Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
66 osób interesuje się tą książką
ZAKOCHASZ SIĘ W TEJ POWIEŚCI, CHOĆ BĘDZIE TO MIŁOŚĆ BEZ HAPPY ENDU.
Jestem rozgoryczona życiem, które stworzyło nas dla siebie, ale zrobiło to tak niechlujnie, że do siebie nie pasujemy.
Martina i Gustav poznają się podczas studiów w Sztokholmie i zakochują w sobie bez pamięci. Ale co to znaczy być razem? Gdy w latach 60. i 70. XX wieku wyobrażenie o tradycyjnej rodzinie się zmienia, Gustav wciąż wierzy, że miłość to obietnica i początek czegoś trwałego. Martina myśli inaczej: zamiast bezpieczeństwa woli znaki zapytania i napięcie między pożądaniem a niezależnością. Kiedy ich przyjaciele zakładają rodziny, Martina się waha. Nie chce tkwić w konwenansach. Woli protestować i żyć na własnych zasadach, podczas gdy Gustav już dawno zdecydował, że się z nią ożeni.
Czym tak naprawdę jest związek? Czego można od siebie wymagać? Czasu? Seksu? Wierności? Czy małżeństwo zmienia miłość? Czy można żyć razem mimo odmiennych ideałów? W tej kultowej i błyskotliwej szwedzkiej powieści Sundström odsłania złożoność kochania bez konieczności zatracania siebie.
"Lepiej być razem czy osobno? Niełatwa historia Gustava i Martiny daje do myślenia i porusza. Jestem pewna, że ta szwedzka love story wciągnie was bez reszty." Agata Romaniuk
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 717
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Maken
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026 Copyright © for the Polish translation by Agata Teperek, 2026 Copyright © Gun-Britt Sundström, 1976 First published by Albert Bonniers förlag, Stockholm, Sweden Published in the Polish language by arrangement with Bonnier Rights, Stockholm, Sweden and Macadamia Literary Agency, Warsaw, Poland
Redaktorka prowadząca i inicjująca • Weronika Jacak
Marketing i promocja • Agata Gać, Maksymilian Kuznowicz, Marta Szczurowska, Dominika Dańczak
Redakcja • Magdalena Hildebrand
Korekta • Małgorzata Kuśnierz, Magdalena Mierzejewska
Projekt typograficzny wnętrza • Mateusz Czekała
Łamanie • Grzegorz Kalisiak
Projekt graficzny layoutu serii i okładki • Ula Pągowska
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68800-11-1
Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 853-99-10redakcja@wydawnictwopoznanskie.plwww.wydawnictwopoznanskie.pl
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Theis ØRNTOFT, Na tej ziemi, przełożyła Agata Lubowicka
Torborg NEDREAAS, Nic nie rośnie w blasku księżyca, przełożyła Karolina Drozdowska
Auður Ava ÓLAFSDÓTTIR, DJ Bambi, przełożył Jacek Godek
IIda TURPEINEN, Żywe istoty, przełożył Sebastian Musielak
Helga FLATLAND, Pogłos, przełożyła Karolina Drozdowska
Pedro GUNNLAUGUR GARCIA, Płuca, przełożył Jacek Godek
Tarjei VESAAS, Ptaki, przełożyła Maria Gołębiewska-Bijak
Maria TURTSCHANINOFF, Mokradła, przełożyła Agata Teperek
Mia KANKIMÄKI, Kobiety, o których myślę nocą, przełożyła Iwona Kiuru
Roy JACOBSEN, Niegodni, przełożyła Iwona Zimnicka
Karin SMIRNOFF, Wracam do domu, przełożyła Agata Teperek
Carl Frode TILLER, Ucieczka, przełożyła Katarzyna Tunkiel
Nina WÄHÄ, Babetta, przełożyła Justyna Kwiatkowska
Karin SMIRNOFF, Jedziemy z matką na północ, przełożyła Agata Teperek
Tarjei VESAAS, Wiosenna noc / Zamek z lodu, przełożyła Maria Gołębiewska-Bijak
Tommi KINNUNEN, Powiedziała, że nie żałuje, przełożył Sebastian Musielak
Roy JACOBSEN, Anneliese PITZ, Człowiek, który kochał Syberię, przełożyła Iwona Zimnicka
Helga FLATLAND, Ostatni raz, przełożyła Karolina Drozdowska
Karin SMIRNOFF, Pojechałam do brata na południe, przełożyła Agata Teperek
Nina WÄHÄ,Testament, przełożyła Justyna Czechowska
Kjell WESTÖ,Niebo w kolorze siarki, przełożyła Katarzyna Tubylewicz
Roy JACOBSEN, Tylko matka, przełożyła Iwona Zimnicka
Knut HAMSUN, Szarady, przełożyła Maria Gołębiewska-Bijak
Laura LINDSTEDT, Oneiron, przełożył Sebastian Musielak
Roy JACOBSEN, Oczy z Rigela, przełożyła Iwona Zimnicka
Stig DAGERMAN, Poparzone dziecko, przełożyła Justyna Czechowska
Auður Ava ÓLAFSDÓTTIR, Blizna, przełożył Jacek Godek
Jonas T. BENGTSSON, Życie Sus, przełożyła Iwona Zimnicka
Roy JACOBSEN, Białe morze, przełożyła Iwona Zimnicka
Karen BLIXEN, Pożegnanie z Afryką, przełożyli Józef Giebułtowicz i Jadwiga Piątkowska
Carl Frode TILLER, Początki, przełożyła Katarzyna Tunkiel
Helga FLATLAND, Współczesna rodzina, przełożyła Karolina Drozdowska
Roy JACOBSEN, Niewidzialni, przełożyła Iwona Zimnicka
Ależ napawałoby to przerażeniem, gdyby ludzie, jedną epokę po drugiej, padali martwi lub dręczyły ich konwulsje, a nikt nie potrafił wskazać ku temu przyczyny. Miłość tak właśnie wkracza w żywot człowieka, z tym zastrzeżeniem, że nie wzbudza to u nikogo trwogi, a sami zakochani postrzegają ją za najwyższe szczęście. Inni z kolei się z nich śmieją, bowiem komizm i tragizm nierozerwalnie się ze sobą łączą.
