69,00 zł
Peter Englund w sposób niezwykle sugestywny i plastyczny otwiera nasze pokłady wyobraźni i sprawia, że wraz z nim zagłębiamy się w epokę wojny trzydziestoletniej. Dzięki niemu spoglądamy na życie w tamtych czasach oczami biednych i bogatych, prostych żołnierzy i dowódców armii, wygranych i przegranych. Mistrzowskie wykorzystanie materiału źródłowego w połączeniu z elegancją stylistyczną umożliwiło autorowi napisanie książki, która jest nie tylko wspaniałą historią, ale i wybitną literaturą.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 1165
Tytuł oryginału: Peter Englund Ofrälse
Tłumaczenie: Wojciech Łygaś
Redakcja: Andrzej Ryba
Korekta: Katarzyna Kwiatkowska
Ilustracje: z oryginału oraz ze zbiorów Centralnego Muzeum Morskiego w Gdańsku
Rysunek na okładce i szkice: © Jarosław Wróbel
Przygotowanie okładki i ilustracji oraz skład: Piotr M. Rogalski
Oryginalna wersja niniejszej książki wydana została przez Atlantis, Stockholm.
All rights reserved
Copyright © Peter Englund / Bokforlaget Atlantis, Stockholm
Copyright © for Polish edition by „Finna”
Książka dofinansowana przez Svenska Institutet
ISBN 978-83-64141-08-9
Wydanie I w języku polskim
Gdańsk 2003
Oficyna Wydawnicza FINNA
80-768 Gdańsk, ul. Dziewanowskiego 5/6
tel.: (48) 603 892 042
e-mail: finna@finna.com.pl
Skład wersji elektronicznej:
Virtualo Sp. z o.o.
Książkę tę poświęcam tym,
których spotkałem na linii frontu
w czasie wizyty w Chorwacji w 1991,
a których nie ma już między żywymi.
What passing-bells for those who die like cattle?
Du musst herschen und gewinnen,
Oder dienen und verlieren,
Leiden oder triumphieren,
Amboss oder Hammer sein
J. W von Goethe
Bet Kindchen, bet, morgen kommt der Schwed.
Fragment kołysanki z okresu wojny trzydziestoletniej.
Podziękowania dla
Ambasady Szwecji
Konsulatu Szwecji w Gdańsku
Hotelu „Radison SAS”
za pomoc w organizacji spotkania z autorem książki
Czytelnik, który weźmie do ręki książkę Englunda, nie będzie mógł się od niej oderwać. I to nie dlatego, że jest ona powleczona klejem. Co jest tym magnesem, który nas przyciąga i powoduje, że nie możemy odłożyć lektury, dopóki jej nie skończymy? Najprostsza odpowiedź brzmi: „ten facet po prostu ma talent!”. I to talent na miarę Normana Davisa czy też Roberta Massie. Englund, pisząc w sposób niezwykle sugestywny i plastyczny, otwiera nasze pokłady wyobraźni i sprawia że wraz z nim zagłębiamy się w epokę. Autor stara się nam przybliżyć jej realia w najdrobniejszych szczegółach. Dzięki niemu spoglądamy na życie w tamtych czasach oczami biednych i bogatych, prostych żołnierzy i dowódców armii, wygranych i przegranych. Zaglądamy do pałaców, ale także i do prostych chat. Wystarczy tylko przymknąć oczy, aby wsłuchać się w odgłosy miasta, usłyszeć zgiełk bitew, czy krzyk nowo narodzonego dziecka… Englund, niczym przewodnik, prowadzi nas za rękę po czasach wojny trzydziestoletniej, zaglądając tu i ówdzie, pokazując życie we wszelkich jego przejawach. Czyni to jakby mimochodem, na tle losów głównego bohatera książki, Erica Dahlberga. Opisanie jego losu, losu człowieka znajdującego się w połowie drabiny hierarchii społecznej, którego życie oscylowało miedzy biedą a bogactwem, jest właśnie okazją do odmalowania piórem tak pełnego obrazu epoki.
Englund uczy nas również pokory wobec tamtych ludzi. Udowadnia, że człowiek z tamtej epoki potrafił pewne rzeczy robić lepiej niż my, pokolenie XXI wieku. Mało tego. Twierdzi, że umiejętności praktyczne przeciętnego człowieka tamtych czasów przewyższają umiejętności współczesnego człowieka, wyspecjalizowanego w wąskim odcinku wiedzy. I… trudno nie przyznać mu racji…
Sama wojna jest przedstawiona przez autora w sposób mistrzowski. Jego analiza działań wojennych jest logiczna i spójna. A sylwetki głównych jej bohaterów, dowódców armii, autor prezentuje rewelacyjnie. Stara się przybliżyć nam cechy ich charakteru, wniknąć w psychikę, pokazać przyzwyczajenia i słabości, analizować ich decyzje w szerokim kontekście wydarzeń. A wszystko to jest okraszone masą szczegółów, relacjami z pierwszej ręki, które tak ubarwiają i uwiarygodniają historię tej wojny. Nigdy nie interesowałem się wojną trzydziestoletnią, ani tą epoką. A jednak Englund mnie porwał, sprawił, że wraz z każdą przeczytaną stroną mój podziw dla niego wzrastał. Tak naprawdę to szkoda, że został członkiem komisji Akademii Sztokholmskiej, przyznającej nagrodę Nobla. Jeżeli bowiem kandydowałby do niej, to i tak by powiedziano, że załatwił to sobie po znajomości…
Jest zaś niezaprzeczalnym faktem, że walory literackie jego książek predysponują go do otrzymania tej nagrody, i że jego rola popularyzatora historii – nie tylko w Szwecji, ale i w Europie – jest obecnie olbrzymia…
Drogi Czytelniku, jeśli chcesz wraz z Englundem uruchomić wehikuł czasu, przenosząc się w inną epokę, to zapraszam…
Andrzej Ryba
Przed kilku laty zabrałem się dość lekkomyślnie za pisanie tej książki. W miarę upływu czasu ogrom pracy stawał się coraz większy. Aby uniknąć ogólników i banalnych skrótów zacząłem coraz bardziej zagłębiać się w materię, którą się zajmowałem. Powodem tego było również i to, że co rusz stawałem w obliczu własnej niewiedzy. Chcę jednak podkreślić, że niczego nie żałuję.
Centralną postacią tej książki jest Erik Jönsson, który po uzyskaniu tytułu szlacheckiego przybrał nazwisko Dahlbergh. Książki tej nie należy jednak traktować jako jego biografii, ponieważ postać Erika nie zajmuje mnie aż tak bardzo. Jeżeli ktoś chciałby tu znaleźć dokładny opis jego pracy i życia będzie trochę zawiedziony. Dla mnie Erik stał się przede wszystkim przedstawicielem swej epoki. To XVII wiek, okres chaosu, starałem się tu przedstawić. Głównym przedmiotem mojego zainteresowania jest, jak sam tytuł wskazuje, wojna. Książka opowiada więc o tym, jak prowadzi się wojnę, jak ona wyglądała i jak kształtowała kulturę, społeczeństwo i historię Szwecji oraz pozostałej części Europy. Pokazuje też, jak wojna kształtowała ludzi, którzy dostali się w jej tryby. Pisząc „wojna” mam na myśli wojnę trzydziestoletnią. Stała się ona bez wątpienia największym i najbardziej wpływowym wydarzeniem całego stulecia, katastrofą o niespotykanych do tej pory rozmiarach, która wstrząsnęła całym kontynentem. Punkt ciężkości przypada na jej późniejszą fazę, a więc na okres, który zazwyczaj przedstawiany jest w sposób dość ogólnikowy. Bo przecież w latach trzydziestych ze sceny zniesiono najsłynniejszych herosów tej epoki! Friedrich von Schiller w swych utworach opowiadających o tamtej wojnie stwierdza, że tym samym znikła gdzieś jedność akcji – pogląd ten podziela mniej lub bardziej świadomie wielu historyków. Zatracił się gdzieś sens konfliktu i jego romantyczna otoczka. Pozostała tylko wojna, którą niewielu odważyło się kierować, której nikt nie był w stanie kontrolować i z powodu której wszyscy cierpieli.
Dla tych czytelników, którzy zechcą dokładnie śledzić przebieg wydarzeń i ruchy wojsk, nieoceniona pomocą mogą być załączone mapy. Można dzięki nim dowiedzieć się podstawowych faktów odnoszących się do geografii Niemiec – zwłaszcza tego, w jakim stosunku pozostawały wobec siebie tak wielkie regiony jak Pomorze, Saksonia, Czechy i Bawaria (chciałbym też zwrócić uwagę czytelnika na słownik terminów historycznych i wojskowych stanowiących załącznik do książki).
Na szczęście wojna to nie wszystko. Moją ambicją stało się, aby oprócz zdarzeń toczących się w ramach wielkiej polityki, a także opowieści o młodym Eriku Dahlberghu i jego wędrówce przez świat, który – jak to wyraził się Thomas Mann – „czerpie swą moc z wysysanej krwi, zbrodni i pożądania, ale który jednocześnie jest nieśmiertelny w blasku swego grzechu i niedoli”, włączyć do książki trzeci wątek o charakterze kulturalno-historycznym, którego rola polegałaby na pokazaniu jak żyło się w tym niezwykłym stuleciu. Byłoby zarozumialstwem z mej strony nazwanie efektu tych zamierzeń syntezą. No, może tylko w jednym aspekcie. Wszyscy historycy wspinają się, jak wiadomo, po plecach swych poprzedników, więc nawet pobieżne przejrzenie wszystkich dostępnych źródeł i opracowań dowodzi, jak bardzo rezultat naszej pracy zależy od wyników pracy naszych kolegów po fachu. I chociaż niniejsza książka przeznaczona jest dla odbiorców spoza środowisk akademickich, to sądzę, że może być również pomocna dla tych, którzy w sposób solidny podchodzą do kwestii badań naukowych. Chciałbym podziękować niektórym osobom za ich komentarze, zachęty, uwagi i wszelką inną pomoc. Są nimi: Lars Burman, Stellan Dahlgren, Kristian Granström, Anna Heino, Asa Karlsson, Michał Kopczyński, Ola Larsmo, Erik Lönnroth, Stina Peterson i Hans Vilius. Dziękuję też tym, którzy w trakcie moich podróży śladami Erika Dahlbergha udzielali mi pomocy, a nawet zapraszali mnie w progi swoich domów. Bycie historykiem to trochę trudne i kłopotliwe zajęcie. Historyk otrzymuje bowiem dar oglądania tego, czego inni nigdy nie zobaczą i przeżywania tego, czego nigdy nie doświadcza zwykły człowiek. Dla mnie osobiście obraz, jaki wyłania się z dawnych źródeł, do których miałem dostęp, jest wystarczającą nagrodą. Najważniejsze dla mnie były bowiem spotkania z tzw. zwykłymi ludźmi i świadomość tego, jak bardzo spragnieni są nowej wiedzy. To właśnie te chwile nadają sens mojej pracy i rozwiewają uczucie próżności, które pojawia się czasami w chwilach, kiedy obcuje się z przeszłością.
