Złota Seria. Niezwyciężony Tom I - Peter Englund - ebook

Złota Seria. Niezwyciężony Tom I ebook

Peter Englund

0,0
69,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Pierwsza tak pełna biografia króla Szwecji Karola X Gustawa. To nie tylko życiorys monarchy, który najechał Rzeczpospolitą rozpoczynając "potop", ale także próba ukazania szerokiego obrazu całej epoki we wszelkich przejawach jej życia. Narracja Englunda w pasjonujący sposób przenosi czytelnika w sam środek historycznych wydarzeń.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 905

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ku pa­mię­ci pew­ne­go chłop­ca, któ­ry zmarł na mo­ich oczach w Kart-e Se, w Ka­bu­lu,oko­ło go­dzi­ny 10.00dnia 14 mar­ca 1996 roku.

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Den oöve­rvin­ner­li­ge

Tłu­ma­cze­nie: Woj­ciech Ły­gaś

Au­tor map: Mar­tin Ek, Eken pro­duk­tion

Ilu­stra­cje: z dzieł XIX-wiecz­nych

Re­dak­cja: Piotr Tra­fi­łow­ski, Wi­told Bier­nac­ki, An­drzej Ryba

Ry­su­nek na okład­ce: © Ja­ro­sław Wró­bel

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © Co­py­ri­ght: © Pe­ter En­glund 2000

Co­py­ri­ght © Bok­för­la­get Atlan­tis AB 2000

Co­py­ri­ght © for Po­lish edi­tion FIN­NA

Ory­gi­nal­na wer­sja książ­ki wy­da­na zo­sta­ła w Szwe­cji przez wy­daw­nic­two Bok­för­la­get Atlan­tis, Stoc­kholm

Książ­ka do­fi­nan­so­wa­na przez Sven­ska In­sti­tu­tet

ISBN 978-83-62913-92-3

Wy­da­nie I w ję­zy­ku pol­skim

Gdańsk 2004

Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza FIN­NA

80-752 Gdańsk, Dzie­wa­now­skie­go 5/6

tel: 603 892 042

ema­il: fin­na@fin­na.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Wstęp

Po raz ko­lej­ny mu­szę roz­po­cząć od wstę­pu, któ­ry bę­dzie wy­glą­dał tak, jak­bym chciał się uspra­wie­dli­wić. Cały pro­jekt zwią­za­ny z na­pi­sa­niem tej książ­ki roz­po­czą­łem przed dzie­się­cio­ma laty1, w na­iw­nej mie­szan­ce en­tu­zja­zmu i nie­do­ce­nia­nia ogro­mu za­da­nia. En­tu­zja­zmu od­no­szą­ce­go się do chę­ci uję­cia w jed­nym opra­co­wa­niu ca­łej epo­ki nie mu­szę chy­ba wy­ja­śniać; jest to ma­rze­nie wie­lu hi­sto­ry­ków, któ­rzy dzia­ła­ją w dzi­siej­szych cza­sach, a któ­rzy pod­da­ni są ty­ra­nii spe­cja­li­za­cji. Trud­niej­sze do zro­zu­mie­nia jest na­to­miast nie­do­ce­nia­nie prze­ze mnie stop­nia zło­żo­no­ści ca­łe­go za­da­nia. Być może na­le­ża­ło­by to wią­zać ze wspo­mnia­nym wcze­śniej en­tu­zja­zmem, któ­re to uczu­cie może uczy­nić czło­wie­ka od­waż­nym i śle­pym.

Nie jest to jed­nak – jak już wspo­mnia­łem – pró­ba uspra­wie­dli­wie­nia się przed czy­tel­ni­kiem, tyl­ko swe­go ro­dza­ju wy­tłu­ma­cze­nie. Ni­niej­sza książ­ka jest bo­wiem nie­za­leż­ną kon­ty­nu­acją po­przed­nie­go mo­je­go utwo­ru pt. „Lata wo­jen”, na­pi­sa­ne­go w 1993 roku. Oczy­wi­ście, w mia­rę upły­wu lat sta­wa­łem się co­raz bar­dziej kry­tycz­ny, po­nie­waż epo­ka, któ­rą uka­zu­ję w ni­niej­szej pra­cy – lata 50. XVII wie­ku – oka­zy­wa­ła się stop­nio­wo o wie­le bar­dziej zło­żo­ną i trud­ną do zro­zu­mie­nia, niż go­tów by­łem na po­cząt­ku przy­znać. Inna istot­na kom­pli­ka­cja po­le­ga­ła na tym, że, po­dob­nie jak w „La­tach wo­jen”, sta­ra­łem się uni­kać sztucz­nych ogra­ni­czeń i krót­ko­wzrocz­no­ści, tak ty­po­wej dla za­bar­wio­ne­go na­cjo­na­li­stycz­nym po­dej­ściem opi­sy­wa­nia hi­sto­rii. Tym ra­zem ozna­cza­ło to, że z ko­niecz­no­ści mu­sia­łem za­głę­bić się w sie­dem­na­sto­wiecz­ną hi­sto­rię Eu­ro­py Wschod­niej, a zwłasz­cza hi­sto­rię Pol­ski. Utwór pi­sa­łem ze szwedz­kiej per­spek­ty­wy – i było to słusz­ne po­dej­ście, jak zdą­ży­łem się zo­rien­to­wać po re­ak­cjach, ja­kie do­tar­ły do mnie po wy­da­niu „Lat wo­jen” w Niem­czech i w Cze­chach. Uwa­żam za­ra­zem, że jest rze­czą nie­moż­li­wą zro­zu­mie­nie waż­nych i mniej waż­nych zda­rzeń roz­gry­wa­ją­cych się w XVII wie­ku, je­śli au­tor zaj­mu­je się tyl­ko dzie­ja­mi wła­sne­go kra­ju i zga­dza się na to, aby ist­nie­nie gra­nic na­ro­do­wych w dzi­siej­szym kształ­cie było naj­waż­niej­szą za­sa­dą or­ga­ni­zu­ją­cą po­rzą­dek świa­ta.

Mu­szę tak­że przy­znać, że ist­nia­ła oso­ba, z któ­rą mia­łem spo­re trud­no­ści: Ka­rol X Gu­staw, któ­ry – co może wy­dać się dziw­ne – mimo swe­go wiel­kie­go zna­cze­nia nig­dy nie stał się bo­ha­te­rem spój­ne­go dzie­ła bio­gra­ficz­ne­go. Stoi to w sprzecz­no­ści z wie­lo­ma utwo­ra­mi po­świę­co­ny­mi jego po­przed­ni­kom i na­stęp­com na tro­nie (po­wo­dem tego może być fakt, iż jego bez wąt­pie­nia atrak­cyj­na oso­bo­wość i nie mniej in­te­re­su­ją­cy spo­sób pro­wa­dze­nia po­li­ty­ki, nie dały się tak ła­two wy­ko­rzy­stać to two­rze­nia bo­ha­ter­skich epo­sów albo za­bar­wio­nej na­cjo­na­li­zmem pa­ne­gi­ry­ki). Sta­ra­łem się w ja­kiś spo­sób wy­peł­nić tę lukę, choć mu­szę za­zna­czyć, że bio­gra­fia kró­la za­war­ta w tej książ­ce ukie­run­ko­wa­na jest bar­dziej na jego dzia­ła­nia w za­kre­sie wiel­kiej po­li­ty­ki, a mniej od­no­si się do jego pry­wat­ne­go ży­cia. Kon­ty­nu­uję tu tak­że opo­wieść o wę­drów­kach Eri­ka Dahl­ber­gha przez sie­dem­na­sto­wiecz­ny świat, choć ostrze­gam, że po­stać ta po­ja­wi się w książ­ce do­pie­ro w siód­mym roz­dzia­le. Dla­te­go też to sam czy­tel­nik musi zde­cy­do­wać, kim jest ów „czło­wiek ży­ją­cy w sa­mym środ­ku epo­ki szwedz­kiej mo­car­stwo­wo­ści”.

Py­ta­nie to po­ja­wi­ło się oczy­wi­ście w mo­jej wła­snej gło­wie. Czy rze­czy­wi­ście moż­na tak po­stę­po­wać? Sie­dzieć so­bie w 2000 roku i pi­sać książ­kę o kró­lach, o nę­dzy mi­nio­nych lat i daw­no za­po­mnia­nych bi­twach? Czy ist­nie­je ja­kiś po­wód, dla któ­re­go win­ni­śmy po­wra­cać do tam­te­go ży­cia i do owe­go frag­men­tu dzie­jów? No cóż, za­wsze ku­si­ło mnie to, co dzia­ło się w prze­szło­ści; mimo wszyst­ko je­stem hi­sto­ry­kiem i wy­kła­dam na uczel­ni, w związ­ku z czym je­stem za­in­te­re­so­wa­ny po­sta­cia­mi i zda­rze­nia­mi, któ­re zni­kły w po­mro­ce dzie­jów za spra­wą po­stę­pu albo no­wych tren­dów. Jest rze­czą oczy­wi­stą, że sto­imy w ob­li­czu dzie­dzi­ny, któ­ra stop­nio­wo za­ni­ka w na­szej świa­do­mo­ści: nie pro­wa­dzi się już bo­wiem ja­kichś kon­kret­nych ba­dań na­uko­wych od­no­szą­cych się do wszyst­kich skom­pli­ko­wa­nych zmian, ja­kie do­ko­ny­wa­ły się w la­tach 50. XVII wie­ku (jest też rze­czą nie­zwy­kle wy­mow­ną, że w ostat­nich la­tach zmar­ło trzech wy­bit­nych znaw­ców owej epo­ki). Ła­two moż­na dziś zna­leźć za­wo­do­wych hi­sto­ry­ków szwedz­kich, ma­ją­cych dość męt­ne po­ję­cie o tym, co dzia­ło się w tam­tej de­ka­dzie, kie­dy to pół­noc­no – wschod­nią Eu­ro­pę ogar­nął po­żar, któ­ry już na za­wsze do­ko­nał w owych kra­jach nie­od­wra­cal­nych zmian.

Być może zja­wi­sko to jest nie­unik­nio­ne. Może przy­szli spe­cja­li­ści od hi­sto­rii XX wie­ku, ży­ją­cy w przy­szłym świe­cie, rów­nież będą mieć bla­de po­ję­cie o tym, kto z kim wal­czył i dla­cze­go w świe­cie dzi­siej­szym. Za­po­mną o ofia­rach i o spraw­cach. Wie­lu z nich bę­dzie so­bie na przy­kład za­da­wać py­ta­nie, po co zaj­mo­wa­li­śmy się tak bar­dzo tymi wszyst­ki­mi skom­pli­ko­wa­ny­mi kon­flik­ta­mi na Bał­ka­nach. Trze­ba jed­nak wska­zać na to, że to mil­cze­nie ma cha­rak­ter ty­po­wo szwedz­ki. W są­sied­nich kra­jach – Da­nii i Pol­sce – daw­ne wspo­mnie­nia żyją nadal. Cią­gle ku­szą one ba­da­czy do pi­sa­nia mo­no­gra­ficz­nych opra­co­wań i do za­głę­bia­nia się w aka­de­mic­kie de­ba­ty. Ja sam cią­gle jesz­cze je­stem na­sta­wio­ny do hi­sto­rii w tak ma­te­ria­li­stycz­ny spo­sób, że uwa­żam, iż tak szyb­kie i cał­ko­wi­te po­rzu­ce­nie przez szwedz­ki świat na­uko­wy za­gad­nień zwią­za­nych z hi­sto­rią po­li­tycz­ną jest spra­wą dość dziw­ną (jest to czę­ścio­wo spo­wo­do­wa­ne tym, że współ­cze­sna hi­sto­ria na­sze­go kra­ju roz­wi­ja się w tak nie­dra­ma­tycz­ny spo­sób: ktoś, kto oglą­dał woj­nę na wła­sne oczy, nie może ab­so­lut­nie ba­ga­te­li­zo­wać tego zja­wi­ska). Uwa­żam tak­że, że brak szwedz­kiej hi­sto­rii po­li­tycz­nej spra­wił, iż je­ste­śmy go­rzej przy­go­to­wa­ni do zro­zu­mie­nia róż­nych wiel­kich i gwał­tow­nych pro­ce­sów, roz­gry­wa­ją­cych się wo­kół nas we współ­cze­snym świe­cie, zwłasz­cza, iż zga­dza­my się na to, aby wy­ja­śnie­nie tych zja­wisk po­zo­sta­wić w ge­stii te­ra­peu­tów od oso­bo­wo­ści i ba­da­czy hor­mo­nów.

W każ­dym ra­zie uwa­żam, że jest to wstrzą­sa­ją­ca i po­twor­na spra­wa, czę­sto wtła­cza­na w nie­moż­li­wy do ob­ję­cia spo­sób w pod­ręcz­ni­ki na­uko­we i za­war­te w nich skom­pli­ko­wa­ne wy­wo­dy. War­to ją jed­nak opo­wie­dzieć w ca­ło­ści, oby po raz ostat­ni.

Pra­cy tej po­świę­ci­łem spo­ro cza­su i jest to naj­ob­szer­niej­szy pro­jekt, któ­rym się zaj­mo­wa­łem. Wspo­ma­ga­ło mnie przy tym na róż­ne spo­so­by wie­le osób, któ­re chciał­bym tu­taj wy­mie­nić. Wiel­kie dzię­ki dla Kri­stia­na Pe­tri, Oli Lar­smo, Jana Eklun­da i Han­sa-Jör­ge­na Riis – Jen­se­na, a tak­że dla Jose To­ma­sa za in­spi­ra­cję. Dzię­ku­ję Ja­no­wi Schmid­to­wi, In­gva­ro­wi Eriks­so­no­wi, Mag­da­le­nie Rön­ström, Bir­git­cie Fol­kes­son, Knu­to­wi Svens­so­no­wi, Olle Svan­går­do­wi, Len­nar­to­wi Karls­so­no­wi, Le­nar­to­wi Olan­ders­so­no­wi, Sve­no­wi Gu­sta­vs­so­no­wi i Nil­so­wi Fre­de­ri­ko­wi Hjel­mqvi­sto­wi, a tak­że Ance En­glund. Dzię­ku­ję moim ko­le­gom z Uni­wer­sy­te­tu w Up­psa­li, zaj­mu­ją­cym się hi­sto­rią XVII wie­ku, któ­rzy udzie­li­li mi swe­go wspar­cia. Są to: Gu­drun An­ders­son, Stel­lan Dahl­gren, Åsa Karls­son, Gy­ör­gy No­va­ky, Rolf Tor­sten­dahl i Hen­rik Ågren. Dzię­ku­ję na­ukow­com z in­nym kra­jów, miast i uczel­ni, ta­kim jak: Jó­zef Le­wan­dow­ski, Ar­thur Sehn, Ta­de­usz Wa­si­lew­ski i Ivo Asmus. Dzię­ku­ję oso­bom za­trud­nio­nym w wy­daw­nic­twie „Atlan­tis­bok”, któ­re wy­ko­na­ły wspa­nia­łą ro­bo­tę – Ma­rii, Jo­se­fi­nie, Len­nar­to­wi i Has­se­mu, a zwłasz­cza Chri­ste­ro­wi za styl, Sti­nie za cięż­ką pra­cę, a Kjel­lo­wi za cier­pli­wość. Mar­tin Ek po raz ko­lej­ny ozdo­bił moją książ­kę swy­mi ma­pa­mi.