Søren Kierkegaard, Stadier paa Livets Vej(przeł. Agata Teperek)
Weź ślub, a będziesz żałować; nie bierz, też będziesz żałować; weź ślub lub go nie bierz, a tak czy inaczej będziesz żałować; czy weźmiesz ślub, czy go nie weźmiesz, i tak będziesz żałować.
Søren Kierkegaard, Enten-eller(przeł. Agata Teperek)1
Na biurku leży kartka: „Dzwonił Gustav”.
Gustav? To ja znam jakiegoś Gustava?
Ponieważ kartka leży na moim biurku, to ten Gustav musiał do mnie dzwonić.
Kiedy wróci właścicielka mieszkania, od której wynajmuję pokój, będę musiała spytać, czy ów Gustav mówił, czego chce. Zdejmuję kurtkę i wieszam na oparciu krzesła, zaczynam przekładać książki; jest piątek, była więc sprzątaczka i – jak zwykle – nabałaganiła w moich rzeczach. Na samym dole sterty znajduję angielskie wydanie Dumy i uprzedzenia, już mam je wyciągnąć, ale znów biorę do ręki kartkę z wiadomością. Irytuje mnie to sformułowanie: jakbym powinna wiedzieć, kim jest ten cały Gustav – zresztą co to w ogóle za śmieszne imię „Gustav”?
Przeczesuję pamięć. Czy ten, który wczoraj się do mnie przyczepił na Blockhusudden, mówił, jak się nazywa? Ja na pewno mu się nie przedstawiałam, nie ma więc szans, żeby dorwał mój numer.
Gustav? Tak, ale... chłopak, który ostatnio po wykładzie siedział naprzeciwko mnie w Kawiarni Valand – może jemu było na imię Gustav? Próbuję zrekonstruować tamten wieczór, żeby się domyślić, jaki ten chłopak może mieć do mnie interes: Cilla zajęła miejsce przy stoliku, przy którym siedział Bengt (zna go ze szkoły), a ja obok niej, potem przyszedł ten drugi i usiadł koło Bengta. Nie mogę sobie przypomnieć, jak wyglądał – miał jasne czy ciemne włosy, był wysoki czy niski? Z samej rozmowy też niewiele pamiętam, kręciła się głównie wokół wykładu, jak zwykle, gdy po wieczornych zajęciach udajemy się do tego przybytku. Po wyjściu stałyśmy jeszcze chwilę na Surbrunnsgatan i rozmawiałyśmy z Bengtem, po czym ja i Cilla, która szła do metra, go tam zostawiłyśmy, gdzie w tym czasie podział się Gustav, nie mam pojęcia.
Aha. Ale teraz on mnie szuka. O co może mu chodzić?
Ma zapewne jakieś niecne zamiary, myślę z zadowoleniem i rozkładam się wygodnie na łóżku z Jane Austen. W takim razie zadzwoni jeszcze raz.
Telefon w przedpokoju odzywa się jeszcze przed powrotem właścicielki, wkładam wycior do czyszczenia fajek do książki jako zakładkę i idę odebrać.
„Gustav Lindgren”, przedstawia się dzwoniący i pyta, czy go kojarzę. Jasne, że tak. Potem o to, czy widziałam Godota w Dramaten? Nie, nie widziałam. A wybieram się? Co to to na pewno nie – Beckett, on nie jest nudny? – daję się jednak przekonać, bo Gustav zapewnia mnie, że to najzabawniejsza sztuka na świecie.
Żeby otrzymać zniżkę studencką, oboje musimy stawić się z legitymacjami w kasie, umawiamy się zatem, że spotkamy się o czwartej w teatrze.
Złapałam gumę, więc nie pozostaje mi nic innego, jak iść pieszo, przez co nie mam czasu odstawić tańca wojennego, bo muszę się zbierać, ale w zamian robię kilka drobnych tanecznych kroków po drodze.
