Złota Seria. DREADNOUGHT Tom 2. Brytania, Niemcy i nadejście Wielkiej Wojny - Robert K. Massie - ebook

Złota Seria. DREADNOUGHT Tom 2. Brytania, Niemcy i nadejście Wielkiej Wojny ebook

Robert K. Massie

0,0
60,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

„Dreadnought" to nazwa okrętu, który stał się symbolem mocarstwowości państw w okresie od początku XX w. do wybuchu pierwszej wojny światowej. To właśnie o tym okresie w kontekście rywalizacji dwóch europejskich potęg – Niemiec i Wielkiej Brytanii jest ta książka. Massie w swoim dziele skupia się przede wszystkim na ludziach władzy – od rodów królewskich, poprzez szefów rządów na admirałach i ludziach związanych z dyplomacją skończywszy. Barwność postaci i mnóstwo anegdotycznych wręcz historii z nimi związanych, a przede wszystkim znakomite pióro autora sprawia, że książkę czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem, mimo tak wielkiej jej objętości. „Dreadnought" został przez wielu krytyków uznany za najlepszą książkę Roberta K. Massie, stając się od razu klasykiem historii XX w.

„Massie jest mistrzem historycznego portretu i anegdoty..." The Wall Street Journal

„Klasyczna pozycja, wspaniale opisująca cała epokę. Błyskotliwa galeria postaci..." Chicago Sun-Times

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 870

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ty­tuł ory­gi­na­łu: Ro­bert K. Mas­sie

Dre­ad­no­ught. Bri­ta­in, Ger­ma­ny and Co­ming of the Gre­at War

Tłu­ma­cze­nie: Woj­ciech Chrza­now­ski

Re­dak­cja: Ali­na Wal­czak

Ko­rek­ta: Ali­na Wal­czak

Ilu­stra­cje: z ory­gi­na­łu oraz ze zbio­rów wła­snych wy­daw­nic­twa

Pro­jekt okład­ki: Mi­chal Szwa­gu­liń­ski

Ory­gi­nal­na wer­sja ni­niej­szej książ­ki zo­sta­ła wy­da­na przez Bal­lan­ti­ne Bo­oks, New York.

All ri­ghts re­se­rved.

Co­py­ri­ght © 1991 by Ro­bert K. Mas­sie

Co­py­ri­ght for Po­lish edi­tion © 2004 by „Fin­na”

Co­py­ri­ght for Po­lish trans­la­tion © 2004 by Woj­ciech Chrza­now­ski

ISBN: 978-83-62913-80-0

Wy­da­nie I w ję­zy­ku pol­skim

Gdańsk 2004

Fo­to­gra­fia na okład­ce tomu II: Śród­o­krę­cie S.M.S. „Sey­dlitz”

Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza FIN­NA

80-768 Gdańsk, ul. Dzie­wa­now­skie­go 5/6

tel.: +48 58 305 1993

fax: +48 58 301 5725

e-mail: fin­na@fin­na.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

CZĘŚĆ IVBrytania i Niemcy:Polityka i wzrost napięcia1906 – 1910

29Campbell – Bannerman:Liberałowie powracają do władzy

Hen­ry Camp­bell (pod ta­kim na­zwi­skiem uro­dził się w 1836 roku) wy­cho­wał się w at­mos­fe­rze prze­siąk­nię­tej so­lid­nym, upo­rząd­ko­wa­nym po­dej­ściem do po­li­ty­ki, re­li­gii i po­myśl­no­ści eko­no­micz­nej. Jego oj­ciec, Sir Ja­mes Camp­bell, był rów­no­cze­śnie od­no­szą­cym suk­ce­sy im­por­te­rem za­gra­nicz­nych to­wa­rów, jak i lor­dem Pro­vo­stem1 mia­sta Glas­gow. Sy­no­wie Camp­bel­la mie­li tak­że zaj­mo­wać się pro­wa­dze­niem in­te­re­sów, więc wcze­śnie we­szli w kon­takt z ob­cy­mi im miej­sca­mi i ję­zy­ka­mi. Hen­ry i jego star­szy brat Ja­mes czę­sto to­wa­rzy­szy­li ojcu pod­czas jego wi­zyt we Fran­cji. Gdy Hen­ry miał lat czter­na­ście, przez dzie­sięć mie­się­cy ob­jeż­dżał ra­zem z Ja­me­sem Eu­ro­pę. Nadal ma­jąc tyl­ko czter­na­ście lat, za to do­głęb­nie zna­jąc ję­zyk i li­te­ra­tu­rę fran­cu­ską, za­pi­sał się na Uni­wer­sy­tet w Glas­gow, gdzie spę­dził czte­ry lata, po czym prze­niósł się do Tri­ni­ty Col­le­ge w Cam­brid­ge, gdzie uzy­skał nie­wy­róż­nia­ją­cy dy­plom trze­ciej kla­sy z li­te­ra­tu­ry kla­sycz­nej. W 1858 roku wró­cił do Glas­gow, by pra­co­wać u boku ojca. Dwa lata póź­niej na we­se­lu bra­ta za­ko­chał się w po­zna­nej wte­dy Char­lot­cie Bru­ce, cór­ce ge­ne­ra­ła ma­jo­ra do­wo­dzą­ce­go gar­ni­zo­nem w Edyn­bur­gu. Dzień ich ślu­bu, kie­dy miał dwa­dzie­ścia pięć, a ona – dwa­dzie­ścia osiem lat, był, jak sam mó­wił, naj­szczę­śliw­szym dniem jego ży­cia. Nie mie­li dzie­ci, lecz dzie­li­li się każ­dą my­ślą i każ­dą wol­ną chwi­lą. Ba­wi­ły ich te same dow­ci­py, czę­sto roz­ma­wia­li ze sobą po fran­cu­sku i wy­my­śla­li wła­sne prze­zwi­ska dla zna­nych po­sta­ci po­li­ty­ki. Char­lot­te ob­da­rzo­na była sil­ną wolą i dość zło­śli­wie oce­nia­ła lu­dzi. Do jej obo­wiąz­ków, tak jak je poj­mo­wa­ła, na­le­ża­ła ochro­na męża przed tymi, któ­rzy by­li­by skłon­ni wy­zy­ski­wać to, co uwa­ża­ła za jego nad­mier­nie ufną na­tu­rę. Jego zaś za­da­niem, jak sam to poj­mo­wał, było dbać o nią przez cią­głą obec­ność i trwa­łe przy­wią­za­nie pod­czas po­wta­rza­ją­cych się dłu­gich okre­sów cho­ro­by. Ufał bez­względ­nie jej są­dom i -zwłasz­cza gdy przy­cho­dzi­ło oce­niać czyjś cha­rak­ter – nig­dy nie uczy­nił kro­ku bez za­się­gnię­cia jej po­ra­dy. „Zwró­ci­my się z tym do Au­to­ry­te­tu – po­wie­dział kie­dyś przy­ja­cie­lo­wi – i ona za­de­cy­du­je. Jej sądy są nie­omyl­ne”.

W 1868 roku, po dzie­się­ciu la­tach zaj­mo­wa­nia się biz­ne­sem, Hen­ry Camp­bell zo­stał wy­bra­ny do Izby Gmin z okrę­gu Stir­ling. Trzy lata póź­niej zmie­nił na­zwi­sko. Bo­ga­ty wuj, Hen­ry Ban­ner­man, zmarł po­zo­sta­wiw­szy sio­strzeń­co­wi wiel­ki spa­dek pod wa­run­kiem, że ten doda „Ban­ner­man” do swe­go na­zwi­ska. Camp­bell się zgo­dził, choć przy­szło mu tego ża­ło­wać. Do przy­ja­cie­la na­pi­sał: „Wi­dzę, że je­steś już zmę­czo­ny, pi­sząc to moje okrop­nie dłu­gie na­zwi­sko; mnie sa­me­go mę­czy to od daw­na. Za­wsze naj­bar­dziej lu­bię być na­zy­wa­ny po pro­stu Camp­bell, jak zresz­tą czy­ni więk­szość mo­ich przy­ja­ciół. […] Al­ter­na­ty­wą jest C. BZ’. Jego żona, jesz­cze mniej za­do­wo­lo­na ze zmia­ny na­zwi­ska, przez wszyst­kie lata nie­zmien­nie pi­sa­ła się po pro­stu „Char­lot­te Camp­bell”.

