69,00 zł
Drugi tom wybitnej i nietypowej biografii szwedzkiego władcy Karola X Gustawa. Książka w dalszym ciągu zarysowuje szerokie tło polityczne oraz militarne opisywanych wydarzeń, uzupełniając historię władcy uchodzącego za jednego z najwybitniejszych wodzów swoich czasów.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 765
Tytuł oryginału: Den oövervinnerlige
Tłumaczenie: Wojciech Łygaś
Autor map: Martin Ek, Eken produktion
Ilustracje: z dzieł XIX-wiecznych
Redakcja: Piotr Trafiłowski, Witold Biernacki, Andrzej Ryba
Rysunek na okładce: © Jarosław Wróbel
All rights reserved
Copyright © Copyright: © Peter Englund 2000
Copyright © Bokförlaget Atlantis AB 2000
Copyright © for Polish edition FINNA
Oryginalna wersja książki wydana została w Szwecji przez wydawnictwo Bokförlaget Atlantis, Stockholm
Książka dofinansowana przez Svenska Institutet
ISBN 978-83-62913-94-7
Wydanie I w języku polskim
Gdańsk 2004
Oficyna Wydawnicza FINNA
80-752 Gdańsk, Dziewanowskiego 5/6
tel: 603 892 042
email: finna@finna.com.pl
Skład wersji elektronicznej:
Virtualo Sp. z o.o.
Na początku był znak. Niebo, które oglądamy nocą, nie jest tym samym niebem, które oglądał mieszkaniec XVII-wiecznej Europy. Nie obcujemy też z tą samą przyrodą. Gwiazdy, planety, gatunki zwierząt i roślin są co prawda te same, ale różnica polega na tym, że tam, gdzie dziś dostrzegamy zjawisko, ówczesny człowiek widział znak. Ludzie żyli wtedy w świecie, który zdawał się składać z samych znaków i zapowiedzi: wielkich i małych, mrocznych i jasnych. Wiele z tych zachowań miało swe źródła w zwyczajach i tradycjach, które z kolei bardzo ściśle były związane z ówczesnym sposobem myślenia: tam bowiem, gdzie myślimy o czymś w kategorii skutku i przyczyny i trzeźwo próbujemy ustalić, jak doszło do tego, że X wprawione zostało w ruch, nasi przodkowie rozważali to w kategorii zamiaru i celu, starając się dowiedzieć, jaki był sens tego, że X wprawione zostało w ruch. Dlatego też przyrody należało się w tamtych czasach strzec, ale nie w związku z tym, z czym człowiek miał do czynienia na co dzień, tylko z tym, co było niezwykłe, niecodzienne i co odbiegało od normy, bo te właśnie niezwykłe zjawiska niosły jakieś przesłanie dla człowieka.
Znaki mogły przejawiać się w najróżniejszy sposób, miały różny sens i różnych nadawców. Ktoś, kto posiadał wiedzę albo bystre oko, zauważał znaki na każdym kroku, nawet w rzeczach codziennych: jeśli psy jadły trawę, zanosiło się na deszcz; jeśli coś chrzęściło pod stopami, należało oczekiwać wizyty; jeśli ciasto opadło w piecu, zwiastowało to zbliżające się wesele; jeśli w czasie wigilii zgasła jedna ze świec, śmierć ostrzyła swą kosę na gospodarza domu; i tak dalej, i tak dalej. Znacznie poważniejszą wymowę posiadały złowieszcze kłęby chmur, które tu i ówdzie gromadziły się na niebie, zmieniały kształt, rozrastały się, wirowały, przybierały kształty figur i przedmiotów, a nawet całych armii, które bezdźwięcznie ścierały się ze sobą na firmamencie. Regularnie pojawiały się też wieści o chmurach, które nagle otwierały się i wyrzucały ze swego wnętrza przeróżne przedmioty i zwierzęta albo spadały na ziemię w postaci krwawego deszczu. Tego rodzaju osobliwości uważano często za opary, które wznoszą się w górę z umęczonej ziemi, będąc obrazem zła raczej niż jego zapowiedzią. Większy ciężar gatunkowy jako ostrzeżenie miały bardziej namacalne rzeczy, jak na przykład zdeformowane zwierzęta; cielęta z dwoma głowami albo ryby z dziwnymi naroślami były stałym składnikiem takiego rozumowania, a zjawiska takie odnotowywano z dreszczem rozkoszy jako zapowiedź albo ostrzeżenie dla grzesznej i zbłąkanej ludzkości. Nie wspomnę już o niepokoju, jaki opanowywał ludzi, kiedy na niebie pojawiła się jakaś kometa; pozostawiała ona po sobie zawsze bogaty posiew w postaci pamfletów i ulotek, gdzie starano się wytłumaczyć fenomen tego ciała niebieskiego: czy należało się spodziewać zarazy czy też nowej wojny – a może był to kolejny dowód na trwający nieustannie konflikt między Bogiem a Szatanem? O wiele bardziej powszechnym zjawiskiem była astrologia – stosowana powszechnie sztuka tłumaczenia znaków, która swą mądrość ciągnęła z położenia gwiazd i innych ciał niebieskich. Tylko tyle pozostało nam dzisiaj z tamtego świata, pełnego cudownego i nieprzeniknionego chaosu, na który składały się cuda, tajemnice i omeny.
W ten cudowny świat wierzyli wszyscy: od najbiedniejszego chłopa, który niekiedy posiadł nawet sztukę wróżenia z gwiazd, aż po najpotężniejszych władców, którzy z zasady zatrudniali własnych astrologów, a korzystali z ich usług w chwili podejmowania ważnych decyzji. Bo, jak w 1933 roku napisał pewien Szwed, uważano, że w gwiazdach znaleźć można wskazówki, i to nie tylko w odniesieniu do tego, kiedy należało
Siać, sadzić, polować na ptaki, iść na zwierza, łowić ryby, oświadczać się, budować, przeprowadzać się, strzyc włosy itp.; znaleźć tam można było wiedzę o zmianach religijnych, sektach i partiach, o ugrupowaniach politycznych, wojnach i bitwach, głodzie i drożyźnie, zarazie i innych chorobach, o wszelkiego rodzaju grzechach i przewinieniach, o prostytucji i cudzołóstwie, o sporach, kłótniach, zabójstwach, a zwłaszcza o umysłach ludzkich, o rozsądku, przyrodzie, szczęściu i przeciwnościach losu, podróży i wędrówce, małżeństwie, dzieciach, przyjaciołach i wrogach, stanach, uwarunkowaniach i zamiarach, zwycięstwach i klęskach, nędzy i więzieniu, o godzinie śmierci i o wielu innych rzeczach.
Czyż ktoś mógł sobie pozwolić na rezygnację z takiej wspaniałej wiedzy? Pochodziła ona z okresu pogańskiego, ale wymieszała się z wątkami chrześcijańskimi w taki sposób, że gwiazdom albo planetom nie przydawano własnej mocy; powiadano, że były one narzędziami w rękach Boga, który za ich pomocą wpływał na losy świata.
A jednak można w połowie XVII wieku dostrzec wzrastający sceptycyzm w stosunku do astrologii, i to nie tylko wśród jej najzagorzalszych krytyków – naukowców – ale i wśród teologów i duchowieństwa, którzy w tym właśnie czasie zabrali się za pielenie ogródków porosłych chwastem ciemnoty, aby tym sposobem położyć kres szerzącej się wszędzie magii ludowej, wróżbiarstwu i przesądom; może nie tak bardzo dlatego, iż były to przesądy, ale głównie dlatego, że zjawiska takie stały się zagrożeniem dla ich monopolu na władzę; nowoczesne, silne państwo, stworzyło kościołowi możliwość poważnego ingerowania w życie codzienne przeciętnego człowieka. Ofiarą tej krucjaty padli też niektórzy astrologowie, których oskarżano o to, że „starają się zastąpić Boga na urzędzie” albo że są po prostu oszustami. Upłynęło jednak sporo czasu, zanim brutalnym reformatorom spod znaku krzyża udało się odnieść znaczące sukcesy. Od tysięcy lat bowiem i ci wielcy, i malutcy rzucali pełne nadziei albo strachu spojrzenia w stronę nieba, w daremnym zamiarze odczytania bożych planów.
W świecie niepewności i stuleciu niepokoju potrzeba oparcia się na czymś pewnym była wszechobecna. Oprócz dokładnego odczytywania codzienności, znaków przyrody i tych przychodzących z nieba, istniał też cały szereg metod stosowanych z myślą o tych, którzy chcieli znać przyszłość. Większość z tych metod, tak jak astrologia, istniała w zwulgaryzowanej formie, ponieważ wykorzystywano je jako źródło zarobku na jarmarkach albo reklamowano jako ostatni krzyk mody na dworach. Chodzi tu zarówno o sztukę tłumaczenia znaczenia figur i kształtów, jakie powstawały po wlaniu stopionego ołowiu albo wosku do wody, jak i chiromancję, czyli umiejętność wróżenia z rąk, potworka będącego nieślubnym dzieckiem astrologii. Chiromacja wykorzystywała tajemną naukę współczesnej astronomii o planetach i przyporządkowywała ją do palców (Merkury, Saturn, Wenus, Słońce, Jowisz), powierzchni dłoni (Mars) i jej krawędzi (Księżyc). W czasie rozkwitu okultyzmu, do którego doszło na początku XVII wieku, istniała też sztuka wróżenia, która starała się zachować swój niezależny, a nawet ekskluzywny charakter, i tak jak alchemia stała się dziedziną dostępną dla niewielu wybranych. Była to kabalistyka.