Lipy na Strandvägen wydają się nagle zieleńsze niż wtedy, gdy mijałam je kilka godzin wcześniej, wszystko toczy się tak szybko, że człowiek ledwie nadąża. Zatrzymuję się na chwilę i wpatruję w drzewa, żeby nie przybyć na miejsce przed czasem.
Gustav siedzi na ławce w głębi foyer i czyta gazetę, podnosi się jednak, kiedy wchodzę. Jest bardzo wysoki i szczupły, ma krótko przystrzyżone rudawe włosy i bladą cerę, jaka zdarza się u rudzielców: dziecięca twarz, młodzieniec bez zarostu, ale w ubraniach jakby po dziadku – w kapeluszu i płaszczu – wygląda jak licealista z lat pięćdziesiątych.
I teraz mi się przypomina, faktycznie zwróciłam już kiedyś na niego uwagę, na jakimś wykładzie wczesną wiosną, denerwuje mnie: wyczuwa się od niego wyniosłość, butę.
Cóż, mówię sobie pospiesznie, nie wolno się uprzedzać. Może ma dobry powód, żeby być butny, może faktycznie bije innych na głowę. A może przypadkiem natura obdarzyła go po prostu taką postawą i wyrazem twarzy, a on nie jest w stanie nic na to poradzić. Fakt, że chce iść do teatru ze mną, przemawia w każdym razie na jego korzyść.
Decydujemy się na wtorkowe przedstawienie i płacimy za bilety. Zamierzałam udać się potem do biblioteki, on wraca do domu, mieszka akurat w tamtą stronę, więc dotrzymujemy sobie towarzystwa, jadąc siódemką. W nieco wymuszony sposób gawędzimy o tym, co samo się nasuwa, o ostatnim „postseminarium” w Valandzie, studiach tak w ogóle. Gustav jest ode mnie młodszy, nie ma jeszcze dwudziestu lat. Studiuje filozofię na serio i chce wiedzieć, jak to się stało, że ja chodzę na te zajęcia wyłącznie dla czystej przyjemności.
– Cilla mnie na nie wyciągnęła – wyjaśniam. – Ona sama też tam chodzi tylko dlatego, że jest ciekawie.
– Studiujecie razem anglistykę, dobrze pamiętam?
– Można tak powiedzieć. Choć bliższe prawdy byłoby chyba to, że razem wagarujemy. Siedziałyśmy co tydzień o tej samej porze w Ogo, potem odkryłyśmy, że się tam widujemy, bo urywamy się z tych samych zajęć. I obie mamy takie samo zdanie na temat ich poziomu.
Opowiadam mu o dzieciństwie Cilli spędzonym w Stanach i o swoim roku w Anglii, po czym dodaję na usprawiedliwienie, że chodzimy na te jakże nudne zajęcia tylko po to, żeby mieć dobre oceny.
– Co takiego robiłaś w Anglii, byłaś tam jako au pair?
Kręcę głową, au pair? Ja! (Kiedy słyszę o pracach domowych, odbezpieczam rewolwer).
– Uczyłam się angielskiego i korzystałam z życia.
W przerwie, która powstaje po tych słowach, rozlega się dzwonek tramwaju.
– Co zamierzasz robić, kiedy już dorośniesz?
– Nie zamierzam bardziej dorastać – ucinam krótko; nic mu do mojej przyszłości, to temat, którego z całych sił staram się nie poruszać nawet sama ze sobą.
Tramwaj skręca z piskiem w prawo w Odengatan, Gustav wygląda przez okno.
Patrzę na jego dłonie. Męskie dłonie. Oni mają takie duże dłonie, ci mężczyźni.
We wtorek przed południem Gustav dzwoni i pyta, co teraz robimy. Jak to teraz? Godot został odwołany z powodu choroby, tak napisano w ogłoszeniu w gazecie. O kurczę, nie widziałam. Grają zamiast tego jakiegoś Anatole’a, informuje, „komedię erotyczną”.
To mnie pozostawia decyzję, jestem zdania, że mimo wszystko najprościej będzie chyba pójść na przedstawienie, skoro już i tak mamy te bilety.
W trakcie przedstawienia uświadamiam sobie, jakie to było nieroztropne posunięcie z mojej strony: musiało go to utwierdzić w przekonaniu, że tak bardzo chciałam iść z nim do tego teatru, że byłam skłonna pójść na cokolwiek, byle z nim. Dziwaczny rozwój sytuacji: pomysł, żeby się tu razem wybrać, był jego, więc to on powinien poczuwać się do odpowiedzialności za to, co oglądamy, a teraz ja tu siedzę i wstydzę się przed nim za tę sztukę! Nie mogę pojąć, jakim cudem w ogóle wpakowałam się w taki ambaras.
Pocieszam się myślą, że włożyłam na siebie najbrzydszy płaszcz, jaki mam, więc przynajmniej sobie nie ubzdura, że się dla niego stroję.
