Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Zakazana klasyka literatury powraca w nowym wydaniu
Stephen Gordon dorasta w arystokratycznym domu, uwielbia jazdę konną po malowniczych wzgórzach Morton, doskonale włada szpadą i marzy, by być jak młody admirał Nelson. Tylko że… jest dziewczynką, która stopniowo odkrywa swoją fascynację kobietami. Choć pozycja i majątek rodziny zapewniają jej wiele przywilejów, w surowym purytańskim społeczeństwie nie ma miejsca dla kogoś takiego jak ona. Gdy Stephen, zauroczona młodą sąsiadką, niemal doprowadza do skandalu, musi opuścić rodzinną posiadłość. Tak rozpoczyna się jej podróż w poszukiwaniu własnej tożsamości, artystycznej wolności, prawdziwego uczucia i miejsca, w którym będzie mogła być w pełni sobą.
*
Radclyffe Hall stworzyła pierwszą powieść saficką, która wstrząsnęła opinią publiczną i wzbudziła liczne kontrowersje. Po premierze w 1928 roku książka została zakazana w Wielkiej Brytanii za obsceniczność, mimo że nie zawiera ani jednej sceny erotycznej. „Źródło samotności” zyskało status powieści kultowej, a po latach powraca w doskonałym przekładzie Agaty Ostrowskiej. Nowe wydanie zostało uzupełnione o przedmowę Renaty Lis, która spojrzała na tę literacką perłę z nowej perspektywy.
Przełomowa, poruszająca i wciąż aktualna.
To, co dała nam Hall w „Źródle samotności”, to znacznie więcej niż widoczność. To odwaga żądania całego życia”.
Renata Lis, fragment przedmowy
Powieść Radclyffe Hall jest może pierwszą powieścią notorycznie i wyzywająco lesbijską.
Irena Krzywicka, fragment wstępu do pierwszego polskiego wydania „Źródła samotności”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 666
Data ważności licencji: 6/18/2030
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Renata Lis
„Powieść Radclyffe Hall jest może pierwszą powieścią notorycznie i wyzywająco lesbijską” – napisała o Źródle samotności Irena Krzywicka. Jej wstęp towarzyszył pierwszemu polskiemu wydaniu, które ukazało się w 1933 roku nakładem „Roju” – pięć lat po premierze oryginału. W tym samym roku wyszły też dwie polskie powieści lesbijskie: Przygoda w nieznanym kraju Anieli Gruszeckiej i Anetka Marii Modrakowskiej, w których współczesne nam badaczki odnajdują podobieństwa do powieści Hall świadczące o niewątpliwym wpływie, jaki zdążyła na nie wywrzeć, jeszcze zanim ukazała się w Polsce1. Podpisany pseudonimem „dr J.P. Zajączkowski” polski przekład był dziełem zbiorowym i przedstawiał okaleczoną wersję głośnego dzieła, w której pominięto liczne fragmenty odnoszące się do seksualnej i płciowej tożsamości bohaterki. Jednak nawet w tej postaci książka stała się w Polsce legendą. Nigdy później niewznowiona, wiodła u nas żywot białego kruka. Obecne wydanie w przekładzie Agaty Ostrowskiej jest pierwszą pełną edycją tej przełomowej powieści i długo oczekiwaną odpowiedzią na trwający niemal sto lat czytelniczy głód. Legendarna Stephen Gordon wraz ze źródłem swojej samotności nareszcie do nas zawitała.
*
Publikująca pod pseudonimem Radclyffe Hall angielska pisarka, nazywana przez bliskich Johnem, urodziła się w 1880 roku w posiadłości Sunny Lawn w Bournemouth jako Marguerite Antonia Radclyffe Hall. Wbrew słonecznej nazwie majątku miała nieszczęśliwe dzieciństwo. Ojciec opuścił rodzinę, kiedy była dwulatką, matka zaś, raz już rozwiedziona Amerykanka, odtrącała ją za niekobiecy styl bycia i głośno wyrażała żal, że ją urodziła. W dodatku kolejny mąż matki najprawdopodobniej ją molestował. Dopiero w wieku 21 lat, gdy stała się dysponentką odziedziczonej po ojcu fortuny, mogła opuścić ten straszny dwór. Zamieszkała w Londynie i żyła, jak chciała: ścięła włosy, nosiła pasujące do jej sylwetki męskie stroje, do woli uprawiała sporty, pisała wiersze i kochała kobiety.
Miała liczne romanse, jednak pierwszą osobą, z którą związała się na długo, była śpiewaczka Mabel Batten. Starsza o ćwierć wieku, miała męża, córkę i wnuki. Plotkowano też o jej romansie z Edwardem VII. To ona wprowadziła Hall do towarzystwa artystek i intelektualistek, z których wiele było lesbijkami. Ona też nadała jej imię John – po przodku, do którego Hall była jej zdaniem uderzająco podobna. Ona wreszcie zachęciła ją do wydania wierszy drukiem i zajęcia się prozą. Rok przed śmiercią Batten John nawiązała romans z jej młodszą kuzynką, rzeźbiarką Uną Troubridge – żoną wiceadmirała, matką małej dziewczynki. Gdy Batten zmarła, Hall kazała zabalsamować jej ciało i położyć na nim poświęcony przez papieża srebrny krucyfiks. Po swojej śmierci w 1943 roku zostanie pochowana na londyńskim cmentarzu Highgate, w pobliżu rodzinnego grobowca Battenów, w którym wcześniej spoczęła Mabel.
Z Uną pozostały parą już do końca życia, mimo że monogamia nadal nie należała do mocnych stron Hall. Żyły razem tak jawnie, jak tylko było to możliwe w Anglii lat dwudziestych XX wieku. Rzecz jasna chronił je przywilej klasowy i ekonomiczny, jednak nie na tyle, by w homofobicznym społeczeństwie czuły się komfortowo2. Una wsparła decyzję John o wydaniu Źródła samotności, książki nie do końca wprawdzie autobiograficznej, mówiącej jednak poniekąd o nich samych. Pisarka dobrze wiedziała, na co się porywa. W liście do swojego wydawcy Jonathana Cape’a uprzedzała: „Oddałam moje pióro na służbę jednym z najbardziej prześladowanych i nierozumianych ludzi na świecie. O ile wiem, nikt przede mną nie podjął w prozie próby tego rodzaju”3.
„Próba tego rodzaju” oznaczała powieść o „inwertytce” urodzonej w rodzinie z najlepszego towarzystwa, istocie nie tylko z natury dobrej i utalentowanej, ale utożsamiającej się z etosem angielskiej szlachty – z kultem admirała Nelsona i polowaniem na lisy włącznie. Jej życie ukazane zostało od wewnątrz, z ewidentnie insajderskiej perspektywy, a w dodatku empatycznie, apologetycznie i ze szlachetnym symbolicznym naddatkiem. Problem dziewczyny polega na tym, że „inwersja”, którą uważa za skazę, wypacza trajektorię jej życia. Stephen bowiem całym sercem kocha właściwą swojej klasie społecznej „normalność”, jednak nie ze swojej winy nie może w niej uczestniczyć.
Używane na określenie homoseksualności pojęcie inwersji płciowej, czyli odwrócenia popędu, pochodzi z książki angielskiego lekarza Havelocka Ellisa wydanej w 1897 roku właśnie pod tytułem Sexual Inversion. Była to pierwsza w Anglii poświęcona tej kwestii praca naukowa wolna od medykalizacji, kryminalizacji i paniki moralnej na tle religijnym. Radclyffe Hall znała jej autora osobiście, a pierwszemu wydaniu Źródła samotności towarzyszył napisany przez niego aprobujący wstęp. Co prawda w tekście powieści, gdy mowa o sekretnych półkach w bibliotece ojca Stephen, sir Philipa Gordona, nie znajdziemy wzmianki, że stała na nich również książka Ellisa, ale przecież musiała stać, skoro były tam dzieła dwóch innych sławnych seksuologów: Karla-Heinricha Ulrichsa i Richarda von Krafft-Ebinga.
Ulrichs, niemiecki prawnik i pierwszy w historii aktywista na rzecz równości małżeńskiej, homoseksualność rozumiał podobnie jak Ellis, a na jej określenie używał ukutego przez siebie terminu „uranizm”. Z własnym uranizmem się nie krył, mimo że groziły za to kary. Powołując się na wrodzony, a zatem naturalny charakter homoerotyzmu, domagał się dekryminalizacji stosunków seksualnych między mężczyznami i prawa do ślubów jednopłciowych. Więcej niż trochę uwagi poświęcił także, co rzadkie, istnieniu homoseksualnych kobiet. Po roku 1871, kiedy do kodeksu karnego wprowadzono osławiony paragraf 175, wyemigrował z Niemiec. Odwaga i dzielność, z jaką „nosił” swoją odmienność, łączą go silnie z Hall i jej bohaterką.
Z kolei Krafft-Ebing, austriacko-niemiecki seksuolog, psychiatra i kryminolog, zasłynął wydaną w 1886 roku pracą Psychopathia Sexualis. Było to kompendium tak zwanych dewiacji seksualnych, w zamierzeniu adresowanedo prawników i lekarzy, które niespodziewanie stało się bestsellerem. Sir Philip przestudiował je z ołówkiem w ręku, szukając prawdy o córce. W dziele tym autor opisuje „nerwice mózgowe”, a wśród nich „paraesthesię” – objawiającą się nakierowaniem popędu płciowego na niewłaściwy obiekt, przy czym Krafft-Ebing nie widzi większej różnicy między homoseksualizmem, fetyszyzmem, sadomasochizmem i pedofilią (sic!). Ożeniwszy uranizm Ulrichsa z teorią degeneracji Benedicta Morela, interpretuje homoseksualizm jako chorobę psychiczną o podłożu degeneracyjnym. Nic dziwnego, że po przejrzeniu tej książki Stephen wpadła w przerażenie.
Skrojona na podstawie wyobrażeń pierwszych seksuologów bohaterka Hall wydaje się znacznie bliżej spokrewniona z męskimi inwertytami Prousta niż z płynnym płciowo i czerpiącym z tego radość Orlandem Virginii Woolf. Sama autorka również odnajdywała się w binarnym schemacie inwersji, w którym fenomen lesbijstwa objaśnia się zakłóceniem tożsamości płciowej. Zgodnie z tą wykładnią, trochę upraszczając, można powiedzieć, że mężczyzna kochający mężczyzn byłby kobietą w męskim ciele, a kobieta kochająca kobiety – uwięzionym w ciele kobiety mężczyzną. Jest to bardzo odległe od dzisiejszego rozumienia tożsamości seksualnej i płciowej, w którym nacisk kładziony jest na kontinuum i wielowarstwowość, może natomiast kojarzyć się z niektórymi przypadkami transpłciowości. Stephen od dziecka doświadcza przecież tak silnej dysforii, że chyba tylko pełna procedura uzgodnienia płci mogłaby przynieść jej/jemu ulgę. Jeśli dostrzegamy to dopiero od niedawna, to zapewne dlatego, że tak w przypadku autorki, jak i bohaterki, ewentualną transpłciowość przesłaniały inne, kontrowersyjne aspekty tożsamości, mianowicie: angielskość i ziemiańskość.
