Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
77 osób interesuje się tą książką
ON: Popularny autor bestsellerowych romansów, który potrafi uwieść każdego czytelnika. W zaciszu mazurskiego domu pisze jednak zupełnie inny, mroczny scenariusz.
ONA: Kobieta, która dla miłości rzuciła krakowską karierę, a dziś na odludziu uczy się maskować sińce na nadgarstkach.
Wyprowadzka na mazurską wieś miała być dla Samanty początkiem wymarzonego życia. Choć w mediach społecznościowych dba wyłącznie o profesjonalny, idealny wizerunek pisarza, ich prywatna rzeczywistość szybko staje się klatką. Miejscowy listonosz jako jedyny dostrzega na ciele dziewczyny ślady, które budzą jego najgorsze przeczucia.
Kiedy Samanta znika, a Jacek tłumaczy to nagłym wyjazdem, w małej wiosce gęstnieje zmowa milczenia. Prawdziwy mrok skrywa się jednak w okolicznym lasku – to tam od dwudziestu lat czają się sekrety sąsiadów, które lada chwila mogą runąć na wszystkich z siłą lawiny.
Sytuacja staje się jeszcze bardziej napięta, gdy na tym odciętym od świata odludziu niespodziewanie pojawia się ktoś z zewnątrz. Czy ta nowa, nieświadoma zagrożenia osoba zdoła przejrzeć sieć lokalnych kłamstw, zanim sama wpadnie w śmiertelną pułapkę?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 344
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Mika Modrzyńska, 2026
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Redaktorka prowadząca: Joanna Zalewska
Marketing i promocja: Karolina Guzik
Redakcja: Patryk Białczak
Korekta: Magdalena Białek, Sandra Popławska
Projekt okładki i strony tytułowe: Mariusz Banachowicz
Projekt okładki został przygotowany z wykorzystaniem elementów graficznych wygenerowanych przez narzędzia AI.
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68952-33-9
CZWARTA STRONA
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
www.czwartastrona.pl
Umiera tak szybko, że nie zdąży nawet krzyknąć.
Traci równowagę na szczycie schodów. Odruchowo próbuje zacisnąć dłoń na poręczy – której nie ma – i postawić stopę na stopniu niżej, ale w niego nie trafia. Podobno w chwili śmierci ludzie widzą całe swoje życie, które przewija się jak film, ale tym razem tak nie jest.
Widzi swojego mordercę – a potem nie ma przed oczami już nic.
Chwilę później zderza się ze stopniami ponownie, a jako pierwsze twardej powierzchni dotykają bark i przedramię. Trwa to niedługo, bo niesione siłą pędu ciało odbija się i leci dalej. Czuje eksplodujący ból, gdy ląduje na boku, potem obrywa w biodro i znowu ramię. Te schody wcale nie są długie, ale wydaje jej się, że spada w nieskończoność. Zatrzymuje się dopiero na trzecim stopniu od końca, kiedy kark gwałtownie wbija się w nieotynkowaną ścianę. Słyszy chrupnięcie gdzieś z tyłu głowy i wie, że to już koniec.
Bierze swój ostatni wdech i umiera.
Rolka #158120 tys. wyświetleń2654 polubienia120 komentarzyLokalizacja: Chcę Ciebie
Na ekranie młody, przystojny mężczyzna o mocnej szczęce i szerokich plecach. Ma na sobie koszulę w czerwoną kratę, z rękawami podwiniętymi na umięśnionych ramionach. Za nim widać metalowy stelaż traktora, w którego kabinie siedzi. W tle szarobrązowe, puste pole. Mężczyzna trzyma w dłoni książkę brzegiem do kamery, w taki sposób, żeby nie było widać jej tytułu.
– Ten romans zmienił moje życie – mówi z zapałem. – Czytałem go do piątej nad ranem, śmiałem się i płakałem, i nie mogłem go odłożyć. Łyknąłem go w jedną noc i wiem, że wy też tak zrobicie. Nie znajdziecie lepszego enemies to… Co tam miało być?
Odpowiada mu kobiecy głos zza kamery:
– To lovers.
– Nie znajdziecie lepszego enemies to lovers!
Borys
Za wioską nagle robi się cicho, jakby wszyscy pomarli.
