69,00 zł
Pierwsza tak pełna biografia króla Szwecji Karola X Gustawa. To nie tylko życiorys monarchy, który najechał Rzeczpospolitą rozpoczynając "potop", ale także próba ukazania szerokiego obrazu całej epoki we wszelkich przejawach jej życia. Narracja Englunda w pasjonujący sposób przenosi czytelnika w sam środek historycznych wydarzeń.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 905
Ku pamięci pewnego chłopca, który zmarł na moich oczach w Kart-e Se, w Kabulu,około godziny 10.00dnia 14 marca 1996 roku.
Tytuł oryginału: Den oövervinnerlige
Tłumaczenie: Wojciech Łygaś
Autor map: Martin Ek, Eken produktion
Ilustracje: z dzieł XIX-wiecznych
Redakcja: Piotr Trafiłowski, Witold Biernacki, Andrzej Ryba
Rysunek na okładce: © Jarosław Wróbel
All rights reserved
Copyright © Copyright: © Peter Englund 2000
Copyright © Bokförlaget Atlantis AB 2000
Copyright © for Polish edition FINNA
Oryginalna wersja książki wydana została w Szwecji przez wydawnictwo Bokförlaget Atlantis, Stockholm
Książka dofinansowana przez Svenska Institutet
ISBN 978-83-62913-92-3
Wydanie I w języku polskim
Gdańsk 2004
Oficyna Wydawnicza FINNA
80-752 Gdańsk, Dziewanowskiego 5/6
tel: 603 892 042
email: finna@finna.com.pl
Skład wersji elektronicznej:
Virtualo Sp. z o.o.
Po raz kolejny muszę rozpocząć od wstępu, który będzie wyglądał tak, jakbym chciał się usprawiedliwić. Cały projekt związany z napisaniem tej książki rozpocząłem przed dziesięcioma laty1, w naiwnej mieszance entuzjazmu i niedoceniania ogromu zadania. Entuzjazmu odnoszącego się do chęci ujęcia w jednym opracowaniu całej epoki nie muszę chyba wyjaśniać; jest to marzenie wielu historyków, którzy działają w dzisiejszych czasach, a którzy poddani są tyranii specjalizacji. Trudniejsze do zrozumienia jest natomiast niedocenianie przeze mnie stopnia złożoności całego zadania. Być może należałoby to wiązać ze wspomnianym wcześniej entuzjazmem, które to uczucie może uczynić człowieka odważnym i ślepym.
Nie jest to jednak – jak już wspomniałem – próba usprawiedliwienia się przed czytelnikiem, tylko swego rodzaju wytłumaczenie. Niniejsza książka jest bowiem niezależną kontynuacją poprzedniego mojego utworu pt. „Lata wojen”, napisanego w 1993 roku. Oczywiście, w miarę upływu lat stawałem się coraz bardziej krytyczny, ponieważ epoka, którą ukazuję w niniejszej pracy – lata 50. XVII wieku – okazywała się stopniowo o wiele bardziej złożoną i trudną do zrozumienia, niż gotów byłem na początku przyznać. Inna istotna komplikacja polegała na tym, że, podobnie jak w „Latach wojen”, starałem się unikać sztucznych ograniczeń i krótkowzroczności, tak typowej dla zabarwionego nacjonalistycznym podejściem opisywania historii. Tym razem oznaczało to, że z konieczności musiałem zagłębić się w siedemnastowieczną historię Europy Wschodniej, a zwłaszcza historię Polski. Utwór pisałem ze szwedzkiej perspektywy – i było to słuszne podejście, jak zdążyłem się zorientować po reakcjach, jakie dotarły do mnie po wydaniu „Lat wojen” w Niemczech i w Czechach. Uważam zarazem, że jest rzeczą niemożliwą zrozumienie ważnych i mniej ważnych zdarzeń rozgrywających się w XVII wieku, jeśli autor zajmuje się tylko dziejami własnego kraju i zgadza się na to, aby istnienie granic narodowych w dzisiejszym kształcie było najważniejszą zasadą organizującą porządek świata.
Muszę także przyznać, że istniała osoba, z którą miałem spore trudności: Karol X Gustaw, który – co może wydać się dziwne – mimo swego wielkiego znaczenia nigdy nie stał się bohaterem spójnego dzieła biograficznego. Stoi to w sprzeczności z wieloma utworami poświęconymi jego poprzednikom i następcom na tronie (powodem tego może być fakt, iż jego bez wątpienia atrakcyjna osobowość i nie mniej interesujący sposób prowadzenia polityki, nie dały się tak łatwo wykorzystać to tworzenia bohaterskich eposów albo zabarwionej nacjonalizmem panegiryki). Starałem się w jakiś sposób wypełnić tę lukę, choć muszę zaznaczyć, że biografia króla zawarta w tej książce ukierunkowana jest bardziej na jego działania w zakresie wielkiej polityki, a mniej odnosi się do jego prywatnego życia. Kontynuuję tu także opowieść o wędrówkach Erika Dahlbergha przez siedemnastowieczny świat, choć ostrzegam, że postać ta pojawi się w książce dopiero w siódmym rozdziale. Dlatego też to sam czytelnik musi zdecydować, kim jest ów „człowiek żyjący w samym środku epoki szwedzkiej mocarstwowości”.
Pytanie to pojawiło się oczywiście w mojej własnej głowie. Czy rzeczywiście można tak postępować? Siedzieć sobie w 2000 roku i pisać książkę o królach, o nędzy minionych lat i dawno zapomnianych bitwach? Czy istnieje jakiś powód, dla którego winniśmy powracać do tamtego życia i do owego fragmentu dziejów? No cóż, zawsze kusiło mnie to, co działo się w przeszłości; mimo wszystko jestem historykiem i wykładam na uczelni, w związku z czym jestem zainteresowany postaciami i zdarzeniami, które znikły w pomroce dziejów za sprawą postępu albo nowych trendów. Jest rzeczą oczywistą, że stoimy w obliczu dziedziny, która stopniowo zanika w naszej świadomości: nie prowadzi się już bowiem jakichś konkretnych badań naukowych odnoszących się do wszystkich skomplikowanych zmian, jakie dokonywały się w latach 50. XVII wieku (jest też rzeczą niezwykle wymowną, że w ostatnich latach zmarło trzech wybitnych znawców owej epoki). Łatwo można dziś znaleźć zawodowych historyków szwedzkich, mających dość mętne pojęcie o tym, co działo się w tamtej dekadzie, kiedy to północno – wschodnią Europę ogarnął pożar, który już na zawsze dokonał w owych krajach nieodwracalnych zmian.
Być może zjawisko to jest nieuniknione. Może przyszli specjaliści od historii XX wieku, żyjący w przyszłym świecie, również będą mieć blade pojęcie o tym, kto z kim walczył i dlaczego w świecie dzisiejszym. Zapomną o ofiarach i o sprawcach. Wielu z nich będzie sobie na przykład zadawać pytanie, po co zajmowaliśmy się tak bardzo tymi wszystkimi skomplikowanymi konfliktami na Bałkanach. Trzeba jednak wskazać na to, że to milczenie ma charakter typowo szwedzki. W sąsiednich krajach – Danii i Polsce – dawne wspomnienia żyją nadal. Ciągle kuszą one badaczy do pisania monograficznych opracowań i do zagłębiania się w akademickie debaty. Ja sam ciągle jeszcze jestem nastawiony do historii w tak materialistyczny sposób, że uważam, iż tak szybkie i całkowite porzucenie przez szwedzki świat naukowy zagadnień związanych z historią polityczną jest sprawą dość dziwną (jest to częściowo spowodowane tym, że współczesna historia naszego kraju rozwija się w tak niedramatyczny sposób: ktoś, kto oglądał wojnę na własne oczy, nie może absolutnie bagatelizować tego zjawiska). Uważam także, że brak szwedzkiej historii politycznej sprawił, iż jesteśmy gorzej przygotowani do zrozumienia różnych wielkich i gwałtownych procesów, rozgrywających się wokół nas we współczesnym świecie, zwłaszcza, iż zgadzamy się na to, aby wyjaśnienie tych zjawisk pozostawić w gestii terapeutów od osobowości i badaczy hormonów.
W każdym razie uważam, że jest to wstrząsająca i potworna sprawa, często wtłaczana w niemożliwy do objęcia sposób w podręczniki naukowe i zawarte w nich skomplikowane wywody. Warto ją jednak opowiedzieć w całości, oby po raz ostatni.
Pracy tej poświęciłem sporo czasu i jest to najobszerniejszy projekt, którym się zajmowałem. Wspomagało mnie przy tym na różne sposoby wiele osób, które chciałbym tutaj wymienić. Wielkie dzięki dla Kristiana Petri, Oli Larsmo, Jana Eklunda i Hansa-Jörgena Riis – Jensena, a także dla Jose Tomasa za inspirację. Dziękuję Janowi Schmidtowi, Ingvarowi Erikssonowi, Magdalenie Rönström, Birgitcie Folkesson, Knutowi Svenssonowi, Olle Svangårdowi, Lennartowi Karlssonowi, Lenartowi Olanderssonowi, Svenowi Gustavssonowi i Nilsowi Frederikowi Hjelmqvistowi, a także Ance Englund. Dziękuję moim kolegom z Uniwersytetu w Uppsali, zajmującym się historią XVII wieku, którzy udzielili mi swego wsparcia. Są to: Gudrun Andersson, Stellan Dahlgren, Åsa Karlsson, György Novaky, Rolf Torstendahl i Henrik Ågren. Dziękuję naukowcom z innym krajów, miast i uczelni, takim jak: Józef Lewandowski, Arthur Sehn, Tadeusz Wasilewski i Ivo Asmus. Dziękuję osobom zatrudnionym w wydawnictwie „Atlantisbok”, które wykonały wspaniałą robotę – Marii, Josefinie, Lennartowi i Hassemu, a zwłaszcza Christerowi za styl, Stinie za ciężką pracę, a Kjellowi za cierpliwość. Martin Ek po raz kolejny ozdobił moją książkę swymi mapami.