Peter Englund
Od chwili, kiedy opuścił Wenecję, deszcz padał nieustannie. W ciągu ośmiu dni aż pięć razy zmieniał kapelusz, ponieważ z powodu ciągle lejącej się z nieba wody jego poły zupełnie się rozkleiły i nakrycie głowy stało się niezdatne do użytku… jednak mimo to młody mężczyzna nie zatrzymywał się, bo spieszyło mu się na nową wojnę.
Było rzeczą oczywistą, że zatrzymał się na kilka dni we Florencji – tamtejszy książę podarował mu bowiem i jego towarzyszom podróży sześć flaszek wina marki Verdea, a także kosz z owocami i dziczyzną. A wszystko to tylko dlatego, że przybysz pochodził z potężnego królestwa na północy, przeciwko któremu brat księcia walczył wcześniej w czasie wielkiej wojny. Teraz młody człowiek jechał dniem i nocą krętymi, górskimi drogami przez Alpy, zostawiając za sobą Innsbruck i Norymbergę. Kiedy niebo trochę się rozjaśniło – a było to w okolicach Bambergu – mógł przyśpieszyć nieco jazdę. W szalonym tempie minął Jenę, Lipsk, Wittembergę i Berlin. Nocą 11 lipca, po całodziennej, 180-kilometrowej jeździe na koniu, dotarł wyczerpany do Szczecina. Minęły 23 dni od chwili, kiedy opuścił spalony słońcem Rzym.
Właściwie to zamierzał odpocząć w Szczecinie, który był dla niego niemal miastem rodzinnym. Ale w porcie stał już pękaty galiot szykujący się do rejsu do Prus. Jego ładunek stanowiła amunicja. Gdyby nie skorzystał z tej okazji, musiałby czekać ponad półtora miesiąca, a tyle czasu już nie miał. Dlatego bez wahania wszedł na pokład.
Silny wiatr wyprowadził ich na wody Bałtyku. Statek kierował się wzdłuż wybrzeża, a trzy dni później wpłynął do Pilawy – małego, wschodniopruskiego miasteczka. Stamtąd nasz wędrowiec prawie natychmiast ruszył w dalszą drogę, w głąb lądu. Następnego dnia spotkał pewnego majora, który również zmierzał do miejsca, gdzie kwaterowała armia szwedzka – gdzieś na północ od Warszawy. Obaj skierowali się teraz na południe wzdłuż Wisły, a zmieniwszy w Toruniu konie, pod wieczór 17 lipca dotarli wreszcie do obozu, w którym stacjonowały zjednoczone armie szwedzka i brandenburska. Miasto nazywało się Nowy Dwór i znajdowało się w miejscu, gdzie Bug wpada do Wisły. Ostatni odcinek drogi przemierzyli po zaoranych polach, aż do wałów obronnych otaczających obóz, przybranych wspaniałymi flagami; przeszli przez fosę, minęli strażników i przemaszerowali wśród obozowych ognisk, wozów i długich, równych rzędów namiotów oraz powiązanych koni. Nasz wędrowiec dotarł wreszcie do celu.
Ale nawet i teraz nie znalazł chwili wytchnienia.
Wojsko gotowało się właśnie do bitwy. Późnym wieczorem żołnierze, ich rodziny i wszyscy cywile rozpoczęli wymarsz z obozu, kierując się na południowy wschód. W zapadającym coraz gęstszym zmroku jedna kolumna wojsk ciągnęła za drugą; oddziały mijały kolejno otoczony murem cmentarz, schodziły w porośniętą krzewami dolinę rzeczną, po czym przekraczały Bug po niedawno ukończonym moście. Cała armia rozciągnięta była na kształt potężnego, wijącego się węża – jego długość dochodziła do trzech mil. Najpierw pojawiła się jazda: szwadrony z Östgöta, Upplandu, Smålandu, Finowie i najemnicy; 7500 ludzi tworzyło 37 szwadronów. Za nimi toczyło się 58 dział artyleryjskich. Dalej maszerowała już piechota: oddziały z Västgöta, Skaraborga, Södermanlandu i innych prowincji. Łącznie 2000 ludzi podzielonych na sześć brygad. Człowiek za człowiekiem.
Kolumny ludzi i koni posuwały się powoli, z prędkością około trzech kilometrów na godzinę. Przez całą noc w okolicy słychać było odgłos dudniących o ziemię stóp, stukot kopyt końskich i skrzypienie mostu, który zbudowano przed pięcioma dniami, a który teraz uginał się pod ciężarem wojska. Tabory zostały w obozie, a żołnierzom rozkazano, aby pobrali prowiant na trzy dni. Wszystko wskazywało więc na to, że czas bitwy zbliżał się nieuchronnie.
Tylko niewielu orientowało się, dokąd tak naprawdę kierowała się armia. Na wpół śpiący żołnierze tłoczyli się na stojąco w przesuwających się powoli kolumnach. Droga wiodła na Warszawę, gdzie stacjonowała wielka polsko-litewska armia, a przynajmniej wyobrażano sobie, że właśnie tam powinna się ona znajdować.
Przeciwnik nie mógł być zbyt daleko, bo w ciemnościach nocy roiło się od pojedynczych oddziałów jazdy litewskiej, krążących po okolicy… jeźdźcy robili co tylko mogli, aby przeszkodzić Szwedom w przemarszu. Działali wszystkim na nerwy, ale w rzeczywistości niewiele mogli uczynić. Przeprawa przez Bug odbywała się w wolnym tempie. Kiedy około czwartej nad ranem niebo rozjaśniło się czerwienią jutrzenki, oddziały brandenburskie nadal stały na północnym brzegu rzeki. I wtedy właśnie zawalił się most.
Rzemieślnicy i robotnicy wdrapali się natychmiast na jego uszkodzony szkielet i podczas gdy słońce żeglowało po niebie, pracowali w gorączkowym tempie przy naprawie konstrukcji. Przez cztery godziny długie kolumny żołnierzy i koni odpoczywały na ziemi. A kiedy w końcu naprawiono most, ciężkie cielsko węża ponownie rozciągnęło się, ukazując swą pełną długość.
Był poranek dnia pierwszego. Powietrze stopniowo nagrzewało się od słońca. Żołnierze nadal kierowali się na południowy wschód. Po prawej stronie lśniła szeroka wstęga Wisły, po lewej kontrastowała z nią zielona gęstwina lasu, nad wszystkim zaś dominowało niebieskie niebo. Około dwunastej zarządzono postój, dając żołnierzom trochę czasu na spożycie posiłku i odpoczynek na piaszczystej drodze. Głowa węża dotarła właśnie do małej wsi o nazwie Jabłonna. W jej pobliżu doszło już do kilku małych potyczek z litewskimi patrolami. Wzięto też do niewoli pierwszych polskich jeńców. Ale na razie postój przeciągał się.
Król Szwecji Karol X Gustaw otoczony wieloma innymi arystokratami zniknął w rozstawionym właśnie namiocie, aby spożyć posiłek i wziąć udział w naradzie wojennej. Dowództwo nie bardzo wiedziało, jak zachować się w obecnej sytuacji. Po chwili podjęto chyba jakąś decyzję, bo oddział złożony z około 600 kawalerzystów i dragonów dosiadł koni i odjechał na południe. Jednocześnie wojsku wydano rozkaz, aby ustawiło się w szyku bojowym na polu otaczającym wioskę. Szeroki na dwa i pół kilometra teren, rozciągający się między lasem a brzegiem rzeki, zaroił się od jazdy i piechoty, ustawionych w formie prostokąta. Aby zaś żołnierze łatwiej mogli rozpoznawać się nawzajem i odróżniać od nieprzyjaciela, powtykali sobie garście siana za otoki czapek lub obwiązali nim ramiona. Szeregom podano hasło, które na dziś brzmiało: „Wspomóż nas, Jezu”.
Około godziny czwartej po południu żołnierze ponownie usłyszeli ostre dźwięki trąbki, wzywające ich do wsiadania na koń. Pochód znowu ruszył do przodu w promieniach gorącego słońca… odstęp między rzeką i lasem znacznie się zmniejszył, a prostokątne formacje, z których składały się poszczególne oddziały, tłoczyły się obok siebie. Daleko na przedzie dał się też słyszeć głuchy odgłos wystrzałów. Awangarda wojska natknęła się na nieprzyjaciela. Zaczęła się bitwa.
Oto bowiem oddział składający się z 600 ludzi starł się z polską jazdą. Po krótkiej walce Polacy umknęli na południe. Szwedzcy kawalerzyści rzucili się za nimi z kopyta i gonili w szaleńczym pościgu przez prawie pół mili. Sucha pora roku oraz kurz zalegający ziemię sprawiły, że i ścigający, i ścigani pokryli się grubo pyłem. Pośród tumanów kurzu pokazało się nagle kilka polskich szwadronów jazdy, zaskoczonych całą sytuacją, lecz po krótkiej walce i one zniknęły wśród pól. Szwedzi podążyli za nimi i nagle spostrzegli, że w gęstym, oślepiającym kurzu zapędzili się w sam środek polskich umocnień, najeżonych różnego rodzaju bronią. Polacy dali ognia ze wszystkiego, czym dysponowali. Na kawalerzystów szwedzkich spadł grad kartaczy, kul muszkietowych i granatów ręcznych. Jednak Polacy byli chyba równie mocno zaskoczeni, co Szwedzi, bo zewsząd rozległy się gorączkowe nawoływania, aby wszyscy zajęli pozycję za wałami. Po kilku minutach walka dobiegła końca. Przelatujące z sykiem pociski i zagrożenie, jakie dla Szwedów stanowiła polska jazda, która właśnie pojawiła się z tyłu umocnień, sprawiły, że Szwedzi szybko się stamtąd wycofali.
