Złe myśli - Jolanta Żuber - ebook
NOWOŚĆ

Złe myśli ebook

Jolanta Żuber

5,0

12 osób interesuje się tą książką

Opis

MROCZNY THRILLER O LUDZKIEJ OBSESJI

Pola została zabita w dniu swoich osiemnastych urodzin. W domu Jaworskich żałoba miesza się z ciszą. Matka Poli powoli traci pamięć, a ojciec próbuje poukładać w głowie fragmenty zdarzeń, które już dawno powinny nabrać jakiegoś większego sensu. Starsza córka Iga coraz częściej zamyka się w swoim pokoju. Czy ktoś tu coś ukrywa? A może prawda od początku była bliżej, niż ktokolwiek chciałby przyznać?

Sławek Borowski mieszka samotnie w domu nad jeziorem. To miejsce, w którym próbuje odizolować się od świata. Mężczyzna od lat skrywa mroczne sekrety, których nikt nie powinien poznać. Czy można całe życie uciekać przed własnymi demonami? I co się stanie, gdy pewnego dnia natrętne myśli w jego głowie będą miały szansę się urzeczywistnić?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 271

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Berkas

Nie oderwiesz się od lektury

mocne, daje mi vibe z Ocalić Syna.
10



Jolanta Żuber

Złe myśli

RedaktorAnna Kołtek

Projektant okładkiMaciej Pieda

© Jolanta Żuber, 2026

© Maciej Pieda, projekt okładki, 2026

Ostrzeżenie dla Czytelnika

Ta książka porusza trudne i drażliwe tematy, w tym motywy: przemocy seksualnej wobec nieletnich i traumy z przeszłości. Treść może być emocjonalnie obciążająca i nie jest przeznaczona dla wszystkich odbiorców. Książka skierowana jest do czytelników dorosłych i świadomych, gotowych na zetknięcie z bolesnymi i niejednoznacznymi zagadnieniami.

Prolog

Woda wydawała się chłodna. Pola zrobiła jeszcze jeden krok i lekko zadrżała. Nie mogła przestać roztrząsać tego, co ją spotkało. Alkohol powoli wyparowywał z krwiobiegu i ustępował miejsca temu, co logiczne. Myśli stawały się coraz bardziej natrętne i nieustępliwe. Co, jeśli rodzice o wszystkim się dowiedzą? Czy przekroczyła swoim zachowaniem granicę? A może jednak staną po jej stronie?

Musiała ochłonąć. Jej znajomi i sąsiedzi z wioski nieopodal już dawno spali, a ci, którzy bawili się jeszcze niedawno na tym pomoście, nie mieli pojęcia, że w ogóle wyszła na zewnątrz. Pola poczuła wstyd. Mogła załatwić tę sprawę z facetem inaczej, zgłosić wszystko policji, może opowiedzieć komuś o tym, co zaszło i czego się dowiedziała, a teraz wychodziło na to, że jest tak samo złym człowiekiem jak on. Co w nią wstąpiło? Alkohol? A może po prostu poszła za grupą?

Westchnęła ciężko i weszła głębiej do wody. Dno pod stopami było śliskie, miękkie, jakby muł chciał wciągnąć jej stopy jeszcze dalej. Spojrzała za siebie. Z domku nie dochodziły żadne odgłosy, a i tutaj, przy trzcinach, wszystko brzmiało inaczej. Głucho, obco i przerażająco spokojnie. Mimo to nie bała się, znała przecież to jezioro jak własną kieszeń, znała też ten teren. Wiedziała, gdzie jest głęboko, a gdzie może swobodnie się zanurzyć, bez obawy o to, że nie wypłynie.

Musiała coś zrobić, żeby poczuć się lepiej, zrzucić z siebie ciężar głupich uczynków. Zamknęła oczy i spróbowała uspokoić własny oddech. Nagle za plecami usłyszała czyjeś kroki. Nierówne, szybkie. Odwróciła się i uniosła lekko brwi. O tej porze nie spodziewała się tu nikogo.

— To wszystko przez ciebie — usłyszała. — Masz się za lepszą? Głupia cipa. Pożałujesz!

Pola otworzyła szerzej oczy. Już miała wyjść z wody, kiedy kolejne słowa doleciały do jej uszu.

— Jesteś taka sama jak wszyscy. Nie ma w tobie nic wyjątkowego, a teraz… teraz zasługujesz na karę. Myślałaś, że ci się upiecze? Och… przykro mi, ale zapłacisz za błędy.

— Słucham? O co właściwie chodzi? — Pola starała się, żeby głos jej nie zadrżał.

Przez sekundę panowała cisza. Tylko trzcinami poruszał lekki majowy wiatr. Potem dziewczyna poczuła, że ktoś chwyta ją za ramię. Palce wbiły się boleśnie w skórę, a samo szarpnięcie było tak mocne, że jej ciało przechyliło się w bok. Stopa oderwała się od dna, a w następnej chwili woda sięgała już jej głowy. Zimno uderzyło w nią jak lodowata ściana. Pola wynurzyła się gwałtownie i próbowała złapać powietrze, gdy przez jej stopę przeszedł silny skurcz.

— Przestań! To boli! — krzyknęła.

Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo znów coś uderzyło ją w twarz. Nie widziała, co to za przedmiot — był tylko nagły ból i oślepiający błysk w oczach. Czyjeś ręce zacisnęły się na jej ramionach. Zbyt mocno, żeby mogła wyrwać się z uścisku. Woda znów wdarła się do ust i nosa, tym razem było jej zbyt wiele. Pola zaczęła się szarpać, kopnęła na oślep, by uderzyć w cokolwiek i uciec. Jej palce natrafiły na fragment odsłoniętego ciała, paznokcie wbiły się desperacko w skórę przeciwnika. Usiłowała zrobić to z całych sił, ale próby utrzymania się na powierzchni osłabiały chwyt. Usłyszała syknięcie.