Dwie osoby zasługują jednak na moje szczególne podziękowania. Jedną z nich jest docent Arne Stade, który wcześniej stał na czele projektu nazywanego „Carl Gustaf – projektet”, prowadzonego w Wyższej Szkole Wojskowej (Militärhögskolan). Dzielił się on szczodrze ze mną swoją wiedzą i zawartością swego archiwum. Odszedł jednak od nas na zawsze, zanim ukończyłem tę książkę (Arne Stade i inni historycy zaangażowani w ten projekt – między innymi Lars Tersmeden, Rainer Fagerlund, Jussi Lappalainen, Jonas Hedberg, Finn Askgaard i Arne Odd Johnsen – wykonali w latach 60-tych pracę badawczą, za sprawą której najczęściej nie spływały na nich żadne splendory, ale która, ze względu na swą zawartość, stanowi dla nas dzisiaj nieocenione źródło wiedzy dla dalszych badań i dla tej książki).
Drugą osobą jest Michał Kopczyński z Uniwersytetu Warszawskiego, który nie tylko umożliwił mi zapoznanie się z trudno dostępnymi polskimi materiałami, ale także był moim przewodnikiem i miłym towarzyszem podróży w czasie moich wizyt w Polsce, naszym wielkim sąsiedzie po drugiej stronie Bałtyku.
Kończenie jakiejś książki wywołuje zawsze pewien nastrój melancholii, zwłaszcza wtedy, jeśli jej pisanie zabiera tak dużo czasu i pochłania tak wiele myśli. Mimo, iż praca trwała tak długo – choć czasami wydaje mi się, że dzięki temu – nie mogę pozbyć się pewnych wątpliwości… przeszłość można porównać do przedmiotu zanurzonego w wodzie: jest tam, ale w pewnym oddaleniu, nieuchwytna. Jej kontury są niewyraźne i płynne. Czy kiedykolwiek uda nam się zrozumieć ludzi, którzy żyli w tamtej epoce? Być może nie. Należy jednak podjąć taką próbę. Bo jakże moglibyśmy mieć inaczej nadzieję, że sami zostaniemy zrozumiani przez tych, którzy przyjdą po nas? Bo tymi, jakimi jesteśmy dziś, byli także i oni; a tym, kim są oni, wkrótce będziemy i my.
Napisane w samotności,
o zachodzie słońca, w Rasbo,
dnia 30 maja 2000 r
P.E.
Czas to rzeka, która porywa mnie z sobą, ale to ja jestem rzeką; Jest ona jak tygrys, który rozrywa mnie na strzępy, ale to ja jestem tygrysem;
Jest ogniem, który mnie pochłania, ale to ja jestem ogniem.
Jorge Luis Borges: „Nueva refutacion del tiempo”, 1947
Ci, co walczą o wolność, to ci sami, którzy zakuwają ją w łańcuchy i okowy. Ci, którzy uważają, że walczą za ojczyznę, to nie rzadko ci sami, którzy ją rabują i niszczą.
Georg Stiernhielm:„Lycksalighetens äreprakt“, 1650.
Nigdy nie poznamy jego imienia. Wiemy tylko, że był Szwedem, dosyć otyłym i zupełnie nagim. No i już nie żył.
Działo się to gdzieś w połowie sierpnia, w porze roku, kiedy czuć już zbliżającą się jesień. Należał do dużego konwoju, który wpadł w zasadzkę. Ci, którym udało się stamtąd uciec, ukryli się w okolicznych lasach lub na bagniskach, ale wytropili ich miejscowi chłopi i wybili jednego po drugim. Inni próbowali uniknąć swego losu, uciekając do niewielkiego miasteczka położonego w pobliżu, ale tylko po to, aby stać się ofiarą linczu miejscowej ludności. Jednak większość Szwedów padła na placu boju, kiedy zaatakowały ich przeważające siły wroga. On był jedną z ofiar. W którymś momencie, kiedy jeszcze trwała ta krótka potyczka, otrzymał cięcie szpadą w poprzek brzucha, które miało tak dużą siłę, że nie tylko przecięło ubranie, skórę i żółtawe warstwy tłuszczu, ale także rozpruło mu jelita. Upadł na ziemię. Życie musiało ujść z niego w ciągu paru minut. A kiedy walka dobiegła już końca, zwycięzcy zabrali jak zwykle wszystko, co miało jakąkolwiek wartość: wozy, konie, broń, ubrania zabitych. Także jego ubranie.
Rabunek trupów dobiegł prawie końca. Jeden z chłopów przechodził właśnie koło jego zwłok. Leżały one na ziemi, z powalanymi od brudu włosami i wywleczonymi na wierzch wnętrznościami. Wzrok chłopa spoczął przez chwilę na czerwonej ranie na brzuchu zabitego, powstałej na skutek cięcia. Nagle coś błysnęło we wzdętych jelitach. Schylił się z zaciekawieniem i zobaczył złotą monetę. Zaczął grzebać w rozprutym brzuchu i znalazł ich więcej. Był to stary, żołnierski sposób: przed niebezpieczną bitwą żołnierze połykali czasami swoje najcenniejsze monety. Gdyby dostali się do niewoli, mogli stracić wszystko, co mieli ze sobą lub na sobie, ale połknięty skarb był bezpieczny, bo po jakimś czasie wracał do właściciela w naturalny sposób. Pod warunkiem, że nadal żył.
Chłop szukał gorączkowo dalej, aby – jak opowiadał jeden ze świadków – „nie ubiegli go inni; w jednych zwłokach znajdował złoto, w innych tylko przetrawioną papkę”. Na sam koniec wszystkie ciała były porozcinane, jelita powyciągane i porozciągane na całą swą długość, i dokładnie przeszukane. A kiedy skończyli już z trupami, podeszli do jeńców2.
Można dojść tutaj do niesłusznego wniosku, że w opisie tych scen chodzi głównie o pokazanie, co wojna może zrobić z ciałem zabitego i ze zmysłami żyjących. Tymczasem jest to raczej obraz sił napędzających wojnę i związków chemicznych sprawiających, że w określonej sytuacji człowiek zdolny jest do wywlekania złotych monet z ludzkiego kału. A poza tym na widok tego zdarzenia rodzi się natrętna myśl, że ktoś musiał przecież potem te monety wyczyścić do połysku.
Czasami dochodzi do zdarzeń, które dzielą historię na to, co „przed” i na to, co „potem”. Ta wojna była właśnie jednym z takich zdarzeń: w radykalny sposób miała zmienić ludzi, którzy ją wywołali, narody, które ją przeżyły i państwa, które zostały nią dotknięte.
A doszło do niej za sprawą czegoś, co z początku wyglądało na nic nie znaczące zdarzenie. Bo jak to już wcześniej bywało, chodziło o coś, co łatwiej dało się wytłumaczyć, kiedy już było po wszystkim, niż w trakcie, kiedy się działo. Na początku konflikt wyglądał na jakąś lokalną awanturę w południowo – wschodniej Europie, ale ku zdumieniu wszystkich rozrósł się on, rozgałęził i narastał, stopniowo i nieprzerwanie rozlewał się w kolejne strumyki i potoki, aż w końcu pociągnął za sobą i wchłonął nie tylko Ukrainę, Polskę, Litwę i Rosję, ale także Mołdawię, Wołoszczyznę, Transylwanię, Brandenburgię, Austrię, Szwecję, Finlandię, Kurlandię, Inflanty, Danię, Norwegię, Holandię i Anglię. W pewnej chwili powstało nawet ryzyko, iż rozszerzy się na Hiszpanię, a nawet na Karaiby. Ciąg tych wszystkich zdarzeń miał w efekcie doprowadzić do upadku drugiej potęgi europejskiej, podczas gdy inna potęga, jedna z najstarszych na kontynencie, znalazła się na granicy zagłady.
Z drugiej strony, w całym tym łańcuchu zdarzeń i okoliczności nie było nic niezwykłego lub szczególnego. Łańcuch… Jeżeli chcemy zrozumieć to, co się zdarzyło, musimy przestać patrzyć na historię w sposób całościowy, a zwłaszcza na tę historię, która składa się z logicznego pasma przyczyn i skutków, gdzie „a” pociąga za sobą „b”, gdzie „p” wpływa na „q”, gdzie dziadek za rzepkę, babcia za dziadka. Ale chyba lepszym porównaniem będzie tkanina, składająca się z nitek zdarzeń i struktur, z pojedynczych postaci i dużych zbiorowości, z zamiarów i z nie podjętych decyzji, z jasnych obrazów i oczywistych nieporozumień, które często współistnieją ze sobą w zupełnie nieprzewidziany sposób.
Tak było na przykład z Bohdanem Chmielnickim i powstaniem na Ukrainie.
Ukraina wchodziła w tamtych czasach w skład potężnej Rzeczpospolitej. Władze rządzące tym wielkim organizmem, a tym bardziej władze sąsiadujących z nią krajów, musiały chyba zareagować ze złością i wzburzeniem, kiedy na początku 1648 roku nadeszła wiadomość, że Kozacy zamieszkujący południową część prowincji po raz kolejny wzniecili powstanie. Napisałem „po raz kolejny”, ponieważ Kozacy od wielu już lat okazywali swe niezadowolenie: do ostatnich buntów dochodziło w latach 1625, 1630, 1635 i 1637, a najpoważniejsze niepokoje miały miejsce w 1638 roku. Jednak rzadko zdarzało się, aby kręgi rządzące zareagowały na to czymś innym niż tylko oznakami zniecierpliwienia. Tak się bowiem składa, że Kozacy co prawda regularnie podnosili bunty, ale również z taką samą regularnością byli ujarzmiani: czasami z trudem, ale zawsze brutalnie. Z okresami pokoju szły w parze niepokoje, ponieważ Ukraina była prowincją nadgraniczną. Stała się stopniowo terenem walk, podczas których Rzeczpospolita, Tatarzy, Rosja i imperium osmańskie ścierały się ze sobą; w taki sposób Ukraina stała się sceną napadów, wypraw łupieżczych, ekspedycji karnych i wszelkiego innego bezprawia na wielką skalę. Tym razem rozwój wypadków doprowadził do większych wstrząsów, niż lokalna ludność była w stanie wytrzymać.
Pierwsze doniesienia na temat powstania były niejasne.