Potem stoimy na Nybroplan i pytamy siebie nawzajem, czy znamy jakąś dobrą knajpę. Nie znamy. No proszę: czyli mamy ze sobą jednak coś wspólnego.
Gustav proponuje, żebyśmy pojechali do niego, na herbatę i kanapki. Moja gromadzona latami wiedza na temat ludzi podpowiada mi, że on naprawdę ma na myśli herbatę i kanapki, gdy mówi, że pójdziemy do niego na herbatę i kanapki, więc jedziemy razem siódemką.
Mieszka przy Bragevägen, małej bocznej uliczce za Jarlaplan, w okolicy, w której dotąd nigdy nie byłam. Najwyraźniej to jego dom rodzinny, ale nikogo akurat nie ma, korzystam więc z okazji i się rozglądam, kiedy on krząta się po kuchni. Na ścianie w salonie wisi coś w rodzaju ikony, a biblioteka wskazuje na to, że rodzina jest religijna. Czy on także? Wyjaśniałoby to, dlaczego wygląda tak nadzwyczaj schludnie. Swoją drogą, jest to duża biblioteka, całą ścianę wypełniają regały. Zmieścił się tam kącik wypoczynkowy i pianino z rodzinnymi fotografiami. Młoda para – rodzeństwo? – i Gustav w czapce abiturienta, no jasne.
Okna jego pokoju wychodzą na podwórze, ale on nakrywa w salonie. Pijemy herbatę, jemy kanapki i rozmawiamy, rozmowa się nie klei. Pytam go o zdjęcie ślubne: tak, to jego brat, Erik, inżynier, mieszka obecnie w Västerås. Nie żeby mnie to szczególnie interesowało, ale żeby w ogóle cokolwiek powiedzieć, pytam Gustava, kim on sam zamierza zostać.
– Kiedy skończę filozofię, chciałbym studiować literaturę – mówi ostrożnie.
– Ach tak, czyli nauczycielem.
– Nie, jeśli da się tego uniknąć, ale może się nie da.
– Bez szans z takimi przedmiotami. W tym celu trzeba stworzyć całkowicie niemożliwą kombinację. Jak moja.
– Studiujesz coś więcej, poza anglistyką?
– Najpierw przez jakiś czas studiowałam archeologię nordycką. Oglądałam kiedyś film o wykopaliskach na Olandii i wydawało mi się, że to fajna robota, w której dużo czasu spędza się na świeżym powietrzu.
Śmieje się, tak jak zakładałam, a ja dodaję, że bardzo szybko się zorientowałam, że to wcale nie tym zajmują się archeolodzy – na ogół ślęczą w ciasnych pakamerach i katalogują.
Potem na dłuższą chwilę zapada cisza, aż on mówi:
– Ale jesteś milcząca.
Nawet jeśli, to nie ja jedna, naprawdę daję z siebie wszystko, żeby podtrzymywać naszą rozmowę, chociaż mogłabym dużo lepiej wykorzystać ten czas.
– Dorobić herbaty? – pyta, a ja dziękuję, mówię, że kanapki były pyszne, ale na mnie już pora...
Zbieram się właśnie do wyjścia, kiedy wracają jego rodzice i Gustav przedstawia mnie im w przedpokoju. Witają się uprzejmie i z zainteresowaniem, sprawiają wrażenie, jakby myśleli sobie, aha, czyli to jest ta Martina. Staram się wyglądać tak, że nie, nic podobnego, to znaczy nie jestem wcale tą, za którą mnie uważają, jeśli w ogóle za jakąś mnie uważają; trudno jednak przybrać wygląd tak zawikłanego dementi, więc generalnie wychodzi mi z tego po prostu odpychająca mina.
Gustav, pomimo mojego sprzeciwu, odprowadza mnie do domu. Jakbym potrzebowała eskorty, bo jest tak późno! Towarzyszy mi aż do wejścia do kamienicy.
Zapewne, tak, zapewne wydarłabym się na całe gardło, gdyby tylko spróbował mnie pocałować. Ale szczerze mówiąc, nielepsze jest to, że stoi tak metr ode mnie, patrząc na mnie oczami zbitego psa, i widać po nim, że chce mnie pocałować, ale brak mu odwagi.
Krzyczę z tego właśnie powodu przez całą drogę na czwarte piętro.
– Powiedziałaś „Gustav”? – pyta Cilla.
Kiwam głową.
– Naprawdę tak ma na imię?
– Nie tylko tak ma na imię, on nawet tak wygląda – mówię ponuro i podkradam Cilli papierosa. To najbardziej stuprocentowy Gustav, jakiego kiedykolwiek widziałam.
Cilla cierpliwie podaje mi zapalniczkę.
– Aha, tak. So the bell tolls for you.
– Nic takiego nie twierdzę! – wołam. – To on jest na tym kursie, nie ja!
– A ty na jakim jesteś?
– Można chyba raz, tak po prostu, pójść z kimś do teatru. Po prostu spędzić razem trochę czasu, przecież nie zaszkodzi, jeśli nieco poszerzy się krąg znajomych.
