Złota Seria. Listy ze strefy zerowej - Peter Englund - ebook

Złota Seria. Listy ze strefy zerowej ebook

Peter Englund

0,0
59,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Dlaczego w wyniku decyzji ludzi w XX wieku śmierć poniosło 183 mln obywateli?. Odpowiedź na to pytanie próbuje znaleźć w swoich esejach historycznych Peter Englund. W swoich szkicach autor stara się pokazać ten problem w wielu punktów widzenia, przedstawiając nam plejadę postaci, zarówno sprawców, jak i ofiary XX-wiecznych tragedii. Do tych pierwszych autor zalicza m. in. Stalina, Jeżowa, Hitlera, ale też Arthura Harrisa (dowódcę lotnictwa bombowego RAF) i Alberta Speera, głównego architekta III Rzeszy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 411

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tłu­ma­cze­nie: Woj­ciech Ły­gaś.

Ilu­stra­cje: z ory­gi­na­łu

Re­dak­cja: Piotr Tra­fi­łow­ski, Wi­told Bier­nac­ki, An­drzej Ryba Ry­su­nek na okład­ce: z ory­gi­na­łu

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © Co­py­ri­ght: © Pe­ter En­glund 2000

Co­py­ri­ght © Bok­för­la­get Atlan­tis AB 2000

Co­py­ri­ght © for Po­lish edi­tion FIN­NA

Ory­gi­nal­na wer­sja książ­ki wy­da­na zo­sta­ła w Szwe­cji przez wy­daw­nic­two Bok­för­la­get Atlan­tis, Stoc­kholm

Wy­da­nie I w ję­zy­ku pol­skim

Gdańsk 2004

Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza FIN­NA

80-752 Gdańsk, Dzie­wa­now­skie­go 5/6

ISBN 978-83-64141-06-5

ema­il: fin­na@fin­na.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

1. Tworzymy nowy świat

1.

Na po­cząt­ku na­wet te oko­py po­ko­chał.

Wy­je­chał na front pe­łen ocze­ki­wań i cie­ka­wo­ści, był to ów wspa­nia­ły, choć tro­chę zwod­ni­czy na­strój, któ­ry cza­sa­mi spra­wia, że to, co nie ma zna­cze­nia, sta­je się waż­ne, a to, co ba­nal­ne, sta­je się wiel­kie. Tak więc w dro­dze na front jego umysł chło­nął naj­prze­róż­niej­sze szcze­gó­ły: a to ja­kąś nie­do­koń­czo­ną roz­mo­wę, a to ja­kiś dziw­nie skon­stru­owa­ny dach cha­łu­py, a to Fran­cu­za z ser­we­tą. Nie oka­zy­wał jed­nak znie­cier­pli­wie­nia. Co praw­da za­cią­gnął się do woj­ska wcze­sną je­sie­nią 1914 roku i żeby tra­fić na front mu­siał od­cze­kać aż dwa lata; był rów­nież ar­ty­stą, co ozna­cza­ło, że był ob­da­rzo­ny sil­nie roz­wi­nię­tym zmy­słem po­strze­ga­nia dro­bia­zgów i sil­ną po­trze­bą do­świad­cza­nia no­wych wra­żeń. Na­zy­wał się Paul Nash.

Woj­na do­pa­dła go w St. Eloi, nie­wiel­kiej miej­sco­wo­ści po­ło­żo­nej na skrzy­żo­wa­niu głów­nych dróg oko­ło czte­rech ki­lo­me­trów na po­łu­dnie od Ypres, w po­łu­dnio­wo za­chod­niej Flan­drii. Sta­cjo­no­wa­ła tam jego jed­nost­ka, Hamp­shi­re Re­gi­ment, któ­ry była jak­by wci­śnię­ta w nie­prze­by­ty la­bi­rynt tran­szej, oko­pów i zie­mia­nek, sta­no­wiąc tyl­ko nie­wiel­ką część ubra­nych w sza­ro-brą­zo­we mun­du­ry i nio­są­cych za sobą znisz­cze­nie jed­no­stek, któ­re tam­tej wio­sny 1917 roku sta­cjo­no­wa­ły na ob­sza­rze roz­cią­ga­ją­cym się od wy­brze­ża Ka­na­łu La Man­che aż do gra­nic Szwaj­ca­rii.

Nash miał wte­dy 27 lat, był wy­so­ki i szczu­pły, miał gę­ste, ciem­ne, za­cze­sa­ne do tyłu wło­sy, orli nos, duże, wy­łu­pia­ste oczy i mięk­kie war­gi, któ­re świad­czy­ły o jego wraż­li­wej i tro­chę ner­wo­wej na­tu­rze.

Było w nim coś ty­po­we­go: wy­glą­dał na jed­ne­go z owych en­tu­zja­stycz­nie na­sta­wio­nych, wy­kształ­co­nych w po­rząd­nym col­le­geu mło­dych lu­dzi, któ­rzy wy­je­cha­li na front z Ho­me­rem pod pa­chą albo z wci­śnię­tym do tor­ni­stra zbio­rem sie­dem­na­sto­wiecz­nej po­ezji fran­cu­skiej, go­to­wi do prze­ży­cia wiel­kiej przy­go­dy. Dla nich, a więc i dla Na­sha, woj­na była wiel­kim, oso­bi­stym spraw­dzia­nem; Je­że­li jest coś ta­kie­go, na pod­sta­wie cze­go moż­na oce­niać męż­czy­znę – pi­sał w jed­nym z li­stów do żony – i uznać go za po­rząd­ne­go i god­ne­go, to jest to jego za­cho­wa­nie w chwi­lach nie­bez­pie­czeń­stwa”. Ła­two więc moż­na się do­my­ślić, jaką prze­żył ulgę, kie­dy do­wie­dział się, że i on go do­świad­czy. Wła­ści­wie to od­czuł coś wię­cej niż ulgę. Był za­chwy­co­ny. „Czu­ję się obec­nie szczę­śli­wy” – pi­sze póź­niej – „uwa­żam, że na­praw­dę je­stem szczę­śli­wy w tych oko­pach bar­dziej, niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Brzmi to ab­sur­dal­nie, ale ży­cie tu­taj ma o wie­le więk­szy sens i od­bie­ram je w zu­peł­nie nowy spo­sób; tak­że pięk­no jest o wie­le bar­dziej przej­mu­ją­ce”. Nash bar­dzo chciał do­strzec to pa­ra­dok­sal­ne pięk­no i wy­da­wa­ło mu się, że wła­śnie je od­na­lazł.

My, któ­rzy ży­je­my współ­cze­śnie, je­ste­śmy przy­zwy­cza­je­ni do po­strze­ga­nia I Woj­ny jako ko­ro­wo­du za­bło­co­nych, sza­rych po­sta­ci, z no­ga­mi owi­nię­ty­mi w byle ja­kie onu­ce; po­sta­cie z dziar­ski­mi mi­na­mi na twa­rzy, któ­re w przy­śpie­szo­nym tem­pie po­ru­sza­ją się wśród błot­ni­stych, sza­rych kra­jo­bra­zów jak ak­to­rzy w fil­mach Cha­pli­na. W li­stach Na­sha od­naj­du­je­my pe­wien ko­lo­ryt i za­uwa­ża­my, że był kie­dyś ma­la­rzem pej­za­ży­stą. Gli­na za­czę­ła wy­sy­chać i przy­bie­rać bar­wę ró­żo­wą, pi­sze Nash, a na przed­nich umoc­nie­niach oko­pów i na po­roz­ry­wa­nych wor­kach z pia­skiem za­kwi­tła świe­ża, zie­lo­na tra­wa, któ­ra fa­lo­wa­ła na wie­trze; w nie­któ­rych miej­scach za­kwi­tły żół­te dmu­chaw­ce i kępy bzu, wy­strze­li­ły pąki kwia­tu ja­bło­ni. Na­wet eks­plo­zje gra­na­tów mia­ły dla Na­sha swój urok – z za­par­tym tchem opo­wia­dał o „wiel­kich fon­tan­nach czer­ni, brą­zu i po­ma­rań­czy, któ­re try­ska­ją w po­wie­trze spo­wi­te w kłę­by dymu – na tle ota­cza­ją­cych nas z każ­dej stro­ny min – tych cu­dow­nych, strza­ska­nych kształ­tów, któ­re tak bar­dzo mnie pa­sjo­nu­ją”.

Ry­so­wał tak szyb­ko, na ile tyl­ko po­zwa­lał mu czas. Były to prze­waż­nie szki­ce o dość idyl­licz­nym wy­glą­dzie, gdzie przy­ro­da eks­po­no­wa­na jest na pierw­szym pla­nie, pod­czas gdy woj­na ist­nie­je gdzież da­le­ko w głę­bi. Znisz­cze­nia nie są aż tak bar­dzo wi­docz­ne, więc nie sta­no­wią prze­ciw­wa­gi dla pięk­na, tyl­ko ra­czej je uwy­pu­kla­ją (je­den z ry­sun­ków na­zy­wa się na­wet „Cha­os Déco­ra­tif”). Wy­glą­da­ją one tro­chę jak skła­dan­ka z pu­zli: do­pie­ro po chwi­li moż­na do­strzec, że drze­wa nie upa­dły na sku­tek sta­ro­ści, tyl­ko od ude­rze­nia bom­by.

Wia­do­mość o tym, że ich ba­ta­lion bę­dzie zlu­zo­wa­ny, a ich sa­mych wy­ślą na mie­sięcz­ne szko­le­nie za li­nię fron­tu, nie wy­wo­ła­ła w nim sza­łu ra­do­ści. Wprost prze­ciw­nie. „Bóg ra­czy wie­dzieć, kie­dy zno­wu zo­ba­czę na­sze sta­re, do­bre oko­py” wzdy­chał Nash. To woj­na do­da­je smacz­ku mę­sko­ści, to woj­na przy­da­je jej wię­cej es­te­tycz­ne­go sma­ku. To woj­na do­świad­cza in­nych – choć sama nie jest do­świad­cze­niem; to woj­na pa­trzy, choć jej sa­mej nikt nie wi­dzi. Na fron­cie pod St. Eloi pa­no­wał mia­no­wi­cie cał­ko­wi­ty spo­kój. Choć roz­bły­ska­ły wo­kół nie­go czar­ne, brą­zo­we i po­ma­rań­czo­we fa­jer­wer­ki, Nash nie wi­dział jak do­tąd ani jed­ne­go za­bi­te­go czło­wie­ka.

Po kil­ku ty­go­dniach woj­sko­we­go dry­lu, sło­necz­nej po­go­dy, ry­so­wa­nia po­śród ja­skrów i dziel­ne­go po­pi­ja­nia w kan­ty­nie – „pa­mię­tam bar­dzo wy­raź­nie, że szef kom­pa­nii tań­czył ze mną wal­ca” – Nash po­wró­cił na li­nię fron­tu. I cho­ciaż w jego ko­lej­nych li­stach dają się za­uwa­żyć chwi­le zwąt­pie­nia, woj­na nadal była dla nie­go zja­wi­skiem pra­wie me­ta­fi­zycz­nym. Od­krył rów­nież tę szcze­gól­ną więź, któ­ra wy­twa­rza się, kie­dy nosi się ten sam mun­dur i do­świad­cza tych sa­mych nie­bez­pie­czeństw. „Tym, co spra­wia, że męż­czyź­ni szu­ka­ją swe­go to­wa­rzy­stwa, aby się bić i wspól­nie cier­pieć, jest – i to bez wzglę­du na pier­wot­ną albo przy­szłą przy­czy­nę – wiel­ka, zdro­wa moc… Żad­ne okro­pień­stwa nie będą w sta­nie zmu­sić mnie do na­rze­kań”. (Nie miał ra­cji). Jako cho­rą­ży i do­wód­ca plu­to­nu Nash był nie­zwy­kle dum­ny ze swych chłop­ców i prze­ko­na­ny, że kie­dy na­dej­dzie ten dzień, to pój­dą za nim „over the top”. Wszy­scy wie­dzie­li też, że dzia­ło się coś wiel­kie­go, że na­stę­po­wa­ły wiel­kie zmia­ny. A oni będą w tym uczest­ni­czyć. I wte­dy się to sta­ło.

Pew­ne­go póź­ne­go, piąt­ko­we­go po­po­łu­dnia, sie­dział w oko­pie wraz ze swy­mi żoł­nie­rza­mi i po ko­la­cji o czymś z nimi roz­ma­wiał. Na tym od­cin­ku fron­tu pa­no­wał jak zwy­kle spo­kój, ale od­gło­sy wy­bu­cha­ją­cych bomb za nie­miec­ki­mi li­nia­mi przy­ku­ły uwa­gę jed­ne­go z ofi­ce­rów, któ­ry chwi­lę po­tem wy­wo­łał Na­sha. Ten, tro­chę roz­tar­gnio­ny, po­czoł­gał się w mro­ku nocy w nie­wła­ści­wym kie­run­ku i ku ucie­sze swych kam­ra­tów wpadł gło­wą w dół w je­den z wą­skich oko­pów. Kie­dy śmie­chy uci­chły, a żoł­nie­rze wy­cią­gnę­li go na wierzch, oka­za­ło się, że Nash zła­mał so­bie że­bro. Wy­sła­no go więc do An­glii – „owi­nię­te­go w ban­da­że tak, że wy­glą­dał jak gru­ba ma­tro­na ubra­na w cia­sny gor­set” jak sam to opi­su­je – gdzie w szpi­ta­lu woj­sko­wym już cze­ka­ło na nie­go łóż­ko. Ten wy­pa­dek z ca­łym praw­do­po­do­bień­stwem ura­to­wał mu ży­cie. Ta­kie są już ko­le­je losu.

2.

In­te­lek­tu­ali­ści i ar­ty­ści chcą być po­strze­ga­ni jako wol­na, nie­za­leż­na gru­pa gło­si­cie­li prawd, któ­rzy śle­dzą to, co się dzie­je i krzy­czą, że ce­sarz jest nagi. Cza­sa­mi rze­czy­wi­ście tak bywa. W XX wie­ku wie­lu z nich – je­śli nie więk­szość – zaj­mo­wa­ło się szy­ciem tych szat. Sy­tu­acja, kie­dy wi­dzi­my, jak wie­lu z tych roz­sąd­nych, kry­tycz­nie na­sta­wio­nych i nie­zwy­kle wraż­li­wych osób prze­mie­ni­ło się w tam­tym stu­le­ciu w wiatr, któ­ry dął w ża­gle in­nych, musi bu­dzić na­sze prze­ra­że­nie. Bez­kry­tycz­ne i na­iw­nie es­te­ty­zu­ją­ce spoj­rze­nie Pau­la Na­sha na kwe­stię woj­ny nie było czymś nie­ty­po­wym albo wy­jąt­ko­wym. Było ra­czej rze­czą po­wszech­nie przy­ję­tą w jego krę­gach, a na­wet w szer­szych krę­gach spo­łe­czeń­stwa ów­cze­snej Eu­ro­py.