Na jednej z wysp leżących w dolnym biegu Dniepru znajdowała się silna twierdza – Sicz, obsadzona przez oddział Kozaków będących w służbie polskiego króla. W tym odległym zakątku Ziemi doszło do buntu, w wyniku którego usunięto z funkcji dowódcy wiernego królowi pułkownika. Na czele oddziału stanął pewien chłop, który zgromadził wokół siebie więcej Kozaków, prawdopodobnie po to, aby ruszyć na kolejną wyprawę łupieżczą na przygraniczne tereny należące do imperium osmańskiego. Był to więc bardziej problem o charakterze międzynarodowym niż problem wewnętrzny. Jednak pod koniec lutego sprawa przybrała zupełnie inny obrót. Najpierw okazało się, że buntownicy nie mieli wcale zamiaru doprowadzić do rozpoczęcia kolejnej prywatnej wojny skierowanej przeciwko swym odwiecznym wrogom, to znaczy Tatarom krymskim. Wprost przeciwnie. Wbrew wszelkim oczekiwaniom, połączyli się z nimi: oddziały tatarskie zdążyły już przekroczyć granicę i przyłączyć się do buntowników. Potem nadeszła kolejna wiadomość o tym, że oddział, który hetman Mikołaj Potocki wysłał na Sicz, został rozbity. Całe to przedsięwzięcie pod względem siły liczebnej, postawy i zachowania przypominało raczej akcję policyjną przeprowadzoną po to, aby dać nauczkę kilku zbuntowanym Kozakom. Najpierw odmówili posłuszeństwa Kozacy, którzy wchodzili w skład oddziału karnego; jego reszta została otoczona i zniesiona pod Żółtymi Wodami. Dowódca, syn hetmana Potockiego – Stefan, śmiertelnie ranny dostał się do niewoli3.
Wtedy sam hetman stanął na czele największej liczby żołnierzy, jaką był w stanie zebrać. Były to wojska kwarciane wchodzące w skład armii koronnej, wzmocnione kilkoma tysiącami ludzi pochodzącymi z oddziałów wystawionych przez innych magnatów. W sumie miał do dyspozycji około 5500 żołnierzy. Na ich czele ruszył na południowy wschód, zdeterminowany, aby jak najszybciej położyć kres całej tej krotochwili. Ale i ten oddział został pobity. Rozeszły się słuchy, że otoczono go i wzięto do niewoli pod Korsuniem w połowie maja4. Stało się jasne, że tym razem nie był to jakiś tam bunt. A ten, który stał na jego czele, nie był zwykłym chłopem.
Nazywał się Bohdan Chmielnicki, miał ponad 50 lat i był Kozakiem; niskim, tęgim, o dużym poczuciu humoru, ze sporym doświadczeniem wojskowym. Znał kilka języków5 i należał do drobnej szlachty ukraińskiej. Kiedyś uczęszczał do kolegium prowadzonego przez jezuitów, ale pozostał przy wyznaniu greckokatolickim, tak jak jego przodkowie. Z biegiem lat osiągnął pewną pozycję, a Kozacy powierzyli mu kilka poufnych misji. Nie była to więc żadna specjalnie wielka kariera, ale wystarczyła ta, aby przysporzyć Chmielnickiemu wrogów wśród tych spośród polskich magnatów, którzy sprawowali kontrolę nad całą Ukrainą i byli właścicielami sporej jej części. W 1638 roku. Chmielnicki brał udział w najważniejszym buncie, do jakiego wtedy doszło6. Klęska powstania doprowadziła do tego, iż – jak wielu innych Kozaków zajmujących wysokie stanowiska – został zdegradowany7 i zyskał sobie nowych wrogów. Przez chwilę wydawało się, że wszystko ułoży się lepiej, ale pod koniec lat czterdziestych popadł w spór z jednym z miejscowych szlachciców. Prawdziwa przyczyna tego konfliktu okryta została wkrótce tajemniczą mgiełką, składającą się z opowieści i romantycznych legend, które w tamtych czasach opiewały narodowych zbójników i przywódców powstań; wydaje się, że ów doszedł w pewnej chwili do wniosku, że Chmielnicki naruszył jego monopol alkoholowy, w wyniku czego szlachcic dokonał najazdu na posiadłości Chmielnickiego, podczas którego śmierć poniósł syn właściciela. Wiemy też na pewno, że Chmielnicki ruszył do Warszawy, aby w sądzie dochodzić sprawiedliwości, ale nic tam nie zdziałał, a kiedy wrócił do swych dóbr, czekał tam na niego już ów szlachcic, który kazał Chmielnickiego zamknąć w więzieniu, po czym zarekwirował całe jego mienie.8 Z pomocą kilku przyjaciół udało się Chmielnickiemu wydostać na wolność. Z obawy o swe życie i rozwścieczenia na to, co mu zgotował los, skierował się na południe Ukrainy, na Sicz. Niedługo potem nad stepem załopotała flaga buntowników.
Chmielnicki zarówno pod względem postawy, jak i charakteru ukształtowany został przez tryb życia, jaki pędził w niespokojnych, pełnych brutalności czasach w rejonach nadgranicznych. Gdyby był tylko inteligentny, charyzmatyczny i bezwzględny, stałby się prawdopodobnie jednym z wielu bohaterskich, ale tragicznych buntowników; po jakimś czasie skazano by go na łamanie kołem, a niedługo potem zapomnieliby o nim wszyscy z wyjątkiem ptaków na niebie i kilku dociekliwych historyków, żyjących w przyszłości. Ale posiadł on również take cechy jak: zdolności organizacyjne, chłonny umysł i talent do polityki. Nauczony doświadczeniem, jakie wyniósł z jednego z nieudanych buntów, zrozumiał, że powstanie, aby odniosło sukces, należy wywołać tylko wspólnie z jakimiś sojusznikami. W przeciwieństwie do swych poprzedników, Chmielnicki szukał ich, gdzie tylko się dało. I miał szczęście. Tatarzy i Rzeczpospolita nigdy nie darzyli się zbyt dużą miłością, a właśnie wtedy ich wzajemne stosunki bardzo się ochłodziły. Dlatego bez trudu udało mu się namówić chana krymskiego Islama Gireja, aby ten wsparł powstanie swymi własnymi oddziałami. I to prawdopodobnie uratowało buntowników od klęski.
Po zwycięstwie pod Korsuniem, Chmielnicki i jego najbliżsi zwolennicy odkryli nagle, i to ku swemu zdumieniu i nie bez niepokoju, że ich bunt zaczął rozszerzać się w niekontrolowany sposób, aż stał się czymś poważniejszym i nieprzewidzianym: rewolucją socjalną. I tak oto ze wszystkich buntów i rewolucji, do jakich doszło w XVII wieku, właśnie ta miała stać się największą, i obok angielskiej – o najpoważniejszych skutkach.
Sprawą o wiele bardziej zdumiewającą niż przerodzenie się buntu w rewolucję było tempo, w jakim państwo polskie traciło kontrolę nad Ukrainą. Wiosną niepokoje rozszerzały się z powiatu na powiat. I zawsze odbywało się to według podobnego scenariusza: chłopi pańszczyźniani i wszyscy inni, którzy jęczeli pod ciężarem jarzma i nie posiadali żadnych przywilejów, łączyli się, aby ruszyć do ataku; ich ofiarą padali najpierw posiadacze ziemscy i ich rodziny, a wkrótce potem także wszyscy ci, których słusznie czy niesłusznie utożsamiano z polskimi rządami: katoliccy księża, mieszczanie, a przede wszystkim Żydzi. Z kręgów pozostających najbliżej Chmielnickiego kierowano w stronę zwolenników powstania pewien rodzaj agitacji, ale sam przywódca buntu nie miał zbyt wielkiej kontroli nad tym, co się działo. Watahy zbrojnych i luźne bandy uzbrojonych Kozaków nie potrzebowały żadnych rozkazów ani nie pytały nikogo o pozwolenie, tylko rozlały się po całej prowincji. Na Ukrainie zapanował całkowity chaos; płonęły magnackie posiadłości, rabunki i samosądy stały się rzeczą codzienną. Powstania ludowe w tamtych czasach to okrutne widowiska, które nie miały nic w spólnego z romantycznymi opowieściami, jakie później na ich temat powstały. Stopień zdesperowania i brak innych rozwiązań znalazły ujście w przemocy, która często bywa ślepa, czasami bezsensowna, ale zawsze brutalna. To, co zdarzyło się tamtego lata na Ukrainie, nie należało do żadnych wyjątków.
Po klęsce armii koronnej pod Korsuniem, na Ukrainie nie było już żadnych wojsk polsko-litewskich9. Buntownikom stawiała jeszcze słaby opór prywatna armia wystawiona przez Jeremiego Wiśniowieckiego10. Kiedy rozpoczęło się powstanie, Wiśniowiecki znajdował się na wschodnim brzegu Dniepru, ale bardzo szybko udało mu się zgromadzić wokół własnej osoby sporo luźnych oddziałów, a także wielu przerażonych sąsiadów szlachciców i Żydów. Na czele całej tej zbieraniny ruszył na zachód, w stronę bezpieczniejszych rejonów. A kiedy tak szli długie dni przez płonący, nieprzyjazny kraj, Wiśniowiecki, kierując się zasadami prostej, acz okrutnej logiki, odpowiadał na okrucieństwa Kozaków i chłopów własnym terrorem, nakręcając tym samym jeszcze bardziej spiralę przemocy i brutalności. W jakimś innym regionie inny magnat rozkazał wymordować wszystkich zbuntowanych chłopów wziętych do niewoli, z wyjątkiem nielicznych, których wypuścił po uprzednim odrąbaniu im prawej ręki.
