Złota Seria. DREDNOUGHT. Brytania, Niemcy i nadejście Wielkiej Wojny - Robert K. Massie - ebook

Złota Seria. DREDNOUGHT. Brytania, Niemcy i nadejście Wielkiej Wojny ebook

Robert K. Massie

0,0
60,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

„Dreadnought" to nazwa okrętu, który stał się symbolem mocarstwowości państw w okresie od początku XX wieku do wybuchu pierwszej wojny światowej. Książka Roberta K. Massie opisuje właśnie ten okres w kontekście rywalizacji dwóch europejskich potęg: Niemiec i Wielkiej Brytanii.

Massie skupia się przede wszystkim na ludziach władzy – od rodów królewskich, poprzez szefów rządów, po admirałów i ludzi związanych z dyplomacją. Barwność postaci, mnóstwo anegdotycznych historii i znakomite pióro autora sprawiają, że książkę czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem.

„Dreadnought" został przez wielu krytyków uznany za najlepszą książkę Roberta K. Massie, stając się klasykiem historii XX wieku. Krytycy określają Massiego jako mistrza historycznego portretu i anegdoty oraz chwalą pozycję jako wspaniale opisującą całą epokę i prezentującą błyskotliwą galerię postaci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 1134

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ty­tuł ory­gi­na­łu: Ro­bert K. Mas­sie

Dre­ad­no­ught. Bri­ta­in, Ger­ma­ny and Co­ming of the Gre­at War

Tłu­ma­cze­nie: Woj­ciech Chrza­now­ski

Re­dak­cja: Ali­na Wal­czak

Ko­rek­ta: Ali­na Wal­czak

Ilu­stra­cje: z ory­gi­na­łu oraz ze zbio­rów wła­snych wy­daw­nic­twa

Pro­jekt okład­ki: Mi­chal Szwa­gu­liń­ski

Pol­ska wer­sja in­dek­su i przy­pi­sów źró­dło­wych:

Kle­men­ty­na Chrza­now­ska

Ory­gi­nal­na wer­sja ni­niej­szej książ­ki zo­sta­ła wy­da­na przez Bal­lan­ti­ne Bo­oks, New York.

All ri­ghts re­se­rved.

Co­py­ri­ght © 1991 by Ro­bert K. Mas­sie

Co­py­ri­ght for Po­lish edi­tion © 2004 by „Fin­na”

Co­py­ri­ght for Po­lish trans­la­tion © 2004 by Woj­ciech Chrza­now­ski

ISBN: 978-83-68435-50-4

Wy­da­nie I w ję­zy­ku pol­skim

Gdańsk 2004.

Fo­to­gra­fia na okład­ce tomu I: H.M.S. „Dre­ad­no­ught” na peł­nym mo­rzu

Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza FIN­NA

80-768 Gdańsk, ul. Dzie­wa­now­skie­go 5/6

tel.: +48 58 305 1993 fax: +48 58 301 5725

e-mail: fin­na@fin­na.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Kima Mas­sie­go, Jac­ka Maya, Char­le­sa Da­vi­sa

i Ed­mun­da Ke­eleya

AMI­CIS A IU­VE­NI­BUS

oraz dla De­bo­ry

Od redakcji

Czy­tel­ni­cy otrzy­mu­ją dzi­siaj do rąk książ­kę za­iste nie­zwy­kłą i to z kil­ku wzglę­dów. Po pierw­sze – ze wzglę­du na oso­bę au­to­ra. Ro­bert K. Mas­sie jest ame­ry­kań­skim hi­sto­ry­kiem i dzien­ni­ka­rzem, au­to­rem kil­ku za­le­d­wie ksią­żek, z któ­rych każ­da jed­nak była wy­da­rze­niem na ryn­ku wy­daw­ni­czym. Książ­ki te to: „Ni­cho­las and Ale­xan­dra” („Mi­ko­łaj i Alek­san­dra”), „Pe­ter the Gre­at” („Piotr Wiel­ki”), któ­ra przy­nio­sła mu na­gro­dę Pu­lit­ze­ra, a prze­tłu­ma­czo­no ją na­wet na ro­syj­ski, zna­na już w Pol­sce „Ostat­ni Ro­ma­no­wo­wie” oraz tomy, któ­re trzy­ma­cie pań­stwo w rę­kach. Poza te­ma­ty­ką hi­sto­rycz­ną na­pi­sał wspól­nie ze swo­ją żoną, Su­san Mas­sie, „Jo­ur­ney” („Po­dróż”), bę­dą­cą wstrzą­sa­ją­cym, a rów­no­cze­śnie peł­nym głę­bo­kie­go hu­ma­ni­ta­ry­zmu świa­dec­twem zma­gań ro­dzi­ców z dzie­dzicz­ną i trud­ną do wy­le­cze­nia cho­ro­bą syna – he­mo­fi­lią, co dało zresz­tą asumpt do za­ję­cia się hi­sto­rią cho­ro­by ca­re­wi­cza Alek­se­go i do­mem Ro­ma­no­wów. Ro­bert K. Mas­sie Jr. ma się zresz­tą do­brze i kro­czy w śla­dy ojca.

Jak wi­dać z wy­ka­zu ty­tu­łów nasz au­tor wy­ka­zu­je pew­ną pre­dy­lek­cję do bio­gra­fii, któ­rej jest praw­dzi­wym mi­strzem. Jego wiel­ki ta­lent i umie­jęt­ność opo­wia­da­nia po­wo­du­ją, że czy­ta się je z nie­usta­ją­cą fa­scy­na­cją te­ma­tem i z za­par­tym tchem, choć ze wzglę­du na im­po­nu­ją­ce roz­mia­ry dzieł – trud­no mó­wić, że nie­mal jed­nym tchem. Roz­miar – choć, oczy­wi­ście, nie wy­łącz­nie, bo tak­że sze­ro­kie spoj­rze­nie na epo­kę – jest dru­gą ce­chą cha­rak­te­ry­zu­ją­cą dzie­ła Mas­sie­go, co po­wo­du­je, że za­li­cza się je do ga­tun­ku „pa­no­ra­my hi­sto­rycz­nej”, w czym przy­po­mi­na pra­ce nie­ży­ją­cej już Bar­ba­ry Tuch­man (m.in. „Wy­nio­sła wie­ża”, „Sierp­nio­we sal­wy”), z któ­rą bywa naj­czę­ściej po­rów­ny­wa­ny. Mas­sie jest zresz­tą au­to­rem wstę­pów do nie­mal wszyst­kich naj­now­szych wy­dań (ame­ry­kań­skich) jej ksią­żek. Trze­cią wresz­cie ce­chą ksią­żek Mas­sie­go jest ich zna­ko­mi­te udo­ku­men­to­wa­nie hi­sto­rycz­ne. Wszyst­kie cy­ta­ty – sta­no­wią­ce nie­ma­ły pro­cent „mię­sa” tych ksią­żek – są po­da­wa­ne za ory­gi­nal­ny­mi źró­dła­mi, co spra­wia, że pra­ce Mas­sie­go są za­le­ca­ne na ame­ry­kań­skich uni­wer­sy­te­tach jako lek­tu­ra „nie­mal źró­dło­wa” do kur­sów z hi­sto­rii po­wszech­nej. Je­śli stu­den­ci czy­ta­ją je chęt­nie – to naj­wy­raź­niej książ­ki nie mogą tchnąć nudą. Nasz au­tor – przy sze­ro­kim uję­ciu te­ma­tu i za­mi­ło­wa­niu do dy­gre­sji – cha­rak­te­ry­zu­je się bo­wiem nie­zwy­kłą dys­cy­pli­ną. Opo­wia­da, lecz nie glę­dzi; ry­su­jąc po­sta­cie sto­su­je kre­skę i bar­wę zmien­ną i do­pa­so­wa­ną do ich cha­rak­te­ru – a daje się wy­czuć, że i do oso­bi­ste­go sto­sun­ku au­to­ra do nich – choć bez wpły­wu na obiek­tyw­ność hi­sto­ry­ka. Po­tra­fi on zresz­tą na­wet w po­sta­ciach – ide­al­nych kan­dy­da­tach na czar­ne cha­rak­te­ry – od­na­leźć ele­men­ty sym­pa­tycz­ne, a przy­najm­niej – fa­scy­nu­ją­ce.

Opo­wieść, któ­rą dzi­siaj pro­po­nu­je­my i przed­sta­wia­my pod osąd pol­skie­go czy­tel­ni­ka, mówi o ca­łej epo­ce w eu­ro­pej­skiej hi­sto­rii: od wstą­pie­nia na tron kró­lo­wej Wik­to­rii, po ów hi­sto­rycz­ny mo­ment w sierp­niu 1914 roku, kie­dy Zjed­no­czo­ne Kró­le­stwo zna­la­zło się w sta­nie woj­ny z Niem­ca­mi. Na­le­ży od razu za­zna­czyć, że książ­ka prze­zna­czo­na jest nie tyl­ko dla mi­ło­śni­ków hi­sto­rii wo­jen­no­mor­skiej. Ty­tu­ło­wy „Dre­ad­no­ught” to przede wszyst­kim sym­bol pew­nej epo­ki i każ­dy może zna­leźć tu in­te­re­su­ją­ce go ele­men­ty. Mi­ło­śni­cy bio­gra­fii – w któ­rej to dzie­dzi­nie jest Mas­sie uzna­nym mi­strzem – znaj­dą kil­ka więk­szych i kil­ka mniej­szych szki­ców bio­gra­ficz­nych. Barw­nych, jak barw­na była epo­ka pary i elek­trycz­no­ści, epo­pei ko­lo­nial­nych i pierw­sze­go w hi­sto­rii wiel­kie­go wy­ści­gu zbro­jeń, nad­we­rę­ża­ją­ce­go za­so­by ty­tu­ło­wych kon­ku­ren­tów do gra­nic ich eko­no­micz­nych moż­li­wo­ści. Bę­dąc da­le­kim od spi­sko­wej wi­zji hi­sto­rii i prze­ce­nia­nia w niej roli jed­no­stek, my­ślę jed­nak, że wie­lo­krot­nie czy­tel­nik może się za­du­mać nad wpły­wem na jej bieg drob­nych po­zor­nie wy­da­rzeń. Nie­szczę­sna dia­gno­za cho­ro­by Fry­de­ry­ka III czy, ma­ją­ce swe źró­dła w dzie­ciń­stwie i mło­dych la­tach, za­wi­ło­ści psy­chi­ki Wil­hel­ma II mia­ły zna­czą­cy wpływ na hi­sto­rię obu kra­jów i Eu­ro­py.

Do na­pi­sa­nia tych słów zo­sta­łem za­pro­szo­ny przez pana re­dak­to­ra An­drze­ja Rybę, któ­ry za­su­ge­ro­wał mi tak­że do­rzu­ce­nie kil­ku słów o tym, jak do­szło do pol­skie­go wy­da­nia książ­ki… za­czę­ło się w Mont­re­alu w lip­cu 1992 roku, gdzie spę­dza­łem kil­ka dni urlo­pu – pra­co­wa­łem wte­dy na uni­wer­sy­te­cie w po­bli­skim Sher­bro­oke – zwie­dza­jąc to cza­ru­ją­ce mia­sto. Spa­ce­ru­jąc w słoń­cu wzdłuż me­ta­lo­wych szta­chet ota­cza­ją­cych Uni­wer­sy­tet McGill, tra­fi­łem, rzec moż­na wie­dzio­ny in­stynk­tem, do wspa­nia­łej uni­wer­sy­tec­kiej księ­gar­ni, a w niej – sta­ry ma­niak wo­jen­no­mor­ski – od razu na książ­kę o okład­ce ozdo­bio­nej rufą ty­tu­ło­we­go „bo­ha­te­ra” ze zwie­sza­ją­cym się z niej ogrom­nym bia­łym pro­por­cem. Trzy naj­bliż­sze doby po­dzie­lo­ne były dość spra­wie­dli­wie po­mię­dzy Mont­re­al – dnie i Dre­ad­no­ugh­ta – noce. Czy na urlo­pie wy­po­czą­łem – trud­no oce­nić – w każ­dym ra­zie były to wspa­nia­łe dni. Dru­gim waż­nym kro­kiem był rok 1998, kie­dy to prze­ży­wa­łem pew­ne za­wi­ro­wa­nia ży­cio­we i po­sta­no­wi­łem – dla czy­ste­go re­lak­su psy­chicz­ne­go i bez żad­nych szcze­gól­nych pla­nów – prze­tłu­ma­czyć kil­ka roz­dzia­łów ulu­bio­nej książ­ki, któ­rą zdą­ży­łem już prze­cież prze­czy­tać kil­ku­krot­nie. W wa­ka­cyj­ne wie­czo­ry opra­co­wa­łem sie­dem roz­dzia­łów i … po­mo­gło. Hu­mor po­pra­wił mi się na tyle, że z opra­wio­ną „prób­ką” za­czą­łem szu­kać moż­li­we­go wy­daw­cy. Po kil­ku nie­uda­nych po­dej­ściach by­łem już tro­chę zre­zy­gno­wa­ny, kie­dy po­sta­no­wi­łem skon­tak­to­wać się z Ofi­cy­ną Fin­na, wy­da­ją­cą zna­ną mi „Se­rię z ko­twicz­ką”, w do­dat­ku miesz­czą­cą się w Gdań­sku – dla mnie „na miej­scu”. Spo­tka­łem się z re­dak­to­rem Rybą, prze­ka­za­łem prób­kę i … cze­ka­łem. Gdy wresz­cie ode­bra­łem te­le­fon, usły­sza­łem w od­po­wie­dzi, że… praw­da… bar­dzo cie­ka­we… ale szko­da. W tym mo­men­cie my­śla­łem, że ko­lej­ne po­dej­ście jest nie­uda­ne. „Na czym po­le­ga szko­da?” – za­py­ta­łem. „Szko­da, że jest tyl­ko sie­dem roz­dzia­łów! To fan­ta­stycz­ne!” – brzmia­ła od­po­wiedź. W ten spo­sób do­ko­nał się trze­ci krok i te­raz cze­kam już tyl­ko na osąd czy­tel­ni­ków.

Pan re­dak­tor Ryba po­pro­sił mnie o opa­trze­nie książ­ki przy­pi­sa­mi, co z miłą chę­cia speł­ni­łem, choć nie bez po­mo­cy wie­lu osób, za co chciał­bym im w tym miej­scu – tak­że w imie­niu wy­daw­nic­twa – po­dzię­ko­wać, zwłasz­cza, że była to po­moc bez­in­te­re­sow­na. Mój są­siad – kpt ż.w. Da­niel Ole­szek z chę­cią dys­ku­to­wał trud­niej­sze frag­men­ty na­utycz­ne i fa­cho­wo ob­li­czał dy­stan­se po or­to­dro­mie. Pan Jar­di­ne Simp­son – gdań­ski Szkot – do­brze zna­ny w krę­gach uczą­cych się tu­taj ję­zy­ka an­giel­skie­go, któ­re­go śmiem za­li­czać do przy­ja­ciół, wy­ja­śnił mi nie­któ­re za­wi­ło­ści bry­tyj­skie­go sys­te­mu kon­sty­tu­cyj­ne­go i bez­błęd­nie roz­po­zna­wał cy­to­wa­ne lub wspo­mi­na­ne w książ­ce pie­śni, pio­sen­ki i utwo­ry li­te­rac­kie. Pani Mał­go­rza­ta Pa­szyl­ka po­mo­gła mi w roz­szy­fro­wa­niu kil­ku szcze­gó­łow. Moja cór­ka, Kle­men­ty­na Chrza­now­ska, prze­czy­ta­ła tekst i ustrze­gła mnie od kil­ku lap­su­sów, a tak­że opra­co­wa­ła pol­ską wer­sję przy­pi­sów koń­co­wych i in­dek­su. Chciał­bym też po­dzię­ko­wać re­dak­tor­ce tego „opus ma­gnum”, pani Ali­nie Wal­czak, za współ­pra­cę – za­rów­no w tym za­kre­sie, gdzie bez­dy­sku­syj­nie ma­jąc ra­cję ustrze­gła od błę­dów, jak i w tym, gdzie nie zga­dza­li­śmy się, co sta­no­wi­ło dla mnie źró­dło do prze­my­śleń.

Ra­zem z pa­nem re­dak­to­rem Rybą bę­dzie­my te­raz cze­ka­li na od­zew czy­tel­ni­ków. Je­śli uzna­cie Pań­stwo książ­kę za in­te­re­su­ją­cą, to in­for­mu­je­my, że w paź­dzier­ni­ku 2003 roku Ro­bert K. Mas­sie na­pi­sał ciąg dal­szy: „Ca­stles of Ste­el” („Sta­lo­we for­te­ce”). Bę­dzie z ty­siąc stron. Czy mamy brać się do ro­bo­ty?

Woj­ciech Chrza­now­ski

Gdańsk, kwie­cień 2004.