Politycznie i obyczajowo Radclyffe Hall była reakcjonistką, która w pewnym momencie popierała Mussoliniego, a w swoim stosunku do kobiet niebędących jak ona inwertytkami łatwo mogła być pomylona z męskim szowinistą. Była też nawróconą katoliczką, zgodnie ze swoim poglądem, że „inwersja” stanowi jakoby szczególnie żyzną glebę dla religijności, co Irena Krzywicka nazwała „niewzajemną miłością homoerotów do wiary”. Właśnie z powodu tego konserwatywnego profilu Hall nie pasowała choćby do safickiego salonu Natalie Clifford Barney, będącego pierwowzorem powieściowego salonu Valerie Seymour, do którego z kolei nie pasuje Stephen. I nie przypadkiem jedną z nielicznych bywalczyń tego salonu, z którymi Stephen czuje więź, jest Wanda, żarliwie modląca się w bazylice Sacre-Coeur polska malarka, wzorowana prawdopodobnie na mieszkającej w Paryżu artystce Helenie Het-Kwiatkowskiej – katoliczce i ziemiance4. Dlatego na przykład Selby Wynn Schwartz nie powstrzymała się przed tym dowcipnym, choć okrutnym portretem autorki Źródła samotności:
Radclyffe Hall nie miała cierpliwości do Izby Gmin, ale uważała, że Izbę Lordów można skłonić do zrozumienia, że lesbijka to gentleman najwyższej klasy. Ona sama stanowiła przykład najlepszych cech Anglika: była przyzwoita, rozsądna i świetnie strzelała. Jej żona, lady Una Troubridge, była szlachcianką i właścicielką małych psów. Innymi słowy, nie istniała różnica między Radclyffe Hall a najznakomitszym obywatelem Imperium Brytyjskiego, była równie porządnym facetem jak każdy inny John5.
Czy zatem Źródło samotności, funkcjonujące dotąd jako lesbijski klasyk spod znaku butch/femme, to raczej klasyk transpłciowy? Bez wątpienia jest nim również. Dla niektórych badaczek, na przykład dla angielskiej profesorki Laury Doan, jest nim nawet przede wszystkim. Jednak choć trudno rozstrzygnąć, czy tytułowym źródłem samotności jest dla Stephen bardziej homoseksualność, czy transpłciowość, to na pewno jest nim jej – związana z jednym bądź drugim – misja. Na początku wydaje się, że dotyczy ona literatury: Stephen jako pisarka czuje się powołana do wyrażenia odmieńczej egzystencji w swoich dziełach i wywalczenia w ten sposób społecznej akceptacji. Ale nie tylko.
Jak zauważa badaczka, „Hall nie tylko nazywa swoją bohaterkę imieniem pierwszego męczennika religii chrześcijańskiej” (Szczepana), ale też „wyraźnie sugeruje możliwość przejęcia przez Stephen roli pośredniczki wybawienia wszystkich osób queerowych”, jakie kiedykolwiek urodziły się lub urodzą6. Powodowana chrześcijańską miłością do wszystkich inwertytów, Stephen zdobywa się na najwyższe poświęcenie i w finale powieści nie jest już pogrążoną we własnym życiu pisarką, tylko figurą Chrystusa – lesbijskim i/lub transpłciowym mesjaszem (choć Krzywicka woli w tym momencie widzieć w niej Safonę).
To niesłychanie mocne, symboliczne zakończenie Źródła samotności, wpisane w trójkąt, który wyznaczają sprzeczne pragnienia Stephen, Mary i Martina, powraca niespodziewanym echem w powieści Jeanette Winterson Zapisane na ciele. Lesbijska narratorka zrzeka się tam wynikających z odwzajemnionej miłości „praw” do ukochanej Louise i „zwraca” ją mężowi, który jako jedyny – być może – będzie umiał wyleczyć raka krwi, na którego Louise choruje. Jest to nie tylko wyraźne nawiązanie do historii Stephen Gordon, świadczące o jej niesłabnącej sile, ale też namiętna analiza ustanowionej przez Hall jako archetyp, podszytej tragizmem i dwuznacznością sytuacji, z której nie ma dobrego wyjścia.
Winterson nie ceni Radclyffe Hall jako pisarki, bo nie może jej cenić jako znana miłośniczka modernistycznych innowatorów: Virginii Woolf, Gertrude Stein, Thomasa S. Eliota. Jednak w każdej wypowiedzi na ten temat oddaje Hall sprawiedliwość, podkreślając, że Źródło samotności pomogło jej kiedyś odnaleźć siebie. Jak dla wielu queerowych dziewczyn wcześniej i później, szczególnie dla tych, którym przyszło dorastać w konserwatywnych, religijnych rodzinach, powieść Hall była dla niej nieocenionym wsparciem i właśnie jako taka, niezależnie od swojej literackiej wartości, pozostanie w historii. Pozostanie w niej także jako pierwsza lesbijska powieść popularna – matka niezliczonych czytadeł, których bohaterkami są kobiety kochające kobiety i które miliony czytelniczek pochłaniają z wypiekami na twarzy.
*
Do międzynarodowego rozgłosu Radclyffe Hall i jej książki walnie przyczynił się proces, jaki w Anglii wytoczono jej wydawcy. Co prawda pierwsze reakcje na Źródło samotności były niezłe, powieść dostała dobrą recenzję między innymi w „The Times Literary Supplement”, jednak sytuacja zmieniła się diametralnie, kiedy do akcji wkroczył pewien dziennikarz „Sunday Express”, niejaki James Douglas. Nazwał Źródło samotności „niemoralną propagandą”, która „zakaża i deprawuje” angielską prozę. Dodał efektownie, że „wolałby dać zdrowemu chłopcu lub zdrowej dziewczynie fiolkę kwasu pruskiego niż tę powieść”. Grzmiał ze swoich łamów, że jeśli Cape nie wycofa nakładu, wówczas sprawą powinien zająć się minister spraw wewnętrznych, sir William Joynson-Hicks. Ten ostatni, znany bigot, zagroził Cape’owi sprawą karną, jeżeli nie wycofa książki. Cape nie miał wyjścia, więc zastosował się do tego żądania, jednak wcześniej udzielił licencji na wydanie Źródła samotności anglojęzycznej oficynie Pegasus Press mającej siedzibę we Francji. Wydrukowane za kanałem La Manche egzemplarze z łatwością dopłynęły do białych klifów Dover i wkrótce znów były dostępne tam, gdzie ich zakazano. Joynson-Hicks się wściekł i w rezultacie doszło do procesu. Minister zarzucił powieści, że „wspiera zdeprawowaną praktykę, a jej celem jest szerzenie zepsucia, co poważnie szkodzi interesowi publicznemu”.
Wśród niewielu pisarzy, którzy mieli odwagę jawnie stanąć po stronie oskarżonej powieści, byli między innymi E.M. Forster, Vita Sackville-West czy George Bernard Shaw. Również Virginia Woolf zadeklarowała gotowość składania zeznań jako świadek obrony, choć ze względu na swoje poglądy estetyczne nie czuła się z tym dobrze. Na szczęście dla niej sędzia orzekł, że zeznania pisarzy nie mogą dotyczyć nieobyczajności, a tylko kwestii literackich, te zaś są dla procesu nieistotne, i w rezultacie nikt z literatów przed sądem nie wystąpił. W konkluzji wymiar sprawiedliwości uznał powieść za obsceniczną i rozsiewającą zepsucie, nakazując bezzwłoczne wycofanie jej z obiegu. Apelacja na nic się nie zdała i niekorzystny wyrok został podtrzymany. Hall, ubrana w skórzany płaszcz automobilisty i hiszpański kapelusz jeździecki, wysłuchała go na sali sądowej. Wspierał ją tłum znajomych i nieznajomych. W dziennikach pisano, że jakieś dwie kobiety podeszły do niej po skończonym procesie, ujęły jej dłoń i z wdzięcznością ucałowały. W 2019 roku natomiast ujawnione zostały zachowane w archiwum pisarki tysiące (sic!) listów poparcia, jakie otrzymała od swoich czytelniczek i czytelników w związku z kuriozalnym procesem i wyrokiem.
Sprawa odbiła się echem również po drugiej stronie Atlantyku. Amerykański wydawca Alfred A. Knopf, który wcześniej zakupił prawa do Źródła samotności, zrezygnował z publikacji. Znaleźli się jednak odważniejsi od niego – Pascal Covici i Donald Friede – którzy wzięli kredyt na opłacenie licencji i byli gotowi zawalczyć o powieść. Działali niekonwencjonalnie – Friede na przykład sam skontaktował się z szefem Nowojorskiego Towarzystwa Zwalczania Występku i zaoferował mu egzemplarz, żeby ściągnąć uwagę stróża moralności na siebie i ochronić księgarzy. Wprawdzie i tutaj doszło w końcu do procesu, jednak zgodnie z prawem federalnym, inaczej niż w Anglii, świadectwa na temat literackiej wartości dzieła dopuszczono jako dowód przeciwko zarzutom o obsceniczność, więc wydawcy zgłosili na świadków długą listę pisarzy gotowych bronić wolności słowa, w tym Ernesta Hemingwaya, Ednę St. Vincent Millay i F. Scotta Fitzgeralda. W rezultacie Nowojorski Sąd Cywilny orzekł, że Źródło samotności przedstawia „delikatny problem społeczny”, który sam w sobie nie narusza prawa, i dlatego książka powinna być dopuszczona do sprzedaży. Zarzuty zostały oddalone, a Radclyffe Hall stała się w Ameryce ikoną queerowej wolności.
*
Można czasem spotkać się z opinią, że Źródło samotności, niebędące przecież pierwszą lesbijską prozą w Europie, nie zdobyłoby takiej pozycji, jaką ma, gdyby nie aura skandalu związana z procesem. Ocena ta jest bardzo niesprawiedliwa. Czytana dzisiaj powieść Radclyffe Hall robi wielkie wrażenie – pomimo swojej konwencjonalnej formy, języka i nieaktualnych koncepcji seksuologicznych. Robi je przez to, z jak wielką świadomością, odwagą i mocą wypowiada piętnowaną, zohydzaną i spychaną na społeczny margines odmieńczość. Przez to, z jaką mocą i jasnością upomina się o godność i równość. Przez to wreszcie, jak dobitnie pokazuje cenę, którą za homofobię otoczenia muszą płacić osoby queerowe – z szokującym okrucieństwem odrzucane przez rodzinę, prześladowane przez rówieśników, izolowane w towarzystwie, pozbawiane szacunku i dającego bezpieczeństwo małżeństwa, ścigane przez sądy i wyklinane z ambon. Idące przez życie z pytaniem, dlaczego są takie, jakie są, i czym właściwie są. Wybudzane ze snu przez lęk, że są jedyne na całym świecie, śmiertelnie przerażone swoim źródłem samotności. Obawiam się, że udręka Stephen i dziś jeszcze okaże się nieobca wielu osobom żyjącym w Polsce, gdzie wciąż czekamy na równość. I właśnie ta równość, której ciągle nie ma, to jedyna obsceniczność, jaka bije w oczy w związku z tą powieścią.
„A przecież Stephen jest normalna. Jest to pełny egzemplarz człowieka, piękny, zdrowy, silny i utalentowany” – pisze Irena Krzywicka, która udatnie przyrównuje homoseksualność do leworęczności. Podoba jej się, że miłość kobiet została przez Hall po raz pierwszy opisana z punktu widzenia codzienności, to znaczy, że Stephen i Mary są u niej „zwykłym małżeństwem”, a nie, powiedzmy, parą demonicznych kochanek jak z Baudelaire’a, wymyślonych po to, żeby cieszyły męskie oczy. Za najlepszą etycznie postawę uważa „zupełnie szczere i otwarte traktowanie sprawy odmiennego instynktu płciowego”. Dostrzega i docenia uświęcającą siłę miłości. Gdyby Krzywicka żyła dzisiaj, napisałaby, że love is love.