C. B. po­wo­li piął się w górę po­li­tycz­nej hie­rar­chii Par­tii Li­be­ral­nej. Za­nim do­szedł do ran­gi człon­ka ga­bi­ne­tu, zo­sta­jąc w 1885 roku mi­ni­strem woj­ny, spę­dził sie­dem­na­ście lat jako pro­sty po­seł w Izbie Gmin. Ku swe­mu prze­ra­że­niu stwier­dził, że za­raz na pierw­szym po­sie­dze­niu rzą­du, w ja­kim brał udział, zo­stał po­sa­dzo­ny obok sie­dem­dzie­się­cio­sze­ścio­let­nie­go pre­mie­ra – pana Glad­sto­ne’a. „Sie­dzia­łem ci­chut­ko – wspo­mi­nał Camp­bell-Ban­ner­man – „na sa­mej kra­wę­dzi krze­sła, ni­czym ja­kaś faus­se ma­rqu­ise2, oba­wia­jąc się prze­by­wać w za­się­gu skrzy­deł Wiel­kie­go Czło­wie­ka. C. B. po­zo­sta­wał w Mi­ni­ster­stwie Woj­ny pod­czas prze­si­le­nia rzą­do­we­go trze­cie­go rzą­du Glad­sto­ne’a, wró­cił do ga­bi­ne­tu, gdy Wiel­ki Sta­rzec utwo­rzył swój czwar­ty rząd i po­zo­stał na sta­no­wi­sku tak­że pod­czas krót­kiej ka­den­cji bły­sko­tli­we­go dzie­dzi­ca Glad­sto­ne’a – hra­bie­go Ro­se­be­ry.

Camp­bell-Ban­ner­man stał się zresz­tą, choć w spo­sób nie­za­mie­rzo­ny, przy­czy­ną upad­ku rzą­du Ro­se­be­ry’ego. Li­be­ral­na więk­szość w Izbie Gmin stop­nio­wo ma­la­ła, a wy­bor­cy nie lu­bi­li rzą­dów w sty­lu Glad­sto­ne’a bez Glad­sto­ne’a. Ca­ły­mi ty­go­dnia­mi rząd kuś­ty­kał ja­koś z więk­szo­ścią rzę­du sied­miu, ośmiu gło­sów. 21 czerw­ca 1895 roku te­ma­tem ob­rad był pro­jekt bu­dże­tu ar­mii, co zwy­kle po­wo­do­wa­ło opu­sto­sze­nie izby, na prze­ciw­le­głych ła­wach po­zo­sta­wa­ło za­zwy­czaj po gar­st­ce po­słów. Wnio­sek rzą­do­wy spo­czy­wał w rę­kach C. B., jako mi­ni­stra woj­ny. Nie­spo­dzie­wa­nie, w sta­ran­nie ob­li­czo­nym po­cią­gnię­ciu, opo­zy­cja po­sta­wi­ła wnio­sek o stu­fun­to­we zmniej­sze­nie pen­sji mi­ni­stra pod za­rzu­tem nie­do­sta­tecz­nych za­pa­sów kor­dy­tu3. C. B. od­parł, że w opi­nii eks­per­tów i do­rad­ców, ist­nie­je jesz­cze spo­ra re­zer­wa. Od­mó­wił jed­nak pu­blicz­ne­go przy­to­cze­nia liczb, choć pro­po­no­wał, że po­ka­że je pry­wat­nie przy­wód­com opo­zy­cji. Nie byli jed­nak tym za­in­te­re­so­wa­ni. Na sce­nę wkro­czy­li Bal­fo­ur i Cham­ber­la­in, żeby przy­łą­czyć się do ata­ku. Li­be­ral­ni whi­po­wie rzu­ci­li się w po­goń za po­sła­mi swo­jej par­tii, żeby ich od­szu­kać i zgro­ma­dzić w izbie, gdy jed­nak do­szło do gło­so­wa­nia, rzą­do­wi za­bra­kło sied­miu gło­sów. Za­miast kon­ty­nu­ować taką nędz­ną eg­zy­sten­cję – od oka­zji do oka­zji – rząd wo­lał zre­zy­gno­wać. Kró­lo­wa po­sła­ła po Sa­lis­bu­ry’ego. C. B. był obu­rzo­ny za­rzu­ta­mi o rze­ko­mych bra­kach kor­dy­tu: „Co do gło­so­wa­nia, to je­stem z nie­go bar­dzo dum­ny. Prze­cież był to nie­mal szan­taż. Już ra­czej mamy nad­miar ani­że­li nie­do­sta­tek amu­ni­cji”.

Pierw­sze lata dłu­gich rzą­dów lor­da Sa­lis­bu­ry były trud­ne dla Par­tii Li­be­ral­nej. Bra­ko­wa­ło pew­nej ręki przy­wód­cy. Glad­sto­ne, już do­brze po osiem­dzie­siąt­ce, żył bez­czyn­nie na eme­ry­tu­rze. Lord Ro­se­be­ry, na­stęp­ca Glad­sto­ne’a na sta­no­wi­sku pre­mie­ra, po­zo­sta­wał przy­wód­cą opo­zy­cji, lecz nie trzy­mał par­tii moc­no w gar­ści. Był hra­bią, mło­dym, przy­stoj­nym, szy­kow­nym, elo­kwent­nym mów­cą, ulu­bień­cem pra­sy. Jego ma­riaż z Rot­szyl­dów­ną przy­niósł mu wia­no 100 000 fun­tów szter­lin­gów, za któ­re utrzy­my­wał staj­nię wy­ści­go­wą i jacht. Pod­czas tych szes­na­stu mie­się­cy, ja­kie spę­dził na sta­no­wi­sku pre­mie­ra, dwa z jego koni wy­gra­ły Der­by, i to rok po roku. Ro­se­be­ry był z tego nie­zwy­kle dum­ny, nie­mal bar­dziej niż z ja­kie­goś suk­ce­su w po­li­ty­ce. Świa­tek to­rów wy­ści­go­wych go uwiel­biał, lecz sze­re­go­wi li­be­ra­ło­wie, twar­dzi, non­kon­for­mi­stycz­ni wy­znaw­cy za­sad pana Glad­sto­ne’a krzy­wo pa­trzy­li na spek­takl, w któ­rym ary­sto­kra­tycz­ny wig od­ry­wa się od swo­ich obo­wiąz­ków pre­mie­ra, aby za­jąć się okla­ski­wa­niem ko­nia. Sła­bość Ro­se­be­ry’ego do wy­ści­gów nie była by­najm­niej naj­więk­szą z eego sła­bo­ści. Wie­lu ob­ser­wa­to­rom wy­da­wa­ło się, że w ogó­le na­le­ży on do nie­wła­ści­wej par­tii. W spra­wach Po­łu­dnio­wej Afry­ki, Home Rule, po­li­ty­ki po­dat­ko­wej i go­spo­da­ro­wa­nia zie­mią, jego po­glą­dy pa­so­wa­ły­by bar­dziej do to­ry­sa niż do li­be­ra­ła. Glad­sto­ne, któ­ry mia­no­wał go mi­ni­strem spraw za­gra­nicz­nych, stre­ścił swo­ją o nim opi­nię, po­wia­da­jąc że „Ro­se­be­ry był jed­nym z naj­zdol­niej­szych, a tak­że naj­zac­niej­szych lu­dzi ja­kich znał, lecz za­wsze wąt­pił, czy na­praw­dę po­sia­da on odro­bi­nę zdro­we­go roz­sąd­ku”.