Dwie oso­by za­słu­gu­ją jed­nak na moje szcze­gól­ne po­dzię­ko­wa­nia. Jed­ną z nich jest do­cent Arne Sta­de, któ­ry wcze­śniej stał na cze­le pro­jek­tu na­zy­wa­ne­go „Carl Gu­staf – pro­jek­tet”, pro­wa­dzo­ne­go w Wyż­szej Szko­le Woj­sko­wej (Mi­li­tär­hög­sko­lan). Dzie­lił się on szczo­drze ze mną swo­ją wie­dzą i za­war­to­ścią swe­go ar­chi­wum. Od­szedł jed­nak od nas na za­wsze, za­nim ukoń­czy­łem tę książ­kę (Arne Sta­de i inni hi­sto­ry­cy za­an­ga­żo­wa­ni w ten pro­jekt – mię­dzy in­ny­mi Lars Ter­sme­den, Ra­iner Fa­ger­lund, Jus­si Lap­pa­la­inen, Jo­nas Hed­berg, Finn Ask­ga­ard i Arne Odd John­sen – wy­ko­na­li w la­tach 60-tych pra­cę ba­daw­czą, za spra­wą któ­rej naj­czę­ściej nie spły­wa­ły na nich żad­ne splen­do­ry, ale któ­ra, ze wzglę­du na swą za­war­tość, sta­no­wi dla nas dzi­siaj nie­oce­nio­ne źró­dło wie­dzy dla dal­szych ba­dań i dla tej książ­ki).

Dru­gą oso­bą jest Mi­chał Kop­czyń­ski z Uni­wer­sy­te­tu War­szaw­skie­go, któ­ry nie tyl­ko umoż­li­wił mi za­po­zna­nie się z trud­no do­stęp­ny­mi pol­ski­mi ma­te­ria­ła­mi, ale tak­że był moim prze­wod­ni­kiem i mi­łym to­wa­rzy­szem po­dró­ży w cza­sie mo­ich wi­zyt w Pol­sce, na­szym wiel­kim są­sie­dzie po dru­giej stro­nie Bał­ty­ku.

Koń­cze­nie ja­kiejś książ­ki wy­wo­łu­je za­wsze pe­wien na­strój me­lan­cho­lii, zwłasz­cza wte­dy, je­śli jej pi­sa­nie za­bie­ra tak dużo cza­su i po­chła­nia tak wie­le my­śli. Mimo, iż pra­ca trwa­ła tak dłu­go – choć cza­sa­mi wy­da­je mi się, że dzię­ki temu – nie mogę po­zbyć się pew­nych wąt­pli­wo­ści… prze­szłość moż­na po­rów­nać do przed­mio­tu za­nu­rzo­ne­go w wo­dzie: jest tam, ale w pew­nym od­da­le­niu, nie­uchwyt­na. Jej kon­tu­ry są nie­wy­raź­ne i płyn­ne. Czy kie­dy­kol­wiek uda nam się zro­zu­mieć lu­dzi, któ­rzy żyli w tam­tej epo­ce? Być może nie. Na­le­ży jed­nak pod­jąć taką pró­bę. Bo jak­że mo­gli­by­śmy mieć in­a­czej na­dzie­ję, że sami zo­sta­nie­my zro­zu­mia­ni przez tych, któ­rzy przyj­dą po nas? Bo tymi, ja­ki­mi je­ste­śmy dziś, byli tak­że i oni; a tym, kim są oni, wkrót­ce bę­dzie­my i my.

Na­pi­sa­ne w sa­mot­no­ści,

o za­cho­dzie słoń­ca, w Ras­bo,

dnia 30 maja 2000 r

P.E.

Czas to rze­ka, któ­ra po­ry­wa mnie z sobą, ale to ja je­stem rze­ką; Jest ona jak ty­grys, któ­ry roz­ry­wa mnie na strzę­py, ale to ja je­stem ty­gry­sem;

Jest ogniem, któ­ry mnie po­chła­nia, ale to ja je­stem ogniem.

Jor­ge Luis Bor­ges: „Nu­eva re­fu­ta­cion del tiem­po”, 1947

Ci, co wal­czą o wol­ność, to ci sami, któ­rzy za­ku­wa­ją ją w łań­cu­chy i oko­wy. Ci, któ­rzy uwa­ża­ją, że wal­czą za oj­czy­znę, to nie rzad­ko ci sami, któ­rzy ją ra­bu­ją i nisz­czą.

Georg Stiern­hielm:„Lyck­sa­li­ghe­tens äre­prakt“, 1650.

IWielka rewolucja

1W niektórych znalazł złoto

Nig­dy nie po­zna­my jego imie­nia. Wie­my tyl­ko, że był Szwe­dem, do­syć oty­łym i zu­peł­nie na­gim. No i już nie żył.

Dzia­ło się to gdzieś w po­ło­wie sierp­nia, w po­rze roku, kie­dy czuć już zbli­ża­ją­cą się je­sień. Na­le­żał do du­że­go kon­wo­ju, któ­ry wpadł w za­sadz­kę. Ci, któ­rym uda­ło się stam­tąd uciec, ukry­li się w oko­licz­nych la­sach lub na ba­gni­skach, ale wy­tro­pi­li ich miej­sco­wi chło­pi i wy­bi­li jed­ne­go po dru­gim. Inni pró­bo­wa­li unik­nąć swe­go losu, ucie­ka­jąc do nie­wiel­kie­go mia­stecz­ka po­ło­żo­ne­go w po­bli­żu, ale tyl­ko po to, aby stać się ofia­rą lin­czu miej­sco­wej lud­no­ści. Jed­nak więk­szość Szwe­dów pa­dła na pla­cu boju, kie­dy za­ata­ko­wa­ły ich prze­wa­ża­ją­ce siły wro­ga. On był jed­ną z ofiar. W któ­rymś mo­men­cie, kie­dy jesz­cze trwa­ła ta krót­ka po­tycz­ka, otrzy­mał cię­cie szpa­dą w po­przek brzu­cha, któ­re mia­ło tak dużą siłę, że nie tyl­ko prze­cię­ło ubra­nie, skó­rę i żół­ta­we war­stwy tłusz­czu, ale tak­że roz­pru­ło mu je­li­ta. Upadł na zie­mię. Ży­cie mu­sia­ło ujść z nie­go w cią­gu paru mi­nut. A kie­dy wal­ka do­bie­gła już koń­ca, zwy­cięz­cy za­bra­li jak zwy­kle wszyst­ko, co mia­ło ja­ką­kol­wiek war­tość: wozy, ko­nie, broń, ubra­nia za­bi­tych. Tak­że jego ubra­nie.

Ra­bu­nek tru­pów do­biegł pra­wie koń­ca. Je­den z chło­pów prze­cho­dził wła­śnie koło jego zwłok. Le­ża­ły one na zie­mi, z po­wa­la­ny­mi od bru­du wło­sa­mi i wy­wle­czo­ny­mi na wierzch wnętrz­no­ścia­mi. Wzrok chło­pa spo­czął przez chwi­lę na czer­wo­nej ra­nie na brzu­chu za­bi­te­go, po­wsta­łej na sku­tek cię­cia. Na­gle coś bły­snę­ło we wzdę­tych je­li­tach. Schy­lił się z za­cie­ka­wie­niem i zo­ba­czył zło­tą mo­ne­tę. Za­czął grze­bać w roz­pru­tym brzu­chu i zna­lazł ich wię­cej. Był to sta­ry, żoł­nier­ski spo­sób: przed nie­bez­piecz­ną bi­twą żoł­nie­rze po­ły­ka­li cza­sa­mi swo­je naj­cen­niej­sze mo­ne­ty. Gdy­by do­sta­li się do nie­wo­li, mo­gli stra­cić wszyst­ko, co mie­li ze sobą lub na so­bie, ale po­łknię­ty skarb był bez­piecz­ny, bo po ja­kimś cza­sie wra­cał do wła­ści­cie­la w na­tu­ral­ny spo­sób. Pod wa­run­kiem, że nadal żył.

Chłop szu­kał go­rącz­ko­wo da­lej, aby – jak opo­wia­dał je­den ze świad­ków – „nie ubie­gli go inni; w jed­nych zwło­kach znaj­do­wał zło­to, w in­nych tyl­ko prze­tra­wio­ną pap­kę”. Na sam ko­niec wszyst­kie cia­ła były po­roz­ci­na­ne, je­li­ta po­wy­cią­ga­ne i po­roz­cią­ga­ne na całą swą dłu­gość, i do­kład­nie prze­szu­ka­ne. A kie­dy skoń­czy­li już z tru­pa­mi, po­de­szli do jeń­ców2.

Moż­na dojść tu­taj do nie­słusz­ne­go wnio­sku, że w opi­sie tych scen cho­dzi głów­nie o po­ka­za­nie, co woj­na może zro­bić z cia­łem za­bi­te­go i ze zmy­sła­mi ży­ją­cych. Tym­cza­sem jest to ra­czej ob­raz sił na­pę­dza­ją­cych woj­nę i związ­ków che­micz­nych spra­wia­ją­cych, że w okre­ślo­nej sy­tu­acji czło­wiek zdol­ny jest do wy­wle­ka­nia zło­tych mo­net z ludz­kie­go kału. A poza tym na wi­dok tego zda­rze­nia ro­dzi się na­tręt­na myśl, że ktoś mu­siał prze­cież po­tem te mo­ne­ty wy­czy­ścić do po­ły­sku.

Cza­sa­mi do­cho­dzi do zda­rzeń, któ­re dzie­lą hi­sto­rię na to, co „przed” i na to, co „po­tem”. Ta woj­na była wła­śnie jed­nym z ta­kich zda­rzeń: w ra­dy­kal­ny spo­sób mia­ła zmie­nić lu­dzi, któ­rzy ją wy­wo­ła­li, na­ro­dy, któ­re ją prze­ży­ły i pań­stwa, któ­re zo­sta­ły nią do­tknię­te.

A do­szło do niej za spra­wą cze­goś, co z po­cząt­ku wy­glą­da­ło na nic nie zna­czą­ce zda­rze­nie. Bo jak to już wcze­śniej by­wa­ło, cho­dzi­ło o coś, co ła­twiej dało się wy­tłu­ma­czyć, kie­dy już było po wszyst­kim, niż w trak­cie, kie­dy się dzia­ło. Na po­cząt­ku kon­flikt wy­glą­dał na ja­kąś lo­kal­ną awan­tu­rę w po­łu­dnio­wo – wschod­niej Eu­ro­pie, ale ku zdu­mie­niu wszyst­kich roz­rósł się on, roz­ga­łę­ził i na­ra­stał, stop­nio­wo i nie­prze­rwa­nie roz­le­wał się w ko­lej­ne stru­my­ki i po­to­ki, aż w koń­cu po­cią­gnął za sobą i wchło­nął nie tyl­ko Ukra­inę, Pol­skę, Li­twę i Ro­sję, ale tak­że Moł­da­wię, Wo­łosz­czy­znę, Tran­syl­wa­nię, Bran­den­bur­gię, Au­strię, Szwe­cję, Fin­lan­dię, Kur­lan­dię, Inf­lan­ty, Da­nię, Nor­we­gię, Ho­lan­dię i An­glię. W pew­nej chwi­li po­wsta­ło na­wet ry­zy­ko, iż roz­sze­rzy się na Hisz­pa­nię, a na­wet na Ka­ra­iby. Ciąg tych wszyst­kich zda­rzeń miał w efek­cie do­pro­wa­dzić do upad­ku dru­giej po­tę­gi eu­ro­pej­skiej, pod­czas gdy inna po­tę­ga, jed­na z naj­star­szych na kon­ty­nen­cie, zna­la­zła się na gra­ni­cy za­gła­dy.

Z dru­giej stro­ny, w ca­łym tym łań­cu­chu zda­rzeń i oko­licz­no­ści nie było nic nie­zwy­kłe­go lub szcze­gól­ne­go. Łań­cuch… Je­że­li chce­my zro­zu­mieć to, co się zda­rzy­ło, mu­si­my prze­stać pa­trzyć na hi­sto­rię w spo­sób ca­ło­ścio­wy, a zwłasz­cza na tę hi­sto­rię, któ­ra skła­da się z lo­gicz­ne­go pa­sma przy­czyn i skut­ków, gdzie „a” po­cią­ga za sobą „b”, gdzie „p” wpły­wa na „q”, gdzie dzia­dek za rzep­kę, bab­cia za dziad­ka. Ale chy­ba lep­szym po­rów­na­niem bę­dzie tka­ni­na, skła­da­ją­ca się z ni­tek zda­rzeń i struk­tur, z po­je­dyn­czych po­sta­ci i du­żych zbio­ro­wo­ści, z za­mia­rów i z nie pod­ję­tych de­cy­zji, z ja­snych ob­ra­zów i oczy­wi­stych nie­po­ro­zu­mień, któ­re czę­sto współ­ist­nie­ją ze sobą w zu­peł­nie nie­prze­wi­dzia­ny spo­sób.

Tak było na przy­kład z Boh­da­nem Chmiel­nic­kim i po­wsta­niem na Ukra­inie.

Ukra­ina wcho­dzi­ła w tam­tych cza­sach w skład po­tęż­nej Rzecz­po­spo­li­tej. Wła­dze rzą­dzą­ce tym wiel­kim or­ga­ni­zmem, a tym bar­dziej wła­dze są­sia­du­ją­cych z nią kra­jów, mu­sia­ły chy­ba za­re­ago­wać ze zło­ścią i wzbu­rze­niem, kie­dy na po­cząt­ku 1648 roku na­de­szła wia­do­mość, że Ko­za­cy za­miesz­ku­ją­cy po­łu­dnio­wą część pro­win­cji po raz ko­lej­ny wznie­ci­li po­wsta­nie. Na­pi­sa­łem „po raz ko­lej­ny”, po­nie­waż Ko­za­cy od wie­lu już lat oka­zy­wa­li swe nie­za­do­wo­le­nie: do ostat­nich bun­tów do­cho­dzi­ło w la­tach 1625, 1630, 1635 i 1637, a naj­po­waż­niej­sze nie­po­ko­je mia­ły miej­sce w 1638 roku. Jed­nak rzad­ko zda­rza­ło się, aby krę­gi rzą­dzą­ce za­re­ago­wa­ły na to czymś in­nym niż tyl­ko ozna­ka­mi znie­cier­pli­wie­nia. Tak się bo­wiem skła­da, że Ko­za­cy co praw­da re­gu­lar­nie pod­no­si­li bun­ty, ale rów­nież z taką samą re­gu­lar­no­ścią byli ujarz­mia­ni: cza­sa­mi z tru­dem, ale za­wsze bru­tal­nie. Z okre­sa­mi po­ko­ju szły w pa­rze nie­po­ko­je, po­nie­waż Ukra­ina była pro­win­cją nad­gra­nicz­ną. Sta­ła się stop­nio­wo te­re­nem walk, pod­czas któ­rych Rzecz­po­spo­li­ta, Ta­ta­rzy, Ro­sja i im­pe­rium osmań­skie ście­ra­ły się ze sobą; w taki spo­sób Ukra­ina sta­ła się sce­ną na­pa­dów, wy­praw łu­pież­czych, eks­pe­dy­cji kar­nych i wszel­kie­go in­ne­go bez­pra­wia na wiel­ką ska­lę. Tym ra­zem roz­wój wy­pad­ków do­pro­wa­dził do więk­szych wstrzą­sów, niż lo­kal­na lud­ność była w sta­nie wy­trzy­mać.

Pierw­sze do­nie­sie­nia na te­mat po­wsta­nia były nie­ja­sne.