Jedna z dłużniczek Hall, Audre Lorde, była jej wdzięczna za dar widoczności, który dostały od niej lesbijki. „Widoczność, która czyni nas najbardziej bezbronnymi, jest również źródłem naszej największej siły” – pisała autorka Dzienników raka. Ale to, co dała nam Hall w Źródle samotności, to znacznie więcej niż widoczność. To odwaga żądania całego życia.
Tylko ono – odzyskane całe życie – może sprawić, że źródło samotności kiedyś wyschnie.
1 P. Pająk, 1933: the year of lesbian modernism in Poland?, „Women’s History Review” 2021, nr 1, s. 28–50.
2 H. Anderson, The Well of Loneliness: The book that could corrupt a nation. https://www.bbc.com/culture/article/20221121-the-well-of-loneliness-the-most-corrosive-book-ever (dostęp: 31.03.2025).
3 S. Cline, Radclyffe Hall: A Woman Called John, London 2010.
4 Za konsultację w tej sprawie dziękuję Sylwii Zientek, autorce Polek na Montparnassie.
5 S. Wynn Schwartz, Po Safonie, tłum. K. Gucio, Wołowiec 2024.
6 A. Artwich, Międzywojenny rozkwit prozy lesbijskiej w Polsce? Powieści Przygoda w nieznanym kraju Anieli Gruszeckiej, Anetka Marii Modrakowskiej i Źródło samotności Radclyffe Hall, „Zagadnienia Rodzajów Literackich”, LXVII, z. 1, s. 57–71.
W styczniu 2024 roku jechałam pociągiem z Warszawy do Krakowa, kiedy dostałam mejla z propozycją przekładu The Well of Loneliness Radclyffe Hall. Serce od razu zabiło mi mocniej: wielokrotnie słyszałam o tej książce, odkąd jako nastolatka zaczęłam się interesować literaturą, i szerzej – kulturą queerową. Książka Hall niemal zawsze wymieniana jest we wszelkiego rodzaju zestawieniach jako przełomowa powieść lesbijska. Nie wahałam się więc ani chwili, czy przyjąć to zlecenie, choć wiedziałam, że czeka mnie spore wyzwanie.
Mamy tu przecież do czynienia z dziełem sprzed niemal dokładnie stu lat, a przez ten czas zarówno język, jak i realia zmieniły się nie do poznania. Pierwsze – i jak dotychczas jedyne – polskie tłumaczenie ukazało się w 1934 roku (jako Źródło samotności), podpisane pseudonimem zbiorowym J.P. Zajączkowski, za którym ukrywali się wielcy twórcy: Karolina Beylin, Jerzy Pański, Andrzej Stawar, Lucjan Szenwald i Adam Ważyk. Z początku zaglądałam do tego przekładu, kiedy nie miałam pewności, jak oddać dane słowo, termin czy sformułowanie, okazał się jednak mało pomocny; niestety, jak w przypadku wielu dawnych tłumaczeń, i tutaj dokonano bardzo wielu skrótów i uproszczeń. Ówcześni autorzy przekładów stali oczywiście przed znacznie trudniejszym zadaniem; dzisiaj internet zapewnia nam błyskawiczny dostęp do informacji, słowników i wszelkich możliwych do wyobrażenia zasobów wiedzy. Również dlatego tak ważne jest, by tłumaczyć dzieła literackie na nowo.
Trudność w pracy nad przekładem Źródłem samotności nie ograniczała się jednak do warstwy językowej i świata przedstawionego. Powieść powstała w latach dwudziestych ubiegłego wieku i jest świadectwem swoich czasów. Z dzisiejszej perspektywy mogą nas razić obecne w prozie Hall elementy mizoginii, homofobii, rasizmu czy klasizmu, zupełnie przeźroczyste dla ówczesnych czytelniczek. Zetknięcie z takimi poglądami bywało dla mnie trudne, ale koniec końców uświadomiło mi, jak długą drogę przeszłyśmy przez te sto lat. Z drugiej strony – niektóre problemy pozostają niepokojąco aktualne, zwłaszcza w czasach powszechnej nagonki na osoby transpłciowe czy coraz większego rozwarstwienia społecznego i nierówności.
Niektóre kwestie światopoglądowe wiązały się jednak ściśle z przekładem. Osoby czarne autorka określa słowem negroes, wówczas zupełnie neutralnym, teraz powszechnie uważanym za obraźliwe. Gdyby pojawiało się ono w dialogach, należałoby je zapewne przełożyć jako „Murzyn”, anachronizmem byłoby bowiem wkładanie w usta urodzonych w XIX wieku bohaterek zwrotów wynikających z dwudziestopierwszowiecznej wrażliwości. W Źródle… to określenie pojawia się jednak tylko siedem razy i tylko w narracji. Co więcej, jedno z tych wystąpień nie dotyczy nawet konkretnej osoby, lecz służy za element porównania: the men’s faces had been black like the faces of negroes, black and swollen from gas, or was it from putrefaction?; bez żadnej straty dla tekstu mogłam więc ten element pominąć: „twarze mężczyzn były zupełnie czarne, czarne i nabrzmiałe, od gazu czy od procesów gnilnych?”. W pozostałych przypadkach autorka odnosi się do dwóch muzyków, których występ oglądają nasze bohaterki; tutaj w zależności od kontekstu sięgałam albo po przymiotnik „czarnoskóry”, albo po inne określenie charakteryzujące te postaci („młodzieniec”, „bracia”). Znacznie bardziej problematyczne jest zdanie opisujące jednego z muzyków: „W jego oczach malowało się cierpliwe, pytające spojrzenie, typowe dla większości zwierząt oraz dla wszystkich powoli ewoluujących ras”; usunięcie go lub złagodzenie byłoby już zbyt daleko idącą ingerencją w tekst. Chciałabym jednak uczulić czytelniczki na rasistowski wydźwięk takiej charakterystyki, przypominając jednocześnie, że książka powstała w zupełnie innych czasach.
Równie daleko, lub nawet dalej idącą i – moim zdaniem – nieuprawnioną ingerencją w tekst byłaby postulowana przez niektórych zmiana zaimków Stephen z she/her na they/them. Źródło samotności jest współcześnie coraz częściej odczytywane raczej jako powieść trans niż lesbijska. Niewykluczone zresztą, że sama Radclyffe Hall identyfikowałaby się w dzisiejszych czasach jako osoba niebinarna lub transmęska (stąd w wielu artykułach, podcastach i innych tekstach mówi się o niej zamiennie she i they); o ile Stephen Gordon męskie imię dostała na chrzcie, o tyle Marguerite Antonia Radclyffe-Hall już jako dorosła osoba sama podjęła świadomą decyzję, by posługiwać się imieniem John1. To wszystko nie upoważnia nas jednak do arbitralnego przepisywania jej twórczości według dzisiejszych standardów.
Mam nadzieję, że dzięki mojemu tłumaczeniu ta kultowa powieść znajdzie nowe grono odbiorczyń. Miłej lektury!
Agata Ostrowska
1 Radclyffe Hall była w ogóle fascynującą i niejednoznaczną postacią, o czym można dowiedzieć się więcej choćby z poświęconego jej odcinka podcastu Bad Gays (lipiec 2020; dostępny na popularnych platformach podcastowych).
Z dedykacją dla nas trzech
Wszystkie postaci w tej książce są wytworem fikcji, a jeśli autorka w jakimkolwiek przypadku użyła imion lub nazwisk mogących sugerować odniesienie do istniejących osób, uczyniła to nieumyślnie.
Kobiecy oddział ratunkowy złożony z brytyjskich ochotniczek pełnił ofiarną służbę na froncie alianckim we Francji w późniejszych miesiącach wojny, jednak choć opisana w tej książce jednostka, do której zaciąga się Stephen Gordon, działa w tym samym rejonie, nigdy nie istniała ona poza wyobraźnią autorki.
Niedaleko Upton-on-Severn – a konkretnie między tym miasteczkiem a pasmem Malvern Hills – znajduje się wiejska siedziba rodu Gordonów z Bramley: solidna, z licznymi zabudowaniami, porządnie ogrodzona i obficie zaopatrzona w wodę – to ostatnie dzięki strumieniowi, który rozwidla się w idealnym położeniu, by zasilać dwa duże jeziora na posesji.
Sam dom zbudowany jest w stylu georgiańskim, z czerwonej cegły, z uroczymi okrągłymi okienkami pod dachem. Emanuje godnością i dumą bez ostentacji, pewnością siebie bez arogancji, spokojem bez marazmu; oraz delikatną wyniosłością, która – w oczach osób znających duszę tego domu – dodaje mu tylko wartości. W rzeczy samej, przypomina pewne czarujące kobiety, które, teraz już starsze, należą do minionego pokolenia – kobiety w młodości namiętne, ale przyzwoite; trudne do zdobycia, lecz kiedy już zdobyte, ofiarujące spełnienie i satysfakcję. One już odchodzą, ale pozostają ich rezydencje, i taką właśnie rezydencją jest Morton.
Lady Anna Gordon przybyła do Morton Hall wkrótce po ślubie, jako kobieta ledwie dwudziestoletnia. Miała w sobie urok, jaki może mieć tylko Irlandka; w jej postawie było coś, co zdradzało cichą dumę, w oczach błysk wielkiej tęsknoty, a w ciele zapowiedź szczęścia – oto archetyp idealnej kobiety, którą Bóg stworzył i widział, że było to dobre. Sir Philip poznał ją w hrabstwie Clare, jeszcze jako Annę Molloy, szczupłą, dziewiczą istotę, uosobienie czystości, i jego strudzona dusza pofrunęła ku jej piersi, tak jak zmęczony ptak leci do swego gniazda – i jak kiedyś, opowiadała ukochanemu, taki ptak rzeczywiście do niej przyleciał, gdy szukał schronienia przed niebezpieczeństwami burzy.
Sir Philip był mężczyzną wysokim i nader przystojnym, lecz jego urok leżał mniej w rysach twarzy, a bardziej w szczególnej ekspresji, pewnej otwartości, którą można by wręcz nazwać szlachetną, oraz w smutnym, lecz zarazem zacnym wyrazie piwnych, głęboko osadzonych oczu. Miał mocny podbródek z bardzo delikatnym wgłębieniem, czoło intelektualisty i włosy o lekko kasztanowatym odcieniu. Szerokie nozdrza wskazywały na duży temperament, ale wargi miał kształtne, wrażliwe i namiętne, zdradzające naturę kochanka i marzyciela.
W chwili ślubu miał dwadzieścia dziewięć lat i niemałe doświadczenie, ale intuicja podpowiadała Annie, że może mu całkowicie zaufać. Jej opiekun za nim nie przepadał i sprzeciwiał się zaręczynom, jednak koniec końców postawiła na swoim. I okazało się, że dokonała szczęśliwego wyboru, gdyż kochali się tak mocno, jak niewielu innych ludzi; żar ich uczucia nie wygasał z upływem czasu, a w miarę jak dojrzewali, wraz z nimi dojrzewała łącząca ich miłość.