Do regularnych potyczek i starć dochodziło w różnych miejscach11, ale dla większości rzeczywistych lub wydumanych wrogów zbuntowanych chłopów, ucieczka wydawała się być jedynym rozwiązaniem. Pogłoski o straszliwych masakrach i groteskowych aktach okrucieństwa szerzyły się na całej Ukrainie. Nie wszystko nosiło znamiona prawdy, jak na przykład opowieści o tym, jakoby buntownicy rozpruwali swym przeciwnikom brzuchy, aby zaszyć w nich żywe koty, albo o dzieciach smażonych na ruszcie jak prosięta, czy o matkach, które zmuszano, aby potem jadły swe własne, usmażone potomstwo. W takich sytuacjach na trzeźwą ocenę tych historii mogli pozwolić sobie tylko nieliczni. Zazwyczaj to, co było pewne, uważano za niepotwierdzone; wielu przyłączało się więc do długich kolumn uciekinierów i ciężko załadowanych wozów, od których roiło się na drogach wiodących na zachód. Wyglądało to jak wielka wędrówka ludów. Pewnego dnia pod Ostrogiem pojawiła się niekończąca się rzeka ludzi, o szerokości trzech jadących obok siebie wozów i na milę12 długa, która bardzo powoli toczyła się przed siebie: ludzie opróżniali w panice swe wozy z załadowanego na nie dobytku, aby tylko móc poruszać się szybciej. Po jakimś czasie cała droga i położone przy niej pola zasłane były masą wyrzuconych, nikomu niepotrzebnych przedmiotów: książek, sprzętów kuchennych, poduszek, ubrań, rozbitych wozów oraz zagubionych dzieci. Pod Pińskiem jedna z takich kolumn została rozproszona przez Kozaków, a na otwartym polu rozegrało się okrutne polowanie, kiedy to małe grupki napastników rzucały się na przechylone wozy, wyrzucały z nich na ziemię śmiertelnie przerażonych uciekinierów, dobijając ich pchnięciem albo cięciem szabli.
Ci, którzy postanowili zostać, albo którym nie pozwolono wyjechać, stawali się obiektem ataków. Osoby, uznane przez powstańców za wrogów, kozły ofiarne albo za upatrzone ofiary, mieszkali najczęściej w małych miasteczkach. Do masakr doszło w ponad 300 miejscach. Wymordowano tysiące ludzi. Ataki przybierały przeróżne formy. W niektórych miastach mordowano tylko mężczyzn, starców i chorych; kobiety oszczędzano, ale stawały się one potem ofiarami gwałtów lub też zmuszano je do zamążpójścia wbrew ich woli; czasami łączone oba te akty przemocy. Małżeństwom odbierano dzieci i oddawano je ukraińskim rodzinom; szlachta, rabini żydowscy i inne, wysoko postawione osoby, musiały za swe życie lub wolność zapłacić okup. Niekiedy pojmanym Żydom darowywano życie pod warunkiem zaparcia się swej wiary; innych uprowadzali Tatarzy, aby sprzedać potem jako niewolników na jakimś azjatyckim targu. Bywało, że nie okazywano żadnego miłosierdzia i przebaczenia, a rozwścieczony tłum mordował wszystkich bez wyjątku: wysokich i niskich, kobiety i mężczyzn, dzieci i starców (stopień upojenia alkoholem bywał w takich przypadkach zazwyczaj wysoki). Powszechną metodą stało się zamykanie Żydów i innych znienawidzonych osób w synagogach, które następnie podpalano. Często, kiedy liczba jeńców zbytnio przewyższała liczbę oprawców, uciekano się do masowego topienia ofiar. Powszechnie stosowano tortury. Czasami jednak nawet pospólstwo zaprzestawało masakry, zmęczone widokiem krwi. W Tułczynie mordowanie trwało dzień i noc, aż po trzech dobach, okrutnych i pełnych zamieszania, ulice miasta wypełniło zawołanie: „Ci, którzy nadal żyją, mogą wyjść z ukrycia i nie muszą się już bać, bo dzieło zabijania dobiegło końca”. Na te słowa ze stosu poskręcanych ciał i kończyn wypełzli wtedy ci, którym udało się przeżyć. Opuścili miasto i udali się na tułaczkę. Było ich trzystu, nagich i zbroczonych krwią, ale nikt już nie ważył się ich krzywdzić.
A kiedy już jakieś miasteczko zostało „oczyszczone”, czy to z powodu ucieczki mieszkańców, czy też na skutek krwawych mordów, do opustoszałych domów wprowadzała się miejscowa ludność ukraińska.13
Kiedy nadeszła pełnia lata, wydawało się, że powstanie traci swój impet. Kłęby dymu, przesuwającego się nad dachami magnackich posiadłości i miejscowych miasteczek od Dniepru aż na Podole i Wołyń, stawały się coraz rzadsze. Niepokoje wśród chłopów nie rozprzestrzeniały się już na zachód i tylko gdzieniegdzie dochodziło jeszcze do pojedynczych starć, rzadziej dobiegały odgłosy bitew. Nigdzie nie widać też było Chmielnickiego i jego wojska, co z wielką ulgą przyjęli ci, którzy sprawowali rządy w Rzeczpospolitej. Potrzebowali więcej czasu, aby wystawić armię w miejsce tej, którą stracili pod Korsuniem. Na dodatek, wiosną 1648 roku zmarł król Władysław IV, nastał tym samym okres bezkrólewia, dość niebezpieczny w państwie targanym wewnętrznym konfliktem. Trzeba było jak najszybciej wybrać nowego króla, i to bez żadnej zwłoki. Chmielnicki wykorzystał okres lata, aby wystawić nowe oddziały, ściągnąć posiłki od Tatarów, wysłać swych dyplomatów do sąsiednich krajów i podporządkować sobie Ukrainę, chcąc wszelkimi możliwymi sposobami skłonić zbuntowanych chłopów, żeby wrócili do pługów i ponownie zaczęli okazywać posłuszeństwo jak dawniej. Sam był przecież posiadaczem ziemskim i choćby z tego względu sprzeciwiał się wszelkim buntom. Bardziej zależało mu na tym, aby nad chłopami postawić nowych panów, niż ustanowić nowy ład społeczny. Obawiał się również, że jeśli chaos będzie się pogłębiał, to w końcu on sam i podobni mu szlachcice sami staną się ofiarami nieprzewidywalnego tłumu.
Tymczasem Rzeczpospolita z wielkim trudem wystawiła nową armię. Wojsko składało się, jak zwykle, głównie z pułków szlacheckich. A gdyby ktoś przyjrzał się z bliska szlachcicom, kiedy tak jechali w swych błyszczących i bogatych kontuszach, zauważyłby z przekąsem, że Polacy nie wojują żelazem, tylko złotem i srebrem. Wkrótce też i Chmielnicki wysłał w stepy swe oddziały. W połowie września jego Kozacy starli się pod Piławcami z nowo sformowanym, nie zaprawionym w bojach polskim wojskiem. Zanosiło się na kolejną, zakończoną hańbą Polaków bitwę: ich dowódcy (bardziej zajęci kłótniami między sobą niż walką z przeciwnikiem) dowiedzieli się, że do Chmielnickiego przyłączył się wielki oddział Tatarów (co nie było prawdą); dlatego też usiłowali wycofać swoje wojsko pod osłoną nocy (co było błędem). W panujących ciemnościach odwrót przemienił się wkrótce w zamieszanie i panikę (co było do przewidzenia). Kozacy z ochotą ruszyli za resztkami przepysznie ubranego polskiego wojska, uciekającego na zachód, co skończyło się oblężeniem Lwowa. Wsparty na duchu, a także wzbogacony o 250 tys. złotych polskich złożonych mu przez mieszczan lwowskich w formie kontrybucji, Chmielnicki skręcił następnie na północ. Strach przed nim szerzył się w całej Polsce. Nawet na północy, w silnie ufortyfikowanych miastach, nikt nie czuł się do końca bezpiecznie. Ci zaś, którzy mieli powód i możliwość powstrzymania buntowników, tzn. szlachta, wydawali się sparaliżowani i odrętwiali. Wielu z nich nie chciało dostrzegać zagrożenia, siedząc bezczynnie w swych posiadłościach, chociaż Chmielnicki był coraz bliżej. W październiku 1648 roku – tzn. w tym samym miesiącu, w którym nastąpiło oficjalne zakończenie wojny trzydziestoletniej – powstańcy znajdowali się już tylko 240 km od Warszawy.
Niewiele rzeczy jest bardziej niebezpiecznych niż triumfy.
Są one dla narodów i władców źródłem doświadczeń, które pamięć w swej przekorze zamienia najpierw w zasady, których należy bronić, potem we wzorce, które trzeba naśladować, a w końcu w mity „złotego wieku”, na które można się powoływać. Nierzadko więc możemy zaobserwować w historii ludzkości, jak siła zamienia się w słabość, a przeciwieństwa zamieniają się miejscami. Nikt wcześniej nie przewidział problemów, jakimi dotknięta została Rzeczpospolita. Były one być może skutkiem nie jakiegoś konkretnego kryzysu, tylko – paradoksalnie – efektem wielkich sukcesów.
W całej Europie XVI wiek uważa się za stosunkowo spokojny okres, który pozostawił po sobie wspomnienia bogatych zbiorów, rosnącego dobrobytu, poszerzania horyzontów, ale i pewnego niepokoju. Dla Rzeczpospolitej, a przynajmniej dla rządzących nią wyższych klas, było to stulecie niezwykle szczęśliwą epoką. Blask Renesansu rozjaśnił wnętrze państwa – w przeciwieństwie na przykład do Szwecji, która w tym samym czasie lokowała się gdzieś na szarym końcu postępu. Literatura, nauka i sztuka kwitły w wielkich miastach i w prywatnych dworach magnackich. Działały tam takie postacie jak Mikołaj Kopernik – człowiek, który swym gęsim piórem skierował ziemię na orbitę okołosłoneczną i tym samym otworzył dla niej obraz nowoczesnego świata; filozof i polityk Andrzej Frycz Modrzewski, który w swym systemie, szybko rozsławionym w całej Europie, umiejętnie połączył wsparcie dla idei silnego państwa ze zrozumieniem dla praw społecznych i równości wobec prawa; a także genialny Jan Kochanowski – najwybitniejszy przedstawiciel polskiej poezji, ze względu na swój talent i sposób pisania przywodzący na myśl współczesnych mu metafizycznych poetów angielskich, których na swój sposób wyprzedził. Były to trzy giganty, ale żadne jakieś tam olbrzymy, tylko twory pewnego „wyżu intelektualnego”, który w tamtym okresie rozciągał się nad państwem. Sukcesywnie podnosił się poziom wykształcenia i miał coraz większy zasięg: coraz więcej chętnych zapisywało się na Akademię Krakowską albo rozpoczynało naukę na uczelniach zagranicznych. Jednocześnie liczba małych, lokalnych szkół zwiększyła się z 253 do 650. Skutkiem i warunkiem tego kulturalnego rozwoju była tolerancja – religijna i intelektualna, która w ówczesnym świecie miała niewiele odpowiedników.
