Złota Seria. Niezwyciężony Tom II - Peter Englund - ebook

Złota Seria. Niezwyciężony Tom II ebook

Peter Englund

0,0
69,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Drugi tom wybitnej i nietypowej biografii szwedzkiego władcy Karola X Gustawa. Książka w dalszym ciągu zarysowuje szerokie tło polityczne oraz militarne opisywanych wydarzeń, uzupełniając historię władcy uchodzącego za jednego z najwybitniejszych wodzów swoich czasów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 765

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ty­tuł ory­gi­na­łu: Den oöve­rvin­ner­li­ge

Tłu­ma­cze­nie: Woj­ciech Ły­gaś

Au­tor map: Mar­tin Ek, Eken pro­duk­tion

Ilu­stra­cje: z dzieł XIX-wiecz­nych

Re­dak­cja: Piotr Tra­fi­łow­ski, Wi­told Bier­nac­ki, An­drzej Ryba

Ry­su­nek na okład­ce: © Ja­ro­sław Wró­bel

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © Co­py­ri­ght: © Pe­ter En­glund 2000

Co­py­ri­ght © Bok­för­la­get Atlan­tis AB 2000

Co­py­ri­ght © for Po­lish edi­tion FIN­NA

Ory­gi­nal­na wer­sja książ­ki wy­da­na zo­sta­ła w Szwe­cji przez wy­daw­nic­two Bok­för­la­get Atlan­tis, Stoc­kholm

Książ­ka do­fi­nan­so­wa­na przez Sven­ska In­sti­tu­tet

ISBN 978-83-62913-94-7

Wy­da­nie I w ję­zy­ku pol­skim

Gdańsk 2004

Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza FIN­NA

80-752 Gdańsk, Dzie­wa­now­skie­go 5/6

tel: 603 892 042

ema­il: fin­na@fin­na.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

VIIINa Danię!

1Czy Berlin płonie?

Na po­cząt­ku był znak. Nie­bo, któ­re oglą­da­my nocą, nie jest tym sa­mym nie­bem, któ­re oglą­dał miesz­ka­niec XVII-wiecz­nej Eu­ro­py. Nie ob­cu­je­my też z tą samą przy­ro­dą. Gwiaz­dy, pla­ne­ty, ga­tun­ki zwie­rząt i ro­ślin są co praw­da te same, ale róż­ni­ca po­le­ga na tym, że tam, gdzie dziś do­strze­ga­my zja­wi­sko, ów­cze­sny czło­wiek wi­dział znak. Lu­dzie żyli wte­dy w świe­cie, któ­ry zda­wał się skła­dać z sa­mych zna­ków i za­po­wie­dzi: wiel­kich i ma­łych, mrocz­nych i ja­snych. Wie­le z tych za­cho­wań mia­ło swe źró­dła w zwy­cza­jach i tra­dy­cjach, któ­re z ko­lei bar­dzo ści­śle były zwią­za­ne z ów­cze­snym spo­so­bem my­śle­nia: tam bo­wiem, gdzie my­śli­my o czymś w ka­te­go­rii skut­ku i przy­czy­ny i trzeź­wo pró­bu­je­my usta­lić, jak do­szło do tego, że X wpra­wio­ne zo­sta­ło w ruch, nasi przod­ko­wie roz­wa­ża­li to w ka­te­go­rii za­mia­ru i celu, sta­ra­jąc się do­wie­dzieć, jaki był sens tego, że X wpra­wio­ne zo­sta­ło w ruch. Dla­te­go też przy­ro­dy na­le­ża­ło się w tam­tych cza­sach strzec, ale nie w związ­ku z tym, z czym czło­wiek miał do czy­nie­nia na co dzień, tyl­ko z tym, co było nie­zwy­kłe, nie­co­dzien­ne i co od­bie­ga­ło od nor­my, bo te wła­śnie nie­zwy­kłe zja­wi­ska nio­sły ja­kieś prze­sła­nie dla czło­wie­ka.

Zna­ki mo­gły prze­ja­wiać się w naj­róż­niej­szy spo­sób, mia­ły róż­ny sens i róż­nych nadaw­ców. Ktoś, kto po­sia­dał wie­dzę albo by­stre oko, za­uwa­żał zna­ki na każ­dym kro­ku, na­wet w rze­czach co­dzien­nych: je­śli psy ja­dły tra­wę, za­no­si­ło się na deszcz; je­śli coś chrzę­ści­ło pod sto­pa­mi, na­le­ża­ło ocze­ki­wać wi­zy­ty; je­śli cia­sto opa­dło w pie­cu, zwia­sto­wa­ło to zbli­ża­ją­ce się we­se­le; je­śli w cza­sie wi­gi­lii zga­sła jed­na ze świec, śmierć ostrzy­ła swą kosę na go­spo­da­rza domu; i tak da­lej, i tak da­lej. Znacz­nie po­waż­niej­szą wy­mo­wę po­sia­da­ły zło­wiesz­cze kłę­by chmur, któ­re tu i ów­dzie gro­ma­dzi­ły się na nie­bie, zmie­nia­ły kształt, roz­ra­sta­ły się, wi­ro­wa­ły, przy­bie­ra­ły kształ­ty fi­gur i przed­mio­tów, a na­wet ca­łych ar­mii, któ­re bez­dź­więcz­nie ście­ra­ły się ze sobą na fir­ma­men­cie. Re­gu­lar­nie po­ja­wia­ły się też wie­ści o chmu­rach, któ­re na­gle otwie­ra­ły się i wy­rzu­ca­ły ze swe­go wnę­trza prze­róż­ne przed­mio­ty i zwie­rzę­ta albo spa­da­ły na zie­mię w po­sta­ci krwa­we­go desz­czu. Tego ro­dza­ju oso­bli­wo­ści uwa­ża­no czę­sto za opa­ry, któ­re wzno­szą się w górę z umę­czo­nej zie­mi, bę­dąc ob­ra­zem zła ra­czej niż jego za­po­wie­dzią. Więk­szy cię­żar ga­tun­ko­wy jako ostrze­że­nie mia­ły bar­dziej na­ma­cal­ne rze­czy, jak na przy­kład zde­for­mo­wa­ne zwie­rzę­ta; cie­lę­ta z dwo­ma gło­wa­mi albo ryby z dziw­ny­mi na­ro­śla­mi były sta­łym skład­ni­kiem ta­kie­go ro­zu­mo­wa­nia, a zja­wi­ska ta­kie od­no­to­wy­wa­no z dresz­czem roz­ko­szy jako za­po­wiedź albo ostrze­że­nie dla grzesz­nej i zbłą­ka­nej ludz­ko­ści. Nie wspo­mnę już o nie­po­ko­ju, jaki opa­no­wy­wał lu­dzi, kie­dy na nie­bie po­ja­wi­ła się ja­kaś ko­me­ta; po­zo­sta­wia­ła ona po so­bie za­wsze bo­ga­ty po­siew w po­sta­ci pam­fle­tów i ulo­tek, gdzie sta­ra­no się wy­tłu­ma­czyć fe­no­men tego cia­ła nie­bie­skie­go: czy na­le­ża­ło się spo­dzie­wać za­ra­zy czy też no­wej woj­ny – a może był to ko­lej­ny do­wód na trwa­ją­cy nie­ustan­nie kon­flikt mię­dzy Bo­giem a Sza­ta­nem? O wie­le bar­dziej po­wszech­nym zja­wi­skiem była astro­lo­gia – sto­so­wa­na po­wszech­nie sztu­ka tłu­ma­cze­nia zna­ków, któ­ra swą mą­drość cią­gnę­ła z po­ło­że­nia gwiazd i in­nych ciał nie­bie­skich. Tyl­ko tyle po­zo­sta­ło nam dzi­siaj z tam­te­go świa­ta, peł­ne­go cu­dow­ne­go i nie­prze­nik­nio­ne­go cha­osu, na któ­ry skła­da­ły się cuda, ta­jem­ni­ce i ome­ny.

W ten cu­dow­ny świat wie­rzy­li wszy­scy: od naj­bied­niej­sze­go chło­pa, któ­ry nie­kie­dy po­siadł na­wet sztu­kę wró­że­nia z gwiazd, aż po naj­po­tęż­niej­szych wład­ców, któ­rzy z za­sa­dy za­trud­nia­li wła­snych astro­lo­gów, a ko­rzy­sta­li z ich usług w chwi­li po­dej­mo­wa­nia waż­nych de­cy­zji. Bo, jak w 1933 roku na­pi­sał pe­wien Szwed, uwa­ża­no, że w gwiaz­dach zna­leźć moż­na wska­zów­ki, i to nie tyl­ko w od­nie­sie­niu do tego, kie­dy na­le­ża­ło

Siać, sa­dzić, po­lo­wać na pta­ki, iść na zwie­rza, ło­wić ryby, oświad­czać się, bu­do­wać, prze­pro­wa­dzać się, strzyc wło­sy itp.; zna­leźć tam moż­na było wie­dzę o zmia­nach re­li­gij­nych, sek­tach i par­tiach, o ugru­po­wa­niach po­li­tycz­nych, woj­nach i bi­twach, gło­dzie i dro­żyź­nie, za­ra­zie i in­nych cho­ro­bach, o wszel­kie­go ro­dza­ju grze­chach i prze­wi­nie­niach, o pro­sty­tu­cji i cu­dzo­łó­stwie, o spo­rach, kłót­niach, za­bój­stwach, a zwłasz­cza o umy­słach ludz­kich, o roz­sąd­ku, przy­ro­dzie, szczę­ściu i prze­ciw­no­ściach losu, po­dró­ży i wę­drów­ce, mał­żeń­stwie, dzie­ciach, przy­ja­cio­łach i wro­gach, sta­nach, uwa­run­ko­wa­niach i za­mia­rach, zwy­cię­stwach i klę­skach, nę­dzy i wię­zie­niu, o go­dzi­nie śmier­ci i o wie­lu in­nych rze­czach.

Czyż ktoś mógł so­bie po­zwo­lić na re­zy­gna­cję z ta­kiej wspa­nia­łej wie­dzy? Po­cho­dzi­ła ona z okre­su po­gań­skie­go, ale wy­mie­sza­ła się z wąt­ka­mi chrze­ści­jań­ski­mi w taki spo­sób, że gwiaz­dom albo pla­ne­tom nie przy­da­wa­no wła­snej mocy; po­wia­da­no, że były one na­rzę­dzia­mi w rę­kach Boga, któ­ry za ich po­mo­cą wpły­wał na losy świa­ta.

A jed­nak moż­na w po­ło­wie XVII wie­ku do­strzec wzra­sta­ją­cy scep­ty­cyzm w sto­sun­ku do astro­lo­gii, i to nie tyl­ko wśród jej naj­za­go­rzal­szych kry­ty­ków – na­ukow­ców – ale i wśród teo­lo­gów i du­cho­wień­stwa, któ­rzy w tym wła­śnie cza­sie za­bra­li się za pie­le­nie ogród­ków po­ro­słych chwa­stem ciem­no­ty, aby tym spo­so­bem po­ło­żyć kres sze­rzą­cej się wszę­dzie ma­gii lu­do­wej, wróż­biar­stwu i prze­są­dom; może nie tak bar­dzo dla­te­go, iż były to prze­są­dy, ale głów­nie dla­te­go, że zja­wi­ska ta­kie sta­ły się za­gro­że­niem dla ich mo­no­po­lu na wła­dzę; no­wo­cze­sne, sil­ne pań­stwo, stwo­rzy­ło ko­ścio­ło­wi moż­li­wość po­waż­ne­go in­ge­ro­wa­nia w ży­cie co­dzien­ne prze­cięt­ne­go czło­wie­ka. Ofia­rą tej kru­cja­ty pa­dli też nie­któ­rzy astro­lo­go­wie, któ­rych oskar­ża­no o to, że „sta­ra­ją się za­stą­pić Boga na urzę­dzie” albo że są po pro­stu oszu­sta­mi. Upły­nę­ło jed­nak spo­ro cza­su, za­nim bru­tal­nym re­for­ma­to­rom spod zna­ku krzy­ża uda­ło się od­nieść zna­czą­ce suk­ce­sy. Od ty­się­cy lat bo­wiem i ci wiel­cy, i ma­lut­cy rzu­ca­li peł­ne na­dziei albo stra­chu spoj­rze­nia w stro­nę nie­ba, w da­rem­nym za­mia­rze od­czy­ta­nia bo­żych pla­nów.

W świe­cie nie­pew­no­ści i stu­le­ciu nie­po­ko­ju po­trze­ba opar­cia się na czymś pew­nym była wszech­obec­na. Oprócz do­kład­ne­go od­czy­ty­wa­nia co­dzien­no­ści, zna­ków przy­ro­dy i tych przy­cho­dzą­cych z nie­ba, ist­niał też cały sze­reg me­tod sto­so­wa­nych z my­ślą o tych, któ­rzy chcie­li znać przy­szłość. Więk­szość z tych me­tod, tak jak astro­lo­gia, ist­nia­ła w zwul­ga­ry­zo­wa­nej for­mie, po­nie­waż wy­ko­rzy­sty­wa­no je jako źró­dło za­rob­ku na jar­mar­kach albo re­kla­mo­wa­no jako ostat­ni krzyk mody na dwo­rach. Cho­dzi tu za­rów­no o sztu­kę tłu­ma­cze­nia zna­cze­nia fi­gur i kształ­tów, ja­kie po­wsta­wa­ły po wla­niu sto­pio­ne­go oło­wiu albo wo­sku do wody, jak i chi­ro­man­cję, czy­li umie­jęt­ność wró­że­nia z rąk, po­twor­ka bę­dą­ce­go nie­ślub­nym dziec­kiem astro­lo­gii. Chi­ro­ma­cja wy­ko­rzy­sty­wa­ła ta­jem­ną na­ukę współ­cze­snej astro­no­mii o pla­ne­tach i przy­po­rząd­ko­wy­wa­ła ją do pal­ców (Mer­ku­ry, Sa­turn, We­nus, Słoń­ce, Jo­wisz), po­wierzch­ni dło­ni (Mars) i jej kra­wę­dzi (Księ­życ). W cza­sie roz­kwi­tu okul­ty­zmu, do któ­re­go do­szło na po­cząt­ku XVII wie­ku, ist­nia­ła też sztu­ka wró­że­nia, któ­ra sta­ra­ła się za­cho­wać swój nie­za­leż­ny, a na­wet eks­klu­zyw­ny cha­rak­ter, i tak jak al­che­mia sta­ła się dzie­dzi­ną do­stęp­ną dla nie­wie­lu wy­bra­nych. Była to ka­ba­li­sty­ka.

Wska­zy­wa­łem już wcze­śniej na pew­ną rzecz, ale chcę to zro­bić po­now­nie: je­śli bę­dzie­my przy­glą­dać się świa­tu in­te­lek­tu­al­ne­mu okre­su XVII wie­ku z du­że­go dy­stan­su, nasz wzrok za­trzy­ma się na szań­cu or­to­dok­sji i skost­nia­łe­go, ide­olo­gicz­ne­go do­gma­ty­zmu; je­śli jed­nak za­głę­bi­my się pod po­wierzch­nię tego świa­ta, to znaj­dzie­my tam za­dzi­wia­ją­co licz­ną i róż­no­rod­ną mie­szan­kę my­śli i for­my. Nie­któ­re z nich wy­da­ją się być nam bli­skie, a na­wet swoj­skie, jak na przy­kład nowe na­uki przy­rod­ni­cze i nowa fi­lo­zo­fia: to na ich pod­ło­żu po­wsta­nie kie­dyś to, co na­zy­wać bę­dzie­my no­wo­cze­sno­ścią. Inne wy­da­ją się cał­kiem nie­zro­zu­mia­łe, żeby nie po­wie­dzieć dzi­wacz­ne, jak na przy­kład róż­ne na­uki ta­jem­ne, któ­re cie­szy­ły się tak wiel­ka po­pu­lar­no­ścią w pierw­szej po­ło­wie stu­le­cia. Dziś trud­no je od sie­bie od­róż­nić, po­nie­waż no­wo­cze­sna na­uka od­nio­sła zwy­cię­stwo i świę­ci­ła swe dal­sze trium­fy przy dźwię­kach trąb i uro­czy­stych prze­mó­wie­niach. Te­raz jest z nami nie­od­łącz­nie zwią­za­na, pod­czas gdy wszyst­kie inne prą­dy okul­ty­stycz­ne tam­te­go stu­le­cia ze zro­zu­mia­łych przy­czyn po­wią­za­ne są z tymi, któ­rzy prze­gra­li i od daw­na są za­po­mnia­ni i po­kry­ci gru­bą war­stwą prze­szło­ści. Wte­dy było trud­niej. Ci, któ­rych uwa­ża­my dziś za pio­nie­rów po­stę­pu – Jo­han­nes Ke­pler czy Tyho Bra­he – nie znaj­dy­wa­li nic sprzecz­ne­go w tym, że ktoś jest za­rów­no astro­lo­giem, jak i astro­no­mem. Poza tym róż­ne­go ro­dza­ju szar­la­ta­ni zaj­mu­ją­cy się per­ską, ta­jem­ną wie­dzą o de­mo­nach, a tak­że ge­nial­ni fi­zy­cy, któ­rzy swy­mi teo­ria­mi to­ro­wa­li dro­gę temu, co no­wo­cze­sne, mo­gli po­szczy­cić się me­to­da­mi i twier­dze­nia­mi, któ­re zwy­kły ob­ser­wa­tor z tru­dem roz­róż­niał. Ale i wte­dy po­ja­wi­ło się coś ta­kie­go, co łą­czy­ło fi­zy­ków i mi­sty­ków: obie te dzie­dzi­ny zna­la­zły po­żyw­kę w spe­cjal­ne­go ro­dza­ju ener­giach wy­stę­pu­ją­cych w XVII wie­ku, a zwłasz­cza w głę­bo­kim dą­że­niu do zdo­by­cia pew­no­ści, któ­re­go źró­dłem był ogól­ny kry­zys i uczu­cie nie­pew­no­ści, tak cha­rak­te­ry­stycz­ne dla tam­te­go stu­le­cia.