Po­zba­wio­ny urzę­du, po­zo­sta­jąc przy­wód­cą par­tii, Ro­se­be­ry za­czął się dą­sać. Glad­sto­ne, choć szło mu już na osiem­dzie­sią­ty siód­my rok, nadal prze­ma­wiał pu­blicz­nie, przy­cią­ga­jąc ogrom­ne tłu­my. Ro­se­be­ry uskar­żał się, że pod­wa­ża to jego po­zy­cję, aby osta­tecz­nie, stwier­dziw­szy, iż zna­lazł się „w sy­tu­acji wi­docz­nej róż­ni­cy opi­nii ze znacz­ną więk­szo­ścią mas Par­tii Li­be­ral­nej […] a tak­że w nie­ja­kim kon­flik­cie ze zda­niem pana Glad­sto­ne’a”, zre­zy­gno­wać z przy­wódz­twa par­tii. Jego na­stęp­cą zo­stał Sir Wil­liam Har­co­urt, przy­wód­ca li­be­ra­łów w Izbie Gmin, ale po roku tak­że i on po­dał się do dy­mi­sji. Whi­po­wie par­tyj­ni za­ofe­ro­wa­li przy­wódz­two Her­ber­to­wi Hen­ry’emu Asqu­itho­wi, naj­zdol­niej­sze­mu mów­cy w par­tii, lecz ten, ma­jąc czter­dzie­ści sześć lat, mu­siał za­ra­biać na ży­cie w pa­le­strze, aby zdo­być środ­ki na utrzy­ma­nie ro­dzi­ny, więc za­su­ge­ro­wał, żeby sta­no­wi­sko ob­jął Camp­bell-Ban­ner­man, star­szy od nie­go o lat szes­na­ście.

C.B. zgo­dził się, choć nie­chęt­nie. Był on so­lid­ną, bu­dzą­cą za­ufa­nie po­sta­cią, o skłon­no­ściach do ugo­dy, czło­wie­kiem wier­nym, z po­czu­ciem hu­mo­ru, prze­ni­kli­wym, uprzej­mym, do­bro­dusz­nym. Za­wsze do­tąd wier­nie to­wa­rzy­szył par­tii, choć nie wy­ka­zy­wał się szcze­gól­ną ak­tyw­no­ścią na fron­to­wych ła­wach. Be­atri­ce Webb opi­sa­ła go jako „czło­wie­ka na­da­ją­ce­go się do­sko­na­le na sta­no­wi­sko bier­ne­go part­ne­ra w ja­kimś odzie­dzi­czo­nym biz­ne­sie”. Jego zdro­wie było dość nie­pew­ne, zaś zdro­wie jego żony – cał­kiem kiep­skie. Zda­wa­ło się rze­czą nie­praw­do­po­dob­ną, by za­przągł sie­bie do tego cięż­kie­go wozu, jaki sta­no­wi­ły trud­ne i nie­ustan­ne obo­wiąz­ki przy­wód­cy par­tii. C. B. jed­nak się zgo­dził, po­nie­waż nie było ni­ko­go in­ne­go – uwa­żał za­tem, że jest to jego obo­wiąz­kiem. Z po­cząt­ku sy­tu­acja taka da­wa­ła pew­ne ko­rzy­ści: nie chciał tej ro­bo­ty, więc nikt nie mógł go oskar­żyć, że sprząt­nął mu ją sprzed nosa. Nie miał wro­gów, wszy­scy oka­zy­wa­li mu wdzięcz­ność. W 1898 roku zmarł Glad­sto­ne, co usu­nę­ło ze sce­ny jego wiel­ką, od czter­dzie­stu lat przy­ćmie­wa­ją­cą wszyst­kich po­li­ty­ków li­be­ral­nych po­stać. Nie­któ­rym z li­be­ra­łów bra­ko­wa­ło bły­sko­tli­wo­ści i cza­ru lor­da Ro­se­be­ry, inni jed­nak byli za­do­wo­le­ni z fak­tu, że na­resz­cie roz­wia­ła się mgieł­ka wąt­pli­wo­ści ota­cza­ją­ca ostat­nio in­ten­cje przy­wód­cy par­tii. Wo­kół C. B. nie było ni­cze­go enig­ma­tycz­ne­go. Twar­do ob­sta­wał za ide­ami li­be­ral­ny­mi w ich naj­prost­szej po­sta­ci i wy­raź­nie pra­co­wał nad do­pro­wa­dze­niem par­tii Li­be­ral­nej z po­wro­tem do wła­dzy… po­wia­da­no, że „wiel­ką prze­wa­gą Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na było to, iż za­wsze wy­glą­dał na tkwią­ce­go w za­mę­cie bi­twy, pod­czas gdy lord Ro­se­be­ry za­wsze zda­wał się być po­nad tym”. Przez sie­dem lat swo­je­go przy­wódz­twa, ja­kie upły­nę­ły za­nim li­be­ra­ło­wie zdo­by­li wła­dzę w 1905 roku, C. B. za­wsze skrom­nie po­wia­dał, że kwe­stia, kto zo­sta­nie pre­mie­rem w na­stęp­nym rzą­dzie li­be­ra­łów, po­win­na zo­stać zde­cy­do­wa­na do­pie­ro wte­dy, gdy chwi­la ta na­dej­dzie. Przez ja­kiś czas C. B. mó­wił na­wet przy­ja­cio­łom, że lord Ro­se­be­ry, gdy­by tyl­ko ze­chciał, mógł­by w każ­dej chwi­li ob­jąć po­now­nie przy­wódz­two. „Drzwi za­wsze po­zo­sta­ją otwar­te na po­wrót lor­da Ro­se­be­ry” – po­wie­dział.

Spra­wą, któ­ra uczy­ni­ła po­wrót lor­da Ro­se­be­ry nie­moż­li­wym i tak głę­bo­ko po­dzie­li­ła Par­tię Li­be­ral­ną, że ta nie mo­gła w ża­den spo­sób dojść do wła­dzy, była woj­na bur­ska. Camp­bell-Ban­ner­man od sa­me­go po­cząt­ku zda­wał so­bie spra­wę, że woj­na roz­bi­je jed­ność par­tii. Jej więk­szość – zgod­nie ze sta­rą tra­dy­cją Glad­sto­ne’a – była tej woj­nie prze­ciw­na. Spo­śród li­de­rów na­le­że­li do niej: C. B., Mor­ley i Lloyd Geo­r­ge. Prze­ciw­sta­wia­li się oni im­pe­ria­li­zmo­wi, tak jak nie­gdyś Glad­sto­ne, a w Im­pe­rium do­strze­ga­li za­rów­no na­rzę­dzie za­stra­sza­nia i wy­zy­sku, jak i jego wpływ cy­wi­li­za­cyj­ny. W tym kon­kret­nym przy­pad­ku przy­czyn woj­ny upa­try­wa­li w nik­czem­nym po­stę­po­wa­niu nie­któ­rych człon­ków rzą­du, przede wszyst­kim Cham­ber­la­ina. To mi­ni­ster ko­lo­nii, w so­ju­szu z Rho­de­sem, uknuł plu­ga­wą in­try­gę w in­te­re­sie ban­dy uga­nia­ją­cych się za zy­skiem osob­ni­ków, któ­rzy chcie­li wy­ko­rzy­stać po­tę­gę wiel­kie­go kra­ju, aby stłu­mić wol­ność i wy­kraść skar­by ma­łym i bez­bron­nym. Z ta­kiej per­spek­ty­wy Bu­ro­wie byli „ma­łym na­ro­dem wal­czą­cym o pra­wo do wol­no­ści”, zaś ul­ti­ma­tum Kru­ge­ra było de­spe­rac­kim wy­zwa­niem, w któ­re pre­zy­dent Bu­rów zo­stał wcią­gnię­ty na sku­tek prze­myśl­nej pro­wo­ka­cji.

