Złota Seria. Połtawa - Peter Englund - ebook

Złota Seria. Połtawa ebook

Peter Englund

0,0
49,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

8 lipca 1709 roku na przedpolach ukraińskiego miasta Połtawy rozegrała się krwawa bitwa. Starły się tam dwie potężne armie ówczesnej Europy: rosyjska pod wodzą Piotra Wielkiego oraz szwedzka dowodzona przez Karola XII. Znakomite dzieło literatury historycznej, które w fascynujący sposób przybliża jedno z najważniejszych starć zmieniających układ sił politycznych w Europie Wschodniej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 517

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



PE­TER EN­GLUND

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Pe­ter En­glund,

PO­LTA­VA Be­rät­tel­sen om en ar­més un­der­gâng

Tłu­ma­cze­nie: Woj­ciech Ły­gaś

Re­dak­cja: An­drzej Ryba

Ry­su­nek na okład­ce: © Ja­ro­sław Wró­bel

Skład: Dą­brow­ski dtp

Ko­rek­ta: Anie­la Łaj­kow­ska

Ory­gi­nal­na wer­sja ni­niej­szej książ­ki wy­da­na zo­sta­ła przez Atlan­tis, Stoc­kholm.

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © Pe­ter En­glund / Bok­för­la­get Atlan­tis, Stoc­kholm 2000

Co­py­ri­ght © for Po­lish edi­tion by „Fin­na”

Książ­ka do­fi­nan­so­wa­na przez Sven­ska In­sti­tu­tet

ISBN 978-83-62913-57-2

Wy­da­nie I 

Gdańsk 2003

Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza FIN­NA

80-768 Gdańsk, ul. Dzie­wa­now­skie­go 5/6

tel. (+48) 603 892 042

e-mail: fin­na@fin­na.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Książ­kę tę po­świę­cam zwy­kłe­mu żoł­nie­rzo­wi pie­cho­ty – Eri­cho­wi Mâne­mu, któ­ry na­le­żał do pią­te­go plu­to­nu kom­pa­nii gmi­ny Hun­dra, re­gi­men­tu Up­pland. Jego żoną była Ka­rin Mats­dot­ter Erich zmarł po tym, jak wcze­snym ran­kiem 28 czerw­ca 1709 r tra­fio­ny zo­stał w pierś kulą ar­mat­nią. Jego cia­ło nadal leży tam, gdzie padł od kuli, po­grze­ba­ne na polu, w od­le­gło­ści czte­rech ki­lo­me­trów na pół­noc­ny za­chód od ukra­iń­skie­go mia­sta Po­łta­wa.

OD REDAKCJI

Po­łta­wa jest tym dla Ro­sjan, czym dla nas Grun­wald. Co roku rze­sze wy­cie­czek szkol­nych od­wie­dza­ją pole, na któ­rym na­ro­dzi­ła się po­tę­ga Ro­sji Pio­tra I.

To tam nie­wąt­pli­wie mia­ła miej­sce jed­na z tych bi­tew, któ­re zmie­ni­ły ob­raz Eu­ro­py. Za­mknę­ła ona pew­ną epo­kę – okres po­tę­gi Szwe­cji. To tu, na ukra­iń­skich po­lach Szwe­cja, jak pi­sze au­tor, „ze­szła ze sce­ny Eu­ro­py i za­sia­dła na wi­dow­ni”. Nig­dy póź­niej Szwe­dzi nie osią­gnę­li ta­kie­go zna­cze­nia w świe­cie, jak w okre­sie po­prze­dza­ją­cym Po­łta­wę. No, może za wy­jąt­kiem lat, w któ­rych zdo­by­wa­li oni mi­strzo­stwo świa­ta w ho­ke­ju, po­ko­nu­jąc mię­dzy in­ny­mi Ro­sjan. Ale to już jest ra­czej punkt wi­dze­nia mi­ło­śni­ków tej dys­cy­pli­ny spor­to­wej, do któ­rej ni­żej pod­pi­sa­ny się za­li­cza. Jed­no­cze­śnie to wła­śnie pod Po­łta­wą na­ro­dzi się nowe, tak zna­czą­ce dla Eu­ro­py mia­sto – Pe­ters­burg. Otwie­ra się bo­wiem dla Ro­sjan han­del przez Bał­tyk, a ich oknem na świat sta­nie się mia­sto nad Newą.

Pol­ski czy­tel­nik po raz pierw­szy bę­dzie miał oka­zję za­po­znać się z tak szcze­gó­ło­wym opi­sem bi­twy po­łtaw­skiej. Opi­sał ją Szwed, a więc czło­wiek, któ­ry nie­wąt­pli­wie jest emo­cjo­nal­nie zwią­za­ny z jed­ną ze stron. Trze­ba jed­nak przy­znać, ze zro­bił to w spo­sób na­praw­dę obiek­tyw­ny. Jak przy­sta­ło na Szwe­da, chłod­no ana­li­zu­je błę­dy po­peł­nio­ne w bi­twie za­rów­no przez jed­ną, jak i dru­gą stro­nę, przy­ta­cza okru­cień­stwo za­rów­no Szwe­dów, jak i Ro­sjan. Gdy­bym chciał okre­ślić jed­nym sło­wem to, co sta­ło się pod Po­łta­wą, użył­bym jed­ne­go tyl­ko sło­wa: rzeź. Pro­cent za­bi­tych po obu stro­nach był bo­wiem jed­nym z naj­wyż­szych w hi­sto­rii wo­jen na prze­strze­ni wie­ków! Nie bez przy­czy­ny za­miesz­czo­ny więc zo­stał w książ­ce ob­raz We­resz­cza­gi­na – Apo­te­oza Woj­ny. A może Ro­sja­nin, ma­lu­jąc go, miał na my­śli wła­śnie Po­łta­wę?

To, co trze­ba przy­znać au­to­ro­wi, to to, że z bez­i­mien­ne­go tłu­mu po­tra­fił wy­ło­wić po­szcze­gól­ne jed­nost­ki, za­rów­no te z kor­pu­su ofi­cer­skie­go, jak i zwy­kłych, pro­stych żoł­nie­rzy i przy­bli­żyć nam ich syl­wet­ki. Dzię­ki temu bi­twa nie jawi się nam jako star­cie ano­ni­mo­wej masy lu­dzi, two­rzą­cej je­dy­nie sta­ty­stycz­ne licz­by. Po­zna­je­my kon­kret­nych uczest­ni­ków zda­rzeń, ich oso­bi­ste dra­ma­ty i roz­ter­ki, ich wal­kę o ży­cie, ale też i o ho­nor.

Au­tor ka­pi­tal­nie przy­bli­ża nam też pa­nu­ją­ce w tej epo­ce nor­my za­cho­wań pod­czas wal­ki. Z jed­nej stro­ny nie­rzad­ki jest zwy­czaj za­pra­sza­nia się ofi­ce­rów obu stron na po­sił­ki w trak­cie np. ob­lę­że­nia, z dru­giej – nie­bra­nie jeń­ców i wy­ci­na­nie prze­ciw­ni­ka w pień w cza­sie bi­twy rów­nież było prak­ty­ko­wa­ne i re­spek­to­wa­ne bez żad­nych pre­ten­sji ze stro­ny nie­przy­ja­cie­la! Oka­zu­je się, że tak słyn­na sce­na uśmier­ce­nia Azji Tu­haj­be­jo­wi­cza u Sien­kie­wi­cza nie była wca­le fik­cją czy też rzad­ko­ścią w ów­cze­snych cza­sach. Zresz­tą bar­dzo re­ali­stycz­ny opis wbi­cia na pal oraz in­nych zwy­cza­jo­wo sto­so­wa­nych w tam­tych cza­sach kar spra­wia, że pod­czas lek­tu­ry tej książ­ki czę­sto „włos sta­je nam dęba”! Au­tor nie szczę­dzi nam okrut­nych szcze­gó­łów bi­twy. Mi­strzow­skie pió­ro En­glun­da spra­wia, że mamy wra­że­nie, jak­by­śmy byli na­ocz­ny­mi ob­ser­wa­to­ra­mi bi­twy. Jego dba­łość o szcze­gó­ły, a tak­że żywa re­la­cja spra­wia, że od­no­si­my wra­że­nie ja­ko­by au­tor re­la­cjo­no­wał nam tę bi­twę na żywo, tak jak mecz pił­kar­ski!

En­glund nie za­da­wa­la się jed­nak tyl­ko szcze­gó­ło­wym opi­sem bi­twy. Sta­ra się tak­że do­ciec przy­czyn kon­flik­tu, pod­kre­śla­jąc mie­dzy in­ny­mi wagę czyn­ni­ka eko­no­micz­ne­go wo­jen. We­dług nie­go jest on pra­przy­czy­ną wszyst­kich kon­flik­tów. Nie bez słusz­no­ści, przed­sta­wia nam tezę, że w tam­tych cza­sach woj­na stwa­rza­ła je­dy­ną dro­gę do szyb­kie­go awan­su spo­łecz­ne­go i bo­gac­twa. Nada­nia ziem moż­na było bo­wiem wte­dy otrzy­mać tyl­ko z no­wych, zdo­by­tych te­ry­to­riów, a gra­bież mie­nia prze­ciw­ni­ka przy­no­si­ła nie­ba­ga­tel­ne do­cho­dy. Stąd tak wiel­ki pro­cent ochot­ni­ków w ar­mii szwedz­kiej, dla któ­rych woj­na była je­dy­ną szan­są po­pra­wie­nia bytu so­bie i swo­jej ro­dzi­ny. Nie była więc ona wca­le po­strze­ga­na jako zło, a wręcz prze­ciw­nie, przez wie­le lat był to spo­sób na ży­cie dla wie­lu Szwe­dów.

Po­ita­wa za­my­ka hi­sto­rię trzech – nie­za­leż­nych od sie­bie, a jed­nak two­rzą­cych pew­ną ca­łość – ksiąg, trak­tu­ją­cych o okre­sie świet­no­ści Szwe­dów. Część dru­ga, Nie­zwy­cię­żo­ny, któ­re­go głów­ną te­ma­ty­ką jest szwedz­ki „po­top” oraz po­stać kró­la Ka­ro­la X Gu­sta­wa, uka­że się jesz­cze w tym roku, część pierw­sza na­to­miast – Lata wo­jen – opi­su­ją­ca, w jaki spo­sób Szwe­cja z bied­ne­go, pe­ry­fe­ryj­ne­go pań­stwa sta­ła się po­tę­gą w Eu­ro­pie – praw­do­po­dob­nie w roku przy­szłym.

Pe­ter En­glund uro­dził się w 1957 roku w Nor­bot­ten w pół­noc­nej Szwe­cji. Na Uni­wer­sy­te­cie w Up­psa­li stu­dio­wał ar­che­olo­gię, fi­lo­zo­fię i hi­sto­rię, z któ­rej się dok­to­ry­zo­wał. Od 2002 roku jest człon­kiem Aka­de­mii Szwedz­kiej. Tego za­szczy­tu do­stę­pu­ją tyl­ko nie­licz­ni, na­praw­dę wy­bit­ni w swo­jej dzie­dzi­nie lu­dzie. Z ja­kim pol­skim au­to­rem moż­na by go po­rów­nać? My­ślę, że jest kimś z krę­gu Ja­sie­ni­cy i Ły­sia­ka, a więc pi­sa­rzy-po­pu­la­ry­za­to­rów hi­sto­rii. Może dla­te­go dzie­ła Szwe­da sprze­da­ją się w jego kra­ju w na­kła­dzie 200 tys. eg­zem­pla­rzy i są tłu­ma­czo­ne na wie­le ję­zy­ków.

Chciał­bym go­rą­co po­dzię­ko­wać tłu­ma­czo­wi książ­ki, Woj­cie­cho­wi Ły­ga­sio­wi, ab­sol­wen­to­wi Skan­dy­na­wi­sty­ki Uni­wer­sy­te­tu Gdań­skie­go za to, że zdo­łał na­mó­wić mnie do wy­da­nia tej książ­ki i za jego ty­ta­nicz­ną pra­cę, dzię­ki cze­mu uda­ło nam się wy­dać Po­ita­wę w sto­sun­ko­wo krót­kim cza­sie. Dzię­ku­je Ra­fa­ło­wi Kle­czew­skie­mu za kon­sul­ta­cję me­ry­to­rycz­ną książ­ki. Dzię­ku­ję też Sven­ska In­sti­tu­tet za do­fi­nan­so­wa­nie jej wy­da­nia.

Wszyst­kich wiel­bi­cie­li do­brej książ­ki hi­sto­rycz­nej za­pra­szam więc na praw­dzi­wą czy­tel­ni­czą ucztę. Prze­śledź­my prze­bieg tej dra­ma­tycz­nej bi­twy wraz z En­glun­dem, któ­ry jak kie­dyś Szwe­dzi orę­żem, dziś zdo­by­wa Eu­ro­pę swo­im pió­rem…

An­drzej Ryba

Prolog

Gdy­by to było moż­li­we, to od­da­li­by­śmy wła­dzę w ręce spra­wie­dli­wo­ści. Ale wła­dza nie po­zwa­la kie­ro­wać sobą tak, jak nam się to po­do­ba, bo ma cha­rak­ter na­ma­cal­ny. W prze­ci­wień­stwie do niej, spra­wie­dli­wość jest czymś du­cho­wym, czymś, co kon­tro­lu­je­my we­dług na­sze­go uzna­nia. Dla­te­go spra­wie­dli­wość zło­żo­no w ręce wła­dzy i dla­te­go to, co wi­dzi­my, zmu­sze­ni je­ste­śmy na­zy­wać spra­wie­dli­wo­ścią. Wła­dza stoi nad spra­wie­dli­wo­ścią, bo to ona two­rzy pra­wo.

1Gronostaj

Pamięć to za­dzi­wia­ją­ca rzecz. Dłu­go po tym, jak ka­ta­stro­fa osią­gnę­ła swój tra­gicz­ny fi­nał, przed swą śmier­cią w nie­wo­li, cią­gle bar­dzo wy­raź­nie pa­mię­tał on ten epi­zod z gro­no­sta­jem.

Zda­rzy­ło się to trze­cie­go dnia, w peł­ni lata, w cza­sie du­cho­ty, w miej­scu gdzie nie moż­na było zna­leźć skraw­ka cie­nia. Siny z wy­cień­cze­nia, zły i wy­mę­czo­ny bie­gun­ką oraz dłu­go­trwa­łą spie­ko­tą, szu­kał chłod­ne­go miej­sca, aby uciąć so­bie drzem­kę. Ktoś usły­szał jego skar­gi, uli­to­wał się nad ża­ło­śnie wy­glą­da­ją­cym czło­wie­kiem i usta­wił za­im­pro­wi­zo­wa­ną osło­nę prze­ciw­ko słoń­cu. Obok nie­wiel­kie­go wozu za­cze­pio­no płaszcz na drzew­cach wzię­tych ze sztan­da­rów. Pe­łen wdzięcz­no­ści zrzu­cił z sie­bie pas i płaszcz woj­sko­wy, któ­ry wraz z ka­pe­lu­szem po­słu­żył mu za po­dusz­kę. Na zie­mi uło­żył kil­ka in­nych ubrań.

Le­żał tak tyl­ko przez kil­ka chwil, kie­dy na­gle po­czuł coś nie­przy­jem­ne­go; coś po­ru­szy­ło się pod jego gło­wą. Prze­stra­szo­ny pod­niósł się szyb­ko, bo prze­cież mógł to być ja­kiś wąż albo inna nie­bez­piecz­na ga­dzi­na. Jed­nak kon­tro­la za­wi­niąt­ka skła­da­ją­ce­go się z ka­pe­lu­sza i płasz­cza nie dała re­zul­ta­tu. Żoł­nierz do­szedł do wnio­sku, że to on sam się po­ru­szył i po­now­nie uło­żył się na zie­mi. Mi­nę­ła krót­ka chwi­la, gdy zno­wu po­czuł ja­kiś ruch, tym ra­zem sil­niej­szy niż po­przed­nio. Pod­sko­czył w górę i po­wo­li uchy­lił poły płasz­cza, a tam, z wnę­trza ka­pe­lu­sza, wy­sta­wa­ła gło­wa gro­no­sta­ja, któ­ra szyb­ko znik­nę­ła w środ­ku. Żoł­nierz chwy­cił za poły ka­pe­lu­sza w taki spo­sób, że gro­no­staj nie mógł się już z nie­go wy­do­stać. Za­wo­łał kil­ka osób, któ­re sta­ły w po­bli­żu i po­ka­zał im schwy­ta­ne żywe zwie­rzę. Ktoś za­ło­żył gru­bą rę­ka­wi­cę i chwy­cił sza­mo­czą­ce­go się bie­da­ka. Wszy­scy przy­glą­da­li się z za­cie­ka­wie­niem.

