60,00 zł
„Dreadnought" to nazwa okrętu, który stał się symbolem mocarstwowości państw w okresie od początku XX wieku do wybuchu pierwszej wojny światowej. Książka Roberta K. Massie opisuje właśnie ten okres w kontekście rywalizacji dwóch europejskich potęg: Niemiec i Wielkiej Brytanii.
Massie skupia się przede wszystkim na ludziach władzy – od rodów królewskich, poprzez szefów rządów, po admirałów i ludzi związanych z dyplomacją. Barwność postaci, mnóstwo anegdotycznych historii i znakomite pióro autora sprawiają, że książkę czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem.
„Dreadnought" został przez wielu krytyków uznany za najlepszą książkę Roberta K. Massie, stając się klasykiem historii XX wieku. Krytycy określają Massiego jako mistrza historycznego portretu i anegdoty oraz chwalą pozycję jako wspaniale opisującą całą epokę i prezentującą błyskotliwą galerię postaci.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 1134
Tytuł oryginału: Robert K. Massie
Dreadnought. Britain, Germany and Coming of the Great War
Tłumaczenie: Wojciech Chrzanowski
Redakcja: Alina Walczak
Korekta: Alina Walczak
Ilustracje: z oryginału oraz ze zbiorów własnych wydawnictwa
Projekt okładki: Michal Szwaguliński
Polska wersja indeksu i przypisów źródłowych:
Klementyna Chrzanowska
Oryginalna wersja niniejszej książki została wydana przez Ballantine Books, New York.
All rights reserved.
Copyright © 1991 by Robert K. Massie
Copyright for Polish edition © 2004 by „Finna”
Copyright for Polish translation © 2004 by Wojciech Chrzanowski
ISBN: 978-83-68435-50-4
Wydanie I w języku polskim
Gdańsk 2004.
Fotografia na okładce tomu I: H.M.S. „Dreadnought” na pełnym morzu
Oficyna Wydawnicza FINNA
80-768 Gdańsk, ul. Dziewanowskiego 5/6
tel.: +48 58 305 1993 fax: +48 58 301 5725
e-mail: finna@finna.com.pl
Skład wersji elektronicznej:
Virtualo Sp. z o.o.
Dla Kima Massiego, Jacka Maya, Charlesa Davisa
i Edmunda Keeleya
AMICIS A IUVENIBUS
oraz dla Debory
Czytelnicy otrzymują dzisiaj do rąk książkę zaiste niezwykłą i to z kilku względów. Po pierwsze – ze względu na osobę autora. Robert K. Massie jest amerykańskim historykiem i dziennikarzem, autorem kilku zaledwie książek, z których każda jednak była wydarzeniem na rynku wydawniczym. Książki te to: „Nicholas and Alexandra” („Mikołaj i Aleksandra”), „Peter the Great” („Piotr Wielki”), która przyniosła mu nagrodę Pulitzera, a przetłumaczono ją nawet na rosyjski, znana już w Polsce „Ostatni Romanowowie” oraz tomy, które trzymacie państwo w rękach. Poza tematyką historyczną napisał wspólnie ze swoją żoną, Susan Massie, „Journey” („Podróż”), będącą wstrząsającym, a równocześnie pełnym głębokiego humanitaryzmu świadectwem zmagań rodziców z dziedziczną i trudną do wyleczenia chorobą syna – hemofilią, co dało zresztą asumpt do zajęcia się historią choroby carewicza Aleksego i domem Romanowów. Robert K. Massie Jr. ma się zresztą dobrze i kroczy w ślady ojca.
Jak widać z wykazu tytułów nasz autor wykazuje pewną predylekcję do biografii, której jest prawdziwym mistrzem. Jego wielki talent i umiejętność opowiadania powodują, że czyta się je z nieustającą fascynacją tematem i z zapartym tchem, choć ze względu na imponujące rozmiary dzieł – trudno mówić, że niemal jednym tchem. Rozmiar – choć, oczywiście, nie wyłącznie, bo także szerokie spojrzenie na epokę – jest drugą cechą charakteryzującą dzieła Massiego, co powoduje, że zalicza się je do gatunku „panoramy historycznej”, w czym przypomina prace nieżyjącej już Barbary Tuchman (m.in. „Wyniosła wieża”, „Sierpniowe salwy”), z którą bywa najczęściej porównywany. Massie jest zresztą autorem wstępów do niemal wszystkich najnowszych wydań (amerykańskich) jej książek. Trzecią wreszcie cechą książek Massiego jest ich znakomite udokumentowanie historyczne. Wszystkie cytaty – stanowiące niemały procent „mięsa” tych książek – są podawane za oryginalnymi źródłami, co sprawia, że prace Massiego są zalecane na amerykańskich uniwersytetach jako lektura „niemal źródłowa” do kursów z historii powszechnej. Jeśli studenci czytają je chętnie – to najwyraźniej książki nie mogą tchnąć nudą. Nasz autor – przy szerokim ujęciu tematu i zamiłowaniu do dygresji – charakteryzuje się bowiem niezwykłą dyscypliną. Opowiada, lecz nie ględzi; rysując postacie stosuje kreskę i barwę zmienną i dopasowaną do ich charakteru – a daje się wyczuć, że i do osobistego stosunku autora do nich – choć bez wpływu na obiektywność historyka. Potrafi on zresztą nawet w postaciach – idealnych kandydatach na czarne charaktery – odnaleźć elementy sympatyczne, a przynajmniej – fascynujące.
Opowieść, którą dzisiaj proponujemy i przedstawiamy pod osąd polskiego czytelnika, mówi o całej epoce w europejskiej historii: od wstąpienia na tron królowej Wiktorii, po ów historyczny moment w sierpniu 1914 roku, kiedy Zjednoczone Królestwo znalazło się w stanie wojny z Niemcami. Należy od razu zaznaczyć, że książka przeznaczona jest nie tylko dla miłośników historii wojennomorskiej. Tytułowy „Dreadnought” to przede wszystkim symbol pewnej epoki i każdy może znaleźć tu interesujące go elementy. Miłośnicy biografii – w której to dziedzinie jest Massie uznanym mistrzem – znajdą kilka większych i kilka mniejszych szkiców biograficznych. Barwnych, jak barwna była epoka pary i elektryczności, epopei kolonialnych i pierwszego w historii wielkiego wyścigu zbrojeń, nadwerężającego zasoby tytułowych konkurentów do granic ich ekonomicznych możliwości. Będąc dalekim od spiskowej wizji historii i przeceniania w niej roli jednostek, myślę jednak, że wielokrotnie czytelnik może się zadumać nad wpływem na jej bieg drobnych pozornie wydarzeń. Nieszczęsna diagnoza choroby Fryderyka III czy, mające swe źródła w dzieciństwie i młodych latach, zawiłości psychiki Wilhelma II miały znaczący wpływ na historię obu krajów i Europy.
Do napisania tych słów zostałem zaproszony przez pana redaktora Andrzeja Rybę, który zasugerował mi także dorzucenie kilku słów o tym, jak doszło do polskiego wydania książki… zaczęło się w Montrealu w lipcu 1992 roku, gdzie spędzałem kilka dni urlopu – pracowałem wtedy na uniwersytecie w pobliskim Sherbrooke – zwiedzając to czarujące miasto. Spacerując w słońcu wzdłuż metalowych sztachet otaczających Uniwersytet McGill, trafiłem, rzec można wiedziony instynktem, do wspaniałej uniwersyteckiej księgarni, a w niej – stary maniak wojennomorski – od razu na książkę o okładce ozdobionej rufą tytułowego „bohatera” ze zwieszającym się z niej ogromnym białym proporcem. Trzy najbliższe doby podzielone były dość sprawiedliwie pomiędzy Montreal – dnie i Dreadnoughta – noce. Czy na urlopie wypocząłem – trudno ocenić – w każdym razie były to wspaniałe dni. Drugim ważnym krokiem był rok 1998, kiedy to przeżywałem pewne zawirowania życiowe i postanowiłem – dla czystego relaksu psychicznego i bez żadnych szczególnych planów – przetłumaczyć kilka rozdziałów ulubionej książki, którą zdążyłem już przecież przeczytać kilkukrotnie. W wakacyjne wieczory opracowałem siedem rozdziałów i … pomogło. Humor poprawił mi się na tyle, że z oprawioną „próbką” zacząłem szukać możliwego wydawcy. Po kilku nieudanych podejściach byłem już trochę zrezygnowany, kiedy postanowiłem skontaktować się z Oficyną Finna, wydającą znaną mi „Serię z kotwiczką”, w dodatku mieszczącą się w Gdańsku – dla mnie „na miejscu”. Spotkałem się z redaktorem Rybą, przekazałem próbkę i … czekałem. Gdy wreszcie odebrałem telefon, usłyszałem w odpowiedzi, że… prawda… bardzo ciekawe… ale szkoda. W tym momencie myślałem, że kolejne podejście jest nieudane. „Na czym polega szkoda?” – zapytałem. „Szkoda, że jest tylko siedem rozdziałów! To fantastyczne!” – brzmiała odpowiedź. W ten sposób dokonał się trzeci krok i teraz czekam już tylko na osąd czytelników.
Pan redaktor Ryba poprosił mnie o opatrzenie książki przypisami, co z miłą chęcia spełniłem, choć nie bez pomocy wielu osób, za co chciałbym im w tym miejscu – także w imieniu wydawnictwa – podziękować, zwłaszcza, że była to pomoc bezinteresowna. Mój sąsiad – kpt ż.w. Daniel Oleszek z chęcią dyskutował trudniejsze fragmenty nautyczne i fachowo obliczał dystanse po ortodromie. Pan Jardine Simpson – gdański Szkot – dobrze znany w kręgach uczących się tutaj języka angielskiego, którego śmiem zaliczać do przyjaciół, wyjaśnił mi niektóre zawiłości brytyjskiego systemu konstytucyjnego i bezbłędnie rozpoznawał cytowane lub wspominane w książce pieśni, piosenki i utwory literackie. Pani Małgorzata Paszylka pomogła mi w rozszyfrowaniu kilku szczegółow. Moja córka, Klementyna Chrzanowska, przeczytała tekst i ustrzegła mnie od kilku lapsusów, a także opracowała polską wersję przypisów końcowych i indeksu. Chciałbym też podziękować redaktorce tego „opus magnum”, pani Alinie Walczak, za współpracę – zarówno w tym zakresie, gdzie bezdyskusyjnie mając rację ustrzegła od błędów, jak i w tym, gdzie nie zgadzaliśmy się, co stanowiło dla mnie źródło do przemyśleń.
Razem z panem redaktorem Rybą będziemy teraz czekali na odzew czytelników. Jeśli uznacie Państwo książkę za interesującą, to informujemy, że w październiku 2003 roku Robert K. Massie napisał ciąg dalszy: „Castles of Steel” („Stalowe fortece”). Będzie z tysiąc stron. Czy mamy brać się do roboty?