— Ty mała suko! Uciszę cię.

Pomyślała, że to dobrze, ale uścisk tylko się wzmocnił. Sekundę później głowa dziewczyny znalazła się pod powierzchnią wody. Jezioro było tam ciemne, mętne, pełne mułu i zimna. Przyjemne ciepło, które odczuwała jeszcze przed chwilą, szybko się ulotniło. Zaczęła żałować, że wyszła z domku i że wypiła więcej, niż powinna. Gdyby nie to, na pewno udałoby jej się obronić. Próbowała się wyrwać, ale ręce, które ją trzymały, były silne, nieustępliwe. Płuca zaczęły palić. Pola rozpaczliwie otworzyła usta, aby krzyknąć, i to był kolejny błąd — do gardła wlało się jeszcze więcej wody. Zakrztusiła się ponownie, gdy próbowała wypłynąć. Na moment jej twarz znów znalazła się nad powierzchnią. Patrzyła teraz w te przygaszone oczy, w których czaiła się czysta nienawiść. Czuła, że to nie jest tylko próba przestraszenia jej, że wszystko wymknęło się spod kontroli. Zobaczyła rozmazane światła domku w oddali i ciemną sylwetkę stojącą tuż przy niej. Potem znów została wepchnięta pod wodę. Tym razem mocniej. Szamotała się jeszcze przez chwilę. Ręce uderzały zaciekle, paznokcie ponownie drapały czyjąś skórę, nogi kopały w panice. Ale siła powoli z niej uchodziła. Ruchy stawały się coraz wolniejsze, bardziej chaotyczne, a płuca paliły tak bardzo, że w pewnym momencie przestała czuć jakikolwiek ból.

Nagle wszystko ucichło. Najpierw zniknęła w Poli wola walki. Potem pojawiło się uczucie ciężkości w klatce piersiowej, jakby ktoś położył na niej kamień. Ręce, które jeszcze przed chwilą walczyły z wodą, zaczęły opadać. Palce drgnęły w poszukiwaniu czegoś, co mogłaby schwycić.

— Zabiję cię, po prostu cię zabiję, zanim zniszczysz mi życie!

Woda była gęsta i ciemna. Muł uniósł się z dna i zasłonił wszystko brunatną chmurą. Księżyc stawał się rozmazaną plamą. Na moment głowa dziewczyny wynurzyła się na powierzchnię. Pola wciągnęła gwałtownie powietrze, ale zamiast niego do gardła znów wlała się woda.

— P… proszę… — zdołała wyszeptać ostatkiem sił.

Ból przeszył skórę jej głowy. Ciało ponownie uderzyło o powierzchnię wody i natychmiast pod nią zniknęło. Tym razem nie było już tak gwałtownej walki jak wcześniej. Tylko krótkie, chaotyczne ruchy. Pola kopnęła jeszcze raz i trafiła w czyjąś nogę. Ręką próbowała odepchnąć ciężar, który przygniatał ją do dna. Paznokcie znowu zahaczyły o skórę. Uścisk na jej włosach zelżał, ale tylko na chwilę. Woda była teraz wszędzie: w gardle, w płucach, w nosie. Świat zaczął się kurczyć do jednego punktu, pulsującego bólem i strachem. Do jednej nieznośnej myśli, że to był głupi pomysł, by wychodzić tu samej. I że osiemnaste urodziny będą jej ostatnimi. Tak bardzo chciała się jeszcze bronić, pokazać światu, że to nie czas, że tak naprawdę niczego złego nie zrobiła, ale zabrakło jej siły.

Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyła, była tafla jeziora. Drżąca, srebrzysta od światła księżyca. Wydawało się, że jest tak blisko, niemal na wyciągnięcie ręki.

Potem jej ciało przestało się ruszać. Przez chwilę jeszcze unosiło się bezwładnie pod wodą, by w końcu powoli zacząć opadać w stronę mułu. Włosy falowały wokół twarzy dziewczyny jak jasna plama.

Na powierzchni jeziora znowu zrobiło się cicho. Nikt nie krzyczał, nie poruszał jej ciałem jak marionetką. Tylko trzciny i drzewa szumiały w zupełnie innym rytmie niż poprzednio. Posępnie i złowrogo.

Rozdział 1

Maks

Moja ukochana córka została zamordowana. To jedyny fakt, którego nigdy nie kwestionowałem przed moją żoną. Ludzie mają skłonność do porządkowania tragicznych wydarzeń w linie proste: przyczyna, skutek, wina. Jakby śmierć była równaniem, które wystarczy poprawnie rozpisać. Ja nauczyłem się czegoś innego: że złe rzeczy dzieją się w przerwach między znakami, w tym, czego nie da się ująć w ramy jakiegoś schematu.

W dzień swojej śmierci Pola świętowała nad jeziorem urodziny razem z grupką znajomych. Była też z nią Iga, moja starsza córka. I choć ten dom zawsze wydawał mi się duży, dopiero po odejściu Poli zrozumiałem, że cisza też może ważyć. Każdy odgłos — tykanie zegara w kuchni, pracująca lodówka, skrzypienie schodów — brzmiał zbyt mocno i przeszywająco. Niektóre dźwięki irytowały, a brak innych przyprawiał o smutek.

Dawniej moja żona lubiła mówić, że nasz dom pachnie pieniędzmi. Zawsze śmiałem się z tego i udawałem, że to żart. W rzeczywistości pachniał detergentami, drogimi perfumami i jej obawą przed utratą kontroli nad tym, co w naszym życiu idealne. Dopiero później dotarło do mnie, że były też inne zapachy; niemal niewyczuwalna woń strachu i wstydu, która powoli unosiła się we wszystkich pomieszczeniach. W tajemnicy przed nami.