Zna­my wszy­scy tam­te go­rą­ce, sierp­nio­we zdję­cia zro­bio­ne w Eu­ro­pie w 1914 roku. En­tu­zjazm – rów­nie bar­ba­rzyń­ski, co na­iw­ny – wiecz­ne uśmie­chy, twa­rze peł­ne na­dziei przed punk­ta­mi wer­bun­ko­wy­mi, ubra­ne na bia­ło ko­bie­ty, ob­rzu­ca­ją­ce kwia­ta­mi żoł­nie­rzy ma­sze­ru­ją­cych w pro­mie­niach za­cho­dzą­ce­go słoń­ca. Zda­rza­ły się przy­pad­ki sa­mo­bójstw, kie­dy oka­zy­wa­ło się, że ktoś nie zo­stał wzię­ty do woj­ska. Z taką samą nie­cier­pli­wo­ścią, jak szu­ka­no oka­zji, aby udo­wod­nić swą go­to­wość do po­świę­ceń, tak samo szu­ka­no też wro­ga. W An­glii ra­bo­wa­no skle­py o nie­miec­ko brzmią­cych na­zwach, a Gra­ham Gre­en był w swym ro­dzin­nym mie­ście świad­kiem, jak tłum lu­dzi uka­mie­no­wał na uli­cy jam­ni­ka – bo prze­cież jam­ni­ki po­cho­dzą z Nie­miec, praw­da?

W tym, co się dzie­je, od­naj­du­je­my pier­wiast­ki sił na­tu­ry, cho­ciaż na­su­wa się też nie­od­par­te wra­że­nie, że wszyst­ko to było przy­go­to­wa­ne z góry. Tra­ge­dia ta była pierw­szym przy­kła­dem tego, co póź­niej uzna­no za jed­no z naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nych zja­wisk XX wie­ku: świet­nie za­pla­no­wa­ne, ale źle za­rzą­dza­ne ka­ta­stro­fy. Przy­najm­niej przez 10 lat przed wy­bu­chem woj­ny spo­łe­czeń­stwa Eu­ro­py omo­ta­no wo­jen­ną pro­pa­gan­dą. Pra­sa bul­wa­ro­wa kar­mi­ła ro­sną­ce rze­sze swych czy­tel­ni­ków za­bar­wio­ny­mi na na­ro­do­wą nutę uprosz­cze­nia­mi. Na te­mat zbli­ża­ją­cej się woj­ny na­pi­sa­no masę bar­dziej lub mniej fan­ta­stycz­nych ksią­żek. Słyn­ne dzie­ło Sve­na He­di­na pt. „Ett var­ning­sord” jest ty­po­wym szwedz­kim przy­kła­dem tego po­pu­lar­ne­go ga­tun­ku. Inny zna­ny utwór, któ­ry nadal pu­bli­ko­wa­ny jest w ko­lej­nych na­kła­dach, to dzie­ło Er­ski­nea Chil­de­ra1pt.”The rid­dle of the sands” z 1903 r.

W więk­szo­ści państw ist­nia­ły też krzy­kli­we, na­cjo­na­li­stycz­nie i pro­wo­jen­nie na­sta­wio­ne or­ga­ni­za­cje na­ci­sku, na przy­kład nie­miec­ki „We­hrve­re­in” czy bry­tyj­ski „Na­tio­nal Se­rvi­ce Le­ague”. (Na­le­ża­ło­by tu też wła­ści­wie wy­mie­nić skau­tów, któ­rzy rów­nież ska­że­ni byli du­chem mi­li­ta­ry­zmu; „Czu­waj!” brzmi ich mot­to: „Bądź go­tów zgi­nąć za swój kraj” brzmia­ło ha­sło przed 1914 r.) Ze wszyst­kich stron, na róż­ne spo­so­by i na róż­ne tony wma­wia­no wszyst­kim, że woj­na jest w pew­nym sen­sie czymś do­brym, że woj­na uzdra­wia, że jest je­dy­ną, sku­tecz­ną od­trut­ką prze­ciw­ko „sil­nej zgni­liź­nie ludz­ko­ści, jaka opa­no­wa­ła na­sze wiel­kie uprze­my­sło­wio­ne mia­sta” – jak wy­ra­ził się do­wód­ca ar­mii an­giel­skiej lord Ro­berts, za­ci­ska­jąc przy tym gór­ną war­gę, jak ła­two się do­my­śleć. Po każ­dym no­wym, mię­dzy­na­ro­do­wym kry­zy­sie, na­głów­ki sta­wa­ły się co­raz więk­sze, bez wzglę­du na roz­miar kry­zy­sów i ich rze­czy­wi­ste zna­cze­nie. Raz za ra­zem prze­po­wia­da­no woj­nę. Sta­wa­ła się ona – ach, co za strasz­ne sło­wo! – „nie­unik­nio­na”. Hi­sto­ria po­twier­dza, że ta­kich „nie­unik­nio­nych” zda­rzeń było w su­mie nie­wie­le. Nic jed­nak nie przy­czy­nia się bar­dziej do tego, że zda­rze­nia ta­kie sta­ją się nie­unik­nio­ny­mi, niż sama wia­ra w to, że nimi są.

Ist­niał więc na­cisk od­gór­ny w for­mie do­kład­nie za­pro­gra­mo­wa­ne­go pędu do śmier­ci. Od­po­wie­dzią do­łów na tego typu ma­ni­pu­la­cje nie było jed­nak tyl­ko po­słusz­ne „tak”: tak zwa­ny „pro­sty lud” nie po­zwa­lał ste­ro­wać sobą w do­wol­ny spo­sób. Po­wo­dem tego, że wy­buch woj­ny zo­stał przez wie­lu ro­bot­ni­ków i in­nych przed­sta­wi­cie­li niż­szych klas przy­ję­ty z ta­kim en­tu­zja­zmem, był nie tyl­ko ich pa­trio­tyzm. Dla wie­lu z nich woj­na nio­sła z sobą zmia­ny. W 1914 r. w Eu­ro­pie ist­nia­ły nadal ogrom­ne kon­tra­sty spo­łecz­ne; nie­spra­wie­dli­wość była rze­czą po­wszech­ną, a ży­cie prze­cięt­ne­go czło­wie­ka nie stwa­rza­ło zbyt wie­lu po­wo­dów do ra­do­ści. Nic więc dziw­ne­go, że wie­lu było ta­kich, któ­rzy nie­na­wi­dzi­li tego, co sta­re, ży­czy­li so­bie zmian albo chcie­li uciec. W po­wie­trzu wy­czu­wa­ło się du­cha uto­pii. Pro­blem z ta­ki­mi oso­ba­mi po­le­ga jed­nak na tym, że ła­two zmie­nia­ją kie­ru­nek – wła­ściw­sze by­ło­by okre­śle­nie, że idą z wia­trem. Za­uro­cze­nie woj­ną za­wie­ra­ło jed­nak w 1914 r. pew­ne pod­to­ny, zwłasz­cza w Niem­czech. Wie­lu było ta­kich, któ­rzy mie­li na­dzie­ję, że woj­na do­pro­wa­dzi do ocze­ki­wa­nych zmian spo­łecz­nych: czę­ścio­wo w for­mie wy­na­gro­dze­nia za udział w woj­nie, a czę­ścio­wo jako sku­tek „bra­ter­stwa lu­dów” i zrów­na­nia kla­so­we­go, któ­ry­mi to po­ję­cia­mi tak zwod­ni­czo po­słu­gi­wa­li się po­li­ty­cy i pra­sa. Wie­lu uczest­ni­ków woj­ny wal­czy­ło więc w 1914 r. za­rów­no dla sie­bie, jak i za swo­ją oj­czy­znę. Dro­ga do Przy­szło­ści wio­dła bo­wiem przez Pole Bi­twy.

Taka fi­gu­ra my­ślo­wa jest rów­nie po­tęż­na, co za­bój­cza.

W ślad za nimi po­szli in­te­lek­tu­ali­ści i ar­ty­ści. W uwi­kła­nych w kon­flikt Au­stro – Wę­grach od sa­me­go po­cząt­ku za­pa­no­wał na­strój hur­ra – pa­trio­tycz­ny. Zyg­munt Freud pi­sał, „że po raz pierw­szy od 30 lat czu­je się Au­stria­kiem” i do­dał ła­ska­wie: „całe moje li­bi­do ofia­ro­wu­ję Au­stro – Wę­grom”. Wśród tych, któ­rzy gar­nę­li się pod sztan­da­ry, był też pio­nier ato­nal­no­ści Ar­nold Schön­berg – choć do­le­ga­ła mu ast­ma i pro­te­sto­wa­li przy­ja­cie­le – jak rów­nież jego uczeń Al­ban Berg, któ­ry przez krót­ki czas słu­żył w ar­mii jako ofi­cer w puł­ku ka­de­tów za­nim z po­wo­du zdro­wia, tak złe­go jak zdro­wie jego men­to­ra, nie do­znał za­ła­ma­nia ner­wo­we­go; kom­po­zy­tor An­ton We­bern, dra­ma­turg Hugo von Hof­man­n­stahl, wspa­nia­ły, ale do­tknię­ty al­ko­ho­li­zmem po­eta Georg Trakl, (zgi­nął po 4 mie­sią­cach), fi­lo­zof Lu­dwig Wit­t­gen­ste­in, (któ­ry mimo do­le­gli­wo­ści żo­łąd­ko­wych zgło­sił się na ochot­ni­ka jako ofi­cer ar­ty­le­rii). Po­dob­ny na­strój za­pa­no­wał w Niem­czech: na­wet tak roz­sąd­ny za­zwy­czaj Tho­mas Mann pi­sał np. o „uczu­ciu oczysz­cze­nia, oży­wie­nia, wy­zwo­le­nia”, któ­re go opa­no­wa­ło, kie­dy sta­ło się ja­sne, że doj­dzie do woj­ny; Mann też zgło­sił się na ochot­ni­ka, ale ode­sła­no go do domu z przy­ja­ciel­skim klep­nię­ciem po ra­mie­niu. En­tu­zjazm sze­rzył się tak­że w in­nych kra­jach, choć przy­brał on tro­chę mniej­szy wy­miar niż w pństwach nie­miec­ko­ję­zycz­nych.

Na prze­kór tak idyl­licz­ne­mu poj­mo­wa­niu woj­ny wie­lu in­te­lek­tu­ali­stom i lwom sa­lo­nowm ja­wi­ła się ona jako na­dzie­ja na przy­szłe zmia­ny. Odu­rzy­ło ich ma­rze­nie za­war­te w fi­lo­zo­fii Nie­tz­sche­go, że kie­dyś po­ja­wi się po­tęż­na moc, któ­ra zmie­cie wszyst­ko, co znaj­dzie na swej dro­dze, całą zgni­li­znę sze­rzą­cą się w Eu­ro­pie, i uto­ru­je dro­gę dla pięk­niej­sze­go, lep­sze­go i sil­niej­sze­go świa­ta. I to wła­śnie wal­ka była tym czyn­ni­kiem, z któ­re­go mia­ła się od­ro­dzić nowa, od­no­wio­na ludz­kość. Ka­ta­stro­fa – oczy­wi­ście, tak, ale w znisz­cze­niu cze­ka­ła na­dzie­ja. Woj­na była bo­wiem „od­no­wi­cie­lem”. Woj­na nio­sła zmia­ny, wstrzą­sy. Woj­na była re­wo­lu­cją, ale da­wa­ła też kopa do przo­du.

Spo­śród wszyst­kich ar­ty­stów, któ­rzy wy­po­wia­da­li się po­zy­tyw­nie na te­mat woj­ny i upa­ja­li się ra­do­ścią apo­ka­lip­tycz­nych ge­stów, naj­bar­dziej zna­ni są z pew­no­ścią fu­tu­ry­ści. W ma­ni­fe­ście Ma­ri­net­tie­go z 1905 roku roz­po­zna­je­my oczy­wi­ście owe trium­fal­ne tony. „Pra­gnie­my glo­ry­fi­ko­wać woj­nę – je­dy­ną uzdro­wi­ciel­kę świa­ta – a tak­że mi­li­ta­ryzm, pa­trio­tyzm, de­struk­cyj­ne ge­sty anar­chi­sty i pięk­ne idee, któ­re za­bi­ja­ją”. Jed­nak na prze­kór wszyst­kim wi­zjom za­gła­dy fu­tu­ry­ści dość rzad­ko uka­zy­wa­li pięk­no woj­ny. Cho­ciaż „na prze­kór” to może jed­nak nie­wła­ści­we stwier­dze­nie. Bo może wła­śnie dla­te­go, że wy­po­wia­da­li się o woj­nie tyl­ko w for­mie ma­ni­fe­stu, moż­na ją było wy­sła­wiać. To­też je­śli fu­tu­ry­ści nie za­cho­wy­wa­li mil­cze­nia na te­mat tego, co mia­ło na­dejść, to i tak wo­kół ro­iło się od in­nych ar­ty­stów i po­etów, któ­rzy dali się po­rwać na­stro­jo­wi za­gła­dy i z peł­nym roz­ko­szy pe­sy­mi­zmem uka­zy­wa­li świat zło­żo­ny z miast peł­nych po­ża­rów, ko­met i żół­te­go dymu.

I tak oto wśród aplau­zu na­de­szła ka­ta­stro­fa.

