60,00 zł
„Dreadnought" to nazwa okrętu, który stał się symbolem mocarstwowości państw w okresie od początku XX w. do wybuchu pierwszej wojny światowej. To właśnie o tym okresie w kontekście rywalizacji dwóch europejskich potęg – Niemiec i Wielkiej Brytanii jest ta książka. Massie w swoim dziele skupia się przede wszystkim na ludziach władzy – od rodów królewskich, poprzez szefów rządów na admirałach i ludziach związanych z dyplomacją skończywszy. Barwność postaci i mnóstwo anegdotycznych wręcz historii z nimi związanych, a przede wszystkim znakomite pióro autora sprawia, że książkę czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem, mimo tak wielkiej jej objętości. „Dreadnought" został przez wielu krytyków uznany za najlepszą książkę Roberta K. Massie, stając się od razu klasykiem historii XX w.
„Massie jest mistrzem historycznego portretu i anegdoty..." The Wall Street Journal
„Klasyczna pozycja, wspaniale opisująca cała epokę. Błyskotliwa galeria postaci..." Chicago Sun-Times
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 870
Tytuł oryginału: Robert K. Massie
Dreadnought. Britain, Germany and Coming of the Great War
Tłumaczenie: Wojciech Chrzanowski
Redakcja: Alina Walczak
Korekta: Alina Walczak
Ilustracje: z oryginału oraz ze zbiorów własnych wydawnictwa
Projekt okładki: Michal Szwaguliński
Oryginalna wersja niniejszej książki została wydana przez Ballantine Books, New York.
All rights reserved.
Copyright © 1991 by Robert K. Massie
Copyright for Polish edition © 2004 by „Finna”
Copyright for Polish translation © 2004 by Wojciech Chrzanowski
ISBN: 978-83-62913-80-0
Wydanie I w języku polskim
Gdańsk 2004
Fotografia na okładce tomu II: Śródokręcie S.M.S. „Seydlitz”
Oficyna Wydawnicza FINNA
80-768 Gdańsk, ul. Dziewanowskiego 5/6
tel.: +48 58 305 1993
fax: +48 58 301 5725
e-mail: finna@finna.com.pl
Skład wersji elektronicznej:
Virtualo Sp. z o.o.
Henry Campbell (pod takim nazwiskiem urodził się w 1836 roku) wychował się w atmosferze przesiąkniętej solidnym, uporządkowanym podejściem do polityki, religii i pomyślności ekonomicznej. Jego ojciec, Sir James Campbell, był równocześnie odnoszącym sukcesy importerem zagranicznych towarów, jak i lordem Provostem1 miasta Glasgow. Synowie Campbella mieli także zajmować się prowadzeniem interesów, więc wcześnie weszli w kontakt z obcymi im miejscami i językami. Henry i jego starszy brat James często towarzyszyli ojcu podczas jego wizyt we Francji. Gdy Henry miał lat czternaście, przez dziesięć miesięcy objeżdżał razem z Jamesem Europę. Nadal mając tylko czternaście lat, za to dogłębnie znając język i literaturę francuską, zapisał się na Uniwersytet w Glasgow, gdzie spędził cztery lata, po czym przeniósł się do Trinity College w Cambridge, gdzie uzyskał niewyróżniający dyplom trzeciej klasy z literatury klasycznej. W 1858 roku wrócił do Glasgow, by pracować u boku ojca. Dwa lata później na weselu brata zakochał się w poznanej wtedy Charlotcie Bruce, córce generała majora dowodzącego garnizonem w Edynburgu. Dzień ich ślubu, kiedy miał dwadzieścia pięć, a ona – dwadzieścia osiem lat, był, jak sam mówił, najszczęśliwszym dniem jego życia. Nie mieli dzieci, lecz dzielili się każdą myślą i każdą wolną chwilą. Bawiły ich te same dowcipy, często rozmawiali ze sobą po francusku i wymyślali własne przezwiska dla znanych postaci polityki. Charlotte obdarzona była silną wolą i dość złośliwie oceniała ludzi. Do jej obowiązków, tak jak je pojmowała, należała ochrona męża przed tymi, którzy byliby skłonni wyzyskiwać to, co uważała za jego nadmiernie ufną naturę. Jego zaś zadaniem, jak sam to pojmował, było dbać o nią przez ciągłą obecność i trwałe przywiązanie podczas powtarzających się długich okresów choroby. Ufał bezwzględnie jej sądom i -zwłaszcza gdy przychodziło oceniać czyjś charakter – nigdy nie uczynił kroku bez zasięgnięcia jej porady. „Zwrócimy się z tym do Autorytetu – powiedział kiedyś przyjacielowi – i ona zadecyduje. Jej sądy są nieomylne”.
W 1868 roku, po dziesięciu latach zajmowania się biznesem, Henry Campbell został wybrany do Izby Gmin z okręgu Stirling. Trzy lata później zmienił nazwisko. Bogaty wuj, Henry Bannerman, zmarł pozostawiwszy siostrzeńcowi wielki spadek pod warunkiem, że ten doda „Bannerman” do swego nazwiska. Campbell się zgodził, choć przyszło mu tego żałować. Do przyjaciela napisał: „Widzę, że jesteś już zmęczony, pisząc to moje okropnie długie nazwisko; mnie samego męczy to od dawna. Zawsze najbardziej lubię być nazywany po prostu Campbell, jak zresztą czyni większość moich przyjaciół. […] Alternatywą jest C. BZ’. Jego żona, jeszcze mniej zadowolona ze zmiany nazwiska, przez wszystkie lata niezmiennie pisała się po prostu „Charlotte Campbell”.
C. B. powoli piął się w górę politycznej hierarchii Partii Liberalnej. Zanim doszedł do rangi członka gabinetu, zostając w 1885 roku ministrem wojny, spędził siedemnaście lat jako prosty poseł w Izbie Gmin. Ku swemu przerażeniu stwierdził, że zaraz na pierwszym posiedzeniu rządu, w jakim brał udział, został posadzony obok siedemdziesięciosześcioletniego premiera – pana Gladstone’a. „Siedziałem cichutko – wspominał Campbell-Bannerman – „na samej krawędzi krzesła, niczym jakaś fausse marquise2, obawiając się przebywać w zasięgu skrzydeł Wielkiego Człowieka. C. B. pozostawał w Ministerstwie Wojny podczas przesilenia rządowego trzeciego rządu Gladstone’a, wrócił do gabinetu, gdy Wielki Starzec utworzył swój czwarty rząd i pozostał na stanowisku także podczas krótkiej kadencji błyskotliwego dziedzica Gladstone’a – hrabiego Rosebery.
Campbell-Bannerman stał się zresztą, choć w sposób niezamierzony, przyczyną upadku rządu Rosebery’ego. Liberalna większość w Izbie Gmin stopniowo malała, a wyborcy nie lubili rządów w stylu Gladstone’a bez Gladstone’a. Całymi tygodniami rząd kuśtykał jakoś z większością rzędu siedmiu, ośmiu głosów. 21 czerwca 1895 roku tematem obrad był projekt budżetu armii, co zwykle powodowało opustoszenie izby, na przeciwległych ławach pozostawało zazwyczaj po garstce posłów. Wniosek rządowy spoczywał w rękach C. B., jako ministra wojny. Niespodziewanie, w starannie obliczonym pociągnięciu, opozycja postawiła wniosek o stufuntowe zmniejszenie pensji ministra pod zarzutem niedostatecznych zapasów kordytu3. C. B. odparł, że w opinii ekspertów i doradców, istnieje jeszcze spora rezerwa. Odmówił jednak publicznego przytoczenia liczb, choć proponował, że pokaże je prywatnie przywódcom opozycji. Nie byli jednak tym zainteresowani. Na scenę wkroczyli Balfour i Chamberlain, żeby przyłączyć się do ataku. Liberalni whipowie rzucili się w pogoń za posłami swojej partii, żeby ich odszukać i zgromadzić w izbie, gdy jednak doszło do głosowania, rządowi zabrakło siedmiu głosów. Zamiast kontynuować taką nędzną egzystencję – od okazji do okazji – rząd wolał zrezygnować. Królowa posłała po Salisbury’ego. C. B. był oburzony zarzutami o rzekomych brakach kordytu: „Co do głosowania, to jestem z niego bardzo dumny. Przecież był to niemal szantaż. Już raczej mamy nadmiar aniżeli niedostatek amunicji”.
Pierwsze lata długich rządów lorda Salisbury były trudne dla Partii Liberalnej. Brakowało pewnej ręki przywódcy. Gladstone, już dobrze po osiemdziesiątce, żył bezczynnie na emeryturze. Lord Rosebery, następca Gladstone’a na stanowisku premiera, pozostawał przywódcą opozycji, lecz nie trzymał partii mocno w garści. Był hrabią, młodym, przystojnym, szykownym, elokwentnym mówcą, ulubieńcem prasy. Jego mariaż z Rotszyldówną przyniósł mu wiano 100 000 funtów szterlingów, za które utrzymywał stajnię wyścigową i jacht. Podczas tych szesnastu miesięcy, jakie spędził na stanowisku premiera, dwa z jego koni wygrały Derby, i to rok po roku. Rosebery był z tego niezwykle dumny, niemal bardziej niż z jakiegoś sukcesu w polityce. Światek torów wyścigowych go uwielbiał, lecz szeregowi liberałowie, twardzi, nonkonformistyczni wyznawcy zasad pana Gladstone’a krzywo patrzyli na spektakl, w którym arystokratyczny wig odrywa się od swoich obowiązków premiera, aby zająć się oklaskiwaniem konia. Słabość Rosebery’ego do wyścigów nie była bynajmniej największą z eego słabości. Wielu obserwatorom wydawało się, że w ogóle należy on do niewłaściwej partii. W sprawach Południowej Afryki, Home Rule, polityki podatkowej i gospodarowania ziemią, jego poglądy pasowałyby bardziej do torysa niż do liberała. Gladstone, który mianował go ministrem spraw zagranicznych, streścił swoją o nim opinię, powiadając że „Rosebery był jednym z najzdolniejszych, a także najzacniejszych ludzi jakich znał, lecz zawsze wątpił, czy naprawdę posiada on odrobinę zdrowego rozsądku”.