Wskazywałem już wcześniej na pewną rzecz, ale chcę to zrobić ponownie: jeśli będziemy przyglądać się światu intelektualnemu okresu XVII wieku z dużego dystansu, nasz wzrok zatrzyma się na szańcu ortodoksji i skostniałego, ideologicznego dogmatyzmu; jeśli jednak zagłębimy się pod powierzchnię tego świata, to znajdziemy tam zadziwiająco liczną i różnorodną mieszankę myśli i formy. Niektóre z nich wydają się być nam bliskie, a nawet swojskie, jak na przykład nowe nauki przyrodnicze i nowa filozofia: to na ich podłożu powstanie kiedyś to, co nazywać będziemy nowoczesnością. Inne wydają się całkiem niezrozumiałe, żeby nie powiedzieć dziwaczne, jak na przykład różne nauki tajemne, które cieszyły się tak wielka popularnością w pierwszej połowie stulecia. Dziś trudno je od siebie odróżnić, ponieważ nowoczesna nauka odniosła zwycięstwo i święciła swe dalsze triumfy przy dźwiękach trąb i uroczystych przemówieniach. Teraz jest z nami nieodłącznie związana, podczas gdy wszystkie inne prądy okultystyczne tamtego stulecia ze zrozumiałych przyczyn powiązane są z tymi, którzy przegrali i od dawna są zapomniani i pokryci grubą warstwą przeszłości. Wtedy było trudniej. Ci, których uważamy dziś za pionierów postępu – Johannes Kepler czy Tyho Brahe – nie znajdywali nic sprzecznego w tym, że ktoś jest zarówno astrologiem, jak i astronomem. Poza tym różnego rodzaju szarlatani zajmujący się perską, tajemną wiedzą o demonach, a także genialni fizycy, którzy swymi teoriami torowali drogę temu, co nowoczesne, mogli poszczycić się metodami i twierdzeniami, które zwykły obserwator z trudem rozróżniał. Ale i wtedy pojawiło się coś takiego, co łączyło fizyków i mistyków: obie te dziedziny znalazły pożywkę w specjalnego rodzaju energiach występujących w XVII wieku, a zwłaszcza w głębokim dążeniu do zdobycia pewności, którego źródłem był ogólny kryzys i uczucie niepewności, tak charakterystyczne dla tamtego stulecia.
Odnosi się to zwłaszcza do tych wszystkich, którzy parali się kabałą. Byli oni częścią potężnej fali mistycyzmu, która przelała się przez kontynent. W tym zalewie pseudonauk nie brakowało tak znanych typów jak zwolennicy Paracelsusa1, teozofowie2, pansofowie3, różokrzyżowcy4, hermetycy5 astrologowie czy alchemicy, utopiści, prorocy Apokalipsy, zwolennicy ekstazy, marzyciele i wszelkiej maści buntownicy; kochano ich albo prześladowano z taką samą gorliwością. Kabała miała pierwotnie swe korzenie w judaizmie, liczyła wiele lat, była dziedziną tajemniczą i skomplikowaną, która starała się wydobyć z Biblii ukryte prawdy za pomocą daleko rozwiniętej gematrii, czyli metody polegającej na tym, że pojedyncze litery słów przekładane są na język liczb, a z owych liczb tworzy się nowe słowa. W XVI wieku okrojona forma kabalistyki spotkała się z zainteresowaniem naukowców chrześcijańskich, toteż wkrótce wielu z nich zaczęło studiować liczbę wersetów w Biblii czy dat z historii, aby tym sposobem rozszyfrować to, co – jak uważano – ukryte zostało przez Boga. Radość była wielka, ponieważ wydawało się, że w kabalistyce odkryto nowe, potężne narzędzie pomocne przy badaniu wiedzy o przyszłości.
To właśnie dziedzina związana z przepowiadaniem przyszłości okazała się wrażliwa na wahania koniunkturalne. Szwedzi odczuli to na własnej skórze, kiedy Szwecja włączyła się w wojnę trzydziestoletnią. Armia szwedzka maszerowała przed siebie w atmosferze gęstniejącej od znaków, objawień, przepowiedni i bezdźwięcznych bitew, które rozgrywały się na nieboskłonie… szczególną popularność zdobyła sobie zwłaszcza jedna przepowiednia, która rozprzestrzeniała się w atmosferze podekscytowania i propagandy, nad którą gorączkowo pracowały szwedzkie kręgi dworskie: przepowiednia o „Lwie z Północy”. Głosiła ona, że w czasie nędzy, w jakiej przyszło żyć sprawiedliwym – to znaczy protestantom – zjawi się lew z północy, to znaczy król Szwecji, który zgromadzi wokół siebie swych uciskanych braci, pokona orła – to znaczy cesarza albo papieża – rzuci sobie pod stopy część Afryki i Azji, a potem wszyscy z zapartym tchem oczekiwać będą nadejścia dnia ostatecznego, co miało trwać bardzo krótko. Jednak lew – to znaczy król6 – zbyt szybko zniesiony został ze sceny, postrzelony pięć razy w pewien listopadowy dzień niedaleko małego, saskiego miasteczka, a jego żołnierze i dyplomaci okazali się być równie brutalni i cyniczni jak druga strona konfliktu. Atmosfera ekstazy musiała ustąpić miejsca rozczarowaniu, które pozostawiła po sobie wojna. Wielu zaczęło się zastanawiać, czy kule armatnie to właściwy argument w sporach teologicznych. Coraz mniej osób dawało posłuch teoriom głoszonym przez ekstremistów, fanatyków religijnych, wizjonerów i wszelkiej maści innych „czyścicieli”, którzy naprzykrzali się swoimi prostymi odpowiedziami na skomplikowane pytania. Jest rzeczą wielce wymowną, że kilka lat po zakończeniu wojny doszło do zaledwie kilku objawień.
Nie oznacza to jednak, że fanatycy znikli. Spośród wszystkich nieszczęść wojny, żadne nie było równie tragiczne jak to, które stało się udziałem egzulantów. Mianem takim określano protestantów czeskich wygnanych ze swej ojczyzny. I chociaż to właśnie ich protest w sprawie swobody wyznawania własnej religii wywołał całą wojnę, to 30 lat, 4 miesiące i 24 dni później zostali oni przez swych szwedzkich i niemieckich braci w wierze pozostawieni własnemu losowi. Nie pozwolono im na przykład na powrót do kraju. Wielu z nich stało się członkami sekty, zwanej „Czeskimi braćmi”, i – jak to często bywa w sektach – wcześniejsze niepowodzenia nie skłoniły ich do zmiany punktu widzenia; przeciwnie – stali się coraz większymi orędownikami swego wyznania, walczącymi o swe prawdy z coraz większą gorliwością i z coraz mniejszym powodzeniem.
Jednym z ich czołowych przedstawicieli był Czech – Jan Komensky, znany bardziej pod zlatynizowaną formą swego nazwiska jako Johan Comenius. Był on genialnym pedagogiem, który brał między innymi udział w reformie szkolnictwa w Anglii, a w latach 40. XVII wieku gościł w Szwecji na zaproszenie samego Axela Oxenstierny, aby pisać podręczniki dla szwedzkich szkół i doskonalić metody nauczania łaciny. Była to jaśniejsza strona osobowości Komensky’ego, który jednakże posiadał też ciemną stronę. Był marzycielem, niezależnym filozofem i pełnym idealistycznych wizji naprawiaczem świata, który po latach życia wśród przeciwności losu i osobistych tragedii stał się twardym, politycznym ekstremistą. Na początku wojny trzydziestoletniej stracił żonę i dwoje spośród swoich dzieci, dwa razy stał się ofiarą rabunków, a w pożarze, który strawił jego domostwo, spaliło się dzieło życia Komensky’ego pt. Pansofien. Utwór ten – mówiąc w największym skrócie – był ambitną próbą zgromadzenia w skróconej formie całej wiedzy, jaką posiadła ludzkość. Praca nad tym dziełem zabrała Komensky’emu dziesiątki lat życia. Comenius był także członkiem radykalnej partii wojny, która popierała przebywającego na wygnaniu czeskiego „zimowego króla”, Fryderyka von Pfalz7. Partia ta udzieliła szwedom swego całkowitego i szczerego poparcia po przystąpieniu Szwecji do wojny. I chociaż zachowanie Szwecji w okresie negocjacji pokojowych stanowiło dla filozofa całkowite rozczarowanie, tak on, jak i wielu innych „czeskich braci” twardo występowało w obronie swych apokaliptycznych wizji: koniec świata był już blisko, a z północy nadejdzie Lew, który rozpocznie wojnę i pokona cesarza-Bestię-Antychrysta – chociaż może jeszcze nie teraz.
Tak więc przez kilka lat po zakończeniu wojny „bracia czescy” zachowywali się powściągliwe, rozczarowani swą porażką… wielu z nich osiadło w wielkopolskim Lesznie, które z biegiem lat stało się stolicą dla tych, którzy żyli na wygnaniu. Wykorzystując polską tolerancję religijną, budowali własne szkoły i kościoły. Jednak na początku lat 50. członkowie sekty ogłosili nowe proroctwa i wizje, w których Lew z Północy toczył walkę z orłem. Powodem tego było mianowanie Karola Gustawa następcą tronu, a „bracia czescy” byli święcie przekonani, że stało się to na skutek planu bożego: przecież Karol Gustaw spokrewniony był z ich poprzednim władcą, zmarłym niedawno „zimowym królem” (dopełnieniem tych wizji było pojawienie się komety i zaćmienie słońca”). Dopiero jednak w 1654 roku teorie głoszone przez „braci czeskich” spotkały się z większym zainteresowaniem, ponieważ wielu członków sekty twierdziło, że teraz, właśnie teraz zbliża się decydujący moment, w którym dojdzie do walki z Antychrystem. Tego samego lata Comenius powrócił do Leszna, aby osobiście stanąć na czele swej trzody w obliczu nadchodzących wspaniałych czasów.
Ostatecznie przekonał ich o tym najazd cara na Polskę. Trzeba było jednak dokonać pewnych korekt w głoszonych prawdach. Ogłoszono mianowicie, że ostateczna rozprawa z papiestwem rozpocznie się na polskiej ziemi, a Bestia powalona zostanie na ziemię, i to nie przez jedną potęgę, tylko przez trzy: północną, zachodnią i wschodnią. Prorocy mieli w tym kontekście na myśli luterańską Szwecję, purytańską Anglię jak również Siedmiogród wraz z jego władcą, Jerzym Rakoczym. „Bracia czescy” mieli dobre kontakty we wszystkich trzech krajach, rozpoczęli więc gorączkową działalność dyplomatyczną, aby zjednoczyć te trzy kraje w wielkim, protestanckim sojuszu, chcąc „dokończyć bożego dzieła”. Wysłali między innymi do Szwecji w szczelnie zamkniętym pudełku zwój pism zawierających ich proroctwa i objawienia, w których przepowiadano między innymi, że Szwecja podbije wielkie kraje. Tam przekazano je osobiście Karolowi Gustawowi. Kiedy wkrótce potem okazało się, że szwedzki król przygotowuje się do inwazji na Rzeczpospolitą, emocje w Lesznie sięgnęły zenitu. A gdy w 1655 roku Szwedzi wkroczyli do Wielkopolski, „bracia czescy” powitali ich triumfalnymi okrzykami, wspomagali ich na różne sposoby i przekazywali ważne informacje. Wittenberg podziękował za to Comeniusowi osobiście, kiedy spotkał się z nim i obiecał jemu i jego sekcie protekcję króla Szwecji.
