59,00 zł
Dlaczego w wyniku decyzji ludzi w XX wieku śmierć poniosło 183 mln obywateli?. Odpowiedź na to pytanie próbuje znaleźć w swoich esejach historycznych Peter Englund. W swoich szkicach autor stara się pokazać ten problem w wielu punktów widzenia, przedstawiając nam plejadę postaci, zarówno sprawców, jak i ofiary XX-wiecznych tragedii. Do tych pierwszych autor zalicza m. in. Stalina, Jeżowa, Hitlera, ale też Arthura Harrisa (dowódcę lotnictwa bombowego RAF) i Alberta Speera, głównego architekta III Rzeszy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 411
Tłumaczenie: Wojciech Łygaś.
Ilustracje: z oryginału
Redakcja: Piotr Trafiłowski, Witold Biernacki, Andrzej Ryba Rysunek na okładce: z oryginału
All rights reserved
Copyright © Copyright: © Peter Englund 2000
Copyright © Bokförlaget Atlantis AB 2000
Copyright © for Polish edition FINNA
Oryginalna wersja książki wydana została w Szwecji przez wydawnictwo Bokförlaget Atlantis, Stockholm
Wydanie I w języku polskim
Gdańsk 2004
Oficyna Wydawnicza FINNA
80-752 Gdańsk, Dziewanowskiego 5/6
ISBN 978-83-64141-06-5
email: finna@finna.com.pl
Skład wersji elektronicznej:
Virtualo Sp. z o.o.
1.
Na początku nawet te okopy pokochał.
Wyjechał na front pełen oczekiwań i ciekawości, był to ów wspaniały, choć trochę zwodniczy nastrój, który czasami sprawia, że to, co nie ma znaczenia, staje się ważne, a to, co banalne, staje się wielkie. Tak więc w drodze na front jego umysł chłonął najprzeróżniejsze szczegóły: a to jakąś niedokończoną rozmowę, a to jakiś dziwnie skonstruowany dach chałupy, a to Francuza z serwetą. Nie okazywał jednak zniecierpliwienia. Co prawda zaciągnął się do wojska wczesną jesienią 1914 roku i żeby trafić na front musiał odczekać aż dwa lata; był również artystą, co oznaczało, że był obdarzony silnie rozwiniętym zmysłem postrzegania drobiazgów i silną potrzebą doświadczania nowych wrażeń. Nazywał się Paul Nash.
Wojna dopadła go w St. Eloi, niewielkiej miejscowości położonej na skrzyżowaniu głównych dróg około czterech kilometrów na południe od Ypres, w południowo zachodniej Flandrii. Stacjonowała tam jego jednostka, Hampshire Regiment, który była jakby wciśnięta w nieprzebyty labirynt transzej, okopów i ziemianek, stanowiąc tylko niewielką część ubranych w szaro-brązowe mundury i niosących za sobą zniszczenie jednostek, które tamtej wiosny 1917 roku stacjonowały na obszarze rozciągającym się od wybrzeża Kanału La Manche aż do granic Szwajcarii.
Nash miał wtedy 27 lat, był wysoki i szczupły, miał gęste, ciemne, zaczesane do tyłu włosy, orli nos, duże, wyłupiaste oczy i miękkie wargi, które świadczyły o jego wrażliwej i trochę nerwowej naturze.
Było w nim coś typowego: wyglądał na jednego z owych entuzjastycznie nastawionych, wykształconych w porządnym collegeu młodych ludzi, którzy wyjechali na front z Homerem pod pachą albo z wciśniętym do tornistra zbiorem siedemnastowiecznej poezji francuskiej, gotowi do przeżycia wielkiej przygody. Dla nich, a więc i dla Nasha, wojna była wielkim, osobistym sprawdzianem; Jeżeli jest coś takiego, na podstawie czego można oceniać mężczyznę – pisał w jednym z listów do żony – i uznać go za porządnego i godnego, to jest to jego zachowanie w chwilach niebezpieczeństwa”. Łatwo więc można się domyślić, jaką przeżył ulgę, kiedy dowiedział się, że i on go doświadczy. Właściwie to odczuł coś więcej niż ulgę. Był zachwycony. „Czuję się obecnie szczęśliwy” – pisze później – „uważam, że naprawdę jestem szczęśliwy w tych okopach bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Brzmi to absurdalnie, ale życie tutaj ma o wiele większy sens i odbieram je w zupełnie nowy sposób; także piękno jest o wiele bardziej przejmujące”. Nash bardzo chciał dostrzec to paradoksalne piękno i wydawało mu się, że właśnie je odnalazł.
My, którzy żyjemy współcześnie, jesteśmy przyzwyczajeni do postrzegania I Wojny jako korowodu zabłoconych, szarych postaci, z nogami owiniętymi w byle jakie onuce; postacie z dziarskimi minami na twarzy, które w przyśpieszonym tempie poruszają się wśród błotnistych, szarych krajobrazów jak aktorzy w filmach Chaplina. W listach Nasha odnajdujemy pewien koloryt i zauważamy, że był kiedyś malarzem pejzażystą. Glina zaczęła wysychać i przybierać barwę różową, pisze Nash, a na przednich umocnieniach okopów i na porozrywanych workach z piaskiem zakwitła świeża, zielona trawa, która falowała na wietrze; w niektórych miejscach zakwitły żółte dmuchawce i kępy bzu, wystrzeliły pąki kwiatu jabłoni. Nawet eksplozje granatów miały dla Nasha swój urok – z zapartym tchem opowiadał o „wielkich fontannach czerni, brązu i pomarańczy, które tryskają w powietrze spowite w kłęby dymu – na tle otaczających nas z każdej strony min – tych cudownych, strzaskanych kształtów, które tak bardzo mnie pasjonują”.
Rysował tak szybko, na ile tylko pozwalał mu czas. Były to przeważnie szkice o dość idyllicznym wyglądzie, gdzie przyroda eksponowana jest na pierwszym planie, podczas gdy wojna istnieje gdzież daleko w głębi. Zniszczenia nie są aż tak bardzo widoczne, więc nie stanowią przeciwwagi dla piękna, tylko raczej je uwypuklają (jeden z rysunków nazywa się nawet „Chaos Décoratif”). Wyglądają one trochę jak składanka z puzli: dopiero po chwili można dostrzec, że drzewa nie upadły na skutek starości, tylko od uderzenia bomby.
Wiadomość o tym, że ich batalion będzie zluzowany, a ich samych wyślą na miesięczne szkolenie za linię frontu, nie wywołała w nim szału radości. Wprost przeciwnie. „Bóg raczy wiedzieć, kiedy znowu zobaczę nasze stare, dobre okopy” wzdychał Nash. To wojna dodaje smaczku męskości, to wojna przydaje jej więcej estetycznego smaku. To wojna doświadcza innych – choć sama nie jest doświadczeniem; to wojna patrzy, choć jej samej nikt nie widzi. Na froncie pod St. Eloi panował mianowicie całkowity spokój. Choć rozbłyskały wokół niego czarne, brązowe i pomarańczowe fajerwerki, Nash nie widział jak dotąd ani jednego zabitego człowieka.
Po kilku tygodniach wojskowego drylu, słonecznej pogody, rysowania pośród jaskrów i dzielnego popijania w kantynie – „pamiętam bardzo wyraźnie, że szef kompanii tańczył ze mną walca” – Nash powrócił na linię frontu. I chociaż w jego kolejnych listach dają się zauważyć chwile zwątpienia, wojna nadal była dla niego zjawiskiem prawie metafizycznym. Odkrył również tę szczególną więź, która wytwarza się, kiedy nosi się ten sam mundur i doświadcza tych samych niebezpieczeństw. „Tym, co sprawia, że mężczyźni szukają swego towarzystwa, aby się bić i wspólnie cierpieć, jest – i to bez względu na pierwotną albo przyszłą przyczynę – wielka, zdrowa moc… Żadne okropieństwa nie będą w stanie zmusić mnie do narzekań”. (Nie miał racji). Jako chorąży i dowódca plutonu Nash był niezwykle dumny ze swych chłopców i przekonany, że kiedy nadejdzie ten dzień, to pójdą za nim „over the top”. Wszyscy wiedzieli też, że działo się coś wielkiego, że następowały wielkie zmiany. A oni będą w tym uczestniczyć. I wtedy się to stało.
Pewnego późnego, piątkowego popołudnia, siedział w okopie wraz ze swymi żołnierzami i po kolacji o czymś z nimi rozmawiał. Na tym odcinku frontu panował jak zwykle spokój, ale odgłosy wybuchających bomb za niemieckimi liniami przykuły uwagę jednego z oficerów, który chwilę potem wywołał Nasha. Ten, trochę roztargniony, poczołgał się w mroku nocy w niewłaściwym kierunku i ku uciesze swych kamratów wpadł głową w dół w jeden z wąskich okopów. Kiedy śmiechy ucichły, a żołnierze wyciągnęli go na wierzch, okazało się, że Nash złamał sobie żebro. Wysłano go więc do Anglii – „owiniętego w bandaże tak, że wyglądał jak gruba matrona ubrana w ciasny gorset” jak sam to opisuje – gdzie w szpitalu wojskowym już czekało na niego łóżko. Ten wypadek z całym prawdopodobieństwem uratował mu życie. Takie są już koleje losu.
