Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
ISBN 8-30-800901-8
Książka dostępna w zasobach:
Fundacja Krajowy Depozyt Biblioteczny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 592
Rok wydania: 1984
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
EMIL ZEGADŁOWICZ
ZMORY
EMIL ZEGADŁOWICZ
ŻYWOT
ZMORY
- I...
- ja
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
ROZDZIAŁ CZWARTY
ROZDZIAŁ SZÓSTY
ją!
Źle!
- Przyjdę-
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
ROZDZIAŁ CZWARTY
ROZDZIAŁ PIĄTY
ROZDZIAŁ SIÓDMY
SPIS TREŚCI
ŻYWOT
MIKOŁAJA
SREBREMPISANEGO
* *
WYDAWNICTWO LITERACKIE KRAKÓW - WROCŁAW
EMIL ZEGADŁOWICZ
ZMORY
KRONIKA Z ZAMIERZCHŁEJ PRZESZŁOŚCI
WYDAWNICTWO LITERACKIE KRAKÓW - WROCŁAW
Tekst oparto na wydaniu krytycznym opracowanym przez Romana Kwiatkowskiego, Wydawnictwo Literackie 1965
© Copyright by Wydawnictwo Literackie, Kraków 1984
ISBN 83-08-00901-8
PROLOG TOPOGRAFIA I WYJAZD
ROZDZIAŁ PIERWSZY
W KTÓR YM KRONIKARZ STARA SIĘ Z NIEJAKĄ DOKŁADNOŚCIĄ OKREŚLIĆ MIEJSCE TAK ZWANEJ AKCJI. HOŁDUJĄC ZASADZIE DYGRESYJ, PORUSZA MIMOCHODEM SPRAWY DRUGO I TRZECIORZĘDNE, O ILE OCZYWIŚCIE TAKIE ISTNIEJĄ.
Historia jest tego rodzaju: przestrzeń i czas; w tych pojęciach względnych zamyka się wszechświat, w którym najbliższy sąsiad (wszechświat Nr II) spoza granicy układu galaktycznego oddalony jest o jakie 850 000, a najdalszy o 140 milionów lat świetlnych; oczywiście mowa tu
0 tym ułamku, jaki nasz wzrok, teleskopami wzmocniony, uchwycić zdoła. Wśród milionów (wnet bilionami zaczniemy liczyć) osiedli gwiezdnych dość poczesne - tak się nam przynajmniej wydaje - miejsce zajmuje „nasz wszechświat" czyli właśnie układ galaktyczny; liczba gwiazd zamieszkujących to osiedle przekracza sto milionów - tak na oko; plus minus; jeden milion mniej lub więcej! śmieszna drobiazgo-wość. Jedną z gwiazd jest nasze słońce, oddalone od najbliższej koleżanki o 40 milionów kilometrów; pomimo tej, dość przecie znacznej odległości, porozumiewają się z sobą; światłem. O słońcu różni różnie mówią; faktem jest, że wlecze ono za sobą dziewięcioro dzieci; razem nazywa się to potomstwo planetami; poszczególne mają swoje imiona. Kiedyś mówiło się ten planeta, teraz raczej ta planeta; ta zmiana rodzajnika wydaje się z wielu względów słuszna. Niektóre z nich są jeszcze żywe, płomienne, wrzące; inne już nie; kilka jest chorych
1 umierających; do nich należy trzecia z słonecznego biegu: ziemia. Oddalona od matki o 150 milionów kilometrów, wiedzie swój żywot smutny i roztargniony, okrążając słońce mechanicznie i bez entuzjazmu; mały, chłodny glob, pełen starczych zmarszczek; bardzo już dawno temu oddzieliła się woda od organizmu ziemskiego; tworzy ona wielkie — jak na tak mały glob - przecież 1 300 000 kul ziemskich mogłoby się wygodnie pomieścić w słońcu - przestrzenie zielone, niebieskie i bure. Lądy stały się poprostu wyspami. Dodać jeszcze należy, że zamierająca ziemia ma umarłe dziecko, które - to jest wprost makabryczne - wlecze się za nią ustawicznie i straszy po nocach trupim blaskiem; jest nadzieja, że się to kiedyś skończy; lecz jeszcze nieprędko. Księżyc - to właśnie umarłe dziecko ziemi - wywiera swoisty wpływ na morze, kobiety i specjalnie podatne psychiki.
Wśród wysp, o których mowa, była ongiś jedna dość spora; jej zachodni, kapryśnie i dziwacznie wyszczerbiony cypel zwał się bardzo brzydko: europą (ropa!). Cypel ten - jak zresztą cały glob - zamieszkiwał pewien gatunek stworzeń dwunożnych, zwanych ludźmi; o człowieku, homo, pithec-anthropus erectus - mówiło się, że to zwierzę, które zrobiło karierę; możliwe; nie należy jednak nigdy mówić hop, póki się nie przeskoczy. Gatunek ten - hominidów - w formie szczątkowej trwa dotąd. W czasie, o którym mowa, istniało kilka rodzajów ludzi; różniły się od siebie barwą skóry i kształtem czaszek; różnice te uchodziły wśród uczonych antropologów za zewnętrzne; nieuczeni politycy natomiast przyznawali różnicom tym ogromne znaczenie; było im to potrzebne do osiągnięcia władzy - poprostu pewne kształty czaszek nadymali pychą. Rację należy przyznać jednak uczonym, zasadnicze bowiem cechy charakteru wszystkich czaszek i cer były tesame: zachłanność, brutalność, egoizm, gnębienie słabszych, chytrość, lizuństwo, chęć grabieży, wojowniczość itd. Nie są to cechy sympatyczne. Od czasu do czasu zjawiały się wśród stada jednostki o wielkich ideach; idee te były przeciwne naturze ludzkiej; mówiły o dobroci, potrzebie wspierania się wzajemnego, o zaniechaniu złości i nienawiści; ludzi takich, jako szkodliwych, współplemieńcy wyśmiewali, lżyli, prześladowali i zabijali, nie szczędząc im dla postrachu śmierci okrutnej; czasem postępowali jeszcze gorzej: tworzyli z nich nierealne postacie tzw. bogów i otaczali ich perfidnie siecią kultu wyznaniowego: wtedy to idea rozpuszczała się wśród przykazań, reguł, przepisów i nonsensownych praktyk, jak kropla spirytusu w kuble pomyj. I znów wszystko pozostawało postaremu. Zasadniczo tego rodzaju kulty przysparzały o wiele więcej zła, niż ich brak. Bilans ostatnich dwu tysięcy lat rozpanoszenia się pitekantropusa świadczy o tym wymownie. O tym już dzisiaj wiedzą dzieci w klasie wstępnej.
Ludzie żyli ongi gromadnie; wiadomo: sam człowiek zginie; należy się przeto wystrzegać wyodrębniania! Ludzie żyli gromadnie jak termity,
mrówki i pszczoły. Mieliśmy więc na globie cztery ugrupowania społeczne: wszystkie antypatyczne; najpracowitsze były pszczoły.
Wracajmy do Europy. Jak wiemy z wykopalisk i z niezmiernie zawiłych dokumentów, których prymityw jest już dla nas nieznośnie kłopotliwy, żyło w niej kilka gromad ludzkich, mówiących wielu językami, które były odmianami jednego języka. Jedna gromada nie miała zaufania do drugiej. Zasadniczą wspólną cechą gromad było tylko jedno: gromadzenie jaknajwiększej ilości żółtego, błyszczącego metalu, zwanego złotem. Zdaje się, że przypisywano mu własności boskie. Według ilości posiadania tego małoużytecznego metalu cenili się wzajemnie lub sobą pogardzali. Poszczególne gromady tworzyły tak zwane państwa (od pan, panować, panoszyć, pańszczyzna); była to wiekami uświęcona i precyzyjnie wypracowana forma niewolnictwa; historyczne etapy określają następujące nazwy: niewolnik, poddany, obywatel. Istota tych pojęć jest jedna. Ludzie w poszczególnych gromadach - jak się domyślamy z ilustracyj, które przetrwały do naszych czasów - dzielili się na umundurowanych i nieumundurowanych; ci ostatni byli bez znaczenia. Umundurowani rozpadali się na dwie grupy - pierwsza to ci, którzy chcieli bezpośrednio zabijać (tego, na którego mieli chrapkę, nazywali wrogiem) - nosili oni strój wcięty, szykowny i barwny oraz obwieszali się dużą ilością błyskotek - według tej ilości i kształtu świecidełek szanowali siebie i oceniali wzajemnie; kto miał więcej, ten był - według barbarzyńskich pojęć ważniejszy; byli tu i bardzo ważni — ci już nie mieli miejsca wolnego na wieszanie; - druga grupa to ci, którzy błogosławili zabijaniu; tych uniform był brzydszy; czarny i długi po kostki, nie do marszu też był zdatny, lecz do kontemplacji; nosili go tzw. duchowni, to znaczy kapłani jednego z kultów religijnych, opierającego się na przykazaniach semickich, połączonych z kultem ukrzyżowanego boga; współplemieńcy ukrzyżowanego, którego zresztą za swojego boga nie uznawali, trzymając się tradycjonalnie dawniejszego, bardzo zresztą niemiłego i krwiożerczego bóstwa - nosili identyczne z kapłanami przez siebie nieuznawanego kultu - mundury również czarne i długie i kroju podobnego. Przypuszczać należy, że ze względu na identyczność uniformów dość trudno było na pierwszy rzut oka te dwie niesympatyzujące z sobą klasy rozróżnić; zwłaszcza styłu. Różniły się te stroje nazwami; całe szczęście!
Krótko mówiąc - wszystkie te sztuczne twory gromad ludzkich o tendencjach zaczepno-odpornych kochały się w mundurach; ideałem
ich ideologicznych założeń byłoby umundurowanie całej ludzkości; owocześni astrologowie (tzn. ci, którzy gwiazdom mniejszym i większym przypisywali decydujący wpływ na jednostki i masy) twierdzili, że wtedy byłoby dopiero świetnie, posłusznie i rygorystycznie - no i, że zarazby widać było, co kto wart. W państwach militarystycznych - a inne państwa przecież być nie mogą - pewna szlachetna bezmyślność stopniowań była celem samym w sobie - a to właśnie idealnie wypowiadało się unifikacją stroju - zróżniczkowanego naszywkami różnych barw i kształtów. Były to czasy hołdujące złudzie, która była właściwie owoczesnym bogiem; -mundur stwarzał fikcję znaczenia (od-znaczenia); marzeniem zarozumiałych pitekantropusów było nic nie znacząc - znaczyć; - tutaj też kryła się owa - tyle kłopotów naszym uczonym nastręczająca - tajemnica tolerowania nieumundurowanej trzody ludzkiej: w kimś przecież trzeba było wzbudzać szacunek! - tak też ta tolerancja acz niechętna i pogardliwa - była konieczna.
Wyprzedzając nieco wypadki, o których poniżej, powtórzmy za wielkim uczonym prof. Kad-Irem, że taka np. Austria, wywodząca się z Marchii Wschodniej, była ideałem państwa militarystycznego i semicko wyznaniowego - to znaczy, że uprzywilejowani - więc umundurowani - ciągnęli łatwe i duże zyski finansowe, godnościowe i splendoryczne z posłuszeństwa i głupoty poddanych. Cesarsko-królewsko-apostolska monarchia miała umundurowanie liczne i świetne. W galówki, gdy na rynki i ryneczki miejskie wymaszerowało wojsko pod bączkiem z orkiestrami - gdy utworzyły się barwne grupy urzędników w pierogach, ze szpadami, złotokołnierznie - było na co popatrzeć! Cyrk!
Od jedenastego roku życia wrastał co znaczniejszy poddany rakuski w mundur i w jego wzniosłe idee, że mundur austriackiego pitekantropu-sa uszlachetnia i podnosi, że duszą munduru jest jego honor, honor jak i ta dusza właśnie: mistyczny i boski zarazem; zależny on zaś jest, mówiono, nie od wartości istoty wypełniającej mundur - tomożnaby od biedy rozumem ogarnąć - lecz od absurdu: kroju, guzików, pasów, medali, odznaczeń; credo quia absurdum est!... te irracjonalne składniki sumowały się w absurd państwa; zagadnienie munduru jest niezawodnie zagadnieniem religijnym - jest bowiem nonsensem - równocześnie zaś podkreśla hierarchię i pomazaństwo władzy, która w owych zamierzchłych czasach pochodziła jeszcze od boga.