Ro­se­be­ry od­rzu­cał ta­kie sta­no­wi­sko i w spra­wie woj­ny opo­wia­dał się za rzą­dem. Były pre­mier jed­nak tak da­le­ko już zdry­fo­wał od mas par­tyj­nych, że jego po­glą­dy nie po­wo­do­wa­ły więk­szych skut­ków. Znacz­nie waż­niej­sze było sta­no­wi­sko zaj­mo­wa­ne przez trój­kę bar­dzo ak­tyw­nych, młod­szych wie­kiem li­de­rów li­be­ra­łów, H. H. Asqu­itha, Sir Edwar­da Greya i Ri­char­da B. Hal­da­ne’a, któ­rzy, choć moc­no od­da­ni par­tii, to jed­nak w spra­wie Po­łu­dnio­wej Afry­ki po­pie­ra­li rząd. Za tym trium­wi­ra­tem sta­ło pięć­dzie­się­ciu sze­re­go­wych po­słów li­be­ral­nych, a cała ta gru­pa na­zy­wa­na była li­be­ral­ny­mi im­pe­ria­li­sta­mi. Dla Asqu­itha, by­łe­go mi­ni­stra spraw we­wnętrz­nych i naj­wy­bit­niej­sze­go człon­ka tej frak­cji, klu­czo­wą spra­wą było: kto roz­po­czął tę woj­nę? Dla nie­go de­cy­du­ją­cy­mi kro­ka­mi były: bur­skie ul­ti­ma­tum i wtar­gnię­cie Bu­rów na przy­le­ga­ją­ce te­ry­to­ria bry­tyj­skie. Asqu­ith wy­ja­śniał to tak: „My [li­be­ral­ni im­pe­ria­li­ści] uwa­ża­li­śmy, że ani rząd, ani na­ród bry­tyj­ski nie dą­żył do tej woj­ny, lecz zo­sta­ła nam ona na­rzu­co­na bez do­sta­tecz­ne­go po­wo­du i cał­ko­wi­cie wbrew na­szej woli”. Z ca­łe­go ser­ca zga­dzał się z nim Grey: „W tej woj­nie słusz­ność jest po na­szej stro­nie. Jest to woj­na spra­wie­dli­wa. Jest to woj­na, któ­ra zo­sta­ła temu kra­jo­wi na­rzu­co­na”. Camp­bell-Ban­ner­man nie spie­rał się, że w wą­skim ro­zu­mie­niu, bur­skie ul­ti­ma­tum uczy­ni­ło woj­nę nie­unik­nio­ną. „Bu­ro­wie do­pu­ści­li się aktu agre­sji, co spo­wo­do­wa­ło, że oczy­wi­stym obo­wiąz­kiem każ­de­go z nas sta­ło się jej prze­ciw­sta­wić” – oznaj­mił. Uwa­żał jed­nak, że cała sy­tu­acja zo­sta­ła za­ognio­na przez po­li­ty­kę rzą­du bry­tyj­skie­go. Jak to ujął sam C. B.: „za­wsze by­łem prze­ciw Jo­emu, lecz nig­dy za Kru­ge­rem”. I tak oto Camp­bell-Ban­ner­man, któ­ry sza­no­wał Asqu­itha, je­śli na­wet nie po­dzie­lał jego po­glą­dów, zna­lazł się po­środ­ku, mię­dzy li­be­ral­ny­mi im­pe­ria­li­sta­mi a li­be­ral­ny­mi pa­cy­fi­sta­mi. Dla po­zo­sta­łych przy­wód­ców li­be­ral­nych im­pe­ria­li­stów miał je­dy­nie po­gar­dę. Ma­jąc we zwy­cza­ju uży­wać ter­mi­nu „Ma­ster”4 wo­bec lu­dzi któ­rych nie lu­bił, C. B. zwykł był ma­wiać „Ma­ster Hal­da­ne” i”Ma­ster Grey”, lecz nig­dy nie użył zwro­tu „Ma­ster Asqu­ith”.

Po­li­tycz­ne skut­ki woj­ny bur­skiej dały o so­bie znać we wrze­śniu 1900 roku, kie­dy to Ar­mia Bry­tyj­ska, ochło­nąw­szy po po­cząt­ko­wych po­raż­kach, za­ję­ła Pre­to­rię i Jo­han­nes­burg. Cham­ber­la­in wy­tłu­ma­czył Sa­lis­bu­ry’emu, że nad­szedł wła­ści­wy czas na za­rzą­dze­nie wy­bo­rów po­wszech­nych, aby zdys­kon­to­wać eu­fo­rię zwy­cię­stwa i sko­rzy­stać na po­dzia­łach wśród li­be­ra­łów. Po­dzie­lo­na par­tia C. B. nie mia­ła żad­nych szans. Cham­ber­la­in, mistrz pro­pa­gan­dy po­li­tycz­nej, cią­gle wy­ko­rzy­sty­wał mo­tyw, że kan­dy­da­ci li­be­ra­łów są przy­ja­ciół­mi wro­gów kra­ju i mogą pod­wa­żać po­li­ty­kę bry­tyj­ską oraz za­dać cios w ple­cy bry­tyj­skim żoł­nie­rzom. Wy­bo­ry sta­ły się te­stem pa­trio­ty­zmu. Unio­ni­stycz­ni ora­to­rzy bez prze­rwy ogła­sza­li, że spra­wa jest pro­sta – pa­trio­tyzm lub zdra­da. „Głos na li­be­ra­łów jest gło­sem od­da­nym na Bu­rów” –  krzy­cza­ły pla­ka­ty i mów­cy w ca­łym kra­ju. Atak ten po­głę­biał jesz­cze już i tak głę­bo­ki po­dział w Par­tii Li­be­ral­nej. Jej kan­dy­da­ci czę­sto po­tę­pia­li sie­bie na­wza­jem za­miast Unio­ni­stów, zaś nad wszyst­kim trium­fal­nie uno­sił się Cham­ber­la­in, gło­szą­cy, że na­wet naj­mniej­szy suk­ces li­be­ra­łów osła­biał­by rząd i wią­zał mu ręce w za­koń­cze­niu woj­ny i po­stę­po­wa­niu z bun­tow­ni­czy­mi Bu­ra­mi. Po­ło­że­nie Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na było bez­na­dziej­ne. Był on świa­dom, że wie­lu wy­bor­com by­najm­niej nie po­do­ba­ła się re­to­ry­ka Unio­ni­stów i wie­dział, że ogło­sze­nie wy­bo­rów w ta­kim wła­śnie mo­men­cie było po­li­tycz­nym tri­kiem. Ro­zu­miał też, że wie­lu tych sa­mych wy­bor­ców wie­rzy­ło, iż po­raż­ka rzą­du by­ła­by po­trak­to­wa­na przez Bu­rów i obce mo­car­stwa jako od­rzu­ce­nie do­tych­cza­so­wej po­li­ty­ki bry­tyj­skiej w Po­łu­dnio­wej Afry­ce, w któ­rą kraj wlał już ist­ne po­to­ki krwi i pie­nię­dzy.

