49,00 zł
8 lipca 1709 roku na przedpolach ukraińskiego miasta Połtawy rozegrała się krwawa bitwa. Starły się tam dwie potężne armie ówczesnej Europy: rosyjska pod wodzą Piotra Wielkiego oraz szwedzka dowodzona przez Karola XII. Znakomite dzieło literatury historycznej, które w fascynujący sposób przybliża jedno z najważniejszych starć zmieniających układ sił politycznych w Europie Wschodniej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 517
PETER ENGLUND
Tytuł oryginału: Peter Englund,
POLTAVA Berättelsen om en armés undergâng
Tłumaczenie: Wojciech Łygaś
Redakcja: Andrzej Ryba
Rysunek na okładce: © Jarosław Wróbel
Skład: Dąbrowski dtp
Korekta: Aniela Łajkowska
Oryginalna wersja niniejszej książki wydana została przez Atlantis, Stockholm.
All rights reserved
Copyright © Peter Englund / Bokförlaget Atlantis, Stockholm 2000
Copyright © for Polish edition by „Finna”
Książka dofinansowana przez Svenska Institutet
ISBN 978-83-62913-57-2
Wydanie I
Gdańsk 2003
Oficyna Wydawnicza FINNA
80-768 Gdańsk, ul. Dziewanowskiego 5/6
tel. (+48) 603 892 042
e-mail: finna@finna.com.pl
Skład wersji elektronicznej:
Virtualo Sp. z o.o.
Książkę tę poświęcam zwykłemu żołnierzowi piechoty – Erichowi Mânemu, który należał do piątego plutonu kompanii gminy Hundra, regimentu Uppland. Jego żoną była Karin Matsdotter Erich zmarł po tym, jak wczesnym rankiem 28 czerwca 1709 r trafiony został w pierś kulą armatnią. Jego ciało nadal leży tam, gdzie padł od kuli, pogrzebane na polu, w odległości czterech kilometrów na północny zachód od ukraińskiego miasta Połtawa.
Połtawa jest tym dla Rosjan, czym dla nas Grunwald. Co roku rzesze wycieczek szkolnych odwiedzają pole, na którym narodziła się potęga Rosji Piotra I.
To tam niewątpliwie miała miejsce jedna z tych bitew, które zmieniły obraz Europy. Zamknęła ona pewną epokę – okres potęgi Szwecji. To tu, na ukraińskich polach Szwecja, jak pisze autor, „zeszła ze sceny Europy i zasiadła na widowni”. Nigdy później Szwedzi nie osiągnęli takiego znaczenia w świecie, jak w okresie poprzedzającym Połtawę. No, może za wyjątkiem lat, w których zdobywali oni mistrzostwo świata w hokeju, pokonując między innymi Rosjan. Ale to już jest raczej punkt widzenia miłośników tej dyscypliny sportowej, do której niżej podpisany się zalicza. Jednocześnie to właśnie pod Połtawą narodzi się nowe, tak znaczące dla Europy miasto – Petersburg. Otwiera się bowiem dla Rosjan handel przez Bałtyk, a ich oknem na świat stanie się miasto nad Newą.
Polski czytelnik po raz pierwszy będzie miał okazję zapoznać się z tak szczegółowym opisem bitwy połtawskiej. Opisał ją Szwed, a więc człowiek, który niewątpliwie jest emocjonalnie związany z jedną ze stron. Trzeba jednak przyznać, ze zrobił to w sposób naprawdę obiektywny. Jak przystało na Szweda, chłodno analizuje błędy popełnione w bitwie zarówno przez jedną, jak i drugą stronę, przytacza okrucieństwo zarówno Szwedów, jak i Rosjan. Gdybym chciał określić jednym słowem to, co stało się pod Połtawą, użyłbym jednego tylko słowa: rzeź. Procent zabitych po obu stronach był bowiem jednym z najwyższych w historii wojen na przestrzeni wieków! Nie bez przyczyny zamieszczony więc został w książce obraz Wereszczagina – Apoteoza Wojny. A może Rosjanin, malując go, miał na myśli właśnie Połtawę?
To, co trzeba przyznać autorowi, to to, że z bezimiennego tłumu potrafił wyłowić poszczególne jednostki, zarówno te z korpusu oficerskiego, jak i zwykłych, prostych żołnierzy i przybliżyć nam ich sylwetki. Dzięki temu bitwa nie jawi się nam jako starcie anonimowej masy ludzi, tworzącej jedynie statystyczne liczby. Poznajemy konkretnych uczestników zdarzeń, ich osobiste dramaty i rozterki, ich walkę o życie, ale też i o honor.
Autor kapitalnie przybliża nam też panujące w tej epoce normy zachowań podczas walki. Z jednej strony nierzadki jest zwyczaj zapraszania się oficerów obu stron na posiłki w trakcie np. oblężenia, z drugiej – niebranie jeńców i wycinanie przeciwnika w pień w czasie bitwy również było praktykowane i respektowane bez żadnych pretensji ze strony nieprzyjaciela! Okazuje się, że tak słynna scena uśmiercenia Azji Tuhajbejowicza u Sienkiewicza nie była wcale fikcją czy też rzadkością w ówczesnych czasach. Zresztą bardzo realistyczny opis wbicia na pal oraz innych zwyczajowo stosowanych w tamtych czasach kar sprawia, że podczas lektury tej książki często „włos staje nam dęba”! Autor nie szczędzi nam okrutnych szczegółów bitwy. Mistrzowskie pióro Englunda sprawia, że mamy wrażenie, jakbyśmy byli naocznymi obserwatorami bitwy. Jego dbałość o szczegóły, a także żywa relacja sprawia, że odnosimy wrażenie jakoby autor relacjonował nam tę bitwę na żywo, tak jak mecz piłkarski!
Englund nie zadawala się jednak tylko szczegółowym opisem bitwy. Stara się także dociec przyczyn konfliktu, podkreślając miedzy innymi wagę czynnika ekonomicznego wojen. Według niego jest on praprzyczyną wszystkich konfliktów. Nie bez słuszności, przedstawia nam tezę, że w tamtych czasach wojna stwarzała jedyną drogę do szybkiego awansu społecznego i bogactwa. Nadania ziem można było bowiem wtedy otrzymać tylko z nowych, zdobytych terytoriów, a grabież mienia przeciwnika przynosiła niebagatelne dochody. Stąd tak wielki procent ochotników w armii szwedzkiej, dla których wojna była jedyną szansą poprawienia bytu sobie i swojej rodziny. Nie była więc ona wcale postrzegana jako zło, a wręcz przeciwnie, przez wiele lat był to sposób na życie dla wielu Szwedów.
Poitawa zamyka historię trzech – niezależnych od siebie, a jednak tworzących pewną całość – ksiąg, traktujących o okresie świetności Szwedów. Część druga, Niezwyciężony, którego główną tematyką jest szwedzki „potop” oraz postać króla Karola X Gustawa, ukaże się jeszcze w tym roku, część pierwsza natomiast – Lata wojen – opisująca, w jaki sposób Szwecja z biednego, peryferyjnego państwa stała się potęgą w Europie – prawdopodobnie w roku przyszłym.
Peter Englund urodził się w 1957 roku w Norbotten w północnej Szwecji. Na Uniwersytecie w Uppsali studiował archeologię, filozofię i historię, z której się doktoryzował. Od 2002 roku jest członkiem Akademii Szwedzkiej. Tego zaszczytu dostępują tylko nieliczni, naprawdę wybitni w swojej dziedzinie ludzie. Z jakim polskim autorem można by go porównać? Myślę, że jest kimś z kręgu Jasienicy i Łysiaka, a więc pisarzy-popularyzatorów historii. Może dlatego dzieła Szweda sprzedają się w jego kraju w nakładzie 200 tys. egzemplarzy i są tłumaczone na wiele języków.
Chciałbym gorąco podziękować tłumaczowi książki, Wojciechowi Łygasiowi, absolwentowi Skandynawistyki Uniwersytetu Gdańskiego za to, że zdołał namówić mnie do wydania tej książki i za jego tytaniczną pracę, dzięki czemu udało nam się wydać Poitawę w stosunkowo krótkim czasie. Dziękuje Rafałowi Kleczewskiemu za konsultację merytoryczną książki. Dziękuję też Svenska Institutet za dofinansowanie jej wydania.
Wszystkich wielbicieli dobrej książki historycznej zapraszam więc na prawdziwą czytelniczą ucztę. Prześledźmy przebieg tej dramatycznej bitwy wraz z Englundem, który jak kiedyś Szwedzi orężem, dziś zdobywa Europę swoim piórem…
Andrzej Ryba
Gdyby to było możliwe, to oddalibyśmy władzę w ręce sprawiedliwości. Ale władza nie pozwala kierować sobą tak, jak nam się to podoba, bo ma charakter namacalny. W przeciwieństwie do niej, sprawiedliwość jest czymś duchowym, czymś, co kontrolujemy według naszego uznania. Dlatego sprawiedliwość złożono w ręce władzy i dlatego to, co widzimy, zmuszeni jesteśmy nazywać sprawiedliwością. Władza stoi nad sprawiedliwością, bo to ona tworzy prawo.
Pamięć to zadziwiająca rzecz. Długo po tym, jak katastrofa osiągnęła swój tragiczny finał, przed swą śmiercią w niewoli, ciągle bardzo wyraźnie pamiętał on ten epizod z gronostajem.
Zdarzyło się to trzeciego dnia, w pełni lata, w czasie duchoty, w miejscu gdzie nie można było znaleźć skrawka cienia. Siny z wycieńczenia, zły i wymęczony biegunką oraz długotrwałą spiekotą, szukał chłodnego miejsca, aby uciąć sobie drzemkę. Ktoś usłyszał jego skargi, ulitował się nad żałośnie wyglądającym człowiekiem i ustawił zaimprowizowaną osłonę przeciwko słońcu. Obok niewielkiego wozu zaczepiono płaszcz na drzewcach wziętych ze sztandarów. Pełen wdzięczności zrzucił z siebie pas i płaszcz wojskowy, który wraz z kapeluszem posłużył mu za poduszkę. Na ziemi ułożył kilka innych ubrań.