Sprawy przybrały jednak inny obrót. Tak, jak to było w przypadku socynian, szwedzki najazd na Polskę okazał się dla „braci czeskich” – którzy uważali nadejście Szwedów za błogosławieństwo – prawdziwą katastrofą. Tak otwarte popieranie Szwedów przez „braci” wzburzyło krew w wielu Polakach, a część z nich wykorzystało okazję, aby załatwić swe porachunki z protestantami. Protekcja obiecana przez Wittenberga nie wystarczyła na długo, a przynajmniej nie dalej, niż zasięg, jaki miały jego dwunastofuntowe działa. Kiedy więc jesienią 1655 roku wybuchło antyszwedzkie powstanie, „bracia” stali się obiektem prześladowań, które przemieniły się w zwykłe akty przemocy, gdy tylko wojska szwedzkie stacjonujące wokół Leszna oddaliły się na południe. W grudniu 1655 roku położenie Komensky’ego i jego braci w wierze stało się tak dramatyczne, że musiał on zwrócić się do Karola Gustawa o pozwolenie na opuszczenie Leszna i osiedlenie się w innym, bezpieczniejszym miejscu. Żądanie to zostało przez króla odrzucone. Późną wiosną 1656 roku Leszno zostało zaatakowane przez polskich powstańców. Wielu mieszkańców miasta próbowało uciec, ale zostali doścignięci i zabici. Polski dowódca próbował nawet ocalić miasto, ale uzbrojeni chłopi nie chcieli nawet o tym słyszeć i puścili je z dymem. Ci z „braci”, którzy uszli z życiem, utracili cały swój majątek. Comeniusowi udało się co prawda dotrzeć do wojsk szwedzkich stacjonujących w Prusach, ale w Lesznie przepadła cała jego biblioteka i wiele cennych rękopisów. Opisywane zdarzenia mówią nam wiele na temat religijności „braci” i ich fanatyzmu, bo nawet tak niebezpieczne przejścia nie wzbudziły w nich wątpliwości co do treści apokaliptycznych przepowiedni.
A było ich sporo tego roku. Latem 1655 roku czołowy głosiciel objawionych prawd, Mikulas Drabik, doświadczył wizji odnoszącej się do Dnia. Treść przekazu była jednoznaczna: ostateczna rozprawa z Antychrystem była tuż, tuż, czasy ostateczne zbliżały się wielkimi krokami. Wiele osób, które obdarzone zostało wizjami, zgadzało się, że wojna rozpocznie się od zjednoczenia się państw północy, wschodu i zachodu. Kiedy miało to nastąpić? Ekscytacja, wyliczenia i sukcesy odnoszone przez Szwedów skłaniały do wskazania właśnie 1655 roku. Kiedy jednak prognoza ta nie sprawdziła się, wielu innych mieszkańców Europy, nie biorących bezpośredniego udziału w rozgrywających się wydarzeniach, zaczęło szukać odpowiedzi na to pytanie, wykorzystując wiedzę kabalistyczną, aby dojść do wspólnej daty: 1656 roku… no może 1657.
Niektóre z tych przepowiedni sprawdzały się. Ci, którzy wierzyli w to, że przewidywanym rokiem jest rok 1655, kierowali się przyjętą przez najbardziej szanowane kręgi specjalistów od Apokalipsy datą 1260 roku, uważaną za rok, w którym miało nadejść Królestwo Boże; taką datę podali tajemniczy Joachimici8; dodano do niej 395 lat, otrzymując rok 1655, kiedy to paść miały wszystkie pogańskie świątynie znajdujące się jeszcze w chrześcijańskim świecie. Niektórzy opowiadali się jednak za rokiem 1656, ponieważ jeśli podsumować długość życia wszystkich patriarchów wymienionych w piątej Księdze Mojżeszowej9, otrzymywało się właśnie liczbę 1656. Nieprawda – twierdzili inni; bo jeśli wziąć liczbę Bestii z Księgi Apokalipsy, to znaczy liczbę 666, tak ulubioną przez wszystkich kabalistów, a potem ją podwoić, to uzyskuje się liczbę 1332. A jeśli dodać do niej liczbę 325, odpowiadającą dacie I Soboru Nicejskiego, to daje to w sumie liczbę 1657. Quod erat demonstrandum. swój przyczynek do tych rozważań dołożył także William Lilly, słynny angielski astrolog10. Bardzo popularnym elementem tego rodzaju literatury w XVII wieku były tzw. prognostyki, które wydawano wszędzie… zawierały one komentarze do wydarzeń w zakończonym roku, a jednocześnie pisano o tym, co zdarzy się w nadchodzącym roku. Obrotny Lilly oczywiście wkręcił się w ten lukratywny interes. W swym prognostyku na 1656 rok wymienił co prawda Szwedów i Karola Gustawa, ale w sposób dość mglisty, co było typową cechą dla całego gatunku. Kiedy jednak przyszło do odczytywania znaków odnoszących się do 1657 roku, gwiazdy okazały się o wiele bardziej czytelne i zrozumiałe. Supernowa, którą w 1572 roku odkrył Tycho Brahe, a która w 1630 roku zwiastować miała w Niemczech nadejście Gustawa Adolfa, Lilly postanowił potraktować jako zapowiedź przyjścia Karola Gustawa i jego sukcesów w Polsce: to właśnie on miał być obiecywanym Lwem z Północy, i nikt inny. Anglik obwieścił też z dużą pewnością siebie, że nadchodzący rok będzie czasem triumfów dla szwedzkiego króla i jego armii.
„Bracia czescy” spragnieni byli dobrych wiadomości jak gleba deszczu, toteż ogarnęło ich gorączkowe podniecenie. Układ, jaki protestancka Szwecja zawarła jesienią 1656 r. z protestancką Holandią i protestancką Brandenburgią tłumaczono sobie oczywiście w najlepszy z możliwych sposobów. Czyż nie był to początek wielkiej, antykatolickiej unii, którą niektórzy przepowiadali, której wielu sobie życzyło, a wielu innych obawiało? Jednak pod koniec 1656 roku zdarzyły się dwie rzeczy. Sprawiły one, że oczekiwania „czeskich braci” musiały przybrać zupełnie inny kierunek, a wielu innych, którzy wiązali z nimi nadzieje, zaczęło z troską zastanawiać się, czy wszystkie te apokaliptyczne przepowiednie rzeczywiście były prawdziwe.
Było rzeczą oczywistą, że wycofanie się wojsk szwedzkich późnym latem 1656 roku z centralnych regionów Rzeczpospolitej wykorzystane zostanie przez ich przeciwników. Mimo to zarówno Karol Gustaw, jak i jego otoczenie zaskoczeni zostali dalszym rozwojem wydarzeń, co zmusiło ich do zajęcia się innymi kwestiami niż dyplomacja czy stan zdrowotny armii. Po bitwie pod Warszawą Jan Kazimierz ponownie zdołał zgromadzić rozproszone siły, a z dostarczanych mu raportów faktycznie wynikało, że Szwedzi rzeczywiście rozpoczęli generalny odwrót w stronę wybrzeża. W obliczu tych wydarzeń dowództwo polskie zdecydowało się na podjęcie kontrofensywy. Zamiast jednak przebijać się w widowiskowy sposób przez obsadzony szwedzkimi załogami łańcuch twierdz i miast, ciągnący się łukiem na długiej przestrzeni i tworzący swego rodzaju tarczę ochronną między wybrzeżem a pozostałymi regionami kraju, postanowiono obejść całą linię obronną od zewnątrz.
Po raz kolejny potwierdziło się, że złe opinie krążące w społeczeństwie polskim na temat Jana Kazimierza nie zawsze znajdowały uzasadnienie. Jego zamiar był dobrze przemyślany. Król planował mianowicie dwa jednoczesne natarcia, które porównać można z walką dwóch zapaśników, z których jeden próbuje objąć w pasie swego przeciwnika. Na wschodzie armia złożona głównie z Litwinów i Tatarów miała przejść przez regiony nadgraniczne, a potem wkroczyć do Prus Wschodnich. Na zachodzie główne siły pod osobistym dowództwem Jana Kazimierza miały dotrzeć szerokim łukiem przez Wielkopolskę do Prus Królewskich, Gdańska, aż do wybrzeża. Planowano też wywierać stały nacisk na Szwedów i Brandenburczyków w innych miejscach i w innej formie. Kraków, ostatnia szwedzka twierdza na południu, była już odcięta od dostaw i kontaktów z zewnątrz; teraz chodziło o to, aby przystąpić do formalnego oblężenia miasta. Szlachta wielkopolska wchodząca w skład pospolitego ruszenia miała z kolei rozniecić płomień wojny poprzez wkroczenie do Niemiec, aby zaatakować część Pomorza należącą do Brandenburgii.
Pierwsze uderzenie skierowano na wschodnie regiony Prus Książęcych. Po kilku dniach zabawy w kotka i myszkę oddział szwedzko-brandenburski, wyznaczony do obrony terenów nadgranicznych, dopadnięty został dnia 8 października 1656 roku pod wsią Prostki11. Tam, nad brzegiem Ełku, oddział obrońców został najpierw wymanewrowany, potem otoczony, a w końcu rozproszony przez 11 tysięcy Litwinów i Tatarów. Szwedzi i Brandenburczycy stawiali zadziwiająco słaby opór, ale ponieśli wysokie straty w zabitych i wziętych do niewoli12. Byłyby one jeszcze wyższe, gdyby zwycięzcy nie interesowali się bardziej taborami i łupem niż ściganiem grup przerażonych żołnierzy szukających schronienia w okolicznych lasach. Wiadomość o porażce i o tym, że zwycięzcy bez przeszkód dotarli do wybrzeża, wywołała duży niepokój w oddalonym o 17 mil od Prostek Królewcu. O przebiegu wydarzeń wiedział też szwedzki sztab główny, który miał swą siedzibę we Fromborku. Przez kilka dni po bitwie żona Karola Gustawa nocowała na statku zakotwiczonym na morzu – tak na wszelki wypadek.
Wszystko to mogło zakończyć się dla Szwedów prawdziwą katastrofą, gdyby nie przypadek. Oto w tym samym czasie przez teren Prus Książęcych przemieszczał się pod dowództwem Stenbocka oddział złożony z 8000 ludzi, który kierował się do Inflant, aby wesprzeć tam walczące wojska szwedzkie. Kiedy Stenbock dowiedział się o rezultacie bitwy, natychmiast zmienił kierunek marszu, zgromadził resztki rozproszonych wojsk pobitych pod Prostkami i ruszył na Polaków. Ci jednak z typową dla siebie łatwością wymknęli się Stenbockowi, maszerując w stronę granicy, a drogę ich przemarszu wyznaczały pióropusze dymów palonych i plądrowanych wsi.