Kiedy mówiłem o śmierci Poli, ludzie milczeli. Oczami wyobraźni widziałem, jak w ich głowach zapalają się małe czerwone lampki, jak dopowiadają sobie różne historie, znajdują inne wytłumaczenia, ale nauczyłem się już ich nie gasić. Każdy potrzebował swojej wersji wydarzeń, do której będzie mu najbliżej.

Nie chcę opisywać tamtego dnia w porządku chronologicznym od poranka aż do wieczora, bo za każdym razem mam wrażenie, że coś mi umyka. Czas po śmierci dziecka nie zachowywał się normalnie. Zwijał się, gdy początkowo spałem całe dnie, zapętlał, gdy musiałem wreszcie wrócić do pracy, i czasem cofał, kiedy natrafiałem na osobiste rzeczy córki, które zdążyłem pochować do worków albo szafek, a moja żona znów je wyciągała.

Wiedziałem tylko jedno. Zanim ktokolwiek zapukał do drzwi, zanim pojawiły się pytania, pretensje i zapach kawy na posterunku, żyłem w przeświadczeniu, że znam wszystkie sekrety Poli. Te małe, niewinne, i te większe, których dziecko nie powinno mieć. Wiedziałem, co ją bawiło, a co przerażało, jakie miała koszmary w nocy, bo jeszcze długo po udarze Aliny przychodziła do mnie, by porozmawiać. Wiedziałem, przed kim milczała i komu ufała bez reszty, a mimo wszystko coś przeoczyłem i właśnie ten jeden szczegół sprawił, że dziś jestem bardziej samotny niż kiedykolwiek wcześniej. W końcu to moja młodsza córka. Moje ulubione dziecko. To, które zawsze kochało się trochę bardziej i któremu pozwalało się na więcej.

Mam wrażenie, że sprawy zaczęły się komplikować na długo przed wyjazdem nad jezioro. Pola była inna, mniej radosna niż zwykle, jakby coś ją trapiło. Kiedy analizowałem pomysł córki, żeby spędzić osiemnaste urodziny z grupką znajomych w domku nad jeziorem, nie widziałem w nim nic niebezpiecznego. Teraz ten dzień jawił mi się jako apogeum całego zła, jakie na nas spadło. Na Igę, moją żonę i na mnie.

Zerknąłem w stronę Aliny. Siedziała na tarasie otulona kocem i spoglądała na kołyszące się w oddali drzewa. Większość z nich zgubiła już liście. Początek jesieni wywoływał we mnie bezbrzeżny smutek. Bałem się listopada i Święta Zmarłych, bo wtedy — zamiast zalewać wrzątkiem herbatę po wspólnym spacerze na groby — będę musiał odwiedzić własną córkę na cmentarzu. To było przerażające. Podobnie jak to, co działo się z Aliną.

Moja żona wyglądała na starszą niż w rzeczywistości. Osiwiała niedługo po śmierci Poli, a choroba zabrała jej całą energię. Z niebieskich oczu zniknął ten blask, który pokochałem przed laty. Dzień po dniu próbowałem Alinie pomóc odzyskać dawną siebie, namawiałem ją do zapisywania strzępków wspomnień, nagrywałem, co tylko się dało, by nie zapomniała ani tego, kim jest, ani mnie. Ale nie było to takie proste, bo kiedy patrzyła na mnie tym swoim nieobecnym wzrokiem i pytała, dlaczego Pola tak długo nie wraca, czułem, że tracę ją bezpowrotnie. Że codziennie wymyka mi się do jakiejś odległej krainy, do której nie mam wstępu.

Czasem bałem się, że pewnego dnia, gdy się obudzę, nie rozpozna mnie, więc chłonąłem każdą chwilę, kiedy miała świadomość, że jesteśmy małżeństwem i łączy nas specyficzna więź.

— Maks, chcę porozmawiać z Polą. — Tak zwykle zaczynały się nasze rozmowy w ostatnich miesiącach.

Alina wpadała w dziwną otchłań. Miałem wrażenie, że to jej sposób na radzenie sobie ze stratą, ale niestety. Był to tylko jeden z symptomów posuwającej się coraz dalej choroby. Utrata wspomnień.

— Dlaczego jej nie ma? I gdzie są te cholerne żelastwa z brelokiem? Przecież kładłam je na stoliku razem z książkami.

— Masz na myśli klucze, kochanie?

— Jezu! Przecież wiesz. Mój komplet kluczy do domu. Zabrałeś mi go?

— Wiszą w skrzynce na ganku, tak jak zazwyczaj, albo są w twojej torebce.

— Nieprawda. — Zrobiła zbolałą minę. — Jak wychodzisz do pracy, zamykasz mnie tutaj jak więźnia. Dlaczego mnie tak nienawidzisz?

Wypuściłem głośno powietrze. To wszystko wydawało się zbyt trudne, a wiedziałem, że to tylko początek góry lodowej i jeśli dalej będziemy ciągnąć tę dyskusję, Alina zacznie mnie oskarżać coraz bardziej. Skapitulowałem, byleby tylko wyszło na jej. Gdybym się kłócił, i tak znalazłbym się na przegranej pozycji.

— Zadzwoń do Poli, niech dorobi mi drugi komplet w tej budce w galerii — poinstruowała nagle.

— Tej budki już nie ma od kilku lat.

— Ale…

— Jesteś zmęczona, skarbie — przerwałem. — Chodź, zrobię ci melisę. — Dotknąłem jej ramienia i próbowałem ją podnieść, ale natychmiast zaprotestowała.

— Zostaw mnie! I zadzwoń do Poli, chcę się z nią zobaczyć. Gdzie ona jest? Gdzie zniknęła ta cholerna wiedźma? — Zaczynała mówić coraz szybciej tym swoim łzawym głosem. Słowa, które wypływały z jej ust, nie były ani ciepłe, ani nasączone matczyną miłością. Od brzydkich epitetów do wyrzucania z siebie przekleństw dzieliła ją krótka droga. Z dnia na dzień używała coraz mocniejszych określeń.

Wiedziałem, co będzie następne. Niepohamowana złość.