W tym samym czasie główne siły szwedzkie i brandenburskie dotarły w końcu na miejsce. Jeden oddział za drugim ustawiały się na rozległej równinie przylegającej do polskich umocnień. Po lewej stronie znajdowało się nieregularne wzniesienie, porośnięte krzakami oraz młodymi, wysokimi dębami. Miejscami prześwitywały spłachcie piaszczystej ziemi, porośniętej gdzieniegdzie olchą i topolami. Po prawej stronie żołnierze mieli rzekę, a na wprost siebie cały łańcuch polskich wałów przylegających do owego piaszczystego grzbietu. Za linią umocnień stały liczne szeregi polskiego wojska, gotowego do stoczenia bitwy, a nad ich głowami powiewał las chorągwi i sztandarów, które łopotały poruszane lekkimi powiewami wiatru. Daleko, po drugiej stronie Wisły, majaczyły zarysy zabudowań Warszawy: wysokie, ceglane domy, dachy, kominy, wieże kościelne i wieżyczki pałaców. Widać też było długi most, po którym przelewało się coś na kształt nieskończonej rzeki – to polskie oddziały zdążały na drugą stronę, aby zetrzeć się z wrogiem.
Wszystko to nie wyglądało najlepiej.
Szwedzkie i brandenburskie oddziały ściśnięte były niby w ciasnym worku: miały po jednej stronie rzekę, po dwóch stronach las, a po czwartej stronie polskie szańce i wojsko. Teren był zbyt wąski, aby można było utworzyć szeroką linię frontu. Oddziały zmuszone były ustawić się w podwójnym szyku, w rzędach jeden za drugim. „Worek” wypełnił się prawie natychmiast stłoczonymi szwedzkimi oddziałami: na całym terenie roiło się od żołnierzy, koni, pik, flag, dział i oficerów, którzy bezradnie jeździli dokoła.
Wszędzie panował chaos. Tak jak poprzednio zdarzyło się to szwedzkiej awangardzie, tak i tym razem dwanaście szwadronów jazdy, oślepionych gęstymi chmurami kurzu, popędziło nieświadomie wprost na polskie wały. Nie mogły się już cofnąć, bo od tyłu naciskała na nie reszta kawalerii. Z tego powodu jeźdźcy dostali się wprost pod lufy polskich muszkietów i armat, choć dostrzegłszy pomyłkę, usiłowali tak manewrować, aby uniknąć ostrzału. Na domiar złego miejsca starczyło tylko na rozlokowanie w szyku bojowym pięciu szwadronów; reszta stała biernie wystawiona na bezpośredni ostrzał, bez jakiejkolwiek szansy na osłonę w pokrytym kurzem polu. Wciąż napływały kolejne oddziały Szwedów i Brandenburczyków, powodując coraz większy chaos. Powstało niebezpieczeństwo, że przeciwnicy mogą odciąć Szwedom drogę odwrotu i zamknąć ich w pułapce.
Polacy zobaczyli szwedzkie szwadrony, wyłaniające się pod samą linią ich umocnień. Jeden z polskich regimentów jazdy wysłany został na drugą stronę piaszczystego grzbietu, przez las, aby uderzyć na Szwedów od tyłu i odciąć ich od reszty armii. Jednak Szwedzi nie dali się zaskoczyć. Kiedy polscy kawalerzyści wyłonili się na skraju lasu, na ich spotkanie ruszyły cztery szwedzkie szwadrony. Wśród głośnych salw doszło do starcia: dym prochowy zakrył całą okolicę jak wzbierająca fala, pozostawiając po sobie kipiel poskręcanych ludzkich ciał ze sterczącymi sztywno kończynami i rannych koni, które wierzgały i rżały z bólu. Polski regiment wycofał się z dużymi stratami.
Na polu walki dochodziło tymczasem do niewielkich ataków i kontrataków. Ostrożnie, krok za krokiem, zjednoczone szwedzko-brandenburskie wojsko zbliżało się do linii polskich umocnień. Oddziały jazdy Polaków na koniach pojawiły się pomiędzy szańcami, a nad ich głowami powiewały sztandary. Rozciągnęły one szyk i wdarły się w szeregi przeciwnika. Dostały się od razu pod intensywny ostrzał z muszkietów i pistoletów, zawróciły więc konie i wróciły w kłębach dymu na poprzednio zajmowane pozycje. W międzyczasie na miejsce dotarły oddziały piechoty obu sprzymierzonych armii. Na razie ustawiono piechurów w dwóch długich na 700 metrów liniach, w poprzek korytarza leżącego wzdłuż rzeki, niezbyt daleko od polskich umocnień. Za nimi ciągnęły się najeżone flagami długie szeregi jazdy. Na końcu widać było zaprzęgnięte razem konie, ciągnące na linach wielkokalibrowe działa. Na skraju zarośniętego krzakami pola wyładowywano okrągłe kule i skrzynie z prochem, a kanonierzy wkrótce otworzyli ogień wprost w kłęby dymu, mając nadzieję, że znajdują się tam Polacy. Obie strony czekały.
Okolicę stopniowo okrywał mrok, a wiatr niósł ze sobą odgłos strzałów z armat i broni ręcznej. Ta część artylerii wojsk sprzymierzonych, która znajdowała się na samym przedzie, wciśnięta między własną piechotę, cierpiała najbardziej. Wyjące pociski dokonywały raz za razem wielkich wyłomów w gęstych szeregach wojska. Konie i ludzie padali na piaszczystą ziemię. Krwawiący żołnierze z potrzaskanymi kończynami rozerwanymi przez pociski wynoszeni byli z pola walki na tyły. Kiedy zapadły ciemności, dowództwo szwedzkie doszło do wniosku, że nie ma sensu, aby wojsko nadal stało bezradne i bez osłony, wystawione na ostrzał z polskiej strony. Poza tym jazda nie nadawała się do prowadzenia walki w ciemnościach, a dowództwo nie orientowało się w terenie. Wydano więc oddziałom rozkaz, aby się wycofały. Okolicę zalegały zwłoki ludzkie i trupy koni. W niektórych miejscach widać było całe szeregi zabitych: stało się tak na skutek pojedynczych strzałów armatnich, które dokonały takiego spustoszenia w ustawionych gęsto obok siebie liniach żołnierzy.
Jeszcze po godzinie dziesiątej wieczorem lufy polskich armat wypluwały z siebie coraz to nowe pociski. Dopiero koło północy ostrzał ucichł. I tak skończył się piątek, 18 lipca 1656 roku.
Niewielu zdawało sobie sprawę, co się tak naprawdę wydarzyło. Dowództwo wojsk sprzymierzonych dowiedziało się poprzedniego dnia, że siły przeciwnika rozdzieliły się tymczasowo – pierwszy krok, jaki wojsko polskie uczyniło w celu wzięcia armii szwedzkiej w kleszcze w miejscu, gdzie pod Nowym Dworem Szwedzi rozbili obóz. Siły litewskie stały na wschodnim brzegu Wisły, a armia polska na zachodnim (poza tym oczekiwano dużych posiłków w postaci wojsk tatarskich). Karol X Gustaw wymyślił prosty plan, który zakładał zajęcie centralnej pozycji, skąd można by atakować wszystkich przeciwników na raz. Należało najpierw zaskoczyć Litwinów na wschodnim brzegu, pobić ich i zniszczyć most na Wiśle, zanim nadciągnie wsparcie. Po tym siły sprzymierzone miały przedostać się na zachodni brzeg rzeki i zaatakować armię Korony. Nie wszystko jednak poszło zgodnie z planem.
Kiedy zawalił się most, rozpadła się także jak domek z kart cała tak starannie obmyślona strategia. Przemarsz wojsk sprzymierzonych opóźnił się z tego powodu aż o osiem godzin. A po dotarciu do wsi Jabłonna dowództwo szwedzkie otrzymało niezbyt miłą wiadomość: manewr został zauważony przez Polaków, którzy na nowo zaczęli gromadzić swoje rozproszone siły. Niektórzy dowódcy zaczęli się wahać. Podstawą całego planu było uderzenie na wielkie siły nieprzyjaciela w chwili, kiedy były one w rozsypce. Niektórzy głosowali za odwrotem, ale Karol Gustaw, znany gracz i ryzykant, postawił na swoim.
Pierwsze raporty o zbliżającym się nieprzyjacielu dotarły do polskich dowódców już około godziny dziesiątej rano – wystarczająco wcześnie, aby poczynić odpowiednie przygotowania. Na północ od obozu litewskiego rozpoczęto gorączkowe kopanie rowów. Już wkrótce nad piaszczystym terenem wyrosły umocnienia, które Szwedzi mieli później szturmować. Pozycje zajęli w nich muszkieterzy oraz artylerzyści. Nadchodzącym Tatarom wydano rozkaz, aby nie przyłączali się od razu do sił głównych, tylko rozbili obóz kilka mil dalej. Ich dowódca, Kazi Aga, zaczął gromadzić swoje wojsko. Otrzymał on zadanie uderzenia na przeciwnika od tyłu, armii koronnej polecono zaś, aby natychmiast zawróciła. Wszystkie dostępne siły miały się zebrać na zachodnim brzegu Wisły.
Wśród polskich oddziałów panował nastrój pewności siebie; powszechnie wierzono w wielkie zwycięstwo. Ktoś zdążył już nawet wymyślić, w którym więzieniu po zwycięskiej bitwie osadzeni zostaną król szwedzki Karol X Gustaw i książę Brandenburgii. Kiedy pewne sukcesu szwadrony wchodzące w skład armii koronnej przeprawiały się przez Wisłę, dostrzegły polską królową Luizę Marię – sztywną kobietę z lokami na głowie i wielkimi oczyma; siedziała ona w karecie stojącej przy zachodniej stronie mostu i ponaglała maszerujących żołnierzy. Któryś z nich odpowiedział, że dadzą Szwedom bobu i że następnego dnia „zaatakują i skończą z zarozumiałym nieprzyjacielem”.
Tamten dzień mógł rzeczywiście skończyć się źle dla sił sprzymierzonych… ich dowództwo miało tę odrobinę szczęścia, że dowództwo polskie również nie było w stanie kontrolować całej sytuacji. Nie widać było, aby któryś z dowódców szwedzkich lub brandenburskich starał się zapanować nad tłoczącymi się w jednym miejscu żołnierzami. Straty, jakie armia poniosła w czasie, gdy jej oddziały wystawione były na bezpośredni ostrzał ze strony polskiej, nie były małe – ale mogły być o wiele większe, gdyby polscy artylerzyści, ubrani w wysokie czapki, krótkie kurtki i sięgające kolan spodnie, nie pudłowali tak fatalnie.