Na jed­nej z wysp le­żą­cych w dol­nym bie­gu Dnie­pru znaj­do­wa­ła się sil­na twier­dza – Sicz, ob­sa­dzo­na przez od­dział Ko­za­ków bę­dą­cych w służ­bie pol­skie­go kró­la. W tym od­le­głym za­kąt­ku Zie­mi do­szło do bun­tu, w wy­ni­ku któ­re­go usu­nię­to z funk­cji do­wód­cy wier­ne­go kró­lo­wi puł­kow­ni­ka. Na cze­le od­dzia­łu sta­nął pe­wien chłop, któ­ry zgro­ma­dził wo­kół sie­bie wię­cej Ko­za­ków, praw­do­po­dob­nie po to, aby ru­szyć na ko­lej­ną wy­pra­wę łu­pież­czą na przy­gra­nicz­ne te­re­ny na­le­żą­ce do im­pe­rium osmań­skie­go. Był to więc bar­dziej pro­blem o cha­rak­te­rze mię­dzy­na­ro­do­wym niż pro­blem we­wnętrz­ny. Jed­nak pod ko­niec lu­te­go spra­wa przy­bra­ła zu­peł­nie inny ob­rót. Naj­pierw oka­za­ło się, że bun­tow­ni­cy nie mie­li wca­le za­mia­ru do­pro­wa­dzić do roz­po­czę­cia ko­lej­nej pry­wat­nej woj­ny skie­ro­wa­nej prze­ciw­ko swym od­wiecz­nym wro­gom, to zna­czy Ta­ta­rom krym­skim. Wprost prze­ciw­nie. Wbrew wszel­kim ocze­ki­wa­niom, po­łą­czy­li się z nimi: od­dzia­ły ta­tar­skie zdą­ży­ły już prze­kro­czyć gra­ni­cę i przy­łą­czyć się do bun­tow­ni­ków. Po­tem na­de­szła ko­lej­na wia­do­mość o tym, że od­dział, któ­ry het­man Mi­ko­łaj Po­toc­ki wy­słał na Sicz, zo­stał roz­bi­ty. Całe to przed­się­wzię­cie pod wzglę­dem siły li­czeb­nej, po­sta­wy i za­cho­wa­nia przy­po­mi­na­ło ra­czej ak­cję po­li­cyj­ną prze­pro­wa­dzo­ną po to, aby dać na­ucz­kę kil­ku zbun­to­wa­nym Ko­za­kom. Naj­pierw od­mó­wi­li po­słu­szeń­stwa Ko­za­cy, któ­rzy wcho­dzi­li w skład od­dzia­łu kar­ne­go; jego resz­ta zo­sta­ła oto­czo­na i znie­sio­na pod Żół­ty­mi Wo­da­mi. Do­wód­ca, syn het­ma­na Po­toc­kie­go – Ste­fan, śmier­tel­nie ran­ny do­stał się do nie­wo­li3.

Wte­dy sam het­man sta­nął na cze­le naj­więk­szej licz­by żoł­nie­rzy, jaką był w sta­nie ze­brać. Były to woj­ska kwar­cia­ne wcho­dzą­ce w skład ar­mii ko­ron­nej, wzmoc­nio­ne kil­ko­ma ty­sią­ca­mi lu­dzi po­cho­dzą­cy­mi z od­dzia­łów wy­sta­wio­nych przez in­nych ma­gna­tów. W su­mie miał do dys­po­zy­cji oko­ło 5500 żoł­nie­rzy. Na ich cze­le ru­szył na po­łu­dnio­wy wschód, zde­ter­mi­no­wa­ny, aby jak naj­szyb­ciej po­ło­żyć kres ca­łej tej kro­to­chwi­li. Ale i ten od­dział zo­stał po­bi­ty. Ro­ze­szły się słu­chy, że oto­czo­no go i wzię­to do nie­wo­li pod Kor­su­niem w po­ło­wie maja4. Sta­ło się ja­sne, że tym ra­zem nie był to ja­kiś tam bunt. A ten, któ­ry stał na jego cze­le, nie był zwy­kłym chło­pem.

Na­zy­wał się Boh­dan Chmiel­nic­ki, miał po­nad 50 lat i był Ko­za­kiem; ni­skim, tę­gim, o du­żym po­czu­ciu hu­mo­ru, ze spo­rym do­świad­cze­niem woj­sko­wym. Znał kil­ka ję­zy­ków5 i na­le­żał do drob­nej szlach­ty ukra­iń­skiej. Kie­dyś uczęsz­czał do ko­le­gium pro­wa­dzo­ne­go przez je­zu­itów, ale po­zo­stał przy wy­zna­niu grec­ko­ka­to­lic­kim, tak jak jego przod­ko­wie. Z bie­giem lat osią­gnął pew­ną po­zy­cję, a Ko­za­cy po­wie­rzy­li mu kil­ka po­uf­nych mi­sji. Nie była to więc żad­na spe­cjal­nie wiel­ka ka­rie­ra, ale wy­star­czy­ła ta, aby przy­spo­rzyć Chmiel­nic­kie­mu wro­gów wśród tych spo­śród pol­skich ma­gna­tów, któ­rzy spra­wo­wa­li kon­tro­lę nad całą Ukra­iną i byli wła­ści­cie­la­mi spo­rej jej czę­ści. W 1638 roku. Chmiel­nic­ki brał udział w naj­waż­niej­szym bun­cie, do ja­kie­go wte­dy do­szło6. Klę­ska po­wsta­nia do­pro­wa­dzi­ła do tego, iż – jak wie­lu in­nych Ko­za­ków zaj­mu­ją­cych wy­so­kie sta­no­wi­ska – zo­stał zde­gra­do­wa­ny7 i zy­skał so­bie no­wych wro­gów. Przez chwi­lę wy­da­wa­ło się, że wszyst­ko uło­ży się le­piej, ale pod ko­niec lat czter­dzie­stych po­padł w spór z jed­nym z miej­sco­wych szlach­ci­ców. Praw­dzi­wa przy­czy­na tego kon­flik­tu okry­ta zo­sta­ła wkrót­ce ta­jem­ni­czą mgieł­ką, skła­da­ją­cą się z opo­wie­ści i ro­man­tycz­nych le­gend, któ­re w tam­tych cza­sach opie­wa­ły na­ro­do­wych zbój­ni­ków i przy­wód­ców po­wstań; wy­da­je się, że ów do­szedł w pew­nej chwi­li do wnio­sku, że Chmiel­nic­ki na­ru­szył jego mo­no­pol al­ko­ho­lo­wy, w wy­ni­ku cze­go szlach­cic do­ko­nał na­jaz­du na po­sia­dło­ści Chmiel­nic­kie­go, pod­czas któ­re­go śmierć po­niósł syn wła­ści­cie­la. Wie­my też na pew­no, że Chmiel­nic­ki ru­szył do War­sza­wy, aby w są­dzie do­cho­dzić spra­wie­dli­wo­ści, ale nic tam nie zdzia­łał, a kie­dy wró­cił do swych dóbr, cze­kał tam na nie­go już ów szlach­cic, któ­ry ka­zał Chmiel­nic­kie­go za­mknąć w wię­zie­niu, po czym za­re­kwi­ro­wał całe jego mie­nie.8 Z po­mo­cą kil­ku przy­ja­ciół uda­ło się Chmiel­nic­kie­mu wy­do­stać na wol­ność. Z oba­wy o swe ży­cie i roz­wście­cze­nia na to, co mu zgo­to­wał los, skie­ro­wał się na po­łu­dnie Ukra­iny, na Sicz. Nie­dłu­go po­tem nad ste­pem za­ło­po­ta­ła fla­ga bun­tow­ni­ków.

Chmiel­nic­ki za­rów­no pod wzglę­dem po­sta­wy, jak i cha­rak­te­ru ukształ­to­wa­ny zo­stał przez tryb ży­cia, jaki pę­dził w nie­spo­koj­nych, peł­nych bru­tal­no­ści cza­sach w re­jo­nach nad­gra­nicz­nych. Gdy­by był tyl­ko in­te­li­gent­ny, cha­ry­zma­tycz­ny i bez­względ­ny, stał­by się praw­do­po­dob­nie jed­nym z wie­lu bo­ha­ter­skich, ale tra­gicz­nych bun­tow­ni­ków; po ja­kimś cza­sie ska­za­no by go na ła­ma­nie ko­łem, a nie­dłu­go po­tem za­po­mnie­li­by o nim wszy­scy z wy­jąt­kiem pta­ków na nie­bie i kil­ku do­cie­kli­wych hi­sto­ry­ków, ży­ją­cych w przy­szło­ści. Ale po­siadł on rów­nież take ce­chy jak: zdol­no­ści or­ga­ni­za­cyj­ne, chłon­ny umysł i ta­lent do po­li­ty­ki. Na­uczo­ny do­świad­cze­niem, ja­kie wy­niósł z jed­ne­go z nie­uda­nych bun­tów, zro­zu­miał, że po­wsta­nie, aby od­nio­sło suk­ces, na­le­ży wy­wo­łać tyl­ko wspól­nie z ja­ki­miś so­jusz­ni­ka­mi. W prze­ci­wień­stwie do swych po­przed­ni­ków, Chmiel­nic­ki szu­kał ich, gdzie tyl­ko się dało. I miał szczę­ście. Ta­ta­rzy i Rzecz­po­spo­li­ta nig­dy nie da­rzy­li się zbyt dużą mi­ło­ścią, a wła­śnie wte­dy ich wza­jem­ne sto­sun­ki bar­dzo się ochło­dzi­ły. Dla­te­go bez tru­du uda­ło mu się na­mó­wić cha­na krym­skie­go Is­la­ma Gi­re­ja, aby ten wsparł po­wsta­nie swy­mi wła­sny­mi od­dzia­ła­mi. I to praw­do­po­dob­nie ura­to­wa­ło bun­tow­ni­ków od klę­ski.

Po zwy­cię­stwie pod Kor­su­niem, Chmiel­nic­ki i jego naj­bliż­si zwo­len­ni­cy od­kry­li na­gle, i to ku swe­mu zdu­mie­niu i nie bez nie­po­ko­ju, że ich bunt za­czął roz­sze­rzać się w nie­kon­tro­lo­wa­ny spo­sób, aż stał się czymś po­waż­niej­szym i nie­prze­wi­dzia­nym: re­wo­lu­cją so­cjal­ną. I tak oto ze wszyst­kich bun­tów i re­wo­lu­cji, do ja­kich do­szło w XVII wie­ku, wła­śnie ta mia­ła stać się naj­więk­szą, i obok an­giel­skiej – o naj­po­waż­niej­szych skut­kach.

Spra­wą o wie­le bar­dziej zdu­mie­wa­ją­cą niż prze­ro­dze­nie się bun­tu w re­wo­lu­cję było tem­po, w ja­kim pań­stwo pol­skie tra­ci­ło kon­tro­lę nad Ukra­iną. Wio­sną nie­po­ko­je roz­sze­rza­ły się z po­wia­tu na po­wiat. I za­wsze od­by­wa­ło się to we­dług po­dob­ne­go sce­na­riu­sza: chło­pi pańsz­czyź­nia­ni i wszy­scy inni, któ­rzy ję­cze­li pod cię­ża­rem jarz­ma i nie po­sia­da­li żad­nych przy­wi­le­jów, łą­czy­li się, aby ru­szyć do ata­ku; ich ofia­rą pa­da­li naj­pierw po­sia­da­cze ziem­scy i ich ro­dzi­ny, a wkrót­ce po­tem tak­że wszy­scy ci, któ­rych słusz­nie czy nie­słusz­nie utoż­sa­mia­no z pol­ski­mi rzą­da­mi: ka­to­lic­cy księ­ża, miesz­cza­nie, a przede wszyst­kim Ży­dzi. Z krę­gów po­zo­sta­ją­cych naj­bli­żej Chmiel­nic­kie­go kie­ro­wa­no w stro­nę zwo­len­ni­ków po­wsta­nia pe­wien ro­dzaj agi­ta­cji, ale sam przy­wód­ca bun­tu nie miał zbyt wiel­kiej kon­tro­li nad tym, co się dzia­ło. Wa­ta­hy zbroj­nych i luź­ne ban­dy uzbro­jo­nych Ko­za­ków nie po­trze­bo­wa­ły żad­nych roz­ka­zów ani nie py­ta­ły ni­ko­go o po­zwo­le­nie, tyl­ko roz­la­ły się po ca­łej pro­win­cji. Na Ukra­inie za­pa­no­wał cał­ko­wi­ty cha­os; pło­nę­ły ma­gnac­kie po­sia­dło­ści, ra­bun­ki i sa­mo­są­dy sta­ły się rze­czą co­dzien­ną. Po­wsta­nia lu­do­we w tam­tych cza­sach to okrut­ne wi­do­wi­ska, któ­re nie mia­ły nic w spól­ne­go z ro­man­tycz­ny­mi opo­wie­ścia­mi, ja­kie póź­niej na ich te­mat po­wsta­ły. Sto­pień zde­spe­ro­wa­nia i brak in­nych roz­wią­zań zna­la­zły uj­ście w prze­mo­cy, któ­ra czę­sto bywa śle­pa, cza­sa­mi bez­sen­sow­na, ale za­wsze bru­tal­na. To, co zda­rzy­ło się tam­te­go lata na Ukra­inie, nie na­le­ża­ło do żad­nych wy­jąt­ków.

Po klę­sce ar­mii ko­ron­nej pod Kor­su­niem, na Ukra­inie nie było już żad­nych wojsk pol­sko-li­tew­skich9. Bun­tow­ni­kom sta­wia­ła jesz­cze sła­by opór pry­wat­na ar­mia wy­sta­wio­na przez Je­re­mie­go Wi­śnio­wiec­kie­go10. Kie­dy roz­po­czę­ło się po­wsta­nie, Wi­śnio­wiec­ki znaj­do­wał się na wschod­nim brze­gu Dnie­pru, ale bar­dzo szyb­ko uda­ło mu się zgro­ma­dzić wo­kół wła­snej oso­by spo­ro luź­nych od­dzia­łów, a tak­że wie­lu prze­ra­żo­nych są­sia­dów szlach­ci­ców i Ży­dów. Na cze­le ca­łej tej zbie­ra­ni­ny ru­szył na za­chód, w stro­nę bez­piecz­niej­szych re­jo­nów. A kie­dy tak szli dłu­gie dni przez pło­ną­cy, nie­przy­ja­zny kraj, Wi­śnio­wiec­ki, kie­ru­jąc się za­sa­da­mi pro­stej, acz okrut­nej lo­gi­ki, od­po­wia­dał na okru­cień­stwa Ko­za­ków i chło­pów wła­snym ter­ro­rem, na­krę­ca­jąc tym sa­mym jesz­cze bar­dziej spi­ra­lę prze­mo­cy i bru­tal­no­ści. W ja­kimś in­nym re­gio­nie inny ma­gnat roz­ka­zał wy­mor­do­wać wszyst­kich zbun­to­wa­nych chło­pów wzię­tych do nie­wo­li, z wy­jąt­kiem nie­licz­nych, któ­rych wy­pu­ścił po uprzed­nim od­rą­ba­niu im pra­wej ręki.

Do re­gu­lar­nych po­ty­czek i starć do­cho­dzi­ło w róż­nych miej­scach11, ale dla więk­szo­ści rze­czy­wi­stych lub wy­du­ma­nych wro­gów zbun­to­wa­nych chło­pów, uciecz­ka wy­da­wa­ła się być je­dy­nym roz­wią­za­niem. Po­gło­ski o strasz­li­wych ma­sa­krach i gro­te­sko­wych ak­tach okru­cień­stwa sze­rzy­ły się na ca­łej Ukra­inie. Nie wszyst­ko no­si­ło zna­mio­na praw­dy, jak na przy­kład opo­wie­ści o tym, ja­ko­by bun­tow­ni­cy roz­pru­wa­li swym prze­ciw­ni­kom brzu­chy, aby za­szyć w nich żywe koty, albo o dzie­ciach sma­żo­nych na rusz­cie jak pro­się­ta, czy o mat­kach, któ­re zmu­sza­no, aby po­tem ja­dły swe wła­sne, usma­żo­ne po­tom­stwo. W ta­kich sy­tu­acjach na trzeź­wą oce­nę tych hi­sto­rii mo­gli po­zwo­lić so­bie tyl­ko nie­licz­ni. Za­zwy­czaj to, co było pew­ne, uwa­ża­no za nie­po­twier­dzo­ne; wie­lu przy­łą­cza­ło się więc do dłu­gich ko­lumn ucie­ki­nie­rów i cięż­ko za­ła­do­wa­nych wo­zów, od któ­rych ro­iło się na dro­gach wio­dą­cych na za­chód. Wy­glą­da­ło to jak wiel­ka wę­drów­ka lu­dów. Pew­ne­go dnia pod Ostro­giem po­ja­wi­ła się nie­koń­czą­ca się rze­ka lu­dzi, o sze­ro­ko­ści trzech ja­dą­cych obok sie­bie wo­zów i na milę12 dłu­ga, któ­ra bar­dzo po­wo­li to­czy­ła się przed sie­bie: lu­dzie opróż­nia­li w pa­ni­ce swe wozy z za­ła­do­wa­ne­go na nie do­byt­ku, aby tyl­ko móc po­ru­szać się szyb­ciej. Po ja­kimś cza­sie cała dro­ga i po­ło­żo­ne przy niej pola za­sła­ne były masą wy­rzu­co­nych, ni­ko­mu nie­po­trzeb­nych przed­mio­tów: ksią­żek, sprzę­tów ku­chen­nych, po­du­szek, ubrań, roz­bi­tych wo­zów oraz za­gu­bio­nych dzie­ci. Pod Piń­skiem jed­na z ta­kich ko­lumn zo­sta­ła roz­pro­szo­na przez Ko­za­ków, a na otwar­tym polu ro­ze­gra­ło się okrut­ne po­lo­wa­nie, kie­dy to małe grup­ki na­past­ni­ków rzu­ca­ły się na prze­chy­lo­ne wozy, wy­rzu­ca­ły z nich na zie­mię śmier­tel­nie prze­ra­żo­nych ucie­ki­nie­rów, do­bi­ja­jąc ich pchnię­ciem albo cię­ciem sza­bli.