Cham­ber­la­in, ra­du­jąc się z ocze­ki­wa­ne­go zwy­cię­stwa, pra­gnął nie tyl­ko po­ko­nać, ale wręcz znisz­czyć swo­ją daw­ną par­tię. Wzy­wał do dru­zgo­cą­ce­go zwy­cię­stwa, któ­re zmio­tło­by li­be­ra­łów jak la­wi­na. Gdy jed­nak na­de­szły wy­ni­ki wy­bo­rów – 2 428 492 do 2 105 518 – to nie było to zwy­cię­stwo da­ją­ce na­dzie­ję na uni­ce­stwie­nie prze­ciw­ni­ka; tak wła­ści­wie, to zgod­nie z de­fi­ni­cją Cham­ber­la­ina, po­nad 2 mi­lio­ny Bry­tyj­czy­ków same ogło­si­ły się „zdraj­ca­mi”. „Wy­bo­ry bar­wy kha­ki”, sto­czo­ne wo­kół jed­nej je­dy­nej kwe­stii, za­pew­ni­ły jed­nak Par­tii Unio­ni­stów dal­sze sześć lat spra­wo­wa­nia wła­dzy. Z prak­tycz­ne­go punk­tu wi­dze­nia Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na, nie było to wca­le tak źle; Par­tia Li­be­ral­na, nadal uwi­kła­na w po­dzia­ły we­wnętrz­ne, nie była jesz­cze go­to­wa do ob­ję­cia rzą­dów.

Po­li­ty­ka była tyl­ko czę­ścią ży­cia Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na. Sie­dem mie­się­cy w roku prze­zna­czał na Lon­dyn, Par­tię Li­be­ral­ną, Izbę Gmin i biu­ra rzą­do­we. Pod­czas tych mie­się­cy po­świę­cał się cał­ko­wi­cie, z week­en­da­mi włącz­nie. Nie by­wał za­pra­sza­ny na przy­ję­cia i obia­dy czy cią­gną­ce się do póź­nej nocy ko­la­cje, nie cha­dzał też na par­ty do wiel­kich do­mów, któ­re tak po­cią­ga­ły Bal­fo­ura i Asqu­itha. W za­mian za to C. B. za­żą­dał rocz­nie pię­ciu mie­się­cy wol­ne­go, aby móc je po­świę­cić żo­nie i sa­me­mu so­bie. Trzy z tych mie­się­cy spę­dza­li oni w swo­im domu w hrab­stwie Per­th­shi­re. Bel­mont było wik­to­riań­skim dwor­kiem zbu­do­wa­nym bez ja­kie­goś kon­kret­ne­go pla­nu, wy­po­sa­żo­nym w pu­szy­ste dy­wa­ny, głę­bo­kie skó­rza­ne fo­te­le i wiel­kie ko­min­ki. Wo­kół nie­go ob­szer­ne traw­ni­ki roz­cią­ga­ły się aż do krę­gu gi­gan­tycz­nych je­sio­nów, bu­ków, świer­ków i so­sen. Po przy­by­ciu do Bel­mont pierw­szym za­ję­ciem C. B. było za­wsze od­wie­dze­nie swo­ich drzew, po­kło­nie­nie się im, a cza­sa­mi na­wet po­wie­dze­nie im „dzień do­bry”. Przed jed­nym, szcze­gól­nie wspa­nia­łym oka­zem, zwykł był za­wsze uchy­lać ka­pe­lu­sza i dwor­ską ma­nie­rą za­py­ty­wać: „Jak tam pani zdro­wie?”. W Bel­mont nie było do­zwo­lo­ne nic, do cze­go miesz­kań­cy nie byli przy­zwy­cza­je­ni. Nie było tam sa­mo­cho­dów, je­dy­nie sta­re ko­nie, sta­re po­wo­zy, sta­re psy – wie­le psów – jego i jej – i sta­rzy słu­żą­cy. C. B. był lo­jal­ny; ten kto do­brze mu słu­żył nie był po­zo­sta­wia­ny na ła­skę losu. Miał on dużą ko­lek­cję la­sek i każ­de­go dnia, gdy wy­bie­rał so­bie jed­ną przed wyj­ściem na spa­cer, do po­zo­sta­łych mru­czał czu­łe sło­wa uspra­wie­dli­wie­nia i po­cie­sze­nia za to, że tym ra­zem zo­sta­wiał je w domu. Szu­fla­da jego biur­ka była peł­na ob­rzyn­ków ołów­ków – sta­rych przy­ja­ciół, jak wy­ja­śniał, „któ­rzy za­słu­gi­wa­li na odro­bi­nę tro­ski, gdy ich dni do­bie­gły kre­su”.

Każ­de­go roku Camp­bell-Ban­ner­man z żoną spę­dzał dwa mie­sią­ce na kon­ty­nen­cie, po­dró­żu­jąc po Fran­cji, Szwaj­ca­rii, Wło­szech lub Hisz­pa­nii, za­wsze punk­tu­al­nie na po­cząt­ku sierp­nia zja­wia­jąc się w Ma­rien­ba­dzie, gdzie Char­lot­ta mo­gła wy­po­cząć i od­być ku­ra­cję. C.B. ko­chał Fran­cję i czę­sto moż­na go było zo­ba­czyć prze­sia­du­ją­ce­go w pa­ry­skiej re­stau­ra­cji czy prze­glą­da­ją­ce­go rze­czy w tam­tej­szych skle­pach. Cza­sa­mi wy­my­kał się z Lon­dy­nu do Do­ver, aby usiąść na molo i ob­ser­wo­wać, jak przy­bi­ja­ją i od­cu­mo­wu­ją kur­su­ją­ce przez Ka­nał pa­row­ce. Od cza­su do cza­su de­cy­do­wał się na udo­sko­na­lo­ną wer­sję ta­kie­go wy­po­czyn­ku, wsia­da­jąc na po­ran­ny prom do Ca­la­is, gdzie po­zwa­lał so­bie na przy­jem­ność spo­ży­cia do­sko­na­łe­go lun­chu w re­stau­ra­cji tam­tej­sze­go Gare Ma­ri­ti­me5, aby po po­łu­dniu po­wró­cić do An­glii. Wśród pa­pie­rów, ja­kie zwykł wo­zić ze sobą, za­wsze znaj­do­wa­ła się ja­kaś po­wieść Bal­za­ca, Flau­ber­ta, Ana­to­le’a Fran­ce’a czy Zoli, lecz jego naj­waż­niej­szą przy­jem­no­ścią było po pro­stu sie­dze­nie i ob­ser­wo­wa­nie lu­dzi. Nie­wie­lu tyl­ko spo­glą­da­ło na nie­go i do koń­ca swo­ich dni po­błaż­li­wie trak­to­wał samą myśl, że ktoś mógł­by uwa­żać go za waż­ną per­so­nę.

Twier­dze­nia rzą­du Unio­ni­stów o zwy­cię­stwie od­nie­sio­nym w Po­łu­dnio­wej Afry­ce nie mia­ły po­kry­cia w fak­tach. I choć nad Jo­han­nes­bur­giem i Pre­to­rią po­wie­wał Union Jack, a wzgó­rza nad Bal­mo­ral oświe­tlo­no re­flek­to­ra­mi dla uczcze­nia trium­fu, to bur­scy wo­jow­ni­cy by­najm­niej nie od­da­li pola. Nie byli już, oczy­wi­ście, zor­ga­ni­zo­wa­ni w puł­ki, lecz ra­czej dzia­ła­li skry­cie jako od­dzia­ły par­ty­zanc­kie, nie­wiel­kie gru­py jeźdź­ców, któ­rzy nie­spo­dzie­wa­nie ude­rza­li w nie­ru­cha­we pod­od­dzia­ły bry­tyj­skiej pie­cho­ty i ko­lum­ny za­opa­trze­nio­we, aby za­raz roz­pły­nąć się na bez­kre­snym veld­cie. Or­to­dok­syj­na tak­ty­ka woj­sko­wa była tu bez­u­ży­tecz­na; za­nim nad­cią­gnę­ła bry­tyj­ska lub im­pe­rial­na6 ka­wa­le­ria, żeby ru­szyć w po­ścig, par­ty­zan­ci za­wsze zdą­ży­li prze­kształ­cić się w spo­koj­nych bur­skich far­me­rów, orzą­cych zie­mię w tych sa­mych wor­ko­wa­tych ubra­niach ro­bo­czych, w któ­rych kil­ka dni wcze­śniej bra­li udział w wal­kach. Broń ukry­wa­li w do­mach, zaś ich szyb­kie ko­nie, dzię­ki któ­rym mo­gli od­by­wać swo­je bły­ska­wicz­ne raj­dy, rów­nie spo­koj­nie pa­sły się na po­lach.