Przy­szła mu do gło­wy pew­na myśl: oni też, tak jak ten gro­no­staj, byli więź­nia­mi. Tak samo jak to zwie­rzę, trzy­ma­ne w uści­sku, zna­leź­li się w pu­łap­ce. Po­wie­dział, żeby wy­pu­ści­li gro­no­sta­ja; skie­ro­wał swe my­śli i ma­rze­nia ku Bogu: tak jak to zwie­rzę od­zy­ska­ło wol­ność bez szko­dy na cie­le, tak on pro­si, aby i oni wszy­scy, ja­kimś cu­dow­nym spo­so­bem mo­gli bez szwan­ku opu­ścić to miej­sce.

Tego roku wy­da­rzy­ło się wie­le rze­czy. Była to naj su­row­sza zima, ja­kiej nie pa­mię­ta­li naj­star­si lu­dzie, a we Fran­cji głód zbie­rał ob­fi­te żni­wo. W An­glii czło­wiek o na­zwi­sku Ri­chard Ste­ele za­czął wy­da­wać cza­so­pi­smo zna­ne póź­niej jako „The Ta­tler”, we Wło­szech roz­po­czę­to pra­ce wy­ko­pa­li­sko­we w sta­ro­żyt­nym Her­ku­la­num. Nie­da­le­ko wy­brze­ża Chi­le pe­wien sta­tek za­brał na po­kład roz­bit­ka – Ale­xan­dra Sel­kir­ka. Na jed­nej z wysp ar­chi­pe­la­gu Juan Fer­nan­dez spę­dził on czte­ry lata w sa­mot­no­ści; jego prze­ży­cia sta­ły się kan­wą po­wie­ści pt. Ro­bin­son Cru­soe. Afgań­czy­cy w Khan­da­ha­rze zbun­to­wa­li się prze­ciw­ko Per­som, w Ja­po­nii zaś wła­dzę ob­jął nowy, spra­gnio­ny re­form szo­gun – Ie­no­bu To­ku­ga­wa. A gdzieś w Ro­sji ja­kiś czło­wiek wy­pu­ścił na wol­ność schwy­ta­ne­go wcze­śniej gro­no­sta­ja, z na­dzie­ją, że od­da­li to zbli­ża­ją­cą się ka­ta­stro­fę. Czło­wiek ten nie wie­dział jesz­cze, że to on sam był tym, któ­ry w cią­gu nad­cho­dzą­cej doby miał do tej ka­ta­stro­fy do­pro­wa­dzić.

Wymarsz

Spo­ro lat mi­nie, nim na­dej­dą wiel­kie cza­sy

Gdy Wschód, wspar­ty mocą księ­ży­ca,

Zdo­bę­dzie łup wspa­nia­ły w 1700 roku

I zbli­ży róg Pół­no­cy do swych gra­nic.

Da­le­ko od swe­go kra­ju

Król pe­wien prze­gra bi­twę

Jego świ­ta umy­ka

W bla­sku zło­te­go sier­pa księ­ży­ca

No­stra­da­mus, Prze­po­wied­nie, 1555

2Niedziela przed południem

Woj­na sza­la­ła już od dzie­wię­ciu dłu­gich lat, a ci, któ­rzy umie­li od­czy­ty­wać zna­ki, wie­dzie­li, że zbli­ża się de­cy­du­ją­ca chwi­la, że być może na­dej­dzie ona za kil­ka dni. Była nie­dzie­la. Wo­kół sza­re­go, ukra­iń­skie­go mia­stecz­ka Po­łta­wa sta­ły, przy­glą­da­jąc się so­bie wza­jem­nie, dwie duże ar­mie: szwedz­ka i ro­syj­ska. Były jak dwie dzi­kie be­stie, za­sty­głe w bez­ru­chu w bli­skiej od­le­gło­ści od sie­bie, go­to­we do sko­ku. Ar­mia ro­syj­ska po­wo­li, krok za kro­kiem, zbli­ża­ła się do ob­lę­żo­ne­go przez Szwe­dów mia­stecz­ka. Ro­syj­skie od­dzia­ły znaj­do­wa­ły się już koło wsi Ja­kow­ce, w od­le­gło­ści 5 ki­lo­me­trów od mia­sta. Szwedz­cy zwia­dow­cy z bli­ska przy­glą­da­li się, jak Ro­sja­nie pra­cu­ją nad umoc­nie­niem swe­go no­we­go obo­zu. Ale i w szwedz­kim obo­zie przy­go­to­wy­wa­no się do de­cy­du­ją­ce­go star­cia. Od­dzia­ły, któ­re po­roz­rzu­ca­ne były po ca­łej oko­li­cy, zgro­ma­dzo­ne te­raz zo­sta­ły w po­bli­żu Po­łta­wy i cze­ka­ły w go­to­wo­ści. Zu­peł­nie jak dwo­je dzi­kich zwie­rząt, sto­ją­cych z wy­pro­sto­wa­ny­mi ogo­na­mi, go­to­wych do wal­ki z prze­ciw­ni­kiem. Nie wia­do­mo było tyl­ko, kto zada pierw­szy wście­kły cios.

Obie ar­mie zbli­ża­ły się do sie­bie co­raz bar­dziej w cią­gu ostat­nie­go ty­go­dnia. Go­rą­ce dni tego lata peł­ne były bi­tew i po­ty­czek. Przez cały czas do­cho­dzi­ło do starć pro­wo­ko­wa­nych przez Ro­sjan. Ten dzień, 27 czerw­ca 1709 r., nie był ja­kimś wy­jąt­ko­wym dniem. Wcze­snym ran­kiem obóz szwedz­ki roz­brzmie­wał okrzy­ka­mi na alarm. Oto bo­wiem kil­ka szwa­dro­nów ro­syj­skiej jaz­dy przedar­ło się przez ze­wnętrz­ną li­nię szwedz­kich stra­ży, za­bi­ło kil­ku żoł­nie­rzy i prze­do­sta­ło się pra­wie do sa­me­go środ­ka obo­zu, za­nim ich stam­tąd nie prze­pę­dzo­no. Sy­tu­acja szyb­ko wró­ci­ła do nor­my. Była to dru­ga nie­dzie­la po dniu św. Trój­cy, więc oko­ło go­dzi­ny dzie­wią­tej od­by­ło się na­bo­żeń­stwo.

W ar­mii szwedz­kiej pa­no­wa­ła su­ro­wa dys­cy­pli­na ko­ściel­na. Każ­de­go ran­ka i wie­czo­ra od­by­wa­ła się mo­dli­twa, a każ­dej nie­dzie­li i w dni świą­tecz­ne msza świę­ta. Wszyst­kie te ce­re­mo­nie mia­ły duże zna­cze­nie i re­zy­gno­wa­no z nich tyl­ko w wy­jąt­ko­wych wy­pad­kach. Mimo, że zima tego roku była nie­zwy­kle chłod­na, cze­go efek­tem były od­mro­żo­ne koń­czy­ny i za­mar­z­nię­te cia­ła, mo­dli­twa od­by­wa­ła się co­dzien­nie pod go­łym nie­bem.

Tego dnia król Ka­rol XII uczest­ni­czył w na­bo­żeń­stwie dla swej gwar­dii przy­bocz­nej. Pro­wa­dził ją 37-let­ni ka­pe­lan ba­ta­lio­nu, An­dre­as We­ster­man. Był to jego pią­ty rok w ar­mii. Po­wo­ła­no go do służ­by pod szwedz­kim sztan­da­rem w 1705 r., sześć mie­się­cy po ślu­bie. W cza­sie tego krót­kie­go pół­ro­cza, spę­dzo­ne­go w na­mio­tach woj­sko­wych, jego żona oraz syn zmar­li i We­ster­man zo­stał sam na tym świe­cie. Tego ran­ka mo­dli­twę dla klę­czą­cych na zie­mi gwar­dzi­stów pro­wa­dził on, uczo­ny mąż. Kie­dyś dok­to­ry­zo­wał się, a jego pra­ca dok­tor­ska no­si­ła ty­tuł De Adia­pho­ria in bel­lo, vul­go neu­tra­li­ta­te. Woj­na zmu­si­ła go do za­nu­rze­nia się w brud­nej okrut­nej rze­czy­wi­sto­ści; mu­siał za­po­mnieć o na­uko­wych roz­pra­wach, uro­czy­sto­ściach aka­de­mic­kich i in­nych mi­łych skład­ni­kach ży­cia na uczel­ni. Rok wcze­śniej, pod Ho­łow­czy­nem, cho­dził po ba­gnie i roz­da­wał ko­mu­nię krzy­czą­cym w ago­nii żoł­nie­rzom. Zimą z wiel­kim tru­dem zmu­sił się do od­wie­dze­nia szpi­ta­la po­lo­we­go, peł­ne­go umie­ra­ją­cych, po­zba­wio­nych koń­czyn żoł­nie­rzy, smro­du i bru­du.

We­ster­man i jego ko­le­dzy byli waż­nym try­bi­kiem w kró­lew­skiej ma­chi­nie wo­jen­nej. Po­cie­sza­li umie­ra­ją­cych i zmę­czo­nych. Nad­zo­ro­wa­li tryb ży­cia żoł­nie­rzy i sta­li na stra­ży prze­strze­ga­nia wszyst­kich ry­tu­ałów re­li­gij­nych. Lu­dzi tych moż­na zro­zu­mieć do­pie­ro wte­dy, kie­dy pa­mię­ta się, że byli oni chrze­ści­ja­na­mi, że re­li­gia była nie­od­łącz­nym skład­ni­kiem w kształ­to­wa­niu się ich sto­sun­ku do świa­ta. Ate­izm w tam­tych cza­sach prak­tycz­nie nie ist­niał. Nie moż­na było so­bie wy­obra­zić świa­ta bez Boga. Swiat był ciem­ny i zim­ny, a czło­wiek mały i nagi, ska­za­ny przez swo­ją nie­do­sko­na­łość na ła­skę bożą. Re­li­gia była waż­nym czyn­ni­kiem, któ­ry po­zwa­lał wpły­wać i kon­tro­lo­wać ży­cie ludu, bez wzglę­du na to, czy cho­dzi­ło o chło­pów, czy zwy­kłych żoł­nie­rzy. W ar­mii sta­ra­no się wzmóc chęć żoł­nie­rzy do wal­ki i tłu­mić ich strach po­przez na­rzu­ca­nie im spo­so­bów my­śle­nia umo­co­wa­nych w re­li­gii, czę­sto o sym­bo­li­ce fa­ta­li­stycz­nej. Oto przy­kład: atak na ba­te­rię nie­przy­ja­ciel­skiej ar­ty­le­rii za­wsze był krwa­wym przed­się­wzię­ciem ze wzglę­du na dużą czę­sto­tli­wość, z jaką od­da­wa­no sal­wy. Na­kła­nia­no więc żoł­nie­rzy, aby nie sta­ra­li się scho­dzić z li­nii strza­łu, szu­ka­jąc osło­ny. Prze­ciw­nie: mie­li iść wy­pro­sto­wa­ni, z pod­nie­sio­ną gło­wą i pa­mię­tać, że „żad­na kula nie tra­fia czło­wie­ka, je­śli nie dzie­je się to z woli bo­żej, bez wzglę­du na to, czy się idzie pro­sto, czy w po­zy­cji po­chy­lo­nej”. Po każ­dej wal­ce, z uwa­gi na dużą licz­bę za­bi­tych, ofi­ce­ro­wie mie­li przy­po­mi­nać żoł­nie­rzom, że sta­ło się to z woli Pana. Dzię­ki temu moż­na było ocze­ki­wać, że każ­dy od­dział bę­dzie „męż­nie i z ocho­tą” sta­wał do wal­ki w ko­lej­nej bi­twie. Ka­pe­la­ni woj­sko­wi, tacy jak We­ster­man, od­gry­wa­li dużą rolę w dys­cy­pli­no­wa­niu żoł­nie­rzy i bu­dze­niu w nich woli wal­ki. Byli straż­ni­ka­mi cia­ła i du­cha. Ce­re­mo­nie ko­ściel­ne, mię­dzy in­ny­mi w for­mie ta­kich ran­nych na­bo­żeństw, były ele­men­tem utrzy­my­wa­nia wła­ści­we­go po­rząd­ku. Żoł­nie­rze mo­dli­li się do Wszech­mo­gą­ce­go, aby na­uczył ich po­słu­szeń­stwa i wia­ry we wła­dzę zwierzch­nią, i aby „jak naj­le­piej wy­peł­nia­li to, co w da­nej sy­tu­acji roz­ka­za­li ofi­ce­ro­wie”. Słu­dzy ko­ścio­ła to­wa­rzy­szy­li żoł­nie­rzom na polu wal­ki, aby opie­ko­wać się swo­ją trzód­ką i wspie­rać ją du­cho­wo. Moż­na wspo­mnieć wie­lu ka­pła­nów, któ­rzy stra­ci­li ży­cie, kie­dy – na przy­kład – sta­ra­li się za­wró­cić ucie­ka­ją­cych przed ostrza­łem żoł­nie­rzy.

Twar­de ży­cie re­li­gij­ne w ar­mii sta­je się ła­twiej­sze do zro­zu­mie­nia, kie­dy uświa­do­mi­my so­bie, że wszy­scy ci lu­dzie byli świę­cie prze­ko­na­ni o tym, że Bóg miał duży wpływ na losy wal­ki. W jed­nym z od­dzia­łów pie­cho­ty po­wie­dzia­no wy­raź­nie, że „po­nie­waż bło­go­sła­wień­stwo spły­wa wprost od wszech­mo­gą­ce­go Boga, na­le­ży wiel­bić jego wiel­kie i świę­te imię”. Ozna­cza­ło to po­win­ność sto­so­wa­nia się do za­sad bo­żych.

Więk­szość żoł­nie­rzy była świę­cie prze­ko­na­na, że Bóg stoi po ich stro­nie. Do­wo­dem na to mia­ło być dłu­gie pa­smo szwedz­kich zwy­cięstw od cza­su roz­po­czę­cia woj­ny przed dzie­się­ciu laty. Ten, kto miał nie­zbyt skom­pli­ko­wa­ny umysł, mógł za­uwa­żyć, że bło­go­sła­wień­stwo boże dla ar­mii szwedz­kiej było nie tyl­ko ja­kimś pro­stym ki­bi­co­wa­niem z try­bun na nie­bio­sach. Wprost prze­ciw­nie. Uwa­ża­no, że wie­le od­nie­sio­nych do­tąd zwy­cięstw wzię­ło się z bez­po­śred­niej in­spi­ra­cji bo­żej. Kie­dy stat­ki z woj­skiem do­bi­ja­ły do Ze­lan­dii, wzbu­rzo­ne mo­rze uspo­ko­iło się na­gle na oczach kró­la; w cza­sie bi­twy pod Na­rwą, Bóg ze­słał za­dym­kę śnież­ną, któ­ra po­zwo­li­ła na do­ko­na­nie nie­spo­dzie­wa­ne­go ata­ku, w naj­bar­dziej ku temu spo­sob­nej chwi­li; tak­że szczę­śli­wej prze­pra­wie przez Dźwi­nę to­wa­rzy­szy­ła Opatrz­ność, a w cza­sie bi­twy pod Sa­la­der nie­bie­skie moce spo­wo­do­wa­ły, że ro­syj­skie dzia­ła strze­la­ły w nie­wła­ści­wym kie­run­ku; pod­czas bi­twy pod Frau­stadt po­now­nie śnieg roz­strzy­gnął o lo­sach wal­ki, sy­piąc pro­sto w oczy nie­przy­ja­cie­la, a po­tem, jak­by za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdż­ki, prze­stał pa­dać kie­dy szwedz­kim od­dzia­łom uda­ło się prze­ła­mać li­nię obro­ny; tak­że w zwy­cię­stwach od­nie­sio­nych nad Py­ha­jog­gi i War­tą wi­dzia­no pa­lec boży.