Ci, któ­rzy po­sta­no­wi­li zo­stać, albo któ­rym nie po­zwo­lo­no wy­je­chać, sta­wa­li się obiek­tem ata­ków. Oso­by, uzna­ne przez po­wstań­ców za wro­gów, ko­zły ofiar­ne albo za upa­trzo­ne ofia­ry, miesz­ka­li naj­czę­ściej w ma­łych mia­stecz­kach. Do ma­sakr do­szło w po­nad 300 miej­scach. Wy­mor­do­wa­no ty­sią­ce lu­dzi. Ata­ki przy­bie­ra­ły prze­róż­ne for­my. W nie­któ­rych mia­stach mor­do­wa­no tyl­ko męż­czyzn, star­ców i cho­rych; ko­bie­ty oszczę­dza­no, ale sta­wa­ły się one po­tem ofia­ra­mi gwał­tów lub też zmu­sza­no je do za­mąż­pój­ścia wbrew ich woli; cza­sa­mi łą­czo­ne oba te akty prze­mo­cy. Mał­żeń­stwom od­bie­ra­no dzie­ci i od­da­wa­no je ukra­iń­skim ro­dzi­nom; szlach­ta, ra­bi­ni ży­dow­scy i inne, wy­so­ko po­sta­wio­ne oso­by, mu­sia­ły za swe ży­cie lub wol­ność za­pła­cić okup. Nie­kie­dy poj­ma­nym Ży­dom da­ro­wy­wa­no ży­cie pod wa­run­kiem za­par­cia się swej wia­ry; in­nych upro­wa­dza­li Ta­ta­rzy, aby sprze­dać po­tem jako nie­wol­ni­ków na ja­kimś azja­tyc­kim tar­gu. By­wa­ło, że nie oka­zy­wa­no żad­ne­go mi­ło­sier­dzia i prze­ba­cze­nia, a roz­wście­czo­ny tłum mor­do­wał wszyst­kich bez wy­jąt­ku: wy­so­kich i ni­skich, ko­bie­ty i męż­czyzn, dzie­ci i star­ców (sto­pień upo­je­nia al­ko­ho­lem by­wał w ta­kich przy­pad­kach za­zwy­czaj wy­so­ki). Po­wszech­ną me­to­dą sta­ło się za­my­ka­nie Ży­dów i in­nych znie­na­wi­dzo­nych osób w sy­na­go­gach, któ­re na­stęp­nie pod­pa­la­no. Czę­sto, kie­dy licz­ba jeń­ców zbyt­nio prze­wyż­sza­ła licz­bę opraw­ców, ucie­ka­no się do ma­so­we­go to­pie­nia ofiar. Po­wszech­nie sto­so­wa­no tor­tu­ry. Cza­sa­mi jed­nak na­wet po­spól­stwo za­prze­sta­wa­ło ma­sa­kry, zmę­czo­ne wi­do­kiem krwi. W Tuł­czy­nie mor­do­wa­nie trwa­ło dzień i noc, aż po trzech do­bach, okrut­nych i peł­nych za­mie­sza­nia, uli­ce mia­sta wy­peł­ni­ło za­wo­ła­nie: „Ci, któ­rzy nadal żyją, mogą wyjść z ukry­cia i nie mu­szą się już bać, bo dzie­ło za­bi­ja­nia do­bie­gło koń­ca”. Na te sło­wa ze sto­su po­skrę­ca­nych ciał i koń­czyn wy­peł­zli wte­dy ci, któ­rym uda­ło się prze­żyć. Opu­ści­li mia­sto i uda­li się na tu­łacz­kę. Było ich trzy­stu, na­gich i zbro­czo­nych krwią, ale nikt już nie wa­żył się ich krzyw­dzić.

A kie­dy już ja­kieś mia­stecz­ko zo­sta­ło „oczysz­czo­ne”, czy to z po­wo­du uciecz­ki miesz­kań­ców, czy też na sku­tek krwa­wych mor­dów, do opu­sto­sza­łych do­mów wpro­wa­dza­ła się miej­sco­wa lud­ność ukra­iń­ska.13

Kie­dy na­de­szła peł­nia lata, wy­da­wa­ło się, że po­wsta­nie tra­ci swój im­pet. Kłę­by dymu, prze­su­wa­ją­ce­go się nad da­cha­mi ma­gnac­kich po­sia­dło­ści i miej­sco­wych mia­ste­czek od Dnie­pru aż na Po­do­le i Wo­łyń, sta­wa­ły się co­raz rzad­sze. Nie­po­ko­je wśród chło­pów nie roz­prze­strze­nia­ły się już na za­chód i tyl­ko gdzie­nieg­dzie do­cho­dzi­ło jesz­cze do po­je­dyn­czych starć, rza­dziej do­bie­ga­ły od­gło­sy bi­tew. Nig­dzie nie wi­dać też było Chmiel­nic­kie­go i jego woj­ska, co z wiel­ką ulgą przy­ję­li ci, któ­rzy spra­wo­wa­li rzą­dy w Rzecz­po­spo­li­tej. Po­trze­bo­wa­li wię­cej cza­su, aby wy­sta­wić ar­mię w miej­sce tej, któ­rą stra­ci­li pod Kor­su­niem. Na do­da­tek, wio­sną 1648 roku zmarł król Wła­dy­sław IV, na­stał tym sa­mym okres bez­kró­le­wia, dość nie­bez­piecz­ny w pań­stwie tar­ga­nym we­wnętrz­nym kon­flik­tem. Trze­ba było jak naj­szyb­ciej wy­brać no­we­go kró­la, i to bez żad­nej zwło­ki. Chmiel­nic­ki wy­ko­rzy­stał okres lata, aby wy­sta­wić nowe od­dzia­ły, ścią­gnąć po­sił­ki od Ta­ta­rów, wy­słać swych dy­plo­ma­tów do są­sied­nich kra­jów i pod­po­rząd­ko­wać so­bie Ukra­inę, chcąc wszel­ki­mi moż­li­wy­mi spo­so­ba­mi skło­nić zbun­to­wa­nych chło­pów, żeby wró­ci­li do płu­gów i po­now­nie za­czę­li oka­zy­wać po­słu­szeń­stwo jak daw­niej. Sam był prze­cież po­sia­da­czem ziem­skim i choć­by z tego wzglę­du sprze­ci­wiał się wszel­kim bun­tom. Bar­dziej za­le­ża­ło mu na tym, aby nad chło­pa­mi po­sta­wić no­wych pa­nów, niż usta­no­wić nowy ład spo­łecz­ny. Oba­wiał się rów­nież, że je­śli cha­os bę­dzie się po­głę­biał, to w koń­cu on sam i po­dob­ni mu szlach­ci­ce sami sta­ną się ofia­ra­mi nie­prze­wi­dy­wal­ne­go tłu­mu.

Tym­cza­sem Rzecz­po­spo­li­ta z wiel­kim tru­dem wy­sta­wi­ła nową ar­mię. Woj­sko skła­da­ło się, jak zwy­kle, głów­nie z puł­ków szla­chec­kich. A gdy­by ktoś przyj­rzał się z bli­ska szlach­ci­com, kie­dy tak je­cha­li w swych błysz­czą­cych i bo­ga­tych kon­tu­szach, za­uwa­żył­by z prze­ką­sem, że Po­la­cy nie wo­ju­ją że­la­zem, tyl­ko zło­tem i sre­brem. Wkrót­ce też i Chmiel­nic­ki wy­słał w ste­py swe od­dzia­ły. W po­ło­wie wrze­śnia jego Ko­za­cy star­li się pod Pi­ław­ca­mi z nowo sfor­mo­wa­nym, nie za­pra­wio­nym w bo­jach pol­skim woj­skiem. Za­no­si­ło się na ko­lej­ną, za­koń­czo­ną hań­bą Po­la­ków bi­twę: ich do­wód­cy (bar­dziej za­ję­ci kłót­nia­mi mię­dzy sobą niż wal­ką z prze­ciw­ni­kiem) do­wie­dzie­li się, że do Chmiel­nic­kie­go przy­łą­czył się wiel­ki od­dział Ta­ta­rów (co nie było praw­dą); dla­te­go też usi­ło­wa­li wy­co­fać swo­je woj­sko pod osło­ną nocy (co było błę­dem). W pa­nu­ją­cych ciem­no­ściach od­wrót prze­mie­nił się wkrót­ce w za­mie­sza­nie i pa­ni­kę (co było do prze­wi­dze­nia). Ko­za­cy z ocho­tą ru­szy­li za reszt­ka­mi prze­pysz­nie ubra­ne­go pol­skie­go woj­ska, ucie­ka­ją­ce­go na za­chód, co skoń­czy­ło się ob­lę­że­niem Lwo­wa. Wspar­ty na du­chu, a tak­że wzbo­ga­co­ny o 250 tys. zło­tych pol­skich zło­żo­nych mu przez miesz­czan lwow­skich w for­mie kon­try­bu­cji, Chmiel­nic­ki skrę­cił na­stęp­nie na pół­noc. Strach przed nim sze­rzył się w ca­łej Pol­sce. Na­wet na pół­no­cy, w sil­nie ufor­ty­fi­ko­wa­nych mia­stach, nikt nie czuł się do koń­ca bez­piecz­nie. Ci zaś, któ­rzy mie­li po­wód i moż­li­wość po­wstrzy­ma­nia bun­tow­ni­ków, tzn. szlach­ta, wy­da­wa­li się spa­ra­li­żo­wa­ni i odrę­twia­li. Wie­lu z nich nie chcia­ło do­strze­gać za­gro­że­nia, sie­dząc bez­czyn­nie w swych po­sia­dło­ściach, cho­ciaż Chmiel­nic­ki był co­raz bli­żej. W paź­dzier­ni­ku 1648 roku – tzn. w tym sa­mym mie­sią­cu, w któ­rym na­stą­pi­ło ofi­cjal­ne za­koń­cze­nie woj­ny trzy­dzie­sto­let­niej – po­wstań­cy znaj­do­wa­li się już tyl­ko 240 km od War­sza­wy.

2Zło nadchodzi z zewnątrz

Nie­wie­le rze­czy jest bar­dziej nie­bez­piecz­nych niż trium­fy.

Są one dla na­ro­dów i wład­ców źró­dłem do­świad­czeń, któ­re pa­mięć w swej prze­ko­rze za­mie­nia naj­pierw w za­sa­dy, któ­rych na­le­ży bro­nić, po­tem we wzor­ce, któ­re trze­ba na­śla­do­wać, a w koń­cu w mity „zło­te­go wie­ku”, na któ­re moż­na się po­wo­ły­wać. Nie­rzad­ko więc mo­że­my za­ob­ser­wo­wać w hi­sto­rii ludz­ko­ści, jak siła za­mie­nia się w sła­bość, a prze­ci­wień­stwa za­mie­nia­ją się miej­sca­mi. Nikt wcze­śniej nie prze­wi­dział pro­ble­mów, ja­ki­mi do­tknię­ta zo­sta­ła Rzecz­po­spo­li­ta. Były one być może skut­kiem nie ja­kie­goś kon­kret­ne­go kry­zy­su, tyl­ko – pa­ra­dok­sal­nie – efek­tem wiel­kich suk­ce­sów.

W ca­łej Eu­ro­pie XVI wiek uwa­ża się za sto­sun­ko­wo spo­koj­ny okres, któ­ry po­zo­sta­wił po so­bie wspo­mnie­nia bo­ga­tych zbio­rów, ro­sną­ce­go do­bro­by­tu, po­sze­rza­nia ho­ry­zon­tów, ale i pew­ne­go nie­po­ko­ju. Dla Rzecz­po­spo­li­tej, a przy­najm­niej dla rzą­dzą­cych nią wyż­szych klas, było to stu­le­cie nie­zwy­kle szczę­śli­wą epo­ką. Blask Re­ne­san­su roz­ja­śnił wnę­trze pań­stwa – w prze­ci­wień­stwie na przy­kład do Szwe­cji, któ­ra w tym sa­mym cza­sie lo­ko­wa­ła się gdzieś na sza­rym koń­cu po­stę­pu. Li­te­ra­tu­ra, na­uka i sztu­ka kwi­tły w wiel­kich mia­stach i w pry­wat­nych dwo­rach ma­gnac­kich. Dzia­ła­ły tam ta­kie po­sta­cie jak Mi­ko­łaj Ko­per­nik – czło­wiek, któ­ry swym gę­sim pió­rem skie­ro­wał zie­mię na or­bi­tę oko­ło­sło­necz­ną i tym sa­mym otwo­rzył dla niej ob­raz no­wo­cze­sne­go świa­ta; fi­lo­zof i po­li­tyk An­drzej Frycz Mo­drzew­ski, któ­ry w swym sys­te­mie, szyb­ko roz­sła­wio­nym w ca­łej Eu­ro­pie, umie­jęt­nie po­łą­czył wspar­cie dla idei sil­ne­go pań­stwa ze zro­zu­mie­niem dla praw spo­łecz­nych i rów­no­ści wo­bec pra­wa; a tak­że ge­nial­ny Jan Ko­cha­now­ski – naj­wy­bit­niej­szy przed­sta­wi­ciel pol­skiej po­ezji, ze wzglę­du na swój ta­lent i spo­sób pi­sa­nia przy­wo­dzą­cy na myśl współ­cze­snych mu me­ta­fi­zycz­nych po­etów an­giel­skich, któ­rych na swój spo­sób wy­prze­dził. Były to trzy gi­gan­ty, ale żad­ne ja­kieś tam ol­brzy­my, tyl­ko two­ry pew­ne­go „wyżu in­te­lek­tu­al­ne­go”, któ­ry w tam­tym okre­sie roz­cią­gał się nad pań­stwem. Suk­ce­syw­nie pod­no­sił się po­ziom wy­kształ­ce­nia i miał co­raz więk­szy za­sięg: co­raz wię­cej chęt­nych za­pi­sy­wa­ło się na Aka­de­mię Kra­kow­ską albo roz­po­czy­na­ło na­ukę na uczel­niach za­gra­nicz­nych. Jed­no­cze­śnie licz­ba ma­łych, lo­kal­nych szkół zwięk­szy­ła się z 253 do 650. Skut­kiem i wa­run­kiem tego kul­tu­ral­ne­go roz­wo­ju była to­le­ran­cja – re­li­gij­na i in­te­lek­tu­al­na, któ­ra w ów­cze­snym świe­cie mia­ła nie­wie­le od­po­wied­ni­ków.