Borys od dwóch lat jest miejscowym listonoszem i wie, że do południa na drodze za Rogożem panuje niezmienny spokój. Od czasu do czasu poboczem przejdzie głupi Franek z domu pod lasem, innym razem wpadnie na niego staruszek mieszkający przy głównej drodze z jednym ze swoich wielkich, dziwnych pakunków, ale poza tym w okolicy nic się nie dzieje. Nie ma dzieci, które trzeba odprowadzać do szkoły, a jedyną osobą wychodzącą rano do pracy jest młody Smarzek, zatrudniony w magazynie za Działdowem.
Borys lubi ten kawał drogi między polami, bo nikt mu się tu nie przygląda. Wrzuca listy do skrzynek, robi swoje i jedzie dalej. Nie to co w Rogożu. Po tym, co odwalił kilka lat temu, ludzie wciąż się na niego gapią, jakby miał im coś zrobić. Ale co właściwie? Ukraść ich listy? Śmieszne. To był jeden głupi błąd, w dodatku popełniony tak dawno temu, ale na wsi wszyscy wszystko wiedzą. Kierownik poczty załatwił mu tę pracę po znajomości, a od jej utraty dzieli go tylko jedna skarga.
Ale żadnej do tej pory nie było – już on tego pilnuje.
Tutaj jest inaczej. Nikt się na niego nie gapi, nikt się nim nie interesuje. Waldemar, staruszek z domu przy głównej drodze, zawsze przystaje, żeby z nim porozmawiać. Głupi Franek krzyczy głośno, że dzień dobry. Od niedawna w domu młodego Smarzka mieszka urocza, młoda kobieta, jego nowa partnerka. Paczki przychodzą do Samanty Woźnickiej – śmieszne imię, które bardzo się Borysowi podoba. Samanta szybko wpasowała się w ten krajobraz, jakby od zawsze była jego częścią.
Po plecach Borysa przebiega dreszcz niepokoju.
Nie potrafi wyjaśnić czemu, ale coś z tą kobietą jest nie tak. Borys nikomu o tym nie mówi, ale czasem tak ma, że czuje w kościach nadchodzące kłopoty. Czuł je, gdy jego znajomy zaproponował mu…
Nie, to teraz nieważne.
Z tą całą Samantą też mu się wydaje, że coś jest nie tak. Nie umie wyjaśnić, skąd to wrażenie – nie ma tego zresztą z kim omówić. Tylko to dziwne uczucie. Może samo przejdzie.
Borys jedzie drogą gruntową w małym, niezgrabnym samochodzie wypełnionym przesyłkami. Wszystko przebiega w codziennym porządku. Jak zwykle o tej porze mija głupiego Franka, który w ciągu dnia wędruje między domem a wioską i zaczepia każdego, kogo spotyka, bo nic innego nie ma do roboty.
– Dzień dobry, dzień dobry! – woła Franek.
Borys odmachuje mu dłonią zza kierownicy i zwalnia, żeby nie stało się nic złego. Droga tutaj jest wąska, pobocze dziurawe i liche, a samochód pocztowy za stary, by mu ufać.
A Borys nie może sobie pozwolić na żaden błąd.
Jeszcze przez pół roku nie.
***
Do drzwi młodego Smarzka dzwoni łokciem, bo karton utrudnia mu swobodne ruchy. Z tymi paczkami też jest coś na rzeczy, choć Borys nawet nie próbuje zgadywać. Przychodzą regularnie i są zawsze ciężkie, jakby wypchane kamieniami. Z początku myślał, że Samanta robi zakupy przez internet. Waldemar wspomniał mu kiedyś, że jest miastowa, a miastowe tak mają, ale Borys doskonale wiedział, ile ważą zakupy z internetu – z ubraniami, kosmetykami i niepotrzebnymi bibelotami do domu. Niewiele. Większość tego to chińskie śmieci, które przychodzą trzy razy mniejsze, niż się wydawały na ekranie, w maleńkich, wypełnionych powietrzem paczkach.
Ale te paczki są ciężkie.
Oczywiście on się nie wychyla, nie jego sprawa, co robi Samanta. On nie chce wiedzieć nic więcej ponad to, co zauważa przypadkowo w trakcie pracy i na co nie ma wpływu. Dlatego gdy drzwi się otwierają, ledwie unosi wzrok znad przesyłki.