Od­no­si się to zwłasz­cza do tych wszyst­kich, któ­rzy pa­ra­li się ka­ba­łą. Byli oni czę­ścią po­tęż­nej fali mi­sty­cy­zmu, któ­ra prze­la­ła się przez kon­ty­nent. W tym za­le­wie pseu­do­nauk nie bra­ko­wa­ło tak zna­nych ty­pów jak zwo­len­ni­cy Pa­ra­cel­su­sa1, teo­zo­fo­wie2, pan­so­fo­wie3, ró­żo­krzy­żow­cy4, her­me­ty­cy5 astro­lo­go­wie czy al­che­mi­cy, uto­pi­ści, pro­ro­cy Apo­ka­lip­sy, zwo­len­ni­cy eks­ta­zy, ma­rzy­cie­le i wszel­kiej ma­ści bun­tow­ni­cy; ko­cha­no ich albo prze­śla­do­wa­no z taką samą gor­li­wo­ścią. Ka­ba­ła mia­ła pier­wot­nie swe ko­rze­nie w ju­da­izmie, li­czy­ła wie­le lat, była dzie­dzi­ną ta­jem­ni­czą i skom­pli­ko­wa­ną, któ­ra sta­ra­ła się wy­do­być z Bi­blii ukry­te praw­dy za po­mo­cą da­le­ko roz­wi­nię­tej ge­ma­trii, czy­li me­to­dy po­le­ga­ją­cej na tym, że po­je­dyn­cze li­te­ry słów prze­kła­da­ne są na ję­zyk liczb, a z owych liczb two­rzy się nowe sło­wa. W XVI wie­ku okro­jo­na for­ma ka­ba­li­sty­ki spo­tka­ła się z za­in­te­re­so­wa­niem na­ukow­ców chrze­ści­jań­skich, to­też wkrót­ce wie­lu z nich za­czę­ło stu­dio­wać licz­bę wer­se­tów w Bi­blii czy dat z hi­sto­rii, aby tym spo­so­bem roz­szy­fro­wać to, co – jak uwa­ża­no – ukry­te zo­sta­ło przez Boga. Ra­dość była wiel­ka, po­nie­waż wy­da­wa­ło się, że w ka­ba­li­sty­ce od­kry­to nowe, po­tęż­ne na­rzę­dzie po­moc­ne przy ba­da­niu wie­dzy o przy­szło­ści.

To wła­śnie dzie­dzi­na zwią­za­na z prze­po­wia­da­niem przy­szło­ści oka­za­ła się wraż­li­wa na wa­ha­nia ko­niunk­tu­ral­ne. Szwe­dzi od­czu­li to na wła­snej skó­rze, kie­dy Szwe­cja włą­czy­ła się w woj­nę trzy­dzie­sto­let­nią. Ar­mia szwedz­ka ma­sze­ro­wa­ła przed sie­bie w at­mos­fe­rze gęst­nie­ją­cej od zna­ków, ob­ja­wień, prze­po­wied­ni i bez­dź­więcz­nych bi­tew, któ­re roz­gry­wa­ły się na nie­bo­skło­nie… szcze­gól­ną po­pu­lar­ność zdo­by­ła so­bie zwłasz­cza jed­na prze­po­wied­nia, któ­ra roz­prze­strze­nia­ła się w at­mos­fe­rze pod­eks­cy­to­wa­nia i pro­pa­gan­dy, nad któ­rą go­rącz­ko­wo pra­co­wa­ły szwedz­kie krę­gi dwor­skie: prze­po­wied­nia o „Lwie z Pół­no­cy”. Gło­si­ła ona, że w cza­sie nę­dzy, w ja­kiej przy­szło żyć spra­wie­dli­wym – to zna­czy pro­te­stan­tom – zja­wi się lew z pół­no­cy, to zna­czy król Szwe­cji, któ­ry zgro­ma­dzi wo­kół sie­bie swych uci­ska­nych bra­ci, po­ko­na orła – to zna­czy ce­sa­rza albo pa­pie­ża – rzu­ci so­bie pod sto­py część Afry­ki i Azji, a po­tem wszy­scy z za­par­tym tchem ocze­ki­wać będą na­dej­ścia dnia osta­tecz­ne­go, co mia­ło trwać bar­dzo krót­ko. Jed­nak lew – to zna­czy król6 – zbyt szyb­ko znie­sio­ny zo­stał ze sce­ny, po­strze­lo­ny pięć razy w pe­wien li­sto­pa­do­wy dzień nie­da­le­ko ma­łe­go, sa­skie­go mia­stecz­ka, a jego żoł­nie­rze i dy­plo­ma­ci oka­za­li się być rów­nie bru­tal­ni i cy­nicz­ni jak dru­ga stro­na kon­flik­tu. At­mos­fe­ra eks­ta­zy mu­sia­ła ustą­pić miej­sca roz­cza­ro­wa­niu, któ­re po­zo­sta­wi­ła po so­bie woj­na. Wie­lu za­czę­ło się za­sta­na­wiać, czy kule ar­mat­nie to wła­ści­wy ar­gu­ment w spo­rach teo­lo­gicz­nych. Co­raz mniej osób da­wa­ło po­słuch teo­riom gło­szo­nym przez eks­tre­mi­stów, fa­na­ty­ków re­li­gij­nych, wi­zjo­ne­rów i wszel­kiej ma­ści in­nych „czy­ści­cie­li”, któ­rzy na­przy­krza­li się swo­imi pro­sty­mi od­po­wie­dzia­mi na skom­pli­ko­wa­ne py­ta­nia. Jest rze­czą wiel­ce wy­mow­ną, że kil­ka lat po za­koń­cze­niu woj­ny do­szło do za­le­d­wie kil­ku ob­ja­wień.

Nie ozna­cza to jed­nak, że fa­na­ty­cy zni­kli. Spo­śród wszyst­kich nie­szczęść woj­ny, żad­ne nie było rów­nie tra­gicz­ne jak to, któ­re sta­ło się udzia­łem eg­zu­lan­tów. Mia­nem ta­kim okre­śla­no pro­te­stan­tów cze­skich wy­gna­nych ze swej oj­czy­zny. I cho­ciaż to wła­śnie ich pro­test w spra­wie swo­bo­dy wy­zna­wa­nia wła­snej re­li­gii wy­wo­łał całą woj­nę, to 30 lat, 4 mie­sią­ce i 24 dni póź­niej zo­sta­li oni przez swych szwedz­kich i nie­miec­kich bra­ci w wie­rze po­zo­sta­wie­ni wła­sne­mu lo­so­wi. Nie po­zwo­lo­no im na przy­kład na po­wrót do kra­ju. Wie­lu z nich sta­ło się człon­ka­mi sek­ty, zwa­nej „Cze­ski­mi brać­mi”, i – jak to czę­sto bywa w sek­tach – wcze­śniej­sze nie­po­wo­dze­nia nie skło­ni­ły ich do zmia­ny punk­tu wi­dze­nia; prze­ciw­nie – sta­li się co­raz więk­szy­mi orę­dow­ni­ka­mi swe­go wy­zna­nia, wal­czą­cy­mi o swe praw­dy z co­raz więk­szą gor­li­wo­ścią i z co­raz mniej­szym po­wo­dze­niem.

Jed­nym z ich czo­ło­wych przed­sta­wi­cie­li był Czech – Jan Ko­men­sky, zna­ny bar­dziej pod zla­ty­ni­zo­wa­ną for­mą swe­go na­zwi­ska jako Jo­han Co­me­nius. Był on ge­nial­nym pe­da­go­giem, któ­ry brał mię­dzy in­ny­mi udział w re­for­mie szkol­nic­twa w An­glii, a w la­tach 40. XVII wie­ku go­ścił w Szwe­cji na za­pro­sze­nie sa­me­go Axe­la Oxen­stier­ny, aby pi­sać pod­ręcz­ni­ki dla szwedz­kich szkół i do­sko­na­lić me­to­dy na­ucza­nia ła­ci­ny. Była to ja­śniej­sza stro­na oso­bo­wo­ści Ko­men­sky’ego, któ­ry jed­nak­że po­sia­dał też ciem­ną stro­nę. Był ma­rzy­cie­lem, nie­za­leż­nym fi­lo­zo­fem i peł­nym ide­ali­stycz­nych wi­zji na­pra­wia­czem świa­ta, któ­ry po la­tach ży­cia wśród prze­ciw­no­ści losu i oso­bi­stych tra­ge­dii stał się twar­dym, po­li­tycz­nym eks­tre­mi­stą. Na po­cząt­ku woj­ny trzy­dzie­sto­let­niej stra­cił żonę i dwo­je spo­śród swo­ich dzie­ci, dwa razy stał się ofia­rą ra­bun­ków, a w po­ża­rze, któ­ry stra­wił jego do­mo­stwo, spa­li­ło się dzie­ło ży­cia Ko­men­sky’ego pt. Pan­so­fien. Utwór ten – mó­wiąc w naj­więk­szym skró­cie – był am­bit­ną pró­bą zgro­ma­dze­nia w skró­co­nej for­mie ca­łej wie­dzy, jaką po­sia­dła ludz­kość. Pra­ca nad tym dzie­łem za­bra­ła Ko­men­sky’emu dzie­siąt­ki lat ży­cia. Co­me­nius był tak­że człon­kiem ra­dy­kal­nej par­tii woj­ny, któ­ra po­pie­ra­ła prze­by­wa­ją­ce­go na wy­gna­niu cze­skie­go „zi­mo­we­go kró­la”, Fry­de­ry­ka von Pfalz7. Par­tia ta udzie­li­ła szwe­dom swe­go cał­ko­wi­te­go i szcze­re­go po­par­cia po przy­stą­pie­niu Szwe­cji do woj­ny. I cho­ciaż za­cho­wa­nie Szwe­cji w okre­sie ne­go­cja­cji po­ko­jo­wych sta­no­wi­ło dla fi­lo­zo­fa cał­ko­wi­te roz­cza­ro­wa­nie, tak on, jak i wie­lu in­nych „cze­skich bra­ci” twar­do wy­stę­po­wa­ło w obro­nie swych apo­ka­lip­tycz­nych wi­zji: ko­niec świa­ta był już bli­sko, a z pół­no­cy na­dej­dzie Lew, któ­ry roz­pocz­nie woj­nę i po­ko­na ce­sa­rza-Be­stię-An­ty­chry­sta – cho­ciaż może jesz­cze nie te­raz.

Tak więc przez kil­ka lat po za­koń­cze­niu woj­ny „bra­cia cze­scy” za­cho­wy­wa­li się po­wścią­gli­we, roz­cza­ro­wa­ni swą po­raż­ką… wie­lu z nich osia­dło w wiel­ko­pol­skim Lesz­nie, któ­re z bie­giem lat sta­ło się sto­li­cą dla tych, któ­rzy żyli na wy­gna­niu. Wy­ko­rzy­stu­jąc pol­ską to­le­ran­cję re­li­gij­ną, bu­do­wa­li wła­sne szko­ły i ko­ścio­ły. Jed­nak na po­cząt­ku lat 50. człon­ko­wie sek­ty ogło­si­li nowe pro­roc­twa i wi­zje, w któ­rych Lew z Pół­no­cy to­czył wal­kę z or­łem. Po­wo­dem tego było mia­no­wa­nie Ka­ro­la Gu­sta­wa na­stęp­cą tro­nu, a „bra­cia cze­scy” byli świę­cie prze­ko­na­ni, że sta­ło się to na sku­tek pla­nu bo­że­go: prze­cież Ka­rol Gu­staw spo­krew­nio­ny był z ich po­przed­nim wład­cą, zmar­łym nie­daw­no „zi­mo­wym kró­lem” (do­peł­nie­niem tych wi­zji było po­ja­wie­nie się ko­me­ty i za­ćmie­nie słoń­ca”). Do­pie­ro jed­nak w 1654 roku teo­rie gło­szo­ne przez „bra­ci cze­skich” spo­tka­ły się z więk­szym za­in­te­re­so­wa­niem, po­nie­waż wie­lu człon­ków sek­ty twier­dzi­ło, że te­raz, wła­śnie te­raz zbli­ża się de­cy­du­ją­cy mo­ment, w któ­rym doj­dzie do wal­ki z An­ty­chry­stem. Tego sa­me­go lata Co­me­nius po­wró­cił do Lesz­na, aby oso­bi­ście sta­nąć na cze­le swej trzo­dy w ob­li­czu nad­cho­dzą­cych wspa­nia­łych cza­sów.

Osta­tecz­nie prze­ko­nał ich o tym na­jazd cara na Pol­skę. Trze­ba było jed­nak do­ko­nać pew­nych ko­rekt w gło­szo­nych praw­dach. Ogło­szo­no mia­no­wi­cie, że osta­tecz­na roz­pra­wa z pa­pie­stwem roz­pocz­nie się na pol­skiej zie­mi, a Be­stia po­wa­lo­na zo­sta­nie na zie­mię, i to nie przez jed­ną po­tę­gę, tyl­ko przez trzy: pół­noc­ną, za­chod­nią i wschod­nią. Pro­ro­cy mie­li w tym kon­tek­ście na my­śli lu­te­rań­ską Szwe­cję, pu­ry­tań­ską An­glię jak rów­nież Sied­mio­gród wraz z jego wład­cą, Je­rzym Ra­ko­czym. „Bra­cia cze­scy” mie­li do­bre kon­tak­ty we wszyst­kich trzech kra­jach, roz­po­czę­li więc go­rącz­ko­wą dzia­łal­ność dy­plo­ma­tycz­ną, aby zjed­no­czyć te trzy kra­je w wiel­kim, pro­te­stanc­kim so­ju­szu, chcąc „do­koń­czyć bo­że­go dzie­ła”. Wy­sła­li mię­dzy in­ny­mi do Szwe­cji w szczel­nie za­mknię­tym pu­deł­ku zwój pism za­wie­ra­ją­cych ich pro­roc­twa i ob­ja­wie­nia, w któ­rych prze­po­wia­da­no mię­dzy in­ny­mi, że Szwe­cja pod­bi­je wiel­kie kra­je. Tam prze­ka­za­no je oso­bi­ście Ka­ro­lo­wi Gu­sta­wo­wi. Kie­dy wkrót­ce po­tem oka­za­ło się, że szwedz­ki król przy­go­to­wu­je się do in­wa­zji na Rzecz­po­spo­li­tą, emo­cje w Lesz­nie się­gnę­ły ze­ni­tu. A gdy w 1655 roku Szwe­dzi wkro­czy­li do Wiel­ko­pol­ski, „bra­cia cze­scy” po­wi­ta­li ich trium­fal­ny­mi okrzy­ka­mi, wspo­ma­ga­li ich na róż­ne spo­so­by i prze­ka­zy­wa­li waż­ne in­for­ma­cje. Wit­ten­berg po­dzię­ko­wał za to Co­me­niu­so­wi oso­bi­ście, kie­dy spo­tkał się z nim i obie­cał jemu i jego sek­cie pro­tek­cję kró­la Szwe­cji.