Cilla wygląda, jakby nieraz już to słyszała, i tak też było. Nie dalej jak zeszłej jesieni była naocznym świadkiem moich trudności z „rzuceniem” przyjaciela – w jego przypadku nawet nie sądziłam, że w ogóle cokolwiek zaczęło między nami być; człowiek w coś takiego zostaje ot tak wciągnięty, podstępnie i niepostrzeżenie, i poniekąd nigdy nie nadchodzi odpowiedni moment, żeby zaprezentować swoje stanowisko: Mój drogi, musisz zrozumieć, że nie czuję do ciebie nic w ten sposób, ale i tak możemy się przyjaźnić – jedynie w staroświeckich powieściach trafiają się okazje do złożenia takiej deklaracji.
– Uważaj, Martino. Wiesz chyba, że facetom zależy tylko na jednym.
– No tak, ale teraz, kiedy już wiem, że ja sama tego nie chcę, łatwiej mi będzie mieć się na baczności. Rozumiesz, doszłam do pewnego wniosku: wcale nie trzeba się łączyć w pary, może nawet lepiej żyć w pojedynkę.
Cilla nic nie mówi, nie musi, wyraz jej twarzy robi to za nią. Ale ja mówię poważnie, chociaż mój wniosek wciąż dziwi nawet mnie. Tak długo człowiek żył w przekonaniu, że kiedy dorośnie, weźmie ślub i będzie miał dzieci, tak wiele długich ciężkich lat upłynęło mu na dzikim, gorączkowym i upartym pragnieniu, żeby znaleźć kogoś, z kim wchodziłoby to w ogóle w rachubę. A kiedy wreszcie jest wystarczająco dorosły i kandydat pojawia się na horyzoncie, to odkrywa, że mimo wszystko wcale tego nie chce. I w pierwszej chwili myśli, że trafił tylko na niewłaściwą osobę, ale okazuje się, że to cała koncepcja jest z założenia błędna, to mój najświeższy życiowy wniosek.
Zarazem faceci z mojego pokolenia posuwają się jakby w przeciwnym kierunku, tak jakby byli w stanie myśleć jedynie o ożenku. Przynajmniej we wszystkich związkach, które obserwuję wokół siebie, to oni truli i truli, aż doszło do zaręczyn, ślubu bądź zamieszkania pod jednym dachem. Zapewne dałoby się skonstruować daleko idące teorie o socjoekonomicznych uwarunkowaniach takiego stanu rzeczy, gdyby tylko miało się na to czas.
Pora się zbierać, na drogę kradnę Cilli ostatniego papierosa i się podnoszę.
– Na siódmą idę do kina.
– Z mężem? – droczy się ze mną Cilla.
– Z Gustavem – odpowiadam z godnością. – Jesteśmy tylko przyjaciółmi.
– Z nim też?
Tym, rzecz jasna, trafia w czuły punkt. Ważne, żeby się nie zapomnieć i nie dać mu małego palca.
Na miejscu – w Kinie Bostock – zjawiam się przed czasem, ale Gustav już tam jest, oglądamy afisze wiszące na zewnątrz. On widział już Viridianę i chichocze z uznaniem, muszę niemal zatkać mu usta, żeby nie wypaplał mi finału wszystkich ważnych scen.
Bostock to małe kameralne kino nieopodal Stureplan, z twardymi drewnianymi ławkami i przerwą na wymianę taśmy w połowie seansu. A film jest osobliwy, o fiasku miłości ludzi, którzy sami się poświęcają, nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam tak poruszona jakimś filmem. Ale Gustav... on chichocze jak najęty.
Kiedy cała sala oddycha z ulgą, bo szalony wuj ostatecznie nie zgwałcił nafaszerowanej narkotykami nowicjuszki, czuję, jak błądzi po moim kolanie, szuka dłonią ręki.
Co mam robić? Schować ją za plecy? Spoliczkować go, wyśmiać, wygłosić deklarację, która pozbawi go wszelkich złudzeń: Drogi Gustavie, musisz zrozumieć...
Nic więcej nie jestem w stanie pomyśleć. Udaje mi się jedynie dostać palpitacji serca. A potem tak tam siedzimy, trzymając się za ręce. Z tą palpitacją.
Nie pomaga to, że po kinie pospiesznie się żegnam i odjeżdżam w swoją stronę. Chwila słabości i akt ślubu już prawie przypieczętowany.
Nie, mówię, nie chcę. We will have no more marriage. Więcej się z nim nie spotkam.
Wraz z upływem semestru wykłady z filozofii gromadzą coraz większe tłumy, wiele osób, które studiują w zasadzie coś innego, ściąga tu z czystej fascynacji, drzwiami i oknami walą tabuny ludu wędrownego z najróżniejszych kierunków – od studentów lingwistyki po techników.
Pewnego wieczoru po wykładzie, na którym mowa była o Kierkegaardzie i jego „skoku wbrew rozsądkowi”, pedałując na rowerze do domu, mylę drogę, przytomnieję dopiero na rondzie na Karlaplan, nie wiem, dokąd dalej jechać. Nie, coś takiego nie zdarza się po wykładach z fonetyki czy wytrzymałości materiałów, coś takiego nigdy mi się nie zdarzyło.