W Europie Reformacja i Kontrreformacja otwarły podwoje dla przeróżnego rodzaju dogmatyczności i zasklepienia umysłowego. Zawsze znajdą się tacy, którzy na gruncie czystej nauki potrafią rozwiązywać trudne problemy za pomocą prostych metod. O ich akceptacji decyduje jednak głównie chęć innych osób do ich słuchania. A były to czasy, kiedy zarówno kręgi rządzące, jak i tak zwany lud w niespotykanym wcześniej stopniu dawały posłuch piewcom nowych trendów. Reformacja zyskała swych zwolenników również wśród sprawujących władzę, a zwłaszcza wśród szlachty, podczas gdy Kontrreformacja wywoływała liczne sprzeczności. W Rzeczpospolitej usiłowano pogodzić te dwa niemożliwe do połączenia prądy poprzez wprowadzenie w 1573 roku czegoś tak radykalnego jak wolność religijna.
Być może była to konieczność, która zamieniła się w cnotę. Wszystkie państwa europejskie mogły w owych czasach pochwalić się różnorodnością języków i kultur, a dotyczyło to zwłaszcza Rzeczpospolitej, która zajmując obszar 990 tys. km kwadratowych była drugim co do wielkości państwem na kontynencie. Żyło w nim około 10 milionów ludzi, a więc o połowę więcej niż we Francji, dwa razy więcej niż w Anglii i osiem razy więcej niż w Szwecji. W zachodnich regionach, a zwłaszcza w Prusach, zamieszkiwali Niemcy wyznania luterańskiego. Podczas gdy niemała część szlachty ciążyła ku któremuś z wyznań protestanckich (a zwłaszcza ku kalwinizmowi), większa część ludności mieszkającej w centrum kraju była katolikami. Na Litwie można było natknąć się natomiast na niewielkie grupy Tatarów. We wschodnich województwach zdecydowana większość mieszkańców należała do Kościoła greckokatolickiego. Jedną z mniejszości, która odgrywała dużą rolę, byli Żydzi. Stanowili oni około pięć procent ludności kraju i żyli we wszystkich miastach i większych wsiach. Ich prawa obywatelskie, religijne i ekonomiczne gwarantowały od wieków królewskie przywileje14. Mieli między innymi własny parlament – Waad – i prawodawstwo, dzięki czemu mogli funkcjonować w niezwykłej mieszance złożonej z własnej izolacji i prawa do samostanowienia. Inną grupą etniczną chronioną przez państwo byli Ormianie wyznania chrześcijańskiego. Akceptowano ich i przyznawano im prawo do częściowego samorządu. Było ich jednak niewielu, zamieszkiwali głównie w dużych miastach na Ukrainie, ale – w przeciwieństwie do Żydów – powoli podnosili swój status społeczny w chrześcijańskim społeczeństwie. Oficjalne dokumenty państwowe redagowano w pięciu językach: po polsku, niemiecku, rusku, ormiańsku i hebrajsku (w życiu codziennym funkcjonowało to zaskakująco sprawnie, głównie dzięki wykorzystaniu łaciny, która była dla całego społeczeństwa czymś na kształt lingua franca). Tolerancja miała swoje granice, a najczęściej charakteryzowała klasę rządzącą oraz ludzi wykształconych. Jej znaczenia nie można jednak nie doceniać. Dzięki niej mieszkańcy Rzeczpospolitej nie musieli doświadczać wojen religijnych albo wojen wywołanych z powodów teologicznych, a więc takich, do których raz za razem dochodziło w pozostałych regionach Europy. Na dodatek polska szlachta – w przeciwieństwie do swych braci w innych krajach – tylko w niewielkim stopniu zainteresowana była wielkimi konfliktami i wojnami. Magnaci mieszkający na wsi obrastali w tłuszcz w swych posiadłościach, cieszyli się z urodzaju i ze strachem spoglądali na antagonizmy i awantury polityczne, do których dochodziło poza granicami ich kraju, ponieważ wiązały się one z wielkim ryzykiem i – co było rzeczą najgorszą – ogromnymi wydatkami. Natomiast drobna szlachta nieufnie odnosiła się do władzy królewskiej i po cichu wspierała magnatów.
Jak to zwykle bywa w historii, tak szczęśliwy i znaczony sukcesami okres szczęścia miał gdzieś swoje źródło. Była nim silna i kwitnąca gospodarka. W XVI wieku liczba mieszkańców zwiększyła się w całej Europie, ale największy przyrost zaznaczył się na zachodzie. Obserwowano tam stały rozwój handlu i manufaktur, a wszystko to prowadziło do zwiększonego importu surowców i żywności. Jej ceny drastycznie rosły, częściowo na skutek zwiększonego popytu, częściowo za sprawą inflacji, do której doszło w chwili, kiedy srebro i złoto z kraju Inków i Azteków pojawiło się w Europie. Nagle uprawa ziemi stała się sprawą opłacalną, a ziemia zdrożała. Z tętniących życiem gospodarek państw położonych wzdłuż wybrzeża Atlantyku, a także z gęsto zaludnionych miast Półwyspu Iberyjskiego i Apenińskiego domagano się coraz głośniej więcej pszenicy, jęczmienia, owsa, żyta. A wielcy posiadacze ziemscy zza Łaby z chęcią odpowiadali na to zapotrzebowanie.
Zboże stało się dzięki temu najważniejszym towarem eksportowym dla państw Europy Wschodniej. Rzeczpospolita stawała się powoli spichlerzem Zachodu, podczas gdy Bałtyk awansował do roli najważniejszego morza pod względem gospodarczym. Najbardziej zyskali na tym wielcy posiadacze ziemscy, to znaczy szlachta, ponieważ tylko ona miała prawo posiadać ziemię. W ciągu 150 lat zbiory na polach należących do magnatów uległy potrojeniu, a w posiadłościach należących do drobnej szlachty zanotowano przyrost dwukrotny. Spadły natomiast dochody chłopskie. Zyski i wzrost produkcji nie były jednak skutkiem lepszego zarządzania. Przeciwnie, techniki uprawy ziemi na tych terenach nie zmieniały się od lat. Metody, do jakich uciekali się panowie szlachta dla poprawy wyników gospodarowania, były równie skuteczne jak prymitywne. Polegało to po prostu na coraz większym ucisku chłopów, co pogłębiało ich poddaństwo i zależność od panów. Nierzadko zmuszano ich do pracy na pańskiej ziemi przez trzy dni w tygodniu. Stało się to możliwe, ponieważ szlachta dysponowała od lat silną, niezależną władzą. Stosowała na przykład własne prawo w swych posiadłościach, podczas gdy chłopi pozbawieni byli przywileju do skarżenia panów u króla… w ten sposób włościanie zdani byli na łaskę i niełaskę swych właścicieli. Szlachta wprowadziła też liczne, czasami niezwykłe monopole, zmuszając swych chłopskich poddanych do zakupu u siebie niektórych produktów, np. wódki czy piwa. We wsiach widać było oznaki biedy: zmniejszała się ilość bydła na polach, ale za to przybywało żebraków15.
Wielcy posiadacze ziemscy brali się za uprawę ziemi w południowo-wschodnich regionach kraju, zwłaszcza na Ukrainie. To właśnie tam rodziły się prawdziwe fortuny. Ziemia była rozległa, grunty żyzne i bezpańskie. Toteż w krótkim czasie polscy i litewscy magnaci stworzyli tam potężne latyfundia. Mikołaj Potocki, dowódca oddziałów, które poniosły klęskę pod Korsuniem, pochodził z rodu, który już wkrótce potem gospodarował na ziemi o powierzchni 1,2 miliona hektarów, a więc na powierzchni większej niż cała Skania. Posiadłości takie, ze względu na swoją rozległość i charakter, przypominały raczej małe państwa. Jeremi Wiśniowiecki, okrutny, ale wykształcony magnat, którego wojsko jako jedyne stawiało w owym czasie opór powstańcom, rządził w praktyce całą wschodnią Ukrainą. Historia ekspansji jego rodu na tych terenach nie ma swych odpowiedników nigdzie indziej, jeśli idzie o tempo i rozmiar. W 1630 roku Wiśniowieccy kontrolowali 616 osad, a już 15 lat później liczba ta wzrosła do 38 tysięcy. Mieli pod sobą ponad 230 tysięcy poddanych, a cały majątek zaczął powoli przypominać prywatne księstwo, które oprócz armii16 mogło się także pochwalić własnym dworem17, administracją i stolicą; większa część lokalnej szlachty stała się klientami rodu, potakiwaczami i pochlebcami, tworząc tym samym bazę polityczną dla Wiśniowieckich. W swoich minipaństewkach magnaci mieli wszystko to, czego wzbraniali swemu królowi, odnosząc się przy tym do górnolotnie brzmiących, odwiecznych frazesów o wiecznych prawach szlachty, o złotej wolności szlacheckiej itp. Jak daleko zaszła ich samowola i samowładztwo, świadczy fakt, iż w swej pysze i arogancji magnaci sięgali często po broń, walcząc przeciwko sobie, co prowadziło do licznych wojen toczonych na lokalną skalę.
Tak więc Rzeczpospolita przypominała swym wyglądem stary kościół na prowincji: jego wypolerowana i błyszcząca kopuła spoczywała na drewnianej konstrukcji – szarej, prymitywnej i wielkiej. Ogromne bogactwo, przywileje i wspaniała kultura nie powstały bowiem tylko za pieniądze pochodzące z ucisku, ale również na skutek opóźnienia, żeby nie powiedzieć – zacofania.