Pozbawiony urzędu, pozostając przywódcą partii, Rosebery zaczął się dąsać. Gladstone, choć szło mu już na osiemdziesiąty siódmy rok, nadal przemawiał publicznie, przyciągając ogromne tłumy. Rosebery uskarżał się, że podważa to jego pozycję, aby ostatecznie, stwierdziwszy, iż znalazł się „w sytuacji widocznej różnicy opinii ze znaczną większością mas Partii Liberalnej […] a także w niejakim konflikcie ze zdaniem pana Gladstone’a”, zrezygnować z przywództwa partii. Jego następcą został Sir William Harcourt, przywódca liberałów w Izbie Gmin, ale po roku także i on podał się do dymisji. Whipowie partyjni zaoferowali przywództwo Herbertowi Henry’emu Asquithowi, najzdolniejszemu mówcy w partii, lecz ten, mając czterdzieści sześć lat, musiał zarabiać na życie w palestrze, aby zdobyć środki na utrzymanie rodziny, więc zasugerował, żeby stanowisko objął Campbell-Bannerman, starszy od niego o lat szesnaście.
C.B. zgodził się, choć niechętnie. Był on solidną, budzącą zaufanie postacią, o skłonnościach do ugody, człowiekiem wiernym, z poczuciem humoru, przenikliwym, uprzejmym, dobrodusznym. Zawsze dotąd wiernie towarzyszył partii, choć nie wykazywał się szczególną aktywnością na frontowych ławach. Beatrice Webb opisała go jako „człowieka nadającego się doskonale na stanowisko biernego partnera w jakimś odziedziczonym biznesie”. Jego zdrowie było dość niepewne, zaś zdrowie jego żony – całkiem kiepskie. Zdawało się rzeczą nieprawdopodobną, by zaprzągł siebie do tego ciężkiego wozu, jaki stanowiły trudne i nieustanne obowiązki przywódcy partii. C. B. jednak się zgodził, ponieważ nie było nikogo innego – uważał zatem, że jest to jego obowiązkiem. Z początku sytuacja taka dawała pewne korzyści: nie chciał tej roboty, więc nikt nie mógł go oskarżyć, że sprzątnął mu ją sprzed nosa. Nie miał wrogów, wszyscy okazywali mu wdzięczność. W 1898 roku zmarł Gladstone, co usunęło ze sceny jego wielką, od czterdziestu lat przyćmiewającą wszystkich polityków liberalnych postać. Niektórym z liberałów brakowało błyskotliwości i czaru lorda Rosebery, inni jednak byli zadowoleni z faktu, że nareszcie rozwiała się mgiełka wątpliwości otaczająca ostatnio intencje przywódcy partii. Wokół C. B. nie było niczego enigmatycznego. Twardo obstawał za ideami liberalnymi w ich najprostszej postaci i wyraźnie pracował nad doprowadzeniem partii Liberalnej z powrotem do władzy… powiadano, że „wielką przewagą Campbella-Bannermana było to, iż zawsze wyglądał na tkwiącego w zamęcie bitwy, podczas gdy lord Rosebery zawsze zdawał się być ponad tym”. Przez siedem lat swojego przywództwa, jakie upłynęły zanim liberałowie zdobyli władzę w 1905 roku, C. B. zawsze skromnie powiadał, że kwestia, kto zostanie premierem w następnym rządzie liberałów, powinna zostać zdecydowana dopiero wtedy, gdy chwila ta nadejdzie. Przez jakiś czas C. B. mówił nawet przyjaciołom, że lord Rosebery, gdyby tylko zechciał, mógłby w każdej chwili objąć ponownie przywództwo. „Drzwi zawsze pozostają otwarte na powrót lorda Rosebery” – powiedział.
Sprawą, która uczyniła powrót lorda Rosebery niemożliwym i tak głęboko podzieliła Partię Liberalną, że ta nie mogła w żaden sposób dojść do władzy, była wojna burska. Campbell-Bannerman od samego początku zdawał sobie sprawę, że wojna rozbije jedność partii. Jej większość – zgodnie ze starą tradycją Gladstone’a – była tej wojnie przeciwna. Spośród liderów należeli do niej: C. B., Morley i Lloyd George. Przeciwstawiali się oni imperializmowi, tak jak niegdyś Gladstone, a w Imperium dostrzegali zarówno narzędzie zastraszania i wyzysku, jak i jego wpływ cywilizacyjny. W tym konkretnym przypadku przyczyn wojny upatrywali w nikczemnym postępowaniu niektórych członków rządu, przede wszystkim Chamberlaina. To minister kolonii, w sojuszu z Rhodesem, uknuł plugawą intrygę w interesie bandy uganiających się za zyskiem osobników, którzy chcieli wykorzystać potęgę wielkiego kraju, aby stłumić wolność i wykraść skarby małym i bezbronnym. Z takiej perspektywy Burowie byli „małym narodem walczącym o prawo do wolności”, zaś ultimatum Krugera było desperackim wyzwaniem, w które prezydent Burów został wciągnięty na skutek przemyślnej prowokacji.
Rosebery odrzucał takie stanowisko i w sprawie wojny opowiadał się za rządem. Były premier jednak tak daleko już zdryfował od mas partyjnych, że jego poglądy nie powodowały większych skutków. Znacznie ważniejsze było stanowisko zajmowane przez trójkę bardzo aktywnych, młodszych wiekiem liderów liberałów, H. H. Asquitha, Sir Edwarda Greya i Richarda B. Haldane’a, którzy, choć mocno oddani partii, to jednak w sprawie Południowej Afryki popierali rząd. Za tym triumwiratem stało pięćdziesięciu szeregowych posłów liberalnych, a cała ta grupa nazywana była liberalnymi imperialistami. Dla Asquitha, byłego ministra spraw wewnętrznych i najwybitniejszego członka tej frakcji, kluczową sprawą było: kto rozpoczął tę wojnę? Dla niego decydującymi krokami były: burskie ultimatum i wtargnięcie Burów na przylegające terytoria brytyjskie. Asquith wyjaśniał to tak: „My [liberalni imperialiści] uważaliśmy, że ani rząd, ani naród brytyjski nie dążył do tej wojny, lecz została nam ona narzucona bez dostatecznego powodu i całkowicie wbrew naszej woli”. Z całego serca zgadzał się z nim Grey: „W tej wojnie słuszność jest po naszej stronie. Jest to wojna sprawiedliwa. Jest to wojna, która została temu krajowi narzucona”. Campbell-Bannerman nie spierał się, że w wąskim rozumieniu, burskie ultimatum uczyniło wojnę nieuniknioną. „Burowie dopuścili się aktu agresji, co spowodowało, że oczywistym obowiązkiem każdego z nas stało się jej przeciwstawić” – oznajmił. Uważał jednak, że cała sytuacja została zaogniona przez politykę rządu brytyjskiego. Jak to ujął sam C. B.: „zawsze byłem przeciw Joemu, lecz nigdy za Krugerem”. I tak oto Campbell-Bannerman, który szanował Asquitha, jeśli nawet nie podzielał jego poglądów, znalazł się pośrodku, między liberalnymi imperialistami a liberalnymi pacyfistami. Dla pozostałych przywódców liberalnych imperialistów miał jedynie pogardę. Mając we zwyczaju używać terminu „Master”4 wobec ludzi których nie lubił, C. B. zwykł był mawiać „Master Haldane” i”Master Grey”, lecz nigdy nie użył zwrotu „Master Asquith”.
Polityczne skutki wojny burskiej dały o sobie znać we wrześniu 1900 roku, kiedy to Armia Brytyjska, ochłonąwszy po początkowych porażkach, zajęła Pretorię i Johannesburg. Chamberlain wytłumaczył Salisbury’emu, że nadszedł właściwy czas na zarządzenie wyborów powszechnych, aby zdyskontować euforię zwycięstwa i skorzystać na podziałach wśród liberałów. Podzielona partia C. B. nie miała żadnych szans. Chamberlain, mistrz propagandy politycznej, ciągle wykorzystywał motyw, że kandydaci liberałów są przyjaciółmi wrogów kraju i mogą podważać politykę brytyjską oraz zadać cios w plecy brytyjskim żołnierzom. Wybory stały się testem patriotyzmu. Unionistyczni oratorzy bez przerwy ogłaszali, że sprawa jest prosta – patriotyzm lub zdrada. „Głos na liberałów jest głosem oddanym na Burów” – krzyczały plakaty i mówcy w całym kraju. Atak ten pogłębiał jeszcze już i tak głęboki podział w Partii Liberalnej. Jej kandydaci często potępiali siebie nawzajem zamiast Unionistów, zaś nad wszystkim triumfalnie unosił się Chamberlain, głoszący, że nawet najmniejszy sukces liberałów osłabiałby rząd i wiązał mu ręce w zakończeniu wojny i postępowaniu z buntowniczymi Burami. Położenie Campbella-Bannermana było beznadziejne. Był on świadom, że wielu wyborcom bynajmniej nie podobała się retoryka Unionistów i wiedział, że ogłoszenie wyborów w takim właśnie momencie było politycznym trikiem. Rozumiał też, że wielu tych samych wyborców wierzyło, iż porażka rządu byłaby potraktowana przez Burów i obce mocarstwa jako odrzucenie dotychczasowej polityki brytyjskiej w Południowej Afryce, w którą kraj wlał już istne potoki krwi i pieniędzy.
Chamberlain, radując się z oczekiwanego zwycięstwa, pragnął nie tylko pokonać, ale wręcz zniszczyć swoją dawną partię. Wzywał do druzgocącego zwycięstwa, które zmiotłoby liberałów jak lawina. Gdy jednak nadeszły wyniki wyborów – 2 428 492 do 2 105 518 – to nie było to zwycięstwo dające nadzieję na unicestwienie przeciwnika; tak właściwie, to zgodnie z definicją Chamberlaina, ponad 2 miliony Brytyjczyków same ogłosiły się „zdrajcami”. „Wybory barwy khaki”, stoczone wokół jednej jedynej kwestii, zapewniły jednak Partii Unionistów dalsze sześć lat sprawowania władzy. Z praktycznego punktu widzenia Campbella-Bannermana, nie było to wcale tak źle; Partia Liberalna, nadal uwikłana w podziały wewnętrzne, nie była jeszcze gotowa do objęcia rządów.