Kit­che­ner, któ­ry w grud­niu 1900 roku ob­jął sta­no­wi­sko na­czel­ne­go do­wód­cy po lor­dzie Ro­bert­sie, pod­szedł do tego pro­ble­mu z bru­tal­ną lo­gi­ką: je­śli w woj­nie ru­cho­wej nie po­tra­fił przy­gwoź­dzić dwu­dzie­stu ty­się­cy bur­skiej kon­ni­cy z po­mo­cą 250 0007 od­dzia­łów bry­tyj­skich, to mu­siał zmniej­szyć, a po­tem zli­kwi­do­wać moż­li­wo­ści ma­new­ru od­dzia­łów par­ty­zanc­kich. Po­wsta­ło więc osiem ty­się­cy blok­hau­zów8 zbu­do­wa­nych z ka­mie­nia i bla­chy fa­li­stej, wzno­szo­nych naj­pierw wzdłuż li­nii ko­le­jo­wych, a po­tem po ca­łym kra­ju. Osta­tecz­nie cały veldt zo­stał po­kry­ty, ni­czym ko­ron­ką, sie­cią ma­łych for­tów, po­łą­czo­nych dru­tem kol­cza­stym a po­ło­żo­nych od sie­bie w za­się­gu strza­łu. Gdy już kraj zo­stał w ten spo­sób po­dzie­lo­ny, Kit­che­ner prze­cze­sał go w spo­sób przy­po­mi­na­ją­cy po­lo­wa­nie na ba­żan­ty w hrab­stwie Nor­folk. Na­wet ję­zyk, ja­kie­go uży­wał Kit­che­ner i eego ofi­ce­ro­wie wy­wia­du, przy­po­mi­nał ter­mi­no­lo­gię ło­wiec­ką: tyle a tyle „na­go­nek”, tyle „zdo­by­czy”, tyle „ubi­tych”. Pę­dząc wszyst­ko przed sobą, za sobą ar­mia po­zo­sta­wia­ła oczysz­czo­ny te­ren. Wszyst­kie zbio­ry, sta­no­wią­ce po­ten­cjal­ne źró­dło żyw­no­ści dla od­dzia­łów par­ty­zanc­kich, były pa­lo­ne. Po­dob­nie czy­nio­no też z każ­dą far­mą, mo­gą­cą słu­żyć im za schro­nie­nie lub punkt zbor­ny. Wszy­scy schwy­ta­ni w sieć miesz­kań­cy wsi, w więk­szo­ści ko­bie­ty i dzie­ci, byli wy­sie­dla­ni, za­pę­dza­ni do wa­go­nów i od­sta­wia­ni do jed­ne­go z dwu­dzie­stu czte­rech obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych zbu­do­wa­nych i za­rzą­dza­nych przez ar­mię. Obo­zy te, po­śpiesz­nie wznie­sio­ne mia­stecz­ka na­mio­tów, na­ra­żo­ne były la­tem na słoń­ce i deszcz, zaś zimą – na lo­do­wa­te wia­try, mia­ły nie­do­sta­tecz­ną licz­bę la­tryn i cier­pia­ły na nie­do­sta­tek czy­stej wody. Po­nie­waż za­mknię­ci w nich lu­dzie uwa­ża­ni byli za ro­dzi­ny bur­skich par­ty­zan­tów – wy­da­wa­no im je­dy­nie zmniej­szo­ne ar­mij­ne ra­cje żyw­no­ścio­we. Nie było w nich mię­sa, ja­rzyn, mle­ka dla dzie­ci, ani my­dła; woda była za­nie­czysz­czo­na. Po­ja­wił się dur brzusz­ny. W cią­gu czter­na­stu mie­się­cy, pod­czas któ­rych po­pu­la­cja obo­zów roz­ro­sła się do 117 000 osób, zmar­ło od 18 do 28 ty­się­cy spo­śród nich, w więk­szo­ści ko­biet i dzie­ci.

Bry­ta­nia do­wie­dzia­ła się o tych prze­ra­ża­ją­cych spra­wach z ze­znań pew­nej peł­nej pa­sji ko­bie­ty w śred­nim wie­ku, Emi­ly Ho­bho­use, któ­ra ob­je­cha­ła owe obo­zy i wró­ci­ła do An­glii. Uda­ła się na spo­tka­nie z Sir Joh­nem Bro­de­ric­kiem, unio­ni­stycz­nym mi­ni­strem woj­ny, któ­ry grzecz­nie ją wy­słu­chał, lecz od­mó­wił an­ga­żo­wa­nia się w spra­wę. Wte­dy po­szła spo­tkać się z Camp­bel­lem-Ban­ner­ma­nem. Li­der Par­tii Li­be­ral­nej sie­dział w mil­cze­niu, gdy ko­bie­ta wy­rzu­ca­ła z sie­bie całą tę hi­sto­rię: „ma­so­we pa­le­nie farm […] de­por­ta­cje […] po­go­rzel­cy spro­wa­dza­ni w set­kach kon­wo­jów […] po­zba­wie­ni odzie­ży […] na wpół za­gło­dze­ni w obo­zach […] ogar­nię­te go­rącz­ką dzie­ci […] le­żą­ce na go­łej zie­mi […] prze­ra­ża­ją­ca śmier­tel­ność”. C. B. zde­cy­do­wał się prze­mó­wić. Ty­dzień póź­niej, 14 czerw­ca, na obie­dzie wy­da­nym przez li­be­ra­łów w re­stau­ra­cji „Hol­born” mó­wił o na­tu­rze woj­ny. „Czę­sto uży­wa­nym [przez rząd] zwro­tem jest «woj­na jest woj­ną», lecz gdy za­py­tać się co to wła­ści­wie zna­czy, sły­szy się że wła­ści­wie nie ma żad­nej woj­ny, że to nie jest woj­na. Kie­dy więc woj­na nie jest woj­ną? Otóż wte­dy, gdy pro­wa­dzo­na jest w Po­łu­dnio­wej Afry­ce me­to­da­mi bar­ba­rzyń­ski­mi”.