Wie­lu ar­ty­stów zro­bi­ło krok od teo­rii do prak­ty­ki. Nie­miec­ki im­pre­sjo­ni­sta Max Beck­mann uwa­żał, że woj­na jest czymś do­brym, „bo wszyst­kie in­stynk­ty i tren­dy sku­mu­lu­ją się na jed­nym przed­mio­cie ich za­in­te­re­so­wa­nia”; an­giel­ski ma­larz Wal­ter Sic­kert po­wie­dział, „że każ­dy po­wi­nien te­raz być żoł­nie­rzem”; cze­ski eks­pre­sjo­ni­sta miesz­ka­ją­cy w Wied­niu Oskar Ko­ko­sch­ka sprze­dał je­den ze swych cen­nych ob­ra­zów, aby móc so­bie po­zwo­lić na kup­no ele­ganc­kie­go, cha­bro­we­go mun­du­ru, po czym ru­szył na woj­nę, aby po­mścić śmierć ar­cy­księ­cia Fran­cisz­ka Fer­dy­nan­da za­strze­lo­ne­go w Sa­ra­je­wie – był to zresz­tą ten sam ar­cy­ksią­żę, któ­ry przed woj­ną wy­ra­ził swój wstręt wo­bec sztu­ki Ko­ko­sch­ki i ogło­sił, że „ten czło­wiek za­słu­gu­je na to, aby po­ła­mać mu wszyst­kie ko­ści”. Mło­dy Au­gust Mac­ke, żywo re­agu­ją­cy na fu­tu­ry­stycz­ne ha­sła, po­wi­tał na­dej­ście woj­ny „nie tyl­ko jako naj­bar­dziej wspa­nia­łą ma­ni­fe­sta­cję na­szych cza­sów, ale tak­że jako fi­lo­zo­ficz­ną ko­niecz­ność”. Z ko­lei jego ro­dak Otto Dix po­wie­dział, „że za żad­ną cenę nie chciał­by stra­cić oka­zji do obej­rze­nia woj­ny”.

I tak oto po­szli wszy­scy na front, peł­ni ocze­ki­wań.

Ale na­wet wśród tych, któ­rzy nig­dy nie no­si­li brud­ne­go, żoł­nier­skie­go szy­ne­la ani na­bi­ja­nych ćwie­ka­mi bu­tów, po­ja­wi­ło się po­czu­cie wspól­no­ty z tymi, co na fron­cie. Pi­cas­so za­warł swe pa­trio­tycz­ne wy­po­wie­dzi w li­stach do swe­go przy­ja­cie­la Apol­li­na­ire’a. Pew­ne­go nie­zwy­kle chłod­ne­go wie­czo­ra 1915 roku udał się na spa­cer wraz z Ger­tru­dą Ste­in i Ali­ce B. To­klas na Bo­ule­vard Ra­spa­il w Pa­ry­żu, kie­dy na­gle tuż obok nich prze­le­ciał wiel­ki po­cisk ar­ty­le­ryj­ski. Pi­cas­so za­trzy­mał się i wpa­try­wał się w nie­go,jak za­cza­ro­wa­ny”. Po­cisk był bo­wiem po­ma­lo­wa­ny ko­lo­ra­mi ma­sku­ją­cy­mi, w brą­zo­we, nie­re­gu­lar­ne wzo­ry, któ­re przy­po­mi­na­ły sztu­kę abs­trak­cyj­ną. „To my­śmy to stwo­rzy­li” za­wo­łał Pi­cas­so na wi­dok ula­tu­ją­cej kuli, nie za­uwa­ża­jąc praw­do­po­dob­nie po­dwój­ne­go zna­cze­nia we wła­snej wy­po­wie­dzi.

Wie­lu mó­wi­ło o nad­cho­dzą­cej ka­ta­stro­fie, tę­sk­ni­ło za nią. Do­sta­li w koń­cu wszyst­ko to, cze­go pra­gnę­li, a na­wet tro­chę wię­cej. Ale nie do koń­ca i nie wszyst­ko było tak, jak ocze­ki­wa­li. Krót­ko po tym, jak jego pułk prze­niósł się do Fran­cji, wstrzą­śnię­ty Mac­ke na­pi­sał do swo­jej żony Eli­sa­beth, że „wszyst­ko jest tak ohyd­ne, że na­wet nie chcę ci o tym opo­wia­dać”. Kil­ka ty­go­dni póź­niej już nie żył, za­bi­ty w bi­twie pod Mar­ne. Jego los po­dzie­li­ło po ko­lei wie­lu in­nych ar­ty­stów w mun­du­rach, np. rzeź­biarz Hen­ri Gau­dier – Brze­ska, ma­larz Franz Marc, Al­bert We­is­ger­ber i przy­ja­ciel Ma­ri­net­tie­go Umber­to Boc­cio­ni (Marc po­legł za­raz po na­ma­lo­wa­niu in­spi­ro­wa­ne­go im­pre­sjo­ni­zmem ma­sko­wa­nia chro­nią­ce­go nie­miec­kie dzia­ła ar­ty­le­ryj­skie przed ofen­sy­wą pod Ver­dun). Otto Dix, Max Beck­mann i ich ko­le­ga po fa­chu Georg Grosz zo­sta­li ode­sła­ni do domu, po­nie­waż do­zna­li za­ła­ma­nia ner­wo­we­go; ry­sow­nik Da­vid Bom­berg po­strze­lił się w nogę, aby unik­nąć dal­szej służ­by. Oskar Ko­ko­sch­ka miał się cie­szyć wąt­pli­wym przy­wi­le­jem by­cia jed­nym z ostat­nich, któ­rzy z wy­cią­gnię­tą sza­blą rzu­ci­li się na ka­ra­bi­ny ma­szy­no­we: w sierp­niu 1915 r. tyl­ko cu­dem prze­żył pod Łuc­kiem, kie­dy kula tra­fi­ła go w gło­wę, a po­tem tak­że po od­nie­sie­niu ran, kie­dy po bi­twie rzu­ci­li się na nie­go Ko­za­cy z ba­gne­ta­mi i ra­ni­li go; po re­kon­wa­le­scen­cji przy­chyl­nie na­sta­wio­nym do nie­go le­ka­rzom uda­ło się nie do­pu­ścić do jego po­wro­tu na front, prze­ciw­ko cze­mu Ko­ko­sch­ka nie pro­te­sto­wał, po­nie­waż ży­cie było tam dla nie­go „zbyt nie­bez­piecz­ne i mo­no­ton­ne”.

Na­wet fu­tu­ry­stom trud­no było zna­leźć taką rze­czy­wi­stość, któ­ra od­po­wia­da­ła­by ich ocze­ki­wa­niom. Od cza­su, gdy do woj­ny przy­stą­pi­ły Wło­chy, Ma­ri­net­ti, Boc­cio­ni, twór­ca mu­zy­ki ka­ko­fo­nicz­nej Rus­so­lo, ar­chi­tekt Sant’ Elia i wie­lu in­nych do­bro­wol­nie zgło­si­ło się do ro­we­ro­we­go ba­ta­lio­nu strzel­ców. Jed­nak strasz­li­wy, wiel­ki spek­takl, na któ­re­go przyj­ście tak tłum­nie ocze­ki­wa­li, nie chciał się cią­gle roz­po­cząć. Ani śla­du apo­ka­lip­sy, jak okiem się­gnąć: w ru­inach fan­ta­stycz­nie pło­ną­cych miast spo­ty­ka­ło się w zie­mian­kach grup­ki mar­z­ną­cych, sku­lo­nych męż­czyzn. Na­wet fan­ta­stycz­na pro­za fu­tu­ry­stów nie była w sta­nie wy­cza­ro­wać suk­ce­sów ze wspa­nia­łych, sza­blo­wych pa­rad wło­skiej ar­mii i klęsk nad rze­ką Ison­zo; Ma­ri­net­ti i wszy­scy po­zo­sta­li mu­sie­li za­do­wo­lić się przy­ję­ciem na prze­kór wszyst­kim he­ro­icz­nych póz przed ka­me­rą.

Jed­nak nud­ny i ba­nal­ny dzień po­wsze­dni na woj­nie stop­nio­wo ga­sił ich en­tu­zjazm. Boc­cio­ni pró­bo­wał jesz­cze za­cho­wać pozę w sto­sun­ku do swo­ich ro­da­ków, ale w swym pry­wat­nym dzien­ni­ku na­rze­kał gło­sem peł­nym skar­gi na musz­trę, chłód i zmę­cze­nie, jak rów­nież na swą wła­sną sła­bość, bra­ki w uzbro­je­niu i wy­szko­le­niu. Tuż przed śmier­cią w sierp­niu 1916 r. – do któ­rej do­szło z po­wo­du okrut­nie nie­sław­ne­go jak dla fu­tu­ry­sty wy­pad­ku: spadł mia­no­wi­cie z ko­nia w trak­cie musz­try – roz­ma­wiał z jed­nym ze swych przy­ja­ciół nie oka­zu­jąc przy tym nic ze swe­go wcze­śniej­sze­go en­tu­zja­zmu, „a to bar­dzo nie­mi­łe”.

Sto­pień roz­cza­ro­wa­nia miał się oczy­wi­ście od­wrot­nie pro­por­cjo­nal­nie do siły en­tu­zja­zmu. Co praw­da po­eci i inni ar­ty­ści wzno­si­li po wy­po­wie­dze­niu woj­ny swe en­tu­zja­stycz­ne okrzy­ki, ale ża­den z nich nie miał bla­de­go po­ję­cia o tym, co ich cze­ka. Był to ten typ eu­fo­rii, któ­ry mógł być tyl­ko i wy­łącz­nie efek­tem sła­bej wie­dzy.

Źró­deł tej nie­wie­dzy było kil­ka.

Po pierw­sze ob­raz woj­ny uka­zy­wa­no w spo­sób ro­man­tycz­ny, cał­kiem nie­moż­li­wy do roz­po­zna­nia. Wzór taki zo­stał usta­no­wio­ny dzię­ki za­kła­ma­nej i gór­no­lot­nej sztu­ce pre­zen­to­wa­nia hi­sto­rii, któ­ra zro­dzi­ła się w okre­sie po woj­nach na­po­le­oń­skich i w peł­ni roz­kwi­tła, kie­dy lu­dzie za­czę­li po­wo­li za­po­mi­nać, jak to na­praw­dę wte­dy było. W tego ro­dza­ju przed­sta­wie­niu naj­waż­niej­sze były wy­cią­gnię­te sza­ble, dum­ne pió­ro­pu­sze i sta­ją­ce dęba ko­nie, jak rów­nież he­ro­icz­ne po­sta­wy, zło­to za­cho­dzą­ce­go słoń­ca, wąsy wy­wi­nię­te na szkoc­ki spo­sób i strasz­li­we pięk­no bi­tew. Wszyst­ko, co brzyd­kie, po­mi­ja­no, za­pach krwi peł­nił funk­cję de­ko­ra­tyw­ną i na­wet tych, co umie­ra­li, ob­da­rza­no swe­go ro­dza­ju ete­rycz­nym pięk­nem. Bi­twę pre­zen­to­wa­no jako mie­szan­kę przy­go­dy i spor­tu, gdzie jed­nost­ka peł­ni­ła ja­kąś sen­sow­ną rolę w zro­zu­mia­łych dla wszyst­kich zda­rze­niach. Wie­lu lu­dzi dało się zwieść tym za­kła­ma­nym ob­ra­zom, zwłasz­cza ci, któ­rych przy­na­leż­ność kla­so­wa i bie­da ska­zy­wa­ły na smut­ne, bez­na­dziej­ne ży­cie w sza­ro­ści prze­my­sło­wych miast. Za­rów­no w li­te­ra­tu­rze pięk­nej, jak i w twór­czo­ści hi­sto­rycz­nej peł­no jest po­dob­nych, zwod­ni­czych dzieł, ale i w nich rzad­ko się zda­rza­ło, żeby ktoś od­wa­żył się opi­sać cały re­per­tu­ar okro­pieństw woj­ny.

Zresz­tą to wła­śnie ob­raz prze­szło­ści od­gry­wał waż­ną rolę w przy­go­to­wy­wa­niu ka­ta­stro­fy. Wszyst­kie bez wy­jąt­ku na­ro­dy uczy­ły się w szko­łach z utwo­rów po­pu­lar­nych pi­sa­rzy, że ich kra­je to­czy­ły peł­ne suk­ce­sów, wspa­nia­łe woj­ny, i że to im za­wdzię­cza­ją swo­ją obec­ną po­tę­gę. Była w tym ukry­ta lo­gi­ka, któ­ra spra­wi­ła, że dla tak wie­lu osób ła­twą rze­czą sta­ła się wia­ra w to, że dro­ga do przy­szło­ści wie­dzie przez pole bi­tew­ne. (Ta prze­no­śnia nie była za­tem żad­ną wy­jąt­ko­wą ce­chą cha­rak­te­ry­stycz­ną tyl­ko dla roz­grza­nych pon­czem hur­tow­ni­ków z pra­wi­cy. Je­den z jej wa­rian­tów za­pu­ścił swe ko­rze­nie tak­że na le­wi­cy: dla Ma­rxa zor­ga­ni­zo­wa­na prze­moc była aku­szer­ką hi­sto­rii i po­stę­pu).

Taki spo­sób ro­zu­mo­wa­nia zo­stał pod­bu­do­wa­ny rze­ko­mo dar­wi­ni­stycz­ny­mi teo­ria­mi, któ­re sta­no­wi­ły waż­ny skład­nik za­sad mo­ral­nych epo­ki. Ist­nia­ły one rów­no­le­gle do bez­li­to­snej na­tu­ry, wal­ki zwie­rząt o prze­ży­cie, ”su­rvi­val of the fit­test” itd. co spra­wia­ło, że ktoś taki jak im­pe­ria­li­sta lord Mil­ner mógł spo­koj­nie twier­dzić, „że kon­ku­ren­cja mię­dzy na­ro­da­mi jest pod­sta­wo­wym pra­wem po­stę­pu ludz­kie­go”, „bo­skim po­rząd­kiem świa­ta”. To wła­śnie sze­ro­ki od­dźwięk, jaki zna­lazł pry­mi­tyw­ny dar­wi­nizm, usta­no­wił wzór dla cze­goś, co mia­ło stać się jed­nym z prze­kleństw XX stu­le­cia: prze­mia­nę nie do­pra­co­wa­nych teo­rii na­uko­wych w ide­olo­gicz­ne ka­dzi­dło.