Leżał tak tylko przez kilka chwil, kiedy nagle poczuł coś nieprzyjemnego; coś poruszyło się pod jego głową. Przestraszony podniósł się szybko, bo przecież mógł to być jakiś wąż albo inna niebezpieczna gadzina. Jednak kontrola zawiniątka składającego się z kapelusza i płaszcza nie dała rezultatu. Żołnierz doszedł do wniosku, że to on sam się poruszył i ponownie ułożył się na ziemi. Minęła krótka chwila, gdy znowu poczuł jakiś ruch, tym razem silniejszy niż poprzednio. Podskoczył w górę i powoli uchylił poły płaszcza, a tam, z wnętrza kapelusza, wystawała głowa gronostaja, która szybko zniknęła w środku. Żołnierz chwycił za poły kapelusza w taki sposób, że gronostaj nie mógł się już z niego wydostać. Zawołał kilka osób, które stały w pobliżu i pokazał im schwytane żywe zwierzę. Ktoś założył grubą rękawicę i chwycił szamoczącego się biedaka. Wszyscy przyglądali się z zaciekawieniem.
Przyszła mu do głowy pewna myśl: oni też, tak jak ten gronostaj, byli więźniami. Tak samo jak to zwierzę, trzymane w uścisku, znaleźli się w pułapce. Powiedział, żeby wypuścili gronostaja; skierował swe myśli i marzenia ku Bogu: tak jak to zwierzę odzyskało wolność bez szkody na ciele, tak on prosi, aby i oni wszyscy, jakimś cudownym sposobem mogli bez szwanku opuścić to miejsce.
Tego roku wydarzyło się wiele rzeczy. Była to naj surowsza zima, jakiej nie pamiętali najstarsi ludzie, a we Francji głód zbierał obfite żniwo. W Anglii człowiek o nazwisku Richard Steele zaczął wydawać czasopismo znane później jako „The Tatler”, we Włoszech rozpoczęto prace wykopaliskowe w starożytnym Herkulanum. Niedaleko wybrzeża Chile pewien statek zabrał na pokład rozbitka – Alexandra Selkirka. Na jednej z wysp archipelagu Juan Fernandez spędził on cztery lata w samotności; jego przeżycia stały się kanwą powieści pt. Robinson Crusoe. Afgańczycy w Khandaharze zbuntowali się przeciwko Persom, w Japonii zaś władzę objął nowy, spragniony reform szogun – Ienobu Tokugawa. A gdzieś w Rosji jakiś człowiek wypuścił na wolność schwytanego wcześniej gronostaja, z nadzieją, że oddali to zbliżającą się katastrofę. Człowiek ten nie wiedział jeszcze, że to on sam był tym, który w ciągu nadchodzącej doby miał do tej katastrofy doprowadzić.
Sporo lat minie, nim nadejdą wielkie czasy
Gdy Wschód, wsparty mocą księżyca,
Zdobędzie łup wspaniały w 1700 roku
I zbliży róg Północy do swych granic.
Daleko od swego kraju
Król pewien przegra bitwę
Jego świta umyka
W blasku złotego sierpa księżyca
Nostradamus, Przepowiednie, 1555
Wojna szalała już od dziewięciu długich lat, a ci, którzy umieli odczytywać znaki, wiedzieli, że zbliża się decydująca chwila, że być może nadejdzie ona za kilka dni. Była niedziela. Wokół szarego, ukraińskiego miasteczka Połtawa stały, przyglądając się sobie wzajemnie, dwie duże armie: szwedzka i rosyjska. Były jak dwie dzikie bestie, zastygłe w bezruchu w bliskiej odległości od siebie, gotowe do skoku. Armia rosyjska powoli, krok za krokiem, zbliżała się do oblężonego przez Szwedów miasteczka. Rosyjskie oddziały znajdowały się już koło wsi Jakowce, w odległości 5 kilometrów od miasta. Szwedzcy zwiadowcy z bliska przyglądali się, jak Rosjanie pracują nad umocnieniem swego nowego obozu. Ale i w szwedzkim obozie przygotowywano się do decydującego starcia. Oddziały, które porozrzucane były po całej okolicy, zgromadzone teraz zostały w pobliżu Połtawy i czekały w gotowości. Zupełnie jak dwoje dzikich zwierząt, stojących z wyprostowanymi ogonami, gotowych do walki z przeciwnikiem. Nie wiadomo było tylko, kto zada pierwszy wściekły cios.
Obie armie zbliżały się do siebie coraz bardziej w ciągu ostatniego tygodnia. Gorące dni tego lata pełne były bitew i potyczek. Przez cały czas dochodziło do starć prowokowanych przez Rosjan. Ten dzień, 27 czerwca 1709 r., nie był jakimś wyjątkowym dniem. Wczesnym rankiem obóz szwedzki rozbrzmiewał okrzykami na alarm. Oto bowiem kilka szwadronów rosyjskiej jazdy przedarło się przez zewnętrzną linię szwedzkich straży, zabiło kilku żołnierzy i przedostało się prawie do samego środka obozu, zanim ich stamtąd nie przepędzono. Sytuacja szybko wróciła do normy. Była to druga niedziela po dniu św. Trójcy, więc około godziny dziewiątej odbyło się nabożeństwo.
W armii szwedzkiej panowała surowa dyscyplina kościelna. Każdego ranka i wieczora odbywała się modlitwa, a każdej niedzieli i w dni świąteczne msza święta. Wszystkie te ceremonie miały duże znaczenie i rezygnowano z nich tylko w wyjątkowych wypadkach. Mimo, że zima tego roku była niezwykle chłodna, czego efektem były odmrożone kończyny i zamarznięte ciała, modlitwa odbywała się codziennie pod gołym niebem.
Tego dnia król Karol XII uczestniczył w nabożeństwie dla swej gwardii przybocznej. Prowadził ją 37-letni kapelan batalionu, Andreas Westerman. Był to jego piąty rok w armii. Powołano go do służby pod szwedzkim sztandarem w 1705 r., sześć miesięcy po ślubie. W czasie tego krótkiego półrocza, spędzonego w namiotach wojskowych, jego żona oraz syn zmarli i Westerman został sam na tym świecie. Tego ranka modlitwę dla klęczących na ziemi gwardzistów prowadził on, uczony mąż. Kiedyś doktoryzował się, a jego praca doktorska nosiła tytuł De Adiaphoria in bello, vulgo neutralitate. Wojna zmusiła go do zanurzenia się w brudnej okrutnej rzeczywistości; musiał zapomnieć o naukowych rozprawach, uroczystościach akademickich i innych miłych składnikach życia na uczelni. Rok wcześniej, pod Hołowczynem, chodził po bagnie i rozdawał komunię krzyczącym w agonii żołnierzom. Zimą z wielkim trudem zmusił się do odwiedzenia szpitala polowego, pełnego umierających, pozbawionych kończyn żołnierzy, smrodu i brudu.
Westerman i jego koledzy byli ważnym trybikiem w królewskiej machinie wojennej. Pocieszali umierających i zmęczonych. Nadzorowali tryb życia żołnierzy i stali na straży przestrzegania wszystkich rytuałów religijnych. Ludzi tych można zrozumieć dopiero wtedy, kiedy pamięta się, że byli oni chrześcijanami, że religia była nieodłącznym składnikiem w kształtowaniu się ich stosunku do świata. Ateizm w tamtych czasach praktycznie nie istniał. Nie można było sobie wyobrazić świata bez Boga. Swiat był ciemny i zimny, a człowiek mały i nagi, skazany przez swoją niedoskonałość na łaskę bożą. Religia była ważnym czynnikiem, który pozwalał wpływać i kontrolować życie ludu, bez względu na to, czy chodziło o chłopów, czy zwykłych żołnierzy. W armii starano się wzmóc chęć żołnierzy do walki i tłumić ich strach poprzez narzucanie im sposobów myślenia umocowanych w religii, często o symbolice fatalistycznej. Oto przykład: atak na baterię nieprzyjacielskiej artylerii zawsze był krwawym przedsięwzięciem ze względu na dużą częstotliwość, z jaką oddawano salwy. Nakłaniano więc żołnierzy, aby nie starali się schodzić z linii strzału, szukając osłony. Przeciwnie: mieli iść wyprostowani, z podniesioną głową i pamiętać, że „żadna kula nie trafia człowieka, jeśli nie dzieje się to z woli bożej, bez względu na to, czy się idzie prosto, czy w pozycji pochylonej”. Po każdej walce, z uwagi na dużą liczbę zabitych, oficerowie mieli przypominać żołnierzom, że stało się to z woli Pana. Dzięki temu można było oczekiwać, że każdy oddział będzie „mężnie i z ochotą” stawał do walki w kolejnej bitwie. Kapelani wojskowi, tacy jak Westerman, odgrywali dużą rolę w dyscyplinowaniu żołnierzy i budzeniu w nich woli walki. Byli strażnikami ciała i ducha. Ceremonie kościelne, między innymi w formie takich rannych nabożeństw, były elementem utrzymywania właściwego porządku. Żołnierze modlili się do Wszechmogącego, aby nauczył ich posłuszeństwa i wiary we władzę zwierzchnią, i aby „jak najlepiej wypełniali to, co w danej sytuacji rozkazali oficerowie”. Słudzy kościoła towarzyszyli żołnierzom na polu walki, aby opiekować się swoją trzódką i wspierać ją duchowo. Można wspomnieć wielu kapłanów, którzy stracili życie, kiedy – na przykład – starali się zawrócić uciekających przed ostrzałem żołnierzy.
Twarde życie religijne w armii staje się łatwiejsze do zrozumienia, kiedy uświadomimy sobie, że wszyscy ci ludzie byli święcie przekonani o tym, że Bóg miał duży wpływ na losy walki. W jednym z oddziałów piechoty powiedziano wyraźnie, że „ponieważ błogosławieństwo spływa wprost od wszechmogącego Boga, należy wielbić jego wielkie i święte imię”. Oznaczało to powinność stosowania się do zasad bożych.
Większość żołnierzy była święcie przekonana, że Bóg stoi po ich stronie. Dowodem na to miało być długie pasmo szwedzkich zwycięstw od czasu rozpoczęcia wojny przed dziesięciu laty. Ten, kto miał niezbyt skomplikowany umysł, mógł zauważyć, że błogosławieństwo boże dla armii szwedzkiej było nie tylko jakimś prostym kibicowaniem z trybun na niebiosach. Wprost przeciwnie. Uważano, że wiele odniesionych dotąd zwycięstw wzięło się z bezpośredniej inspiracji bożej. Kiedy statki z wojskiem dobijały do Zelandii, wzburzone morze uspokoiło się nagle na oczach króla; w czasie bitwy pod Narwą, Bóg zesłał zadymkę śnieżną, która pozwoliła na dokonanie niespodziewanego ataku, w najbardziej ku temu sposobnej chwili; także szczęśliwej przeprawie przez Dźwinę towarzyszyła Opatrzność, a w czasie bitwy pod Salader niebieskie moce spowodowały, że rosyjskie działa strzelały w niewłaściwym kierunku; podczas bitwy pod Fraustadt ponownie śnieg rozstrzygnął o losach walki, sypiąc prosto w oczy nieprzyjaciela, a potem, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przestał padać kiedy szwedzkim oddziałom udało się przełamać linię obrony; także w zwycięstwach odniesionych nad Pyhajoggi i Wartą widziano palec boży.
