działać.
Świetnie. Jeszcze tylko chwila i znajdę się na szczycie. Z radością będę rozkoszował się pierwszym miejscem – pomyślałem i szelmowsko uśmiechnąłem się do własnych myśli.
Ari kontynuowała analizę:
– Prawdopodobieństwo osiągnięcia pozycji numer jeden w ciągu czterdziestu ośmiu godzin wynosi siedemdziesiąt osiem procent. Rekomenduję zwiększenie aktywności w segmencie kontaktów wysokiego wpływu.
– Czyli mam się pokazać? – dopytałem, by się upewnić.
– Dokładnie tak. Widoczność zwiększa wartość – odpowiedziała bez emocji.
Na moment spuściłem wzrok na dane unoszące się z interfejsu umieszczonego w nadgarstku.
Uwielbiałem tak zaczynać dzień. Dawało mi to poczucie kontroli, porządku i przewidywalności. Nie musiałem się nad niczym zastanawiać. System robił to za mnie.
– Coś jeszcze? – zapytałem, gotowy rozpocząć nowy dzień.
– Jedno nieodebrane połączenie od kontaktu oznaczonego jako „matka”. Priorytet: podwyższony.
Westchnąłem cicho, ale ciężko. Nie miałem teraz czasu na rodzinne sprawy.
– Pomiń – oznajmiłem chłodno i wstałem z łóżka.
– Zapisano.
Dane zniknęły tak szybko, jak się pojawiły.
A ja przez ułamek sekundy miałem wrażenie, że cisza po nich była zbyt głośna.
I zrobiła się niewygodna. Chcąc ją zagłuszyć, poszedłem do kuchni, by zjeść śniadanie. Nawet nie zastanawiałem się, co to ma być ani na co mam ochotę. Menu na cały tydzień wcześniej ułożyła mi Ari, ja tylko wykonałem polecenie.
Następnie mechanicznie udałem się do łazienki, by wziąć szybki prysznic. Trwał dokładnie tyle, ile powinien i wyglądał tak, jak powinien. Temperatura dostosowana do napięcia mięśni, muzyka dobrana pod nastrój, który – jak twierdził system – był lekko podwyższony.
Punktualnie o ósmej rano włożyłem świeżo wyprasowany garnitur, jeszcze ciepły. Zwarty i gotowy, windą zjechałem do podziemnego garażu i na moment zatrzymałem się przy swoim aucie, by trochę je popodziwiać.
Niedawno dostałem je w ramach reklamy. Kosztowało masę pieniędzy, ale po pierwsze, nie moich – ja musiałem się tylko w nim pokazywać i je reklamować, a po drugie, od razu podniosło mój status. Usiadłem za kierownicą, choć równie dobrze mógłbym tego nie robić, i odezwałem się do Ari:
– Do pracy.
Mój bot nie odpowiedział, ale od razu wykonał polecenie. Silnik nawet nie zawarczał. Po prostu ruszyliśmy.
Odkąd sztuczna inteligencja kierowała pojazdami, w mieście niemal nie było korków. By dostać się do pracy, musiałem przebić się praktycznie przez całe miasto. A jednak zajęło mi to tyle, co zawsze. Siedem minut. Dokładnie tyle i ani sekundy dłużej.
Ari zaparkowała, a ja szybkim krokiem przeszedłem przez deptak. W mgnieniu oka dotarłem do miejsca, gdzie niegdyś stał zabytkowy ratusz z charakterystyczną wieżą i starym hełmem, który od wieków zdobił panoramę miasta. Dziś jednak po dawnym ratuszu została jedynie ta właśnie wieża. Budynek lata temu przekształcono w potężny szklany monolit, jakby przycupnął nad Starym Rynkiem i bacznie wszystkiemu się przyglądał.
Niegdyś w ratuszu mieściły się Urząd Stanu Cywilnego i Centrum Informacji Turystycznej. Dziś nie zostało nic po dawnym porządku. Teraz znajdowała się tutaj Centrala Statusów i Reputacji.
Wszedłem przez ogromne, automatycznie rozsuwane drzwi, które w milczeniu przyjęły mnie do środka. Od razu dało się wyczuć chłodne i sterylne powietrze, a światło przebijało się przez wielkie panele i odbijało od gładkiej, lustrzanej podłogi.
– Mikołaj – od razu dopadł mnie Kamil, chłopak, z którym od jakiegoś czasu pracowałem w tym samym dziale. – Widziałem wyniki. Wydaje mi się, czy wracasz na szczyt?
– Nigdy z niego nie spadłem – odparłem pewnym siebie głosem, uśmiechając się przy tym szelmowsko.