Gdy zapadła noc, dowódcy sił sprzymierzonych zwołali radę wojenną. Mówiąc delikatnie, panował na niej ponury nastrój. Wzięci do niewoli jeńcy opowiadali, że Jan Kazimierz gromadzi w mroku nocy swoje rozproszone siły. Krążyły pogłoski, że wojska polskie liczyły sto, a może nawet i dwieście tysięcy ludzi. (Nasz wędrowiec, który właśnie przybył z dalekiej Italii, wspominał o 170 tysiącach żołnierzy). Siły szwedzkie i brandenburskie składały się łącznie z 18 tysięcy ludzi. Wysocy rangą oficerowie, którzy w czasie dnia wyrażali jedynie wątpliwości, teraz wpadli w panikę. Wielu z nich chciało po prostu wycofać się z walki. Uważali, że pozycja, jaką zajmowali Polacy, była zbyt silna. Obawiali się, że zostaną rozbici jednym uderzeniem. Ktoś przerażony twierdził, że „to niemożliwe, aby ujść z życiem z tej bitwy, kiedy ma się do czynienia z tak silnym i potężnym nieprzyjacielem”. Inny upominał Karola Gustawa, aby chociaż on sam ratował się, póki jeszcze był na to czas i wyjechał z obozu, nie czekając nawet do rana.
Karol Gustaw odrzucił te propozycje. Chciał postawić wszystko na jedną kartę i podjąć walkę następnego dnia. Jego stosunek do sprawy nie był aż tak szalony. Jeżeli nie zmienił planów w czasie dnia, to nie dało się tego zrobić również później. Odwrócenie się plecami do zdecydowanego na wszystko przeciwnika, który stał w gotowości bojowej niecały kilometr dalej, było rzeczą równie niebezpieczną, co spotkanie go w otwartym polu. Zakończył mówiąc, że jest gotowy pokazać „jak z Bożą pomocą można zdobyć przewagę na polu walki i wyrwać zwycięstwo z rąk wroga”.
Najpierw należało jednak takie pole znaleźć. Sprzymierzone armie obozowały w dużym porządku w ciasnym przesmyku między lasem i rzeką. Nastrój, jaki panował wśród zmęczonych żołnierzy i oficerów, pełen był przygnębienia i niepokoju w obliczu konieczności wystąpienia następnego dnia przeciwko nieprzyjacielowi, który – jak sądzono – posiadał dużą przewagę liczebną. Obawy były duże. Gdzieś na północnym wschodzie paliła się jakaś wieś. Nocny wiatr niósł dźwięk tysięcy kopyt, które w ciemnościach stukały w deski mostu po polskiej stronie. Było rzeczą oczywistą, że Polacy chcieli do rana zebrać wszystkie dostępne siły. Głuche odgłosy dochodziły do obozu szwedzkiego przez całą noc.
Słońce wzeszło około godziny trzeciej pięćdziesiąt. Poranek spowity był gęstą mgłą. Karol Gustaw jadł śniadanie: zwykłą bułkę popijaną hiszpańskim winem. Towarzyszył mu jeden z oficerów, któremu kilka godzin wcześniej kula oberwała ramię. Wznoszono toasty za zdrowie króla i za zwycięstwo. Oficer prosił, aby król nie zapomniał o jego żonie i dzieciach. Godzinę później już nie żył. Król, książę Brandenburgii i kilku wysokich rangą oficerów wsiadło na konie i wyjechało z obozu, aby w porannej mgle przeprowadzić krótki rekonesans. Było rzeczą oczywistą, że obie sprzymierzone armie nie mogły dłużej pozostawać w tak niebezpiecznym miejscu. Najbardziej potrzebowały przestrzeni, na której mogłyby ustawić wszystkie szwadrony, brygady i baterie. Taka przestrzeń znajdowała się na wschód od piaszczystego grzbietu i polskich umocnień. To tam, między Białołęką i Bródnem, rozciągały się rozległe łąki i pola. Tam właśnie można by było rozstawić sprzymierzone wojska i stamtąd możliwy był atak na flankę armii polskiej, ukrytej za umocnieniami przylegającymi do grzbietu.
Nadszedł ranek dnia drugiego. Słońce coraz mocniej przebijało się przez mleczne opary mgły. Szwadrony i brygady powoli przemieszczały się w różnych kierunkach w ciasnym przejściu przylegającym do rzeki. Chodziło o to, aby przywrócić porządek w stłoczonych masach ludzi. Gdzieś z przodu, na linii frontu, rozległy się dwa strzały oddane ze szwedzkich dział. W danej sytuacji oznaczały one coś na kształt pytania lub wyzwania skierowanego do przeciwnika: „Chcę się bić, a Ty?”. Jeśli druga strona odpowiedziała w ten sam sposób, oznaczało to, że wyzwanie zostało podjęte i że dojdzie do bitwy. Ten dziwny zwyczaj miał swoje korzenie w czasach średniowiecznych, kiedy to bitwy rozgrywały się według wcześniej ustalonych reguł, a nawet pod nadzorem niezależnych obserwatorów, którzy po zakończonej walce decydowali, komu przypadło zwycięstwo. Z drugiej strony oddano dwa strzały. Wyzwanie przyjęto.
Bitwa rozpoczęła się od strzałów armatnich oddanych przez siły sprzymierzone; chwilę później rozległy się salwy po polskiej stronie. Pierwsze strzały były rzadkie i niecelne, ale stopniowo ostrzał stawał się coraz bardziej intensywny. W huku armat żołnierze odprawiali swoje poranne modły. Liczący 700 metrów szereg milczących oddziałów szwedzkiej piechoty, jazdy i ukrytych w chmurach dymu armatniego żołnierzy obsługujących artylerię, ustawił się naprzeciwko polskich umocnień. Na otwartym polu, jakie rozciągało się na długości około jednego kilometra, pojawiały się raz za razem małe grupy nieregularnej jazdy obu wojsk, które krążąc po porośniętym krzakami terenie, ostrzeliwały się wzajemnie.
Około godziny dziewiątej sprzymierzone armie szwedzka i brandenburska zaczęły wprowadzać w życie swój plan. Rozciągnięte szerokim łukiem kolumny piechoty i jazdy kierowały się w lewo, przechodząc przez białołęcki las, piaszczyste wzniesienie, a potem na północny wschód, aż na rozległe pola i łąki. Ich śladem, wyżłobionym przez stopy żołnierzy i końskie kopyta, posuwała się artyleria.
Po pewnym czasie rozległ się huk wystrzałów dochodzący z drugiej strony lasu. Oznaczało to, że lewe skrzydło dotarło na miejsce i że nadszedł czas dla prawego skrzydła, które nadal stało na swym miejscu nad rzeką, aby przeprowadzić taki sam manewr.
I wtedy stało się. Dokładnie w chwili, kiedy wojska sprzymierzone znajdowały się po obu stronach lasu, Polacy przystąpili do natarcia. Duży oddział – kilka tysięcy Tatarów – wyłonił się nagle znikąd jak czarna chmura, zachodząc od tyłu te siły, które nadal znajdowały się nad rzeką.
Bitwa pod wieloma względami stanowiła starcie starego i nowego. Dało się to wyraźnie zauważyć. Tatarzy to naród nomadów pochodzenia tureckiego, który zamieszkiwał rozległe stepy południowo-wschodniej Polski oraz tereny przylegające do jej wschodnich granic. Byli ostatnim w Europie narodem tradycyjnych wojowników, który stanowił stałe zagrożenie dla całej południowo-wschodniej Europy. Podejmowali coraz to nowe wyprawy wojenne, wstępowali na służbę pod różne chorągwie – polską, rosyjską, turecką – aby od czasu do czasu przekroczyć granicę i łupić na własną rękę. Na granicę patrzeli jak na jakieś dziwactwo, które zasługuje na niewielki albo na żaden szacunek. Współcześni Tatarzy stanowili tylko blady cień żyjącego niegdyś w centralnej Azji ludu wojowników, który przez wiele stuleci w średniowieczu stanowił dopust boży dla państw chrześcijańskich. Ich armia nie była armią we właściwym tego słowa znaczeniu: stanowiła ona raczej zbieraninę grup, zjednoczonych głównie żądzą zdobywania łupów. Ich uzbrojenie i sposób prowadzenia walki cechowała daleko idąca prostota. Pędzili na koniach, potrząsali łukami i oszczepami, uderzali szablami o swoje tarcze.
Natomiast sześć szwadronów szwedzkich, które wyjechały Tatarom naprzeciw, stanowiło typowy przykład nowoczesnego wojska, które spotkać można było na polach bitewnych całej Europy. Na ich wyposażeniu znajdowała się na przykład najbardziej nowoczesna broń, tzw. pistolety z zamkiem kołowym. Pistolety te miały duży kaliber (około 11 milimetrów), były długie (nawet do 75 centymetrów) i ciężkie (o masie około dwóch kilogramów). Dzięki temu po oddaniu strzału można ich też było używać jako swego rodzaju maczugi… inne rodzaje broni palnej używane do tej pory powszechnie w Europie wyposażone były w zamek lontowy – aby wystrzelić, trzeba było użyć długiego lontu. Było to niewygodne dla kogoś, kto jechał na koniu. Genialny zamek kołowy – w którym zapalająca iskra powstawała w chwili, gdy napędzane przez zwalnianą sprężynę stalowe koło obracało się szybko trąc o dociśnięty do niego kamień (krzemień lub częściej piryt) – był o wiele łatwiejszy w obsłudze dla osoby siedzącej w siodle. Nie oznacza to jednak, że jej posiadanie stało się jakimś przywilejem. Aby móc w czasie bitwy załadować taki pistolet, kierując jednocześnie koniem, trzeba było długich godzin treningu i zdolności manualnych. Takie pistolety były skomplikowanymi urządzeniami – niektóre składały się nawet z siedemdziesięciu części, przez co nie zawsze gwarantowały pozytywny efekt: przeciętnie co piąta próba kończyła się niewypałem.
Tak więc po jednej stronie Tatarzy: wielka, niezorganizowana masa, najeżona dzidami, oszczepami i chorągwiami, pędząca szybko na swych zgrabnych koniach; po drugiej stronie zbite szwadrony szwedzko-brandenburskie w swych małych, precyzyjnie sformowanych czworokątach, po stu ludzi w każdym, ustawione w trzech szeregach1.
Starcie było krótkie, gwałtowne i chaotyczne.
Kiedy szwedzcy kawalerzyści jadący w pierwszych szeregach zbliżyli się do swych przeciwników na taką odległość, że mogli prawie widzieć białka ich oczu, oddali pierwszą salwę. Odległość była ze zrozumiałych względów niewielka: pistolety miały bowiem skuteczny zasięg z około 10 metrów. W odpowiedzi Tatarzy wypuścili chmurę strzał… zanim jeszcze przebrzmiała salwa, kawalerzyści odłożyli pistolety i wyciągnęli szpady, po czym spowici kłębami gęstego dymu rzucili się na Tatarów.