Lecz wracajmy do spraw natury ogólnej.
Najgłębszą wiarą i zachłannym, nieprzytomnym wprost kultem
otaczali europejczycy pewne linie, ustalone na kongresach i ligach, linie nieregularne, niespokojne, jak umysłowość ich kreślaczy i jak ta umysło-wość, wariackie i nierozsądne - linie te nazywali granicami. Jak wszelka wiara i kult - podlegały one zmianom dość częstym i zasadniczym zwłaszcza podczas kataklizmów przyrodniczych, wywołanych zbytnim nagromadzeniem materiałów wybuchowych; wtedy można było obserwować wzmożony ruch, polegający na namiętnym wymazywaniu dawnych, a burzliwym kreśleniu nowych linij, zazwyczaj koloru czerwonego. Jasną jest rzeczą, że linie te rysowano (posiadamy kilka okazów) na mniejszych, większych i bardzo wielkich arkuszach papieru; robili to specjaliści; było to słuszne i konieczne ułatwienie - bowiem trudno byłoby wprost na ziemi - tak przecież nierównej - linie graniczne malować; i koszt duży; a' co było robić, jeśli szlak wypadł właśnie przez jezioro lub rzekę -?- nie, to się nie dało zrobić. Jak widzimy, nie brak było europejczykom pewnej inteligencji. Zresztą nieustalona jeszcze podówczas pogoda wpływałaby niezawodnie destrukcyjnie na takie nieoględne malarstwo plenerowe.
Linie graniczne! - Ludzie, mieszkający po jednej stronie tej linii, uważali za wrogów tych, co mieszkali po jej stronie drugiej. Wprawdzie ułatwiało to orientację - jednak było źródłem zamieszek i niepokojów. Przyjęte (przez sejmy wszystkich państw za państwowe właśnie) wyznanie - głosiło, że należy kochać nieprzyjaciół, lecz to się nie odnosiło do ludzi mieszkających poza granicami; raczej tylko do tych objętych czerwoną linią; lecz i to niebardzo. Zasady religii są zawsze zbyt wzniosłe i boskie, aby je wprowadzać w życie ludzkie. Na granicach również drożały owoce, zapalniczki, płaszcze damskie i wyroby ze skóry; tutaj też najwięcej słychać było dniami, a zwłaszcza nocami strzałów bądźto karabinowych, bądź rewolwerowych; chętnie też koncentrowały się przy tych mistycznych liniach czerwonych manewrujące demonstracyjnie masy wojska, co bywało ponoć często zapowiedzią wojny. Jakto wszystko, swoją drogą, trudno dzisiaj zrozumieć! - No - dawne czasy!
Spoczątkiem dwudziestego wieku granice w Europie były kapryś-niejsze i perfidniejsze, niż kiedykolwiek. Zwłaszcza w Europie środkowej. Po obu stronach pewnych granic żyli ludzie, należący do jednego plemienia i jednym mówiące językiem; żyli rozdzieleni i - można to tak nazwać - wykreśleni." Ze stanowiska mistycyzmu granicznego należało uważać za wrogów ciotkę, kuzyna i szwagra czy jakiegokolwiek innego członka rodziny, mieszkającego po drugiej stronie, pełnej niespodziewanych załamów, wnęk i zatok linii; nawet - jeśli los tak zdarzył - ojca i brata, matkę i siostrę; wymagała tego konsekwencja, polityka i racja stanu.
Było to nieznośne; słusznie też mówiono, że to się musi skończyć; istniały nawet odpowiednie wieszczenia i całkiem wyraźne przepowiednie. Do tego doszło.
Jedna z takich - nad dalekim i głębokim Dunajem, w stolicy znanej z rozpowszechnionych wtedy walców - wyrysowanych granic, odcinała mały kąsek Europy zwany Małopolską od macierzystego kraju, który był ongi republiką z elekcyjnym monarchą; to Polska właśnie! Kąsek,
0 którym mowa, był sobie jak każdy inny fragment Europy w owym ogłupiałym okresie - ospały i niemrawy; wprawdzie idąc za nurtującymi świat prądami, przybrał postawę wyczekującą - lecz niebardzo wiedział, na co czeka - tyle tylko, że ktoś, coś, kiedyś i jakoś wreszcie zmieni
1 nawet niewiadomo, czy na lepsze. Nietyle tu było laurowo i ciemno, ile złotokołnierzowo i szaro. Krótko mówiąc, było ekscelencyjnie i eminen-cyjnie czyli jaknajgorzej. Wtedy to .Małopolska zwała się Galicją i Lodomerią, a mieszkańcy dziadami lub centusiami galicyjskimi. Nieprzyjemne to, ale prawdziwe - jak i te dziady również prawdziwe i nieprzyjemne były. Pozatym wszystko w porządku zwykłym: częste smutki, rzadkie radości; zależnie od awansów. Technika trawienia, rozmnażania się, sposoby bytowania były zresztą identyczne, jak w reszcie krajów po tej i tamtej stronie granic. Bogatsi gardzili uboższymi - ci zaś odwzajemniali się nienawiścią - jak wszędzie, jak zawsze.
W tej to Galicji, w jej zachodniej połaci między ziemię krakowską i śląską, przysiadło w gnieździe śródgórskim Beskidu Małego, vel Polskiego vel Kocierskiego, miasteczko Wołkowice. Niegorsze od innych miasteczek miało w centrum obszerny, odniechcenia brukowany majdan, zwany rynkiem, z dużą - wpośrodku - kwadratową, ocembrowaną blokami kamiennymi studnią pod starymi, wspaniale rozrosłymi kasztanami, oraz dwie centralne budowle: kościół i koszary, także i gmach szkoły średniej w stylu koszarowym i sąd i więzienie - pozatym propinację, trafikę z loterią i liryczny zamtuzik z zielonymi okiennicami i żółtymi roletami: maleńka, petitowa iosziwarka zachodniogalicyjska. Był i smętarz - cywilny jeden, wojskowy drugi. Więc musiały też być i szpitale; były. No i były też domy prywatne, parterowe, a nawet jednopiętrowe. Pewna ilość tych domów paralelicznie ustawiona w ten sposób, że tworzyła się pośród wydłużona przestrzeń — plus owe
wzmiankowane domy publiczne tworzyły miasto; wydłużoną przestrzeń śróddomną nazywano ulicą. Wołkowice miały sporo ulic; niektóre były krótkie, inne długie; nazywały się różnie: była i Psia ulica i ulica Wiedeńska. Tubylcy rozróżniali je wcale dobrze w dzień; w nocy byłoby nieco trudniej, lecz porządny obywatel po ulicach nocą się nie włóczy. Jedna z ulic, wypływająca z głównego traktu, łączącego Lwów z Wiedniem, ku stronie południowej wiodła w kierunku Suchej, Makowa, Chabówki, Zakopanego, Tatr; zwała się podówczas Tatrzańska. Pomiędzy trzecim a czwartym kilometrem — od Wołkowie licząc - znajdowała się Poręba Murowana; z gościńca widać było modrzew rozchybotany jak sztandar zielony nad starym domostwem Srebrempisanych. W okolicach tych dość dobrze znane były zmiany pór roku, zależne - jak wiadomo -od ekliptycznego biegu ziemi dokoła słońca. Znano i nawet rządzono się nimi, w zajęciach wiejskich zwłaszcza.
W tej chwili jest czerwiec; jakto czerwiec — ładny miesiąc; poprzedza go maj, miesiąc słowików, wzmożonej płciowości, a co zatym idzie, łatwych poetów; po czerwcu idzie lipiec, miesiąc pracowitych pszczół i leniwych letników. I tak dalej.
Czerwiec. Mikołaj kończy czwartą klasę szkoły powszechnej.
ROZDZIAŁ DRUGI
O WIOŚNIE CHŁOPIĘCEJ I ZACHOCZENKOWEJ EDUKACJI UŁATWIAJĄCEJ PRZEPRAWĘ 1 ZE SZKOŁY NIŻSZEJ DO WYŻSZEJ.
A nadszedł ten czerwiec tego roku tak jakoś sam, bez wiosny, niby to nagle, niby opieszale, niebardzo wiadomo jak - poprostu zmiejska, kalendarzowo.
Cośniecoś chodziło się z dobrą panią Karoliną ,,z tyłu miasta" na szpaciergangi - ale to przecież nie to! zupełnie nie to!
No bo jakże?
Pod marcowe roztopy - a już! - już to ten zapach ciepłych, wilgotnych, pragnących rodzić bruzd, ciągnie od pól - odurzający i przyspieszający bicie serca; - na gałęziach hojdają się kowaliki czupurne i z kowadełka gardlanego biją szybko, długo, rytmicznie: pik-pik, pik-pik, pik-pik; - na obmokłych, jakby pod grubą pierzyną śniegu zapoconych wyorzyskach, żółcą się kwiatki, jak parasolki małe: poziome kołaczyki słoneczne na grubaśnej nóżce: podbiał! - i stokrotki
i zawilce liliowe, pachnące ściołą pod pniami - i później nieco: dwubarw-ne miodunki i żółte pierwiosnki, przylaszczki oczywiście; - a niebo całe ruchome mknącymi nawyrypy chmurami - no cóż! - wiosna! - porębiań-ska, chłopięca, mała wiosna przyroda, jak mityczna szata chrystusowa, rośnie wraz z człowiekiem.
A tu, a teraz, a w tym pierwszym roku wołkowickiej biedy-?-że to gdzieś ponoć bzy kwitną - za płotem - a przed płotem zapylony popielny raczej niż trawiasty rów - a pobok rowu twarda droga, że ją jeno stopy odparzone pamiętają - i oczy: znużeniem, i serce: tęsknotą zawsze nad wiek starszą -?-
Chodziło się było Mikołajowi przed ważnym końcowoczerwcowym dniem do pana Zająca (też Zając! - ale gdzie mu tam do tamtego! -Nająć to jest Nająć, Jaś Nająć! - ale Zając!) - do pana Zająca młodszego - niby syna starego Zająca, który był ni mniej ni więcej -dyrektorem - nie jakiejśtam szkoły powszechnej, lecz zasadniczo i autentycznie - normałki.
Tenże młody Zając udzielał lekcyj, przygotowywał do egzaminu wstępnego do gimnazjum! - Chodzili wszyscy - chodził i Mikołaj. Dyktat, graitiatyka, rachunki, niemiecki - i tak nudnie dokoła - cóż robić! trzeba!
Mieszkał ten pan Zając (ten nieważny Zając) za Choczenką -rzeczułką małej bystrości i nikłej sławy i o nią wcale nie dbającą - kto tak leniwie i bajornie płynie, kto w siebie lać pozwala pomyje i nieczystości wszelkie, ten rezygnuje z wielkości na rzecz użyteczności - tak i ta Choczenką; - za nią to więc - most przejść trzeba było i figurę św. Jana Nepomucena, który ze smutkiem przypatrywał się swemu brudnemu odbiciu w tej parodii głębokiej Wełtawy - stał sobie domek parterowy, taki właśnie wołkowicki domek, a w tym domku: - „odtąd dotąd", „odmieniajno-no mi: byłbym był poszedł", „pomnóżno 35/srazy 1679"; - czy w porządnym domu wyprawia się takie głupstwa? - był to dom pedagogiczny; a to jest różnica.