Dnia 22 października Stenbockowi doniesiono, iż przeciwnik znajduje się w odległości trzech mil od niego, tuż nad granicą prusko-litewską. Chcąc wykorzystać tę ostatnią szansę, jaka im się nadarzała, aby dopaść wroga, Szwedzi postanowili porzucić tabory, ciężką artylerię i większą część piechoty, i ruszyć jak najprędzej śliskimi, jesiennymi drogami w kierunku granicy. Kiedy straż przednia dotarła do wzgórza wznoszącego się pod Filipowem, stała się celem wściekłego ataku litewskiej jazdy. Oznaczało to jednak, że Szwedom udało się doścignąć główne siły przeciwnika.
Okupione dużymi stratami doświadczenia spod Warki nie zostały jednak zapomniane: podjazd szwedzki miał tym razem ze sobą dwa lekkie działa, które natychmiast wytoczono na pozycje ogniowe i oddano salwę. Atak litewski został powstrzymany. Niedługo potem Szwedom udało się ustawić na wzgórzu więcej armat. Podczas gdy wszystkie baterie ostrzeliwały ustawione w prostokąty siły litewskiej kawalerii, Stenbock poprowadził część swojej kawalerii do kontrataku w wąwozie… i to wystarczyło, bo Litwini wycofali się. Na miejscu, gdzie doszło do starcia, znaleziono kilka flag, część wziętych wcześniej do niewoli jeńców szwedzkich13 i całe tabory – litewskie i te, które Litwini zdobyli na Szwedach pod Prostkami. Ziemię zalegało ponad 500 ciał zabitych Litwinów.
Dopiero po pewnym czasie do Szwedów dotarło, dlaczego w tak szybki sposób odnieśli zwycięstwo: okazało się, że oddział, z którym walczyli, liczył o połowę mniej ludzi, niż się spodziewano. Kilka dni wcześniej Tatarzy – którym i tak nigdy do końca nie ufano – pokłócili się z dowódcą oddziału, po czym zabrali wszystkie swe łupy i ruszyli w drogę powrotną na Krym. Najważniejszą część tatarskiego łupu stanowiło prawie 5000 jeńców, wśród których tylko nieliczni byli żołnierzami, podczas gdy większość stanowili chłopi i mieszczanie pochodzący z terenów Prus Książęcych, gdzie wcześniej grasowały litewsko-tatarskie oddziały. Tereny te rozciągały się w pobliżu takich miast jak Pisz, Ełk i Ryn. Nie chodziło tu jednak o typowe przemieszczenie tych ludzi na inne tereny: dla jeńców oznaczało to po prostu prawdziwą drogę krzyżową, która miała ich zaprowadzić aż do Morza Czarnego, gdzie Tatarzy zamierzali ich sprzedać na którymś z targów niewolników. Tatarzy parali się tym zajęciem już od stuleci, ale handlowanie jeńcami chrześcijańskimi było dla Polaków dość krępujące, tym bardziej, że Tatarzy nierzadko porywali się na polskich chłopów, jeśli nie trafiła im się jakaś lepsza okazja, chcąc tym samym przyprowadzić na Krym jak największy jasyr (miesiąc wcześniej polska królowa i jej damy dworu wykupiły z tatarskiej niewoli kilka szwedzkich kobiet, które wpadły Tatarom w ręce po bitwie pod Rawą).
Ledwo jednak Szwedzi złapali oddech, dotarła do nich wiadomość, że Polacy zaatakowali Łęczycę, a załoga, w skład której wchodzili Szwedzi, Brandenburczycy i Polacy w szwedzkiej służbie, skapitulowała po trzydniowym oporze (następnej nocy po kapitulacji ofiarą zemsty Polaków padło wielu Żydów, których oskarżono o to, że pomagali szwedom w obronie, rzucając kamieniami w atakujących Polaków). Miasto było jedną z najdalej na zachód położonych twierdz wchodzących w skład łańcucha obronnego chroniącego tyły szwedzkiej armii; upadek Łęczycy był sygnałem, że armia polska przystąpiła do ofensywy.
Siły polskie kontynuowały marsz na wybrzeże, a słabo obsadzone garnizony, które stały na ich drodze, uciekały na wieść o nadchodzącym wojsku albo szybko kapitulowały. Odcięto Kalisz i zajęto Chojnice. Załoga Bydgoszczy nawet nie czekała na nadejście wroga, tylko wysadziła w powietrze zamek i uciekła na północ. Dowództwo szwedzkie wysłało co prawda na pomoc oddział kawalerii złożony z 1500 ludzi, ale został on zatrzymany w zasadzce. Na jego czele stał hrabia Wrzesowicz, cieszący się już bardzo złą sławą. Rok wcześniej działał na terenie Wielkopolski z taką brutalnością, że sami urzędnicy szwedzcy zażądali jego odwołania. Wrzesowicz wzięty został potem do niewoli przez grupę chłopów, którzy widocznie znali go z wyglądu i z opowieści o jego czynach. Chłopi zatłukli go kijami na śmierć, a ciało – zmasakrowane i wzdęte – zostawili na ziemi bez pochówku, bo nikt nie chciał się tym zająć.
Tymczasem polska jazda przekroczyła granicę cesarstwa niemieckiego.
Wojska brandenburskie dokonały co prawda niedawno okrutnego i zupełnie niepotrzebnego ataku na wielkopolskie terytoria nadgraniczne14, ale najazd polskich wojsk na ziemie brandenburskie miał na celu wywarcie politycznego i wojskowego nacisku na księcia elektora. Jednak najbardziej widocznym efektem akcji polskiej było to, iż bezbronna ludność cywilna Brandenburgii poddana została takim samym represjom, jakie do tej pory były udziałem ludności zamieszkującej Rzeczpospolitą.
Niewielka liczebnie armia księcia elektora reprezentowała jak wspomniałem wysoką jakość, ale w chwili opisywanych wydarzeń znajdowała się w zupełnie innym miejscu, a mianowicie w Prusach Książęcych. Oznaczało to, że Pomorze Szwedzkie i Nowa Marchia Brandenburska były zupełnie pozbawione obrony. Co prawda książę zwrócił się z apelem do szlachty zamieszkującej obie prowincje, aby jako poddana księciu wypełniła swe obowiązki i zorganizowała własną obronę, ale łatwiej było to powiedzieć, niż zrobić, ponieważ cały kraj i jego ludność nadal odczuwali skutki wojny trzydziestoletniej. Niewiele lepsze były też nastroje po wojnie. Dlatego też udało się wystawić wspólnymi siłami jedynie oddział kawalerii liczący około 500 ludzi, co sprawiło, że Polacy mogli rabować i palić bez żadnych ograniczeń. Ludność niemiecka w dziesiątkach tysięcy uciekała za Odrę. Polacy spalili między innymi miasto Kulmesberg, a ich łupem padło 4000 sztuk bydła, które pognali do Polski. Pojedyncze podjazdy polskiej kawalerii dotarły nawet do szwedzkiej części Pomorza i pojawiły się pod Szczecinem, gdzie zachowywały się tak, jakby chciały zaatakować miasto. Do władz docierały raporty mówiące o tym, że inne polskie oddziały maszerowały na południowy zachód, na Frankfurt nad Odrą. Fryderyk Wilhelm obawiał się, że mogą zaatakować Berlin, dlatego też zaczął rozważać ewakuację swego dworu do Spandau15.
W tym samym czasie główne siły polskie maszerowały w stronę wybrzeża. W połowie listopada dotarły do Łęgowa, położonego i milę na południe od Gdańska, gdzie rozbiły obóz. Karol Gustaw nie przeszkadzał Polakom w ich marszu na północ z prostej przyczyny: armia szwedzka, dziesiątkowana zarazą, mogła przeciwstawić Polakom nie więcej niż 4000 ludzi. Reszta sił rozlokowana była jako załogi w zajmowanych przez Szwedów twierdzach i miastach, zajęta blokadą Gdańska albo maszerowała wraz ze Stenbockiem na Inflanty. Wielu zmarło od chorób, ran i z wycieńczenia. Sam książę elektor zajęty był własnymi kłopotami i mógł oddać do dyspozycji króla – i to niechętnie – jedynie symboliczne posiłki. Wszystko to sprawiło, że 12 listopada 1656 roku Jan Kazimierz, przy dźwięku dzwonów kościelnych, salw armatnich i wśród okrzyków mieszkańców dokonał triumfalnego wjazdu do Gdańska. Nikt mu w tym nie przeszkodził.
Wjazd do Gdańska miał znaczenie większe niż symboliczne. Mimo prowadzonego przez szwedów oblężenia i kuszących propozycji o zachowanie neutralnej postawy w toczonym konflikcie, Gdańsk pozostał wierny Rzeczpospolitej. To, że miasto doczekało się w końcu obiecanej pomocy, oznaczało, że plany szwedzkie, zakładające przejęcie kontroli nad Prusami Królewskimi, stały się utopią. Odnoszący do tej pory prawie same sukcesy Szwedzi, znaleźli się nagle stłoczeni na wąskim terytorium, którego powierzchnia topniała tak szybko, jak kra lodowa w czasie wiosennego ocieplenia… jednocześnie żadne znaki na niebie nie wskazywały na to, aby polityczna sytuacja Szwedów miała ulec jakiejkolwiek poprawie.
Do Karola Gustawa dotarła najpierw informacja, że Rzeczpospolita podpisała układ z Rosją o zawieszeniu broni (dyplomaci polscy w Moskwie, źle traktowani przez swych rosyjskich gospodarzy, zmuszeni zostali między innymi do oddania carowi Wilna; car tłumaczył to tym, że upadek miasta był karą bożą zesłaną na Polaków za popełnione przez nich grzechy). I chociaż porozumienie porównać można z małżeństwem zawartym pod przymusem, i to za wysoką cenę, oznaczało ono w każdym razie, że Polacy mieli zagwarantowany spokój na jednym froncie, dzięki czemu mogli teraz rzucić wszystkie swe siły przeciwko Szwedom.
Na początku grudnia 1656 roku podpisany został układ w Wiedniu, w którym Austria – dziedziczna prowincja cesarza16 – opowiedziała się po stronie Polskie w toczącym się konflikcie.
Tym samym Karolowi Gustawowi przybył nowy, potężny przeciwnik, którego co prawda niedawno pokonano, ale odbyło się to za tak wysoką cenę, że mogło w efekcie doprowadzić do złamania kręgosłupa państwu szwedzkiemu. Był to też przeciwnik, który, tak jak wszyscy inni poszkodowani w wielkiej wojnie, dyszał żądzą zemsty.