Po dru­gie ta wiel­ka, pro­wa­dzo­na w prze­my­sło­wy spo­sób woj­na, po­ka­za­ła, jak bar­dzo jest wiel­ka. Naj­strasz­niej­sze jest to, że na­wet naj­bar­dziej praw­dzi­wy ob­raz wo­jen na­po­le­oń­skich i in­nych wo­jen pro­wa­dzo­nych w XIX wie­ku był­by nie­wy­star­cza­ją­cy, aby przy­go­to­wać lu­dzi na to, co mia­ło do­pie­ro na­dejść. W 1914 roku mi­nę­ło 40 lat od cza­su, kie­dy w Eu­ro­pie to­czy­ła się ostat­nia, praw­dzi­wa woj­na. Od tam­tej pory tech­ni­ka woj­sko­wa po­czy­ni­ła ogrom­ne po­stę­py i za­rów­no broń krót­ka, jak i ar­ty­le­ryj­ska mo­gły wy­rzu­cać co­raz bar­dziej nisz­czy­ciel­skie po­ci­ski z co­raz więk­sza pręd­ko­ścią, na co­raz więk­szą od­le­głość. Już w 1904–1905 r. woj­na ja­poń­sko – ro­syj­ska po­ka­za­ła, cze­go mogą do­ko­nać ka­ra­bi­ny ma­szy­no­we, za­po­ry z dru­tu kol­cza­ste­go i cięż­ka ar­ty­le­ria, je­że­li na do­da­tek sta­ły za nimi gę­sto roz­sta­wio­ne od­dzia­ły woj­ska. Woj­sko­wi cią­gle jed­nak nie po­tra­fi­li wy­cią­gnąć z tego wszyst­kie­go wła­ści­wych wnio­sków, nie chcie­li zmie­niać daw­nych przy­zwy­cza­jeń, któ­re upły­wa­ją­cy czas za­mie­nił w do­gma­ty. Cza­sa­mi po­wód tego by­wał ab­sur­dal­ny: na przy­kład nie­chęt­nie od­by­wa­no ćwi­cze­nia w oko­pach w okre­sie po­ko­ju, po­nie­waż od ko­pa­nia w zie­mi bru­dzi­ły się żoł­nier­skie mun­du­ry.

Może nas to pro­wa­dzić do uprosz­czo­ne­go wnio­sku, że po­wo­dem wszyst­kie­go był tępy upór woj­sko­wych. Za­sad­ni­czą rolę od­gry­wa­ły też jed­nak prze­są­dy kla­so­we. We wszyst­kich kra­jach siły zbroj­ne nadal po­zo­sta­wa­ły do­me­ną ary­sto­kra­cji. Za­mie­ni­ło to więc ar­mie w ostat­nie przy­czół­ki daw­ne­go po­rząd­ku w świe­cie, któ­ry zwia­sto­wał na­dej­ście im­pe­rium ma­szyn i ka­pi­ta­li­zmu kra­mar­skie­go.

Jest ja­kaś po­kręt­na lo­gi­ka w spo­so­bie, w jaki ro­zu­mo­wa­li ofi­ce­ro­wie. Wie­lu z nich było ro­man­ty­ka­mi, któ­rzy brzy­dzi­li się no­wo­cze­sno­ścią, po­nie­waż była ona tak bar­dzo re­wo­lu­cyj­na i tak bar­dzo brzyd­ka; głów­nie jed­nak dla­te­go, że czło­wiek sta­wał się przy niej wi­sior­kiem przy­cze­pio­nym do zim­nej ma­szy­ny. Ich spo­sób sta­wia­nia opo­ru po­le­gał na po­wta­rza­niu ge­stów ze świa­ta, któ­ry prze­mi­nął, ze świa­ta, gdzie czło­wiek był pa­nem bi­tew­nych pól, gdzie od­wa­ga in­dy­wi­du­al­na zna­czy­ła wię­cej, niż broń, gdzie w cza­sie wal­ki li­czy­ły się bo­ha­ter­skie czy­ny, a szar­ża ka­wa­le­rii uzbro­jo­nej w bia­łą broń po­tra­fi­ła roz­strzy­gnąć o lo­sach bi­twy. Bo tak wła­śnie roz­gry­wa­no bi­twy przez wszyst­kie cza­sy. I tak mia­ły być tak­że roz­gry­wa­ne w przy­szło­ści. I żad­ne nie­zro­zu­mia­łe no­win­ki tech­nicz­ne ze sta­li nie po­win­ny tego zmie­niać. Ba­sta!

Dla­te­go też nowy wy­na­la­zek, ja­kim było bez­odrzu­to­we dzia­ło, mógł być od­rzu­co­ny pod pre­tek­stem, że jest „skraj­nie brzyd­kie w po­rów­na­niu z ist­nie­ją­cy­mi, szla­chet­ny­mi kształ­ta­mi dział”. To dla­te­go przez tak dłu­gi okres od­su­wa­no na dal­szy plan ka­ra­bin ma­szy­no­wy, trak­to­wa­ny jako za­baw­ka, choć być może da­ło­by się go wy­ko­rzy­stać po to na przy­kład, aby sko­sić peł­za­ją­cych der­wi­szów, a któ­ry za­sad­ni­czo był zu­peł­nie nie­przy­dat­ny na eu­ro­pej­skich po­lach bi­tew­nych2. Już ka­ra­bin ma­szy­no­wy był tym wy­na­laz­kiem, któ­ry zwia­sto­wał na­dej­ście no­wych cza­sów. Ma­szy­na pa­ro­wa po­dwo­iła kie­dyś wy­daj­ność ro­bot­ni­ków, ale jed­no­cze­śnie zmie­ni­ła ich w bez­rad­nych pro­le­ta­riu­szy. W taki sam spo­sób ka­ra­bin ma­szy­no­wy za­mie­nił woj­nę z rze­mio­sła w prze­mysł, bo oto te­raz wy­star­czył je­den żoł­nierz, któ­ry miał tak nisz­czy­ciel­ską moc, jak wcze­śniej set­ka żoł­nie­rzy. Od­by­ło się to jed­nak kosz­tem po­mniej­sze­nia zna­cze­nia jed­nost­ki. To wła­śnie chy­ba tego wie­lu woj­sko­wych ani nie chcia­ło, albo nie po­tra­fi­ło do­strzec, kie­dy tak so­bie sie­dzie­li spo­wi­ci dy­mem cy­gar pod oleo­dru­ka­mi przed­sta­wia­ją­cy­mi lan­sje­rów wal­czą­cych pod Ma­ren­go. Ist­nie­je prze­kaz po­cho­dzą­cy z okre­su, kie­dy jesz­cze przed wy­bu­chem woj­ny ar­mia bry­tyj­ska ćwi­czy­ła ja­kiś ma­newr; na­gle po­ja­wił się pe­wien mło­dy ofi­cer, któ­ry za­py­tał, co ma zro­bić z po­wie­rzo­nym mu ka­ra­bi­nem ma­szy­no­wym, na co jego prze­ło­żo­ny par­sk­nął tyl­ko: „Weź tę prze­klę­tą ma­chi­nę na któ­rąś flan­kę i ukryj ją tam gdzieś do­brze”.

A może wszy­scy byli ofia­ra­mi, choć każ­dy z nich na swój spo­sób? W póź­niej­szym okre­sie oka­że się, że wy­buch woj­ny w 1914 r. ozna­cza, że po­przed­ni, XIX wiek, do­tarł do swe­go kre­su i że roz­po­czął się wiek XX. To, co ist­nia­ło do tej pory, za­po­cząt­ko­wa­ne zo­sta­ło w 1789 r. za spra­wą Re­wo­lu­cji Fran­cu­skiej i moż­na to śmia­ło na­zwać stu­le­ciem re­wo­lu­cji. To, co nowe, za­po­cząt­ko­wa­ne zo­sta­ło za spra­wą nisz­czy­ciel­skiej woj­ny, mia­ło to być tak­że stu­le­cie ka­ta­strof. Pierw­sza woj­na świa­to­wa jest pra­ka­ta­stro­fą stu­le­cia. Za­po­cząt­ko­wa­ła ona cały łań­cuch zda­rzeń, któ­re krę­ty­mi dro­ga­mi pro­wa­dzi­ły od jed­ne­go nie­szczę­ścia do dru­gie­go, aż w koń­cu pod ko­niec stu­le­cia – 75 lat póź­niej – ta nie­rów­na la­wi­na w koń­cu się za­trzy­ma­ła, dzię­ki cze­mu mo­gło się za­cząć nowe stu­le­cie. I Woj­na mia­ła w so­bie coś z kodu ge­ne­tycz­ne­go, któ­ry miał dać po­czą­tek nad­cho­dzą­cym ka­ta­stro­fom. Już wte­dy dało się za­ob­ser­wo­wać pew­ne wzo­ry, fi­gu­ry my­ślo­we i fo­bie, więk­szość z nich zo­sta­ła do­pie­ro za­sy­gna­li­zo­wa­na i po­zo­sta­wa­ła nadal w sta­nie nie­roz­wi­nię­tym, go­to­wa jed­nak do ko­lej­nych mu­ta­cji, z któ­rych mia­ło się wy­ło­nić coś no­we­go, gro­te­sko­we­go. Jed­no z naj­waż­niej­szych zja­wisk po­le­ga­ło na tym, że ludz­kość raz za ra­zem, w spo­sób nie­przy­go­to­wa­ny sta­wia­na była przed ko­lej­nym sko­kiem, raz za ra­zem zmu­sza­na była do uświa­do­mie­nia so­bie, że to, co było praw­do­po­dob­ne, za­stą­pio­ne zo­sta­ło tym, co nie­ocze­ki­wa­ne. Co­raz czę­ściej lu­dzie uświa­da­mia­li też so­bie, że to nie oni za­wie­dli ma­rze­nia, tyl­ko ma­rze­nia za­wio­dły ich.

Pierw­szy­mi, któ­rym hi­sto­ria spła­ta­ła tego okrut­ne­go fi­gla, byli owi uśmiech­nię­ci, peł­ni na­dziei, mło­dzi męż­czyź­ni, któ­rzy w sierp­niu 1914 roku ma­sze­ro­wa­li w go­rą­cych pro­mie­niach let­nie­go słoń­ca na front, wzno­sząc en­tu­zja­stycz­ne okrzy­ki, bo szli na woj­nę, któ­ra mia­ła po­ło­żyć kres wszyst­kim woj­nom.

3.

Trzy dni po tym, jak Paul Nash ode­sła­ny zo­stał z po­ła­ma­ny­mi że­bra­mi do domu, jego pułk otrzy­mał roz­kaz do na­tar­cia na punkt znaj­du­ją­cy się na li­nii nie­miec­kie­go fron­tu, któ­ry wkrót­ce miał zy­skać so­bie zło­wiesz­czą sła­wę: „Wzgó­rze 60”. Atak za­koń­czył się ża­ło­snym nie­po­wo­dze­niem. Wie­lu z to­wa­rzy­szy Na­sha za­sta­ło w tym ob­cym kra­ju za­bi­tych. W tam­tym okre­sie Nash znaj­do­wał się jed­nak w bez­piecz­nym miej­scu, w jed­nym z woj­sko­wych szpi­ta­li w An­glii, w cał­ko­wi­tej nie­świa­do­mo­ści tego, co się sta­ło; za­ję­ty był swy­mi ry­sun­ka­mi przed­sta­wia­ją­cy­mi sce­ny z fron­tu. W czerw­cu po­ka­zy­wał swe idyl­licz­ne ob­raz­ki na in­dy­wi­du­al­nej wy­sta­wie w Ga­le­rii Gou­pil3, dzię­ki cze­mu zy­skał tro­chę sła­wy. Pod­bu­do­wa­ny tym suk­ce­sem roz­po­czął w sierp­niu sta­ra­nia, aby mia­no­wa­no go „Of­fi­cial War Ar­tist” – „Ofi­cjal­nym Ar­ty­stą Wo­jen­nym”; była to sta­ra bry­tyj­ska in­sty­tu­cja, któ­rej przy­da­no no­we­go zna­cze­nia w sy­tu­acji, kie­dy pro­pa­gan­da pań­stwo­wa za­czę­ła być po raz pierw­szy wy­ko­rzy­sty­wa­na jako sys­te­ma­tycz­na i na­uko­wa tuba pro­pa­gan­do­wa dla wspie­ra­nia dzia­łań wo­jen­nych. Mia­no­wa­no już na­wet pew­ną licz­bę ar­ty­stów, mię­dzy in­ny­mi Chri­sto­phe­ra Ne­vin­so­na, któ­re­go ob­ra­zy wy­war­ły sil­ne wra­że­nie na Na­shu4. Nie­któ­re oso­by z krę­gów de­cy­zyj­nych uzna­ły jed­nak Na­sha za oso­bę zbyt „post­im­pre­sjo­ni­stycz­ną”, ale po krót­kiej kry­ty­ce ob­da­rzo­no go w koń­cu za­ufa­niem, dzię­ki cze­mu pod ko­niec paź­dzier­ni­ka 1917 r. wró­cił na li­nię fron­tu pod Ypres z wa­liz­ką peł­ną kre­dek, ołów­ków i pa­pie­ru.

Szyb­ko zro­zu­miał, ze wa­run­ki dla ofi­cjal­ne­go ar­ty­sty wo­jen­ne­go w mun­du­rze były zu­peł­nie inne niż te, któ­re do­ty­czy­ły mło­de­go żoł­nie­rza puł­ku pie­cho­ty. Na­sho­wi dano bo­wiem do to­wa­rzy­stwa or­dy­nan­sa, a tak­że szo­fe­ra i sa­mo­chód do wła­snej dys­po­zy­cji; ocze­ki­wa­no też od nie­go, że więk­szość swe­go cza­su bę­dzie spę­dzał w głów­nej kwa­te­rze bry­tyj­skie­go kor­pu­su eks­pe­dy­cyj­ne­go, i to w du­żej od­le­gło­ści od li­nii wal­ki. Było to wy­god­ne ży­cie. Nie­ste­ty, nio­sło ono za sobą pew­ną nie­bez­piecz­ną ce­chę: po­tra­fi­ło za­wró­cić ko­muś w gło­wie, je­że­li ktoś na to po­zwo­lił.