Bardzo dobra, lecz zacofanie w szkolarstwo niezaznane wierząca pani Szturm - codziennie pytała:
- no - jak sem to tam, nichtwar, je -?-
- dobrze -
- hlawa fol wisenszaftu -?-
- no dy ta - przekornił beskidzko -
- musisz fortwerend sztudierować - by na ludzi wyjść - to je to -
- chodźmy, ciociu, na spacer -
I znów szli ,,z tyłu miasta". Wysoka, chuda pani Karolina w ciemnej, długiej po kostki sukni - a rękawy bufiaste, a na szyi cienki łańcuszek „wenecki", a na łańcuszku uwiązany złoty zegarek; tykał cichutko. Obok niej dreptał bledziarz płowy w jakimś czymśtam; nie trzyma się krój i kolor ubranka chłopięcej pamięci -
- czemu nigdy nie idziemy w stronę Poręby -?-
- boby ci zu sehr serdeńko ciągnęło hde domow twój - zum familienkreis -
- no to co -?-
- na ferie - tylko na ferie; to je to -
Wakacje! Za pasem! za małym, skórzanym paskiem. Trzy tygodnie jeszcze i egzamin! - ile to razem? - niech sobie to pan Zając obliczy — a potem konie zajadą, zatętnią, zaklaszczą o rynkowe kocie łby -zatarkocze hałaśliwa taradajka - i znów owo całym szczęściem dziesięciu pierwszych lat rozśpiewane:
- no,no-siadomy i takie-wio maluśkie, beskurcyjo i takie-wio-
Trybem zegarowym takto sobie szło pomiernie i miarowo - od
szkoły do Zająca - od Zająca do cioci Szturm - od cioci Szturm do ,,drohuberii" - i ,,z tyłu miasta" - aż -
Aż dnia któregoś orzeczono namaszczenie: jutro już do szkoły nie przyjdziecie; jutro zapisy do egzaminu wstępnego, który to egzamin wstępny, zważywszy państwowość szkoły i okoliczności te... itd.
Stało się!
ROZDZIAŁ TRZECI
O SŁONECZNYM RANKU CZER WCOWYM, ZA PIĘĆ ÓSMA. NAPRZECIW WIELU STOI JEDEN: STARY
TERCJAN OREMUS.
Słonecznym i wietrznym rankiem czerwcowym chodził Mikołaj z panią Zofią wzdłuż okratowania ogrodu gimnazjalnego, odgraniczającego dwupiętrowy, rozłożysty gmach szkolny od owoczesnej ulicy Wiedeńskiej.
Godzina wczesna. Kratowa brama jeszcze zamknięta. Otworzą ją punktualnie pięć minut przed ósmą. *
- ukłonisz się Mik pięknie, a ja już powiem co potrzeba - i bądź przytomny! - nie bój się nic - umiesz przecie wszystko -?-
- umiem — rzekł sucho i oblizał wargi; — nie umiał poprostu nic; w tej chwili zwłaszcza.
- popołudniu pojedziesz do Poręby — ale musisz pierwej zdać —
- zdam — (— muszę dziś do Poręby pojechać!! —) — przytaknął głową, a korek zapasowy, uwiązany u szyjki kałamarza, przytaknął również skwapliwie.
Przeszła pani Zofia tym swoim powolnym krokiem - znacznie odchylając (piętami) stopy - na drugą stronę ulicy ku skwerkowi
sądowemu - na zegar-spojrzeć--w przymrużonych oczach wśród
zbiegających się na skronie gęstych zmarszczek zjawiła się wysoka tarcza zegara: za pięć ósma — już otworzą -
Tak się też stało.
Pośród róż i ligustrów, w pyle drogi płynącej na prawo ku rynkowi, a na lewo w świat daleki - w szybkim rytmie małego muskułu sercowego zadźwiękły nagle metaliczne klucze; najprzód rozwarła się poważnie brama wejściowa, ukoronowana blaszanym orłem dwugłowym; pod nim to - na tle czarnej otchłani sieni sterczała znamienita Wołkowie i okolicy postać starego tercjana Oremusa. Podzwania sobie odniechcenia olbrzymim pękiem kluczy i spod ciemnych, gęstych brwi spoziera pańsko na tę kilkumetrową przestrzeń, dzielącą bramę wchodową od żelaznej furty ogrodowej. Za nią zebrała się o tej strasznej na całym świecie godzinie spora gromada uczniów, jak brzęczący rój pszczół, do którego zewsząd napływały zastępy maruderów wszelijakiej postawy i wzrostu - w mundurkach wszyscy! oczywiście! - pod szyją na stojącym kołnierzu paski od jednego do czterech - srebrne lub złote: srebrne od pierwszej klasy do czwartej, złote od piątej do ósmej.
Kochano się wtedy w mundurach, bardzo kochano! - więc i dzieci i młodzież w nie strojono. Mundur był wyrazem miłości monarchy do poddanych - był też wyraźną łaską, boga, który, jak wiemy, miał specjalną słabość dla Austrowęgier.
Taki też tam, łaski liźnięciem bierzmowany, zastęp ludzików od lat jedenastu do dziewiętnastu stał przed furtą ogrodową w oczekiwaniu, przewidzianych, zawsze jednako niepokojących zdarzeń:
Naprzeciw wielu stał jeden.
Stał tercjan Qremus.
* Patrzał zwysoka i spokojnie na gwarną gromadę uczniaków, pośród nich wyodrębniała się pani Zofia z Mikołajkiem.
Majestatyczność ważna i czar bezsensu (tercjan Oremus był w mundurze), rozrosłe pod opieką dwugłowego orła - wyrażały myśl samą w sobie może nieważną, lecz ze stanowiska subordynacyjnego ładu potworną: - gdybym chciał, mógłbym was wszystkich do kupy razem nie wpuścić; ot co! -
Posmutniał czarny orzeł i przypomniał łagodnie: viribus unitis, kochany tercjanie, cesarsko-królewski urzędniku dziesiątej rangi, viri-bus unitis!
Więc ruszył z lewej pan Oremus, wojskowym ruszył krokiem i przeszedł powoli po dźwięczących taflach kamiennych ku żelaznej furcie.
Zabrzęczały klucze, zazgrzytał zamek.
Przez rozwartą kratę wtargnęła fala młodzieży, rozdzielona u samej nasady w dwa nurty -: wpośrodku stał, w głębi swego poczucia odbierający defiladę, tercjan Oremus - po obu jego bokach płynęły - samym faktem jego wytrwałego trwania na lewicę i prawicę podzielone -granatowe mundury.
Stał tedy jak bóg, rozdzielający wody oceaniczne; jak bóg też -przemawiał zwięźle i tylko mówił to, co najkonieczniejsze:
- powoli - powoli - co się tak śpieszysz do tej dwói — i tak ją oberwiesz — bez wrzasku, bez prasku -
Mikołaj pochwycił w nagłym strwożeniu rękę pani Zofii - i tak, trzymając się jej, wkroczył przez próg bramy na płasko podudniające flisy.
Gdy mijali samotną postać - zdjął przed nią Mikołaj kapelusik; zauważył to i bystro nań spojrzał pan Oremus; spojrzał - i wskazał dużym, grubym palcem w pośrodek małego ciałka: - to zapasowy korek hojdał się niebaczny na wszystko, jeno uparcie prawu fizycznemu posłuszny — uśmiech bezgranicznego politowania nastrzępił lewy wąs samotnego męża — zaczerwienił się Mikołaj — gdy uszli kilka kroków, zaszeotał chłopiec matce pod pachę:
- czy to pan dyrektor -?-
- kto?-
- ten, co otwierał bramę -
- ach, nie! — po chwileczce dodała ciszej chociaż...
Mikołaj skłonny od świtu tego dnia nieznośnego do szybkich
przelotów wzruszeń i assocjacyj - zawstydził się; przypomniał sobie ów sprzed paru lat karawan -
Zrobiło mu się bardzo smutno.
ROZDZIAŁ CZWARTY
W KTÓRYM POZNAJEMY KAWALERA ORDERU ŚW. SALWATORA ORAZ DOWIADUJEMY SIĘ O ŻAŁOSNEJ HISTORII NITKI WYMOTANEJ Z KAPELUSZA; WIEDZA HISTORYCZNA ŚWIĘCI SOBIE WŁAŚCIWY TRYUMF.
Gabinet dyrektora znajdował się na pierwszym piętrze naprzeciw wylotu klatki schodowej pomiędzy „gabinetem naturalnym'' a salą konferencyjną. Na pierwszym piętrze klas nie było.
Dyrektorem cesarsko-królewskiego gimnazjum w Wołkowicach naonczas był dr Baltazar Merc, wybitny złotokołnierzowiec pirogowy, urzędowy itd. Kawaler orderu św. Salwatora.
Zacny i dobry człowiek; niepozbawiony, jak się to okaże, szerszych widnokręgów myślenia - zwłaszcza zaś pełen idei narodowej, polegającej na przeświadczeniu, że najświetniejsza dynastia Jagiellonów znalazła swą historyczną kontynuację w dynastii Habsburgów. Taki miał polityczny punkt wyjścia - i to było motorem jego wieloletniej pracy pedagogicznej - dodajmy: gorliwej i owocnej pracy.
Na korytarzu przed kancelarią dyrektorską było pusto i chłodno.
Tupoty i gwary osiedliły się na parterze i na piętrze drugim. Młodzież zapadła w klasy, jak kawki w las - razporaz zrywały się rajwachy, hałasy i pokrzyki - łomotały w ściany drzwi i okna - aż wreszcie scichły i umilkły; rozpoczęły się lekcje.
Wtedyto pani Zofia zapukała do drzwi dyrektorskich ; stuk opadł po śliskich taflach polerowanych na podłogę i podskoczył do sufitu.
- proszę - odezwał się głos nosowy.
Weszli: pani Zofia i Mikołaj.
Za dużym biurkiem stał pan dyrektor Merc. Małego był wzrostu, przygarbiony; obrzymie, sarmackie wąsy zakrywały docna usta; na potężnym, garbatym nosie wspierały się wygodnie okulary: grube, mięsiste szkło w złotej oprawie; poza nimi dalekie, małe, zagubione w zmarszczonej, oczerwienionej powiece oczka.
- witam panią (głos, jak się rzekło, nosowy i szumiący nieco przez tę obwisłą zasłonę wąsisków) - cieszę się, oczywiście; - a to nasz pupilek - ? - zdawać? - trzeba zdawać; oczywiście; jakże ci na imię - ha? -
- Mikołaj -
- to bardzo pięknie, oczywiście; no, a umisz? umisz? - no to ślicznie - jutro - proszę panią - egzamin -
- czy nie możnaby dzisiaj, panie dyrektorze? - bo...
- dzisiaj? - oczywiście niema rozporządzenia w materii egzaminów wstępnych - lecz, owszem, wzgląd na tendencje ludności, - mam kilka przedterminowych petycyj, oczywiście, zrobimy -
Zadzwonił.
Po chwili wszedł Oremus, pełen widocznej, niechętnej powagi.
- poproście-no do sali konferencyjnej, oczywiście, panów profesorów Tyrałę, Lizaka i Woźniakowskiego -
- już są — a co, pytamy dzisiaj -?-
- tak -
- porządki! - i ten też? - mikrus no jak pytamy to pytamy; uchwalone -
Przysłuchiwał się tej familijnej rozmowie najjaśniejszy monarcha, Franciszek dobrotliwy, łysy, z pięknie wygoloną brodą, lśniącą pomiędzy bokobrodami; okalały go uroczyście szerokie, złote ramy.
Spojrzał nań pan dyrektor i westchnął melancholijnie.
Oremus odszedł zameldować służbowo; po chwili rozstali się uprzejmie dyrektor i pani Zofia. Moment był nieco dramatyczny; Mikołaj zaaferowany zdarzeniami aktualnymi i przewidywanymi na najbliższą przyszłość, wysupłał z podszewki kapelusika długą nitkę i tak nią pomotał palce, że w żaden żywy sposób nie mógł ich z zapętleń wyzwolić; nitka była bardzo silna, żylasta; nie dała się przerwać; broniła się; wtedy więc pan dyrektor dr Baltazar Merc, kawaler orderu św. Salwatora, w niezmiernie posuniętej uprzejmości podał Mikołajowi rękę - ten, po chwilowym rozpaczliwym szamotaniu, mógł swoją jedynie wraz z kapeluszem podsunąć - wstyd doprawdy!
Lecz dobrotliwy, jak i jego monarcha, pan dyrektor uśmiechnął się i rzekł:
- kapelusz nosi się, kawalerze, na głowie - od czegóż głowa -ha -?-
Uradowany trafnością ciętego dowcipu, rozśmiał się jawnie stłumionym, dmuchającym śmiechem.