Trafalgar

Su­pre­ma­cja Bry­tyj­skiej Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej od­ci­snę­ła się nie­od­wra­cal­nie na hi­sto­rii XIX wie­ku pod­czas jed­ne­go strasz­ne­go po­po­łu­dnia w paź­dzier­ni­ku 1805 roku. Od po­łu­dnia do oko­ło wpół do pią­tej 21 paź­dzier­ni­ka, przy lek­kim wie­trze i spo­koj­nie to­czą­cej się atlan­tyc­kiej mar­twej fali w po­bli­żu wy­brze­ża hisz­pań­skie­go, dwa­dzie­ścia sie­dem ża­glo­wych okrę­tów li­nio­wych, do­wo­dzo­nych przez wi­ce­ad­mi­ra­ła lor­da Ho­ra­tio Nel­so­na, uni­ce­stwi­ło po­łą­czo­ne flo­ty Fran­cji i Hisz­pa­nii pod fran­cu­skim ad­mi­ra­łem Pier­rem Vil­le­neu­ve’em. Bi­twa ro­ze­gra­ła się na ma­łym spła­chet­ku oce­anu, nie więk­szym niż dwie mile na dwie, kil­ka mil od brze­gu, po­mię­dzy por­tem Ka­dyks a za­chod­nim wyj­ściem z Cie­śni­ny Gi­bral­tar­skiej. Naj­bliż­szym punk­tem od­nie­sie­nia na ma­pie była sa­mot­na za­tocz­ka, któ­ra mia­ła dać bi­twie na­zwę. Za­tocz­ka na­zy­wa­ła się – Tra­fal­gar1.

Zwy­cię­stwo Nel­so­na tego je­sien­ne­go po­po­łu­dnia zde­cy­do­wa­ło o su­pre­ma­cji na mo­rzu, któ­ra mia­ła prze­trwać stu­le­cie i dać więk­szo­ści na­ro­dów świa­ta okres względ­ne­go spo­ko­ju, zna­ny jako Pax Bri­tan­ni­ca. Za­rów­no ta su­pre­ma­cja, jak i spo­wo­do­wa­ny przez nią po­kój trwa­ły nie­zmie­nio­ne, gdy rów­no­cze­śnie okrę­ty wo­jen­ne zmie­ni­ły się nie do po­zna­nia: drew­nia­ne ka­dłu­by za­stą­pi­ło że­la­zo i stal; zni­kły masz­ty, gdy para wy­par­ła ża­gle; a miej­sce bu­tel­ko­wa­tych ar­mat, ła­do­wa­nych od stro­ny wy­lo­tu lufy, za­ję­ły po­tęż­ne dzia­ła mor­skie, mon­to­wa­ne w wie­żach lub bar­be­tach, o znacz­nie więk­szym za­się­gu i pre­cy­zji strza­łu. Coś jed­nak prze­trwa­ło nie­zmie­nio­ne: przez wszyst­kie te lata ma­ry­na­rze bry­tyj­scy wy­ka­zy­wa­li pew­ność sie­bie gra­ni­czą­cą z aro­gan­cją – na­wet ją prze­kra­cza­ją­cą – a pew­ność tę zro­dzi­ło i prze­ka­za­ło na­stęp­nym po­ko­le­niom owe sie­dem­na­ście ty­się­cy lu­dzi słu­żą­cych pod Tra­fal­ga­rem na dę­bo­wych ka­dłu­bach le­wia­ta­nów Nel­so­na.

Bi­twa pod Tra­fal­ga­rem zo­sta­ła sto­czo­na, po­nie­waż po­tęż­ne pań­stwo kon­ty­nen­tal­ne rzą­dzo­ne przez zdo­byw­cę – Na­po­le­ona Bo­na­par­te – za­gro­zi­ło bez­pie­czeń­stwu i in­te­re­som An­glii. Flo­ta bry­tyj­ska za­ata­ko­wa­ła nie­przy­ja­cie­la tego dnia, zwa­la­jąc się na prze­ra­żo­nych ka­pi­ta­nów fran­cu­skich w spo­sób zde­cy­do­wa­ny i nie do od­par­cia, lecz stra­te­gicz­na rola Kró­lew­skiej Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej była wte­dy, jak i za­wsze, de­fen­syw­na. Hi­sto­rycz­nie rzecz bio­rąc, mi­sją flo­ty bry­tyj­skiej była obro­na wysp ma­cie­rzy­stych przed in­wa­zją i strze­że­nie szla­ków han­dlo­wych i ko­lo­nii Im­pe­rium. W okre­sie lata 1805 roku, ce­sarz Na­po­le­on zgro­ma­dził na kli­fach wo­kół Bo­ulo­gne ar­mię stu trzy­dzie­stu ty­się­cy we­te­ra­nów walk, aby do­ko­nać in­wa­zji i pod­po­rząd­ko­wać so­bie swe­go an­giel­skie­go wro­ga. Ce­sarz po­trze­bo­wał tyl­ko krót­kie­go okre­su swo­bo­dy ru­chów na Ka­na­le An­giel­skim2, cza­su wy­star­cza­ją­ce­go na prze­trans­por­to­wa­nie swo­ich ba­ta­lio­nów przez te dwa­dzie­ścia mil wody, aby zdo­być Lon­dyn i po­dyk­to­wać wa­run­ki po­ko­ju. Jed­nak­że na czas tego przej­ścia mo­rzem set­ki jego pła­sko­den­nych ba­rek i roz­ma­itych sta­tecz­ków, po­zbie­ra­nych wzdłuż wy­brze­ży w celu prze­trans­por­to­wa­nia ar­mii po­trze­bo­wa­ły ochro­ny przed dzia­ła­mi flo­ty bry­tyj­skiej. Ochro­na taka była moż­li­wa tyl­ko wte­dy, gdy­by wła­sna, fran­cu­ska flo­ta Na­po­le­ona, po­łą­czo­na z flo­tą Hisz­pa­nii – wa­ha­ją­ce­go się so­jusz­ni­ka Fran­cji – mo­gła choć­by na krót­ko prze­jąć kon­tro­lę nad Ka­na­łem. Za­blo­ko­wa­nie tych po­my­słów Ce­sa­rza i za­po­bie­że­nie in­wa­zji ich oj­czy­zny było za­da­niem ma­ry­na­rzy bry­tyj­skich.

Do­ko­na­li tego po­przez jed­no z naj­więk­szych osią­gnięć w za­kre­sie wy­trwa­ło­ści w sztu­ce że­glar­skiej, ja­kie od­no­to­wa­ły an­na­ły mor­skiej hi­sto­rii. Jak­kol­wiek przy­tła­cza­ją­ce było zwy­cię­stwo pod Tra­fal­ga­rem, to sta­no­wi­ło ono tyl­ko grzmią­ce hu­kiem dział uko­ro­no­wa­nie in­ne­go nie­zrów­na­ne­go wy­czy­nu. Przez dwa po­prze­dza­ją­ce Tra­fal­gar lata flo­ta bry­tyj­ska po­zo­sta­wa­ła bez prze­rwy w mo­rzu wo­kół wy­brze­ży Eu­ro­py. Flo­ta Na­po­le­ona, po­dzie­lo­na na eska­dry, roz­pro­szo­na była po por­tach od atlan­tyc­kie­go Bre­stu po śród­ziem­no­mor­ski Tu­lon. Bez­pie­czeń­stwo Bry­ta­nii le­ża­ło w unie­moż­li­wie­niu tym eska­drom po­łą­cze­nia się w siłę wy­star­cza­ją­cą do prze­bi­cia się do Ka­na­łu i oczysz­cze­nia dro­gi dla przej­ścia trans­por­tów ce­sar­skiej ar­mii do An­glii. I tak przez dwa lata flo­ta bry­tyj­ska wa­ro­wa­ła i cze­ka­ła wo­kół por­tów Eu­ro­py, ob­ser­wu­jąc, czy wro­gie okrę­ty nie pod­no­szą ża­gli i nie go­tu­ją się do wyj­ścia w mo­rze i wy­pa­tru­jąc oka­zji do ich znisz­cze­nia, gdy­by tak wła­śnie po­stą­pi­ły. Blo­ka­da była utrzy­my­wa­na przez pięć­dzie­siąt do sześć­dzie­się­ciu bry­tyj­skich okrę­tów li­nio­wych, z któ­rych każ­dy niósł na swo­im po­kła­dzie od sze­ściu­set do dzie­wię­ciu­set znu­dzo­nych, sa­mot­nych, głod­nych i znę­ka­nych po­go­dą lu­dzi, kła­dą­cych się na noc do ha­ma­ków roz­wie­sza­nych nad mil­czą­cy­mi, tak­że cze­ka­ją­cy­mi swej chwi­li dzia­ła­mi. Przez dwa lata okrę­ty były w mo­rzu, za­rów­no w dusz­nej go­rącz­ce lata, gdy ci­sza po­wo­do­wa­ła, że mo­rze przy­po­mi­na­ło lu­strza­ną ta­flę, jak i w sztor­mo­wych wia­trach, wśród ol­brzy­mich ni­czym góry fal i ką­sa­ją­ce­go chło­du zimy. Za­ło­gi ląd oglą­da­ły rzad­ko, zejść zaś na nie­go było pra­wie nie­po­do­bień­stwem. Nel­son spę­dził dwa lata na blo­ka­dzie nie opusz­cza­jąc po­kła­du swo­je­go fla­gow­ca – HMS „Vic­to­ry”. Przez dwa­dzie­ścia dwa mie­sią­ce ad­mi­rał lord Cu­th­bert Col­lin­gwo­od, za­stęp­ca Nel­so­na, nie sły­szał plu­sku wpa­da­ją­cej do wody ko­twi­cy. To wła­śnie o tej flo­cie i tej blo­ka­dzie, o jej suk­ce­sie w do­pro­wa­dze­niu do pa­to­wej sy­tu­acji w roz­gryw­ce z cza­ją­cym się w Bo­ulo­gne Ce­sa­rzem, ad­mi­rał Al­fred Thay­er Ma­han3 miał na­pi­sać: „te od­le­głe, znę­ka­ne sztor­ma­mi okrę­ty, któ­rych Wiel­ka Ar­mia nig­dy nie wi­dzia­ła, sta­nę­ły po­mię­dzy nią a pa­no­wa­niem nad świa­tem”.

Wresz­cie ro­ze­źlo­ny i znie­cier­pli­wio­ny Ce­sarz wy­dał roz­kaz swej flo­cie do wyj­ścia w mo­rze i po­że­glo­wa­nia w kie­run­ku Ka­na­łu. Jej więk­szość zgro­ma­dzi­ła się w Ka­dyk­sie, strze­żo­na tam przez flo­tę an­giel­ską, do­wo­dzo­ną przez ido­la Ma­ry­nar­ki Kró­lew­skiej i bo­ha­te­ra ca­łej An­glii. Ho­ra­tio Nel­son był ma­łe­go wzro­stu, de­li­kat­nej bu­do­wy i zmal­tre­to­wa­ny przez woj­ny. Jed­no ra­mię i jed­no oko po­stra­dał już wcze­śniej w służ­bie swe­mu kra­jo­wi. Miał on też inne ludz­kie sła­bost­ki: opu­ścił swo­ją żonę, aby żyć otwar­cie z peł­ną wi­go­ru mło­dą ko­bie­tą, w do­dat­ku za­męż­ną ze star­szym męż­czy­zną, któ­ry rów­no­cze­śnie hoj­nie da­rzył Nel­so­na swą sym­pa­tią. Nel­son nie był po­słusz­ny roz­ka­zom Ad­mi­ra­li­cji, gdy te mu nie od­po­wia­da­ły, a pod­czas złej po­go­dy ule­gał cho­ro­bie mor­skiej. Jed­nak­że jego uprzej­mość i zro­zu­mie­nie dla in­nych były już le­gen­dar­ne, a jego zdol­no­ściom w bi­twie nikt nig­dy nie do­rów­nał. Wszy­scy w bry­tyj­skiej flo­cie ko­cha­li go i po­szli­by za nim, do­kąd­kol­wiek by ich po­pro­wa­dził. Śmierć Nel­so­na w chwi­li zwy­cię­stwa przy­ćmi­ła triumf tra­ge­dią. Gdy wie­ści o tym do­tar­ły do An­glii, kraj w osłu­pie­niu oscy­lo­wał po­mię­dzy świę­to­wa­niem a ża­ło­bą.

In­struk­cje Nel­so­na, gdy obie flo­ty po­wo­li że­glo­wa­ły ku so­bie w ła­god­nej po­ran­nej bry­zie, na­ka­zy­wa­ły – jak zwy­kle – ata­ko­wać. Uwa­ża­jąc, że w za­mę­cie bi­tew­nym wszel­kie szcze­gó­ło­we pla­ny mogą się ob­ró­cić wni­wecz, za­koń­czył swo­je me­mo­ran­dum dla do­wód­ców okrę­tów sło­wa­mi: „Ża­den ka­pi­tan nie po­peł­ni błę­du, je­śli usta­wi swój okręt rów­no­le­gle do okrę­tu nie­przy­ja­ciel­skie­go”. W roz­ka­zie tym kry­ło się za­ło­że­nie, iż każ­dy okręt bry­tyj­ski po­tra­fi po­ko­nać każ­dy okręt prze­ciw­ni­ka. Naj­wyż­sza pew­ność i za­ufa­nie Nel­so­na do bry­tyj­skiej sztu­ki że­glar­skiej, bry­tyj­skiej ar­ty­le­rii i bry­tyj­skiej od­wa­gi, były tak­że spu­ści­zną Tra­fal­ga­ru.

Nel­son po­dzie­lił swo­ją flo­tę na dwa dy­wi­zjo­ny: wła­sny, któ­rym do­wo­dził z po­kła­du HMS „Vic­to­ry” i wi­ce­ad­mi­ra­ła Col­lin­gwo­oda na HMS „Roy­al So­ve­re­ign”. Pły­nąc na cze­le swo­je­go dy­wi­zjo­nu, Nel­son skie­ro­wał swój okręt fla­go­wy pro­sto w cen­trum li­nii fran­cu­skiej. W samo po­łu­dnie prze­mó­wi­ły dzia­ła, po czym na­stą­pi­ły czte­ry go­dzi­ny po­tęż­nej rze­zi. Lek­ki wiatr po­zo­sta­wiał dym ka­no­na­dy po­roz­wie­sza­ny nad mo­rzem niby cięż­kie za­sło­ny. Ma­ja­czą­ce w tych ca­łu­nach okrę­ty wpa­da­ły na sie­bie nie­spo­dzie­wa­nie. Z krót­kie­go dy­stan­su wy­strze­li­wa­ły sal­wy bur­to­we i zde­rza­ły się, przy­tu­la­jąc w pie­kiel­nym uści­sku. Cięż­kie w ma­new­ro­wa­niu i po­wol­ne, dry­fo­wa­ły tak splą­ta­ne ze sobą, pod­czas gdy lu­dzie z jed­ne­go z nich usi­ło­wa­li po­za­bi­jać lu­dzi na dru­gim. Ogniem bez­po­śred­nim, z dy­stan­su pię­ciu jar­dów4, grzmia­ło pięć­dzie­siąt dział na­raz i pięć­dzie­siąt cięż­kich kul dru­zgo­ta­ło po­szy­cie burt są­sied­nie­go okrę­tu. Wiel­kie masz­ty wa­li­ły się na po­kład, po­cią­ga­jąc za sobą ża­gle, drzew­ca i liny, któ­re spa­da­ły na oba okrę­ty oraz za bur­ty, gdzie po­tem wlo­kły się w wo­dzie. Z po­kła­dów głów­nych i z resz­tek ta­kie­lun­ku pie­cho­ta mor­ska strze­la­ła z musz­kie­tów i dzia­łek ła­do­wa­nych kar­ta­cza­mi, prze­cze­su­jąc ogniem po­kład prze­ciw­ni­ka, po­kry­wa­jąc go rzę­da­mi ciał i wy­peł­nia­jąc szpi­ga­ty krwią. Zda­rza­ło się, że gdy zwa­lo­ne już były wszyst­kie masz­ty, a głów­ny po­kład opu­sto­szał, ni­żej, na po­kła­dach dzia­ło­wych, pół­przy­tom­ni męż­czyź­ni nadal w za­pa­mię­ta­niu ła­do­wa­li dzia­ła, wy­ta­cza­li je, ob­ni­ża­li lufy do strze­la­nia w ka­dłub lub pod­no­si­li, ce­lu­jąc w gór­ne po­kła­dy sto­ją­ce­go u bur­ty prze­ciw­ni­ka. Do­wód­cy Nel­so­na byli nie­ustę­pli­wi – nie zwra­ca­jąc uwa­gi na uszko­dze­nia wła­snych okrę­tów. Na nie­któ­rych okrę­tach bry­tyj­skich ze zwa­lo­ny­mi masz­ta­mi i od­strze­lo­nym ta­kie­lun­kiem, nadal za­ło­gi po­tra­fi­ły po­sta­wić tym­cza­so­we ża­gle, zy­sku­jąc zdol­ność ma­new­ro­wą, aby szu­kać ko­lej­nych jed­no­stek wro­ga.

Gdy oko­ło czwar­tej trzy­dzie­ści po po­łu­dniu wstrzy­ma­no ogień, osiem­na­ście okrę­tów nie­przy­ja­cie­la mia­ło opusz­czo­ne ban­de­ry, a dzie­więt­na­sty wy­pa­lił się do li­nii wod­nej i wresz­cie wy­le­ciał w po­wie­trze. Sam Vil­le­neu­ve był jeń­cem, ry­chło miał po­peł­nić sa­mo­bój­stwo.