Polityka była tylko częścią życia Campbella-Bannermana. Siedem miesięcy w roku przeznaczał na Londyn, Partię Liberalną, Izbę Gmin i biura rządowe. Podczas tych miesięcy poświęcał się całkowicie, z weekendami włącznie. Nie bywał zapraszany na przyjęcia i obiady czy ciągnące się do późnej nocy kolacje, nie chadzał też na party do wielkich domów, które tak pociągały Balfoura i Asquitha. W zamian za to C. B. zażądał rocznie pięciu miesięcy wolnego, aby móc je poświęcić żonie i samemu sobie. Trzy z tych miesięcy spędzali oni w swoim domu w hrabstwie Perthshire. Belmont było wiktoriańskim dworkiem zbudowanym bez jakiegoś konkretnego planu, wyposażonym w puszyste dywany, głębokie skórzane fotele i wielkie kominki. Wokół niego obszerne trawniki rozciągały się aż do kręgu gigantycznych jesionów, buków, świerków i sosen. Po przybyciu do Belmont pierwszym zajęciem C. B. było zawsze odwiedzenie swoich drzew, pokłonienie się im, a czasami nawet powiedzenie im „dzień dobry”. Przed jednym, szczególnie wspaniałym okazem, zwykł był zawsze uchylać kapelusza i dworską manierą zapytywać: „Jak tam pani zdrowie?”. W Belmont nie było dozwolone nic, do czego mieszkańcy nie byli przyzwyczajeni. Nie było tam samochodów, jedynie stare konie, stare powozy, stare psy – wiele psów – jego i jej – i starzy służący. C. B. był lojalny; ten kto dobrze mu służył nie był pozostawiany na łaskę losu. Miał on dużą kolekcję lasek i każdego dnia, gdy wybierał sobie jedną przed wyjściem na spacer, do pozostałych mruczał czułe słowa usprawiedliwienia i pocieszenia za to, że tym razem zostawiał je w domu. Szuflada jego biurka była pełna obrzynków ołówków – starych przyjaciół, jak wyjaśniał, „którzy zasługiwali na odrobinę troski, gdy ich dni dobiegły kresu”.
Każdego roku Campbell-Bannerman z żoną spędzał dwa miesiące na kontynencie, podróżując po Francji, Szwajcarii, Włoszech lub Hiszpanii, zawsze punktualnie na początku sierpnia zjawiając się w Marienbadzie, gdzie Charlotta mogła wypocząć i odbyć kurację. C.B. kochał Francję i często można go było zobaczyć przesiadującego w paryskiej restauracji czy przeglądającego rzeczy w tamtejszych sklepach. Czasami wymykał się z Londynu do Dover, aby usiąść na molo i obserwować, jak przybijają i odcumowują kursujące przez Kanał parowce. Od czasu do czasu decydował się na udoskonaloną wersję takiego wypoczynku, wsiadając na poranny prom do Calais, gdzie pozwalał sobie na przyjemność spożycia doskonałego lunchu w restauracji tamtejszego Gare Maritime5, aby po południu powrócić do Anglii. Wśród papierów, jakie zwykł wozić ze sobą, zawsze znajdowała się jakaś powieść Balzaca, Flauberta, Anatole’a France’a czy Zoli, lecz jego najważniejszą przyjemnością było po prostu siedzenie i obserwowanie ludzi. Niewielu tylko spoglądało na niego i do końca swoich dni pobłażliwie traktował samą myśl, że ktoś mógłby uważać go za ważną personę.
Twierdzenia rządu Unionistów o zwycięstwie odniesionym w Południowej Afryce nie miały pokrycia w faktach. I choć nad Johannesburgiem i Pretorią powiewał Union Jack, a wzgórza nad Balmoral oświetlono reflektorami dla uczczenia triumfu, to burscy wojownicy bynajmniej nie oddali pola. Nie byli już, oczywiście, zorganizowani w pułki, lecz raczej działali skrycie jako oddziały partyzanckie, niewielkie grupy jeźdźców, którzy niespodziewanie uderzali w nieruchawe pododdziały brytyjskiej piechoty i kolumny zaopatrzeniowe, aby zaraz rozpłynąć się na bezkresnym veldcie. Ortodoksyjna taktyka wojskowa była tu bezużyteczna; zanim nadciągnęła brytyjska lub imperialna6 kawaleria, żeby ruszyć w pościg, partyzanci zawsze zdążyli przekształcić się w spokojnych burskich farmerów, orzących ziemię w tych samych workowatych ubraniach roboczych, w których kilka dni wcześniej brali udział w walkach. Broń ukrywali w domach, zaś ich szybkie konie, dzięki którym mogli odbywać swoje błyskawiczne rajdy, równie spokojnie pasły się na polach.
Kitchener, który w grudniu 1900 roku objął stanowisko naczelnego dowódcy po lordzie Robertsie, podszedł do tego problemu z brutalną logiką: jeśli w wojnie ruchowej nie potrafił przygwoździć dwudziestu tysięcy burskiej konnicy z pomocą 250 0007 oddziałów brytyjskich, to musiał zmniejszyć, a potem zlikwidować możliwości manewru oddziałów partyzanckich. Powstało więc osiem tysięcy blokhauzów8 zbudowanych z kamienia i blachy falistej, wznoszonych najpierw wzdłuż linii kolejowych, a potem po całym kraju. Ostatecznie cały veldt został pokryty, niczym koronką, siecią małych fortów, połączonych drutem kolczastym a położonych od siebie w zasięgu strzału. Gdy już kraj został w ten sposób podzielony, Kitchener przeczesał go w sposób przypominający polowanie na bażanty w hrabstwie Norfolk. Nawet język, jakiego używał Kitchener i eego oficerowie wywiadu, przypominał terminologię łowiecką: tyle a tyle „nagonek”, tyle „zdobyczy”, tyle „ubitych”. Pędząc wszystko przed sobą, za sobą armia pozostawiała oczyszczony teren. Wszystkie zbiory, stanowiące potencjalne źródło żywności dla oddziałów partyzanckich, były palone. Podobnie czyniono też z każdą farmą, mogącą służyć im za schronienie lub punkt zborny. Wszyscy schwytani w sieć mieszkańcy wsi, w większości kobiety i dzieci, byli wysiedlani, zapędzani do wagonów i odstawiani do jednego z dwudziestu czterech obozów koncentracyjnych zbudowanych i zarządzanych przez armię. Obozy te, pośpiesznie wzniesione miasteczka namiotów, narażone były latem na słońce i deszcz, zaś zimą – na lodowate wiatry, miały niedostateczną liczbę latryn i cierpiały na niedostatek czystej wody. Ponieważ zamknięci w nich ludzie uważani byli za rodziny burskich partyzantów – wydawano im jedynie zmniejszone armijne racje żywnościowe. Nie było w nich mięsa, jarzyn, mleka dla dzieci, ani mydła; woda była zanieczyszczona. Pojawił się dur brzuszny. W ciągu czternastu miesięcy, podczas których populacja obozów rozrosła się do 117 000 osób, zmarło od 18 do 28 tysięcy spośród nich, w większości kobiet i dzieci.
Brytania dowiedziała się o tych przerażających sprawach z zeznań pewnej pełnej pasji kobiety w średnim wieku, Emily Hobhouse, która objechała owe obozy i wróciła do Anglii. Udała się na spotkanie z Sir Johnem Broderickiem, unionistycznym ministrem wojny, który grzecznie ją wysłuchał, lecz odmówił angażowania się w sprawę. Wtedy poszła spotkać się z Campbellem-Bannermanem. Lider Partii Liberalnej siedział w milczeniu, gdy kobieta wyrzucała z siebie całą tę historię: „masowe palenie farm […] deportacje […] pogorzelcy sprowadzani w setkach konwojów […] pozbawieni odzieży […] na wpół zagłodzeni w obozach […] ogarnięte gorączką dzieci […] leżące na gołej ziemi […] przerażająca śmiertelność”. C. B. zdecydował się przemówić. Tydzień później, 14 czerwca, na obiedzie wydanym przez liberałów w restauracji „Holborn” mówił o naturze wojny. „Często używanym [przez rząd] zwrotem jest «wojna jest wojną», lecz gdy zapytać się co to właściwie znaczy, słyszy się że właściwie nie ma żadnej wojny, że to nie jest wojna. Kiedy więc wojna nie jest wojną? Otóż wtedy, gdy prowadzona jest w Południowej Afryce metodami barbarzyńskimi”.
Nad jego głową rozpętała się burza gniewu. Był wytykany w prasie popularnej, krytykowany w prywatnych klubach, wyrzucony poza nawias eleganckiego towarzystwa. Oto lider Partii Liberalnej, były minister wojny, paskudnie znieważył Armię Brytyjską. Proburyzm sięgnął zdrady. Oczywiście, taki człowiek nigdy nie mógłby zostać premierem. Campbell-Bannerman nie zachwiał się. Trzy dni później powtórzył swoje słowa w Izbie Gmin. Rozgrzeszał wykonujących rozkazy żołnierzy: „Nigdy nie powiedziałem ani słowa, które sugerowałoby okrucieństwo, czy choćby obojętność ze strony oficerów i żołnierzy Armii Brytyjskiej. Uważam, że to cały system jest, aby użyć słowa, jakie już zastosowałem, barbarzyński”. Ta powtórka ponownie zaogniła sytuację, tak wśród Unionistów, jak i liberalnych imperialistów. Z miejsca podniósł się Haldane, aby wyrazić ubolewanie, że padło tutaj słowo „barbarzyński” oraz zdystansować się – wyrażając także opinię swoich kolegów – od stanowiska przywódcy partii. W głosowaniu, do jakiego potem doszło, pięćdziesięciu liberałów, między nimi Asquith, Grey i Haldane, wstrzymało się od głosu. Trzy dni później Asquith wypowiedział się na ten temat w mowie wygłoszonej w hotelu „Liverpool Station”. „Nie zmieniliśmy naszych poglądów – powiedział – Nie żałujemy ich […] i nie odwołamy ich”. Nastąpiły kolejne publiczne obiady i kontrobiady; pewien obserwator określił to jako „wojnę na noże […] i widelce”. Zaplanowany został obiad na cześć Asquitha; C. B. zaapelował do niego, żeby go odłożyć i zastąpić obiadem na rzecz jedności partii, na którym przewodniczyłby on sam. Asquith odmówił. Na jakimś lunchu przemawiał Rosebery, atakując frazeologię C.B., jego „barbarzyńskie metody, lecz nie stając u boku Asquitha. „Muszę orać swój zagon samotnie – powiedział słuchaczom – Takie już moje przeznaczenie, z którym mogę się zgadzać lub nie zgadzać. Lecz zanim dojdę do końca tej bruzdy, możliwe że nie będę już sam”. Wiosną 1902 roku Asquith i Rosebery nadal byli podzieleni, zgadzali się tylko w sprzeciwie wobec sposobu sprawowania przez Campbella-Bannermana przywództwa partii.
I oto w tym właśnie momencie, gdy przyszłość Partii Liberalnej rysowała się w najczarniejszych barwach, Joseph Chamberlain rozwalił rząd Unionistów swoją propozycją nałożenia cła na importowane zboże. Boje wokół „preferencji imperialnej” ciągnęły się przez trzy lata, stawiając premiera przeciw ministrowi kolonii, pociągając za sobą rezygnacje i dezercje z szeregów, a towarzyszyły temu ciągłe przegrane Unionistów w wyborach uzupełniających. Jesienią 1905 roku mało kto miał jeszcze wątpliwości, że gdyby doszło do wyborów powszechnych, zwycięstwo przypadłoby liberałom. Arthur Balfour, politycznie zużyty i cierpiący na zapalenie oskrzeli oraz żył, także wydawał się skłaniać do odejścia.