W Eu­ro­pie Re­for­ma­cja i Kontr­re­for­ma­cja otwar­ły po­dwo­je dla prze­róż­ne­go ro­dza­ju do­gma­tycz­no­ści i za­skle­pie­nia umy­sło­we­go. Za­wsze znaj­dą się tacy, któ­rzy na grun­cie czy­stej na­uki po­tra­fią roz­wią­zy­wać trud­ne pro­ble­my za po­mo­cą pro­stych me­tod. O ich ak­cep­ta­cji de­cy­du­je jed­nak głów­nie chęć in­nych osób do ich słu­cha­nia. A były to cza­sy, kie­dy za­rów­no krę­gi rzą­dzą­ce, jak i tak zwa­ny lud w nie­spo­ty­ka­nym wcze­śniej stop­niu da­wa­ły po­słuch piew­com no­wych tren­dów. Re­for­ma­cja zy­ska­ła swych zwo­len­ni­ków rów­nież wśród spra­wu­ją­cych wła­dzę, a zwłasz­cza wśród szlach­ty, pod­czas gdy Kontr­re­for­ma­cja wy­wo­ły­wa­ła licz­ne sprzecz­no­ści. W Rzecz­po­spo­li­tej usi­ło­wa­no po­go­dzić te dwa nie­moż­li­we do po­łą­cze­nia prą­dy po­przez wpro­wa­dze­nie w 1573 roku cze­goś tak ra­dy­kal­ne­go jak wol­ność re­li­gij­na.

Być może była to ko­niecz­ność, któ­ra za­mie­ni­ła się w cno­tę. Wszyst­kie pań­stwa eu­ro­pej­skie mo­gły w owych cza­sach po­chwa­lić się róż­no­rod­no­ścią ję­zy­ków i kul­tur, a do­ty­czy­ło to zwłasz­cza Rzecz­po­spo­li­tej, któ­ra zaj­mu­jąc ob­szar 990 tys. km kwa­dra­to­wych była dru­gim co do wiel­ko­ści pań­stwem na kon­ty­nen­cie. Żyło w nim oko­ło 10 mi­lio­nów lu­dzi, a więc o po­ło­wę wię­cej niż we Fran­cji, dwa razy wię­cej niż w An­glii i osiem razy wię­cej niż w Szwe­cji. W za­chod­nich re­gio­nach, a zwłasz­cza w Pru­sach, za­miesz­ki­wa­li Niem­cy wy­zna­nia lu­te­rań­skie­go. Pod­czas gdy nie­ma­ła część szlach­ty cią­ży­ła ku któ­re­muś z wy­znań pro­te­stanc­kich (a zwłasz­cza ku kal­wi­ni­zmo­wi), więk­sza część lud­no­ści miesz­ka­ją­cej w cen­trum kra­ju była ka­to­li­ka­mi. Na Li­twie moż­na było na­tknąć się na­to­miast na nie­wiel­kie gru­py Ta­ta­rów. We wschod­nich wo­je­wódz­twach zde­cy­do­wa­na więk­szość miesz­kań­ców na­le­ża­ła do Ko­ścio­ła grec­ko­ka­to­lic­kie­go. Jed­ną z mniej­szo­ści, któ­ra od­gry­wa­ła dużą rolę, byli Ży­dzi. Sta­no­wi­li oni oko­ło pięć pro­cent lud­no­ści kra­ju i żyli we wszyst­kich mia­stach i więk­szych wsiach. Ich pra­wa oby­wa­tel­skie, re­li­gij­ne i eko­no­micz­ne gwa­ran­to­wa­ły od wie­ków kró­lew­skie przy­wi­le­je14. Mie­li mię­dzy in­ny­mi wła­sny par­la­ment – Waad – i pra­wo­daw­stwo, dzię­ki cze­mu mo­gli funk­cjo­no­wać w nie­zwy­kłej mie­szan­ce zło­żo­nej z wła­snej izo­la­cji i pra­wa do sa­mo­sta­no­wie­nia. Inną gru­pą et­nicz­ną chro­nio­ną przez pań­stwo byli Or­mia­nie wy­zna­nia chrze­ści­jań­skie­go. Ak­cep­to­wa­no ich i przy­zna­wa­no im pra­wo do czę­ścio­we­go sa­mo­rzą­du. Było ich jed­nak nie­wie­lu, za­miesz­ki­wa­li głów­nie w du­żych mia­stach na Ukra­inie, ale – w prze­ci­wień­stwie do Ży­dów – po­wo­li pod­no­si­li swój sta­tus spo­łecz­ny w chrze­ści­jań­skim spo­łe­czeń­stwie. Ofi­cjal­ne do­ku­men­ty pań­stwo­we re­da­go­wa­no w pię­ciu ję­zy­kach: po pol­sku, nie­miec­ku, ru­sku, or­miań­sku i he­braj­sku (w ży­ciu co­dzien­nym funk­cjo­no­wa­ło to za­ska­ku­ją­co spraw­nie, głów­nie dzię­ki wy­ko­rzy­sta­niu ła­ci­ny, któ­ra była dla ca­łe­go spo­łe­czeń­stwa czymś na kształt lin­gua fran­ca). To­le­ran­cja mia­ła swo­je gra­ni­ce, a naj­czę­ściej cha­rak­te­ry­zo­wa­ła kla­sę rzą­dzą­cą oraz lu­dzi wy­kształ­co­nych. Jej zna­cze­nia nie moż­na jed­nak nie do­ce­niać. Dzię­ki niej miesz­kań­cy Rzecz­po­spo­li­tej nie mu­sie­li do­świad­czać wo­jen re­li­gij­nych albo wo­jen wy­wo­ła­nych z po­wo­dów teo­lo­gicz­nych, a więc ta­kich, do któ­rych raz za ra­zem do­cho­dzi­ło w po­zo­sta­łych re­gio­nach Eu­ro­py. Na do­da­tek pol­ska szlach­ta – w prze­ci­wień­stwie do swych bra­ci w in­nych kra­jach – tyl­ko w nie­wiel­kim stop­niu za­in­te­re­so­wa­na była wiel­ki­mi kon­flik­ta­mi i woj­na­mi. Ma­gna­ci miesz­ka­ją­cy na wsi ob­ra­sta­li w tłuszcz w swych po­sia­dło­ściach, cie­szy­li się z uro­dza­ju i ze stra­chem spo­glą­da­li na an­ta­go­ni­zmy i awan­tu­ry po­li­tycz­ne, do któ­rych do­cho­dzi­ło poza gra­ni­ca­mi ich kra­ju, po­nie­waż wią­za­ły się one z wiel­kim ry­zy­kiem i – co było rze­czą naj­gor­szą – ogrom­ny­mi wy­dat­ka­mi. Na­to­miast drob­na szlach­ta nie­uf­nie od­no­si­ła się do wła­dzy kró­lew­skiej i po ci­chu wspie­ra­ła ma­gna­tów.

Jak to zwy­kle bywa w hi­sto­rii, tak szczę­śli­wy i zna­czo­ny suk­ce­sa­mi okres szczę­ścia miał gdzieś swo­je źró­dło. Była nim sil­na i kwit­ną­ca go­spo­dar­ka. W XVI wie­ku licz­ba miesz­kań­ców zwięk­szy­ła się w ca­łej Eu­ro­pie, ale naj­więk­szy przy­rost za­zna­czył się na za­cho­dzie. Ob­ser­wo­wa­no tam sta­ły roz­wój han­dlu i ma­nu­fak­tur, a wszyst­ko to pro­wa­dzi­ło do zwięk­szo­ne­go im­por­tu su­row­ców i żyw­no­ści. Jej ceny dra­stycz­nie ro­sły, czę­ścio­wo na sku­tek zwięk­szo­ne­go po­py­tu, czę­ścio­wo za spra­wą in­fla­cji, do któ­rej do­szło w chwi­li, kie­dy sre­bro i zło­to z kra­ju In­ków i Az­te­ków po­ja­wi­ło się w Eu­ro­pie. Na­gle upra­wa zie­mi sta­ła się spra­wą opła­cal­ną, a zie­mia zdro­ża­ła. Z tęt­nią­cych ży­ciem go­spo­da­rek państw po­ło­żo­nych wzdłuż wy­brze­ża Atlan­ty­ku, a tak­że z gę­sto za­lud­nio­nych miast Pół­wy­spu Ibe­ryj­skie­go i Ape­niń­skie­go do­ma­ga­no się co­raz gło­śniej wię­cej psze­ni­cy, jęcz­mie­nia, owsa, żyta. A wiel­cy po­sia­da­cze ziem­scy zza Łaby z chę­cią od­po­wia­da­li na to za­po­trze­bo­wa­nie.

Zbo­że sta­ło się dzię­ki temu naj­waż­niej­szym to­wa­rem eks­por­to­wym dla państw Eu­ro­py Wschod­niej. Rzecz­po­spo­li­ta sta­wa­ła się po­wo­li spi­chle­rzem Za­cho­du, pod­czas gdy Bał­tyk awan­so­wał do roli naj­waż­niej­sze­go mo­rza pod wzglę­dem go­spo­dar­czym. Naj­bar­dziej zy­ska­li na tym wiel­cy po­sia­da­cze ziem­scy, to zna­czy szlach­ta, po­nie­waż tyl­ko ona mia­ła pra­wo po­sia­dać zie­mię. W cią­gu 150 lat zbio­ry na po­lach na­le­żą­cych do ma­gna­tów ule­gły po­tro­je­niu, a w po­sia­dło­ściach na­le­żą­cych do drob­nej szlach­ty za­no­to­wa­no przy­rost dwu­krot­ny. Spa­dły na­to­miast do­cho­dy chłop­skie. Zy­ski i wzrost pro­duk­cji nie były jed­nak skut­kiem lep­sze­go za­rzą­dza­nia. Prze­ciw­nie, tech­ni­ki upra­wy zie­mi na tych te­re­nach nie zmie­nia­ły się od lat. Me­to­dy, do ja­kich ucie­ka­li się pa­no­wie szlach­ta dla po­pra­wy wy­ni­ków go­spo­da­ro­wa­nia, były rów­nie sku­tecz­ne jak pry­mi­tyw­ne. Po­le­ga­ło to po pro­stu na co­raz więk­szym uci­sku chło­pów, co po­głę­bia­ło ich pod­dań­stwo i za­leż­ność od pa­nów. Nie­rzad­ko zmu­sza­no ich do pra­cy na pań­skiej zie­mi przez trzy dni w ty­go­dniu. Sta­ło się to moż­li­we, po­nie­waż szlach­ta dys­po­no­wa­ła od lat sil­ną, nie­za­leż­ną wła­dzą. Sto­so­wa­ła na przy­kład wła­sne pra­wo w swych po­sia­dło­ściach, pod­czas gdy chło­pi po­zba­wie­ni byli przy­wi­le­ju do skar­że­nia pa­nów u kró­la… w ten spo­sób wło­ścia­nie zda­ni byli na ła­skę i nie­ła­skę swych wła­ści­cie­li. Szlach­ta wpro­wa­dzi­ła też licz­ne, cza­sa­mi nie­zwy­kłe mo­no­po­le, zmu­sza­jąc swych chłop­skich pod­da­nych do za­ku­pu u sie­bie nie­któ­rych pro­duk­tów, np. wód­ki czy piwa. We wsiach wi­dać było ozna­ki bie­dy: zmniej­sza­ła się ilość by­dła na po­lach, ale za to przy­by­wa­ło że­bra­ków15.

Wiel­cy po­sia­da­cze ziem­scy bra­li się za upra­wę zie­mi w po­łu­dnio­wo-wschod­nich re­gio­nach kra­ju, zwłasz­cza na Ukra­inie. To wła­śnie tam ro­dzi­ły się praw­dzi­we for­tu­ny. Zie­mia była roz­le­gła, grun­ty ży­zne i bez­pań­skie. To­też w krót­kim cza­sie pol­scy i li­tew­scy ma­gna­ci stwo­rzy­li tam po­tęż­ne la­ty­fun­dia. Mi­ko­łaj Po­toc­ki, do­wód­ca od­dzia­łów, któ­re po­nio­sły klę­skę pod Kor­su­niem, po­cho­dził z rodu, któ­ry już wkrót­ce po­tem go­spo­da­ro­wał na zie­mi o po­wierzch­ni 1,2 mi­lio­na hek­ta­rów, a więc na po­wierzch­ni więk­szej niż cała Ska­nia. Po­sia­dło­ści ta­kie, ze wzglę­du na swo­ją roz­le­głość i cha­rak­ter, przy­po­mi­na­ły ra­czej małe pań­stwa. Je­re­mi Wi­śnio­wiec­ki, okrut­ny, ale wy­kształ­co­ny ma­gnat, któ­re­go woj­sko jako je­dy­ne sta­wia­ło w owym cza­sie opór po­wstań­com, rzą­dził w prak­ty­ce całą wschod­nią Ukra­iną. Hi­sto­ria eks­pan­sji jego rodu na tych te­re­nach nie ma swych od­po­wied­ni­ków nig­dzie in­dziej, je­śli idzie o tem­po i roz­miar. W 1630 roku Wi­śnio­wiec­cy kon­tro­lo­wa­li 616 osad, a już 15 lat póź­niej licz­ba ta wzro­sła do 38 ty­się­cy. Mie­li pod sobą po­nad 230 ty­się­cy pod­da­nych, a cały ma­ją­tek za­czął po­wo­li przy­po­mi­nać pry­wat­ne księ­stwo, któ­re oprócz ar­mii16 mo­gło się tak­że po­chwa­lić wła­snym dwo­rem17, ad­mi­ni­stra­cją i sto­li­cą; więk­sza część lo­kal­nej szlach­ty sta­ła się klien­ta­mi rodu, po­ta­ki­wa­cza­mi i po­chleb­ca­mi, two­rząc tym sa­mym bazę po­li­tycz­ną dla Wi­śnio­wiec­kich. W swo­ich mi­ni­pań­stew­kach ma­gna­ci mie­li wszyst­ko to, cze­go wzbra­nia­li swe­mu kró­lo­wi, od­no­sząc się przy tym do gór­no­lot­nie brzmią­cych, od­wiecz­nych fra­ze­sów o wiecz­nych pra­wach szlach­ty, o zło­tej wol­no­ści szla­chec­kiej itp. Jak da­le­ko za­szła ich sa­mo­wo­la i sa­mo­władz­two, świad­czy fakt, iż w swej py­sze i aro­gan­cji ma­gna­ci się­ga­li czę­sto po broń, wal­cząc prze­ciw­ko so­bie, co pro­wa­dzi­ło do licz­nych wo­jen to­czo­nych na lo­kal­ną ska­lę.

Tak więc Rzecz­po­spo­li­ta przy­po­mi­na­ła swym wy­glą­dem sta­ry ko­ściół na pro­win­cji: jego wy­po­le­ro­wa­na i błysz­czą­ca ko­pu­ła spo­czy­wa­ła na drew­nia­nej kon­struk­cji – sza­rej, pry­mi­tyw­nej i wiel­kiej. Ogrom­ne bo­gac­two, przy­wi­le­je i wspa­nia­ła kul­tu­ra nie po­wsta­ły bo­wiem tyl­ko za pie­nią­dze po­cho­dzą­ce z uci­sku, ale rów­nież na sku­tek opóź­nie­nia, żeby nie po­wie­dzieć – za­co­fa­nia.