Szlachta całej Europy patrzyła z góry na kupców, rzemieślników i właścicieli fabryk. Kapitalizm dopiero wchodził na wielkie pokoje. Postrzegano go wtedy być może jako użyteczny, ale nigdy ważny, i dobry sam w sobie. Jednak na Zachodzie dokonywała się powolna, acz niełatwa zmiana, zarówno na skutek nędzy spowodowanej zakończoną niedawno wojną trzydziestoletnią, co doprowadziło w efekcie do zakwestionowania tradycyjnych ideałów rycerskich europejskiej szlachty, jak również z powodu rosnącego znaczenia handlu i przemysłu. Tymczasem na Wschodzie zmiany przebiegały w odwrotnym kierunku. Polsko-litewska szlachta zaczęła bowiem wykorzystywać swoją silną pozycję do prowadzenia polityki, która miała charakter unikalny ze względu na wrogość w stosunku do miast. Własnych mieszczan uważano za konkurentów, więc obciążano ich kolejnymi podatkami albo doprowadzano do ruiny z korzyścią dla kupców pochodzących z zagranicy18. Niektóre duże miasta, które prowadziły handel zagraniczny bezpośrednio ze swymi partnerami – przede wszystkim z wielkim i bogatym Gdańskiem – albo też te, które położone były przy szlakach, którymi transportowano zboże do portów – jak np. Toruń, Kraków, Lwów i Warszawa – miały się nadal dobrze. Jednak wiele mniejszych i średnich miast zaczęło powoli chylić się ku upadkowi, co niezbyt obchodziło magnatów, ponieważ w miejsce tych, popadających w ruinę budowali nowe, własne miasta, według własnego upodobania i za swoje pieniądze. Polskie manufaktury padały jedna za drugą. Szlachta zamieniała huty żelaza na młyny zbożowe, bo po co komu potrzebny był własny przemysł, jeśli zboże z Małopolski można było wymienić na sukno z Flandrii, szkło z Bawarii albo wyroby kowalskie z Essex? Nikomu nie przychodziło nawet na myśl, że w dłuższej perspektywie postawa taka zrodzi poważny problem, ponieważ przyzwyczajono się do utożsamiania własnego dobrobytu z bogactwem państwa, a państwo z sobą.
Polska szlachta była więc zbyt pochłonięta rozkoszowaniem się swymi przywilejami, aby móc zauważyć, iż społeczeństwo, w którym funkcjonowała, wykazuje pierwsze objawy upadku. Chłopi coraz bardziej izolowali się od mieszczan, rwały się więzi tych ostatnich z zagranicą, a w miarę, jak zwiększał się dystans między magnatami a pozostałymi mieszkańcami kraju, pojawiały się pierwsze napięcia. Jednak w żadnym innym regionie nie stały się one równie silne jak na Ukrainie.
W Polsce chłopa i pana łączyły przynajmniej język i religia; poza tym, większa część szlachty mieszkającej w Koronie zaliczała się do tzw. drobnej; i ani ilość posiadanej ziemi – nierzadko nie więcej niż cztery do ośmiu hektarów, ani styl życia nie odróżniały owych biedaków z herbem od niektórych chłopów, którym powodziło się lepiej.19 Cała Ukraina podzielona była natomiast między niewielką liczbę bogatych magnatów, z których większość była Polakami, nieprzyzwoicie bogatych, wykorzystujących miejscowych chłopów, którzy ani nie mówili ich językiem, ani nie wyznawali tej samej religii. Nie była to więc zdrowa sytuacja, tym bardziej, iż magnaci zwykli byli traktować wszystkich tych, którzy nie należeli do ich wąskiego kręgu, jak chłopów albo jak przyszłych chłopów. Warunki bytowania panujące na Ukrainie były dla miejscowych włościan lepsze niż w innych regionach Rzeczpospolitej. Magnaci starali się zachęcać chłopów z północy, gdzie panowało spore zagęszczenie, do osiedlania się na ich ziemi. Stosowali też różne zachęty, po to aby przeciwdziałać ich ucieczkom na południe Ukrainy, gdzie nadal pełno było niezagospodarowanej i bezpańskiej ziemi.
To właśnie tu narodzili się Kozacy. Większość z nich była zbiegłymi chłopami, którzy opuścili swe gospodarstwa. Dla sporej liczby mieszkańców Ukrainy ciężkie, ale wolne życie Kozaka było tym, o czym marzyli. I nierzadko ich marzenie spełniało się, kiedy ucisk stawał się nie do wytrzymania. Sytuacje takie wywoływały irytację magnatów. Zarówno państwo, jak i magnaci czynili wszystko, co w ich mocy, aby okiełznać Kozaków, dążąc do zmniejszenia ich liczby. To trudne zadanie realizowano od końca XVI wieku z wielkim uporem i sporymi sukcesami, co z kolei przyczyniało się do wybuchu kolejnych powstań. Do tej pory wszystkie z nich kończyły się porażkami buntowników.
Młyny historii pracowały pełną parą na swój własny sposób. Presja wywierana przez Kozaków miała wpływ na sytuację wielkich posiadłościach ziemskich położonych na Ukrainie – dokąd bowiem mógł uciec skazany na wygnanie mieszkaniec tej krainy? wielcy posiadacze ziemscy zaczęli więc stopniowo pozbawiać miejscową ludność kolejnych praw. chłopom coraz bardziej ograniczano możliwość swobodnego przemieszczania się, dokładano im kolejny dzień, jaki musieli odpracowywać w ramach pańszczyzny na pańskiej ziemi. A jeśli któryś odmawiał, to nierzadko siłą i pod bronią zaciągano go na pańskie pole. Monopol, jaki szlachta posiadała na alkohol i tytoń, przyczyniał się z kolei do zwyżki cen na te towary. Magnaci nie wahali się przed różnego rodzaju oszustwami o charakterze prawnym, geodezyjnym czy finansowym. Mieli oni zwyczaj – bardziej z konieczności niż z wyboru – pozbywania się niewygodnych dla nich i uciążliwych spraw na rzecz zarządców lub dzierżawców, którymi najczęściej bywali Żydzi. W społeczeństwie istniała wówczas pewna forma antysemityzmu, a w regularnych odstępach czasu oskarżano wyznawców religii mojżeszowej o popełnianie mordów rytualnych na chrześcijanach. Ważniejsze było jednak to, iż Żydzi spełniali rolę pośredników. W ten sposób właśnie zaczęli oni z czasem symbolizować polską władzę na Ukrainie, co sprawiło, że stopniowo stali się obiektem niezadowolenia wyrażanego przez miejscową ludność. W tej części Rzeczpospolitej polska władza i pańszczyzna były czymś nietypowym, nic więc dziwnego, że niezadowolenie zamieniło się w rozgoryczenie, a z czasem w nienawiść, i to nie tylko wśród ukraińskich chłopów, ale także drobnej, poniżanej szlachty, a najbardziej wśród duchowieństwa wyznania greckokatolickiego.
Magnaci nie dostrzegali jednak, że sytuacja staje się napięta i grozi wybuchem. Nadal pogrążeni byli w wygodnej obojętności, zainteresowani tylko własnymi sprawami. Nie zauważali też pierwszych oznak świadczących o nadchodzącym kryzysie gospodarczym.
W wielu dziedzinach, a więc nie tylko w gospodarce, XVI wiek bezkonfliktowo przeszedł w wiek XVII. Jeszcze w pierwszym dziesięcioleciu nowego stulecia handel europejski wykazywał stały i silny wzrost. W 1618 roku – tak brzemiennym w skutkach dla Europy, roku, w którym rozpoczęła się w Niemczech wojna trzydziestoletnia – eksport polskiego zboża na Zachód osiągnął swój szczytowy pułap: 255 tysięcy ton. Już jednak w następnym roku nastąpił gwałtowny spadek. W całej Europie spadł popyt na produkty rolne i artykuły przemysłowe; uderzyło to również w eksport polski. A potem już sukcesywnie spadek się pogłębiał20. Na domiar złego, zaobserwowano obniżenie wysokości zbiorów. Tłumaczono to złą pogodą, mówiono też, że lata są krótsze i bardziej wilgotne. Inni twierdzili, że ziemia jest zbyt wyjałowiona, a to albo z powodu nazbyt intensywnej gospodarki, albo zbyt optymistycznych ocen dotyczących możliwości prowadzenia upraw na ziemiach gorszej jakości. Ci z magnatów, którzy nie mieli ochoty snuć „genialnych” teorii dotyczących przyczyn kryzysu, aby w ten sposób zaprzeczyć jego istnieniu, albo też nie zamierzali oszukiwać samych siebie, poprawiając wyniki finansowe kolejnymi pożyczkami na podtrzymanie upadających gospodarek, próbowali wyjść z kryzysu w dokładnie taki sam sposób, jak to już czynili wiele razy wcześniej. Zaczęli stosować większy wyzysk w stosunku do chłopów i mieszczan.
W takim postrzeganiu nadchodzącego kryzysu przez polską magnaterię chodzi jednak nie tylko o niezrozumienie jego istoty. Było ono także skutkiem wielowiekowej trucizny o nazwie „samozadowolenie”, typowej dla społeczeństw o wysokim stopniu rozwoju kulturowego. Dla ludzi żyjących w tamtych czasach mogło się to wydawać rzeczą niezrozumiałą, ale z dzisiejszego punktu widzenia wiek XVI jest swego rodzaju punktem zwrotnym, i to nie tylko w zakresie kultury. Zmiany nie zachodziły oczywiście z dnia na dzień, jako że wiele składników bogatej renesansowej polsko-litewskiej kultury funkcjonowało nadal w taki sam sposób jak poprzednio. Już wkrótce jednak w miejsce otwartości pojawił się konserwatyzm, a tolerancję zastąpiła ciemnota. Bogate życie intelektualne, będące kiedyś dumą całego narodu, zaczęło wykazywać oznaki stagnacji. Spadły nakłady wydawanych książek – nie wznawiano na przykład dzieł tak znanych poetów jak Kochanowski, jako że zaczął się popyt na kalendarze i wydawnictwa teologiczne. Próby druku gazet zakończyły się niepowodzeniem, zmalała też liczba wyjazdów na zagraniczne uczelnie. Hołdowano dawnej modzie i zwyczajom przodków, a te, które od czasów średniowiecznych spoczywały w zapomnieniu, stały się niespodziewanie znowu modne. Renesans praktykowany przez polską szlachtę był czymś, co imponowało i zadziwiało zagranicznych przybyszów. ze swymi wygolonymi głowami, zawadiacko podkręcanymi wąsami, długimi, szytymi na wschodnią modłę kontuszami (w kolorze niebieskim dla drobnej szlachty i czerwonym dla magnatów), zdobionymi piórami czapkami bez daszka, obuszkiem zatkniętym za pasem – którego używano jako laski do podpierania się na spacerach, a także jako symbolem wyniosłości i wojowniczego usposobienia, malowanymi końmi i bogato zdobionymi, inspirowanymi sztuką antyku zbrojami (pięknymi w oglądaniu, ale mało praktycznymi w codziennym użytkowaniu) – polscy szlachcice w sposób radykalny odróżniali się od swych braci klasowych na zachodzie… i podobnie jak pokorna uległość szlachty szwedzkiej w stosunku do paryskiej mody szła w parze z brakiem wiary we własną rolę w państwie, czującej się i zachowującej jak ubogi krewny na salonach, tak samo indywidualny, pełen przepychu styl polskiej szlachty odzwierciedlał jej absolutną wiarę w siebie i zainteresowanie sobą, i tylko sobą. Oczywiście, ulegano sztuce baroku, ale raczej niechętnie; przejmowano z niej raczej jej ułomności niż cnoty. Efektem tego była skłonność do przyswajania sobie pięknej otoczki i przesadzonych gestów.