2.
Intelektualiści i artyści chcą być postrzegani jako wolna, niezależna grupa głosicieli prawd, którzy śledzą to, co się dzieje i krzyczą, że cesarz jest nagi. Czasami rzeczywiście tak bywa. W XX wieku wielu z nich – jeśli nie większość – zajmowało się szyciem tych szat. Sytuacja, kiedy widzimy, jak wielu z tych rozsądnych, krytycznie nastawionych i niezwykle wrażliwych osób przemieniło się w tamtym stuleciu w wiatr, który dął w żagle innych, musi budzić nasze przerażenie. Bezkrytyczne i naiwnie estetyzujące spojrzenie Paula Nasha na kwestię wojny nie było czymś nietypowym albo wyjątkowym. Było raczej rzeczą powszechnie przyjętą w jego kręgach, a nawet w szerszych kręgach społeczeństwa ówczesnej Europy.
Znamy wszyscy tamte gorące, sierpniowe zdjęcia zrobione w Europie w 1914 roku. Entuzjazm – równie barbarzyński, co naiwny – wieczne uśmiechy, twarze pełne nadziei przed punktami werbunkowymi, ubrane na biało kobiety, obrzucające kwiatami żołnierzy maszerujących w promieniach zachodzącego słońca. Zdarzały się przypadki samobójstw, kiedy okazywało się, że ktoś nie został wzięty do wojska. Z taką samą niecierpliwością, jak szukano okazji, aby udowodnić swą gotowość do poświęceń, tak samo szukano też wroga. W Anglii rabowano sklepy o niemiecko brzmiących nazwach, a Graham Green był w swym rodzinnym mieście świadkiem, jak tłum ludzi ukamienował na ulicy jamnika – bo przecież jamniki pochodzą z Niemiec, prawda?
W tym, co się dzieje, odnajdujemy pierwiastki sił natury, chociaż nasuwa się też nieodparte wrażenie, że wszystko to było przygotowane z góry. Tragedia ta była pierwszym przykładem tego, co później uznano za jedno z najbardziej charakterystycznych zjawisk XX wieku: świetnie zaplanowane, ale źle zarządzane katastrofy. Przynajmniej przez 10 lat przed wybuchem wojny społeczeństwa Europy omotano wojenną propagandą. Prasa bulwarowa karmiła rosnące rzesze swych czytelników zabarwionymi na narodową nutę uproszczeniami. Na temat zbliżającej się wojny napisano masę bardziej lub mniej fantastycznych książek. Słynne dzieło Svena Hedina pt. „Ett varningsord” jest typowym szwedzkim przykładem tego popularnego gatunku. Inny znany utwór, który nadal publikowany jest w kolejnych nakładach, to dzieło Erskinea Childera1pt.”The riddle of the sands” z 1903 r.
W większości państw istniały też krzykliwe, nacjonalistycznie i prowojennie nastawione organizacje nacisku, na przykład niemiecki „Wehrverein” czy brytyjski „National Service League”. (Należałoby tu też właściwie wymienić skautów, którzy również skażeni byli duchem militaryzmu; „Czuwaj!” brzmi ich motto: „Bądź gotów zginąć za swój kraj” brzmiało hasło przed 1914 r.) Ze wszystkich stron, na różne sposoby i na różne tony wmawiano wszystkim, że wojna jest w pewnym sensie czymś dobrym, że wojna uzdrawia, że jest jedyną, skuteczną odtrutką przeciwko „silnej zgniliźnie ludzkości, jaka opanowała nasze wielkie uprzemysłowione miasta” – jak wyraził się dowódca armii angielskiej lord Roberts, zaciskając przy tym górną wargę, jak łatwo się domyśleć. Po każdym nowym, międzynarodowym kryzysie, nagłówki stawały się coraz większe, bez względu na rozmiar kryzysów i ich rzeczywiste znaczenie. Raz za razem przepowiadano wojnę. Stawała się ona – ach, co za straszne słowo! – „nieunikniona”. Historia potwierdza, że takich „nieuniknionych” zdarzeń było w sumie niewiele. Nic jednak nie przyczynia się bardziej do tego, że zdarzenia takie stają się nieuniknionymi, niż sama wiara w to, że nimi są.
Istniał więc nacisk odgórny w formie dokładnie zaprogramowanego pędu do śmierci. Odpowiedzią dołów na tego typu manipulacje nie było jednak tylko posłuszne „tak”: tak zwany „prosty lud” nie pozwalał sterować sobą w dowolny sposób. Powodem tego, że wybuch wojny został przez wielu robotników i innych przedstawicieli niższych klas przyjęty z takim entuzjazmem, był nie tylko ich patriotyzm. Dla wielu z nich wojna niosła z sobą zmiany. W 1914 r. w Europie istniały nadal ogromne kontrasty społeczne; niesprawiedliwość była rzeczą powszechną, a życie przeciętnego człowieka nie stwarzało zbyt wielu powodów do radości. Nic więc dziwnego, że wielu było takich, którzy nienawidzili tego, co stare, życzyli sobie zmian albo chcieli uciec. W powietrzu wyczuwało się ducha utopii. Problem z takimi osobami polega jednak na tym, że łatwo zmieniają kierunek – właściwsze byłoby określenie, że idą z wiatrem. Zauroczenie wojną zawierało jednak w 1914 r. pewne podtony, zwłaszcza w Niemczech. Wielu było takich, którzy mieli nadzieję, że wojna doprowadzi do oczekiwanych zmian społecznych: częściowo w formie wynagrodzenia za udział w wojnie, a częściowo jako skutek „braterstwa ludów” i zrównania klasowego, którymi to pojęciami tak zwodniczo posługiwali się politycy i prasa. Wielu uczestników wojny walczyło więc w 1914 r. zarówno dla siebie, jak i za swoją ojczyznę. Droga do Przyszłości wiodła bowiem przez Pole Bitwy.
Taka figura myślowa jest równie potężna, co zabójcza.
W ślad za nimi poszli intelektualiści i artyści. W uwikłanych w konflikt Austro – Węgrach od samego początku zapanował nastrój hurra – patriotyczny. Zygmunt Freud pisał, „że po raz pierwszy od 30 lat czuje się Austriakiem” i dodał łaskawie: „całe moje libido ofiarowuję Austro – Węgrom”. Wśród tych, którzy garnęli się pod sztandary, był też pionier atonalności Arnold Schönberg – choć dolegała mu astma i protestowali przyjaciele – jak również jego uczeń Alban Berg, który przez krótki czas służył w armii jako oficer w pułku kadetów zanim z powodu zdrowia, tak złego jak zdrowie jego mentora, nie doznał załamania nerwowego; kompozytor Anton Webern, dramaturg Hugo von Hofmannstahl, wspaniały, ale dotknięty alkoholizmem poeta Georg Trakl, (zginął po 4 miesiącach), filozof Ludwig Wittgenstein, (który mimo dolegliwości żołądkowych zgłosił się na ochotnika jako oficer artylerii). Podobny nastrój zapanował w Niemczech: nawet tak rozsądny zazwyczaj Thomas Mann pisał np. o „uczuciu oczyszczenia, ożywienia, wyzwolenia”, które go opanowało, kiedy stało się jasne, że dojdzie do wojny; Mann też zgłosił się na ochotnika, ale odesłano go do domu z przyjacielskim klepnięciem po ramieniu. Entuzjazm szerzył się także w innych krajach, choć przybrał on trochę mniejszy wymiar niż w pństwach niemieckojęzycznych.
Na przekór tak idyllicznemu pojmowaniu wojny wielu intelektualistom i lwom salonowm jawiła się ona jako nadzieja na przyszłe zmiany. Odurzyło ich marzenie zawarte w filozofii Nietzschego, że kiedyś pojawi się potężna moc, która zmiecie wszystko, co znajdzie na swej drodze, całą zgniliznę szerzącą się w Europie, i utoruje drogę dla piękniejszego, lepszego i silniejszego świata. I to właśnie walka była tym czynnikiem, z którego miała się odrodzić nowa, odnowiona ludzkość. Katastrofa – oczywiście, tak, ale w zniszczeniu czekała nadzieja. Wojna była bowiem „odnowicielem”. Wojna niosła zmiany, wstrząsy. Wojna była rewolucją, ale dawała też kopa do przodu.
Spośród wszystkich artystów, którzy wypowiadali się pozytywnie na temat wojny i upajali się radością apokaliptycznych gestów, najbardziej znani są z pewnością futuryści. W manifeście Marinettiego z 1905 roku rozpoznajemy oczywiście owe triumfalne tony. „Pragniemy gloryfikować wojnę – jedyną uzdrowicielkę świata – a także militaryzm, patriotyzm, destrukcyjne gesty anarchisty i piękne idee, które zabijają”. Jednak na przekór wszystkim wizjom zagłady futuryści dość rzadko ukazywali piękno wojny. Chociaż „na przekór” to może jednak niewłaściwe stwierdzenie. Bo może właśnie dlatego, że wypowiadali się o wojnie tylko w formie manifestu, można ją było wysławiać. Toteż jeśli futuryści nie zachowywali milczenia na temat tego, co miało nadejść, to i tak wokół roiło się od innych artystów i poetów, którzy dali się porwać nastrojowi zagłady i z pełnym rozkoszy pesymizmem ukazywali świat złożony z miast pełnych pożarów, komet i żółtego dymu.