Kamil odwzajemnił uśmiech. Trochę z podziwem, trochę z zazdrością. Zareagował tak jak wszyscy dookoła reagowali. A ja tylko wzruszyłem ramionami.
Taka kolej rzeczy – dodałem w myślach i udałem się do swojego stanowiska pracy.
Od jakiegoś czasu miałem własny gabinet. Nic specjalnego, ale plakietka na drzwiach robiła robotę.
Usiadłem i aktywowałem interfejs na ścianie naprzeciwko biurka. Od razu moim oczom ukazały się setki profili, wskaźniki, zachowania ludzi i ich reakcje. Widziałem ich decyzje, wybory i emocje, wszystko pięknie zamknięte w cyferkach.
Moja praca polegała na tym, by korygować i układać dane. Przede wszystkim podpowiadałem systemowi, kto zasługuje na więcej, a kto powinien spaść w rankingach.
Od ponad roku idealnie spełniałem się na stanowisku kuratora statusu.
– Masz coś do mnie? – zapytałem, nie odrywając oczu od danych, gdy zobaczyłem, że ktoś wszedł do mojego gabinetu.
– Nowy klient – odezwała się Kalina, zamykając za sobą drzwi i opierając się o ścianę, tym samym delikatnie zasłaniając mi interfejs.
Lekko mnie tym zirytowała, ale nie dałem tego po sobie poznać.
– Facet chce wejść do top pięćdziesiątki przed końcem kwartału – kontynuowała, gdy nie zwróciłem na nią najmniejszej uwagi.
Parsknąłem śmiechem. Pomysł wydawał mi się niedorzeczny.
– Każdy chce wejść – odparłem chłodno, mając nadzieję zbyć ją jak najszybciej.
– Ten zapłaci – Kalina jednak stała niewzruszona.
W końcu oderwałem wzrok od tabelek i zmierzyłem ją chłodnym spojrzeniem.
– Wszyscy płacą.
Na moment zapadła cisza.
– Dasz radę? – zapytała, a mnie zaczęło zastanawiać, kim jest dla niej ten mężczyzna, skoro tak bardzo jej na tym zależy. Albo co dostanie w zamian.
Uśmiechnąłem się lekko, trochę nonszalancko.
– Czy dam radę? To ja decyduję, kto daje radę.
Kalina, widząc, że raczej nic nie ugra, wyszła z pokoju. A ja wróciłem do swojej pracy.
Przez kolejne korpogodziny pracowałem bez przerwy. Profile wciąż się przesuwały, wyniki rosły, a spadki starałem się eliminować.
Tak wygląda ten świat. Jeden zyskuje, drugi traci. System zawsze był sprawiedliwy, a ja jestem jedynie przedłużeniem systemu.
Dopiero późnym popołudniem oderwałem się od pracy. Oparłem się o blat biurka i na chwilę zamknąłem oczy. Pracowałem więcej niż większość ludzi, których znałem. Dni zlewały się w jedno, noce przestawały mieć znaczenie. Rankingi, wyniki, kolejne zlecenia, presja czasu. A to wszystko podporządkowane tylko jednemu celowi.
Za rok kończę trzydzieści lat. Za trzy lata powinienem być już po zabiegu wszczepienia pod skórę czipu. Jeśli nie zdążę… nawet nie chcę o tym myśleć. Po moich trzydziestych drugich urodzinach nie zatrzymam już procesu starzenia. Nikt go nie zatrzyma. Przerażała mnie wizja, że moje mięśnie osłabną, skóra zacznie się zmieniać, organizm zwolni. A później, na starość, zostanie już tylko jedno miejsce – Enklawa.
Samo to słowo wywoływało we mnie ból żołądka. To właśnie tam trafiali ludzie, po których widać było starość. Nie biedni, nie gorsi. Po prostu niepasujący do świata, który zatrzymał czas.
W całej Europie powstały Enklawy zgodnie z wytycznymi Euro Genu. Były to strefy, w których starzenie się miało przebiegać poza widokiem reszty.
Teoretycznie można było stamtąd wyjść, ale tylko teoretycznie. W praktyce potrzebna była specjalna przepustka, zgoda i uzasadnienie. Prawie nikt ich nie dostawał. Jedynie rodzina mogła odwiedzać mieszkańców, a regularne wizyty były nie tylko przywilejem, lecz także obowiązkiem narzuconym przez system.