Możliwe, że nasz wędrowiec, który przybył z Italii, był naocznym, ale biernym świadkiem bitwy. To, co zobaczył, utrwalił w szkicu, na którym znajduje się dopisek „narysowane na żywo”. Oto szwedzcy jeźdźcy rzucają się zdesperowani do przodu, trzymając w wyciągniętych rękach swoje pistolety. Z luf wydobywa się ogień, a kłęby dymu zasłaniają wszystko dokoła, przez co trudno jest nawet dostrzec towarzyszy, którzy pędzą tuż obok. Jakiś oficer zachęca żołnierzy do walki wyciągniętą szpadą – a może tylko wskazuje im drogę przez oślepiający dym? Dalej za nim, za gęstą zasłoną z dymu, zbita, krzycząca masa ludzi, którzy pędzą na swych koniach we wszystkie strony. Jedni cisną się do przodu i wpadają na Szwedów, skurczeni, kryjący się za okrągłymi tarczami tak, jakby osłaniali się przed silnymi porywami wiatru – pozycję taką ludzie przyjmują instynktownie, kiedy dostaną się pod ostrzał z broni palnej. Inni Tatarzy zaczynają się już wycofywać, ale zdążą jeszcze oddać raczej niecelne strzały z łuków. A między kopytami końskimi, wśród połamanych strzał, odrzuconych tarcz i różnego rodzaju innej broni, leżą ci, którzy już przegrali: stratowani i ranni, którzy na wpół leżąc, próbują się podnieść lub z rozpostartymi ramionami błagają o pomoc, tak jak czynią to tonący… inni leżą przygnieceni końmi, miotają się i próbują spod nich wydostać. Część rannych żołnierzy wije się z bólu, inni wyglądają jak stłamszone zawiniątka deptane kopytami koni; próbują chronić głowy, osłaniając je ramionami (chociaż konie rzadko tratują leżących ludzi z własnej woli, to jednak łatwo odnieść rany od uderzenia kopytem). Są też zabici. Rozrzuceni na ziemi leżą z rozpostartymi ramionami i rozrzuconymi nogami; ciała jeszcze ciepłe, bo duch opuścił je zaledwie przed chwilą. Twarze z rozwartymi szeroko ustami, opuszczonymi brodami i czarnymi, wypalonymi oczodołami.
Tak właśnie wygląda ponura rzeczywistość, która skrywa się pod pojęciem „natarcie kawalerii”.
Tatarzy odskoczyli i – mniej lub bardziej rozproszeni – zepchnięci zostali do tyłu. Skierowali się teraz w stronę lasu.
Polacy przypuścili wiele ataków od południowej i wschodniej strony. Kończyły się one jednak podobnie jak ataki Tatarów od strony północnej, a sposób ich przeprowadzania był żałosny. Polacy ruszyli do przodu wśród głośnych okrzyków, atakowali w zbitej masie, a szwedzko-brandenburskie wojsko przywitało ich intensywnymi salwami ognia z pistoletów i armat. Polskie natarcie zachwiało się i po kilku minutach atakujący zmuszeni zostali do wycofania się w nieładzie; nie udało im się nawiązać walki na białą broń z przeciwnikiem. A starcie to mogło skończyć się dla sprzymierzonych fatalnie. Na szczęście ataki polskie nigdy nie były ze sobą skoordynowane, a poza tym brała w nich udział tylko niewielka część zgromadzonych sił polskich.
Minęła właśnie godzina dwunasta. Polacy wstrzymali szarże, prawdopodobnie zdumieni tym, że nie przyniosły one spodziewanego rezultatu. Karol Gustaw wykorzystał tę przerwę i rozkazał oddziałom, które nadal stały w oczekiwaniu nad rzeką, aby natychmiast przyłączyły się do sił znajdujących się pod drugiej stronie lasu. Wojsko musiało zebrać się w całość.
Żołnierze i konie, nie niepokojeni przez nikogo, powlekli się twardą drogą, która wiodła wzdłuż wilgotnego, parującego gorącem lata lasu. Wkrótce całe wojsko ustawiło się na jego wschodnim skraju w długiej na 2500 metrów linii. Oddziały zaczęły przemieszczać się i ustawiać, co przypominało trochę ruch wskazówki zegara, która przesuwa się od godziny dwunastej aż na godzinę piątą. Najbardziej wysunięta część prawego skrzydła zrobiła zwrot w miejscu, podczas gdy lewe skrzydło rozciągnęło się na kształt długiego łuku w stronę wsi Bródno. Długa linia ludzi, koni i armat wykonała przez to zwrot o 180 stopni. Chodziło o to, aby z pozycji wyjściowej trochę na północ od polskich umocnień i tyłem do rzeki oraz lasu wojsko obeszło je dookoła i znalazło się w innym, szerszym miejscu, twarzą do Wisły, mając obóz z boku. Był to trudny manewr – możliwy do wykonania tylko przez dobrze wyszkolonych żołnierzy.
Szwedzi i Brandenburczycy przesuwali się powoli do przodu w duszącym skwarze, mijając nieliczne mokradła i strumyki. Tatarzy buszowali cały czas wokół, niepokojąc swą obecnością. Gęsty dym pojawił się nad domami Białołęki, wkrótce potem zaczęło palić się Bródno. Od czasu do czasu wyciągano do przodu jakieś działo, oddając pojedyncze strzały w kierunku równiny. Linia szyku bojowego przesuwała się nadal po zielonych polach zgodnie z ruchem wskazówki zegara, zagarniając zagubione, pojedyncze grupy Polaków i Tatarów.
Na jednym z owych piaszczystych wzniesień stał polski król Jan Kazimierz wraz z grupą generałów i senatorów, oraz królowa i jej dwórki. Maria Luiza nadal wykazywała dużą chęcią do działania: wcześniej tego dnia wydała osobiście rozkaz, aby kilka armat zajęło pozycję po drugiej stronie Wisły, tak, aby dzięki temu mogły prowadzić ogień flankujący w stronę wojsk sprzymierzonych, stojących naprzeciwko polskich umocnień. Około godziny trzeciej zauważono przemieszczający się długi szyk wojsk nieprzyjaciela. Wszyscy byli zdumieni tym dziwnym manewrem, który spowodował, że umocnienia stały się teraz mniej lub bardziej bezużyteczne. Polskim oddziałom wydano więc rozkaz, aby dokonały zwrotu o 90 stopni i ustawiły się na wysokich, piaszczystych wzgórzach, zwracając się twarzą w stronę nadchodzącego wroga. Był to skomplikowany manewr i zajął całą godzinę. W tym samym czasie napływały też wojska szwedzko-brandenburskie. Długa linia ludzi, koni, armat i chorągwi rozciągała się jak półksiężyc od skraju lasu przez całą okolicę, aż po spowitą kłębami dymu wieś Bródno. Przygotowania do przyjęcia polskiego natarcia dobiegły szczęśliwie końca.
Artyleria i piechota polska – wśród której dominowali najemni żołnierze niemieccy i węgierscy – opuściły swoje pozycje po północnej stronie obozu, ustawiając się na piaszczystych wzniesieniach. Z przodu i z tyłu zgromadziła się jazda. Obie armie stały od siebie w odstępie mniej więcej jednego kilometra, mając pomiędzy sobą równy, płaski teren, pokryty polami, połaciami krzaków i pojedynczymi kępami drzew.
Około czwartej po południu Polacy ruszyli do ataku.
Warszawa 1656
Czekali na to wszyscy. Prawdopodobnie jeszcze nie całość oddziałów zdążyła przeprawić się po moście na wschodnią stronę rzeki, ale dowództwo polskie nie chciało już dłużej odwlekać tego, co wydawało się nieuchronne. Wojsko polsko-litewskie nie składało się, jak niektórzy przypuszczali, z 200 tysięcy ludzi – nawet nie ze 100 tysięcy. Armia liczyła sobie około 40.000 żołnierzy. Była to różnorodna zbieranina: dzicy i nieokiełznani Tatarzy w długich kożuchach, wyróżniający się swymi gładko ogolonymi głowami, uzbrojeni w krótkie, zakrzywione łuki; chłopi z poboru, którzy dysponowali tylko kosami i prostą bronią palną; świetnie wyszkolone pułki dragonów i zaciężna piechota z najnowocześniejszym uzbrojeniem. Większą część wojska stanowiła jazda, piechurów było tylko około 4000. Polskie oddziały zgromadzone pod Warszawą sprawiały wrażenie przestarzałych, zarówno pod względem wyglądu, sposobu myślenia, jak i taktyki. Była to dumna i dzielna armia, która ceniła brawurę i indywidualną odwagę, za to nie bardzo przejmowała się dyscypliną, uzbrojeniem i innymi niepotrzebnymi nowinkami. Główną część sił stanowiła szlachta. Najbogatsi i najszlachetniejsi z nich wszystkich tworzyli elitę armii: husarię. Każdy z nich uzbrojony był po zęby: w zakrzywioną szablę, długą szpadę, obuch oraz długą na pięć metrów lancę. Poza tym zarówno konie, jak i ich właściciele mieli przepyszne rynsztunki i kolczugi, bogato zdobione szaty i żelazne tarcze. Husaria powoli stawała się już anachronizmem na współczesnym polu walki, ale nadal cieszyła się dobrą sławą. Odniosła ona wiele wspaniałych zwycięstw, sprawiając tęgie lanie przeważającym siłom rosyjskim i tureckim. Jeszcze w 1605 roku, a więc przed pięćdziesięciu laty, siejący postrach polscy huzarzy znieśli całą szwedzką armię na pokrytym wzgórzami polu bitwy pod Kirchholmem, niedaleko Rygi. Husarię tworzyli najdzielniejsi z najdzielniejszych, stanowiła ona kwiat i dumę polskiego wojska. I jeśli ktoś miał pokonać szwedzkiego agresora, to tylko oni. Ich zadanie w czasie nadchodzącej bitwy polegało na wbiciu się klinem w szwedzki szyk i odpędzeniu rozbitego wojska w stronę Bródna.
Pułki husarii składały się też z żołnierzy pochodzących z innych pułków, a dowódcą tych liczących około 1000 osób sił mianowano Hilarego Połubińskiego – znanego szlachcica z dużą łysiną, tęgiego, o bystrym spojrzeniu, wysuniętej brodzie i aroganckich, nastroszonych brwiach. Był on dowódcą królewskiego pułku litewskiego i cieszył się opinią nieustraszonego człowieka. Husaria powoli zjeżdżała ze wzgórz, a zaraz za nią postępowała cała masa ludzi i koni: 4000 wojska kwarcianego, które może nie było tak dobrze uzbrojone i odziane jak husaria, ale mimo wszystko wiedziało, jak obchodzić się z szablą, długimi lancami i karabinami.