I tak oto wśród aplauzu nadeszła katastrofa.
Wielu artystów zrobiło krok od teorii do praktyki. Niemiecki impresjonista Max Beckmann uważał, że wojna jest czymś dobrym, „bo wszystkie instynkty i trendy skumulują się na jednym przedmiocie ich zainteresowania”; angielski malarz Walter Sickert powiedział, „że każdy powinien teraz być żołnierzem”; czeski ekspresjonista mieszkający w Wiedniu Oskar Kokoschka sprzedał jeden ze swych cennych obrazów, aby móc sobie pozwolić na kupno eleganckiego, chabrowego munduru, po czym ruszył na wojnę, aby pomścić śmierć arcyksięcia Franciszka Ferdynanda zastrzelonego w Sarajewie – był to zresztą ten sam arcyksiążę, który przed wojną wyraził swój wstręt wobec sztuki Kokoschki i ogłosił, że „ten człowiek zasługuje na to, aby połamać mu wszystkie kości”. Młody August Macke, żywo reagujący na futurystyczne hasła, powitał nadejście wojny „nie tylko jako najbardziej wspaniałą manifestację naszych czasów, ale także jako filozoficzną konieczność”. Z kolei jego rodak Otto Dix powiedział, „że za żadną cenę nie chciałby stracić okazji do obejrzenia wojny”.
I tak oto poszli wszyscy na front, pełni oczekiwań.
Ale nawet wśród tych, którzy nigdy nie nosili brudnego, żołnierskiego szynela ani nabijanych ćwiekami butów, pojawiło się poczucie wspólnoty z tymi, co na froncie. Picasso zawarł swe patriotyczne wypowiedzi w listach do swego przyjaciela Apollinaire’a. Pewnego niezwykle chłodnego wieczora 1915 roku udał się na spacer wraz z Gertrudą Stein i Alice B. Toklas na Boulevard Raspail w Paryżu, kiedy nagle tuż obok nich przeleciał wielki pocisk artyleryjski. Picasso zatrzymał się i wpatrywał się w niego,jak zaczarowany”. Pocisk był bowiem pomalowany kolorami maskującymi, w brązowe, nieregularne wzory, które przypominały sztukę abstrakcyjną. „To myśmy to stworzyli” zawołał Picasso na widok ulatującej kuli, nie zauważając prawdopodobnie podwójnego znaczenia we własnej wypowiedzi.
Wielu mówiło o nadchodzącej katastrofie, tęskniło za nią. Dostali w końcu wszystko to, czego pragnęli, a nawet trochę więcej. Ale nie do końca i nie wszystko było tak, jak oczekiwali. Krótko po tym, jak jego pułk przeniósł się do Francji, wstrząśnięty Macke napisał do swojej żony Elisabeth, że „wszystko jest tak ohydne, że nawet nie chcę ci o tym opowiadać”. Kilka tygodni później już nie żył, zabity w bitwie pod Marne. Jego los podzieliło po kolei wielu innych artystów w mundurach, np. rzeźbiarz Henri Gaudier – Brzeska, malarz Franz Marc, Albert Weisgerber i przyjaciel Marinettiego Umberto Boccioni (Marc poległ zaraz po namalowaniu inspirowanego impresjonizmem maskowania chroniącego niemieckie działa artyleryjskie przed ofensywą pod Verdun). Otto Dix, Max Beckmann i ich kolega po fachu Georg Grosz zostali odesłani do domu, ponieważ doznali załamania nerwowego; rysownik David Bomberg postrzelił się w nogę, aby uniknąć dalszej służby. Oskar Kokoschka miał się cieszyć wątpliwym przywilejem bycia jednym z ostatnich, którzy z wyciągniętą szablą rzucili się na karabiny maszynowe: w sierpniu 1915 r. tylko cudem przeżył pod Łuckiem, kiedy kula trafiła go w głowę, a potem także po odniesieniu ran, kiedy po bitwie rzucili się na niego Kozacy z bagnetami i ranili go; po rekonwalescencji przychylnie nastawionym do niego lekarzom udało się nie dopuścić do jego powrotu na front, przeciwko czemu Kokoschka nie protestował, ponieważ życie było tam dla niego „zbyt niebezpieczne i monotonne”.
Nawet futurystom trudno było znaleźć taką rzeczywistość, która odpowiadałaby ich oczekiwaniom. Od czasu, gdy do wojny przystąpiły Włochy, Marinetti, Boccioni, twórca muzyki kakofonicznej Russolo, architekt Sant’ Elia i wielu innych dobrowolnie zgłosiło się do rowerowego batalionu strzelców. Jednak straszliwy, wielki spektakl, na którego przyjście tak tłumnie oczekiwali, nie chciał się ciągle rozpocząć. Ani śladu apokalipsy, jak okiem sięgnąć: w ruinach fantastycznie płonących miast spotykało się w ziemiankach grupki marznących, skulonych mężczyzn. Nawet fantastyczna proza futurystów nie była w stanie wyczarować sukcesów ze wspaniałych, szablowych parad włoskiej armii i klęsk nad rzeką Isonzo; Marinetti i wszyscy pozostali musieli zadowolić się przyjęciem na przekór wszystkim heroicznych póz przed kamerą.
Jednak nudny i banalny dzień powszedni na wojnie stopniowo gasił ich entuzjazm. Boccioni próbował jeszcze zachować pozę w stosunku do swoich rodaków, ale w swym prywatnym dzienniku narzekał głosem pełnym skargi na musztrę, chłód i zmęczenie, jak również na swą własną słabość, braki w uzbrojeniu i wyszkoleniu. Tuż przed śmiercią w sierpniu 1916 r. – do której doszło z powodu okrutnie niesławnego jak dla futurysty wypadku: spadł mianowicie z konia w trakcie musztry – rozmawiał z jednym ze swych przyjaciół nie okazując przy tym nic ze swego wcześniejszego entuzjazmu, „a to bardzo niemiłe”.
Stopień rozczarowania miał się oczywiście odwrotnie proporcjonalnie do siły entuzjazmu. Co prawda poeci i inni artyści wznosili po wypowiedzeniu wojny swe entuzjastyczne okrzyki, ale żaden z nich nie miał bladego pojęcia o tym, co ich czeka. Był to ten typ euforii, który mógł być tylko i wyłącznie efektem słabej wiedzy.
Źródeł tej niewiedzy było kilka.
Po pierwsze obraz wojny ukazywano w sposób romantyczny, całkiem niemożliwy do rozpoznania. Wzór taki został ustanowiony dzięki zakłamanej i górnolotnej sztuce prezentowania historii, która zrodziła się w okresie po wojnach napoleońskich i w pełni rozkwitła, kiedy ludzie zaczęli powoli zapominać, jak to naprawdę wtedy było. W tego rodzaju przedstawieniu najważniejsze były wyciągnięte szable, dumne pióropusze i stające dęba konie, jak również heroiczne postawy, złoto zachodzącego słońca, wąsy wywinięte na szkocki sposób i straszliwe piękno bitew. Wszystko, co brzydkie, pomijano, zapach krwi pełnił funkcję dekoratywną i nawet tych, co umierali, obdarzano swego rodzaju eterycznym pięknem. Bitwę prezentowano jako mieszankę przygody i sportu, gdzie jednostka pełniła jakąś sensowną rolę w zrozumiałych dla wszystkich zdarzeniach. Wielu ludzi dało się zwieść tym zakłamanym obrazom, zwłaszcza ci, których przynależność klasowa i bieda skazywały na smutne, beznadziejne życie w szarości przemysłowych miast. Zarówno w literaturze pięknej, jak i w twórczości historycznej pełno jest podobnych, zwodniczych dzieł, ale i w nich rzadko się zdarzało, żeby ktoś odważył się opisać cały repertuar okropieństw wojny.
Zresztą to właśnie obraz przeszłości odgrywał ważną rolę w przygotowywaniu katastrofy. Wszystkie bez wyjątku narody uczyły się w szkołach z utworów popularnych pisarzy, że ich kraje toczyły pełne sukcesów, wspaniałe wojny, i że to im zawdzięczają swoją obecną potęgę. Była w tym ukryta logika, która sprawiła, że dla tak wielu osób łatwą rzeczą stała się wiara w to, że droga do przyszłości wiedzie przez pole bitewne. (Ta przenośnia nie była zatem żadną wyjątkową cechą charakterystyczną tylko dla rozgrzanych ponczem hurtowników z prawicy. Jeden z jej wariantów zapuścił swe korzenie także na lewicy: dla Marxa zorganizowana przemoc była akuszerką historii i postępu).
Taki sposób rozumowania został podbudowany rzekomo darwinistycznymi teoriami, które stanowiły ważny składnik zasad moralnych epoki. Istniały one równolegle do bezlitosnej natury, walki zwierząt o przeżycie, ”survival of the fittest” itd. co sprawiało, że ktoś taki jak imperialista lord Milner mógł spokojnie twierdzić, „że konkurencja między narodami jest podstawowym prawem postępu ludzkiego”, „boskim porządkiem świata”. To właśnie szeroki oddźwięk, jaki znalazł prymitywny darwinizm, ustanowił wzór dla czegoś, co miało stać się jednym z przekleństw XX stulecia: przemianę nie dopracowanych teorii naukowych w ideologiczne kadzidło.
