Zły los - Jolanta Żuber - ebook

Zły los ebook

Jolanta Żuber

0,0

Opis

Bohaterowie tych opowiadań stają twarzą w twarz z własnymi lękami, zakazanymi pragnieniami i konsekwencjami decyzji, które na zawsze odmieniają ich życie. W opuszczonych domach kryją się sekrety sprzed lat, a zło często okazuje się bliższe, niż można przypuszczać. Zbiór zawiera sceny przemocy, grozy, treści psychologicznie niepokojące oraz motywy przeznaczone dla czytelników powyżej 18. roku życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 56

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Jolanta Żuber

Opowiadania

© Jolanta Żuber, 2026

Ostrzeżenie dla Czytelnika: opowiadania zawierają brutalne sceny, wyłącznie dla osób pełnoletnich. Czytaj z rozwagą.

Lennie Popychadło

Zanim ostatnią kwietniową noc w Nyköping zaczęto nazywać żniwami Lenniego, kojarzoną ją po prostu ze złymi duchami. Samo miasto zaś, było najmniej uczęszczaną dziurą na brudnej mapie Szwecji. O Nyköping nie mówiono wcale. Większość mieszkańców pracowała poza jego granicami, a ci którzy zostali, szarogęsili się całymi dniami, wymyślając sposoby na szybkie wzbogacenie.

Później wszystko się zmieniło.

*

Lennie urodził się w Noc Walpurgi. Pięć tygodni za wcześnie. Ważył tyle co dwie paczki cukru.

Szarość tamtego kwietniowego wieczoru, ustępowała jedynie przed światłem latarni usytuowanej naprzeciw szpitalnej salki. Mieszkańcy Nyköping powtarzali, że chłopiec był cały siny, a pępowina utworzyła dwie ciasne pętle na jego szyi. Szeptano też, że wszystkie komplikacje to pewnie sprawka Hel, choć nikt oficjalnie nie przyznawał się, że w te brednie wierzy.

Matka, czterdziestoletnia wówczas Sophie, nie usłyszała więc pierwszego krzyku wyczekanego noworodka, a pomieszczenie na moment wypełniła przeraźliwa cisza. Czas płynął, a sekundy odmierzane za pomocą uderzeń zegara ciągnęły się w nieskończoność. Trwało to i trwało. Lennie zwinięty w jeżową kulkę przechodził z rąk do rąk, aż w końcu zniknął za drzwiami sali porodowej.

Nadal nie płakał.

— Trzeba szyć. — Koścista brunetka, która jako jedyna została przy Sophie wpatrywała się w poranione krocze. Jakby za wszelką cenę chciała uniknąć kontaktu wzrokowego. Teatralnym gestem podniosła narzędzia do góry i obejrzała z każdej strony. — Znieczulę w kilku miejscach — kontynuowała. — O tu i…

— Lennie! — Nagły krzyk, dobiegający z zakrwawionego łóżka, przypominał bardziej charczący kaszel. — Lennie, oddajcie mi moje dziecko! — Sophie zaczęła szlochać coraz intensywniej, obejmując swój pusty, galaretowaty brzuch. — Le… — podjęła ostatnią próbę, ale wszystko się zamazało. Przecierała oczy, a szarość wychodziła z każdego zakamarka, by w końcu przesłonić jakikolwiek widok.

Na zewnątrz rozpalano pierwsze ogniska, mające chronić przed duchami. Noc Walpurgi trwała w najlepsze, podczas gdy dwukilogramowy Lennie walczył o życie.

*

Obudziło ją uczucie zimna i ból w podbrzuszu. Syn, pomyślała od razu. Była niespokojna. Nie widziała ani osób stojących przed nią, ani kobiety, która tuliła obok swoje pulchne, różowawe dziecko, ani nawet męża, wpatrującego się w szpitalne okienko. Były tylko lampy. Przeraźliwe, białe światło, przyprawiające o mdłości. Zwymiotowała wprost na koszulę.

— Jest nadzieja — usłyszała, jakby przez mgłę. — Na razie wspomagamy oddychanie, dogrzewamy. Wdało się też zakażenie… — brodaty, gruby lekarz wyliczał kolejne powikłania. Żonglował dziwnymi określeniami, które niewiele jej mówiły. Odezwała się dopiero wtedy, gdy usłyszała słowo opóźnienie.

— Płód nie przybierał dobrze na wadze. To hipotrofik. Może trochę nie nadążać za rówieśnikami.

— Bo jest wcześniakiem?