Układ stanowił jednak dla wielu Polaków spore rozczarowanie – ostrożny cesarz godził się na wysłanie Janowi Kazimierzowi nie więcej niż 4000 żołnierzy, a Rzeczpospolita zobowiązała się do ich utrzymania i wypłaty żołdu. Obaj władcy mieli jednak nadzieję, że wobec rosnących szeregów ich żołnierzy, w obozie przeciwników nawet tak odważnemu władcy jak Karol Gustaw zadrży serce. Mylili się jednak obaj. Król Szwecji przy wielu okazjach udowodnił, że obce mu było zachowanie polegające na wyznaczaniu nieprzekraczalnych granic – cecha, która charakteryzuje prawdziwych mężów stanu. Według słów pewnego francuskiego dyplomaty, Karol Gustaw stał przed alternatywą: zwyciężyć albo… polec. Innego wyboru nie miał. Była to więc postawa bezkompromisowa, tak nietypowa i szokująca w stosunku do pragmatycznych postaw charakteryzujących XVII wiek. Postawa prezentowana przez Karola Gustawa stała się zapowiedzią niezwykłej, bezkompromisowej postawy, która stała się przyczyną późniejszego upadku jego wnuka17. W obliczu zaistniałych faktów Karol Gustaw po raz kolejny rzucił się w wir pracy nad swym walącym się planem, wyposażony we wszystkie swe zdolności improwizacyjne, całą swą energię i swą zwykłą, bezgraniczną fantazję.
W ciągu całej jesieni 1656 roku posłańcy reprezentujący wszystkie możliwe partie, strony i państwa krążyli po Europie, czyniąc wszystko, co było w ich mocy, ażeby albo zakończyć wojnę, albo jeszcze bardziej ją rozszerzyć. Pod koniec grudnia wszystkie strony opanowała prawdziwa gorączka dyplomatyczna. Odnosi się to zwłaszcza do posłów francuskich, którzy intensywnie pracowali nad różnymi inicjatywami pokojowymi, starając się także doprowadzić do bezpośredniego spotkania między Janem Kazimierzem a Karolem Gustawem. I chociaż obaj władcy byli całkowicie niezainteresowani takim spotkaniem i porozumieniem, to nie brakowało i takich osób, zwłaszcza po polskiej stronie, które przychylnie odnosiły się do jakiegoś kompromisu gwarantującego pokój. Z drugiej strony, kiedy bezpośrednie zagrożenie dla Rzeczpospolitej zostało zażegnane, pojawiły się ponownie dawne podziały. Polacy i Litwini kłócili się z powodu podpisanego niedawno układu pokojowego z carem, a w kręgach wojskowych nieufność wobec cesarza i Austrii była tak wielka, że pojawiły się nawet głosy proponujące, aby zamiast z cesarzem zjednoczyć się ze Szwedami. Poza tym główna armia polska była już zmęczona i wycieńczona. Szybki manewr związany z marszem na Gdańsk nadwerężył w dużym stopniu zapasy, jakimi dysponowało wojsko, doprowadził do pustki w kasie wojskowej i odbił się niekorzystnie na kondycji fizycznej armii. Brak żołdu na wypłatę dla żołnierzy pogorszył sytuację, a wkrótce potem wróciły stare czasy, w których dominowały kłótnie, niekończące się debaty, bunty w wojsku i przemoc, a żołnierze odmawiali podporządkowania się rozkazom swych dowódców.
Już po dwóch tygodniach bezpowrotnie przepadły nadzieje na zawarcie układu pokojowego. Dnia 6 grudnia 1656 roku doszło bowiem do podpisania kolejnego porozumienia. Tym razem odbyło się to w Radnot18, a sygnatariuszami były Szwecja i Siedmiogród. Po długich negocjacjach, po okresach wahania, silnych naciskach i licznych obietnicach19, Jerzy Rakoczy zdecydował się w końcu przystąpić do wojny jako sojusznik Szwedów.
Wiadomość o podpisaniu traktatu w Radnot sprawiła, że „bracia czescy” nadal z pełną wiarą głosili, że jednak mieli rację i że oto nadszedł Dzień Ostateczny. Decyzja cesarza, który wraz z Austrią opowiedział się po stronie Rzeczpospolitej, przekonała ich, że przynajmniej jeden wątek spośród ich apokaliptycznych wizji potwierdził się: siły Antychrysta szykowały się do decydującego starcia. A kiedy Siedmiogród wszedł w sojusz ze Szwecją, to było to dowodem – jak twierdzili „Bracia” – na potwierdzenie tego, co głosiły przepowiednie, a mianowicie, że dobre moce z północy i wschodu powinny stanąć obok siebie ramię w ramię.
Trzeba jednak dodać, że tak jak inne ugrupowania porwane wizją, zgodnie z którą los świata już dawno został przesądzony, a jego kres dobiega końca, „Bracia czescy” nie mogli się oprzeć pokusie poprawiania tego, co i tak miało być nieuniknione, albo pomagania prorokom w znalezieniu właściwej drogi. Bardzo napracowali się też nad tym, aby ów sojusz doszedł do skutku. Mało było w Europie takich miejsc, gdzie ich krecia robota przyniosła tak owocne rezultaty jak w Siedmiogrodzie.
Był to z wielu względów niezwykły kraj. Księstwo powstało w XVI wieku, po zwycięskiej, choć niosącej zniszczenie wojnie prowadzonej przez imperium osmańskie przeciwko Węgrom.
Państwo węgierskie zostało wtedy podzielone na trzy części. Jedna z nich – mała, wąska, ale gęsto zaludniona – zachowała pewien rodzaj nominalnej niezależności kontrolowanej jednak przez Habsburgów; druga część – rozległa, płaska i rzadko zaludniona – wcielona została bezpośrednio w granice Imperium Osmańskiego; trzecia część – Siedmiogród – dostała się pod władzę sułtana stając się jednym z państw wasalskich. Tak długo, jak mieszkańcy prowincji płacili swe roczne podatki i zachowywali się jak posłuszni poddani, mogli rządzić się sami, co nie przeszkadzało ich leniwym panom w Istambule. Mieli własny parlament i sami mogli wybierać swego księcia. Nie było to więc jakieś lilipucie państewko. Formą i wielkością przypominało Irlandię, ale taką Irlandię, która otoczona jest górami, a nawet jest z nich zbudowana: na północy i wschodzie Karpaty, na południu Alpy Transylwańskie, na zachodzie góry Gyalu20. Księstwo przypominało więc w pewnym sensie potężną twierdzę, było też państwem graniczącym z kilkoma wielkimi krajami. Z tego powodu stanowiło popularne miejsce do osiedlania się dla pojedynczych osób i całych ludów, które szukały dla siebie wolności lub bezpiecznego azylu.
Kraj był z pewnością trudno dostępny. Główne szlaki komunikacyjne biegły przez osiem przełęczy, więc zdarzało się, że dyplomaci, którzy podróżowali w tamtym kierunku, musieli używać koni jucznych do przewożenia swego bagażu. Tak jak wiele innych regionów górskich, księstwo było jednak odizolowane i biedne, a życie mieszkańców ciężkie i pełne znoju. Rolnictwo zaspakajało głównie podstawowe potrzeby mieszkańców, a jedynym towarem eksportowym, który cieszył się sporym wzięciem, było drewno, które pozyskiwano z lasów pokrywających wysokie partie gór, a potem spławiano w dół rzeki do miejsc, gdzie można je było sprzedać (pod względem gospodarczym Siedmiogród należał bardziej do Półwyspu Bałkańskiego i Lewantu niż do Europy Wschodniej: od Morza Czarnego dzieliło go niecałe 40 mil). Ludność była niezwykle różnorodna, nawet jak na XVII wiek. Mieszkali tu mówiący po węgiersku Szeklowie, rumuńskojęzyczni Wołosi, niemieccy Sasi, a oprócz nich także Żydzi, Bułgarzy, Cyganie, Włosi i Ormianie. Między poszczególnymi grupami istniały nie tylko różnice językowe, ale i klasowe: większość posiadaczy ziemskich mówiła po węgiersku, większość chłopów po rumuńsku, większość mieszczan po niemiecku. Czasy nacjonalizmu jeszcze na szczęście nie nadeszły, dzięki czemu ludzie żyli w zgodzie, a kultury mieszały się ze sobą jak w tyglu. Świadczyły o tym dobitnie budowle wznoszone w kraju. Kościół luterański w Brasovie wzniesiono w stylu północnoniemieckiego gotyku, ale ozdobiono go tureckimi dywanami. Cerkiew prawosławna z kolei przypominała ze względu na mieszankę stylów bal maskaradowy, gdzie sztuka bizantyjska i barokowa występowały obok gotyku i renesansu.
Książę Siedmiogrodu, Jerzy Rakoczy, był – jak większość jego poddanych – protestantem, ale ze względu na własne przekonania, tradycje i konieczności dopuszczał dużą tolerancję religijną, która przewyższała nawet tę, jaka panowała kiedyś w Rzeczpospolitej. To chyba dlatego jego dwór działał jak magnes dla wielu prominentnych „braci czeskich” – m.in. Comeniusa i proroka Drabika – którzy napływali tam, aby z wielkim przekonaniem i sporym sukcesem szerzyć swe proroctwa o sojuszu trzech potęg. Jednym z tych, którego dało im się przekonać, był nie kto inny, jak sam Rakoczy. To, że skłonienie księcia do włączenia się w wojnę zabrało im tak wiele czasu, spowodowane było głównie tym, że w otoczeniu księcia znajdowało się wiele osób (między innymi matka księcia, jego teściowa i żona Zsofia Batory), u których wiara w objawione proroctwa była mniejsza niż strach przed wojną. Nawet hierarchowie kościoła katolickiego czynili księciu trudności i wysuwali kontrargumenty. Nie na wiele się to jednak zdało. Pijany ideą, że oto teraz przystąpi do świętej wojny, i przekonany, że mieszkańcy Rzeczpospolitej powitają jego nadejście z zadowoleniem, książę wysmarował napuszony manifest21, wydany po polsku i łacinie, gdzie obwieszczał, że przybywa na własne życzenie Polaków, aby wziąć ich pod swą ochronę i zagwarantować wolność religii.
Trzeciego dnia świąt Bożego Narodzenia oddziały księcia zeszły z zaśnieżonych gór i przekroczyły polską granicę, kierując się w stronę słabo bronionych okolic graniczących z Ukrainą, stanowiących do niedawna bazę zaopatrzeniową dla Jana Kazimierza. Sam Rakoczy miał dołączyć do nich w ciągu tygodnia, prowadząc ze sobą resztę swej wielkiej armii22.
Kiedy na początku stycznia 1657 roku Erik Jönsson musiał przerwać ledwo rozpoczęte prace przy naprawie fortyfikacji Torunia, otrzymał rozkaz, aby natychmiast wyruszył do Chojnic, które Polacy zajęli w czasie marszu na Gdańsk. Szwedzi postanowili odzyskać utraconą twierdzę, a miało się to dokonać w ramach rozpoczętej przez Karola Gustawa kontrofensywy.