Po drugie ta wielka, prowadzona w przemysłowy sposób wojna, pokazała, jak bardzo jest wielka. Najstraszniejsze jest to, że nawet najbardziej prawdziwy obraz wojen napoleońskich i innych wojen prowadzonych w XIX wieku byłby niewystarczający, aby przygotować ludzi na to, co miało dopiero nadejść. W 1914 roku minęło 40 lat od czasu, kiedy w Europie toczyła się ostatnia, prawdziwa wojna. Od tamtej pory technika wojskowa poczyniła ogromne postępy i zarówno broń krótka, jak i artyleryjska mogły wyrzucać coraz bardziej niszczycielskie pociski z coraz większa prędkością, na coraz większą odległość. Już w 1904–1905 r. wojna japońsko – rosyjska pokazała, czego mogą dokonać karabiny maszynowe, zapory z drutu kolczastego i ciężka artyleria, jeżeli na dodatek stały za nimi gęsto rozstawione oddziały wojska. Wojskowi ciągle jednak nie potrafili wyciągnąć z tego wszystkiego właściwych wniosków, nie chcieli zmieniać dawnych przyzwyczajeń, które upływający czas zamienił w dogmaty. Czasami powód tego bywał absurdalny: na przykład niechętnie odbywano ćwiczenia w okopach w okresie pokoju, ponieważ od kopania w ziemi brudziły się żołnierskie mundury.
Może nas to prowadzić do uproszczonego wniosku, że powodem wszystkiego był tępy upór wojskowych. Zasadniczą rolę odgrywały też jednak przesądy klasowe. We wszystkich krajach siły zbrojne nadal pozostawały domeną arystokracji. Zamieniło to więc armie w ostatnie przyczółki dawnego porządku w świecie, który zwiastował nadejście imperium maszyn i kapitalizmu kramarskiego.
Jest jakaś pokrętna logika w sposobie, w jaki rozumowali oficerowie. Wielu z nich było romantykami, którzy brzydzili się nowoczesnością, ponieważ była ona tak bardzo rewolucyjna i tak bardzo brzydka; głównie jednak dlatego, że człowiek stawał się przy niej wisiorkiem przyczepionym do zimnej maszyny. Ich sposób stawiania oporu polegał na powtarzaniu gestów ze świata, który przeminął, ze świata, gdzie człowiek był panem bitewnych pól, gdzie odwaga indywidualna znaczyła więcej, niż broń, gdzie w czasie walki liczyły się bohaterskie czyny, a szarża kawalerii uzbrojonej w białą broń potrafiła rozstrzygnąć o losach bitwy. Bo tak właśnie rozgrywano bitwy przez wszystkie czasy. I tak miały być także rozgrywane w przyszłości. I żadne niezrozumiałe nowinki techniczne ze stali nie powinny tego zmieniać. Basta!
Dlatego też nowy wynalazek, jakim było bezodrzutowe działo, mógł być odrzucony pod pretekstem, że jest „skrajnie brzydkie w porównaniu z istniejącymi, szlachetnymi kształtami dział”. To dlatego przez tak długi okres odsuwano na dalszy plan karabin maszynowy, traktowany jako zabawka, choć być może dałoby się go wykorzystać po to na przykład, aby skosić pełzających derwiszów, a który zasadniczo był zupełnie nieprzydatny na europejskich polach bitewnych2. Już karabin maszynowy był tym wynalazkiem, który zwiastował nadejście nowych czasów. Maszyna parowa podwoiła kiedyś wydajność robotników, ale jednocześnie zmieniła ich w bezradnych proletariuszy. W taki sam sposób karabin maszynowy zamienił wojnę z rzemiosła w przemysł, bo oto teraz wystarczył jeden żołnierz, który miał tak niszczycielską moc, jak wcześniej setka żołnierzy. Odbyło się to jednak kosztem pomniejszenia znaczenia jednostki. To właśnie chyba tego wielu wojskowych ani nie chciało, albo nie potrafiło dostrzec, kiedy tak sobie siedzieli spowici dymem cygar pod oleodrukami przedstawiającymi lansjerów walczących pod Marengo. Istnieje przekaz pochodzący z okresu, kiedy jeszcze przed wybuchem wojny armia brytyjska ćwiczyła jakiś manewr; nagle pojawił się pewien młody oficer, który zapytał, co ma zrobić z powierzonym mu karabinem maszynowym, na co jego przełożony parsknął tylko: „Weź tę przeklętą machinę na którąś flankę i ukryj ją tam gdzieś dobrze”.
A może wszyscy byli ofiarami, choć każdy z nich na swój sposób? W późniejszym okresie okaże się, że wybuch wojny w 1914 r. oznacza, że poprzedni, XIX wiek, dotarł do swego kresu i że rozpoczął się wiek XX. To, co istniało do tej pory, zapoczątkowane zostało w 1789 r. za sprawą Rewolucji Francuskiej i można to śmiało nazwać stuleciem rewolucji. To, co nowe, zapoczątkowane zostało za sprawą niszczycielskiej wojny, miało to być także stulecie katastrof. Pierwsza wojna światowa jest prakatastrofą stulecia. Zapoczątkowała ona cały łańcuch zdarzeń, które krętymi drogami prowadziły od jednego nieszczęścia do drugiego, aż w końcu pod koniec stulecia – 75 lat później – ta nierówna lawina w końcu się zatrzymała, dzięki czemu mogło się zacząć nowe stulecie. I Wojna miała w sobie coś z kodu genetycznego, który miał dać początek nadchodzącym katastrofom. Już wtedy dało się zaobserwować pewne wzory, figury myślowe i fobie, większość z nich została dopiero zasygnalizowana i pozostawała nadal w stanie nierozwiniętym, gotowa jednak do kolejnych mutacji, z których miało się wyłonić coś nowego, groteskowego. Jedno z najważniejszych zjawisk polegało na tym, że ludzkość raz za razem, w sposób nieprzygotowany stawiana była przed kolejnym skokiem, raz za razem zmuszana była do uświadomienia sobie, że to, co było prawdopodobne, zastąpione zostało tym, co nieoczekiwane. Coraz częściej ludzie uświadamiali też sobie, że to nie oni zawiedli marzenia, tylko marzenia zawiodły ich.
Pierwszymi, którym historia spłatała tego okrutnego figla, byli owi uśmiechnięci, pełni nadziei, młodzi mężczyźni, którzy w sierpniu 1914 roku maszerowali w gorących promieniach letniego słońca na front, wznosząc entuzjastyczne okrzyki, bo szli na wojnę, która miała położyć kres wszystkim wojnom.
3.
Trzy dni po tym, jak Paul Nash odesłany został z połamanymi żebrami do domu, jego pułk otrzymał rozkaz do natarcia na punkt znajdujący się na linii niemieckiego frontu, który wkrótce miał zyskać sobie złowieszczą sławę: „Wzgórze 60”. Atak zakończył się żałosnym niepowodzeniem. Wielu z towarzyszy Nasha zastało w tym obcym kraju zabitych. W tamtym okresie Nash znajdował się jednak w bezpiecznym miejscu, w jednym z wojskowych szpitali w Anglii, w całkowitej nieświadomości tego, co się stało; zajęty był swymi rysunkami przedstawiającymi sceny z frontu. W czerwcu pokazywał swe idylliczne obrazki na indywidualnej wystawie w Galerii Goupil3, dzięki czemu zyskał trochę sławy. Podbudowany tym sukcesem rozpoczął w sierpniu starania, aby mianowano go „Official War Artist” – „Oficjalnym Artystą Wojennym”; była to stara brytyjska instytucja, której przydano nowego znaczenia w sytuacji, kiedy propaganda państwowa zaczęła być po raz pierwszy wykorzystywana jako systematyczna i naukowa tuba propagandowa dla wspierania działań wojennych. Mianowano już nawet pewną liczbę artystów, między innymi Christophera Nevinsona, którego obrazy wywarły silne wrażenie na Nashu4. Niektóre osoby z kręgów decyzyjnych uznały jednak Nasha za osobę zbyt „postimpresjonistyczną”, ale po krótkiej krytyce obdarzono go w końcu zaufaniem, dzięki czemu pod koniec października 1917 r. wrócił na linię frontu pod Ypres z walizką pełną kredek, ołówków i papieru.
Szybko zrozumiał, ze warunki dla oficjalnego artysty wojennego w mundurze były zupełnie inne niż te, które dotyczyły młodego żołnierza pułku piechoty. Nashowi dano bowiem do towarzystwa ordynansa, a także szofera i samochód do własnej dyspozycji; oczekiwano też od niego, że większość swego czasu będzie spędzał w głównej kwaterze brytyjskiego korpusu ekspedycyjnego, i to w dużej odległości od linii walki. Było to wygodne życie. Niestety, niosło ono za sobą pewną niebezpieczną cechę: potrafiło zawrócić komuś w głowie, jeżeli ktoś na to pozwolił.