Nad jego gło­wą roz­pę­ta­ła się bu­rza gnie­wu. Był wy­ty­ka­ny w pra­sie po­pu­lar­nej, kry­ty­ko­wa­ny w pry­wat­nych klu­bach, wy­rzu­co­ny poza na­wias ele­ganc­kie­go to­wa­rzy­stwa. Oto li­der Par­tii Li­be­ral­nej, były mi­ni­ster woj­ny, pa­skud­nie znie­wa­żył Ar­mię Bry­tyj­ską. Pro­bu­ryzm się­gnął zdra­dy. Oczy­wi­ście, taki czło­wiek nig­dy nie mógł­by zo­stać pre­mie­rem. Camp­bell-Ban­ner­man nie za­chwiał się. Trzy dni póź­niej po­wtó­rzył swo­je sło­wa w Izbie Gmin. Roz­grze­szał wy­ko­nu­ją­cych roz­ka­zy żoł­nie­rzy: „Nig­dy nie po­wie­dzia­łem ani sło­wa, któ­re su­ge­ro­wa­ło­by okru­cień­stwo, czy choć­by obo­jęt­ność ze stro­ny ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy Ar­mii Bry­tyj­skiej. Uwa­żam, że to cały sys­tem jest, aby użyć sło­wa, ja­kie już za­sto­so­wa­łem, bar­ba­rzyń­ski”. Ta po­wtór­ka po­now­nie za­ogni­ła sy­tu­ację, tak wśród Unio­ni­stów, jak i li­be­ral­nych im­pe­ria­li­stów. Z miej­sca pod­niósł się Hal­da­ne, aby wy­ra­zić ubo­le­wa­nie, że pa­dło tu­taj sło­wo „bar­ba­rzyń­ski” oraz zdy­stan­so­wać się – wy­ra­ża­jąc tak­że opi­nię swo­ich ko­le­gów – od sta­no­wi­ska przy­wód­cy par­tii. W gło­so­wa­niu, do ja­kie­go po­tem do­szło, pięć­dzie­się­ciu li­be­ra­łów, mię­dzy nimi Asqu­ith, Grey i Hal­da­ne, wstrzy­ma­ło się od gło­su. Trzy dni póź­niej Asqu­ith wy­po­wie­dział się na ten te­mat w mo­wie wy­gło­szo­nej w ho­te­lu „Li­ver­po­ol Sta­tion”. „Nie zmie­ni­li­śmy na­szych po­glą­dów – po­wie­dział – Nie ża­łu­je­my ich […] i nie od­wo­ła­my ich”. Na­stą­pi­ły ko­lej­ne pu­blicz­ne obia­dy i kontr­obia­dy; pe­wien ob­ser­wa­tor okre­ślił to jako „woj­nę na noże […] i wi­del­ce”. Za­pla­no­wa­ny zo­stał obiad na cześć Asqu­itha; C. B. za­ape­lo­wał do nie­go, żeby go odło­żyć i za­stą­pić obia­dem na rzecz jed­no­ści par­tii, na któ­rym prze­wod­ni­czył­by on sam. Asqu­ith od­mó­wił. Na ja­kimś lun­chu prze­ma­wiał Ro­se­be­ry, ata­ku­jąc fra­ze­olo­gię C.B., jego „bar­ba­rzyń­skie me­to­dy, lecz nie sta­jąc u boku Asqu­itha. „Mu­szę orać swój za­gon sa­mot­nie – po­wie­dział słu­cha­czom – Ta­kie już moje prze­zna­cze­nie, z któ­rym mogę się zga­dzać lub nie zga­dzać. Lecz za­nim doj­dę do koń­ca tej bruz­dy, moż­li­we że nie będę już sam”. Wio­sną 1902 roku Asqu­ith i Ro­se­be­ry nadal byli po­dzie­le­ni, zga­dza­li się tyl­ko w sprze­ci­wie wo­bec spo­so­bu spra­wo­wa­nia przez Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na przy­wódz­twa par­tii.

I oto w tym wła­śnie mo­men­cie, gdy przy­szłość Par­tii Li­be­ral­nej ry­so­wa­ła się w naj­czar­niej­szych bar­wach, Jo­seph Cham­ber­la­in roz­wa­lił rząd Unio­ni­stów swo­ją pro­po­zy­cją na­ło­że­nia cła na im­por­to­wa­ne zbo­że. Boje wo­kół „pre­fe­ren­cji im­pe­rial­nej” cią­gnę­ły się przez trzy lata, sta­wia­jąc pre­mie­ra prze­ciw mi­ni­stro­wi ko­lo­nii, po­cią­ga­jąc za sobą re­zy­gna­cje i de­zer­cje z sze­re­gów, a to­wa­rzy­szy­ły temu cią­głe prze­gra­ne Unio­ni­stów w wy­bo­rach uzu­peł­nia­ją­cych. Je­sie­nią 1905 roku mało kto miał jesz­cze wąt­pli­wo­ści, że gdy­by do­szło do wy­bo­rów po­wszech­nych, zwy­cię­stwo przy­pa­dło­by li­be­ra­łom. Ar­thur Bal­fo­ur, po­li­tycz­nie zu­ży­ty i cier­pią­cy na za­pa­le­nie oskrze­li oraz żył, tak­że wy­da­wał się skła­niać do odej­ścia.

Król dał do zro­zu­mie­nia, że gdy­by Bal­fo­ur zre­zy­gno­wał, jego wy­bór pad­nie na Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na. Król Edward nie za­wsze ży­wił ta­kie uczu­cia wo­bec C. B. Po jego mo­wie o „bar­ba­rzyń­skich me­to­dach” mo­nar­cha py­tał lor­da Sa­lis­bu­ry, czy li­de­ra li­be­ra­łów nie da­ło­by się ja­koś uci­szyć. Pre­mier od­po­wie­dział, że ja­ka­kol­wiek pró­ba w tym kie­run­ku nie by­ła­by mą­drym po­cią­gnię­ciem i by­ła­by po­strze­ga­na jako wtrą­ca­nie się Dwo­ru w po­li­ty­kę par­tyj­ną. Król mu­siał za­do­wo­lić się tym, że gdy on i C. B. zmu­sze­ni byli się spo­tkać, mo­nar­cha oka­zy­wał mu tyl­ko nie­zbęd­ne mi­ni­mum uprzej­mo­ści. Z upły­wem cza­su uczu­cia te ła­god­nia­ły. Obaj pa­no­wie mie­li po­dob­ne gu­sty, obaj ko­cha­li Fran­cję i Pa­ryż, obaj co­rocz­nie uda­wa­li się na ku­ra­cję do Ma­rien­ba­du. To wła­śnie w Cze­chach, kie­dy król i przy­wód­ca li­be­ra­łów mie­li oka­zję po­ga­dać nie­for­mal­nie, król od­krył, że C. B. jest „tak bez­po­śred­ni, tak życz­li­wie uspo­so­bio­ny, tak mą­dry i pe­łen hu­mo­ru, że nie spo­sób go nie lu­bić”. So­lid­ne i bez­pre­ten­sjo­nal­ne za­le­ty Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na były cał­kiem od­mien­ne od ulot­nych cza­rów Bal­fo­ura. Pod­czas tych kon­wer­sa­cji król od­krył, że Sir Hen­ry jest „cał­kiem roz­sąd­ny w spra­wach po­li­ty­ki za­gra­nicz­nej”. Król Edward był prze­cież przede wszyst­kim re­ali­stą. Przez sie­dem już lat był C. B. li­de­rem Par­tii Li­be­ral­nej. Było też oczy­wi­ste, że li­be­ra­ło­wie wra­ca­ją do wła­dzy. Król za­tem miał już nie­dłu­go mieć do czy­nie­nia z Sir Hen­rym jako pre­mie­rem, cze­muż by więc nie spró­bo­wać za­przy­jaź­nić się z nim? „Ja­dłem z kró­lem lunch – pi­sał z Ma­rien­ba­du C. B. do przy­ja­cie­la w sierp­niu 1905 – Po­wie­dział mi, że bar­dzo był kon­tent z moż­li­wo­ści wy­mia­ny po­glą­dów ze mną, wkrót­ce bo­wiem obej­mę urząd, i to bar­dzo wy­so­ki urząd”. Za­ży­łość mię­dzy nimi kwi­tła: „Nie­mal po­ło­wę po­sił­ków spo­ży­wam w to­wa­rzy­stwie JKM – cią­gnął Camp­bell-Ban­ner­man – Zda­je mi się, że moi ro­da­cy [w Ma­rien­ba­dzie] są wiel­ce za­sko­cze­ni gdy wi­dzą z ja­kim trak­tu­je mnie za­ufa­niem, uzna­niem i za­ży­ło­ścią”.