Manewr zaskoczenia nie powiódł się, prowadzone rozmowy dyplomatyczne rozjaśniły trochę sytuację, a zaraza zbierała coraz mniejsze żniwo – krzywa zachorowań zawsze spadała w miarę, jak nadchodziły coraz większe chłody: wszy nie lubiły mrozu. Jednocześnie udało się wzmocnić marne resztki, nazywane do niedawna armią szwedzką, świeżymi rekrutami przybyłymi z Pomorza i żołnierzami pozyskanymi z armii Stenbocka, który po zwycięstwie pod Filipowem maszerował teraz z powrotem na zachód, w stronę delty Wisły. Plan przewidywał, że armia szwedzka przeprawi się przez Wisłę, a następnie ruszy na Gdańsk.
Operacja przebiegała jednak w wolniejszym tempie, niż zakładano, ponieważ spiętrzenie kry na Wiśle i silne burze opóźniły budowę mostów. Dlatego też dopiero pod koniec grudnia 1656 r. wojsko zdołało przeprawić się pod Gniewem na drugi brzeg i osiągnąć punkt położony sześć mil na południe od Gdańska. Kiedy Szwedzi, maszerując przez wypalone okolice, zbliżyli się do obozu polskiego rozbitego pod Łęgowem, tradycyjnym sposobem wezwali Polaków do bitwy oddając dwa strzały armatnie. Przeciwnik odpowiedział w taki sam sposób, ale na tym się skończyło. A kiedy następnego dnia żołnierze Karola Gustawa wspięli się na kilka wzgórz górujących od północnej strony nad polskim obozem, zobaczyli, że jest on pusty i opuszczony: piechota polska przeniosła się do Gdańska, gdzie przebywał Jan Kazimierz, a jazda ponownie oddaliła się na południe.
Nie mając artylerii, czasu i cierpliwości, aby rozpocząć formalne oblężenie, król szwedzki pozostawił część swej armii pod Gdańskiem, po czym na czele reszty wojska ruszył za znajdującą się w odwrocie polską kawalerią. Około godziny trzeciej, w nocy z 2 na 3 stycznia 1657 roku, szwedzki oddział kawalerii liczący 950 ludzi23 dotarł do Chojnic, gdzie część Polaków rozbiła się obozem. Skwadrony przemknęły przez most wyściełany słomą, która miała zagłuszyć tupot końskich kopyt, a potem rzuciły się do ataku na Polaków. Szwedzi najpierw podpalili domy, a wielu polskich kawalerzystów, którzy uratowali się z płomieni, zostało potem zabitych, kiedy na wpół rozespani wybiegli w środku nocy na pokryte śniegiem ulice. Kiedy następnego dnia wstało słońce, Szwedzi naliczyli ponad 3000 zakrwawionych i sztywnych od mrozu ludzkich ciał, niezliczoną liczbę zabitych koni i 2600 tych, co przeżyły masakrę24. Niedługo potem do Chojnic dotarły główne siły szwedzkie, które natychmiast przypuściły atak artyleryjski na miasto. Teraz dopiero Polacy zrozumieli, o co w tym wszystko szło: gdyby miasto padło, droga w stronę wybrzeża byłaby dla nich zamknięta, a Jan Kazimierz znalazłby się w pułapce bez wyjścia.
Było rzeczą oczywistą, że pomysłowy Erik Jönsson będzie bardziej przydatny pod Chojnicami niż pod Toruniem. Erik ruszył więc w szybkim tempie na północny zachód, eskortowany przez porucznika i 30 kawalerzystów. Zdołali jednak przebyć zaledwie pół drogi, kiedy dotarła do nich wiadomość, że Chojnice skapitulowały. Stało się to 11 stycznia 1657 roku, po trzech dniach gwałtownego ostrzału. Erik potrzebował jeszcze kilku dni, aby wraz ze swą eskortą dogonić szwedzkie wojsko, które zaraz po zajęciu miasta pomaszerowało dalej.
Po raz pierwszy od zakończenia wojny trzydziestoletniej uczestniczył na poważnie w wojnie, brał udział w codziennym życiu wojska, mieszkał w zimnych namiotach ustawionych w śmierdzącym od ludzkich i zwierzęcych odchodów obozie. Przeżywał codzienną monotonię długich marszów w rozciągniętych kolumnach wozów, bydła i ludzi idących piechotą; ciągle w ruchu w stronę horyzontu zamazanego od deszczowych chmur, kłębów dymu albo kryjącego to, co niewiadome. Jak to zwykle bywało, już wkrótce pochód zamienił się w ciąg mil, nazw i miejsc, nie mających ze sobą jakiegoś logicznego i wyraźnego związku, ponieważ tylko najwyżsi rangą dowódcy posiadali całkowitą wiedzę, a i to nie zawsze. Szeregowcy i podoficerowie nie stawiali żadnych pytań; szli tam, dokąd kazano im iść, a swoje rozważania zostawili dla siebie.
Erik i jego eskorta jechali śladem armii, która szła naprzód klucząc po okolicy i wypatrując okazji na stoczenie bitwy. Szwedzi ruszyli najpierw w szybkim tempie na południowy wschód i przeszli przez skutą lodem Wisłę. W czasie tego manewru doszło do drobnej potyczki z niewielkim oddziałem polskiej kawalerii, ale wkrótce potem armia dokonała zwrotu na północny wschód, zbliżając się do granicy z Prusami Książęcymi. Karol Gustaw zarządził tam postój, który trwał aż do drugiej dekady stycznia. Z obozu wyjeżdżały, a jakiś czas potem wracały pojedyncze oddziały, aż w końcu armia ruszyła dalej, kierując się łukiem na południe, a potem na południowy wschód, w głąb Polski, gdzie pod koniec stycznia doszło do przypadkowego kontaktu z polską kawalerią w pobliżu ogarniętego pożarem miasteczka leżącego na północ od Narwi. Następnie armia dokonała kolejnego manewru, kierując się na Litwę, ale zanim dotarła nad granicę, dowództwo zarządziło nagły postój, po którym wydano rozkaz marszu na północ, w stronę Prus Książęcych, a potem znowu na południowy zachód. Kiedy 11 marca zmęczeni żołnierze dotarli do Torunia, okazało się, że ślad, jaki po wykonanych manewrach pozostał na mapach sztabowych, przypominał ogromną ósemkę.
Dopiero jakiś czas potem stało się jasne, jakie były przyczyny takich decyzji.
Armia, do której wcielono Erika, wysłana została, aby przeszkodzić dużemu oddziałowi polskiej jazdy, który próbował przebić się do Gdańska i uwolnić zamkniętego w nim Jana Kazimierza. Jednak po ostatnim starciu ze Szwedami, do którego doszło przy wspomnianym już płonącym mieście, Polacy zrezygnowali z tego zamiaru. W tym momencie armię szwedzką skierowano na północny wschód z odsieczą dla obleganego Tykocina, stanowiącego najbardziej na wschód wysunięty punkt szwedzkiego systemu bezpieczeństwa, który ciągnął się od wschodu do zachodu. Tykocin oblegany był przez armię litewską, która w październiku pobita została przez Szwedów pod Filipowem. Marsz na Tykocin został nagle wstrzymany po otrzymaniu przez dowódców informacji, że miasto zostało wzięte szturmem, a reszta załogi szwedzkiej popełniła zbiorowe samobójstwo: żołnierze zamknęli się w wieży, a potem wysadzili się w powietrze25.
W tym samym czasie Jan Kazimierz wymknął się z pułapki. Jego królewska małżonka – wpadła w złość, kiedy dowiedziała się, że król nadal tkwi w Gdańsku, po czym zwróciła się do głównodowodzących armią, aby zebrali wojsko i przebili się do Gdańska. Jej rozmówcy krzywili się na to, wynajdywali kłopoty i zrzucali winę na żołnierzy, którzy byli wynędzniali i od dawna nie otrzymywali żołdu. Królowa zorganizowała wtedy ekspedycję ratunkową za swe prywatne pieniądze, a na czele oddziału stanął – któż by inny?
– Czarniecki. To właśnie ten oddział tak gorliwie ścigali Szwedzi. Pierwsza próba dotarcia do morza nie powiodła się, ale za drugim razem Czarniecki wykonał jeden z najbardziej śmiałych manewrów tej wojny: stojąc na czele wybranych 2000 jazdy pokonał w ciągu trzech dni 28 mil26, przebijając się przez szwedzkie linie obrony, dotarł do Gdańska i wyprowadził króla w bezpieczne miejsce. A kiedy Gdańszczanie odmówili wypłaty pieniędzy, które żołnierzom obiecała królowa, hetman rozpuścił swój oddział po Żuławach, zezwalając żołnierzom na nieograniczone rabunki.
Po ponad tygodniowym oczekiwaniu w obozie rozłożonym na południe od Torunia, kiedy to armia otrzymała nowe uzbrojenie, umundurowanie i żywność, po zasłużonym odpoczynku i wypłacie zaległego żołdu, wojsko ruszyło w dalszą drogę. Działo się to w ostatniej dekadzie marca 1657 roku. Karol Gustaw zaplanował kolejny wielki skok, tym razem znad wybrzeża w głąb kraju i dalej na południe. Pierwsza taka próba została podjęta – jak pamiętamy – latem 1655 roku, a jej efektem było zdobycie Krakowa. Po raz drugi król zdecydował się na taki manewr zimą 1656 roku, kiedy to armia szwedzka znalazła się o krok od zagłady w widłach Wisły i Sanu. Trzeci raz Karol Gustaw przeprowadził taką operację latem tego samego roku, kiedy to jego armia odniosła imponujące, choć nie mające większego znaczenia zwycięstwo pod Warszawą. Teraz król podjął czwartą próbę, a za cel postawił sobie odniesienie ostatecznego zwycięstwa. Jego żołnierze maszerowali już błotnistymi drogami na południe.
W swym ostatnim, tak ryzykownym przedsięwzięciu, Szwedzi sięgnęli do ostatnich rezerw, a mimo to udało im się zgromadzić nie więcej niż około 7000 żołnierzy, z czego połowę stanowili Brandenburczycy. Poszczególne regimenty były nie tylko przerzedzone pod względem liczebnym, ale cierpiały także na braki w zaopatrzeniu, zwłaszcza prochu i koni pociągowych. I to z tymi siedmioma tysiącami wojska Karol Gustaw miał dokonać tego, co nie udało mu się osiągnąć z czterdziestoma tysiącami dwa lata wcześniej. Różnica polegała jednak na tym, że tym razem Szwedzi zamierzali połączyć się ze swym nowym sojusznikiem, księciem Siedmiogrodu. O jego wojsku wiedziano tylko tyle, że maszeruje właśnie przez południowe regiony Polski i zmierza do Krakowa.