Huzarzy, posuwający się przez pola w kierunku na wschód, prezentowali się wspaniale. Kierowali się wprost na lewe skrzydło sił sprzymierzonych. Po około 500 metrach przeszli w kłus. Powitała ich artyleria. Drobne, białe obłoczki uniosły się z sypiących iskrami paszcz armatnich, a kłęby dymu zasłoniły baterie po drugiej stronie pola. Kule, przecinając pełne kurzu powietrze, dosięgły pierwszych szeregów nacierającego przeciwnika. Tu i tam padł jakiś koń. Jedna z baterii haubic otworzyła ogień i udało jej się w jakiś niezwykły sposób wstrzelić dymiący granat w sam środek nadjeżdżających nieprzyjaciół. Tego rodzaju eksplodujących pocisków używano bardzo chętnie przeciwko kawalerii, aby zranić konie albo aby je spłoszyć. W miarę jak husaria zbliżała się coraz bardziej, zostawiała za sobą ślad w postaci zabitych i rannych żołnierzy, trupów koni i zrzuconych z siodeł jeźdźców.
Kiedy zostało już tylko 150 metrów, husaria przeszła w galop. Im bliżej była celu, tym bardziej narastał hałas, jaki towarzyszył ich jeździe. Ostrzał artyleryjski stawał się coraz intensywniejszy. Stukot tysięcy końskich kopyt mieszał się z chrzęstem zbroi i ochraniaczy, których blachy tarły o siebie. Stale narastał wibrujący krzyk żołnierzy i parskanie koni, a szyki stawały się coraz bardziej nieuporządkowane w miarę, jak rosło tempo jazdy.
Ludzie, którzy z bronią w ręce oczekiwali po drugiej stronie pola, mogli coraz wyraźniej rozróżniać szczegóły – odległość między nimi i nadjeżdżającymi zmniejszała się. Husaria prezentowała się wspaniale w swych nietypowych, bajecznie kolorowych ubraniach i zbrojach. Drogocenne czapraki i płaszcze, a także złocone i srebrne ozdoby rynsztunku błyszczały w promieniach słońca. Ramiona huzarów okrywały skóry tygrysów, lwów, panter i rysiów, a w tylnej części niezwykłych kulbak powiewały pióra orłów i czapli.
Kiedy pozostało już tylko 80 metrów, jeźdźcy popuścili cugli i konie przeszły w cwał.
W taki właśnie sposób prowadzono w Europie wojny od ponad 500 lat: ciężka jazda niepodzielnie panowała na polu bitwy pod Hastings w 1066 roku, pod Cresson w 1187 roku, pod Bouvines w 1214 roku, pod Crecy w 1347 roku. W czasie bitwy pod Grunwaldem polska jazda starła w proch kwiat rycerstwa niemieckiego. Ciężka konnica złożona z bogatych arystokratów i przyjęta przez nich taktyka miały ogromny wpływ na cały system ekonomiczny i społeczny, stała się też ostoją władzy politycznej sprawowanej przez szlachtę. System feudalny w swej klasycznej formie miał w założeniu gwarantować panom feudalnym prawo do posiadania licznych, odzianych w zbroje rycerzy, stanowiących symbol średniowiecznych wojen i władców.
Kiedy jednak średniowiecze dobiegło swej jesieni, a szlachta feudalna powoli, choć początkowo niezauważalnie wypierana była przez przedstawicieli nowych zawodów – kupców, urzędników wywodzących się spoza stanu szlacheckiego, kapitalistów – doprowadziło to w efekcie do zmian na polach bitewnych. Rycerz na koniu z wolna, lecz nieuchronnie zastępowany był przez zwykłego żołnierza z gminu, piechura, który nie znał zwyczajów, tradycji, nie posiadał złotych ostróg, ale miał za to, jak na przykład Szwajcarzy, długie piki i przestrzegał żelaznej dyscypliny; albo jak Anglicy używał kusz, które mogły zwalić z konia odzianego w pancerz jeźdźca już z odległości kilkuset kroków. Podczas gdy na Zachodzie rycerz opuścił na zawsze pola bitewne, aby stać się tylko pięknym wspomnieniem opiewanym w balladach i poezji, na wschodzie Europy nadal trwał on na posterunku. Dla Połubińskiego i innych polskich szlachciców ubranych w huzarskie zbroje, pędzących na wspaniałych koniach przez bródnowskie pola, walka była właściwie jedynym zajęciem godnym prawdziwego szlachcica. Ich zawołania bojowe miały za zadanie pokazać jacy są odważni, a wojaczka miała dla nich specyficzne znaczenie – będąc jak niegdyś zabawą i sportem. Szwedzi natomiast byli najprzedniejszymi rzemieślnikami nowej, współczesnej wojny: podczas, gdy wielu żołnierzy w polskim wojsku używało nadal łuków i strzał, Szwedzi już wiele lat wcześniej przeszli na bardziej godne zaufania muszkiety i inną broń palną; podczas gdy Polacy nadal byli dumnymi i dzielnymi indywidualistami, którzy dobrze czuli się „w kupie”, ale najlepiej jednak w działaniu na własną rękę, Szwedzi podlegali surowej dyscyplinie, karności i zwierzchnictwu – przywykli do walki w różnych formacjach, przypominali swego rodzaju aparat, przemieszczający się i walczący z precyzją godną wyszukanej maszynerii.
Osiemdziesiąt metrów. Tak krótki był dystans, który dzielił polską husarię od średniowiecza do nowej epoki.
Najpierw wszystko przebiegało tak, jak należało się spodziewać. Polacy na spienionych koniach runęli na Szwedów, dodając sobie animuszu głośnymi okrzykami i potrząsając bogato zdobionymi lancami. W ten sposób spadli na lewe skrzydło wojsk sprzymierzonych jak prawdziwa lawina. Stukot końskich kopyt, chrzęst zbroi, okrzyki husarii zlały się teraz w jeden dźwięk, pochłaniając również odgłosy strzałów oddawanych przez Szwedów i Brandenburczyków, przechodząc stopniowo w jeden głuchy, nieprzerwany grzmot, podczas gdy nieregularna, rozbita na grupki masa koni i ludzi starła się z przeciwnikiem w walce wręcz.
Gwardia brandenburska oddała z bliska potężną salwę i na husarię spadł deszcz ołowiu. Ogień prowadzony salwami był jednym z tych wynalazków, które zrewolucjonizowały taktykę toczenia bitew przez armie zachodnioeuropejskie. Cztery lekkie działa za ładowane były kartaczami, a salwy oddawano z nich jednocześnie (każdy kartacz zawierał około 36 zwykłych kul muszkietowych; tak więc cztery działa mogły wystrzelić jednocześnie ponad 140 pocisków). W tym przypadku wystarczyło wybrać właściwy moment – przestarzała polska jazda panicznie bała się takiego „maszynowego” ostrzału – dlatego też w jednej chwili atak husarii załamał się. Jednak nie wszystkim oddziałom szwedzkim poszło równie dobrze. Dotyczy to niektórych szwadronów z Upplandu i Smålandu.
Stan liczebny kawalerii ze Smålandu zmniejszył się prawie o połowę od czasu, kiedy w czerwcu 1655 roku wypłynęła z Kalmaru do Polski. Bitwy i niedostatek zmniejszyły liczbę ludzi w pułku do 473 osób. Obok nich na polu walki stał regiment z Upplandu. Mimo swej nazwy stanowił on zlepek mieszkańców pochodzących również z innych regionów Szwecji, takich jak Sörmland, Närke, Värmland, Västmanland. Nie brakowało też zaciężnych z Pomorza. Oddział brał udział w wielu bitwach od samego początku wojny, m.in. pod Opocznem, Warką, Gnieznem i Toruniem. Część żołnierzy wchodzących w skład tego pułku dostała się do niewoli, kiedy to przed miesiącem Warszawa, zajęta wcześniej przez Szwedów, poddała się polskim wojskom.
Kiedy wojsko wystawione jest na gwałtowny atak kawalerii, musi wytrzymać do ostatniej chwili i dopiero wtedy dać ognia salwą, bo w ten sposób przyniesie ona najlepszy efekt. I tak właśnie postąpili gwardziści z Brandenburgii. Ponieważ jednak ich najważniejszą bronią był pistolet, a jego skuteczność najlepsza jest z małej odległości, musieli wytrwać na swych pozycjach aż do ostatniej chwili. Dudnienie nadciągającej husarii naprężyło nerwy oczekujących żołnierzy jak postronki. W końcu oddali jedną, głośną jak grzmot salwę. Jednak odległość nadal okazała się zbyt duża. Zamiast teraz natychmiast ruszyć przeciwko Polakom z szablami w dłoniach, gwardia trwała przez moment niezdecydowana, co zrobić dalej. To wystarczyło. Chwilę potem spadła na nią chmara polskich lanc, wdarła się między nich, rozerwała szyki. Ludzie padali na ziemię w kłębach dymu. Szwadrony złamały szyk, cofnęły się krok do tyłu. Flagi zachwiały się i spadły na ziemię. Prawie połowa nacierającej husarii przebiła się jak pocisk przez pierwszą linię przeciwnika.
Szwedzkie i brandenburskie oddziały ustawione były jak zwykle w kilku szeregach, jeden za drugim: pierwszy, drugi i trzeci szereg. Szwedzkie oddziały, które pobite zostały w pierwszej fazie walki, uciekły do tyłu, wypełniając wolne przestrzenie między pozostałymi szeregami. Husaria napierała coraz mocniej. Zamieszanie powstało teraz w drugim szeregu. Jednak stojący tu niemieccy najemnicy bronili się dzielnie przy pomocy pistoletów i szpad. Husaria uderzyła jak fala morska w skałę, po czym zatrzymała się. Siła uderzeniowa ulegała zazwyczaj zmniejszeniu po pierwszym, gwałtownym natarciu. Gdy Polacy dostali się pod ogień muszkietów, zmuszeni zostali do odwrotu. Nie mając wsparcia wojsk kwarcianych – których atak zatrzymany został przez kontrnatarcie wyprowadzone z flanki przez Szwedów – rzucili się do bezładnej ucieczki… jak pstrokata chmara owadów zniknęli za piaszczystym wzgórzem, gdzie szeroka rzeka koni i ludzi rozlała się po całej okolicy w postaci małych strumyków, aby później w ogóle zniknąć z oczu.
Atak, który trwał tylko kilka minut, dobiegł końca.
Na ziemi pozostało około 150 jeźdźców, zabitych albo rannych, jak również mnóstwo pięknych, cennych koni. Oddziały szwedzkie zaczęły gromadzić się pod swoimi znakami i ustawiać szyki. Złamane szeregi znowu wypełniły się żołnierzami, którzy stworzyli niedostępny mur. Załamanie minęło – przynajmniej na chwilę. Husaria – najlepsze wojsko, którym szczyciła się Polska – poniosła porażkę.