I tak się jakoś szczęśliwie załagodziło.
Tylko krwią nabiegły palec bolał nieco.
I znów jak przed rokiem.
Prawie taksamo.
Z pewnymi („oczywiście") zmianami: inni nauczyciele; profesorzy!; bardziej ważni; i chłopców kilku.
Egzamin? powierzchnia pomiędzy pytaniami a odpowiedziami była chropowata; lecz niezanadto; wypracowania pisemne jakotako; tylko ta
kaligrafia - mówili! — jakby kura pisała! - najgorzej było z odmianą rzeczownika „węzełek"; że też to do głowy komu takie słowo wpadnie! -węzełek, węzełka, węzełkowi, o węzełku! - a liczba mnoga! - bardzo się myli!
Najważniejszy przedmiot: historia!
I to tak:
- gdzież my mieszkamy -?-
Chciało się rzec Mikołajowi: w domu, lecz przypomniał sobie ów sławny ongi dym i rzekł przytomnie:
- w Wołkowicach -
- a co to są Wołkowice -?-
- miasto -
- jakie -?-
- polskie -
- nie, dziecino, nie, galicyjskie to, widzisz, miasto, - powtórz! -
- galicyjskie -
- no tak; - a Galicja to jakiego państwa część, co? -
- Austrii -
- a kto w Austrii panuje -
- cesarz -
- a jak się nazywa -
- Franciszek Józef Pierwszy -
- dobrze; a czym jest twój tatuś -?-
- czym jest tatuś? czym jest — patrzy w okno, a potem na ściany -i ten obraz okna na ściany przenosi -
- no, czym był, powiedzmy -
- profesorem -
- nie! -
- nie! -
- ce ka profesorem, dziecino powtórz -
- ce ka profesorem -
- tak, widzisz; - a to mój kolega, razem tu uczyliśmy, a jakże, ja jeszcze uczę, tak, - a winko ma? -
- tak -
- no to powiedz ojcu, że ja przyjdę do niego do tej Poręby na winko, - powiesz -?-
- tak -
- no to już idź — zdałeś -
Ukłonił się Mikołaj i wyszedł.
Pomiędzy futryną a odepchniętymi drzwiami doleciały go czyjeś słowa:
- wcale rozgarnięty chłopiec -
Tak mówił jeden do drugiego, a drugi do trzeciego rzekł:
- chudy bardzo -
Wtedy ten trzeci już w przestrzeń wniechętnił: — też coś! —
I na tym się skończyło.
ROZDZIAŁ PIĄTY
O UCAŁOWANIU W USTA, TOBOŁACH, GAMIE ZAGŁUSZONEJ KOPYTAMI KOŃSKIMI I WYCHYLONEJ Z OKNA POSTACI.
Pędem pognał Mikołaj do domu - do cioci Karolci; minutka! - mieszkał parędziesiąt kroków od gimnazjum.
Wpadł zdyszany z okrzykiem:
- jedziemy do Poręby! -
U cioci Karolci była pani Zofia; obie panie piły herbatę; pani Szturm, swoim zwyczajem, ze spodka niebieskiego, siorpała głośno dymiący war - przymykała przytym oczy, a usta wydłużała w sfałdowany ryjek.
- no i co -?- wstała pani Zofia i oparła się łokciami o parapet okna -
- dobrze! -
- umiałeś -?-
- umiałem -
Przyśmiały się do siebie panie ciepło, a ciocia Karolcia zdefiniowała uciechę:
- prosto rostomiły hercpinkel -
- no to idę na lekcje, i tak opóźnię, lecz chciałam wiedzieć -
- niech Zofi idzie mużicieren, ja już zajmę wszecko, w południe przyjedzie z Poręby konie, nichtwar —?—
- no, serwus Mik - podała mu dłoń pani Zofia - a tak to po swojemu zrobiła, że niesposób było tę wąską, chudą a mocną dłoń pocałować -
Już była przy drzwiach; ręka naciska klamkę; już zda się wyjdzie -zdejmuje z klamki dłoń - dotyka palcami czoła, jakgdyby gamę na nim
wygrać chciała--zawróciła--podeszła do chłopca - pochyliła się
i ucałowała go w usta -
- tatusiowi powiedz, że przyjadę w niedzielę - dziś środa - więc za cztery dni - i ucałuj tatusia — tak — powiedziała to wprost w oczy - poczuł ciepły oddech na powiekach — chciał zarzucić ręce na jej szyję — lecz już jej nie było w pokoju — tylko ciocia Karolcia podjęła temat - a słowa jej pachniały naftaliną, bo gospodarowała właśnie w szeroko otwartej szafie
- oba zwei oddamy tatu nasz koszamster papendekel -
Postanowił stanowczo tego nie zrobić - zresztą nie rozumiał tych
dziwacznych słów.
A gdy za dwie godziny kupa sroga „pinkliczków" i sakwojażów piętrzyła się groźnie i wyzywająco wpośrodku pustego pokoju, zatętniła ulica radośnie wzdłuż i wszerz od bruku po kalenice tą porębiańską radością.
- no i takie - jedziemy - śkaradnie tez ta tu było śkaradnie -ześ tys wytrzymoł tela casu - rajuści - no i takie -
- cóz ta! - wytrzymołek! - zabeskidził hardo Jasiowi - cyk to nie chłop -?- babak jes? -
- jobyk nie wytrzymoł ani, ani - i takie — podbiegły mu policzki pod oczy - namarszczyły gęsto skronie - a oczka to już miał ten Zając jak szpareczki wąziutkie — i takie —
Mikołaj usiadł na koźle; za nic nie byłby tego miejsca opuścił; za nic; zresztą obok cioci Karolci stożyła się góra bagażów; ani szpilki włożyć, nie to siąść!
- a jegomoś to juz o cworty rano golił, o cworty - Mikołaj prędziutko krzyknął: - no i takie! -
Spojrzał Jaś Zając zdumiony, a Mikołaj przymknął lewe oko — wraz się rozśmiali - aż się tym śmiechem w bok szturknęli wtajemniczenie, zakonspirowanie -
- no co je? - teremtete - wgniewała się pani Szturm -
Odwrócił się chłopiec ku niej, zagubionej powyżej głowy w tobołach, koszykach, zawiniątkach, paczkach, tulejkach papierowych i tłumaczył potulnie
- no i takie, ciociu, no i takie -
Ruszyli wreszcie.
Aż coś tam w dołku zagruchało Mikołajowi, gdy dobiegły po tym szlaku uśmiechów wspólnych słowa cmoknięte
- wio maluśkie, wio -
Trap, trap, trap - no i takie, trap, trap, trap - no i takie -Wyjechali szczęśliwie z tej Wiedeńskiej ulicy.
Na rynku z otwartego okna jednej z kamienic wysypywały się na bruk nieregularne dźwięki fortepianowej gamy - od c do c, od c do c -tam i spowrotem - uparcie - padały pod kopyta końskie, więc ich Mikołaj nie usłyszał - nie usłyszał nawet wtedy, gdy ustały, przysłonięte wychyloną postacią pani o krótkich, srebrnych włosach -
Minęli rynek - wjechali w ulicę Tatrzańską.
*
Miało to być ostatnie lato - ostatnie wspólne lato: pana Michała i Mikołaja -
Wiemy o tym; Mikołaj nie wiedział; za jedenaście miesięcy pan Michał...
KSIĘGA PIERWSZA KRWAWA PRĘGA
ROZDZIAŁ PIERWSZY
0 ZAMĘCIE PIERWSZYCH DNI ROKU SZKOLNEGO, ŻAŁOŚCI I Ll-KU ORAZ O NAGŁEJ GALÓWCE
Z KOMENTARZAMI PANI WILHELMINY.
Jeszcze dośniwa się w nozdrzach zapach jabłeczny niebieskiego pokoju — ani latem, ani wietrzeniem usunąć się nie da - jeszcze myśli łakome
1 czujne, jak psy legawe, chłoną wszelkie dobro doraźne, a zło na dobro przemienione za dobro właśnie biorą - i jeno ten żal późniejszy, znacznie późniejszy, że nie wszystkie godziny dni beztroskliwych i nocy zabezpieczonych święcone były ojcu, który już nigdy lipca ani sierpnia zaznać nie miał - że nazbyt wszystko było wolnością tylko, radością, oszołomieniem, szumem zielonym i nagłą w błękit zapadającą się ciszą, w której działy się rzeczy niemyślane -
A oto już poczyna się rok szkolny: Wołkowice, zaduch, zmęczenie od rana do rana, lęk, spocone dłonie, bicie serca, szybki, nierówny oddech - i - wszystko złe, obmierzłe, straszne jednym słowem -
Ciocia Karolcia została w Porębie Murowanej.
Mikołaj zamieszkał w skośnym domku przy ulicy Długiej u wujostwa Wacławów.
Trzeci dzień września podpełznął żałością i opuszczeniem, strachem i szorstką twardością kołnierza i czapki, po której czerwona smuga na czole napuchła dotkliwie - krzykiem wreszcie, tupotem, hałasem, harmiderem, popychaniem i - wciąż - lękiem przed tym wszystkim -
Pierwszego dnia przed nabożeństwem zebrali się uczniowie w klasach c. k. gimnazjum; - w klasie pierwszej - niepodzielonej jeszcze na A i B - gwałt i ścisk przeraźliwy - stu albo i więcej - kilku zaledwie znanych: Jaś Woltin, drugi Jaś Stukło, Karol Marecki, Józef Roman -niewielu; wszystko zresztą dalekie i obce i ci znani też.
W okrzykach, szturchaniach, nastawaniach zaperzonych, klęciach, mamrotach i naszeptach przeważa gwara; to jedno swojskie! Wpada profesor zły, gniewny, od krzyku zachrypły - co to jest - stajnia? - chlew czy co? - wrzask jak na jarmarku, już on im pokaże, aż im w pięty pójdzie, chamy, bydło —: ustawiać się w pary!! a już!! - Mikołaj z Jasiem Woltinem prowadzą (najmniejsi!) całe gimnazjum. Sunie długi wąż granatowy, w cętki w kształcie litery G i w paski srebrne i złote. Im bliżej ogona tym grubszy i wyższy. Co młodsi profesorowie obskakują swe klasy, jak psy owczarskie: porządek! równo! nie pchać się! odstęp! - Sam pan dyrektor w asyście tercjana Oremusa odbiera defiladę; obu ich to nudzi, lecz urzędować trzeba.
Naprzeciwko u wylotu ulicy Wiedeńskiej stał ksiądz katecheta dr Zygmunt Brzezina Brzana; i on odbierał defiladę - lecz jakże inaczej; bez owej obojętności, która jest wyrazem równowagi wewnętrznej; władza u niego wypowiadała się czynem, identyfikował te dwie sprawy; nie pojmował niebezpieczeństwa, jakie się w tym kryło; był naturą namiętną.
Teraz oto copochwila wskazywał na któregoś z kroczących dwójkami uczniów i pytał groźnie
- książeczkę masz -?- koronkę masz -?-
W ten sposób wychwytywał tych, którzy z opieszałością odnosili się do zagadnień boskich. - Doświadczeńsi wiedzieli już o tych zwyczajach księdza katechety - mieli przeto przygotowaną odpowiedź w formie -niezwykle szybko pokazywanych kilku nawiązanych ziarnek różańca lub kilku kartek książeczki do nabożeństwa; - wszakże nie każdego stać na kupienie tak cennych i pożytecznych dewocjonalij, również i pamięć ludzka jest zawodna; - wrodzona młodzieży dobroć nakazywała jednak nie martwić duszpasterza; pilnie też i skwapliwie rozdzierano przed defiladą książeczki i koronki na kilkanaście części i obdzielano się wzajemnie. To rozdrabnianie dóbr skomasowanych w jednym ręku na drobniejsze posiadłości dawało jaknajlepsze rezultaty - jedynie modlitwy cierpiały na tym - często były bez początku lub bez końca, a nawet bez środka; wszystko nie może być dobrze.