Erik podążał za wojskiem, zaglądając w każdy kąt. Do jego zadań należało między innymi wynajdywanie odpowiednich kwater dla żołnierzy. Wysłano go także do kilku mniejszych twierdz, gdzie Erik dokonał inspekcji, po której niektóre polecił wzmocnić, a niektóre opuścić. Armia nadal podążała na południe, kierując się w ciepłych promieniach wiosennego słońca prawie prostą drogą na Kraków. Często mijano te same okolice i te same miasta i wsie, przez które armia maszerowała w pamiętnym, 1655 roku. Różnica między obydwoma marszami była jednak ogromna. Trwająca prawie dwa lata wojna doprowadziła w niektórych miejscach do tak straszliwych spustoszeń, że przewyższały one czasami szkody, jakich w Europie dokonała wojna trzydziestoletnia. Kiedy Szwedzi wkroczyli do Polski, był to kraj, który przyciągał ich spojrzenia. Teraz ten sam kraj był zniszczony, ogołocony, spustoszony. To, czego nie zniszczyli albo nie splądrowali Szwedzi, dostało się w ręce Brandenburczyków, Polaków albo żołnierzy księcia Rakoczego.
Wiele miast było podziurawionych od kul, wiele zamków wysadzonych w powietrze, wiele wsi spalonych, wiele kościołów zniszczonych, wiele gospodarstw znikło z powierzchni ziemi27. Oględziny, jakich dokonano po zakończeniu wojny, przyniosły zatrważający wynik: „obecnie całkowicie zniszczone – brak ludzi i zabudowań – pole zamienione w nieużytek i porośnięte trawą – zniszczone w tak wielkim stopniu, że nawet śladu nie zostało – w tej wsi nie ma już żadnych zabudowań – cała wieś zniszczona i nawet nie obsiano pól – całkiem pusto, we wsi stoją tylko dwa zniszczone domy, brak ludzi – całkiem opustoszała, tylko trzy puste domy, nie ma ludzi – puste… – puste… – puste”. Spośród 425 wsi położonych w Prusach, stanowiących własność króla, aż 127, czyli 29% było po wojnie całkowicie zniszczonych, 140, czyli 33% zniszczonych zostało więcej niż w połowie, a 158, to znaczy 38%, uległo zniszczeniu mniej niż w połowie28. Liczba chłopów gospodarujących na dużych areałach (tzw. storbönder) spadła w wielu prowincjach do jednej trzeciej w porównaniu ze stanem sprzed 1655 roku. Spadła też powierzchnia gospodarstw i tendencji tej nie udało się już odwrócić. W niektórych miejscach, gdzie nieprzyjaciel albo sąsiad zrabował chłopu bydło, nierzadki był widok rolnika, który sam zaprzęgał się do pługa, jeśli w ogóle jakiś pług jeszcze posiadał (brak zwierząt pociągowych był po wojnie tak duży, że w dość niezwykły sposób przyczynił się do zahamowania procesu odbudowy kraju). Zmniejszyła się także liczba ludności, i to wszędzie, a to na skutek bitew, napadów, głodu czy epidemii. Średni spadek wynosił jedną czwartą, chociaż w najgorszych przypadkach wyniósł aż jedną trzecią29. Rodziny, które przeżyły, były mniejsze niż przed wojną, wzrosła natomiast drastycznie liczba biednych i bezdomnych. Pod koniec wojny tylko w samym Elblągu naliczono około 3000 żebraków, z których większość stanowiły dzieci i młodzież. Wieczorami gromadziły się one płacząc głośno przed domami bogatych mieszczan, ale zaraz usuwali je stamtąd szwedzcy żołnierze, grożąc im karą śmierci, gdyby poważyły się wrócić.
Oczywiście, spustoszone zostały nie tylko gospodarstwa chłopskie i pola. Wojna przyczyniła się też do upadku rzemiosła i bankructwa małych manufaktur, które stanowiły tak ważny składnik gospodarki na prowincji. Wielu szewców, kowali i garncarzy musiało porzucić swe warsztaty i utrzymywać się z pracy na roli. Spośród prawie 170 młynów, które przed wkroczeniem Szwedów istniały w posiadłościach Jana Kazimierza, leżących w Prusach Królewskich, 58 czyli 34% legło w gruzach w czasie wojny30. Zniszczeniu uległo też wiele tartaków, wiatraków, browarów i kuźni. Natomiast w powiecie Kiszewa spośród 15 smolarni pozostały tylko cztery.
Żałosny widok przedstawiały miasta, chociaż ich stan zależał od tego, w jakim stopniu uczestniczyły one w bezpośrednich walkach… z reguły całkowitemu zniszczeniu ulegały przedmieścia, palone ze względu na planowane oblężenia. Mury były poryte od strzałów, zburzone albo pokruszone. Istniały też takie miasteczka, które plądrowane były przez wszystkie przechodzące przez nie wojska, bez względu na to, którą z walczących stron reprezentowały. Typowym przykładem jest Warszawa. Przed wojną w mieście istniało ponad 1000 domów, a w 1659 roku pozostało ich tylko 342. Ludność miasta zmniejszyła się o przynajmniej trzy czwarte. W wielu miejscach w Rzeczpospolitej zanikły struktury władzy, rzemieślnicy uciekli, a handel na targach zamarł. Ciężkie straty poniosły też duże, dobrze chronione miasta, jak na przykład Toruń, który w czasie wojny przeżył oblężenie. Teraz był tylko cieniem swej dawnej wspaniałości. Tylko w czasie epidemii zarazy w 1656 roku, zmarło 8962 mieszkańców grodu Kopernika, a jednocześnie mieszczan zmuszano do opłacania kosztów utrzymania załogi szwedzkiej. Kwota ta wynosiła 68 593 talary rocznie. Życie gospodarcze w Toruniu załamało się. Położenie, w jakim znajdowało się miasto, scharakteryzował w 1658 roku tymi słowy jeden z członków Rady:
Własność miejska całkowicie zniszczona, kramy kupców zniszczone, mieszczanie nie mają pieniędzy, a na skutek różnych, nieszczęśliwych okoliczności, handel przeniósł się do Bydgoszczy.
Jeszcze 26 lat po wojnie w mieście działało tylko 550 rzemieślników, to znaczy o 163 mniej niż przed wojną. Podsumowując, można tę sytuację określić tak: to, co przed latem 1655 roku było duże, wysokie, proste, strzeliste, piękne i czyste, teraz leżało w ruinach i zgliszczach, potrzaskane, zadeptane, uszkodzone i brudne.
Wojsko szwedzkie maszerowało przez tę pustynię w szybkim tempie, przeprawiło się przez Pilicę i 7 kwietnia 1657 roku dotarło nad Nidę, około 7 mil od Krakowa. Tam połączyło się z trzema regimentami kawalerii, stanowiącymi część załogi Krakowa. Na króla czekała tam już wiadomość, że armia księcia Siedmiogrodu już nadeszła, a nawet odniosła pierwsze zwycięstwa, i że teraz posuwa się na północ, wzdłuż Wisły. Szwedzi zmienili kierunek marszu i podążyli za wojskiem księcia. Erik natknął się na ślady walk stoczonych niedawno między oddziałami polskimi a Kozakami będącymi w służbie Rakoczego. Tak oto opisał to, co widział, w swym pamiętniku: „Zbliżamy się do Racowa, 1,5 mili, gdzie przed 5 dniami Polacy rozbili 400 Kozaków, którzy nadal jeszcze leżeli na ulicach; ich ciała poobgryzały świnie, a z tego, co zostało, dochodził straszliwy smród”. Następnego dnia, tj. 11 kwietnia, Erik i kilku żołnierzy wjechało do wsi, gdzie znaleźli leżącego na ziemi zakrwawionego Polaka, który odniósł dwie ciężkie rany w piersi. Wszystko wskazuje na to, że zabójstwo ze względów humanitarnych było dość rozpowszechnione w tamtych czasach, ponieważ opieka medyczna jak i wiedza medyczna wykazywały jeszcze duże braki. Erik rozkazał „pomóc” rannemu w zakończeniu życia:
Jeden z nich zeskoczył z konia i przestrzelił rannemu głowę, tak, że wyciekł z niej mózg. Ranny położył swą prawą dłoń na ranie i zanurzył palce w mózgu i krwi. Wtedy inny żołnierz oddał dwa strzały, które trafiły rannego między oczy i utkwiły w czaszce. Mimo to Polak nadał ruszał palcami zanurzonymi w ranie. Szwed pchnął go zatem swą szablą trzy albo cztery razy w serce, na co Polak, kopiąc nogami, sięgnął dłonią do piersi. Zaraz też dostał kilka nowych pchnięć w klatkę piersiową, i znowu kilka, które przebiły mu pierś i głowę, aż z roztrzaskanej czaszki wytrysła fontanna krwi. Mimo tylu ran Polak nadał kopał nogami i poruszał rękami, a potem zaczął jęczeć, jakby chciał coś powiedzieć, a wszyscy obecni zdumiewali się wielce, że był jeszcze świadomy po tym, jak jego serce i czoło zostały przebite tyle razy.
Po pół godzinie Erik i jego towarzysze zrezygnowali i pozostawili Polaka w spokoju. Nadal oddychał on jeszcze.
Tego samego wieczoru doszło w pobliżu jednego ze spalonych miast do spotkania wojsk szwedzkich i siedmiogrodzkich. Armia szwedzka ustawiła się w szyku paradnym na płaskim terenie. Wkrótce potem pojawił się Rakoczy, któremu towarzyszyła jego świta w pięknych strojach, w nakryciach głowy zdobionych szlachetnymi kamieniami i orlimi piórami. Dalej maszerowała gwardia przyboczna złożona z Węgrów i Kozaków. Na ich widok odezwały się szwedzkie fanfary i okrzyki triumfalne, pochylono sztandary, a potem rozległa się salwa z armat i broni ręcznej. Salwa była tak potężna, że jedna z kul trafiła przypadkowo pewnego młodego pułkownika szwedzkiej kawalerii, który zmarł na miejscu. Po lustracji armii szwedzkiej, której Jerzy Rakoczy dokonał z odkrytą głową, książę udał się do swych namiotów, gdzie zaczęła się głośna zabawa trwająca aż do białego rana31.