Taki sposób myślenia, jak również wyciąganie pierwiastka boskiego z tego, co trudne było do wytłumaczenia albo wydawało się przypadkiem, stanowiło rzecz całkowicie naturalną dla człowieka epoki przedindustrialnej i było w pełni popierane przez najwyższe władze. Z kościelnych ambon, a także na polach bitewnych rozgłaszano, poprzez takich ludzi jak Westerman, że Szwedzi mieli Boga po swojej stronie; że byli jego narodem wybranym i narzędziem bożym. Nie było to tylko przedstawienie dla publiczności z górnych galerii, bo nawet sam król wierzył, że to prawda. Tak jak dzieci Izraela, tak i szwedzcy wojownicy zesłani zostali na ziemię po to, by karać odstępców od wiary i grzeszników. Tymi, których chciano wychłostać, byli niegodziwi, bezbożni władcy, prowadzący wojny bez konkretnego powodu. Aby znaleźć potwierdzenie takich teorii, nie wahano się nawet przed wykorzystywaniem kabalistycznych sztuczek słownych. Jeden z pastorów udowadniał któremuś z oddziałów, że Szwedzi byli współczesnymi Izraelitami, poprzez przestawienie liter w słowie ASSUR (była to nazwa Asyrii, odwiecznego wroga starożytnych Izraelitów), co dawało słowo RUSSA!
Taki właśnie chrześcijański pancerz nakładano szwedzkim żołnierzom. Miał on nie tylko skłonić ich do walki z większą werwą i wiarą, ale i uczynić z nich twardych wojowników. To właśnie ortodoksyjna nauka luterańska, która narzuciła całej Szwecji starotestamentowe zasady, była źródłem filozofii, którą wbijano żołnierzom do głowy. Kara i zemsta stały się motywem wiodącym we wszystkich przepowiedniach, a wśród klęczących żołnierzy krążył pogląd, że nie czas tu na miłosierdzie wobec wroga, bo przesłanie boże mówiło o karze. Żołnierzy zachęcano do palenia i mordowania w imię Wszechmogącego. Krwawe jatki, dokonywane przez Izraelitów w czasach starotestamentowych, stały się usprawiedliwieniem dla własnych mordów.
Teoria o pomocy bożej dla Szwedów zbudowana została na bazie prostych przesłanek, co było zarówno jej mocną, jak i słabą stroną. To, że Bóg był sojusznikiem Szwedów właśnie, łatwo było udowodnić dzięki zwycięstwom odnoszonym na polach bitewnych, bo przecież nie byłoby to możliwe bez Jego akceptacji. Rodziło się jednak pytanie, co stałoby się, gdyby pewnego dnia zamiast zwycięstwa przyszła porażka? Groziłoby to rozpadnięciem się całej teorii; okazałoby się, że miecz propagandy ma dwa ostrza i właśnie zwrócił się w przeciwną stronę. Bóg dałby tu naoczny dowód na to, że przeniósł swą opiekę na wroga. Co za straszna myśl! Byli już tacy, tego gorącego lata, którzy zaczynali zauważać, że nie wszystko było tak, jak powinno być. Takie zdarzenia jak sroga zima czy wielka odwilż postrzegano jako coś więcej, niż tylko zwykłe zjawiska meteorologiczne. Przeczuwano, że zbliża się czas kary dla Szwecji i jej mieszkańców. Czy to możliwe, że właśnie tego roku, w czerwcu, Bóg przestał już opiekować się swym wybranym narodem?
Westerman nie zdążył tego ranka dokończyć tradycyjnego nabożeństwa. W trakcie wygłaszanego kazania pojawili się nagle Kozacy. Nadjechali wśród krzyków oraz strzałów i dotarli na odległość kilkuset metrów od kwater szwedzkich. Część Kozaków zaporoskich – sprzymierzeńców króla szwedzkiego – ruszyło do ataku przeciwko natrętom. Udało się ich przepędzić bez większego problemu. Zdarzenie to nie było czymś niezwykłym – stanowiło typowy przykład wypadów, którymi Rosjanie dokuczali Szwedom. Nie pociągały one za sobą większych ofiar śmiertelnych ani strat materialnych, ale wpływały znacząco na morale żołnierzy szwedzkich. Tego typu utarczki zdarzały się prawie bez przerwy, dniem i nocą. Pozbawiały żołnierzy tak potrzebnego im spokoju i wypoczynku oraz zmuszały do prawie stałej gotowości bojowej, wysysając z oddziałów szwedzkich resztę sił. Dodać do tego należy niemiłosierny upał, którym od dłuższego czasu dotknięta była cała Ukraina. Niektórzy powiadali, że taki żar był rzeczą nienaturalną. Wielu żołnierzy armii szwedzkiej zaczęło wykazywać pierwsze oznaki wyczerpania.
Rosyjska pętla zaciskała się z godziny na godzinę. Prowokacyjne wypady skierowane w stronę szwedzkich posterunków nie ustawały i trwały przez resztę popołudnia. Na zalesionym wzgórzu, które ciągnęło się wzdłuż rzeki Worskli, znajdował się wysunięty zwiad konny; jego zadanie polegało na przeszkadzaniu rosyjskim patrolom, które coraz częściej pojawiały się w pobliżu. W tym właśnie miejscu doszło do małej potyczki, w której życie straciło trzech żołnierzy szwedzkich. Natychmiast dosłano posiłki: dwudziestu muszkieterów i sześciu jeźdźców.
Wiedziano, że szybkie przeciwdziałanie mogło dać wysuniętym strażom chwilę oddechu; zauważono to już w czasie drobnych sobotnich potyczek. Pododdział składający się z żołnierzy gwardii królewskiej, pod dowództwem kapitana von Polla, znajdował się za niewielkim wzgórzem, ukryty w zaroślach. Wystawiony był tym samym na ostrzał ze strony Kozaków, strzelających z dużej odległości. W ten sposób kule trafiły czterech konnych, jednego po drugim. Wtedy na posterunek skierował się jeden z oficerów najwyższego dowództwa, generał Adam Ludwig Lewenhaupt. Dwudziestu muszkieterów odkomenderowano pod dowództwo 18-letniego chorążego Malcolma Sinclaira i polecono mu podjąć próbę wciągnięcia Kozaków w zasadzkę.
Ten młody podoficer – w przeciwieństwie do swego przełożonego von Polla – przeżył wojnę, a jego udziałem stała się spektakularna kariera. Został posłem parlamentu szwedzkiego i członkiem tajnej komisji; w 1738 r. wysłano go do Turcji. Próbował tam pozyskać sułtana tureckiego do nowej wojny z Rosją, która czaiła się już na horyzoncie zdarzeń. W drodze powrotnej został zamordowany przez rosyjskiego żołnierza, który podążał za nim, aby wykraść tajne dokumenty. Czyn ten wywołał wielką burzę w Szwecji. Śmierć Sinclaira wykorzystano zręcznie w akcji propagandowej skierowanej przeciwko Rosji, m.in. w formie słynnej Pieśni o Sinclairze, składającej się z 90 zwrotek. Jego śmierć przyczyniła się do wybuchu nowej wojny z Rosją w 1741 r. Tak więc Sinclair przeżył jedną wojnę z Rosją, aby – paradoksalnie – wiele lat później poprzez swoją śmierć wywołać drugą.
Pododdział Sinclaira zaczaił się w miejscu, gdzie planowano zrobić zasadzkę, chowając się za zaroślami w zupełnej ciszy. Żołnierzom rozkazano, aby nie otwierali ognia, zanim Kozacy nie znajdą się w zasięgu szwedzkich karabinów. Lewenhaupt zebrał tymczasem mniejszy pododdział dragonów i skierował się w stronę Kozaków. Jednak ci unikali bezpośredniego starcia (Lewenhaupt dowiedział się później, że ich zadanie polegało na nieustannym zajmowaniu swoją obecnością żołnierzy szwedzkich, podczas gdy wysocy rangą oficerowie rosyjscy dokonywali rekonesansu okolicy). Szwedzi próbowali więc oszukać Kozaków, cofając się na ich widok, udając, że ogarnął ich nagły strach. Kiedy zobaczyli to Kozacy, nabrali odwagi i ruszyli galopem wśród głośnych okrzyków, spowici kłębami kurzu, unoszącego się spod końskich kopyt. Gdy Szwedzi ponownie zatrzymali się i zwrócili frontem w stronę wroga, Kozacy wstrzymali konie i zaczęli strzelać ze swej znienawidzonej przez Szwedów broni z odległości ponad dwustu metrów.
Byli oni w zasadzie dobrymi strzelcami i używali długich, gwintowanych karabinów, zwanych turczynkami. Z ich pomocą, mogli wstrzelić się w każdy punkt z dużo większej odległości, niż Szwedzi wyposażeni w proste gładkolufowe karabiny.
Kozackie pociski dosięgły koni i ludzi. Lewenhaupt i jego dragoni ponownie zaczęli się cofać, aby umożliwić Kozakom podjęcie pogoni. Pościg zamieniał się natychmiast w strzelaninę, kiedy tylko żołnierze szwedzcy zatrzymywali się na chwilę. W ten sposób bawiono się ze sobą przez pewien czas. W końcu udało się zapędzić Kozaków w zasadzkę tak, że znaleźli się w zasięgu szwedzkich karabinów. W mgnieniu oka ukryci dotąd żołnierze wyprostowali się. Rozległa się głośna salwa. Kozacy, zaskoczeni strzałami, wycofali się bez strat. Do końca dnia posterunek szwedzki nie był już jednak niepokojony.