Taki spo­sób my­śle­nia, jak rów­nież wy­cią­ga­nie pier­wiast­ka bo­skie­go z tego, co trud­ne było do wy­tłu­ma­cze­nia albo wy­da­wa­ło się przy­pad­kiem, sta­no­wi­ło rzecz cał­ko­wi­cie na­tu­ral­ną dla czło­wie­ka epo­ki przed­in­du­strial­nej i było w peł­ni po­pie­ra­ne przez naj­wyż­sze wła­dze. Z ko­ściel­nych am­bon, a tak­że na po­lach bi­tew­nych roz­gła­sza­no, po­przez ta­kich lu­dzi jak We­ster­man, że Szwe­dzi mie­li Boga po swo­jej stro­nie; że byli jego na­ro­dem wy­bra­nym i na­rzę­dziem bo­żym. Nie było to tyl­ko przed­sta­wie­nie dla pu­blicz­no­ści z gór­nych ga­le­rii, bo na­wet sam król wie­rzył, że to praw­da. Tak jak dzie­ci Izra­ela, tak i szwedz­cy wo­jow­ni­cy ze­sła­ni zo­sta­li na zie­mię po to, by ka­rać od­stęp­ców od wia­ry i grzesz­ni­ków. Tymi, któ­rych chcia­no wy­chło­stać, byli nie­go­dzi­wi, bez­boż­ni wład­cy, pro­wa­dzą­cy woj­ny bez kon­kret­ne­go po­wo­du. Aby zna­leźć po­twier­dze­nie ta­kich teo­rii, nie wa­ha­no się na­wet przed wy­ko­rzy­sty­wa­niem ka­ba­li­stycz­nych sztu­czek słow­nych. Je­den z pa­sto­rów udo­wad­niał któ­re­muś z od­dzia­łów, że Szwe­dzi byli współ­cze­sny­mi Izra­eli­ta­mi, po­przez prze­sta­wie­nie li­ter w sło­wie AS­SUR (była to na­zwa Asy­rii, od­wiecz­ne­go wro­ga sta­ro­żyt­nych Izra­eli­tów), co da­wa­ło sło­wo RUS­SA!

Taki wła­śnie chrze­ści­jań­ski pan­cerz na­kła­da­no szwedz­kim żoł­nie­rzom. Miał on nie tyl­ko skło­nić ich do wal­ki z więk­szą we­rwą i wia­rą, ale i uczy­nić z nich twar­dych wo­jow­ni­ków. To wła­śnie or­to­dok­syj­na na­uka lu­te­rań­ska, któ­ra na­rzu­ci­ła ca­łej Szwe­cji sta­ro­te­sta­men­to­we za­sa­dy, była źró­dłem fi­lo­zo­fii, któ­rą wbi­ja­no żoł­nie­rzom do gło­wy. Kara i ze­msta sta­ły się mo­ty­wem wio­dą­cym we wszyst­kich prze­po­wied­niach, a wśród klę­czą­cych żoł­nie­rzy krą­żył po­gląd, że nie czas tu na mi­ło­sier­dzie wo­bec wro­ga, bo prze­sła­nie boże mó­wi­ło o ka­rze. Żoł­nie­rzy za­chę­ca­no do pa­le­nia i mor­do­wa­nia w imię Wszech­mo­gą­ce­go. Krwa­we jat­ki, do­ko­ny­wa­ne przez Izra­eli­tów w cza­sach sta­ro­te­sta­men­to­wych, sta­ły się uspra­wie­dli­wie­niem dla wła­snych mor­dów.

Teo­ria o po­mo­cy bo­żej dla Szwe­dów zbu­do­wa­na zo­sta­ła na ba­zie pro­stych prze­sła­nek, co było za­rów­no jej moc­ną, jak i sła­bą stro­ną. To, że Bóg był so­jusz­ni­kiem Szwe­dów wła­śnie, ła­two było udo­wod­nić dzię­ki zwy­cię­stwom od­no­szo­nym na po­lach bi­tew­nych, bo prze­cież nie by­ło­by to moż­li­we bez Jego ak­cep­ta­cji. Ro­dzi­ło się jed­nak py­ta­nie, co sta­ło­by się, gdy­by pew­ne­go dnia za­miast zwy­cię­stwa przy­szła po­raż­ka? Gro­zi­ło­by to roz­pad­nię­ciem się ca­łej teo­rii; oka­za­ło­by się, że miecz pro­pa­gan­dy ma dwa ostrza i wła­śnie zwró­cił się w prze­ciw­ną stro­nę. Bóg dał­by tu na­ocz­ny do­wód na to, że prze­niósł swą opie­kę na wro­ga. Co za strasz­na myśl! Byli już tacy, tego go­rą­ce­go lata, któ­rzy za­czy­na­li za­uwa­żać, że nie wszyst­ko było tak, jak po­win­no być. Ta­kie zda­rze­nia jak sro­ga zima czy wiel­ka od­wilż po­strze­ga­no jako coś wię­cej, niż tyl­ko zwy­kłe zja­wi­ska me­te­oro­lo­gicz­ne. Prze­czu­wa­no, że zbli­ża się czas kary dla Szwe­cji i jej miesz­kań­ców. Czy to moż­li­we, że wła­śnie tego roku, w czerw­cu, Bóg prze­stał już opie­ko­wać się swym wy­bra­nym na­ro­dem?

We­ster­man nie zdą­żył tego ran­ka do­koń­czyć tra­dy­cyj­ne­go na­bo­żeń­stwa. W trak­cie wy­gła­sza­ne­go ka­za­nia po­ja­wi­li się na­gle Ko­za­cy. Nad­je­cha­li wśród krzy­ków oraz strza­łów i do­tar­li na od­le­głość kil­ku­set me­trów od kwa­ter szwedz­kich. Część Ko­za­ków za­po­ro­skich – sprzy­mie­rzeń­ców kró­la szwedz­kie­go – ru­szy­ło do ata­ku prze­ciw­ko na­trę­tom. Uda­ło się ich prze­pę­dzić bez więk­sze­go pro­ble­mu. Zda­rze­nie to nie było czymś nie­zwy­kłym – sta­no­wi­ło ty­po­wy przy­kład wy­pa­dów, któ­ry­mi Ro­sja­nie do­ku­cza­li Szwe­dom. Nie po­cią­ga­ły one za sobą więk­szych ofiar śmier­tel­nych ani strat ma­te­rial­nych, ale wpły­wa­ły zna­czą­co na mo­ra­le żoł­nie­rzy szwedz­kich. Tego typu utarcz­ki zda­rza­ły się pra­wie bez prze­rwy, dniem i nocą. Po­zba­wia­ły żoł­nie­rzy tak po­trzeb­ne­go im spo­ko­ju i wy­po­czyn­ku oraz zmu­sza­ły do pra­wie sta­łej go­to­wo­ści bo­jo­wej, wy­sy­sa­jąc z od­dzia­łów szwedz­kich resz­tę sił. Do­dać do tego na­le­ży nie­mi­ło­sier­ny upał, któ­rym od dłuż­sze­go cza­su do­tknię­ta była cała Ukra­ina. Nie­któ­rzy po­wia­da­li, że taki żar był rze­czą nie­na­tu­ral­ną. Wie­lu żoł­nie­rzy ar­mii szwedz­kiej za­czę­ło wy­ka­zy­wać pierw­sze ozna­ki wy­czer­pa­nia.

Ro­syj­ska pę­tla za­ci­ska­ła się z go­dzi­ny na go­dzi­nę. Pro­wo­ka­cyj­ne wy­pa­dy skie­ro­wa­ne w stro­nę szwedz­kich po­ste­run­ków nie usta­wa­ły i trwa­ły przez resz­tę po­po­łu­dnia. Na za­le­sio­nym wzgó­rzu, któ­re cią­gnę­ło się wzdłuż rze­ki Wor­skli, znaj­do­wał się wy­su­nię­ty zwiad kon­ny; jego za­da­nie po­le­ga­ło na prze­szka­dza­niu ro­syj­skim pa­tro­lom, któ­re co­raz czę­ściej po­ja­wia­ły się w po­bli­żu. W tym wła­śnie miej­scu do­szło do ma­łej po­tycz­ki, w któ­rej ży­cie stra­ci­ło trzech żoł­nie­rzy szwedz­kich. Na­tych­miast do­sła­no po­sił­ki: dwu­dzie­stu musz­kie­te­rów i sze­ściu jeźdź­ców.

Wie­dzia­no, że szyb­kie prze­ciw­dzia­ła­nie mo­gło dać wy­su­nię­tym stra­żom chwi­lę od­de­chu; za­uwa­żo­no to już w cza­sie drob­nych so­bot­nich po­ty­czek. Pod­od­dział skła­da­ją­cy się z żoł­nie­rzy gwar­dii kró­lew­skiej, pod do­wódz­twem ka­pi­ta­na von Pol­la, znaj­do­wał się za nie­wiel­kim wzgó­rzem, ukry­ty w za­ro­ślach. Wy­sta­wio­ny był tym sa­mym na ostrzał ze stro­ny Ko­za­ków, strze­la­ją­cych z du­żej od­le­gło­ści. W ten spo­sób kule tra­fi­ły czte­rech kon­nych, jed­ne­go po dru­gim. Wte­dy na po­ste­ru­nek skie­ro­wał się je­den z ofi­ce­rów naj­wyż­sze­go do­wódz­twa, ge­ne­rał Adam Lu­dwig Le­wen­haupt. Dwu­dzie­stu musz­kie­te­rów od­ko­men­de­ro­wa­no pod do­wódz­two 18-let­nie­go cho­rą­że­go Mal­col­ma Sinc­la­ira i po­le­co­no mu pod­jąć pró­bę wcią­gnię­cia Ko­za­ków w za­sadz­kę.

Ten mło­dy pod­ofi­cer – w prze­ci­wień­stwie do swe­go prze­ło­żo­ne­go von Pol­la – prze­żył woj­nę, a jego udzia­łem sta­ła się spek­ta­ku­lar­na ka­rie­ra. Zo­stał po­słem par­la­men­tu szwedz­kie­go i człon­kiem taj­nej ko­mi­sji; w 1738 r. wy­sła­no go do Tur­cji. Pró­bo­wał tam po­zy­skać suł­ta­na tu­rec­kie­go do no­wej woj­ny z Ro­sją, któ­ra cza­iła się już na ho­ry­zon­cie zda­rzeń. W dro­dze po­wrot­nej zo­stał za­mor­do­wa­ny przez ro­syj­skie­go żoł­nie­rza, któ­ry po­dą­żał za nim, aby wy­kraść taj­ne do­ku­men­ty. Czyn ten wy­wo­łał wiel­ką bu­rzę w Szwe­cji. Śmierć Sinc­la­ira wy­ko­rzy­sta­no zręcz­nie w ak­cji pro­pa­gan­do­wej skie­ro­wa­nej prze­ciw­ko Ro­sji, m.in. w for­mie słyn­nej Pie­śni o Sinc­la­irze, skła­da­ją­cej się z 90 zwro­tek. Jego śmierć przy­czy­ni­ła się do wy­bu­chu no­wej woj­ny z Ro­sją w 1741 r. Tak więc Sinc­la­ir prze­żył jed­ną woj­nę z Ro­sją, aby – pa­ra­dok­sal­nie – wie­le lat póź­niej po­przez swo­ją śmierć wy­wo­łać dru­gą.

Pod­od­dział Sinc­la­ira za­cza­ił się w miej­scu, gdzie pla­no­wa­no zro­bić za­sadz­kę, cho­wa­jąc się za za­ro­śla­mi w zu­peł­nej ci­szy. Żoł­nie­rzom roz­ka­za­no, aby nie otwie­ra­li ognia, za­nim Ko­za­cy nie znaj­dą się w za­się­gu szwedz­kich ka­ra­bi­nów. Le­wen­haupt ze­brał tym­cza­sem mniej­szy pod­od­dział dra­go­nów i skie­ro­wał się w stro­nę Ko­za­ków. Jed­nak ci uni­ka­li bez­po­śred­nie­go star­cia (Le­wen­haupt do­wie­dział się póź­niej, że ich za­da­nie po­le­ga­ło na nie­ustan­nym zaj­mo­wa­niu swo­ją obec­no­ścią żoł­nie­rzy szwedz­kich, pod­czas gdy wy­so­cy ran­gą ofi­ce­ro­wie ro­syj­scy do­ko­ny­wa­li re­ko­ne­san­su oko­li­cy). Szwe­dzi pró­bo­wa­li więc oszu­kać Ko­za­ków, co­fa­jąc się na ich wi­dok, uda­jąc, że ogar­nął ich na­gły strach. Kie­dy zo­ba­czy­li to Ko­za­cy, na­bra­li od­wa­gi i ru­szy­li ga­lo­pem wśród gło­śnych okrzy­ków, spo­wi­ci kłę­ba­mi ku­rzu, uno­szą­ce­go się spod koń­skich ko­pyt. Gdy Szwe­dzi po­now­nie za­trzy­ma­li się i zwró­ci­li fron­tem w stro­nę wro­ga, Ko­za­cy wstrzy­ma­li ko­nie i za­czę­li strze­lać ze swej znie­na­wi­dzo­nej przez Szwe­dów bro­ni z od­le­gło­ści po­nad dwu­stu me­trów.

Byli oni w za­sa­dzie do­bry­mi strzel­ca­mi i uży­wa­li dłu­gich, gwin­to­wa­nych ka­ra­bi­nów, zwa­nych tur­czyn­ka­mi. Z ich po­mo­cą, mo­gli wstrze­lić się w każ­dy punkt z dużo więk­szej od­le­gło­ści, niż Szwe­dzi wy­po­sa­że­ni w pro­ste gład­ko­lu­fo­we ka­ra­bi­ny.

Ko­zac­kie po­ci­ski do­się­gły koni i lu­dzi. Le­wen­haupt i jego dra­go­ni po­now­nie za­czę­li się co­fać, aby umoż­li­wić Ko­za­kom pod­ję­cie po­go­ni. Po­ścig za­mie­niał się na­tych­miast w strze­la­ni­nę, kie­dy tyl­ko żoł­nie­rze szwedz­cy za­trzy­my­wa­li się na chwi­lę. W ten spo­sób ba­wio­no się ze sobą przez pe­wien czas. W koń­cu uda­ło się za­pę­dzić Ko­za­ków w za­sadz­kę tak, że zna­leź­li się w za­się­gu szwedz­kich ka­ra­bi­nów. W mgnie­niu oka ukry­ci do­tąd żoł­nie­rze wy­pro­sto­wa­li się. Roz­le­gła się gło­śna sal­wa. Ko­za­cy, za­sko­cze­ni strza­ła­mi, wy­co­fa­li się bez strat. Do koń­ca dnia po­ste­ru­nek szwedz­ki nie był już jed­nak nie­po­ko­jo­ny.

W cza­sie tego zda­rze­nia szwedz­ki ge­ne­rał za­uwa­żył jed­nak coś, co na­peł­ni­ło go stra­chem i zło­ścią: od­da­na sal­wa nie uczy­ni­ła Ko­za­kom żad­nej krzyw­dy. Wi­dział, jak kule wy­strze­lo­ne ze szwedz­kich ka­ra­bi­nów ude­rzy­ły w zie­mię, wzno­sząc fon­tan­ny ku­rzu w od­le­gło­ści oko­ło dwu­dzie­stu me­trów za wy­lo­ta­mi luf. Je­że­li resz­ta pro­chu była po­dob­nej ja­ko­ści, mo­gło to ob­ni­żyć siłę ude­rze­nio­wą ar­mii szwedz­kiej. Było to bar­dzo nie­po­ko­ją­cą pro­gno­zą w ob­li­czu nad­cho­dzą­cej bi­twy. Le­wen­haupt za­mel­do­wał o tym w so­bo­tę kró­lo­wi Ka­ro­lo­wi XII, ale ten mu nie uwie­rzył.