Szlach­ta ca­łej Eu­ro­py pa­trzy­ła z góry na kup­ców, rze­mieśl­ni­ków i wła­ści­cie­li fa­bryk. Ka­pi­ta­lizm do­pie­ro wcho­dził na wiel­kie po­ko­je. Po­strze­ga­no go wte­dy być może jako uży­tecz­ny, ale nig­dy waż­ny, i do­bry sam w so­bie. Jed­nak na Za­cho­dzie do­ko­ny­wa­ła się po­wol­na, acz nie­ła­twa zmia­na, za­rów­no na sku­tek nę­dzy spo­wo­do­wa­nej za­koń­czo­ną nie­daw­no woj­ną trzy­dzie­sto­let­nią, co do­pro­wa­dzi­ło w efek­cie do za­kwe­stio­no­wa­nia tra­dy­cyj­nych ide­ałów ry­cer­skich eu­ro­pej­skiej szlach­ty, jak rów­nież z po­wo­du ro­sną­ce­go zna­cze­nia han­dlu i prze­my­słu. Tym­cza­sem na Wscho­dzie zmia­ny prze­bie­ga­ły w od­wrot­nym kie­run­ku. Pol­sko-li­tew­ska szlach­ta za­czę­ła bo­wiem wy­ko­rzy­sty­wać swo­ją sil­ną po­zy­cję do pro­wa­dze­nia po­li­ty­ki, któ­ra mia­ła cha­rak­ter uni­kal­ny ze wzglę­du na wro­gość w sto­sun­ku do miast. Wła­snych miesz­czan uwa­ża­no za kon­ku­ren­tów, więc ob­cią­ża­no ich ko­lej­ny­mi po­dat­ka­mi albo do­pro­wa­dza­no do ru­iny z ko­rzy­ścią dla kup­ców po­cho­dzą­cych z za­gra­ni­cy18. Nie­któ­re duże mia­sta, któ­re pro­wa­dzi­ły han­del za­gra­nicz­ny bez­po­śred­nio ze swy­mi part­ne­ra­mi – przede wszyst­kim z wiel­kim i bo­ga­tym Gdań­skiem – albo też te, któ­re po­ło­żo­ne były przy szla­kach, któ­ry­mi trans­por­to­wa­no zbo­że do por­tów – jak np. To­ruń, Kra­ków, Lwów i War­sza­wa – mia­ły się nadal do­brze. Jed­nak wie­le mniej­szych i śred­nich miast za­czę­ło po­wo­li chy­lić się ku upad­ko­wi, co nie­zbyt ob­cho­dzi­ło ma­gna­tów, po­nie­waż w miej­sce tych, po­pa­da­ją­cych w ru­inę bu­do­wa­li nowe, wła­sne mia­sta, we­dług wła­sne­go upodo­ba­nia i za swo­je pie­nią­dze. Pol­skie ma­nu­fak­tu­ry pa­da­ły jed­na za dru­gą. Szlach­ta za­mie­nia­ła huty że­la­za na mły­ny zbo­żo­we, bo po co komu po­trzeb­ny był wła­sny prze­mysł, je­śli zbo­że z Ma­ło­pol­ski moż­na było wy­mie­nić na suk­no z Flan­drii, szkło z Ba­wa­rii albo wy­ro­by ko­wal­skie z Es­sex? Ni­ko­mu nie przy­cho­dzi­ło na­wet na myśl, że w dłuż­szej per­spek­ty­wie po­sta­wa taka zro­dzi po­waż­ny pro­blem, po­nie­waż przy­zwy­cza­jo­no się do utoż­sa­mia­nia wła­sne­go do­bro­by­tu z bo­gac­twem pań­stwa, a pań­stwo z sobą.

Pol­ska szlach­ta była więc zbyt po­chło­nię­ta roz­ko­szo­wa­niem się swy­mi przy­wi­le­ja­mi, aby móc za­uwa­żyć, iż spo­łe­czeń­stwo, w któ­rym funk­cjo­no­wa­ła, wy­ka­zu­je pierw­sze ob­ja­wy upad­ku. Chło­pi co­raz bar­dziej izo­lo­wa­li się od miesz­czan, rwa­ły się wię­zi tych ostat­nich z za­gra­ni­cą, a w mia­rę, jak zwięk­szał się dy­stans mię­dzy ma­gna­ta­mi a po­zo­sta­ły­mi miesz­kań­ca­mi kra­ju, po­ja­wia­ły się pierw­sze na­pię­cia. Jed­nak w żad­nym in­nym re­gio­nie nie sta­ły się one rów­nie sil­ne jak na Ukra­inie.

W Pol­sce chło­pa i pana łą­czy­ły przy­najm­niej ję­zyk i re­li­gia; poza tym, więk­sza część szlach­ty miesz­ka­ją­cej w Ko­ro­nie za­li­cza­ła się do tzw. drob­nej; i ani ilość po­sia­da­nej zie­mi – nie­rzad­ko nie wię­cej niż czte­ry do ośmiu hek­ta­rów, ani styl ży­cia nie od­róż­nia­ły owych bie­da­ków z her­bem od nie­któ­rych chło­pów, któ­rym po­wo­dzi­ło się le­piej.19 Cała Ukra­ina po­dzie­lo­na była na­to­miast mię­dzy nie­wiel­ką licz­bę bo­ga­tych ma­gna­tów, z któ­rych więk­szość była Po­la­ka­mi, nie­przy­zwo­icie bo­ga­tych, wy­ko­rzy­stu­ją­cych miej­sco­wych chło­pów, któ­rzy ani nie mó­wi­li ich ję­zy­kiem, ani nie wy­zna­wa­li tej sa­mej re­li­gii. Nie była to więc zdro­wa sy­tu­acja, tym bar­dziej, iż ma­gna­ci zwy­kli byli trak­to­wać wszyst­kich tych, któ­rzy nie na­le­że­li do ich wą­skie­go krę­gu, jak chło­pów albo jak przy­szłych chło­pów. Wa­run­ki by­to­wa­nia pa­nu­ją­ce na Ukra­inie były dla miej­sco­wych wło­ścian lep­sze niż w in­nych re­gio­nach Rzecz­po­spo­li­tej. Ma­gna­ci sta­ra­li się za­chę­cać chło­pów z pół­no­cy, gdzie pa­no­wa­ło spo­re za­gęsz­cze­nie, do osie­dla­nia się na ich zie­mi. Sto­so­wa­li też róż­ne za­chę­ty, po to aby prze­ciw­dzia­łać ich uciecz­kom na po­łu­dnie Ukra­iny, gdzie nadal peł­no było nie­za­go­spo­da­ro­wa­nej i bez­pań­skiej zie­mi.

To wła­śnie tu na­ro­dzi­li się Ko­za­cy. Więk­szość z nich była zbie­gły­mi chło­pa­mi, któ­rzy opu­ści­li swe go­spo­dar­stwa. Dla spo­rej licz­by miesz­kań­ców Ukra­iny cięż­kie, ale wol­ne ży­cie Ko­za­ka było tym, o czym ma­rzy­li. I nie­rzad­ko ich ma­rze­nie speł­nia­ło się, kie­dy ucisk sta­wał się nie do wy­trzy­ma­nia. Sy­tu­acje ta­kie wy­wo­ły­wa­ły iry­ta­cję ma­gna­tów. Za­rów­no pań­stwo, jak i ma­gna­ci czy­ni­li wszyst­ko, co w ich mocy, aby okieł­znać Ko­za­ków, dą­żąc do zmniej­sze­nia ich licz­by. To trud­ne za­da­nie re­ali­zo­wa­no od koń­ca XVI wie­ku z wiel­kim upo­rem i spo­ry­mi suk­ce­sa­mi, co z ko­lei przy­czy­nia­ło się do wy­bu­chu ko­lej­nych po­wstań. Do tej pory wszyst­kie z nich koń­czy­ły się po­raż­ka­mi bun­tow­ni­ków.

Mły­ny hi­sto­rii pra­co­wa­ły peł­ną parą na swój wła­sny spo­sób. Pre­sja wy­wie­ra­na przez Ko­za­ków mia­ła wpływ na sy­tu­ację wiel­kich po­sia­dło­ściach ziem­skich po­ło­żo­nych na Ukra­inie – do­kąd bo­wiem mógł uciec ska­za­ny na wy­gna­nie miesz­ka­niec tej kra­iny? wiel­cy po­sia­da­cze ziem­scy za­czę­li więc stop­nio­wo po­zba­wiać miej­sco­wą lud­ność ko­lej­nych praw. chło­pom co­raz bar­dziej ogra­ni­cza­no moż­li­wość swo­bod­ne­go prze­miesz­cza­nia się, do­kła­da­no im ko­lej­ny dzień, jaki mu­sie­li od­pra­co­wy­wać w ra­mach pańsz­czy­zny na pań­skiej zie­mi. A je­śli któ­ryś od­ma­wiał, to nie­rzad­ko siłą i pod bro­nią za­cią­ga­no go na pań­skie pole. Mo­no­pol, jaki szlach­ta po­sia­da­ła na al­ko­hol i ty­toń, przy­czy­niał się z ko­lei do zwyż­ki cen na te to­wa­ry. Ma­gna­ci nie wa­ha­li się przed róż­ne­go ro­dza­ju oszu­stwa­mi o cha­rak­te­rze praw­nym, geo­de­zyj­nym czy fi­nan­so­wym. Mie­li oni zwy­czaj – bar­dziej z ko­niecz­no­ści niż z wy­bo­ru – po­zby­wa­nia się nie­wy­god­nych dla nich i uciąż­li­wych spraw na rzecz za­rząd­ców lub dzier­żaw­ców, któ­ry­mi naj­czę­ściej by­wa­li Ży­dzi. W spo­łe­czeń­stwie ist­nia­ła wów­czas pew­na for­ma an­ty­se­mi­ty­zmu, a w re­gu­lar­nych od­stę­pach cza­su oskar­ża­no wy­znaw­ców re­li­gii moj­że­szo­wej o po­peł­nia­nie mor­dów ry­tu­al­nych na chrze­ści­ja­nach. Waż­niej­sze było jed­nak to, iż Ży­dzi speł­nia­li rolę po­śred­ni­ków. W ten spo­sób wła­śnie za­czę­li oni z cza­sem sym­bo­li­zo­wać pol­ską wła­dzę na Ukra­inie, co spra­wi­ło, że stop­nio­wo sta­li się obiek­tem nie­za­do­wo­le­nia wy­ra­ża­ne­go przez miej­sco­wą lud­ność. W tej czę­ści Rzecz­po­spo­li­tej pol­ska wła­dza i pańsz­czy­zna były czymś nie­ty­po­wym, nic więc dziw­ne­go, że nie­za­do­wo­le­nie za­mie­ni­ło się w roz­go­ry­cze­nie, a z cza­sem w nie­na­wiść, i to nie tyl­ko wśród ukra­iń­skich chło­pów, ale tak­że drob­nej, po­ni­ża­nej szlach­ty, a naj­bar­dziej wśród du­cho­wień­stwa wy­zna­nia grec­ko­ka­to­lic­kie­go.

Ma­gna­ci nie do­strze­ga­li jed­nak, że sy­tu­acja sta­je się na­pię­ta i gro­zi wy­bu­chem. Nadal po­grą­że­ni byli w wy­god­nej obo­jęt­no­ści, za­in­te­re­so­wa­ni tyl­ko wła­sny­mi spra­wa­mi. Nie za­uwa­ża­li też pierw­szych oznak świad­czą­cych o nad­cho­dzą­cym kry­zy­sie go­spo­dar­czym.

W wie­lu dzie­dzi­nach, a więc nie tyl­ko w go­spo­dar­ce, XVI wiek bez­kon­flik­to­wo prze­szedł w wiek XVII. Jesz­cze w pierw­szym dzie­się­cio­le­ciu no­we­go stu­le­cia han­del eu­ro­pej­ski wy­ka­zy­wał sta­ły i sil­ny wzrost. W 1618 roku – tak brze­mien­nym w skut­kach dla Eu­ro­py, roku, w któ­rym roz­po­czę­ła się w Niem­czech woj­na trzy­dzie­sto­let­nia – eks­port pol­skie­go zbo­ża na Za­chód osią­gnął swój szczy­to­wy pu­łap: 255 ty­się­cy ton. Już jed­nak w na­stęp­nym roku na­stą­pił gwał­tow­ny spa­dek. W ca­łej Eu­ro­pie spadł po­pyt na pro­duk­ty rol­ne i ar­ty­ku­ły prze­my­sło­we; ude­rzy­ło to rów­nież w eks­port pol­ski. A po­tem już suk­ce­syw­nie spa­dek się po­głę­biał20. Na do­miar złe­go, za­ob­ser­wo­wa­no ob­ni­że­nie wy­so­ko­ści zbio­rów. Tłu­ma­czo­no to złą po­go­dą, mó­wio­no też, że lata są krót­sze i bar­dziej wil­got­ne. Inni twier­dzi­li, że zie­mia jest zbyt wy­ja­ło­wio­na, a to albo z po­wo­du na­zbyt in­ten­syw­nej go­spo­dar­ki, albo zbyt opty­mi­stycz­nych ocen do­ty­czą­cych moż­li­wo­ści pro­wa­dze­nia upraw na zie­miach gor­szej ja­ko­ści. Ci z ma­gna­tów, któ­rzy nie mie­li ocho­ty snuć „ge­nial­nych” teo­rii do­ty­czą­cych przy­czyn kry­zy­su, aby w ten spo­sób za­prze­czyć jego ist­nie­niu, albo też nie za­mie­rza­li oszu­ki­wać sa­mych sie­bie, po­pra­wia­jąc wy­ni­ki fi­nan­so­we ko­lej­ny­mi po­życz­ka­mi na pod­trzy­ma­nie upa­da­ją­cych go­spo­da­rek, pró­bo­wa­li wyjść z kry­zy­su w do­kład­nie taki sam spo­sób, jak to już czy­ni­li wie­le razy wcze­śniej. Za­czę­li sto­so­wać więk­szy wy­zysk w sto­sun­ku do chło­pów i miesz­czan.

W ta­kim po­strze­ga­niu nad­cho­dzą­ce­go kry­zy­su przez pol­ską ma­gna­te­rię cho­dzi jed­nak nie tyl­ko o nie­zro­zu­mie­nie jego isto­ty. Było ono tak­że skut­kiem wie­lo­wie­ko­wej tru­ci­zny o na­zwie „sa­mo­za­do­wo­le­nie”, ty­po­wej dla spo­łe­czeństw o wy­so­kim stop­niu roz­wo­ju kul­tu­ro­we­go. Dla lu­dzi ży­ją­cych w tam­tych cza­sach mo­gło się to wy­da­wać rze­czą nie­zro­zu­mia­łą, ale z dzi­siej­sze­go punk­tu wi­dze­nia wiek XVI jest swe­go ro­dza­ju punk­tem zwrot­nym, i to nie tyl­ko w za­kre­sie kul­tu­ry. Zmia­ny nie za­cho­dzi­ły oczy­wi­ście z dnia na dzień, jako że wie­le skład­ni­ków bo­ga­tej re­ne­san­so­wej pol­sko-li­tew­skiej kul­tu­ry funk­cjo­no­wa­ło nadal w taki sam spo­sób jak po­przed­nio. Już wkrót­ce jed­nak w miej­sce otwar­to­ści po­ja­wił się kon­ser­wa­tyzm, a to­le­ran­cję za­stą­pi­ła ciem­no­ta. Bo­ga­te ży­cie in­te­lek­tu­al­ne, bę­dą­ce kie­dyś dumą ca­łe­go na­ro­du, za­czę­ło wy­ka­zy­wać ozna­ki sta­gna­cji. Spa­dły na­kła­dy wy­da­wa­nych ksią­żek – nie wzna­wia­no na przy­kład dzieł tak zna­nych po­etów jak Ko­cha­now­ski, jako że za­czął się po­pyt na ka­len­da­rze i wy­daw­nic­twa teo­lo­gicz­ne. Pró­by dru­ku ga­zet za­koń­czy­ły się nie­po­wo­dze­niem, zma­la­ła też licz­ba wy­jaz­dów na za­gra­nicz­ne uczel­nie. Hoł­do­wa­no daw­nej mo­dzie i zwy­cza­jom przod­ków, a te, któ­re od cza­sów śre­dnio­wiecz­nych spo­czy­wa­ły w za­po­mnie­niu, sta­ły się nie­spo­dzie­wa­nie zno­wu mod­ne. Re­ne­sans prak­ty­ko­wa­ny przez pol­ską szlach­tę był czymś, co im­po­no­wa­ło i za­dzi­wia­ło za­gra­nicz­nych przy­by­szów. ze swy­mi wy­go­lo­ny­mi gło­wa­mi, za­wa­diac­ko pod­krę­ca­ny­mi wą­sa­mi, dłu­gi­mi, szy­ty­mi na wschod­nią mo­dłę kon­tu­sza­mi (w ko­lo­rze nie­bie­skim dla drob­nej szlach­ty i czer­wo­nym dla ma­gna­tów), zdo­bio­ny­mi pió­ra­mi czap­ka­mi bez dasz­ka, obusz­kiem za­tknię­tym za pa­sem – któ­re­go uży­wa­no jako la­ski do pod­pie­ra­nia się na spa­ce­rach, a tak­że jako sym­bo­lem wy­nio­sło­ści i wo­jow­ni­cze­go uspo­so­bie­nia, ma­lo­wa­ny­mi koń­mi i bo­ga­to zdo­bio­ny­mi, in­spi­ro­wa­ny­mi sztu­ką an­ty­ku zbro­ja­mi (pięk­ny­mi w oglą­da­niu, ale mało prak­tycz­ny­mi w co­dzien­nym użyt­ko­wa­niu) – pol­scy szlach­ci­ce w spo­sób ra­dy­kal­ny od­róż­nia­li się od swych bra­ci kla­so­wych na za­cho­dzie… i po­dob­nie jak po­kor­na ule­głość szlach­ty szwedz­kiej w sto­sun­ku do pa­ry­skiej mody szła w pa­rze z bra­kiem wia­ry we wła­sną rolę w pań­stwie, czu­ją­cej się i za­cho­wu­ją­cej jak ubo­gi krew­ny na sa­lo­nach, tak samo in­dy­wi­du­al­ny, pe­łen prze­py­chu styl pol­skiej szlach­ty od­zwier­cie­dlał jej ab­so­lut­ną wia­rę w sie­bie i za­in­te­re­so­wa­nie sobą, i tyl­ko sobą. Oczy­wi­ście, ule­ga­no sztu­ce ba­ro­ku, ale ra­czej nie­chęt­nie; przej­mo­wa­no z niej ra­czej jej ułom­no­ści niż cno­ty. Efek­tem tego była skłon­ność do przy­swa­ja­nia so­bie pięk­nej otocz­ki i prze­sa­dzo­nych ge­stów.