— Co jej zrobiłeś, Maks? Co zrobiłeś mojej córce? — Gwałtownie wstała i rzuciła te dwa oskarżycielskie pytania, pocierając przy tym skroń.

— Naszej — podkreśliłem. — I nic. Naprawdę nic jej nie zrobiłem. Kotku, musisz odpocząć. Nie zaczynajmy tego tematu po raz kolejny, przerabialiśmy to wiele razy. Wczoraj, przedwczoraj… i tak od kilku miesięcy. Poli nie ma, umarła. Ale mamy Igę i siebie. Pamiętasz? — Spojrzałem w jej niebieskie tęczówki. Były pełne złości, ale i łez.

Alina patrzyła na mnie tak, jakby próbowała przebić się przez warstwę szkła, za którą stałem. Jakby widziała zarys mojej sylwetki, ale nie mogła dosięgnąć prawdy. Albo jakby się bała, że ją odkryje. Imię starszej córki zawisło między nami ciężko. To prawda, czułem, że ją zaniedbuję, ale śmierć Poli wstrząsnęła nami do głębi. Zaślepieni własnym bólem, nie dostrzegaliśmy, że i jej nie jest lekko. Od tamtej pory Iga zamykała się w pokoju coraz częściej, tłumaczyłem to żałobą. Każdy przeżywa stratę inaczej. Jedni krzyczą, inni milczą, może taki był jej sposób, żeby się z tym wszystkim uporać?

Alina opadła z powrotem na fotel.

— Iga… — wyszeptała. — Ona też jest jakaś inna. Widzisz to? Dziwak taki z niej. Przecież kiedyś wychodziła, a teraz tylko czytać i spać. I najlepiej, żebym jej nie przeszkadzała.

Oczywiście, że widziałem. Ale nie potrafiłem tego nazwać. Starsza z dziewczyn zawsze była tą spokojniejszą. Rozważną. Rozsądną aż do bólu. Kiedy Pola działała impulsywnie, Iga analizowała. Kiedy Pola trzaskała drzwiami, Iga zamykała je bezszelestnie. Tego dnia, kiedy młodsza córka wyjeżdżała nad jezioro, starsza stała przy oknie i obserwowała, jak jej siostra pakuje torbę do samochodu jednego z chłopaków. Miały wyruszyć oddzielnie, na dwa auta. Iga powiedziała, że boli ją głowa i nie ma ochoty na paplanie siostry. Zwróciłem jej wtedy uwagę, że jest niemiła. Wzruszyła tylko ramionami.

— Maks… — Głos Aliny wyrwał mnie z zamyślenia. — Czy one się wtedy kłóciły?

— Siostry zawsze się kłócą.

To była wygodna odpowiedź, uniwersalna, zamykająca temat. Alina potrząsnęła głową.

— Nie chodzi mi o byle co. Tylko o coś… większego. Przed śmiercią. Może to trzeba wyjaśnić?

Chciałem powiedzieć, że przesadza. Że choroba podsuwa jej obrazy, które nie mają odzwierciedlenia w rzeczywistości. Ale prawda była taka, że kilka dni przed wyjazdem dziewczyn słyszałem podniesione głosy dochodzące z pokoju Poli. Drzwi były zamknięte. Nie wchodziłem. Ufałem im. Ufałem, że jeśli dzieje się coś poważnego, przyjdą z tym do nas, tak jak zawsze je uczyliśmy, i wspólnie rozwiążemy problem. Zamiast tego Pola chodziła przez dwa dni dziwnie pobudzona. Raz była zamknięta w sobie, innym razem nadmiernie wesoła. Iga przeciwnie — wyciszona, skupiona, jakby obserwowała coś, czego ja nie dostrzegałem. Ostatniego wieczoru przed ich wyjazdem zszedłem do kuchni zrobić herbatę. Starsza córka siedziała przy stole, a przed nią leżał telefon Poli. Znałem go dobrze: pęknięcie w rogu ekranu, naklejka z małym księżycem na etui.

— Tato — powiedziała wtedy, nie patrząc na mnie — gdyby ktoś zrobił coś głupiego… bardzo głupiego… to czy zawsze musi za to zapłacić? Chodzi mi o to, czy powinien spodziewać się jakiejś kary?

Uśmiechnąłem się krzywo. Zupełnie nie podejrzewałem, żeby mogła kogoś skrzywdzić, a tak to zabrzmiało.

— Każdy ponosi konsekwencje swoich czynów. Prędzej czy później.

Skinęła głową. Bez komentarza. Zabrała telefon i wyszła z kuchni. Nie zapytałem, o co chodzi.

Czasem myślę, że to był właśnie ten moment. Ta krótka rozmowa przy blacie, między gotującą się wodą a innymi obowiązkami. Przerwa między znakami, o której wspominałem. Puste miejsce, gdzie mogło coś zostać wyjaśnione, dopowiedziane, gdybym pociągnął temat, ale finalnie nie zostało. I teraz było za późno, by cokolwiek zmienić.

Kiedy kilka dni po śmierci Poli policjant zapytał mnie, czy zauważyłem jakiekolwiek spięcia między córkami, odpowiedziałem bez wahania:

— Nie. Były sobie bardzo bliskie.

Bo chciałem w to wierzyć. A jednak teraz, kiedy coraz częściej słyszałem, jak Iga zamyka się w swoim pokoju na klucz — choć wcześniej nigdy go nie używała — odnosiłem wrażenie, że w tym domu oprócz ciszy jest jeszcze coś. Tajemnice.

Głos mojej żony oderwał mnie od tych rozmyślań:

— Pozbyłeś się jej, tak? Powiedz mi prawdę. Wiesz, jak nie cierpię kłamstwa — zaczęła brnąć w to dalej.

Zdawałem sobie sprawę, że to nie jest prawdziwa Alina; że to tylko coś dziwnego w mózgu, coś, nad czym nie była w stanie zapanować, każe jej tak mówić, ale mimo wszystko poczułem smutek.