Król dał do zrozumienia, że gdyby Balfour zrezygnował, jego wybór padnie na Campbella-Bannermana. Król Edward nie zawsze żywił takie uczucia wobec C. B. Po jego mowie o „barbarzyńskich metodach” monarcha pytał lorda Salisbury, czy lidera liberałów nie dałoby się jakoś uciszyć. Premier odpowiedział, że jakakolwiek próba w tym kierunku nie byłaby mądrym pociągnięciem i byłaby postrzegana jako wtrącanie się Dworu w politykę partyjną. Król musiał zadowolić się tym, że gdy on i C. B. zmuszeni byli się spotkać, monarcha okazywał mu tylko niezbędne minimum uprzejmości. Z upływem czasu uczucia te łagodniały. Obaj panowie mieli podobne gusty, obaj kochali Francję i Paryż, obaj corocznie udawali się na kurację do Marienbadu. To właśnie w Czechach, kiedy król i przywódca liberałów mieli okazję pogadać nieformalnie, król odkrył, że C. B. jest „tak bezpośredni, tak życzliwie usposobiony, tak mądry i pełen humoru, że nie sposób go nie lubić”. Solidne i bezpretensjonalne zalety Campbella-Bannermana były całkiem odmienne od ulotnych czarów Balfoura. Podczas tych konwersacji król odkrył, że Sir Henry jest „całkiem rozsądny w sprawach polityki zagranicznej”. Król Edward był przecież przede wszystkim realistą. Przez siedem już lat był C. B. liderem Partii Liberalnej. Było też oczywiste, że liberałowie wracają do władzy. Król zatem miał już niedługo mieć do czynienia z Sir Henrym jako premierem, czemuż by więc nie spróbować zaprzyjaźnić się z nim? „Jadłem z królem lunch – pisał z Marienbadu C. B. do przyjaciela w sierpniu 1905 – Powiedział mi, że bardzo był kontent z możliwości wymiany poglądów ze mną, wkrótce bowiem obejmę urząd, i to bardzo wysoki urząd”. Zażyłość między nimi kwitła: „Niemal połowę posiłków spożywam w towarzystwie JKM – ciągnął Campbell-Bannerman – Zdaje mi się, że moi rodacy [w Marienbadzie] są wielce zaskoczeni gdy widzą z jakim traktuje mnie zaufaniem, uznaniem i zażyłością”.
W miarę jak zbliżały się wybory, jedynymi kwestiami były rozmiary zwycięstwa oraz czy liberałowie, tak długo odsunięci od władzy, są gotowi do objęcia rządów. Campbell-Bannerman wierzył, że są, a będąc gotów samemu objąć stanowisko premiera, równie gotów był ustąpić, gdyby okazało się, że ktoś inny spośród liberałów mógłby zapewnić bardziej harmonijne rządy. Przez pewien czas, wiosną i latem 1905 roku, wydawało się, że wybór może paść na lorda Spencera, przywódcę liberałów w Izbie Lordów. Przezywany „Czerwonym Hrabią”, co zresztą należało przypisać raczej barwie jego brody aniżeli odcieniowi jego polityki, odsłużył on wiele lat za czasów Gladstone’a, a jego spokojne i niewymagające metody zdawały się urażać najmniejszą liczbę członków partii. Również Rosebery stanowił pewną możliwość, choć dość odległą, jego bowiem samotnicze maniery polityczne oddaliły go zarówno od przywódców partii, jak i od szeregowych jej członków. Jesienią rozłam między Campbellem-Bannermanem a Roseberym jeszcze się poszerzył, co spowodowały ich rozbieżne poglądy w kwestii Home Rule. Campbell-Bannerman opowiadał się za prawdziwą Home Rule („skutecznym kierowaniem sprawami Irlandii poprzez oddanie ich w ręce reprezentatywnej Władzy Irlandzkiej”), jednakże wprowadzaną krok po kroku. Rosebery odrzucał pełny samorząd irlandzki w każdej formie i oznajmiał, jakby bił w dzwony: „Z naciskiem i wyraźnie raz na zawsze stwierdzam, że nie mogę służyć pod tym sztandarem”.
Jesienią 1905 roku lord Spencer doznał wylewu krwi do mózgu, który zakończył jego karierę polityczną. Rosebery sam siebie wyeliminował z dalszych rozważań. Ogólnym faworytem był teraz Campbell-Bannerman, cieszący się powszechnym uznaniem w szeregach partyjnych, a także wyraźnie preferowany przez króla. Jeśli już więc nie można było zapobiec wstąpieniu C. B. na sam szczyt władzy, to pewna trójka członków jego partii postanowiła przynajmniej ograniczyć mu zakres tej władzy. Na początku września trzej czołowi liberalni imperialiści, Asquith, Grey i Haldane, spotkali się w domku w Relugas w północnowschodniej Szkocji, gdzie Grey zamieszkiwał podczas swoich wypraw na ryby, żeby przedyskutować perspektywy rządu liberalnego i ich własną rolę, gdyby przyszło do jego sformowania. Ich wątpliwości co do przywództwa C. B. szły znacznie dalej niż rozbieżność poglądów na temat Południowej Afryki. Haldane ubrał to w następujące słowa: „Campbell-Bannerman […] był dobroduszny, popularny i szanowany za odwagę, z jaką przeciwstawiał się polityce rządu w Południowej Afryce. W powszechnej jednak opinii nie był identyfikowany z żadnymi świeżymi ideami, ponieważ rzeczywiście ich nie miał. Czego było trzeba, to nie wskrzeszenia dawnej Partii Liberalnej, lecz zespołu ludzi z iskrą i energią, obdarzonych nowym spojrzeniem na sprawy państwa. Nad takimi właśnie problemami, niektórzy z nas usilnie już pracowali […]”.
Były także obawy o stan zdrowia Campbella-Bannermana i wpływ tego stanu na jego zdolność do sprawowania przywództwa. Na podium, jako mówca, C. B. zawsze był nudziarzem; teraz, stary i znużony, mógłby zostać – a razem z nim i partia – rozsiekany na kawałki w debacie parlamentarnej, zważywszy na wspaniałe zdolności Arthura Balfoura w tej właśnie dziedzinie. Tak więc decyzja naszego trio, która znana była potem jako „pakt z Relugas”, polegała na popieraniu instalacji C. B. jako premiera, z równoczesnym wysunięciem warunku, żeby opuścił on Izbę Gmin na rzecz Izby Lordów. Partię w Izbie Gmin poprowadziłby Asquith, uznawany powszechnie za mistrza w debacie. Taki układ miał już przecież precedens, Salisbury zasiadał w Izbie Lordów, gdy przywództwo w Izbie Gmin sprawował Balfour. Tak samo, gdyby premierem został lord Spencer, musiałby rządzić z izby wyższej. Trio stworzyło sobie także potężną maczugę, która miała im zapewnić realizację ich żądania: gdyby C. B. się nie zgodził, Asquith, Grey i Haldane mieli odmówić przyjęcia urzędów w jego rządzie. Założywszy jednak, że Campbell-Bannerman ustąpi przed ich żądaniem, cała trójka wybrała sobie urzędy, jakie pragnęliby sprawować: Asquith miałby zostać kanclerzem Izby Rozrachunkowej oraz przywódcą w Izbie Gmin; Grey poszedłby do Ministerstwa Spraw Zagranicznych; Haldane zostałby lordem kanclerzem oraz przewodniczył Izbie Lordów. Kontrola nad tymi urzędami pozwoliłaby naszemu trio zdominować rząd, zaś osłabiony premier odgrywałby głównie rolę figuranta. Przed wyjazdem z chatki rybackiej Asquith, Grey i Haldane obiecali sobie wzajemnie, że jeśli C. B. nie wycofa się do Izby Lordów, wszyscy powstrzymają się od objęcia stanowisk, a poza tym – do rządu wejdą albo wszyscy razem, albo żaden.
Pierwszym posunięciem tego trio było poinformowanie króla. Haldane odwiedził suwerena na zamku Balmoral, gdzie twierdził, że ich decyzja podyktowana była troską o zdrowie Campbella-Bannermana. Król, świadom tego, że C. B. nie jest zbyt odporny, zaakceptował koncepcję, żeby nowy premier przeszedł do Izby Lordów i zgodził się przekazać mu taką sugestię. Król Edward zgłosił jednak obiekcje wobec groźby trójki panów powstrzymania się od wejścia do rządu. Taki gabinet, zaznaczył król, byłby okaleczony od samego początku, zaś on sam, jako monarcha, znalazłby się w dziwacznym położeniu. 13 listopada Asquith przedstawił Campbellowi-Bannermanowi istotę „paktu z Relugas”. C. B. słuchał go uważnie. Chciałby, powiedział, mieć Asquitha za kanclerza i przystawał na Greya jako ministra spraw zagranicznych, ale żachnął się gwałtownie na Haldane’a. Za sugestię, że miałby odejść do Izby Lordów, także obwiniał „ową dowcipną personę, Richarda Burtona Haldane’a”. Do Izby Lordów, „dla którego to miejsca nie mam ani upodobania, ani wykształcenia, ani ambicji znalezienia się tam”, przeszedłby, powiedział, tylko „pod ostrzem bagnetu”.
W poniedziałkowe popołudnie 4 grudnia Balfour udał się do pałacu Buckingham złożyć rezygnację. Tegoż wieczora, wiedząc, że nazajutrz król wezwie Campbella-Bannermana, Grey złożył C. B. wizytę i powiedział mu bez ogródek, że nie przyjmie stanowiska w nowym rządzie, jeśli premier nie przejdzie do Izby Lordów, zaś Asquith, który – jak to powiedział Grey do C. B. – „był bardziej wytrzymałym i silniejszym przywódcą w polityce i w debacie”, nie otrzyma przewodnictwa w Izbie Gmin. Campbell-Bannerman był zaskoczony, urażony i oburzony. Powiedział później, że Grey przyszedł do niego „zapięty na ostatni guzik i przez cały czas nawet jednego nie rozpiął”. Grey swoją szorstkość tłumaczył uczciwością: „Chciałem, aby znał moje stanowisko i aby zrozumiał, że nie kryję w jego obecności opinii, jakie wypowiadam na jego temat gdzie indziej”.