W czasie tego zdarzenia szwedzki generał zauważył jednak coś, co napełniło go strachem i złością: oddana salwa nie uczyniła Kozakom żadnej krzywdy. Widział, jak kule wystrzelone ze szwedzkich karabinów uderzyły w ziemię, wznosząc fontanny kurzu w odległości około dwudziestu metrów za wylotami luf. Jeżeli reszta prochu była podobnej jakości, mogło to obniżyć siłę uderzeniową armii szwedzkiej. Było to bardzo niepokojącą prognozą w obliczu nadchodzącej bitwy. Lewenhaupt zameldował o tym w sobotę królowi Karolowi XII, ale ten mu nie uwierzył.
Teraz była już jednak niedziela, a w okolicach pory obiadowej rozpoczęły się kolejne ataki ze strony Rosjan. Trzy szwadrony rosyjskiej jazdy rozjechały się po szerokim pagórkowatym terenie, jaki rozpościerał się wokół wioski Rybcy. Ogrody wiejskie stanowiły północną granicę obozu szwedzkiego. Kiedy oddziały rosyjskie rozpoczęły ostrzał posterunków szwedzkich, kilka regimentów kawalerii otrzymało rozkaz „Na koń!”.
Do kontrataku ruszyła przednia straż z regimentu jazdy z Ostgota pod dowództwem 21 – letniego rotmistrza Axela Wachtmeistera. Również i tym razem udało się odpędzić natrętów po krótkim starciu. Straty były niewielkie, zabitych zostało trzech szwedzkich jeźdźców. Rany odniósł m.in. jeden z drabantów króla, Ebbe Ridderschantz. Ciężko ranił go odłamek szpady wbity w jego ciało. Ebbe został zaskoczony nagłym, rosyjskim atakiem, kiedy znajdował się w stepie z misją zwiadowczą. Rosyjski oddział zwiadowczy zaskoczył ich.
Ktoś dostrzegł, jak większa część generalicji rosyjskiej zgromadziła się w pobliżu wsi, aby z bliższej odległości obejrzeć pozycje szwedzkie. Niewiele później ponownie zauważono coś, co świadczyło o trwających przygotowaniach do bitwy.
Król wrócił już do sił po gorączce sprzed kilku dni, która była ubocznym skutkiem postrzału, jaki otrzymał w stopę 17 czerwca. Był młodym mężczyzną (w wieku 27 lat), z wysokim czołem, mocnym nosem, pełnymi wargami, o władczym spojrzeniu; królem z bożego namaszczenia, przyzwyczajonym do wydawania rozkazów i posłuszeństwa. Czuł się już na tyle dobrze, że samodzielnie, siedząc na noszach, obserwował rozmieszczanie posterunków na wzgórzu nad rzeką. Był to ten sam posterunek, który owego dnia znalazł się wcześniej pod ostrzałem, i który później został wzmocniony. Wbrew uprzednim rozkazom, król polecił, aby wycofać cały oddział, sądził bowiem, że nie jest on już dłużej potrzebny. Jeden z oficerów wyraził pogląd – nawiązując do rosyjskiego ataku – że rozkaz ten oznaczał, iż postanowiono w końcu przeciwstawić się „takim i podobnym zniewagom”. Oficer ów uważał, że teraz król pozwoli wojsku rozpocząć natarcie przeciwko wielkiej armii rosyjskiej, stojącej w gotowości w odległości kilku tysięcy metrów na północ. Przypuszczenie to było w pełni słuszne.
Armia szwedzka stała w sercu Ukrainy, tysiące kilometrów od ojczystego kraju. Jakież to tajemnicze siły doprowadziły do takiej sytuacji? Aby odpowiedzieć na tak postawione pytanie, musimy wiedzieć więcej o samej wojnie – którą w późniejszych czasach nazywano „wielką wojną północną” – a także o czynnikach, które doprowadziły do konfliktu i wiązały się z okresem potęgi szwedzkiej w Europie.
W momencie, o którym mówimy, tzw. „okres potęgi szwedzkiej” liczył sobie już ponad 150 lat. Fundamenty pod tę niezwykłą budowlę położono już w 1561 r. Upadek państwa Zakonu Krzyżackiego w 1525 r. doprowadził do powstania politycznej próżni w rejonie nadbałtyckim. Sytuację tę postanowiła wykorzystać Rosja, dokonując wypadu w stronę Bałtyku. Do gry dały się też wciągnąć Polska i Dania. Do Szwecji ze wszystkich stron kierowano prośby o pomoc. Z prośbą o wsparcie zwrócili się m.in. kupcy z Rewala, którym wielkie zyski przechodziły koło nosa, od kiedy lukratywny, rosyjski handel zaczął kierować się do Narwy, zajętej niewiele wcześniej przez Rosjan. Szwecja postanowiła więc przyłączyć się do walki o ten smaczny kąsek. Na początku lata 1561 r., oddziały szwedzkie pojawiły się w Rewalu. Mieszczanie i szlachta w trzech estońskich prowincjach zmuszeni zostali do uznania nad sobą zwierzchnictwa szwedzkiego. Pierwszy krok na drodze do opanowania Bałtyku został więc dokonany. Zapoczątkowało to długoletni pojedynek o panowanie nad północno-wschodnią Europą. Trwało to ponad pięćdziesiąt lat.
Skutkiem tego było wiele konfliktów i wojen. Większość z nich rozgrywało się między Szwecją, Danią, Polską i Rosją. Zwierano coraz to nowe układy pokojowe, ale nigdy nie trwały one zbyt długo. W Europie pojawił się bowiem zupełnie nowy rodzaj wojny. Wojna posiadająca kiedyś ograniczony zasięg, nabierała teraz charakteru szerszego konfliktu. Jedna wiązała się z drugą; stara wojna prowadziła w efekcie do nowej. Większość interwencji zbrojnych rozgrywających się na północy miała szczęśliwy przebieg dla korony szwedzkiej. Odcinano jeden kawałek ziemi po drugim, zawsze na niekorzyść krajów ościennych (głównie trzech, wspomnianych już wyżej, państw). W ten sposób, Szwecja przez całe stulecie trwała prawie nieprzerwanie w stanie permanentnej wojny.
W latach 1660-1661 Szwecja zawarła trzy ważne układy pokojowe: w Oliwie z Polską, w Kopenhadze z Danią i w Kardis z Rosją. Kończą one erę zaborczej dominacji szwedzkiej w Europie. Czasy wielkich wypraw wojennych minęły. Zdobycze, jakie udało się osiągnąć w ciągu tego całego okresu, były imponujące. Polska straciła Inflanty. Niemcom odebrano Pomorze Zachodnie, część Pomorza Meklemburskiego (Hinterpommern), jak również Wismar, Bremę i Werden. Dania utraciła Jamtland, Harjedalen, Halland, wyspy Gotlandię i Ozylię oraz prowincje Skanię, Blekinge i Bohuslan. Rosji odebrano prowincje Kexholm i Ingermanland, odcinając jej w ten sposób dostęp do Bałtyku. Teraz nadeszła faza konsolidacji państwa szwedzkiego w taki sposób, jak robi to boa dusiciel, który najpierw wchłania swoją ofiarę, a potem układa się wygodnie, aby w spokoju ją strawić. Przyszedł czas, aby umocnić i obronić wszystkie zdobycze. Trwało to aż do końca stulecia.
Nie da się zaprzeczyć, że w historii naszego kontynentu było to niezwykłe zjawisko. Jeszcze niedawno Szwecja była jałowym, nic nieznaczącym, słabo rozwiniętym krajem, leżącym na obrzeżach Europy; stopniowo zaczęła jednak wyłaniać się zza kulis ważnych wydarzeń, aby w końcu zacząć odgrywać czołową rolę na politycznej scenie kontynentu. Kraj stał się od razu potęgą najwyższej rangi. Jakie siły przyczyniły się do tak niezwykłych zmian? Pytanie to zadawało sobie oczywiście wielu historyków, a z biegiem czasu różne szkoły historyczne wrzucały swój kamyczek do tego ogródka.
Wcześniejsze osądy na ten temat wskazywały na cały szereg nietypowych zdarzeń, które w tamtym okresie wpływały na szwedzkie poczucie bezpieczeństwa, a które w efekcie wymuszały na Szwecji kolejne podboje. Chodziło tu przede wszystkim o różnego rodzaju rozgrywki polityczne poza granicami kraju. Zaczęła wzrastać potęga Rosji, rozsypywały się dawne układy w Inflantach i Kurlandii (spowodowane upadkiem Hanzy i Zakonu Krzyżackiego), swoją rolę polityczną odegrała też kontrreformacja, co dawało się odczuć nawet na Północy. Na dodatek trwała walka z Danią o dominację w Skandynawii. Według niektórych historyków szwedzkie przedsięwzięcia wojenne wynikały z niepokoju o bezpieczeństwo kraju w obliczu zagrożeń zewnętrznych. Budowano więc strefy buforowe na granicach z groźnymi sąsiadami, szukając w ten sposób możliwości stworzenia tzw. granic naturalnych.
Podobną opinię reprezentowali ci naukowcy, według których okres potęgi szwedzkiej był nie tyle wynikiem jej potencjału militarnego, co skutkiem słabości krajów z nią sąsiadujących. Wskazuje się przy tym na kilka sprzyjających okoliczności, które umożliwiły Szwedom tak szeroką ekspansję. Polska stopniowo stawała się słabsza i coraz bardziej rozbita. Rosja była osłabiona po krwawych rządach Iwana Groźnego; powstania ludowe i spory dynastyczne sparaliżowały cały kraj. W Niemczech panowało głębokie, osłabiające kraj rozbicie. Nawet w Danii sytuacja stawała się coraz gorsza. Wszystko to doprowadziło do tego, że słaba Szwecja dostała szansę na wzrost terytorialny, kosztem swoich sąsiadów.
Teorii tej przeciwstawia się inny zupełnie pogląd: ten mianowicie, że podstawą szwedzkich podbojów była przede wszystkim sytuacja gospodarcza. Korona szwedzka pragnęła stworzyć własny monopol na handel rosyjski i północnoeuropejski z Zachodem. Dążyła do pełnej nad nim kontroli, a także obłożenia go cłami. Pojawiła się taka szansa, kiedy upadł Zakon Krzyżacki. Szwecja i Polska (a w pewnym sensie także i Dania) rozpoczęły walkę o opanowanie tych – jakże dochodowych – dróg handlowych, podczas kiedy Rosja usiłowała uzyskać dostęp do Bałtyku, aby w ten sposób zapewnić sobie bezpośrednie kontakty z kupcami z Zachodniej Europy. Tego rodzaju dążenia ekonomiczne legły też u podstaw trwającej wielkiej wojny północnej.