Te­raz była już jed­nak nie­dzie­la, a w oko­li­cach pory obia­do­wej roz­po­czę­ły się ko­lej­ne ata­ki ze stro­ny Ro­sjan. Trzy szwa­dro­ny ro­syj­skiej jaz­dy roz­je­cha­ły się po sze­ro­kim pa­gór­ko­wa­tym te­re­nie, jaki roz­po­ście­rał się wo­kół wio­ski Ryb­cy. Ogro­dy wiej­skie sta­no­wi­ły pół­noc­ną gra­ni­cę obo­zu szwedz­kie­go. Kie­dy od­dzia­ły ro­syj­skie roz­po­czę­ły ostrzał po­ste­run­ków szwedz­kich, kil­ka re­gi­men­tów ka­wa­le­rii otrzy­ma­ło roz­kaz „Na koń!”.

Do kontr­ata­ku ru­szy­ła przed­nia straż z re­gi­men­tu jaz­dy z Ost­go­ta pod do­wódz­twem 21 – let­nie­go rot­mi­strza Axe­la Wacht­me­iste­ra. Rów­nież i tym ra­zem uda­ło się od­pę­dzić na­trę­tów po krót­kim star­ciu. Stra­ty były nie­wiel­kie, za­bi­tych zo­sta­ło trzech szwedz­kich jeźdź­ców. Rany od­niósł m.in. je­den z dra­ban­tów kró­la, Ebbe Rid­der­schantz. Cięż­ko ra­nił go odła­mek szpa­dy wbi­ty w jego cia­ło. Ebbe zo­stał za­sko­czo­ny na­głym, ro­syj­skim ata­kiem, kie­dy znaj­do­wał się w ste­pie z mi­sją zwia­dow­czą. Ro­syj­ski od­dział zwia­dow­czy za­sko­czył ich.

Ktoś do­strzegł, jak więk­sza część ge­ne­ra­li­cji ro­syj­skiej zgro­ma­dzi­ła się w po­bli­żu wsi, aby z bliż­szej od­le­gło­ści obej­rzeć po­zy­cje szwedz­kie. Nie­wie­le póź­niej po­now­nie za­uwa­żo­no coś, co świad­czy­ło o trwa­ją­cych przy­go­to­wa­niach do bi­twy.

Król wró­cił już do sił po go­rącz­ce sprzed kil­ku dni, któ­ra była ubocz­nym skut­kiem po­strza­łu, jaki otrzy­mał w sto­pę 17 czerw­ca. Był mło­dym męż­czy­zną (w wie­ku 27 lat), z wy­so­kim czo­łem, moc­nym no­sem, peł­ny­mi war­ga­mi, o wład­czym spoj­rze­niu; kró­lem z bo­że­go na­masz­cze­nia, przy­zwy­cza­jo­nym do wy­da­wa­nia roz­ka­zów i po­słu­szeń­stwa. Czuł się już na tyle do­brze, że sa­mo­dziel­nie, sie­dząc na no­szach, ob­ser­wo­wał roz­miesz­cza­nie po­ste­run­ków na wzgó­rzu nad rze­ką. Był to ten sam po­ste­ru­nek, któ­ry owe­go dnia zna­lazł się wcze­śniej pod ostrza­łem, i któ­ry póź­niej zo­stał wzmoc­nio­ny. Wbrew uprzed­nim roz­ka­zom, król po­le­cił, aby wy­co­fać cały od­dział, są­dził bo­wiem, że nie jest on już dłu­żej po­trzeb­ny. Je­den z ofi­ce­rów wy­ra­ził po­gląd – na­wią­zu­jąc do ro­syj­skie­go ata­ku – że roz­kaz ten ozna­czał, iż po­sta­no­wio­no w koń­cu prze­ciw­sta­wić się „ta­kim i po­dob­nym znie­wa­gom”. Ofi­cer ów uwa­żał, że te­raz król po­zwo­li woj­sku roz­po­cząć na­tar­cie prze­ciw­ko wiel­kiej ar­mii ro­syj­skiej, sto­ją­cej w go­to­wo­ści w od­le­gło­ści kil­ku ty­się­cy me­trów na pół­noc. Przy­pusz­cze­nie to było w peł­ni słusz­ne.

3Droga do Połtawy

Ar­mia szwedz­ka sta­ła w ser­cu Ukra­iny, ty­sią­ce ki­lo­me­trów od oj­czy­ste­go kra­ju. Ja­kież to ta­jem­ni­cze siły do­pro­wa­dzi­ły do ta­kiej sy­tu­acji? Aby od­po­wie­dzieć na tak po­sta­wio­ne py­ta­nie, mu­si­my wie­dzieć wię­cej o sa­mej woj­nie – któ­rą w póź­niej­szych cza­sach na­zy­wa­no „wiel­ką woj­ną pół­noc­ną” – a tak­że o czyn­ni­kach, któ­re do­pro­wa­dzi­ły do kon­flik­tu i wią­za­ły się z okre­sem po­tę­gi szwedz­kiej w Eu­ro­pie.

W mo­men­cie, o któ­rym mó­wi­my, tzw. „okres po­tę­gi szwedz­kiej” li­czył so­bie już po­nad 150 lat. Fun­da­men­ty pod tę nie­zwy­kłą bu­dow­lę po­ło­żo­no już w 1561 r. Upa­dek pań­stwa Za­ko­nu Krzy­żac­kie­go w 1525 r. do­pro­wa­dził do po­wsta­nia po­li­tycz­nej próż­ni w re­jo­nie nad­bał­tyc­kim. Sy­tu­ację tę po­sta­no­wi­ła wy­ko­rzy­stać Ro­sja, do­ko­nu­jąc wy­pa­du w stro­nę Bał­ty­ku. Do gry dały się też wcią­gnąć Pol­ska i Da­nia. Do Szwe­cji ze wszyst­kich stron kie­ro­wa­no proś­by o po­moc. Z proś­bą o wspar­cie zwró­ci­li się m.in. kup­cy z Re­wa­la, któ­rym wiel­kie zy­ski prze­cho­dzi­ły koło nosa, od kie­dy lu­kra­tyw­ny, ro­syj­ski han­del za­czął kie­ro­wać się do Na­rwy, za­ję­tej nie­wie­le wcze­śniej przez Ro­sjan. Szwe­cja po­sta­no­wi­ła więc przy­łą­czyć się do wal­ki o ten smacz­ny ką­sek. Na po­cząt­ku lata 1561 r., od­dzia­ły szwedz­kie po­ja­wi­ły się w Re­wa­lu. Miesz­cza­nie i szlach­ta w trzech es­toń­skich pro­win­cjach zmu­sze­ni zo­sta­li do uzna­nia nad sobą zwierzch­nic­twa szwedz­kie­go. Pierw­szy krok na dro­dze do opa­no­wa­nia Bał­ty­ku zo­stał więc do­ko­na­ny. Za­po­cząt­ko­wa­ło to dłu­go­let­ni po­je­dy­nek o pa­no­wa­nie nad pół­noc­no-wschod­nią Eu­ro­pą. Trwa­ło to po­nad pięć­dzie­siąt lat.

Skut­kiem tego było wie­le kon­flik­tów i wo­jen. Więk­szość z nich roz­gry­wa­ło się mię­dzy Szwe­cją, Da­nią, Pol­ską i Ro­sją. Zwie­ra­no co­raz to nowe ukła­dy po­ko­jo­we, ale nig­dy nie trwa­ły one zbyt dłu­go. W Eu­ro­pie po­ja­wił się bo­wiem zu­peł­nie nowy ro­dzaj woj­ny. Woj­na po­sia­da­ją­ca kie­dyś ogra­ni­czo­ny za­sięg, na­bie­ra­ła te­raz cha­rak­te­ru szer­sze­go kon­flik­tu. Jed­na wią­za­ła się z dru­gą; sta­ra woj­na pro­wa­dzi­ła w efek­cie do no­wej. Więk­szość in­ter­wen­cji zbroj­nych roz­gry­wa­ją­cych się na pół­no­cy mia­ła szczę­śli­wy prze­bieg dla ko­ro­ny szwedz­kiej. Od­ci­na­no je­den ka­wa­łek zie­mi po dru­gim, za­wsze na nie­ko­rzyść kra­jów ościen­nych (głów­nie trzech, wspo­mnia­nych już wy­żej, państw). W ten spo­sób, Szwe­cja przez całe stu­le­cie trwa­ła pra­wie nie­prze­rwa­nie w sta­nie per­ma­nent­nej woj­ny.

W la­tach 1660-1661 Szwe­cja za­war­ła trzy waż­ne ukła­dy po­ko­jo­we: w Oli­wie z Pol­ską, w Ko­pen­ha­dze z Da­nią i w Kar­dis z Ro­sją. Koń­czą one erę za­bor­czej do­mi­na­cji szwedz­kiej w Eu­ro­pie. Cza­sy wiel­kich wy­praw wo­jen­nych mi­nę­ły. Zdo­by­cze, ja­kie uda­ło się osią­gnąć w cią­gu tego ca­łe­go okre­su, były im­po­nu­ją­ce. Pol­ska stra­ci­ła Inf­lan­ty. Niem­com ode­bra­no Po­mo­rze Za­chod­nie, część Po­mo­rza Me­klem­bur­skie­go (Hin­ter­pom­mern), jak rów­nież Wi­smar, Bre­mę i Wer­den. Da­nia utra­ci­ła Jam­tland, Har­je­da­len, Hal­land, wy­spy Go­tlan­dię i Ozy­lię oraz pro­win­cje Ska­nię, Ble­kin­ge i Bo­hu­slan. Ro­sji ode­bra­no pro­win­cje Ke­xholm i In­ger­man­land, od­ci­na­jąc jej w ten spo­sób do­stęp do Bał­ty­ku. Te­raz na­de­szła faza kon­so­li­da­cji pań­stwa szwedz­kie­go w taki spo­sób, jak robi to boa du­si­ciel, któ­ry naj­pierw wchła­nia swo­ją ofia­rę, a po­tem ukła­da się wy­god­nie, aby w spo­ko­ju ją stra­wić. Przy­szedł czas, aby umoc­nić i obro­nić wszyst­kie zdo­by­cze. Trwa­ło to aż do koń­ca stu­le­cia.

Nie da się za­prze­czyć, że w hi­sto­rii na­sze­go kon­ty­nen­tu było to nie­zwy­kłe zja­wi­sko. Jesz­cze nie­daw­no Szwe­cja była ja­ło­wym, nic nie­zna­czą­cym, sła­bo roz­wi­nię­tym kra­jem, le­żą­cym na obrze­żach Eu­ro­py; stop­nio­wo za­czę­ła jed­nak wy­ła­niać się zza ku­lis waż­nych wy­da­rzeń, aby w koń­cu za­cząć od­gry­wać czo­ło­wą rolę na po­li­tycz­nej sce­nie kon­ty­nen­tu. Kraj stał się od razu po­tę­gą naj­wyż­szej ran­gi. Ja­kie siły przy­czy­ni­ły się do tak nie­zwy­kłych zmian? Py­ta­nie to za­da­wa­ło so­bie oczy­wi­ście wie­lu hi­sto­ry­ków, a z bie­giem cza­su róż­ne szko­ły hi­sto­rycz­ne wrzu­ca­ły swój ka­my­czek do tego ogród­ka.

Wcze­śniej­sze osą­dy na ten te­mat wska­zy­wa­ły na cały sze­reg nie­ty­po­wych zda­rzeń, któ­re w tam­tym okre­sie wpły­wa­ły na szwedz­kie po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, a któ­re w efek­cie wy­mu­sza­ły na Szwe­cji ko­lej­ne pod­bo­je. Cho­dzi­ło tu przede wszyst­kim o róż­ne­go ro­dza­ju roz­gryw­ki po­li­tycz­ne poza gra­ni­ca­mi kra­ju. Za­czę­ła wzra­stać po­tę­ga Ro­sji, roz­sy­py­wa­ły się daw­ne ukła­dy w Inf­lan­tach i Kur­lan­dii (spo­wo­do­wa­ne upad­kiem Han­zy i Za­ko­nu Krzy­żac­kie­go), swo­ją rolę po­li­tycz­ną ode­gra­ła też kontr­re­for­ma­cja, co da­wa­ło się od­czuć na­wet na Pół­no­cy. Na do­da­tek trwa­ła wal­ka z Da­nią o do­mi­na­cję w Skan­dy­na­wii. We­dług nie­któ­rych hi­sto­ry­ków szwedz­kie przed­się­wzię­cia wo­jen­ne wy­ni­ka­ły z nie­po­ko­ju o bez­pie­czeń­stwo kra­ju w ob­li­czu za­gro­żeń ze­wnętrz­nych. Bu­do­wa­no więc stre­fy bu­fo­ro­we na gra­ni­cach z groź­ny­mi są­sia­da­mi, szu­ka­jąc w ten spo­sób moż­li­wo­ści stwo­rze­nia tzw. gra­nic na­tu­ral­nych.

Po­dob­ną opi­nię re­pre­zen­to­wa­li ci na­ukow­cy, we­dług któ­rych okres po­tę­gi szwedz­kiej był nie tyle wy­ni­kiem jej po­ten­cja­łu mi­li­tar­ne­go, co skut­kiem sła­bo­ści kra­jów z nią są­sia­du­ją­cych. Wska­zu­je się przy tym na kil­ka sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ści, któ­re umoż­li­wi­ły Szwe­dom tak sze­ro­ką eks­pan­sję. Pol­ska stop­nio­wo sta­wa­ła się słab­sza i co­raz bar­dziej roz­bi­ta. Ro­sja była osła­bio­na po krwa­wych rzą­dach Iwa­na Groź­ne­go; po­wsta­nia lu­do­we i spo­ry dy­na­stycz­ne spa­ra­li­żo­wa­ły cały kraj. W Niem­czech pa­no­wa­ło głę­bo­kie, osła­bia­ją­ce kraj roz­bi­cie. Na­wet w Da­nii sy­tu­acja sta­wa­ła się co­raz gor­sza. Wszyst­ko to do­pro­wa­dzi­ło do tego, że sła­ba Szwe­cja do­sta­ła szan­sę na wzrost te­ry­to­rial­ny, kosz­tem swo­ich są­sia­dów.

Teo­rii tej prze­ciw­sta­wia się inny zu­peł­nie po­gląd: ten mia­no­wi­cie, że pod­sta­wą szwedz­kich pod­bo­jów była przede wszyst­kim sy­tu­acja go­spo­dar­cza. Ko­ro­na szwedz­ka pra­gnę­ła stwo­rzyć wła­sny mo­no­pol na han­del ro­syj­ski i pół­noc­no­eu­ro­pej­ski z Za­cho­dem. Dą­ży­ła do peł­nej nad nim kon­tro­li, a tak­że ob­ło­że­nia go cła­mi. Po­ja­wi­ła się taka szan­sa, kie­dy upadł Za­kon Krzy­żac­ki. Szwe­cja i Pol­ska (a w pew­nym sen­sie tak­że i Da­nia) roz­po­czę­ły wal­kę o opa­no­wa­nie tych – jak­że do­cho­do­wych – dróg han­dlo­wych, pod­czas kie­dy Ro­sja usi­ło­wa­ła uzy­skać do­stęp do Bał­ty­ku, aby w ten spo­sób za­pew­nić so­bie bez­po­śred­nie kon­tak­ty z kup­ca­mi z Za­chod­niej Eu­ro­py. Tego ro­dza­ju dą­że­nia eko­no­micz­ne le­gły też u pod­staw trwa­ją­cej wiel­kiej woj­ny pół­noc­nej.