– Dzień dobry! Paczuszka dla pani.
Kobieta stojąca w progu jest koło trzydziestki. Krótkie, mysie włosy sięgają jej ramion. Na sobie ma różową sukienkę przed kolano. Nie, nie sukienkę, poprawia się w myślach Borys. Różowy fartuch. Samanta rozchyla usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk.
Borys unika jej wzroku, bo przecież nie od tego jest, żeby się gapić.
– Tu proszę – mamrocze z oczami wbitymi w tablet. – I podpis.
Kobieta wciąż nic nie odpowiada. Unosi drżącą rękę, a wtedy Borys dostrzega siniaki na jej skórze, tuż nad nadgarstkiem. Ślady są bladosine, ledwie widoczne i listonosz nie zauważyłby ich w ogóle, gdyby nie musiał podać jej tabletu.
Samanta składa podpis i wyciąga ręce po paczkę.
– Mogę wnieść – oferuje Borys, bo czuje, że coś jest nie tak. Nie chce się interesować niczym więcej, to nie jego sprawa, ale zwykła ludzka przyzwoitość wymaga, żeby zaproponował.
Kobieta potrząsa głową, bierze od niego karton i natychmiast ugina się pod jego ciężarem. Dopiero wtedy z jej ust wypada ochrypłe, niemal szorstkie:
– Dziękuję.
Zamyka drzwi przed Borysem, który jeszcze przez chwilę stoi na wycieraczce. Jak nic widział te cholerne siniaki na przedramieniu. Wcale nie chciał, ale je zobaczył. Zastanawia się, czy powinien coś zrobić. Nie chce. Nie od tego zresztą jest listonosz, żeby się mieszać w cudze sprawy, prawda?
On przecież tylko rozwozi paczki.
Borys unosi rękę, żeby ponownie zapukać, ale wciąż się waha. Błyskawicznie znajduje kolejne argumenty, by odwieść samego siebie od tego pomysłu. Nie powinien mieszać się w życie tej kobiety. Nie musi tego robić. To w ogóle nie jest jego interes. Zresztą może mu się tylko przywidziało. Sień w domu Smarzka jest ciemna, a sińce na przedramieniu nie były wielkie. Wystarczyło, żeby cień dziwnie padł na jej rękę. Kobieta mogła też nabić je sobie sama. Może wpadła na drzwi albo użyła młotka pierwszy raz w życiu. Wypadki się zdarzają.
I gdyby Samanta potrzebowała pomocy, dałaby mu przecież znać.
Z pewnością by to zrobiła.
To w końcu dorosła kobieta.
Borys opuszcza dłoń i odchodzi. Wsiada do samochodu, sprawdza, dokąd ma się udać dalej, i ostatni raz rzuca okiem na budynek, przed którym zaparkował. Dom Smarzków jest stary i z bliska widać kruszący się tynk na elewacji. Smarzek może nie potrafi jej samodzielnie uszykować, a może nie ma pieniędzy na takie wydatki. Borys kojarzy, że jest magazynierem, a nie brzmi to jak robota przyszłego milionera.
Budynek jest też duży, piętrowy – taki, jak budowało się trzydzieści lat temu, z miejscem na młodsze pokolenie. W środku musi się znajdować przynajmniej pięć pomieszczeń. Borys zastanawia się, jak się żyje we dwójkę w takiej przestrzeni. On ma swoje mieszkanko w Działdowie, piętnaście kilometrów stąd, i nie zamieniłby go na samodzielną chatę. Nigdy. Może nie zawsze było mu po drodze z ludźmi, ale nie mieści mu się w głowie, żeby żyć tak daleko od nich.
Co, gdyby ktoś potrzebował pomocy?
Co, jeśli teraz ta kobieta potrzebuje pomocy?
Borys zerka na kolejną paczkę, którą ma dzisiaj dostarczyć, i do głowy przychodzi mu rozwiązanie jego problemu.
Porozmawia o tym wszystkim z Waldemarem.
***
Waldemar mieszka z żoną przy głównej drodze w malutkim parterowym domku, na dole tego samego wzgórza co Smarzek. Borys dzwoni do drzwi z niewielką paczką w dłoni. Otwiera mu staruszek i przytrzymuje klamkę przy sobie, jakby coś ukrywał.
– Dobry, dobry! To dla mnie?