Wojciech Chrzanowski
Gdańsk, kwiecień 2004.
Supremacja Brytyjskiej Marynarki Wojennej odcisnęła się nieodwracalnie na historii XIX wieku podczas jednego strasznego popołudnia w październiku 1805 roku. Od południa do około wpół do piątej 21 października, przy lekkim wietrze i spokojnie toczącej się atlantyckiej martwej fali w pobliżu wybrzeża hiszpańskiego, dwadzieścia siedem żaglowych okrętów liniowych, dowodzonych przez wiceadmirała lorda Horatio Nelsona, unicestwiło połączone floty Francji i Hiszpanii pod francuskim admirałem Pierrem Villeneuve’em. Bitwa rozegrała się na małym spłachetku oceanu, nie większym niż dwie mile na dwie, kilka mil od brzegu, pomiędzy portem Kadyks a zachodnim wyjściem z Cieśniny Gibraltarskiej. Najbliższym punktem odniesienia na mapie była samotna zatoczka, która miała dać bitwie nazwę. Zatoczka nazywała się – Trafalgar1.
Zwycięstwo Nelsona tego jesiennego popołudnia zdecydowało o supremacji na morzu, która miała przetrwać stulecie i dać większości narodów świata okres względnego spokoju, znany jako Pax Britannica. Zarówno ta supremacja, jak i spowodowany przez nią pokój trwały niezmienione, gdy równocześnie okręty wojenne zmieniły się nie do poznania: drewniane kadłuby zastąpiło żelazo i stal; znikły maszty, gdy para wyparła żagle; a miejsce butelkowatych armat, ładowanych od strony wylotu lufy, zajęły potężne działa morskie, montowane w wieżach lub barbetach, o znacznie większym zasięgu i precyzji strzału. Coś jednak przetrwało niezmienione: przez wszystkie te lata marynarze brytyjscy wykazywali pewność siebie graniczącą z arogancją – nawet ją przekraczającą – a pewność tę zrodziło i przekazało następnym pokoleniom owe siedemnaście tysięcy ludzi służących pod Trafalgarem na dębowych kadłubach lewiatanów Nelsona.
Bitwa pod Trafalgarem została stoczona, ponieważ potężne państwo kontynentalne rządzone przez zdobywcę – Napoleona Bonaparte – zagroziło bezpieczeństwu i interesom Anglii. Flota brytyjska zaatakowała nieprzyjaciela tego dnia, zwalając się na przerażonych kapitanów francuskich w sposób zdecydowany i nie do odparcia, lecz strategiczna rola Królewskiej Marynarki Wojennej była wtedy, jak i zawsze, defensywna. Historycznie rzecz biorąc, misją floty brytyjskiej była obrona wysp macierzystych przed inwazją i strzeżenie szlaków handlowych i kolonii Imperium. W okresie lata 1805 roku, cesarz Napoleon zgromadził na klifach wokół Boulogne armię stu trzydziestu tysięcy weteranów walk, aby dokonać inwazji i podporządkować sobie swego angielskiego wroga. Cesarz potrzebował tylko krótkiego okresu swobody ruchów na Kanale Angielskim2, czasu wystarczającego na przetransportowanie swoich batalionów przez te dwadzieścia mil wody, aby zdobyć Londyn i podyktować warunki pokoju. Jednakże na czas tego przejścia morzem setki jego płaskodennych barek i rozmaitych stateczków, pozbieranych wzdłuż wybrzeży w celu przetransportowania armii potrzebowały ochrony przed działami floty brytyjskiej. Ochrona taka była możliwa tylko wtedy, gdyby własna, francuska flota Napoleona, połączona z flotą Hiszpanii – wahającego się sojusznika Francji – mogła choćby na krótko przejąć kontrolę nad Kanałem. Zablokowanie tych pomysłów Cesarza i zapobieżenie inwazji ich ojczyzny było zadaniem marynarzy brytyjskich.
Dokonali tego poprzez jedno z największych osiągnięć w zakresie wytrwałości w sztuce żeglarskiej, jakie odnotowały annały morskiej historii. Jakkolwiek przytłaczające było zwycięstwo pod Trafalgarem, to stanowiło ono tylko grzmiące hukiem dział ukoronowanie innego niezrównanego wyczynu. Przez dwa poprzedzające Trafalgar lata flota brytyjska pozostawała bez przerwy w morzu wokół wybrzeży Europy. Flota Napoleona, podzielona na eskadry, rozproszona była po portach od atlantyckiego Brestu po śródziemnomorski Tulon. Bezpieczeństwo Brytanii leżało w uniemożliwieniu tym eskadrom połączenia się w siłę wystarczającą do przebicia się do Kanału i oczyszczenia drogi dla przejścia transportów cesarskiej armii do Anglii. I tak przez dwa lata flota brytyjska warowała i czekała wokół portów Europy, obserwując, czy wrogie okręty nie podnoszą żagli i nie gotują się do wyjścia w morze i wypatrując okazji do ich zniszczenia, gdyby tak właśnie postąpiły. Blokada była utrzymywana przez pięćdziesiąt do sześćdziesięciu brytyjskich okrętów liniowych, z których każdy niósł na swoim pokładzie od sześciuset do dziewięciuset znudzonych, samotnych, głodnych i znękanych pogodą ludzi, kładących się na noc do hamaków rozwieszanych nad milczącymi, także czekającymi swej chwili działami. Przez dwa lata okręty były w morzu, zarówno w dusznej gorączce lata, gdy cisza powodowała, że morze przypominało lustrzaną taflę, jak i w sztormowych wiatrach, wśród olbrzymich niczym góry fal i kąsającego chłodu zimy. Załogi ląd oglądały rzadko, zejść zaś na niego było prawie niepodobieństwem. Nelson spędził dwa lata na blokadzie nie opuszczając pokładu swojego flagowca – HMS „Victory”. Przez dwadzieścia dwa miesiące admirał lord Cuthbert Collingwood, zastępca Nelsona, nie słyszał plusku wpadającej do wody kotwicy. To właśnie o tej flocie i tej blokadzie, o jej sukcesie w doprowadzeniu do patowej sytuacji w rozgrywce z czającym się w Boulogne Cesarzem, admirał Alfred Thayer Mahan3 miał napisać: „te odległe, znękane sztormami okręty, których Wielka Armia nigdy nie widziała, stanęły pomiędzy nią a panowaniem nad światem”.
Wreszcie rozeźlony i zniecierpliwiony Cesarz wydał rozkaz swej flocie do wyjścia w morze i pożeglowania w kierunku Kanału. Jej większość zgromadziła się w Kadyksie, strzeżona tam przez flotę angielską, dowodzoną przez idola Marynarki Królewskiej i bohatera całej Anglii. Horatio Nelson był małego wzrostu, delikatnej budowy i zmaltretowany przez wojny. Jedno ramię i jedno oko postradał już wcześniej w służbie swemu krajowi. Miał on też inne ludzkie słabostki: opuścił swoją żonę, aby żyć otwarcie z pełną wigoru młodą kobietą, w dodatku zamężną ze starszym mężczyzną, który równocześnie hojnie darzył Nelsona swą sympatią. Nelson nie był posłuszny rozkazom Admiralicji, gdy te mu nie odpowiadały, a podczas złej pogody ulegał chorobie morskiej. Jednakże jego uprzejmość i zrozumienie dla innych były już legendarne, a jego zdolnościom w bitwie nikt nigdy nie dorównał. Wszyscy w brytyjskiej flocie kochali go i poszliby za nim, dokądkolwiek by ich poprowadził. Śmierć Nelsona w chwili zwycięstwa przyćmiła triumf tragedią. Gdy wieści o tym dotarły do Anglii, kraj w osłupieniu oscylował pomiędzy świętowaniem a żałobą.
Instrukcje Nelsona, gdy obie floty powoli żeglowały ku sobie w łagodnej porannej bryzie, nakazywały – jak zwykle – atakować. Uważając, że w zamęcie bitewnym wszelkie szczegółowe plany mogą się obrócić wniwecz, zakończył swoje memorandum dla dowódców okrętów słowami: „Żaden kapitan nie popełni błędu, jeśli ustawi swój okręt równolegle do okrętu nieprzyjacielskiego”. W rozkazie tym kryło się założenie, iż każdy okręt brytyjski potrafi pokonać każdy okręt przeciwnika. Najwyższa pewność i zaufanie Nelsona do brytyjskiej sztuki żeglarskiej, brytyjskiej artylerii i brytyjskiej odwagi, były także spuścizną Trafalgaru.
Nelson podzielił swoją flotę na dwa dywizjony: własny, którym dowodził z pokładu HMS „Victory” i wiceadmirała Collingwooda na HMS „Royal Sovereign”. Płynąc na czele swojego dywizjonu, Nelson skierował swój okręt flagowy prosto w centrum linii francuskiej. W samo południe przemówiły działa, po czym nastąpiły cztery godziny potężnej rzezi. Lekki wiatr pozostawiał dym kanonady porozwieszany nad morzem niby ciężkie zasłony. Majaczące w tych całunach okręty wpadały na siebie niespodziewanie. Z krótkiego dystansu wystrzeliwały salwy burtowe i zderzały się, przytulając w piekielnym uścisku. Ciężkie w manewrowaniu i powolne, dryfowały tak splątane ze sobą, podczas gdy ludzie z jednego z nich usiłowali pozabijać ludzi na drugim. Ogniem bezpośrednim, z dystansu pięciu jardów4, grzmiało pięćdziesiąt dział naraz i pięćdziesiąt ciężkich kul druzgotało poszycie burt sąsiedniego okrętu. Wielkie maszty waliły się na pokład, pociągając za sobą żagle, drzewca i liny, które spadały na oba okręty oraz za burty, gdzie potem wlokły się w wodzie. Z pokładów głównych i z resztek takielunku piechota morska strzelała z muszkietów i działek ładowanych kartaczami, przeczesując ogniem pokład przeciwnika, pokrywając go rzędami ciał i wypełniając szpigaty krwią. Zdarzało się, że gdy zwalone już były wszystkie maszty, a główny pokład opustoszał, niżej, na pokładach działowych, półprzytomni mężczyźni nadal w zapamiętaniu ładowali działa, wytaczali je, obniżali lufy do strzelania w kadłub lub podnosili, celując w górne pokłady stojącego u burty przeciwnika. Dowódcy Nelsona byli nieustępliwi – nie zwracając uwagi na uszkodzenia własnych okrętów. Na niektórych okrętach brytyjskich ze zwalonymi masztami i odstrzelonym takielunkiem, nadal załogi potrafiły postawić tymczasowe żagle, zyskując zdolność manewrową, aby szukać kolejnych jednostek wroga.