Czwarty pogląd reprezentują ci historycy, którzy szukają wyjaśnienia dla ekspansji szwedzkiej w wewnętrznych stosunkach społecznych, panujących w kraju w tamtym okresie. Według nich, motorem tych działań była szwedzka arystokracja – klasa społeczna, która dzięki wojnie wzmacniała swą pozycję, bogacąc się kosztem szwedzkich chłopów i szlachty zagranicznej. Podboje były sposobem, za pomocą którego szwedzka szlachta mogła zdobyć poza granicami swego kraju to, czego nie mogła zyskać na jego terytorium. Chłopi stanowili już siłę, która mogła przeciwstawić się coraz dalej idącemu wyzyskowi, prowadzonemu przez państwo i arystokratów. W związku z tym, wojna zewnętrzna stawała się jakąś alternatywą wzbogacenia się. Panująca klasa zyskiwała coraz więcej na tym, że Szwecja prowadziła wojny i stawała się coraz potężniejsza. Dla każdego szlachcica rodziła się np. szansa na zrobienie szybkiej kariery. Podboje nazywano działaniem inspirowanym przez panów feudalnych, którym chodziło o powiększenie swych posiadłości wokół Morza Bałtyckiego. Wysuwa się też pogląd, że wewnętrzna logika prowadzenia wojen, a zwłaszcza sposób, w jaki je finansowano, prowadziła do wywoływania nowych konfliktów siłą własnego napędu. Kiedy jakieś państwo wystawiało armię gotową do wojny, chodziło o to, aby możliwie najszybciej wyprowadzić ją z własnego terytorium, opanować obce państwo i utrzymywać wojsko przy pomocy mniej lub bardziej wyszukanych metod grabieży. Posiadanie uzbrojonej armii w granicach własnego kraju oznaczało ni mniej, ni więcej, tylko gospodarczą katastrofę. Finansowanie wojny na sposób szwedzki skonstruowane było tak, że dopóki odnoszono zwycięstwa, panował pokój i szczęście; porażki od razu rozbijały w puch wszelkie kalkulacje, a brak wojny był prawdziwą katastrofą.
Jeżeli abstrahować od myśli o tym, że powodem wszystkiego jest Opatrzność Boża, można zgodzić się z tezą, że tego typu poglądy można ze sobą połączyć w jedną spójną całość. Zastrzeżenia, jakie się przy tej okazji wysuwa, są skutkiem pewnych niezgodności, które powstają, kiedy próbuje się coś wyjaśnić na bazie tylko jednego twierdzenia.
Teoria próżni – która próbuje wyjaśnić ekspansję w oparciu o słabość sąsiadów – jest właśnie tą teorią, która interesuje nas najmniej. Wyjaśnia być może, dlaczego podboje miały tak szeroki charakter, ale mówi właściwie niewiele o tym, dlaczego do nich doszło. Jeśli chodzi o teorię „ekonomiczną” (ekspansja jako metoda prowadząca do przejęcia kontroli nad handlem w regionie) – to jest wiele dowodów na to, że cele ekonomiczne rzeczywiście były bardzo ważne przy podejmowaniu decyzji. Okazuje się jednak, że nie były motorem wszystkich rozstrzygnięć o charakterze strategicznym. Rozważania o profilu polityczno-gospodarczym mogły również odgrywać pewną podrzędną rolę, w stosunku do posunięć o charakterze czysto politycznym.
W ciągu całego stulecia, w którym stopniowo budowano potęgę szwedzką, ważni decydenci stawiani byli często wobec licznych wyzwań i trudnych sytuacji. Czasami cele gospodarcze były motywem przewodnim dla podejmowanych działań; niekiedy chodziło o bezpieczeństwo kraju, niekiedy zaś o wszystko razem. Należy pamiętać o tym, że wyraźne oddzielenie celów politycznych od gospodarczych, w wielu przypadkach jest czystą abstrakcją. Sfery te były bowiem ze sobą ściśle powiązane. Chcąc zapewnić pokój w państwie, należało gotować się do interwencji zbrojnej. A przecież wraz z nowym typem wojny, który pojawił się w XVI stuleciu i pochłaniał ogromne nakłady, trzeba było zwiększyć i ciągle znajdywać nowe środki finansowe.
Bez wątpienia natomiast wewnętrzne stosunki panujące w Szwecji odgrywały wielką, aby nie powiedzieć decydującą rolę jako katalizator dla szeregu wojen i bezprecedensowej ekspansji.
Nie powinniśmy jednak wyobrażać sobie, że książęta i szlachta prowadzili wszystkie te wojny tylko dlatego, że byli głupi, źli albo i głupi, i źli. Zjawisko podbojów miało swe źródło w panujących stosunkach feudalnych. Wojna w owym czasie była po prostu najszybszą metodą na zapewnienie sobie wielkich zysków. Gospodarka zdominowana była, żeby nie użyć stwierdzenia „sparaliżowana”, przez słabo rozwinięte rolnictwo, gdzie produkcja była tak niska, że często ledwo dało się coś zebrać. Zdobycze terytorialne i wojenne stanowiły w tamtych czasach jedyny sposób na szybkie wzbogacenie się. Jest to pewnik, który odnosi się tak do państw, jak i do jednostek. Poza tym, istnieje wielka różnica między systemem kapitalistycznym, a feudalnym. Stałym obszarem konkurencji w systemie kapitalistycznym jest gospodarka, rynek; w systemie feudalnym takim miejscem było pole bitwy, a najbardziej rozpowszechnionym narzędziem – szpada. W kapitalizmie rywalizujące podmioty mogą kwitnąć i wzrastać jednocześnie. Nie było to możliwe w systemie feudalnym, bo główny twórca dochodu – ziemia – nie mogła się rozrastać lecz tylko zmieniać właściciela, a takich zmian dokonywano głównie z bronią w ręku. Dlatego tak wiele wojen i tak długi ich przebieg były w efekcie nieuniknioną konsekwencją systemu feudalnego.
Łatwo dojść do wniosku, że prowadzenie całej tej krwawej, brudnej polityki leżało w czyimś interesie. Tym kimś była bez wątpienia szwedzka szlachta, która bogaciła się na ekspansji prowadzonej przez państwo. Poprzez wychowanie i zdobyte wykształcenie zdobywała nowy rodzaj zajęcia, było nim wojowanie. Dla młodych szlachciców, zainteresowanych zrobieniem wielkiej kariery, istniały wtedy jedynie dwa sposoby warte rozważenia: kariera urzędnika albo kariera wojskowa. Z tych dwóch „droga szpady” była niewątpliwie bardziej atrakcyjna. W pewnych okresach nawet 80% szlachty brało udział w pracach na rzecz armii. Należy więc przyjąć, że ludzie ci mieli wtedy zupełnie inne spojrzenie na wojnę od tego, jakie panuje dzisiaj. Wojna nie była dla nich czymś z gruntu złym, ale przede wszystkim okazją do zrobienia kariery i zdobycia szybkiego majątku. Było to zajęcie, które najbardziej przystawało młodemu szlachcicowi. W ich oczach pokój stawał się niebezpiecznym zjawiskiem, bo prowadził do demobilizacji i perturbacji gospodarczych. Znany arystokrata Gustaw Bonde powiedział kiedyś podczas narady, że „w czasie minionych wojen wielu żołnierzy na coś się przydało, czegoś się nauczyło i mogło utrzymać rodzinę, zamiast siedzieć w domu i głodować”. Adam Ludwig Lewenhaupt – ów generał, który chciał wciągnąć Kozaków w zasadzkę – twierdził: „o wiele większą przyjemność sprawiłoby mi spędzenie choćby krótkiego czasu poza krajem, nawet na wojnie, niż pozostawanie w domu, gdzie tylko marnuje się czas bez pożytku, w poniżeniu”. Był to chyba powszechnie obowiązujący pogląd wśród tego typu ludzi. Tak pozytywne zdanie na temat wojny panowało również w ciągu całego XVIII wieku. To właśnie wtedy większość karierowiczów, zmuszona do walki o coraz mniej urzędów, jakie były do dyspozycji w czasach pokojowych, ze łzami w oczach wspominała stare, dobre czasy wypraw i podbojów.
Wśród osób żyjących współcześnie z tymi, o których piszemy, nie brakowało i takich, którzy w okresie budowania potęgi państwa szwedzkiego nie wątpili w to, że wojna była tylko metodą na umocnienie pozycji szlachty w kraju i zapewnienie sobie pokoju wewnętrznego. Mówiono, że szlachta zarabia na wojnie na wiele różnych sposobów: to jej najlepsze posiadłości przydzielano jako wyraz uznania za zasługi wojenne; te same osoby bogaciły się też dzięki łupom zdobytym w czasie walki i zarobionemu żołdowi; ci szlachcice, którzy mimo wszystko pozostawali w kraju i nie brali bezpośredniego udziału w wojnie, mogli, dzięki specjalnemu systemowi podatkowemu, otrzymać od swoich poddanych chłopów połowę tego, co parlament uchwalił na cele wojenne. Twierdzono też, że tak szlachta, jak i państwo, wykorzystywały pobór do wojska, aby pozbywać się krnąbrnych chłopów. Niektórzy szli w swoich twierdzeniach tak daleko, iż powiadali, że to nie wojna była powodem, dla którego powoływano chłopów do wojska, tylko że pobór stał się sposobem na utrzymywanie chłopów w ryzach i że dopiero to prowadziło do wojen.
Nie chodzi jednak o to, aby upraszczać sprawę i tworzyć obraz szlachty szwedzkiej, składający się z krwawych chciwców, łaknących coraz to nowych wojen. Można bowiem znaleźć dowody na postawę pełną odpowiedzialności za państwo i społeczeństwo, a są nawet tacy historycy, którzy uważają szwedzką szlachtę za najbardziej postępową w całej Europie tamtego okresu. Wśród niej można przecież, oprócz wojskowych, znaleźć również wielu uczciwych mężów stanu, ludzi o wybitnym wykształceniu, zdolnych urzędników państwowych, utalentowanych poetów i wybitnych naukowców. Wojny często i dla szlachty bywały ciężarem, bo nie każdy szlachcic był ich spragniony. W radzie królewskiej zasiadało wielu takich, którzy przez dłuższy czas stali w opozycji do ekspansywnej polityki państwa i zdecydowanie opowiadali się za pokojem. Mimo wszystko byłoby ryzykowną rzeczą szukanie właśnie wśród szlachty większości autorów planów wojennych lub tych, którzy z wojen ciągnęli największe profity.