Sir Philip nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo pragnął syna, dopóki, około dziesięciu lat po ślubie, jego żona nie poczęła dziecka; wtedy zrozumiał, że oznacza to dla nich absolutne spełnienie, spełnienie, na które oboje czekali. Kiedy mu powiedziała, nie potrafił wyrazić swych uczuć słowami, oparł tylko głowę na jej ramieniu i zaszlochał. Nigdy chyba nawet na chwilę nie przyszło mu do głowy, że Anna równie dobrze może dać mu córkę; widział w niej tylko i wyłącznie matkę synów i nawet jej ostrzeżenia nie wytrącały go z tego przekonania. Nienarodzone jeszcze dziecko ochrzcił imieniem Stephen, podziwiał bowiem hart ducha Świętego Szczepana. Nie był z natury człowiekiem religijnym, być może zbyt dużą wagę przykładał do nauki, ale czytywał Biblię jako dzieło literackie, a historia Szczepana porwała jego wyobraźnię. Angielską wersją tego imienia posługiwał się więc, gdy snuł plany dotyczące mającego się urodzić dziecka: „Sądzę, że zapiszę Stephena do Harrow” albo: „Chciałbym chyba, żeby Stephen skończył edukację za granicą, to poszerza horyzonty”.
Słuchając go, Anna również utwierdzała się w tym przekonaniu; jego pewność rozwiała jej niesprecyzowane obawy i oczami wyobraźni widziała już, jak bawi się z małym Stephenem w jego pokoiku, w ogrodzie, na słodko pachnących łąkach. „A będzie z niego taki sympatyczny młody człowiek”, mawiała, przywołując miękki irlandzki akcent swojego ludu. „A będzie miał w oczach światło gwiazd i męstwo lwa!”
Kiedy dziecko się w niej poruszało, sądziła, że kopie tak mocno, gdyż pod jej sercem rośnie dzielny mały mężczyzna; wtedy i Annie udzielała się ta odwaga, a duch w niej potężniał, bo oto miała wydać na świat syna. Siadywała z robótką porzuconą na kolanach i wzrokiem zwróconym ku długiej linii wzgórz rozciągających się za doliną rzeki Severn. Ze swojego ulubionego miejsca pod starym cedrem widziała Malvern Hills w całej ich pięknej okazałości, a wypukłe stoki zdawały się skrywać w sobie nowe znaczenie. Były jak ciężarne kobiety, o pełnym biuście, odważne, spowite zielenią matki wspaniałych synów! Tak więc przez te wszystkie letnie miesiące siedziała i podziwiała wzgórza, a sir Philip siedział obok niej – trzymali się za ręce. I ponieważ przepełniało ją poczucie wdzięczności, wspierała biednych hojną jałmużną, i sir Philip chadzał do kościoła, co nie zdarzało mu się często, i zaprosili nawet pastora na obiad, i pod sam koniec liczne matrony odwiedzały Annę, żeby udzielać jej dobrych rad. Jednak „człowiek marzy, a Bóg darzy” i tak też się stało w tym przypadku: w Wigilię Bożego Narodzenia Anna Gordon wydała na świat córkę; kijankę o wąskich biodrach i szerokich barkach, która przez pierwsze trzy godziny bez przerwy krzyczała, jakby oburzona, że oto siłą wypchnięto ją w życie.
Anna Gordon przystawiała dziecko do piersi, ale kiedy ssało, ona czuła żal, bo jej mąż tak bardzo pragnął przecież syna. Widząc jej smutek, sir Philip starał się ukryć swoje rozczarowanie, pieścił niemowlę i uważnie oglądał jego paluszki.
– Co za rączka! – mówił. – Ależ ono ma najprawdziwsze paznokcie na wszystkich dziesięciu palcach: malutkie, różowe, idealne paznokcie!
Anna ocierała wtedy łzy i głaskała dziecko, całując małą łapkę.
Sir Philip uparcie nazywał dziecko Stephenem, co więcej, zamierzał tak właśnie je ochrzcić.
– Tak długo już mówiliśmy na nią Stephen – powiedział Annie – że naprawdę nie rozumiem, dlaczego mielibyśmy to zmieniać…
Anna miała wątpliwości, jej mąż jednak nie ustępował, co czasem mu się zdarzało, gdy dopadł go jakiś kaprys.
Pastor uznał, że to wysoce niestosowne, musieli więc dodać żeńskie imiona, żeby go udobruchać. Dziewczynka została ochrzczona w miejscowym kościele jako Stephen Mary Olivia Gertrude i rozwijała się dobrze, wyraźnie silna, a kiedy urosły jej włosy, okazały się kasztanowate, jak u sir Philipa. Miała również delikatne wgłębienie w bródce, tak niewielkie, że z początku wydawało się zaledwie cieniem; a po jakimś czasie, gdy jej tęczówki straciły błękit typowy dla szczeniaczków i innych młodych istot, Anna przekonała się, że oczy córki będą piwne – o wyrazie, który także przypominał spojrzenie ojca. Ogólnie rzecz biorąc, niemowlę było bardzo grzeczne, co zawdzięczało zapewne dobremu zdrowiu. Od czasu tego pierwszego, żarliwego protestu tuż po urodzeniu mała prawie w ogóle nie płakała.
Wraz z dzieckiem w Morton pojawiły się radość i szczęście, a stare domostwo zdawało się łagodnieć, w miarę jak dziecko – które szybko rosło i uczyło się już chodzić – potykało, przewracało i pokładało się na posadzkach, które od dawna nie miały do czynienia z dziećmi. Sir Philip wracał cały ubłocony z polowania i pędził do pokoju dziecięcego, nie zzuwszy nawet butów, po czym opadał na czworaki, a Stephen wdrapywała mu się na plecy. Ojciec udawał narowistego konia, skakał, wierzgał i miotał się dziko, tak że Stephen musiała trzymać się kurczowo jego włosów lub kołnierza i waliła mocno twardymi piąstkami. Zaalarmowana niezwykłym rwetesem Anna przychodziła i wskazywała błoto na dywanie.
– Philipie, Stephen, dość tego! – mawiała wtedy. – Czas na podwieczorek. – Jakby oboje byli dziećmi. Wtedy sir Philip zdejmował z siebie Stephen i wyplątywał się z jej rączek, a następnie całował żonę.
Synowi, którego tak wyczekiwali, wyraźnie się do nich nie śpieszyło; Stephen miała już siedem lat, a on nadal się nie pojawił. Anna nie wydała też już na świat więcej córek. Tak też Stephen pozostała dumną jedynaczką. Wątpliwe, czy jedynakom można zazdrościć, bo takie dziecko prędzej czy później staje się introspektywne; z braku podobnych sobie istot, którym mogłoby się zwierzyć, zaczyna spoglądać w głąb siebie. Nie można powiedzieć, żeby umysł siedmiolatki zaprzątały poważne problemy, jednak już w tym wieku zaczyna po omacku szukać, może doświadczać krótkich okresów przygnębienia i drobnych trudności z opanowaniem życia – nawet tego ograniczonego do bezpośredniego otoczenia. W wieku siedmiu lat miłości i nienawiści są jeszcze miniaturowe, ale sprawiają wrażenie potężnych i wzbudzają wielki niepokój. Może się nawet pojawić mgliste uczucie frustracji i Stephen często była go świadoma, choć nie potrafiła wyrazić tego słowami. Żeby sobie z nim poradzić, ulegała czasem nagłym wybuchom gniewu, piekliła się nad codziennymi drobiazgami, które zwykle przeżywała na chłodno. Tupanie nogami i zanoszenie się płaczem w obliczu pierwszej oznaki sprzeciwu przynosiło jej ulgę. Po takich wybuchach czuła się znacznie pogodniej, a uległość i posłuszeństwo przychodziły jej niemal z łatwością. W zgodzie z jakąś nie do końca jasną, dziecinną logiką odpłacała się życiu i to przywracało jej poczucie szacunku do siebie samej.
Anna posyłała po swoje porywcze dziecko i mówiła:
– Stephen, kochanie, mama się wcale nie gniewa… Powiedz mamie, skąd u ciebie takie napady; mama obiecuje, że spróbuje zrozumieć, jeśli jej powiesz…
Ale jej oczy były zimne, choćby nawet głos brzmiał łagodnie, a ręka głaskała dziecko niepewnie, niechętnie. Ta ręka musiała zmuszać się do tego, żeby pogłaskać dziewczynkę, a ona zdawała sobie z tego sprawę. Potem jednak, gdy patrzyła w górę na tę łagodną, kochaną twarz, ogarniała ją nagła skrucha, nagle dobitnie uświadamiała sobie własne niedostatki; pragnęła powiedzieć to wszystko matce, a jednak nie mogła wydusić z siebie słowa. Te dwie były bowiem wobec siebie osobliwie nieśmiałe – taka nieśmiałość między matką a dzieckiem zakrawała na groteskę. Anna to czuła, a poprzez nią i Stephen, mimo młodego wieku, też to sobie uświadamiała; trzymały się więc wzajemnie na dystans, kiedy powinny się do siebie zbliżać.
Stephen, mocno wyczulona na piękno, odczuwała niejasne pragnienie, by jakoś wyrazić to niemalże uwielbienie, jakim obdarzała twarz swojej matki. Gdy jednak Anna patrzyła ponuro na swoją córkę i dostrzegała gęste kasztanowate włosy, odważne piwne oczy, tak podobne do oczu ojca – jak zresztą cała twarz i postawa – wypełniała ją nagła wrogość, bardzo zbliżona do złości.
W nocy nie mogła spać, dręczona rozterkami, biczowała się za te uczucia niczym w akcie skruchy; oskarżała się o zatwardziałość, o to, że jest złą matką. Czasem roniła powolne, żałosne łzy na wspomnienie milczącej Stephen.
Myślała wtedy: „Powinnam być dumna z tego podobieństwa, dumna, szczęśliwa i zadowolona, kiedy je dostrzegam!”. Potem jednak znów zalewała ją fala tej dziwnej niechęci zakrawającej na gniew.
Anna miała wrażenie, że osuwa się w szaleństwo, skoro to podobieństwo do męża tak ją oburza i odrzuca – jakby ta biedna, niewinna siedmiolatka stanowiła w jakimś sensie karykaturę sir Philipa; skażoną, niegodną, kaleką reprodukcję – choć przecież Anna wiedziała, że dziewczynka jest przystojna. Zdarzało się jednak, że miękkie ciało dziecka budziło w niej niemal niesmak; nie mogła znieść tego, jak Stephen się porusza lub jak stoi, nie mogła znieść jej dużych wymiarów, pewnej wulgarności w pozbawionych wdzięku ruchach, pewnej nieuświadomionej wojowniczości, buntu. Potem jednak matczyny umysł wracał pamięcią do dni, kiedy to stworzonko trzymało się kurczowo jej piersi, swoją całkowitą słabością zmuszając ją do kochania; i na to wspomnienie oczy znów zachodziły jej łzami wzruszenia, należała bowiem do plemienia oddanych matek. To wrogie uczucie zakradło się do niej niczym wróg pod osłoną nocy – było powolne, podstępne, zabójcze; zyskiwało na sile, w miarę jak sama Stephen rosła w siłę, w jakimś sensie stanowiło jej część.