Gdy około czwartej trzydzieści po południu wstrzymano ogień, osiemnaście okrętów nieprzyjaciela miało opuszczone bandery, a dziewiętnasty wypalił się do linii wodnej i wreszcie wyleciał w powietrze. Sam Villeneuve był jeńcem, rychło miał popełnić samobójstwo.
Trafalgar nie spowodował upadku Napoleona. Do bitwy pod Waterloo miało upłynąć jeszcze dziesięć lat. Lecz Trafalgar usunął groźbę uchwycenia przez Napoleona Kanału. W ciągu tych dziesięciu lat już nigdy ani Francja, ani żaden inny kraj nie rzucił wyzwania morskiej dominacji Wielkiej Brytanii. I miało tak pozostać przez następne sto lat.
We czwartek był wielki upał. W piątek – jeszcze gorzej. Bryza zamarła, powietrze stało się wilgotne i ciężkie. Flagi zwisały zwiotczałe i lekka mgiełka rozciągała się nad ogromną flotą zakotwiczoną na Solent5. Dopiero gdy słońce przebiło się nieco, można było dostrzec z brzegu zamazane zarysy czegoś, co zdawać się mogło jakimś niezwykłym miastem. Sto sześćdziesiąt pięć okrętów Brytyjskiej Marynarki Wojennej zalegało na tym osłoniętym akwenie, trzy mile pomiędzy piaszczystymi brzegami równiny Hampshire a lesistymi wzgórzami wyspy Wight. Pięć linii okrętów o czarnych kadłubach, trzydzieści mil okrętów wojennych, niosących na swych pokładach czterdzieści tysięcy ludzi i trzy tysiące dział morskich. Była to najpotężniejsza flota zgromadzona w jednym miejscu w dotychczasowej historii świata.
Był czerwiec roku 1897. Siedemdziesięcioośmioletnia królowa Wiktoria władała Wielką Brytanią i jej imperium przez lat sześćdziesiąt. Ogłoszony więc został Diamentowy Jubileusz. Sobota 26 czerwca była dniem wielkiej rewii Marynarki Królewskiej, tego bastionu bezpieczeństwa Brytanii i tarczy jej imperialnej potęgi. W związku z tym Admiralicja6 wezwała wszystkie okręty wojenne z dowództw w samej Brytanii, nie pozbawiając jednak ani Floty Śródziemnomorskiej, ni eskadr w bazach zamorskich nawet jednego okrętu. Do udziału w rewii zaproszono dwadzieścia dwie zagraniczne marynarki wojenne, z których czternaście przyjęło zaproszenie i przysłało okręty.
Miasto Portsmouth nad Solent, podstawowa baza morska Anglii od czasów Tudorów, było zatłoczone marynarzami. Setki samych marynarzy brytyjskich schodziło codziennie na brzeg ze swych okrętów razem z zagranicznymi kolegami z okrętów wizytujących. Jak odnotował dziennik „Daily Mail”, „czarnobrewi, nieduzi Hiszpanie, wysocy, posępnoocy Rosjanie i Niemcy o grubo ciosanych kończynach” kręcili się wśród straganów z owocami i po sklepach z tytoniem. Ku rozrywce matrosów, marynarka i miasto zorganizowały liczne pikniki, wycieczki po stoczniach, rozgrywki sportowe, a burmistrz Portsmouth wydał specjalne garden party dla marynarzy zagranicznych. Planowanie w marynarce, przytłoczone takimi liczbami, zaczynało szwankować. „Centrum zaprowiantowania powiada, że nie mogą nadążyć ze szlachtowaniem, aby zaopatrzyć wszystkie okręty w świeże mięso – sygnalizował admirał dowodzący na brzegu admirałom na wodzie – Sugeruję aby na okrętach wydać mięso solone”.
Anglicy i Angielki wyroili się do Portsmouth niby pszczoły. Już we czwartek wieczorem wynajęte zostały wszystkie strychy, a ludzie spali na stołach bilardowych i pozesuwanych krzesłach. Trudno było znaleźć siedzące miejsce do zjedzenia – we wszystkich restauracjach na każde krzesło pożądliwie spoglądał co najmniej tuzin wygłodniałych gości. „Pierwsze skrzypce pomiędzy obcokrajowcami grają Amerykanie – odnotowała „Daily Chronicle” – Jeśli nawet nie da się ich rozpoznać po akcencie, to na pewno ujawnią swoją narodowość pod czas posiłków, kiedy to bez cienia skrępowania wstaną z miejsc i wesolutko wychylą toast «Za Królową!» […] Angielski ludek wstydziłby się tak czynić poza oficjalnym obiadem, ale z pewnością nie dotyczy to naszych kuzynów «z drugiej strony Stawu»”7.
Codziennie tysiące ludzi płaciło po szylingu za możliwość wyjścia w morze dla obejrzenia floty. Każdy dostępny statek na południowym wybrzeżu Anglii – oceaniczne liniowce, parostatki wycieczkowe, holowniki, motorówki parowe, pinasy, prywatne jachty, łódki wodniaków, nawet niezdarne barki z Tamizy – przybiły do pirsów Portsmouth, aby zabierać widzów. Udekorowane flagami w kolorach narodowych i zapchane pasażerami wypływały poza główki falochronów, mijając ciężkie kamienne forty, strzegące kotwicowiska, i rozpoczynały przechodzenie wzdłuż linii zakotwiczonych okrętów wojennych. Gdy parowce mijały wojenniaki, rozkołysując falą swojego śladu torowego małe łodzie okrętowe, stojące pod wytykami, marynarze i obserwatorzy machali do siebie rękami i pozdrawiali wzajemnie okrzykami. Nie obywało się bez wypadków: tu czarny szkuner zderzył się z bielutkim jachtem parowym i stracił bukszpryt, ówdzie motorówka wpakowała się na torpedowiec i zatonęła, lecz szczęśliwie wszystkich pasażerów bezpiecznie wyłowiono z wody.
To co goście widzieli w rzędach czarnych kadłubów, białych nadbudówek i żółtych kominów, to była brytyjska potęga morska. Najdalej od Portsmouth stała na kotwicach Eskadra Kanału: jedenaście okrętów liniowych pierwszej klasy, pięć krążowników pierwszej klasy i trzynaście krążowników drugiej klasy, pod flagą Głównodowodzącego w Portsmouth, powiewającą na HMS „Renown”. To zgrupowanie jedenastu pancerników należących do typów „Royal Sovereign” i ,Majestic”, wszystkie w służbie nie dłużej niż sześć lat, nie miało sobie równych pod względem siły ognia, pancerza i prędkości. W kolejnej linii stało trzydzieści starszych pancerników i krążowników, w następnej – trzydzieści osiem mniejszych krążowników i torpedowców, a linia najbliższa Portsmouth liczyła czterdzieści dziewięć jednostek, z których trzydzieści były to najnowsze „niszczyciele torpedowców”.
Druga linia to okręty już historyczne, lecz nadal nadające się do służby. Była tu „Alexandria”, w swoim czasie okręt flagowy Floty Śródziemnomorskiej pod admirałem Sir Geoffreyem Hornbym, który w 1877 roku wpłynął do Konstantynopola i skierował lufy dział swych okrętów na rosyjską armię wokół miasta. Zaraz obok niej stał „Inflexible”, który dwie dekady wcześniej był najpotężniejszym na świecie okrętem liniowym. Jego pierwszy dowódca, słynny komandor8 Jacky Fisher, użył jego dział do bombardowania Aleksandrii, otwierającego długi okres zaangażowania się Brytanii w Egipcie. „Inflexible” został ostatnio przekwalifikowany na okręt liniowy drugiej klasy, lecz „nawet teraz – jak odnotował obserwator – lufy tych czterech potwornych osiemdziesięciotonowych dział, wystające z wież obrotowych, mogły zadać budzące grozę ciosy”. Dalej kotwiczył „Sans Pareil”, pyszniący się swoją pojedynczą obrotową wieżą, mieszczącą dwa iście mamucie, 110-tonowe działa, największe z istniejących dział morskich. Obecność tego właśnie okrętu nie mogła nie przypominać widzom o największej tragedii w pokojowej historii Wiktoriańskiej Marynarki Wojennej: trzy lata wcześniej, jego siostrzany okręt, „Victoria”, flagowiec Floty Śródziemnomorskiej, zatonął podczas manewrów po staranowaniu go przez „Camperdown”.
Aż za najdalszą linią pancerników brytyjskich stały okręty zagraniczne. Widzowie mogli gapić się na wielki, szary pancernik włoski „Lepanto”, japoński krążownik „Fuji”, zbudowany zresztą na Tamizie, norweski, czarny krążownik „Fritjhof” i nowoczesny francuski krążownik „Pothuau”, którego dziób nachylał się ku przodowi i pod dziwnym kątem schodził do morza. Zainteresowanie skupiało się na okrętach amerykańskim i rosyjskim, obydwa były nowe. „Rossija” była największym okrętem wojennym zbudowanym dotychczas w Rosji. Wypierając 12 200 ton, miała trzy śruby i bardzo zaawansowaną technologicznie maszynownię, mogącą spalać zarówno węgiel jak i ropę, potrafiącą pędzić okręt z prędkością dziewiętnastu węzłów. USS „Brooklyn”, krążownik pancerny o wyporności 9 200 ton, był dumą Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. Niewątpliwie też prezentował się najbardziej widowiskowo w grupie okrętów zagranicznych; jego burty, wieże działowe, nadbudówki i kominy, wszystko pomalowane było lśniącą bielą. Wrażliwi na estetykę obserwatorzy brytyjscy uznawali niezwykłą wysokość cienkich kominów za „w żaden sposób niewzbudzającą przyjemnych wrażeń wzrokowych. W efekcie kadłub okrętu jest jakby przytłoczony”. Amerykanom wystarczało, że taki układ utrzymywał dym z dala od pokładów, a tym samym od oczu oficerów i marynarzy. „Brooklyn” miał jeszcze inne cechy interesujące ekspertów. Jego pokłady, nasycone specjalnym środkiem, który czynił je niepalnymi, były elastyczne i miękkie. „Czy wytrzymają one ciężkie warunki?” – dziwowali się Brytyjczycy (pokłady brytyjskie były twarde i palne). Na okręcie amerykańskim używano elektryczności do podawania pocisków z magazynów amunicyjnych do dział i do obracania wież działowych. „Jesteśmy opóźnieni o co najmniej siedem, osiem lat – lamentowała „Chronicle” – Jego wyposażenie jest tak godne podziwu, że rumienię się ze wstydu, bowiem tylko jeden z naszych brytyjskich okrętów jest wyposażony w elektryczne podajniki pocisków”. Zachowanie i maniery Amerykanów także prowokowały korzystne dla nich komentarze: „Oficerowie Stanów Zjednoczonych są wyjątkowo uprzejmi, nigdy nie zaniedbują pozdrowić widzów przez uniesienie w górę swych czapek w białych pokrowcach”.