Spra­wy przy­bra­ły jed­nak inny ob­rót. Tak, jak to było w przy­pad­ku so­cy­nian, szwedz­ki na­jazd na Pol­skę oka­zał się dla „bra­ci cze­skich” – któ­rzy uwa­ża­li na­dej­ście Szwe­dów za bło­go­sła­wień­stwo – praw­dzi­wą ka­ta­stro­fą. Tak otwar­te po­pie­ra­nie Szwe­dów przez „bra­ci” wzbu­rzy­ło krew w wie­lu Po­la­kach, a część z nich wy­ko­rzy­sta­ło oka­zję, aby za­ła­twić swe po­ra­chun­ki z pro­te­stan­ta­mi. Pro­tek­cja obie­ca­na przez Wit­ten­ber­ga nie wy­star­czy­ła na dłu­go, a przy­najm­niej nie da­lej, niż za­sięg, jaki mia­ły jego dwu­na­sto­fun­to­we dzia­ła. Kie­dy więc je­sie­nią 1655 roku wy­bu­chło an­tysz­wedz­kie po­wsta­nie, „bra­cia” sta­li się obiek­tem prze­śla­do­wań, któ­re prze­mie­ni­ły się w zwy­kłe akty prze­mo­cy, gdy tyl­ko woj­ska szwedz­kie sta­cjo­nu­ją­ce wo­kół Lesz­na od­da­li­ły się na po­łu­dnie. W grud­niu 1655 roku po­ło­że­nie Ko­men­sky’ego i jego bra­ci w wie­rze sta­ło się tak dra­ma­tycz­ne, że mu­siał on zwró­cić się do Ka­ro­la Gu­sta­wa o po­zwo­le­nie na opusz­cze­nie Lesz­na i osie­dle­nie się w in­nym, bez­piecz­niej­szym miej­scu. Żą­da­nie to zo­sta­ło przez kró­la od­rzu­co­ne. Póź­ną wio­sną 1656 roku Lesz­no zo­sta­ło za­ata­ko­wa­ne przez pol­skich po­wstań­ców. Wie­lu miesz­kań­ców mia­sta pró­bo­wa­ło uciec, ale zo­sta­li do­ści­gnię­ci i za­bi­ci. Pol­ski do­wód­ca pró­bo­wał na­wet oca­lić mia­sto, ale uzbro­je­ni chło­pi nie chcie­li na­wet o tym sły­szeć i pu­ści­li je z dy­mem. Ci z „bra­ci”, któ­rzy uszli z ży­ciem, utra­ci­li cały swój ma­ją­tek. Co­me­niu­so­wi uda­ło się co praw­da do­trzeć do wojsk szwedz­kich sta­cjo­nu­ją­cych w Pru­sach, ale w Lesz­nie prze­pa­dła cała jego bi­blio­te­ka i wie­le cen­nych rę­ko­pi­sów. Opi­sy­wa­ne zda­rze­nia mó­wią nam wie­le na te­mat re­li­gij­no­ści „bra­ci” i ich fa­na­ty­zmu, bo na­wet tak nie­bez­piecz­ne przej­ścia nie wzbu­dzi­ły w nich wąt­pli­wo­ści co do tre­ści apo­ka­lip­tycz­nych prze­po­wied­ni.

A było ich spo­ro tego roku. La­tem 1655 roku czo­ło­wy gło­si­ciel ob­ja­wio­nych prawd, Mi­ku­las Dra­bik, do­świad­czył wi­zji od­no­szą­cej się do Dnia. Treść prze­ka­zu była jed­no­znacz­na: osta­tecz­na roz­pra­wa z An­ty­chry­stem była tuż, tuż, cza­sy osta­tecz­ne zbli­ża­ły się wiel­ki­mi kro­ka­mi. Wie­le osób, któ­re ob­da­rzo­ne zo­sta­ło wi­zja­mi, zga­dza­ło się, że woj­na roz­pocz­nie się od zjed­no­cze­nia się państw pół­no­cy, wscho­du i za­cho­du. Kie­dy mia­ło to na­stą­pić? Eks­cy­ta­cja, wy­li­cze­nia i suk­ce­sy od­no­szo­ne przez Szwe­dów skła­nia­ły do wska­za­nia wła­śnie 1655 roku. Kie­dy jed­nak pro­gno­za ta nie spraw­dzi­ła się, wie­lu in­nych miesz­kań­ców Eu­ro­py, nie bio­rą­cych bez­po­śred­nie­go udzia­łu w roz­gry­wa­ją­cych się wy­da­rze­niach, za­czę­ło szu­kać od­po­wie­dzi na to py­ta­nie, wy­ko­rzy­stu­jąc wie­dzę ka­ba­li­stycz­ną, aby dojść do wspól­nej daty: 1656 roku… no może 1657.

Nie­któ­re z tych prze­po­wied­ni spraw­dza­ły się. Ci, któ­rzy wie­rzy­li w to, że prze­wi­dy­wa­nym ro­kiem jest rok 1655, kie­ro­wa­li się przy­ję­tą przez naj­bar­dziej sza­no­wa­ne krę­gi spe­cja­li­stów od Apo­ka­lip­sy datą 1260 roku, uwa­ża­ną za rok, w któ­rym mia­ło na­dejść Kró­le­stwo Boże; taką datę po­da­li ta­jem­ni­czy Jo­achi­mi­ci8; do­da­no do niej 395 lat, otrzy­mu­jąc rok 1655, kie­dy to paść mia­ły wszyst­kie po­gań­skie świą­ty­nie znaj­du­ją­ce się jesz­cze w chrze­ści­jań­skim świe­cie. Nie­któ­rzy opo­wia­da­li się jed­nak za ro­kiem 1656, po­nie­waż je­śli pod­su­mo­wać dłu­gość ży­cia wszyst­kich pa­triar­chów wy­mie­nio­nych w pią­tej Księ­dze Moj­że­szo­wej9, otrzy­my­wa­ło się wła­śnie licz­bę 1656. Nie­praw­da – twier­dzi­li inni; bo je­śli wziąć licz­bę Be­stii z Księ­gi Apo­ka­lip­sy, to zna­czy licz­bę 666, tak ulu­bio­ną przez wszyst­kich ka­ba­li­stów, a po­tem ją po­dwo­ić, to uzy­sku­je się licz­bę 1332. A je­śli do­dać do niej licz­bę 325, od­po­wia­da­ją­cą da­cie I So­bo­ru Ni­cej­skie­go, to daje to w su­mie licz­bę 1657. Quod erat de­mon­stran­dum. swój przy­czy­nek do tych roz­wa­żań do­ło­żył tak­że Wil­liam Lil­ly, słyn­ny an­giel­ski astro­log10. Bar­dzo po­pu­lar­nym ele­men­tem tego ro­dza­ju li­te­ra­tu­ry w XVII wie­ku były tzw. pro­gno­sty­ki, któ­re wy­da­wa­no wszę­dzie… za­wie­ra­ły one ko­men­ta­rze do wy­da­rzeń w za­koń­czo­nym roku, a jed­no­cze­śnie pi­sa­no o tym, co zda­rzy się w nad­cho­dzą­cym roku. Ob­rot­ny Lil­ly oczy­wi­ście wkrę­cił się w ten lu­kra­tyw­ny in­te­res. W swym pro­gno­sty­ku na 1656 rok wy­mie­nił co praw­da Szwe­dów i Ka­ro­la Gu­sta­wa, ale w spo­sób dość mgli­sty, co było ty­po­wą ce­chą dla ca­łe­go ga­tun­ku. Kie­dy jed­nak przy­szło do od­czy­ty­wa­nia zna­ków od­no­szą­cych się do 1657 roku, gwiaz­dy oka­za­ły się o wie­le bar­dziej czy­tel­ne i zro­zu­mia­łe. Su­per­no­wa, któ­rą w 1572 roku od­krył Ty­cho Bra­he, a któ­ra w 1630 roku zwia­sto­wać mia­ła w Niem­czech na­dej­ście Gu­sta­wa Adol­fa, Lil­ly po­sta­no­wił po­trak­to­wać jako za­po­wiedź przyj­ścia Ka­ro­la Gu­sta­wa i jego suk­ce­sów w Pol­sce: to wła­śnie on miał być obie­cy­wa­nym Lwem z Pół­no­cy, i nikt inny. An­glik ob­wie­ścił też z dużą pew­no­ścią sie­bie, że nad­cho­dzą­cy rok bę­dzie cza­sem trium­fów dla szwedz­kie­go kró­la i jego ar­mii.

„Bra­cia cze­scy” spra­gnie­ni byli do­brych wia­do­mo­ści jak gle­ba desz­czu, to­też ogar­nę­ło ich go­rącz­ko­we pod­nie­ce­nie. Układ, jaki pro­te­stanc­ka Szwe­cja za­war­ła je­sie­nią 1656 r. z pro­te­stanc­ką Ho­lan­dią i pro­te­stanc­ką Bran­den­bur­gią tłu­ma­czo­no so­bie oczy­wi­ście w naj­lep­szy z moż­li­wych spo­so­bów. Czyż nie był to po­czą­tek wiel­kiej, an­ty­ka­to­lic­kiej unii, któ­rą nie­któ­rzy prze­po­wia­da­li, któ­rej wie­lu so­bie ży­czy­ło, a wie­lu in­nych oba­wia­ło? Jed­nak pod ko­niec 1656 roku zda­rzy­ły się dwie rze­czy. Spra­wi­ły one, że ocze­ki­wa­nia „cze­skich bra­ci” mu­sia­ły przy­brać zu­peł­nie inny kie­ru­nek, a wie­lu in­nych, któ­rzy wią­za­li z nimi na­dzie­je, za­czę­ło z tro­ską za­sta­na­wiać się, czy wszyst­kie te apo­ka­lip­tycz­ne prze­po­wied­nie rze­czy­wi­ście były praw­dzi­we.

Było rze­czą oczy­wi­stą, że wy­co­fa­nie się wojsk szwedz­kich póź­nym la­tem 1656 roku z cen­tral­nych re­gio­nów Rzecz­po­spo­li­tej wy­ko­rzy­sta­ne zo­sta­nie przez ich prze­ciw­ni­ków. Mimo to za­rów­no Ka­rol Gu­staw, jak i jego oto­cze­nie za­sko­cze­ni zo­sta­li dal­szym roz­wo­jem wy­da­rzeń, co zmu­si­ło ich do za­ję­cia się in­ny­mi kwe­stia­mi niż dy­plo­ma­cja czy stan zdro­wot­ny ar­mii. Po bi­twie pod War­sza­wą Jan Ka­zi­mierz po­now­nie zdo­łał zgro­ma­dzić roz­pro­szo­ne siły, a z do­star­cza­nych mu ra­por­tów fak­tycz­nie wy­ni­ka­ło, że Szwe­dzi rze­czy­wi­ście roz­po­czę­li ge­ne­ral­ny od­wrót w stro­nę wy­brze­ża. W ob­li­czu tych wy­da­rzeń do­wódz­two pol­skie zde­cy­do­wa­ło się na pod­ję­cie kontr­ofen­sy­wy. Za­miast jed­nak prze­bi­jać się w wi­do­wi­sko­wy spo­sób przez ob­sa­dzo­ny szwedz­ki­mi za­ło­ga­mi łań­cuch twierdz i miast, cią­gną­cy się łu­kiem na dłu­giej prze­strze­ni i two­rzą­cy swe­go ro­dza­ju tar­czę ochron­ną mię­dzy wy­brze­żem a po­zo­sta­ły­mi re­gio­na­mi kra­ju, po­sta­no­wio­no obejść całą li­nię obron­ną od ze­wnątrz.

Po raz ko­lej­ny po­twier­dzi­ło się, że złe opi­nie krą­żą­ce w spo­łe­czeń­stwie pol­skim na te­mat Jana Ka­zi­mie­rza nie za­wsze znaj­do­wa­ły uza­sad­nie­nie. Jego za­miar był do­brze prze­my­śla­ny. Król pla­no­wał mia­no­wi­cie dwa jed­no­cze­sne na­tar­cia, któ­re po­rów­nać moż­na z wal­ką dwóch za­pa­śni­ków, z któ­rych je­den pró­bu­je ob­jąć w pa­sie swe­go prze­ciw­ni­ka. Na wscho­dzie ar­mia zło­żo­na głów­nie z Li­twi­nów i Ta­ta­rów mia­ła przejść przez re­gio­ny nad­gra­nicz­ne, a po­tem wkro­czyć do Prus Wschod­nich. Na za­cho­dzie głów­ne siły pod oso­bi­stym do­wódz­twem Jana Ka­zi­mie­rza mia­ły do­trzeć sze­ro­kim łu­kiem przez Wiel­ko­pol­skę do Prus Kró­lew­skich, Gdań­ska, aż do wy­brze­ża. Pla­no­wa­no też wy­wie­rać sta­ły na­cisk na Szwe­dów i Bran­den­bur­czy­ków w in­nych miej­scach i w in­nej for­mie. Kra­ków, ostat­nia szwedz­ka twier­dza na po­łu­dniu, była już od­cię­ta od do­staw i kon­tak­tów z ze­wnątrz; te­raz cho­dzi­ło o to, aby przy­stą­pić do for­mal­ne­go ob­lę­że­nia mia­sta. Szlach­ta wiel­ko­pol­ska wcho­dzą­ca w skład po­spo­li­te­go ru­sze­nia mia­ła z ko­lei roz­nie­cić pło­mień woj­ny po­przez wkro­cze­nie do Nie­miec, aby za­ata­ko­wać część Po­mo­rza na­le­żą­cą do Bran­den­bur­gii.

Pierw­sze ude­rze­nie skie­ro­wa­no na wschod­nie re­gio­ny Prus Ksią­żę­cych. Po kil­ku dniach za­ba­wy w kot­ka i mysz­kę od­dział szwedz­ko-bran­den­bur­ski, wy­zna­czo­ny do obro­ny te­re­nów nad­gra­nicz­nych, do­pad­nię­ty zo­stał dnia 8 paź­dzier­ni­ka 1656 roku pod wsią Prost­ki11. Tam, nad brze­giem Ełku, od­dział obroń­ców zo­stał naj­pierw wy­ma­new­ro­wa­ny, po­tem oto­czo­ny, a w koń­cu roz­pro­szo­ny przez 11 ty­się­cy Li­twi­nów i Ta­ta­rów. Szwe­dzi i Bran­den­bur­czy­cy sta­wia­li za­dzi­wia­ją­co sła­by opór, ale po­nie­śli wy­so­kie stra­ty w za­bi­tych i wzię­tych do nie­wo­li12. By­ły­by one jesz­cze wyż­sze, gdy­by zwy­cięz­cy nie in­te­re­so­wa­li się bar­dziej ta­bo­ra­mi i łu­pem niż ści­ga­niem grup prze­ra­żo­nych żoł­nie­rzy szu­ka­ją­cych schro­nie­nia w oko­licz­nych la­sach. Wia­do­mość o po­raż­ce i o tym, że zwy­cięz­cy bez prze­szkód do­tar­li do wy­brze­ża, wy­wo­ła­ła duży nie­po­kój w od­da­lo­nym o 17 mil od Pro­stek Kró­lew­cu. O prze­bie­gu wy­da­rzeń wie­dział też szwedz­ki sztab głów­ny, któ­ry miał swą sie­dzi­bę we From­bor­ku. Przez kil­ka dni po bi­twie żona Ka­ro­la Gu­sta­wa no­co­wa­ła na stat­ku za­ko­twi­czo­nym na mo­rzu – tak na wszel­ki wy­pa­dek.

Wszyst­ko to mo­gło za­koń­czyć się dla Szwe­dów praw­dzi­wą ka­ta­stro­fą, gdy­by nie przy­pa­dek. Oto w tym sa­mym cza­sie przez te­ren Prus Ksią­żę­cych prze­miesz­czał się pod do­wódz­twem Sten­boc­ka od­dział zło­żo­ny z 8000 lu­dzi, któ­ry kie­ro­wał się do Inf­lant, aby wes­przeć tam wal­czą­ce woj­ska szwedz­kie. Kie­dy Sten­bock do­wie­dział się o re­zul­ta­cie bi­twy, na­tych­miast zmie­nił kie­ru­nek mar­szu, zgro­ma­dził reszt­ki roz­pro­szo­nych wojsk po­bi­tych pod Prost­ka­mi i ru­szył na Po­la­ków. Ci jed­nak z ty­po­wą dla sie­bie ła­two­ścią wy­mknę­li się Sten­boc­ko­wi, ma­sze­ru­jąc w stro­nę gra­ni­cy, a dro­gę ich prze­mar­szu wy­zna­cza­ły pió­ro­pu­sze dy­mów pa­lo­nych i plą­dro­wa­nych wsi.