Rzucając się bezsennie w łóżku, Anna Gordon modliła się o oświecenie i radę; modliła się, żeby mąż nigdy się nie domyślił, co czuje do ich dziecka. Wiedział o niej wszystko; w całym swoim życiu nie skrywała żadnego sekretu oprócz tej jednej, okrutnie nienaturalnej i potwornej niesprawiedliwości, silniejszej niż wola, by ją zniszczyć. A sir Philip kochał Stephen, ubóstwiał ją; jakby instynktownie wyczuwał, że jego córka została potajemnie oszukana, że dźwiga jakieś niezasłużone brzemię. Nigdy nie poruszał tego tematu z żoną, ale gdy patrzyła na nich razem, z dnia na dzień utwierdzała się w przekonaniu, że w jego miłości do dziecka znajdował się element zbliżony do litości.
Mniej więcej w tym okresie Stephen po raz pierwszy uświadomiła sobie palącą potrzebę miłości. Uwielbiała swojego ojca, ale to co innego; on był jej częścią, istniał w jej życiu od zawsze, nie potrafiła sobie wyobrazić świata bez niego – inaczej sprawa miała się z Collins, pokojówką. Collins była tak zwaną „drugą z trojga”; mogła liczyć, że któregoś dnia awansuje. Tymczasem miała rumiane policzki, pełne usta i pełny biust, w zasadzie dość obfity jak na młodą, dwudziestoletnią dziewczynę, a jej oczy były niespotykanie błękitne i przyciągające wzrok – piękne, dociekliwe oczy. Stephen od dwóch lat patrzyła, jak Collins zamiata schody, i mijała ją niezauważona; ale pewnego ranka, niedługo po siódmych urodzinach dziewczynki, Collins podniosła wzrok i niespodziewanie się uśmiechnęła, a Stephen w jednej chwili pojęła, że ją kocha – cóż za oszałamiające odkrycie!
– Dzień dobry, panienko – powiedziała uprzejmie Collins.
Zawsze pozdrawiała ją właśnie: „Dzień dobry, panienko”, ale tym razem zabrzmiało to pociągająco – tak pociągająco, że Stephen zapragnęła jej dotknąć i wyciągnąwszy niepewną dłoń, zaczęła gładzić jej rękaw.
Collins złapała ją za rękę i się jej przyjrzała.
– Ojej! – zawołała. – Cóż za brudne paznokcie!
Na co ich właścicielka oblała się bolesnym szkarłatem i pomknęła na piętro zrobić z nimi porządek.
– Proszę w tej chwili odłożyć te nożyczki, panienko! – rozległ się apodyktyczny głos niani, gdy jej podopieczna nie przerywała gorączkowych zabiegów toaletowych.
Stephen odpowiedziała jednak stanowczo:
– Czyszczę sobie paznokcie, bo nie podobają się Collins… Mówi, że są brudne!
– Cóż za zuchwałość! – warknęła zdenerwowana niania. – Niech ona lepiej pilnuje swojego nosa!
Odebrawszy w końcu Stephen wielkie nożyce, pani Bingham ruszyła na poszukiwanie winowajczyni całego zamieszania; nie tolerowała naruszania swojej godności i statusu. Znalazła Collins, która nadal sprzątała na schodach, i natychmiast zaczęła ją besztać – „przypominać jej, gdzie jest jej miejsce”, jak sama to nazwała; zrobiła to tak gruntownie, że w niecałe pięć minut „druga z trojga” dowiedziała się o wszystkich swoich niedociągnięciach, które mogły uniemożliwić jej awans.
Stephen tkwiła w bezruchu w drzwiach pokoju. Czuła, jak serce wali jej w piersi, pulsuje złością i litością dla Collins, która nie odpowiadała ani słowem. Klęczała tam oniemiała, ze szczotką zawieszoną w powietrzu, z lekko uchylonymi ustami i trwogą w oczach; gdy w końcu zdołała się odezwać, w jej głosie pobrzmiewał pokorny przestrach. Była z natury nieśmiała, a o ostrym języku niani wiedział cały dom.
– Wchodzić pani w drogę? Och, nie, proszę pani, nigdy! – broniła się Collins. – Wiem chyba, gdzie jest moje miejsce… Panienka Stephen sama pokazała mi te paznokcie, powiedziała: „Zobaczcie, Collins, jakie mam brudne paznokcie!”. A ja na to: „Musi o tym panienka porozmawiać z nianią”. Czy ja mogłabym się wtrącać w pani pracę? Ja nie z tych, proszę pani.
Och, Collins, Collins, z tymi pięknymi oczami i uroczym, czarującym uśmiechem! Oczy samej Stephen zrobiły się wielkie z zachwytu, lecz po chwili zaszły nagłymi łzami zawodu, bo znacznie gorsza niż nieszczęście Collins była okrutna niesprawiedliwość tych kłamstw – ale ta właśnie niesprawiedliwość zarazem jakby przyciągała Stephen do pokojówki, bo mimo odczuwanej pogardy mogła nadal ją kochać.
Przez resztę dnia Stephen ponuro roztrząsała niegodną postawę Collins; a jednocześnie przez cały ten dzień nadal pragnęła Collins i za każdym razem, gdy ją widziała, łapała się na tym, że się uśmiecha, zupełnie niezdolna zdobyć się – tym razem ona – na odwagę, by zmarszczyć czoło z dezaprobatą. Collins także się uśmiechała, kiedy niania nie patrzyła, i podnosiła swe pulchne czerwone palce, wskazując na paznokcie i krzywiąc się do pleców opiekunki. Gdy ją obserwowała, Stephen czuła się nieszczęśliwa i zawstydzona, nie tyle przez wzgląd na siebie, ile na Collins; uczucie to się nasilało, tak że gdy Stephen o niej myślała, fala gorąca spływała jej po kręgosłupie.
Wieczorem, gdy Collins nakrywała do kolacji, Stephen zdołała złapać ją samą.
– Collins – szepnęła – powiedziałaś nieprawdę… Wcale nie pokazywałam ci, że mam brudne paznokcie!
– Pewnie, że nie – odmruknęła Collins. – Ale coś musiałam powiedzieć… nie ma mi panienka tego za złe, prawda? – I kiedy Stephen stała tak i patrzyła na nią z powątpiewaniem, Collins schyliła się nagle i ją pocałowała.
Stephen zaniemówiła, obezwładniona czystą radością, a wszystkie jej wątpliwości całkowicie zniknęły. W tym momencie nie istniało dla niej nic oprócz piękna i Collins, które tworzyły jedność, a tą jednością była Stephen – zarazem jednak nie Stephen, ale coś potężniejszego, czego umysł siedmiolatki nie potrafił nazwać.
Nagle pojawiła się niania, gderając:
– Szybciej, panienko! Proszę tak nie stać jak słup soli! Niech panienka idzie umyć buzię i ręce przed kolacją, ile razy mam panience powtarzać?
– Nie wiem… – mruknęła Stephen. I rzeczywiście nie wiedziała; w tej chwili nie wiedziała nic o takich błahych sprawach.
Od tej pory Stephen wkroczyła do zupełnie nowego świata, który kręcił się wokół Collins. Świata pełnego ciągłych ekscytujących przygód; uniesień, radości, niewiarygodnego smutku, niemniej jednak będącego wspaniałym miejscem, żeby miotać się jak ćma zalecająca się do świecy. W tym świecie przeplatały się dni wzlotów i dni upadków; niczym huśtawka, która wznosi się wysoko nad czubki drzew, a następnie opada prawie do samej ziemi, ale niemal nigdy nie zawisa w pół drogi. A na tej huśtawce siedziała, trzymając się kurczowo, Stephen, która każdego ranka budziła się z poczuciem niejasnego podniecenia – takiego podniecenia, jakie przypisane było dotychczas urodzinom, Gwiazdce i wyprawom na pantomimę w Malvern. Otwierała oczy i szybko wyskakiwała z łóżka, jeszcze zbyt zaspana, żeby pamiętać, skąd wzięło się to uniesienie; potem jednak wracała jej pamięć – wiedziała, że tego dnia na pewno zobaczy Collins. Napędzana tą myślą chlapała naokoło wanienki nasiadowej, w pośpiechu urywała guziki od ubrań i czyściła paznokcie tak bezlitośnie i z takim zapamiętaniem, że w końcu zaczynały boleć.
Przestała się skupiać podczas lekcji, ssała ołówek, gapiła się przez okno, albo, co znacznie gorsze, w ogóle nie uważała, nie licząc nasłuchiwania kroków Collins. Niania biła ją po rękach, stawiała do kąta i odmawiała jej dżemu, ale bezskutecznie: Stephen bowiem tylko się uśmiechała i przytulała do serca swój sekret – dla Collins warto było znosić wszelkie kary.
Zrobiła się niespokojna i nie mogła spokojnie usiedzieć, nawet kiedy niania czytała jej na głos. Kiedyś bardzo lubiła żeby jej czytano, zwłaszcza książki opowiadające o bohaterach; teraz zaś takie historie dodatkowo pobudzały jej ambicję, tak że gorąco pragnęła wcielić je w życie. Ona, Stephen, marzyła, żeby zostać Wilhelmem Tellem, admirałem Nelsonem lub całą szarżą lekkiej brygady w bitwie pod Bałakławą; to zaś prowadziło do przetrząsania worka ze szmatami i wynajdywania kostiumów używanych niegdyś w szaradach, do bufonady i hałasowania, paradowania i stylizowanych póz oraz do ciągłego gapienia się w lustro. Nastąpił okres ogólnego zamieszania, kiedy pokój dziecięcy wyglądał jak po trzęsieniu ziemi; wszystkie krzesła i podłoga były zawalone klamotami, które Stephen skądś wygrzebała, a potem odrzuciła. Jednak gdy już się ubrała, wychodziła dostojnym krokiem, odprawiając nianię apodyktycznym machnięciem, i jak zwykle udawała się na poszukiwanie Collins, za którą czasem musiała podążyć aż do piwnicy.
Czasami Collins dołączała do zabawy, zwłaszcza gdy Stephen była Nelsonem.
– Ojej, jak wspaniale panienka wygląda! – wołała. A potem zwracała się do kucharki: – Pani tu przyjdzie, pani Wilson! Czyż panienka Stephen nie wygląda zupełnie jak chłopiec? Musi chyba być chłopcem z takimi ramionami i z tymi jej śmisznymi, niezgrabnymi nogami!
Na co Stephen odpowiadała poważnie:
– Tak, oczywiście, że jestem chłopcem. Jestem młodym Nelsonem i pytam: „Czymże jest strach?”. Wiesz, Collins, muszę być chłopcem, bo czuję się zupełnie jak chłopiec, jak młody Nelson z tego obrazu na piętrze.
Pokojówka śmiała się wtedy, podobnie jak pani Wilson, a po odejściu Stephen zaczynały rozmawiać i Collins mówiła na przykład:
– Dziwaczne dziecko, ciągle się przebiera i odgrywa jakieś scenki… Zabawne!
Ale pani Wilson okazywała dezaprobatę:
– Nie podobają mi się takie wygłupy u młodej damy. Panienka Stephen jest zupełnie inna niż wszystkie panienki, nie ma nic z ich dobrych manier… co za szkoda!
Zdarzało się jednak, że Stephen na próżno przebierała się za Nelsona, bo Collins jakby się dąsała.
– Niech mi teraz panienka nie przeszkadza, mam swoją robotę!
Albo:
– Panienka pójdzie pokazać niani… tak, wiem, że jest panienka chłopcem, ale muszę wracać do pracy. Proszę mi stąd uciekać.