Czwar­ty po­gląd re­pre­zen­tu­ją ci hi­sto­ry­cy, któ­rzy szu­ka­ją wy­ja­śnie­nia dla eks­pan­sji szwedz­kiej w we­wnętrz­nych sto­sun­kach spo­łecz­nych, pa­nu­ją­cych w kra­ju w tam­tym okre­sie. We­dług nich, mo­to­rem tych dzia­łań była szwedz­ka ary­sto­kra­cja – kla­sa spo­łecz­na, któ­ra dzię­ki woj­nie wzmac­nia­ła swą po­zy­cję, bo­ga­cąc się kosz­tem szwedz­kich chło­pów i szlach­ty za­gra­nicz­nej. Pod­bo­je były spo­so­bem, za po­mo­cą któ­re­go szwedz­ka szlach­ta mo­gła zdo­być poza gra­ni­ca­mi swe­go kra­ju to, cze­go nie mo­gła zy­skać na jego te­ry­to­rium. Chło­pi sta­no­wi­li już siłę, któ­ra mo­gła prze­ciw­sta­wić się co­raz da­lej idą­ce­mu wy­zy­sko­wi, pro­wa­dzo­ne­mu przez pań­stwo i ary­sto­kra­tów. W związ­ku z tym, woj­na ze­wnętrz­na sta­wa­ła się ja­kąś al­ter­na­ty­wą wzbo­ga­ce­nia się. Pa­nu­ją­ca kla­sa zy­ski­wa­ła co­raz wię­cej na tym, że Szwe­cja pro­wa­dzi­ła woj­ny i sta­wa­ła się co­raz po­tęż­niej­sza. Dla każ­de­go szlach­ci­ca ro­dzi­ła się np. szan­sa na zro­bie­nie szyb­kiej ka­rie­ry. Pod­bo­je na­zy­wa­no dzia­ła­niem in­spi­ro­wa­nym przez pa­nów feu­dal­nych, któ­rym cho­dzi­ło o po­więk­sze­nie swych po­sia­dło­ści wo­kół Mo­rza Bał­tyc­kie­go. Wy­su­wa się też po­gląd, że we­wnętrz­na lo­gi­ka pro­wa­dze­nia wo­jen, a zwłasz­cza spo­sób, w jaki je fi­nan­so­wa­no, pro­wa­dzi­ła do wy­wo­ły­wa­nia no­wych kon­flik­tów siłą wła­sne­go na­pę­du. Kie­dy ja­kieś pań­stwo wy­sta­wia­ło ar­mię go­to­wą do woj­ny, cho­dzi­ło o to, aby moż­li­wie naj­szyb­ciej wy­pro­wa­dzić ją z wła­sne­go te­ry­to­rium, opa­no­wać obce pań­stwo i utrzy­my­wać woj­sko przy po­mo­cy mniej lub bar­dziej wy­szu­ka­nych me­tod gra­bie­ży. Po­sia­da­nie uzbro­jo­nej ar­mii w gra­ni­cach wła­sne­go kra­ju ozna­cza­ło ni mniej, ni wię­cej, tyl­ko go­spo­dar­czą ka­ta­stro­fę. Fi­nan­so­wa­nie woj­ny na spo­sób szwedz­ki skon­stru­owa­ne było tak, że do­pó­ki od­no­szo­no zwy­cię­stwa, pa­no­wał po­kój i szczę­ście; po­raż­ki od razu roz­bi­ja­ły w puch wszel­kie kal­ku­la­cje, a brak woj­ny był praw­dzi­wą ka­ta­stro­fą.

Je­że­li abs­tra­ho­wać od my­śli o tym, że po­wo­dem wszyst­kie­go jest Opatrz­ność Boża, moż­na zgo­dzić się z tezą, że tego typu po­glą­dy moż­na ze sobą po­łą­czyć w jed­ną spój­ną ca­łość. Za­strze­że­nia, ja­kie się przy tej oka­zji wy­su­wa, są skut­kiem pew­nych nie­zgod­no­ści, któ­re po­wsta­ją, kie­dy pró­bu­je się coś wy­ja­śnić na ba­zie tyl­ko jed­ne­go twier­dze­nia.

Teo­ria próż­ni – któ­ra pró­bu­je wy­ja­śnić eks­pan­sję w opar­ciu o sła­bość są­sia­dów – jest wła­śnie tą teo­rią, któ­ra in­te­re­su­je nas naj­mniej. Wy­ja­śnia być może, dla­cze­go pod­bo­je mia­ły tak sze­ro­ki cha­rak­ter, ale mówi wła­ści­wie nie­wie­le o tym, dla­cze­go do nich do­szło. Je­śli cho­dzi o teo­rię „eko­no­micz­ną” (eks­pan­sja jako me­to­da pro­wa­dzą­ca do prze­ję­cia kon­tro­li nad han­dlem w re­gio­nie) – to jest wie­le do­wo­dów na to, że cele eko­no­micz­ne rze­czy­wi­ście były bar­dzo waż­ne przy po­dej­mo­wa­niu de­cy­zji. Oka­zu­je się jed­nak, że nie były mo­to­rem wszyst­kich roz­strzy­gnięć o cha­rak­te­rze stra­te­gicz­nym. Roz­wa­ża­nia o pro­fi­lu po­li­tycz­no-go­spo­dar­czym mo­gły rów­nież od­gry­wać pew­ną pod­rzęd­ną rolę, w sto­sun­ku do po­su­nięć o cha­rak­te­rze czy­sto po­li­tycz­nym.

W cią­gu ca­łe­go stu­le­cia, w któ­rym stop­nio­wo bu­do­wa­no po­tę­gę szwedz­ką, waż­ni de­cy­den­ci sta­wia­ni byli czę­sto wo­bec licz­nych wy­zwań i trud­nych sy­tu­acji. Cza­sa­mi cele go­spo­dar­cze były mo­ty­wem prze­wod­nim dla po­dej­mo­wa­nych dzia­łań; nie­kie­dy cho­dzi­ło o bez­pie­czeń­stwo kra­ju, nie­kie­dy zaś o wszyst­ko ra­zem. Na­le­ży pa­mię­tać o tym, że wy­raź­ne od­dzie­le­nie ce­lów po­li­tycz­nych od go­spo­dar­czych, w wie­lu przy­pad­kach jest czy­stą abs­trak­cją. Sfe­ry te były bo­wiem ze sobą ści­śle po­wią­za­ne. Chcąc za­pew­nić po­kój w pań­stwie, na­le­ża­ło go­to­wać się do in­ter­wen­cji zbroj­nej. A prze­cież wraz z no­wym ty­pem woj­ny, któ­ry po­ja­wił się w XVI stu­le­ciu i po­chła­niał ogrom­ne na­kła­dy, trze­ba było zwięk­szyć i cią­gle znaj­dy­wać nowe środ­ki fi­nan­so­we.

Bez wąt­pie­nia na­to­miast we­wnętrz­ne sto­sun­ki pa­nu­ją­ce w Szwe­cji od­gry­wa­ły wiel­ką, aby nie po­wie­dzieć de­cy­du­ją­cą rolę jako ka­ta­li­za­tor dla sze­re­gu wo­jen i bez­pre­ce­den­so­wej eks­pan­sji.

Nie po­win­ni­śmy jed­nak wy­obra­żać so­bie, że ksią­żę­ta i szlach­ta pro­wa­dzi­li wszyst­kie te woj­ny tyl­ko dla­te­go, że byli głu­pi, źli albo i głu­pi, i źli. Zja­wi­sko pod­bo­jów mia­ło swe źró­dło w pa­nu­ją­cych sto­sun­kach feu­dal­nych. Woj­na w owym cza­sie była po pro­stu naj­szyb­szą me­to­dą na za­pew­nie­nie so­bie wiel­kich zy­sków. Go­spo­dar­ka zdo­mi­no­wa­na była, żeby nie użyć stwier­dze­nia „spa­ra­li­żo­wa­na”, przez sła­bo roz­wi­nię­te rol­nic­two, gdzie pro­duk­cja była tak ni­ska, że czę­sto le­d­wo dało się coś ze­brać. Zdo­by­cze te­ry­to­rial­ne i wo­jen­ne sta­no­wi­ły w tam­tych cza­sach je­dy­ny spo­sób na szyb­kie wzbo­ga­ce­nie się. Jest to pew­nik, któ­ry od­no­si się tak do państw, jak i do jed­no­stek. Poza tym, ist­nie­je wiel­ka róż­ni­ca mię­dzy sys­te­mem ka­pi­ta­li­stycz­nym, a feu­dal­nym. Sta­łym ob­sza­rem kon­ku­ren­cji w sys­te­mie ka­pi­ta­li­stycz­nym jest go­spo­dar­ka, ry­nek; w sys­te­mie feu­dal­nym ta­kim miej­scem było pole bi­twy, a naj­bar­dziej roz­po­wszech­nio­nym na­rzę­dziem – szpa­da. W ka­pi­ta­li­zmie ry­wa­li­zu­ją­ce pod­mio­ty mogą kwit­nąć i wzra­stać jed­no­cze­śnie. Nie było to moż­li­we w sys­te­mie feu­dal­nym, bo głów­ny twór­ca do­cho­du – zie­mia – nie mo­gła się roz­ra­stać lecz tyl­ko zmie­niać wła­ści­cie­la, a ta­kich zmian do­ko­ny­wa­no głów­nie z bro­nią w ręku. Dla­te­go tak wie­le wo­jen i tak dłu­gi ich prze­bieg były w efek­cie nie­unik­nio­ną kon­se­kwen­cją sys­te­mu feu­dal­ne­go.

Ła­two dojść do wnio­sku, że pro­wa­dze­nie ca­łej tej krwa­wej, brud­nej po­li­ty­ki le­ża­ło w czy­imś in­te­re­sie. Tym kimś była bez wąt­pie­nia szwedz­ka szlach­ta, któ­ra bo­ga­ci­ła się na eks­pan­sji pro­wa­dzo­nej przez pań­stwo. Po­przez wy­cho­wa­nie i zdo­by­te wy­kształ­ce­nie zdo­by­wa­ła nowy ro­dzaj za­ję­cia, było nim wo­jo­wa­nie. Dla mło­dych szlach­ci­ców, za­in­te­re­so­wa­nych zro­bie­niem wiel­kiej ka­rie­ry, ist­nia­ły wte­dy je­dy­nie dwa spo­so­by war­te roz­wa­że­nia: ka­rie­ra urzęd­ni­ka albo ka­rie­ra woj­sko­wa. Z tych dwóch „dro­ga szpa­dy” była nie­wąt­pli­wie bar­dziej atrak­cyj­na. W pew­nych okre­sach na­wet 80% szlach­ty bra­ło udział w pra­cach na rzecz ar­mii. Na­le­ży więc przy­jąć, że lu­dzie ci mie­li wte­dy zu­peł­nie inne spoj­rze­nie na woj­nę od tego, ja­kie pa­nu­je dzi­siaj. Woj­na nie była dla nich czymś z grun­tu złym, ale przede wszyst­kim oka­zją do zro­bie­nia ka­rie­ry i zdo­by­cia szyb­kie­go ma­jąt­ku. Było to za­ję­cie, któ­re naj­bar­dziej przy­sta­wa­ło mło­de­mu szlach­ci­co­wi. W ich oczach po­kój sta­wał się nie­bez­piecz­nym zja­wi­skiem, bo pro­wa­dził do de­mo­bi­li­za­cji i per­tur­ba­cji go­spo­dar­czych. Zna­ny ary­sto­kra­ta Gu­staw Bon­de po­wie­dział kie­dyś pod­czas na­ra­dy, że „w cza­sie mi­nio­nych wo­jen wie­lu żoł­nie­rzy na coś się przy­da­ło, cze­goś się na­uczy­ło i mo­gło utrzy­mać ro­dzi­nę, za­miast sie­dzieć w domu i gło­do­wać”. Adam Lu­dwig Le­wen­haupt – ów ge­ne­rał, któ­ry chciał wcią­gnąć Ko­za­ków w za­sadz­kę – twier­dził: „o wie­le więk­szą przy­jem­ność spra­wi­ło­by mi spę­dze­nie choć­by krót­kie­go cza­su poza kra­jem, na­wet na woj­nie, niż po­zo­sta­wa­nie w domu, gdzie tyl­ko mar­nu­je się czas bez po­żyt­ku, w po­ni­że­niu”. Był to chy­ba po­wszech­nie obo­wią­zu­ją­cy po­gląd wśród tego typu lu­dzi. Tak po­zy­tyw­ne zda­nie na te­mat woj­ny pa­no­wa­ło rów­nież w cią­gu ca­łe­go XVIII wie­ku. To wła­śnie wte­dy więk­szość ka­rie­ro­wi­czów, zmu­szo­na do wal­ki o co­raz mniej urzę­dów, ja­kie były do dys­po­zy­cji w cza­sach po­ko­jo­wych, ze łza­mi w oczach wspo­mi­na­ła sta­re, do­bre cza­sy wy­praw i pod­bo­jów.

Wśród osób ży­ją­cych współ­cze­śnie z tymi, o któ­rych pi­sze­my, nie bra­ko­wa­ło i ta­kich, któ­rzy w okre­sie bu­do­wa­nia po­tę­gi pań­stwa szwedz­kie­go nie wąt­pi­li w to, że woj­na była tyl­ko me­to­dą na umoc­nie­nie po­zy­cji szlach­ty w kra­ju i za­pew­nie­nie so­bie po­ko­ju we­wnętrz­ne­go. Mó­wio­no, że szlach­ta za­ra­bia na woj­nie na wie­le róż­nych spo­so­bów: to jej naj­lep­sze po­sia­dło­ści przy­dzie­la­no jako wy­raz uzna­nia za za­słu­gi wo­jen­ne; te same oso­by bo­ga­ci­ły się też dzię­ki łu­pom zdo­by­tym w cza­sie wal­ki i za­ro­bio­ne­mu żoł­do­wi; ci szlach­ci­ce, któ­rzy mimo wszyst­ko po­zo­sta­wa­li w kra­ju i nie bra­li bez­po­śred­nie­go udzia­łu w woj­nie, mo­gli, dzię­ki spe­cjal­ne­mu sys­te­mo­wi po­dat­ko­we­mu, otrzy­mać od swo­ich pod­da­nych chło­pów po­ło­wę tego, co par­la­ment uchwa­lił na cele wo­jen­ne. Twier­dzo­no też, że tak szlach­ta, jak i pań­stwo, wy­ko­rzy­sty­wa­ły po­bór do woj­ska, aby po­zby­wać się krnąbr­nych chło­pów. Nie­któ­rzy szli w swo­ich twier­dze­niach tak da­le­ko, iż po­wia­da­li, że to nie woj­na była po­wo­dem, dla któ­re­go po­wo­ły­wa­no chło­pów do woj­ska, tyl­ko że po­bór stał się spo­so­bem na utrzy­my­wa­nie chło­pów w ry­zach i że do­pie­ro to pro­wa­dzi­ło do wo­jen.

Nie cho­dzi jed­nak o to, aby uprasz­czać spra­wę i two­rzyć ob­raz szlach­ty szwedz­kiej, skła­da­ją­cy się z krwa­wych chciw­ców, łak­ną­cych co­raz to no­wych wo­jen. Moż­na bo­wiem zna­leźć do­wo­dy na po­sta­wę peł­ną od­po­wie­dzial­no­ści za pań­stwo i spo­łe­czeń­stwo, a są na­wet tacy hi­sto­ry­cy, któ­rzy uwa­ża­ją szwedz­ką szlach­tę za naj­bar­dziej po­stę­po­wą w ca­łej Eu­ro­pie tam­te­go okre­su. Wśród niej moż­na prze­cież, oprócz woj­sko­wych, zna­leźć rów­nież wie­lu uczci­wych mę­żów sta­nu, lu­dzi o wy­bit­nym wy­kształ­ce­niu, zdol­nych urzęd­ni­ków pań­stwo­wych, uta­len­to­wa­nych po­etów i wy­bit­nych na­ukow­ców. Woj­ny czę­sto i dla szlach­ty by­wa­ły cię­ża­rem, bo nie każ­dy szlach­cic był ich spra­gnio­ny. W ra­dzie kró­lew­skiej za­sia­da­ło wie­lu ta­kich, któ­rzy przez dłuż­szy czas sta­li w opo­zy­cji do eks­pan­syw­nej po­li­ty­ki pań­stwa i zde­cy­do­wa­nie opo­wia­da­li się za po­ko­jem. Mimo wszyst­ko by­ło­by ry­zy­kow­ną rze­czą szu­ka­nie wła­śnie wśród szlach­ty więk­szo­ści au­to­rów pla­nów wo­jen­nych lub tych, któ­rzy z wo­jen cią­gnę­li naj­więk­sze pro­fi­ty.