Wielka wojna północna była inna niż wszystkie pozostałe, w których Szwecja uczestniczyła w XVII wieku. Nie była to szwedzka wojna zaczepna, bo to państwa ościenne dokonały pierwszego ataku, a więc – jak zobaczymy później – była to wojna obronna. Agresorom chodziło głównie o to, aby odebrać ziemie zajęte przez Szwecję w minionym stuleciu. Natomiast wojsko szwedzkie walczyło pod Połtawą o zachowanie dawnego stanu posiadania. Wiarusy króla Karola XII biły się i umierały za tych, którzy wzbogacali się dzięki mocarstwowej pozycji państwa i dlatego chcieli ją zachować; była to ta część szlachty, która na zdobytych terenach otrzymała wielkie, piękne posiadłości; były to wszystkie te powiązane ze sobą koterie handlowo-gospodarcze, które zarabiały wielkie pieniądze na handlu z Europą Wschodnią; a także państwo szwedzkie, które obciążało ten handel wysokimi cłami i akcyzami. To właśnie ci aktorzy sceny politycznej poczuli się zagrożeni, kiedy pod koniec XVII wieku nad imperium zaczęły gromadzić się czarne chmury i wiadomo już było, że zbiera się na nową wojnę.
Wojna, która doprowadziła armię szwedzką do serca Ukrainy, była bezpośrednim skutkiem wielkomocarstwowej polityki państwa. Władcy Szwecji uparcie bronili zdobyczy wojennych z poprzedniej epoki. Jeżeli wojny miały stać się elementem gwarantującym bezpieczeństwo państwa, to ich wynikiem stał się gorzki paradoks: szwedzkie poczucie bezpieczeństwa uległo zmniejszeniu. Jak wykazano wcześniej, polityka w stylu wielkiego mocarstwa prowadzona była w dużej części kosztem Danii, Polski i Rosji. Wiadomo było, że państwa te nie zaakceptują poniesionych przez siebie strat terytorialnych. Przez ostatni rok wielu osobom nadepnięto na odcisk, i wielu z nich odczuwało jeszcze tego skutki.
W Danii chęć rewanżu była tak pliną bolączką jak ból zęba. Głównym celem duńskiej polityki zagranicznej stało się wyrwanie państwa z więzów nałożonych przez Szwecję, jak również odebranie prowincji zagarniętych przez sąsiada. Również w Polsce snuto plany odzyskania utraconych ziem, nawet jeśli założenia te nie zostały nigdy sprecyzowane w tak wyraźny sposób jak duńskie. Polska posiadała tylko jedno miejsce z dostępem do morza, a było nim miasto Gdańsk. Natomiast prowincje litewskie i białoruskie ciążyły w stronę Rygi, w szwedzkich Inflantach, czego Polacy nie chcieli już dłużej akceptować. Nowy król, który wstąpił na tron polski w 1697 r., książę Saksonii Fryderyk August – zwany też „Mocnym” – musiał przed koronacją w Krakowie złożyć obietnicę odzyskania utraconych przez Polskę prowincji.
Również w Rosji przygotowywano się do rewanżu. Ten kraj z kolei pragnął przede wszystkim odzyskać Ingermanland, ponieważ jego odpadnięcie było równoznaczne z utratą dostępu do Bałtyku. W czasie podpisywania układu pokojowego w Stołbowie w 1617 r., kiedy prowincja ta dostała się w posiadanie Szwecji, przedstawiciele cara rosyjskiego wypowiedzieli się na ten temat zupełnie otwarcie: „wcześniej czy później Ingermanland i tak wróci do Rosji”. Już w połowie XVII wieku państwo rosyjskie rozpoczęło nowy okres ekspansji terytorialnej. Wstąpienie na tron tak niezwykłej postaci jak Piotr I oznaczało początek nowej fazy w historii kraju. Car zapoczątkował proces przemiany zacofanej i izolowanej Rosji w państwo w pełni nowoczesne. Sprawą życia lub śmierci dla handlu rosyjskiego było uzyskanie dostępu do niezamarzającego zimą portu morskiego. Po tym, jak Rosji nie udało się środkami wojskowymi zapewnić sobie takiego dojścia do portów Morza Czarnego, spojrzenie cara padło na Bałtyk i szwedzkie prowincje nadbałtyckie. Wybór kierunku ekspansji był w tym przypadku całkiem zrozumiały. Znaczenie portów bałtyckich w tamtym okresie znacznie wzrosło, a to głównie dzięki sprzedaży niektórych rosyjskich towarów.
Panowała napięta atmosfera. Gdyby niektóre tendencje polityczne państw wrogo nastawionych wobec Szwecji zbiegły się w tym samym czasie i miejscu, doprowadziłoby to do wybuchu ogólnoeuropejskiej wojny. Na przełomie stuleci pojawiły się pierwsze jej symptomy: lont wsadzony do beczki z prochem już płonął, choć nikt na razie tego nie spostrzegł.
W Wielkanoc 1697 r. zmarł król Szwecji Karol XI; przyczyną zgonu był rak żołądka. Jego śmierć dała silny impuls do działań duńskiej dyplomacji. Raporty ze Szwecji donosiły mianowicie o wielkim głodzie i ostrych podziałach wewnętrznych. Według niektórych obserwatorów, kraj stał na krawędzi ogólnonarodowego powstania, a czynnikiem, który mógł to powstanie przyspieszyć, była wojna. To, że nadzieje takie były po prostu przesadzone i zbudowane na propagandzie i pobożnych życzeniach, rozumiało tylko niewielu we wrogich Szwecji obozach. Dyplomaci i stratedzy doszli do wniosku, że nadarza się właśnie znakomita okazja do ataku na Szwecję.
Rozpoczęto tajne narady, na początku tylko z udziałem Danii i Rosji, ale wkrótce w intrygę wciągnięto również Polskę. Latem 1698 r. car Piotr I spotkał się z Augustem II w Rawie Ruskiej w drodze powrotnej do domu, dokąd zmierzał, aby osobiście wziąć udział w torturach i egzekucjach na strzelcach, którzy właśnie wzniecili powstanie w Moskwie. Po trzech dniach pijaństwa przeplatanego tajnymi naradami, nowi sojusznicy wymienili się bronią i strojami jako symbolami braterstwa i rozjechali się każdy w swoją stronę. Dla obu z nich wojna przeciwko Szwecji była zbyt wielką pokusą: obaj do niedawna uczestniczyli w wojnie z Turcją, ale nie odnieśli z tego żadnych korzyści. August liczył na poparcie Polaków w odzyskaniu Inflant. Dałoby mu to również pretekst do utrzymywania w Polsce swoich saskich oddziałów, co na pewno wzmocniłoby jego pozycję w kraju.
Latem 1699 r. temperatura polityczna podniosła się o kilka stopni. Między Danią i Szwecją doszło do nowego konfliktu politycznego, a kością niezgody stała się, jak to już wcześniej bywało, prowincja Holstein-Gottorp. To niezależne księstwo, położone na południe od Danii, powiązane było silnie ze Szwecją i miało duże znaczenie strategiczne. Kiedy między Danią i Szwecją doszło do wojny, władcy księstwa postanowili upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Dla Danii Holstein-Gottorp stanowił stałe zagrożenie, jak nabity pistolet wymierzony w plecy. Książę Holsteinu miał duży wpływ na młodego szwedzkiego króla, a szwedzka polityka zagraniczna ukierunkowana była na wspieranie interesów księcia. W tak napiętej sytuacji Szwedzi podjęli decyzję, która dolała oliwy do ognia. Niektóre wały obronne, wyburzone kilka lat wcześniej, miały zostać odbudowane i to przy pomocy oddziałów szwedzkich. Na Pomorzu i w Szlezwiku pojawiły się wojska szwedzkie. Ich działania nie doprowadziły, co prawda, do wybuchu wojny, ale zaostrzyły sytuację. Intrygi, które knuto przeciwko Szwecji, nabrały tempa, a wraz z nimi nieuchronnie rosło zagrożenie wojną, której chciano jeszcze zapobiec. Był to jeden z paradoksów historii. Duński rząd rozpoczął przygotowania do wojny i otwarcie wypowiadał swoje groźby na różnych dworach Europy. We wrześniu 1699 r. podpisano w Dreźnie tajny traktat. Trzy państwa – Dania, Rosja i Saksonia – zdecydowały się na wspólne zaatakowanie Szwecji. Ofensywa miała się rozpocząć w styczniu lub lutym 1700 r.
Oczekiwania trzech konspiratorów na odniesienie wielkich i szybkich zwycięstw nie sprawdziły się. Szwecja przygotowana była na atak. Jeszcze nigdy przedtem, w całej swojej historii, kraj nie był lepiej wyposażony na wypadek wojny. Reformy, przeprowadzone przez poprzedniego króla, Karola XI, spowodowały, że państwo dysponowało silną, dobrze przeszkoloną armią, wzbudzającą szacunek flotą i – co jest nie mniej ważne – nowym sposobem finansowania armii, co miało duże znaczenie w pierwszej fazie wojny. Jednak w całym tym systemie, z którego Szwedzi tak bardzo byli dumni, znajdowało się kilka zaniedbanych dziedzin. System obrony prowincji nadbałtyckich pełen był dziur, a wiele twierdz nadgranicznych znajdowało się w żałosnym stanie. Poza tym, blokada morska Zatoki Fińskiej nie chroniła przed rosyjską agresją. Były to okoliczności, które w końcowym efekcie wywarły negatywny wpływ na przebieg konfliktu.
Wojnę rozpoczęły oddziały saskie króla Augusta. Od początku jednak wszystko szło źle. Niezręczna próba zajęcia Rygi przez zaskoczenie, w lutym 1700 r., nie powiodła się. W marcu do akcji włączyły się wojska duńskie, wkraczając do Holsteinu-Gottorpu. W lipcu tego roku wojska szwedzkie odpowiedziały błyskawicznym atakiem, który w praktyce wyłączył Danię z dalszych działań wojennych. Z pomocą floty angielskiej i holenderskiej armia szwedzka zeszła na ląd na wschodnim wybrzeżu Zelandii, w odległości tylko kilku mil od Kopenhagi. Król duński Fryderyk, widząc nacierające wojska szwedzkie u progu własnego pałacu, doszedł do wniosku, że wojna nie jest dla niego najlepszą rzeczą, zawarł więc szybko pokój. Teraz Szwedzi mogli zawrócić swoje okręty, działa i karabiny na wschód. Tam bowiem do dotychczasowych przeciwników przyłączył się jeszcze jeden kraj, a mianowicie Rosja, która zaledwie tydzień po zawarciu pokoju między Danią i Szwecją wypowiedziała tej ostatniej wojnę.