Tra­fal­gar nie spo­wo­do­wał upad­ku Na­po­le­ona. Do bi­twy pod Wa­ter­loo mia­ło upły­nąć jesz­cze dzie­sięć lat. Lecz Tra­fal­gar usu­nął groź­bę uchwy­ce­nia przez Na­po­le­ona Ka­na­łu. W cią­gu tych dzie­się­ciu lat już nig­dy ani Fran­cja, ani ża­den inny kraj nie rzu­cił wy­zwa­nia mor­skiej do­mi­na­cji Wiel­kiej Bry­ta­nii. I mia­ło tak po­zo­stać przez na­stęp­ne sto lat.

WprowadzeniePotęga morska

We czwar­tek był wiel­ki upał. W pią­tek – jesz­cze go­rzej. Bry­za za­mar­ła, po­wie­trze sta­ło się wil­got­ne i cięż­kie. Fla­gi zwi­sa­ły zwiot­cza­łe i lek­ka mgieł­ka roz­cią­ga­ła się nad ogrom­ną flo­tą za­ko­twi­czo­ną na So­lent5. Do­pie­ro gdy słoń­ce prze­bi­ło się nie­co, moż­na było do­strzec z brze­gu za­ma­za­ne za­ry­sy cze­goś, co zda­wać się mo­gło ja­kimś nie­zwy­kłym mia­stem. Sto sześć­dzie­siąt pięć okrę­tów Bry­tyj­skiej Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej za­le­ga­ło na tym osło­nię­tym akwe­nie, trzy mile po­mię­dzy piasz­czy­sty­mi brze­ga­mi rów­ni­ny Hamp­shi­re a le­si­sty­mi wzgó­rza­mi wy­spy Wi­ght. Pięć li­nii okrę­tów o czar­nych ka­dłu­bach, trzy­dzie­ści mil okrę­tów wo­jen­nych, nio­są­cych na swych po­kła­dach czter­dzie­ści ty­się­cy lu­dzi i trzy ty­sią­ce dział mor­skich. Była to naj­po­tęż­niej­sza flo­ta zgro­ma­dzo­na w jed­nym miej­scu w do­tych­cza­so­wej hi­sto­rii świa­ta.

Był czer­wiec roku 1897. Sie­dem­dzie­się­cio­ośmio­let­nia kró­lo­wa Wik­to­ria wła­da­ła Wiel­ką Bry­ta­nią i jej im­pe­rium przez lat sześć­dzie­siąt. Ogło­szo­ny więc zo­stał Dia­men­to­wy Ju­bi­le­usz. So­bo­ta 26 czerw­ca była dniem wiel­kiej re­wii Ma­ry­nar­ki Kró­lew­skiej, tego ba­stio­nu bez­pie­czeń­stwa Bry­ta­nii i tar­czy jej im­pe­rial­nej po­tę­gi. W związ­ku z tym Ad­mi­ra­li­cja6 we­zwa­ła wszyst­kie okrę­ty wo­jen­ne z do­wództw w sa­mej Bry­ta­nii, nie po­zba­wia­jąc jed­nak ani Flo­ty Śród­ziem­no­mor­skiej, ni eskadr w ba­zach za­mor­skich na­wet jed­ne­go okrę­tu. Do udzia­łu w re­wii za­pro­szo­no dwa­dzie­ścia dwie za­gra­nicz­ne ma­ry­nar­ki wo­jen­ne, z któ­rych czter­na­ście przy­ję­ło za­pro­sze­nie i przy­sła­ło okrę­ty.

Mia­sto Por­ts­mouth nad So­lent, pod­sta­wo­wa baza mor­ska An­glii od cza­sów Tu­do­rów, było za­tło­czo­ne ma­ry­na­rza­mi. Set­ki sa­mych ma­ry­na­rzy bry­tyj­skich scho­dzi­ło co­dzien­nie na brzeg ze swych okrę­tów ra­zem z za­gra­nicz­ny­mi ko­le­ga­mi z okrę­tów wi­zy­tu­ją­cych. Jak od­no­to­wał dzien­nik „Da­ily Mail”, „czar­no­bre­wi, nie­du­zi Hisz­pa­nie, wy­so­cy, po­sęp­no­ocy Ro­sja­nie i Niem­cy o gru­bo cio­sa­nych koń­czy­nach” krę­ci­li się wśród stra­ga­nów z owo­ca­mi i po skle­pach z ty­to­niem. Ku roz­ryw­ce ma­tro­sów, ma­ry­nar­ka i mia­sto zor­ga­ni­zo­wa­ły licz­ne pik­ni­ki, wy­ciecz­ki po stocz­niach, roz­gryw­ki spor­to­we, a bur­mistrz Por­ts­mouth wy­dał spe­cjal­ne gar­den par­ty dla ma­ry­na­rzy za­gra­nicz­nych. Pla­no­wa­nie w ma­ry­nar­ce, przy­tło­czo­ne ta­ki­mi licz­ba­mi, za­czy­na­ło szwan­ko­wać. „Cen­trum za­pro­wian­to­wa­nia po­wia­da, że nie mogą na­dą­żyć ze szlach­to­wa­niem, aby za­opa­trzyć wszyst­kie okrę­ty w świe­że mię­so – sy­gna­li­zo­wał ad­mi­rał do­wo­dzą­cy na brze­gu ad­mi­ra­łom na wo­dzie – Su­ge­ru­ję aby na okrę­tach wy­dać mię­so so­lo­ne”.

An­gli­cy i An­giel­ki wy­ro­ili się do Por­ts­mouth niby psz­czo­ły. Już we czwar­tek wie­czo­rem wy­na­ję­te zo­sta­ły wszyst­kie stry­chy, a lu­dzie spa­li na sto­łach bi­lar­do­wych i po­ze­su­wa­nych krze­słach. Trud­no było zna­leźć sie­dzą­ce miej­sce do zje­dze­nia – we wszyst­kich re­stau­ra­cjach na każ­de krze­sło po­żą­dli­wie spo­glą­dał co naj­mniej tu­zin wy­głod­nia­łych go­ści. „Pierw­sze skrzyp­ce po­mię­dzy ob­co­kra­jow­ca­mi gra­ją Ame­ry­ka­nie – od­no­to­wa­ła „Da­ily Chro­nic­le” – Je­śli na­wet nie da się ich roz­po­znać po ak­cen­cie, to na pew­no ujaw­nią swo­ją na­ro­do­wość pod czas po­sił­ków, kie­dy to bez cie­nia skrę­po­wa­nia wsta­ną z miejsc i we­so­lut­ko wy­chy­lą to­ast «Za Kró­lo­wą!» […] An­giel­ski lu­dek wsty­dził­by się tak czy­nić poza ofi­cjal­nym obia­dem, ale z pew­no­ścią nie do­ty­czy to na­szych ku­zy­nów «z dru­giej stro­ny Sta­wu»”7.

Co­dzien­nie ty­sią­ce lu­dzi pła­ci­ło po szy­lin­gu za moż­li­wość wyj­ścia w mo­rze dla obej­rze­nia flo­ty. Każ­dy do­stęp­ny sta­tek na po­łu­dnio­wym wy­brze­żu An­glii – oce­anicz­ne li­niow­ce, pa­ro­stat­ki wy­ciecz­ko­we, ho­low­ni­ki, mo­to­rów­ki pa­ro­we, pi­na­sy, pry­wat­ne jach­ty, łód­ki wod­nia­ków, na­wet nie­zdar­ne bar­ki z Ta­mi­zy – przy­bi­ły do pir­sów Por­ts­mouth, aby za­bie­rać wi­dzów. Ude­ko­ro­wa­ne fla­ga­mi w ko­lo­rach na­ro­do­wych i za­pcha­ne pa­sa­że­ra­mi wy­pły­wa­ły poza głów­ki fa­lo­chro­nów, mi­ja­jąc cięż­kie ka­mien­ne for­ty, strze­gą­ce ko­twi­co­wi­ska, i roz­po­czy­na­ły prze­cho­dze­nie wzdłuż li­nii za­ko­twi­czo­nych okrę­tów wo­jen­nych. Gdy pa­row­ce mi­ja­ły wo­jen­nia­ki, roz­ko­ły­su­jąc falą swo­je­go śla­du to­ro­we­go małe ło­dzie okrę­to­we, sto­ją­ce pod wy­ty­ka­mi, ma­ry­na­rze i ob­ser­wa­to­rzy ma­cha­li do sie­bie rę­ka­mi i po­zdra­wia­li wza­jem­nie okrzy­ka­mi. Nie oby­wa­ło się bez wy­pad­ków: tu czar­ny szku­ner zde­rzył się z bie­lut­kim jach­tem pa­ro­wym i stra­cił buksz­pryt, ów­dzie mo­to­rów­ka wpa­ko­wa­ła się na tor­pe­do­wiec i za­to­nę­ła, lecz szczę­śli­wie wszyst­kich pa­sa­że­rów bez­piecz­nie wy­ło­wio­no z wody.

To co go­ście wi­dzie­li w rzę­dach czar­nych ka­dłu­bów, bia­łych nad­bu­dó­wek i żół­tych ko­mi­nów, to była bry­tyj­ska po­tę­ga mor­ska. Naj­da­lej od Por­ts­mouth sta­ła na ko­twi­cach Eska­dra Ka­na­łu: je­de­na­ście okrę­tów li­nio­wych pierw­szej kla­sy, pięć krą­żow­ni­ków pierw­szej kla­sy i trzy­na­ście krą­żow­ni­ków dru­giej kla­sy, pod fla­gą Głów­no­do­wo­dzą­ce­go w Por­ts­mouth, po­wie­wa­ją­cą na HMS „Re­nown”. To zgru­po­wa­nie je­de­na­stu pan­cer­ni­ków na­le­żą­cych do ty­pów „Roy­al So­ve­re­ign” i ,Ma­je­stic”, wszyst­kie w służ­bie nie dłu­żej niż sześć lat, nie mia­ło so­bie rów­nych pod wzglę­dem siły ognia, pan­ce­rza i pręd­ko­ści. W ko­lej­nej li­nii sta­ło trzy­dzie­ści star­szych pan­cer­ni­ków i krą­żow­ni­ków, w na­stęp­nej – trzy­dzie­ści osiem mniej­szych krą­żow­ni­ków i tor­pe­dow­ców, a li­nia naj­bliż­sza Por­ts­mouth li­czy­ła czter­dzie­ści dzie­więć jed­no­stek, z któ­rych trzy­dzie­ści były to naj­now­sze „nisz­czy­cie­le tor­pe­dow­ców”.

Dru­ga li­nia to okrę­ty już hi­sto­rycz­ne, lecz nadal na­da­ją­ce się do służ­by. Była tu „Ale­xan­dria”, w swo­im cza­sie okręt fla­go­wy Flo­ty Śród­ziem­no­mor­skiej pod ad­mi­ra­łem Sir Geof­frey­em Horn­bym, któ­ry w 1877 roku wpły­nął do Kon­stan­ty­no­po­la i skie­ro­wał lufy dział swych okrę­tów na ro­syj­ską ar­mię wo­kół mia­sta. Za­raz obok niej stał „In­fle­xi­ble”, któ­ry dwie de­ka­dy wcze­śniej był naj­po­tęż­niej­szym na świe­cie okrę­tem li­nio­wym. Jego pierw­szy do­wód­ca, słyn­ny ko­man­dor8 Jac­ky Fi­sher, użył jego dział do bom­bar­do­wa­nia Alek­san­drii, otwie­ra­ją­ce­go dłu­gi okres za­an­ga­żo­wa­nia się Bry­ta­nii w Egip­cie. „In­fle­xi­ble” zo­stał ostat­nio prze­kwa­li­fi­ko­wa­ny na okręt li­nio­wy dru­giej kla­sy, lecz „na­wet te­raz – jak od­no­to­wał ob­ser­wa­tor – lufy tych czte­rech po­twor­nych osiem­dzie­się­cio­to­no­wych dział, wy­sta­ją­ce z wież ob­ro­to­wych, mo­gły za­dać bu­dzą­ce gro­zę cio­sy”. Da­lej ko­twi­czył „Sans Pa­re­il”, pysz­nią­cy się swo­ją po­je­dyn­czą ob­ro­to­wą wie­żą, miesz­czą­cą dwa iście ma­mu­cie, 110-to­no­we dzia­ła, naj­więk­sze z ist­nie­ją­cych dział mor­skich. Obec­ność tego wła­śnie okrę­tu nie mo­gła nie przy­po­mi­nać wi­dzom o naj­więk­szej tra­ge­dii w po­ko­jo­wej hi­sto­rii Wik­to­riań­skiej Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej: trzy lata wcze­śniej, jego sio­strza­ny okręt, „Vic­to­ria”, fla­go­wiec Flo­ty Śród­ziem­no­mor­skiej, za­to­nął pod­czas ma­new­rów po sta­ra­no­wa­niu go przez „Cam­per­down”.

Aż za naj­dal­szą li­nią pan­cer­ni­ków bry­tyj­skich sta­ły okrę­ty za­gra­nicz­ne. Wi­dzo­wie mo­gli ga­pić się na wiel­ki, sza­ry pan­cer­nik wło­ski „Le­pan­to”, ja­poń­ski krą­żow­nik „Fuji”, zbu­do­wa­ny zresz­tą na Ta­mi­zie, nor­we­ski, czar­ny krą­żow­nik „Fri­tj­hof” i no­wo­cze­sny fran­cu­ski krą­żow­nik „Po­thu­au”, któ­re­go dziób na­chy­lał się ku przo­do­wi i pod dziw­nym ką­tem scho­dził do mo­rza. Za­in­te­re­so­wa­nie sku­pia­ło się na okrę­tach ame­ry­kań­skim i ro­syj­skim, oby­dwa były nowe. „Ros­si­ja” była naj­więk­szym okrę­tem wo­jen­nym zbu­do­wa­nym do­tych­czas w Ro­sji. Wy­pie­ra­jąc 12 200 ton, mia­ła trzy śru­by i bar­dzo za­awan­so­wa­ną tech­no­lo­gicz­nie ma­szy­now­nię, mo­gą­cą spa­lać za­rów­no wę­giel jak i ropę, po­tra­fią­cą pę­dzić okręt z pręd­ko­ścią dzie­więt­na­stu wę­złów. USS „Bro­oklyn”, krą­żow­nik pan­cer­ny o wy­por­no­ści 9 200 ton, był dumą Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Nie­wąt­pli­wie też pre­zen­to­wał się naj­bar­dziej wi­do­wi­sko­wo w gru­pie okrę­tów za­gra­nicz­nych; jego bur­ty, wie­że dzia­ło­we, nad­bu­dów­ki i ko­mi­ny, wszyst­ko po­ma­lo­wa­ne było lśnią­cą bie­lą. Wraż­li­wi na es­te­ty­kę ob­ser­wa­to­rzy bry­tyj­scy uzna­wa­li nie­zwy­kłą wy­so­kość cien­kich ko­mi­nów za „w ża­den spo­sób nie­wzbu­dza­ją­cą przy­jem­nych wra­żeń wzro­ko­wych. W efek­cie ka­dłub okrę­tu jest jak­by przy­tło­czo­ny”. Ame­ry­ka­nom wy­star­cza­ło, że taki układ utrzy­my­wał dym z dala od po­kła­dów, a tym sa­mym od oczu ofi­ce­rów i ma­ry­na­rzy. „Bro­oklyn” miał jesz­cze inne ce­chy in­te­re­su­ją­ce eks­per­tów. Jego po­kła­dy, na­sy­co­ne spe­cjal­nym środ­kiem, któ­ry czy­nił je nie­pal­ny­mi, były ela­stycz­ne i mięk­kie. „Czy wy­trzy­ma­ją one cięż­kie wa­run­ki?” – dzi­wo­wa­li się Bry­tyj­czy­cy (po­kła­dy bry­tyj­skie były twar­de i pal­ne). Na okrę­cie ame­ry­kań­skim uży­wa­no elek­trycz­no­ści do po­da­wa­nia po­ci­sków z ma­ga­zy­nów amu­ni­cyj­nych do dział i do ob­ra­ca­nia wież dzia­ło­wych. „Je­ste­śmy opóź­nie­ni o co naj­mniej sie­dem, osiem lat – la­men­to­wa­ła „Chro­nic­le” – Jego wy­po­sa­że­nie jest tak god­ne po­dzi­wu, że ru­mie­nię się ze wsty­du, bo­wiem tyl­ko je­den z na­szych bry­tyj­skich okrę­tów jest wy­po­sa­żo­ny w elek­trycz­ne po­daj­ni­ki po­ci­sków”. Za­cho­wa­nie i ma­nie­ry Ame­ry­ka­nów tak­że pro­wo­ko­wa­ły ko­rzyst­ne dla nich ko­men­ta­rze: „Ofi­ce­ro­wie Sta­nów Zjed­no­czo­nych są wy­jąt­ko­wo uprzej­mi, nig­dy nie za­nie­dbu­ją po­zdro­wić wi­dzów przez unie­sie­nie w górę swych cza­pek w bia­łych po­krow­cach”.