Dzien­ni­ka­rze wy­pra­co­wa­li już swój pe­wien wzór. Wpro­wa­dzo­no dla nich mun­du­ry bez dys­tynk­cji, a na ra­mie­niu no­si­li zie­lo­ne opa­ski; czas spę­dza­li cho­dząc pod rękę z do­wód­ca­mi wy­so­kiej ran­gi; ży­cie, ja­kie pę­dzi­li w ja­kimś cie­płym, oświe­tlo­nym „châte­au” prze­ry­wa­ne było od cza­su do cza­su wy­pa­dem w ja­kieś bez­piecz­ne miej­sce, po czym szyb­ko wra­ca­li do ko­nia­ku i ogni­ska na ko­min­ku, aby wy­sma­ro­wać ko­lej­ny, en­tu­zja­stycz­ny ar­ty­kuł o tym, z jaką nie­cier­pli­wo­ścią żoł­nie­rze cze­ka­ją na ko­lej­ną bi­twę, jak pod­bu­do­wy­wu­je ich ży­cie w oko­pach i jak po­myśl­nie wszyst­ko się to­czy. Nic więc dziw­ne­go, że żoł­nie­rze bar­dzo szyb­ko znie­na­wi­dzi­li ko­re­spon­den­tów wo­jen­nych bar­dziej niż ofi­ce­rów szta­bo­wych, co jest dość wy­mow­ne. Owi dzien­ni­ka­rze ze­psu­ci byli do szpi­ku ko­ści swą wła­sną wy­go­dą, zmy­le­ni od­le­gło­ścią od li­nii fron­tu, ogra­ni­cze­ni nad­zo­rem cen­zo­ra, do­pin­go­wa­ni pa­trio­tycz­nym na­sta­wie­niem ga­zet i zwią­za­ni swym wła­snym po­czu­ciem lo­jal­no­ści.

Efekt? „Opo­wie­dzia­no wte­dy o wie­le wię­cej kłamstw niż kie­dy­kol­wiek in­dziej”, jak pi­sze Phi­lip Kni­gh­tley. Woj­nę upięk­sza­no, a lu­dzi utrzy­my­wa­no w cał­ko­wi­tej nie­wie­dzy na te­mat tego, co dzia­ło się z ich sy­na­mi i brać­mi, mę­ża­mi i ko­chan­ka­mi. Po­ka­za­no w ten spo­sób, jak prze­ra­ża­ją­co sku­tecz­nie moż­na było zdu­sić praw­dę, je­śli cały apa­rat pań­stwo­wy na­sta­wio­ny był na ten cel. Jed­no­cze­śnie w mia­rę, jak opi­nia pu­blicz­na po­wo­li, ale suk­ce­syw­nie tra­ci­ła wia­rę w ko­mu­ni­ka­ty wy­krzy­ki­wa­ne przez pra­so­we me­ga­fo­ny, za­czę­to nad­uży­wać moc­nych słów. W koń­cu lu­dzie za­czę­li wy­śmie­wać nie­któ­re kacz­ki dzien­ni­kar­skie, jak na przy­kład ta­kie, że Niem­cy mają u sie­bie fa­bry­ki, gdzie z ciał za­bi­tych lu­dzi wy­ra­bia­ją my­dło – świet­ny dow­cip! – a jed­no­cze­śnie fala pro­pa­gan­dy, fał­szy­wych do­nie­sień i nie­istot­nych wia­do­mo­ści za­czę­ła wy­pie­rać inne in­for­ma­cje, któ­re były jak naj­bar­dziej praw­dzi­we, jak na przy­kład ta, że Tur­cy za­czę­li do­pusz­czać się ma­so­wych mor­dów na wła­snej lud­no­ści i to na ska­lę, o któ­rej nikt do­tąd nie sły­szał.

W tych oszu­stwach uczest­ni­czy­ło wie­lu ar­ty­stów fron­to­wych. Nie­rzad­ko ja­kość ich pra­cy ule­ga­ła po­gor­sze­niu w mia­rę, jak co­raz ni­żej mu­sie­li zgi­nać kark przed całą ta ma­chi­ną. Kie­dy po­dzi­wia­ny przez Na­sha Chri­sto­pher Ne­vin­son tra­fił na front, szyb­ko zre­zy­gno­wał ze swych fu­tu­ry­stycz­nych dzi­wactw. Za­miast tego za­czął po­ka­zy­wać ży­cie na fron­cie w po­sta­ci szki­ców na­wią­zu­ją­cych do sztu­ki ku­bi­stycz­nej. W od­po­wie­dzi na to Ne­vin­so­na za­ata­ko­wa­ły za­rów­no eli­ty, jak i przed­sta­wi­cie­le awan­gar­dy. Jego ko­le­dzy ar­ty­ści i in­te­lek­tu­al­ne pięk­no­du­chy spo­glą­da­li z góry na te re­ali­stycz­ne ob­ra­zy, któ­re dla nich były w nie­zro­zu­mia­ły spo­sób „ła­twe do zro­zu­mie­nia” i szy­dzi­li z nich na­zy­wa­jąc je „pro­stac­ki­mi” albo „dzien­ni­kar­ski­mi” Woj­na bez wąt­pie­nia spra­wia­ła mo­der­ni­stom pe­wien kło­pot, po­nie­waż ich za­awan­so­wa­ny ję­zyk for­my był wła­ści­wie bez­u­ży­tecz­ny dla ko­goś, kto chciał­by z nimi dys­ku­to­wać na te­mat wiel­ko­po­li­tycz­nej rze­czy­wi­sto­ści, to zna­czy pro­ble­mu, któ­ry nie­któ­rzy z nich roz­wią­zy­wa­li w ten spo­sób, że to, co się dzia­ło, mie­li po pro­stu w no­sie.

Eli­tom ge­ne­ral­nie nie po­do­ba­ło się ma­lar­stwo Ne­vin­so­na, ale już z in­nych po­wo­dów. O jego ob­ra­zach „Ti­mes” na­pi­sał, że były one „not a bit like cric­ket”. Cen­zu­ra wno­si­ła za­strze­że­nia wo­bec wie­lu jego dzieł, a po­kaz jed­ne­go z nich zo­stał póź­niej wstrzy­ma­ny. Cho­dzi o ob­raz olej­ny pt. „Dro­gi chwa­ły”, któ­ry przed­sta­wia dwóch za­bi­tych An­gli­ków le­żą­cych w bło­cie tuż pod za­sie­ka­mi z dru­tu kol­cza­ste­go. Po­zwa­la­no po­ka­zy­wać za­bi­tych Niem­ców, ale nie An­gli­ków. Kie­dy więc ob­raz miał być wy­sta­wio­ny na wi­dok pu­blicz­ny, Ne­vin­son za­sło­nił go brą­zo­wym pa­pie­rem z na­pi­sem „Ocen­zu­ro­wa­no”. Na­tych­miast we­zwa­no go do Mi­ni­ster­stwa Woj­ny, żeby zro­bić mu burę w sty­lu Kaf­ki: za­bro­nio­ne jest uży­wa­nie sło­wa „cen­zu­ra”. Nic więc dziw­ne­go, że Ne­vin­son wkrót­ce się do­pa­so­wał, po­rzu­cił uka­zy­wa­nie nę­dzy oko­pów strzel­ni­czych na rzecz prze­my­co­nych ukrad­kiem he­ro­icz­nych ob­ra­zów do­ko­nań woj­ny po­wietrz­nej.

Nash sprze­ci­wiał się temu od sa­me­go po­cząt­ku. Chciał po­dejść do li­nii fron­tu moż­li­wie jak naj­bli­żej – praw­do­po­dob­nie jed­nak nie­zbyt bli­sko, aby z jed­nej stro­ny unik­nąć ry­zy­ka by­cia wcią­gnię­tym przez ma­gne­tycz­ne pole kłamstw pro­du­ko­wa­nych przez sztab głów­ny, a tak­że po pro­stu dla­te­go, że wal­ka nadal go fa­scy­no­wa­ła. Chciał wi­dzieć, sły­szeć, czuć. Za­uwa­ża­my w ta­kiej po­sta­wie pe­wien ele­ment isto­ty woj­ny, któ­ry dzi­siaj chęt­nie po­mi­ja­my, choć wca­le nie mamy ta­kie­go za­mia­ru, a mia­no­wi­cie złud­ne oszu­stwo. A jed­nak jest tu coś ta­kie­go, co po­win­ni­śmy zro­zu­mieć, je­śli chce­my zro­zu­mieć woj­nę. Mam na my­śli odu­rze­nie, któ­re w kon­se­kwen­cji nie­sie z sobą nie­bez­pie­czeń­stwo.

Nie ist­nie­je ja­kaś jed­na nor­ma. Jest rze­czą ude­rza­ją­cą, w jaki spo­sób re­agu­ją róż­ni lu­dzie, kie­dy sta­ją w ob­li­czu ka­ta­stro­fy. Masa za­cho­wu­ją­ca się w iden­tycz­ny spo­sób to kli­sza stwo­rzo­na przez re­ży­se­rów fil­mów fa­bu­lar­nych i ide­olo­gów. W rze­czy­wi­sto­ści za­wsze jest tak, że jed­ni idą lub bie­gną w nie­wła­ści­wym kie­run­ku, a jesz­cze inni sto­ją spo­koj­nie i za­sta­na­wia­ją się, co się wła­ści­wie dzie­je. Za­cho­wa­nie żoł­nie­rzy ce­chu­je ta sama róż­no­rod­ność po­staw.

Jed­ni nie­na­wi­dzą nie­bez­pie­czeń­stwa od pierw­szej chwi­li, więk­szość uczy się z nim żyć i tyl­ko nie­któ­rzy coś z tego mają. Po­ku­sa taka do­ty­czy zwłasz­cza męż­czyzn, któ­rzy pró­bu­ją spraw­dzić swo­ją od­wa­gę fi­zycz­ną, po­nie­waż obec­nie jest to ce­cha wiel­ce po­żą­da­na. Jesz­cze waż­niej­sze jest chy­ba to, że pod­ję­cie ry­zy­ka za­wie­ra w so­bie pew­ne unie­sie­nie, prze­mia­nę. Ży­cie na­bie­ra swej naj­więk­szej war­to­ści nie­rzad­ko wte­dy, kie­dy jest za­gro­żo­ne, i, pa­ra­dok­sal­nie, do­tyk śmier­ci może cza­sa­mi wy­wo­łać po­czu­cie wol­no­ści, żeby nie po­wie­dzieć nie­śmier­tel­no­ści. Bo tak, jak czło­wiek jest je­dy­nym ele­men­tem dzie­ła stwo­rze­nia, któ­re po­tra­fi zro­zu­mieć swo­ją eg­zy­sten­cję, tak samo jest on rów­nież je­dy­nym stwo­rze­niem, któ­re po­tra­fi wy­sta­wić swą eg­zy­sten­cję na ry­zy­ko. Jest w tym pe­wien zwią­zek.

Pro­blem zwią­za­ny z odu­rze­niem skła­nia­ją­cym do po­dej­mo­wa­nia do­bro­wol­ne­go ry­zy­ka – oprócz tego, że kusi lu­dzi do sza­sta­nia ży­ciem – po­le­ga na tym, że jego im­po­nu­ją­ca „wznio­słość” za­ciem­nia za­ra­zem jego krót­ko­trwa­łość. Uczu­cie musi być czymś spe­cjal­nym. Nie moż­na go prze­nieść na po­ziom co­dzien­no­ści, bo na to jest zbyt kru­che. Bo oto wkrót­ce nie­bez­pie­czeń­stwo prze­sta­je być pod­nio­słe i bu­du­ją­ce, jego po­twor­na „moc prze­obra­ża­nia” nie tyl­ko tra­ci swo­je pięk­no, ale i prze­ciw­nie – na­bie­ra cech nisz­czy­ciel­skich: strach drą­ży nie tyl­ko du­szę, ale zże­ra też i cia­ło.

Woj­na tra­dy­cyj­na – któ­ra w ogól­nym za­ry­sie nie­wie­le zmie­ni­ła się od cza­sów sta­ro­żyt­nych – była w swym kształ­cie dość po­cią­ga­ją­ca dla ko­goś, kto po­szu­ki­wał upo­je­nia zbu­do­wa­ne­go na do­bro­wol­nym po­dej­mo­wa­niu ry­zy­ka. Bi­twy i po­tycz­ki na dużą ska­lę zda­rza­ły się rzad­ko, a roz­strzy­gnię­cie za­pa­da­ło za­zwy­czaj w cią­gu jed­ne­go dnia. Po­tem na­stę­po­wa­ły re­gu­lar­ne, dłu­gie mie­sią­ce, pod­czas któ­rych ar­mie ma­sze­ro­wa­ły w po­szu­ki­wa­niu kwa­ter, a żoł­nie­rze po­grą­ża­li się w co­dzien­nym ży­ciu obo­zo­wym. (Zresz­tą groź­ba śmier­ci nie wy­ni­ka­ła w pierw­szym rzę­dzie z bi­twy, tyl­ko nio­sły ją cho­ro­by i pod tym wzglę­dem za­rów­no żoł­nie­rze, jak i cy­wi­le na­ra­że­ni byli na to samo nie­bez­pie­czeń­stwo). I chy­ba ta­kiej wła­śnie tra­dy­cyj­nej woj­ny wszy­scy ocze­ki­wa­li.

Tak­że Nash. Wi­dział już wy­star­cza­ją­co dużo na woj­nie, żeby go mo­gła po­cią­gać, ale prze­żył zbyt mało, aby ją zro­zu­mieć. Praw­do­po­dob­nie wła­śnie dla­te­go tak gor­li­wie sta­rał się tra­fić na bi­tew­ne pole. Tam jed­nak cze­ka­ła na nie­go nie­mi­ła nie­spo­dzian­ka.

4.

Od daw­na już ich nie ma – bi­tew­nych pól z okre­su I woj­ny świa­to­wej. Je­śli przej­dzie­my się wzdłuż li­nii za­chod­nie­go fron­tu, to tu i ów­dzie do­strzeż­my jesz­cze ja­kieś daw­ne po­zo­sta­ło­ści po nich. Czę­sto jest to dłu­gi rząd po­ro­śnię­tych tra­wą le­jów po bom­bach, któ­rych zbo­cza ła­god­nie za­okrą­glił czas i desz­cze, a któ­re giną gdzieś w głę­bi przy­droż­ne­go lasu. In­nym ra­zem jest to ja­kiś nie­wiel­ki dół, gdzie ba­wią­ce się dzie­ci i ich opie­kun­ki ta­pla­ją się w błot­ni­stej wo­dzie; cza­sa­mi jest to kan­cia­sty bun­kier, któ­ry bar­dzo po­wo­li, acz sys­te­ma­tycz­nie za­pa­da się w mięk­kim bło­cie; wszę­dzie na­po­tkać moż­na ja­kieś cmen­ta­rze, któ­rych już chy­ba nikt nie od­wie­dza, peł­ne dłu­gich rzę­dów na­grob­ków po­czer­nia­łych od kwa­śnych desz­czów. We­te­ra­ni od­by­wa­ją co roku swe piel­grzym­ki, ale jest ich co­raz mniej. W Wiel­kiej Bry­ta­nii tych, któ­rzy wal­czy­li na I woj­nie, po­zo­sta­ło już nie wię­cej niż dzie­się­ciu, a za kil­ka lat nie bę­dzie już ani jed­ne­go5. Wte­dy w oko­li­cy po­zo­sta­ną już tyl­ko ci, któ­rzy o tam­tych cza­sach nie będą nic wie­dzieć.