Wydarzenia te dowiodły braku koordynacji działań między trzema sojusznikami, uratowało to prawdopodobnie Szwecję od klęski w pierwszej fazie wojny. Alianci nie zadbali bowiem wcześniej o stworzenie wspólnego planu działań.
Włączenie się Rosji do wojny opóźniło się z powodu konfliktu zbrojnego z Turcją, który Rosja chciała najpierw zakończyć. Poza tym, mobilizacja wielkiej, niemobilnej armii carskiej przeciągała się w czasie. Celem numer jeden dla cara stała się Narwa, toteż wkrótce doszło do oblężenia miasta. Kiedy na początku października do Estonii nadeszły szwedzkie posiłki, oddziały saskie – pechowo dla Rosjan – właśnie się stamtąd wycofały. Szwedzka armia mogła więc spokojnie skoncentrować się na odsieczy dla Narwy. 20 listopada armia szwedzka, składająca się z 10,5 tysiąca żołnierzy, zaatakowała wojska rosyjskie, dysponujące 33 tysiącami ludzi (do tego doliczyć należy ok. 35 tysięcy osób towarzyszących żołnierzom). Zwycięstwo Szwedów było równie wielkie, jak i nieoczekiwane.
W lipcu 1701 r. armia szwedzka przekroczyła Dźwinę, pobiła armię saską i zajęła Kurlandię. W ten sposób znikło saskie zagrożenie dla Inflantów. Oznaczało to również koniec blokady portów, znajdujących się w Kurlandii, co z kolei rozzłościło Anglię i Holandię. Zajęcie Kurlandii oznaczało również, że Szwedzi mogli teraz wziąć w kleszcze ujście Dźwiny do Bałtyku; w posiadanie szwedzkie dostały się niektóre prowincje znane z dostarczania zboża, udało się też wyeliminować groźnego dla Rygi konkurenta w handlu.
Trzeba nam wiedzieć, że wojna ta cieszyła się w Szwecji dużym poparciem. Nie było rzeczą rzadką, kiedy to mieszkańcy Szwecji na własną rękę przemierzali Bałtyk i wstępowali na ochotnika do armii. W czasie wojny trzydziestoletniej, powszechnym zjawiskiem było unikanie poboru do wojska poprzez podejmowanie pracy w kopalniach; teraz zauważono odwrotną tendencję. Robotnicy uciekali z kopalń i faktorii, aby wstąpić do armii. Teraz również, jak za dawnych lat, wiele osób, a zwłaszcza wysoko postawionych oficerów, uznało, że wojna może stać się źródłem zysków. Przykładem może być tutaj hrabia Magnus Stenbock, który w czasie wybuchu wojny skończył 35 lat i miał za sobą służbę wojskową w armii holenderskiej, cesarskiej i szwedzkiej. Wziął udział w bitwie pod Narwą. Krótko potem awansowano go na stopień generała. Oprócz tego awansu udział w wojnie oznaczał dla hrabiego wiele innych korzyści. Przede wszystkim łupy wojenne, szacowane na tysiące talarów w monecie, sakwy pełne rosyjskich pieniędzy i wiele cennych przedmiotów, jak na przykład klejnoty i srebrne naczynia. Były też takie „drobiazgi”, jak pościel, zastawa, broń, łóżka, ornaty, kielichy, krzyże, świeczniki, bogato zdobione ubrania – wszystko to wysyłano do posiadłości hrabiego. W miarę upływu czasu do Szwecji przekazywano duże sumy pieniędzy, za które kupowano nowe posiadłości ziemskie. Oprócz wymienionych już korzyści wspomnieć należy też o innych, niezwiązanych bezpośrednio z udziałem hrabiego w wojnie, a które zapewnił on sobie dzięki dostawom wojskowym dla armii. Poradzono mu, aby wyrżnął całe swoje bydło, a także prażył ziarna zbóż i sprzedawał je wojsku.
Był jeszcze czwarty – oprócz kariery, zdobyczy wojennych i handlu z armią – element, który czynił wojnę dla Stenbocka tak atrakcyjną. Chodziło o obronę posiadłości rodzinnych w prowincjach nadbałtyckich. W jednym z listów do domu, wysłanych po bitwie pod Narwą, gdzie hrabia został ranny, nadmienia – opisując majątek matki – że „oglądał ze łzami w oczach jej posiadłość w Inflantach”. Magnus Stenbock był więc typowym przykładem człowieka z wyższych sfer, który zarabiał na wojnie.
Jednak prawienie morałów na temat zdobyczy wojennych jest rzeczą anachroniczną. Bowiem tak dla oficerów, jak i dla zwykłych żołnierzy, łupy wojenne były główną siłą sprawczą ich udziału w wojnie. Rabunki uważano za działania usprawiedliwione, za „uczciwą pracę” w pocie czoła i krwi; traktowano je jako czynnik mobilizujący żołnierzy do lepszej walki. Postępowanie takie było w pełni dozwolone, a nawet regulowane specjalnymi przepisami. Jedyną zabronioną rzeczą była grabież przed pokonaniem przeciwnika. Cała zdobycz znaleziona na polu walki – z małymi wyjątkami – należała do oficerów i żołnierzy, którzy dzielili się nią w ustalony wcześniej sposób. Natomiast żołd, jaki wypłacano zwykłym żołnierzom, oficerom czy dowódcom, stanowił tylko niewielki ułamek ich dochodów. Można to zobrazować na przykładzie łupu, jaki dostał się w ręce szwedzkie po zwycięskiej bitwie pod Saladen w 1703 r. Podział ten wyglądał następująco: – ranny kapitan otrzymał 80 riksdali, – kapitan, który nie odniósł ran – 40 riksdali, – ranny porucznik lub chorąży – 40 riksdali, – porucznik lub chorąży, którzy nie odnieśli ran – 20 riksdali, – podoficer, który nie odniósł ran – 2 riksdale, – ranny szeregowy – 2 riksdale, – szeregowy, który nie odniósł ran, dostał 1 riksdala.
Zwykły żołnierz nigdy nie był bogaty, miał się cieszyć, że w ogóle przeżył. Wykorzystywany był do pomnażania bogactw oficerów wywodzących się ze szlachty, do tworzenia fortun rodzinnych, które nierzadko istnieją do dziś.
Wojna toczyła się dalej; jesienią 1701 r. siły szwedzkie wplątane zostały w wewnętrzne spory, do jakich doszło między różnymi polskimi ugrupowaniami. W styczniu następnego roku armia szwedzka wkroczyła do Polski. W ten sposób wojna zaczęła rozgrywać się na dwóch frontach. Pierwszy z nich to front polski, gdzie główne siły szwedzkie rozlały się po całym kraju, aby go sobie podporządkować, a tym samym przygotować grunt do detronizacji króla Augusta. Drugi front powstał w prowincjach nadbałtyckich, gdzie niewielka część armii szwedzkiej powoli, ale stopniowo wypierana była przez armię rosyjską, która systematycznie rosła w siłę i nabierała doświadczenia. Ilość wojsk szwedzkich, pozostawionych w tych prowincjach, była niewystarczająca. Popełniono również błąd, polegający na podzieleniu armii na trzy mniejsze zgrupowania, bez wyznaczenia jednego głównodowodzącego. W rezultacie tego, istniały trzy korpusy, z których każdy był zbyt słaby, a wszystkie działały bez żadnej koordynacji. Sytuacja nie uległa poprawie zwłaszcza po tym, j ak dowództwo armii podjęło decyzję o niewysyłaniu posiłków do prowincji nadbałtyckich. Kierowano je natomiast na front polski. Podczas gdy Karol XII coraz bardziej angażował się w sprawy polskie, w Inflantach i Kurlandii oddawał miasto za miastem. Rosjanie uzyskali dostęp do Zatoki Fińskiej, rozpoczęli budowę nowej floty, jak również nowej stolicy Rosji, Sankt Petersburga. A wszystko to na dawnej ziemi szwedzkiej.
Mieszkańcy ziem polskich i nadbałtyckich cierpieli od wojny. Armia szwedzka zawsze żyła na koszt podbitego kraju, wyciskając z niego wszystkie potrzebne rzeczy za pomocą bezwzględnie nakładanych kontrybucji. Wyglądało to tak, jakby niektóre regiony kraju nawiedzone zostały przez plagę szarańczy. Ludność, która jeszcze przed wojną żyła na krawędzi głodu, została za pomocą gróźb, pożarów i tortur okradziona ze swoich skromnych zapasów i resztek pieniędzy. Jedyne, co się liczyło, to to, aby armia dostała to, czego chciała, a jeśli idzie o kraj, to – jak powiadał Karol XII – „może on sobie cierpieć, ile tylko chce”. Wyżsi oficerowie otrzymali rozkazy, aby „za pomocą przymusu i kijów zebrać jak najszybciej wszystko, co dla armii jest najpotrzebniejsze”. Toteż wkrótce wojska szwedzkie stanęły w obliczu wojny partyzanckiej. Ludność polska nie wahała się zabijać pojedynczych szwedzkich żołnierzy. Ze strony najeźdźcy spotykało się to z bezprzykładnym okrucieństwem. Instrukcje, jakie poszczególne oddziały otrzymały z kwatery głównej, pouczały, że przestępcy tacy mają być traceni nawet wtedy, jeśli ich wina nie jest w pełni udowodniona: „tak, aby wszystkich ogarnął strach, bo muszą wiedzieć, że jak z nami zaczną, to nie oszczędzimy nawet dzieci w kołyskach”.
Jednym z przykładów takich zbrodni, popełnionych przez armię szwedzką, może być masakra dokonana w Nieszawie. W sierpniu 1703 r. puszczono z dymem miasto Nieszawę, położone na południowy wschód od Torunia; jego niewinni mieszkańcy zostali powieszeni, a wszystko to z powodu napadu dokonanego w okolicy na jeden ze szwedzkich oddziałów.