Dnia 22 paź­dzier­ni­ka Sten­boc­ko­wi do­nie­sio­no, iż prze­ciw­nik znaj­du­je się w od­le­gło­ści trzech mil od nie­go, tuż nad gra­ni­cą pru­sko-li­tew­ską. Chcąc wy­ko­rzy­stać tę ostat­nią szan­sę, jaka im się nada­rza­ła, aby do­paść wro­ga, Szwe­dzi po­sta­no­wi­li po­rzu­cić ta­bo­ry, cięż­ką ar­ty­le­rię i więk­szą część pie­cho­ty, i ru­szyć jak naj­prę­dzej śli­ski­mi, je­sien­ny­mi dro­ga­mi w kie­run­ku gra­ni­cy. Kie­dy straż przed­nia do­tar­ła do wzgó­rza wzno­szą­ce­go się pod Fi­li­po­wem, sta­ła się ce­lem wście­kłe­go ata­ku li­tew­skiej jaz­dy. Ozna­cza­ło to jed­nak, że Szwe­dom uda­ło się do­ści­gnąć głów­ne siły prze­ciw­ni­ka.

Oku­pio­ne du­ży­mi stra­ta­mi do­świad­cze­nia spod War­ki nie zo­sta­ły jed­nak za­po­mnia­ne: pod­jazd szwedz­ki miał tym ra­zem ze sobą dwa lek­kie dzia­ła, któ­re na­tych­miast wy­to­czo­no na po­zy­cje ognio­we i od­da­no sal­wę. Atak li­tew­ski zo­stał po­wstrzy­ma­ny. Nie­dłu­go po­tem Szwe­dom uda­ło się usta­wić na wzgó­rzu wię­cej ar­mat. Pod­czas gdy wszyst­kie ba­te­rie ostrze­li­wa­ły usta­wio­ne w pro­sto­ką­ty siły li­tew­skiej ka­wa­le­rii, Sten­bock po­pro­wa­dził część swo­jej ka­wa­le­rii do kontr­ata­ku w wą­wo­zie… i to wy­star­czy­ło, bo Li­twi­ni wy­co­fa­li się. Na miej­scu, gdzie do­szło do star­cia, zna­le­zio­no kil­ka flag, część wzię­tych wcze­śniej do nie­wo­li jeń­ców szwedz­kich13 i całe ta­bo­ry – li­tew­skie i te, któ­re Li­twi­ni zdo­by­li na Szwe­dach pod Prost­ka­mi. Zie­mię za­le­ga­ło po­nad 500 ciał za­bi­tych Li­twi­nów.

Do­pie­ro po pew­nym cza­sie do Szwe­dów do­tar­ło, dla­cze­go w tak szyb­ki spo­sób od­nie­śli zwy­cię­stwo: oka­za­ło się, że od­dział, z któ­rym wal­czy­li, li­czył o po­ło­wę mniej lu­dzi, niż się spo­dzie­wa­no. Kil­ka dni wcze­śniej Ta­ta­rzy – któ­rym i tak nig­dy do koń­ca nie ufa­no – po­kłó­ci­li się z do­wód­cą od­dzia­łu, po czym za­bra­li wszyst­kie swe łupy i ru­szy­li w dro­gę po­wrot­ną na Krym. Naj­waż­niej­szą część ta­tar­skie­go łupu sta­no­wi­ło pra­wie 5000 jeń­ców, wśród któ­rych tyl­ko nie­licz­ni byli żoł­nie­rza­mi, pod­czas gdy więk­szość sta­no­wi­li chło­pi i miesz­cza­nie po­cho­dzą­cy z te­re­nów Prus Ksią­żę­cych, gdzie wcze­śniej gra­so­wa­ły li­tew­sko-ta­tar­skie od­dzia­ły. Te­re­ny te roz­cią­ga­ły się w po­bli­żu ta­kich miast jak Pisz, Ełk i Ryn. Nie cho­dzi­ło tu jed­nak o ty­po­we prze­miesz­cze­nie tych lu­dzi na inne te­re­ny: dla jeń­ców ozna­cza­ło to po pro­stu praw­dzi­wą dro­gę krzy­żo­wą, któ­ra mia­ła ich za­pro­wa­dzić aż do Mo­rza Czar­ne­go, gdzie Ta­ta­rzy za­mie­rza­li ich sprze­dać na któ­rymś z tar­gów nie­wol­ni­ków. Ta­ta­rzy pa­ra­li się tym za­ję­ciem już od stu­le­ci, ale han­dlo­wa­nie jeń­ca­mi chrze­ści­jań­ski­mi było dla Po­la­ków dość krę­pu­ją­ce, tym bar­dziej, że Ta­ta­rzy nie­rzad­ko po­ry­wa­li się na pol­skich chło­pów, je­śli nie tra­fi­ła im się ja­kaś lep­sza oka­zja, chcąc tym sa­mym przy­pro­wa­dzić na Krym jak naj­więk­szy ja­syr (mie­siąc wcze­śniej pol­ska kró­lo­wa i jej damy dwo­ru wy­ku­pi­ły z ta­tar­skiej nie­wo­li kil­ka szwedz­kich ko­biet, któ­re wpa­dły Ta­ta­rom w ręce po bi­twie pod Rawą).

Le­d­wo jed­nak Szwe­dzi zła­pa­li od­dech, do­tar­ła do nich wia­do­mość, że Po­la­cy za­ata­ko­wa­li Łę­czy­cę, a za­ło­ga, w skład któ­rej wcho­dzi­li Szwe­dzi, Bran­den­bur­czy­cy i Po­la­cy w szwedz­kiej służ­bie, ska­pi­tu­lo­wa­ła po trzy­dnio­wym opo­rze (na­stęp­nej nocy po ka­pi­tu­la­cji ofia­rą ze­msty Po­la­ków pa­dło wie­lu Ży­dów, któ­rych oskar­żo­no o to, że po­ma­ga­li szwe­dom w obro­nie, rzu­ca­jąc ka­mie­nia­mi w ata­ku­ją­cych Po­la­ków). Mia­sto było jed­ną z naj­da­lej na za­chód po­ło­żo­nych twierdz wcho­dzą­cych w skład łań­cu­cha obron­ne­go chro­nią­ce­go tyły szwedz­kiej ar­mii; upa­dek Łę­czy­cy był sy­gna­łem, że ar­mia pol­ska przy­stą­pi­ła do ofen­sy­wy.

Siły pol­skie kon­ty­nu­owa­ły marsz na wy­brze­że, a sła­bo ob­sa­dzo­ne gar­ni­zo­ny, któ­re sta­ły na ich dro­dze, ucie­ka­ły na wieść o nad­cho­dzą­cym woj­sku albo szyb­ko ka­pi­tu­lo­wa­ły. Od­cię­to Ka­lisz i za­ję­to Choj­ni­ce. Za­ło­ga Byd­gosz­czy na­wet nie cze­ka­ła na na­dej­ście wro­ga, tyl­ko wy­sa­dzi­ła w po­wie­trze za­mek i ucie­kła na pół­noc. Do­wódz­two szwedz­kie wy­sła­ło co praw­da na po­moc od­dział ka­wa­le­rii zło­żo­ny z 1500 lu­dzi, ale zo­stał on za­trzy­ma­ny w za­sadz­ce. Na jego cze­le stał hra­bia Wrze­so­wicz, cie­szą­cy się już bar­dzo złą sła­wą. Rok wcze­śniej dzia­łał na te­re­nie Wiel­ko­pol­ski z taką bru­tal­no­ścią, że sami urzęd­ni­cy szwedz­cy za­żą­da­li jego od­wo­ła­nia. Wrze­so­wicz wzię­ty zo­stał po­tem do nie­wo­li przez gru­pę chło­pów, któ­rzy wi­docz­nie zna­li go z wy­glą­du i z opo­wie­ści o jego czy­nach. Chło­pi za­tłu­kli go ki­ja­mi na śmierć, a cia­ło – zma­sa­kro­wa­ne i wzdę­te – zo­sta­wi­li na zie­mi bez po­chów­ku, bo nikt nie chciał się tym za­jąć.

Tym­cza­sem pol­ska jaz­da prze­kro­czy­ła gra­ni­cę ce­sar­stwa nie­miec­kie­go.

Woj­ska bran­den­bur­skie do­ko­na­ły co praw­da nie­daw­no okrut­ne­go i zu­peł­nie nie­po­trzeb­ne­go ata­ku na wiel­ko­pol­skie te­ry­to­ria nad­gra­nicz­ne14, ale na­jazd pol­skich wojsk na zie­mie bran­den­bur­skie miał na celu wy­war­cie po­li­tycz­ne­go i woj­sko­we­go na­ci­sku na księ­cia elek­to­ra. Jed­nak naj­bar­dziej wi­docz­nym efek­tem ak­cji pol­skiej było to, iż bez­bron­na lud­ność cy­wil­na Bran­den­bur­gii pod­da­na zo­sta­ła ta­kim sa­mym re­pre­sjom, ja­kie do tej pory były udzia­łem lud­no­ści za­miesz­ku­ją­cej Rzecz­po­spo­li­tą.

Nie­wiel­ka li­czeb­nie ar­mia księ­cia elek­to­ra re­pre­zen­to­wa­ła jak wspo­mnia­łem wy­so­ką ja­kość, ale w chwi­li opi­sy­wa­nych wy­da­rzeń znaj­do­wa­ła się w zu­peł­nie in­nym miej­scu, a mia­no­wi­cie w Pru­sach Ksią­żę­cych. Ozna­cza­ło to, że Po­mo­rze Szwedz­kie i Nowa Mar­chia Bran­den­bur­ska były zu­peł­nie po­zba­wio­ne obro­ny. Co praw­da ksią­żę zwró­cił się z ape­lem do szlach­ty za­miesz­ku­ją­cej obie pro­win­cje, aby jako pod­da­na księ­ciu wy­peł­ni­ła swe obo­wiąz­ki i zor­ga­ni­zo­wa­ła wła­sną obro­nę, ale ła­twiej było to po­wie­dzieć, niż zro­bić, po­nie­waż cały kraj i jego lud­ność nadal od­czu­wa­li skut­ki woj­ny trzy­dzie­sto­let­niej. Nie­wie­le lep­sze były też na­stro­je po woj­nie. Dla­te­go też uda­ło się wy­sta­wić wspól­ny­mi si­ła­mi je­dy­nie od­dział ka­wa­le­rii li­czą­cy oko­ło 500 lu­dzi, co spra­wi­ło, że Po­la­cy mo­gli ra­bo­wać i pa­lić bez żad­nych ogra­ni­czeń. Lud­ność nie­miec­ka w dzie­siąt­kach ty­się­cy ucie­ka­ła za Odrę. Po­la­cy spa­li­li mię­dzy in­ny­mi mia­sto Kul­mes­berg, a ich łu­pem pa­dło 4000 sztuk by­dła, któ­re po­gna­li do Pol­ski. Po­je­dyn­cze pod­jaz­dy pol­skiej ka­wa­le­rii do­tar­ły na­wet do szwedz­kiej czę­ści Po­mo­rza i po­ja­wi­ły się pod Szcze­ci­nem, gdzie za­cho­wy­wa­ły się tak, jak­by chcia­ły za­ata­ko­wać mia­sto. Do władz do­cie­ra­ły ra­por­ty mó­wią­ce o tym, że inne pol­skie od­dzia­ły ma­sze­ro­wa­ły na po­łu­dnio­wy za­chód, na Frank­furt nad Odrą. Fry­de­ryk Wil­helm oba­wiał się, że mogą za­ata­ko­wać Ber­lin, dla­te­go też za­czął roz­wa­żać ewa­ku­ację swe­go dwo­ru do Span­dau15.

W tym sa­mym cza­sie głów­ne siły pol­skie ma­sze­ro­wa­ły w stro­nę wy­brze­ża. W po­ło­wie li­sto­pa­da do­tar­ły do Łę­go­wa, po­ło­żo­ne­go i milę na po­łu­dnie od Gdań­ska, gdzie roz­bi­ły obóz. Ka­rol Gu­staw nie prze­szka­dzał Po­la­kom w ich mar­szu na pół­noc z pro­stej przy­czy­ny: ar­mia szwedz­ka, dzie­siąt­ko­wa­na za­ra­zą, mo­gła prze­ciw­sta­wić Po­la­kom nie wię­cej niż 4000 lu­dzi. Resz­ta sił roz­lo­ko­wa­na była jako za­ło­gi w zaj­mo­wa­nych przez Szwe­dów twier­dzach i mia­stach, za­ję­ta blo­ka­dą Gdań­ska albo ma­sze­ro­wa­ła wraz ze Sten­boc­kiem na Inf­lan­ty. Wie­lu zmar­ło od cho­rób, ran i z wy­cień­cze­nia. Sam ksią­żę elek­tor za­ję­ty był wła­sny­mi kło­po­ta­mi i mógł od­dać do dys­po­zy­cji kró­la – i to nie­chęt­nie – je­dy­nie sym­bo­licz­ne po­sił­ki. Wszyst­ko to spra­wi­ło, że 12 li­sto­pa­da 1656 roku Jan Ka­zi­mierz, przy dźwię­ku dzwo­nów ko­ściel­nych, salw ar­mat­nich i wśród okrzy­ków miesz­kań­ców do­ko­nał trium­fal­ne­go wjaz­du do Gdań­ska. Nikt mu w tym nie prze­szko­dził.

Wjazd do Gdań­ska miał zna­cze­nie więk­sze niż sym­bo­licz­ne. Mimo pro­wa­dzo­ne­go przez szwe­dów ob­lę­że­nia i ku­szą­cych pro­po­zy­cji o za­cho­wa­nie neu­tral­nej po­sta­wy w to­czo­nym kon­flik­cie, Gdańsk po­zo­stał wier­ny Rzecz­po­spo­li­tej. To, że mia­sto do­cze­ka­ło się w koń­cu obie­ca­nej po­mo­cy, ozna­cza­ło, że pla­ny szwedz­kie, za­kła­da­ją­ce prze­ję­cie kon­tro­li nad Pru­sa­mi Kró­lew­ski­mi, sta­ły się uto­pią. Od­no­szą­cy do tej pory pra­wie same suk­ce­sy Szwe­dzi, zna­leź­li się na­gle stło­cze­ni na wą­skim te­ry­to­rium, któ­re­go po­wierzch­nia top­nia­ła tak szyb­ko, jak kra lo­do­wa w cza­sie wio­sen­ne­go ocie­ple­nia… jed­no­cze­śnie żad­ne zna­ki na nie­bie nie wska­zy­wa­ły na to, aby po­li­tycz­na sy­tu­acja Szwe­dów mia­ła ulec ja­kiej­kol­wiek po­pra­wie.

Do Ka­ro­la Gu­sta­wa do­tar­ła naj­pierw in­for­ma­cja, że Rzecz­po­spo­li­ta pod­pi­sa­ła układ z Ro­sją o za­wie­sze­niu bro­ni (dy­plo­ma­ci pol­scy w Mo­skwie, źle trak­to­wa­ni przez swych ro­syj­skich go­spo­da­rzy, zmu­sze­ni zo­sta­li mię­dzy in­ny­mi do od­da­nia ca­ro­wi Wil­na; car tłu­ma­czył to tym, że upa­dek mia­sta był karą bożą ze­sła­ną na Po­la­ków za po­peł­nio­ne przez nich grze­chy). I cho­ciaż po­ro­zu­mie­nie po­rów­nać moż­na z mał­żeń­stwem za­war­tym pod przy­mu­sem, i to za wy­so­ką cenę, ozna­cza­ło ono w każ­dym ra­zie, że Po­la­cy mie­li za­gwa­ran­to­wa­ny spo­kój na jed­nym fron­cie, dzię­ki cze­mu mo­gli te­raz rzu­cić wszyst­kie swe siły prze­ciw­ko Szwe­dom.

Na po­cząt­ku grud­nia 1656 roku pod­pi­sa­ny zo­stał układ w Wied­niu, w któ­rym Au­stria – dzie­dzicz­na pro­win­cja ce­sa­rza16 – opo­wie­dzia­ła się po stro­nie Pol­skie w to­czą­cym się kon­flik­cie.

Tym sa­mym Ka­ro­lo­wi Gu­sta­wo­wi przy­był nowy, po­tęż­ny prze­ciw­nik, któ­re­go co praw­da nie­daw­no po­ko­na­no, ale od­by­ło się to za tak wy­so­ką cenę, że mo­gło w efek­cie do­pro­wa­dzić do zła­ma­nia krę­go­słu­pa pań­stwu szwedz­kie­mu. Był to też prze­ciw­nik, któ­ry, tak jak wszy­scy inni po­szko­do­wa­ni w wiel­kiej woj­nie, dy­szał żą­dzą ze­msty.