— Chodziło mi o to, że umysł… — zaczął delikatnie.

— Sophie, pan chce powiedzieć, że urodziłaś przygłupa. Twój syn będzie czubkiem. Kto wie, czy jeszcze coś się do niego nie przypląta. — Krępy mężczyzna wbił wzrok w mokre oczy kobiety. Był całkowicie opanowany.

Znieruchomiała, skupiając myśli na słowie „twój”. Powtórzyła je cicho kilkukrotnie.

Znowu zapadła cisza. Tym razem ani martwa, ani pełna oczekiwania jak poprzednio, lecz raczej ożywiona, której towarzyszyły ironiczne uśmiechy i dziwne błyski w oczach zebranych.

— On jest nasz. Będzie zupełnie normalny, musi tylko podrosnąć. — Zdobyła się na lekki grymas.

Zanegował kiwnięciem i znów spojrzał przez okno.

— Czy mogę go zobaczyć? — Brązowe tęczówki zaszkliły się ponownie, zaczęła łkać szeptem, wyzbyta z możliwości donośnej rozpaczy.

Niemowlę obok radośnie zakwiliło. Matka przytuliła je do piersi, a Sophie znów poczuła, że za moment zwymiotuje. Lennie spędził w szpitalu dwa miesiace. Wciąż niewiele płakał.

*

czternaście lat później, kwiecień

— Chcesz jeszcze kawy?

— Pieprzyć kawę, nie mamy wódki?

Minęły dwa tygodnie odkąd Jens prawie nie trzeźwiał. Sophie złapała jego spojrzenie. Było pełne gniewu, jak zawsze, gdy Lennie coś nawywijał. Tym razem pośliznął się przed drzwiami do łazienki, chwilę po tym jak z łobuzerskim uśmiechem tam nasikał. Stracił dwa zęby. Trzeci, ruszający się, wyrwał. Wszelkie próby zabrania go do dentysty spełzały na niczym. Twierdził, że poradzi sobie sam.

— Przygłup — warczał podchmielony Jens. — Słyszałaś co on mówi? Popychadło samo to naprawi. SAMO! Przecież on jeszcze sika w majtki.

Sophie milczała. Czas sprawił, że przywykła do takiego stosunku między nimi, dziękując jednocześnie, że nie zostawił jej z tym wszystkim samej. I że nadal może liczyć na odrobinę czułości ze strony męża.

— To twoja wina — rzucał czasem. — Byłaś za stara na dziecko. Moja głupiutka laleczko, myślałaś, że w tym wieku się uda?

Wzruszała jedynie ramionami, mając w pamięci wieloletnie starania i jego początkową radość.

Wszystko się ułoży, Lennie, pomyślała. Dopóki ja tu jestem.

— Chcesz iść dzisiaj na plac? — zapytała. — Są twoje urodziny.

— A po co? Żeby zrobił z siebie pośmiewisko? — wtrącił Jens, a Lennie wyszczerzył zęby w kanciastym uśmiechu, nadgryzając kawałek czekoladowej myszki, którą chował w kieszeni.

— Chcę — przytaknął, a później zasznurował wargi, jakby nad czymś intensywnie myślał.

— Wiesz mamo — dodał i połknął resztę slodkiej figurki — chciałbym zobaczyć jak płonie człowiek.

Filiżanka z kawą spadła na podłogę.

I to był początek.

*

1. Nie robić nic. Siedzieć i czekać aż tatuś zaśnie.

2. Iść na plac zobaczyć ogień.

3. Zęby.

4. Nie sikać.

5. Nie mam żadnego planu.

Chłopiec notował od dłuższej chwili, co rusz zmieniając kolejność punktów. Od dwóch godzin był już wieczór. Poczuł dziwne mrowienie w palcach i igiełki. Powoli narastała w nim jakaś złość, krążyła w krwiobiegu, im dłużej wpatrywał się w pustą miseczkę na słodycze i równie pusty rząd krzeseł. Postanowił, że zrobi sobie herbatę. Herbata uspokaja. Nikt nie przyszedł świętować ze mną urodzin, pomyślał.

Zaczął się trząść, jak zwykle, kiedy czymś mocno się denerwował. Drżenie najpierw pojawiło się na rękach, a stamtąd rozlało na przedramiona, aż w końcu objęło całe ciało. W żołądku poczuł mdłości. Wymiotował raz za razem, dopóki nie poczuł, że została mu tylko kwaśna ślina. Postanowił, że wyjdzie na plac. Dołączy się do jakiejś grupy i razem z nią będzie świętować.