Cza­sa­mi moż­na się jed­nak róż­nych rze­czy do­my­ślić. Kie­dyś tra­fi­łem na ta­kie za­po­mnia­ne miej­sce z okre­su I woj­ny za­raz po tym, jak kil­ka dni wcze­śniej wy­cię­to tam las. Było to w lu­tym, za­no­si­ło się na deszcz. Cięż­kie ma­szy­ny od­sło­ni­ły cien­ką war­stwę zie­mi, pod któ­rą po­ka­za­ło się daw­ne, bi­tew­ne pole. Wy­da­wa­ło mi się, że roz­ko­pa­na zie­mia chce nam prze­ka­zać ja­kąś wia­do­mość. Była to nie­zmier­nie zaj­mu­ją­ca czyn­ność: wę­dro­wa­nie po ca­łym te­re­nie, aby spró­bo­wać to prze­sła­nie od­czy­tać. Niem­cy za­ata­ko­wa­li. Wszę­dzie do­oko­ła le­ża­ły ręcz­ne gra­na­ty za­tycz­ko­we ze spróch­nia­łą rę­ko­je­ścią – to gra­na­ty za­czep­ne, po­nie­waż dzia­ła­ją one na za­sa­dzie roz­pry­ski­wa­nia się i może ich świet­nie uży­wać ktoś, kto idzie w po­zy­cji wy­pro­sto­wa­nej i chce za­bić ko­goś, kto ukry­wa się na dole oko­pu. Były też sta­lo­we gra­na­ty w kształ­cie jaj­ka, uży­wa­ne jako broń obron­na – ich dzia­ła­nie po­le­ga na roz­rzu­ca­niu odłam­ków, któ­re roz­pry­sku­ją się na du­żej prze­strze­ni i są naj­okrut­niej­szą bro­nią dla ko­goś, kto skry­wa się w oko­pie i chce za­bić ko­goś, kto pę­dzi wprost na nie­go w po­zy­cji wy­pro­sto­wa­nej.

Naj­praw­do­po­dob­niej do­szło w tym miej­scu do bi­twy; świad­czy­ły o tym wła­śnie gra­na­ty. Moż­na też było za­uwa­żyć, że wię­cej było nie­zu­ży­tej amu­ni­cji niż zwy­kłych łu­sek. Z bło­ta po­kry­wa­ją­ce­go cały te­ren wy­sta­wa­ły też dwie ło­pat­ki uży­wa­ne przez pie­cho­tę, a jed­ną z nich zro­bion w taki spo­sób, aby moż­na było jej uży­wać w wal­ce wręcz – po 70 la­tach była tak ostra, że moż­na było nią pra­wie prze­ciąć pie­niek drze­wa. Wszę­dzie do­oko­ła za­le­ga­ło ja­kieś że­la­stwo: po­rdze­wia­łe nie­wy­pa­ły róż­ne­go ro­dza­ju i ka­li­bru, drut kol­cza­sty – po­je­dyn­czy i po­dwój­ny, sza­ro­zie­lo­ne ma­ski prze­ciw­ga­zo­we, pę­ka­te ma­nier­ki, reszt­ki te­le­fo­nów po­lo­wych, ja­kiś roz­bi­ty gar­nek do przy­rzą­dza­nia je­dze­nia itd. Jed­no z miejsc mo­gło kie­dyś słu­żyć do wy­po­czyn­ku i spo­ży­wa­nia po­sił­ków: pod sto­pa­mi chrzę­ści­ły po­trza­ska­ne bu­tel­ki po wi­nie i otwar­te pu­deł­ka po kon­ser­wach.

Nie bra­ko­wa­ło też oczy­wi­ście ko­ści.

Tu i tam le­ża­ły szcząt­ki szkie­le­tów ludz­kich. W któ­rymś miej­scu koła cięż­kiej ma­szy­ny wy­ci­snę­ły na wierzch z tłu­stej zie­mi dwie duże ko­ści bio­dro­we, któ­re wy­sta­wa­ły te­raz jak dwa brą­zo­wo­żół­te kije. W więk­szo­ści jed­nak te­ren za­le­ga­ły naj­prze­róż­niej­sze szcząt­ki. Ka­wa­łek da­lej le­żał pod so­sną….tak, czło­wiek! Zo­sta­ły z nie­go jed­nak tyl­ko ko­ści szkie­le­tu dol­nej czę­ści cia­ła: krę­go­słup, że­bra i gło­wa gdzieś się za­po­dzia­ły6. Jed­na sto­pa nadal tkwi­ła w znisz­czo­nym, sznu­ro­wa­nym bu­cie z po­dwój­na po­de­szwą. Z mięk­kiej czę­ści sto­py nie po­zo­sta­ło już nic in­ne­go jak tyl­ko coś, co wy­glą­da­ło na sza­rą gli­nę. Po­przez tę gli­nę, po­przez kość śród­sto­pia, po­przez ciem­no­brą­zo­wą, skó­rza­ną po­de­szwę, prze­bi­ła się mała, zie­lo­na ga­łąź dzi­kiej róży.

Ko­lej­ny grób.

Przez cały czas, kie­dy wę­dro­wa­łem po tej kap­su­le cza­su peł­nej rdzy i zgni­li­zny mia­łem przed ocza­mi po­stać Na­sha, jak­by było to coś w ro­dza­ju „fa­cit”. Jed­nak nie były to jego wcze­sne dzie­ła, tyl­ko te, któ­re na­ma­lo­wał po po­wro­cie z fron­tu.

W paź­dzier­ni­ku 1917 roku sy­tu­acja pod Ypres była zu­peł­nie róż­na od tej z kwiet­nia tam­te­go roku. Wte­dy na fron­cie pa­no­wał spo­kój, dzię­ki cze­mu spra­wia­ło to wra­że­nie ja­kie­goś nie­zwy­kłe­go sta­nu rze­czy­wi­sto­ści, co zna­la­zło swe od­bi­cie za­rów­no w ob­ra­zach Na­sha, jak i w jego peł­nej za­ro­zu­mia­ło­ści po­sta­wie. Jed­nak w okre­sie, kie­dy le­czył się w An­glii, ro­ze­gra­ła się bi­twa, któ­rą na­zy­wa się „trze­cią bi­twą pod Ypres”. Za­koń­cze­nie tej bo­le­śnie dłu­go trwa­ją­cej bi­twy na­stą­pi­ło w nie­ca­ły ty­dzień po po­wro­cie Na­sha na front.

Tak ją wła­śnie na­zy­wa­ją – „trze­cią bi­twą pod Ypres”. Jest to jed­nak nie­wła­ści­we okre­śle­nie na to, co zda­rzy­ło się we Flan­drii mię­dzy czerw­cem a li­sto­pa­dem 1917 roku. Ge­ne­ra­ło­wie bio­rą­cy udział w I woj­nie bar­dzo chęt­nie na­zy­wa­li owo­ce swej dzia­łal­no­ści „bi­twa­mi”, bo dzię­ki temu mo­gli po­sta­wić na tym sa­mym po­zio­mie to, co ro­ze­gra­ło się pod Loos, Som­me czy Ver­dun z tym, co ro­ze­gra­ło się pod Can­nae czy Wa­ter­loo, jak­by te wszyst­kie bez­wy­ra­zi­ste zda­rze­nia cza­sów współ­cze­snych za­wie­ra­ły w so­bie taką samą daw­kę chwa­ły i przy­po­mi­na­ły je ze wzglę­du na swój wpływ na bieg hi­sto­rii. Było jed­nak in­a­czej. Za­rów­no ge­ne­ra­ło­wie, jak i żoł­nie­rze szy­ko­wa­li się bo­wiem na sto­cze­nie ko­lej­nej woj­ny w XIX-wiecz­nym sty­lu, nie zwa­ża­jąc na to, że mie­li do swej dys­po­zy­cji XX-wiecz­ne uzbro­je­nie. Wy­cho­dzi­li po pro­stu z za­ło­że­nia, że prze­wi­dy­wal­ny świat XIX wie­ku jest też świa­tem współ­cze­snym. Mię­dzy prze­szło­ścią a współ­cze­sno­ścią po­wsta­ła jed­nak szcze­li­na i wszy­scy oni w nią wpa­dli, gło­wą w dół.

Uprze­my­sło­wio­ne spo­łe­czeń­stwa to­czy­ły obec­nie swą pierw­szą woj­nę prze­my­sło­wą, ale nikt nie był w sta­nie prze­wi­dzieć jej nie­wia­ry­god­nej, nisz­czy­ciel­skiej siły. W cza­sie woj­ny pru­sko – fran­cu­skiej w 1870 r. prze­cięt­na nie­miec­ka ar­ma­ta od­da­ła w cza­sie ca­łe­go kon­flik­tu nie­ca­łe 200 strza­łów, ale już w 1914 r. ta sama ar­ma­ta wy­strze­li­ła już 1000 po­ci­sków w cią­gu 1 mie­sią­ca; w cią­gu 35 mi­nu­to­we­go ostrza­łu przy­go­to­waw­cze­go przed ata­kiem na Neu­ve-Cha­pel­le w mar­cu 1915 r. ar­ty­le­ria bry­tyj­ska wy­strze­li­ła wię­cej po­ci­sków niż w cią­gu ca­łej woj­ny z Bu­ra­mi. A je­śli do­da­my do tego jesz­cze wspo­mnia­ne już ka­ra­bi­ny ma­szy­no­we i za­po­mnia­ne w okre­sie po­ko­ju oko­py strzel­ni­cze i drut kol­cza­sty – któ­ry wy­my­ślo­ny zo­stał w XIX wie­ku w USA, aby uła­twić ho­dow­lę by­dła, a któ­re­go w XX wie­ku uży­wa­no głów­nie prze­ciw­ko lu­dziom – to ła­two so­bie wy­obra­zić, że róż­ni­ca była ko­lo­sal­na. Obro­na sta­wa­ła się co­raz ła­twiej­sza, pod­czas gdy atak na­po­ty­kał na co­raz więk­sze prze­szko­dy. Każ­dy od­dział żoł­nie­rzy, któ­ry pró­bo­wał iść do ata­ku na otwar­tej prze­strze­ni w wy­pro­sto­wa­nej po­zy­cji, mógł być pe­wien, że zo­sta­nie zma­sa­kro­wa­ny w cią­gu kil­ku mi­nut. Sta­ra za­sa­da, zna­na tak­że naj­bar­dziej za­twar­dzia­łym ka­rie­ro­wi­czom w ar­mii, brzmia­ła, że nie­uda­ny atak po­wo­do­wał stra­ty w od­dzia­le. Nowa za­sa­da, któ­rej nie­któ­rzy z nich nig­dy nie po­tra­fi­li so­bie wbić do gło­wy, gło­si­ła, że rów­nież uda­ny atak ozna­czał stra­ty w od­dzia­łach.

Raz za ra­zem roz­po­czy­na­no nową ofen­sy­wę. Za­czy­na­ła się ona za­wsze w ten sam spo­sób; przy­go­to­wy­wa­no pla­ny – rów­nie szcze­gó­ło­we, co nie­re­ali­stycz­ne. A wszyst­ko i tak koń­czy­ło się w ten sam spo­sób: se­rią mo­no­ton­nych ata­ków i kontr­ata­ków skie­ro­wa­nych na ja­kieś mało waż­ne wzgó­rze czy wieś ma­ją­cą zna­cze­nie czy­sto kar­to­gra­ficz­ne; ak­cje ta­kie pro­wa­dzo­no do cza­su, aż obie stro­ny zna­la­zły się w sta­nie kom­plet­ne­go wy­czer­pa­nia. Wal­ki uci­chły, a wła­sną opi­nię pu­blicz­ną moż­na było na­kar­mić ko­lej­nym kłam­stwem o jesz­cze więk­szym zwy­cię­stwie.

Jed­nym ze zja­wisk, któ­re spra­wi­ło, że wszyst­kie te ka­ta­stro­fy tak czę­sto się po­wta­rza­ły, było też coś in­ne­go, co na­le­ży do do­rob­ku XX wie­ku: do­wo­dze­nie z bun­krów. Ci, któ­rzy tym wszyst­kim kie­ro­wa­li, byli z po­wo­du licz­nej i spraw­nej ad­mi­ni­stra­cji sku­tecz­nie od­se­pa­ro­wa­ni od rze­czy­wi­sto­ści, któ­rą sami two­rzy­li. At­mos­fe­ra wo­kół nich była kształ­to­wa­na przez tchórz­li­wą wia­rę w au­to­ry­te­ty, pod­czas gdy na­iw­ni po­li­ty­cy i pa­trio­tycz­na pra­sa pod­no­si­li ge­ne­ra­łów na pie­de­stał jak ja­kichś świę­tych, tyl­ko że ubra­nych w mun­du­ry. Koń­co­wym re­zul­ta­tem tego było to, że owi ge­ne­ra­ło­wie rzad­ko otrzy­my­wa­li nie­po­żą­da­ne in­for­ma­cje i nig­dy im się nie sprze­ci­wia­no. Haig, Ni­vel­le, Fal­ken­hayn, Ca­dor­na, Bru­si­łow i inni mo­gli więc spę­dzać czas w cał­ko­wi­tej izo­la­cji w swo­ich twier­dzach, od­da­le­ni wie­le ki­lo­me­trów od li­nii fron­tu, ry­so­wać ołów­kiem ani­li­no­wym strzał­ki na ma­pach i pla­no­wać „bi­twy”, gdzie ży­cie ludz­kie spro­wa­dza­no do ja­kiejś tech­nicz­no-sta­ty­stycz­nej abs­trak­cji, wci­śnię­tej gdzieś mię­dzy sumę ki­lo­gra­mów gra­na­tów i dłu­gość dru­tu kol­cza­ste­go. Była to chłod­na lo­gi­ka „prze­my­sło­wa”, prze­nie­sio­na na pola bi­tew­ne. Mo­gli w ten spo­sób pro­du­ko­wać je­den idio­tyzm za dru­gim, któ­ry po­chła­niał ży­cie ko­lej­nych lu­dzi, po­nie­waż dla nich je­dy­nym efek­tem były krzy­we sta­ty­stycz­ne i ko­lum­ny cyfr, któ­re in­for­mo­wa­ły tyl­ko, jak prze­bie­gła dana ak­cja, ale nie in­for­mo­wa­ły one w ża­den spo­sób o praw­dzi­wej na­tu­rze ope­ra­cji.