I Stephen musiała powlec się z powrotem na górę zupełnie sflaczała, dziwnie nieszczęśliwa i upokorzona, musiała zrzucić ubrania, które tak uwielbiała na siebie zakładać, i zastąpić je znienawidzonym strojem. Och, jakże nienawidziła miękkich sukni i szarf, wstążeczek, koralików i ażurowych pończoch! W spodniach czuła się taka wolna, jej nogom było wygodnie; uwielbiała też kieszenie, a te były zakazane – przynajmniej dostatecznie duże kieszenie. Snuła się markotnie po swoim pokoju, bo Collins ją zlekceważyła, bo miała świadomość, że czuje się źle, bo tak bardzo pragnęła być kimś prawdziwym, a nie tylko Stephen udającą Nelsona. W ataku złości podchodziła do szafki, wyjmowała lalki i zaczynała je dręczyć. Od zawsze gardziła tymi idiotycznymi stworzeniami, których mimo to przybywało z każdą Gwiazdką i każdymi urodzinami.
– Nienawidzę cię! Nienawidzę cię! Nienawidzę cię! – mamrotała, waląc w ich niewinne buzie.
Jednak pewnego dnia, gdy Collins była bardziej nieprzyjemna niż zwykle, jakby się zreflektowała i poczuła skruchę.
– To przez to kolano służącej1 – zwierzyła się dziewczynce. – To nie twoja wina, po prostu mam kolano służącej, złotko.
– To groźne? – spytała Stephen ze strachem.
Collins, jak na jej klasę przystało, odparła:
– Może być… Może trzeba będzie zrobić okropną operację, a ja nie chcę operacji.
– Co to znaczy? – dopytywała dziewczynka.
– No, poszłabym pod nóż – jęczała Collins. – Musieliby mnie pociąć, żeby wypuścić wodę.
– Och, Collins! Jaką wodę?
– Wodę w kolanie… może panienka sama zobaczyć, trzeba nacisnąć.
Stały same w przestronnej sypialni dziecięcej, gdzie Collins, kulejąc, ścieliła łóżko. Była to jedna z tych rzadkich, rozkosznych okazji, gdy Stephen mogła spokojnie porozmawiać ze swoją boginią, niania poszła bowiem wysłać list. Collins zsunęła szorstką wełnianą pończochę i pokazała chory staw; był pokryty plamami, opuchnięty i zdecydowanie nieatrakcyjny, ale oczy Stephen napełniły się łzami, kiedy dotknęła palcem kolana.
– O, tutaj! – zawołała Collins. – Widzi panienka to wgłębienie? To właśnie woda! – I dodała: – Tak bardzo boli, że aż mi niedobrze. To wszystko przez to pastowanie podłogi, panienko. Nie powinnam pastować tych podłóg.
– Żałuję, że to nie ja to mam – oznajmiła Stephen poważnie. – Żałuję, że nie ja mam to kolano służącej, Collins, bo wtedy ja mogłabym się męczyć zamiast ciebie. Chciałabym za ciebie cierpieć, Collins, tak jak Jezus cierpiał za grzeszników. A gdybym się bardzo pomodliła, może też bym to złapała? A może potrę kolanem o twoje kolano?
– Bóg zapłać, panienko! – roześmiała się Collins. – Ale to nie jest jak odra. Nie, panienko, to się łapie od podłogi.
Tego wieczora Stephen pogrążyła się w rozmyślaniach. Otworzyła Biblię dla dzieci, przyglądała się uważnie ilustracji przedstawiającej Pana wiszącego na krzyżu i czuła, że go rozumie. Od zawsze ją intrygował, gdyż ona sama bała się bólu – kiedy zdzierała sobie golenie na żwirze w ogrodzie, często niełatwo było jej powstrzymać łzy – a tymczasem Jezus zdecydował się znosić ból za grzeszników, choć przecież mógł wezwać te wszystkie anioły! O tak, bardzo ją to zastanawiało, ale teraz wreszcie poczuła, że go rozumie.
Przed snem, kiedy matka, zgodnie ze zwyczajem, przyszła przypilnować ją w wieczornej modlitwie, Stephen odmawiała ją bez większego przekonania. Jednak gdy Anna ucałowała ją na dobranoc i zgasiła światło, Stephen zaczęła modlić się szczerze – co więcej, tak żarliwie, że oblała się potem niczym w autentycznej orgii modlitewnej.
– Proszę, Jezu, spraw, żebym to ja miała to chore kolano zamiast Collins… błagam, Panie Jezu. Proszę, Jezu, chciałabym wziąć na siebie cały ból Collins, tak jak ty, i nie chcę żadnych aniołów! Chciałabym obmyć Collins w mojej krwi, Panie Jezu… bardzo bym chciała być dla niej Zbawicielem… kocham ją i chcę cierpieć tak, jak ty cierpiałeś; proszę, spraw to, drogi Panie Jezu. Proszę, ześlij mi kolano pełne wody, żebym to ja mogła mieć operację, a nie Collins. Chcę tego, bo ona się boi, a ja nie boję się ani trochę!
Powtarzała te błagania, aż zapadła w sen, w którym w jakiś dziwny sposób stała się Jezusem, a Collins klęczała i całowała ją w rękę, bo ona, Stephen, zdołała ją uzdrowić, uciąwszy sobie własne kolano wykonanym z kości słoniowej nożem do papieru i przeszczepiwszy je służącej. Sen wzbudził w Stephen mieszaninę zachwytu i dyskomfortu, i został z nią na długi czas.
Następnego ranka obudziła się z uczuciem uniesienia, jakie towarzyszy tylko absolutnej wierze. Jednak po bliższej inspekcji podczas kąpieli jej kolana okazały się zupełnie zdrowe, jeśli nie liczyć starych blizn i świeżego brązowego strupa po niedawnej wywrotce – co oczywiście bardzo ją rozczarowało. Zdrapała strupek – trochę zabolało, ale na pewno nie tak, jak boli prawdziwie chore kolano. Mimo to postanowiła nie ustawać w modlitwach i nie dać się zbyt łatwo zniechęcić.
Przez ponad trzy tygodnie modliła się w pocie czoła i prześladowała biedną Collins codziennym wypytywaniem: „Poprawiło ci się z kolanem?”, „Nie wydaje ci się, że kolano mi trochę spuchło?”, „Jesteś wierząca? Bo ja tak…”, „Boli cię trochę mniej, Collins?”.
Ale Collins zawsze odpowiadała tak samo:
– Nie poprawia się, dziękuję, panienko.
Po upływie czterech tygodni Stephen nagle przestała się modlić i powiedziała do Pana tak:
– Ty nie kochasz Collins, Jezu, ale ja tak i dostanę tego kolana służącej. Sam zobaczysz! – Potem jednak opadł ją strach i dodała już bardziej pokornie: – To znaczy, bardzo bym chciała… Nie masz nic przeciwko, Panie Jezu, prawda?
Podłoga w jej pokoju była wyłożona dywanem, co oczywiście niezbyt fortunnie składało się dla Stephen; gdyby miała tam goły parkiet, jak w salonie i gabinecie, lepiej by to służyło jej celowi. Mimo to i tak było twardo, jeśli klęczała wystarczająco długo – tak twardo, że musiała zaciskać zęby, kiedy zostawała na kolanach dłużej niż dwadzieścia minut. Okazało się, że to znacznie gorsze niż zdarcie skóry z goleni; gorsze nawet niż zdrapanie strupa! Trochę pomagał jej Nelson. Myślała sobie: „Jestem teraz Nelsonem. Jestem w samym środku bitwy pod Trafalgarem i postrzelili mnie w oba kolana!”. Ale potem przypominała sobie, że Nelsonowi oszczędzono takiej męki. Tak naprawdę wspaniale było cierpieć – dzięki temu zdawało jej się, że jest znacznie bliżej Collins; Stephen czuła się tak, jakby Collins jej się należała na mocy tego uporczywego bólu.
Na starym dywanie w pokoju dziecięcym znajdowała się nieskończoność plamek i Stephen mogła udawać, że je czyści; zawsze starannie naśladowała ruchy Collins, szorując w przód i w tył, lekko przy tym postękując. W jej pończochach pojawiły się wielkie dziury, czym zarobiła sobie na reprymendę:
– Niech się panienka przestanie wygłupiać! Kto to widział, tak niszczyć pończochy!
Ale Stephen uśmiechała się tylko ponuro i kontynuowała swoją bzdurną misję, miłością podżegana do otwartego buntu. Ósmego dnia Stephen jednak olśniło, że Collins powinna zobaczyć dowód jej oddania. Tego poranka miała wyjątkowo pokaleczone kolana, więc kuśtykając, ruszyła na poszukiwanie niczego niepodejrzewającej pokojówki.
Collins wytrzeszczyła oczy.
– Boże jedyny, cóż się stało? Co też panienka wyrabiała?
Na co Stephen oznajmiła, nie bez zrozumiałej dumy:
– Próbuję się nabawić kolana służącej, tak jak ty, Collins! – A że Collins była wyraźnie skonsternowana, dziewczynka dodała: – Widzisz, chciałam uczestniczyć w twoim cierpieniu. Modliłam się naprawdę dużo, ale Jezus nie chce słuchać, więc muszę się nabawić kolana służącej po swojemu… Nie mogę już dłużej czekać na Jezusa!
– Och, ćśśś! – szepnęła Collins, dogłębnie zszokowana. – Nie wolno mówić takich rzeczy, to niegodziwe, panienko. – Ale wbrew sobie nawet się trochę uśmiechnęła, po czym przytuliła dziecko z niespodziewaną serdecznością.
Mimo wszystko tego wieczora Collins zebrała się na odwagę i postanowiła porozmawiać o Stephen z nianią.
– Kolana miała całe czerwone i spuchnięte, pani Bingham. Znała pani kiedy takie dziwadło jak ta dziewczyna? I jeszcze się modli za moje kolano. Dziw nad dziwy! I teraz próbuje też się dorobić takiego kolana! No, jeśli to nie jest prawdziwa miłość, to ja nic o świecie nie wiem. – I Collins zaśmiała się cicho.
Po tej rozmowie pani Bingham uciekła się do siły swojego autorytetu i położyła kres tym dobrowolnym torturom. Pokojówce z kolei kazała kłamać, gdyby Stephen nadal zadawała jej pytania. Collins kłamała więc posłusznie:
– Już mi lepiej, panienko, to na pewno dzięki tym modlitwom. Widzi panienka, Jezus panienki wysłuchał. Na pewno zrobiło mu się żal panienki biednych kolan… tak jak ja panienki pożałowałam!
– Mówicie prawdę? – dopytywała Stephen, wciąż nieprzekonana, wciąż mając w pamięci tamten sen pierwszego dnia młodej miłości.
– Ależ oczywiście, że mówię prawdę, panienko.
I to musiało Stephen zadowolić.
Po tej sprawie z kolanem Collins zaczęła cieplej myśleć o Stephen; chcąc nie chcąc, poczuła większe zainteresowanie dzieckiem, które razem z kucharką określały jako „dziwaczne”, więc Stephen pławiła się w dyskretnych pieszczotach, a jej miłość do Collins wzrastała z dnia na dzień.