Pozornie Enklawa nie była miejscem odciętym od reszty miasta. Każdy mógł tam wejść: bliscy, lekarze, kurierzy z zakupami. W niczym nie przypominała więzienia. Wręcz przeciwnie. Za murami kryło się coś na kształt spokojnego świata, jakby wyjętego z innego czasu. W środku rozciągał się zielony dziedziniec, drzewa dawały cień, między nimi wiły się równe alejki, a w samym centrum cicho szemrała fontanna. Ludzie siedzieli na ławkach, rozmawiali, patrzyli w niebo, jakby niczego im nie brakowało. Jakby to było wystarczające.
A przynajmniej tak głosiły reklamy i oficjalne materiały.
Czy tak było? Tego nie wiem. Nigdy, nie byłem w środku, widziałem tylko to, co można było zobaczyć przez szyby samochodu. Wiedziałem tylko jedno: jeśli reklamy tak to przedstawiały, to prawdziwe życie na pewno wyglądało inaczej.
Podobno miasto dbało o wszystko. Przysyłało drony porządkowe, które opróżniały śmietniki i kosiły trawę. Ponadto zapewniało opiekę medyczną, lekarstwa oraz niektóre usługi, takie jak fryzjer czy krawiec. Ci ludzie mieli zapewniony spokój i godność. I to wszystko nawet w reklamach wyglądało dobrze. Aż do momentu, w którym człowiek uświadamiał sobie jedną rzecz: będąc mieszkańcem Enklawy, nigdy już z niej nie wyjdziesz.
Kiedy raz przekroczysz tę granicę, przestajesz być częścią świata na zewnątrz.
Moje rozmyślenia przerwało powiadomienie od matki. Na interfejsie pojawił się jej hologram opatrzony napisem: „ODBIERZ”.
Z wielką niechęcią zaakceptowałem połączenie.
– Mikołaj, musimy porozmawiać – zaczęła matka poważnym tonem. Nie lubiłem go.
– Teraz pracuję – odparłem chłodno. Nie lubiłem przerywać zadań. Gdy skończę, oddzwonię do niej wieczorem albo jutro.
– To ważne – naciskała matka, a ja aż zacisnąłem szczękę.
– Wszystko u ciebie jest ważne.
– Nie bądź dzieckiem – ucięła, dając mi reprymendę. – Chodzi o rodzinę.
Rodzina. Słowo, które zawsze brzmiało jak obowiązek.
– Oddzwonię po pracy, teraz nie mam jak rozmawiać – skłamałem, patrząc w oczy jej hologramu, i rozłączyłem się, nie czekając na odpowiedź.
Jeszcze przez chwilę siedziałem w ciszy. Coś we mnie się napięło. To nie było zdenerwowanie, raczej niechęć. Jakby ktoś na siłę próbował wcisnąć mi coś, czego nie chcę.
Próbując zapomnieć o całej sytuacji, wróciłem do moich rutynowych zajęć.
Joanna
Otworzyłam oczy, a rzeczywistość runęła na mnie jak fala lodowatej wody. Nie poznawałam jej, nie chciałam jej. Nie była miękka, nie była znajoma, nie była moja. Patrzyłam na ściany, na sufit i nic nie przypominało mi czegoś znanego.
Ostre światło raziło mnie w oczy, nie mogłam ich swobodnie otworzyć. Nie mogłam też złapać oddechu. Powietrze stało się zbyt ciężkie, a cisza była nienaturalna, jakby ktoś wyłączył dźwięki życia i zostawił mnie samą z własnym oddechem. O ile to łapczywe łapanie tlenu można było nazwać oddechem.
Przy każdej próbie głębokiego zaczerpnięcia powietrza coś we mnie stawiało opór. Jakby klatka piersiowa zamknęła się od środka. Jakby ciało zapomniało, jak oddychać.
Spróbowałam poruszyć dłonią, ale nie zareagowała od razu. Miałam wrażenie, że jest zbyt ciężka. Wydawało mi się, że nie należała do mnie. Jakby ktoś wypełnił ją ołowiem. Dopiero po chwili palce nieznacznie drgnęły, ale i tak czułam, że należą do kogoś innego. Poruszały się z opóźnieniem, sterowane jakąś obcą siłą. Czułam, że z mojego ciała zostało jedynie echo.
Spróbowałam się podnieść, chciałam wstać, ale nie mogłam. Mięśnie nie współpracowały. Nogi stały się ciężkie, plecy sztywne, a całe ciało zdawało się być przyklejone do materaca. Jakby ktoś mnie w niego wcisnął. Moje ciało stało się ciężarem, który mnie przygniatał. Każdy oddech był walką, a serce zapomniało, że umie bić normalnie.