Nabożeństwo w szurgocie nóg i pociąganiach nosem. Po ite missa modlitwa za cesarsko-królewski apostolski dom. Organista intonuje: „boże wspieraj, boże ochroń" - kilka głosów podpiera wysiłki ochrypłego zawodzenia; ostatecznie nikt nie umie ani słów, ani melodii; organista śpiewa sam.
I znów klatka skośnego domu; obijanie boków po kątach: jadalnia, sypialnia, salon, kuchnia (tu jeszcze najmilej), ganek, drewutnia, ogród (cóż za ogród! - dwie alejki wzdłuż, jedna wszerz!) -
Dzień opuszczony i nijaki; noc bezkształtna; sen zimny i męczący; dopiero nad ranem ożywia się i bujnieje - lecz wtedy właśnie:
- no, wstawaj, kotusiu -
I odtąd już tak ciągle; raz będzie: kotusiu, raz: ty szelmo - zależy od humoru, przypadłości i akcji dnia domowego; ostatecznie - co ją tam ten chłopak, którego zresztą po swojemu kochała - obchodzi - i tak tyle o sobie myśleć musi pani Wilhelmina -
No i szkoła! - książki; rozdział gromady basałyków na A i B; potem rozsadzanie w ławkach.
Mikołaj siedzi w pierwszej ławce, skraja, nalewo, odokna.
Rozgardiasz i nieład w pierwszych dniach niesamowity; bałagan poprostu; nikt nic nie wie, a ci, co wiedzą, wiedzą źle; zwiększają tylko zamęt. A wszyscy zirytowani, źli, szybcy, nieumiarkowani, gwałtowni: profesorowie i uczniowie.
Po pierwszym tygodniu ustala się zgrubsza co i jak: kto czego uczy, jakie zeszyty i ile, podział godzin, który jeszcze sto razy ulegnie zmianie.
Nuda! I jedna tylko - a zaraz napoczątku, bo dziewiątego września - nagła i niespodziewana przerwa w tym nieporządnym porządku: okrutna galówka na czarno, msza żałobna, wojsko na rynku, zalew uniformów: zamordowanie cesarzowej Elżbiety.
Wolne!
Ciocia Wilhelmina mówiła, że to niesłychana rzecz, żeby pilnikiem dźgać taką piękną kobietę; że w tym coś musi być, tylko gazetom nie wolno pisać -
Pan Wacław chodził dokoła stołu; w kamizelce; ręce w spodniach; codopiero wypomadował wąsy i założył „sznurbartbindę", żeby niby fason trzymały, wyglądał pociesznie z wciśniętą wargą górną, a dolną wysuniętą - niechętnie też podjął dyskusję:
- byle co i sztafiruj się, a pomady coraz gorsze -
- jakto byle co? - ja ci mówię, że to się dopiero zaczęło, teraz wszyscy musimy uważać na siebie -
ROZDZIAŁ DRUGI
W KTÓR YM ZAPOZNAJEMY SIĘ Z GOSPODARZEM KLASY MIKOŁAJOWEJ IZ JEGO DOSKONAŁYMI SPOSOBAMI PEDAGOGICZNYMI. KILKA SLOW O POWSTANIU PIEŚNI GMINNEJ IO JASNOWIDZENIU
WUJA WACŁAWA.
Gospodarzem klasy pierwszej B i profesorem od łaciny został profesor Ptaszycki; miły i sympatyczny blondyn o bardzo jasnym, słomianym wąsie, białych brwiach i takichże baczkach, oczach koloru mętnej wody - trochę, lecz wystarczająco, wybałuszonych.
Rozpoczął rok szkolny i włodarzowanie swe bardzo zwyczajnie w sposób niewątpliwie - wedle ówczesnych zapatrywań i mody - nader pedagogiczny
- jestem waszym gospodarzem klasy, mnie i was spotkało to nieszczęście; ale ja sobie dam rady, nie takim dawałem rady; za brojenie karcer, za lenistwo karcer i rżniętka, - a wogóie powyrzucam wszystkich za drzwi - hołoto!
Rozpoczęła się więc ustawiczna mordęga i ciągła niepewność -pomimo pewników ukrytych w zdaniach, których beznadzieja straszy przez długie lata -
- terra est rotunda -
- luscinia noctu cantat -
- via est curva -
- habent sua fata libelli -
Zwyczaje profesora Ptaszyckiego były zdecydowane.
Spoza katedry wyszukiwał sobie oczami kandydata - powoli, nachłodno - trwało to długo - wreszcie (a słychać poprostu było jak serca w piersiątkach chłopieńskich waliły ze strachu!) ustalił wzrok na którymś z uczniów i wtedy nagle jakby szpicrutą śmignął „wyrywał" -gdy domniemany delikwent już zbladł, struchlał i ze strachu resztki myśli tracił - kogoś zupełnie innego - o pięć ławek bliżej lub dalej - wtedy z uśmiechem przymilnym i pełnym wdzięku zadawał pytanie:
- odmieniaj, chłopczyku, hortus meus -
Podczas zadawania pytań zagłębiał powoli lewą rękę w kieszeń marynarki i wydobywał z niej gruby pęk błyszczących kluczy (po tygodniu najtępsi znali ten ważny ruch pedagogicznej ręki) podrzucał nimi - jak dzieci piłką - kilka razy z lewej dłoni na prawą, aż je na tej prawej statecznie ustalił - teraz podniósłszy rękę wgórę, bacznie wymierzał odległość między sobą a uczniem - bacznie i powoli--wogóie
dyskretne i jakby zaleniwione były ruchy gospodarza i opiekuna klasy -był to człowiek zrównoważony i nigdy gwałtownością nie wybuchający-- tak więc w podniesionej ręce trzymał pęk kluczy i - czekał, cierpliwie czekał-i-prawie zawsze się doczekał-: przy pierwszej pomyłce ucznia kiwał przytakująco głową, prawie z zadowoleniem; przy drugiej podnosił wgórę brwi - dziwił się, bardzo się dziwił — przy trzeciej zwinnym ruchem, prawie tylko przegubem ręki wyrzucał pęk kluczy prosto w twarz ucznia - i - rzadko chybiał - rzadko też komu udało się uchylić przed dobrze wymierzonym ciosem; nie mieli chłopcy wprawy; i nigdy jej nie nabyli; niezgrabiasze! - Nawet im to zacny profesor wypominał -siebie stawiając za wzór; działo się to wtedy, gdy pokrwawiony (trzeba przyznać, że pan profesor Ptaszycki był wcale, wcale silny - prawie zawsze krew trysnęła z oblicza chłopca; - zapewne! i klucze dopomagały, było ich dużo, niektóre z nich były ostre i kanciaste - więc nie wszystko było zasługą profesorską; zaznacza się, że nie idzie tu oczywiście o obrażenie umiejętności człowieka, lecz o danie świadectwa prawdzie) -, gdy więc pokrwawiony uczeń zaczął płakać - tłumaczył mu zacny profesor:
- ślamazaro, mazgaju, niezgrabo - cóż to ja starszy od ciebie mam być zgrabniejszy - ? - czemuż się nie usuniesz prędko? - z poczucia koleżeństwa - ? - żebym nie pacnął w kolegę za tobą siedzącego - ? -możliwe —
Czasem istotnie zdarzyło się, że jakimś cudem udało się głowie delikwenta umknąć w porę - wtedy klucze trafiały w kogo innego -: gdy ten nieprzygotowany i należycie nieskupiony wrzasnął i krwią się zalał -uspokajał go serdecznie pan Ptaszycki, troskliwie perswadował: -
- nie rób sobie nic z tego, policzę ci to przy następnym razie -
I trzeba sprawiedliwie przyznać--pamiętał o tym - a nawet
chętnie zaraz tej godziny, lub, jeśli krwawienie było zbyt silne - na następnej pytał nieboraka, a gdy ten zrył (ryli zresztą wszyscy) powiadał:
- no widzisz, już odrobiłeś swoje -; - i pytał następnego.
Nawiasowo dodać należy, że klucze obowiązany był odnosić ,,do
katedry" sekwens uderzonego na hasło pana profesora: aport! -
Tak tedy po godzinach łaciny kilka, a nawet kilkanaście głów i buź dziecięcych było srodze zapuchniętych i zapaćkanych krwią, łzami, smarkami i śliną.
Było to bardzo śmieszne -
Było też widocznym dowodem, że wiedza wraz z władzą - więc elementy nadprzyrodzone - przeszły po ławie krótko ostrzyżonych łbów chłopięcych.
Na pauzie odbywało się personalne i gremialne mycie gąb pod studnią na podwórzu, dokąd obowiązkowo wypędzano wszystkie klasy spowodu: higiena!
Operacji mycia przyglądały się inne klasy z dużą ciekawością, a zwłaszcza te,w których Ptaszycki nie uczył. Mogło się przecież zdarzyć, że na zastępstwo przyjdzie albo wogóle - lepiej wiedzieć jak i co. Zresztą, jak się rzekło, śmieszne to było też. Im kto więcej był zmasakrowany i zabeczany, tym więcej było igrów i uciechy. Wielu z profesorów, dbając o zdrowie swe i uczniów - a śmiech to zdrowie — własnym śmiechem pobudzali młodzież do śmiechu. Heca, mówili, kuriozny człowiek ten Ptaszycki - co za bestia komiczna - i w oczy mu to mówili - ,,byczo jest - a iluż dzisiaj? —" mówili zaś tak, wiadomym bowiem ogólnie było, że stryj Ptaszyckiego jest dyrektorem departamentu w ministerstwie oświaty; w Wiedniu! Hofrat!
W dzień, w którym szczęście sprzyjało gospodarzowi klasy pierwszej B (oddział Mikołajowy właśnie był B, jak już wiemy), nawet „długiej pauzy" nie starczyło na obmycie się wszystkich ,,kluczniaków" tak ich pociesznie zwano - śpieszono się też i uwijano setnie; któryś z pierwszaków pompował, a z zimnej strugi nachwytywało chciwie wiele czerwonych rąk w muszlę dłoni wodę: chłodzili chłopcy spuchliznę, rozpalone zmywali twarze; pobok studni bajorzyła się czerwona kałuża. Obcierało się bractwo zwyczajnie - chusteczką; kto jej nie posiadał, wyciągał dolną część koszuliny z porteczek; też dobrze.
Wyższe klasy otaczały zwartym kręgiem koszerników i z iście indiańską wrzawą - niby przed palem męczarni - zawodzili przytupujący taniec, wrzeszcząc rytmicznie tomahawk skalp - wigwam shaw, poczym zaprzestając pląsów, klaskali w dłonie i intonowali pieśń gminną nagle z poruszenia myśli i uczuć samorzutnie wyrosłą:
fik - mik - szyk profesor Ptaszyk -
pierwszaka los,
gdyś, bracie, zrył -byś ze krwi nos
pod studnią mył -pik - fik - mik -łaciński klucznik —
Ciężkie to były czasy dla pierwszaków i na nic im się nie przydawał pewnik, że w przeciwieństwach duch się hartuje.
Mikołaj - jakoże z ojcem nieco już łaciny „przerobił" za owych porębiańskich wczesnych lat - wyznawał się w arkanach dekli - i koniu -gacji wcale niezgorzej. Niezbyt to oczywiście było w smak panu profesorowi Ptaszyckiemu - po pierwsze zalatywało to krnąbrnością i arogancją, po drugie uczeń nie jest od tego, aby umiał, lecz aby zasługiwał na karę. - Ile też razy wyrwany najbardziej niespodziewanie, nagle, chytrze i podstępnie - wydukał z siebie, strachem od czuba po pięty przejęty, bez błędu co potrzeba - opuszczał pan Ptaszycki wzniesioną rękę ze zniechęceniem i obrażonym, prawie zbolałym głosem żalił się:
- ty się jeszcze dowojujesz, zobaczysz, ty się dowojujesz — !—
Właściwie to nawet nieprzyjemnie i wprost niekoleżeńsko było umieć lekcję - bo cios wymierzony w następnego ucznia, po takiej nieszczęsnej trafnej odpowiedzi był zawsze silniejszy, jakby zdublowany zaoszczędzoną energią. No, ale co robić, gdy się akurat umie odmieniać np. hortus?, - co robić -?- Właściwie to już jest wina profesora; poco o to pyta, co się umie; powinien wyczuć.