Dziennikarze wypracowali już swój pewien wzór. Wprowadzono dla nich mundury bez dystynkcji, a na ramieniu nosili zielone opaski; czas spędzali chodząc pod rękę z dowódcami wysokiej rangi; życie, jakie pędzili w jakimś ciepłym, oświetlonym „château” przerywane było od czasu do czasu wypadem w jakieś bezpieczne miejsce, po czym szybko wracali do koniaku i ogniska na kominku, aby wysmarować kolejny, entuzjastyczny artykuł o tym, z jaką niecierpliwością żołnierze czekają na kolejną bitwę, jak podbudowywuje ich życie w okopach i jak pomyślnie wszystko się toczy. Nic więc dziwnego, że żołnierze bardzo szybko znienawidzili korespondentów wojennych bardziej niż oficerów sztabowych, co jest dość wymowne. Owi dziennikarze zepsuci byli do szpiku kości swą własną wygodą, zmyleni odległością od linii frontu, ograniczeni nadzorem cenzora, dopingowani patriotycznym nastawieniem gazet i związani swym własnym poczuciem lojalności.
Efekt? „Opowiedziano wtedy o wiele więcej kłamstw niż kiedykolwiek indziej”, jak pisze Philip Knightley. Wojnę upiększano, a ludzi utrzymywano w całkowitej niewiedzy na temat tego, co działo się z ich synami i braćmi, mężami i kochankami. Pokazano w ten sposób, jak przerażająco skutecznie można było zdusić prawdę, jeśli cały aparat państwowy nastawiony był na ten cel. Jednocześnie w miarę, jak opinia publiczna powoli, ale sukcesywnie traciła wiarę w komunikaty wykrzykiwane przez prasowe megafony, zaczęto nadużywać mocnych słów. W końcu ludzie zaczęli wyśmiewać niektóre kaczki dziennikarskie, jak na przykład takie, że Niemcy mają u siebie fabryki, gdzie z ciał zabitych ludzi wyrabiają mydło – świetny dowcip! – a jednocześnie fala propagandy, fałszywych doniesień i nieistotnych wiadomości zaczęła wypierać inne informacje, które były jak najbardziej prawdziwe, jak na przykład ta, że Turcy zaczęli dopuszczać się masowych mordów na własnej ludności i to na skalę, o której nikt dotąd nie słyszał.
W tych oszustwach uczestniczyło wielu artystów frontowych. Nierzadko jakość ich pracy ulegała pogorszeniu w miarę, jak coraz niżej musieli zginać kark przed całą ta machiną. Kiedy podziwiany przez Nasha Christopher Nevinson trafił na front, szybko zrezygnował ze swych futurystycznych dziwactw. Zamiast tego zaczął pokazywać życie na froncie w postaci szkiców nawiązujących do sztuki kubistycznej. W odpowiedzi na to Nevinsona zaatakowały zarówno elity, jak i przedstawiciele awangardy. Jego koledzy artyści i intelektualne pięknoduchy spoglądali z góry na te realistyczne obrazy, które dla nich były w niezrozumiały sposób „łatwe do zrozumienia” i szydzili z nich nazywając je „prostackimi” albo „dziennikarskimi” Wojna bez wątpienia sprawiała modernistom pewien kłopot, ponieważ ich zaawansowany język formy był właściwie bezużyteczny dla kogoś, kto chciałby z nimi dyskutować na temat wielkopolitycznej rzeczywistości, to znaczy problemu, który niektórzy z nich rozwiązywali w ten sposób, że to, co się działo, mieli po prostu w nosie.
Elitom generalnie nie podobało się malarstwo Nevinsona, ale już z innych powodów. O jego obrazach „Times” napisał, że były one „not a bit like cricket”. Cenzura wnosiła zastrzeżenia wobec wielu jego dzieł, a pokaz jednego z nich został później wstrzymany. Chodzi o obraz olejny pt. „Drogi chwały”, który przedstawia dwóch zabitych Anglików leżących w błocie tuż pod zasiekami z drutu kolczastego. Pozwalano pokazywać zabitych Niemców, ale nie Anglików. Kiedy więc obraz miał być wystawiony na widok publiczny, Nevinson zasłonił go brązowym papierem z napisem „Ocenzurowano”. Natychmiast wezwano go do Ministerstwa Wojny, żeby zrobić mu burę w stylu Kafki: zabronione jest używanie słowa „cenzura”. Nic więc dziwnego, że Nevinson wkrótce się dopasował, porzucił ukazywanie nędzy okopów strzelniczych na rzecz przemyconych ukradkiem heroicznych obrazów dokonań wojny powietrznej.
Nash sprzeciwiał się temu od samego początku. Chciał podejść do linii frontu możliwie jak najbliżej – prawdopodobnie jednak niezbyt blisko, aby z jednej strony uniknąć ryzyka bycia wciągniętym przez magnetyczne pole kłamstw produkowanych przez sztab główny, a także po prostu dlatego, że walka nadal go fascynowała. Chciał widzieć, słyszeć, czuć. Zauważamy w takiej postawie pewien element istoty wojny, który dzisiaj chętnie pomijamy, choć wcale nie mamy takiego zamiaru, a mianowicie złudne oszustwo. A jednak jest tu coś takiego, co powinniśmy zrozumieć, jeśli chcemy zrozumieć wojnę. Mam na myśli odurzenie, które w konsekwencji niesie z sobą niebezpieczeństwo.
Nie istnieje jakaś jedna norma. Jest rzeczą uderzającą, w jaki sposób reagują różni ludzie, kiedy stają w obliczu katastrofy. Masa zachowująca się w identyczny sposób to klisza stworzona przez reżyserów filmów fabularnych i ideologów. W rzeczywistości zawsze jest tak, że jedni idą lub biegną w niewłaściwym kierunku, a jeszcze inni stoją spokojnie i zastanawiają się, co się właściwie dzieje. Zachowanie żołnierzy cechuje ta sama różnorodność postaw.
Jedni nienawidzą niebezpieczeństwa od pierwszej chwili, większość uczy się z nim żyć i tylko niektórzy coś z tego mają. Pokusa taka dotyczy zwłaszcza mężczyzn, którzy próbują sprawdzić swoją odwagę fizyczną, ponieważ obecnie jest to cecha wielce pożądana. Jeszcze ważniejsze jest chyba to, że podjęcie ryzyka zawiera w sobie pewne uniesienie, przemianę. Życie nabiera swej największej wartości nierzadko wtedy, kiedy jest zagrożone, i, paradoksalnie, dotyk śmierci może czasami wywołać poczucie wolności, żeby nie powiedzieć nieśmiertelności. Bo tak, jak człowiek jest jedynym elementem dzieła stworzenia, które potrafi zrozumieć swoją egzystencję, tak samo jest on również jedynym stworzeniem, które potrafi wystawić swą egzystencję na ryzyko. Jest w tym pewien związek.
Problem związany z odurzeniem skłaniającym do podejmowania dobrowolnego ryzyka – oprócz tego, że kusi ludzi do szastania życiem – polega na tym, że jego imponująca „wzniosłość” zaciemnia zarazem jego krótkotrwałość. Uczucie musi być czymś specjalnym. Nie można go przenieść na poziom codzienności, bo na to jest zbyt kruche. Bo oto wkrótce niebezpieczeństwo przestaje być podniosłe i budujące, jego potworna „moc przeobrażania” nie tylko traci swoje piękno, ale i przeciwnie – nabiera cech niszczycielskich: strach drąży nie tylko duszę, ale zżera też i ciało.
Wojna tradycyjna – która w ogólnym zarysie niewiele zmieniła się od czasów starożytnych – była w swym kształcie dość pociągająca dla kogoś, kto poszukiwał upojenia zbudowanego na dobrowolnym podejmowaniu ryzyka. Bitwy i potyczki na dużą skalę zdarzały się rzadko, a rozstrzygnięcie zapadało zazwyczaj w ciągu jednego dnia. Potem następowały regularne, długie miesiące, podczas których armie maszerowały w poszukiwaniu kwater, a żołnierze pogrążali się w codziennym życiu obozowym. (Zresztą groźba śmierci nie wynikała w pierwszym rzędzie z bitwy, tylko niosły ją choroby i pod tym względem zarówno żołnierze, jak i cywile narażeni byli na to samo niebezpieczeństwo). I chyba takiej właśnie tradycyjnej wojny wszyscy oczekiwali.
Także Nash. Widział już wystarczająco dużo na wojnie, żeby go mogła pociągać, ale przeżył zbyt mało, aby ją zrozumieć. Prawdopodobnie właśnie dlatego tak gorliwie starał się trafić na bitewne pole. Tam jednak czekała na niego niemiła niespodzianka.
4.
Od dawna już ich nie ma – bitewnych pól z okresu I wojny światowej. Jeśli przejdziemy się wzdłuż linii zachodniego frontu, to tu i ówdzie dostrzeżmy jeszcze jakieś dawne pozostałości po nich. Często jest to długi rząd porośniętych trawą lejów po bombach, których zbocza łagodnie zaokrąglił czas i deszcze, a które giną gdzieś w głębi przydrożnego lasu. Innym razem jest to jakiś niewielki dół, gdzie bawiące się dzieci i ich opiekunki taplają się w błotnistej wodzie; czasami jest to kanciasty bunkier, który bardzo powoli, acz systematycznie zapada się w miękkim błocie; wszędzie napotkać można jakieś cmentarze, których już chyba nikt nie odwiedza, pełne długich rzędów nagrobków poczerniałych od kwaśnych deszczów. Weterani odbywają co roku swe pielgrzymki, ale jest ich coraz mniej. W Wielkiej Brytanii tych, którzy walczyli na I wojnie, pozostało już nie więcej niż dziesięciu, a za kilka lat nie będzie już ani jednego5. Wtedy w okolicy pozostaną już tylko ci, którzy o tamtych czasach nie będą nic wiedzieć.