Na­stęp­ny w li­nii sza­ry okręt z dwo­ma czer­wo­ny­mi pa­sa­mi wo­kół ko­mi­na, spra­wiał wi­dzom ra­czej roz­cza­ro­wa­nie. Był to SMS (Se­ine Ma­je­stät Schiff) „König Wil­helm” („Król Wil­helm”) z Ce­sar­skiej Ma­ry­nar­ki Nie­miec­kiej. „Niem­cy nie przy­sła­ły nam ani co mia­ły naj­lep­sze­go, ani naj­now­sze­go”, uskar­ża­ła się „Da­ily Mail”. I rze­czy­wi­ście, jed­nost­ka, zbu­do­wa­na dwa­dzie­ścia dzie­więć lat temu w stocz­ni Blac­kwel­la w An­glii, zdo­by­ła so­bie oso­bli­wą sła­wę sta­ra­no­wa­niem i za­to­pie­niem swo­je­go bliź­nia­ka „Gros­ser Kur­fürst” („Wiel­ki Elek­tor”). Ostat­nio usu­nię­to ją z li­sty okrę­tów li­nio­wych i prze­kla­sy­fi­ko­wa­no na krą­żow­nik pierw­szej kla­sy. Ka­iser Wil­helm II te­le­gra­fo­wał do swo­je­go bra­ta, kontr­ad­mi­ra­ła księ­cia Hen­ry­ka Pru­skie­go, któ­ry był na po­kła­dzie „König Wil­helm”: „Głę­bo­ko ża­łu­ję, że nie mam lep­sze­go okrę­tu, aby od­dać go do Two­jej dys­po­zy­cji pod­czas gdy inne pań­stwa błysz­czą swo­imi świet­ny­mi jed­nost­ka­mi. Oto re­zul­tat dzia­łań tych po­zba­wio­nych pa­trio­ty­zmu fa­ce­tów [Wil­helm po­tę­piał tu Re­ich­stag], któ­rzy sprze­ci­wia­li się bu­do­wie naj­bar­dziej nie­zbęd­nych okrę­tów”.

Strze­żo­ne przez flo­tę Im­pe­rium Bry­tyj­skie, było naj­więk­szym im­pe­rium w dzie­jach świa­ta. W 1897 roku zaj­mo­wa­ło ono jed­ną czwar­tą po­wierzch­ni lą­dów i jed­ną czwar­tą lud­no­ści świa­ta: 11 mi­lio­nów mil kwa­dra­to­wych9, 372 mi­lio­ny lu­dzi. Stwier­dze­nie, że „słoń­ce nig­dy nie za­cho­dzi nad Im­pe­rium Bry­tyj­skim”, sta­no­wi­ło już dość wy­tar­ty fra­zes, lecz mimo wszyst­ko była to praw­da. Po­czy­na­jąc od Gre­en­wich, pod­sta­wy li­cze­nia cza­su przez cały świat, dzień prze­su­wał się na za­chód do Gi­bral­ta­ru, Ha­li­fa­xu, Ot­ta­wy, Van­co­uver, Wel­ling­ton, Can­ber­ry, Hong­kon­gu, Sin­ga­pu­ru, Ran­gu­nu, Kal­ku­ty, Bom­ba­ju, Ade­nu, Na­iro­bi, Alek­san­drii i Mal­ty. We­wnątrz tego krę­gu le­ża­ły sa­mo­rząd­ne do­mi­nia rzą­dzo­ne przez par­la­men­ty, ko­lo­nie ko­ron­ne, pro­tek­to­ra­ty i je­dy­ne w swo­im ro­dza­ju im­pe­rium w im­pe­rium, naj­ja­śniej­szy klej­not ko­ro­ny im­pe­rial­nej, In­die Ra­dżów. Im­pe­rium roz­cią­ga­ło się nad wiel­ki­mi ma­sa­mi lądu za­rów­no rzad­ko (Au­stra­lia, Ka­na­da), jak i gę­sto (In­die) za­lud­nio­ne­go. Na­le­ża­ły do nie­go tak­że ma­leń­kie  wy­sep­ki na bez­mia­rze oce­anów: Ber­mu­dy na Pół­noc­nym Atlan­ty­ku, Świę­ta He­le­na, Wy­spa Wnie­bo­wstą­pie­nia i Fal­klan­dy na Po­łu­dnio­wym Atlan­ty­ku, Pit­ca­irn, Ton­ga i Fi­dżi na Pa­cy­fi­ku. Im­pe­rium było ka­lej­do­sko­pem ko­lo­rów skó­ry, nie­zli­czo­ne­go mnó­stwa ję­zy­ków, dia­lek­tów, re­li­gii, oby­cza­jów spo­łecz­nych i in­sty­tu­cji po­li­tycz­nych.

Wszyst­ko to zo­sta­ło zdo­by­te i utrzy­ma­ne dzię­ki po­tę­dze mor­skiej.

Im­pe­rium roz­ra­sta­ło się od szes­na­ste­go wie­ku, kie­dy to że­gla­rze bry­tyj­scy za­anek­to­wa­li Nową Fun­lan­dię i stwo­rzy­li w ten spo­sób pierw­szą ko­lo­nię bry­tyj­ską. Jed­na, choć zna­czą­ca, po­raż­ka zmą­ci­ła ten cią­gły po­stęp: po­mię­dzy 1776 a 1781 ro­kiem ko­lo­nie pół­noc­no­ame­ry­kań­skie prze­pro­wa­dzi­ły sku­tecz­ną re­wol­tę i wy­ła­ma­ły się. W nie­wie­le lat po trak­ta­cie pa­ry­skim, któ­ry uznał ame­ry­kań­ską nie­pod­le­głość, Bry­ta­nia roz­po­czę­ła trwa­ją­cą dwa dzie­się­cio­le­cia woj­nę prze­ciw­ko Na­po­le­ono­wi Bo­na­par­te. Gdy było już po woj­nach na­po­le­oń­skich, a były ce­sarz zo­stał uwię­zio­ny na Wy­spie Św. He­le­ny, Bry­ta­nia sta­ła się ar­bi­trem w spra­wach za­mor­skich. Bry­tyj­czy­cy lą­do­wa­li na wy­brze­żach wszyst­kich oce­anów. Eks­plo­ro­wa­li kon­ty­nen­ty; góry, rze­ki, je­zio­ra i wo­do­spa­dy otrzy­my­wa­ły na­zwy od na­zwisk ich bry­tyj­skich od­kryw­ców. Cią­gnię­to ko­le­je, wy­ra­sta­ły mia­sta, two­rzo­no, uzna­wa­no i oba­la­no rzą­dy; w 1897 roku całe mnó­stwo kró­lów, ma­ha­ra­dżów, na­ba­bów, ni­za­mów, ke­dy­wów, emi­rów, pa­szów, be­jów i in­nych ka­cy­ków sie­dzia­ło na tro­nach tyl­ko za zgo­dą Lon­dy­nu. Bry­tyj­czy­cy nie­złom­nie wie­rzy­li, iż uży­wa­ją swej wła­dzy do­bro­dusz­nie. To oni po­ło­ży­li kres han­dlo­wi nie­wol­ni­ka­mi, nad­zo­ro­wa­li oce­any, któ­rych mapy spo­rzą­dzi­li, a bę­dąc wy­znaw­ca­mi za­sa­dy wol­ne­go han­dlu – za­pro­si­li wszyst­kie pań­stwa do uczest­nic­twa w stwo­rzo­nych przez sie­bie moż­li­wo­ściach go­spo­dar­czych.

W 1890 roku ame­ry­kań­ski ofi­cer ma­ry­nar­ki, z uspo­so­bie­nia ra­czej uczo­ny ani­że­li wilk mor­ski, sko­dy­fi­ko­wał bry­tyj­skie in­tu­icyj­ne poj­mo­wa­nie za­leż­no­ści po­mię­dzy po­tę­gą mor­ską, pro­spe­ri­ty i po­czu­ciem na­ro­do­wej wiel­ko­ści. W swym dzie­le „Wpływ po­tę­gi mor­skiej na hi­sto­rię”, Al­fred Thay­er Ma­han prze­śle­dził wzrost i upa­dek nie­gdy­siej­szych po­tęg mor­skich i wy­ka­zał, że pań­stwo kon­tro­lu­ją­ce mo­rza kon­tro­lo­wa­ło tak­że swo­je wła­sne prze­zna­cze­nie, te zaś pań­stwa, któ­rym bra­ko­wa­ło opa­no­wa­nia mor­skie­go rze­mio­sła, ska­za­ne były na po­raż­kę lub na od­gry­wa­nie roli dru­gich skrzy­piec. Ma­han po­słu­gu­jąc się ob­ra­zo­wą me­ta­fo­rą dla pod­kre­śle­nia swe­go punk­tu wi­dze­nia, po­wie­dział, iż mo­rze,jest […] jak wiel­ka szo­sa, a może jesz­cze traf­niej […] jak sze­ro­kie bło­nia, po któ­rych lu­dzie mogą zdą­żać we wszyst­kich kie­run­kach, ale do­brze wy­tar­te na nich ścież­ki wska­zu­ją, że ja­kieś wyż­sze przy­czy­ny każą im przed­kła­dać pew­ne tra­sy po­dró­ży nad inne. Te wła­śnie tra­sy na­zy­wa­ne są szla­ka­mi han­dlo­wy­mi, zaś przy­czyn ta­kie­go czy in­ne­go ich prze­bie­gu na­le­ży upa­try­wać w hi­sto­rii świa­ta. […] Tak po­dró­żo­wa­nie jak i trans­port mo­rzem za­wsze były tań­sze od lą­do­we­go”. Z owej me­ta­fo­ry wy­ni­ka ja­sny im­pe­ra­tyw: do pa­tro­lo­wa­nia błoń po­trze­ba po­li­cjan­ta, do ochro­ny że­glu­gi i szla­ków han­dlo­wych mo­car­stwa mor­skie po­trze­bu­ją ma­ry­nar­ki wo­jen­nej.

Im­pe­rium Bry­tyj­skie było im­pe­rium mor­skim. Po­nad po­ło­wa pa­row­ców mo­zol­nie peł­za­ją­cych po oce­anach w roku 1897 no­si­ła czer­wo­ny pro­po­rzec bry­tyj­skiej flo­ty han­dlo­wej. Dla ob­słu­gi tego wiel­kie­go to­na­żu Bry­ta­nia uję­ła glob w gor­set por­tów han­dlo­wych i sta­cji bun­kro­wych. Naj­bar­dziej emi­nent­ny ze szla­ków han­dlo­wych, li­nia ży­cia Im­pe­rium, cią­gnął się na wschód, po­przez Mo­rze Śród­ziem­ne i Suez do In­dii i Chin. Inne tra­sy mor­skie pro­wa­dzi­ły na po­łu­dnie – do Ca­pe­town10 i na za­chód – do Ha­li­fa­xu, St. Johns i Mont­re­alu. Ist­nia­ły for­te­ce strze­gą­ce cie­śnin, jak Gi­bral­tar i Sin­ga­pur, lub zwę­ża­ją­cych się mórz, jak Mal­ta i Aden, a wszyst­ko to było moż­li­we dzię­ki ma­ry­nar­ce wo­jen­nej, sta­no­wią­cej spo­iwo Im­pe­rium. Gdzie­kol­wiek Union Jack po­wie­wał nad ba­stio­na­mi czy ma­ga­zy­na­mi, a z flagsz­to­ków pa­row­ców han­dlo­wych zwi­sał czer­wo­ny pro­po­rzec, tam wszę­dzie to­wa­rzy­szy­ła im bia­ła ban­de­ra Kró­lew­skiej Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej, aby ochra­niać, bro­nić, od­stra­szać lub wy­mu­szać po­słuch.

Bez Ma­ry­nar­ki Kró­lew­skiej Bry­ta­nia nie zna­czy­ła nic. Han­dlo­we pa­row­ce mo­gły być po­rwa­ne lub prze­go­nio­ne z mórz, for­te­ce – ob­lę­żo­ne i zdo­by­te, ko­lo­nie – od­cię­te od po­sił­ków – po­zba­wio­ne wię­zi z cen­trum. Bez ma­ry­nar­ki sama Bry­ta­nia, w isto­cie małe pań­stew­ko wy­spiar­skie, za­leż­ne od do­staw im­por­to­wa­nej żyw­no­ści, po­sia­da­ją­ce nie­li­czą­cą się ar­mię, mo­gło zna­leźć się w ob­li­czu na­tych­mia­sto­wej groź­by gło­du lub in­wa­zji. Ro­zu­miał to Bo­na­par­te cze­ka­ją­cy na kli­fach w Bo­ulo­gne. „Daj­cie mi kon­tro­lę nad Cie­śni­ną Do­ver11 na je­dy­ne sześć go­dzin – po­wie­dział – a opa­nu­ję świat”.

Jed­nak­że – z kon­tro­lą mórz w gar­ści – wszyst­ko było in­a­czej. Gdy Bry­ta­nia utrzy­my­wa­ła swo­ją su­pre­ma­cję w tym wzglę­dzie, żad­ne mo­car­stwo kon­ty­nen­tal­ne12, choć­by mia­ło dużą i do­brze wy­szko­lo­ną ar­mię, nie było w sta­nie na­wet do­tknąć oj­czy­ste­go lądu Bry­ta­nii. Wraz z su­pre­ma­cją mor­ską Bry­ta­nia uzy­ski­wa­ła swo­bo­dę dy­plo­ma­tycz­ną; jej mę­żo­wie sta­nu i dy­plo­ma­ci mo­gli so­bie po­zwo­lić na sta­nie na ubo­czu i ob­ser­wo­wa­nie z dy­stan­sem ry­wa­li­za­cji i nie­na­wi­ści zże­ra­ją­cych mło­dzież i skarb­ce mo­carstw kon­ty­nen­tal­nych, sto­ją­cych twa­rzą w twarz po­nad gra­ni­ca­mi lą­do­wy­mi.

Nie­wie­lu eu­ro­pej­skich przy­wód­ców po­li­tycz­nych lub mi­li­tar­nych ro­zu­mia­ło Wiel­ką Bry­ta­nię czy Im­pe­rium Bry­tyj­skie. Czu­li się za­kło­po­ta­ni, gdy stu­dio­wa­li małą wy­spę, z jej śmiesz­ną ar­mią, z jej peł­ny­mi re­zer­wy, nie­mal­że pro­tek­cjo­nal­ny­mi ma­nie­ra­mi, z jej am­bi­cja­mi, aby wznieść się po­nad na­mięt­no­ści i spo­ry, ja­kie do­mi­no­wa­ły w ich cza­sach. Lecz z tymi swo­imi nie­wiel­ki­mi roz­mia­ra­mi i, zda­wa­ło­by się, wraż­li­wo­ścią na cio­sy, Bry­ta­nia trwa­ła spo­koj­na, nie oba­wia­ją­ca się wy­zwa­nia, bo w isto­cie mia­ła po­tęż­ne moż­li­wo­ści dzia­ła­nia, dzię­ki któ­rym już w prze­szło­ści nie­raz oba­la­ła gi­gan­tów z Kon­ty­nen­tu. Nie mo­gli w to uwie­rzyć przede wszyst­kim cu­dzo­ziem­scy ofi­ce­ro­wie. Z ar­mią bę­dą­cą tyl­ko ułam­kiem ich wła­snych Bry­ta­nia rzą­dzi­ła ćwier­cią glo­bu. Szcze­gól­nie nie­miec­kim ofi­ce­rom, re­pre­zen­tu­ją­cym naj­po­tęż­niej­szą ar­mię świa­ta, zda­wa­ło się ab­sur­dem, że Bry­ta­nia, z ar­mią li­czą­cą za­le­d­wie sie­dem­dzie­siąt ty­się­cy żoł­nie­rzy, mia­ła­by żą­dać pra­wa do rzą­dze­nia trzy­stu mi­lio­na­mi Hin­du­sów. A mimo to wła­dza Bry­ta­nii w In­diach trwa­ła.

Mimo że su­pre­ma­cja mor­ska umoż­li­wia­ła wy­spiar­skie­mu kró­le­stwu na trzy­ma­nie się poza sie­cią ry­wa­li­za­cji na Kon­ty­nen­cie, po­zo­sta­wa­ło ono pań­stwem eu­ro­pej­skim. Dla Bry­tyj­czy­ków wy­pad­ki po­li­tycz­ne na wiel­kim lą­dzie, roz­cią­ga­ją­cym się za dwu­dzie­sto­ma mi­la­mi wody, od­dzie­la­ją­cy­mi Do­ver od Ca­la­is, były jed­nak waż­niej­sze od tego, co się dzia­ło w Bra­zy­lii.

W 1897 roku Eu­ro­pa była po­dzie­lo­na na dwa sys­te­my przy­mie­rzy. Niem­cy, Au­stro-Wę­gry i Wło­chy po­zo­sta­wa­ły w kon­fron­ta­cji z Fran­cją i Ro­sją. An­glia nie zaj­mo­wa­ła wo­bec nich żad­nej okre­ślo­nej po­zy­cji, a ma­jąc za pre­mie­ra lor­da Sa­lis­bu­ry, na­wet nie za­mie­rza­ła tego uczy­nić. Tej po­li­ty­ce obo­jęt­no­ści nadał lord Sa­lis­bu­ry mia­no „Wspa­nia­łej Izo­la­cji”13.