W ciągu następnej godziny Polacy przypuszczali kolejne szarże kierowane przeciwko armiom sprzymierzonym. Nowe oddziały polskich jeźdźców pojawiały się jak fale przypływu: kilka szybkich salw, kilka starć na lance i szpady, po czym fala znów cofała się. Wszystkie uderzenia Polaków zostały odparte. Już ani razu nie udało się im dotrzeć tak daleko, jak zrobiła to husaria w czasie pierwszego szturmu na lewe skrzydło. W kilku miejscach doszło nawet do krótkiej, choć nie mającej żadnych skutków walki wręcz. Szwedzi i Brandenburczycy nie brali jeńców – Polacy, którzy chcieli oddać się w ich ręce, zabijani byli na miejscu, a towarzyszyło temu zawołanie „Warschauer accord ”, co było nawiązaniem do sytuacji, kiedy to w czasie kapitulacji Warszawy Polacy zabijali szwedzkich jeńców. Dochodziło teraz do przypadkowych starć, chaotycznych potyczek w gęstej ciżbie, gdzie strzelano z pistoletów, siekano, rąbano i cięto ostrymi szablami i szpadami. Łatwo sobie wyobrazić efekt takiej bitwy, gdyby używano tylko białej broni; wyczerpani ludzie mający w oczach strach uchodzą z pola walki; pocięte twarze, poszarpane ubrania; ręce zabrudzone krwią od osłaniania się od cięć; dłonie pokryte głębokimi ranami, tak głębokimi, że aż widać kości; odcięte palce wiszące na strzępach skóry…
W czasie jednego z takich starć król o mało nie stracił życia. W trakcie szarży jeden z huzarów, Jakub Kowalski, ujrzał w pierwszym szeregu jadącego na koniu Karola Gustawa. Kowalski śledził go wzrokiem. Król miał w zwyczaju trzymać w prawej, podniesionej wysoko ręce, szablę i cugle. Kiedy w pewnej chwili zbliżył się przypadkowo do innego jeźdźca, cugle królewskiego konia owinęły się wokół jego pistoletu. Królewski koń – „angielski siwek” – szarpnął do tyłu i stanął dęba. W tej samej chwili Kowalski uderzył swego konia ostrogami i rzucił się do przodu z opuszczoną lancą. Jej ostrze trafiło króla w pierś, tuż pod szyją. Jednak zbroja, która chroniła monarchę, spowodowała, że lanca nie przebiła blachy. Jednocześnie jeden z gwardzistów królewskich, Bengt Travare, przyłożył swój pistolet do boku Polaka i pociągnął za spust. Kowalski runął z konia.
Na całym polu bitewnym dochodziło do podobnych scen: Polacy odważnie atakowali, ale powstrzymywani byli salwami, które zmuszały ich do odwrotu. Okrzyki, piękne konie i powiewające skóry tygrysie nie na wiele się zdały wobec szwedzkiej dyscypliny i morderczego ognia. Kiedy opadł kurz i nieprzyjemny zapach prochu rozwiał się na wietrze, na ziemi leżało wielu zabitych i rannych Polaków, rozrzuconych na całym terenie, w kałużach krwi, wśród broni, flag i dogorywających rumaków.
Polskie oddziały, przygnębione i pobite, wycofały się w stronę piaszczystych wzniesień, aby przygotować się do obrony i naprawić umocnienia. Teraz nadszedł czas na przeprowadzenie natarcia przez wojska sprzymierzone.
Aby wyrobić sobie właściwy pogląd na stan, w jakim znajdowało się wojsko, Karol Gustaw przejechał wzdłuż rozstawionych oddziałów. żeby znaleźć najlepsze z możliwych miejsc do rozpoczęcia ataku w nadchodzącym dniu, chciał odbić owe piaszczyste wzgórza, ale przygotowania do ich zajęcia przeciągnęły się i zaczęło się ściemniać. Kiedy około wpół do ósmej zaszło słońce, dowódcy uznali, że na ten dzień wystarczy już walki. Przy akompaniamencie nieustającego ostrzału prowadzonego przez polską artylerię oddziały zostały wycofane w stronę Bródna, gdzie ogień ciągle zbierał swoje żniwo, przemieniając okoliczne domy w poczerniałe kikuty. Po przybyciu na miejsce żołnierze ustawieni zostali w ciasnym, liczącym około trzy kilometry półkolu, w środku którego zrobiono miejsce na tabory. Na wszystkie strony wysłano patrole, rozstawiono też posterunki. Tak zabezpieczano się przed ewentualnym niespodziewanym polskim atakiem.
Tego samego wieczora królewski gwardzista Bengt Travare, który służył królowi jeszcze w czasie wojny trzydziestoletniej, otrzymał od niego nadanie w postaci czterech gospodarstw jako wyraz wdzięczności za uratowanie królowi życia. Karol nakazał również odszukać Jakuba Kowalskiego. Ten nie żył już… Aby pokazać, że duch rycerski nadal drzemie w Szwedach, król polecił, aby godnie pochowano młodego Polaka. W ten sam sposób zajęto się również ciałem pewnego polskiego księcia, którego po bitwie ktoś rozpoznał na polu, gdy leżał tam zabity i odarty z odzienia… złożono go na królewskim wozie. Naczelni dowódcy sprzymierzonych armii ponownie zebrali się i odbyli naradę wojenną. Panowała już zupełnie inna atmosfera w porównaniu z nastrojem, jaki dominował dnia poprzedniego, kiedy to wielu z nich odczuwało strach i przygnębienie. Teraz wszyscy byli spokojni i myśleli z nadzieją o tym, co przyniesie nowy dzień. Karol Gustaw imponował świetnym humorem. Oddaliło się widmo totalnej klęski, a zgromadzeni dowódcy byli zgodni, że następnego dnia należy przystąpić do ataku na Polaków.
Późną nocą król rozkazał, aby przyprowadzić jego wóz oraz ściągnąć całe zaplecze kuchenne, tak, aby mógł spożyć kolację ze swym bratem Adolfem Johanem. Potem położył się w wozie i zasnął. Racje żywnościowe, jakie wręczano jego żołnierzom, były mniej niż skromne. Większość z nich nie jadła porządnego posiłku od czwartkowego wieczoru, kiedy to opuścili obóz pod Nowym Dworem. Teraz zapadał wieczór, była sobota i znowu nie udało się nic zjeść. Musieli położyć się spać głodni i spragnieni. Był to już ich trzeci nocleg pod gołym niebem… zapowiadała się niespokojna noc. Tatarzy kręcili się wokół obozu w gęstych ciemnościach, nawołując się i oddając pojedyncze strzały, krążąc wokół obozującej armii i zmuszając ją tym samym do zachowania pełnej gotowości bojowej – żołnierze spali na zmianę, bezpośrednio w miejscu, gdzie mieli swoje stanowisko w szyku. Tam załatwiali też potrzeby fizjologiczne. Wiele razy trąbiono na alarm, a oficerom z trudem udawało się utrzymać swych podwładnych w ciągłej gotowości.
Od polskiej strony słychać było słabe odgłosy kopania i padających drzew. Mieszały się one z dźwiękami wydawanymi przez maszerujące oddziały i jadące wozy. Czyżby miało zdarzyć się coś nowego?
Nadszedł ranek dnia trzeciego.
Słońce wzeszło tuż przed godziną czwartą. Pola spowiła gęsta mgła. Do obozu wróciły oddziały zwiadowcze i posterunki, oddziały zaczęły ustawiać się w szyku bojowym. Odprawiono krótkie nabożeństwo. Tabory i rannych pozostawiono w Bródnie. Biały jak mleko opar przykrywał wszystko, więc obie strony rozesłały we wszystkich kierunkach patrole, aby sprawdzić, gdzie dokładnie znajduje się przeciwnik. Z powodu złej widoczności patrole wpadały co chwilę na siebie, przez co od czasu do czasu dochodziło do starć.
Około godziny ósmej słońce wypiło już ostatnie krople rosy z pól, a obie armie ustawiły się naprzeciw siebie. Rozpoczęło się wzajemne oczekiwanie na ruch przeciwnika. Wojska sprzymierzone stały w szyku naprzeciwko piaszczystych wzniesień w długiej na trzy kilometry linii. Polacy oczekiwali po drugiej stronie pola, rozrzuceni na przestrzeni około pięciu kilometrów w linii, która ciągnęła się od jednego z szańców po północnej stronie aż do lasu, który znajdował się niedaleko Pragi. Po tej stronie lasu Polacy zdążyli w nocy usypać kilka prostych szańców.
Widząc, że Polacy nie kwapią się do ataku, Karol Gustaw wydał rozkaz do natarcia. Pierwsze uderzenie miało być skierowane na nowo usypane szańce w pobliżu praskiego lasu. Mając we władaniu las, wojska sprzymierzone uzyskałyby bezpośredni wgląd w to, co dzieje się w obozie polskim; mogłyby też otoczyć wojska ulokowane na wzgórzu i zajść je od tyłu. Skierowano więc w kierunku lasu spory oddział złożony z muszkieterów, jeźdźców i dział. Dowództwo nad nim otrzymał Otto Christoph von Sparr – 50-letni Niemiec o orlim nosie i zaciętych ustach. Wcześniej, w czasie wojny trzydziestoletniej, walczył przeciwko Szwedom, ale teraz służył im jako generał w armii brandenburskiej. Należało się spieszyć, bo Polacy kontynuowali prace ziemne – trzeba ich było wyrzucić z okopów, zanim wznoszone z ziemi i drzew umocnienia staną się przeszkodą nie do zdobycia. Aby zaś lepiej chronić flanki oddziału dowodzonego przez Sparra, skierowano resztę oddziału w stronę wzniesień.
Żołnierze Sparra pokonali mniej więcej połowę drogi, kiedy polskie działa wkopane na linii lasu oddały pierwsze strzały. Kule nakreśliły na bezchmurnym niebie ciemne smugi i wybuchły wśród gęsto ustawionych obok siebie szeregów szwedzko-brandenburskich. Sparr należał do najbardziej doświadczonych niemieckich artylerzystów, nie stał więc na widok nadlatujących pocisków z opuszczonymi rękami. Rozkazał wytoczyć na czoło własne armaty. Prawdopodobnie były to działa dwunastofuntowe o długich, trzymetrowych lufach; działo takie ważyło dwie tony, a ciągnęło je osiem koni; miało zasięg dwóch kilometrów i mogło wystrzeliwać pociski o wadze sześciu kilogramów. Od tej chwili ubrani na szaro artylerzyści postępowali zgodnie z zasadami sztuki wojennej. Załadowano działa: wsypano proch, włożono pakuły, a na końcu kulę. Następnie przystąpiono do celowania: ci, którzy się tym zajmowali, mogli używać różnego rodzaju instrumentów, na przykład kwadrantów, ale doświadczony artylerzysta robił to najczęściej na wyczucie. Teraz należało oddać strzał: żarzący się lont owinięty wokół lontownicy wprowadzano do wypełnionego prochem otworu. Słaby trzask, odrzut, błysk, biały dym, ostry huk i kula znikała jak malejący na niebie punkcik, kierując się ku celowi.