Przerażona zamknęłam oczy. Nie chciałam tego ani widzieć, ani czuć. Wolałam wrócić do niego, do tamtej nocy, do hangaru. Do śmiechu, który jeszcze przed chwilą odbijał się od metalowych ścian. Do sztucznego światła, które łamało się na skrzydłach samolotów. Do lekkiego, szybkiego i rześkiego powietrza. Do miejsca, w którym byłam sobą.
Czułam, że rozpada się coś więcej niż tylko ciało. Rozpada się pamięć o mnie samej, obraz mojej własnej jaźni.
Poczułam, jak do oczu napływają mi łzy. Ciepłe i prawdziwe. Jedyne, co jeszcze wydawało mi się znajome.
Nie chciałam być w tym miejscu, wolałam wrócić.
– Joanno… spokojnie.
Do moich uszu dobiegł nieznajomy głos. Ciepły i spokojny. Zbyt spokojny jak na chaos, który rozrywał mnie od środka.
Nie mogłam się zmusić, by otworzyć oczy i spojrzeć. Nie chciałam też odpowiadać, bo odpowiedź oznaczałaby powrót, a ja nie chciałam wracać.
Nie chciałam tego świata, w którym oddech boli, ciało nie słucha, a wspomnienia są jedynym miejscem, w którym jeszcze coś czuję.
– Joanno… jesteś ze mną? – ponownie usłyszałam przyjacielski głos.
Mocniej zacisnęłam powieki, jakby to miało sprawić, że zniknę albo gdzieś się ukryję. Najbardziej na świecie chciałam teraz przeczekać to wszystko.
Ale rzeczywistość stawała się coraz bardziej realna i namacalna. Na swojej dłoni poczułam dotyk, lekki, nienarzucający. To nie była ludzka dłoń. Dotyk wydawał się zbyt równy, zbyt precyzyjny, zbyt wyuczony i szorstki.
– Parametry stabilizują się – powiedział ten sam głos, tym razem już bardziej rzeczowo. – Saturacja rośnie. Proszę oddychać spokojnie.
Oddychać – pomyślałam lekko poirytowana. Jakby to było takie proste. Jakby ciało nie zdradzało mnie przy każdej próbie.
W końcu zmusiłam się i otworzyłam oczy. Bardzo powoli i niechętnie. Światło ponownie mnie oślepiło.
Obraz przede mną był lekko zamazany, jakby ktoś rozciągnął rzeczywistość i nie zdążył jej jeszcze wyostrzyć. Krawędzie falowały, światło rozlewało się plamami, a wszystko wokół wydawało się nierealne. Obce, zimne i martwe.
Dopiero po dłuższej chwili zaczęłam rozpoznawać kształty. Gładkie i puste ściany, rzeczy idealnie poukładane na półkach, zbyt czyste i zbyt uporządkowane. Nie zdradzały oznak życia ani żadnej historii. Przede mną nie dostrzegłam niczego, czego kurczowo mogłabym się uchwycić.
Zrezygnowana odwróciłam głowę, powoli i z dużym wysiłkiem. I wtedy ją zobaczyłam.
Stała obok łóżka, nieruchoma, cicha. Miała smukłą sylwetkę, niemal ludzką, ale coś tu nie pasowało. Zbyt idealne proporcje. Zbyt spokojna postawa. Brak jakiegokolwiek napięcia.
Spojrzałam w jej oczy, o ile można było tak je nazwać. Patrzyła na mnie, uważnie i bez emocji.
– Lyra… – wyszeptałam, bardziej do siebie niż do niej.
Jej imię samo wpadło mi do głowy. Naturalnie. Jak coś, co już gdzieś słyszałam.
– Jestem przy tobie – odpowiedziała.
I choć słowa brzmiały poprawnie, nie dało się wyczytać z nich żadnej emocji, były puste. A mimo to Lyra nie była moim ratunkiem. Była zimnym echem mnie samej.
Na chwilę zamknęłam oczy. Nie mogłam dojść do siebie. Wciąż miałam wrażenie lekkiego zdezorientowania. Po chwili jednak znowu je otworzyłam. I wtedy zobaczyłam coś jeszcze. Ruch po drugiej stronie. Na ścianie ledwo zauważalnie przemknął cień, jakaś postać.
– Mamo…
Na dźwięk tego głosu serce ścisnęło mnie boleśnie. Ten głos był inny. Prawdziwy, zbyt prawdziwy. I znałam go bardzo dobrze.
Spojrzałam w stronę, z której dobiegał. Kobieta stała kilka kroków od mojego łóżka. Patrzyła na mnie w sposób, którego nie potrafiłam zignorować. Z troską i strachem, którego nawet nie próbowała ukryć.