Borys się wita i podsuwa mu tablet do podpisu, nie próbując zaglądać do środka. Waldemar nic nie ukrywa, wszyscy wiedzą o jego żonie.
Staruszek dobiega siedemdziesiątki. Całe życie pracował na roli – jak większość mieszkańców tej okolicy – a teraz żyje z emerytury. Po latach pracy fizycznej jest przygarbiony i skurczony, a stawy w dłoniach ma brzydko powykręcane.
– Ach, doskonale. To dla mojej Jadzi. Na rocznicę – opowiada Waldemar. – Widzi pan, jak teraz jest łatwo? W sklepie powiedziałem, czego chcę, i oni mi to zamówili i wysłali. Co za czasy.
Borys wyrozumiale kiwa głową. Dla wielu ludzi jest coś wyjątkowego w starzeniu się razem, coś, co budzi cichą tęsknotę. Jakby przeżycie z kimś większości życia samo w sobie miało wielką wartość. On nigdy nie patrzył na to w ten sposób. Jest czterdziestoletnim rozwodnikiem i wie, że jego szansa na złote gody przepadła bezpowrotnie, ale nie czuje z tego powodu żalu. Mimo to słucha Waldemara.
– Wygodne czasy, tak panu powiem – odpowiada Borys.
– Za wygodne, ot co – zgadza się staruszek, bo jest już w wieku, gdy zyskuje się umiejętność narzekania na wszystko, także na rzeczy dobre i piękne.
– To która to rocznica?
– Czterdziesta. A zleciało! Sam nie wiem kiedy.
– Szmat czasu.
– Sam się dziwię.
– Ale że żona z panem tyle wytrzymała…
Waldemar nieruchomieje i przez krótki moment, może ułamek sekundy, szeroko otwiera oczy, jakby ze złością. Nie, to nie złość, to z pewnością tylko zaskoczenie. Staruszek zanosi się głośnym, długim, może nawet trochę wymuszonym śmiechem. Borys nie uważa się za tak zabawnego, ale wie, jak to bywa ze starszymi ludźmi, których każda interakcja z drugim człowiekiem nadmiernie cieszy.
To też z pewnością tylko przesadny entuzjazm.
– Ma pan chwilę na herbatę? – Waldemar uchyla drzwi szerzej.
– Chciałbym, ale nie tym razem. Mam pół powiatu do obskoczenia. Tylko zapytać muszę: pan coś może wie o tej nowej kobiecie Jacka?
Staruszek przechyla głowę.
– O Samancie? Co z nią?
Borys się zastanawia, jak można dyplomatycznie zapytać drugiego człowieka, czy jego sąsiad leje sąsiadkę. Nic mu nie przychodzi do głowy, więc ostatecznie decyduje się na mało zobowiązujące:
– Czy wszystko u nich dobrze?
Nie wie, jak podejść do tematu. Nigdy nie miał wprawy w słowach. Jego była żona, Anka, też tego nienawidziła – kiedy przychodziła pora na poważną rozmowę, musiała mówić za nich oboje. Ale on po prostu nie umiał inaczej.
No a potem Borys zrobił to, co zrobił, a Anka nie została, by wysłuchać wyjaśnień.
Może to i lepiej, bo nie mógłby jej ich podać.
Waldemar rozchyla usta, ukazując żółte zęby, zapewne starą protezę.
– Wszystko dobrze? – powtarza. – Nie wiem, chyba dobrze, a jak ma być?
– Oni tam długo razem siedzą?
Waldemar klepie się po brzuchu i kręci głową.
– Panie Borysie, ja pana nie podejrzewałem o chętkę na ploteczki! To może jednak zdąży pan na tę herbatkę, co? Ja zaraz zaparzę, posiedzimy sobie, pogadamy. Jadziunia śpi, nie będzie nam przeszkadzać.
Listonosz uśmiecha się z zakłopotaniem.
– To nie to. Zaszedłem tam i może mi się wydawało, ale Samanta chyba miała siniaki na ręku. Nie wiem. Myślałem, że może wy tutaj będziecie wiedzieli, czy tam coś się dzieje.
– A co ma się dziać?
Borys zaciska usta. Nie przyszedł tutaj, żeby kogokolwiek oskarżać, i nie chce robić sobie pod górkę, ale staruszek jak na złość nie może się domyślić, o co mu chodzi.