Następnego ranka, we wtorek 5 grudnia, król poprosił Campbella-Bannermana o utworzenie rządu. Podczas ich rozmowy monarcha zachęcał przyjaciela do wyrażenia zgody na propozycję liberalnego trio i przyjęcia parostwa. C. B. pozostawał nieprzekonany. Powiedział królowi Edwardowi, że musi porozmawiać z żoną, która nadal była w Szkocji. W środę wieczorem w domu Campbella-Bannermana przy Belgrave Square zjawili się lord Morley i lord Tweedmouth, którzy mieli wkrótce znaleźć się w jego rządzie. Nowy premier ciągle był niezdecydowany. Niedługo przybyć miała lady Campbell-Bannerman, więc Morley i Tweedmouth zostali poproszeni, żeby zjawili się ponownie po obiedzie. Gdy powrócili, zastali C. B. w radosnym nastroju. „Nie będzie kapitulacji!” – krzyknął. Lady Campbell-Bannerman mimo obaw o zdrowie męża i zazdrości, jaką okazywała o czas spędzany z dala od niej, tak nie cierpiała trio z Relugas, że odsunęła na bok swoje obawy i zachęcała męża, by pozostał w Izbie Gmin9.
Asquith, poinformowany o decyzji C. B., natychmiast porzucił swoich przyjaciół. Do Haldane’a napisał: „Pod jednym względem warunki obecne są zasadniczo odmienne od tych, jakie my, a przynajmniej na pewno ja, rozpatrywaliśmy podczas naszych rozmów jesienią. Wybory są przed nami, a nie za nami. […] Znajduję się w szczególnym położeniu, jakie nie jest udziałem żadnego z was. […]”. Asquith czuł, że gdyby trio odmówiło wejścia do rządu, „utworzony zostałby słaby gabinet […] a całą odpowiedzialnością obarczono by mnie”. Zdecydowawszy się na wejście do rządu, Asquith chciał, aby jego przyjaciele przyłączyli się do niego i zaczął usilnie starać się, żeby negocjować w ich imieniu. Grey i Haldane, osłabieni wycofaniem się Asquitha, ponownie przyrzekli sobie, że żaden nie przyjmie urzędu, jeśli nie uczyni tego drugi. Grey zatrzymał się w mieszkaniu Haldane’a przy Whitehall Court, a kiedy Haldane przybył tam o szóstej wieczorem 7 grudnia, zastał Greya leżącego na sofie w jego bibliotece „z wyrazem twarzy kogoś, kto podjął już decyzję i rozstał się z problemami politycznymi”. Żaden z nich nie jadł nic od rana, więc Haldane zaproponował, żeby poszli do Café Royale, gdzie mogli wynająć osobny pokój i tam zjeść obiad i pogadać. Podczas tego obiadu, złożonego z dań rybnych, dla Haldane’a stało się jasne, że Grey gwałtownie szuka sposobu, żeby się wycofać z ich porozumienia i jednak dołączyć do rządu. Z łatwością mógł to uczynić na własną rękę – było oczywiste, że C. B. chciał go mieć w rządzie – odrzucał jednak myśl, że mógłby prosić o stanowisko, o ile także Haldane nie otrzymałby propozycji. Haldane zrozumiał, że następny ruch należy do niego. Pozostawiwszy obiad na stole, wziął dorożkę i udał się na Belgrave Square. Premier jadł właśnie obiad w towarzystwie żony, wprowadzono więc Haldane’a do jego gabinetu. Po chwili wszedł tam C. B. i Haldane powiedział, że przybył zapytać się, czy Campbell-Bannerman ciągle chce mieć Greya jako ministra spraw zagranicznych. Premier powiedział, że chce, nawet bardzo. Haldane odparł, że zdaje mu się, iż Grey też by tego chciał. C. B. domyślił się niewypowiedzianej części oracji swojego gościa i zapytał, czy Haldane nie rozważyłby Ministerstwa Spraw Wewnętrznych lub stanowiska prokuratora generalnego.
„A co z Ministerstwem Wojny?” – spytał Haldane.
„Nikt tego nie chce ruszyć nawet długim kijem” – odparł Campbell-Bannerman.
„Zatem dajcie to mnie – rzekł Haldane – Zostanę ministrem wojny, jeśli Grey weźmie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Poproszę go, aby odwiedził pana jutro rano i powiadomił pana o swojej decyzji, która, jak mi się wydaje, będzie pozytywna”.
Dobito więc targu. Haldane wrócił do Greya i zdał mu sprawę. Grey wyraził zgodę. Następnego ranka udał się do C. B. i przyjął stanowisko ministra spraw zagranicznych, które miał piastować przez jedenaście lat. Podczas dwóch lat premierostwa C. B. Grey bardzo blisko współpracował z Campbellem-Bannermanem, który całkowicie polegał na swoim ministrze w kierowaniu stosunkami kraju z innymi państwami. Przed ustąpieniem Campbella-Bannermana ze stanowiska Grey przeprosił go za swoje wcześniejsze zachowanie: „Myśli moje często biegną do owych dni formowania tego rządu. Od samego początku tej kadencji parlamentu czułem, że wszystkie moje prognozy sprzed wyborów były mylne i że pańska obecność w Izbie Gmin była nie tylko pożądana, ale wręcz niezbędna dla zarządzania partią i utrzymania jej jedności. Nadal jestem o tym przekonany”.
Haldane był jedynym członkiem trio z Relugas, który nie zdobył urzędu, do jakiego aspirował. (Ostatecznie w roku 1911 Asquith jako premier mianował przyjaciela lordem kanclerzem). W pierwszych dniach istnienia nowego gabinetu Haldane i Campbell-Bannerman unikali się nawzajem. C. B. wyrażał się lekceważąco o swoim ministrze wojny. „Haldane zawsze wchodzi i wychodzi tylnymi schodami, lecz tak przy tym tupie, że wszyscy muszą go słyszeć” – powiadał premier. „Zobaczymy jak sobie «Schopenhauer» poradzi” – mruczał innym razem Campbell-Bannerman, stosując swój dar do znajdowania przezwisk wobec Haldane’a, który był wyedukowany w filozofii niemieckiej. Haldane ujmował to prościej: „Z początku mnie nie lubił. Przez kilka miesięcy nie odezwał się do mnie ani słowem i tylko trochę dodawał mi otuchy podczas posiedzeń gabinetu”. Z upływem czasu i wobec narastających dowodów lojalności Haldane’a, jego ciężkiej pracy oraz sprawnych reform Armii Brytyjskiej, C. B. zmiękł.
Rząd liberalny, jaki zaprezentował się w Pałacu 11 grudnia, był wręcz nabity talentami. Poza trójką z Relugas obejmował on Morleya jako ministra d.s. Indii; Lloyd George’a jako przewodniczącego Rady d.s. Handlu; Herberta Gladstone’a, syna Wielkiego Starca, jako ministra spraw wewnętrznych; Tweedmoutha w Admiralicji; a Winstona Churchilla, tuż poniżej rangi gabinetowej, jako podsekretarza stanu w Ministerstwie Kolonii. John Burns, pierwszy człowiek pracy w historii Anglii, który doszedł do szczebla członka gabinetu, został przewodniczącym Rady d.s. Samorządu Lokalnego. „Gratuluję panu, Sir Henry – wykrztusił z siebie zachwycony nominat, gdy premier powiedział mu, że stanowisko należy do niego – Będzie to z pewnością najpopularniejsza nominacja ze wszystkich, jakich pan dokonał”.
Kiedy nowi ministrowie przebywali w Pałacu, gdzie odbierali pieczęcie swoich urzędów, nad Londyn nadpełzła gęsta mgła. Gdy ceremonia się skończyła, Grey i Haldane ruszyli powozem wzdłuż Mall, aby dostać się do swoich ministerstw. Podczas drogi mgła stała się tak gęsta, że stangret zmuszony został do zatrzymania powozu. Haldane wysiadł, aby zobaczyć gdzie się właściwie znajdują, a potem nie mógł trafić z powrotem do powozu. Po chwili wysiadł także Grey, któremu po długim błądzeniu udało się ostatecznie dostać do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Haldane, „macając końskie głowy”, natknął się wreszcie na Ministerstwo Wojny, gdzie wręczył swoje pieczęcie stałemu podsekretarzowi stanu10 i poprosił pełniącego obowiązki odźwiernego, wysokiego eks-gwardzistę o szklankę wody. „Oczywiście, Sir – odparł stary żołnierz – irlandzka, czy szkocka?”
Nazajutrz rano generałowie z Rady Armii hurmem przybyli do ministerstwa, aby się czegoś dowiedzieć o nowym ministrze wojny. Haldane powiedział im, że czuje się „jak młoda, rumieniąca się dziewica, świeżo połączona z wojownikiem ze spiżu. […] Opinia publiczna nie oczekuje, że jakieś skutki takiego związku objawią się wcześniej niż po upływie dziewięciu miesięcy”. Zachwyceni generałowie przekazali te frazy królowi, który ryknął śmiechem.
Miesiąc po objęciu urzędu nowy rząd stanął wobec wyborów powszechnych. Kampania zaczęła się zaraz po Bożym Narodzeniu, a samo głosowanie zajęło trzy ostatnie tygodnie stycznia. Rezultatem było lawinowe zwycięstwo liberałów. Unioniści ponieśli klęskę nawet w tradycyjnie obsadzanych przez nich okręgach wyborczych. Pokonanych zostało ponad dwustu posłów Unionistów, nawet sam Arthur Balfour. Partia Liberalna weszła szturmem do Izby Gmin z 379 posłami, co dawało im wyraźną przewagę 88 głosów nad wszystkimi pozostałymi partiami w izbie. Z poparciem 83 nacjonalistów irlandzkich i 51 labourzystów, Campbell-Bannerman i jego ministrowie mogli spoglądać z góry na Unionistów z ich żałosnymi 157 głosami wobec połączonych 513.