Układ sta­no­wił jed­nak dla wie­lu Po­la­ków spo­re roz­cza­ro­wa­nie – ostroż­ny ce­sarz go­dził się na wy­sła­nie Ja­no­wi Ka­zi­mie­rzo­wi nie wię­cej niż 4000 żoł­nie­rzy, a Rzecz­po­spo­li­ta zo­bo­wią­za­ła się do ich utrzy­ma­nia i wy­pła­ty żoł­du. Obaj wład­cy mie­li jed­nak na­dzie­ję, że wo­bec ro­sną­cych sze­re­gów ich żoł­nie­rzy, w obo­zie prze­ciw­ni­ków na­wet tak od­waż­ne­mu wład­cy jak Ka­rol Gu­staw za­drży ser­ce. My­li­li się jed­nak obaj. Król Szwe­cji przy wie­lu oka­zjach udo­wod­nił, że obce mu było za­cho­wa­nie po­le­ga­ją­ce na wy­zna­cza­niu nie­prze­kra­czal­nych gra­nic – ce­cha, któ­ra cha­rak­te­ry­zu­je praw­dzi­wych mę­żów sta­nu. We­dług słów pew­ne­go fran­cu­skie­go dy­plo­ma­ty, Ka­rol Gu­staw stał przed al­ter­na­ty­wą: zwy­cię­żyć albo… po­lec. In­ne­go wy­bo­ru nie miał. Była to więc po­sta­wa bez­kom­pro­mi­so­wa, tak nie­ty­po­wa i szo­ku­ją­ca w sto­sun­ku do prag­ma­tycz­nych po­staw cha­rak­te­ry­zu­ją­cych XVII wiek. Po­sta­wa pre­zen­to­wa­na przez Ka­ro­la Gu­sta­wa sta­ła się za­po­wie­dzią nie­zwy­kłej, bez­kom­pro­mi­so­wej po­sta­wy, któ­ra sta­ła się przy­czy­ną póź­niej­sze­go upad­ku jego wnu­ka17. W ob­li­czu za­ist­nia­łych fak­tów Ka­rol Gu­staw po raz ko­lej­ny rzu­cił się w wir pra­cy nad swym wa­lą­cym się pla­nem, wy­po­sa­żo­ny we wszyst­kie swe zdol­no­ści im­pro­wi­za­cyj­ne, całą swą ener­gię i swą zwy­kłą, bez­gra­nicz­ną fan­ta­zję.

W cią­gu ca­łej je­sie­ni 1656 roku po­słań­cy re­pre­zen­tu­ją­cy wszyst­kie moż­li­we par­tie, stro­ny i pań­stwa krą­ży­li po Eu­ro­pie, czy­niąc wszyst­ko, co było w ich mocy, aże­by albo za­koń­czyć woj­nę, albo jesz­cze bar­dziej ją roz­sze­rzyć. Pod ko­niec grud­nia wszyst­kie stro­ny opa­no­wa­ła praw­dzi­wa go­rącz­ka dy­plo­ma­tycz­na. Od­no­si się to zwłasz­cza do po­słów fran­cu­skich, któ­rzy in­ten­syw­nie pra­co­wa­li nad róż­ny­mi ini­cja­ty­wa­mi po­ko­jo­wy­mi, sta­ra­jąc się tak­że do­pro­wa­dzić do bez­po­śred­nie­go spo­tka­nia mię­dzy Ja­nem Ka­zi­mie­rzem a Ka­ro­lem Gu­sta­wem. I cho­ciaż obaj wład­cy byli cał­ko­wi­cie nie­za­in­te­re­so­wa­ni ta­kim spo­tka­niem i po­ro­zu­mie­niem, to nie bra­ko­wa­ło i ta­kich osób, zwłasz­cza po pol­skiej stro­nie, któ­re przy­chyl­nie od­no­si­ły się do ja­kie­goś kom­pro­mi­su gwa­ran­tu­ją­ce­go po­kój. Z dru­giej stro­ny, kie­dy bez­po­śred­nie za­gro­że­nie dla Rzecz­po­spo­li­tej zo­sta­ło za­że­gna­ne, po­ja­wi­ły się po­now­nie daw­ne po­dzia­ły. Po­la­cy i Li­twi­ni kłó­ci­li się z po­wo­du pod­pi­sa­ne­go nie­daw­no ukła­du po­ko­jo­we­go z ca­rem, a w krę­gach woj­sko­wych nie­uf­ność wo­bec ce­sa­rza i Au­strii była tak wiel­ka, że po­ja­wi­ły się na­wet gło­sy pro­po­nu­ją­ce, aby za­miast z ce­sa­rzem zjed­no­czyć się ze Szwe­da­mi. Poza tym głów­na ar­mia pol­ska była już zmę­czo­na i wy­cień­czo­na. Szyb­ki ma­newr zwią­za­ny z mar­szem na Gdańsk nad­we­rę­żył w du­żym stop­niu za­pa­sy, ja­ki­mi dys­po­no­wa­ło woj­sko, do­pro­wa­dził do pust­ki w ka­sie woj­sko­wej i od­bił się nie­ko­rzyst­nie na kon­dy­cji fi­zycz­nej ar­mii. Brak żoł­du na wy­pła­tę dla żoł­nie­rzy po­gor­szył sy­tu­ację, a wkrót­ce po­tem wró­ci­ły sta­re cza­sy, w któ­rych do­mi­no­wa­ły kłót­nie, nie­koń­czą­ce się de­ba­ty, bun­ty w woj­sku i prze­moc, a żoł­nie­rze od­ma­wia­li pod­po­rząd­ko­wa­nia się roz­ka­zom swych do­wód­ców.

Już po dwóch ty­go­dniach bez­pow­rot­nie prze­pa­dły na­dzie­je na za­war­cie ukła­du po­ko­jo­we­go. Dnia 6 grud­nia 1656 roku do­szło bo­wiem do pod­pi­sa­nia ko­lej­ne­go po­ro­zu­mie­nia. Tym ra­zem od­by­ło się to w Rad­not18, a sy­gna­ta­riu­sza­mi były Szwe­cja i Sied­mio­gród. Po dłu­gich ne­go­cja­cjach, po okre­sach wa­ha­nia, sil­nych na­ci­skach i licz­nych obiet­ni­cach19, Je­rzy Ra­ko­czy zde­cy­do­wał się w koń­cu przy­stą­pić do woj­ny jako so­jusz­nik Szwe­dów.

2Punkt zwrotny pod Brześciem

Wia­do­mość o pod­pi­sa­niu trak­ta­tu w Rad­not spra­wi­ła, że „bra­cia cze­scy” nadal z peł­ną wia­rą gło­si­li, że jed­nak mie­li ra­cję i że oto nad­szedł Dzień Osta­tecz­ny. De­cy­zja ce­sa­rza, któ­ry wraz z Au­strią opo­wie­dział się po stro­nie Rzecz­po­spo­li­tej, prze­ko­na­ła ich, że przy­najm­niej je­den wą­tek spo­śród ich apo­ka­lip­tycz­nych wi­zji po­twier­dził się: siły An­ty­chry­sta szy­ko­wa­ły się do de­cy­du­ją­ce­go star­cia. A kie­dy Sied­mio­gród wszedł w so­jusz ze Szwe­cją, to było to do­wo­dem – jak twier­dzi­li „Bra­cia” – na po­twier­dze­nie tego, co gło­si­ły prze­po­wied­nie, a mia­no­wi­cie, że do­bre moce z pół­no­cy i wscho­du po­win­ny sta­nąć obok sie­bie ra­mię w ra­mię.

Trze­ba jed­nak do­dać, że tak jak inne ugru­po­wa­nia po­rwa­ne wi­zją, zgod­nie z któ­rą los świa­ta już daw­no zo­stał prze­są­dzo­ny, a jego kres do­bie­ga koń­ca, „Bra­cia cze­scy” nie mo­gli się oprzeć po­ku­sie po­pra­wia­nia tego, co i tak mia­ło być nie­unik­nio­ne, albo po­ma­ga­nia pro­ro­kom w zna­le­zie­niu wła­ści­wej dro­gi. Bar­dzo na­pra­co­wa­li się też nad tym, aby ów so­jusz do­szedł do skut­ku. Mało było w Eu­ro­pie ta­kich miejsc, gdzie ich kre­cia ro­bo­ta przy­nio­sła tak owoc­ne re­zul­ta­ty jak w Sied­mio­gro­dzie.

Był to z wie­lu wzglę­dów nie­zwy­kły kraj. Księ­stwo po­wsta­ło w XVI wie­ku, po zwy­cię­skiej, choć nio­są­cej znisz­cze­nie woj­nie pro­wa­dzo­nej przez im­pe­rium osmań­skie prze­ciw­ko Wę­grom.

Pań­stwo wę­gier­skie zo­sta­ło wte­dy po­dzie­lo­ne na trzy czę­ści. Jed­na z nich – mała, wą­ska, ale gę­sto za­lud­nio­na – za­cho­wa­ła pe­wien ro­dzaj no­mi­nal­nej nie­za­leż­no­ści kon­tro­lo­wa­nej jed­nak przez Habs­bur­gów; dru­ga część – roz­le­gła, pła­ska i rzad­ko za­lud­nio­na – wcie­lo­na zo­sta­ła bez­po­śred­nio w gra­ni­ce Im­pe­rium Osmań­skie­go; trze­cia część – Sied­mio­gród – do­sta­ła się pod wła­dzę suł­ta­na sta­jąc się jed­nym z państw wa­sal­skich. Tak dłu­go, jak miesz­kań­cy pro­win­cji pła­ci­li swe rocz­ne po­dat­ki i za­cho­wy­wa­li się jak po­słusz­ni pod­da­ni, mo­gli rzą­dzić się sami, co nie prze­szka­dza­ło ich le­ni­wym pa­nom w Istam­bu­le. Mie­li wła­sny par­la­ment i sami mo­gli wy­bie­rać swe­go księ­cia. Nie było to więc ja­kieś li­li­pu­cie pań­stew­ko. For­mą i wiel­ko­ścią przy­po­mi­na­ło Ir­lan­dię, ale taką Ir­lan­dię, któ­ra oto­czo­na jest gó­ra­mi, a na­wet jest z nich zbu­do­wa­na: na pół­no­cy i wscho­dzie Kar­pa­ty, na po­łu­dniu Alpy Tran­syl­wań­skie, na za­cho­dzie góry Gy­alu20. Księ­stwo przy­po­mi­na­ło więc w pew­nym sen­sie po­tęż­ną twier­dzę, było też pań­stwem gra­ni­czą­cym z kil­ko­ma wiel­ki­mi kra­ja­mi. Z tego po­wo­du sta­no­wi­ło po­pu­lar­ne miej­sce do osie­dla­nia się dla po­je­dyn­czych osób i ca­łych lu­dów, któ­re szu­ka­ły dla sie­bie wol­no­ści lub bez­piecz­ne­go azy­lu.

Kraj był z pew­no­ścią trud­no do­stęp­ny. Głów­ne szla­ki ko­mu­ni­ka­cyj­ne bie­gły przez osiem prze­łę­czy, więc zda­rza­ło się, że dy­plo­ma­ci, któ­rzy po­dró­żo­wa­li w tam­tym kie­run­ku, mu­sie­li uży­wać koni jucz­nych do prze­wo­że­nia swe­go ba­ga­żu. Tak jak wie­le in­nych re­gio­nów gór­skich, księ­stwo było jed­nak od­izo­lo­wa­ne i bied­ne, a ży­cie miesz­kań­ców cięż­kie i peł­ne zno­ju. Rol­nic­two za­spa­ka­ja­ło głów­nie pod­sta­wo­we po­trze­by miesz­kań­ców, a je­dy­nym to­wa­rem eks­por­to­wym, któ­ry cie­szył się spo­rym wzię­ciem, było drew­no, któ­re po­zy­ski­wa­no z la­sów po­kry­wa­ją­cych wy­so­kie par­tie gór, a po­tem spła­wia­no w dół rze­ki do miejsc, gdzie moż­na je było sprze­dać (pod wzglę­dem go­spo­dar­czym Sied­mio­gród na­le­żał bar­dziej do Pół­wy­spu Bał­kań­skie­go i Le­wan­tu niż do Eu­ro­py Wschod­niej: od Mo­rza Czar­ne­go dzie­li­ło go nie­ca­łe 40 mil). Lud­ność była nie­zwy­kle róż­no­rod­na, na­wet jak na XVII wiek. Miesz­ka­li tu mó­wią­cy po wę­gier­sku Sze­klo­wie, ru­muń­sko­ję­zycz­ni Wo­ło­si, nie­miec­cy Sasi, a oprócz nich tak­że Ży­dzi, Buł­ga­rzy, Cy­ga­nie, Wło­si i Or­mia­nie. Mię­dzy po­szcze­gól­ny­mi gru­pa­mi ist­nia­ły nie tyl­ko róż­ni­ce ję­zy­ko­we, ale i kla­so­we: więk­szość po­sia­da­czy ziem­skich mó­wi­ła po wę­gier­sku, więk­szość chło­pów po ru­muń­sku, więk­szość miesz­czan po nie­miec­ku. Cza­sy na­cjo­na­li­zmu jesz­cze na szczę­ście nie na­de­szły, dzię­ki cze­mu lu­dzie żyli w zgo­dzie, a kul­tu­ry mie­sza­ły się ze sobą jak w ty­glu. Świad­czy­ły o tym do­bit­nie bu­dow­le wzno­szo­ne w kra­ju. Ko­ściół lu­te­rań­ski w Bra­so­vie wznie­sio­no w sty­lu pół­noc­no­nie­miec­kie­go go­ty­ku, ale ozdo­bio­no go tu­rec­ki­mi dy­wa­na­mi. Cer­kiew pra­wo­sław­na z ko­lei przy­po­mi­na­ła ze wzglę­du na mie­szan­kę sty­lów bal ma­ska­ra­do­wy, gdzie sztu­ka bi­zan­tyj­ska i ba­ro­ko­wa wy­stę­po­wa­ły obok go­ty­ku i re­ne­san­su.

Ksią­żę Sied­mio­gro­du, Je­rzy Ra­ko­czy, był – jak więk­szość jego pod­da­nych – pro­te­stan­tem, ale ze wzglę­du na wła­sne prze­ko­na­nia, tra­dy­cje i ko­niecz­no­ści do­pusz­czał dużą to­le­ran­cję re­li­gij­ną, któ­ra prze­wyż­sza­ła na­wet tę, jaka pa­no­wa­ła kie­dyś w Rzecz­po­spo­li­tej. To chy­ba dla­te­go jego dwór dzia­łał jak ma­gnes dla wie­lu pro­mi­nent­nych „bra­ci cze­skich” – m.in. Co­me­niu­sa i pro­ro­ka Dra­bi­ka – któ­rzy na­pły­wa­li tam, aby z wiel­kim prze­ko­na­niem i spo­rym suk­ce­sem sze­rzyć swe pro­roc­twa o so­ju­szu trzech po­tęg. Jed­nym z tych, któ­re­go dało im się prze­ko­nać, był nie kto inny, jak sam Ra­ko­czy. To, że skło­nie­nie księ­cia do włą­cze­nia się w woj­nę za­bra­ło im tak wie­le cza­su, spo­wo­do­wa­ne było głów­nie tym, że w oto­cze­niu księ­cia znaj­do­wa­ło się wie­le osób (mię­dzy in­ny­mi mat­ka księ­cia, jego te­ścio­wa i żona Zso­fia Ba­to­ry), u któ­rych wia­ra w ob­ja­wio­ne pro­roc­twa była mniej­sza niż strach przed woj­ną. Na­wet hie­rar­cho­wie ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go czy­ni­li księ­ciu trud­no­ści i wy­su­wa­li kontr­ar­gu­men­ty. Nie na wie­le się to jed­nak zda­ło. Pi­ja­ny ideą, że oto te­raz przy­stą­pi do świę­tej woj­ny, i prze­ko­na­ny, że miesz­kań­cy Rzecz­po­spo­li­tej po­wi­ta­ją jego na­dej­ście z za­do­wo­le­niem, ksią­żę wy­sma­ro­wał na­pu­szo­ny ma­ni­fest21, wy­da­ny po pol­sku i ła­ci­nie, gdzie ob­wiesz­czał, że przy­by­wa na wła­sne ży­cze­nie Po­la­ków, aby wziąć ich pod swą ochro­nę i za­gwa­ran­to­wać wol­ność re­li­gii.

Trze­cie­go dnia świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia od­dzia­ły księ­cia ze­szły z za­śnie­żo­nych gór i prze­kro­czy­ły pol­ską gra­ni­cę, kie­ru­jąc się w stro­nę sła­bo bro­nio­nych oko­lic gra­ni­czą­cych z Ukra­iną, sta­no­wią­cych do nie­daw­na bazę za­opa­trze­nio­wą dla Jana Ka­zi­mie­rza. Sam Ra­ko­czy miał do­łą­czyć do nich w cią­gu ty­go­dnia, pro­wa­dząc ze sobą resz­tę swej wiel­kiej ar­mii22.