Od śre­dnio­wie­cza nie­zmien­nym wro­giem An­glii była Fran­cja. Od wo­jen Plan­ta­ge­ne­tów, po­przez woj­ny prze­ciw­ko Lu­dwi­ko­wi XIV i Lu­dwi­ko­wi XV, aż do Na­po­le­ona, nic się w tym wzglę­dzie nie zmie­ni­ło. „Fran­cja jest i za­wsze po­zo­sta­nie naj­więk­szym za­gro­że­niem dla Bry­ta­nii” – po­wie­dział lord Sa­lis­bu­ry w roku 1867 i trwał przy tym po­glą­dzie przez swo­je trzy ka­den­cje na sta­no­wi­sku pre­mie­ra. Fran­cja przed­sta­wia­ła sobą wie­lo­ra­kie za­gro­że­nie: bez­po­śred­nio przez Ka­nał, oraz w sto­sun­ku do „li­nii ży­cia” Im­pe­rium, któ­ra pro­wa­dzi­ła przez Mo­rze Śród­ziem­ne. Po­nad­to w kil­ku­na­stu punk­tach świa­ta fran­cu­skie i bry­tyj­skie ko­lo­nie ocie­ra­ły się o sie­bie bar­dzo nie­przy­jem­nie.

In­nym tra­dy­cyj­nym wro­giem An­glii była Ro­sja. Acz­kol­wiek oba kra­je wal­czy­ły ze sobą tyl­ko raz – w woj­nie krym­skiej, a i wte­dy z pew­nym za­kło­po­ta­niem – to roz­mia­ry i dal­sza eks­pan­syw­ność Im­pe­rium Ro­syj­skie­go stwa­rza­ła w An­glii po­czu­cie za­gro­że­nia. Ro­sja nie mo­gła do­się­gnąć Wysp Bry­tyj­skich, lecz na­ci­ska­jąc na po­łu­dnie w kie­run­ku Kon­stan­ty­no­po­la i Mo­rza Śród­ziem­ne­go czy pcha­jąc się przez dach świa­ta i prze­łęcz Chaj­ber ku rów­ni­nom In­dii lub wy­wie­ra­jąc z Man­dżu­rii wpły­wy skie­ro­wa­ne prze­ciw­ko bry­tyj­skie­mu mo­no­po­lo­wi han­dlo­we­mu w do­li­nie Jang­cy, po­li­ty­ka ro­syj­ska wy­da­wa­ła się groź­na. Dy­rek­tor bry­tyj­skie­go wy­wia­du woj­sko­we­go ostrze­gał w 1887 roku: „Kra­je z któ­ry­mi mo­że­my zna­leźć się naj­praw­do­po­dob­niej w sta­nie woj­ny to Fran­cja i Ro­sja, a naj­gor­szą kom­bi­na­cją, któ­rej mamy wszel­kie po­wo­dy się oba­wiać, to so­jusz Fran­cji i Ro­sji”. W roku 1894 do­kład­nie taki so­jusz zo­stał pod­pi­sa­ny i oto oba­wy sta­ły się rze­czy­wi­sto­ścią.

W tym sa­mym mie­sią­cu, w któ­rym od­by­ła się Re­wia Dia­men­to­we­go Ju­bi­le­uszu, w Ber­li­nie na waż­ne sta­no­wi­ska mia­no­wa­nych zo­sta­ło dwóch męż­czyzn. Bern­hard von Bülow, am­bit­ny za­wo­do­wy dy­plo­ma­ta, do­tych­cza­so­wy am­ba­sa­dor Nie­miec we Wło­szech, zo­stał awan­so­wa­ny i był od­tąd se­kre­ta­rzem sta­nu do spraw za­gra­nicz­nych, czy­li mi­ni­strem spraw za­gra­nicz­nych Ce­sar­stwa Nie­miec­kie­go. Ty­dzień póź­niej kontr­ad­mi­rał Al­fred Tir­pitz, po­sia­dacz naj­ory­gi­nal­niej­sze­go umy­słu i naj­sil­niej­szej woli w Nie­miec­kiej Ma­ry­nar­ce Wo­jen­nej, zo­stał se­kre­ta­rzem sta­nu do spraw ma­ry­nar­ki. Ich no­mi­na­cje, choć w od­ręb­nych sfe­rach, były jed­nak po­wią­za­ne ze sobą. Ka­iser Wil­helm II pra­gnął, aby jego kraj, już naj­po­tęż­niej­szy w Eu­ro­pie, się­gnął poza swo­ją do­mi­na­cję na Sta­rym Kon­ty­nen­cie – po do­mi­na­cję świa­to­wą (We­lt­macht). Bülow miał re­ali­zo­wać tę po­li­ty­kę po­przez dy­plo­ma­cję, Tir­pitz zaś miał do­star­czyć in­stru­men­tu dla re­ali­za­cji tego celu po­przez zbu­do­wa­nie po­tęż­nej flo­ty li­nio­wej. Za­in­te­re­so­wa­nia Wil­hel­ma mo­rzem i okrę­ta­mi spo­wo­do­wa­ne były w czę­ści jego an­giel­skim po­cho­dze­niem – jego bab­ką była kró­lo­wa Wik­to­ria – ale w ogrom­nym stop­niu były też po­bu­dza­ne przez książ­ki Ma­ha­na. „Wła­śnie te­raz nie tyle czy­tam, ile wręcz po­że­ram książ­kę ko­man­do­ra Ma­ha­na, po pro­stu pró­bu­ję na­uczyć się jej na pa­mięć – pi­sał mło­dy Ka­iser do przy­ja­cie­la – Znaj­du­je się ona na po­kła­dach wszyst­kich mo­ich okrę­tów, a ich do­wód­cy i ofi­ce­ro­wie nie­ustan­nie do niej się­ga­ją”.

Po­jąw­szy wagę po­tę­gi mor­skiej i pra­gnąc roz­wi­nąć wpły­wy Nie­miec poza Eu­ro­pę, Wil­helm i jego do­rad­cy sta­nę­li przed dy­le­ma­tem: albo Niem­cy za­ak­cep­tu­ją su­pre­ma­cję bry­tyj­ską na mo­rzach i będą dzia­łać w ra­mach okre­ślo­nych przez ten fakt, albo też rzu­cą wy­zwa­nie i zbu­du­ją flo­tę wy­star­cza­ją­co sil­ną, by wy­drzeć Bry­ta­nii trój­ząb – ber­ło mórz. Do­świad­cze­nie su­ge­ro­wa­ło przy­ję­cie pierw­szej moż­li­wo­ści; w la­tach osiem­dzie­sią­tych Niem­cy po­zy­ska­ły ko­lo­nie o ob­sza­rze pię­cio­krot­nie więk­szym od Ce­sar­stwa Nie­miec­kie­go w Eu­ro­pie, a wszyst­ko to z za­chę­tą i po­mo­cą Bry­tyj­czy­ków. Nie­miec­ka flo­ta han­dlo­wa, dru­ga co do wiel­ko­ści na świe­cie, ko­rzy­sta­ła z bry­tyj­skich por­tów i opie­ki ze stro­ny flo­ty Im­pe­rium. Ofi­ce­ro­wie flo­ty wo­jen­nej wy­cho­wy­wa­li się na okrę­tach zbu­do­wa­nych w stocz­niach bry­tyj­skich, pa­li­li na swych okrę­tach bry­tyj­skim wę­glem, sto­so­wa­li bry­tyj­ską tech­ni­kę i tak­ty­kę mor­ską. Po­mię­dzy nimi a ofi­ce­ra­mi Ma­ry­nar­ki Kró­lew­skiej pa­no­wa­ło wza­jem­ne po­czu­cie bra­ter­stwa. Jed­ną z moż­li­wo­ści było więc bu­do­wa­nie na tych re­la­cjach, ich wzmac­nia­nie i utrwa­la­nie, wy­pa­tru­jąc dnia, w któ­rym Niem­cy i Bry­ta­nia będą dzia­ła­ły, za­rów­no w Eu­ro­pie, jak i na świe­cie jako part­ne­rzy, a może na­wet so­jusz­ni­cy.

No­mi­na­cja ad­mi­ra­ła Tir­pit­za wska­zy­wa­ła, że do­ko­na­no prze­ciw­ne­go wy­bo­ru. Dla­cze­go, py­tał Ka­iser i dwie­ście mi­lio­nów jego pod­da­nych, An­glia, tyl­ko z tej ra­cji, że jest wy­spą i we­szła w po­sia­da­nie im­pe­rium, mia­ła­by uwa­żać rzą­dy nad mo­rza­mi za swo­je pra­wo? W do­wol­nym mo­men­cie flo­ta bry­tyj­ska mo­gła, za­blo­ko­wu­jąc wy­brze­ża Nie­miec, za­mknąć okrę­ty nie­miec­kie w por­tach i od­ciąć Niem­cy od ich ko­lo­nii. Dla­cze­go Ce­sar­stwo Nie­miec­kie ma ist­nieć z ła­ski Bry­tyj­czy­ków? Dla­cze­go wiel­kość Nie­miec mia­ła­by zo­stać im da­ro­wa­na przez ko­goś z ze­wnątrz?

Geo­gra­fia dyk­to­wa­ła kon­fron­ta­cję. Nie­miec­kie stat­ki han­dlo­we, opusz­cza­jąc Bał­tyk lub por­ty Mo­rza Pół­noc­ne­go, jak Ham­burg i Bre­mę, mo­gły wy­do­stać się na Atlan­tyk i inne oce­any świa­ta tyl­ko prze­cho­dząc przez Ka­nał lub wo­kół wy­brze­ży Szko­cji. Flo­ta nie­miec­ka, dość sil­na, aby osło­nić nie­miec­ką że­glu­gę na tych wo­dach i za­pew­nić jej nie­za­kłó­co­ne wyj­ście na oce­an, ozna­cza­ła w koń­cu tak­że flo­tę nie­miec­ką zdol­ną do po­ko­na­nia flo­ty bry­tyj­skiej. Na to Wiel­ka Bry­ta­nia nig­dy nie mo­gła po­zwo­lić, bo to ozna­cza­ło­by też, że flo­ta nie­miec­ka by­ła­by zdol­na do osło­ny in­wa­zji na An­glię, do wy­mie­ce­nia z mórz jej że­glu­gi han­dlo­wej, odar­cia jej z ko­lo­nii i po­zba­wie­nia im­pe­rium. W ten spo­sób cel Nie­miec­kiej Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej: za­pew­nie­nie ochro­ny nie­miec­kie­go han­dlu na otwar­tych mo­rzach, był kom­plet­nie nie­zgod­ny z in­te­re­sa­mi bez­pie­czeń­stwa Bry­ta­nii. Na to, cze­go jed­no z dwóch mo­carstw żą­da­ło, dru­gie wca­le nie było skłon­ne przy­stać. Za­gro­że­nie stwa­rza­ne przez flo­tę bry­tyj­ską bez­pie­czeń­stwu Nie­miec było, jak ar­gu­men­to­wa­li dy­plo­ma­ci bry­tyj­scy, znacz­nie mniej­sze. W nad­cho­dzą­cych la­tach bry­tyj­scy mę­żo­wie sta­nu i po­li­ty­cy mie­li wie­lo­krot­nie pró­bo­wać prze­ko­nać swo­ich nie­miec­kich part­ne­rów do tego punk­tu wi­dze­nia. Nie­miec­ka od­po­wiedź mia­ła też za­wsze być jed­na­ko­wa, a mia­no­wi­cie, że nie­miec­kie okrę­ty wo­jen­ne stwa­rza­ją nie­wiel­kie za­gro­że­nie dla Bry­ta­nii i że Ce­sar­stwo Nie­miec­kie ma iden­tycz­ne pra­wo jak Im­pe­rium Bry­tyj­skie do bu­do­wa­nia ta­kich okrę­tów, ja­kie mu się po­do­ba.

Przez sze­reg lat, Ka­iser i jego mi­ni­stro­wie, trwa­ją­cy w nie­złom­nym prze­ko­na­niu, iż naj­lep­szy spo­sób na prze­obra­że­nie bliź­nie­go w przy­ja­cie­la po­le­ga na za­stra­sze­niu go, skłon­ni byli uwie­rzyć rów­nież w to, że mogą rów­no­cze­śnie zbu­do­wać po­tęż­ną flo­tę i uczy­nić z Wiel­kiej Bry­ta­nii swe­go so­jusz­ni­ka. Ka­iser wie­rzył, a Tir­pitz po­wia­dał, że wie­rzy, iż gdy tyl­ko Bry­ta­nia uj­rzy i za­ak­cep­tu­je po­tę­gę flo­ty Nie­miec, za­cznie je sza­no­wać i za­ofe­ru­je przy­jaźń – przy­jaźń, w któ­rej Niem­cy by­ły­by oczy­wi­ście part­ne­rem do­mi­nu­ją­cym. Taki spo­sób my­śle­nia zdra­dzał fun­da­men­tal­ny brak zro­zu­mie­nia psy­cho­lo­gii Bry­tyj­czy­ków, dla któ­rych pa­no­wa­nie nad mo­rza­mi sta­no­wi­ło ko­niecz­ność znacz­nie więk­szą niż ja­ki­kol­wiek so­jusz kon­ty­nen­tal­ny.

Z na­dej­ściem koń­ca stu­le­cia Dia­men­to­wy Ju­bi­le­usz i to­wa­rzy­szą­ca mu wiel­ka re­wia mor­ska mia­ły być za­pa­mię­ta­ne jako apo­geum bry­tyj­skiej su­pre­ma­cji mor­skiej. Ry­chło mia­ły dać o so­bie znać nad­mier­ne na­pię­cia, któ­rym pod­da­wa­na była bry­tyj­ska po­tę­ga. Im­pe­rium było za­nad­to roz­cią­gnię­te. Na­wet ze swo­ją Ma­ry­nar­ką Wo­jen­ną, Bry­ta­nia nie była zdol­na wy­wią­zać się ze wszyst­kich zo­bo­wią­zań. Bu­do­wa okrę­tów przez Niem­cy, mia­ła oczy­wi­ście spo­wo­do­wać wzmo­żo­ną bu­do­wę okrę­tów przez Bry­ta­nię, lecz sta­wa­ło się tak­że rze­czą ko­niecz­ną do­ko­na­nie zmian w bry­tyj­skiej po­li­ty­ce. Bry­ta­nia nie mo­gła so­bie po­zwo­lić na to, aby sta­nąć sama twa­rzą w twarz z mo­car­stwem, któ­re zdo­mi­no­wa­ło już Kon­ty­nent i mo­gło po­ło­żyć rękę na wszyst­kich flo­tach Eu­ro­py. Od stu­le­ci pod­sta­wą po­li­ty­ki bry­tyj­skiej było sta­wia­nie swe­go zna­cze­nia na sza­li prze­ciw­nej do­mi­na­cji mo­car­stwa lub gru­py mo­carstw, mo­gą­cych za­gro­zić jej ist­nie­niu. Te­raz, gdy Bry­ta­nia za­czy­na­ła bać się nie­miec­kiej flo­ty, oba­wia­ła się tak­że, że naj­więk­sza mi­li­tar­na po­tę­ga Eu­ro­py nie aspi­ro­wa­ła­by do sta­tu­su wiel­kiej po­tę­gi mor­skiej, gdy­by nie kry­ło się za tym pra­gnie­nie do­mi­na­cji nad świa­tem.

I tak punkt cięż­ko­ści po­li­ty­ki Bry­ta­nii za­czął się prze­su­wać. Wspa­nia­ła Izo­la­cja zo­sta­ła po­now­nie prze­ana­li­zo­wa­na. W mia­rę wzro­stu nie­bez­pie­czeń­stwa po dru­giej stro­nie Mo­rza Pół­noc­ne­go uło­żo­no się z nie­przy­ja­ciół­mi, daw­ne tar­cia za­ła­go­dzo­no, pod­ję­to nowe przed­się­wzię­cia. Bry­ta­nia zo­sta­ła, je­śli nie so­jusz­ni­kiem w peł­nym zna­cze­niu tego sło­wa, to na pew­no part­ne­rem swych nie­gdy­siej­szych wro­gów, Fran­cji i Ro­sji. Od­da­le­nie się Bry­ta­nii i Nie­miec, ro­sną­ce part­ner­stwo po­mię­dzy Bry­ta­nią a Fran­cją i Bry­ta­nią a Ro­sją, było spo­wo­do­wa­ne oba­wa­mi przed nie­miec­ka flo­tą. „To ona zwar­ła sze­re­gi En­ten­ty – po­wie­dział Win­ston Chur­chill. – Każ­dym ni­tem, któ­ry Tir­pitz wbi­jał w swo­je okrę­ty wo­jen­ne, jed­no­czył on bry­tyj­ską opi­nię pu­blicz­ną. […] Mło­ty bi­ją­ce w Ki­lo­nii i w Wil­helm­sha­ven wy­ku­wa­ły ko­ali­cję państw, któ­re mia­ły Niem­com sta­wić opór, a w koń­cu je po­ko­nać”.