Wiel­ka woj­na pół­noc­na była inna niż wszyst­kie po­zo­sta­łe, w któ­rych Szwe­cja uczest­ni­czy­ła w XVII wie­ku. Nie była to szwedz­ka woj­na za­czep­na, bo to pań­stwa ościen­ne do­ko­na­ły pierw­sze­go ata­ku, a więc – jak zo­ba­czy­my póź­niej – była to woj­na obron­na. Agre­so­rom cho­dzi­ło głów­nie o to, aby ode­brać zie­mie za­ję­te przez Szwe­cję w mi­nio­nym stu­le­ciu. Na­to­miast woj­sko szwedz­kie wal­czy­ło pod Po­łta­wą o za­cho­wa­nie daw­ne­go sta­nu po­sia­da­nia. Wia­ru­sy kró­la Ka­ro­la XII biły się i umie­ra­ły za tych, któ­rzy wzbo­ga­ca­li się dzię­ki mo­car­stwo­wej po­zy­cji pań­stwa i dla­te­go chcie­li ją za­cho­wać; była to ta część szlach­ty, któ­ra na zdo­by­tych te­re­nach otrzy­ma­ła wiel­kie, pięk­ne po­sia­dło­ści; były to wszyst­kie te po­wią­za­ne ze sobą ko­te­rie han­dlo­wo-go­spo­dar­cze, któ­re za­ra­bia­ły wiel­kie pie­nią­dze na han­dlu z Eu­ro­pą Wschod­nią; a tak­że pań­stwo szwedz­kie, któ­re ob­cią­ża­ło ten han­del wy­so­ki­mi cła­mi i ak­cy­za­mi. To wła­śnie ci ak­to­rzy sce­ny po­li­tycz­nej po­czu­li się za­gro­że­ni, kie­dy pod ko­niec XVII wie­ku nad im­pe­rium za­czę­ły gro­ma­dzić się czar­ne chmu­ry i wia­do­mo już było, że zbie­ra się na nową woj­nę.

4Wojna

Woj­na, któ­ra do­pro­wa­dzi­ła ar­mię szwedz­ką do ser­ca Ukra­iny, była bez­po­śred­nim skut­kiem wiel­ko­mo­car­stwo­wej po­li­ty­ki pań­stwa. Wład­cy Szwe­cji upar­cie bro­ni­li zdo­by­czy wo­jen­nych z po­przed­niej epo­ki. Je­że­li woj­ny mia­ły stać się ele­men­tem gwa­ran­tu­ją­cym bez­pie­czeń­stwo pań­stwa, to ich wy­ni­kiem stał się gorz­ki pa­ra­doks: szwedz­kie po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa ule­gło zmniej­sze­niu. Jak wy­ka­za­no wcze­śniej, po­li­ty­ka w sty­lu wiel­kie­go mo­car­stwa pro­wa­dzo­na była w du­żej czę­ści kosz­tem Da­nii, Pol­ski i Ro­sji. Wia­do­mo było, że pań­stwa te nie za­ak­cep­tu­ją po­nie­sio­nych przez sie­bie strat te­ry­to­rial­nych. Przez ostat­ni rok wie­lu oso­bom na­dep­nię­to na od­cisk, i wie­lu z nich od­czu­wa­ło jesz­cze tego skut­ki.

W Da­nii chęć re­wan­żu była tak pli­ną bo­lącz­ką jak ból zęba. Głów­nym ce­lem duń­skiej po­li­ty­ki za­gra­nicz­nej sta­ło się wy­rwa­nie pań­stwa z wię­zów na­ło­żo­nych przez Szwe­cję, jak rów­nież ode­bra­nie pro­win­cji za­gar­nię­tych przez są­sia­da. Rów­nież w Pol­sce snu­to pla­ny od­zy­ska­nia utra­co­nych ziem, na­wet je­śli za­ło­że­nia te nie zo­sta­ły nig­dy spre­cy­zo­wa­ne w tak wy­raź­ny spo­sób jak duń­skie. Pol­ska po­sia­da­ła tyl­ko jed­no miej­sce z do­stę­pem do mo­rza, a było nim mia­sto Gdańsk. Na­to­miast pro­win­cje li­tew­skie i bia­ło­ru­skie cią­ży­ły w stro­nę Rygi, w szwedz­kich Inf­lan­tach, cze­go Po­la­cy nie chcie­li już dłu­żej ak­cep­to­wać. Nowy król, któ­ry wstą­pił na tron pol­ski w 1697 r., ksią­żę Sak­so­nii Fry­de­ryk Au­gust – zwa­ny też „Moc­nym” – mu­siał przed ko­ro­na­cją w Kra­ko­wie zło­żyć obiet­ni­cę od­zy­ska­nia utra­co­nych przez Pol­skę pro­win­cji.

Rów­nież w Ro­sji przy­go­to­wy­wa­no się do re­wan­żu. Ten kraj z ko­lei pra­gnął przede wszyst­kim od­zy­skać In­ger­man­land, po­nie­waż jego od­pad­nię­cie było rów­no­znacz­ne z utra­tą do­stę­pu do Bał­ty­ku. W cza­sie pod­pi­sy­wa­nia ukła­du po­ko­jo­we­go w Stoł­bo­wie w 1617 r., kie­dy pro­win­cja ta do­sta­ła się w po­sia­da­nie Szwe­cji, przed­sta­wi­cie­le cara ro­syj­skie­go wy­po­wie­dzie­li się na ten te­mat zu­peł­nie otwar­cie: „wcze­śniej czy póź­niej In­ger­man­land i tak wró­ci do Ro­sji”. Już w po­ło­wie XVII wie­ku pań­stwo ro­syj­skie roz­po­czę­ło nowy okres eks­pan­sji te­ry­to­rial­nej. Wstą­pie­nie na tron tak nie­zwy­kłej po­sta­ci jak Piotr I ozna­cza­ło po­czą­tek no­wej fazy w hi­sto­rii kra­ju. Car za­po­cząt­ko­wał pro­ces prze­mia­ny za­co­fa­nej i izo­lo­wa­nej Ro­sji w pań­stwo w peł­ni no­wo­cze­sne. Spra­wą ży­cia lub śmier­ci dla han­dlu ro­syj­skie­go było uzy­ska­nie do­stę­pu do nie­za­ma­rza­ją­ce­go zimą por­tu mor­skie­go. Po tym, jak Ro­sji nie uda­ło się środ­ka­mi woj­sko­wy­mi za­pew­nić so­bie ta­kie­go doj­ścia do por­tów Mo­rza Czar­ne­go, spoj­rze­nie cara pa­dło na Bał­tyk i szwedz­kie pro­win­cje nad­bał­tyc­kie. Wy­bór kie­run­ku eks­pan­sji był w tym przy­pad­ku cał­kiem zro­zu­mia­ły. Zna­cze­nie por­tów bał­tyc­kich w tam­tym okre­sie znacz­nie wzro­sło, a to głów­nie dzię­ki sprze­da­ży nie­któ­rych ro­syj­skich to­wa­rów.

Pa­no­wa­ła na­pię­ta at­mos­fe­ra. Gdy­by nie­któ­re ten­den­cje po­li­tycz­ne państw wro­go na­sta­wio­nych wo­bec Szwe­cji zbie­gły się w tym sa­mym cza­sie i miej­scu, do­pro­wa­dzi­ło­by to do wy­bu­chu ogól­no­eu­ro­pej­skiej woj­ny. Na prze­ło­mie stu­le­ci po­ja­wi­ły się pierw­sze jej symp­to­my: lont wsa­dzo­ny do becz­ki z pro­chem już pło­nął, choć nikt na ra­zie tego nie spo­strzegł.

W Wiel­ka­noc 1697 r. zmarł król Szwe­cji Ka­rol XI; przy­czy­ną zgo­nu był rak żo­łąd­ka. Jego śmierć dała sil­ny im­puls do dzia­łań duń­skiej dy­plo­ma­cji. Ra­por­ty ze Szwe­cji do­no­si­ły mia­no­wi­cie o wiel­kim gło­dzie i ostrych po­dzia­łach we­wnętrz­nych. We­dług nie­któ­rych ob­ser­wa­to­rów, kraj stał na kra­wę­dzi ogól­no­na­ro­do­we­go po­wsta­nia, a czyn­ni­kiem, któ­ry mógł to po­wsta­nie przy­spie­szyć, była woj­na. To, że na­dzie­je ta­kie były po pro­stu prze­sa­dzo­ne i zbu­do­wa­ne na pro­pa­gan­dzie i po­boż­nych ży­cze­niach, ro­zu­mia­ło tyl­ko nie­wie­lu we wro­gich Szwe­cji obo­zach. Dy­plo­ma­ci i stra­te­dzy do­szli do wnio­sku, że nada­rza się wła­śnie zna­ko­mi­ta oka­zja do ata­ku na Szwe­cję.

Roz­po­czę­to taj­ne na­ra­dy, na po­cząt­ku tyl­ko z udzia­łem Da­nii i Ro­sji, ale wkrót­ce w in­try­gę wcią­gnię­to rów­nież Pol­skę. La­tem 1698 r. car Piotr I spo­tkał się z Au­gu­stem II w Ra­wie Ru­skiej w dro­dze po­wrot­nej do domu, do­kąd zmie­rzał, aby oso­bi­ście wziąć udział w tor­tu­rach i eg­ze­ku­cjach na strzel­cach, któ­rzy wła­śnie wznie­ci­li po­wsta­nie w Mo­skwie. Po trzech dniach pi­jań­stwa prze­pla­ta­ne­go taj­ny­mi na­ra­da­mi, nowi so­jusz­ni­cy wy­mie­ni­li się bro­nią i stro­ja­mi jako sym­bo­la­mi bra­ter­stwa i roz­je­cha­li się każ­dy w swo­ją stro­nę. Dla obu z nich woj­na prze­ciw­ko Szwe­cji była zbyt wiel­ką po­ku­są: obaj do nie­daw­na uczest­ni­czy­li w woj­nie z Tur­cją, ale nie od­nie­śli z tego żad­nych ko­rzy­ści. Au­gust li­czył na po­par­cie Po­la­ków w od­zy­ska­niu Inf­lant. Da­ło­by mu to rów­nież pre­tekst do utrzy­my­wa­nia w Pol­sce swo­ich sa­skich od­dzia­łów, co na pew­no wzmoc­ni­ło­by jego po­zy­cję w kra­ju.

La­tem 1699 r. tem­pe­ra­tu­ra po­li­tycz­na pod­nio­sła się o kil­ka stop­ni. Mię­dzy Da­nią i Szwe­cją do­szło do no­we­go kon­flik­tu po­li­tycz­ne­go, a ko­ścią nie­zgo­dy sta­ła się, jak to już wcze­śniej by­wa­ło, pro­win­cja Hol­ste­in-Got­torp. To nie­za­leż­ne księ­stwo, po­ło­żo­ne na po­łu­dnie od Da­nii, po­wią­za­ne było sil­nie ze Szwe­cją i mia­ło duże zna­cze­nie stra­te­gicz­ne. Kie­dy mię­dzy Da­nią i Szwe­cją do­szło do woj­ny, wład­cy księ­stwa po­sta­no­wi­li upiec dwie pie­cze­nie na jed­nym ogniu. Dla Da­nii Hol­ste­in-Got­torp sta­no­wił sta­łe za­gro­że­nie, jak na­bi­ty pi­sto­let wy­mie­rzo­ny w ple­cy. Ksią­żę Hol­ste­inu miał duży wpływ na mło­de­go szwedz­kie­go kró­la, a szwedz­ka po­li­ty­ka za­gra­nicz­na ukie­run­ko­wa­na była na wspie­ra­nie in­te­re­sów księ­cia. W tak na­pię­tej sy­tu­acji Szwe­dzi pod­ję­li de­cy­zję, któ­ra do­la­ła oli­wy do ognia. Nie­któ­re wały obron­ne, wy­bu­rzo­ne kil­ka lat wcze­śniej, mia­ły zo­stać od­bu­do­wa­ne i to przy po­mo­cy od­dzia­łów szwedz­kich. Na Po­mo­rzu i w Szle­zwi­ku po­ja­wi­ły się woj­ska szwedz­kie. Ich dzia­ła­nia nie do­pro­wa­dzi­ły, co praw­da, do wy­bu­chu woj­ny, ale za­ostrzy­ły sy­tu­ację. In­try­gi, któ­re knu­to prze­ciw­ko Szwe­cji, na­bra­ły tem­pa, a wraz z nimi nie­uchron­nie ro­sło za­gro­że­nie woj­ną, któ­rej chcia­no jesz­cze za­po­biec. Był to je­den z pa­ra­dok­sów hi­sto­rii. Duń­ski rząd roz­po­czął przy­go­to­wa­nia do woj­ny i otwar­cie wy­po­wia­dał swo­je groź­by na róż­nych dwo­rach Eu­ro­py. We wrze­śniu 1699 r. pod­pi­sa­no w Dreź­nie taj­ny trak­tat. Trzy pań­stwa – Da­nia, Ro­sja i Sak­so­nia – zde­cy­do­wa­ły się na wspól­ne za­ata­ko­wa­nie Szwe­cji. Ofen­sy­wa mia­ła się roz­po­cząć w stycz­niu lub lu­tym 1700 r.

Ocze­ki­wa­nia trzech kon­spi­ra­to­rów na od­nie­sie­nie wiel­kich i szyb­kich zwy­cięstw nie spraw­dzi­ły się. Szwe­cja przy­go­to­wa­na była na atak. Jesz­cze nig­dy przed­tem, w ca­łej swo­jej hi­sto­rii, kraj nie był le­piej wy­po­sa­żo­ny na wy­pa­dek woj­ny. Re­for­my, prze­pro­wa­dzo­ne przez po­przed­nie­go kró­la, Ka­ro­la XI, spo­wo­do­wa­ły, że pań­stwo dys­po­no­wa­ło sil­ną, do­brze prze­szko­lo­ną ar­mią, wzbu­dza­ją­cą sza­cu­nek flo­tą i – co jest nie mniej waż­ne – no­wym spo­so­bem fi­nan­so­wa­nia ar­mii, co mia­ło duże zna­cze­nie w pierw­szej fa­zie woj­ny. Jed­nak w ca­łym tym sys­te­mie, z któ­re­go Szwe­dzi tak bar­dzo byli dum­ni, znaj­do­wa­ło się kil­ka za­nie­dba­nych dzie­dzin. Sys­tem obro­ny pro­win­cji nad­bał­tyc­kich pe­łen był dziur, a wie­le twierdz nad­gra­nicz­nych znaj­do­wa­ło się w ża­ło­snym sta­nie. Poza tym, blo­ka­da mor­ska Za­to­ki Fiń­skiej nie chro­ni­ła przed ro­syj­ską agre­sją. Były to oko­licz­no­ści, któ­re w koń­co­wym efek­cie wy­war­ły ne­ga­tyw­ny wpływ na prze­bieg kon­flik­tu.

Woj­nę roz­po­czę­ły od­dzia­ły sa­skie kró­la Au­gu­sta. Od po­cząt­ku jed­nak wszyst­ko szło źle. Nie­zręcz­na pró­ba za­ję­cia Rygi przez za­sko­cze­nie, w lu­tym 1700 r., nie po­wio­dła się. W mar­cu do ak­cji włą­czy­ły się woj­ska duń­skie, wkra­cza­jąc do Hol­ste­inu-Got­tor­pu. W lip­cu tego roku woj­ska szwedz­kie od­po­wie­dzia­ły bły­ska­wicz­nym ata­kiem, któ­ry w prak­ty­ce wy­łą­czył Da­nię z dal­szych dzia­łań wo­jen­nych. Z po­mo­cą flo­ty an­giel­skiej i ho­len­der­skiej ar­mia szwedz­ka ze­szła na ląd na wschod­nim wy­brze­żu Ze­lan­dii, w od­le­gło­ści tyl­ko kil­ku mil od Ko­pen­ha­gi. Król duń­ski Fry­de­ryk, wi­dząc na­cie­ra­ją­ce woj­ska szwedz­kie u pro­gu wła­sne­go pa­ła­cu, do­szedł do wnio­sku, że woj­na nie jest dla nie­go naj­lep­szą rze­czą, za­warł więc szyb­ko po­kój. Te­raz Szwe­dzi mo­gli za­wró­cić swo­je okrę­ty, dzia­ła i ka­ra­bi­ny na wschód. Tam bo­wiem do do­tych­cza­so­wych prze­ciw­ni­ków przy­łą­czył się jesz­cze je­den kraj, a mia­no­wi­cie Ro­sja, któ­ra za­le­d­wie ty­dzień po za­war­ciu po­ko­ju mię­dzy Da­nią i Szwe­cją wy­po­wie­dzia­ła tej ostat­niej woj­nę.