Następny w linii szary okręt z dwoma czerwonymi pasami wokół komina, sprawiał widzom raczej rozczarowanie. Był to SMS (Seine Majestät Schiff) „König Wilhelm” („Król Wilhelm”) z Cesarskiej Marynarki Niemieckiej. „Niemcy nie przysłały nam ani co miały najlepszego, ani najnowszego”, uskarżała się „Daily Mail”. I rzeczywiście, jednostka, zbudowana dwadzieścia dziewięć lat temu w stoczni Blackwella w Anglii, zdobyła sobie osobliwą sławę staranowaniem i zatopieniem swojego bliźniaka „Grosser Kurfürst” („Wielki Elektor”). Ostatnio usunięto ją z listy okrętów liniowych i przeklasyfikowano na krążownik pierwszej klasy. Kaiser Wilhelm II telegrafował do swojego brata, kontradmirała księcia Henryka Pruskiego, który był na pokładzie „König Wilhelm”: „Głęboko żałuję, że nie mam lepszego okrętu, aby oddać go do Twojej dyspozycji podczas gdy inne państwa błyszczą swoimi świetnymi jednostkami. Oto rezultat działań tych pozbawionych patriotyzmu facetów [Wilhelm potępiał tu Reichstag], którzy sprzeciwiali się budowie najbardziej niezbędnych okrętów”.
Strzeżone przez flotę Imperium Brytyjskie, było największym imperium w dziejach świata. W 1897 roku zajmowało ono jedną czwartą powierzchni lądów i jedną czwartą ludności świata: 11 milionów mil kwadratowych9, 372 miliony ludzi. Stwierdzenie, że „słońce nigdy nie zachodzi nad Imperium Brytyjskim”, stanowiło już dość wytarty frazes, lecz mimo wszystko była to prawda. Poczynając od Greenwich, podstawy liczenia czasu przez cały świat, dzień przesuwał się na zachód do Gibraltaru, Halifaxu, Ottawy, Vancouver, Wellington, Canberry, Hongkongu, Singapuru, Rangunu, Kalkuty, Bombaju, Adenu, Nairobi, Aleksandrii i Malty. Wewnątrz tego kręgu leżały samorządne dominia rządzone przez parlamenty, kolonie koronne, protektoraty i jedyne w swoim rodzaju imperium w imperium, najjaśniejszy klejnot korony imperialnej, Indie Radżów. Imperium rozciągało się nad wielkimi masami lądu zarówno rzadko (Australia, Kanada), jak i gęsto (Indie) zaludnionego. Należały do niego także maleńkie wysepki na bezmiarze oceanów: Bermudy na Północnym Atlantyku, Święta Helena, Wyspa Wniebowstąpienia i Falklandy na Południowym Atlantyku, Pitcairn, Tonga i Fidżi na Pacyfiku. Imperium było kalejdoskopem kolorów skóry, niezliczonego mnóstwa języków, dialektów, religii, obyczajów społecznych i instytucji politycznych.
Wszystko to zostało zdobyte i utrzymane dzięki potędze morskiej.
Imperium rozrastało się od szesnastego wieku, kiedy to żeglarze brytyjscy zaanektowali Nową Funlandię i stworzyli w ten sposób pierwszą kolonię brytyjską. Jedna, choć znacząca, porażka zmąciła ten ciągły postęp: pomiędzy 1776 a 1781 rokiem kolonie północnoamerykańskie przeprowadziły skuteczną rewoltę i wyłamały się. W niewiele lat po traktacie paryskim, który uznał amerykańską niepodległość, Brytania rozpoczęła trwającą dwa dziesięciolecia wojnę przeciwko Napoleonowi Bonaparte. Gdy było już po wojnach napoleońskich, a były cesarz został uwięziony na Wyspie Św. Heleny, Brytania stała się arbitrem w sprawach zamorskich. Brytyjczycy lądowali na wybrzeżach wszystkich oceanów. Eksplorowali kontynenty; góry, rzeki, jeziora i wodospady otrzymywały nazwy od nazwisk ich brytyjskich odkrywców. Ciągnięto koleje, wyrastały miasta, tworzono, uznawano i obalano rządy; w 1897 roku całe mnóstwo królów, maharadżów, nababów, nizamów, kedywów, emirów, paszów, bejów i innych kacyków siedziało na tronach tylko za zgodą Londynu. Brytyjczycy niezłomnie wierzyli, iż używają swej władzy dobrodusznie. To oni położyli kres handlowi niewolnikami, nadzorowali oceany, których mapy sporządzili, a będąc wyznawcami zasady wolnego handlu – zaprosili wszystkie państwa do uczestnictwa w stworzonych przez siebie możliwościach gospodarczych.
W 1890 roku amerykański oficer marynarki, z usposobienia raczej uczony aniżeli wilk morski, skodyfikował brytyjskie intuicyjne pojmowanie zależności pomiędzy potęgą morską, prosperity i poczuciem narodowej wielkości. W swym dziele „Wpływ potęgi morskiej na historię”, Alfred Thayer Mahan prześledził wzrost i upadek niegdysiejszych potęg morskich i wykazał, że państwo kontrolujące morza kontrolowało także swoje własne przeznaczenie, te zaś państwa, którym brakowało opanowania morskiego rzemiosła, skazane były na porażkę lub na odgrywanie roli drugich skrzypiec. Mahan posługując się obrazową metaforą dla podkreślenia swego punktu widzenia, powiedział, iż morze,jest […] jak wielka szosa, a może jeszcze trafniej […] jak szerokie błonia, po których ludzie mogą zdążać we wszystkich kierunkach, ale dobrze wytarte na nich ścieżki wskazują, że jakieś wyższe przyczyny każą im przedkładać pewne trasy podróży nad inne. Te właśnie trasy nazywane są szlakami handlowymi, zaś przyczyn takiego czy innego ich przebiegu należy upatrywać w historii świata. […] Tak podróżowanie jak i transport morzem zawsze były tańsze od lądowego”. Z owej metafory wynika jasny imperatyw: do patrolowania błoń potrzeba policjanta, do ochrony żeglugi i szlaków handlowych mocarstwa morskie potrzebują marynarki wojennej.
Imperium Brytyjskie było imperium morskim. Ponad połowa parowców mozolnie pełzających po oceanach w roku 1897 nosiła czerwony proporzec brytyjskiej floty handlowej. Dla obsługi tego wielkiego tonażu Brytania ujęła glob w gorset portów handlowych i stacji bunkrowych. Najbardziej eminentny ze szlaków handlowych, linia życia Imperium, ciągnął się na wschód, poprzez Morze Śródziemne i Suez do Indii i Chin. Inne trasy morskie prowadziły na południe – do Capetown10 i na zachód – do Halifaxu, St. Johns i Montrealu. Istniały fortece strzegące cieśnin, jak Gibraltar i Singapur, lub zwężających się mórz, jak Malta i Aden, a wszystko to było możliwe dzięki marynarce wojennej, stanowiącej spoiwo Imperium. Gdziekolwiek Union Jack powiewał nad bastionami czy magazynami, a z flagsztoków parowców handlowych zwisał czerwony proporzec, tam wszędzie towarzyszyła im biała bandera Królewskiej Marynarki Wojennej, aby ochraniać, bronić, odstraszać lub wymuszać posłuch.
Bez Marynarki Królewskiej Brytania nie znaczyła nic. Handlowe parowce mogły być porwane lub przegonione z mórz, fortece – oblężone i zdobyte, kolonie – odcięte od posiłków – pozbawione więzi z centrum. Bez marynarki sama Brytania, w istocie małe państewko wyspiarskie, zależne od dostaw importowanej żywności, posiadające nieliczącą się armię, mogło znaleźć się w obliczu natychmiastowej groźby głodu lub inwazji. Rozumiał to Bonaparte czekający na klifach w Boulogne. „Dajcie mi kontrolę nad Cieśniną Dover11 na jedyne sześć godzin – powiedział – a opanuję świat”.
Jednakże – z kontrolą mórz w garści – wszystko było inaczej. Gdy Brytania utrzymywała swoją supremację w tym względzie, żadne mocarstwo kontynentalne12, choćby miało dużą i dobrze wyszkoloną armię, nie było w stanie nawet dotknąć ojczystego lądu Brytanii. Wraz z supremacją morską Brytania uzyskiwała swobodę dyplomatyczną; jej mężowie stanu i dyplomaci mogli sobie pozwolić na stanie na uboczu i obserwowanie z dystansem rywalizacji i nienawiści zżerających młodzież i skarbce mocarstw kontynentalnych, stojących twarzą w twarz ponad granicami lądowymi.
Niewielu europejskich przywódców politycznych lub militarnych rozumiało Wielką Brytanię czy Imperium Brytyjskie. Czuli się zakłopotani, gdy studiowali małą wyspę, z jej śmieszną armią, z jej pełnymi rezerwy, niemalże protekcjonalnymi manierami, z jej ambicjami, aby wznieść się ponad namiętności i spory, jakie dominowały w ich czasach. Lecz z tymi swoimi niewielkimi rozmiarami i, zdawałoby się, wrażliwością na ciosy, Brytania trwała spokojna, nie obawiająca się wyzwania, bo w istocie miała potężne możliwości działania, dzięki którym już w przeszłości nieraz obalała gigantów z Kontynentu. Nie mogli w to uwierzyć przede wszystkim cudzoziemscy oficerowie. Z armią będącą tylko ułamkiem ich własnych Brytania rządziła ćwiercią globu. Szczególnie niemieckim oficerom, reprezentującym najpotężniejszą armię świata, zdawało się absurdem, że Brytania, z armią liczącą zaledwie siedemdziesiąt tysięcy żołnierzy, miałaby żądać prawa do rządzenia trzystu milionami Hindusów. A mimo to władza Brytanii w Indiach trwała.
Mimo że supremacja morska umożliwiała wyspiarskiemu królestwu na trzymanie się poza siecią rywalizacji na Kontynencie, pozostawało ono państwem europejskim. Dla Brytyjczyków wypadki polityczne na wielkim lądzie, rozciągającym się za dwudziestoma milami wody, oddzielającymi Dover od Calais, były jednak ważniejsze od tego, co się działo w Brazylii.
W 1897 roku Europa była podzielona na dwa systemy przymierzy. Niemcy, Austro-Węgry i Włochy pozostawały w konfrontacji z Francją i Rosją. Anglia nie zajmowała wobec nich żadnej określonej pozycji, a mając za premiera lorda Salisbury, nawet nie zamierzała tego uczynić. Tej polityce obojętności nadał lord Salisbury miano „Wspaniałej Izolacji”13.