W so­bo­tę ra­nek wstał nie­wy­raź­ny i sza­ry, nad So­lent wi­sia­ły gę­ste mgły. Słoń­ce wze­szło o 3.47, prze­sło­nię­te ma­sa­mi mięk­kich, sza­rych chmur. Po­wie­trze było dusz­ne i par­ne. Z le­d­wo­ścią moż­na było do­strzec z brze­gu sze­re­gi za­ko­twi­czo­nych okrę­tów. Flo­ta sta­ła się bar­dziej wi­docz­na o ósmej rano, kie­dy to na sy­gnał z okrę­tu fla­go­we­go wszyst­kie li­nie okrę­tów za­kwi­tły tę­czą ko­lo­rów, gdy pod­nie­sio­no na nich wiel­ką galę ban­de­ro­wą, od dzio­bu, po­przez szczy­ty masz­tów, w dół ku ru­fie. Do po­łu­dnia po­go­da się po­lep­sza­ła, w mia­rę jak słoń­ce „wy­pa­la­ło” mgłę. Bry­za dmu­cha­ła we fla­gi i ban­de­ry, po­kry­wa­jąc też mo­rze ma­ły­mi fa­la­mi o bia­łych grzy­wach, któ­re zmie­nia­ły swo­ją bar­wę i od­cień z każ­dym cie­niem prze­su­wa­ją­cym się po po­wierzch­ni wody.

Przez cały ra­nek wśród sze­re­gów okrę­tów wo­jen­nych krę­ci­ły się stat­ki wy­ciecz­ko­we. Póź­niej, oko­ło dru­giej po po­łu­dniu, wraz ze zbli­ża­niem się go­dzi­ny re­wii, wszyst­kie pry­wat­ne i ko­mer­cyj­ne stat­ki zo­sta­ły prze­go­nio­ne i okrę­ty wo­jen­ne sta­ły w ci­szy. Poza nur­ku­ją­cy­mi w po­wie­trzu me­wa­mi, trze­po­cą­cy­mi fla­ga­mi oraz słoń­cem i cie­niem igra­ją­cy­mi po wo­dzie nie wi­dać było żad­ne­go ru­chu, była to jak­by flo­ta upior­nych ma­mu­tów, pięć ścian dłu­gich czar­nych ka­dłu­bów, sto­ją­cych ci­cho i ma­je­sta­tycz­nie na ja­sno­zie­lo­nej wo­dzie, roz­cią­ga­ją­cych się po So­lent jak okiem się­gnąć.

Na brze­gu pa­no­wał ha­łas i zgiełk. W tę so­bo­tę, Kom­pa­nia Ko­lei Po­łu­dnio­wo-Za­chod­niej obie­ca­ła od­pra­wić czter­dzie­ści sześć po­cią­gów z dwor­ca Wa­ter­loo do Por­ts­mouth od wpół do siód­mej do wpół do dzie­sią­tej rano. Co pięć mi­nut po­cią­gi opusz­cza­ły Wa­ter­loo, przy­by­wa­ły do Por­ts­mouth a ich ludz­ki ła­du­nek ob­wie­szo­ny lor­net­ka­mi, apa­ra­ta­mi fo­to­gra­ficz­ny­mi i prze­wod­ni­ka­mi, wy­le­wał się na bruk pla­cu dwor­co­we­go. Stam­tąd rze­ka ludz­ka pły­nę­ła przez mia­sto ku mo­lom i pla­żom. Wszyst­kie da­chy i okna wy­cho­dzą­ce na mo­rze były za­ję­te. Mola, pla­ża po­łu­dnio­wa i naj­mniej­sze na­wet wznie­sie­nia na rów­ni­nie Hamp­shi­re były gę­sto za­peł­nio­ne wi­dza­mi.

Dwa­dzie­ścia po dwu­na­stej na Keję Kró­lew­ską w por­cie Por­ts­mouth przy­był z zam­ku Wind­sor pierw­szy z dwóch kró­lew­skich po­cią­gów. Przy­by­ła nim ce­sa­rzo­wa wdo­wa po Fry­de­ry­ku Nie­miec­kim. Mia­ła na imię Wik­to­ria, po mat­ce, i była naj­star­szym dziec­kiem mo­nar­chi­ni, a tak­że mat­ką ce­sa­rza Nie­miec, Wil­hel­ma II. Jej młod­szy brat Ar­tur, ksią­żę Con­nau­ght, ubra­ny w szkar­łat­ny mun­dur puł­kow­ni­ka Gwar­dii Szkoc­kiej, po­dał jej ra­mię i po­pro­wa­dził ce­sa­rzo­wą wprost na po­kład sto­ją­ce­go przy na­brze­żu kró­lew­skie­go jach­tu „Vic­to­ria and Al­bert”. W mo­men­cie gdy ce­sa­rzo­wa wstę­po­wa­ła na trap, na grot­maszt wzbił się zło­to-czar­ny nie­miec­ki sztan­dar ce­sar­ski. Czter­dzie­ści mi­nut póź­niej przy­był dru­gi po­ciąg i na pe­ron ze­szła zna­jo­ma krą­gła fi­gu­ra. Był to Al­bert Edward, ksią­żę Wa­lii, głów­na per­so­na dzi­siej­szych uro­czy­sto­ści. To ksią­żę miał być oso­bą przyj­mu­ją­cą re­wię, pod­czas gdy jego mat­ka, zmę­czo­na swo­ją sze­ścio­mi­lo­wą po­dró­żą po uli­cach Lon­dy­nu w oto­cze­niu sze­ściu mi­lio­nów Bry­tyj­czy­ków, zdzie­ra­ją­cych swe gar­dła aż do utra­ty gło­su, spę­dza­ła dzień ci­cho i spo­koj­nie w Wind­so­rze. Na­stęp­cy tro­nu to­wa­rzy­szy­ła żona, księż­na Alek­san­dra, brat Al­fred, ksią­żę Sach­sen-Co­burg, i syn Je­rzy, ksią­żę Yor­ku. Ksią­żę Wa­lii ubra­ny był w gra­na­to­wo-zło­ty mun­dur ad­mi­ra­ła flo­ty. Po­dob­ny strój no­sił też jego brat Al­fred, któ­ry za­nim ob­jął ro­do­we księ­stwo i prze­pro­wa­dził się do Nie­miec w 1893 roku, ty­tu­ło­wał się księ­ciem Edyn­bur­ga i słu­żył w cha­rak­te­rze na­czel­ne­go do­wód­cy bry­tyj­skiej Flo­ty Śród­ziem­no­mor­skiej. Tak­że ksią­żę Je­rzy był w gra­na­tach i zło­cie, a swój sto­pień ko­man­do­ra zdo­był w czyn­nej służ­bie. Gdy tyl­ko Ksią­żę z to­wa­rzy­stwem za­okrę­to­wa­li się na „Vic­to­ria and Al­bert”, aby wspól­nie z sio­strą za­siąść do lun­chu, na masz­cie głów­nym pod­nie­sio­no kró­lew­ski sztan­dar Wiel­kiej Bry­ta­nii, aby po­wie­wał tam obok nie­miec­kie­go sztan­da­ru ce­sar­skie­go, a dzia­ła nel­so­now­skiej „Vic­to­ry” ryk­nę­ły sa­lu­tem.

Punk­tu­al­nie o dru­giej „Vic­to­ria and Al­bert” rzu­cił cumy łą­czą­ce go z por­ts­mouth­ską keją, a jego koła ło­pat­ko­we za­czę­ły się ob­ra­cać. Wy­cho­dząc z por­tu jacht kró­lew­ski niósł pięć wiel­kich flag, każ­da roz­mia­rów dy­wa­nu. Na to­pie fok­masz­tu tkwił ciem­no­czer­wo­ny pro­po­rzec z żół­tą ko­twi­cą, em­ble­mat lor­dów Ad­mi­ra­li­cji. Na szczy­cie grot­masz­tu po­wie­wał kró­lew­ski sztan­dar Wiel­kiej Bry­ta­nii, zło­te lwy i srebr­ne jed­no­roż­ce na prze­mien­nych czer­wo­nych i nie­bie­skich po­lach, oraz nie­miec­ki sztan­dar ce­sar­ski, czar­ny orzeł na zło­tym tle. Na be­zan­masz­cie trze­po­tał Union Jack, a z flagsz­to­ka na ru­fie uno­si­ła się bia­ła ban­de­ra Ma­ry­nar­ki Kró­lew­skiej. Za jach­tem po­stę­po­wa­ła pro­ce­sja du­żych i mniej­szych stat­ków wio­zą­cych spe­cjal­nych go­ści. Bez­po­śred­nio za jego rufą znaj­do­wa­ła się ja­sno­zie­lo­na „Car­tha­ge”, na­le­żą­ca do li­nii P&O; jej po­kła­dy pło­nę­ły ko­lo­ra­mi uni­for­mów i bla­skiem klej­no­tów ksią­żąt in­dyj­skich i in­nych na­cji. Ich prze­wod­ni­kiem był ko­man­dor lord Char­les Be­res­ford, bo­ha­ter służ­by w ma­ry­nar­ce. Jacht Ad­mi­ra­li­cji – „En­chan­tress” – był na­stęp­ny w szy­ku, wio­ząc lor­dów Ad­mi­ra­li­cji i ich go­ści. Da­lej szedł „Da­nu­be”, za­ła­do­wa­ny człon­ka­mi Izby Lor­dów. Za nim był „Wild­fi­re”, wio­zą­cy mi­ni­stra ko­lo­nii, Jo­se­pha Cham­ber­la­ina, w oto­cze­niu pre­mie­rów i gu­ber­na­to­rów ko­lo­nii i te­ry­to­riów, skła­da­ją­cych się na Im­pe­rium Bry­tyj­skie. W po­bli­żu koń­ca, pły­nąc bar­dzo wol­no, „aby nie na­dep­nąć na od­ci­ski któ­re­muś z ma­lu­chów”, szedł wiel­ki li­nio­wiec Cu­nar­da „Cam­pa­nia”, naj­więk­szy i naj­szyb­szy z bry­tyj­skich char­tów trans­atlan­tyc­kich, jej ogrom przy­tła­czał na­wet pan­cer­ni­ki. Do­pły­nąw­szy do Por­ts­mouth z So­uthamp­ton, gdzie za­okrę­to­wa­ła swo­ich 1800 pa­sa­że­rów – człon­ków Izby Gmin, ich przy­ja­ciół i krew­nych – „Cam­pa­nia” szła w śla­dzie to­ro­wym znacz­nie mniej­sze­go „Da­nu­be”, wio­zą­ce­go Izbę Lor­dów. W pew­nym mo­men­cie tej po­dró­ży John Burns, po­seł ra­dy­kal­ny, z iro­nicz­nym śmie­chem za­uwa­żył, że gdy­by ka­pi­tan „Cam­pa­nii” nie­co przy­śpie­szył, moż­na by roz­strzy­gnąć na do­bre wie­le kwe­stii kon­sty­tu­cyj­nych, dzie­lą­cych Izbę Lor­dów i Izbę Gmin. Na sa­mym koń­cu pro­ce­sji znaj­do­wał się „El­do­ra­do”, nio­są­cy na swo­im po­kła­dzie za­gra­nicz­nych am­ba­sa­do­rów akre­dy­to­wa­nych przy dwo­rze Świę­te­go Ja­ku­ba.

Flo­ta była go­to­wa. Gdy tyl­ko dał się sły­szeć od­głos sa­lu­tu z „Vic­to­ry”, sy­gna­li­zu­ją­cy że jacht kró­lew­ski jest już w dro­dze, na rej­kach sy­gna­ło­wych „Re­now­na” wzbił się w górę ze­staw flag sy­gna­ło­wych: „Pa­ra­da bur­to­wa!”. Za cza­sów ża­glow­ców skut­kiem ta­kie­go sy­gna­łu był je­den z naj­bar­dziej dra­ma­tycz­nych spek­ta­kli mor­skich: ma­ry­na­rze sta­wa­li w re­gu­lar­nych od­stę­pach wzdłuż rej na wie­żach masz­tów. Obec­nie masz­ty i reje zni­kły już z okrę­tów, ale sy­gnał cią­gle po­wo­do­wał dłu­go pa­mię­ta­ną przez wi­dzów zmia­nę wy­glą­du flo­ty. Wiel­kie sta­lo­we okrę­ty, do­tąd po­nu­re i ci­che, rap­tem za­ki­pia­ły od bie­gną­cych męż­czyzn. Po kil­ku mi­nu­tach, li­nie nie­ru­cho­mych ma­ry­na­rzy sta­ły wzdłuż kra­wę­dzi każ­de­go po­kła­du oraz na wie­żach dzia­ło­wych i bar­be­tach. Tu i ów­dzie, na po­mo­stach i sta­no­wi­skach bo­jo­wych, pla­ma czer­wie­ni wska­zy­wa­ła miej­sca, gdzie ulo­ko­wa­ne były od­dzia­ły pie­cho­ty mor­skiej.

Gdy jacht kró­lew­ski wszedł mię­dzy li­nie okrę­tów, każ­dy z nich od­da­wał sa­lut ar­mat­ni i ry­chło ob­ło­ki bia­łe­go dymu dry­fo­wa­ły po­nad zie­lo­ną wodą. (By­stre oko mo­gło za­uwa­żyć wy­ją­tek, sa­lu­ty z fran­cu­skie­go krą­żow­ni­ka „Po­thu­au”, na któ­rym uży­wa­no już no­we­go pro­chu bez­dym­ne­go.) Pły­nąc po­wo­li, jacht zbli­żał się do każ­de­go z czar­nych be­he­mo­tów na dy­stans umoż­li­wia­ją­cy wy­mia­nę po­zdro­wień. Z okrę­tów wo­jen­nych z ła­two­ścią moż­na było doj­rzeć Księ­cia Wa­lii oto­czo­ne­go to­wa­rzy­stwem. Jego brat i syn sta­li obok, a w po­bli­żu za­uwa­żyć się dało ja­poń­skie­go na­stęp­cę tro­nu oraz Sir Per­ta­ba Sin­gha, w któ­re­go je­dwab­nym tur­ba­nie bły­ska­ły ogrom­ne klej­no­ty. Nie­da­le­ko zgro­ma­dzo­na była cała masa ofi­ce­rów, no­szą­cych szkar­łat­ne, nie­bie­skie i zie­lo­ne kurt­ki mun­du­ro­we, zdo­bio­ne sre­brem i zło­tem. Pa­nie zgro­ma­dzi­ły się wo­kół nie­miec­kiej ce­sa­rzo­wej oraz księż­nej Wa­lii. Więk­szość z nich była w stro­jach jach­to­wych bar­wy kre­mo­wej z gra­na­tem ma­ry­nar­skim lub ja­sno­błę­kit­nej w kom­bi­na­cji z żół­tą, kasz­ta­no­wą albo ja­sno­zie­lo­ną. „Nikt nie pre­zen­to­wał się le­piej niż hra­bi­na War­wick w swo­jej ciem­no­nie­bie­skiej al­pa­ce z bia­łą szy­ją przy­ozdo­bio­ną ba­ty­stem, ca­łość wy­bor­nie pa­su­ją­ca do jej pięk­nej fi­gu­ry” – opi­sy­wał je­den z ko­re­spon­den­tów byłą ko­chan­kę księ­cia Wa­lii.

Gdy jacht kró­lew­ski zrów­ny­wał się z ko­lej­nym w szy­ku okrę­tem, ofi­ce­ro­wie i ma­ry­na­rze zdej­mo­wa­li czap­ki i wy­krzy­ki­wa­li trzy­krot­ne „Hurr­ra!”. Je­śli na okrę­cie była or­kie­stra, to gra­ła hymn: „God Save the Qu­een”. Ob­ser­wa­to­rzy z przy­jem­no­ścią od­no­to­wa­li, że ame­ry­kań­scy ma­ry­na­rze na po­kła­dzie „Bro­okly­nu” krzy­cze­li tak samo ży­wio­ło­wo, jak za­ło­gi bry­tyj­skie, i że or­kie­stra na po­kła­dzie „König Wil­helm” po hym­nie ode­gra­ła bar­dzo dziar­sko „Rule Bri­tan­nia!”14.

Gdy tak ksią­żę Wa­lii do­ko­ny­wał prze­glą­du flo­ty, przej­ścia po­mię­dzy li­nia­mi okrę­tów były wol­ne od stat­ków wy­ciecz­ko­wych z wi­dza­mi, cze­go pil­no­wa­ły ho­low­ni­ki flo­ty i pa­tro­low­ce. Gdy tyl­ko jed­nak „Vic­to­ria and Al­bert” prze­szedł mię­dzy li­nia­mi, ja­kiś bez­czel­ny sa­mot­ny sta­te­czek po­ja­wił się ni stąd, ni zo­wąd i za­czął pę­dzić tam i z po­wro­tem wzdłuż li­nii okrę­tów, wi­jąc się i prze­my­ka­jąc mię­dzy nimi z za­dzi­wia­ją­cą pręd­ko­ścią i spraw­no­ścią w ma­new­ro­wa­niu. Pa­tro­low­ce wy­sła­ne, aby do­ści­gnąć i prze­chwy­cić in­tru­za, wró­ci­ły z ni­czym. Ta dziw­na, po­ma­lo­wa­na na sza­ro jed­nost­ka w kształ­cie tor­pe­dy o dłu­go­ści 100 stóp15 i sze­ro­ko­ści 9 stóp na­zy­wa­ła się „Tur­bi­nia” 1 była naj­szyb­szym stat­kiem świa­ta, zdol­nym wy­cią­gnąć 34 wę­zły16.