Wy­da­rze­nia te do­wio­dły bra­ku ko­or­dy­na­cji dzia­łań mię­dzy trze­ma so­jusz­ni­ka­mi, ura­to­wa­ło to praw­do­po­dob­nie Szwe­cję od klę­ski w pierw­szej fa­zie woj­ny. Alian­ci nie za­dba­li bo­wiem wcze­śniej o stwo­rze­nie wspól­ne­go pla­nu dzia­łań.

Włą­cze­nie się Ro­sji do woj­ny opóź­ni­ło się z po­wo­du kon­flik­tu zbroj­ne­go z Tur­cją, któ­ry Ro­sja chcia­ła naj­pierw za­koń­czyć. Poza tym, mo­bi­li­za­cja wiel­kiej, nie­mo­bil­nej ar­mii car­skiej prze­cią­ga­ła się w cza­sie. Ce­lem nu­mer je­den dla cara sta­ła się Na­rwa, to­też wkrót­ce do­szło do ob­lę­że­nia mia­sta. Kie­dy na po­cząt­ku paź­dzier­ni­ka do Es­to­nii na­de­szły szwedz­kie po­sił­ki, od­dzia­ły sa­skie – pe­cho­wo dla Ro­sjan – wła­śnie się stam­tąd wy­co­fa­ły. Szwedz­ka ar­mia mo­gła więc spo­koj­nie skon­cen­tro­wać się na od­sie­czy dla Na­rwy. 20 li­sto­pa­da ar­mia szwedz­ka, skła­da­ją­ca się z 10,5 ty­sią­ca żoł­nie­rzy, za­ata­ko­wa­ła woj­ska ro­syj­skie, dys­po­nu­ją­ce 33 ty­sią­ca­mi lu­dzi (do tego do­li­czyć na­le­ży ok. 35 ty­się­cy osób to­wa­rzy­szą­cych żoł­nie­rzom). Zwy­cię­stwo Szwe­dów było rów­nie wiel­kie, jak i nie­ocze­ki­wa­ne.

W lip­cu 1701 r. ar­mia szwedz­ka prze­kro­czy­ła Dźwi­nę, po­bi­ła ar­mię sa­ską i za­ję­ła Kur­lan­dię. W ten spo­sób zni­kło sa­skie za­gro­że­nie dla Inf­lan­tów. Ozna­cza­ło to rów­nież ko­niec blo­ka­dy por­tów, znaj­du­ją­cych się w Kur­lan­dii, co z ko­lei roz­zło­ści­ło An­glię i Ho­lan­dię. Za­ję­cie Kur­lan­dii ozna­cza­ło rów­nież, że Szwe­dzi mo­gli te­raz wziąć w klesz­cze uj­ście Dźwi­ny do Bał­ty­ku; w po­sia­da­nie szwedz­kie do­sta­ły się nie­któ­re pro­win­cje zna­ne z do­star­cza­nia zbo­ża, uda­ło się też wy­eli­mi­no­wać groź­ne­go dla Rygi kon­ku­ren­ta w han­dlu.

Trze­ba nam wie­dzieć, że woj­na ta cie­szy­ła się w Szwe­cji du­żym po­par­ciem. Nie było rze­czą rzad­ką, kie­dy to miesz­kań­cy Szwe­cji na wła­sną rękę prze­mie­rza­li Bał­tyk i wstę­po­wa­li na ochot­ni­ka do ar­mii. W cza­sie woj­ny trzy­dzie­sto­let­niej, po­wszech­nym zja­wi­skiem było uni­ka­nie po­bo­ru do woj­ska po­przez po­dej­mo­wa­nie pra­cy w ko­pal­niach; te­raz za­uwa­żo­no od­wrot­ną ten­den­cję. Ro­bot­ni­cy ucie­ka­li z ko­palń i fak­to­rii, aby wstą­pić do ar­mii. Te­raz rów­nież, jak za daw­nych lat, wie­le osób, a zwłasz­cza wy­so­ko po­sta­wio­nych ofi­ce­rów, uzna­ło, że woj­na może stać się źró­dłem zy­sków. Przy­kła­dem może być tu­taj hra­bia Ma­gnus Sten­bock, któ­ry w cza­sie wy­bu­chu woj­ny skoń­czył 35 lat i miał za sobą służ­bę woj­sko­wą w ar­mii ho­len­der­skiej, ce­sar­skiej i szwedz­kiej. Wziął udział w bi­twie pod Na­rwą. Krót­ko po­tem awan­so­wa­no go na sto­pień ge­ne­ra­ła. Oprócz tego awan­su udział w woj­nie ozna­czał dla hra­bie­go wie­le in­nych ko­rzy­ści. Przede wszyst­kim łupy wo­jen­ne, sza­co­wa­ne na ty­sią­ce ta­la­rów w mo­ne­cie, sa­kwy peł­ne ro­syj­skich pie­nię­dzy i wie­le cen­nych przed­mio­tów, jak na przy­kład klej­no­ty i srebr­ne na­czy­nia. Były też ta­kie „dro­bia­zgi”, jak po­ściel, za­sta­wa, broń, łóż­ka, or­na­ty, kie­li­chy, krzy­że, świecz­ni­ki, bo­ga­to zdo­bio­ne ubra­nia – wszyst­ko to wy­sy­ła­no do po­sia­dło­ści hra­bie­go. W mia­rę upły­wu cza­su do Szwe­cji prze­ka­zy­wa­no duże sumy pie­nię­dzy, za któ­re ku­po­wa­no nowe po­sia­dło­ści ziem­skie. Oprócz wy­mie­nio­nych już ko­rzy­ści wspo­mnieć na­le­ży też o in­nych, nie­zwią­za­nych bez­po­śred­nio z udzia­łem hra­bie­go w woj­nie, a któ­re za­pew­nił on so­bie dzię­ki do­sta­wom woj­sko­wym dla ar­mii. Po­ra­dzo­no mu, aby wy­rżnął całe swo­je by­dło, a tak­że pra­żył ziar­na zbóż i sprze­da­wał je woj­sku.

Był jesz­cze czwar­ty – oprócz ka­rie­ry, zdo­by­czy wo­jen­nych i han­dlu z ar­mią – ele­ment, któ­ry czy­nił woj­nę dla Sten­boc­ka tak atrak­cyj­ną. Cho­dzi­ło o obro­nę po­sia­dło­ści ro­dzin­nych w pro­win­cjach nad­bał­tyc­kich. W jed­nym z li­stów do domu, wy­sła­nych po bi­twie pod Na­rwą, gdzie hra­bia zo­stał ran­ny, nad­mie­nia – opi­su­jąc ma­ją­tek mat­ki – że „oglą­dał ze łza­mi w oczach jej po­sia­dłość w Inf­lan­tach”. Ma­gnus Sten­bock był więc ty­po­wym przy­kła­dem czło­wie­ka z wyż­szych sfer, któ­ry za­ra­biał na woj­nie.

Jed­nak pra­wie­nie mo­ra­łów na te­mat zdo­by­czy wo­jen­nych jest rze­czą ana­chro­nicz­ną. Bo­wiem tak dla ofi­ce­rów, jak i dla zwy­kłych żoł­nie­rzy, łupy wo­jen­ne były głów­ną siłą spraw­czą ich udzia­łu w woj­nie. Ra­bun­ki uwa­ża­no za dzia­ła­nia uspra­wie­dli­wio­ne, za „uczci­wą pra­cę” w po­cie czo­ła i krwi; trak­to­wa­no je jako czyn­nik mo­bi­li­zu­ją­cy żoł­nie­rzy do lep­szej wal­ki. Po­stę­po­wa­nie ta­kie było w peł­ni do­zwo­lo­ne, a na­wet re­gu­lo­wa­ne spe­cjal­ny­mi prze­pi­sa­mi. Je­dy­ną za­bro­nio­ną rze­czą była gra­bież przed po­ko­na­niem prze­ciw­ni­ka. Cała zdo­bycz zna­le­zio­na na polu wal­ki – z ma­ły­mi wy­jąt­ka­mi – na­le­ża­ła do ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy, któ­rzy dzie­li­li się nią w usta­lo­ny wcze­śniej spo­sób. Na­to­miast żołd, jaki wy­pła­ca­no zwy­kłym żoł­nie­rzom, ofi­ce­rom czy do­wód­com, sta­no­wił tyl­ko nie­wiel­ki uła­mek ich do­cho­dów. Moż­na to zo­bra­zo­wać na przy­kła­dzie łupu, jaki do­stał się w ręce szwedz­kie po zwy­cię­skiej bi­twie pod Sa­la­den w 1703 r. Po­dział ten wy­glą­dał na­stę­pu­ją­co: – ran­ny ka­pi­tan otrzy­mał 80 riks­da­li, – ka­pi­tan, któ­ry nie od­niósł ran – 40 riks­da­li, – ran­ny po­rucz­nik lub cho­rą­ży – 40 riks­da­li, – po­rucz­nik lub cho­rą­ży, któ­rzy nie od­nie­śli ran – 20 riks­da­li, – pod­ofi­cer, któ­ry nie od­niósł ran – 2 riks­da­le, – ran­ny sze­re­go­wy – 2 riks­da­le, – sze­re­go­wy, któ­ry nie od­niósł ran, do­stał 1 riks­da­la.

Zwy­kły żoł­nierz nig­dy nie był bo­ga­ty, miał się cie­szyć, że w ogó­le prze­żył. Wy­ko­rzy­sty­wa­ny był do po­mna­ża­nia bo­gactw ofi­ce­rów wy­wo­dzą­cych się ze szlach­ty, do two­rze­nia for­tun ro­dzin­nych, któ­re nie­rzad­ko ist­nie­ją do dziś.

Woj­na to­czy­ła się da­lej; je­sie­nią 1701 r. siły szwedz­kie wplą­ta­ne zo­sta­ły w we­wnętrz­ne spo­ry, do ja­kich do­szło mię­dzy róż­ny­mi pol­ski­mi ugru­po­wa­nia­mi. W stycz­niu na­stęp­ne­go roku ar­mia szwedz­ka wkro­czy­ła do Pol­ski. W ten spo­sób woj­na za­czę­ła roz­gry­wać się na dwóch fron­tach. Pierw­szy z nich to front pol­ski, gdzie głów­ne siły szwedz­kie roz­la­ły się po ca­łym kra­ju, aby go so­bie pod­po­rząd­ko­wać, a tym sa­mym przy­go­to­wać grunt do de­tro­ni­za­cji kró­la Au­gu­sta. Dru­gi front po­wstał w pro­win­cjach nad­bał­tyc­kich, gdzie nie­wiel­ka część ar­mii szwedz­kiej po­wo­li, ale stop­nio­wo wy­pie­ra­na była przez ar­mię ro­syj­ską, któ­ra sys­te­ma­tycz­nie ro­sła w siłę i na­bie­ra­ła do­świad­cze­nia. Ilość wojsk szwedz­kich, po­zo­sta­wio­nych w tych pro­win­cjach, była nie­wy­star­cza­ją­ca. Po­peł­nio­no rów­nież błąd, po­le­ga­ją­cy na po­dzie­le­niu ar­mii na trzy mniej­sze zgru­po­wa­nia, bez wy­zna­cze­nia jed­ne­go głów­no­do­wo­dzą­ce­go. W re­zul­ta­cie tego, ist­nia­ły trzy kor­pu­sy, z któ­rych każ­dy był zbyt sła­by, a wszyst­kie dzia­ła­ły bez żad­nej ko­or­dy­na­cji. Sy­tu­acja nie ule­gła po­pra­wie zwłasz­cza po tym, j ak do­wódz­two ar­mii pod­ję­ło de­cy­zję o nie­wy­sy­ła­niu po­sił­ków do pro­win­cji nad­bał­tyc­kich. Kie­ro­wa­no je na­to­miast na front pol­ski. Pod­czas gdy Ka­rol XII co­raz bar­dziej an­ga­żo­wał się w spra­wy pol­skie, w Inf­lan­tach i Kur­lan­dii od­da­wał mia­sto za mia­stem. Ro­sja­nie uzy­ska­li do­stęp do Za­to­ki Fiń­skiej, roz­po­czę­li bu­do­wę no­wej flo­ty, jak rów­nież no­wej sto­li­cy Ro­sji, Sankt Pe­ters­bur­ga. A wszyst­ko to na daw­nej zie­mi szwedz­kiej.

Miesz­kań­cy ziem pol­skich i nad­bał­tyc­kich cier­pie­li od woj­ny. Ar­mia szwedz­ka za­wsze żyła na koszt pod­bi­te­go kra­ju, wy­ci­ska­jąc z nie­go wszyst­kie po­trzeb­ne rze­czy za po­mo­cą bez­względ­nie na­kła­da­nych kon­try­bu­cji. Wy­glą­da­ło to tak, jak­by nie­któ­re re­gio­ny kra­ju na­wie­dzo­ne zo­sta­ły przez pla­gę sza­rań­czy. Lud­ność, któ­ra jesz­cze przed woj­ną żyła na kra­wę­dzi gło­du, zo­sta­ła za po­mo­cą gróźb, po­ża­rów i tor­tur okra­dzio­na ze swo­ich skrom­nych za­pa­sów i resz­tek pie­nię­dzy. Je­dy­ne, co się li­czy­ło, to to, aby ar­mia do­sta­ła to, cze­go chcia­ła, a je­śli idzie o kraj, to – jak po­wia­dał Ka­rol XII – „może on so­bie cier­pieć, ile tyl­ko chce”. Wy­żsi ofi­ce­ro­wie otrzy­ma­li roz­ka­zy, aby „za po­mo­cą przy­mu­su i ki­jów ze­brać jak naj­szyb­ciej wszyst­ko, co dla ar­mii jest naj­po­trzeb­niej­sze”. To­też wkrót­ce woj­ska szwedz­kie sta­nę­ły w ob­li­czu woj­ny par­ty­zanc­kiej. Lud­ność pol­ska nie wa­ha­ła się za­bi­jać po­je­dyn­czych szwedz­kich żoł­nie­rzy. Ze stro­ny na­jeźdź­cy spo­ty­ka­ło się to z bez­przy­kład­nym okru­cień­stwem. In­struk­cje, ja­kie po­szcze­gól­ne od­dzia­ły otrzy­ma­ły z kwa­te­ry głów­nej, po­ucza­ły, że prze­stęp­cy tacy mają być tra­ce­ni na­wet wte­dy, je­śli ich wina nie jest w peł­ni udo­wod­nio­na: „tak, aby wszyst­kich ogar­nął strach, bo mu­szą wie­dzieć, że jak z nami za­czną, to nie oszczę­dzi­my na­wet dzie­ci w ko­ły­skach”.

Jed­nym z przy­kła­dów ta­kich zbrod­ni, po­peł­nio­nych przez ar­mię szwedz­ką, może być ma­sa­kra do­ko­na­na w Nie­sza­wie. W sierp­niu 1703 r. pusz­czo­no z dy­mem mia­sto Nie­sza­wę, po­ło­żo­ne na po­łu­dnio­wy wschód od To­ru­nia; jego nie­win­ni miesz­kań­cy zo­sta­li po­wie­sze­ni, a wszyst­ko to z po­wo­du na­pa­du do­ko­na­ne­go w oko­li­cy na je­den ze szwedz­kich od­dzia­łów.