— Nie, nie pozbyłem.

— Tęsknię za nią. A ty masz taką minę, jakbyś pozjadał wszystkie rozumy. Nie patrz tak na mnie, rozumiesz?! Idź sobie! Odejdź ode mnie, ty cholerny draniu! — krzyczała coraz głośniej, po czym rzuciła się chwiejnie w moją stronę, depcząc mi po nogach.

Próbowałem zachować spokój, ponieważ nadal ją kochałem, ale bycie oskarżanym dzień po dniu, gdy próbuje się znaleźć jakieś rozwiązanie, jest cholernie męczące. Przytuliłem ją z całych sił, mimo że waliła pięściami w moją klatkę piersiową, i czekałem, aż się uspokoi. Kiedy minęło pięć, może dziesięć minut, i usłyszałem jej miarowy oddech, wiedziałem, że jest lepiej. Odsunąłem się lekko i spojrzałem w jej opuchnięte oczy.

— Ona nie wróci?

Pokręciłem głową.

— W porządku. Przecież to wiem, Maks. Ale nadal uważam, że jesteś strasznym idiotą i nie podobasz mi się taki. — Tym razem głos miała spokojny. Pojedyncza łza spłynęła po jej twarzy, a ja myślałem tylko o tym, ile jeszcze z nią wytrzymam.

Momentami miałem dość użerania się z własną żoną, która uważała mnie za mordercę. Dość ciągłego wysłuchiwania oskarżeń. Dość opiekowania się nią jak małym dzieckiem. Czuwania w nocy i zastanawiania się, czy nie wyjdzie zrobić sobie krzywdy. I wreszcie miałem dość tej popieprzonej wersji mojej żony, która czasem nie pamiętała, że jej własna córka nie żyje.

Ale co mogłem zrobić? Istniały tylko dwa wyjścia. Znosić to wszystko, zaciskać zęby i liczyć na to, że się nie pogorszy, albo załatwić dla niej całodobową opiekę.

Bóg mi świadkiem, czasami chciałem tego. Oddać ją jak niechcianą rzecz, byleby mieć problem z głowy. Ale gdybym to zrobił, nie mógłbym z tym żyć. Iga też by mi nie wybaczyła. Testowałem więc swoją cierpliwość. Przesuwałem granicę, ale byłem już na skraju wytrzymałości… Jakby zegar odmierzał mi czas. Czułem, że wystarczyłby jeden impuls — krótki błysk gniewu — a mógłbym zrobić coś nieodwracalnego. Zaciskałem więc dłonie, aż ból przypominał mi, że jeszcze panuję nad sobą.

Rozdział 2

Sławek

Pierwszy raz przyszły do mnie, gdy młodsza z Jaworskich miała pięć lat, a druga osiem. Małe, głośne gówniarki. Wiedziałem, że to złe, bo nie patrzyłem na nie jak na dzieci, tylko widziałem w nich już przyszłe kobiety. Zwłaszcza jedna była urocza. Jak mała kotka. Dwa brązowe warkoczyki, które wesoło podskakiwały na jej plecach, przewiązane czerwonymi kokardami, pucołowata buzia i biała sukienka przyprawiały mnie o szybsze bicie serca.

Trafiły tu przypadkiem, ich dom znajdował się po drugiej stronie gęstych drzew. Znałem tę okolicę jak własną kieszeń. Od sześciu lat mieszkałem sam w domu po rodzicach i wiedziałem, gdzie są ścieżki, którymi można się zgubić, a które są dziecinnie proste. Ta prowadząca do mnie była jedną z mniej uczęszczanych.

— Zgubiłyście się? — zapytałem i spojrzałem na nie, kiedy dotarły pod bramę.

Młodsza z nich pociągnęła mocno nosem i ręką wytarła spływającą z niego wydzielinę. Z domu dochodził zapach farby; malowałem od świtu do nocy, byleby tylko zająć czymś głowę.

— Chyba tak. A co pan robi?

— Maluję. Gdzie wasi rodzice?

— Zostali w domku. Widziałyśmy sarenkę! Tu była, nie, Iga? — Mniejsza pokazała palcem jakiś punkt za sobą.

Ach, więc to był powód, dla którego pojawiły się w głębi lasu.

— No tak. Sarenki są bardzo płochliwe, trzeba się mocno natrudzić, żeby je dogonić. Jak masz na imię?

— Pola. A to moja siostra Iga.

— Bardzo ładnie. Długo tu zostaniecie?

— Dwa tygodnie — odpowiedziała starsza.

— To pana las? — Tym razem pytanie młodszej, z długimi warkoczami, wprawiło mnie w rozbawienie. Uśmiechnąłem się.

Obie trzymały się za ręce, jakby były nierozłączne. Poczułem straszny ścisk w żołądku, kiedy moje myśli powędrowały w niechcianym kierunku. Dwa zagubione cukiereczki. Skupiłem uwagę na włosach młodszej. Były długie, sięgały niemal do połowy pleców; wyobraziłem sobie, jak mogłyby wyglądać, kiedy owinąłbym je sobie wokół ręki. Albo kiedy opadałyby jej na ramiona, podczas gdy ja całowałbym te małe usteczka. Jak smakowała? Czy miałaby problem z tym, żeby dać mi soczystego całusa? Kazałbym jej ćwiczyć, aż doszłaby do perfekcji.

Przeniosłem wzrok na starszą. Na twarzy miała rumieńce, włosy były krótsze i zdecydowanie mniej atrakcyjne dla mnie. W jej oczach dostrzegłem zniecierpliwienie. Aż tak bardzo im się spieszyło? Och, dlaczego?