Profesor Ptaszycki, cesarsko-królewski pan profesor Ptaszycki wyczuwał też niezgorzej; jeśli się mylił, to tylko dlatego, że mimo wszystko był człowiekiem. Z dość też ścisłą, dającą się nawet matematycznie obliczyć pedantycznością, puszczał Mikołajowi krew z nosa. Z wielką wtedy ulgą wszeptywał w blond wąsiki: nareszcie!
Spoczątku - jak wszyscy nowicjusze - zanosił się chłopiec z przyczyny zetknięcia się kluczów z twarzą płaczem; uderzenie (nie powiedzieliśmy jeszcze tego) bolało bardzo. Lecz już po kilku razach wziął na ambit - siadał prędko - tamował krew chusteczką - i - choć mu świeczki w oczach stały - nie płakał!
Profesor miał o to słuszny żal do niego; nie pokazywał tego wprawdzie po sobie, ale ze sposobu odnoszenia się do chłopca -ironicznego i sarkastycznego - dało się to wyczuc.
Lecz Mikołaj zawziął się.
W domu pytany przez wuja Wacława lub panią Wilhelminę -dlaczego taki napuchnięty, a nawet (źle się umył) pokrwawiony - nie odpowiadał.
Pani Wilhelmina twierdziła wtedy, że to bardzo uparty chłopiec i „trudny do prowadzenia" -
Zdanie wuja Wacława było zależne od tego, czy wstąpił przed obiadem na wódkę i kiełbasę raz na widelec, czyli — mówią syntetycznie na „śniadanko" — czy też nie wstąpił; - jeśli tak, to mówił: - brawo bubi, bitka nie wstyd, a oddałeś mu? — zawsze oddej! psiajegomać, żeby ruski miesiąc popamiętał; - jeśli nie (wstąpił na śniadanko), burczał opryskliwie: - dobrze ci tak, jakeś smród i wypierdek, to się do bitki nie bierz; i tak z ciebie żołnierz nie będzie! — Takie, proszę was, abstynencja jasnowidzenie daje człowiekowi.
ROZDZIAŁ TRZECI
O PODWÓRZU CESARSKO-KRÓLEWSKIEGO GIMNAZJUM, O ODORZE KLOACZNYM POCZYM ŻAŁOSNA ACZ BOHATERSKA HISTORIA Z KACZKĄ TŁUSTĄ; OTO JAK POWSTAJĄ PRZYSŁOWIA.
Z tym podwórzem gimnazjalnym to sprawa osobna.
Znajdowało się ono po północnej stronie gmachu c. k. gimnazjum; wcale rozległe, otoczone było murem wysokim, szczerze i otwarcie więziennym. Z dwu boków gmachu wrastały weń skrzydłowe przybudo-wy, obejmujące stosownie do pięter trzykontygentowe klozety. Stądto-kanalizacji wszak nie było, no bo i poco - mocny, przenikliwy, a tak charakterystyczny smród kloaczny wraz z niezawodnie dezynfekcyjno karbolowym kontrsmrodem snuł się na miasto na falach wiatrów zachodnich, przez cały boży rok w Beskidzie wiejących; -zasnuwał ulicę Wiedeńską, rynek i ulicę Lwowską - zaglądał po drodze do domów, na podwórza, strychy i piwnice, salony, jadalnie i sypialnie. Przy koszarach, jeśli tak wolno rzec, przybierał na tuszy i kraśniał - bowiem tutaj łączył się z bratnim smrodem kasarnianym - odtąd już razem iunctim, rzeczywiście viribus unitis waliły na błonia i dalej - w zwycięskiej ofenzywie zagarniając po drodze wyziewy (chciałoby się rzec dusze!) miast i miasteczek, sączyły się nieustanną gęstą smugą na c. k. Galicję i Lodomcnę, napełniając sobą inwentarz martwy i żywy (domy, - bydło, - ludzi); pod wpływem wiekowego działania i systematycznej transakcji chemicznej zastąpiły powietrze, stały się atmosferą i (prawdopodobnie) stratosferą.
Notowane przez wszystkich ówczesnych historyków zaduchy u> właśnie: kloaka i karbol, koszary i szkoły, które były właściwie przedszkolem kasarń; freblówką.
Od owego czasu zmieniło się wiele, bardzo wiele. Szkoła jest już od kilku lat skanalizowana; koszary jeszcze coprawda nie, ale wszystko naraz nieda się zrobić.
Na tym to podwórzu - skądinąd tym uprzywilejowanym, że leżącym najbliżej w bezpośrednim sąsiedztwie kloak (gdyby umiało mówić-rzekłoby: ja pierwsze!) - gromadziła się młodzież c. k. gimnazjum na pauzach mniejszych i większych; dyrekcja, która była wiernym echem Rady Szkolnej Krajowej, dbała o zdrowie przyszłych poddanych państwa, pragnęła bardzo, aby młode płuca oddychały świeżym powietrzem.
Wprawdzie podwórze wysypane było całkowicie (nieliczne drzewa, których ani gatunku, ani wieku, ani płci rozróżnić się nie dało -dogorywały wzdłuż muru) miałkim, złośliwym żwirem - który pod ugniatem szurgotliwym tysiąc sześciuset nóg (kontyngent uczniów obracał się około liczby ośmset) przetwarzał się w żrący i gęsty pył mechanicznie atakujący nos, gardło i płuca - no, ale zawsze to nie to, co klasa, przestrzeń bądźcobądź zamknięta z czterech stron murem (okien i drzwi niema co liczyć; zamknięte przeważnie) - a już najbardziej żółciowego sceptyka, któryby szermował tego rodzaju demagogicznymi wywodami, że np. podwórze murem jest otoczone - przekonaćby musiało ostatecznie to, że podczas gdy klasy miały wysokość - po strop - trzy metry dwadzieścia centymetrów, to podwórze było przecież znacznie wyższe, bo sięgało prawdopodobnie po gwiazdy, a nawet ponad gwiazdy nieco się jeszcze wznosiło; to są fakty! - czyż wobec takiego ogromu warto mówić o marnych tumanach pyłu nasyconych odorem kloaki i dobrotliwego karbolu -?-
Zaraz w pierwszych dniach rozpoczęcia przez Mikołaja kariery kształcenia ducha i ciała przez c. k. oświatowe elementy - przydarzyło się - a na tym ^podwórzu właśnie - coś, co zwróciło uwagę wysokich i najwyższych - bo dyrektorskich wprost władz na nienajpotulniejszą klasę pierwszą B.
Otóż pośród Mikołajowych kolegów znajdowało się również-jak wiadomo - kędzierzawe, buńczuczne chłopię - na imię było mu Jaś, na nazwisko Stukło.
Równocześnie — tak się jakoś czasem dziwnie składa - pośród dobytku pani dyrektorowej Baltazarowej Mercowej, żony kawalera św. Salwatora - znajdowało się kilka kaczek, z których jedna osobliwie tłusty kuper za sobą ciągnąca, ciężka, duża, ładna kaczka - przeznaczona była na świąteczne, niedzielne pieczyste.
Te dwa fakty zdawałoby się od siebie niezależne i nic z sobą wspólnego nie mające - fakty równoczesnego zabytowania na pewnej określonej przestrzeni buńczucznego Jasia i tłustej kaczki - weszły z sobą w konflikt.
Feralnego dnia onego — za murem przeciągał się na słońcu leniwie dzień wrześniowy - zdarzyło się, a na pierwszej wielkiej pauzie się zdarzyło, że Jaś Stukło znalazł się w obliczu owych kaczek, które przycupły pod drzewami zobojętniałe na wszystko, wobec dotkliwego braku dostatecznej ilości wody, w której mogłyby bodaj zanurzyć wyschnięte błony żółtych nóg i spragnione - również żółte - dzioby. Niektóre pokładły głowy przekręcone nabakier pod skrzydłami -tym się śniły obfite bajora chlupiące cmokliwie pod cmokającym płasko dziobem.
Ujrzał je tam Jaś znieruchomiałe, przycupłe i - natychmiast pomyślał: co za cel! co za świetny cel! - myśl tę wyraził słowem: siup!
Stukło Jaś wychował się na podwórzu koszarowym wśród egzecy-rek, klęć i pieronowań, wśród żołnierzy żywych i namalowanych ultramaryną na ścianach i filarach. Rodzice jego byli właścicielami kantyny. Starego Stukłę tknął paraliż trochę z nadmiernego picia, trochę z nagłego gniewu, gdy rekruckie ścierwa nie mogły w żaden sposób pojąć gewergryfów. Był sierżantem - choroba dopadła go na służbie -otrzymał w dożywotne władanie kantynę. Pani Stukłowa, tęga, zamaszysta niewiasta, prowadziła interes i wzbudzała wielkimi piersiami zachwyt wśród, ciała kobiecego łaknących, żołnierzy.
Nad łóżkiem państwa Stukłów wisiał portret najjaśniejszego monarchy; - podczas wszystkich poczęć (a było ich dość sporo) pani Stukłowa zwracała na ten portret oczy - co nawet, jak opowiadano, było niewsmak mężowi, który - zresztą słusznie - pożądał pewnej wyraźnej współakcji w wykonywaniu pracy, zmierzającej do powiększenia ilości poddanych monarchii austriacko-węgierskiej; - przyświecał mu więc cel realny, praktyczny i niezawodnie wzniosły - przeto spełniał swą pracę z zapałem i uporem ludzi, którymi rządzą idee wyższe - niechętny też był kontemplacji, która nawiedzała i to w takiej właśnie ważnej i poważnej chwili małżonkę. Nieraz - ale może to już przywidzenie? - zdawało mu się, że w źrenicach jej, miast swego odbicia, dostrzega w malutkich, złotych ramkach malutki portrecik najjaśniejszego pana, taką miniaturkę; wtedy czuł się nieswojo i - kończył rozpoczętą robotę prędko i bylejak. - Lecz to są sprawy prywatne. Faktem jest, że najbliższa rodzina i ludzie życzliwi dopatrywali się w dzieciach małżonków Stukłów - a było tego ośm sztuk - podobieństwa do Franciszka Dobrotliwego. Używali nawet słowa „wykapany", co bywszego sierżanta doprowadzało do białej pasji, w której czarna krew chciała gó zalać. Lecz co do podobieństwa - nie mówił nic, owszem — to przeświadczenie nagradzało panu Stukle przykrości wzwyż wzmiankowane.
Otóż Jaś (również podany na Habsburgów, o ile wierzyć kumoszkom — bo przecież nikt nigdy nie widział F. J. K. dzieckiem) wychował się w atmosferze bohaterskiej wśród żołnierzy i sierżantów. Wcześnie też nabrał owej szczytnej prostoty, wyrażającej się w odwadze i chęci zabijania, jaka winna przepajać armie.
Tak tedy stanąwszy w obliczu zbudzonych nagle gwarem i guziczkami czarnych oczu prowokujących kaczek, rzekł do kolegów:
- załóżmy się, że trafię -
Stali na jakie dwadzieścia pięć kroków od kaczek. Nie czekając na ofertę, pochwycił zapalczywie spory kamień i wziąwszy zasobny rozmach prawą ręką - a lewą wyciągniętą cel sobie wskazując - rzucił tak umiejętnie, trafnie i celnie, że kaczuszka, a to ta właśnie najtłustsza -kwaknąwszy jeno przedśmiertnie ostatni raz w życiu - przewróciła się na grzbiet - poruszyła kilka razy nogami, jakby po błękicie nieba pływać chciała - i - zastygła! - Z dzioba wysączyła się wąska strużka czerwonej krwi - pociekła przez oko i niby krwawy płacz wsiąkła w żwir.
No i na tym koniec.
Koniec kaczki, lecz nie koniec hecy.
Jaś, rozpłomieniony czynem, zapłonął żądzą chwały -.
- no co - trafiłem -?-
- no, ja! - odkrzyknęła gromada —
- może nie? - dodał, szukając wątpiących w tłumie - co?