To wła­śnie szlach­ta nada­wa­ła ton w po­li­ty­ce, go­spo­dar­ce i kul­tu­rze. Ary­sto­kra­ci uwa­ża­li – i nie bez ra­cji – że żyli w naj­wspa­nial­szym świe­cie, więc po co do­ko­ny­wać w nim re­wo­lu­cji? Opie­ra­li się wszyst­kim ide­om, któ­re nio­sły z sobą zmia­ny, a za­chwy­ce­ni swą do­sko­na­ło­ścią, po­grą­ża­li się sami w so­bie.

W ta­kiej po­sta­wie szlach­tę wspie­ra­li po­eci, hi­sto­ry­cy, kro­ni­ka­rze i wszy­scy inni, któ­rzy w pierw­szej oło­wie XVII wie­ku lo­ko­wa­li ją w sztucz­nym, nie­re­al­nym świe­cie. Więk­szość z tych mniej lub bar­dziej uda­nych two­rów zwią­za­na była z sar­ma­ty­zmem. Sam w so­bie był on nie mniej i nie bar­dziej nie­rze­czy­wi­sty niż wszyst­kie inne zwa­rio­wa­ne le­gen­dy o zło­tych wie­kach, któ­re w tam­tym okre­sie świę­ci­ły try­um­fy w krę­gach aka­de­mic­kich i teo­lo­gicz­nych ca­łej Eu­ro­py (np. an­giel­scy ba­da­cze sta­ro­żyt­no­ści twier­dzi­li, że ich pań­stwo za­ło­żo­ne zo­sta­ło przez ucie­ki­nie­rów z Troi, a szwedz­cy na­ukow­cy, któ­rzy wy­wo­dzi­li po­cząt­ki ludu szwedz­kie­go od wnu­ka No­ego Ma­go­ga, przy­ta­cza­li na pod­bu­do­wa­nie swych teo­rii przy­kła­dy o wie­le bar­dziej fan­ta­stycz­ne niż ich ucze­ni ko­le­dzy w Rzecz­po­spo­li­tej). Pro­blem zwią­za­ny z sar­ma­ty­zmem nie po­le­gał jed­nak na jego tre­ści. Cho­dzi­ło ra­czej o to, do ja­kich ce­lów go wy­ko­rzy­sty­wa­no. Isto­tą idei sar­ma­ty­zmu było twier­dze­nie, że pol­ska szlach­ta po­cho­dzi w pro­stej li­nii od an­tycz­nych Sar­ma­tów. Po­ja­wi­li się oni kie­dyś nie wia­do­mo skąd, pod­bi­li zie­mie po­ło­żo­ne nad Wi­słą i pod­po­rząd­ko­wa­li so­bie miej­sco­wą lud­ność. Spro­wa­dze­ni do roli nie­wol­ni­ków, miesz­kań­cy tych ziem sta­li się wkrót­ce chło­pa­mi, a ich po­grom­cy pa­na­mi – szlach­tą. W tym ge­nial­nie ska­ry­ka­tu­ry­zo­wa­nym ob­ra­zie, od­da­ją­cym ów­cze­sną rze­czy­wi­stość, pan i chłop po­cho­dzi­li więc z dwóch róż­nych na­ro­dów. Po­łą­czył ich wspól­ny los, ale po­dzie­li­ła krew. W naj­lep­szym ra­zie, skut­kiem tego był spo­sób wi­dze­nia spo­łe­czeń­stwa jako fe­no­me­nu stwo­rzo­ne­go przez na­tu­rę, nie pod­le­ga­ją­ce­go żad­nym zmia­nom; w naj­gor­szym – uznać to moż­na za swe­go ro­dza­ju ra­sizm kla­so­wy.

Było to pierw­sze ostrze sar­ma­ty­zmu. Dru­gie skie­ro­wa­ne było prze­ciw­ko cu­dzo­ziemsz­czyź­nie. Kie­dy spo­łe­czeń­stwo Rzecz­po­spo­li­tej w po­ło­wie XVII stu­le­cia skie­ro­wa­ło swój wzrok poza gra­ni­ce kra­ju, nie zna­la­zło tam nic ta­kie­go, co mo­gło­by je za­chwy­cić, ale i nic ta­kie­go, cze­go po­win­no by się bać. Pa­trząc na to przez pry­zmat cha­osu woj­ny trzy­dzie­sto­let­niej, nie po­win­na nas taka po­sta­wa ani za­dzi­wiać, ani skła­niać do uzna­nia jej za błąd. Ob­ser­wa­cja ta daje jed­nak pod­sta­wę do do­syć zwod­ni­czych teo­rii. To, co złe, po­cho­dzi z ze­wnątrz. Kon­cep­cja taka była błęd­na, i to nie tyl­ko ze wzglę­du na jej ba­nal­ność, ale i skut­ki, ja­kie za sobą po­cią­gnę­ła. Tak się bo­wiem skła­da, że „zło­ty wiek” Rzecz­po­spo­li­tej trwał tak dłu­go nie tyl­ko na sku­tek wiel­kiej to­le­ran­cji i otwar­to­ści, dzię­ki cze­mu oży­wia­ją­cy przy­pływ lu­dzi i idei, na­uki i ka­pi­ta­łu miał ten­den­cję sta­łą. Kie­dy więc co­raz więk­sza licz­ba obroń­ców daw­ne­go po­rząd­ku za­czę­ła bro­nić sta­rych zdo­by­czy po­przez za­my­ka­nie się na nio­są­cy za­gro­że­nia świat ze­wnętrz­ny, to tym sa­mym od­ci­na­no się od tego wszyst­kie­go, dzię­ki cze­mu po­stęp stał się kie­dyś moż­li­wy.

Uśpio­na swym do­brym sa­mo­po­czu­ciem i za­śle­pio­na stra­chem szlach­ta ani nie chcia­ła, ani nie mo­gła wi­dzieć tego, co się dzia­ło. Dla niej try­um­fy od­no­szo­ne przez Rzecz­po­spo­li­tą nie były dzie­łem szczę­śli­we­go przy­pad­ku albo sprzy­ja­ją­cej ko­niunk­tu­ry, tyl­ko lo­gicz­nym skut­kiem tego, że tak po­myśl­nie bro­ni­ła swych daw­nych przy­wi­le­jów. Uwa­ża­ła też, że w tym kon­kret­nym przy­pad­ku spra­wi­ła się o wie­le le­piej niż bra­cia szlach­ta w in­nych kra­jach, na przy­kład szwedz­cy ma­gna­ci czy ro­syj­scy bo­ja­rzy, o któ­rych po­wia­da­no, że zdra­dzi­li pra­daw­ne przy­wi­le­je, sprze­da­li je, za­mie­nia­jąc na mi­skę so­cze­wi­cy albo za miej­sce przy pań­skim sto­le. Bo je­śli wszyst­ko to, co po­cho­dzi­ło z za­gra­ni­cy, było złe, a wszyst­ko, co nowe, szko­dli­we, to ist­nia­ła też taka rzecz, któ­ra była gor­sza i szko­dliw­sza od wszyst­kich in­nych: sil­ne pań­stwo, twór, któ­ry pe­wien an­giel­ski fi­lo­zof na­zwał nie­daw­no mia­nem Le­wia­ta­na, wzo­ru­jąc je na sta­ro­te­sta­men­to­wym po­two­rze – tak jak i on sil­ne pań­stwo było ogrom­ne i tak jak i on po­trze­bo­wa­ło ro­zu­mu, aby się móc ru­szać, żeby prze­żyć.

Upór i zde­cy­do­wa­nie, z ja­kim pol­sko-li­tew­ska szlach­ta od­rzu­ca­ła wszyst­ko, co mo­gło wzmoc­nić apa­rat pań­stwo­wy i zwięk­szyć wła­dzę kró­lew­ską, były rów­nież skut­kiem mi­nio­nych suk­ce­sów. No bo jaką moż­na mieć ko­rzyść z sil­ne­go pań­stwa? Rzecz­po­spo­li­ta ro­sła w siłę i po­tę­gę bez po­mo­cy ta­kich no­wo­mod­nych ten­den­cji. Jak już wspo­mi­na­łem, szlach­ta z za­do­wo­le­niem pę­dzi­ła swój ży­wot we wła­snym pań­stwie i nie chcia­ła na­wet sły­szeć o ja­kichś kosz­tow­nych i nie­bez­piecz­nych wy­pra­wach wo­jen­nych. W XVI wie­ku pań­stwo nie było też na­ra­żo­ne na nie­bez­pie­czeń­stwa ze­wnętrz­ne więk­sze­go ka­li­bru. Niem­cy były osła­bio­ne na sku­tek roz­bi­cia re­li­gij­ne­go. Ro­sja chwia­ła się w po­sa­dach, za­ję­ta swy­mi wła­sny­mi kło­po­ta­mi, po­no­sząc ko­lej­ne po­raż­ki w woj­nach z Pol­ską; po­tęż­ne im­pe­rium osmań­skie sta­no­wi­ło je­dy­ne za­gro­że­nie, to praw­da, ale kie­ro­wa­ło ono ostrza swych sza­bel głów­nie prze­ciw­ko Au­stria­kom i Wę­grom. Je­śli zaś idzie o Szwe­cję, to ten bied­ny kraj od daw­na nie sta­no­wił żad­ne­go za­gro­że­nia dla po­tęż­ne­go pol­skie­go są­sia­da; po­ło­żo­ny był na obrze­żach Eu­ro­py, rzą­dzo­ny przez eks­cen­trycz­nych ksią­żąt, zże­ra­nych wła­sną am­bi­cją, nie po­sia­da­ją­cych środ­ków ani za­so­bów.

Jed­nak od tam­tych cza­sów na kon­ty­nen­cie zmie­ni­ło się to i owo: tak Szwe­dzi, jak i Ro­sja­nie po­czy­na­li so­bie co­raz śmie­lej, co iry­to­wa­ło, i co­raz bru­tal­niej, co prze­ra­ża­ło. Szlach­ta z wzo­ro­wą kon­se­kwen­cją od­że­gny­wa­ła się jed­nak od wszel­kich awan­tur wo­jen­nych.

Sta­ry król Wła­dy­sław IV, po­ryw­czy, po­my­sło­wy i wszech­stron­nie wy­kształ­co­ny wład­ca, któ­ry na nie­szczę­ście dla sie­bie, ale z po­żyt­kiem dla in­nych, nig­dy nie miał oka­zji do wy­ko­rzy­sta­nia swych – jak uwa­żał – wiel­kich ta­len­tów w dzie­dzi­nie woj­ny i dy­plo­ma­cji, mu­siał za­do­wo­lić się ko­lek­cjo­no­wa­niem ob­ra­zów Ru­ben­sa czy też bu­do­wa­niem ope­ry we wło­skim sty­lu. Tak, na przy­kład, szy­ko­wał się do włą­cze­nia Pol­ski w woj­nę trzy­dzie­sto­let­nią albo w zor­ga­ni­zo­wa­nie kru­cja­ty prze­ciw im­pe­rium osmań­skie­mu, ale z po­my­słów tych nie po­zo­sta­ło nic oprócz wiel­kich słów czy też za­pi­sków na ma­pach, po­nie­waż szlach­cie z nie­zwy­kłą zręcz­no­ścią uda­wa­ło się blo­ko­wać pla­ny am­bit­ne­go kró­la. Szlach­ta po­kła­da­ła za­ufa­nie w sa­mej so­bie. Co­kol­wiek bo­wiem dzia­ło się w są­sied­nich kra­jach, to za­wsze do dys­po­zy­cji Po­la­ków była cięż­ka jaz­da, naj­dziel­niej­sza z dziel­nych. Wie­dzia­no też – a była to pew­ność rów­nie nie­bez­piecz­na, jak na­dzie­ja – że woj­sko ta­kie nie mia­ło swe­go od­po­wied­ni­ka w ca­łej Eu­ro­pie, a na­wet w świe­cie. Już od póź­ne­go śre­dnio­wie­cza jaz­da ta, uzbro­jo­na w za­krzy­wio­ne sza­ble i obu­chy, ubra­na w zbro­je kry­te skó­ra­mi pan­ter, udo­wod­ni­ła wie­lo­krot­nie, że może zmiaż­dżyć swą po­tę­gą każ­de­go Mo­ska­la, Tur­ka, Niem­ca, Szwe­da, Duń­czy­ka czy Wę­gra, któ­ry od­wa­żył­by się sta­nąć jej na dro­dze. Od po­cząt­ku XVII wie­ku Po­la­kom uda­ło się zma­sa­kro­wać szwedz­ką ar­mię „jak sta­do kur” w cza­sie bi­twy pod Kir­chol­mem, za­jąć – i stra­cić – Mo­skwę jak rów­nież za­trzy­mać Tur­ków pod Cho­ci­miem. A cho­ciaż nie­bez­pie­czeń­stwo czy­ha­ją­ce poza gra­ni­ca­mi pań­stwa pol­skie­go sta­wa­ło się co­raz więk­sze, to do­wód­cy sto­ją­cy na cze­le po­łą­czo­nych wojsk pol­sko-li­tew­skich nadal byli prze­ko­na­ni o swej prze­wa­dze i nie­zwy­cię­żo­nej po­tę­dze Rzecz­po­spo­li­tej.

Tak oto w Eu­ro­pie, któ­rej wład­cy wzno­si­li wie­żę Ba­bel na fun­da­men­cie zbu­do­wa­nym z pań­stwo­wej ma­chi­ny urzęd­ni­czej i sta­łej ar­mii, ist­nia­ło nadal pań­stwo, któ­re wy­bra­ło zu­peł­nie inną dro­gę roz­wo­ju, po­sia­da­jąc nie­wie­le z tego pierw­sze­go i jesz­cze mniej z dru­gie­go. Nie wspo­mi­na­jąc o flo­cie. Od po­cząt­ku lat czter­dzie­stych XVII wie­ku mia­ła ona wy­miar sym­bo­licz­ny: por­ty, któ­re zbu­do­wa­no dla jej po­trzeb, sta­ły pu­ste, bo szla­ki wod­ne wy­peł­ni­ły się mu­łem. Ar­mia była za­dzi­wia­ją­co mała jak na pań­stwo, któ­re pod wzglę­dem wiel­ko­ści zaj­mo­wa­ło dru­gie miej­sce w Eu­ro­pie. Oprócz gwar­dii kró­lew­skiej, skła­da­ją­cej się z 1200 jaz­dy, i wojsk ar­ty­le­rii ko­ron­nej – na pa­pie­rze funk­cjo­nu­ją­cej jako no­wo­cze­sna, a w prak­ty­ce cier­pią­cej na nie­do­fi­nan­so­wa­nie, brak lu­dzi i sprzę­tu, do dys­po­zy­cji pań­stwa po­zo­sta­wa­ło jesz­cze 4200 sza­bel na Ukra­inie21, roz­rzu­co­nych po licz­nych gar­ni­zo­nach, jak rów­nież oko­ło 6000 Ko­za­ków, po­zo­sta­ją­cych na żoł­dzie pol­skie­go kró­la, któ­re­go roz­ka­zów nie za­wsze słu­cha­li. I to wszyst­ko. Każ­dy wie­dział, że to za mało, ale wszyst­kie wy­sił­ki ma­ją­ce na celu wzmoc­nie­nie sta­łej ar­mii od­dzia­ła­mi tak pil­nie po­trzeb­nej pie­cho­ty – czy to na dro­dze za­cią­gu, czy po­bo­ru – roz­bi­ja­ły się o pro­te­sty szlach­ty.