Nig­dy też nie oglą­da­li na wła­sne oczy woj­ny ani swych wo­ja­ków ubra­nych w spodnie z czer­wo­ny­mi lam­pa­sa­mi. Ist­nie­je prze­kaz, we­dług któ­re­go pod ko­niec ostat­niej fazy „trze­ciej bi­twy pod Ypres” ge­ne­rał po­rucz­nik sir Laun­ce­lot – do­wód­ca szta­bu, któ­re­mu pod­le­gał au­tor pla­nu ofen­sy­wy Haig – po raz pierw­szy uznał za sto­sow­ne udać się na li­nię fron­tu. Jego sa­mo­chód po­su­wał się mo­zol­nie przez bło­to i pust­kę znisz­cze­nia, a im bar­dziej zbli­ża­li się do rze­czy­wi­stej li­nii fron­tu, tym bar­dziej wzbu­rzo­ny sta­wał się ge­ne­rał po­rucz­nik. W koń­cu roz­pła­kał się i wy­buch­nął: „Mój Boże, czy na­praw­dę po­sła­li­śmy żoł­nie­rzy do wal­ki w ta­kich wa­run­kach?” Jego to­wa­rzysz w sa­mo­cho­dzie, któ­ry brał udział w ca­łej ofen­sy­wie, od­po­wie­dział na to bez­barw­nym gło­sem: „Da­lej bę­dzie jesz­cze go­rzej”.

Ist­nie­je prze­ra­ża­ją­ca, sta­ła sys­te­ma­ty­ka w spo­so­bie po­peł­nia­nia błę­dów. Sam po­mysł wiel­kiej ofen­sy­wy pod Ypres opar­to, jak się wy­da­je, na nie­po­ro­zu­mie­niu. Przede wszyst­kim sam Haig (głów­no­do­wo­dzą­cy) twier­dził, że ofen­sy­wa taka jest nie­zbęd­na, aby od­cią­żyć znaj­du­ją­cą się w trud­nym po­ło­że­niu ar­mię fran­cu­ską, choć ar­mia ta – kie­dy uda­ło się za­że­gnać wio­sen­ne bun­ty – za­czę­ła po­wo­li sta­wać na nogi. Po dru­gie po­trzeb­ne było zwy­cię­stwo na za­cho­dzie, aby wes­przeć roz­pa­da­ją­cą się ar­mię ro­syj­ską na wscho­dzie – cho­ciaż i tak już nic nie mo­gło jej ura­to­wać. Wresz­cie po trze­cie na­le­ża­ło na­tych­miast za­jąć wy­brze­że bel­gij­skie nad Ka­na­łem La Man­che, aby po­zba­wić nie­miec­kie ło­dzie pod­wod­ne moż­li­wo­ści ko­rzy­sta­nia z waż­nych por­tów i w ten spo­sób ogra­ni­czyć stra­ty wła­sne na Atlan­ty­ku – cho­ciaż one też za­czę­ły dra­stycz­nie spa­dać ze wzglę­du na wpro­wa­dzo­ny krót­ko przed­tem sys­tem kon­wo­jów.

Miej­sce na atak wy­bra­no też jak naj­gor­sze. Wo­kół Ypres Bry­tyj­czy­cy zaj­mo­wa­li nie­wiel­kie wy­brzu­sze­nie dłu­go­ści oko­ło 10 km i głę­bo­kie na nie­ca­łe 5 km. Wo­kół tego wła­śnie wy­brzu­sze­nia, na oko­licz­nych wzgó­rzach sie­dzie­li Niem­cy. Za po­mo­cą swych po­tęż­nych lor­ne­tek mar­ki „Ze­iss” mo­gli śle­dzić naj­mniej­szy ruch w re­jo­nie wy­brzu­sze­nia i ścią­gnąć ar­ty­le­rię, któ­ra z ko­lei ze swych po­zy­cji znaj­du­ją­cych się na przed­nich sto­kach oko­licz­nych wzgórz mia­ła do­sko­na­łe, sze­ro­kie pole ostrza­łu. Poza tym tak do­kład­ny wgląd w ru­chy prze­ciw­ni­ka spra­wił, że Bry­tyj­czy­cy nie byli w sta­nie ukryć swych przy­go­to­wań przed nad­cho­dzą­cą ofen­sy­wą, dzię­ki cze­mu Niem­cy dużo wcze­śniej mo­gli do­my­ślić się, że ich prze­ciw­ni­cy szy­ku­ją na­tar­cie.

Na do­miar złe­go wy­bra­ny te­ren był pod­mo­kły; zie­mie w tym re­gio­nie moż­na było upra­wiać głów­nie dzię­ki temu, że cały ob­szar po­prze­ci­na­ny był sie­cią ka­na­łów wod­nych i ro­wów me­lio­ra­cyj­nych, co i tak nie­wie­le po­mo­gło, po­nie­waż po trwa­ją­cych kil­ka dni opa­dach gli­nia­sta zie­mia za­mie­nia­ła się w grzą­skie bło­to. A po­nie­waż po­ziom wód grun­to­wych znaj­do­wał się dość płyt­ko pod po­wierzch­nią zie­mi, żoł­nie­rze nie mo­gli wy­ko­pać zbyt głę­bo­kich oko­pów. Niem­cy roz­wią­za­li ten pro­blem w ten spo­sób, że oto­czy­li wy­brzu­sze­nie sie­cią bun­krów i be­to­no­wych schro­nów. W ar­mii bry­tyj­skiej zde­cy­do­wa­nie jed­nak sprze­ci­wia­no się ta­kie­mu roz­wią­za­niu: ta­kie bez­piecz­ne kon­struk­cje mo­gły­by bo­wiem „zmniej­szyć chęć od­dzia­łów do na­tar­cia”.

Wszyst­ko prze­ma­wia­ło prze­ciw­ko roz­po­czę­ciu na­tar­cia. A więc za­ata­ko­wa­no.

Po stro­nie bry­tyj­skiej uży­to w cza­sie ata­ku nie­sa­mo­wi­tą ilość ar­ty­le­rii: co sześć me­trów wzdłuż li­nii fron­tu sta­ło ja­kieś dzia­ło. W kie­run­ku nie­miec­kich li­nii obron­nych wy­strze­lo­no mi­lio­ny po­ci­sków, ale oka­za­ło się, że be­to­no­we bun­kry nie zo­sta­ły pra­wie wca­le uszko­dzo­ne, gdy tym­cza­sem po­bocz­nym re­zul­ta­tem tak zma­so­wa­ne­go ostrza­łu sta­ło się to, że cała sieć ka­na­łów zo­sta­ła po­szat­ko­wa­na na strzę­py, znisz­cze­niu uległ też cały sys­tem od­pro­wa­dza­ją­cy wodę. Kie­dy więc za­czął pa­dać deszcz, cały te­ren za­mie­nił się w mo­rze bło­ta, w któ­rym uto­nę­ło ty­sią­ce ran­nych, a za­przęg kon­ny mógł znik­nąć pod wodą w cią­gu kil­ku mi­nut. Kom­pa­nie woj­ska bro­dzi­ły w wo­dzie i zni­ka­ły za po­tęż­ną ścia­ną desz­czu i w kłę­bach gę­ste­go dymu pro­cho­we­go, po czym w utwo­rzo­ną przez nie lukę po­sy­ła­no ko­lej­ne od­dzia­ły. Zni­kło też za­uro­cze­nie nie­bez­pie­czeń­stwem. Po pierw­sze dla­te­go, że owe nie­bez­pie­czeń­stwo sta­ło się co­dzien­no­ścią, nie­koń­czą­cą się i nie­prze­wi­dy­wal­ną. Po dru­gie dla­te­go, że nie­bez­pie­czeń­stwa były tak duże, że szan­se na prze­ży­cie dla wie­lu żoł­nie­rzy wy­da­wa­ły się być mi­ni­mal­ne.

Je­den z tam­tych żoł­nie­rzy na­zy­wał się Edwin Cam­pion Vau­ghan; na­le­żał do tych mło­dych męż­czyzn, któ­rzy po­szli na woj­nę z za­pa­łem w ser­cu i do­brą li­te­ra­tu­rą w ple­ca­ku. Po­rucz­nik, ma­ją­cy wte­dy 20 lat, za­brał ze sobą na front zbiór li­ry­ków prof. Fran­ci­sa Pal­gra­ve­sa pt. „The gol­den tre­asu­ry”. Pod ko­niec sierp­nia 1917 r. dy­wi­zja, w któ­rej słu­żył Vau­ghan, skie­ro­wa­na zo­sta­ła pod Lan­ge­marck nie­da­le­ko od Ypres; o godz. 1355 w po­nie­dzia­łek 27-ego sierp­nia jego ba­ta­lion otrzy­mał roz­kaz za­ata­ko­wa­nia jed­ne­go z nie­zdo­by­tych bun­krów nie­miec­kich zwa­ne­go „Spring­field”.

Na­tar­cie mia­ło nie­sa­mo­wi­cie krwa­wy prze­bieg. Ar­ty­le­ria nie­miec­ka otwo­rzy­ła ogień do­kład­nie w tym sa­mym mo­men­cie, w któ­rym z zie­mi pod­nio­sły się sze­re­gi żoł­nie­rzy. W cią­gu pię­ciu mi­nut więk­szość z nich zo­sta­ła tra­fio­na. Wkrót­ce też do­wód­ca ba­ta­lio­nu stra­cił kon­takt ze swy­mi na­cie­ra­ją­cy­mi żoł­nie­rza­mi, a Vau­gha­na wy­sła­no w stru­gach desz­czu, aby spraw­dził, co się sta­ło. W swo­im pa­mięt­ni­ku Vau­ghan opi­su­je, jak tro­chę da­lej na­tknął się na reszt­ki kom­pa­nii. Cho­ciaż od­gło­sy wy­bu­chów i strza­łów są tak ogłu­sza­ją­ce, że nie moż­na ni­ko­go prze­krzy­czeć, uda­je mu się ze­brać kil­ku żoł­nie­rzy. Ra­zem z nimi prze­su­wa się z tru­dem do przo­du wzdłuż dro­gi, mija punkt zwa­ny „Trój­ką­tem” i kie­ru­je się w stro­nę bun­kra:

„Szli­śmy nie­pew­nym kro­kiem po dro­dze, pod­czas gdy wo­kół nas świsz­cza­ły gra­na­ty. Za­trzy­mał się przede mną ja­kiś czło­wiek, a ja rzu­ci­łem w jego stro­nę w zde­ner­wo­wa­niu ja­kieś prze­kleń­stwo i po­pchną­łem go ko­la­nem. Wte­dy po­wie­dział do mnie ci­chym gło­sem: „Je­stem śle­py, sir”, po czym od­wró­cił się do mnie i po­ka­zał mi swo­je oczy i ślad po no­sie, któ­ry urwał mu gra­nat. „O Boże, prze­pra­szam” po­wie­dzia­łem. „Idź­cie w tam­tą stro­nę, tam jest twar­dy grunt”. Zo­sta­wi­łem go, a on w ota­cza­ją­cych go ciem­no­ściach ru­szył w od­wrot­nym kie­run­ku. Pod „Trój­ką­tem” ogień ar­ty­le­ryj­ski ze­lżał nie­co, a po­ci­ski prze­la­ty­wa­ły wy­so­ko po­nad na­szy­mi gło­wa­mi. Wszę­dzie wo­kół nas za­le­ga­ło peł­no za­bi­tych, a w le­jach po bom­bach le­że­li ran­ni, któ­rzy sto­czy­li się tam, żeby zna­leźć na dole schro­nie­nie. Wie­lu in­nych, któ­rzy byli zbyt sła­bi, żeby się ru­szyć, le­ża­ło tam, gdzie zo­sta­li tra­fie­ni, a kie­dy ich mi­ja­li­śmy, wy­da­wa­li z sie­bie okrzy­ki ‘hura’.”

Vau­ghan i kil­ku in­nych żoł­nie­rzy do­tar­li, mimo wszyst­kich prze­ciw­no­ści, aż do bun­kra. Oka­za­ło się, że jest pu­sty, ale do wy­so­ko­ści ko­lan za­la­ny śmier­dzą­cą wodą, w któ­rej ple­ca­mi do góry pły­wa­ły dwa cia­ła. Tym­cza­sem za­padł wie­czór, a kie­dy zde­spe­ro­wa­ny Vau­ghan da­wał swą la­tar­ką sy­gna­ły, pro­sząc o wzmoc­nie­nie i amu­ni­cję, usły­szał na­gle strasz­li­we dźwię­ki:

„Z ciem­no­ści do­bie­ga­ły mnie jęki i wy­cie ran­nych żoł­nie­rzy, sła­be, dłu­gie, łka­ją­ce wes­tchnie­nia, peł­ne bólu i roz­pa­czy krzy­ki. Ten aż nad­to bo­le­sny ob­raz prze­ma­wiał sil­nie do wy­obraź­ni, dzie­siąt­ki ran­nych żoł­nie­rzy czoł­ga­ło się po zbo­czach świe­żych le­jów po bom­bach, żeby zna­leźć w nich schro­nie­nie; woda za­czę­ła na­gle przy­bie­rać, a po­nie­waż nie mie­li sił, aby się ru­szać, po­wo­li w niej to­nę­li.”