To właśnie szlachta nadawała ton w polityce, gospodarce i kulturze. Arystokraci uważali – i nie bez racji – że żyli w najwspanialszym świecie, więc po co dokonywać w nim rewolucji? Opierali się wszystkim ideom, które niosły z sobą zmiany, a zachwyceni swą doskonałością, pogrążali się sami w sobie.
W takiej postawie szlachtę wspierali poeci, historycy, kronikarze i wszyscy inni, którzy w pierwszej ołowie XVII wieku lokowali ją w sztucznym, nierealnym świecie. Większość z tych mniej lub bardziej udanych tworów związana była z sarmatyzmem. Sam w sobie był on nie mniej i nie bardziej nierzeczywisty niż wszystkie inne zwariowane legendy o złotych wiekach, które w tamtym okresie święciły tryumfy w kręgach akademickich i teologicznych całej Europy (np. angielscy badacze starożytności twierdzili, że ich państwo założone zostało przez uciekinierów z Troi, a szwedzcy naukowcy, którzy wywodzili początki ludu szwedzkiego od wnuka Noego Magoga, przytaczali na podbudowanie swych teorii przykłady o wiele bardziej fantastyczne niż ich uczeni koledzy w Rzeczpospolitej). Problem związany z sarmatyzmem nie polegał jednak na jego treści. Chodziło raczej o to, do jakich celów go wykorzystywano. Istotą idei sarmatyzmu było twierdzenie, że polska szlachta pochodzi w prostej linii od antycznych Sarmatów. Pojawili się oni kiedyś nie wiadomo skąd, podbili ziemie położone nad Wisłą i podporządkowali sobie miejscową ludność. Sprowadzeni do roli niewolników, mieszkańcy tych ziem stali się wkrótce chłopami, a ich pogromcy panami – szlachtą. W tym genialnie skarykaturyzowanym obrazie, oddającym ówczesną rzeczywistość, pan i chłop pochodzili więc z dwóch różnych narodów. Połączył ich wspólny los, ale podzieliła krew. W najlepszym razie, skutkiem tego był sposób widzenia społeczeństwa jako fenomenu stworzonego przez naturę, nie podlegającego żadnym zmianom; w najgorszym – uznać to można za swego rodzaju rasizm klasowy.
Było to pierwsze ostrze sarmatyzmu. Drugie skierowane było przeciwko cudzoziemszczyźnie. Kiedy społeczeństwo Rzeczpospolitej w połowie XVII stulecia skierowało swój wzrok poza granice kraju, nie znalazło tam nic takiego, co mogłoby je zachwycić, ale i nic takiego, czego powinno by się bać. Patrząc na to przez pryzmat chaosu wojny trzydziestoletniej, nie powinna nas taka postawa ani zadziwiać, ani skłaniać do uznania jej za błąd. Obserwacja ta daje jednak podstawę do dosyć zwodniczych teorii. To, co złe, pochodzi z zewnątrz. Koncepcja taka była błędna, i to nie tylko ze względu na jej banalność, ale i skutki, jakie za sobą pociągnęła. Tak się bowiem składa, że „złoty wiek” Rzeczpospolitej trwał tak długo nie tylko na skutek wielkiej tolerancji i otwartości, dzięki czemu ożywiający przypływ ludzi i idei, nauki i kapitału miał tendencję stałą. Kiedy więc coraz większa liczba obrońców dawnego porządku zaczęła bronić starych zdobyczy poprzez zamykanie się na niosący zagrożenia świat zewnętrzny, to tym samym odcinano się od tego wszystkiego, dzięki czemu postęp stał się kiedyś możliwy.
Uśpiona swym dobrym samopoczuciem i zaślepiona strachem szlachta ani nie chciała, ani nie mogła widzieć tego, co się działo. Dla niej tryumfy odnoszone przez Rzeczpospolitą nie były dziełem szczęśliwego przypadku albo sprzyjającej koniunktury, tylko logicznym skutkiem tego, że tak pomyślnie broniła swych dawnych przywilejów. Uważała też, że w tym konkretnym przypadku sprawiła się o wiele lepiej niż bracia szlachta w innych krajach, na przykład szwedzcy magnaci czy rosyjscy bojarzy, o których powiadano, że zdradzili pradawne przywileje, sprzedali je, zamieniając na miskę soczewicy albo za miejsce przy pańskim stole. Bo jeśli wszystko to, co pochodziło z zagranicy, było złe, a wszystko, co nowe, szkodliwe, to istniała też taka rzecz, która była gorsza i szkodliwsza od wszystkich innych: silne państwo, twór, który pewien angielski filozof nazwał niedawno mianem Lewiatana, wzorując je na starotestamentowym potworze – tak jak i on silne państwo było ogromne i tak jak i on potrzebowało rozumu, aby się móc ruszać, żeby przeżyć.
Upór i zdecydowanie, z jakim polsko-litewska szlachta odrzucała wszystko, co mogło wzmocnić aparat państwowy i zwiększyć władzę królewską, były również skutkiem minionych sukcesów. No bo jaką można mieć korzyść z silnego państwa? Rzeczpospolita rosła w siłę i potęgę bez pomocy takich nowomodnych tendencji. Jak już wspominałem, szlachta z zadowoleniem pędziła swój żywot we własnym państwie i nie chciała nawet słyszeć o jakichś kosztownych i niebezpiecznych wyprawach wojennych. W XVI wieku państwo nie było też narażone na niebezpieczeństwa zewnętrzne większego kalibru. Niemcy były osłabione na skutek rozbicia religijnego. Rosja chwiała się w posadach, zajęta swymi własnymi kłopotami, ponosząc kolejne porażki w wojnach z Polską; potężne imperium osmańskie stanowiło jedyne zagrożenie, to prawda, ale kierowało ono ostrza swych szabel głównie przeciwko Austriakom i Węgrom. Jeśli zaś idzie o Szwecję, to ten biedny kraj od dawna nie stanowił żadnego zagrożenia dla potężnego polskiego sąsiada; położony był na obrzeżach Europy, rządzony przez ekscentrycznych książąt, zżeranych własną ambicją, nie posiadających środków ani zasobów.
Jednak od tamtych czasów na kontynencie zmieniło się to i owo: tak Szwedzi, jak i Rosjanie poczynali sobie coraz śmielej, co irytowało, i coraz brutalniej, co przerażało. Szlachta z wzorową konsekwencją odżegnywała się jednak od wszelkich awantur wojennych.
Stary król Władysław IV, porywczy, pomysłowy i wszechstronnie wykształcony władca, który na nieszczęście dla siebie, ale z pożytkiem dla innych, nigdy nie miał okazji do wykorzystania swych – jak uważał – wielkich talentów w dziedzinie wojny i dyplomacji, musiał zadowolić się kolekcjonowaniem obrazów Rubensa czy też budowaniem opery we włoskim stylu. Tak, na przykład, szykował się do włączenia Polski w wojnę trzydziestoletnią albo w zorganizowanie krucjaty przeciw imperium osmańskiemu, ale z pomysłów tych nie pozostało nic oprócz wielkich słów czy też zapisków na mapach, ponieważ szlachcie z niezwykłą zręcznością udawało się blokować plany ambitnego króla. Szlachta pokładała zaufanie w samej sobie. Cokolwiek bowiem działo się w sąsiednich krajach, to zawsze do dyspozycji Polaków była ciężka jazda, najdzielniejsza z dzielnych. Wiedziano też – a była to pewność równie niebezpieczna, jak nadzieja – że wojsko takie nie miało swego odpowiednika w całej Europie, a nawet w świecie. Już od późnego średniowiecza jazda ta, uzbrojona w zakrzywione szable i obuchy, ubrana w zbroje kryte skórami panter, udowodniła wielokrotnie, że może zmiażdżyć swą potęgą każdego Moskala, Turka, Niemca, Szweda, Duńczyka czy Węgra, który odważyłby się stanąć jej na drodze. Od początku XVII wieku Polakom udało się zmasakrować szwedzką armię „jak stado kur” w czasie bitwy pod Kircholmem, zająć – i stracić – Moskwę jak również zatrzymać Turków pod Chocimiem. A chociaż niebezpieczeństwo czyhające poza granicami państwa polskiego stawało się coraz większe, to dowódcy stojący na czele połączonych wojsk polsko-litewskich nadal byli przekonani o swej przewadze i niezwyciężonej potędze Rzeczpospolitej.
Tak oto w Europie, której władcy wznosili wieżę Babel na fundamencie zbudowanym z państwowej machiny urzędniczej i stałej armii, istniało nadal państwo, które wybrało zupełnie inną drogę rozwoju, posiadając niewiele z tego pierwszego i jeszcze mniej z drugiego. Nie wspominając o flocie. Od początku lat czterdziestych XVII wieku miała ona wymiar symboliczny: porty, które zbudowano dla jej potrzeb, stały puste, bo szlaki wodne wypełniły się mułem. Armia była zadziwiająco mała jak na państwo, które pod względem wielkości zajmowało drugie miejsce w Europie. Oprócz gwardii królewskiej, składającej się z 1200 jazdy, i wojsk artylerii koronnej – na papierze funkcjonującej jako nowoczesna, a w praktyce cierpiącej na niedofinansowanie, brak ludzi i sprzętu, do dyspozycji państwa pozostawało jeszcze 4200 szabel na Ukrainie21, rozrzuconych po licznych garnizonach, jak również około 6000 Kozaków, pozostających na żołdzie polskiego króla, którego rozkazów nie zawsze słuchali. I to wszystko. Każdy wiedział, że to za mało, ale wszystkie wysiłki mające na celu wzmocnienie stałej armii oddziałami tak pilnie potrzebnej piechoty – czy to na drodze zaciągu, czy poboru – rozbijały się o protesty szlachty.