Kie­dy na po­cząt­ku stycz­nia 1657 roku Erik Jöns­son mu­siał prze­rwać le­d­wo roz­po­czę­te pra­ce przy na­pra­wie for­ty­fi­ka­cji To­ru­nia, otrzy­mał roz­kaz, aby na­tych­miast wy­ru­szył do Choj­nic, któ­re Po­la­cy za­ję­li w cza­sie mar­szu na Gdańsk. Szwe­dzi po­sta­no­wi­li od­zy­skać utra­co­ną twier­dzę, a mia­ło się to do­ko­nać w ra­mach roz­po­czę­tej przez Ka­ro­la Gu­sta­wa kontr­ofen­sy­wy.

Ma­newr za­sko­cze­nia nie po­wiódł się, pro­wa­dzo­ne roz­mo­wy dy­plo­ma­tycz­ne roz­ja­śni­ły tro­chę sy­tu­ację, a za­ra­za zbie­ra­ła co­raz mniej­sze żni­wo – krzy­wa za­cho­ro­wań za­wsze spa­da­ła w mia­rę, jak nad­cho­dzi­ły co­raz więk­sze chło­dy: wszy nie lu­bi­ły mro­zu. Jed­no­cze­śnie uda­ło się wzmoc­nić mar­ne reszt­ki, na­zy­wa­ne do nie­daw­na ar­mią szwedz­ką, świe­ży­mi re­kru­ta­mi przy­by­ły­mi z Po­mo­rza i żoł­nie­rza­mi po­zy­ska­ny­mi z ar­mii Sten­boc­ka, któ­ry po zwy­cię­stwie pod Fi­li­po­wem ma­sze­ro­wał te­raz z po­wro­tem na za­chód, w stro­nę del­ty Wi­sły. Plan prze­wi­dy­wał, że ar­mia szwedz­ka prze­pra­wi się przez Wi­słę, a na­stęp­nie ru­szy na Gdańsk.

Ope­ra­cja prze­bie­ga­ła jed­nak w wol­niej­szym tem­pie, niż za­kła­da­no, po­nie­waż spię­trze­nie kry na Wi­śle i sil­ne bu­rze opóź­ni­ły bu­do­wę mo­stów. Dla­te­go też do­pie­ro pod ko­niec grud­nia 1656 r. woj­sko zdo­ła­ło prze­pra­wić się pod Gnie­wem na dru­gi brzeg i osią­gnąć punkt po­ło­żo­ny sześć mil na po­łu­dnie od Gdań­ska. Kie­dy Szwe­dzi, ma­sze­ru­jąc przez wy­pa­lo­ne oko­li­ce, zbli­ży­li się do obo­zu pol­skie­go roz­bi­te­go pod Łę­go­wem, tra­dy­cyj­nym spo­so­bem we­zwa­li Po­la­ków do bi­twy od­da­jąc dwa strza­ły ar­mat­nie. Prze­ciw­nik od­po­wie­dział w taki sam spo­sób, ale na tym się skoń­czy­ło. A kie­dy na­stęp­ne­go dnia żoł­nie­rze Ka­ro­la Gu­sta­wa wspię­li się na kil­ka wzgórz gó­ru­ją­cych od pół­noc­nej stro­ny nad pol­skim obo­zem, zo­ba­czy­li, że jest on pu­sty i opusz­czo­ny: pie­cho­ta pol­ska prze­nio­sła się do Gdań­ska, gdzie prze­by­wał Jan Ka­zi­mierz, a jaz­da po­now­nie od­da­li­ła się na po­łu­dnie.

Nie ma­jąc ar­ty­le­rii, cza­su i cier­pli­wo­ści, aby roz­po­cząć for­mal­ne ob­lę­że­nie, król szwedz­ki po­zo­sta­wił część swej ar­mii pod Gdań­skiem, po czym na cze­le resz­ty woj­ska ru­szył za znaj­du­ją­cą się w od­wro­cie pol­ską ka­wa­le­rią. Oko­ło go­dzi­ny trze­ciej, w nocy z 2 na 3 stycz­nia 1657 roku, szwedz­ki od­dział ka­wa­le­rii li­czą­cy 950 lu­dzi23 do­tarł do Choj­nic, gdzie część Po­la­ków roz­bi­ła się obo­zem. Skwa­dro­ny prze­mknę­ły przez most wy­ście­ła­ny sło­mą, któ­ra mia­ła za­głu­szyć tu­pot koń­skich ko­pyt, a po­tem rzu­ci­ły się do ata­ku na Po­la­ków. Szwe­dzi naj­pierw pod­pa­li­li domy, a wie­lu pol­skich ka­wa­le­rzy­stów, któ­rzy ura­to­wa­li się z pło­mie­ni, zo­sta­ło po­tem za­bi­tych, kie­dy na wpół ro­ze­spa­ni wy­bie­gli w środ­ku nocy na po­kry­te śnie­giem uli­ce. Kie­dy na­stęp­ne­go dnia wsta­ło słoń­ce, Szwe­dzi na­li­czy­li po­nad 3000 za­krwa­wio­nych i sztyw­nych od mro­zu ludz­kich ciał, nie­zli­czo­ną licz­bę za­bi­tych koni i 2600 tych, co prze­ży­ły ma­sa­krę24. Nie­dłu­go po­tem do Choj­nic do­tar­ły głów­ne siły szwedz­kie, któ­re na­tych­miast przy­pu­ści­ły atak ar­ty­le­ryj­ski na mia­sto. Te­raz do­pie­ro Po­la­cy zro­zu­mie­li, o co w tym wszyst­ko szło: gdy­by mia­sto pa­dło, dro­ga w stro­nę wy­brze­ża by­ła­by dla nich za­mknię­ta, a Jan Ka­zi­mierz zna­la­zł­by się w pu­łap­ce bez wyj­ścia.

Było rze­czą oczy­wi­stą, że po­my­sło­wy Erik Jöns­son bę­dzie bar­dziej przy­dat­ny pod Choj­ni­ca­mi niż pod To­ru­niem. Erik ru­szył więc w szyb­kim tem­pie na pół­noc­ny za­chód, eskor­to­wa­ny przez po­rucz­ni­ka i 30 ka­wa­le­rzy­stów. Zdo­ła­li jed­nak prze­być za­le­d­wie pół dro­gi, kie­dy do­tar­ła do nich wia­do­mość, że Choj­ni­ce ska­pi­tu­lo­wa­ły. Sta­ło się to 11 stycz­nia 1657 roku, po trzech dniach gwał­tow­ne­go ostrza­łu. Erik po­trze­bo­wał jesz­cze kil­ku dni, aby wraz ze swą eskor­tą do­go­nić szwedz­kie woj­sko, któ­re za­raz po za­ję­ciu mia­sta po­ma­sze­ro­wa­ło da­lej.

Po raz pierw­szy od za­koń­cze­nia woj­ny trzy­dzie­sto­let­niej uczest­ni­czył na po­waż­nie w woj­nie, brał udział w co­dzien­nym ży­ciu woj­ska, miesz­kał w zim­nych na­mio­tach usta­wio­nych w śmier­dzą­cym od ludz­kich i zwie­rzę­cych od­cho­dów obo­zie. Prze­ży­wał co­dzien­ną mo­no­to­nię dłu­gich mar­szów w roz­cią­gnię­tych ko­lum­nach wo­zów, by­dła i lu­dzi idą­cych pie­cho­tą; cią­gle w ru­chu w stro­nę ho­ry­zon­tu za­ma­za­ne­go od desz­czo­wych chmur, kłę­bów dymu albo kry­ją­ce­go to, co nie­wia­do­me. Jak to zwy­kle by­wa­ło, już wkrót­ce po­chód za­mie­nił się w ciąg mil, nazw i miejsc, nie ma­ją­cych ze sobą ja­kie­goś lo­gicz­ne­go i wy­raź­ne­go związ­ku, po­nie­waż tyl­ko naj­wyż­si ran­gą do­wód­cy po­sia­da­li cał­ko­wi­tą wie­dzę, a i to nie za­wsze. Sze­re­gow­cy i pod­ofi­ce­ro­wie nie sta­wia­li żad­nych py­tań; szli tam, do­kąd ka­za­no im iść, a swo­je roz­wa­ża­nia zo­sta­wi­li dla sie­bie.

Erik i jego eskor­ta je­cha­li śla­dem ar­mii, któ­ra szła na­przód klu­cząc po oko­li­cy i wy­pa­tru­jąc oka­zji na sto­cze­nie bi­twy. Szwe­dzi ru­szy­li naj­pierw w szyb­kim tem­pie na po­łu­dnio­wy wschód i prze­szli przez sku­tą lo­dem Wi­słę. W cza­sie tego ma­new­ru do­szło do drob­nej po­tycz­ki z nie­wiel­kim od­dzia­łem pol­skiej ka­wa­le­rii, ale wkrót­ce po­tem ar­mia do­ko­na­ła zwro­tu na pół­noc­ny wschód, zbli­ża­jąc się do gra­ni­cy z Pru­sa­mi Ksią­żę­cy­mi. Ka­rol Gu­staw za­rzą­dził tam po­stój, któ­ry trwał aż do dru­giej de­ka­dy stycz­nia. Z obo­zu wy­jeż­dża­ły, a ja­kiś czas po­tem wra­ca­ły po­je­dyn­cze od­dzia­ły, aż w koń­cu ar­mia ru­szy­ła da­lej, kie­ru­jąc się łu­kiem na po­łu­dnie, a po­tem na po­łu­dnio­wy wschód, w głąb Pol­ski, gdzie pod ko­niec stycz­nia do­szło do przy­pad­ko­we­go kon­tak­tu z pol­ską ka­wa­le­rią w po­bli­żu ogar­nię­te­go po­ża­rem mia­stecz­ka le­żą­ce­go na pół­noc od Na­rwi. Na­stęp­nie ar­mia do­ko­na­ła ko­lej­ne­go ma­new­ru, kie­ru­jąc się na Li­twę, ale za­nim do­tar­ła nad gra­ni­cę, do­wódz­two za­rzą­dzi­ło na­gły po­stój, po któ­rym wy­da­no roz­kaz mar­szu na pół­noc, w stro­nę Prus Ksią­żę­cych, a po­tem zno­wu na po­łu­dnio­wy za­chód. Kie­dy 11 mar­ca zmę­cze­ni żoł­nie­rze do­tar­li do To­ru­nia, oka­za­ło się, że ślad, jaki po wy­ko­na­nych ma­new­rach po­zo­stał na ma­pach szta­bo­wych, przy­po­mi­nał ogrom­ną ósem­kę.

Do­pie­ro ja­kiś czas po­tem sta­ło się ja­sne, ja­kie były przy­czy­ny ta­kich de­cy­zji.

Ar­mia, do któ­rej wcie­lo­no Eri­ka, wy­sła­na zo­sta­ła, aby prze­szko­dzić du­że­mu od­dzia­ło­wi pol­skiej jaz­dy, któ­ry pró­bo­wał prze­bić się do Gdań­ska i uwol­nić za­mknię­te­go w nim Jana Ka­zi­mie­rza. Jed­nak po ostat­nim star­ciu ze Szwe­da­mi, do któ­re­go do­szło przy wspo­mnia­nym już pło­ną­cym mie­ście, Po­la­cy zre­zy­gno­wa­li z tego za­mia­ru. W tym mo­men­cie ar­mię szwedz­ką skie­ro­wa­no na pół­noc­ny wschód z od­sie­czą dla ob­le­ga­ne­go Ty­ko­ci­na, sta­no­wią­ce­go naj­bar­dziej na wschód wy­su­nię­ty punkt szwedz­kie­go sys­te­mu bez­pie­czeń­stwa, któ­ry cią­gnął się od wscho­du do za­cho­du. Ty­ko­cin ob­le­ga­ny był przez ar­mię li­tew­ską, któ­ra w paź­dzier­ni­ku po­bi­ta zo­sta­ła przez Szwe­dów pod Fi­li­po­wem. Marsz na Ty­ko­cin zo­stał na­gle wstrzy­ma­ny po otrzy­ma­niu przez do­wód­ców in­for­ma­cji, że mia­sto zo­sta­ło wzię­te sztur­mem, a resz­ta za­ło­gi szwedz­kiej po­peł­ni­ła zbio­ro­we sa­mo­bój­stwo: żoł­nie­rze za­mknę­li się w wie­ży, a po­tem wy­sa­dzi­li się w po­wie­trze25.

W tym sa­mym cza­sie Jan Ka­zi­mierz wy­mknął się z pu­łap­ki. Jego kró­lew­ska mał­żon­ka – wpa­dła w złość, kie­dy do­wie­dzia­ła się, że król nadal tkwi w Gdań­sku, po czym zwró­ci­ła się do głów­no­do­wo­dzą­cych ar­mią, aby ze­bra­li woj­sko i prze­bi­li się do Gdań­ska. Jej roz­mów­cy krzy­wi­li się na to, wy­naj­dy­wa­li kło­po­ty i zrzu­ca­li winę na żoł­nie­rzy, któ­rzy byli wy­nędz­nia­li i od daw­na nie otrzy­my­wa­li żoł­du. Kró­lo­wa zor­ga­ni­zo­wa­ła wte­dy eks­pe­dy­cję ra­tun­ko­wą za swe pry­wat­ne pie­nią­dze, a na cze­le od­dzia­łu sta­nął – któż by inny?

– Czar­niec­ki. To wła­śnie ten od­dział tak gor­li­wie ści­ga­li Szwe­dzi. Pierw­sza pró­ba do­tar­cia do mo­rza nie po­wio­dła się, ale za dru­gim ra­zem Czar­niec­ki wy­ko­nał je­den z naj­bar­dziej śmia­łych ma­new­rów tej woj­ny: sto­jąc na cze­le wy­bra­nych 2000 jaz­dy po­ko­nał w cią­gu trzech dni 28 mil26, prze­bi­ja­jąc się przez szwedz­kie li­nie obro­ny, do­tarł do Gdań­ska i wy­pro­wa­dził kró­la w bez­piecz­ne miej­sce. A kie­dy Gdańsz­cza­nie od­mó­wi­li wy­pła­ty pie­nię­dzy, któ­re żoł­nie­rzom obie­ca­ła kró­lo­wa, het­man roz­pu­ścił swój od­dział po Żu­ła­wach, ze­zwa­la­jąc żoł­nie­rzom na nie­ogra­ni­czo­ne ra­bun­ki.

Po po­nad ty­go­dnio­wym ocze­ki­wa­niu w obo­zie roz­ło­żo­nym na po­łu­dnie od To­ru­nia, kie­dy to ar­mia otrzy­ma­ła nowe uzbro­je­nie, umun­du­ro­wa­nie i żyw­ność, po za­słu­żo­nym od­po­czyn­ku i wy­pła­cie za­le­głe­go żoł­du, woj­sko ru­szy­ło w dal­szą dro­gę. Dzia­ło się to w ostat­niej de­ka­dzie mar­ca 1657 roku. Ka­rol Gu­staw za­pla­no­wał ko­lej­ny wiel­ki skok, tym ra­zem znad wy­brze­ża w głąb kra­ju i da­lej na po­łu­dnie. Pierw­sza taka pró­ba zo­sta­ła pod­ję­ta – jak pa­mię­ta­my – la­tem 1655 roku, a jej efek­tem było zdo­by­cie Kra­ko­wa. Po raz dru­gi król zde­cy­do­wał się na taki ma­newr zimą 1656 roku, kie­dy to ar­mia szwedz­ka zna­la­zła się o krok od za­gła­dy w wi­dłach Wi­sły i Sanu. Trze­ci raz Ka­rol Gu­staw prze­pro­wa­dził taką ope­ra­cję la­tem tego sa­me­go roku, kie­dy to jego ar­mia od­nio­sła im­po­nu­ją­ce, choć nie ma­ją­ce więk­sze­go zna­cze­nia zwy­cię­stwo pod War­sza­wą. Te­raz król pod­jął czwar­tą pró­bę, a za cel po­sta­wił so­bie od­nie­sie­nie osta­tecz­ne­go zwy­cię­stwa. Jego żoł­nie­rze ma­sze­ro­wa­li już błot­ni­sty­mi dro­ga­mi na po­łu­dnie.

W swym ostat­nim, tak ry­zy­kow­nym przed­się­wzię­ciu, Szwe­dzi się­gnę­li do ostat­nich re­zerw, a mimo to uda­ło im się zgro­ma­dzić nie wię­cej niż oko­ło 7000 żoł­nie­rzy, z cze­go po­ło­wę sta­no­wi­li Bran­den­bur­czy­cy. Po­szcze­gól­ne re­gi­men­ty były nie tyl­ko prze­rze­dzo­ne pod wzglę­dem li­czeb­nym, ale cier­pia­ły tak­że na bra­ki w za­opa­trze­niu, zwłasz­cza pro­chu i koni po­cią­go­wych. I to z tymi sied­mio­ma ty­sią­ca­mi woj­ska Ka­rol Gu­staw miał do­ko­nać tego, co nie uda­ło mu się osią­gnąć z czter­dzie­sto­ma ty­sią­ca­mi dwa lata wcze­śniej. Róż­ni­ca po­le­ga­ła jed­nak na tym, że tym ra­zem Szwe­dzi za­mie­rza­li po­łą­czyć się ze swym no­wym so­jusz­ni­kiem, księ­ciem Sied­mio­gro­du. O jego woj­sku wie­dzia­no tyl­ko tyle, że ma­sze­ru­je wła­śnie przez po­łu­dnio­we re­gio­ny Pol­ski i zmie­rza do Kra­ko­wa.