– Nie wiem, o to właśnie pytam. Dobrze im się z Jackiem układa? – dociska.
Waldemar wreszcie rozumie. Na jego policzki wstępuje rumieniec, a staruszek zaperza się tak, że przez moment nie jest w stanie nic wykrztusić.
– C-co, że… że Jacek by ją lał? Bzdura.
Borys niepewnie kiwa głową i nagle żałuje, że próbował się czegoś dowiedzieć. To zupełnie nie tak miało wyglądać. Nie chciał nikogo zdenerwować ani zwrócić uwagi na siebie i swoje wścibstwo. Ma nauczkę, by się nie interesować cudzymi sprawami.
– Przepraszam, nie chciałem nikogo urazić. To ja już będę…
Robi krok do tyłu, ale staruszek nie przerywa:
– Ja bym wiedział – dodaje szybko. – Jacek nie jest z takich. To dobry chłopak. Pan wie, że on pisarzem? Pisze romanse, prawdziwe książki, czytelniczki go uwielbiają. Taki jest popularny. Taki człowiek nie bije swojej kobiety, to niemożliwe.
Borys uśmiecha się krzywo, bo nie ma tyle wiary w ludzkość, co Waldemar. Za dużo w życiu widział. Ale staruszek mieszka z Jackiem po sąsiedzku, więc pewnie wie lepiej.
W takich małych społecznościach zawsze się wie.
– A ten siniak to sobie pewnie sama zrobiła – ciągnie. – Ona taka dziwna jest. Miastowa. Spaceruje po polu, jakby to było nie wiem co. Nie każdy siniak musi zrazu znaczyć, że dzieje się krzywda.
– To prawda, prawda – zgadza się Borys.
Wycofuje się na ścieżkę przed domem, a Waldemar wychodzi za nim na ganek. Listonosz nie wie, czy staruszek chce ciągnąć tę rozmowę z samotności, czy aż tak zależy mu na wyjaśnieniu sytuacji Samanty.
– Ja bym tam był ostrożny z takimi posądami – kończy dobitnie.
Borys kiwa głową.
– Dlatego wolałem zapytać pana, zamiast robić problemy – wyjaśnia i pośpiesznie zmienia temat: – I mówi pan, że Jacek jest pisarzem? No proszę, ale się chłopakowi udało.
To by wyjaśniało ciężar przesyłek. Kilkadziesiąt książek w jednym kartonie waży swoje. Nie ma co prawda pojęcia, czemu przychodzą tak regularnie, bo po co pisarzowi jego własne książki? Ale to nieistotne. Borys i tak już czuje wyrzuty sumienia z powodu swojego wścibstwa, nie będzie drążył tego tematu. Nie powinien się interesować.
– Popularnym pisarzem – dodaje znacząco staruszek.
– Myślałem, że on w Działdowie na magazynie robi.
Staruszek odprowadza Borysa do bramki energicznym krokiem, a Borys dotrzymuje mu tempa. Ma poczucie, że przesadził, i chce tylko zakończyć tę rozmowę.
Waldemar wzdycha ciężko.
– No, robi – potwierdza. – Ja tam nie wiem czemu. Wiem tylko, co mi Jacek powiedział.
Borys kiwa głową.
– Oczywiście.
– Więc nie trzeba się martwić. Nic złego się nie dzieje.
Borys żegna się ze staruszkiem i wsiada do samochodu. Rozmowa z Waldemarem trochę go uspokoiła. Może nie sam jej ton, bo staruszek zapewniał go o niewinności Jacka nerwowo, jakby chodziło o jego własny honor, ale Borys decyduje się mu zaufać. Wie, jak działają społeczności na wsi. W tak małych miejscowościach niewiele można ukryć przed sąsiadami.
Gdyby z Samantą działo się coś złego, inni już by o tym wiedzieli.
Mężczyzna uruchamia silnik i opuszcza zakątek za wioską z ciężkim sercem. Powinien czuć się uspokojony. Zareagował odpowiednio, zweryfikował swoje podejrzenia i być może zasiał ziarno wątpliwości u Waldemara, który od tej chwili będzie miał dom Smarzka na oku.
Tak na wszelki wypadek, gdyby jednak coś tam się działo.
Ale z pewnością się nie dzieje.