Wciągnąłem mocno powietrze. Wczasowiczów zawsze przyjeżdżało sporo, ale nigdy żaden z nich nie znalazł się bez powodu pod moim domem. Na co dzień było tu cicho — wioska obok jeziora to ledwie garstka mieszkańców. Dlatego przeniosłem się w te okolice, bo chciałem uciec od głupich, natrętnych myśli; zaszyć się między drzewami, żeby nic mnie nie kusiło, ani nikt, tymczasem one same tu przyszły. Stały przede mną, obie w krótkich sukienkach, obie zagubione.

— Chcecie soku? — To pytanie samo wymknęło mi się z ust.

Skarciłem się w duchu, że to zaproponowałem, i błagałem w myślach, by jednak odmówiły. By starsza z nich powtórzyła formułkę, którą przekazują rodzice na temat kontaktów z obcymi ludźmi, że nie powinno się z nimi rozmawiać, ani tym bardziej czegokolwiek od nich brać. Powinny jak najszybciej stąd pójść.

— Tak, pić! — Młodsza klasnęła w dłonie i usiadła na małym pniaku, który służył mi do rąbania drewna.

Kiedy spojrzałem w jej radosną twarz, tętno natychmiast mi przyspieszyło. Powtarzałem sobie w duchu, że wszystko mam pod kontrolą, że to tylko dzieci, które zboczyły ze ścieżki, i nie mogę myśleć o nich w ten sposób. Odetchnąłem głęboko i wróciłem do domu. Wyjąłem z lodówki sok pomarańczowy i nalałem do dwóch plastikowych kubków, a następnie zaniosłem im. Patrzyłem, jak jedna i druga łapczywie piją, i zaciskałem pięści, że coś takiego musiało mnie rozstroić. Przecież nigdy nikogo nie skrzywdziłem, to tylko głupie myśli w głowie; myśli, które sprawiały, że jednocześnie czułem się pobudzony i byłem wściekły na siebie.

Czasem próbowałem tłumaczyć się tym, że jest wielu ludzi podobnych do mnie. Albo że w innych krajach tak zwany wiek przyzwolenia na czynności seksualne był zdecydowanie niższy. Kiedyś już dwunastoletnie dziewczynki mogły uprawiać seks, więc po co to było zmieniać? Czym niby różniły się tamte dzieci od współczesnych? Niczym. Poza tym to tylko jakaś dziwna, sztucznie wyznaczona granica, można by ją lekko nagiąć. Przecież to sama przyjemność dla obu stron.

— Nie widzę naszego domku. Chcę do mamy. Iga, chodźmy! — Młodsza zaczęła nagle ocierać łzy.

— Jest niedaleko. Za tymi drzewami, koło jeziora, prawda? Odprowadzę was.

Znów głęboki wdech. Z jednej strony wiedziałem, że muszę trzymać się na dystans, z drugiej to całe napięcie przeszywało mnie na wskroś. Przypomniałem sobie wszystkie sceny, które miałem w głowie, gdy leżałem samotnie w łóżku. Wszystkie rozmowy z takimi facetami jak ja. Z tymi, których nazywają zbokami i pedofilami. Logowałem się na jednym ze znanych mi czatów w darknecie, oczywiście bez ujawniania swojej tożsamości. Tłumaczyłem sobie, że wchodzę tam tylko po to, by odszukać ludzi, którzy naprawdę krzywdzą dziewczynki, nawrzucać im, jakbym robił to samemu sobie, ale zwykle kończyło się tak, że wdawałem się w chore rozmowy. Najbardziej lubiłem, kiedy pisaliśmy wulgarnie właśnie o nieletnich albo kiedy traktowaliśmy je jak dorosłe. A one się temu poddawały w naszych fantazjach.

Po tym, jak się zaspokoiłem, wylogowywałem się stamtąd i wymiotowałem w łazience, dopóki miałem czym. Wytrzymywałem bez tego środowiska tygodniami, a potem to całe napięcie stawało się nie do wytrzymania i znów wchodziłem na erotyczny portal, byleby tylko sobie ulżyć. Ale nigdy… nigdy nie dotknąłem nikogo w realnym świecie. Byłem czysty chociaż w ten sposób. Tymczasem teraz jakiś głos w głowie podpowiadał mi te wszystkie okrutne rzeczy.

Zrób to, porwij je, zabierz do siebie!Taka okazja się nie powtórzy!Las jest duży, a one bezbronne.

Potarłem skroń.

— Dość! — powiedziałem głośno, a one spojrzały na mnie zdziwione. — Przepraszam, po prostu strasznie boli mnie głowa. Wypiłyście? Pora wracać do rodziców, na pewno się martwią.

Przytaknęły od razu. Zabrałem telefon z parapetu, zamknąłem dom i wskazałem im kierunek. Gdyby tylko wiedziały, co się kryło w zakamarkach mojego umysłu, to nigdy by ze mną nie poszły. Młodsza trzymała starszą za rękę, choć tamta próbowała się teraz wyrwać. Mimo wszystko obie wydawały się radosne. Mijały minuty, podczas których próbowałem przypomnieć sobie, jaki był cel przeprowadzki tutaj. Poprawa. Zmiana myślenia. Odseparowanie się od pokus.

Kiedy doszliśmy na skraj lasu, dostrzegłem domek.

— To tu, prawda? — zapytałem, a one tylko przytaknęły i od razu pobiegły dalej.

— Mama! Mama!

Już miałem zawrócić, kiedy usłyszałem kobiecy głos. Matka dziewczynek wołała mnie z daleka i machała do mnie ręką. Cholera. Nie chciałem tego robić. Nie miałem ochoty na bezsensowny small talk. Buzował we mnie tylko gniew na to, że spuściła je z oczu, że dotarły do mnie, do jedynej osoby, z którą nie powinny rozmawiać. Co z niej za matka?

Podszedłem bliżej. Kobieta miała ciemne włosy, zupełnie jak dziewczynki, i grubą warstwę pudru na twarzy. Zadarty nos przy dużych okularach przeciwsłonecznych wyglądał śmiesznie. Skupiłem uwagę na bliźnie pod szyją, nadawała jej charakteru.