Przed­sta­wie­nie, ja­kie dała, było za­mie­rzo­ne, aby prze­ko­nać Ma­ry­nar­kę Wo­jen­ną do re­zy­gna­cji z cięż­kich, tło­ko­wych ma­szyn pa­ro­wych na­pę­dza­ją­cych do­tąd jej okrę­ty, i za­stą­pie­nia ich przez tur­bi­ny pa­ro­we, ta­kie jak ta, któ­ra pcha­ła „Tur­bi­nię” roz­ci­na­ją­cą swym dzio­bem fale. Pro­jek­tant sta­tecz­ku, Sir Char­les Par­sons, był na jego po­kła­dzie, sto­jąc tuż za wy­so­kim, umiesz­czo­nym na śród­o­krę­ciu ko­mi­nem, któ­ry wy­plu­wał z sie­bie pło­mień pra­wie ta­kiej sa­mej wy­so­ko­ści jak sam ko­min. Urzą­dza­jąc wy­ści­gi po­mię­dzy nie­bo­tycz­ny­mi wo­jen­nia­ka­mi, rzu­ca­jąc wy­zwa­nie au­to­ry­te­tom, „Tur­bi­nia” dra­stycz­nie na­ru­szy­ła pro­to­kół. „Być może jej nie­po­sza­no­wa­nie pra­wa moż­na wy­tłu­ma­czyć no­wo­ścią i waż­no­ścią wy­na­laz­ku, któ­ry ucie­le­śnia” – po­mru­ki­wał z nie­za­do­wo­le­niem „The Ti­mes”.

Ukoń­czyw­szy swo­ją turę wo­kół li­nii okrę­tów o czwar­tej, „Vic­to­ria and Al­bert” pod­pły­nął do „Re­now­na”, sta­nął na jego tra­wer­sie, rzu­cił pra­wo­bur­to­wą ko­twi­cę i za­sy­gna­li­zo­wał do wszyst­kich bry­tyj­skich i za­gra­nicz­nych ofi­ce­rów fla­go­wych17, za­pra­sza­jąc ich do przy­by­cia na po­kład, gdzie mie­li być przy­ję­ci przez Księ­cia Wa­lii. Ad­mi­ra­ło­wie już cze­ka­li w bar­ka­sach pa­ro­wych i mo­to­rów­kach, pod­ska­ku­ją­cych u burt ich fla­gow­ców, aby – gdy tyl­ko na­dej­dzie sy­gnał – roz­po­cząć wy­ścig do le­wo­bur­to­we­go tra­pu kró­lew­skie­go jach­tu. Pod tym wzglę­dem po­wszech­nie po­dzi­wia­ne było za­cho­wa­nie ro­syj­skie­go ad­mi­ra­ła: gar­dząc wy­ści­giem i od­rzu­ca­jąc parę, przy­był bar­ka­sem wio­sło­wym, na­pę­dza­nym przez szes­na­stu ma­ry­na­rzy w bia­łych mun­du­rach. Gdy go­ście jesz­cze prze­by­wa­li na po­kła­dzie, z „Vic­to­ria and Al­bert” wy­pusz­czo­no go­łę­bia pocz­to­we­go, nio­są­ce­go spe­cjal­ne po­sła­nie od Księ­cia do jego Mat­ki w zam­ku Wind­sor: „Wła­śnie za­pre­zen­to­wa­li się ad­mi­ra­ło­wie. Pięk­ny dzień, re­wia oka­za­ła się cał­ko­wi­tym suk­ce­sem. Do peł­nej do­sko­na­ło­ści bra­ko­wa­ło je­dy­nie obec­no­ści Kró­lo­wej”.

O pią­tej go­ście ze­szli po tra­pie. „Vic­to­ria and Al­bert” wy­cią­gnął ko­twi­cę z mułu So­lent, wy­krę­cił na wstecz­nym bie­gu i od­pły­nął w kie­run­ku Por­ts­mouth. Gdy jacht od­pły­wał, ko­lej­ny trzy­krot­ny okrzyk prze­to­czył się nad flo­tą. W tym mo­men­cie nie­spo­dzie­wa­nie raz jesz­cze po­ja­wi­ła się na wi­dow­ni „Tur­bi­nia”. Obi­ja­ła się gdzieś, scho­wa­na za rufą krą­żow­ni­ka, ale gdy jacht kró­lew­ski wy­ru­szył w dro­gę po­wrot­ną, ulo­ko­wa­ła się za jego rufą. Z po­cząt­ku szła za nim z umiar­ko­wa­ną szyb­ko­ścią, lecz oto na­gle jej śru­by za­wi­ro­wa­ły i z dzio­bem unie­sio­nym ku gó­rze, a rufą wci­śnię­tą w masę sy­czą­cej bia­łej pia­ny „Tur­bi­nia” śmi­gnę­ła po stycz­nej od kur­su kró­lew­skie­go jach­tu. Po­zo­sta­wia­jąc flo­tę za rufą, Ksią­żę Wa­lii roz­ka­zał pod­nieść na rej­ce sy­gna­ło­wej mile wi­dzia­ny sy­gnał: „Spleść grot­bras!”, na co głów­no­do­wo­dzą­cy roz­ka­zał wszyst­kim do­wód­com okrę­tów wy­dać każ­de­mu ma­ry­na­rzo­wi po eks­tra por­cji gro­gu (rumu z wodą).

Już pod­czas przy­ję­cia dla ad­mi­ra­łów nad po­łu­dnio­wym ho­ry­zon­tem gro­ma­dzić się za­czę­ły groź­ne chmu­ry. Gdy ksią­żę opu­ścił flo­tę, czar­ne ka­dłu­by sta­ły na czar­nej wo­dzie z ła­wi­cą ciem­nych cu­mu­lo­nim­bu­sów zwi­sa­ją­cych nad gło­wa­mi. Nim jesz­cze „Vic­to­ria and Al­bert” za­wi­nął do por­tu w Por­ts­mouth, nie­bo sta­ło się zie­lo­no­czar­ne i spa­dać za­czę­ły pierw­sze wiel­kie kro­ple desz­czu. Gdy jacht za­cu­mo­wa­no przy kei, ule­wa sma­ga­ła po­kła­dy z gwał­tow­no­ścią desz­czów tro­pi­kal­nych. Bły­ska­wi­ce roz­dzie­ra­ły po­wie­trze dłu­gi­mi, pę­ka­ją­cy­mi zyg­za­ka­mi ognia, a grzmo­ty dud­ni­ły niby ka­no­na­da. Na ko­twi­co­wi­sku flo­ty za­sło­ny desz­czu za­tar­ły wi­dok okrę­tów, któ­rych po­kła­dy i wie­że opa­no­wa­ła or­gia tań­czą­cej wody. Nie moż­na już było doj­rzeć jed­no­stek z są­sied­niej li­nii. Na brze­gu, gdzie ka­na­li­za­cja nie oka­za­ła się w mocy spro­stać po­to­po­wi, wiel­kie po­ła­cie espla­na­dy sta­ły pod wodą, a bło­nie So­uth­sea Com­mon za­mie­ni­ło się w ba­gni­sko. Wszyst­kie skle­py za­mknię­to i tłu­my lu­dzi po­śpiesz­nie gro­ma­dzi­ły się pod ja­kim­kol­wiek schro­nie­niem. Bu­rza trwa­ła go­dzi­nę i była jed­ną z naj­sroż­szych, ja­kie kie­dy­kol­wiek od­no­to­wa­no w po­łu­dnio­wej An­glii.

Pod­czas sztor­mu wy­da­wa­ło się, że ilu­mi­na­cję flo­ty, ma­ją­cą być głów­ną atrak­cją wie­czo­ru, trze­ba bę­dzie od­wo­łać. Tym­cza­sem o za­cho­dzie słoń­ca je­dy­nie ko­pu­ła cięż­kich chmur przy­ciem­nia­ła zmierzch let­nie­go nie­ba. Dla ob­ser­wa­to­rów na brze­gu flo­ta stop­nio­wo zni­ka­ła w po­głę­bia­ją­cym się cie­niu. Jed­nak po­tem, kwa­drans po dzie­wią­tej, huk­nę­ło dzia­ło sy­gna­ło­we. „Re­nown” stał się na­gle wi­docz­ny, wy­kre­ślo­ny ogniem na tle zmierz­chu. Se­kun­dę póź­niej wi­dać już było wszyst­kie okrę­ty na ko­twi­co­wi­sku; ich syl­wet­ki ry­so­wa­ły się na tle czar­ne­go nie­ba set­ka­mi elek­trycz­nych świa­te­łek. Roz­cią­gnię­te wzdłuż każ­de­go okrę­tu, two­rzą­ce za­ry­sy ka­dłu­ba, po­mo­stu, ko­mi­nów, masz­tów i wież dzia­ło­wych, świa­tła zda­wa­ły się „li­nia­mi ogni­sty­mi, któ­re w lek­kiej mgle, cią­gle po sztor­mie uno­szą­cej się nad mo­rzem, przy­bra­ły zło­ci­stą bar­wę świe­tli­ków”. Wy­traw­ni ko­re­spon­den­ci mor­scy po­pa­da­li w eg­zal­ta­cję: świa­tła były dla nich „mi­ria­da­mi bry­lan­to­wych ko­ra­li­ków”, okrę­ty – „baj­ko­wą flo­tą ob­wie­szo­ną zło­ci­sty­mi łań­cu­cha­mi […] le­żą­cą na zja­wi­sko­wym mo­rzu iskrzą­cym i od­bi­ja­ją­cym w swych fa­lach bły­ski klej­no­tów”. Bry­tyj­skie okrę­ty fla­go­we na to­pach masz­tów mia­ły duże świetl­ne kom­bi­na­cje, przed­sta­wia­ją­ce czer­wo­ny krzyż na bia­łym tle, któ­re – ni­czym wła­ści­we fla­gi za dnia – oznaj­mia­ły, że na po­kła­dzie jest ad­mi­rał. Okrę­ty za­gra­nicz­ne stwo­rzy­ły na tę oka­zję efek­ty spe­cjal­ne. Na „Ros­si­ji” utwo­rzo­no ze świa­teł po­dwój­ne­go orła ce­sar­stwa ro­syj­skie­go. „Bro­oklyn” prze­ma­wiał do pu­blicz­no­ści elek­trycz­nym li­te­ra­mi „V. R. [Vic­to­ria Re­gi­na] 1837 – 1897” na swo­jej opan­ce­rzo­nej bur­cie. Poza tym na „Bro­okly­nie” wy­wie­szo­no na szczy­tach masz­tów fla­gi ame­ry­kań­ską i bry­tyj­ską w wiąz­kach świa­tła z jego po­tęż­nych re­flek­to­rów.

Przez pra­wie trzy go­dzi­ny te nie­zwy­kłe osią­gnię­cia tech­ni­ki i ima­gi­na­cji mi­go­ta­ły w ciem­no­ściach. Lu­dzie ga­pi­li się na to wszyst­ko z brze­gu i z po­kła­dów stat­ków. Oko­ło dzie­sią­tej Ksią­żę i Księż­na Wa­lii po­now­nie wy­ru­szy­li z Por­ts­mouth w mo­rze, tym ra­zem na po­kła­dzie mniej­sze­go z kró­lew­skich jach­tów, „Al­ber­ty”, aby opły­nąć flo­tę. „Al­ber­ta” nio­sła nie­wie­le świa­teł i pod­czas swo­je­go po­wol­ne­go rej­su wzdłuż li­nii nie­ru­cho­mych okrę­tów nie przy­cią­ga­ła tyle for­mal­nej uwa­gi co za dnia. Jed­nak­że o je­de­na­stej trzy­dzie­ści, gdy jacht za­czął się od­da­lać od flo­ty, or­kie­stry po­now­nie ode­gra­ły „God Save the Qu­een”. A po­tem, aby raz jesz­cze uczcić Kró­lo­wą i jej Na­stęp­cę, wszyst­kie okrę­ty na ko­twi­co­wi­sku od­da­ły ze swych dział sa­lut kró­lew­ski. Okrę­ty spo­wi­ły się w we­lo­ny dymu, pod­świe­tla­ne przy­ćmio­ny­mi czer­wo­ny­mi wy­bły­ska­mi z dział. Był to wiel­ce spek­ta­ku­lar­ny szczyt ca­łej uro­czy­sto­ści: cią­gły ryk mor­skiej ka­no­na­dy, ję­zo­ry ognia wy­ska­ku­ją­ce z luf przy wie­lo­krot­nych sal­wach bur­to­wych, dym prze­ta­cza­ją­cy się czer­wo­ny­mi chmu­ra­mi wzdłuż mi­riad ja­rzą­cych się elek­trycz­nych świa­teł.

Ksią­żę wró­cił do Por­ts­mouth, zaś ilu­mi­na­cja trwa­ła jesz­cze nie­co dłu­żej. Wresz­cie, gdy wska­zów­ki ze­ga­ra do­tknę­ły pół­no­cy, okręt fla­go­wy zga­sił swo­je świa­tła, a za mo­ment cała resz­ta flo­ty tak­że po­grą­ży­ła się w ciem­no­ści. Na brze­gu, ob­ser­wa­tor na bal­ko­nie ho­te­lo­wym od­no­to­wał: „Z wy­bi­ciem dwu­na­stej, zło­ta, baj­ko­wa flo­ta zni­kła. Był­że to tyl­ko sen? Po­nad gło­wa­mi prze­cią­ga­ły chmu­ry, a jesz­cze wy­żej mi­go­ta­ły gwiaz­dy. Po­wo­li sta­wa­ły się wi­docz­ne przy­ćmio­ne świa­tła to­po­we nie­zli­czo­nych okrę­tów. A więc jed­nak nie zni­kła. Flo­ta tam była i czu­wa­ła”.

CZĘŚĆ INIEMCY RZUCAJĄ WYZWANIE

1Wiktoria i Bercik

Kró­lo­wa Wik­to­ria mia­ła w swych ży­tach prze­wa­gę krwi nie­miec­kiej. Jej oj­ciec, Edward ksią­żę Ken­tu, czwar­ty syn kró­la Je­rze­go III, po­cho­dził z dy­na­stii ha­no­wer­skiej, po­tom­ków Je­rze­go Lu­dwi­ka, elek­to­ra Ha­no­we­ru, spro­wa­dzo­ne­go do An­glii w 1714 roku i osa­dzo­ne­go na tro­nie jako król Je­rzy I dla za­pew­nie­nia suk­ce­sji pro­te­stanc­kiej. Wszy­scy ha­no­wer­scy przod­ko­wie Wik­to­rii – król Je­rzy II, jego syn Fry­de­ryk, ksią­żę Wa­lii i jego z ko­lei syn, król Je­rzy III, wzię­li za żony nie­miec­kie księż­nicz­ki, tym sa­mym zwięk­sza­jąc jesz­cze wła­sny udział nie­miec­kiej krwi. Mat­ka kró­lo­wej Wik­to­rii, księż­nicz­ka Wik­to­ria Lu­iza z Sach­sen-Co­burg, też była Niem­ką. Wresz­cie sama kró­lo­wa Wik­to­ria jesz­cze zdwo­iła uła­mek nie­miec­ko­ści w ro­dzi­nie kró­lew­skiej po­przez po­ślu­bie­nie swo­je­go nie­miec­kie­go ku­zy­na, księ­cia Al­ber­ta Sach­sen-Co­burg, syna star­sze­go bra­ta swo­jej mat­ki. Wcze­sne oto­cze­nie przy­szłej kró­lo­wej też było w więk­szo­ści nie­miec­kie. Jej gu­wer­nant­ka była Niem­ką, ko­ły­san­ki, któ­ry­mi ją usy­pia­no były nie­miec­kie, nie sły­sza­ła żad­ne­go ję­zy­ka poza nie­miec­kim i sama mó­wi­ła tyl­ko po nie­miec­ku do wie­ku trzech lat. Jej szcze­ra sym­pa­tia do wszyst­kie­go co nie­miec­kie była też zwią­za­na z mę­żem. „Ży­wię ta­kie uczu­cia w sto­sun­ku do na­szych dro­gich, ma­łych Nie­miec, że nie po­tra­fię ich wręcz opi­sać” – po­wie­dzia­ła po od­wie­dzi­nach miej­sca na­ro­dzin księ­cia Al­ber­ta.