– Magdalena? – zapytałam zachrypniętym, lekko zdziwionym głosem.
Nie odpowiedziała od razu. Jej imię zawisło między nami, jakby należało do kogoś innego. Do innego życia, do innego czasu.
Blondynka, z piegami na twarzy podobnymi do moich, zrobiła krok w moją stronę.
– Tak, mamo. Jestem tutaj.
Mamo.
To słowo uderzyło we mnie mocniej niż ból w klatce piersiowej.
Coś tu się nie zgadza – natarczywe myśli krążyły w mojej głowie.
Na moment jednak przemknęło mi przez głowę coś znajomego. Nie potrafiłam od razu określić, co to było. Może sposób, w jaki przeczesała włosy palcami. Może uśmiech, który pojawił się ledwo zauważalnie na jej ustach. Sprawiało to jednak wrażenie czegoś, co przypominało dawne chwile. Coś, co gdzieś głęboko w pamięci czekało, żeby się ujawnić. I przez ułamek sekundy poczułam, jakby czas się skrócił, jakbym nagle dostrzegła fragment dawnego życia, które zniknęło gdzieś w cieniu.
Spojrzałam na swoje dłonie, drżały. Skóra była tak cienka, że wszystkie ukryte pod nią żyły stały się bardzo dobrze widoczne. Moje palce nie przypominały tych, które pamiętałam. Nie tak, jak je czułam jeszcze przed chwilą.
Zacisnęłam dłonie z nerwów, złości i poczucia niesprawiedliwości. Nie zgadzałam się na teraźniejszość.
– To… – głos mi się załamał. – To nie jest możliwe.
Nikt nie odpowiedział.
Ale ta cisza powiedziała mi więcej niż jakiekolwiek słowa. Powoli i nieodwracalnie coś we mnie zaczęło się kruszyć.
Ponownie odwróciłam głowę i wtedy zobaczyłam lustro. Stało naprzeciwko łóżka. Nie pamiętam, czy było tam wcześniej. Przez chwilę patrzyłam obok. Nie miałam śmiałości ani odwagi, by spojrzeć na odbicie. Patrzyłam na ścianę, na ramę lustra, wciąż zbierając w sobie odwagę. W głębi duszy wiedziałam, co się tam kryje, ale dopóki nie spojrzę, to wszystko nie będzie prawdą.
Mimo to po chwili zmusiłam się i niepewnie zerknęłam.
Najpierw nie rozpoznawałam kobiety w lustrze. Miała inną twarz. Czas odcisnął na niej ślady, których nie pamiętałam. Skóra straciła sprężystość, rysy się wyostrzyły, ale oczy nadal były moje. Tylko otoczone czymś, czego jeszcze przed chwilą tu nie było – zmęczeniem, tęsknotą, czasem.
Odwróciłam wzrok i pozwoliłam, by przez dłuższy moment moje ciało bezwładnie leżało na poduszkach. W ten sposób chciałam uciec od własnego odbicia. Nagle serce przyspieszyło, a oddech znowu się urwał.
– To nie ja… – wyszeptałam cicho. – To nie jestem ja…
Ponownie spojrzałam w lustro, ale obraz nie zniknął, nie rozmył się, nie dawał się oszukać.
To byłam ja. Tylko nie ta, którą pamiętałam. Nie ta Joanna z hangaru. Nie ta Joanna, która pełna sił biegła, śmiała się radośnie i całym sercem czuła, że świat stoi przed nią otworem.
Ta kobieta w lustrze była kimś, kto ten świat już przeżył. Albo przegapił…
Czułam, jak coś w moim środku łamie się na drobne kawałki. Każda cząstka dawnej pewności siebie, każda iskra radości, każde wspomnienie o wolności. Wszystko to odpływało. Nie mogłam już wrócić, nawet gdybym chciała. Ten świat, w którym leciałam nad hangarem, gdzie śmiech odbijał się od stalowych ścian, odszedł bezpowrotnie. Pozostała tylko cisza i ciężar rzeczywistości, której nie dało się cofnąć.
Zamknęłam oczy. Poczułam, jak po policzkach spływają ciepłe i gorzkie łzy. Jedna po drugiej. Już nie miałam dokąd uciec. Bo nawet tam, pod powiekami, nie było już hangaru.
I w tej ciszy zrozumiałam coś jeszcze. Że nie mogę uciec od siebie samej.Że mogę tylko nauczyć się żyć z tym, kim teraz jestem, w świecie, który nie zna już mojego dawnego śmiechu.
Polecamy również