— Dzień dobry — powiedziałem, choć mogła być w moim wieku albo niewiele starsza.

Młodsza z dziewczynek wskoczyła jej na ręce i przytuliła się mocno. Króciutka sukienka lekko się podwinęła, a ja spuściłem wzrok, byleby tylko nie patrzeć na coś, co mogło uruchomić lawinę złych myśli, choć kątem oka i tak zdążyłem zauważyć kształtny pośladek i różowe majtki. Zacząłem się intensywnie pocić, a serce przyspieszyło na widok odsłoniętego fragmentu dziecięcego ciała.

— Zgubiły się. Podobno pobiegły za sarenką. Mieszkam po drugiej stronie drzew, dotarły aż tam, więc je odprowadziłem — wyjaśniłem spokojnie. — Może trzeba je bardziej pilnować, tu jednak bywa niebezpiecznie. Las, jezioro… — Chciałem dodać, że jednym z tych niebezpieczeństw jestem ja, ale powstrzymałem się. Ta uwaga miała na celu wymuszenie na kobiecie staranniejszej opieki.

— Jasne. To moja wina, zagapiłam się w telefon i pozwoliłam im odejść. Dziękuję panu bardzo. — Posłała mi elegancki uśmiech, ale miałem wrażenie, że nie przejęła się tym zbytnio.

— Na długo przyjechaliście? — Musiałem potwierdzić wersję tej młodej.

— Właściwie to na dwa tygodnie, ale planujemy tu przyjeżdżać w każde wakacje. Kupiliśmy ten domek.

Przełknąłem ślinę. Każde wakacje? Co roku? Czternaście długich dni z nimi w pobliżu. Czternaście pierdolonych nocy, kiedy będę miał świadomość, że małe są tuż obok. Że wystarczy je zwabić. Zwłaszcza Polę i… Nie. Musiałem przestać się nakręcać.

— A ten fajny pan dał nam sok pomarańczowy — usłyszałem szczebiotliwy głos.

— To bardzo miło z pana strony. Jestem Alina. — Kobieta wyciągnęła do mnie rękę.

— Sławek.

— I śmierdziało tam farbą. — Mała dalej paplała, co ślina na język przyniesie.

— Pola… — upomniała ją delikatnie matka.

— Nie szkodzi. To prawda, zapach był intensywny. Muszę wracać do domu. Zostawiłem narzędzia i rzeczywiście powinienem dokończyć malowanie.

Uśmiechnąłem się sztucznie. Nie było sensu dalej przedłużać tej rozmowy. Obróciłem się i ruszyłem w swoją stronę. Kiedy zniknęli mi z pola widzenia, rzuciłem się do biegu. Miałem nadzieję, że wysiłek fizyczny sprawi, że przestanę myśleć o tym wszystkim. Że wyleczy mnie z zakażenia i zrobi ze mną coś, co pozwoli mi poczuć ulgę. Ale gdy tylko dotarłem do domu, to wróciło. Koło pniaka zobaczyłem coś niebieskiego. Mały breloczek z imieniem dziewczynki. Musiał odpaść z jej torebki. Wziąłem go do ręki i schowałem do kieszeni. Mrowienie między łopatkami i w podbrzuszu nie pozwalało mi racjonalnie myśleć.

Nienawidziłem siebie za te odczucia. Nienawidziłem tego potwora, którego nosiłem w sobie. Czasem był daleko, pozwalał mi zwyczajnie żyć. Wychodzić na spotkania, pracować, nawet umawiać się z dziewczynami, ale czasem znajdował się tuż obok mnie i szeptał podłe rzeczy. Przecież mogłem umówić się z piętnastolatką, legalną zdobyczą (która w sumie i tak byłaby dla mnie zbyt młoda, obiektywnie na to patrząc), ale to kilkuletnie dziewczynki miały wszystko, czego pragnąłem. Skórę bez skazy, śnieżnobiałe zęby, bez żadnych dziur albo z minimalnymi ubytkami, i wiele innych zalet. Delikatne loczki, które nie były zniszczone prostowaniem albo — co gorsza — farbą. Wszystko naturalne. Cudowne.

Nie wspominałem o tym nikomu. Rodzice nie dowiedzieli się, kogo wychowali, psychologom nie wierzyłem, bo jeśli powiedziałbym im o swoich skłonnościach, który z nich chciałby ze mną rozmawiać? A psychiatrzy? Czy istniały leki na skłonności pedofilskie? Bzdura. Takich ludzi się nienawidziło, karało i przeklinało w myślach. Nie było cudownego leku. Ale musiałem trzymać to podłe zwierzę na smyczy. Tłumaczyłem sobie, że póki nie dotknąłem żadnego dziecka, jestem po prostu człowiekiem z chorymi fantazjami. Jednak funkcjonowanie z nimi robiło się coraz trudniejsze. Coraz trudniej było mi wymyślać nowe sposoby na odegnanie tych myśli.

Usiadłem na łóżku i wyciągnąłem spod niego butelkę niedokończonej wódki. Zasłoniłem rolety i upiłem z gwinta parę łyków. Bałem się siebie. Jaka była szansa, że je jeszcze spotkam? Duża. Nie powinny się więcej zgubić, matka na pewno będzie ich pilnowała. Ale jeśli nie, to nie wiem, czy mógłbym za siebie ręczyć.

„Fajny pan dał nam sok” — przetwarzałem w głowie te słodkie słowa.

Nie byłem fajnym panem; byłem zbokiem, który chciał, żeby przyjemne rzeczy zdarzały się tylko jemu. Biegałem za dopaminą, za zastrzykiem cholernej trucizny w postaci malutkich rączek i soczystych ust.