Erik po­dą­żał za woj­skiem, za­glą­da­jąc w każ­dy kąt. Do jego za­dań na­le­ża­ło mię­dzy in­ny­mi wy­naj­dy­wa­nie od­po­wied­nich kwa­ter dla żoł­nie­rzy. Wy­sła­no go tak­że do kil­ku mniej­szych twierdz, gdzie Erik do­ko­nał in­spek­cji, po któ­rej nie­któ­re po­le­cił wzmoc­nić, a nie­któ­re opu­ścić. Ar­mia nadal po­dą­ża­ła na po­łu­dnie, kie­ru­jąc się w cie­płych pro­mie­niach wio­sen­ne­go słoń­ca pra­wie pro­stą dro­gą na Kra­ków. Czę­sto mi­ja­no te same oko­li­ce i te same mia­sta i wsie, przez któ­re ar­mia ma­sze­ro­wa­ła w pa­mięt­nym, 1655 roku. Róż­ni­ca mię­dzy oby­dwo­ma mar­sza­mi była jed­nak ogrom­na. Trwa­ją­ca pra­wie dwa lata woj­na do­pro­wa­dzi­ła w nie­któ­rych miej­scach do tak strasz­li­wych spu­sto­szeń, że prze­wyż­sza­ły one cza­sa­mi szko­dy, ja­kich w Eu­ro­pie do­ko­na­ła woj­na trzy­dzie­sto­let­nia. Kie­dy Szwe­dzi wkro­czy­li do Pol­ski, był to kraj, któ­ry przy­cią­gał ich spoj­rze­nia. Te­raz ten sam kraj był znisz­czo­ny, ogo­ło­co­ny, spu­sto­szo­ny. To, cze­go nie znisz­czy­li albo nie splą­dro­wa­li Szwe­dzi, do­sta­ło się w ręce Bran­den­bur­czy­ków, Po­la­ków albo żoł­nie­rzy księ­cia Ra­ko­cze­go.

Wie­le miast było po­dziu­ra­wio­nych od kul, wie­le zam­ków wy­sa­dzo­nych w po­wie­trze, wie­le wsi spa­lo­nych, wie­le ko­ścio­łów znisz­czo­nych, wie­le go­spo­darstw zni­kło z po­wierzch­ni zie­mi27. Oglę­dzi­ny, ja­kich do­ko­na­no po za­koń­cze­niu woj­ny, przy­nio­sły za­trwa­ża­ją­cy wy­nik: „obec­nie cał­ko­wi­cie znisz­czo­ne – brak lu­dzi i za­bu­do­wań – pole za­mie­nio­ne w nie­uży­tek i po­ro­śnię­te tra­wą – znisz­czo­ne w tak wiel­kim stop­niu, że na­wet śla­du nie zo­sta­ło – w tej wsi nie ma już żad­nych za­bu­do­wań – cała wieś znisz­czo­na i na­wet nie ob­sia­no pól – cał­kiem pu­sto, we wsi sto­ją tyl­ko dwa znisz­czo­ne domy, brak lu­dzi – cał­kiem opu­sto­sza­ła, tyl­ko trzy pu­ste domy, nie ma lu­dzi – pu­ste… – pu­ste… – pu­ste”. Spo­śród 425 wsi po­ło­żo­nych w Pru­sach, sta­no­wią­cych wła­sność kró­la, aż 127, czy­li 29% było po woj­nie cał­ko­wi­cie znisz­czo­nych, 140, czy­li 33% znisz­czo­nych zo­sta­ło wię­cej niż w po­ło­wie, a 158, to zna­czy 38%, ule­gło znisz­cze­niu mniej niż w po­ło­wie28. Licz­ba chło­pów go­spo­da­ru­ją­cych na du­żych are­ałach (tzw. stor­bön­der) spa­dła w wie­lu pro­win­cjach do jed­nej trze­ciej w po­rów­na­niu ze sta­nem sprzed 1655 roku. Spa­dła też po­wierzch­nia go­spo­darstw i ten­den­cji tej nie uda­ło się już od­wró­cić. W nie­któ­rych miej­scach, gdzie nie­przy­ja­ciel albo są­siad zra­bo­wał chło­pu by­dło, nie­rzad­ki był wi­dok rol­ni­ka, któ­ry sam za­przę­gał się do płu­ga, je­śli w ogó­le ja­kiś pług jesz­cze po­sia­dał (brak zwie­rząt po­cią­go­wych był po woj­nie tak duży, że w dość nie­zwy­kły spo­sób przy­czy­nił się do za­ha­mo­wa­nia pro­ce­su od­bu­do­wy kra­ju). Zmniej­szy­ła się tak­że licz­ba lud­no­ści, i to wszę­dzie, a to na sku­tek bi­tew, na­pa­dów, gło­du czy epi­de­mii. Śred­ni spa­dek wy­no­sił jed­ną czwar­tą, cho­ciaż w naj­gor­szych przy­pad­kach wy­niósł aż jed­ną trze­cią29. Ro­dzi­ny, któ­re prze­ży­ły, były mniej­sze niż przed woj­ną, wzro­sła na­to­miast dra­stycz­nie licz­ba bied­nych i bez­dom­nych. Pod ko­niec woj­ny tyl­ko w sa­mym El­blą­gu na­li­czo­no oko­ło 3000 że­bra­ków, z któ­rych więk­szość sta­no­wi­ły dzie­ci i mło­dzież. Wie­czo­ra­mi gro­ma­dzi­ły się one pła­cząc gło­śno przed do­ma­mi bo­ga­tych miesz­czan, ale za­raz usu­wa­li je stam­tąd szwedz­cy żoł­nie­rze, gro­żąc im karą śmier­ci, gdy­by po­wa­ży­ły się wró­cić.

Oczy­wi­ście, spu­sto­szo­ne zo­sta­ły nie tyl­ko go­spo­dar­stwa chłop­skie i pola. Woj­na przy­czy­ni­ła się też do upad­ku rze­mio­sła i ban­kruc­twa ma­łych ma­nu­fak­tur, któ­re sta­no­wi­ły tak waż­ny skład­nik go­spo­dar­ki na pro­win­cji. Wie­lu szew­ców, ko­wa­li i garn­ca­rzy mu­sia­ło po­rzu­cić swe warsz­ta­ty i utrzy­my­wać się z pra­cy na roli. Spo­śród pra­wie 170 mły­nów, któ­re przed wkro­cze­niem Szwe­dów ist­nia­ły w po­sia­dło­ściach Jana Ka­zi­mie­rza, le­żą­cych w Pru­sach Kró­lew­skich, 58 czy­li 34% le­gło w gru­zach w cza­sie woj­ny30. Znisz­cze­niu ule­gło też wie­le tar­ta­ków, wia­tra­ków, bro­wa­rów i kuź­ni. Na­to­miast w po­wie­cie Ki­sze­wa spo­śród 15 smo­lar­ni po­zo­sta­ły tyl­ko czte­ry.

Ża­ło­sny wi­dok przed­sta­wia­ły mia­sta, cho­ciaż ich stan za­le­żał od tego, w ja­kim stop­niu uczest­ni­czy­ły one w bez­po­śred­nich wal­kach… z re­gu­ły cał­ko­wi­te­mu znisz­cze­niu ule­ga­ły przed­mie­ścia, pa­lo­ne ze wzglę­du na pla­no­wa­ne ob­lę­że­nia. Mury były po­ry­te od strza­łów, zbu­rzo­ne albo po­kru­szo­ne. Ist­nia­ły też ta­kie mia­stecz­ka, któ­re plą­dro­wa­ne były przez wszyst­kie prze­cho­dzą­ce przez nie woj­ska, bez wzglę­du na to, któ­rą z wal­czą­cych stron re­pre­zen­to­wa­ły. Ty­po­wym przy­kła­dem jest War­sza­wa. Przed woj­ną w mie­ście ist­nia­ło po­nad 1000 do­mów, a w 1659 roku po­zo­sta­ło ich tyl­ko 342. Lud­ność mia­sta zmniej­szy­ła się o przy­najm­niej trzy czwar­te. W wie­lu miej­scach w Rzecz­po­spo­li­tej za­ni­kły struk­tu­ry wła­dzy, rze­mieśl­ni­cy ucie­kli, a han­del na tar­gach za­marł. Cięż­kie stra­ty po­nio­sły też duże, do­brze chro­nio­ne mia­sta, jak na przy­kład To­ruń, któ­ry w cza­sie woj­ny prze­żył ob­lę­że­nie. Te­raz był tyl­ko cie­niem swej daw­nej wspa­nia­ło­ści. Tyl­ko w cza­sie epi­de­mii za­ra­zy w 1656 roku, zmar­ło 8962 miesz­kań­ców gro­du Ko­per­ni­ka, a jed­no­cze­śnie miesz­czan zmu­sza­no do opła­ca­nia kosz­tów utrzy­ma­nia za­ło­gi szwedz­kiej. Kwo­ta ta wy­no­si­ła 68 593 ta­la­ry rocz­nie. Ży­cie go­spo­dar­cze w To­ru­niu za­ła­ma­ło się. Po­ło­że­nie, w ja­kim znaj­do­wa­ło się mia­sto, scha­rak­te­ry­zo­wał w 1658 roku tymi sło­wy je­den z człon­ków Rady:

Wła­sność miej­ska cał­ko­wi­cie znisz­czo­na, kra­my kup­ców znisz­czo­ne, miesz­cza­nie nie mają pie­nię­dzy, a na sku­tek róż­nych, nie­szczę­śli­wych oko­licz­no­ści, han­del prze­niósł się do Byd­gosz­czy.

Jesz­cze 26 lat po woj­nie w mie­ście dzia­ła­ło tyl­ko 550 rze­mieśl­ni­ków, to zna­czy o 163 mniej niż przed woj­ną. Pod­su­mo­wu­jąc, moż­na tę sy­tu­ację okre­ślić tak: to, co przed la­tem 1655 roku było duże, wy­so­kie, pro­ste, strze­li­ste, pięk­ne i czy­ste, te­raz le­ża­ło w ru­inach i zglisz­czach, po­trza­ska­ne, za­dep­ta­ne, uszko­dzo­ne i brud­ne.

Woj­sko szwedz­kie ma­sze­ro­wa­ło przez tę pu­sty­nię w szyb­kim tem­pie, prze­pra­wi­ło się przez Pi­li­cę i 7 kwiet­nia 1657 roku do­tar­ło nad Nidę, oko­ło 7 mil od Kra­ko­wa. Tam po­łą­czy­ło się z trze­ma re­gi­men­ta­mi ka­wa­le­rii, sta­no­wią­cy­mi część za­ło­gi Kra­ko­wa. Na kró­la cze­ka­ła tam już wia­do­mość, że ar­mia księ­cia Sied­mio­gro­du już na­de­szła, a na­wet od­nio­sła pierw­sze zwy­cię­stwa, i że te­raz po­su­wa się na pół­noc, wzdłuż Wi­sły. Szwe­dzi zmie­ni­li kie­ru­nek mar­szu i po­dą­ży­li za woj­skiem księ­cia. Erik na­tknął się na śla­dy walk sto­czo­nych nie­daw­no mię­dzy od­dzia­ła­mi pol­ski­mi a Ko­za­ka­mi bę­dą­cy­mi w służ­bie Ra­ko­cze­go. Tak oto opi­sał to, co wi­dział, w swym pa­mięt­ni­ku: „Zbli­ża­my się do Ra­co­wa, 1,5 mili, gdzie przed 5 dnia­mi Po­la­cy roz­bi­li 400 Ko­za­ków, któ­rzy nadal jesz­cze le­że­li na uli­cach; ich cia­ła po­ob­gry­za­ły świ­nie, a z tego, co zo­sta­ło, do­cho­dził strasz­li­wy smród”. Na­stęp­ne­go dnia, tj. 11 kwiet­nia, Erik i kil­ku żoł­nie­rzy wje­cha­ło do wsi, gdzie zna­leź­li le­żą­ce­go na zie­mi za­krwa­wio­ne­go Po­la­ka, któ­ry od­niósł dwie cięż­kie rany w pier­si. Wszyst­ko wska­zu­je na to, że za­bój­stwo ze wzglę­dów hu­ma­ni­tar­nych było dość roz­po­wszech­nio­ne w tam­tych cza­sach, po­nie­waż opie­ka me­dycz­na jak i wie­dza me­dycz­na wy­ka­zy­wa­ły jesz­cze duże bra­ki. Erik roz­ka­zał „po­móc” ran­ne­mu w za­koń­cze­niu ży­cia:

Je­den z nich ze­sko­czył z ko­nia i prze­strze­lił ran­ne­mu gło­wę, tak, że wy­ciekł z niej mózg. Ran­ny po­ło­żył swą pra­wą dłoń na ra­nie i za­nu­rzył pal­ce w mó­zgu i krwi. Wte­dy inny żoł­nierz od­dał dwa strza­ły, któ­re tra­fi­ły ran­ne­go mię­dzy oczy i utkwi­ły w czasz­ce. Mimo to Po­lak nadał ru­szał pal­ca­mi za­nu­rzo­ny­mi w ra­nie. Szwed pchnął go za­tem swą sza­blą trzy albo czte­ry razy w ser­ce, na co Po­lak, ko­piąc no­ga­mi, się­gnął dło­nią do pier­si. Za­raz też do­stał kil­ka no­wych pchnięć w klat­kę pier­sio­wą, i zno­wu kil­ka, któ­re prze­bi­ły mu pierś i gło­wę, aż z roz­trza­ska­nej czasz­ki wy­try­sła fon­tan­na krwi. Mimo tylu ran Po­lak nadał ko­pał no­ga­mi i po­ru­szał rę­ka­mi, a po­tem za­czął ję­czeć, jak­by chciał coś po­wie­dzieć, a wszy­scy obec­ni zdu­mie­wa­li się wiel­ce, że był jesz­cze świa­do­my po tym, jak jego ser­ce i czo­ło zo­sta­ły prze­bi­te tyle razy.

Po pół go­dzi­nie Erik i jego to­wa­rzy­sze zre­zy­gno­wa­li i po­zo­sta­wi­li Po­la­ka w spo­ko­ju. Nadal od­dy­chał on jesz­cze.

Tego sa­me­go wie­czo­ru do­szło w po­bli­żu jed­ne­go ze spa­lo­nych miast do spo­tka­nia wojsk szwedz­kich i sied­mio­grodz­kich. Ar­mia szwedz­ka usta­wi­ła się w szy­ku pa­rad­nym na pła­skim te­re­nie. Wkrót­ce po­tem po­ja­wił się Ra­ko­czy, któ­re­mu to­wa­rzy­szy­ła jego świ­ta w pięk­nych stro­jach, w na­kry­ciach gło­wy zdo­bio­nych szla­chet­ny­mi ka­mie­nia­mi i or­li­mi pió­ra­mi. Da­lej ma­sze­ro­wa­ła gwar­dia przy­bocz­na zło­żo­na z Wę­grów i Ko­za­ków. Na ich wi­dok ode­zwa­ły się szwedz­kie fan­fa­ry i okrzy­ki trium­fal­ne, po­chy­lo­no sztan­da­ry, a po­tem roz­le­gła się sal­wa z ar­mat i bro­ni ręcz­nej. Sal­wa była tak po­tęż­na, że jed­na z kul tra­fi­ła przy­pad­ko­wo pew­ne­go mło­de­go puł­kow­ni­ka szwedz­kiej ka­wa­le­rii, któ­ry zmarł na miej­scu. Po lu­stra­cji ar­mii szwedz­kiej, któ­rej Je­rzy Ra­ko­czy do­ko­nał z od­kry­tą gło­wą, ksią­żę udał się do swych na­mio­tów, gdzie za­czę­ła się gło­śna za­ba­wa trwa­ją­ca aż do bia­łe­go rana31.