W la­tach przed wstą­pie­niem Wik­to­rii na tron dla mo­nar­chii bry­tyj­skiej na­sta­ły cięż­kie cza­sy. Bez­po­śred­nio po­prze­dza­ją­cy ją kró­lo­wie: Je­rzy III, Je­rzy IV i Wil­helm IV – opi­sy­wa­ni byli jako „im­be­cyl, mar­no­traw­ca i bu­fon”. Ta­tu­lo Wik­to­rii, ksią­żę Ken­tu, pre­zen­to­wał się nie­wie­le bar­dziej obie­cu­ją­co. Ode­sła­ny na eme­ry­tu­rę z ar­mii bry­tyj­skiej z po­wo­du zbyt­nie­go gu­sto­wa­nia w su­ro­wej dys­cy­pli­nie, co do­pro­wa­dzi­ło do bun­tu w Gi­bral­ta­rze, cią­gle za­dłu­żo­ny, ka­wa­ler w wie­ku lat czter­dzie­stu ośmiu, czas spę­dzał głów­nie za gra­ni­cą, ży­jąc ze swą dwu­dzie­sto­ośmio­let­nią ko­chan­ką, Ka­na­dyj­ką fran­cu­skie­go po­cho­dze­nia zna­ną jako Ma­da­me de St Lau­rent. W roku 1818 pro­po­zy­cja pod­nie­sie­nia mu pen­sji, przed­sta­wio­na przez par­la­ment pod wa­run­kiem że się oże­ni i wy­pro­du­ku­je po­tom­ka, skło­ni­ła go do wska­za­nia Ma­da­me de St Lau­rent drzwi i oświad­cze­nia się trzy­dzie­sto­let­niej wdo­wie, księż­nicz­ce Sach­sen-Co­burg. Po­bra­li się i za dzie­sięć mie­się­cy, 24 maja 1818 roku, uro­dzi­ła się im cór­ka. Osiem mie­się­cy póź­niej ksią­żę Ken­tu, do­ko­naw­szy swe­go wkła­du w hi­sto­rię An­glii, zmarł na za­pa­le­nie płuc.

Mała księż­nicz­ka, dru­ga w li­nii do suk­ce­sji tro­nu bry­tyj­skie­go, miesz­ka­ła ze swo­ją mat­ką w prak­tycz­nym, zbu­do­wa­nym z czer­wo­nej ce­gły pa­ła­cu Ken­sing­ton, skąd od cza­su do cza­su wy­bie­ra­ła się w po­dróż, aby od­wie­dzić swe­go sta­rze­ją­ce­go się stry­ja – kró­la Je­rze­go IV. Wcze­śnie po­ję­ła jak się przy­po­do­bać. Dra­piąc się na ko­la­na cier­pią­ce­go na po­da­grę, no­szą­ce­go pe­ru­kę mo­nar­chy, ob­da­rza­ła go na­stęp­nie cza­row­nym uśmie­chem i skła­da­ła po­ca­łu­nek na su­chym, uró­żo­wa­nym po­licz­ku szep­cąc mu coś do ucha. „Co byś chcia­ła aby or­kie­stra te­raz za­gra­ła?” – za­py­tał pew­ne­go razu sta­ry dżen­tel­men; „Och, stryj­ku kró­lu, chcia­ła­bym, aby za­gra­li «God Save the King»” – pi­snę­ło dziec­ko. „Po­wiedz mi, co ci się naj­bar­dziej po­do­ba­ło pod­czas two­jej wi­zy­ty?” – za­py­tał król Je­rzy gdy mia­ła wła­śnie od­jeż­dżać. „Prze­jażdż­ka z tobą” – od­dzwo­nił gło­sik ma­łej księż­nicz­ki Wik­to­rii.

Ro­zu­mia­ła, że róż­ni się od in­nych dzie­ci. „Nie po­win­naś ich ru­szać, są moje” – ogło­si­ła od­wie­dza­ją­ce­mu ją dziec­ku, któ­re wła­śnie za­bie­ra­ło się do jej za­ba­wek. „I mnie wol­no mó­wić do cie­bie Jan­ka, ale ty nie po­win­naś mó­wić do mnie – Wik­to­ria” – do­da­ła z na­ci­skiem.

Po­wia­da­no, iż zi­ry­to­wa­ny na­uczy­ciel mu­zy­ki miał pew­ne­go razu wy­gło­sić po­ucze­nie: „Nie ma kró­lew­skiej dro­gi do na­ucze­nia się mu­zy­ki, księż­nicz­ko. Mu­sisz ćwi­czyć jak każ­dy”. Wik­to­ria gwał­tow­nie za­trza­snę­ła po­kry­wę kla­wia­tu­ry swo­je­go pia­ni­na. „Ot, co! Wi­dzi pan? Nie ma żad­ne­go mu­sisz”! Gdy mia­ła lat dzie­sięć, od­kryw­szy księ­gę z ta­bli­ca­mi ge­ne­alo­gicz­ny­mi kró­lów i kró­lo­wych An­glii, za­czę­ła je stu­dio­wać. Za­sko­czo­na, zwró­ci­ła się do swej gu­wer­nant­ki i po­wie­dzia­ła: „Je­stem bli­żej tro­nu, niż my­śla­łam”. Gdy gu­wer­nant­ka przy­tak­nę­ła, oczy Wik­to­rii na­peł­ni­ły się łza­mi. Uro­czy­ście unio­sła ku gó­rze pra­wy pa­lec wska­zu­ją­cy i uczy­ni­ła słyn­ną de­kla­ra­cję: „Będę do­bra!”.

Śmierć „Stryj­ka Kró­la” w roku 1830 zbli­ży­ła je­de­na­sto­let­nią księż­nicz­kę jesz­cze bar­dziej do tro­nu. Nowy król, jej dru­gi, sześć­dzie­się­cio­pię­cio­let­ni stry­jek Wil­helm, po­wo­łał do ży­cia dzie­się­cio­ro dzie­ci – wszyst­kie nie­ślub­ne, za­tem Wik­to­ria zgod­nie z za­sa­da­mi zo­sta­ła dzie­dzicz­ką Ko­ro­ny Bry­tyj­skiej. Król Wil­helm IV pa­no­wał lat sie­dem, aż 20 czerw­ca 1837 roku – o pią­tej rano, do pa­ła­cu Ken­sing­ton przy­by­ła gru­pa dżen­tel­me­nów – wprost z Zam­ku Wind­sor, gdzie król wła­śnie zmarł. Za­spa­na mło­da ko­bie­ta przy­ję­ła ich w szla­fro­ku i z roz­pusz­czo­ny­mi wło­sa­mi, a oni uklę­kli i po­ca­ło­wa­li ją w rękę. Tak oto roz­po­czę­ło się sześć­dzie­się­ciocz­te­ro­let­nie kró­lo­wa­nie. „Je­stem bar­dzo mło­da – za­no­to­wa­ła tego wie­czo­ra w swym dzien­ni­ku nowa kró­lo­wa – i pew­nie w wie­lu spra­wach, choć nie we wszyst­kich, nie­do­świad­czo­na, lecz je­stem pew­na, że mało kto ma wię­cej ode mnie do­brej woli i praw­dzi­we­go pra­gnie­nia czy­nie­nia tego co wła­ści­we i słusz­ne”. Osiem­na­sto­let­nia kró­lo­wa, ki­pią­ca jesz­cze gór­nym du­chem mło­do­ści, była po­krze­pie­niem dla Bry­tyj­czy­ków, któ­rym prze­je­dli się już sta­rzy głup­cy na tro­nie. W spra­wach po­li­ty­ki kró­lo­wa skru­pu­lat­nie po­le­ga­ła na po­ra­dach pre­mie­ra, lor­da Mel­bo­ur­ne. Ich wza­jem­ne sto­sun­ki były mie­szan­ką re­la­cji oj­ciec – cór­ka, ad­o­ru­ją­ca mło­da ko­bie­ta – ele­ganc­ki, wy­twor­ny star­szy męż­czy­zna, a wresz­cie su­we­ren – pod­da­ny. Świat uwa­żał go za cy­ni­ka, lecz on po­tra­fił ocza­ro­wać kró­lo­wą swym do­świad­cze­niem ży­cio­wym, swym cierp­kim hu­mo­rem i głę­bo­kim od­da­niem. Stwier­dzi­ła, że jest on „naj­uprzej­miej­szym, naj­wraż­liw­szym, i naj­lep­sze­go ser­ca czło­wie­kiem na świe­cie”, w któ­rym to po­glą­dzie utwier­dzi­ła się jesz­cze gdy jej ulu­bio­ny spa­niel, Dash, pod­szedł pew­ne­go razu do lor­da Mel­bo­ur­ne i za­czął li­zać mu rękę. „Wszyst­kie psy mnie lu­bią” – rzekł pre­mier i wzru­szył ra­mio­na­mi, lecz kró­lo­wa przy­ję­ła to stwier­dze­nie bez prze­ko­na­nia.

Me­an­dry po­li­ty­ki spo­wo­do­wa­ły odej­ście lor­da Mel­bo­ur­ne, lecz w 1839 roku Wik­to­ria sama do­ko­na­ła wy­bo­ru mę­skie­go do­rad­cy, któ­ry miał wy­wrzeć na nią naj­więk­szy w ca­łym jej ży­ciu wpływ. Jej ku­zyn pierw­sze­go stop­nia, ksią­żę Al­bert Sach­sen-Co­burg, trzy mie­sią­ce młod­szy od Wik­to­rii, wy­ra­stał na po­waż­ne i świa­do­me swych ce­lów dziec­ko. „Za­mie­rzam ćwi­czyć się, aby zo­stać do­brym i uży­tecz­nym czło­wie­kiem” – za­pi­sał w swym dia­riu­szu w wie­ku lat je­de­na­stu. Wik­to­ria spo­tka­ła ku­zy­na po raz pierw­szy przed wstą­pie­niem na tron, gdy obo­je mie­li po sie­dem­na­ście lat. „Uro­da Al­ber­ta jest ude­rza­ją­ca – zwie­rzy­ła się w swo­im dzien­ni­ku – Jego wło­sy są pra­wie ta­kie­go sa­me­go ko­lo­ru jak moje, oczy duże i nie­bie­skie, ma też pięk­ny nos i bar­dzo słod­kie usta o pięk­nych zę­bach”.

Na­stęp­nie od­no­to­wy­wa­ła dal­sze szcze­gó­ły: „de­li­kat­ne wą­si­ki i nie­wiel­kie, ale to bar­dzo nie­wiel­kie bo­ko­bro­dy, […] pięk­na fi­gu­ra, sze­ro­kie ra­mio­na i do­sko­na­ła ta­lia”. Obo­je wie­dzie­li, że star­si ocze­ku­ją, iż bę­dzie z nich para, lecz wy­bór i de­cy­zja na­le­ża­ły do niej. Była pra­wie go­to­wa się zde­cy­do­wać po tym, jak ob­ser­wo­wa­ła go, wcho­dzą­ce­go po scho­dach w Wind­so­rze w paź­dzier­ni­ku 1839. „Od­czu­wa­łam pew­ną emo­cję, gdy tak oglą­da­łam Al­ber­ta, któ­ry jest pięk­ny” – znów zwie­rzy­ła się swe­mu dzien­ni­ko­wi. Kil­ka dni póź­niej za­pro­si­ła Al­ber­ta do sali au­dien­cji pry­wat­nych, gdzie mu się oświad­czy­ła. Al­bert zgo­dził się i roz­po­czął tym sa­mym trud­ne za­da­nie sta­wa­nia się mę­żem kró­lo­wej An­glii. Gdy jesz­cze przed ślu­bem su­ge­ro­wał, że miło by­ło­by mieć nie­co dłuż­szy mie­siąc mio­do­wy niż dwa czy trzy dni prze­wi­dzia­ne przez Kró­lo­wą, ta mu przy­po­mnia­ła: „Za­po­mi­nasz, naj­droż­szy mój uko­cha­ny, że je­stem Su­we­re­nem i że cały ten in­te­res nie może sta­nąć w miej­scu i cze­kać po próż­ni­cy”. Ce­re­mo­nia ślub­na od­by­ła się w ka­pli­cy św. Ja­ku­ba w Lon­dy­nie, a noc po­ślub­na zo­sta­ła spę­dzo­na w Wind­so­rze. Na­stęp­ne­go ran­ka Kró­lo­wa po­śpie­szy­ła do swe­go dzien­ni­ka. Al­bert grał na pia­ni­nie, ona zaś le­ża­ła na so­fie z bó­lem gło­wy, lecz „cho­ra czy też nie, NIG­DY, PRZE­NIG­DY nie spę­dzi­łam ta­kie­go wie­czo­ru!!! Mój dro­gi, naj­droż­szy Al­bert sie­dział na pod­nóż­ku u mego boku, a jego nie­po­ha­mo­wa­ny afekt dał mi po­czu­cie nie­biań­skiej mi­ło­ści i szczę­śli­wo­ści, ja­kiej nig­dy do­tąd nie mo­głam na­wet się spo­dzie­wać! Za­iste, jak­żeż po­tra­fię oka­zać swo­ją wdzięcz­ność za po­sia­da­nie ta­kie­go męża?!”.

W pierw­szych mie­sią­cach mał­żeń­stwa po­zy­cja Al­ber­ta była nie­zręcz­na. Wik­to­ria go ad­o­ro­wa­ła i na­sta­wa­ła, aby sło­wa „być mu po­słusz­ną” zo­sta­ły uży­te w przy­się­dze pod­czas ce­re­mo­nii ślub­nej, lecz, jak sam Al­bert pi­sał w li­ście do przy­ja­cie­la, po­zo­sta­wał on ra­czej „mę­żem, niż pa­nem domu”. Jego po­zy­cja ule­gła wzmoc­nie­niu, gdy po dzie­wię­ciu mie­sią­cach i je­de­na­stu dniach od daty ślu­bu do jego sta­tu­su męża do­szedł jesz­cze splen­dor oj­co­stwa. Dziec­ko było có­recz­ką imie­niem Wik­to­ria (przez ro­dzi­nę na­zy­wa­na Wiki18), choć ocze­ki­wa­no ra­czej księ­cia Wa­lii, lecz roz­cza­ro­wa­nie to zo­sta­ło prze­zwy­cię­żo­ne je­de­na­ście i pół mie­sią­ca póź­niej, gdy 20 li­sto­pa­da 184119 roku w pa­ła­cu Buc­kin­gham przy­był na świat ksią­żę Al­bert Edward (zna­ny w ro­dzi­nie jako Ber­cik20). Ksią­żę zo­stał ochrzczo­ny 25 stycz­nia 1842 roku w obec­no­ści księ­cia Wel­ling­ton oraz kró­la Prus Wil­hel­ma IV, któ­ry nadał swe­mu chrze­śnia­ko­wi pru­ski Or­der Czar­ne­go Orła. Po ce­re­mo­nii Wik­to­ria za­pi­sa­ła: „Mo­dli­li­śmy się, żeby nasz chło­pa­czek mógł zo­stać praw­dzi­wym i cno­tli­wym pod każ­dym wzglę­dem chrze­ści­ja­ni­nem, a JA mo­dli­łam się, aby zo­stał ob­ra­zem swe­go uko­cha­ne­go ojca”.

Ber­cik zo­stał za­in­sta­lo­wa­ny w po­ko­jach dzie­cin­nych z gu­wer­nant­ką an­giel­ską i nie­miec­ką, więc za­czął mó­wić od razu w obu ję­zy­kach. Póź­niej­szy gość miał za­uwa­żyć, że dzie­ci kró­lew­skie „mó­wi­ły po nie­miec­ku jak w swo­im ję­zy­ku oj­czy­stym”. Pierw­sze sło­wa Ber­ci­ka były prze­drzeź­nia­ne przez star­szą, nad wiek roz­wi­nię­tą sio­strzycz­kę, i kró­lo­wa oba­wia­ła się, że sy­nek „mógł po­czuć się zra­nio­ny przez prze­by­wa­nie z kró­lew­ną21, któ­ra jest bar­dzo mą­dra i w ogó­le roz­wi­nię­ta znacz­nie po­nad swój wiek. Po­tra­fi go osa­dzić sło­wem lub spoj­rze­niem”. Po­mi­mo sprze­czek, brat i sio­stra byli so­bie bar­dzo bli­scy.

Kró­lo­wa Wik­to­ria ro­dzi­ła czte­ry razy w pierw­szych czte­rech la­tach mał­żeń­stwa, sześć razy w ośmiu, a dzie­więć razy w ca­łym jego okre­sie. Wszyst­kie jej dzie­ci do­ży­ły wie­ku do­ro­słe­go, co jak na tam­te cza­sy jest dość nie­zwy­kłe. Sam prze­bieg cią­ży nie spra­wiał jej przy­jem­no­ści. „To, co po­wia­dasz o du­mie z da­wa­nia ży­cia nie­śmier­tel­nej du­szy, jest bar­dzo pięk­ne, moja dro­ga, lecz sama tego tak od­bie­rać nie po­tra­fię – mia­ła od­pi­sać osiem­na­ście lat póź­niej Wiki – wte­dy żo­nie pru­skie­go na­stęp­cy tro­nu – gdy ta, wnie­bo­wzię­ta, opi­sy­wa­ła stan swo­ich uczuć po uro­dze­niu wła­sne­go pierw­sze­go dziec­ka, Wil­hel­ma – Ra­czej my­ślę o nas w ta­kich chwi­lach jak o kro­wach lub psach, jako że na­sza na­tu­ra sta­je się wte­dy tak zwie­rzę­ca i po­zba­wio­na wszel­kiej eks­ta­zy”.