Rabunków dokonywali również Rosjanie w prowincjach nadbałtyckich, i to w nie mniejszym stopniu, niż Szwedzi w Polsce. Rosyjska strategia polegała na całkowitym wyniszczeniu prowincji szwedzkich. Dzięki temu nie mogły one być wykorzystywane w przyszłości jako baza dla szwedzkich działań. Jeden z rosyjskich generałów, Szeremietiew, w liście do cara poinformował go z zadowoleniem o swoich ostatnich dokonaniach: „We wszystkich kierunkach rozesłałem ludzi, aby brali do niewoli albo rabowali; nic nie uszło swojemu losowi, wszystko jest zniszczone i spalone. Nasze oddziały uprowadziły tysiące mężczyzn, kobiet i dzieci, a także ponad 20 tysięcy koni roboczych i bydła domowego”. (To natomiast, co do tej pory zostało zjedzone, zabite albo ubite, nie zostało wliczone do powyższego zestawienia, a było tego prawie dwa razy więcej). Armia rosyjska wlokła za sobą część ludności jako żywą zdobycz; wielu wysoko postawionych oficerów rosyjskich „zajęło” sporą liczbę ludzi na własny rachunek i wykorzystywało jako siłę roboczą w swoich majątkach. Innych sprzedano jak bydło na rynkach rosyjskich, pozostali skończyli jako niewolnicy u Tatarów i Turków.
Przez kilka lat pobytu w Polsce armia szwedzka paliła i mordowała, przemieszczając się z miejsca na miejsce. W końcu udało się Karolowi XII osiągnąć konkretny rezultat. Między Polską a Szwecją podpisany został, pod koniec 1705 r., traktat pokojowy. Jest on o tyle interesujący, że pokazuje dokładnie, o co naprawdę walczyli żołnierze szwedzcy. Król szwedzki wyciągnął z szafy starego szwedzkiego kościotrupa – politykę „Dominium Maris Baltici” – i jeszcze raz odkurzył go z pyłu przeszłości. W warunkach owego traktatu znalazł się paragraf mówiący o tym, że większa część handlu polskiego miała przechodzić przez port w Rydze. Jednocześnie zobowiązywał Polskę do wyburzenia nowego portu w Pałandze, aby nie mógł on konkurować z portami szwedzkimi. Szwedzkim kupcom zezwolono na osiedlanie się w Polsce, uzyskali oni też wiele przywilejów. Traktat wprowadzał całkowity zakaz kontaktów handlowych Rosji z Zachodem za pośrednictwem terytorium Polski. I nawet jeśli uznamy, że nie zmuszało to Polaków do jakiejkolwiek zdrady własnego kraju, to jednak warunki narzucone jego mieszkańcom były niezwykle twarde.
Latem 1706 r. nastąpił długo oczekiwany atak na Saksonię. Zwlekano z nim do czasu, aż wielkie mocarstwa europejskie zakończą wojnę o sukcesję hiszpańską. Inwazja na ziemie króla Augusta przyniosła szybkie efekty: we wrześniu tego samego roku podpisano układ pokojowy w miejscowości Altranstadt koło Lipska; August zrzekł się korony polskiej, uznał Stanisława Leszczyńskiego za prawowitego króla i obiecał, że nie będzie już wspierał wrogów Szwecji. Tak więc po siedmiu latach wojny dwa z trzech sprzymierzonych krajów zostały pokonane. Teraz chodziło już tylko o to, aby rozprawić się z trzecim z nich – z Rosją.
W ciągu wszystkich tych lat główna część armii szwedzkiej wplątana była w bezsensowną wojnę w Polsce. Car Piotr I zyskał dzięki temu na czasie. Rosyjskie siły zostały przebudowane, zyskały nowe doświadczenia i wiarę we własne siły, głównie dzięki wielu udanym operacjom w prowincjach nadbałtyckich. Dano im okazję do przebicia się do Bałtyku. Szwedzkie prowincje broniły się twardo, znajdywały się jednak w ciągłym zagrożeniu. Tak ważne miasta jak Dyneburg, Narwa i Dorpat znalazły się pod kontrolą Rosjan. Trzeba więc było zmienić istniejący stan rzeczy.
Car Piotr Aleksiejewicz miał teraz ponieść konsekwencje swoich spisków przeciwko Szwecji. Cała Europa była przekonana, że władca Kremla doświadczy już wkrótce wielkiej porażki. W Moskwie zapanował strach; wielu cudzoziemców opuściło miasto w obliczu nadchodzącej inwazji szwedzkiej. W powietrzu czuło się szczęk broni i krew.
Pod koniec grudnia 1707 roku armia szwedzka przekroczyła Wisłę, kierując się na południowy wschód. Cienki lód wzmocniony został sianem i deskami. Ta krucha konstrukcja nie utrzymała jednak ciężaru wojska, część koni, wozów i ludzi zniknęła w wodnej otchłani. Ogólnie rzecz biorąc, przeprawa odbyła się według planu. Armia zostawiała za sobą spustoszoną Saksonię i obróconą w perzynę zachodnią Polskę, a przed sobą miała uciekającą armię carską. Wojsko szwedzkie stanowiło, być może, najlepszą armię w całej Europie. Pobór i napływ nowych ludzi ze Szwecji spowodował, że jej stan liczebny osiągnął prawie 44 tysiące ludzi i była to jedna z największych armii, jaką biedna Szwecja kiedykolwiek w swej historii wyprowadziła do walki. Żołnierze byli świetnie uzbrojeni i wyćwiczeni; nowe rodzaje broni, nowe mundury, skrzynie do wypłaty żołdu wypełnione aż po brzegi, duże zapasy kul, prochu, lekarstw i innych elementów wyposażenia świadczyły o tym, że nie zaniedbano niczego. Car Piotr mógł mieć powody, aby drżeć ze strachu.
I rzeczywiście drżał! Szwedzi w czasie swojego marszu bez przerwy otrzymywali nerwowe oferty zawarcia pokoju, ale były one natychmiast odrzucane przez pewnego siebie i swoich sukcesów króla Karola.
Rosyjska strategia wobec zbliżającego się niebezpieczeństwa była zupełnie jasna. Plan żółkiewski, przygotowywany od ponad roku, przewidywał, że armia rosyjska unikać będzie jakichkolwiek dużych starć na terenie Polski. Zamiast tego miała wycofywać się, unikając szwedzkiej ofensywy, jak również spustoszyć i ogołocić z żywności ziemie, przez które oczekiwano przejścia armii szwedzkiej. Szwedzka ofensywa miała być hamowana poprzez niszczenie dróg i mostów oraz organizowanie oporu w starannie wybranych do tego celu punktach. Nieprzyjaciel miał być osłabiany poprzez liczne drobne potyczki i starcia. W końcu zamierzano utworzyć wzdłuż granicy rosyjskiej, liczącą prawie dwieście kilometrów, pustą strefę, pozbawioną żywności i ludności. Był to okrutny plan, a jego celem było ratowanie własnego kraju przez jego zniszczenie.
Dla Polski następna wojna oznaczała nową tragedię. Spustoszony kraj miał teraz ponosić konsekwencje swojej słabości; ponownie stał się polem bitwy dla dwóch mocarstw. Z jednej strony posuwało się więc szwedzkie wojsko, które zdecydowane było po raz kolejny wyżywić się kosztem i tak ograbionego już polskiego narodu, a z drugiej liczne rosyjskie oddziały, które miały tylko jeden cel: zniszczyć możliwie jak najwięcej, zanim ziemie te zajęte zostaną przez przeciwnika. Już w chwili przekroczenia granicy ze Śląskiem, oczom żołnierzy szwedzkich ukazał się widok zdewastowanego kraju. Rosjanie palili wsie i miasta, zatruwali studnie i surowo traktowali ludność cywilną. Dla tych, którzy przywykli do wygodnych kwater w bogatej Saksonii, było to jakby zejście do podziemi. Polska natomiast dostała się między dwa młyńskie koła.
Po przekroczeniu Wisły, wojska szwedzkie kontynuowały marsz na południowy wschód. Jednak nieoczekiwanie obrały kierunek na Mazury pokryte lasami i bagnami, kierując się w stronę granicy pruskiej. Nigdy wcześniej żadna armia tędy nie przechodziła ze względu na złe warunki terenowe. Tym posunięciem król Karol miał nadzieję wymanewrować swojego przeciwnika i wyprzeć Rosjan z linii Narwy bez angażowania się w jakieś bitwy.
Armia szwedzka wdarła się na Mazury w trzech kolumnach. Maszerowano powoli z powodu złych dróg i głębokiego śniegu. Jednak przy opracowywaniu trasy marszu nie wzięto pod uwagę lokalnej ludności, która niechętnie wpuszczała na swe ziemie taką masę wygłodniałych żołnierzy. Chłopi próbowali początkowo pertraktować z wojskiem, proponowali nawet, że wskażą drogi, którymi żołnierze mogliby się łatwiej poruszać, chcieli też sami składać kontrybucje, ale ich przedstawiciele byli przez Szwedów po prostu zabijani. Rozpoczęła się krótka i okrutna wojna podjazdowa. Ludność uciekała do lasów, niszczyła mosty, a na trasie przemarszu wojsk budowała barykady i zapory. Wielu chłopów rozpaczliwie próbowało powstrzymać marsz armii przez swój kraj. Zasadzki zdarzały się każdego dnia.
Reperkusje strony szwedzkiej były straszliwe. Pododdziały posyłano do lasu z rozkazem zabijania wszystkich mężczyzn powyżej 15 roku życia i bydła, którego nie dało się ze sobą zabrać, jak również palenia wszystkich napotkanych wsi. Wojna partyzancka trwała jednak nadal, podczas gdy armia, pustosząc i mordując, posuwała się naprzód. Wsie mazurskie przestawały istnieć jedna po drugiej. Wielkim problemem dla wojsk stało się pozyskiwanie żywności od zbuntowanej ludności. Nie wahano się więc przed stosowaniem tradycyjnej metody, jaką były tortury. Często wykorzystywanym sposobem zadawania bólu było wpychanie palców do zamka pistoletu i naciskanie cyngla. Opadający kurek masakrował palce aż krew tryskała. Inna tortura, stosowana przez armię szwedzką w Polsce, polegała na zakładaniu opasek wokół głowy ofiary, a następnie zaciskanie taśmy przy pomocy pręta z taką siłą, że nieszczęśnikowi wychodziły oczy na wierzch. To właśnie na Mazurach barbarzyństwo armii szwedzkiej święciło swe największe triumfy, kiedy to na przykład łapano małe dzieci, chłostano i wieszano za ręce, aby zmusić ich rodziców do posłuszeństwa.