Czasami można się jednak różnych rzeczy domyślić. Kiedyś trafiłem na takie zapomniane miejsce z okresu I wojny zaraz po tym, jak kilka dni wcześniej wycięto tam las. Było to w lutym, zanosiło się na deszcz. Ciężkie maszyny odsłoniły cienką warstwę ziemi, pod którą pokazało się dawne, bitewne pole. Wydawało mi się, że rozkopana ziemia chce nam przekazać jakąś wiadomość. Była to niezmiernie zajmująca czynność: wędrowanie po całym terenie, aby spróbować to przesłanie odczytać. Niemcy zaatakowali. Wszędzie dookoła leżały ręczne granaty zatyczkowe ze spróchniałą rękojeścią – to granaty zaczepne, ponieważ działają one na zasadzie rozpryskiwania się i może ich świetnie używać ktoś, kto idzie w pozycji wyprostowanej i chce zabić kogoś, kto ukrywa się na dole okopu. Były też stalowe granaty w kształcie jajka, używane jako broń obronna – ich działanie polega na rozrzucaniu odłamków, które rozpryskują się na dużej przestrzeni i są najokrutniejszą bronią dla kogoś, kto skrywa się w okopie i chce zabić kogoś, kto pędzi wprost na niego w pozycji wyprostowanej.
Najprawdopodobniej doszło w tym miejscu do bitwy; świadczyły o tym właśnie granaty. Można też było zauważyć, że więcej było niezużytej amunicji niż zwykłych łusek. Z błota pokrywającego cały teren wystawały też dwie łopatki używane przez piechotę, a jedną z nich zrobion w taki sposób, aby można było jej używać w walce wręcz – po 70 latach była tak ostra, że można było nią prawie przeciąć pieniek drzewa. Wszędzie dookoła zalegało jakieś żelastwo: pordzewiałe niewypały różnego rodzaju i kalibru, drut kolczasty – pojedynczy i podwójny, szarozielone maski przeciwgazowe, pękate manierki, resztki telefonów polowych, jakiś rozbity garnek do przyrządzania jedzenia itd. Jedno z miejsc mogło kiedyś służyć do wypoczynku i spożywania posiłków: pod stopami chrzęściły potrzaskane butelki po winie i otwarte pudełka po konserwach.
Nie brakowało też oczywiście kości.
Tu i tam leżały szczątki szkieletów ludzkich. W którymś miejscu koła ciężkiej maszyny wycisnęły na wierzch z tłustej ziemi dwie duże kości biodrowe, które wystawały teraz jak dwa brązowożółte kije. W większości jednak teren zalegały najprzeróżniejsze szczątki. Kawałek dalej leżał pod sosną….tak, człowiek! Zostały z niego jednak tylko kości szkieletu dolnej części ciała: kręgosłup, żebra i głowa gdzieś się zapodziały6. Jedna stopa nadal tkwiła w zniszczonym, sznurowanym bucie z podwójna podeszwą. Z miękkiej części stopy nie pozostało już nic innego jak tylko coś, co wyglądało na szarą glinę. Poprzez tę glinę, poprzez kość śródstopia, poprzez ciemnobrązową, skórzaną podeszwę, przebiła się mała, zielona gałąź dzikiej róży.
Kolejny grób.
Przez cały czas, kiedy wędrowałem po tej kapsule czasu pełnej rdzy i zgnilizny miałem przed oczami postać Nasha, jakby było to coś w rodzaju „facit”. Jednak nie były to jego wczesne dzieła, tylko te, które namalował po powrocie z frontu.
W październiku 1917 roku sytuacja pod Ypres była zupełnie różna od tej z kwietnia tamtego roku. Wtedy na froncie panował spokój, dzięki czemu sprawiało to wrażenie jakiegoś niezwykłego stanu rzeczywistości, co znalazło swe odbicie zarówno w obrazach Nasha, jak i w jego pełnej zarozumiałości postawie. Jednak w okresie, kiedy leczył się w Anglii, rozegrała się bitwa, którą nazywa się „trzecią bitwą pod Ypres”. Zakończenie tej boleśnie długo trwającej bitwy nastąpiło w niecały tydzień po powrocie Nasha na front.
Tak ją właśnie nazywają – „trzecią bitwą pod Ypres”. Jest to jednak niewłaściwe określenie na to, co zdarzyło się we Flandrii między czerwcem a listopadem 1917 roku. Generałowie biorący udział w I wojnie bardzo chętnie nazywali owoce swej działalności „bitwami”, bo dzięki temu mogli postawić na tym samym poziomie to, co rozegrało się pod Loos, Somme czy Verdun z tym, co rozegrało się pod Cannae czy Waterloo, jakby te wszystkie bezwyraziste zdarzenia czasów współczesnych zawierały w sobie taką samą dawkę chwały i przypominały je ze względu na swój wpływ na bieg historii. Było jednak inaczej. Zarówno generałowie, jak i żołnierze szykowali się bowiem na stoczenie kolejnej wojny w XIX-wiecznym stylu, nie zważając na to, że mieli do swej dyspozycji XX-wieczne uzbrojenie. Wychodzili po prostu z założenia, że przewidywalny świat XIX wieku jest też światem współczesnym. Między przeszłością a współczesnością powstała jednak szczelina i wszyscy oni w nią wpadli, głową w dół.
Uprzemysłowione społeczeństwa toczyły obecnie swą pierwszą wojnę przemysłową, ale nikt nie był w stanie przewidzieć jej niewiarygodnej, niszczycielskiej siły. W czasie wojny prusko – francuskiej w 1870 r. przeciętna niemiecka armata oddała w czasie całego konfliktu niecałe 200 strzałów, ale już w 1914 r. ta sama armata wystrzeliła już 1000 pocisków w ciągu 1 miesiąca; w ciągu 35 minutowego ostrzału przygotowawczego przed atakiem na Neuve-Chapelle w marcu 1915 r. artyleria brytyjska wystrzeliła więcej pocisków niż w ciągu całej wojny z Burami. A jeśli dodamy do tego jeszcze wspomniane już karabiny maszynowe i zapomniane w okresie pokoju okopy strzelnicze i drut kolczasty – który wymyślony został w XIX wieku w USA, aby ułatwić hodowlę bydła, a którego w XX wieku używano głównie przeciwko ludziom – to łatwo sobie wyobrazić, że różnica była kolosalna. Obrona stawała się coraz łatwiejsza, podczas gdy atak napotykał na coraz większe przeszkody. Każdy oddział żołnierzy, który próbował iść do ataku na otwartej przestrzeni w wyprostowanej pozycji, mógł być pewien, że zostanie zmasakrowany w ciągu kilku minut. Stara zasada, znana także najbardziej zatwardziałym karierowiczom w armii, brzmiała, że nieudany atak powodował straty w oddziale. Nowa zasada, której niektórzy z nich nigdy nie potrafili sobie wbić do głowy, głosiła, że również udany atak oznaczał straty w oddziałach.
Raz za razem rozpoczynano nową ofensywę. Zaczynała się ona zawsze w ten sam sposób; przygotowywano plany – równie szczegółowe, co nierealistyczne. A wszystko i tak kończyło się w ten sam sposób: serią monotonnych ataków i kontrataków skierowanych na jakieś mało ważne wzgórze czy wieś mającą znaczenie czysto kartograficzne; akcje takie prowadzono do czasu, aż obie strony znalazły się w stanie kompletnego wyczerpania. Walki ucichły, a własną opinię publiczną można było nakarmić kolejnym kłamstwem o jeszcze większym zwycięstwie.
Jednym ze zjawisk, które sprawiło, że wszystkie te katastrofy tak często się powtarzały, było też coś innego, co należy do dorobku XX wieku: dowodzenie z bunkrów. Ci, którzy tym wszystkim kierowali, byli z powodu licznej i sprawnej administracji skutecznie odseparowani od rzeczywistości, którą sami tworzyli. Atmosfera wokół nich była kształtowana przez tchórzliwą wiarę w autorytety, podczas gdy naiwni politycy i patriotyczna prasa podnosili generałów na piedestał jak jakichś świętych, tylko że ubranych w mundury. Końcowym rezultatem tego było to, że owi generałowie rzadko otrzymywali niepożądane informacje i nigdy im się nie sprzeciwiano. Haig, Nivelle, Falkenhayn, Cadorna, Brusiłow i inni mogli więc spędzać czas w całkowitej izolacji w swoich twierdzach, oddaleni wiele kilometrów od linii frontu, rysować ołówkiem anilinowym strzałki na mapach i planować „bitwy”, gdzie życie ludzkie sprowadzano do jakiejś techniczno-statystycznej abstrakcji, wciśniętej gdzieś między sumę kilogramów granatów i długość drutu kolczastego. Była to chłodna logika „przemysłowa”, przeniesiona na pola bitewne. Mogli w ten sposób produkować jeden idiotyzm za drugim, który pochłaniał życie kolejnych ludzi, ponieważ dla nich jedynym efektem były krzywe statystyczne i kolumny cyfr, które informowały tylko, jak przebiegła dana akcja, ale nie informowały one w żaden sposób o prawdziwej naturze operacji.