Powód takiej postawy miał charakter polityczny. Oddanie królowi do jego własnej dyspozycji oddziałów piechoty uważano za pierwszy krok do jego uniezależnienia się od szlachty. Nie, tylko ona mogła bronić kraju i nikt inny! Starym zwyczajem w razie jakiegoś konfliktu nieliczne oddziały królewskie uzupełniano zastępami złożonymi z jazdy, a w najgorszym wypadku pospolitym ruszeniem. Korzystniejszym rozwiązaniem było to pierwsze, jako że wielu polskich i litewskich magnatów posiadało własne, prywatne armie, które zazwyczaj przewyższały swoją liczebnością armię królewską22.
Tak więc i w tej dziedzinie przeszłe wiktorie polsko-litewskiej armii zaciemnił jej ówczesny sposób myślenia. Oczywiście, że taki system świetnie funkcjonował dawniej. Wtedy obowiązywała zwodnicza i prosta hierarchia oparta na trzech stanach – na tych, co pracowali, tych, co się modlili i tych, co walczyli; a kiedy dymy nad horyzontem zwiastowały nadejście niewiernych, wojownicy chwytali po prostu swą szablę ze ściany, wskakiwali na konia i wracali okryci chwałą. Pytanie brzmiało jednak, co będzie, jeśli państwo polskie wciągnięte zostanie w którąś z wojen nowego typu. Jedna z nich całkiem niedawno spustoszyła Europę i pochłonęła mnóstwo pieniędzy, pozbawiła życia wielu ludzi i rozwiała złudzenia na przyjście dobrych czasów. Czy magnaci i ich prywatne armie dotrzymają pola nowym czasom? Nie chodziło tu tylko o to, skąd wezmą środki na ich utrzymanie i ludzi gotowych do walki, ale i o to, czy ci ostatni są na tyle lojalni, aby im zawierzyć. No, bo czego tak naprawdę mieliby bronić? I przeciwko komu? Czy mieli bronić państwa postrzeganego po prostu jako obszar liczący ileś tam tysięcy kilometrów kwadratowych, którego granice wyznaczało ileś tam słupów granicznych? A może Rzeczpospolitej rozumianej jako pewien zbiór symboli, wyobrażeń i przywilejów? Zagrożenie przeciwko przywilejom szlacheckim mogło nadejść ze strony państwa, króla, Lewiatana.
Nie narodził się dla wielkości.
Nowy król Szwecji, Karol X Gustaw, pochodził z prastarego, książęcego niemieckiego rodu Wittelsbachów, z którego w średniowieczu wywodziło się dwóch cesarzy niemieckich i jeden ze szwedzkich królów. Od tego jednak czasu spory w łonie rodu, podział posiadłości, zmiany spadkobierców i kilka innych niezbyt szczęśliwych dla rodziny wypadków natury politycznej spowodowało, że ród Wittelsbachów uległ licznym rozgałęzieniom, zbiedniał, a jego władza stała się symboliczna. Na początku XVII wieku najznamienitsza gałąź rodu, Palatynat Dwa Mosty, posiadała już tylko Cleeburg w Alzacji23. Cleeburg nazywano elektoratem, co brzmiało dość pompatycznie jak na tak mały skrawek ziemi, który składał się w praktyce z „otoczonego murem miasta, dwóch pałaców i kilku wsi”. W 1613 roku pan na dobrach Cleeburga, Johan Casimir24, przybył z wizytą do Szwecji i poznał tam księżniczkę Katarzynę, córkę króla Karola IX i siostrę przyrodnią Gustawa II Adolfa. Między księżniczką i palatynem zrodziło się namiętne uczucie, a może było to tylko wzajemne zauroczenie? W każdym razie po dwóch miesiącach książę oświadczył się o rękę Katarzyny. Jego zamiar nie wywołał zbyt wielkiego entuzjazmu na dworze królewskim. Po pierwsze dlatego, że z trudnością akceptowano księcia jako osobę. Uważano, że jest uparty, pyszałkowaty i zarozumiały. Poza tym, kłopotliwa była również kwestia religii, którą wyznawał: należał, co prawda, do Kościoła protestanckiego, ale wyznania zreformowanego i to nie luterańskiego. Różnice między obu tymi wyznaniami mogą wydawać się nam dzisiaj niewiele znaczące, ale dla wszystkich, którzy kwestie wiary traktowali w XVII wieku z aptekarską dokładnością, nie były one aż tak mało istotne. Po trzecie, książę i jego zubożały ród nie posiadali nic oprócz wspomnień i przodków: wywodzili się ze szlachetnego pnia, ale – jak wiadomo – nie wystarcza to do utrzymania dworu lub do zapłacenia żołdu wojsku. Jednak upór Katarzyny oraz pewne gwarancje finansowe doprowadziły do szczęśliwego finału: w lipcu 1615 roku odbyło się wesele. Po kilku latach pobytu w Szwecji Johan Casimir i jego małżonka przenieśli się z powrotem do Cleeburga. Uważano wtedy, że Katarzyna jest dla Szwecji stracona, a jej przedwczesna śmierć i pośmiertnie ogłoszone wspomnienia miały dowodzić, że mogła wybrać sobie lepszą partię.
Oboje wyjechali ze Szwecji w 1618 roku, tak znaczącym dla historii Europy. Cztery lata później młoda para powróciła do ojczyzny księżniczki, tym razem jako uchodźcy. Kiedy w Niemczech rozszalała się wojna, prawdziwy protestant, jakim był Johan Casimir, ani przez chwilę nie wahał się, po której stanąć stronie. Decyzja, jaką podjął, wymagała sporej odwagi, ponieważ książę nie dysponował odpowiednimi środkami na obronę swego państewka. Niewielki Cleeburg został oczywiście zajęty przez siły Ligi Katolickiej, a rodzinę księcia zmuszono do opuszczenia swoich dóbr. Po przybyciu do Szwecji przydzielono Johanowi Casimirowi i jego małżonce tymczasowo zamek w Nyköping, i to właśnie tam, 8 listopada 1622 roku urodziło się ich czwarte dziecko. Był to chłopiec, któremu po dziadku – Karolu IX – nadano na chrzcie imię Karol, a po wuju – królu Gustawie II Adolfie – imię Gustaw; otrzymał także tytuły palatyna Renu, księcia Jülich, Klewe i Burga, hrabiego Veldenz, Spannheim, Marck i Ravensburga oraz pana na Ravenstein.
Rodzina otrzymała do swej dyspozycji zamek w Stegeborgu, w prowincji Östergötland i wkrótce jej sytuacja finansowa znacznie się poprawiła. Johan Casimir wykonywał różne misje zlecane mu przez dwór, stał się również zausznikiem samego króla. Temu pierwszemu zawdzięczał sławę, to drugie stało się powodem ogólnej zazdrości. Tymczasem Katarzyna pielęgnowała swą stale powiększającą się trzódkę. Była jedną z tych silnych żon arystokratów, które z powodu ciągłej nieobecności męża w domu spowodowanej wojnami, podróżami i służbą dla króla, musiały wziąć na swe barki zarządzanie posiadłością i wychowanie dzieci. Jej spokojny i zrównoważony charakter stanowił przeciwwagę dla ewentualnych nierozważnych zachowań, do których kusiła ją czasami jej sztywna religijność. Dom stanowił dla niej bezpieczny azyl, chociaż nie miał zbyt otwartego charakteru. Rodzina prowadziła życie codzienne na sposób niemiecki, ale na książęcym poziomie, i nie byłoby potrzeby rozpisywać się na temat samotności czy wyobcowania, gdyby nie fakt, iż pałac Stegeborg położony był na wyspie. Dlatego też z tych całkiem naturalnych względów oboje małżonkowie spędzali z sobą każdą wolną chwilę, a „domem” nazywali posiadłości zostawione w Niemczech.
Karol Gustaw był ich najstarszym i najukochańszym dzieckiem. Dla ojca wybór był oczywisty. Miał wielkie oczekiwania dotyczące przyszłości syna, a pokrewieństwo z wujem Gustawem II Adolfem – królem Szwecji – oznaczało, że tylko jakiś nieszczęśliwy przypadek mógł pokrzyżować plany księcia. Jak wielu innych ojców stojących na czele arystokratycznych rodów, Johan Casimir dość rzadko przebywał w domu, co oznacza, że we wczesnej młodości Karola Gustawa jego ojciec pozostawał gdzieś w cieniu, jako osoba wzbudzająca szacunek i podziw, choć z drugiej strony mglista i zagadkowa, odwiedzająca od czasu do czasu pałac w Stegeborgu i zasypująca każdego, kto chciał go słuchać, napomnieniami o cnocie, posłuszeństwie i konieczności prowadzenia oszczędnego trybu życia. Matka chłopca znała przyczyny takiego zachowania swego męża, więc roztoczyła nad swym pierworodnym macierzyńską opiekę, czasami może zbyt troskliwą, ponieważ taką już miała naturę; impulsem do tego była głównie kondycja fizyczna Karola Gustawa: był drobny, niewysoki, szczupły. Jak to jednak często bywa, część tej przesadnej troskliwości dotyczącej zdrowia syna przeszła potem na chłopca, przez co uznawano go za delikatnego i wrażliwego. Cechy te uległy wzmocnieniu we wczesnej młodości, kiedy ze względu na brak towarzystwa z odpowiednich sfer, Karol spędzał czas niemal wyłącznie ze swymi siostrami. Była to druga strona wczesnego okresu wychowawczego przyszłego króla. Równoważyło ją jednak silne poczucie bezpieczeństwa i pełna miłości opieka, pod jaką pozostawał od samego początku. Dlatego też wyrósł na ciekawego życia, otwartego i rozmownego chłopca, który swym wdziękiem potrafił czarować rodzeństwo i służbę.