Wciąż jednak nie są to tak liczne tłumy, żeby rodzinna atmosfera, która panuje na małych wydziałach, się zmieniła; po wieczornych zajęciach wykładowcy i studenci idą razem na miasto. Podczas naszego ostatniego postseminarium siedzimy w Old Bowler, kompletnie niewiarygodnym pubie, który wygląda jak hangar dla pociągów. Rozglądam się na wszystkie strony i podoba mi się to, co widzę: jak okiem sięgnąć szaleni idealiści z brodami i płomiennym wzrokiem – pacyfiści, socjaliści, egzystencjaliści, wegetarianie – przy jednym końcu stołu rozmowa toczy się o milionach głodujących w Indiach, przy drugim – o pokucie według Lutra, a gdzieś pomiędzy wciska się Wietnam. Naprzeciwko mnie wykładowca jest pochłonięty pytaniem, które zadał mu siedzący obok chłopak: czy w kulturowym dziedzictwie Zachodu jest coś, czego brakuje w innych częściach świata, i co jego zdaniem warto by było zachować; ten w ramach odpowiedzi rozwodzi się na temat koncepcji „osobowości”, jednostki jako czegoś wyjątkowego i czegoś więcej niż tylko części zbiorowości.
Kocham ich, przychodzi mi do głowy – łapię się na tym, że siedząc tam, myślę: kocham wszystkich ludzi. Coś takiego dotąd nigdy mi się nie przydarzyło.
Moim zdaniem człowiek nie powinien się uczyć w wakacje, w wakacje powinno się czytać dla przyjemności. Pakuję więc historię języka angielskiego do kartonowego pudła, które upycham w szafie właścicielki mieszkania, do torby podróżnej biorę Albo-albo i Ethics and Language; jako że nie zamierzam zaliczać wykładów z filozofii, jest to więc per definition czytanie dla przyjemności. Fajnych przedmiotów nie należy obrzydzać sobie uczeniem się ich pod presją, tylko dlatego, że trzeba się wyżywić, bo wtedy włącza się jedynie prostackie myślenie pragmatyczne, a człowiek zaczyna liczyć strony i głowić się, co powinien z tego zapamiętać.
Ja też, rzecz jasna, muszę myśleć o utrzymaniu. Cilla będzie sprzedawać bieliznę w Tempo, ale ja uważam, że wakacje powinno się spędzać na świeżym powietrzu. Od zarania dziejów mam dobre relacje z zarządem cmentarza w rodzinnej miejscowości, więc najprościej jest wrócić do domu i podjąć tam na nowo pracę, a nie próbować zahaczyć się w jakimś anonimowym miejscu w Sztokholmie.
Pocztę przekierowuję na ten adres. Pewnego ranka na półce z telefonem znajduję przesyłkę zaadresowaną moim charakterem pisma, zakładam, że to powiadomienie o książce, którą zamówiłam międzybibliotecznie z Lundu, i psioczę pod nosem, że też nie miała kiedy przyjść, ale szybko odkrywam, że nie jest to wcale formularz z biblioteki, tylko list, i to wcale nie napisany przeze mnie, a przez Gustava Lindgrena.
Jest w Paryżu i donosi, że wreszcie znów zobaczył kobietę będącą jego wielką miłością: Atenę z reliefu na znajdującej się w Luwrze metopie ze świątyni Zeusa w Olimpii.
Naoglądał się chyba za dużo Pimpernela Smitha, myślę sobie, chowając list do szuflady biurka. Nie jestem przesądna grafologicznie ani nie zamierzam zaliczyć go w poczet bliźniaczych dusz tylko dlatego, że ma czelność pisać tak podobnie jak ja, że oszukał tym nawet mnie.
Przychodzi jednak więcej poczty. Kartka i jeszcze jeden list, a tydzień później kolejny. Są to kulturalne i stosownie sformułowane wiadomości, oj tak; żywiona przeze mnie niechęć do nich wynika wyłącznie z ich stosunku do mojej osoby. W każdej linijce daje się zauważyć, że ten, kto je pisał, traktował mnie jako ich adresatkę, odbiorczynię, obiekt, do którego się zwraca. Tak, bo jak inaczej, na miłość boską, zabrać się do pisania listu? Chodzi mi jednak o coś innego: listy są skierowane do Kobiety, w chwili ich pisania Gustava przepełniała myśl o nim jako Piszącym do Kobiety. Czytam je, rzecz jasna, nie bez próżnej satysfakcji, ale postanawiam, że nie ma co odpowiadać na taki sposób zwracania się do mnie, i tego zamierzam się trzymać.