Nigdy też nie oglądali na własne oczy wojny ani swych wojaków ubranych w spodnie z czerwonymi lampasami. Istnieje przekaz, według którego pod koniec ostatniej fazy „trzeciej bitwy pod Ypres” generał porucznik sir Launcelot – dowódca sztabu, któremu podlegał autor planu ofensywy Haig – po raz pierwszy uznał za stosowne udać się na linię frontu. Jego samochód posuwał się mozolnie przez błoto i pustkę zniszczenia, a im bardziej zbliżali się do rzeczywistej linii frontu, tym bardziej wzburzony stawał się generał porucznik. W końcu rozpłakał się i wybuchnął: „Mój Boże, czy naprawdę posłaliśmy żołnierzy do walki w takich warunkach?” Jego towarzysz w samochodzie, który brał udział w całej ofensywie, odpowiedział na to bezbarwnym głosem: „Dalej będzie jeszcze gorzej”.
Istnieje przerażająca, stała systematyka w sposobie popełniania błędów. Sam pomysł wielkiej ofensywy pod Ypres oparto, jak się wydaje, na nieporozumieniu. Przede wszystkim sam Haig (głównodowodzący) twierdził, że ofensywa taka jest niezbędna, aby odciążyć znajdującą się w trudnym położeniu armię francuską, choć armia ta – kiedy udało się zażegnać wiosenne bunty – zaczęła powoli stawać na nogi. Po drugie potrzebne było zwycięstwo na zachodzie, aby wesprzeć rozpadającą się armię rosyjską na wschodzie – chociaż i tak już nic nie mogło jej uratować. Wreszcie po trzecie należało natychmiast zająć wybrzeże belgijskie nad Kanałem La Manche, aby pozbawić niemieckie łodzie podwodne możliwości korzystania z ważnych portów i w ten sposób ograniczyć straty własne na Atlantyku – chociaż one też zaczęły drastycznie spadać ze względu na wprowadzony krótko przedtem system konwojów.
Miejsce na atak wybrano też jak najgorsze. Wokół Ypres Brytyjczycy zajmowali niewielkie wybrzuszenie długości około 10 km i głębokie na niecałe 5 km. Wokół tego właśnie wybrzuszenia, na okolicznych wzgórzach siedzieli Niemcy. Za pomocą swych potężnych lornetek marki „Zeiss” mogli śledzić najmniejszy ruch w rejonie wybrzuszenia i ściągnąć artylerię, która z kolei ze swych pozycji znajdujących się na przednich stokach okolicznych wzgórz miała doskonałe, szerokie pole ostrzału. Poza tym tak dokładny wgląd w ruchy przeciwnika sprawił, że Brytyjczycy nie byli w stanie ukryć swych przygotowań przed nadchodzącą ofensywą, dzięki czemu Niemcy dużo wcześniej mogli domyślić się, że ich przeciwnicy szykują natarcie.
Na domiar złego wybrany teren był podmokły; ziemie w tym regionie można było uprawiać głównie dzięki temu, że cały obszar poprzecinany był siecią kanałów wodnych i rowów melioracyjnych, co i tak niewiele pomogło, ponieważ po trwających kilka dni opadach gliniasta ziemia zamieniała się w grząskie błoto. A ponieważ poziom wód gruntowych znajdował się dość płytko pod powierzchnią ziemi, żołnierze nie mogli wykopać zbyt głębokich okopów. Niemcy rozwiązali ten problem w ten sposób, że otoczyli wybrzuszenie siecią bunkrów i betonowych schronów. W armii brytyjskiej zdecydowanie jednak sprzeciwiano się takiemu rozwiązaniu: takie bezpieczne konstrukcje mogłyby bowiem „zmniejszyć chęć oddziałów do natarcia”.
Wszystko przemawiało przeciwko rozpoczęciu natarcia. A więc zaatakowano.
Po stronie brytyjskiej użyto w czasie ataku niesamowitą ilość artylerii: co sześć metrów wzdłuż linii frontu stało jakieś działo. W kierunku niemieckich linii obronnych wystrzelono miliony pocisków, ale okazało się, że betonowe bunkry nie zostały prawie wcale uszkodzone, gdy tymczasem pobocznym rezultatem tak zmasowanego ostrzału stało się to, że cała sieć kanałów została poszatkowana na strzępy, zniszczeniu uległ też cały system odprowadzający wodę. Kiedy więc zaczął padać deszcz, cały teren zamienił się w morze błota, w którym utonęło tysiące rannych, a zaprzęg konny mógł zniknąć pod wodą w ciągu kilku minut. Kompanie wojska brodziły w wodzie i znikały za potężną ścianą deszczu i w kłębach gęstego dymu prochowego, po czym w utworzoną przez nie lukę posyłano kolejne oddziały. Znikło też zauroczenie niebezpieczeństwem. Po pierwsze dlatego, że owe niebezpieczeństwo stało się codziennością, niekończącą się i nieprzewidywalną. Po drugie dlatego, że niebezpieczeństwa były tak duże, że szanse na przeżycie dla wielu żołnierzy wydawały się być minimalne.
Jeden z tamtych żołnierzy nazywał się Edwin Campion Vaughan; należał do tych młodych mężczyzn, którzy poszli na wojnę z zapałem w sercu i dobrą literaturą w plecaku. Porucznik, mający wtedy 20 lat, zabrał ze sobą na front zbiór liryków prof. Francisa Palgravesa pt. „The golden treasury”. Pod koniec sierpnia 1917 r. dywizja, w której służył Vaughan, skierowana została pod Langemarck niedaleko od Ypres; o godz. 1355 w poniedziałek 27-ego sierpnia jego batalion otrzymał rozkaz zaatakowania jednego z niezdobytych bunkrów niemieckich zwanego „Springfield”.
Natarcie miało niesamowicie krwawy przebieg. Artyleria niemiecka otworzyła ogień dokładnie w tym samym momencie, w którym z ziemi podniosły się szeregi żołnierzy. W ciągu pięciu minut większość z nich została trafiona. Wkrótce też dowódca batalionu stracił kontakt ze swymi nacierającymi żołnierzami, a Vaughana wysłano w strugach deszczu, aby sprawdził, co się stało. W swoim pamiętniku Vaughan opisuje, jak trochę dalej natknął się na resztki kompanii. Chociaż odgłosy wybuchów i strzałów są tak ogłuszające, że nie można nikogo przekrzyczeć, udaje mu się zebrać kilku żołnierzy. Razem z nimi przesuwa się z trudem do przodu wzdłuż drogi, mija punkt zwany „Trójkątem” i kieruje się w stronę bunkra:
„Szliśmy niepewnym krokiem po drodze, podczas gdy wokół nas świszczały granaty. Zatrzymał się przede mną jakiś człowiek, a ja rzuciłem w jego stronę w zdenerwowaniu jakieś przekleństwo i popchnąłem go kolanem. Wtedy powiedział do mnie cichym głosem: „Jestem ślepy, sir”, po czym odwrócił się do mnie i pokazał mi swoje oczy i ślad po nosie, który urwał mu granat. „O Boże, przepraszam” powiedziałem. „Idźcie w tamtą stronę, tam jest twardy grunt”. Zostawiłem go, a on w otaczających go ciemnościach ruszył w odwrotnym kierunku. Pod „Trójkątem” ogień artyleryjski zelżał nieco, a pociski przelatywały wysoko ponad naszymi głowami. Wszędzie wokół nas zalegało pełno zabitych, a w lejach po bombach leżeli ranni, którzy stoczyli się tam, żeby znaleźć na dole schronienie. Wielu innych, którzy byli zbyt słabi, żeby się ruszyć, leżało tam, gdzie zostali trafieni, a kiedy ich mijaliśmy, wydawali z siebie okrzyki ‘hura’.”
Vaughan i kilku innych żołnierzy dotarli, mimo wszystkich przeciwności, aż do bunkra. Okazało się, że jest pusty, ale do wysokości kolan zalany śmierdzącą wodą, w której plecami do góry pływały dwa ciała. Tymczasem zapadł wieczór, a kiedy zdesperowany Vaughan dawał swą latarką sygnały, prosząc o wzmocnienie i amunicję, usłyszał nagle straszliwe dźwięki:
„Z ciemności dobiegały mnie jęki i wycie rannych żołnierzy, słabe, długie, łkające westchnienia, pełne bólu i rozpaczy krzyki. Ten aż nadto bolesny obraz przemawiał silnie do wyobraźni, dziesiątki rannych żołnierzy czołgało się po zboczach świeżych lejów po bombach, żeby znaleźć w nich schronienie; woda zaczęła nagle przybierać, a ponieważ nie mieli sił, aby się ruszać, powoli w niej tonęli.”
Późnym wieczorem Vaughan dostaje zastępstwo i wraca na pozycje zajmowane przez swoje własne wojsko, żeby złożyć raport w kwaterze głównej swego batalionu. W drodze powrotnej zatrzymuje się co jakiś czas, wyciąga z lejów rannych żołnierzy; niektórzy wrzeszczą na niego i przeklinają go, że nie chce im pomóc dotrzeć do ich oddziału, a jeden z rannych grozi nawet, że go zastrzeli; Vaughanowi udaje się jednak wyrwać mu karabin.