W ciągu kilku następnych dni, złożonych z ceremonii i grzeczności, pijatyk i narad wojennych, obie strony miały już wyraźny obraz tego, co się stało i co się miało zdarzyć. Po przekroczeniu granicy polskiej, armia siedmiogrodzka ruszyła najpierw na Lwów, grzęznąc w głębokim śniegu i marznąc na silnym mrozie. Inne miejscowości znajdujące się w tej okolicy ogłosiły swą neutralność, aby uniknąć rabunków, ale mieszkańcy Lwowa nie chcieli posuwać się aż tak daleko. Z dużym zdziwieniem i ulgą stwierdzili więc, że wojsko księcia oddaliło się, zostawiając ich miasto w spokoju. Książę nie obsadził też swymi załogami innych miast, które były dość słabo bronione. Z wojskowego punktu widzenia było rzeczą najrozsądniejszą zrobić to pierwsze i spróbować zrobić to drugie, aby przejąć kontrolę nad prowincją będącą ważną bazą zaopatrzeniową dla Jana Kazimierza. Problem polegał jednak na tym, że dla Rakoczego cała kampania miała wymiar bardziej polityczny, a także oparty na jego proroczych wizjach, niż przemyślany pod kątem strategicznym; według księcia kierował nią sam Bóg i miała się ona stać dla niego bardziej drogą na tron polski niż podbojem. Jego plan zakładał, że w pierwszym rzędzie wojsko księcia dotrze do Krakowa – bronionego przez Szwedów i obleganego przez Polaków32 – ponieważ było to miejsce, gdzie polscy królowie zgodnie z odwieczną tradycją koronowali się na władców. A przecież on też chciał zostać królem Polski. To, że wbrew radom i zdrowemu rozsądkowi Rakoczy zdecydował się rozpocząć kampanię polską zimą, spowodowane było tym, iż książę chciał uderzyć na Polskę jeszcze zanim ze swego letargu obudzi się jego pan sułtan turecki w Istambule i zanim zacznie mu zadawać kłopotliwe pytania.
Dlatego też jego armia ruszyła na zachód, wzmocniona silnymi pod względem liczebnym oddziałami Kozaków, których jako posiłki wysłał księciu Chmielnicki33. Wkrótce też utracił nieznaczne poparcie, jakiego udzielali mu nieliczni Polacy, a to na skutek rabunków, mordów i masakr dokonywanych przez jego niezdyscyplinowanych podkomendnych w drodze na zachód. Polacy oblegający Kraków wycofali się na wieść o zbliżających się wojskach księcia, a gdy te podeszły pod mury miasta, szwedzki komendant przekazał symboliczne klucze ubranemu w purpurę Rakoczemu podczas ceremonii, którą niespodziewanie przyspieszyła nagła burza gradowa.
Wkrótce jednak do świadomości księcia dotarła prawda, że korona polska nie spadnie mu z góry jak dojrzała śliwka. Najpierw musiał pokonać Jana Kazimierza i to w „rozstrzygającym starciu”. Do zwycięstwa dążył także Karol Gustaw, a jego spektakularny wymiar miał zapewnić mu kontrolę nad wybrzeżem Bałtyku. Król i Rakoczy zgodzili się, że muszą przeprawić się przez Wisłę, ruszyć na północny wschód i jakimś sposobem skusić, zmusić albo oszukać Jana Kazimierza tak, aby jego armia przystąpiła do decydującej bitwy.
Do zadań Erika należało, jak już wspomniałem, wyszukiwanie tras, którymi mogło poruszać się wojsko, a także przygotowywanie kwater. Miał też sporo roboty z nowym sojusznikiem Karola Gustawa. Jego eskortę stanowiła czasami siedmiogrodzka jazda. Erik wiele razy odwiedzał ich obóz. To, że armia Rakoczego w niczym nie przypominała armii szwedzkiej, łatwo mógł zauważyć każdy, kto ją spotkał albo widział. Można nawet zadać sobie pytanie, czy to rzeczywiście była typowa armia we właściwym sensie tego słowa.
Przez Karpaty przeszła ogromna liczba ludzi. Nikt nie wiedział jednak dokładnie, jak liczna była ta armia; chyba nawet sami dowódcy nie posiadali takiej wiedzy. W jej skład wchodziło wielu Wołochów i Mołdawian, około dwadzieścia tysięcy Kozaków, 7000 Węgrów i prawie 3000 wojsk zaciężnych. Razem około 50 000 ludzi (do Erika dotarła cyfra 59 000)34. Wielu było ochotnikami, a to w tym znaczeniu, że sami zaciągnęli się do wojska skuszeni możliwością rabunków, a poza tym brakowało im odpowiedniego doświadczenia i zdolności, potrzebnych po to, aby być dobrym żołnierzem walczącym na wojnie. Nie można im było zarzucić, że – tak jak ich szwedzcy sprzymierzeńcy – opętani są manią porządku geometrycznego: ich obóz był nieforemnym wielokątem, który nocą oświetlało tysiące ognisk. Namioty rozstawiano według własnego uznania, a tabory według wygody. Brakowało w nim dyscypliny. Pewien Szwed, który odwiedził sojuszniczy obóz, opowiadał ze zdumieniem, że:
Gdyby przypadkiem polem przebiegł zając albo jakieś inne dzikie zwierzę, to nie tylko pojedynczy oficerowie, ale całe kompanie w całkowitym bałaganie rzuciłyby się w pościg za nim, tak, że chwilę potem biednego szaraka ścigałoby czterdzieści czy pięćdziesiąt kompanii.
Wojskiem dowodzili dowódcy o różnym stopniu doświadczenia i różnych kwalifikacjach. Na czele Kozaków stali doświadczeni oficerowie, między innymi słynny wojownik muzułmańskiego wyznania35. Węgrzy, którzy dowodzili siłami siedmiogrodzkimi, byli wszyscy „statecznymi i grzecznymi żołnierzami, ale z małym doświadczeniem w wojaczce”. Widać to było po nich. W wojsku panował nieporządek, niezadowolenie i swary. Żołnierze węgierscy byli bardzo niezadowoleni z jakości jedzenia, Kozacy skarżyli się na niewypłacony żołd, wielu innych zdążyło już zdezerterować, chociaż kampania tak na dobre jeszcze się nie zaczęła (stare spory albo nieporozumienia prowadziły też do wybuchających od czasu do czasu krwawych bójek między przedstawicielami różnych narodowości). To, że większość żołnierzy Rakoczego dysponowała końmi, stanowiło ich zaletę tylko teoretycznie, ponieważ armii towarzyszyły tabory, równie wielkie, co mało ruchliwe. Tak się bowiem złożyło, że do wozów zaprzęgano woły zamiast koni. Liczba wołów w każdym zaprzęgu sięgała nawet dwudziestu sztuk36.
Kiedy zapadła decyzja o wyruszeniu na północny zachód, obie armie zaczęły budować mosty przez Wisłę. Doświadczeni w tym względzie inżynierowie szwedzcy i ich robotnicy dość szybko przerzucili na drugą stronę most pontonowy, korzystając z istnienia na rzecze kilku piaszczystych łach. Jedyną rzeczą, która spowolniała tempo pracy, były pojedyncze grupki polskich żołnierzy, które krążyły na drugim brzegu rzeki i strzelały w stronę osób pracujących przy wznoszeniu mostu. Na miejscu budowy zjawił się sam Karol Gustaw, aby dokonać inspekcji. Ostrzeżono go przed polskimi strzelcami wyborowymi, ale król jak zwykle niewiele się tym przejął i podjechał bliżej brzegu. Jeden z Polaków będących w służbie szwedzkiej zbliżył się do wody i gromkim głosem zawołał do swych rodaków na drugim brzegu, że „jest tutaj król Szwecji”, i prosił, „żeby nie zrobili mu krzywdy”, po czym dla pewności wyciągnął rękę i wskazał na króla… i stała się rzecz dziwna: polscy oficerowie rozkazali wstrzymać ogień, zsiedli z koni, zdjęli kapelusze, skłonili się głęboko, po czym odjechali z całym oddziałem, z odkrytymi głowami. Na ten widok Szwedzi również przerwali ogień.
To, że całe zdarzenie zostało tak dokładnie zapamiętane, spowodowane było nie tylko tym, iż było tak niezwykłe, ale także tym, iż ucieleśniało ono magnacki ideał wojny: powściągliwe gesty i bohaterskie pozy pomagały jednostce w znoszeniu trudów dnia codziennego, gdzie powściągliwość nie występowała, a heroizm pojawiał się w ilości śladowej.
Dnia 19 kwietnia budowa mostu pontonowego została zakończona i armia szwedzka przeszła po nim w szybkim tempie na drugi brzeg37. Okazało się też, że wojsko Rakoczego pozostało w tym względzie daleko z tyłu. Brakowało chyba materiału do budowy mostu i umiejętności, dlatego też Rakoczy skierował swych żołnierzy na miejsce, gdzie przeprawiali się Szwedzi. Ci pojęli wkrótce, że nie ma już mowy o wojnie błyskawicznej: Rakoczy potrzebował aż trzech dni, aby przeprawić swe wojsko na drugą stronę.
Mijały tygodnie. Ciepło promieni wiosennego słońca zamieniało szare i matowe kolory krajobrazów na świeżą zieleń. Rozciągnięty łańcuch żołnierzy, jeźdźców, wozów, koni i wołów przesuwał się na północ. Polacy i Litwini bez trudności pozostawali poza zasięgiem Szwedów. Ci organizowali od czasu do czasu jakiś podjazd, aby dopaść swych unikających walki przeciwników, ale za każdym razem zadawane przez nich uderzenia przeszywały bezskutecznie powietrze. Polskie i litewskie siły wykazywały się całkowitym brakiem zainteresowania jakimkolwiek starciem, a tym bardziej jakąś rozstrzygającą bitwą. Dnia 2 maja obie sprzymierzone armie dotarły do Bugu w pobliżu miasteczka Krzemień, około 10 mil na północny wschód od Warszawy. Jednym z pierwszych oddziałów, który pojawił się na miejscu, dowodził Erik Jönsson. Miał on pod swą komendą 220 Szwedów – z których 120 stanowili żołnierze wchodzący w skład królewskiej gwardii przybocznej (tzw. „czarne płaszcze”) – jak również 220 Węgrów i 200 Kozaków, którym wczesnym rankiem udało się zaskoczyć polskich obrońców. W pamiętnikach Erika starcie to odnotowane zostało z pewnym chłodem, co oznaczać może, że i on sam stał się twardym człowiekiem:
Wydałem rozkaz, aby zabić wszystkich, którzy wejdą nam w drogę. Wielu z obrońców wskoczyło do rzeki, niektórym udało się przedostać na drugą stronę, ale większa część pozostałych została zabita lub utonęła. Do niewoli wziąłem 12 polskich szlachciców, w moje ręce dostała się też biała flaga, którą przekazałem potem Jego Królewskiej Mości.
Tego samego dnia armia przekroczyła rzekę w płytkim miejscu.