Przyszła wiosna, czas tkliwych uczuć, a Stephen po raz pierwszy w pełni przeżywała tę porę roku. Na swój niemądry, dziecinny sposób rejestrowała wiosenny zapach, a przebywanie w domu okrutnie ją drażniło, ciągnęło ją bowiem na łąki i wzgórza, białe od kwitnących głogów. Aktywne młode ciało pozostawało w ciągłym ruchu, ale jej umysł był spowity delikatną mgiełką, czego nie potrafiła opisać słowami, choć próbowała opowiedzieć o tym Collins. To wszystko stanowiło część Collins, ale jednocześnie jakoś się od niej różniło – nie miało nic wspólnego z szerokim uśmiechem pokojówki ani z jej czerwonymi rękami, ani nawet z jej oczami, niebieskimi i przykuwającymi wzrok. A jednak wszystko, czym była Collins, Collins należąca do Stephen, składało się też na te długie, ciepłe dni, zmierzchy, które utrzymywały się przez długie godziny po położeniu Stephen do łóżka; a także część – gdybyż tylko Stephen wiedziała – jej własnej, pobudzonej, dziecięcej percepcji. Tej wiosny, po raz pierwszy, dała się porwać śpiewowi kukułki – stała zupełnie nieruchomo, nasłuchując z głową przekrzywioną na bok; a wabik tego odległego wołania miał zostać z nią już do końca życia.
Czasami chciała uciec jak najdalej od Collins, kiedy indziej znowu intensywnie pragnęła być obok niej, wymusić odwzajemnienie swoich uczuć, ale obiekt jej miłości, bardzo rozsądnie, rzadko jej to dawał.
Mówiła na przykład:
– Tak potwornie cię kocham, Collins. Kocham cię tak bardzo, że chce mi się płakać.
A Collins odpowiadała na to:
– Niech się panienka nie wygłupia.
Co wcale nie zadowalało Stephen, ani trochę. Wtedy mogła nagle popchnąć służącą w gniewie:
– Jesteś okrutna! Jakże cię nienawidzę, Collins!
Wieczorami Stephen starała się jak najdłużej nie zasnąć, żeby tworzyć w myślach obrazy: wyobrażała sobie Collins i siebie w najróżniejszych szczęśliwych sytuacjach. Mogły na przykład spacerować po ogrodzie za rękę albo przystawać na zboczu wzgórza, żeby posłuchać kukułki; albo sunęły przez połacie błękitnego oceanu w śmiesznym stateczku z trójkątnym żagielkiem, jak w bajkach. Czasem Stephen wyobrażała sobie, że mieszkają same w niskiej, krytej strzechą chatce na brzegu młyńskiego strumienia – widziała kiedyś taką chatkę niedaleko od Upton – a woda płynie wartko i szemrze; czasami unosiły się na niej opadłe liście. Ten ostatni obraz był bardzo intymny, pełen szczegółów, łącznie z czerwonymi porcelanowymi psami, które stały na końcach wysokiego gzymsu kominka, i głośno tykającym zegarem. Collins siadywała przy ogniu i zrzucała buty. „Tak mi stopy spuchły i bolą”, mówiła. Wtedy Stephen kroiła porządną kromkę chleba z masłem – jak na proszonym podwieczorku, cienko chleba i grubo masła – wstawiała czajnik i parzyła herbatę dla Collins, która lubiła pić bardzo mocną i praktycznie wrzącą, tak że mogła sączyć ją ze spodeczka. W tej scenie to Collins wyznawała jej miłość, a Stephen beształa ją łagodnie, acz stanowczo: „No już, Collins, nie wygłupiaj się, ale z ciebie dziwadło!”. A zarazem cały czas pragnęła powiedzieć jej, jakie to wspaniałe, jak kwiaty kapryfolium – coś bardzo słodkiego – albo jak pola wydzielające silną woń świeżo skoszonego siana w promieniach słońca. I może nawet naprawdę jej to powie, na samym końcu – tuż zanim zniknie ten ostatni obraz.
W tym okresie Stephen lgnęła bliżej do swojego ojca i w pewnym sensie miało to związek z Collins. Nie potrafiłaby powiedzieć dlaczego, ale czuła, że tak jest. Sir Philip spacerował z córką po wzgórzach, zanurzali się w tarniny i młode zielone paprocie; szli, trzymając się za ręce, przepełnieni poczuciem głębokiej przyjaźni i wzajemnego zrozumienia.
Sir Philip wiedział wszystko o dzikich kwiatach i owocach, jak również o zwyczajach lisów, zajęcy i podobnych stworzeń. Na wzgórzach wokół Malvern mieszkało też wiele rzadkich ptaków, które ojciec pokazywał Stephen. Przekazał jej prostsze prawa natury, które, choć nieskomplikowane, zawsze go zachwycały: prawo żywicy płynącej w gałęziach, prawo wiatru, który wprawiał tę żywicę w ruch, prawo życia ptasiego i budowy gniazd, prawo zmieniającego się wołania kukułki, które w czerwcu zaczynało brzmieć: „Kukuu-kuuk!”. Uczył z miłości zarówno do tematu, jak i do uczennicy, a podczas tych lekcji obserwował Stephen.
Czasami, gdy dziecięce serce przepełniały troski, Stephen zwierzała się ojcu w niepewnych, urywanych słowach. Wyznawała mu, jak bardzo pragnie być inna, być kimś takim jak Nelson.
– Czy myślisz, ojcze, że mogłabym być mężczyzną – pytała na przykład – gdybym bardzo mocno o tym myślała… albo się modliła?
Wtedy sir Philip zwykle się uśmiechał i zaczynał z nią trochę droczyć, i mówił, że któregoś dnia zapragnie pięknych sukienek, ale jego złośliwostki zawsze były jak najdelikatniejsze, tak że ani trochę jej nie bolały.
Bywało jednak, że przyglądał się córce poważnie, opierając na ręku swój mocny podbródek. Patrzył, jak bawi się z psami w ogrodzie, zauważał intrygującą zapowiedź siły w jej ruchach, długie linie jej kończyn – była wysoka jak na swój wiek – oraz położenie głowy na ponadprzeciętnie szerokich ramionach. Wtedy albo marszczył brwi i pogrążał się w rozmyślaniach, albo wołał ją nagle:
– Stephen, chodź tutaj!
Przybiegała do niego chętnie, niecierpliwie wyczekując, co jej powie; ale on najczęściej tylko przytulał ją do siebie na chwilę, a potem nagle wypuszczał z uścisku. Potem wstawał i wracał do domu, do swojego gabinetu, gdzie już do końca dnia siedział nad książkami.
Dziwna hybryda była z tego sir Philipa, na poły sportowiec, na poły uczony. Posiadał jeden z najwspanialszych księgozbiorów w Anglii, a w ostatnim czasie zaczął regularnie czytać prawie do rana, co dotychczas nie należało do jego zwyczajów. Kiedy znajdował się sam w tym swoim nobliwym, cichym gabinecie, otwierał kluczem szufladę w potężnym biurku i wydobywał z niej nabyty niedawno cienki tomik, który następnie czytał i czytał ciągle od nowa w całkowitej ciszy. Autorem był Niemiec, Karl Heinrich Ulrichs, a w miarę lektury w oczach sir Philipa coraz wyraźniej malowała się dezorientacja; potem łapał za ołówek i zapełniał drobnymi notatkami nieskalane marginesy książki. Czasem zrywał się i zaczynał szybko krążyć po pokoju, zatrzymując się raz po raz, żeby spojrzeć na pewien obraz – portret Stephen, z matką, namalowany rok wcześniej przez Millais’go. Przyglądał się pełnej wdzięku urodzie Anny, tak idealnej istocie, budzącej otuchę; a potem temu nieuchwytnemu czemuś w Stephen, co sprawiało, że wyglądała nie tak w ubraniach, które miała na sobie, jakby do nich nie pasowała, a one nie pasowały do niej; ale przede wszystkim nie pasowała do Anny. Po jakimś czasie przemykał do łóżka, starając się stąpać jak najciszej, z obawy, że obudzi żonę, która mogłaby zapytać: „Philipie, najdroższy, jest tak późno… co ty czytałeś?”. Nie chciał odpowiadać, nie chciał jej nic mówić; dlatego musiał zachować najwyższą ostrożność.
Następnego ranka był zawsze bardzo czuły dla Anny – ale jeszcze czulszy dla Stephen.
W miarę jak wiosna robiła się coraz bujniejsza i wielkimi krokami wchodziła w lato, Stephen zorientowała się, że Collins się zmienia. Zmiana ta była z początku niemal niezauważalna, ale dziecięca intuicja to nie żarty. Któregoś dnia Collins zwróciła się do niej bardzo ostro i nie próbowała się tłumaczyć bólem kolana.
– Niechże mi się panienka nie kręci wiecznie pod nogami. Proszę za mną nie łazić i się nie gapić. Nie cierpię, jak ktoś się na mnie ślepi. Panienka śmiga mi zaraz do swojego pokoju, piwnica to nie jest miejsce dla młodych dam. – Od tamtej pory takie połajanki powtarzały się regularnie, gdy tylko Stephen się do niej zbliżyła.
Ponura zagadka! Umysł dziewczyny błądził wokół niej niczym mały ślepy kret, wiecznie tkwiący w ciemności. Była kompletnie zdezorientowana, a jej miłość rosła tym silniej, im bardziej ją przycinano; Stephen próbowała uwodzić Collins ofiarami z landrynek i czekoladowych dropsów, które pokojówka chętnie przyjmowała, bo bardzo je lubiła. Collins zresztą, wbrew pozorom, też nie ponosiła całej winy, gdyż sama była marionetką uczuć. Nowy lokaj był wysoki i obłędnie przystojny. Spojrzał na Collins łaskawym okiem. Powiedział jej: „Zrób coś, żeby ten bachor się przy tobie nie kręcił; inaczej wszystkim o nas wypapla”.
Stephen wpadła w głęboką rozpacz, bo nie było nikogo, komu mogłaby się zwierzyć. Wzbraniała się nawet przed rozmową z ojcem – mógłby nie zrozumieć, mógłby się roześmiać, mógłby się z nią droczyć; wiedziała, że gdyby zaczął się z nią droczyć, nawet najłagodniej, nie zdołałaby powstrzymać łez. Nawet Nelson stał się nagle dziwnie odległy. Po co w ogóle próbować stać się Nelsonem? Po co w ogóle bawić się w przebieranki, jaki jest sens w udawaniu? Straciła apetyt, robiła się coraz bardziej blada i ospała; w końcu poważnie zaniepokojona Anna posłała po lekarza. Ten przybył i przepisał pacjentce jedną dawkę proszku Gregory’ego2, bo nie stwierdził żadnej poważnej dolegliwości. Stephen wychyliła wstrętną zawiesinę bez mrugnięcia okiem – jakby wręcz jej to smakowało!
Koniec nastąpił szybko i gwałtownie, jak to często bywa, a stało się to, gdy dziewczynka była sama w ogrodzie, wciąż pogrążona w żałosnych rozmyślaniach o Collins, która od wielu dni jej unikała. Stephen zawędrowała do starej komórki na narzędzia i kogóż tam ujrzała, jeśli nie Collins z lokajem; zdawali się pogrążeni w bardzo poważnej rozmowie, tak pogrążeni, że jej nie usłyszeli. Potem nastąpiła prawdziwa katastrofa, bowiem Henry złapał Collins brutalnie za nadgarstki, przyciągnął do siebie, wciąż obchodząc się z nią brutalnie, i pocałował prosto w usta. Stephen poczuła nagłe uderzenie gorąca i zawroty głowy, zalała ją fala ślepej furii; chciała wrzeszczeć, ale głos całkowicie odmówił jej posłuszeństwa, tak że tylko coś wybełkotała. Jednak już w następnej chwili złapała stłuczoną doniczkę i cisnęła nią mocno, prosto w lokaja. Trafiła w twarz, rozcinając mu policzek, po którym zaczęła powoli spływać krew. Lokaj stał jak zamroczony, ostrożnie ocierając ranę, zaś Collins gapiła się na Stephen skołowana. Żadne z nich się nie odezwało, za bardzo dręczyło ich poczucie winy – i byli zbyt zaskoczeni.