Artyleria wojsk sprzymierzonych górowała nad artylerią polsko-litewską i czyniła duże szkody wśród polskich umocnień, na które spadała masa pocisków. Wkrótce chmury dymu, fontanny piasku i kawałków drewna całkowicie zasłoniły widok. Po godzinie dziewiątej żołnierze pod komendą Sparra przypuścili atak na praski las. W kierunku Szwedów poleciały pojedyncze pociski, ale ci nie przerwali ataku, pokonując zakrzewiony teren i nie wykończone umocnienia. Polska piechota na widok nadchodzącego nieprzyjaciela rzuciła się do ucieczki, pozostawiając działa i zabitych towarzyszy. Piechota zniknęła wkrótce wśród drzew, ścigana przez szwedzką kawalerię.
Kiedy stało się rzeczą jasną, że las jest zdobyty, przystąpiono do realizacji kolejnego punktu planu – był nim atak na wzniesienie. Na czele oddziału szturmującego wzgórze miał stanąć pułkownik Jakob Johan Taube. Miał pod komendą dwustu ludzi, z których część stanowili fińscy kawalerzyści z okolic Viborga oraz niemieccy najemnicy z Bremy. Ponieśli oni duże straty w czasie poprzedniej kampanii; kilka kompanii na skutek wiosennego powstania wznieconego przez Polaków zostało wybitych prawie do nogi. Teraz z całego składu pozostał tylko jeden szwadron. Oddział ruszył do ataku. Po lewej stronie maszerowało kilka grup pikienierów ustawionych w klasyczne czworoboki. W tamtych czasach istniały ciągłe problemy w porozumiewaniu się na spowitym dymem i kurzem terenie, a to uniemożliwało sprawowanie kontroli nad przebiegiem walki. Pomyłki i błędne decyzje zdarzały się regularnie i nie stanowiły wyjątku. Tak stało się i teraz.
Pozostali dowódcy wojsk sprzymierzonych, widząc jak żołnierze Taubego ruszają do przodu, doszli do wniosku, że rozpoczęło się generalne natarcie; do walki rzucili więc większą część prawego skrzydła kawalerii, kierując ją w stronę polskich wojsk stojących na wzniesieniu. W innej sytuacji takie nieporozumienie miałoby może fatalne skutki, ale tym razem efekt był zupełnie przeciwny. W obliczu silnego naporu fali ludzi i koni, pod powiewającymi chorągwiami, polskie oddziały stawiły tylko krótki opór, po czym szybko się wycofały.
Dochodziła godzina dziesiąta. Dalej wszystko poszło już szybko – polska armia straciła swoją pozycję.
W wojskach sprzymierzonych nikt nie zdawał sobie sprawy, w jak fatalnym stanie znajdowały się polskie siły po dwóch dniach walki. Jan Kazimierz już wtedy uznał bitwę za przegraną i postanowił nawet, żeby przerzucić na zachodnią stronę Wisły cenne działa, piechotę – która składała się z kosztownych wojsk najemnych – jak również tabory; natomiast cała kawaleria miała wycofać się na południe wzdłuż wschodniego brzegu rzeki. Polacy mieli do dyspozycji tylko jeden most przerzucony między dwoma brzegami rzeki; w dodatku nie był on na tyle duży i szeroki, aby można było po nim przeprawić na drugą stronę całą armię. Aby móc lepiej osłaniać odwrót, kontynuowano walki obronne na terenie leżącym wzdłuż wzniesień aż do lasu praskiego. Decyzja była sama w sobie słuszna, ale miała opłakane skutki. W armii takiej jak polska, gdzie wszystko bardziej opierało się na entuzjazmie i dobrych chęciach niż na surowej dyscyplinie i systemie drakońskich kar, było rzeczą zrozumiałą, że taki rozkaz doprowadzi do dezorganizacji. I rzeczywiście: jeszcze tego samego wieczoru ludzie zaczęli tłoczyć się przy moście, a ich nastrój pogorszył się jeszcze bardziej, kiedy zwykli żołnierze zobaczyli, jak wozy wielkich magnatów dyskretnie rozpływają się w ciemnościach. Ludzie zaczęli znikać, a kiedy wzeszło słońce, okazało się, że bardzo trudno będzie zgromadzić pozostałych żołnierzy pod sztandarami. Spora część oddziałów złożonych ze zwykłej szlachty wymknęła się w porannej, gęstej mgle, udając się w kierunku mostu. Nie pomogły ani prośby, ani groźby, ani obietnice nagród. Na miejscu zostali tylko żołnierze najemni oraz szlachta z Bełżca.
I właśnie w tym momencie, kiedy duża część polskiego wojska opuszczała pole walki, rozpoczęło się szwedzkie natarcie.
Szwedzcy i brandenburscy żołnierze stojący na wzniesieniach spoglądali na leżące poniżej pola, znajdujące się między nimi a rzeką. W oddali widzieli polskie wojska, spowite chmurami kurzu: niezliczoną masę ludzi, która falami opuszczała swój obóz, kierując się w stronę mostu. I nie byli to tylko żołnierze, ale również i ci, którzy zwykle towarzyszyli każdej armii. We wszystkich armiach w tamtych czasach spory odsetek stanowili cywile, pomocnicy, a nawet rodziny walczących żołnierzy, które podążały za nimi w czasie wypraw. Dotyczyło to zwłaszcza armii wschodniej Europy – rosyjskiej i polskiej (jest to jedyne logiczne uzasadnienie wszystkich fantastycznych wyliczeń, które pojawiają się w kontekście opisu różnych zdarzeń historycznych). W polskiej armii bardzo często na jednego walczącego żołnierza przypadało pięć innych osób; nie brakowało też pojedynczych szlachciców, którzy ciągnęli za sobą mały dwór składający się z 10-12 sług i tyluż wozów. Oznacza to, że do owych 40.000 walczących ludzi, którzy w tej właśnie chwili próbowali opuścić pole walki, doliczyć należy może nawet 200 tysięcy woźniców, ciurów, pachołków, służących, kobiet i dzieci. I chociaż sporo z nich zdążyło odjechać jeszcze nocą lub wczesnym rankiem, to widać było, że pozostało jeszcze wielu i że nie da się już opanować wśród nich chaosu i paniki.
Polacy mieli jednak trochę szczęścia, ponieważ dowództwo sił sprzymierzonych zaskoczone było odniesionym niespodziewanie sukcesem. W najbardziej gorących momentach walki nie było większych szans na skierowanie nacierających oddziałów tak, aby odcięły one Polakom drogę odwrotu i okrążyły ich; dlatego też szwedzcy i brandenburscy żołnierze parli tylko coraz bardziej w stronę mostu i rzeki.
Spowite gęstymi tumanami kurzu prawe polskie skrzydło wycofywało się na południe, wzdłuż wschodniego brzegu rzeki. Był to niebezpieczny manewr, bo nagły atak mógł odciąć Polakom dalszą drogę odwrotu i zepchnąć ich do rzeki; jednak sprzymierzeni byli zbyt zaskoczeni rozwojem sytuacji, aby szybko zareagować. A kiedy trochę później dowódcy chcieli rozpocząć pogoń, szanse na doścignięcie szybkiej polskiej kawalerii zmniejszyły się niemal do zera. Żołnierze na pocieszenie wyłapywali tylko bezpańskie konie i zbierali porzuconą broń.
Wśród kawalerii rozmieszczonej na lewym skrzydle polskiego wojska – pod dowództwem nieszczęsnego Hilarego Połubińskiego, którzy przeżył nieudane natarcie husarii poprzedniego dnia – zapanował nastrój strachu potęgowany widokiem uciekających ze wzgórz oddziałów. Przez chwilę zastanawiano się, w którą stronę ruszyć, aż w końcu obrano kierunek na północny wschód, na Białołękę. Po tej stronie sprzymierzeni mieli lepsze rozeznanie sytuacji i udało im się nawet rzucić kilka jednostek przeciwko Polakom. Doszło przy tym do niemałego zamieszania po obu stronach, gdy długi szereg umykającej polskiej kawalerii wyginał się to w jedną, to w drugą stronę, próbując przebić się przez nieprzyjacielskie wojsko, które nacierając ze wszystkich stron, starało się zamknąć im drogę. Intensywny ostrzał ogniowy prowadzony przez dragonów i piechotę, a skierowanych w stronę Polaków, powalił na ziemię wiele szeregów spanikowanych uciekinierów i jeźdźców; na koniec cała masa ludzi i koni zepchnięta została do pobliskiego bagna… i tam rozegrał się ostatni akt tragedii. Wielu w nim utonęło, innym udało się wydostać na czworaka. Większość utknęła jednak w gęstym błocie. Na brzeg bagna wysłano szwedzkich i brandenburskich muszkieterów, którzy stojąc na brzegu, bezlitośnie strzelali do bezbronnych ludzi unieruchomionych przez gęstą maź. Strzelano tak długo, aż nie pozostał nikt żywy… żołnierze schwytali potem ponad 2000 osiodłanych koni, które błąkały się po okolicy.
W tym samym czasie zostało też przypieczętowane zwycięstwo na terenie leżącym między wzgórzami i Wisłą.
Po tym, jak wojska sprzymierzone zajęły wzgórza, w dowództwie doszło do pewnego nieporozumienia. Jak to zwykle bywa, zła widoczność spłatała dowódcom figla. Kiedy polskie wojska wycofywały się w stronę rzeki, okolicę pokryły tumany kurzu, a kiedy zobaczył to Karol Gustaw – mały grubasek, ubrany w ogromną, fantastyczną zbroję okrytą czarnym aksamitem i takiż sam hełm przybrany czarnymi piórami – doszedł do wniosku, że to nadchodzą Polacy, aby przypuścić kontratak wzdłuż całej linii frontu. Zaniepokojony tym widokiem wydał rozkaz, aby przerwać natarcie i przygotowywać się na przyjęcie polskiego uderzenia. Szybko jednak okazało się, że cała polska armia właśnie się cofa, więc szeregi wojsk sprzymierzonych ponownie skierowały się w stronę rzeki.
Trochę dalej, na lewo od wzniesień, nadal stały w gotowości duże siły polskiej piechoty – pułki Grodzickiego, Butlera, Grotthausa i Zamoyskiego. Powoli i one także zaczęły wycofywać się z zajmowanych pozycji.