Ra­bun­ków do­ko­ny­wa­li rów­nież Ro­sja­nie w pro­win­cjach nad­bał­tyc­kich, i to w nie mniej­szym stop­niu, niż Szwe­dzi w Pol­sce. Ro­syj­ska stra­te­gia po­le­ga­ła na cał­ko­wi­tym wy­nisz­cze­niu pro­win­cji szwedz­kich. Dzię­ki temu nie mo­gły one być wy­ko­rzy­sty­wa­ne w przy­szło­ści jako baza dla szwedz­kich dzia­łań. Je­den z ro­syj­skich ge­ne­ra­łów, Sze­re­mie­tiew, w li­ście do cara po­in­for­mo­wał go z za­do­wo­le­niem o swo­ich ostat­nich do­ko­na­niach: „We wszyst­kich kie­run­kach ro­ze­sła­łem lu­dzi, aby bra­li do nie­wo­li albo ra­bo­wa­li; nic nie uszło swo­je­mu lo­so­wi, wszyst­ko jest znisz­czo­ne i spa­lo­ne. Na­sze od­dzia­ły upro­wa­dzi­ły ty­sią­ce męż­czyzn, ko­biet i dzie­ci, a tak­że po­nad 20 ty­się­cy koni ro­bo­czych i by­dła do­mo­we­go”. (To na­to­miast, co do tej pory zo­sta­ło zje­dzo­ne, za­bi­te albo ubi­te, nie zo­sta­ło wli­czo­ne do po­wyż­sze­go ze­sta­wie­nia, a było tego pra­wie dwa razy wię­cej). Ar­mia ro­syj­ska wlo­kła za sobą część lud­no­ści jako żywą zdo­bycz; wie­lu wy­so­ko po­sta­wio­nych ofi­ce­rów ro­syj­skich „za­ję­ło” spo­rą licz­bę lu­dzi na wła­sny ra­chu­nek i wy­ko­rzy­sty­wa­ło jako siłę ro­bo­czą w swo­ich ma­jąt­kach. In­nych sprze­da­no jak by­dło na ryn­kach ro­syj­skich, po­zo­sta­li skoń­czy­li jako nie­wol­ni­cy u Ta­ta­rów i Tur­ków.

Przez kil­ka lat po­by­tu w Pol­sce ar­mia szwedz­ka pa­li­ła i mor­do­wa­ła, prze­miesz­cza­jąc się z miej­sca na miej­sce. W koń­cu uda­ło się Ka­ro­lo­wi XII osią­gnąć kon­kret­ny re­zul­tat. Mię­dzy Pol­ską a Szwe­cją pod­pi­sa­ny zo­stał, pod ko­niec 1705 r., trak­tat po­ko­jo­wy. Jest on o tyle in­te­re­su­ją­cy, że po­ka­zu­je do­kład­nie, o co na­praw­dę wal­czy­li żoł­nie­rze szwedz­cy. Król szwedz­ki wy­cią­gnął z sza­fy sta­re­go szwedz­kie­go ko­ścio­tru­pa – po­li­ty­kę „Do­mi­nium Ma­ris Bal­ti­ci” – i jesz­cze raz od­ku­rzył go z pyłu prze­szło­ści. W wa­run­kach owe­go trak­ta­tu zna­lazł się pa­ra­graf mó­wią­cy o tym, że więk­sza część han­dlu pol­skie­go mia­ła prze­cho­dzić przez port w Ry­dze. Jed­no­cze­śnie zo­bo­wią­zy­wał Pol­skę do wy­bu­rze­nia no­we­go por­tu w Pa­łan­dze, aby nie mógł on kon­ku­ro­wać z por­ta­mi szwedz­ki­mi. Szwedz­kim kup­com ze­zwo­lo­no na osie­dla­nie się w Pol­sce, uzy­ska­li oni też wie­le przy­wi­le­jów. Trak­tat wpro­wa­dzał cał­ko­wi­ty za­kaz kon­tak­tów han­dlo­wych Ro­sji z Za­cho­dem za po­śred­nic­twem te­ry­to­rium Pol­ski. I na­wet je­śli uzna­my, że nie zmu­sza­ło to Po­la­ków do ja­kiej­kol­wiek zdra­dy wła­sne­go kra­ju, to jed­nak wa­run­ki na­rzu­co­ne jego miesz­kań­com były nie­zwy­kle twar­de.

La­tem 1706 r. na­stą­pił dłu­go ocze­ki­wa­ny atak na Sak­so­nię. Zwle­ka­no z nim do cza­su, aż wiel­kie mo­car­stwa eu­ro­pej­skie za­koń­czą woj­nę o suk­ce­sję hisz­pań­ską. In­wa­zja na zie­mie kró­la Au­gu­sta przy­nio­sła szyb­kie efek­ty: we wrze­śniu tego sa­me­go roku pod­pi­sa­no układ po­ko­jo­wy w miej­sco­wo­ści Al­tran­stadt koło Lip­ska; Au­gust zrzekł się ko­ro­ny pol­skiej, uznał Sta­ni­sła­wa Lesz­czyń­skie­go za pra­wo­wi­te­go kró­la i obie­cał, że nie bę­dzie już wspie­rał wro­gów Szwe­cji. Tak więc po sied­miu la­tach woj­ny dwa z trzech sprzy­mie­rzo­nych kra­jów zo­sta­ły po­ko­na­ne. Te­raz cho­dzi­ło już tyl­ko o to, aby roz­pra­wić się z trze­cim z nich – z Ro­sją.

W cią­gu wszyst­kich tych lat głów­na część ar­mii szwedz­kiej wplą­ta­na była w bez­sen­sow­ną woj­nę w Pol­sce. Car Piotr I zy­skał dzię­ki temu na cza­sie. Ro­syj­skie siły zo­sta­ły prze­bu­do­wa­ne, zy­ska­ły nowe do­świad­cze­nia i wia­rę we wła­sne siły, głów­nie dzię­ki wie­lu uda­nym ope­ra­cjom w pro­win­cjach nad­bał­tyc­kich. Dano im oka­zję do prze­bi­cia się do Bał­ty­ku. Szwedz­kie pro­win­cje bro­ni­ły się twar­do, znaj­dy­wa­ły się jed­nak w cią­głym za­gro­że­niu. Tak waż­ne mia­sta jak Dy­ne­burg, Na­rwa i Do­rpat zna­la­zły się pod kon­tro­lą Ro­sjan. Trze­ba więc było zmie­nić ist­nie­ją­cy stan rze­czy.

Car Piotr Alek­sie­je­wicz miał te­raz po­nieść kon­se­kwen­cje swo­ich spi­sków prze­ciw­ko Szwe­cji. Cała Eu­ro­pa była prze­ko­na­na, że wład­ca Krem­la do­świad­czy już wkrót­ce wiel­kiej po­raż­ki. W Mo­skwie za­pa­no­wał strach; wie­lu cu­dzo­ziem­ców opu­ści­ło mia­sto w ob­li­czu nad­cho­dzą­cej in­wa­zji szwedz­kiej. W po­wie­trzu czu­ło się szczęk bro­ni i krew.

5Wyprawa wojenna

Pod ko­niec grud­nia 1707 roku ar­mia szwedz­ka prze­kro­czy­ła Wi­słę, kie­ru­jąc się na po­łu­dnio­wy wschód. Cien­ki lód wzmoc­nio­ny zo­stał sia­nem i de­ska­mi. Ta kru­cha kon­struk­cja nie utrzy­ma­ła jed­nak cię­ża­ru woj­ska, część koni, wo­zów i lu­dzi znik­nę­ła w wod­nej ot­chła­ni. Ogól­nie rzecz bio­rąc, prze­pra­wa od­by­ła się we­dług pla­nu. Ar­mia zo­sta­wia­ła za sobą spu­sto­szo­ną Sak­so­nię i ob­ró­co­ną w perzy­nę za­chod­nią Pol­skę, a przed sobą mia­ła ucie­ka­ją­cą ar­mię car­ską. Woj­sko szwedz­kie sta­no­wi­ło, być może, naj­lep­szą ar­mię w ca­łej Eu­ro­pie. Po­bór i na­pływ no­wych lu­dzi ze Szwe­cji spo­wo­do­wał, że jej stan li­czeb­ny osią­gnął pra­wie 44 ty­sią­ce lu­dzi i była to jed­na z naj­więk­szych ar­mii, jaką bied­na Szwe­cja kie­dy­kol­wiek w swej hi­sto­rii wy­pro­wa­dzi­ła do wal­ki. Żoł­nie­rze byli świet­nie uzbro­je­ni i wy­ćwi­cze­ni; nowe ro­dza­je bro­ni, nowe mun­du­ry, skrzy­nie do wy­pła­ty żoł­du wy­peł­nio­ne aż po brze­gi, duże za­pa­sy kul, pro­chu, le­karstw i in­nych ele­men­tów wy­po­sa­że­nia świad­czy­ły o tym, że nie za­nie­dba­no ni­cze­go. Car Piotr mógł mieć po­wo­dy, aby drżeć ze stra­chu.

I rze­czy­wi­ście drżał! Szwe­dzi w cza­sie swo­je­go mar­szu bez prze­rwy otrzy­my­wa­li ner­wo­we ofer­ty za­war­cia po­ko­ju, ale były one na­tych­miast od­rzu­ca­ne przez pew­ne­go sie­bie i swo­ich suk­ce­sów kró­la Ka­ro­la.

Ro­syj­ska stra­te­gia wo­bec zbli­ża­ją­ce­go się nie­bez­pie­czeń­stwa była zu­peł­nie ja­sna. Plan żół­kiew­ski, przy­go­to­wy­wa­ny od po­nad roku, prze­wi­dy­wał, że ar­mia ro­syj­ska uni­kać bę­dzie ja­kich­kol­wiek du­żych starć na te­re­nie Pol­ski. Za­miast tego mia­ła wy­co­fy­wać się, uni­ka­jąc szwedz­kiej ofen­sy­wy, jak rów­nież spu­sto­szyć i ogo­ło­cić z żyw­no­ści zie­mie, przez któ­re ocze­ki­wa­no przej­ścia ar­mii szwedz­kiej. Szwedz­ka ofen­sy­wa mia­ła być ha­mo­wa­na po­przez nisz­cze­nie dróg i mo­stów oraz or­ga­ni­zo­wa­nie opo­ru w sta­ran­nie wy­bra­nych do tego celu punk­tach. Nie­przy­ja­ciel miał być osła­bia­ny po­przez licz­ne drob­ne po­tycz­ki i star­cia. W koń­cu za­mie­rza­no utwo­rzyć wzdłuż gra­ni­cy ro­syj­skiej, li­czą­cą pra­wie dwie­ście ki­lo­me­trów, pu­stą stre­fę, po­zba­wio­ną żyw­no­ści i lud­no­ści. Był to okrut­ny plan, a jego ce­lem było ra­to­wa­nie wła­sne­go kra­ju przez jego znisz­cze­nie.

Dla Pol­ski na­stęp­na woj­na ozna­cza­ła nową tra­ge­dię. Spu­sto­szo­ny kraj miał te­raz po­no­sić kon­se­kwen­cje swo­jej sła­bo­ści; po­now­nie stał się po­lem bi­twy dla dwóch mo­carstw. Z jed­nej stro­ny po­su­wa­ło się więc szwedz­kie woj­sko, któ­re zde­cy­do­wa­ne było po raz ko­lej­ny wy­ży­wić się kosz­tem i tak ogra­bio­ne­go już pol­skie­go na­ro­du, a z dru­giej licz­ne ro­syj­skie od­dzia­ły, któ­re mia­ły tyl­ko je­den cel: znisz­czyć moż­li­wie jak naj­wię­cej, za­nim zie­mie te za­ję­te zo­sta­ną przez prze­ciw­ni­ka. Już w chwi­li prze­kro­cze­nia gra­ni­cy ze Ślą­skiem, oczom żoł­nie­rzy szwedz­kich uka­zał się wi­dok zde­wa­sto­wa­ne­go kra­ju. Ro­sja­nie pa­li­li wsie i mia­sta, za­tru­wa­li stud­nie i su­ro­wo trak­to­wa­li lud­ność cy­wil­ną. Dla tych, któ­rzy przy­wy­kli do wy­god­nych kwa­ter w bo­ga­tej Sak­so­nii, było to jak­by zej­ście do pod­zie­mi. Pol­ska na­to­miast do­sta­ła się mię­dzy dwa młyń­skie koła.

Po prze­kro­cze­niu Wi­sły, woj­ska szwedz­kie kon­ty­nu­owa­ły marsz na po­łu­dnio­wy wschód. Jed­nak nie­ocze­ki­wa­nie ob­ra­ły kie­ru­nek na Ma­zu­ry po­kry­te la­sa­mi i ba­gna­mi, kie­ru­jąc się w stro­nę gra­ni­cy pru­skiej. Nig­dy wcze­śniej żad­na ar­mia tędy nie prze­cho­dzi­ła ze wzglę­du na złe wa­run­ki te­re­no­we. Tym po­su­nię­ciem król Ka­rol miał na­dzie­ję wy­ma­new­ro­wać swo­je­go prze­ciw­ni­ka i wy­przeć Ro­sjan z li­nii Na­rwy bez an­ga­żo­wa­nia się w ja­kieś bi­twy.

Ar­mia szwedz­ka wdar­ła się na Ma­zu­ry w trzech ko­lum­nach. Ma­sze­ro­wa­no po­wo­li z po­wo­du złych dróg i głę­bo­kie­go śnie­gu. Jed­nak przy opra­co­wy­wa­niu tra­sy mar­szu nie wzię­to pod uwa­gę lo­kal­nej lud­no­ści, któ­ra nie­chęt­nie wpusz­cza­ła na swe zie­mie taką masę wy­głod­nia­łych żoł­nie­rzy. Chło­pi pró­bo­wa­li po­cząt­ko­wo per­trak­to­wać z woj­skiem, pro­po­no­wa­li na­wet, że wska­żą dro­gi, któ­ry­mi żoł­nie­rze mo­gli­by się ła­twiej po­ru­szać, chcie­li też sami skła­dać kon­try­bu­cje, ale ich przed­sta­wi­cie­le byli przez Szwe­dów po pro­stu za­bi­ja­ni. Roz­po­czę­ła się krót­ka i okrut­na woj­na pod­jaz­do­wa. Lud­ność ucie­ka­ła do la­sów, nisz­czy­ła mo­sty, a na tra­sie prze­mar­szu wojsk bu­do­wa­ła ba­ry­ka­dy i za­po­ry. Wie­lu chło­pów roz­pacz­li­wie pró­bo­wa­ło po­wstrzy­mać marsz ar­mii przez swój kraj. Za­sadz­ki zda­rza­ły się każ­de­go dnia.

Re­per­ku­sje stro­ny szwedz­kiej były strasz­li­we. Pod­od­dzia­ły po­sy­ła­no do lasu z roz­ka­zem za­bi­ja­nia wszyst­kich męż­czyzn po­wy­żej 15 roku ży­cia i by­dła, któ­re­go nie dało się ze sobą za­brać, jak rów­nież pa­le­nia wszyst­kich na­po­tka­nych wsi. Woj­na par­ty­zanc­ka trwa­ła jed­nak nadal, pod­czas gdy ar­mia, pu­sto­sząc i mor­du­jąc, po­su­wa­ła się na­przód. Wsie ma­zur­skie prze­sta­wa­ły ist­nieć jed­na po dru­giej. Wiel­kim pro­ble­mem dla wojsk sta­ło się po­zy­ski­wa­nie żyw­no­ści od zbun­to­wa­nej lud­no­ści. Nie wa­ha­no się więc przed sto­so­wa­niem tra­dy­cyj­nej me­to­dy, jaką były tor­tu­ry. Czę­sto wy­ko­rzy­sty­wa­nym spo­so­bem za­da­wa­nia bólu było wpy­cha­nie pal­ców do zam­ka pi­sto­le­tu i na­ci­ska­nie cyn­gla. Opa­da­ją­cy ku­rek ma­sa­kro­wał pal­ce aż krew try­ska­ła. Inna tor­tu­ra, sto­so­wa­na przez ar­mię szwedz­ką w Pol­sce, po­le­ga­ła na za­kła­da­niu opa­sek wo­kół gło­wy ofia­ry, a na­stęp­nie za­ci­ska­nie ta­śmy przy po­mo­cy prę­ta z taką siłą, że nie­szczę­śni­ko­wi wy­cho­dzi­ły oczy na wierzch. To wła­śnie na Ma­zu­rach bar­ba­rzyń­stwo ar­mii szwedz­kiej świę­ci­ło swe naj­więk­sze trium­fy, kie­dy to na przy­kład ła­pa­no małe dzie­ci, chło­sta­no i wie­sza­no za ręce, aby zmu­sić ich ro­dzi­ców do po­słu­szeń­stwa.