Gdy nowy Parlament zebrał się 13 lutego, Campbell-Bannerman wydawał się przemieniony. Przemawiał z poczuciem autorytetu i godnością, czym zaskoczył opozycję i zachwycił posłów liberalnych, tłoczących się w swoich ławach lub przepychających się na miejscach stojących za Ławą Rządową. Miesiąc później, gdy do izby wrócił Balfour, który znalazł sobie jakieś miejsce w wyborach uzupełniających, przywódca Unionistów popełnił błąd, próbując zlekceważyć twardego Szkota. Przedstawiając swoje poglądy w sprawie rezolucji na temat wolnego handlu, Balfour wdał się w jedno ze swoich retorycznych przedstawień. Było ono tyleż wyartykułowane, co niejasne, pełne uników, a przede wszystkim protekcjonalnie traktujące zarówno wrogo do niego nastawioną większość, jak i jej przywódcę. Campbell-Bannerman replikował groźnym tonem:
„Wielce szanowny pan jest jak dawni Burboni – niczego się nie nauczył – odpalił premier swojemu poprzednikowi – Wraca pan oto do tej nowej Izby Gmin z tym samym ulotnym wdzięczeniem się, tą samą subtelną dialektyką, tymi samymi lekceważącymi i frywolnymi sposobami traktowania wielkich kwestii, lecz mało widać wie o nastawieniu tej nowej Izby Gmin jeśli myśli, że takie metody będą w nie przeważać. […] Są one całkowicie bezużyteczne, nonsensowne i mylące. Zostały wynalezione przez wielce szanownego pana w celu zajmowania czasu w tej debacie. Powiadam więc, dość tych głupstw! […] Niech pan przedstawi swoje poprawki i pozwoli nam zająć się sprawą”.
Schizma pomiędzy tradycyjnym, gladstoniańskim idealizmem a twardszym spojrzeniem na realia sprawowania władzy w Imperium, jaka podzieliła partię podczas wojny burskiej, nie została jeszcze w pełni zlikwidowana. Campbell-Bannerman, Morley, Lloyd George i większość liberałów w izbie Gmin pragnęła trzymać się z dala od polityki mocarstw europejskich, zaś w sprawach Imperium – umiarkowanie i pojednanie stawiać przed ekspansjonizmem. Asquith, Grey i Haldane, liberalni imperialiści z „paktu z Relugas”, odmiennie postrzegali rolę Brytanii: jako potęgę imperialną, której terytoria na całej kuli ziemskiej graniczyły z terytoriami innych państw, a której wyspy macierzyste sąsiadowały z kontynentem aż kipiącym od napięć. Różnice te ujawniły się już we wczesnym stadium istnienia nowego rządu. W swoim pierwszym przemówieniu w charakterze premiera, Campbell-Bannerman powiedział do nabitej do ostatniego miejsca sali w Albert Hall, że zamierza prowadzić łagodniejszą politykę zagraniczną niż Unioniści. Był frankofilem i życzliwie spoglądał na ententę z Francją, „tak mądrze zawartą przez lorda Lansdowne”. „Co się tyczy Niemiec – ciągnął – to nie widzę jakichkolwiek powodów do niepokoju o interesy naszych narodów”. Opowiadał się za rozbrojeniem i przyrzekł, że jego rząd będzie nad nim pracował podczas zbliżającej się drugiej konferencji haskiej. „Wzrost zbrojeń stanowi wielkie niebezpieczeństwo dla świata – rzekł – Utrzymuje on przy życiu, a nawet podsyca przekonanie, że siła jest najlepszą jeśli nie jedyną metodą rozwiązywania sporów międzynarodowych. Jest to polityka prowadząca do zaogniania starych ran i powstawania nowych”.
W marcu 1907 roku, na krótko przed rozpoczęciem drugiej konferencji pokojowej w Hadze, premier opublikował w liberalnym tygodniku „Nation” artykuł, w którym opowiadał się za daniem szansy rozbrojeniu. Brytania, zapewniał, próbuje zmniejszyć wydatki na zbrojenia, a posunie się dalej na tej drodze, jeśli inne kraje podążą w jej ślady. W tej dziedzinie liberałowie trafili na związane z nią dylematy polityki wewnętrznej. Jak – po latach domagania się zmniejszenia wydatków na obronę, po przyrzekaniu wyborcom, że gdy już dojdą do władzy – zmniejszą budżety armii i marynarki wojennej – mogli się teraz domagać od nich, żeby płacili na pewne elementy polityki obronnej przyjęte jeszcze przez rząd Balfoura? Wezwano przecież Fishera żeby zreformował marynarkę, liczne okręty poszły na złom, zaś floty rozmieszczono w nowy sposób. Zaprojektowano „Dreadnoughta”, położono stępkę, zwodowano go, a jeszcze przed pierwszą sesją liberalnego parlamentu miał być uroczyście wcielony do linii przez króla; wszystkich tych prac nie można było tak po prostu zatrzymać. Podjęto decyzję, aby obcinać wydatki tu i tam, oraz naciskać na zwiększenie efektywności. Z projektu budżetu marynarki na rok 1906 wyrzucono jednego drednota; Fisher oznajmił że można się jeszcze zgodzić na trzy zamiast proponowanych wcześniej czterech. Z takim samym zapałem do reformowania i zwiększenia efektywności zabrał się Haldane za armię. Gdy zostawał ministrem wojny, uczynił obietnicę obcięcia 3 milionów funtów z projektu budżetu armii, równocześnie tworząc z niej bardziej skuteczną broń. Ku zaskoczeniu Campbella-Bannermana, który spodziewał się, że „Master Haldane” padnie w Ministerstwie Wojny na pysk, Haldane zrealizował swoje obietnice. Zreorganizował on armię, podzieliwszy ją na dwa rodzaje sił: zawodowe Siły Ekspedycyjne Armii Regularnej w sile sześciu dywizji – 160 000 żołnierzy oraz Armię Terytorialną – złożoną z oddziałów drugiej linii, które miały być powoływane w poszczególnych hrabstwach, zorganizowaną w czternaście dywizji i utrzymywaną jako rezerwa mogąca wesprzeć Siły Ekspedycyjne. C. B. był zachwycony manierą, w jakiej Haldane bronił swojej polityki w Izbie Gmin przeciw Unionistom – najstaranniej zaś przeciw Balfourowi – który próbował wskazywać na słabe punkty i sprzeczności w planowanych reformach armii.
Największym triumfem krótkiego zamieszkiwania Campbella-Bannermana na Downing Street 10 było doprowadzenie przez niego do pojednania w Południowej Afryce. Od samego początku wojny burskiej, przez wszystkie lata nadużyć, niezmiennie głosił te same przekonania. Dla niego wojna zdawała się być raną, którą zaleczyć może tylko zrozumienie i wielkoduszność ze strony rządu brytyjskiego. Jako premier był gotów wprowadzić swoje przekonania w życie. Zaproponował nadanie samorządu republikom burskim, a następnie doprowadzenie do sfederowania samorządnych państw w Unię Południowej Afryki. Sugestia C. B., aby Brytania ponownie nadała Burom prawa do samodzielnych rządów, których ich tak niedawno pozbawiła w wojnie kosztującej ją trzydzieści tysięcy ofiar i 250 milionów funtów szterlingów, wywołała desperacką opozycję Unionistów. Wsparty jednak swoją ogromną przewagą w Izbie, premier nadał samorząd Transwalowi i Wolnemu Państwu Oranii. Uczynił to poprzez wydanie listu patentowego, wymagającego tylko zatwierdzenia przez Izbę Gmin, z pominięciem Izby Lordów. W 1909 roku, osiemnaście miesięcy po śmierci C. B., gdy Ustawa o Południowej Afryce, ustanawiająca Unię Południowej Afryki, przeszła przez obie izby parlamentu, Louis Botha, burski generał, który został pierwszym premierem nowej unii, wyraził wdzięczność Asquithowi, następcy Campbella-Bannermana, dodając: „Najbardziej żałuję, że brakuje tu dzisiaj jednej szlachetnej postaci – Sir Henry’ego Campbella-Bannermana. Za to co uczynił dla samej tylko Południowej Afryki, Imperium Brytyjskie winno na zawsze zachować go we wdzięcznej pamięci”. Wobec dziennikarzy Botha wyjaśnił: „Dwa słowa doprowadziły do pokoju i zjednoczenia Afryki Południowej: «barbarzyńskie metody». […] Botha mówił jeszcze o ogromnym wrażeniu […] jakie wywarł na ludziach toczących przegraną walkę […] fakt, że lider jednej z wielkich partii brytyjskich miał odwagę coś takiego powiedzieć i dzielnie stawić czoła potwarzom, jakie to na niego ściągnęło. Choć było to dalekie od zachęty do stawiania beznadziejnego oporu, to jednak poruszyło ich serca i sprowokowało do poważnych przemyśleń nad możliwością pojednania”.
Wiosną 1906 roku wydawało się, że C. B. osiągnął szczyt swojej kariery. W istocie jego życie osobiste było przepełnione smutkiem i zmęczeniem. Jego żona, od czterdziestu sześciu lat będąca mu towarzyszką i doradczynią, była umierająca. Charlotta Campbell zawsze żywiła mieszane uczucia wobec politycznej kariery męża. Podzielała jego ambicje i broniła go gorąco, gdy stawał się celem ataków. „Henry jest dobrym człowiekiem – oznajmiła – nikt oprócz mnie nie wie, jak dobrym”. Ambicje jednak mieszały się z żalami nad czasem, na jaki jego kariera rozdzielała ich oboje. Nie lubiła szczególików polityki, nigdy nie widziano jej na galerii Izby Gmin, gdy jej mąż przemawiał. Jej zaborczość jeszcze wzrosła, gdy uległa bolesnej chorobie nerwowej. W coraz większym stopniu Campbell-Bannerman zmuszony był wybierać pomiędzy swoimi obowiązkami publicznymi a troską o żonę. Rozdzielony z nią, odczuwał zakłopotanie wiedząc, że jest sama w domu, leżąc w łóżku albo na szezlongu z oczami utkwionymi w zegar, licząc minuty do jego powrotu. Coraz częściej, jako lider opozycji, a potem premier, nie powracał do Izby Gmin po obiedzie, przesyłając jedynie pisemną notatkę, że zdrowie żony zmusza go do pozostania z nią.
W 1902 roku lady Campbell-Bannerman, która ważyła przeszło 250 funtów11, przeszła atak apopleksji, po którym pozostawała na wpół sparaliżowana. Przenosiny na Downing Street 10 w styczniu 1906 roku były ciężką próbą, lecz udało się jej wydać wielkie przyjęcie dla męża w przeddzień otwarcia nowej kadencji parlamentu. Nie mogąc stać, przez dwie godziny siedziała podparta, wystawiając się na spotkanie z tłumem gości. Przez całą wiosnę i lato zdrowie jej coraz bardziej się pogarszało. Nie lubiła zawodowych pielęgniarek i przyjmowała jedzenie i lekarstwa tylko z rąk męża. Kiedykolwiek zawołała, wstawał i siadał obok niej, w razie potrzeby nawet nocą. Pewnej nocy owego lata, jego własne pogarszające się zdrowie zmusiło go do spędzenia całej nocy osobno. „Jakie to dziwne spędzić całą noc w łóżku – zapisał – Nie zdarzyło mi się to od sześciu miesięcy”. Rankami zasypiał nad swoimi papierami rządowymi.