W cią­gu kil­ku na­stęp­nych dni, zło­żo­nych z ce­re­mo­nii i grzecz­no­ści, pi­ja­tyk i na­rad wo­jen­nych, obie stro­ny mia­ły już wy­raź­ny ob­raz tego, co się sta­ło i co się mia­ło zda­rzyć. Po prze­kro­cze­niu gra­ni­cy pol­skiej, ar­mia sied­mio­grodz­ka ru­szy­ła naj­pierw na Lwów, grzę­znąc w głę­bo­kim śnie­gu i mar­z­nąc na sil­nym mro­zie. Inne miej­sco­wo­ści znaj­du­ją­ce się w tej oko­li­cy ogło­si­ły swą neu­tral­ność, aby unik­nąć ra­bun­ków, ale miesz­kań­cy Lwo­wa nie chcie­li po­su­wać się aż tak da­le­ko. Z du­żym zdzi­wie­niem i ulgą stwier­dzi­li więc, że woj­sko księ­cia od­da­li­ło się, zo­sta­wia­jąc ich mia­sto w spo­ko­ju. Ksią­żę nie ob­sa­dził też swy­mi za­ło­ga­mi in­nych miast, któ­re były dość sła­bo bro­nio­ne. Z woj­sko­we­go punk­tu wi­dze­nia było rze­czą naj­roz­sąd­niej­szą zro­bić to pierw­sze i spró­bo­wać zro­bić to dru­gie, aby prze­jąć kon­tro­lę nad pro­win­cją bę­dą­cą waż­ną bazą za­opa­trze­nio­wą dla Jana Ka­zi­mie­rza. Pro­blem po­le­gał jed­nak na tym, że dla Ra­ko­cze­go cała kam­pa­nia mia­ła wy­miar bar­dziej po­li­tycz­ny, a tak­że opar­ty na jego pro­ro­czych wi­zjach, niż prze­my­śla­ny pod ką­tem stra­te­gicz­nym; we­dług księ­cia kie­ro­wał nią sam Bóg i mia­ła się ona stać dla nie­go bar­dziej dro­gą na tron pol­ski niż pod­bo­jem. Jego plan za­kła­dał, że w pierw­szym rzę­dzie woj­sko księ­cia do­trze do Kra­ko­wa – bro­nio­ne­go przez Szwe­dów i ob­le­ga­ne­go przez Po­la­ków32 – po­nie­waż było to miej­sce, gdzie pol­scy kró­lo­wie zgod­nie z od­wiecz­ną tra­dy­cją ko­ro­no­wa­li się na wład­ców. A prze­cież on też chciał zo­stać kró­lem Pol­ski. To, że wbrew ra­dom i zdro­we­mu roz­sąd­ko­wi Ra­ko­czy zde­cy­do­wał się roz­po­cząć kam­pa­nię pol­ską zimą, spo­wo­do­wa­ne było tym, iż ksią­żę chciał ude­rzyć na Pol­skę jesz­cze za­nim ze swe­go le­tar­gu obu­dzi się jego pan suł­tan tu­rec­ki w Istam­bu­le i za­nim za­cznie mu za­da­wać kło­po­tli­we py­ta­nia.

Dla­te­go też jego ar­mia ru­szy­ła na za­chód, wzmoc­nio­na sil­ny­mi pod wzglę­dem li­czeb­nym od­dzia­ła­mi Ko­za­ków, któ­rych jako po­sił­ki wy­słał księ­ciu Chmiel­nic­ki33. Wkrót­ce też utra­cił nie­znacz­ne po­par­cie, ja­kie­go udzie­la­li mu nie­licz­ni Po­la­cy, a to na sku­tek ra­bun­ków, mor­dów i ma­sakr do­ko­ny­wa­nych przez jego nie­zdy­scy­pli­no­wa­nych pod­ko­mend­nych w dro­dze na za­chód. Po­la­cy ob­le­ga­ją­cy Kra­ków wy­co­fa­li się na wieść o zbli­ża­ją­cych się woj­skach księ­cia, a gdy te po­de­szły pod mury mia­sta, szwedz­ki ko­men­dant prze­ka­zał sym­bo­licz­ne klu­cze ubra­ne­mu w pur­pu­rę Ra­ko­cze­mu pod­czas ce­re­mo­nii, któ­rą nie­spo­dzie­wa­nie przy­spie­szy­ła na­gła bu­rza gra­do­wa.

Wkrót­ce jed­nak do świa­do­mo­ści księ­cia do­tar­ła praw­da, że ko­ro­na pol­ska nie spad­nie mu z góry jak doj­rza­ła śliw­ka. Naj­pierw mu­siał po­ko­nać Jana Ka­zi­mie­rza i to w „roz­strzy­ga­ją­cym star­ciu”. Do zwy­cię­stwa dą­żył tak­że Ka­rol Gu­staw, a jego spek­ta­ku­lar­ny wy­miar miał za­pew­nić mu kon­tro­lę nad wy­brze­żem Bał­ty­ku. Król i Ra­ko­czy zgo­dzi­li się, że mu­szą prze­pra­wić się przez Wi­słę, ru­szyć na pół­noc­ny wschód i ja­kimś spo­so­bem sku­sić, zmu­sić albo oszu­kać Jana Ka­zi­mie­rza tak, aby jego ar­mia przy­stą­pi­ła do de­cy­du­ją­cej bi­twy.

Do za­dań Eri­ka na­le­ża­ło, jak już wspo­mnia­łem, wy­szu­ki­wa­nie tras, któ­ry­mi mo­gło po­ru­szać się woj­sko, a tak­że przy­go­to­wy­wa­nie kwa­ter. Miał też spo­ro ro­bo­ty z no­wym so­jusz­ni­kiem Ka­ro­la Gu­sta­wa. Jego eskor­tę sta­no­wi­ła cza­sa­mi sied­mio­grodz­ka jaz­da. Erik wie­le razy od­wie­dzał ich obóz. To, że ar­mia Ra­ko­cze­go w ni­czym nie przy­po­mi­na­ła ar­mii szwedz­kiej, ła­two mógł za­uwa­żyć każ­dy, kto ją spo­tkał albo wi­dział. Moż­na na­wet za­dać so­bie py­ta­nie, czy to rze­czy­wi­ście była ty­po­wa ar­mia we wła­ści­wym sen­sie tego sło­wa.

Przez Kar­pa­ty prze­szła ogrom­na licz­ba lu­dzi. Nikt nie wie­dział jed­nak do­kład­nie, jak licz­na była ta ar­mia; chy­ba na­wet sami do­wód­cy nie po­sia­da­li ta­kiej wie­dzy. W jej skład wcho­dzi­ło wie­lu Wo­ło­chów i Moł­da­wian, oko­ło dwa­dzie­ścia ty­się­cy Ko­za­ków, 7000 Wę­grów i pra­wie 3000 wojsk za­cięż­nych. Ra­zem oko­ło 50 000 lu­dzi (do Eri­ka do­tar­ła cy­fra 59 000)34. Wie­lu było ochot­ni­ka­mi, a to w tym zna­cze­niu, że sami za­cią­gnę­li się do woj­ska sku­sze­ni moż­li­wo­ścią ra­bun­ków, a poza tym bra­ko­wa­ło im od­po­wied­nie­go do­świad­cze­nia i zdol­no­ści, po­trzeb­nych po to, aby być do­brym żoł­nie­rzem wal­czą­cym na woj­nie. Nie moż­na im było za­rzu­cić, że – tak jak ich szwedz­cy sprzy­mie­rzeń­cy – opę­ta­ni są ma­nią po­rząd­ku geo­me­trycz­ne­go: ich obóz był nie­fo­rem­nym wie­lo­ką­tem, któ­ry nocą oświe­tla­ło ty­sią­ce ognisk. Na­mio­ty roz­sta­wia­no we­dług wła­sne­go uzna­nia, a ta­bo­ry we­dług wy­go­dy. Bra­ko­wa­ło w nim dys­cy­pli­ny. Pe­wien Szwed, któ­ry od­wie­dził so­jusz­ni­czy obóz, opo­wia­dał ze zdu­mie­niem, że:

Gdy­by przy­pad­kiem po­lem prze­biegł za­jąc albo ja­kieś inne dzi­kie zwie­rzę, to nie tyl­ko po­je­dyn­czy ofi­ce­ro­wie, ale całe kom­pa­nie w cał­ko­wi­tym ba­ła­ga­nie rzu­ci­ły­by się w po­ścig za nim, tak, że chwi­lę po­tem bied­ne­go sza­ra­ka ści­ga­ło­by czter­dzie­ści czy pięć­dzie­siąt kom­pa­nii.

Woj­skiem do­wo­dzi­li do­wód­cy o róż­nym stop­niu do­świad­cze­nia i róż­nych kwa­li­fi­ka­cjach. Na cze­le Ko­za­ków sta­li do­świad­cze­ni ofi­ce­ro­wie, mię­dzy in­ny­mi słyn­ny wo­jow­nik mu­zuł­mań­skie­go wy­zna­nia35. Wę­grzy, któ­rzy do­wo­dzi­li si­ła­mi sied­mio­grodz­ki­mi, byli wszy­scy „sta­tecz­ny­mi i grzecz­ny­mi żoł­nie­rza­mi, ale z ma­łym do­świad­cze­niem w wo­jacz­ce”. Wi­dać to było po nich. W woj­sku pa­no­wał nie­po­rzą­dek, nie­za­do­wo­le­nie i swa­ry. Żoł­nie­rze wę­gier­scy byli bar­dzo nie­za­do­wo­le­ni z ja­ko­ści je­dze­nia, Ko­za­cy skar­ży­li się na nie­wy­pła­co­ny żołd, wie­lu in­nych zdą­ży­ło już zde­zer­te­ro­wać, cho­ciaż kam­pa­nia tak na do­bre jesz­cze się nie za­czę­ła (sta­re spo­ry albo nie­po­ro­zu­mie­nia pro­wa­dzi­ły też do wy­bu­cha­ją­cych od cza­su do cza­su krwa­wych bó­jek mię­dzy przed­sta­wi­cie­la­mi róż­nych na­ro­do­wo­ści). To, że więk­szość żoł­nie­rzy Ra­ko­cze­go dys­po­no­wa­ła koń­mi, sta­no­wi­ło ich za­le­tę tyl­ko teo­re­tycz­nie, po­nie­waż ar­mii to­wa­rzy­szy­ły ta­bo­ry, rów­nie wiel­kie, co mało ru­chli­we. Tak się bo­wiem zło­ży­ło, że do wo­zów za­przę­ga­no woły za­miast koni. Licz­ba wo­łów w każ­dym za­przę­gu się­ga­ła na­wet dwu­dzie­stu sztuk36.

Kie­dy za­pa­dła de­cy­zja o wy­ru­sze­niu na pół­noc­ny za­chód, obie ar­mie za­czę­ły bu­do­wać mo­sty przez Wi­słę. Do­świad­cze­ni w tym wzglę­dzie in­ży­nie­ro­wie szwedz­cy i ich ro­bot­ni­cy dość szyb­ko prze­rzu­ci­li na dru­gą stro­nę most pon­to­no­wy, ko­rzy­sta­jąc z ist­nie­nia na rze­cze kil­ku piasz­czy­stych łach. Je­dy­ną rze­czą, któ­ra spo­wol­nia­ła tem­po pra­cy, były po­je­dyn­cze grup­ki pol­skich żoł­nie­rzy, któ­re krą­ży­ły na dru­gim brze­gu rze­ki i strze­la­ły w stro­nę osób pra­cu­ją­cych przy wzno­sze­niu mo­stu. Na miej­scu bu­do­wy zja­wił się sam Ka­rol Gu­staw, aby do­ko­nać in­spek­cji. Ostrze­żo­no go przed pol­ski­mi strzel­ca­mi wy­bo­ro­wy­mi, ale król jak zwy­kle nie­wie­le się tym prze­jął i pod­je­chał bli­żej brze­gu. Je­den z Po­la­ków bę­dą­cych w służ­bie szwedz­kiej zbli­żył się do wody i grom­kim gło­sem za­wo­łał do swych ro­da­ków na dru­gim brze­gu, że „jest tu­taj król Szwe­cji”, i pro­sił, „żeby nie zro­bi­li mu krzyw­dy”, po czym dla pew­no­ści wy­cią­gnął rękę i wska­zał na kró­la… i sta­ła się rzecz dziw­na: pol­scy ofi­ce­ro­wie roz­ka­za­li wstrzy­mać ogień, zsie­dli z koni, zdję­li ka­pe­lu­sze, skło­ni­li się głę­bo­ko, po czym od­je­cha­li z ca­łym od­dzia­łem, z od­kry­ty­mi gło­wa­mi. Na ten wi­dok Szwe­dzi rów­nież prze­rwa­li ogień.

To, że całe zda­rze­nie zo­sta­ło tak do­kład­nie za­pa­mię­ta­ne, spo­wo­do­wa­ne było nie tyl­ko tym, iż było tak nie­zwy­kłe, ale tak­że tym, iż ucie­le­śnia­ło ono ma­gnac­ki ide­ał woj­ny: po­wścią­gli­we ge­sty i bo­ha­ter­skie pozy po­ma­ga­ły jed­no­st­ce w zno­sze­niu tru­dów dnia co­dzien­ne­go, gdzie po­wścią­gli­wość nie wy­stę­po­wa­ła, a he­ro­izm po­ja­wiał się w ilo­ści śla­do­wej.

Dnia 19 kwiet­nia bu­do­wa mo­stu pon­to­no­we­go zo­sta­ła za­koń­czo­na i ar­mia szwedz­ka prze­szła po nim w szyb­kim tem­pie na dru­gi brzeg37. Oka­za­ło się też, że woj­sko Ra­ko­cze­go po­zo­sta­ło w tym wzglę­dzie da­le­ko z tyłu. Bra­ko­wa­ło chy­ba ma­te­ria­łu do bu­do­wy mo­stu i umie­jęt­no­ści, dla­te­go też Ra­ko­czy skie­ro­wał swych żoł­nie­rzy na miej­sce, gdzie prze­pra­wia­li się Szwe­dzi. Ci po­ję­li wkrót­ce, że nie ma już mowy o woj­nie bły­ska­wicz­nej: Ra­ko­czy po­trze­bo­wał aż trzech dni, aby prze­pra­wić swe woj­sko na dru­gą stro­nę.

Mi­ja­ły ty­go­dnie. Cie­pło pro­mie­ni wio­sen­ne­go słoń­ca za­mie­nia­ło sza­re i ma­to­we ko­lo­ry kra­jo­bra­zów na świe­żą zie­leń. Roz­cią­gnię­ty łań­cuch żoł­nie­rzy, jeźdź­ców, wo­zów, koni i wo­łów prze­su­wał się na pół­noc. Po­la­cy i Li­twi­ni bez trud­no­ści po­zo­sta­wa­li poza za­się­giem Szwe­dów. Ci or­ga­ni­zo­wa­li od cza­su do cza­su ja­kiś pod­jazd, aby do­paść swych uni­ka­ją­cych wal­ki prze­ciw­ni­ków, ale za każ­dym ra­zem za­da­wa­ne przez nich ude­rze­nia prze­szy­wa­ły bez­sku­tecz­nie po­wie­trze. Pol­skie i li­tew­skie siły wy­ka­zy­wa­ły się cał­ko­wi­tym bra­kiem za­in­te­re­so­wa­nia ja­kim­kol­wiek star­ciem, a tym bar­dziej ja­kąś roz­strzy­ga­ją­cą bi­twą. Dnia 2 maja obie sprzy­mie­rzo­ne ar­mie do­tar­ły do Bugu w po­bli­żu mia­stecz­ka Krze­mień, oko­ło 10 mil na pół­noc­ny wschód od War­sza­wy. Jed­nym z pierw­szych od­dzia­łów, któ­ry po­ja­wił się na miej­scu, do­wo­dził Erik Jöns­son. Miał on pod swą ko­men­dą 220 Szwe­dów – z któ­rych 120 sta­no­wi­li żoł­nie­rze wcho­dzą­cy w skład kró­lew­skiej gwar­dii przy­bocz­nej (tzw. „czar­ne płasz­cze”) – jak rów­nież 220 Wę­grów i 200 Ko­za­ków, któ­rym wcze­snym ran­kiem uda­ło się za­sko­czyć pol­skich obroń­ców. W pa­mięt­ni­kach Eri­ka star­cie to od­no­to­wa­ne zo­sta­ło z pew­nym chło­dem, co ozna­czać może, że i on sam stał się twar­dym czło­wie­kiem:

Wy­da­łem roz­kaz, aby za­bić wszyst­kich, któ­rzy wej­dą nam w dro­gę. Wie­lu z obroń­ców wsko­czy­ło do rze­ki, nie­któ­rym uda­ło się prze­do­stać na dru­gą stro­nę, ale więk­sza część po­zo­sta­łych zo­sta­ła za­bi­ta lub uto­nę­ła. Do nie­wo­li wzią­łem 12 pol­skich szlach­ci­ców, w moje ręce do­sta­ła się też bia­ła fla­ga, któ­rą prze­ka­za­łem po­tem Jego Kró­lew­skiej Mo­ści.

Tego sa­me­go dnia ar­mia prze­kro­czy­ła rze­kę w płyt­kim miej­scu.