Gustav już do pierwszego listu dołączył adres swojego hotelu. Nie odpisuję, aktywnie i z pełną premedytacją poświęcam się temu, żeby nie odpisywać, z tym większym naciskiem, im więcej przychodzi od niego przesyłek. Pilnuję pory, o której zagląda listonosz, żeby rodzina nie spostrzegła, ile dostaję poczty, i się tym nie zainteresowała, ale kiedy zaczynam pracę na cmentarzu, godziny dostarczania listów nie pokrywają się z moimi przerwami i tak pewnego popołudnia na półce koło telefonu znów leży koperta z francuskim znaczkiem i elegancko wykaligrafowanym nadawcą.
– To tylko kolega ze studiów – mamroczę, kiedy mama mnie zagaduje.
Po mojej kampanii listowej (kampanii niewysyłania listów) biorę za pewnik, że Gustav więcej się nie odezwie. Dzieje się jednak odwrotnie: gdy tylko wraca z zagranicznych wojaży, wydębia od właścicielki mieszkania mój numer telefonu i w przerwie na drugie śniadanie, kiedy siedzę sobie w najlepsze nad maślanką i komiksami w gazecie, dzwoni i pyta:
– Dlaczego nic mi nie odpisałaś?
Tego, jak zawzięcie oddawałam się temu, żeby nie odpisać, bo chciałam się go pozbyć, nie mogę mu ot tak oświadczyć; nawet jeśli nie jestem zbyt empatyczna na coś takiego, to jestem przynajmniej zbyt dobrze wychowana. Mówię więc, że byłam zajęta, miałam mnóstwo innych spraw na głowie.
Prycha do słuchawki.
– Niby jakie mogłaś mieć sprawy na głowie?
Nie słyszałam nic gorszego. „Czym niby mogłaś łamać sobie tę kędzierzawą główkę”, co!
– Pracuję, jakbyś nie zauważył – oświadczam swoim najmniej dobrze wychowanym głosem.
Gustav jest w rodzinnym domku letniskowym na archipelagu, informuje, że zaraz rusza na żagle, ale w weekend wybiera się do miasta i chce, żebym się z nim spotkała. Nie mam gdzie się zatrzymać w mieście, wyjaśniam, latem nie wynajmuję tamtego pokoju na Grevgatan. On jest zdania, że mogę zrobić jednodniowy wypad do miasta. Mówię o „rozkładzie jazdy”, uważam, że dodaje to respektu, przedstawiam wyjazd jako przedsięwzięcie nad wyraz zawiłe i ogromnie wymagające, coś, czego nie robi się ot tak, nie będąc zmuszoną koniecznością, i uznaję, że powinien zrozumieć, że on takiej nie stanowi. Odpuszcza dopiero, kiedy proponuję, że się do niego odezwę, gdy przeniosę się do Sztokholmu przed rozpoczęciem kolejnego semestru.
To świetne rozwiązanie, odkładam słuchawkę bardzo zadowolona: teraz inicjatywa jest po mojej stronie. Będę mogła do niego zadzwonić, jeśli najdzie mnie na to ochota, albo darować sobie, pożyjemy, zobaczymy. Z ulgą wracam do zagrabiania grobów.
Ale mężczyźni są nieprzeniknieni. Czy on nic nie rozumie, czy tylko nie chce przyjąć tego do wiadomości? Minął raptem tydzień od mojego powrotu do miasta, a właścicielka woła mnie do telefonu:
– Martino! Jakiś jegomość do ciebie dzwoni.
Jegomość, tylko jedna osoba w kręgu moich znajomych może brzmieć na jegomościa. Odpowiadam pospiesznie i szczątkowo, jakbym została oderwana od czegoś bardzo ważnego i nie mogła się doczekać, żeby do tego wrócić:
– Tak?
– Cześć, tu Gustav. Chciałem się upewnić, czy dostałaś program teach-in? Będzie w przyszły weekend.
– Ach, miło z twojej strony, że mi go podesłałeś, dzięki.
– Wybierasz się?
– Nie będę mieć czasu siedzieć tam od świtu do nocy, ale z pewnością na chwilę zajrzę – mówię, po czym dodaję: – Więc może do zobaczenia.
Odbiera to jako frazę na pożegnanie.
Szczerze mówiąc, dokładnie przeczytałam ten program i zaznaczyłam, czego z chęcią bym posłuchała, ale nie muszę mu zdradzać zasady dokonywania wyboru: krążę między wykładami i robię okienka w czasie debat. Nie ma nic nudniejszego od dyskusji panelowych, ich uczestnicy tylko ze sobą polemizują i robią się agresywni, nie wychodzi się stamtąd ani odrobinę mądrzejszym, niż się przyszło. Wykłady to inna para kaloszy, na nich można się czegoś nauczyć, a moja potrzeba uczenia się jest nieograniczona.
Najefektywniejszą formą nabywania wiedzy jest oczywiście czytanie, ale od czasu do czasu miło jest wyjść do ludzi. W Folkets hus kłębi się barwna zbieranina, przed salą, w której odbywają się kolejne punkty programu, serwowana jest kawa oraz sprzedawane są książki i biuletyny na temat Wietnamu.