Stephen odwróciła się i rzuciła do dzikiej ucieczki. Byle precz od nich, byle jak, byle gdzie, byleby tylko nie musiała na nich patrzeć! Zanosiła się płaczem i zakryła sobie oczy, nie przestając biec, tak że rozdzierała ubrania na mijanych krzewach, zdzierała pończochy i skórę na nogach, kiedy przebijała się przez zagradzające jej drogę gałęzie. Nagle jednak dziewczynkę porwała para silnych ramion i oto już wtulała twarz w ojca, a sir Philip niósł ją z powrotem do domu, a potem szerokim korytarzem do swojego gabinetu. Posadził ją sobie na kolanach, nie zadając żadnych pytań, a ona z początku siedziała tam przycupnięta jak nieme, zranione stworzonko. Jej serce było jednak za młode, żeby pomieścić tę nową troskę – zdawało się zbyt ciężkie, zbyt przeładowane, więc zgryzota wykipiała z niej i wylała się strumieniem w ramię sir Philipa.
Ojciec słuchał uważnie, gładząc ją po włosach.
– Tak… tak… – powtarzał cicho. – Mów dalej, Stephen.
Kiedy skończyła, przez dłuższą chwilę milczał, nie przestając jej głaskać.
– Chyba rozumiem, Stephen – powiedział w końcu. – Może ci się wydawać, że wydarzyło się coś strasznego, straszniejszego niż cokolwiek, co kiedykolwiek spotkało cię do tej pory… Ale przekonasz się, że to minie i całkiem o tej sprawie zapomnisz. Spróbuj mi uwierzyć, Stephen. Teraz potraktuję cię jak chłopca, a chłopcy muszą zawsze być dzielni, pamiętaj. Nie będę udawał, że jesteś tchórzem; dlaczego miałbym to robić, skoro wiem, że jesteś dzielna? Jutro odprawię Collins; rozumiesz, Stephen? Odprawię ją. Nie potraktuję jej źle, ale jutro stąd wyjedzie, a tymczasem nie chcę, żebyś się z nią znów widziała. Z początku będziesz tęskniła, to naturalne, ale z czasem przekonasz się, że zupełnie o niej zapomniałaś; cała ta przykrość będzie ci się wydawała zupełnie nieważna. Mówię ci prawdę, kochanie, przyrzekam. Jeśli będziesz mnie potrzebowała, pamiętaj, że zawsze jestem obok, możesz w każdej chwili przyjść do mnie do gabinetu. Możesz ze mną porozmawiać, kiedy będzie ci smutno i będziesz potrzebowała się zwierzyć. – Urwał, po czym dokończył dość gwałtownie: – Nie zaprzątaj tym matki, tylko przyjdź prosto do mnie, Stephen.
A Stephen, wciąż z trudem łapiąc powietrze, spojrzała mu prosto w oczy. Pokiwała głową i sir Philip ujrzał swoje własne smutne oczy patrzące na niego z zalanej łzami twarzy córki. Ale ona zaciskała już mocno wargi, a dołek w jej brodzie odznaczał się teraz bardziej z nowo odkrytą, dziecięcą wolą odwagi.
Schylił się i ucałował ją w całkowitym milczeniu – jakby przypieczętował jakiś smutny pakt.
Anna, która w chwili katastrofy znajdowała się poza domem, po powrocie zastała męża czekającego na nią w holu.
– Stephen była niegrzeczna, jest na górze u siebie; znów miała jeden z tych swoich napadów złości – stwierdził.
Mimo że ewidentnie specjalnie czekał na Annę, teraz mówił dość lekkim tonem. Oznajmił, że Collins i lokaj muszą odejść. Jeśli zaś chodzi o Stephen, to odbył z nią długą rozmowę – Anna nie musi już poruszać tego tematu, to tylko dziecięca histeria…
Anna pośpieszyła na górę do córki. Sama nie była w dzieciństwie wybuchowa, więc w obliczu jej napadów zawsze czuła się bezradna; przygotowała się jednak na najgorsze. Tymczasem Stephen siedziała spokojnie z podpartą brodą i wyglądała przez okno; oczy wciąż miała zapuchnięte, a twarz bardzo bladą, ale poza tym nie zdradzała żadnych oznak wzburzenia; przeciwnie, nawet uśmiechnęła się do Anny – choć był to uśmiech sztywny i słaby. Matka przemawiała do niej życzliwie, a Stephen słuchała, od czasu do czasu kiwając potakująco głową. Anna czuła się jednak niezręcznie, jakby z jakiegoś powodu dziecku zależało na tym, żeby ją uspokoić; ten uśmiech miał być krzepiący – to był tak bardzo niedziecięcy uśmiech. Matka mówiła o wszystkim, co przyszło jej do głowy. Stephen nie zamierzała rozmawiać o swojej słabości do Collins; w tej kwestii stanowczo, niewzruszenie milczała. Nie usprawiedliwiała ani nie broniła swojego czynu, jakim było rzucenie w lokaja potłuczoną doniczką.
„Ona próbuje coś ukryć”, pomyślała Anna, czując narastającą z chwili na chwilę konsternację.
W końcu Stephen uroczyście ujęła dłoń matki i zaczęła ją gładzić, jakby dla pokrzepienia.
– Nie martw się, bo to martwi ojca – powiedziała. – Obiecuję, że postaram się już tak nie złościć, ale ty obiecaj, że nie będziesz się martwić.
I choć wydawało się to niedorzeczne, Anna usłyszała swój własny głos:
– W porządku, Stephen, obiecuję.
1 (ang.) Housemaid’s knee – potoczna nazwa zapalenia kaletki przedrzepkowej, dolegliwości występującej najczęściej u osób, które spędzają dużo czasu na klęczkach [wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki].
2 (ang.) Gregory powder – mieszanka rabarbaru, węglanu magnezu i imbiru, stosowana dawniej w dolegliwościach żołądkowych, np. niestrawności, zgadze czy zatwardzeniach. Nazwa pochodzi od Jamesa Gregory’ego, szkockiego lekarza (1753–1821).
Stephen nie wróciła już do gabinetu ojca, żeby rozmawiać o żalu po stracie Collins. Powściągliwość nietypowa dla tak małego dziecka, w połączeniu z upartą dumą sznurowały jej usta, tak że toczyła tę walkę sama, a sir Philip jej w tym nie przeszkadzał. Collins zniknęła, wraz z nią lokaj, a na jej miejsce pojawiła się nowa druga pokojówka, siostrzenica pani Bingham, która okazała się jeszcze bardziej nieśmiała niż jej poprzedniczka i w ogóle nic nie mówiła. Była brzydka, miała małe, okrągłe czarne oczy jak porzeczki – a nie pełne zaciekawienia błękitne oczy Collins.
Stephen z zaciśniętymi ustami i gulą w gardle patrzyła, jak intruzka krząta się tam i siam, wykonując obowiązki Collins. Siedziała i ponuro łypała spode łba na biedną Winefred, wciąż obmyślając drobne uciążliwości, żeby dołożyć jej pracy – na przykład wchodziła w szufelki, roznosząc ich zawartość, albo chowała miotły, szczotki i ścierki, tak że zdenerwowana Winefred znajdowała je w końcu w najdziwniejszych miejscach.
– Skądże się tu wzięły te ścierki! – mruczała, wyciągając je spod poduchy na sofie w pokoju dziecięcym. Na twarz wychodziły jej plamy z niepokoju i zerkała trwożliwie na panią Bingham.
W nocy jednak, gdy dziewczynka leżała samotnie, nie mogąc zasnąć, te wybryki, które za dnia przynosiły jej pociechę, powodowane desperacką lojalnością wobec Collins, wydawały jej się banalne, głupie i bezcelowe, skoro Collins nie mogła ani o nich wiedzieć, ani tym bardziej ich zobaczyć; dopiero wtedy pod powiekami Stephen wzbierały powstrzymywane przez cały dzień łzy. Nie mogła także, podczas tych nocnych okresów czuwania, zebrać się na dość odwagi, by robić wyrzuty Panu Jezusowi, który, jak jej się zdawało, mógł był jej pomóc, gdyby tylko zechciał zesłać jej chorobę kolan.
Myślała wtedy: „On nie kocha ani mnie, ani Collins… Chce mieć cały ból dla siebie, nie podzieli się!”.
Potem jednak dopadała ją skrucha: „Och, przebacz mi, Jezu, przecież wiem, że naprawdę kochasz wszystkich nędznych grzeszników!”. A myśl, że być może potraktowała Chrystusa niesprawiedliwie, wyciskała z jej oczu nowe strumienie łez.
Zaprawdę okrutne były te przepłakane noce, pogrążone w zwątpieniu w Pana i jego służebnicę Collins. Godziny ciągnęły się w nieskończoność w nieznośnej ciemności, która zdawała się spowijać ciało Stephen, zalewając ją na zmianę falami gorąca i zimna. Zegar stojący na schodach tykał tak głośno, że głowa bolała ją od tego nienaturalnego dźwięku; a gdy wybijał godziny i półgodziny, jego odgłos zdawał się wstrząsać całym domem, aż przerażona Stephen zakopywała się głęboko w pościeli, żeby się ukryć – sama nie wiedziała przed czym. Ale wkrótce skuloną pod kocami dziewczynkę koiło ciepłe poczucie bezpieczeństwa, nerwy się uspokajały, a ciało rozluźniało się w sennej atmosferze miękkiego łóżka. Wtem przychodziło szerokie, krzepiące ziewnięcie, potem kolejne i kolejne, aż ciemność i Collins, i złowrogie zegary, i sama Stephen zlewały się i łączyły w coś zupełnie przyjaznego, harmonijną całość, wolną od strachu i zwolnienia – w błogosławioną iluzję zwaną snem.
W tygodniach po odejściu Collins Anna starała się bardzo łagodnie traktować Stephen, spędzała z nią więcej czasu, częściej okazywała jej czułość. Matka i córka spacerowały w ogrodzie albo włóczyły się razem po łąkach, a Anna przypominała sobie wymarzonego syna, z którym się na tych łąkach bawiła. Jej oczy mącił na chwilę wielki smutek, nieskończony żal, gdy patrzyła z góry na Stephen; a Stephen, która szybo wyczuwała matczyny smutek, ściskała dłoń Anny drobnymi, stroskanymi paluszkami; pragnęła spytać matkę, co ją tak martwi, ale nieśmiałość odbierała jej mowę.
Zapachy łąki dziwnie poruszały matkę i córkę – dziwaczna, gryząca woń żółtych serc margerytek; aromat jaskrów, lekko zielony, jak trawa; no i wiązówka błotna, rosnąca w pobliżu żywopłotów. Czasami Stephen musiała gwałtownie pociągnąć matkę za rękaw – nie da się w pojedynkę znieść tak intensywnego aromatu!
– Stań i nie ruszaj się, bo go zniszczysz – powiedziała któregoś dnia. – Otacza nas ze wszystkich stron, to taki biały zapach, przypomina mi ciebie! – A potem oblała się rumieńcem i zerknęła szybko w górę, przestraszona, że Anna będzie się z niej śmiała.