Od średniowiecza niezmiennym wrogiem Anglii była Francja. Od wojen Plantagenetów, poprzez wojny przeciwko Ludwikowi XIV i Ludwikowi XV, aż do Napoleona, nic się w tym względzie nie zmieniło. „Francja jest i zawsze pozostanie największym zagrożeniem dla Brytanii” – powiedział lord Salisbury w roku 1867 i trwał przy tym poglądzie przez swoje trzy kadencje na stanowisku premiera. Francja przedstawiała sobą wielorakie zagrożenie: bezpośrednio przez Kanał, oraz w stosunku do „linii życia” Imperium, która prowadziła przez Morze Śródziemne. Ponadto w kilkunastu punktach świata francuskie i brytyjskie kolonie ocierały się o siebie bardzo nieprzyjemnie.
Innym tradycyjnym wrogiem Anglii była Rosja. Aczkolwiek oba kraje walczyły ze sobą tylko raz – w wojnie krymskiej, a i wtedy z pewnym zakłopotaniem – to rozmiary i dalsza ekspansywność Imperium Rosyjskiego stwarzała w Anglii poczucie zagrożenia. Rosja nie mogła dosięgnąć Wysp Brytyjskich, lecz naciskając na południe w kierunku Konstantynopola i Morza Śródziemnego czy pchając się przez dach świata i przełęcz Chajber ku równinom Indii lub wywierając z Mandżurii wpływy skierowane przeciwko brytyjskiemu monopolowi handlowemu w dolinie Jangcy, polityka rosyjska wydawała się groźna. Dyrektor brytyjskiego wywiadu wojskowego ostrzegał w 1887 roku: „Kraje z którymi możemy znaleźć się najprawdopodobniej w stanie wojny to Francja i Rosja, a najgorszą kombinacją, której mamy wszelkie powody się obawiać, to sojusz Francji i Rosji”. W roku 1894 dokładnie taki sojusz został podpisany i oto obawy stały się rzeczywistością.
W tym samym miesiącu, w którym odbyła się Rewia Diamentowego Jubileuszu, w Berlinie na ważne stanowiska mianowanych zostało dwóch mężczyzn. Bernhard von Bülow, ambitny zawodowy dyplomata, dotychczasowy ambasador Niemiec we Włoszech, został awansowany i był odtąd sekretarzem stanu do spraw zagranicznych, czyli ministrem spraw zagranicznych Cesarstwa Niemieckiego. Tydzień później kontradmirał Alfred Tirpitz, posiadacz najoryginalniejszego umysłu i najsilniejszej woli w Niemieckiej Marynarce Wojennej, został sekretarzem stanu do spraw marynarki. Ich nominacje, choć w odrębnych sferach, były jednak powiązane ze sobą. Kaiser Wilhelm II pragnął, aby jego kraj, już najpotężniejszy w Europie, sięgnął poza swoją dominację na Starym Kontynencie – po dominację światową (Weltmacht). Bülow miał realizować tę politykę poprzez dyplomację, Tirpitz zaś miał dostarczyć instrumentu dla realizacji tego celu poprzez zbudowanie potężnej floty liniowej. Zainteresowania Wilhelma morzem i okrętami spowodowane były w części jego angielskim pochodzeniem – jego babką była królowa Wiktoria – ale w ogromnym stopniu były też pobudzane przez książki Mahana. „Właśnie teraz nie tyle czytam, ile wręcz pożeram książkę komandora Mahana, po prostu próbuję nauczyć się jej na pamięć – pisał młody Kaiser do przyjaciela – Znajduje się ona na pokładach wszystkich moich okrętów, a ich dowódcy i oficerowie nieustannie do niej sięgają”.
Pojąwszy wagę potęgi morskiej i pragnąc rozwinąć wpływy Niemiec poza Europę, Wilhelm i jego doradcy stanęli przed dylematem: albo Niemcy zaakceptują supremację brytyjską na morzach i będą działać w ramach określonych przez ten fakt, albo też rzucą wyzwanie i zbudują flotę wystarczająco silną, by wydrzeć Brytanii trójząb – berło mórz. Doświadczenie sugerowało przyjęcie pierwszej możliwości; w latach osiemdziesiątych Niemcy pozyskały kolonie o obszarze pięciokrotnie większym od Cesarstwa Niemieckiego w Europie, a wszystko to z zachętą i pomocą Brytyjczyków. Niemiecka flota handlowa, druga co do wielkości na świecie, korzystała z brytyjskich portów i opieki ze strony floty Imperium. Oficerowie floty wojennej wychowywali się na okrętach zbudowanych w stoczniach brytyjskich, palili na swych okrętach brytyjskim węglem, stosowali brytyjską technikę i taktykę morską. Pomiędzy nimi a oficerami Marynarki Królewskiej panowało wzajemne poczucie braterstwa. Jedną z możliwości było więc budowanie na tych relacjach, ich wzmacnianie i utrwalanie, wypatrując dnia, w którym Niemcy i Brytania będą działały, zarówno w Europie, jak i na świecie jako partnerzy, a może nawet sojusznicy.
Nominacja admirała Tirpitza wskazywała, że dokonano przeciwnego wyboru. Dlaczego, pytał Kaiser i dwieście milionów jego poddanych, Anglia, tylko z tej racji, że jest wyspą i weszła w posiadanie imperium, miałaby uważać rządy nad morzami za swoje prawo? W dowolnym momencie flota brytyjska mogła, zablokowując wybrzeża Niemiec, zamknąć okręty niemieckie w portach i odciąć Niemcy od ich kolonii. Dlaczego Cesarstwo Niemieckie ma istnieć z łaski Brytyjczyków? Dlaczego wielkość Niemiec miałaby zostać im darowana przez kogoś z zewnątrz?
Geografia dyktowała konfrontację. Niemieckie statki handlowe, opuszczając Bałtyk lub porty Morza Północnego, jak Hamburg i Bremę, mogły wydostać się na Atlantyk i inne oceany świata tylko przechodząc przez Kanał lub wokół wybrzeży Szkocji. Flota niemiecka, dość silna, aby osłonić niemiecką żeglugę na tych wodach i zapewnić jej niezakłócone wyjście na ocean, oznaczała w końcu także flotę niemiecką zdolną do pokonania floty brytyjskiej. Na to Wielka Brytania nigdy nie mogła pozwolić, bo to oznaczałoby też, że flota niemiecka byłaby zdolna do osłony inwazji na Anglię, do wymiecenia z mórz jej żeglugi handlowej, odarcia jej z kolonii i pozbawienia imperium. W ten sposób cel Niemieckiej Marynarki Wojennej: zapewnienie ochrony niemieckiego handlu na otwartych morzach, był kompletnie niezgodny z interesami bezpieczeństwa Brytanii. Na to, czego jedno z dwóch mocarstw żądało, drugie wcale nie było skłonne przystać. Zagrożenie stwarzane przez flotę brytyjską bezpieczeństwu Niemiec było, jak argumentowali dyplomaci brytyjscy, znacznie mniejsze. W nadchodzących latach brytyjscy mężowie stanu i politycy mieli wielokrotnie próbować przekonać swoich niemieckich partnerów do tego punktu widzenia. Niemiecka odpowiedź miała też zawsze być jednakowa, a mianowicie, że niemieckie okręty wojenne stwarzają niewielkie zagrożenie dla Brytanii i że Cesarstwo Niemieckie ma identyczne prawo jak Imperium Brytyjskie do budowania takich okrętów, jakie mu się podoba.
Przez szereg lat, Kaiser i jego ministrowie, trwający w niezłomnym przekonaniu, iż najlepszy sposób na przeobrażenie bliźniego w przyjaciela polega na zastraszeniu go, skłonni byli uwierzyć również w to, że mogą równocześnie zbudować potężną flotę i uczynić z Wielkiej Brytanii swego sojusznika. Kaiser wierzył, a Tirpitz powiadał, że wierzy, iż gdy tylko Brytania ujrzy i zaakceptuje potęgę floty Niemiec, zacznie je szanować i zaoferuje przyjaźń – przyjaźń, w której Niemcy byłyby oczywiście partnerem dominującym. Taki sposób myślenia zdradzał fundamentalny brak zrozumienia psychologii Brytyjczyków, dla których panowanie nad morzami stanowiło konieczność znacznie większą niż jakikolwiek sojusz kontynentalny.
Z nadejściem końca stulecia Diamentowy Jubileusz i towarzysząca mu wielka rewia morska miały być zapamiętane jako apogeum brytyjskiej supremacji morskiej. Rychło miały dać o sobie znać nadmierne napięcia, którym poddawana była brytyjska potęga. Imperium było zanadto rozciągnięte. Nawet ze swoją Marynarką Wojenną, Brytania nie była zdolna wywiązać się ze wszystkich zobowiązań. Budowa okrętów przez Niemcy, miała oczywiście spowodować wzmożoną budowę okrętów przez Brytanię, lecz stawało się także rzeczą konieczną dokonanie zmian w brytyjskiej polityce. Brytania nie mogła sobie pozwolić na to, aby stanąć sama twarzą w twarz z mocarstwem, które zdominowało już Kontynent i mogło położyć rękę na wszystkich flotach Europy. Od stuleci podstawą polityki brytyjskiej było stawianie swego znaczenia na szali przeciwnej dominacji mocarstwa lub grupy mocarstw, mogących zagrozić jej istnieniu. Teraz, gdy Brytania zaczynała bać się niemieckiej floty, obawiała się także, że największa militarna potęga Europy nie aspirowałaby do statusu wielkiej potęgi morskiej, gdyby nie kryło się za tym pragnienie dominacji nad światem.
I tak punkt ciężkości polityki Brytanii zaczął się przesuwać. Wspaniała Izolacja została ponownie przeanalizowana. W miarę wzrostu niebezpieczeństwa po drugiej stronie Morza Północnego ułożono się z nieprzyjaciółmi, dawne tarcia załagodzono, podjęto nowe przedsięwzięcia. Brytania została, jeśli nie sojusznikiem w pełnym znaczeniu tego słowa, to na pewno partnerem swych niegdysiejszych wrogów, Francji i Rosji. Oddalenie się Brytanii i Niemiec, rosnące partnerstwo pomiędzy Brytanią a Francją i Brytanią a Rosją, było spowodowane obawami przed niemiecka flotą. „To ona zwarła szeregi Ententy – powiedział Winston Churchill. – Każdym nitem, który Tirpitz wbijał w swoje okręty wojenne, jednoczył on brytyjską opinię publiczną. […] Młoty bijące w Kilonii i w Wilhelmshaven wykuwały koalicję państw, które miały Niemcom stawić opór, a w końcu je pokonać”.