A teraz miałem wrażenie, jakby po kilku latach abstynencji ktoś kusił mnie najlepszym alkoholem świata. Czułem się jak narkoman. Jak zboczeniec, który powinien ukrywać się przed światem. Na samą myśl, że spotkam te małe ponownie, zrobiło mi się niedobrze, a zaraz potem poczułem ekscytację i strach. A co, jeśli moje fantazje się zmaterializują, co, jeśli ktoś pozna moją tajemnicę? Muszę chronić ją przed światem. Przed samym sobą. Nikt nie może się dowiedzieć, że myślę o molestowaniu dzieci.

Upiłem kolejny łyk, kiedy rozdzwonił się telefon. Na wyświetlaczu zobaczyłem słowo „mama”. Odchrząknąłem lekko i odebrałem. Chciałem być znów tym małym chłopcem, którego umysł nie jest zatruty; przytulić się do niej i opowiedzieć, jak minął mi dzień. Chciałem wrócić do przeszłości, bo może przeoczyłem coś, co sprawiło, że teraz mój świat wyglądał tak beznadziejnie. Mama długo się nie odzywała. Po drugiej stronie słychać było tylko ciche wzdychanie. Wreszcie wyrzuciła z siebie szybko:

— Ojciec nie żyje. Miał zawał. Mógłbyś przyjechać jutro?

A potem rozpłakała się na dobre. Tymczasem ja zamiast żalu poczułem coś na kształt ulgi. Ojciec nigdy nie był mi zbyt bliski. Nie umiałem wykrzesać z siebie niczego, co w choć niewielkim stopniu przypominałoby rozpacz. Czułem tylko jakiś dziwny ciężar na piersi, delikatne ukłucie smutku, że człowiek, który był z nami zawsze, odszedł… I wstyd, że gdzieś pod tym wszystkim pojawił się właśnie spokój.

Wstałem z łóżka, zrobiłem kilka kroków po pokoju, a potem opadłem ciężko na krzesło przy stole. Przez chwilę wpatrywałem się w pęknięcie na ścianie. Zauważyłem je pierwszy raz kilka miesięcy temu, kiedy wróciłem ze spotkania z klientem. Wtedy też miałem ochotę coś rozwalić. Przesunąłem palcem po pęknięciu. Było chłodne, chropowate. Prawdziwe. W przeciwieństwie do mnie.

Zawsze myślałem, że ludzie w takich chwilach coś czują; rozpacz, żal, może nawet gniew. Że to przychodzi naturalnie, bez żadnego wysiłku. A ja siedziałem tu, z butelką w ręce, i próbowałem zmusić się do jakiejkolwiek reakcji. Jak aktor, który zapomniał swojej roli. „Ojciec nie żyje”. Powtórzyłem w myślach te słowa jeszcze raz, wolniej, jakby to miało coś zmienić. Jakby ich znaczenie mogło w końcu przebić się przez tę grubą warstwę obojętności. Nic. Westchnąłem ciężko i odchyliłem głowę do tyłu. Krzesło skrzypnęło cicho. Przez chwilę miałem wrażenie, że jeśli zamknę oczy, to wszystko się rozpuści: telefon, rozmowa, moje natrętne myśli, całe to napięcie. Że obudzę się rano i wszystko będzie takie jak wcześniej. Ale wiedziałem, że to nieprawda. Zacisnąłem dłonie na kolanach. Nie chodziło już tylko o ojca. Chodziło o to, że nie mogłem dłużej udawać, że mam nad tym kontrolę. Że to jedynie myśli, które przychodzą i odchodzą. One nie odchodziły. Wracały. Coraz częściej, coraz śmielej.

Podniosłem się nagle, jakby coś mnie poparzyło. Butelka stuknęła o blat. Zacząłem znów chodzić po pokoju, od ściany do ściany. Zatrzymałem się przy oknie, ale nie odsłoniłem rolet. Nie chciałem widzieć świata na zewnątrz. Nie chciałem, żeby świat zobaczył mnie. Jutro pojadę do domu. Powiem matce to, co trzeba powiedzieć. Uścisnę jej dłoń, może przytulę. Będę kimś, kim powinienem być. Synem. A potem… Potem nie wiem.

— Synku, jesteś tam jeszcze?

— Tak, przepraszam. Po prostu to dla mnie szok. Przyjadę jutro rano, dziś trochę wypiłem. Trzymasz się jakoś?

— Niezbyt. Sławek, zostałeś mi tylko ty, już nikogo nie mam na tym świecie. Jesteśmy we dwoje. — Zaczęła coraz mocniej płakać i niczego więcej nie zdołała z siebie wydusić.

Nie chciałem, żeby była smutna, więc jeszcze raz zapewniłem, że przyjadę, jak tylko będę mógł. Kiedy odłożyłem telefon, ogarnęła mnie złość na siebie. Na to, że mój mózg potrafił wygenerować te ohydne myśli, że śmierć ojca na swój sposób uratowała mnie przed byciem tutaj. Zupełnie jakbym był wadliwie skonstruowany. W takich chwilach miałem ochotę coś zniszczyć — rzucić jakimś przedmiotem w ścianę, uderzyć pięścią w drzewo, krzyczeć, aż zedrę sobie gardło. Nie chciałem być potworem z internetowych wiadomości, nie chciałem być ostrzeżeniem w telewizji i wreszcie nie chciałem, żeby ktokolwiek kiedykolwiek poczuł się przeze mnie zagrożony. Najgorsze były myśli: „A jeśli kiedyś stracę kontrolę? Co wtedy się stanie?”. One były jak szept. Cichy, uporczywy. Nie wierzyłem im, ale one wracały. Każde odejście od nich było moim małym zwycięstwem. Nikt go nie widział, nikt go nie nagradzał. Ale ja wiedziałem, że właśnie na tym polegała moja walka — na tym, żeby codziennie wybierać, kim chcę być. I nie ulegać diabelskiej pokusie. Trzymałem się tego, jakby to była jedyna rzecz, która nie pozwalała mi utonąć. Nigdy już nie pozbyłbym się tej plamy na życiorysie.