Do tego czasu mój związek z Gustavem wszedł już w najprzyjemniejszą wyobrażalną fazę: wreszcie do niego dotarło, że w ogóle nie może być tu mowy o żadnym związku, więc trzyma się teraz na dystans i między nami utrzymuje się wyłącznie ciekawe Napięcie.
– Należysz chyba do odstającej mniejszości – mówi Cilla, kiedy jej to opisuję.
– Ty byś nie doceniała, że jesteś obiektem czyichś fantazji na odległość? Schlebia mi to, a do niczego nie zobowiązuje. Nie ma w tym nic nienormalnego, uważam po prostu za fajne, że w pomieszczeniu jest ktoś, kto zwraca na mnie uwagę, kiedy przychodzę i wychodzę.
– Ty sama najwyraźniej też zwracasz uwagę na to, kiedy ten ktoś przychodzi i wychodzi, skoro tak dobrze wiesz, że on zauważa ciebie.
Tak, to jasne. Szczególnie zwracam na niego uwagę w niedzielę przed południem, kiedy przychodzi w dżinsach i golfie i wygląda nagle jak człowiek. (Garnitur ze spodniami w kant robi ze mnie impotentkę, ale dżinsy działają na mnie niemal zawsze, ktokolwiek byłby w nie odziany).
A im bardziej zwracam na niego uwagę, tym intensywniej zaczynam się głowić. Gustav nigdy nie zabiera głosu w dyskusjach publicznych, ale dużo się śmieje. I naprawdę mam tu na myśli śmianie się. Z tego, co ludzie mówią. Podczas debaty partii politycznych, w której pewien socjaldemokrata produkuje się na temat pomocy rozwojowej i wyznaczonego celu, by co roku przekazywać jeden procent PKB na pomoc krajom rozwijającym się, Gustav chichocze tak, że mi wstyd i ogarnia mnie złość: Niby czemu? To nie moja sprawa, że on tu siedzi i rechocze!
Zostawiam panel z przedstawicielami partii na pastwę losu, odbieram kurtkę z szatni i już schodzę po schodach, kiedy podchodzi Gustav. Idziemy w kilka osób na kolację, informuje mnie i pyta, czy ja... Jasne, chętnie. Ten pomysł z kolacją uważam wprawdzie za mieszczańskie spaczenie, to, że człowiek ma jeść w kółko i na okrągło, ale lubię wychodzić na miasto.
Do tego, trzeba przyznać, jego upór w podrywaniu zaczął budzić we mnie ciekawość. Nie może być przecież tak głupi, żeby dotąd do niego nie dotarło, że staram się go odprawić z kwitkiem, ogólnie wydaje się przecież bystry. Musi więc wychodzić z założenia, że to ja po prostu głupio postępuję, że on wie lepiej. I że mi tego dowiedzie – no jeszcze zobaczymy!
Ruszamy do Old Bowler – Bengt, kilku gości z filozofii i jeszcze jedna dziewczyna. Dyskusje krążą wokół teach-in, a Gustav mówi mniej więcej to, co sama myślę, że to wykłady okażą się wartościowe na dłuższą metę. Naśladuje też mówców, całkiem sprawnie, chociaż moim zdaniem to trochę niestosowne.
Do jedzenia pijemy wino i zanim nadchodzi pora, żeby się rozejść, nastraja mnie ono pozytywnie do całego świata i stopniowo robię się taka beztroska, że zapominam nawet o tym, jak miło jest mieć Gustava na dystans – na taki dystans, który w sam raz buduje napięcie – i daję mu się odprowadzić do czwórki. Kiedy nadjeżdża tramwaj, on też wsiada, moim zdaniem to, rzecz jasna, porąbany pomysł, skoro nawet nie mieszka w tym kierunku, ale nie będę wsadzać nosa w nie swoje sprawy.
Z mojego przystanku idziemy powoli przez opustoszałą okolicę. Noc jest bezchmurna, sierpniowy księżyc – okrągły jak jajko, to znaczy żółtko, które jest okrągłe i jest jajkiem – oraz nakrapiane gwiazdami niebo, to, które wystaje spomiędzy dachów. Pokazuję Gustavowi Oriona z pasem, jakby on sam nic nie wiedział o gwiazdach. On mnie obejmuje na wysokości barków, opieram się o niego i przysypiam, mam nadzieję, że nie zrozumie nic opacznie: Tylko ten jeden raz, mind you, myślę sobie. (Czegoś takiego nie mówi się na głos, nawet jeśli byłoby cudownie, gdyby się ziściło).
Przed wejściem do budynku daję mu potrzymać swoją torebkę i obmacuję kieszenie w poszukiwaniu klucza. Kiedy go znajduję, sięgam po torebkę, a Gustav bierze mnie w ramiona i się całujemy. To dobry pocałunek. Nad naszymi głowami świecą gwiazdy, niebo jest wręcz usiane gwiazdami.
Między nami znajduje się moja torebka, biorę ją i otwieram drzwi, po czym rzucam: „Dobranoc”.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Książka ukazała się w Polsce pod tytułem Albo-albo w przekładzie Jarosława Iwaszkiewicza i Karola Toeplitza. ↩