W sobotę ranek wstał niewyraźny i szary, nad Solent wisiały gęste mgły. Słońce wzeszło o 3.47, przesłonięte masami miękkich, szarych chmur. Powietrze było duszne i parne. Z ledwością można było dostrzec z brzegu szeregi zakotwiczonych okrętów. Flota stała się bardziej widoczna o ósmej rano, kiedy to na sygnał z okrętu flagowego wszystkie linie okrętów zakwitły tęczą kolorów, gdy podniesiono na nich wielką galę banderową, od dziobu, poprzez szczyty masztów, w dół ku rufie. Do południa pogoda się polepszała, w miarę jak słońce „wypalało” mgłę. Bryza dmuchała we flagi i bandery, pokrywając też morze małymi falami o białych grzywach, które zmieniały swoją barwę i odcień z każdym cieniem przesuwającym się po powierzchni wody.
Przez cały ranek wśród szeregów okrętów wojennych kręciły się statki wycieczkowe. Później, około drugiej po południu, wraz ze zbliżaniem się godziny rewii, wszystkie prywatne i komercyjne statki zostały przegonione i okręty wojenne stały w ciszy. Poza nurkującymi w powietrzu mewami, trzepocącymi flagami oraz słońcem i cieniem igrającymi po wodzie nie widać było żadnego ruchu, była to jakby flota upiornych mamutów, pięć ścian długich czarnych kadłubów, stojących cicho i majestatycznie na jasnozielonej wodzie, rozciągających się po Solent jak okiem sięgnąć.
Na brzegu panował hałas i zgiełk. W tę sobotę, Kompania Kolei Południowo-Zachodniej obiecała odprawić czterdzieści sześć pociągów z dworca Waterloo do Portsmouth od wpół do siódmej do wpół do dziesiątej rano. Co pięć minut pociągi opuszczały Waterloo, przybywały do Portsmouth a ich ludzki ładunek obwieszony lornetkami, aparatami fotograficznymi i przewodnikami, wylewał się na bruk placu dworcowego. Stamtąd rzeka ludzka płynęła przez miasto ku molom i plażom. Wszystkie dachy i okna wychodzące na morze były zajęte. Mola, plaża południowa i najmniejsze nawet wzniesienia na równinie Hampshire były gęsto zapełnione widzami.
Dwadzieścia po dwunastej na Keję Królewską w porcie Portsmouth przybył z zamku Windsor pierwszy z dwóch królewskich pociągów. Przybyła nim cesarzowa wdowa po Fryderyku Niemieckim. Miała na imię Wiktoria, po matce, i była najstarszym dzieckiem monarchini, a także matką cesarza Niemiec, Wilhelma II. Jej młodszy brat Artur, książę Connaught, ubrany w szkarłatny mundur pułkownika Gwardii Szkockiej, podał jej ramię i poprowadził cesarzową wprost na pokład stojącego przy nabrzeżu królewskiego jachtu „Victoria and Albert”. W momencie gdy cesarzowa wstępowała na trap, na grotmaszt wzbił się złoto-czarny niemiecki sztandar cesarski. Czterdzieści minut później przybył drugi pociąg i na peron zeszła znajoma krągła figura. Był to Albert Edward, książę Walii, główna persona dzisiejszych uroczystości. To książę miał być osobą przyjmującą rewię, podczas gdy jego matka, zmęczona swoją sześciomilową podróżą po ulicach Londynu w otoczeniu sześciu milionów Brytyjczyków, zdzierających swe gardła aż do utraty głosu, spędzała dzień cicho i spokojnie w Windsorze. Następcy tronu towarzyszyła żona, księżna Aleksandra, brat Alfred, książę Sachsen-Coburg, i syn Jerzy, książę Yorku. Książę Walii ubrany był w granatowo-złoty mundur admirała floty. Podobny strój nosił też jego brat Alfred, który zanim objął rodowe księstwo i przeprowadził się do Niemiec w 1893 roku, tytułował się księciem Edynburga i służył w charakterze naczelnego dowódcy brytyjskiej Floty Śródziemnomorskiej. Także książę Jerzy był w granatach i złocie, a swój stopień komandora zdobył w czynnej służbie. Gdy tylko Książę z towarzystwem zaokrętowali się na „Victoria and Albert”, aby wspólnie z siostrą zasiąść do lunchu, na maszcie głównym podniesiono królewski sztandar Wielkiej Brytanii, aby powiewał tam obok niemieckiego sztandaru cesarskiego, a działa nelsonowskiej „Victory” ryknęły salutem.
Punktualnie o drugiej „Victoria and Albert” rzucił cumy łączące go z portsmouthską keją, a jego koła łopatkowe zaczęły się obracać. Wychodząc z portu jacht królewski niósł pięć wielkich flag, każda rozmiarów dywanu. Na topie fokmasztu tkwił ciemnoczerwony proporzec z żółtą kotwicą, emblemat lordów Admiralicji. Na szczycie grotmasztu powiewał królewski sztandar Wielkiej Brytanii, złote lwy i srebrne jednorożce na przemiennych czerwonych i niebieskich polach, oraz niemiecki sztandar cesarski, czarny orzeł na złotym tle. Na bezanmaszcie trzepotał Union Jack, a z flagsztoka na rufie unosiła się biała bandera Marynarki Królewskiej. Za jachtem postępowała procesja dużych i mniejszych statków wiozących specjalnych gości. Bezpośrednio za jego rufą znajdowała się jasnozielona „Carthage”, należąca do linii P&O; jej pokłady płonęły kolorami uniformów i blaskiem klejnotów książąt indyjskich i innych nacji. Ich przewodnikiem był komandor lord Charles Beresford, bohater służby w marynarce. Jacht Admiralicji – „Enchantress” – był następny w szyku, wioząc lordów Admiralicji i ich gości. Dalej szedł „Danube”, załadowany członkami Izby Lordów. Za nim był „Wildfire”, wiozący ministra kolonii, Josepha Chamberlaina, w otoczeniu premierów i gubernatorów kolonii i terytoriów, składających się na Imperium Brytyjskie. W pobliżu końca, płynąc bardzo wolno, „aby nie nadepnąć na odciski któremuś z maluchów”, szedł wielki liniowiec Cunarda „Campania”, największy i najszybszy z brytyjskich chartów transatlantyckich, jej ogrom przytłaczał nawet pancerniki. Dopłynąwszy do Portsmouth z Southampton, gdzie zaokrętowała swoich 1800 pasażerów – członków Izby Gmin, ich przyjaciół i krewnych – „Campania” szła w śladzie torowym znacznie mniejszego „Danube”, wiozącego Izbę Lordów. W pewnym momencie tej podróży John Burns, poseł radykalny, z ironicznym śmiechem zauważył, że gdyby kapitan „Campanii” nieco przyśpieszył, można by rozstrzygnąć na dobre wiele kwestii konstytucyjnych, dzielących Izbę Lordów i Izbę Gmin. Na samym końcu procesji znajdował się „Eldorado”, niosący na swoim pokładzie zagranicznych ambasadorów akredytowanych przy dworze Świętego Jakuba.
Flota była gotowa. Gdy tylko dał się słyszeć odgłos salutu z „Victory”, sygnalizujący że jacht królewski jest już w drodze, na rejkach sygnałowych „Renowna” wzbił się w górę zestaw flag sygnałowych: „Parada burtowa!”. Za czasów żaglowców skutkiem takiego sygnału był jeden z najbardziej dramatycznych spektakli morskich: marynarze stawali w regularnych odstępach wzdłuż rej na wieżach masztów. Obecnie maszty i reje znikły już z okrętów, ale sygnał ciągle powodował długo pamiętaną przez widzów zmianę wyglądu floty. Wielkie stalowe okręty, dotąd ponure i ciche, raptem zakipiały od biegnących mężczyzn. Po kilku minutach, linie nieruchomych marynarzy stały wzdłuż krawędzi każdego pokładu oraz na wieżach działowych i barbetach. Tu i ówdzie, na pomostach i stanowiskach bojowych, plama czerwieni wskazywała miejsca, gdzie ulokowane były oddziały piechoty morskiej.
Gdy jacht królewski wszedł między linie okrętów, każdy z nich oddawał salut armatni i rychło obłoki białego dymu dryfowały ponad zieloną wodą. (Bystre oko mogło zauważyć wyjątek, saluty z francuskiego krążownika „Pothuau”, na którym używano już nowego prochu bezdymnego.) Płynąc powoli, jacht zbliżał się do każdego z czarnych behemotów na dystans umożliwiający wymianę pozdrowień. Z okrętów wojennych z łatwością można było dojrzeć Księcia Walii otoczonego towarzystwem. Jego brat i syn stali obok, a w pobliżu zauważyć się dało japońskiego następcę tronu oraz Sir Pertaba Singha, w którego jedwabnym turbanie błyskały ogromne klejnoty. Niedaleko zgromadzona była cała masa oficerów, noszących szkarłatne, niebieskie i zielone kurtki mundurowe, zdobione srebrem i złotem. Panie zgromadziły się wokół niemieckiej cesarzowej oraz księżnej Walii. Większość z nich była w strojach jachtowych barwy kremowej z granatem marynarskim lub jasnobłękitnej w kombinacji z żółtą, kasztanową albo jasnozieloną. „Nikt nie prezentował się lepiej niż hrabina Warwick w swojej ciemnoniebieskiej alpace z białą szyją przyozdobioną batystem, całość wybornie pasująca do jej pięknej figury” – opisywał jeden z korespondentów byłą kochankę księcia Walii.
Gdy jacht królewski zrównywał się z kolejnym w szyku okrętem, oficerowie i marynarze zdejmowali czapki i wykrzykiwali trzykrotne „Hurrra!”. Jeśli na okręcie była orkiestra, to grała hymn: „God Save the Queen”. Obserwatorzy z przyjemnością odnotowali, że amerykańscy marynarze na pokładzie „Brooklynu” krzyczeli tak samo żywiołowo, jak załogi brytyjskie, i że orkiestra na pokładzie „König Wilhelm” po hymnie odegrała bardzo dziarsko „Rule Britannia!”14.
Gdy tak książę Walii dokonywał przeglądu floty, przejścia pomiędzy liniami okrętów były wolne od statków wycieczkowych z widzami, czego pilnowały holowniki floty i patrolowce. Gdy tylko jednak „Victoria and Albert” przeszedł między liniami, jakiś bezczelny samotny stateczek pojawił się ni stąd, ni zowąd i zaczął pędzić tam i z powrotem wzdłuż linii okrętów, wijąc się i przemykając między nimi z zadziwiającą prędkością i sprawnością w manewrowaniu. Patrolowce wysłane, aby doścignąć i przechwycić intruza, wróciły z niczym. Ta dziwna, pomalowana na szaro jednostka w kształcie torpedy o długości 100 stóp15 i szerokości 9 stóp nazywała się „Turbinia” 1 była najszybszym statkiem świata, zdolnym wyciągnąć 34 węzły16.