Wejście do bunkra, w którym znajduje się kwatera szefa batalionu, zawalone jest trupami zabitych żołnierzy, Vaughan musi więc wspiąć się na ten chwiejący się stos ciał, żeby dostać się do środka. Potem idzie na tyły, żeby znaleźć sanitariuszy. Nadal spada na nich deszcz granatów, ale w tej sytuacji nie bardzo się tym przejmuje – dla określenia tego stanu używa określenia „past caring” -w jakiś cudowny sposób przechodzi nietknięty przez ścianę stalowych odłamków i dymu. Wkrótce okaże się, że spośród 90 żołnierzy jego kompanii przeżyje tylko 15. Jedynym oficerem, który wyszedł z tego cało, był właśnie Vaughan7.
Tak to wyglądało mniej więcej przez pół roku. Nazwano to później archetypowym przykładem typowej bitwy okresu I wojny światowej. W ciągu całego tego okresu Brytyjczykom udało się pokonać około 8 kilometrów za cenę 150 tysięcy zabitych. Opuścili to miejsce kilka miesięcy później.
Kiedy Nash dotarł do Ypres, trwały tam już pierwsze, patetyczne ataki. Pole bitwy w tamtym okresie – jak opisywał to jeden z naocznych świadków – wyglądało jak „straszliwe pobojowisko”. Ziemia pokryta była mnóstwem lejów wypełnionych wodą, wiele z nich połączyło się ze sobą tworząc małe jeziorka błota, przez które można było się przedostać po wąskich, nagich łachach piasku. Wszędzie widać było typowe „śmieci wojny”: rozbite wozy do transportu amunicji, porzucone pojazdy, potrzaskaną broń, amunicję, jedzenie, strzępy ubrań, końskie trupy i całe stosy zabitych. A poza tym wszędzie dookoła zalegały przeróżne przedmioty, porozrzucane resztki, zwalone na kupę, w kawałkach, zgniłe, pordzewiałe, dotknięte trądem, jak ziemia na której leżały. Cała okolica wywoływała uczucie przerażenia pomieszanego z obrzydzeniem. Panował ogólny strach przed tym, że ktoś mógłby wpaść do jednego z tych lejów po bombach i zachłysnąć się wypełniającym je aż po brzegi zielonobiałym błotem, przypominającym nieczystości kanalizacyjne, a nawet utonąć w nich. Już sam kontakt z wodą mógł wywołać pęcherze na ciele, a to z powodu gazu musztardowego, którym Niemcy spryskali szczodrze całą okolicę.
Większość żołnierzy obawiała się nie mniej tego wszystkiego, co było nieokreślone, a co kryło się pod powierzchnią wody. Na obecność tego „czegoś nieokreślonego” wskazywał widok gazów trupich albo czerwono-brunatnej cieczy, która bulgotała na powierzchni w niektórych miejscach. Chodzenie po gliniastym błocie było dość ryzykowne, ponieważ zapadały się w nim stopy. Jeśli noga nie zapadała się głębiej, to istniało duże prawdopodobieństwo, że pod spodem znajdowały się zwłoki – czasami z trupa uchodziły ostatnie bańki powietrza, wydając przy tym przejmujący dźwięk. Doświadczona osoba mogła wtedy z łatwością rozróżnić, czy pod wodą leżał zabity Niemiec, czy Brytyjczyk, ponieważ z nieznanych względów cuchnęli oni inaczej. Rzadko jednak udawało się znaleźć trochę czasu, żeby się zająć zwłokami. Kiedy więc po wojnie Brytyjczycy próbowali policzyć swoje straty pod Ypres, okazało się, że zaginęło 42 tys. żołnierzy; odnaleziono ich w postaci porozrzucanych szczątków ciał, choć czas zdążył po wielu latach objeść je aż do kości z godności, która zawarta jest w nazwisku.
5.
Nashowi z trudem pracowało się pod Ypres. Przeszkadzała mu wojskowa biurokracja, musiał wiec wynaleźć własny sposób, żeby móc dostać się do tych miejsc, które chciał zobaczyć. Czasami musiał nawet gubić swego opiekuna. Dodać do tego trzeba jeszcze zagrożenie dla życia. Od czasu, jak ustały natarcia i kontrnatarcia, trwał nadal ostrzał artyleryjski, jakby był to jakiś zły nawyk. Żeby dostać się na jakieś miejsce, trzeba było posuwać się wzdłuż namiastek prawdziwych dróg, które znajdowały się pod ciągłym ostrzałem. Szofer Nasha – Irlandczyk z pochodzenia – był jednak dobrym kierowcą i zręcznie manewrował samochodem między spadającymi pociskami. Kiedy docierał do linii frontu, sytuacja nie stawała się bezpieczniejsza, a Nash wielokrotnie o włos uniknął śmierci od spadającego pocisku. Ale nie poddawał się; udało mu się wielokrotnie dotrzeć do miejsc, gdzie bitwa trwała w najlepsze. Zillebeke, Passchendaele, droga na Menin, wzgórza Vimy. Nash był wstrząśnięty tym, co zobaczył. „Wróciłem właśnie dzisiejszej nocy z wizyty w sztabie głównym brygady znajdującym się na linii frontu” pisał w liście do żony 16 listopada 1917 roku „i do końca życia nie zapomnę tego widoku. Oglądałem koszmarny krajobraz, który bardziej przypominał opisy z Dantego czy Poea niż tradycyjne krajobrazy; było to nie do opisania, wprost nie do opisania”.
Dla wielu romantyków, takich jak Nash, wojna – jak już wspomniałem – jawiła się jako wyrafinowany, estetyczny przysmak; co prawda niosła z sobą śmierć, ale jednocześnie nadawała nowy kształt dniowi i nową wartość życiu. Na rysunkach, które Nash wykonał przed złamaniem żeber, przyroda w paradoksalny sposób ukazana jest w jeszcze bardziej piękny sposób, i to nie mimo, ale właśnie dzięki dziełu zniszczenia. To właśnie zagrożenie zmienia życie w Życie. Tym razem jednak wydarzyło się coś zupełnie nowego. Świat opanowały siły, które nie tylko że zagrażały życiu kilku osób lub wielu osobom, ale mogły przynieść zagładę wszystkiemu i wszystkim; siły, które nie podtrzymywały życia, ale je zabierały.
Chodziło więc o dzieło zniszczenia na skalę, której przed 1914 r. nikt nie mógł sobie nawet wyobrazić i której nikt nigdy nie oglądał. Na początku listopada opowiadano nawet, że kiedy oddziałom kanadyjskim posuwającym się w strumieniach rzęsistego deszczu udało się w końcu zająć jeden z najważniejszych celów – wieś Paschendaele – żołnierze byli niezwykle zdziwieni. Okazało się bowiem, że wieś już nie istniała. I nie chodzi o to, że zniszczone były domy, ogrody i brukowane ulice. Ich po prostuw ogóle nie było. Znikły. Pozostała tylko niewielka kupa gruzów, ziemi i potrzaskanych kamieni węgielnych. Jedyną budowlą, którą można było jako tako zidentyfikować, był kościół. Na miejscu, gdzie kiedyś stał, pozostał teraz stos cegieł sięgający żołnierzom mniej więcej do pasa. I to wszystko.
I w taki sam sposób, jak zniszczono kulturę, tak samo zniszczono przyrodę. Nash był przecież malarzem pejzażystą, a tu nagle okazało się, że nie ma jak namalować przyrody. Tak oto pisał o tym w liście do domu:
„Żaden ołówek ani żaden rysunek nie jest w stanie ukazać tego widoku – naturalnego otoczenia, w którym dzień za dniem, miesiąc za miesiącem rozgrywają się bitwy. Zło i ucieleśniony diabeł mogą same kierować tą wojną i nigdzie nie widać nawet śladu Boskiej ręki. Wschód i zachód słońca są bluźnierstwem, są szyderstwem z człowieka; do tego krajobrazu pasuje tylko czarny deszcz, który w mroku nocy pada z postrzępionych, napęczniałych chmur.”
Chociaż Nash nie był przekonany co do możliwości oddania tego, co zobaczył, to przynajmniej podjął taką próbę. Dlatego też w późniejszych czasach jego dzieła uznane zostaną za najlepsze obrazy wojny, jakie kiedykolwiek zastały namalowane. Ciekawe jest to, że nigdy przedtem, ani nigdy potem nie udało się namalować nic równie dobrego.
Wiązał się z tym szereg zbiegów okoliczności. Szok, jakiego Nash doświadczył w chwili zetknięcia się z prawdziwą wojną napełnił go wielką energią. Także niebezpieczeństwa, jakich doświadczał na linii frontu, wpłynęły na jego prace w sposób nieoczekiwany. Nie mógł już ze zrozumiałych względów tak jak przedtem pracować powoli i pieczołowicie nad swoimi pomysłami, tylko musiał ograniczyć się do szybkich szkiców wykonywanych ołówkiem. Dzięki temu na jego obrazach nie ma sztuczności, znikła sama z siebie, natomiast w sposób wyraźniejszy występują na nich motywy najważniejsze, zasadnicze.