Może znajdzie niedopitą puszkę z piwem, albo dogasającego peta i wbrew zakazom spróbuje. Tak jak reszta gównianych chłystków w jego wieku.

I będzie to zupełnie normalne. Nikt już nie nazwie go popychadłem.

*

Niewielka procesja w towarzystwie dzwonków przechodziła między ulicami. Co chwilę dołączał ktoś nowy, a drzwi domów zdobiły namalowane kredą maleńkie krzyżyki. Lennie zaczekał aż rodzice zasną, a Sophie sprawdzi czy na pewno połknął wszystkie lekarstwa. Nauczył się trzymać tabletki pod językiem i w pustych miejscach po zębach. Chwilę później wyskoczył przez okno parterowego domku. Wtopił się w tłum.

Kątem oka dostrzegł Jodi, jedenastoletnią blond dziewczynkę, o pergaminowej cerze. Dwa warkocze podskakiwały jej na chudych plecach, a za duże okulary spadały na nos. Poza tym była idealna. Jak na jedenastolatkę.

— Lennie — popychadło! — Ktoś szturchnał go w ramię. — Mama pozwoliła ci wyjść? — To Stan, równolatek z domku trzy ulice dalej. — Czy postanowiłeś sam postraszyć?

Chłopak przełknął chowaną pod językiem tabletkę, krzywiąc się od gorzkiego smaku i wyszczerzył zęby. Złapał Stana za ramię chwytem tak silnym, że aż bolesnym.

— Patrz pod nogi, bo posypią się zęby. Jak kolorowe żelki.

— Czubek!

— A później już tylko czarne dziury, dziury jak oczy. — Zaśmiał się Lennie.

— Czubek — odburknął znów i ruszył dalej, a Lennie włożył język w niezasklepiony otwór po czwórce.

Zbliżali się do miejsca, w którym rozpalano ognisko. Podbiegł i wzrokiem odszukał bladą dziewczynkę. Nachylił się tak blisko jak tylko mógł i szepnął na granicy słyszalności:

— Mój ojciec jest twoim ojcem, Jodi. Wiedziałaś, prawda?

Podskoczyła. Lennie ścisnął ją za rękę.

— Tak myślałem, że tu będziesz. Och, Jodi nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę.

Tłum popchnął ich dalej.

Oczywiście, że o tym wiedziała, nie miała jednak pojęcia, że też się domyślał. Chuderlawy, pokraczny Lennie o wiecznie potarganych włosach był jej przyrodnim bratem. Mały, diabelski chłopczyk jak mówiła matka. Nie wchodź mu w drogę, Jodi, bo na pewno czymś cię zarazi, dodawała po chwili.

— Nikt nie przyszedł na moje urodziny — szepnął. — Nie sądzisz, że to przykre?

— Tak, Lennie. Wszystkiego…

— Och, Jodi, nie mów tego. Nie powinnaś tego mówić.

Ciemne oczy wciąż wpatrywały się w nią. Intymność tego spojrzenia, jakby widział ją nagą, była nieprzyzwoita. A zarazem dziwnie przyjemna.

— Bardzo długo nie wiedziałaś, prawda?

Milczała. Słychać było jedynie śpiew i dźwięki dzwonów. Gdzieś daleko, z tyłu. Szkielety budynków ślizgały się poboczem. Chłopięce tęczówki badały delikatną linię obojczyków. Przed sobą mieli noc i kilka bladych gwiazd.

— Ale później się dowiedziałaś, tak? I nadal nic z tym nie zrobiłaś?

Pokręciła głową, a chwilę potem uświadomiła sobie, że się boi. Próbowała odszukać wzrokiem ojca.

— Musimy się trzymać razem. Blisko — stwierdził dobitnie. — Mój tato rżnie twoja mamę, Jodi, a później robi to samo z Sophie. Wiesz co to znaczy?

Znów milczała, obracając głowę w poszukiwaniu znajomej twarzy.

— To znaczy, że postępują bardzo źle. Trzeba ich ukarać.

Kąciki jej ust opadły w drżącym grymasie. Dzwony zaczęły bić coraz głośniej. Podnosiły się głowy zebranych, rozszerzały oczy. Pierwsze ogniska zapłonęły.

— Nie rozumiem, Lennie.

— Och, oczywiście, że rozumiesz. Powinnaś dać mi jakiś prezent.

Wzdrygnęła się.

— Chyba nie chcesz, żebym powiedział wszystkim, że jesteś siostrą przygłupa? — Przejechał językiem po zębach. — Hej, ludzie!