Przedstawienie, jakie dała, było zamierzone, aby przekonać Marynarkę Wojenną do rezygnacji z ciężkich, tłokowych maszyn parowych napędzających dotąd jej okręty, i zastąpienia ich przez turbiny parowe, takie jak ta, która pchała „Turbinię” rozcinającą swym dziobem fale. Projektant stateczku, Sir Charles Parsons, był na jego pokładzie, stojąc tuż za wysokim, umieszczonym na śródokręciu kominem, który wypluwał z siebie płomień prawie takiej samej wysokości jak sam komin. Urządzając wyścigi pomiędzy niebotycznymi wojenniakami, rzucając wyzwanie autorytetom, „Turbinia” drastycznie naruszyła protokół. „Być może jej nieposzanowanie prawa można wytłumaczyć nowością i ważnością wynalazku, który ucieleśnia” – pomrukiwał z niezadowoleniem „The Times”.
Ukończywszy swoją turę wokół linii okrętów o czwartej, „Victoria and Albert” podpłynął do „Renowna”, stanął na jego trawersie, rzucił prawoburtową kotwicę i zasygnalizował do wszystkich brytyjskich i zagranicznych oficerów flagowych17, zapraszając ich do przybycia na pokład, gdzie mieli być przyjęci przez Księcia Walii. Admirałowie już czekali w barkasach parowych i motorówkach, podskakujących u burt ich flagowców, aby – gdy tylko nadejdzie sygnał – rozpocząć wyścig do lewoburtowego trapu królewskiego jachtu. Pod tym względem powszechnie podziwiane było zachowanie rosyjskiego admirała: gardząc wyścigiem i odrzucając parę, przybył barkasem wiosłowym, napędzanym przez szesnastu marynarzy w białych mundurach. Gdy goście jeszcze przebywali na pokładzie, z „Victoria and Albert” wypuszczono gołębia pocztowego, niosącego specjalne posłanie od Księcia do jego Matki w zamku Windsor: „Właśnie zaprezentowali się admirałowie. Piękny dzień, rewia okazała się całkowitym sukcesem. Do pełnej doskonałości brakowało jedynie obecności Królowej”.
O piątej goście zeszli po trapie. „Victoria and Albert” wyciągnął kotwicę z mułu Solent, wykręcił na wstecznym biegu i odpłynął w kierunku Portsmouth. Gdy jacht odpływał, kolejny trzykrotny okrzyk przetoczył się nad flotą. W tym momencie niespodziewanie raz jeszcze pojawiła się na widowni „Turbinia”. Obijała się gdzieś, schowana za rufą krążownika, ale gdy jacht królewski wyruszył w drogę powrotną, ulokowała się za jego rufą. Z początku szła za nim z umiarkowaną szybkością, lecz oto nagle jej śruby zawirowały i z dziobem uniesionym ku górze, a rufą wciśniętą w masę syczącej białej piany „Turbinia” śmignęła po stycznej od kursu królewskiego jachtu. Pozostawiając flotę za rufą, Książę Walii rozkazał podnieść na rejce sygnałowej mile widziany sygnał: „Spleść grotbras!”, na co głównodowodzący rozkazał wszystkim dowódcom okrętów wydać każdemu marynarzowi po ekstra porcji grogu (rumu z wodą).
Już podczas przyjęcia dla admirałów nad południowym horyzontem gromadzić się zaczęły groźne chmury. Gdy książę opuścił flotę, czarne kadłuby stały na czarnej wodzie z ławicą ciemnych cumulonimbusów zwisających nad głowami. Nim jeszcze „Victoria and Albert” zawinął do portu w Portsmouth, niebo stało się zielonoczarne i spadać zaczęły pierwsze wielkie krople deszczu. Gdy jacht zacumowano przy kei, ulewa smagała pokłady z gwałtownością deszczów tropikalnych. Błyskawice rozdzierały powietrze długimi, pękającymi zygzakami ognia, a grzmoty dudniły niby kanonada. Na kotwicowisku floty zasłony deszczu zatarły widok okrętów, których pokłady i wieże opanowała orgia tańczącej wody. Nie można już było dojrzeć jednostek z sąsiedniej linii. Na brzegu, gdzie kanalizacja nie okazała się w mocy sprostać potopowi, wielkie połacie esplanady stały pod wodą, a błonie Southsea Common zamieniło się w bagnisko. Wszystkie sklepy zamknięto i tłumy ludzi pośpiesznie gromadziły się pod jakimkolwiek schronieniem. Burza trwała godzinę i była jedną z najsroższych, jakie kiedykolwiek odnotowano w południowej Anglii.
Podczas sztormu wydawało się, że iluminację floty, mającą być główną atrakcją wieczoru, trzeba będzie odwołać. Tymczasem o zachodzie słońca jedynie kopuła ciężkich chmur przyciemniała zmierzch letniego nieba. Dla obserwatorów na brzegu flota stopniowo znikała w pogłębiającym się cieniu. Jednak potem, kwadrans po dziewiątej, huknęło działo sygnałowe. „Renown” stał się nagle widoczny, wykreślony ogniem na tle zmierzchu. Sekundę później widać już było wszystkie okręty na kotwicowisku; ich sylwetki rysowały się na tle czarnego nieba setkami elektrycznych światełek. Rozciągnięte wzdłuż każdego okrętu, tworzące zarysy kadłuba, pomostu, kominów, masztów i wież działowych, światła zdawały się „liniami ognistymi, które w lekkiej mgle, ciągle po sztormie unoszącej się nad morzem, przybrały złocistą barwę świetlików”. Wytrawni korespondenci morscy popadali w egzaltację: światła były dla nich „miriadami brylantowych koralików”, okręty – „bajkową flotą obwieszoną złocistymi łańcuchami […] leżącą na zjawiskowym morzu iskrzącym i odbijającym w swych falach błyski klejnotów”. Brytyjskie okręty flagowe na topach masztów miały duże świetlne kombinacje, przedstawiające czerwony krzyż na białym tle, które – niczym właściwe flagi za dnia – oznajmiały, że na pokładzie jest admirał. Okręty zagraniczne stworzyły na tę okazję efekty specjalne. Na „Rossiji” utworzono ze świateł podwójnego orła cesarstwa rosyjskiego. „Brooklyn” przemawiał do publiczności elektrycznym literami „V. R. [Victoria Regina] 1837 – 1897” na swojej opancerzonej burcie. Poza tym na „Brooklynie” wywieszono na szczytach masztów flagi amerykańską i brytyjską w wiązkach światła z jego potężnych reflektorów.
Przez prawie trzy godziny te niezwykłe osiągnięcia techniki i imaginacji migotały w ciemnościach. Ludzie gapili się na to wszystko z brzegu i z pokładów statków. Około dziesiątej Książę i Księżna Walii ponownie wyruszyli z Portsmouth w morze, tym razem na pokładzie mniejszego z królewskich jachtów, „Alberty”, aby opłynąć flotę. „Alberta” niosła niewiele świateł i podczas swojego powolnego rejsu wzdłuż linii nieruchomych okrętów nie przyciągała tyle formalnej uwagi co za dnia. Jednakże o jedenastej trzydzieści, gdy jacht zaczął się oddalać od floty, orkiestry ponownie odegrały „God Save the Queen”. A potem, aby raz jeszcze uczcić Królową i jej Następcę, wszystkie okręty na kotwicowisku oddały ze swych dział salut królewski. Okręty spowiły się w welony dymu, podświetlane przyćmionymi czerwonymi wybłyskami z dział. Był to wielce spektakularny szczyt całej uroczystości: ciągły ryk morskiej kanonady, jęzory ognia wyskakujące z luf przy wielokrotnych salwach burtowych, dym przetaczający się czerwonymi chmurami wzdłuż miriad jarzących się elektrycznych świateł.
Książę wrócił do Portsmouth, zaś iluminacja trwała jeszcze nieco dłużej. Wreszcie, gdy wskazówki zegara dotknęły północy, okręt flagowy zgasił swoje światła, a za moment cała reszta floty także pogrążyła się w ciemności. Na brzegu, obserwator na balkonie hotelowym odnotował: „Z wybiciem dwunastej, złota, bajkowa flota znikła. Byłże to tylko sen? Ponad głowami przeciągały chmury, a jeszcze wyżej migotały gwiazdy. Powoli stawały się widoczne przyćmione światła topowe niezliczonych okrętów. A więc jednak nie znikła. Flota tam była i czuwała”.
Królowa Wiktoria miała w swych żytach przewagę krwi niemieckiej. Jej ojciec, Edward książę Kentu, czwarty syn króla Jerzego III, pochodził z dynastii hanowerskiej, potomków Jerzego Ludwika, elektora Hanoweru, sprowadzonego do Anglii w 1714 roku i osadzonego na tronie jako król Jerzy I dla zapewnienia sukcesji protestanckiej. Wszyscy hanowerscy przodkowie Wiktorii – król Jerzy II, jego syn Fryderyk, książę Walii i jego z kolei syn, król Jerzy III, wzięli za żony niemieckie księżniczki, tym samym zwiększając jeszcze własny udział niemieckiej krwi. Matka królowej Wiktorii, księżniczka Wiktoria Luiza z Sachsen-Coburg, też była Niemką. Wreszcie sama królowa Wiktoria jeszcze zdwoiła ułamek niemieckości w rodzinie królewskiej poprzez poślubienie swojego niemieckiego kuzyna, księcia Alberta Sachsen-Coburg, syna starszego brata swojej matki. Wczesne otoczenie przyszłej królowej też było w większości niemieckie. Jej guwernantka była Niemką, kołysanki, którymi ją usypiano były niemieckie, nie słyszała żadnego języka poza niemieckim i sama mówiła tylko po niemiecku do wieku trzech lat. Jej szczera sympatia do wszystkiego co niemieckie była też związana z mężem. „Żywię takie uczucia w stosunku do naszych drogich, małych Niemiec, że nie potrafię ich wręcz opisać” – powiedziała po odwiedzinach miejsca narodzin księcia Alberta.
W latach przed wstąpieniem Wiktorii na tron dla monarchii brytyjskiej nastały ciężkie czasy. Bezpośrednio poprzedzający ją królowie: Jerzy III, Jerzy IV i Wilhelm IV – opisywani byli jako „imbecyl, marnotrawca i bufon”. Tatulo Wiktorii, książę Kentu, prezentował się niewiele bardziej obiecująco. Odesłany na emeryturę z armii brytyjskiej z powodu zbytniego gustowania w surowej dyscyplinie, co doprowadziło do buntu w Gibraltarze, ciągle zadłużony, kawaler w wieku lat czterdziestu ośmiu, czas spędzał głównie za granicą, żyjąc ze swą dwudziestoośmioletnią kochanką, Kanadyjką francuskiego pochodzenia znaną jako Madame de St Laurent. W roku 1818 propozycja podniesienia mu pensji, przedstawiona przez parlament pod warunkiem że się ożeni i wyprodukuje potomka, skłoniła go do wskazania Madame de St Laurent drzwi i oświadczenia się trzydziestoletniej wdowie, księżniczce Sachsen-Coburg. Pobrali się i za dziesięć miesięcy, 24 maja 1818 roku, urodziła się im córka. Osiem miesięcy później książę Kentu, dokonawszy swego wkładu w historię Anglii, zmarł na zapalenie płuc.