W sierpniu 1906 roku oboje zdecydowali się zaryzykować podróż do Marienbadu. Podróżowali powoli, krótkimi etapami, przybywając na miejsce trzynastego. Lady Campbell-Bannerman była wyczerpana, lecz szczęśliwa. 16 sierpnia zjawił się król w towarzystwie całego beau monde’u12 i roju dziennikarzy. Przez dwa tygodnie premier zobligowany był do towarzyszenia suwerenowi podczas lunchów, obiadów i herbatek, zawsze pośpiesznie wracając do siebie, aby podzielić się nowinami i ploteczkami ze swoją inwalidką. Gdy stan jej się pogorszył, premier zaczął spożywać posiłki w przylegającym do jej sypialni salonie. Drzwi były otwarte na oścież i zawsze podczas posiłku zdążyła zawołać go ze dwa lub trzy razy. Za każdym razem zrywał się z krzesła i śpieszył, aby być przy jej boku. Popołudnie 30 sierpnia było upalne, panowała cisza, zakłócana tylko stukotem kopyt końskich na ulicy i odgłosem mozolnego oddechu umierającej kobiety. Zmarła o piątej po południu.
Król, siedząc na balkonie apartamentu swojego hotelu, wziął pióro i napisał: „Wiem jak wielkie było wasze wzajemne oddanie i jaką pustkę zmarła pozostawiła w twoim domu. Mimo to jestem pewny, że teraz pragniesz już tylko, aby twoja ukochana żona odpoczywała w pokoju, wolna od wszelkich dalszych bólów i cierpień”.
Campbell-Bannerman ciągnął sprawy dalej przez niecałe dwa lata. Publicznie starał się okazywać wesołość, lecz jeden z przyjaciół, widząc go rozmawiającego i żartującego z gośćmi, poszedł potem na górę, gdzie zastał premiera obejmującego głowę rękami, wstrząsanego szlochem. Jego własne ciało też było już zużyte. 13 listopada Campbell-Bannerman zasłabł w Bristolu. Jego doktorzy nakazali mu sześć tygodni bezwzględnego wypoczynku i premier zdecydował się wybrać do Biarritz. Po drodze w Paryżu dopadł go drugi atak serca, co zmusiło go do przerwania podróży, zaś jego doktora do pośpiesznego przybycia z Londynu. Przeprowadziwszy się do Biarritz, pozostał tam do połowy stycznia, kiedy to wrócił do Londynu. Tam inny przyjaciel stwierdził, że „wydawało się, iż całkowicie odzyskał swoją dawną pogodę ducha i energię”. 12 lutego 1908 roku Campbell-Bannerman wygłosił swoją ostatnią mowę w Izbie Gmin. Tego wieczora doznał ponownego zawału i został przeniesiony do swojej sypialni pod numerem 10. Nie opuścił już tego pokoju aż do śmierci, która nastąpiła dziesięć tygodni później. Odwiedzali go król, królowa i książę Walii, a on siadał wtedy przy oknie wychodzącym na Downing Street. Wyjeżdżając na zgromadzenie monarchów w Kopenhadze, król prosił, aby go na bieżąco informować o stanie zdrowia premiera. „Nie telegrafujcie «Do Króla»”, instruował monarcha. „Będzie tam tylu królów. Telegrafujcie «Do Króla Edwarda»”.
Przez dwa miesiące gabinet odliczał czas, odkładając ważne decyzje i w coraz większym stopniu oglądając się na Asquitha, desygnowanego następcę. 27 marca premier posłał po kanclerza, aby powiedzieć mu, ze zamierza zrezygnować. „Jesteś cudownym kolegą – powiedział Asquithowi – tak lojalnym, tak bezinteresownym, tak zdolnym. Jesteś największym dżentelmenem, jakiego kiedykolwiek spotkałem”. Jego słowa w chwili rozstania były optymistyczne: „Jeszcze nie koniec ze mną. Spotkamy się znów, Asquith”. 1 kwietnia premier wysłał swoją rezygnację do przebywającego w Biarritz króla. 3 kwietnia król przyjął dymisję. Campbell-Bannerman zmarł nad ranem 22 kwietnia 1908 roku.
Herbert Henry Asquith zaczynał skromniej niż którykolwiek z jego poprzedników na urzędzie premiera. Urodził się w 1852 roku, jako syn kupca wełnianego, na wsi w hrabstwie Yorkshire. Gdy Herbert13 miał osiem lat, jego ojciec doznał skrętu kiszek podczas wiejskich rozgrywek w krykieta i zmarł parę godzin później. Od ukończenia lat dwunastu Asquith zamieszkiwał na stancjach u rodzin w Londynie, aby mógł uczęszczać do lepszych szkół. Jako uczeń doskonale dawał sobie radę. „[Szkoła] po prostu […] postawiła przed nim drabinę, a on ruszył po niej do góry” – powiedział jej dyrektor. W wieku lat siedemnastu Asquith zdobył stypendium z zakresu literatury klasycznej w Balliol. Jego tam przybycie zbiegło się w czasie z pierwszą kadencją Benjamina Jowetta jako przełożonego colledge’u. Jowett14, który miał dobre oko do oceny możliwości studentów, trzymał Asquitha pod ścisłym nadzorem. Asquith poświęcił się działalności w ramach Oxford Union. Przemawiał niemal w każdej debacie politycznej, został jej przewodniczącym i zmienił przepisy towarzystwa, zezwalając na palenie oraz serwowanie popołudniowej herbaty. Pomimo tych zajęć ubocznych Asquith został w 1874 roku jedynym absolwentem Balliol, który otrzymał dyplom pierwszej klasy w zakresie literatury klasycznej – z wyróżnieniem.
Asquith mógł pozostać w Oxfordzie jako don15, lecz nie było to jego ambicją. Przeniósł się do Londynu, gdzie zaczął przygotowywać się do zawodu adwokata. Bez pieniędzy i bez koneksji, Asquith zawarł szalone małżeństwo w wieku dwudziestu pięciu lat i rychło został ojcem. Aby uzupełnić swoje mizerne dochody z prawa, regularnie pisywał do liberalnych tygodników „Spectator” i „Economist”. Pisywał wstępniaki, najczęściej poświęcone polityce, lecz potrafił także, nie tracąc lekkości pióra, poruszać się po innych arenach – ekonomicznej, literackiej, społeczno-obyczajowej.
Pewnego wieczora w 1881 roku, podczas obiadu w Lincoln’s Inn16, Asquith siedział obok innego młodego adwokata, podobnie jak on – umiarkowanego liberała z ambicjami politycznymi. Richard Burton Haldane, młodszy od Asquitha o cztery lata Szkot, który miał zostać jego najbliższym przyjacielem i najpotężniejszym sojusznikiem politycznym, studiował w Niemczech, skąd wyniósł płynną znajomość języka oraz mocne upodobanie do niemieckiej filozofii. Haldane miał pieniądze, których brakowało Asquithowi. Dwa lub trzy razy na tydzień spożywali wspólnie obiad w którejś z restauracji, po czym Asquith wracał do rodziny. Haldane często udawał się z Asquithem do domu, gdzie stał się ulubieńcem jego żony i dzieci. Haldane podziwiał mocne strony przyjaciela, lecz dostrzegał też jego słabe punkty. Asqu ith, powiadał Haldane, był posiadaczem „najwspanialszego aparatu intelektualnego oraz zdolności zrozumienia i oceny, z jakimi nigdy u nikogo innego się nie zetknąłem”, lecz był znacznie lepszy w objaśnianiu niż tworzeniu. „Asquith sam wiele nie wymyślił – ciągnął Haldane – Nie był człowiekiem obdarzonym wyobraźnią, lecz kiedy cokolwiek wspólnie wymyśliliśmy – zawsze padało na niego, żeby przedstawił zagadnienie w naszym imieniu – miał to opanowane do perfekcji”. Jedna sprawa dotycząca Asquitha była zawsze jasna. „Obydwaj awansowaliśmy wśród palestry, lecz dla Asquitha zostać wybitnym prawnikiem nigdy nie było żadną atrakcją – wspominał Haldane – Od samego początku postanowił, że zostanie premierem”.
To właśnie Haldane pierwszy zasugerował Asquithowi, aby wystartował w wyborach do parlamentu. Sam Haldane został wybrany do Izby Gmin w 1885 roku i w roku następnym zaczął naciskać przyjaciela, żeby zgłosił swoją kandydaturę w szkockim okręgu East Fife. Asquith został wybrany niewielką większością, lecz miał odtąd reprezentować tych samych wyborców przez trzydzieści dwa lata. Gdy w marcu 1887 roku wygłosił swoją debiutancką mowę, posłowie z obu stron izby byli zaskoczeni jego pewnością siebie, elokwencją i autorytetem. „Jego dykcja już wtedy była nieskazitelna” – rzekł z podziwem Haldane. Zdecydowanie mniejsze wrażenie zrobił jednak na panu Gladstone’ie. Gdy lidera liberałów zapytano, czy sztuka oratorska może wynieść młodego Asquitha na szczyty kariery politycznej, ten potrząsnął głową. „Styl zanadto sądowy” – orzekł. Niemniej jednak, gdy pięć lat później Gladstone tworzył swój czwarty i ostatni gabinet, powołał czterdziestoletniego Asquitha na stanowisko ministra spraw wewnętrznych. 18 sierpnia 1892 nowi ministrowie udali się do Osborne House, aby tam otrzymać od królowej pieczęcie swoich urzędów. Przebywając Solent od strony Portsmouth, nowi ministrowie liberalni minęli drugą łódź, wiozącą z powrotem ustępujących ministrów unionistycznych – obie grupy w milczeniu uchyliły cylindrów. Przy tej okazji królowa Wiktoria nie rozmawiała z nowym ministrem spraw wewnętrznych, lecz odnotowała w swoim dzienniku, że wydawał się „inteligentnym, dobrze się prezentującym mężczyzną”. Wkrótce potem Asquith został ponownie wezwany do Osborne na obiad i krótki pobyt, i tym razem Królowa odnotowała: „odbyłam z panem Asquithem rozmowę, którą uważam za przyjemną, bezpośrednią i rozsądną”.