Póź­nym wie­czo­rem Vau­ghan do­sta­je za­stęp­stwo i wra­ca na po­zy­cje zaj­mo­wa­ne przez swo­je wła­sne woj­sko, żeby zło­żyć ra­port w kwa­te­rze głów­nej swe­go ba­ta­lio­nu. W dro­dze po­wrot­nej za­trzy­mu­je się co ja­kiś czas, wy­cią­ga z le­jów ran­nych żoł­nie­rzy; nie­któ­rzy wrzesz­czą na nie­go i prze­kli­na­ją go, że nie chce im po­móc do­trzeć do ich od­dzia­łu, a je­den z ran­nych gro­zi na­wet, że go za­strze­li; Vau­gha­no­wi uda­je się jed­nak wy­rwać mu ka­ra­bin.

Wej­ście do bun­kra, w któ­rym znaj­du­je się kwa­te­ra sze­fa ba­ta­lio­nu, za­wa­lo­ne jest tru­pa­mi za­bi­tych żoł­nie­rzy, Vau­ghan musi więc wspiąć się na ten chwie­ją­cy się stos ciał, żeby do­stać się do środ­ka. Po­tem idzie na tyły, żeby zna­leźć sa­ni­ta­riu­szy. Nadal spa­da na nich deszcz gra­na­tów, ale w tej sy­tu­acji nie bar­dzo się tym przej­mu­je – dla okre­śle­nia tego sta­nu uży­wa okre­śle­nia „past ca­ring” -w ja­kiś cu­dow­ny spo­sób prze­cho­dzi nie­tknię­ty przez ścia­nę sta­lo­wych odłam­ków i dymu. Wkrót­ce oka­że się, że spo­śród 90 żoł­nie­rzy jego kom­pa­nii prze­ży­je tyl­ko 15. Je­dy­nym ofi­ce­rem, któ­ry wy­szedł z tego cało, był wła­śnie Vau­ghan7.

Tak to wy­glą­da­ło mniej wię­cej przez pół roku. Na­zwa­no to póź­niej ar­che­ty­po­wym przy­kła­dem ty­po­wej bi­twy okre­su I woj­ny świa­to­wej. W cią­gu ca­łe­go tego okre­su Bry­tyj­czy­kom uda­ło się po­ko­nać oko­ło 8 ki­lo­me­trów za cenę 150 ty­się­cy za­bi­tych. Opu­ści­li to miej­sce kil­ka mie­się­cy póź­niej.

Kie­dy Nash do­tarł do Ypres, trwa­ły tam już pierw­sze, pa­te­tycz­ne ata­ki. Pole bi­twy w tam­tym okre­sie – jak opi­sy­wał to je­den z na­ocz­nych świad­ków – wy­glą­da­ło jak „strasz­li­we po­bo­jo­wi­sko”. Zie­mia po­kry­ta była mnó­stwem le­jów wy­peł­nio­nych wodą, wie­le z nich po­łą­czy­ło się ze sobą two­rząc małe je­zior­ka bło­ta, przez któ­re moż­na było się prze­do­stać po wą­skich, na­gich ła­chach pia­sku. Wszę­dzie wi­dać było ty­po­we „śmie­ci woj­ny”: roz­bi­te wozy do trans­por­tu amu­ni­cji, po­rzu­co­ne po­jaz­dy, po­trza­ska­ną broń, amu­ni­cję, je­dze­nie, strzę­py ubrań, koń­skie tru­py i całe sto­sy za­bi­tych. A poza tym wszę­dzie do­oko­ła za­le­ga­ły prze­róż­ne przed­mio­ty, po­roz­rzu­ca­ne reszt­ki, zwa­lo­ne na kupę, w ka­wał­kach, zgni­łe, po­rdze­wia­łe, do­tknię­te trą­dem, jak zie­mia na któ­rej le­ża­ły. Cała oko­li­ca wy­wo­ły­wa­ła uczu­cie prze­ra­że­nia po­mie­sza­ne­go z obrzy­dze­niem. Pa­no­wał ogól­ny strach przed tym, że ktoś mógł­by wpaść do jed­ne­go z tych le­jów po bom­bach i za­chły­snąć się wy­peł­nia­ją­cym je aż po brze­gi zie­lo­no­bia­łym bło­tem, przy­po­mi­na­ją­cym nie­czy­sto­ści ka­na­li­za­cyj­ne, a na­wet uto­nąć w nich. Już sam kon­takt z wodą mógł wy­wo­łać pę­che­rze na cie­le, a to z po­wo­du gazu musz­tar­do­we­go, któ­rym Niem­cy spry­ska­li szczo­drze całą oko­li­cę.

Więk­szość żoł­nie­rzy oba­wia­ła się nie mniej tego wszyst­kie­go, co było nie­okre­ślo­ne, a co kry­ło się pod po­wierzch­nią wody. Na obec­ność tego „cze­goś nie­okre­ślo­ne­go” wska­zy­wał wi­dok ga­zów tru­pich albo czer­wo­no-bru­nat­nej cie­czy, któ­ra bul­go­ta­ła na po­wierzch­ni w nie­któ­rych miej­scach. Cho­dze­nie po gli­nia­stym bło­cie było dość ry­zy­kow­ne, po­nie­waż za­pa­da­ły się w nim sto­py. Je­śli noga nie za­pa­da­ła się głę­biej, to ist­nia­ło duże praw­do­po­do­bień­stwo, że pod spodem znaj­do­wa­ły się zwło­ki – cza­sa­mi z tru­pa ucho­dzi­ły ostat­nie bań­ki po­wie­trza, wy­da­jąc przy tym przej­mu­ją­cy dźwięk. Do­świad­czo­na oso­ba mo­gła wte­dy z ła­two­ścią roz­róż­nić, czy pod wodą le­żał za­bi­ty Nie­miec, czy Bry­tyj­czyk, po­nie­waż z nie­zna­nych wzglę­dów cuch­nę­li oni in­a­czej. Rzad­ko jed­nak uda­wa­ło się zna­leźć tro­chę cza­su, żeby się za­jąć zwło­ka­mi. Kie­dy więc po woj­nie Bry­tyj­czy­cy pró­bo­wa­li po­li­czyć swo­je stra­ty pod Ypres, oka­za­ło się, że za­gi­nę­ło 42 tys. żoł­nie­rzy; od­na­le­zio­no ich w po­sta­ci po­roz­rzu­ca­nych szcząt­ków ciał, choć czas zdą­żył po wie­lu la­tach ob­jeść je aż do ko­ści z god­no­ści, któ­ra za­war­ta jest w na­zwi­sku.

5.

Na­sho­wi z tru­dem pra­co­wa­ło się pod Ypres. Prze­szka­dza­ła mu woj­sko­wa biu­ro­kra­cja, mu­siał wiec wy­na­leźć wła­sny spo­sób, żeby móc do­stać się do tych miejsc, któ­re chciał zo­ba­czyć. Cza­sa­mi mu­siał na­wet gu­bić swe­go opie­ku­na. Do­dać do tego trze­ba jesz­cze za­gro­że­nie dla ży­cia. Od cza­su, jak usta­ły na­tar­cia i kontr­na­tar­cia, trwał nadal ostrzał ar­ty­le­ryj­ski, jak­by był to ja­kiś zły na­wyk. Żeby do­stać się na ja­kieś miej­sce, trze­ba było po­su­wać się wzdłuż na­mia­stek praw­dzi­wych dróg, któ­re znaj­do­wa­ły się pod cią­głym ostrza­łem. Szo­fer Na­sha – Ir­land­czyk z po­cho­dze­nia – był jed­nak do­brym kie­row­cą i zręcz­nie ma­new­ro­wał sa­mo­cho­dem mię­dzy spa­da­ją­cy­mi po­ci­ska­mi. Kie­dy do­cie­rał do li­nii fron­tu, sy­tu­acja nie sta­wa­ła się bez­piecz­niej­sza, a Nash wie­lo­krot­nie o włos unik­nął śmier­ci od spa­da­ją­ce­go po­ci­sku. Ale nie pod­da­wał się; uda­ło mu się wie­lo­krot­nie do­trzeć do miejsc, gdzie bi­twa trwa­ła w naj­lep­sze. Zil­le­be­ke, Pas­schen­da­ele, dro­ga na Me­nin, wzgó­rza Vimy. Nash był wstrzą­śnię­ty tym, co zo­ba­czył. „Wró­ci­łem wła­śnie dzi­siej­szej nocy z wi­zy­ty w szta­bie głów­nym bry­ga­dy znaj­du­ją­cym się na li­nii fron­tu” pi­sał w li­ście do żony 16 li­sto­pa­da 1917 roku „i do koń­ca ży­cia nie za­po­mnę tego wi­do­ku. Oglą­da­łem kosz­mar­ny kra­jo­braz, któ­ry bar­dziej przy­po­mi­nał opi­sy z Dan­te­go czy Poea niż tra­dy­cyj­ne kra­jo­bra­zy; było to nie do opi­sa­nia, wprost nie do opi­sa­nia”.

Dla wie­lu ro­man­ty­ków, ta­kich jak Nash, woj­na – jak już wspo­mnia­łem – ja­wi­ła się jako wy­ra­fi­no­wa­ny, es­te­tycz­ny przy­smak; co praw­da nio­sła z sobą śmierć, ale jed­no­cze­śnie nada­wa­ła nowy kształt dnio­wi i nową war­tość ży­ciu. Na ry­sun­kach, któ­re Nash wy­ko­nał przed zła­ma­niem że­ber, przy­ro­da w pa­ra­dok­sal­ny spo­sób uka­za­na jest w jesz­cze bar­dziej pięk­ny spo­sób, i to nie mimo, ale wła­śnie dzię­ki dzie­łu znisz­cze­nia. To wła­śnie za­gro­że­nie zmie­nia ży­cie w Ży­cie. Tym ra­zem jed­nak wy­da­rzy­ło się coś zu­peł­nie no­we­go. Świat opa­no­wa­ły siły, któ­re nie tyl­ko że za­gra­ża­ły ży­ciu kil­ku osób lub wie­lu oso­bom, ale mo­gły przy­nieść za­gła­dę wszyst­kie­mu i wszyst­kim; siły, któ­re nie pod­trzy­my­wa­ły ży­cia, ale je za­bie­ra­ły.

Cho­dzi­ło więc o dzie­ło znisz­cze­nia na ska­lę, któ­rej przed 1914 r. nikt nie mógł so­bie na­wet wy­obra­zić i któ­rej nikt nig­dy nie oglą­dał. Na po­cząt­ku li­sto­pa­da opo­wia­da­no na­wet, że kie­dy od­dzia­łom ka­na­dyj­skim po­su­wa­ją­cym się w stru­mie­niach rzę­si­ste­go desz­czu uda­ło się w koń­cu za­jąć je­den z naj­waż­niej­szych ce­lów – wieś Pas­chen­da­ele – żoł­nie­rze byli nie­zwy­kle zdzi­wie­ni. Oka­za­ło się bo­wiem, że wieś już nie ist­nia­ła. I nie cho­dzi o to, że znisz­czo­ne były domy, ogro­dy i bru­ko­wa­ne uli­ce. Ich po pro­stuw ogó­le nie było. Zni­kły. Po­zo­sta­ła tyl­ko nie­wiel­ka kupa gru­zów, zie­mi i po­trza­ska­nych ka­mie­ni wę­giel­nych. Je­dy­ną bu­dow­lą, któ­rą moż­na było jako tako zi­den­ty­fi­ko­wać, był ko­ściół. Na miej­scu, gdzie kie­dyś stał, po­zo­stał te­raz stos ce­gieł się­ga­ją­cy żoł­nie­rzom mniej wię­cej do pasa. I to wszyst­ko.

I w taki sam spo­sób, jak znisz­czo­no kul­tu­rę, tak samo znisz­czo­no przy­ro­dę. Nash był prze­cież ma­la­rzem pej­za­ży­stą, a tu na­gle oka­za­ło się, że nie ma jak na­ma­lo­wać przy­ro­dy. Tak oto pi­sał o tym w li­ście do domu:

„Ża­den ołó­wek ani ża­den ry­su­nek nie jest w sta­nie uka­zać tego wi­do­ku – na­tu­ral­ne­go oto­cze­nia, w któ­rym dzień za dniem, mie­siąc za mie­sią­cem roz­gry­wa­ją się bi­twy. Zło i ucie­le­śnio­ny dia­beł mogą same kie­ro­wać tą woj­ną i nig­dzie nie wi­dać na­wet śla­du Bo­skiej ręki. Wschód i za­chód słoń­ca są bluź­nier­stwem, są szy­der­stwem z czło­wie­ka; do tego kra­jo­bra­zu pa­su­je tyl­ko czar­ny deszcz, któ­ry w mro­ku nocy pada z po­strzę­pio­nych, na­pęcz­nia­łych chmur.”

Cho­ciaż Nash nie był prze­ko­na­ny co do moż­li­wo­ści od­da­nia tego, co zo­ba­czył, to przy­najm­niej pod­jął taką pró­bę. Dla­te­go też w póź­niej­szych cza­sach jego dzie­ła uzna­ne zo­sta­ną za naj­lep­sze ob­ra­zy woj­ny, ja­kie kie­dy­kol­wiek za­sta­ły na­ma­lo­wa­ne. Cie­ka­we jest to, że nig­dy przed­tem, ani nig­dy po­tem nie uda­ło się na­ma­lo­wać nic rów­nie do­bre­go.

Wią­zał się z tym sze­reg zbie­gów oko­licz­no­ści. Szok, ja­kie­go Nash do­świad­czył w chwi­li ze­tknię­cia się z praw­dzi­wą woj­ną na­peł­nił go wiel­ką ener­gią. Tak­że nie­bez­pie­czeń­stwa, ja­kich do­świad­czał na li­nii fron­tu, wpły­nę­ły na jego pra­ce w spo­sób nie­ocze­ki­wa­ny. Nie mógł już ze zro­zu­mia­łych wzglę­dów tak jak przed­tem pra­co­wać po­wo­li i pie­czo­ło­wi­cie nad swo­imi po­my­sła­mi, tyl­ko mu­siał ogra­ni­czyć się do szyb­kich szki­ców wy­ko­ny­wa­nych ołów­kiem. Dzię­ki temu na jego ob­ra­zach nie ma sztucz­no­ści, zni­kła sama z sie­bie, na­to­miast w spo­sób wy­raź­niej­szy wy­stę­pu­ją na nich mo­ty­wy naj­waż­niej­sze, za­sad­ni­cze.