Po­wód ta­kiej po­sta­wy miał cha­rak­ter po­li­tycz­ny. Od­da­nie kró­lo­wi do jego wła­snej dys­po­zy­cji od­dzia­łów pie­cho­ty uwa­ża­no za pierw­szy krok do jego unie­za­leż­nie­nia się od szlach­ty. Nie, tyl­ko ona mo­gła bro­nić kra­ju i nikt inny! Sta­rym zwy­cza­jem w ra­zie ja­kie­goś kon­flik­tu nie­licz­ne od­dzia­ły kró­lew­skie uzu­peł­nia­no za­stę­pa­mi zło­żo­ny­mi z jaz­dy, a w naj­gor­szym wy­pad­ku po­spo­li­tym ru­sze­niem. Ko­rzyst­niej­szym roz­wią­za­niem było to pierw­sze, jako że wie­lu pol­skich i li­tew­skich ma­gna­tów po­sia­da­ło wła­sne, pry­wat­ne ar­mie, któ­re za­zwy­czaj prze­wyż­sza­ły swo­ją li­czeb­no­ścią ar­mię kró­lew­ską22.

Tak więc i w tej dzie­dzi­nie prze­szłe wik­to­rie pol­sko-li­tew­skiej ar­mii za­ciem­nił jej ów­cze­sny spo­sób my­śle­nia. Oczy­wi­ście, że taki sys­tem świet­nie funk­cjo­no­wał daw­niej. Wte­dy obo­wią­zy­wa­ła zwod­ni­cza i pro­sta hie­rar­chia opar­ta na trzech sta­nach – na tych, co pra­co­wa­li, tych, co się mo­dli­li i tych, co wal­czy­li; a kie­dy dymy nad ho­ry­zon­tem zwia­sto­wa­ły na­dej­ście nie­wier­nych, wo­jow­ni­cy chwy­ta­li po pro­stu swą sza­blę ze ścia­ny, wska­ki­wa­li na ko­nia i wra­ca­li okry­ci chwa­łą. Py­ta­nie brzmia­ło jed­nak, co bę­dzie, je­śli pań­stwo pol­skie wcią­gnię­te zo­sta­nie w któ­rąś z wo­jen no­we­go typu. Jed­na z nich cał­kiem nie­daw­no spu­sto­szy­ła Eu­ro­pę i po­chło­nę­ła mnó­stwo pie­nię­dzy, po­zba­wi­ła ży­cia wie­lu lu­dzi i roz­wia­ła złu­dze­nia na przyj­ście do­brych cza­sów. Czy ma­gna­ci i ich pry­wat­ne ar­mie do­trzy­ma­ją pola no­wym cza­som? Nie cho­dzi­ło tu tyl­ko o to, skąd we­zmą środ­ki na ich utrzy­ma­nie i lu­dzi go­to­wych do wal­ki, ale i o to, czy ci ostat­ni są na tyle lo­jal­ni, aby im za­wie­rzyć. No, bo cze­go tak na­praw­dę mie­li­by bro­nić? I prze­ciw­ko komu? Czy mie­li bro­nić pań­stwa po­strze­ga­ne­go po pro­stu jako ob­szar li­czą­cy ileś tam ty­się­cy ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych, któ­re­go gra­ni­ce wy­zna­cza­ło ileś tam słu­pów gra­nicz­nych? A może Rzecz­po­spo­li­tej ro­zu­mia­nej jako pe­wien zbiór sym­bo­li, wy­obra­żeń i przy­wi­le­jów? Za­gro­że­nie prze­ciw­ko przy­wi­le­jom szla­chec­kim mo­gło na­dejść ze stro­ny pań­stwa, kró­la, Le­wia­ta­na.

3Król wojownik

Nie na­ro­dził się dla wiel­ko­ści.

Nowy król Szwe­cji, Ka­rol X Gu­staw, po­cho­dził z pra­sta­re­go, ksią­żę­ce­go nie­miec­kie­go rodu Wit­tels­ba­chów, z któ­re­go w śre­dnio­wie­czu wy­wo­dzi­ło się dwóch ce­sa­rzy nie­miec­kich i je­den ze szwedz­kich kró­lów. Od tego jed­nak cza­su spo­ry w ło­nie rodu, po­dział po­sia­dło­ści, zmia­ny spad­ko­bier­ców i kil­ka in­nych nie­zbyt szczę­śli­wych dla ro­dzi­ny wy­pad­ków na­tu­ry po­li­tycz­nej spo­wo­do­wa­ło, że ród Wit­tels­ba­chów uległ licz­nym roz­ga­łę­zie­niom, zbied­niał, a jego wła­dza sta­ła się sym­bo­licz­na. Na po­cząt­ku XVII wie­ku naj­zna­mie­nit­sza ga­łąź rodu, Pa­la­ty­nat Dwa Mo­sty, po­sia­da­ła już tyl­ko Cle­eburg w Al­za­cji23. Cle­eburg na­zy­wa­no elek­to­ra­tem, co brzmia­ło dość pom­pa­tycz­nie jak na tak mały skra­wek zie­mi, któ­ry skła­dał się w prak­ty­ce z „oto­czo­ne­go mu­rem mia­sta, dwóch pa­ła­ców i kil­ku wsi”. W 1613 roku pan na do­brach Cle­ebur­ga, Jo­han Ca­si­mir24, przy­był z wi­zy­tą do Szwe­cji i po­znał tam księż­nicz­kę Ka­ta­rzy­nę, cór­kę kró­la Ka­ro­la IX i sio­strę przy­rod­nią Gu­sta­wa II Adol­fa. Mię­dzy księż­nicz­ką i pa­la­ty­nem zro­dzi­ło się na­mięt­ne uczu­cie, a może było to tyl­ko wza­jem­ne za­uro­cze­nie? W każ­dym ra­zie po dwóch mie­sią­cach ksią­żę oświad­czył się o rękę Ka­ta­rzy­ny. Jego za­miar nie wy­wo­łał zbyt wiel­kie­go en­tu­zja­zmu na dwo­rze kró­lew­skim. Po pierw­sze dla­te­go, że z trud­no­ścią ak­cep­to­wa­no księ­cia jako oso­bę. Uwa­ża­no, że jest upar­ty, py­szał­ko­wa­ty i za­ro­zu­mia­ły. Poza tym, kło­po­tli­wa była rów­nież kwe­stia re­li­gii, któ­rą wy­zna­wał: na­le­żał, co praw­da, do Ko­ścio­ła pro­te­stanc­kie­go, ale wy­zna­nia zre­for­mo­wa­ne­go i to nie lu­te­rań­skie­go. Róż­ni­ce mię­dzy obu tymi wy­zna­nia­mi mogą wy­da­wać się nam dzi­siaj nie­wie­le zna­czą­ce, ale dla wszyst­kich, któ­rzy kwe­stie wia­ry trak­to­wa­li w XVII wie­ku z ap­te­kar­ską do­kład­no­ścią, nie były one aż tak mało istot­ne. Po trze­cie, ksią­żę i jego zu­bo­ża­ły ród nie po­sia­da­li nic oprócz wspo­mnień i przod­ków: wy­wo­dzi­li się ze szla­chet­ne­go pnia, ale – jak wia­do­mo – nie wy­star­cza to do utrzy­ma­nia dwo­ru lub do za­pła­ce­nia żoł­du woj­sku. Jed­nak upór Ka­ta­rzy­ny oraz pew­ne gwa­ran­cje fi­nan­so­we do­pro­wa­dzi­ły do szczę­śli­we­go fi­na­łu: w lip­cu 1615 roku od­by­ło się we­se­le. Po kil­ku la­tach po­by­tu w Szwe­cji Jo­han Ca­si­mir i jego mał­żon­ka prze­nie­śli się z po­wro­tem do Cle­ebur­ga. Uwa­ża­no wte­dy, że Ka­ta­rzy­na jest dla Szwe­cji stra­co­na, a jej przed­wcze­sna śmierć i po­śmiert­nie ogło­szo­ne wspo­mnie­nia mia­ły do­wo­dzić, że mo­gła wy­brać so­bie lep­szą par­tię.

Obo­je wy­je­cha­li ze Szwe­cji w 1618 roku, tak zna­czą­cym dla hi­sto­rii Eu­ro­py. Czte­ry lata póź­niej mło­da para po­wró­ci­ła do oj­czy­zny księż­nicz­ki, tym ra­zem jako uchodź­cy. Kie­dy w Niem­czech roz­sza­la­ła się woj­na, praw­dzi­wy pro­te­stant, ja­kim był Jo­han Ca­si­mir, ani przez chwi­lę nie wa­hał się, po któ­rej sta­nąć stro­nie. De­cy­zja, jaką pod­jął, wy­ma­ga­ła spo­rej od­wa­gi, po­nie­waż ksią­żę nie dys­po­no­wał od­po­wied­ni­mi środ­ka­mi na obro­nę swe­go pań­stew­ka. Nie­wiel­ki Cle­eburg zo­stał oczy­wi­ście za­ję­ty przez siły Ligi Ka­to­lic­kiej, a ro­dzi­nę księ­cia zmu­szo­no do opusz­cze­nia swo­ich dóbr. Po przy­by­ciu do Szwe­cji przy­dzie­lo­no Jo­ha­no­wi Ca­si­mi­ro­wi i jego mał­żon­ce tym­cza­so­wo za­mek w Ny­köping, i to wła­śnie tam, 8 li­sto­pa­da 1622 roku uro­dzi­ło się ich czwar­te dziec­ko. Był to chło­piec, któ­re­mu po dziad­ku – Ka­ro­lu IX – nada­no na chrzcie imię Ka­rol, a po wuju – kró­lu Gu­sta­wie II Adol­fie – imię Gu­staw; otrzy­mał tak­że ty­tu­ły pa­la­ty­na Renu, księ­cia Jülich, Kle­we i Bur­ga, hra­bie­go Vel­denz, Span­n­he­im, Marck i Ra­vens­bur­ga oraz pana na Ra­ven­ste­in.

Ro­dzi­na otrzy­ma­ła do swej dys­po­zy­cji za­mek w Ste­ge­bor­gu, w pro­win­cji Öster­götland i wkrót­ce jej sy­tu­acja fi­nan­so­wa znacz­nie się po­pra­wi­ła. Jo­han Ca­si­mir wy­ko­ny­wał róż­ne mi­sje zle­ca­ne mu przez dwór, stał się rów­nież za­usz­ni­kiem sa­me­go kró­la. Temu pierw­sze­mu za­wdzię­czał sła­wę, to dru­gie sta­ło się po­wo­dem ogól­nej za­zdro­ści. Tym­cza­sem Ka­ta­rzy­na pie­lę­gno­wa­ła swą sta­le po­więk­sza­ją­cą się trzód­kę. Była jed­ną z tych sil­nych żon ary­sto­kra­tów, któ­re z po­wo­du cią­głej nie­obec­no­ści męża w domu spo­wo­do­wa­nej woj­na­mi, po­dró­ża­mi i służ­bą dla kró­la, mu­sia­ły wziąć na swe bar­ki za­rzą­dza­nie po­sia­dło­ścią i wy­cho­wa­nie dzie­ci. Jej spo­koj­ny i zrów­no­wa­żo­ny cha­rak­ter sta­no­wił prze­ciw­wa­gę dla ewen­tu­al­nych nie­roz­waż­nych za­cho­wań, do któ­rych ku­si­ła ją cza­sa­mi jej sztyw­na re­li­gij­ność. Dom sta­no­wił dla niej bez­piecz­ny azyl, cho­ciaż nie miał zbyt otwar­te­go cha­rak­te­ru. Ro­dzi­na pro­wa­dzi­ła ży­cie co­dzien­ne na spo­sób nie­miec­ki, ale na ksią­żę­cym po­zio­mie, i nie by­ło­by po­trze­by roz­pi­sy­wać się na te­mat sa­mot­no­ści czy wy­ob­co­wa­nia, gdy­by nie fakt, iż pa­łac Ste­ge­borg po­ło­żo­ny był na wy­spie. Dla­te­go też z tych cał­kiem na­tu­ral­nych wzglę­dów obo­je mał­żon­ko­wie spę­dza­li z sobą każ­dą wol­ną chwi­lę, a „do­mem” na­zy­wa­li po­sia­dło­ści zo­sta­wio­ne w Niem­czech.

Ka­rol Gu­staw był ich naj­star­szym i naj­uko­chań­szym dziec­kiem. Dla ojca wy­bór był oczy­wi­sty. Miał wiel­kie ocze­ki­wa­nia do­ty­czą­ce przy­szło­ści syna, a po­kre­wień­stwo z wu­jem Gu­sta­wem II Adol­fem – kró­lem Szwe­cji – ozna­cza­ło, że tyl­ko ja­kiś nie­szczę­śli­wy przy­pa­dek mógł po­krzy­żo­wać pla­ny księ­cia. Jak wie­lu in­nych oj­ców sto­ją­cych na cze­le ary­sto­kra­tycz­nych ro­dów, Jo­han Ca­si­mir dość rzad­ko prze­by­wał w domu, co ozna­cza, że we wcze­snej mło­do­ści Ka­ro­la Gu­sta­wa jego oj­ciec po­zo­sta­wał gdzieś w cie­niu, jako oso­ba wzbu­dza­ją­ca sza­cu­nek i po­dziw, choć z dru­giej stro­ny mgli­sta i za­gad­ko­wa, od­wie­dza­ją­ca od cza­su do cza­su pa­łac w Ste­ge­bor­gu i za­sy­pu­ją­ca każ­de­go, kto chciał go słu­chać, na­po­mnie­nia­mi o cno­cie, po­słu­szeń­stwie i ko­niecz­no­ści pro­wa­dze­nia oszczęd­ne­go try­bu ży­cia. Mat­ka chłop­ca zna­ła przy­czy­ny ta­kie­go za­cho­wa­nia swe­go męża, więc roz­to­czy­ła nad swym pier­wo­rod­nym ma­cie­rzyń­ską opie­kę, cza­sa­mi może zbyt tro­skli­wą, po­nie­waż taką już mia­ła na­tu­rę; im­pul­sem do tego była głów­nie kon­dy­cja fi­zycz­na Ka­ro­la Gu­sta­wa: był drob­ny, nie­wy­so­ki, szczu­pły. Jak to jed­nak czę­sto bywa, część tej prze­sad­nej tro­skli­wo­ści do­ty­czą­cej zdro­wia syna prze­szła po­tem na chłop­ca, przez co uzna­wa­no go za de­li­kat­ne­go i wraż­li­we­go. Ce­chy te ule­gły wzmoc­nie­niu we wcze­snej mło­do­ści, kie­dy ze wzglę­du na brak to­wa­rzy­stwa z od­po­wied­nich sfer, Ka­rol spę­dzał czas nie­mal wy­łącz­nie ze swy­mi sio­stra­mi. Była to dru­ga stro­na wcze­sne­go okre­su wy­cho­waw­cze­go przy­szłe­go kró­la. Rów­no­wa­ży­ło ją jed­nak sil­ne po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa i peł­na mi­ło­ści opie­ka, pod jaką po­zo­sta­wał od sa­me­go po­cząt­ku. Dla­te­go też wy­rósł na cie­ka­we­go ży­cia, otwar­te­go i roz­mow­ne­go chłop­ca, któ­ry swym wdzię­kiem po­tra­fił cza­ro­wać ro­dzeń­stwo i służ­bę.