- no dyś trafił - dy przecie już nie żyje -
- jo zawdy tak - jo zawdy tak trafiom na śmierć! -
Krótka ta wymiana najistotniejszych myśli przerwana została opętańczym wrzaskiem ludzkim - to kucharka państwa dyrektorostwa zauważyła gromki czyn kaczobójcy, rozbiegane kaczki, - i tę jedną nieboszczkę.
Narobiła baba larum na całe c. k. gimnazjum! No i rezultat: kucharka do dyrektorowej, dyrektorowa do dyrektora, dyrektor na podwórze do uczniów -
- dyrdaś idzie! - dyrdaś idzie! -- poszło trwożliwym szmerem wzdłuż, wszerz, wgłąb, i wzwyż podwórza -
Zszedł tedy. Przystanął.
Zrobiła się cisza.
A on zagarnąwszy w mięsiste szkła okularów przestrzeń całą -wskazał na trupa poległej kaczki i przepuścił przez gąszcz wąsów gniewem nabrzmiałe pytanie
- a to - co -?-
Cisza.
Zorientował się, że pytanie właściwie nie miało sensu, bo dziecko przecież wie, że to, naco wskazywał, było zabitą kaczką - przeto zsunął szczęki, skupił się i już rozsądniej zapytał —:
- kto to zrobił -
- smarkacze! - mów jeden z drugim, bo was do karceru zamknę -kaczki zabijać! - niesłychana rzecz - w gmachu urzędowym - zbrodnia!
Wtedy wystąpił ze zbitej gromady jeden taki źgac - skarżypyta i oznajmił krótko, spodełba:
- to un! -
- który? -
- hańten -
Podszedł pan dyrektor do zaczerwienionego i dokonanym czynem jeszcze otumanionego i zuchwałego sztubaka
- to ty -?-
Nic!
- po raz drugi cię pytam - ty -?-
Znów nic.
Tedy jak na licytacji spadły uderzenia słów twardych na twardą głowę młodzieńca:
- po raz trzeci i ostatni - ty -?-
- ja-
- jak się nazywasz -?-
- Stukło -
Pokiwał w złowrogim milczeniu głową kawaler św. Salwatora i wyrzekł owe słowa, które odtąd stały się przysłowiem:
- gdzie strzeliło tam Stukło -
Przelała mu się gniewna żółć - krzyknął:
- marsz stąd -!-
Migiem zmiotło wszystkich z podwórza.
Odtąd ośm pełnych lat kosym okiem patrzył pan dyrektor Merc na klasę pierwszą B - choć już potem nawet była ósmą bez A i bez B. — Dopatrywał się w niej zarzewia buntu.
Temu skiełowi sakramenckiemu, skarżypycie zatraconemu posłał bohaterski Jaś karteczkę - na godzinie religii - tej treści:,,-przygotuj se byku gornek na krew i worek na kości —"
Karta ta, jako corpus delicti, załączona została do akt głównych pod S. Wychwytano ją; nie darzyło się jakoś Jasiowi; dostał dwanaście godzin karceru -
Mikołajowi żal było kaczki.
Gdy się z tym zwierzył Karolowi Mareckiemu, ten orzekł apodyktycznie, że to wszystko był teatr i że toby można wystawić tak jak było i że te trzykrotne pytania dyrdasia to był dobry efekt, a co do kaczki —:
- toś głupi - przecieby ją dyrdasiowie i tak zeżarli w niedzielę -o trzy dni kaczego, zafajdanego życia niema co śklamrzyć!
ROZDZIAŁ CZWARTY
O DOBRYM URODZENIU KSIĘDZA KATECHETY I JEGO ZBYT WCZESNYM MĘCZEŃSTWIE; POMYŁKA NAZWISK, DWA RODZAJE WÓDEK. ZASADY WIARY ORAZ KILKA FRAGMENTÓW Z KATEC HIZ MU, LEK NA SCEPTYCYZM I ZGUBNE MARZENIA.
Religii uczył katecheta ksiądz dr Zygmunt Brzezina Brzana - bardzo przystojny, wytworny, dbały o swoją powierzchowność mężczyzna, zarozumiały wielce z racji swego szlachectwa i jakiegoś ponoć —czym się zawsze puszył - hrabiostwa. Mówił o tym z wdziękiem i pyszną skromnością przy każdej sposobności - a obowiązkowo, niejako rytualnie na każdej pierwszej lekcji po wakacjach.
Usłyszał więc Mikołaj i wszyscy usłyszeli, że:
- wasz ksiądz katecheta jest hrabią; są dwie linie Brzanów - jedni są szlachtą zwyczajną, drudzy dostąpili z łaski opatrzności hrabiostwa — trzy latka miałem zaledwie, więc niewinnym dzieckiem będąc - gdy wraz ^ z śp. matką moją z domu Duwińską herbu Wielkie Drogi - władze zamknęły nas w cytadeli, gdzie tylu dobrych synów ojczyzny cierpiało srogie męki; niespokojne to były czasy, tuż przed nieszczęsnym 63-cim rokiem; - to rzecz straszna mieć trzy lata i już być więźniem! Pobożna matka moja pogrążyła się w głębokiej modlitwie i mnie kazała serduszko ku bozi i najświętszej pannie podnosić; - tak to w celi zimnej i pustej
klęczała pobożna matka i małe hrabiątko! - Na skutek łaski bożej i brata wysłanego do Petersburga car uwolnił nas wspaniałomyślnie i natychmiast - nawet gniewał się bardzo na tych, którzy nas niewinnie na męki skazali - powiadał: do czego to dojdzie, jeśli hrabiów więzić będziemy —— żandarmi kłaniali się nam, gdyśmy opuszczali cytadelę — z podniesioną głową szła w czarną, jedwabną suknię przyodziana śp. matka moja, wiodąc za rękę potomka zacnego rodu; tak, to tak! - A oto dziś - cóż! -• jestem katechetą, żołnierzem w armii bożej i mieszkam w nędznym, prowincjonalnym mieście galicyjskim i uczę chamów.
Ciążył ks. dr Brzezina Brzana ku arystokracji; lecz skąd takich wziąć w tej beskidzkiej chamskiej dziurze?
Raz jeden zabłysła katechecie gwiazdeczka - lecz rychło zgasła.
Było to tak: do którejś z wyższych klas „nastał'' jakoś w marcu czy kwietniu ponury chłopiec, wypędzony z gimnazjum tarnowskiego niewiadomo zresztą zaco - krępy, wielki, o rękach grubych, małym czole i dużych uszach; zwał się - no właśnie, pięknie się zwał: Potocki. Zgłasza się zwyczajnym trybem jako nowy uczeń także i księdzu katechecie —:
- Potocki -
- proszę - Potocki! - popatrz! - a z których? - i uśmiechając się czule do nowicjusza, snuje marzycielsko: znałem dwóch - Ignacego, pana na Nowolipiu, bardzo przyjaźniliśmy się z sobą, musiał uchodzić z kraju, bowiem nie chciał się zgodzić na uwłaszczenie chłopów - pan całą gębą! - starszy był ode mnie, ojcem mi mógł być! - kochał mnie bardzo! - drugi to Xawery przez X - właściciel klucza wykrocińskiego -magnat, hardy, dumny, pan z panów, szambelan najjaśniejszego pana -- a ty, z których jesteś, skąd się wywodzisz -
- z Limanowej -
- to musi być jakaś boczna linia -
- tak jest, proszę księdza katechety, boczna -
- ojciec twój w kraju czy - zapewne - zagranicą - arystokracja niedobrze się czuje u siebie w domu - wymaga wielkich horyzontów, które tylko i jedynie zagranica daje - więc -?-
- ojciec? - w kraju, owszem -
- gospodarzy -?-
- nie -
- a więc czym się zajmuje aktualnie -
- jest szewcem -
Wybałuszył oczy ksiądz Brzezina Brzana; krew mu nabiegła do głowy, poczerwieniał i zasyczał:
- siadaj, durniu - nikt cię o nic nie pyta - cham!
Tych chamów - małych i dużych - ksiądz hrabia bardzo nie lubił; gardził; brzydził się nimi — w domu, w szkole — wszędzie.
Alkohol natomiast lubił — byle nie w zbyt nikłych dawkach. Wódki przyrządzał sam: dwa gatunki wódek - jedną wysokoprocentową, drugą słabszą z dodatkiem soku malinowego - chamówkę. Tę pierwszą pijał sam - bo i z kimżeby - w Wołkowicach! - drugą częstował gości; niechętnie; tak tylko; z przymusu i że to trzeba czasem kogoś poczęstować! Chamów!! -
Nauczanie religii w takich wszawych okolicznościach uważał za zawód poniżający. Zbywał więc jak mógł — zadawał „stąd — dotąd", żądał ,,napamięć"; pytał z notesu; alfabetycznie.
W pierwszej klasie (A i B) „brano" wtedy katechizm ks. dr Jana Ślósarza; - nauka przystępna i łatwa - nic nie trzeba było rozumieć; wystarczyło wykuć. Słusznie. Bo i jakże może wichrowaty, chłopięcy łebek zrozumieć choćby takie zdanie: „wiara jest koniecznie do zbawienia potrzebna, gdyż bez wiary niepodobna podobać się Bogu, a kto nie wierzy, będzie potępiony" - gdy niebardzo wie, co to jest wogóle wiara, zbawienie i dlaczego bogu tak akurat zależy na tym, aby mu się człowiek podobał - i jak się to podoba bogu? no i zaraz te zastrachy o potępieniu! a sam bóg -?- ,,Bóg jest to duch nieskończenie doskonały, który sam z siebie istnieje, a wszystko dobre od niego pochodzi" - a skąd się złe bierze?, czemu bóg, jeśli taki dobry, pozwala na złe? - itd. - Bardzoby to wszystko było trudne i niepojęte, gdyby tego nie dało się wykuć „na blachę" - ostatecznie przy pomocy pamięci, pilności i dukania, uprzykrzonego powtarzania po sto razy, podpowiadania i napisów na ławkach, na okładkach książek, na rękawach wreszcie - wszyscy po kilku miesiącach recytowali sprawnie: „przez grzech pierworodny utracili pierwsi rodzice wszystkie nadprzyrodzone dary, tj. łaskę poświęcającą, prawo do nieba, raj, niecierpiętliwość i nieśmiertelność ciała; darów zaś przyrodzonych wprawdzie nie utracili, lecz rozum ich został przyćmiony, a wola stała się skłonniejszą do złego niż dobrego"; lub: „a szóstym przykazaniem zakazuje Bóg wszystkich grzechów przeciwnych cnocie czystości, nieprzyzwoitych myśli, mów, żartów i wszelkich nieskromnych uczynków", lub: „dziewiąte przykazanie Boże opiewa, nie pożądaj żony bliźniego twego, w którym Bóg zakazuje wszelkich myśli i pożądań nieczystych, które wtody tylko są grzechem, gdy na nie dobrowolnie zezwalamy \ lub wreszcie: „dobre uczynki, wykonane bez łaski poświęcającej, jednają nam łaskę nawrócenia się do Boga i doczesną nagrodę, nie mają jednak zasługi na żywot wieczny".
Wszyscy umieli to napamięć i to było ich troską jedyną: wybębnić dosłownie naglanc! Nierozsądne podsuwanie zbereźnych wyobrażeń spływa po chłopcach jak woda po psie. Nawet w ostatnich ławkach, gdzie siedzieli najwięksi i najstarsi: dryblasy, wałkonie, repetyści i notoryczni dwójar/e - nik* su; nic uśmiechał i nic naszeptywał koledze sprośności do ucha, bo poprawdzic nikt jeszcze z tych tiziewięcio i dwunastolatków nie pożądał żony bliźniego swego, natomiast każdy bez wyjątku miał śmiertelnie brudne ręce, lecz nie myśli. Zresztą panował nagminnie ten jeszcze dobry i praktyczny obyczaj, że na godzinie religii wszyscy prócz tych, którzy byli pytani (a że to szło automatyzmem alfabetycznym więc dało się na jotę obliczyć kto, kiedy, z czego) - obkuwali przedmioty na następną godzinę; praca ta chroniła przed sceptycyzmem i marzeniem, dwoma wielkimi wrogami zasad wiary.