Mała księżniczka, druga w linii do sukcesji tronu brytyjskiego, mieszkała ze swoją matką w praktycznym, zbudowanym z czerwonej cegły pałacu Kensington, skąd od czasu do czasu wybierała się w podróż, aby odwiedzić swego starzejącego się stryja – króla Jerzego IV. Wcześnie pojęła jak się przypodobać. Drapiąc się na kolana cierpiącego na podagrę, noszącego perukę monarchy, obdarzała go następnie czarownym uśmiechem i składała pocałunek na suchym, uróżowanym policzku szepcąc mu coś do ucha. „Co byś chciała aby orkiestra teraz zagrała?” – zapytał pewnego razu stary dżentelmen; „Och, stryjku królu, chciałabym, aby zagrali «God Save the King»” – pisnęło dziecko. „Powiedz mi, co ci się najbardziej podobało podczas twojej wizyty?” – zapytał król Jerzy gdy miała właśnie odjeżdżać. „Przejażdżka z tobą” – oddzwonił głosik małej księżniczki Wiktorii.
Rozumiała, że różni się od innych dzieci. „Nie powinnaś ich ruszać, są moje” – ogłosiła odwiedzającemu ją dziecku, które właśnie zabierało się do jej zabawek. „I mnie wolno mówić do ciebie Janka, ale ty nie powinnaś mówić do mnie – Wiktoria” – dodała z naciskiem.
Powiadano, iż zirytowany nauczyciel muzyki miał pewnego razu wygłosić pouczenie: „Nie ma królewskiej drogi do nauczenia się muzyki, księżniczko. Musisz ćwiczyć jak każdy”. Wiktoria gwałtownie zatrzasnęła pokrywę klawiatury swojego pianina. „Ot, co! Widzi pan? Nie ma żadnego musisz”! Gdy miała lat dziesięć, odkrywszy księgę z tablicami genealogicznymi królów i królowych Anglii, zaczęła je studiować. Zaskoczona, zwróciła się do swej guwernantki i powiedziała: „Jestem bliżej tronu, niż myślałam”. Gdy guwernantka przytaknęła, oczy Wiktorii napełniły się łzami. Uroczyście uniosła ku górze prawy palec wskazujący i uczyniła słynną deklarację: „Będę dobra!”.
Śmierć „Stryjka Króla” w roku 1830 zbliżyła jedenastoletnią księżniczkę jeszcze bardziej do tronu. Nowy król, jej drugi, sześćdziesięciopięcioletni stryjek Wilhelm, powołał do życia dziesięcioro dzieci – wszystkie nieślubne, zatem Wiktoria zgodnie z zasadami została dziedziczką Korony Brytyjskiej. Król Wilhelm IV panował lat siedem, aż 20 czerwca 1837 roku – o piątej rano, do pałacu Kensington przybyła grupa dżentelmenów – wprost z Zamku Windsor, gdzie król właśnie zmarł. Zaspana młoda kobieta przyjęła ich w szlafroku i z rozpuszczonymi włosami, a oni uklękli i pocałowali ją w rękę. Tak oto rozpoczęło się sześćdziesięcioczteroletnie królowanie. „Jestem bardzo młoda – zanotowała tego wieczora w swym dzienniku nowa królowa – i pewnie w wielu sprawach, choć nie we wszystkich, niedoświadczona, lecz jestem pewna, że mało kto ma więcej ode mnie dobrej woli i prawdziwego pragnienia czynienia tego co właściwe i słuszne”. Osiemnastoletnia królowa, kipiąca jeszcze górnym duchem młodości, była pokrzepieniem dla Brytyjczyków, którym przejedli się już starzy głupcy na tronie. W sprawach polityki królowa skrupulatnie polegała na poradach premiera, lorda Melbourne. Ich wzajemne stosunki były mieszanką relacji ojciec – córka, adorująca młoda kobieta – elegancki, wytworny starszy mężczyzna, a wreszcie suweren – poddany. Świat uważał go za cynika, lecz on potrafił oczarować królową swym doświadczeniem życiowym, swym cierpkim humorem i głębokim oddaniem. Stwierdziła, że jest on „najuprzejmiejszym, najwrażliwszym, i najlepszego serca człowiekiem na świecie”, w którym to poglądzie utwierdziła się jeszcze gdy jej ulubiony spaniel, Dash, podszedł pewnego razu do lorda Melbourne i zaczął lizać mu rękę. „Wszystkie psy mnie lubią” – rzekł premier i wzruszył ramionami, lecz królowa przyjęła to stwierdzenie bez przekonania.
Meandry polityki spowodowały odejście lorda Melbourne, lecz w 1839 roku Wiktoria sama dokonała wyboru męskiego doradcy, który miał wywrzeć na nią największy w całym jej życiu wpływ. Jej kuzyn pierwszego stopnia, książę Albert Sachsen-Coburg, trzy miesiące młodszy od Wiktorii, wyrastał na poważne i świadome swych celów dziecko. „Zamierzam ćwiczyć się, aby zostać dobrym i użytecznym człowiekiem” – zapisał w swym diariuszu w wieku lat jedenastu. Wiktoria spotkała kuzyna po raz pierwszy przed wstąpieniem na tron, gdy oboje mieli po siedemnaście lat. „Uroda Alberta jest uderzająca – zwierzyła się w swoim dzienniku – Jego włosy są prawie takiego samego koloru jak moje, oczy duże i niebieskie, ma też piękny nos i bardzo słodkie usta o pięknych zębach”.
Następnie odnotowywała dalsze szczegóły: „delikatne wąsiki i niewielkie, ale to bardzo niewielkie bokobrody, […] piękna figura, szerokie ramiona i doskonała talia”. Oboje wiedzieli, że starsi oczekują, iż będzie z nich para, lecz wybór i decyzja należały do niej. Była prawie gotowa się zdecydować po tym, jak obserwowała go, wchodzącego po schodach w Windsorze w październiku 1839. „Odczuwałam pewną emocję, gdy tak oglądałam Alberta, który jest piękny” – znów zwierzyła się swemu dziennikowi. Kilka dni później zaprosiła Alberta do sali audiencji prywatnych, gdzie mu się oświadczyła. Albert zgodził się i rozpoczął tym samym trudne zadanie stawania się mężem królowej Anglii. Gdy jeszcze przed ślubem sugerował, że miło byłoby mieć nieco dłuższy miesiąc miodowy niż dwa czy trzy dni przewidziane przez Królową, ta mu przypomniała: „Zapominasz, najdroższy mój ukochany, że jestem Suwerenem i że cały ten interes nie może stanąć w miejscu i czekać po próżnicy”. Ceremonia ślubna odbyła się w kaplicy św. Jakuba w Londynie, a noc poślubna została spędzona w Windsorze. Następnego ranka Królowa pośpieszyła do swego dziennika. Albert grał na pianinie, ona zaś leżała na sofie z bólem głowy, lecz „chora czy też nie, NIGDY, PRZENIGDY nie spędziłam takiego wieczoru!!! Mój drogi, najdroższy Albert siedział na podnóżku u mego boku, a jego niepohamowany afekt dał mi poczucie niebiańskiej miłości i szczęśliwości, jakiej nigdy dotąd nie mogłam nawet się spodziewać! Zaiste, jakżeż potrafię okazać swoją wdzięczność za posiadanie takiego męża?!”.
W pierwszych miesiącach małżeństwa pozycja Alberta była niezręczna. Wiktoria go adorowała i nastawała, aby słowa „być mu posłuszną” zostały użyte w przysiędze podczas ceremonii ślubnej, lecz, jak sam Albert pisał w liście do przyjaciela, pozostawał on raczej „mężem, niż panem domu”. Jego pozycja uległa wzmocnieniu, gdy po dziewięciu miesiącach i jedenastu dniach od daty ślubu do jego statusu męża doszedł jeszcze splendor ojcostwa. Dziecko było córeczką imieniem Wiktoria (przez rodzinę nazywana Wiki18), choć oczekiwano raczej księcia Walii, lecz rozczarowanie to zostało przezwyciężone jedenaście i pół miesiąca później, gdy 20 listopada 184119 roku w pałacu Buckingham przybył na świat książę Albert Edward (znany w rodzinie jako Bercik20). Książę został ochrzczony 25 stycznia 1842 roku w obecności księcia Wellington oraz króla Prus Wilhelma IV, który nadał swemu chrześniakowi pruski Order Czarnego Orła. Po ceremonii Wiktoria zapisała: „Modliliśmy się, żeby nasz chłopaczek mógł zostać prawdziwym i cnotliwym pod każdym względem chrześcijaninem, a JA modliłam się, aby został obrazem swego ukochanego ojca”.
Bercik został zainstalowany w pokojach dziecinnych z guwernantką angielską i niemiecką, więc zaczął mówić od razu w obu językach. Późniejszy gość miał zauważyć, że dzieci królewskie „mówiły po niemiecku jak w swoim języku ojczystym”. Pierwsze słowa Bercika były przedrzeźniane przez starszą, nad wiek rozwiniętą siostrzyczkę, i królowa obawiała się, że synek „mógł poczuć się zraniony przez przebywanie z królewną21, która jest bardzo mądra i w ogóle rozwinięta znacznie ponad swój wiek. Potrafi go osadzić słowem lub spojrzeniem”. Pomimo sprzeczek, brat i siostra byli sobie bardzo bliscy.
Królowa Wiktoria rodziła cztery razy w pierwszych czterech latach małżeństwa, sześć razy w ośmiu, a dziewięć razy w całym jego okresie. Wszystkie jej dzieci dożyły wieku dorosłego, co jak na tamte czasy jest dość niezwykłe. Sam przebieg ciąży nie sprawiał jej przyjemności. „To, co powiadasz o dumie z dawania życia nieśmiertelnej duszy, jest bardzo piękne, moja droga, lecz sama tego tak odbierać nie potrafię – miała odpisać osiemnaście lat później Wiki – wtedy żonie pruskiego następcy tronu – gdy ta, wniebowzięta, opisywała stan swoich uczuć po urodzeniu własnego pierwszego dziecka, Wilhelma – Raczej myślę o nas w takich chwilach jak o krowach lub psach, jako że nasza natura staje się wtedy tak zwierzęca i pozbawiona wszelkiej ekstazy”.
