Złoty smok z Itru - Małgorzata Lisińska - ebook

Złoty smok z Itru ebook

Gosia Lisińska

0,0

Opis

Nie ma istoty piękniejszej nad złotego smoka z Itru. Ten konkretny smok zwykł wykorzystywać swój urok w wyjątkowo niegrzeczny sposób, który skończyłby się dla niego bardzo, ale to bardzo źle, gdyby nie pewna krasnoludka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 38

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Złoty smok z Itru

Syreni ogon połyskiwał w słońcu, odbijając promienie przy każdym, najmniejszym nawet ruchu, zupełnie jakby był pokryty diamentami albo lustrzanymi drobinkami. Beneria przekrzywiła głowę. Zmrużyła kolejny raz oczy, znów oślepiona blaskiem i wreszcie skrzywiła się niemiłosiernie.

– To prawdziwe, czyście ino się odziali w jakie złotogłowie, coby mnie z nóg zwaliło? – zapytała złośliwie, wskazując syreni ogon. – Bo jak to drugie, to wybaczcie, ale nogi durne, to i nie pojęły, że ugiąć się trza.

Syrena odrzuciła złote włosy i spojrzała na dziewczynę z wyższością. Ogon drgnął, ponownie skrząc się setkami świateł, ale jego właścicielka milczała.

– To może se pomacam, bo wiecie, taki cud natury się mnie drugi raz może nie trafić – skonstatowała filozoficznie krasnoludka i zrobiła ruch w kierunku siedzącej na skale Colinery.

Osiągnęła tym zamierzony cel, bo syrena szarpnęła się gwałtownie. Strzepnęła z ogona ostatnią kroplę wody, a wraz z nią jednym, błyskawicznym ruchem łuski. Na moment wyścieliły wodę u podnóża skały, niczym połyskliwy dywan, odbijający słońce feerią barw, by zaraz zniknąć. Nie zatonęły, po prostu rozpłynęły się jak piana na falach.

Colinera tymczasem rozprostowała długie nogi, a potem wstała i powoli zeszła ze skały. Kiedy jej stopy dotknęły wody, Beneria odruchowo wstrzymała oddech. Zawsze sądziła, że syreny nie mają władzy nad przemianą, czekała więc na powrót łusek. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Fale na płyciźnie łagodnie obmywały nogi syreny, póki ta nie wyszła z morza, uważnie stąpając po suchych kamieniach na brzegu. Stanęła przed krasnoludką, naga i piękna, jak tylko piękne mogą być syreny, i spojrzała na dziewczynę z góry.

– Użyłaś magicznej muszli – warknęła, mrużąc powieki. Nawet nie próbowała ukrywać gniewu. Beneria gapiła się zafascynowana. Jak to, cholera, mogło być, że kiedy ona się złości, wygląda jak borsuk, co to go ogary wypatrzyły wśród sitowia, więc musiał spieprzać, nie bacząc na okolicę, a kiedy toto zgrzyta zębami, wciąż jest takie gładkie i śliczniutkie?

– Ano wzięłam i dmuchnęłam w muszelkę – potaknęła wreszcie dziewczyna, bo Colinera z wolna zaczynała przypominać kogoś, komu cierpliwość jest kompletnie obca.

– Zauważyłam. Zmusiłaś mnie do wyjścia z głębin.

– Niby tak to miało być, nie? Ja dmucham, wy wyłazicie i spełniacie jedno moje życzenie. Tak, co nie? – Uśmiechnęła się krzywo Beneria, świadoma narastającej irytacji wodnej pani. Ostatecznie krasnoludkę też nie przywiodła nad morze miłość do fal, ni tęsknota za skrzelami, jeno straszliwa wściekłość.

– Pokrótce. Czego w takim razie chcesz, dobra kobieto?

– Tego, co jest moje, a wyście se zatrzymali – odpowiedziała lekko Beneria, chociaż sam dźwięk tych słów przypomniał, po co przyszła do Colinery i gniew targnął dziewczyną.

– A jesteś pewna, że to twoje?

Krasnoludka zgrzytnęła zębami i zrobiła krok ku syrenie. Ta zaś cofnęła się nieco wystraszona, bo dziewczyna miała morderczy wyraz twarzy.

– Jakbyście magii syreniej nie użyli – syknęła Beneria przez zaciśnięte zęby – to byście i pytania takiego zadać nie mogli. W muszle dmuchnęłam, więc oddawajcie bez gadania!

Syrena uśmiechnęła się złośliwie i odrzuciła złote włosy na plecy.

– Niekompletna ta twoja edukacja, krasnoludzka kobieto. Nikt ci nie powiedział, że będę musiała spełnić życzenie… wtedy i tylko wtedy, gdy ty spełnisz moje?

Zaskoczona Beneria zagapiła się na Colinerę.

– Znaczy…

– To magia wiążąca, moja droga. – Piękność wygięła wzgardliwie usta. – Nie oddam ci… tego, co nazywasz swoim dopóty, dopóki ty nie spełnisz mojego życzenia. Proste i eleganckie, prawda?

Dziewczyna zamrugała. Przez chwilę patrzyła jeszcze, niedowierzając, a potem zacisnęła usta, wzięła się pod boki i postąpiła ku wodnej pani.

– Dawajcie no to życzenie, cholera – warknęła wściekle. – Już ja je wam spełnię!

***

Starożytny smok z królewskiego rodu z Itru, obrawszy ludzką formę, siedział na ławeczce przed gospodą i gapił się w gwiazdy. Skrzące się na granacie nieba drobiny przypominały mu o dylemacie moralnym, z którym właśnie się zmagał. I nie, nie była nim owa słodka dziewuszka, która czekała na niego w niewielkiej izbie na pięterku gospody. Bo i niby dlaczego miałaby być? Że miała nie więcej niż siedemnaście wiosen i – tego smok był absolutnie pewien – wciąż była nietknięta? Każda przecież kiedyś była, a potem nadchodził taki moment i taki mężczyzna, że dziewczyna być nietknięta przestawała. Dlaczegóż nie miałby to być ten moment i ten konkretny mężczyzna… smok, Yhkredtherdurhe Anhe Hredhertgherre, dla przyjaciół Yh, skoro panna tak bardzo nalegała? Sama przecież przyszła. I prawie błagała. Nieładnie dziewczęciu odmawiać. Toż serca musiałby nie mieć, żeby powiedzieć nie takiej cudnej, miłej panience, co to właśnie jemu wianuszek chciała oddać, prawda?

Toteż nie burmistrzówna była powodem dylematów moralnych Yha. Właściwie, gdyby nie ówże powód, już dawno spełniłby prośbę panienki, rozdziewiczył, usatysfakcjonował… i to pewnie kilka razy.