ROZDZIAŁ PIĄTY
DOWODZI, ŻE KATECHETA SOBIE A UCZEŃ SOBIE ROZBIEŻNE ZAPATRYWANIA NA PIEKŁO I DIABLA. W ODBLASKU Pł.ONĄCEGO STOSU WARZY SIĘ PIWO.
Mikołajek od pierwszego dnia szkolnego blado i uważnie wysłuchiwał wszystkiego, co jako wiedza i oświecenie jego malutkiej duszyczki spływało światłem i olśnieniem z katedry lub z tablicy - te to bowiem przedmioty były pośrednikami wszelkich umiejętności.
Czasem prawie bez wiedzy, a zawsze bezwoli chłopca - przyśniwały się natężonym uważaniem myślom dni i noce porębiańskie — fragmenty pokojów i ogrodu - strzępy rozmów z ojcem - i te, obłędnie kontrastujące z rzeczywistością, szkoły - radości wielkie z dowiadywania się różnych
spraw z książek, które razem z ojcem czytał--wszystko tam było
inaczej —
Najchętniej jednak odprężała się myśl napomykaniem najzwyczaj-niejszych wspominków: gonitwy z Torusiem, igraszki ze starym, trudnym do rozruszania Maćkiem, niedzielne gościnne spacery i posiadki — wszystko rii/err /bvt wczesne, niepotrzebne i zapewne szkodliwie dorosłe wspomnienia dziecięce - po raz pierwszy w małym tym życiu
człowieczym wyrastał bardzo jeszcze wiotki i nijaki prawie (- lecz już! -) element przeszłości przepłaszany zazwyczaj w tych i przyszłych i jeszcze dalszych latach teraźniejszością i przyszłością trójwymiarowość pojęć naszego mózgu rozpoczyna się w latach, w których pierwsze owoce naszych prac i czynów opadają z drzewa świadomości, jak jabłka dojrzałe z jabłoni -
...gdyby nasi pierwsi rodzice nie byli jedli jabłka zakazanego - nie byłoby zła na świecie...
...Toruś pewnie śpi pod gankiem po swojemu „zastrzelony" pod murem — jej! teraz gwizdnąć! —
...ale diabeł skusił Ewę...
...jak to było -?- aha! - Antonina nastraszyła mnie kiedyś, że „corny" pije krew z żyły - a na przegubie ręki najchętniej - a potem o pierwszym świcie - hyc przez okno i rozlewa się psiajucha w maź...
...diabły wciąż krążą koło nas i namawiają do grzechów - postać tych synów mroku jest odrażająca - oczy ich goreją jak rozpalone węgle
- nogi ich capie, a ogon krowi - każdy z was ma jednego lub więcej takich diabłów, którzy czyhają na was w dzień i w nocy...
...ależ Mik! - umysł Antoniny jest pełen przesądów pierwotnych, to baśnie i bajki - nawet, wiesz, nienajpiękniejsze - naprzykład Grecy mieli znacznie ładniejsze klechdy...
...tatusiu, ale czy wogóle są diabły -?-
»
...niema, Mik kochany, niema - mnie to nawet trochę gniewa, że
0 to pytasz - taki dorosły chłopiec - przecież już siedem lat skończyłeś, żeby o takie brednie...
...za grzechy czeka nas piekło, czyli otchłań, tam będzie jęk
1 zgrzytanie zębów - tamto na dnie samym przykuty jest do skał łańcuchami Lucyfer-Belzebub...
...potrącają się słowa jak szklane elektryczne kule - przecież o tym
- nie, nie o tym - ale była w kręgu lampy naftowej mowa że... przykuli go olbrzymimi łańcuchami do niebotycznych, dalekich skał - ale to kogo innego - tego, który chciał obdarować ciepłem i światłem, nazywał się: naprzódmyślący - a ten światłoniosący - bardzo to dziwne wszystko -muszę z tatusiem o tym...
...na wieczne męki skazany - piekło to ogień wieczny, w którym płonąć będą potępieni - więc i wy, jeśli się uczyć nie będziecie...
...żebyś ty, Mik, pytał o takie brednie! - diabeł i piekło to wytwór brzydkiej wyobraźni złej i chorej - nie naszej zresztą - fe! Mik--
potem, aha - to znów było innym razem, to znów ojciec powiedział wtedy, gdy mu Mik opowiedział rozmowę Antoniny, Jaśka i starego
raubszyca Książka--w kuchni to było — siedzieli w cieple i pobrzęku
sennych much - nad nimi tykał zegar, długie wahadło hojdało się nad tą trójką - nie, czwórką, bo Mik był też - siedział na oknie, prawda ...bo to wiecie strasecne rzecy, łogień wiecny, a dusycki skwiercom i lamentujom
- w kotle wielgim, bedzie z piędziesiont razy więksy jak ten, co haw mocie na powidła - siedzom se w nim nieboroki zbite jedna wedle drugij, chłopy oswe, a baby oswe - rajuści świente, dodała Antonina — a zaś Książek: - corne djebły polom pot kotłem jaz łokropa, a zaś inne dźgajom widłami takiemi, jak do wychybanio nawozu, jak któro dusycka kce uciec - śturk jom, śturk jom! - a smród tam jes! - niedowytrzyma-nio! - ino smoła i siarka, a djebły popuscajom wiatrów pierońskich — w imie łojca - szepcze Antonina - a Jasiek spod małych, błyskających podśmiewem oczków mówi: - no, no i takie, a gorzołkom to ta beskurcyjo nie cuć? -?- idźcie, idźcie - nima śpasu - mityguje raubsic -
- je, coby ta śpasu nie było - no i takie---Nawet Jasiek rozumniejszy
od ciebie, ,,śpas" to wszystko istny, a ty sobie tym głowy nie zawracaj -i - dodał pan Michał już tak więcej ku sobie i ku begoniom, które przy oknie podlewał - bóg się w tym wszystkim zatracił kompletnie, nafabry-kowali samych bożków z brodami i bez bród! - aż się ta woda z kone-weczki zielonej miasto na kwiaty na podłogę wylała - to go już do ostatniej alternacji doprowadziło-więc przyklął: kretyny sobacze wraz z ich przygłupiastym bogiem i durnymi diabłami-podłogę sobie oblałem...
...ostatecznie niewszyscy potępieni jednakowe męki cierpieć będą, stopień bowiem mąk odpowiadać będzie grzechom, jakich się dopuścili i łaskom, które zmarnowali... odtąd dotąd - jedna, dwie, dwie i pół strony - i żeby mi jeden z drugim śpiewał jak kanarek -
...pewnie znów zakwitły begonie, jak je w cieple podlewać, to ciągle kwitną - jeszcze miesiąc temu co to kwiatów miały, kwiatów a kwiatów ---
W tej mglistej, zielonej, wiotkiej i różowej zawiei rozmgliła się doreszty klasa, katedra i ksiądz Brzezina Brzana - nawet złotego łańcuszka z brzęczącymi brelokami, wyglądającymi połyskliwie spod umyślnie na trzy guziki niedopiętej, elegancko skrojonej, wciętej sutanny - nawet tego wszystkiego już nie widać — patrzy Mikołaj w okno -powieki zapomniały się mrużyć - i na dach sądu, zakratowane okienka więzień - nalewo w ostatniej kwaterze w czubie jakiegoś drzewa-jesion pewno--żeby to tak móc - ja! - odbić się od okna i skoczyć przez
dachy, ponad ten czub, przez Goryczkowiec- tuż przed ganek porębiań-ski — miboże! - aleby się też zerwał Toruś, pewnieby nawet warknął, ale zarazby poznał i zagadałby ogonem ten powark niepotrzebny —
...Srebrempisany! - powtórzno co ja to mówiłem o diabłach -
Nawet nie dosłyszał, że go „kapota" wyrwał; dopiero go Józek musiał w bok szturknąć -
Zerwał się, zaczerwienił i zbladł.
- cóż, z księżyca spadłeś —?— smarkaczu, uważać trzeba, cóż, o niebieskich migdałach myślisz? - no, powtórz, co mówiłem o diabłach -
Milczenie pod opuszczoną głową.
- prędzej, mów durniu -
Podnosi chłopiec schyloną głowę i mówi bledziście:
- kiedy diabłów niema -
Nastawiła klasa uszu - nawet ci z ostatnich ławek - czuć w powietrzu coś smakowitego.
- coś powiedział -?- wyczerwienił ksiądz —?—
A Mikołaj już odważnie:
- niema diabłów wogóle; - to są wymysły i stare baśnie - (- chciał powiedzieć: brednie, ale mu się nagle zjaśniło, że lepiej, żeby nie -)
- aha, aha -!- pięknie, ślicznie, - to i, kochasiu, piekła niema -?—
- naturalnie! -
- ślicznie! — a któż ci to, rybeńko, powiedział -?-
Przemknęło chłopcu przez głowę, czy to nie będzie „niekoleżeń-
sko" powiedzieć, ale przecież ojciec nie jest uczniem - zresztą ojciec wie dobrze, co mówi -:
- tatuś -
- tatuś?! - popatrz, popatrz - a cóż ci jeszcze powiedział -?-
- ?-
- no, o diabłach -
- właśnie, że to (- teraz już wszystko jedno! -) brednie -
- siadaj ośle! - Ładne wychowanie! - Stary racjonalista, panteista zapewne! - oto dawać gawiedzi oświatę - w diabła nie wierzy, kościół ma
za nic---w piekle się smażyć będziecie - obaj, obaj! - in secula
seculorum -
- ktoś z tylnych ławek krzyknął: amen! - zagdakał przyczajony śmiech po klasie -
- cicho durnie, chamy! -
Czując fluid pomocny i przychylny poza sobą - rzekł Mikołaj hardo już teraz:
- tatuś się nie boi, ja też nie -
- ale mnie się bać będziesz, durniu, smarkaczu - mnie, swego katechety, rozumiesz?! - siadaj!!
Czerwony był jakby oświetlony gorącym tchem płonącego stosu -gdzie te czasy!! -
Dzwonek w samą porę dał znak, że koniec godziny; ale to była godzina!
Ksiądz katecheta dr Zygmunt Brzezina hrabia Brzana wyszedł, wybiegł, runął z klasy; gwałtownie odsunięta katedra zawisła jedną nogą nad przepaścią; o modlitwie nawet zapomniał.
Aż zgrozą i złowrogością powiało.
Cała też klasa hurmem natarła na Mikołaja -
- czyś ty zwaryjował - teroz kapota pódzie do dyrdasia - i wy lejom cie jak nic -
- a niek mie wylejom - wielgo parada! mało to szkół! - zresztą co mi ta - mój łojciec jes mądrzejsy od nik obu -
- niekze ta bedzie, nie wielgo śtuka — ale coś se piwa nawarzył, toś se nawarzył -
ROZDZIAŁ SZÓSTY
STRESZCZAJĄCY MAŁĄ DYSKUSYJKĘ PANA WACŁAWA Z PANIĄ WILHELMINĄ; SŁOWA NIEPRZYZWOITE. DYWAGACJE DYKTOWANE POŻĄDANIEM.
Oczywiście, że nawarzył. I wypił - dużo i gorzko!
Tego samego dnia (coza administracja sprężysta!) poszedł do wujostwa Wacławów, że to u nich „na stancji" Mikołaj Srebrempisany, uczeń pierwszej klasy, oddział B, mieszkał - list z pieczęciami odprzodu i odtyłu, wpoprzek też, nawspak, naukos - jednym słowem niezmiernie ważny list od c. k. dyrekcji gimnazjum w Wołkowicach ad L. 52/698 S. b. pilne, żeby się niezwłocznie w najbliższym terminie stawiono w kancelarii tzn. dnia tego-to - a - tego o tej-to - a - o tej godzinie w sprawie niecierpiącej zwłoki pod rygorem — vide § 826 polecone; sprawa urzędowa - itd.
Pan Wacław oświadczył kategorycznie i bezapelacyjnie - nie
badając zresztą, o co chodzi — że nie pójdzie; absolutnie! - Do gimnazjum jako takiego miał uzasadnioną awersję z lat szkolnych; uraz poprostu.