Lata, gdy Asquith wspinał się po szczeblach kariery aż do poziomu gabinetu, były latami spokoju w życiu domowym. Mając lat osiemnaście zakochał się podczas pobytu nad morzem w piętnastoletniej dziewczynie, Helen Melland, córce wziętego lekarza z Manchesteru. Pisywali odtąd do siebie regularnie, a cztery lata później, gdy on był jeszcze w Balliol, zaręczyli się w sekrecie. Pobrali się w 1877 roku, gdy on miał dwadzieścia pięć, ona zaś dwadzieścia dwa lata. Zarobki Asquitha jako adwokata oraz niewielkie pieniądze otrzymywane przez nią od ojca pozwoliły im na kupno białościennego domku stojącego w ogrodzie w Hampstead, który przez czternaście lat pozostawał ich domem rodzinnym. Helen Melland była wysoką, atrakcyjną brunetką. „Piękna i prosta dusza” – wspominał Haldane. „Nikt nie nazwałby jej mądrą, czy «intelektualistką» – powiedział o niej mąż – Tym, co decydowało o jej rzadkich zaletach, był jej charakter”. Była ona „bezinteresowna i uduchowiona, […] ciepła […] i wielkoduszna”. Kiedyś, jeszcze borykając się w palestrze, mąż wyraził jej swą miłość, wydając 300 funtów szterlingów, by kupić jej diamentowy naszyjnik.
Helen Asquith była szczęśliwa, mieszkając w Hampstead. W ciągu dziewięciu lat pojawiło się pięcioro dzieci, a gdy jej mąż pracował nad aktami prowadzonych spraw czy udawał się do izby Gmin, czasami jadając obiad z przyjaciółmi i późno wracając do domu, ona nadzorowała gospodarstwo i rodzinę. Mijały lata – on się zmieniał, a ona nie. Kariera Asquitha wyniosła go na szczyty towarzyskie. Nadchodziły zaproszenia, z czego on był zadowolony, zaś Helen – przerażona. Z początku Asquith nie umiał dostosować się do towarzystwa; odnotowano, że na przyjęciach – ruszając na obiad – podawał ramię własnej żonie. Skorygował jednak te drobne błędy, rozwijając w sobie upodobanie do dobrych win oraz talent do rozmówek z utytułowanymi paniami. Jego żona nie miała ani takich upodobań, ani talentu. Towarzystwo, zdziwione parą nowicjuszy, czyniło uwagi na temat jego ambicji i jej niechęci. Jednym słowem, Helen postrzegana była jako kula u nogi męża.
Wśród obserwatorów małżeństwa Asquitha znajdowała się Margot Tennant, obdarzona burzliwym charakterem, towarzyska na sposób ekstrawagancki członkini kręgu „Dusz” i namiętna wielbicielka Arthura Balfoura. „Gdy odkryłam, że [Asquith] jest żonaty – napisała potem Margot – Poprosiłam go, aby przyszedł na obiad z żoną, co uczynił, a zaraz gdy ją ujrzałam, powiedziałam jej: «Naprawdę, pani Asquith, liczę na to, że nie będzie miała pani nic przeciwko temu, aby pani mąż od czasu do czasu jadał tutaj obiad bez pani; zawsze sądziłam, że do Hampstead jest zbyt daleko, aby wracał do pani z Izby Gmin. Musi jednak pani mi zawsze dać znać i przychodzić razem z nim, kiedy tylko będzie pani miała ochotę»”.
„[…] Tak bardzo różniła się ode mnie, że bardzo pragnęłam, aby się zgodziła. Była uprzejma, miła i pozbawiona ambicji, opowiadała mi o domu i dzieciach z taką miłością i zainteresowaniem, że wydawały się one wykluczać ją z życia wielkiej polityki, jakie od dawna pociągało moją wyobraźnię. […]”
„Bardzo pragnęłam, aby […] poznała moich przyjaciół, lecz po weekendzie spędzonym z lordem i lady Desborough [siostra i szwagier Margot Tennant], gdzie wszyscy ją polubili, powiedziała mi, że chociaż wizyta jej się podobała, to nie wydaje jej się, żeby kiedykolwiek miała dbać o ten rodzaj towarzystwa, jakie tak uwielbiałam i jest szczęśliwsza w kręgu swojego domu i rodziny. Gdy powiedziałam jej, że wyszła za mężczyznę, który z pewnością osiągnie najwyższe stanowiska w polityce, odparła, że nie tego dla niego pragnęła. Odjeżdżając z Hampstead, gdzie spędziłyśmy trochę czasu tylko we dwie, zastanawiałam się, czy moje pragnienie, aby jej mąż odniósł sukces […] było czymś złym”.
Przyjaźń Margot Tennant z Helen Asquith była krótka. We wrześniu 1891 roku, spędzając wakacje w Szkocji, Helen Asquith nabawiła się tyfusu. Zmarła po trzech tygodniach. Asquith powrócił do Hampstead z piątką pozbawionych matki dzieci. Najstarsze z nich, Raymond, miało dwanaście lat, najmłodsze – osiemnaście miesięcy.
Jeszcze przed śmiercią swojej pierwszej żony Asquith odczuwał pociąg do Margot Tennant. W swoich pamiętnikach tak wspomina ona ich pierwsze spotkanie: „Obiad, podczas którego zostałam przedstawiona mojemu mężowi, odbywał się w gmachu Izby Gmin. Siedziałam wtedy obok niego. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie jego konwersacja oraz wyraźnie zarysowana, cromwellowska twarz. Różnił się od wszystkich pozostałych gości, a choć był okropnie ubrany, to stanowił taką osobowość, że natychmiast uprzytomniłam sobie, iż oto jest mężczyzna, który potrafiłby mi pomóc, zdolny wszystko zrozumieć. Ani przez chwilę przez mój umysł nie przeszło, że jest żonaty, zresztą jakie by to miało znaczenie […].
Po obiedzie wszyscy wyszliśmy na taras budynku i schlebiało mi, że mój nowy przyjaciel znalazł się u mojego boku. […] Wycofaliśmy się w najciemniejszy zakątek tarasu, gdzie, przechyliwszy się przez balustradę, gapiliśmy się na rzekę i rozmawialiśmy do późna w nocy.
Nasz gospodarz i jego kompania – myśląc, że poszłam już do domu, zaś pan Asquith wrócił do Izby, gdzie dzwonki wzywały do głosowania – dawno już znikli, gdy więc wreszcie skończyliśmy naszą konwersację, taras był pusty, a niebo jaśniało.
Kilka dni później spotkaliśmy się na obiedzie u Sir Algernona Westa […] a potem widywaliśmy się już stale”.
Margot już się zdecydowała. Po tamtej pierwszej nocy na tarasie Izby Gmin powiedziała swojej siostrze, lady Ribblesdale: „Asquith jest jedynym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek mogłabym poślubić – wszyscy inni nadają się tylko na makulaturę. Zaledwie po miesiącu od śmierci Helen, Asquith i Margot zaczęli pisywać do siebie długie, intymne listy. „Powiadasz mi, żebym nie przestawał cię kochać, tak jakbym to uczynił lub miał taki zamiar czy w ogóle był do tego zdolny” – pisał Asquith.
Margot Tennant była córką Sir Charlesa Tennanta, bogatego baroneta z Nizin Szkockich, którego trzy córki szturmem podbiły socjetę Londynu. Margot, najbardziej z nich wszystkich wymowna i prowokująca, miała także ustaloną reputację jako miłośniczka jeździectwa. Nie była pięknością, najlepiej mówi o tym jej własny opis samej siebie: „Mała, gwałtowna, nerwowa, niespokojna, z blisko rozstawionymi oczami, sokolim nosem, krótką górną wargą i dużym, kościstym, wystającym podbródkiem […] konwersacja bardzo obrazowa i przesadna […] najwyższa żywość, wielka pewność siebie […] dobrego serca, lubi ludzi, zwierzęta, książki, sport, muzykę, ćwiczenia fizyczne […] intelektualny samouk, ambitna, niezależna i uparta […] lubiąca podziw ze strony tak mężczyzn, jak i kobiet, lecz zdolna także sama go okazywać. […] Kocha starych ludzi ponieważ nigdy nie wydaje się jej, że są starzy […]”.
Wiele swoich najszczęśliwszych chwil spędziła Margot na koniu. „Jeżdżę lepiej niż większość ludzi – stwierdziła – i spędziłam, czy też zmarnowałam na koniach więcej czasu niż powinna sobie pozwolić jakakolwiek obdarzona intelektem kobieta”. Skakała przez płoty i miedze po wszystkich wiejskich hrabstwach Anglii, pomagając zabić do trzech lisów dziennie. Przyjemności te jednak kosztowały: „Złamałam oba obojczyki, wszystkie żebra i rzepkę kolanową, rozcięłam sobie nos i pięć razy doznałam wstrząsu mózgu” – powiedziała kiedyś. Pewnego razu, siedząc na koniu i czekając na ojca przed ich domem na Grosvenor Square, zniecierpliwiona Margot wjechała po schodach prowadzących do hallu, gdzie kopyta zwierzęcia pośliznęły się na marmurowej posadzce. Koń i amazonka upadli – tym razem szczęśliwie – żadne z nich nie poniosło szwanku.
Margot Tennant była równie impulsywna w towarzystwie. Siedząc na jakimś obiedzie obok lorda Randolpha Churchilla, powiedziała byłemu kanclerzowi, „Obawiam się, że podał się pan do dymisji raczej z temperamentu niż z przekonania, lordzie Randolphie”. „Cóż za bezczelność! – powiedział zaskoczony Churchill – Cóż ty wiesz o moich przekonaniach?”. Niemniej, sprowokowany, ciągnął dalej: „Nienawidzę Salisbury’ego. Rzucił się na moją rezygnację jak pies na kość”. Zanim wieczór dobiegł końca, Margot zdążyła pozyskać sobie lorda Randolpha, który zaprosił ją na kolację na cześć księcia Walii. Pragnąc koniecznie wszystkich zaszokować, przybyła na nią w białej muślinowej sukni z przeźroczysta bluzką. „Spójrzcie tylko na pannę Tennant! – podśmiewały się pozostałe panie – Przyszła w nocnej koszuli!” Margot podsłuchała, co było o niej mówione i gdy przybył książę, natychmiast wszystko mu opowiedziała. Książę poprosił ją, aby siedziała przy nim podczas kolacji.
Inteligencja Margot Tennant była błyskotliwa, doskonale sprawdzająca się w grze słów i ciętych ripostach. W wieku osiemdziesięciu lat stary Gladstone napisał dla niej poemat i potrafił pozostawić jej ojca w salonie, aby udać się do jej sypialni na rozmowę. Mając wielkie zdolności do potyczek słownych, potrafiła być bezlitosna wobec modnych pań, które odważyły się rzucić jej wyzwanie. Razu pewnego lady Londonderry umyśliła sobie wysadzić Margot z siodła, mówiąc do niej w towarzystwie: „Obawiam się, że nie czytała pani tej książki”. „Obawiam się, lady Londonderry, że pani nie przeczytała nawet przedmowy – odcięła się Margot – Ta książka jest mi zadedykowana”.