W mia­rę jak zbli­ża­ły się wy­bo­ry, je­dy­ny­mi kwe­stia­mi były roz­mia­ry zwy­cię­stwa oraz czy li­be­ra­ło­wie, tak dłu­go od­su­nię­ci od wła­dzy, są go­to­wi do ob­ję­cia rzą­dów. Camp­bell-Ban­ner­man wie­rzył, że są, a bę­dąc go­tów sa­me­mu ob­jąć sta­no­wi­sko pre­mie­ra, rów­nie go­tów był ustą­pić, gdy­by oka­za­ło się, że ktoś inny spo­śród li­be­ra­łów mógł­by za­pew­nić bar­dziej har­mo­nij­ne rzą­dy. Przez pe­wien czas, wio­sną i la­tem 1905 roku, wy­da­wa­ło się, że wy­bór może paść na lor­da Spen­ce­ra, przy­wód­cę li­be­ra­łów w Izbie Lor­dów. Prze­zy­wa­ny „Czer­wo­nym Hra­bią”, co zresz­tą na­le­ża­ło przy­pi­sać ra­czej bar­wie jego bro­dy ani­że­li od­cie­nio­wi jego po­li­ty­ki, od­słu­żył on wie­le lat za cza­sów Glad­sto­ne’a, a jego spo­koj­ne i nie­wy­ma­ga­ją­ce me­to­dy zda­wa­ły się ura­żać naj­mniej­szą licz­bę człon­ków par­tii. Rów­nież Ro­se­be­ry sta­no­wił pew­ną moż­li­wość, choć dość od­le­głą, jego bo­wiem sa­mot­ni­cze ma­nie­ry po­li­tycz­ne od­da­li­ły go za­rów­no od przy­wód­ców par­tii, jak i od sze­re­go­wych jej człon­ków. Je­sie­nią roz­łam mię­dzy Camp­bel­lem-Ban­ner­ma­nem a Ro­se­be­rym jesz­cze się po­sze­rzył, co spo­wo­do­wa­ły ich roz­bież­ne po­glą­dy w kwe­stii Home Rule. Camp­bell-Ban­ner­man opo­wia­dał się za praw­dzi­wą Home Rule („sku­tecz­nym kie­ro­wa­niem spra­wa­mi Ir­lan­dii po­przez od­da­nie ich w ręce re­pre­zen­ta­tyw­nej Wła­dzy Ir­landz­kiej”), jed­nak­że wpro­wa­dza­ną krok po kro­ku. Ro­se­be­ry od­rzu­cał peł­ny sa­mo­rząd ir­landz­ki w każ­dej for­mie i oznaj­miał, jak­by bił w dzwo­ny: „Z na­ci­skiem i wy­raź­nie raz na za­wsze stwier­dzam, że nie mogę słu­żyć pod tym sztan­da­rem”.

Je­sie­nią 1905 roku lord Spen­cer do­znał wy­le­wu krwi do mó­zgu, któ­ry za­koń­czył jego ka­rie­rę po­li­tycz­ną. Ro­se­be­ry sam sie­bie wy­eli­mi­no­wał z dal­szych roz­wa­żań. Ogól­nym fa­wo­ry­tem był te­raz Camp­bell-Ban­ner­man, cie­szą­cy się po­wszech­nym uzna­niem w sze­re­gach par­tyj­nych, a tak­że wy­raź­nie pre­fe­ro­wa­ny przez kró­la. Je­śli już więc nie moż­na było za­po­biec wstą­pie­niu C. B. na sam szczyt wła­dzy, to pew­na trój­ka człon­ków jego par­tii po­sta­no­wi­ła przy­najm­niej ogra­ni­czyć mu za­kres tej wła­dzy. Na po­cząt­ku wrze­śnia trzej czo­ło­wi li­be­ral­ni im­pe­ria­li­ści, Asqu­ith, Grey i Hal­da­ne, spo­tka­li się w dom­ku w Re­lu­gas w pół­noc­now­schod­niej Szko­cji, gdzie Grey za­miesz­ki­wał pod­czas swo­ich wy­praw na ryby, żeby prze­dys­ku­to­wać per­spek­ty­wy rzą­du li­be­ral­ne­go i ich wła­sną rolę, gdy­by przy­szło do jego sfor­mo­wa­nia. Ich wąt­pli­wo­ści co do przy­wódz­twa C. B. szły znacz­nie da­lej niż roz­bież­ność po­glą­dów na te­mat Po­łu­dnio­wej Afry­ki. Hal­da­ne ubrał to w na­stę­pu­ją­ce sło­wa: „Camp­bell-Ban­ner­man […] był do­bro­dusz­ny, po­pu­lar­ny i sza­no­wa­ny za od­wa­gę, z jaką prze­ciw­sta­wiał się po­li­ty­ce rzą­du w Po­łu­dnio­wej Afry­ce. W po­wszech­nej jed­nak opi­nii nie był iden­ty­fi­ko­wa­ny z żad­ny­mi świe­ży­mi ide­ami, po­nie­waż rze­czy­wi­ście ich nie miał. Cze­go było trze­ba, to nie wskrze­sze­nia daw­nej Par­tii Li­be­ral­nej, lecz ze­spo­łu lu­dzi z iskrą i ener­gią, ob­da­rzo­nych no­wym spoj­rze­niem na spra­wy pań­stwa. Nad ta­ki­mi wła­śnie pro­ble­ma­mi, nie­któ­rzy z nas usil­nie już pra­co­wa­li […]”.

Były tak­że oba­wy o stan zdro­wia Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na i wpływ tego sta­nu na jego zdol­ność do spra­wo­wa­nia przy­wódz­twa. Na po­dium, jako mów­ca, C. B. za­wsze był nu­dzia­rzem; te­raz, sta­ry i znu­żo­ny, mógł­by zo­stać – a ra­zem z nim i par­tia – roz­sie­ka­ny na ka­wał­ki w de­ba­cie par­la­men­tar­nej, zwa­żyw­szy na wspa­nia­łe zdol­no­ści Ar­thu­ra Bal­fo­ura w tej wła­śnie dzie­dzi­nie. Tak więc de­cy­zja na­sze­go trio, któ­ra zna­na była po­tem jako „pakt z Re­lu­gas”, po­le­ga­ła na po­pie­ra­niu in­sta­la­cji C. B. jako pre­mie­ra, z rów­no­cze­snym wy­su­nię­ciem wa­run­ku, żeby opu­ścił on Izbę Gmin na rzecz Izby Lor­dów. Par­tię w Izbie Gmin po­pro­wa­dził­by Asqu­ith, uzna­wa­ny po­wszech­nie za mi­strza w de­ba­cie. Taki układ miał już prze­cież pre­ce­dens, Sa­lis­bu­ry za­sia­dał w Izbie Lor­dów, gdy przy­wódz­two w Izbie Gmin spra­wo­wał Bal­fo­ur. Tak samo, gdy­by pre­mie­rem zo­stał lord Spen­cer, mu­siał­by rzą­dzić z izby wyż­szej. Trio stwo­rzy­ło so­bie tak­że po­tęż­ną ma­czu­gę, któ­ra mia­ła im za­pew­nić re­ali­za­cję ich żą­da­nia: gdy­by C. B. się nie zgo­dził, Asqu­ith, Grey i Hal­da­ne mie­li od­mó­wić przy­ję­cia urzę­dów w jego rzą­dzie. Za­ło­żyw­szy jed­nak, że Camp­bell-Ban­ner­man ustą­pi przed ich żą­da­niem, cała trój­ka wy­bra­ła so­bie urzę­dy, ja­kie pra­gnę­li­by spra­wo­wać: Asqu­ith miał­by zo­stać kanc­le­rzem Izby Roz­ra­chun­ko­wej oraz przy­wód­cą w Izbie Gmin; Grey po­szedł­by do Mi­ni­ster­stwa Spraw Za­gra­nicz­nych; Hal­da­ne zo­stał­by lor­dem kanc­le­rzem oraz prze­wod­ni­czył Izbie Lor­dów. Kon­tro­la nad tymi urzę­da­mi po­zwo­li­ła­by na­sze­mu trio zdo­mi­no­wać rząd, zaś osła­bio­ny pre­mier od­gry­wał­by głów­nie rolę fi­gu­ran­ta. Przed wy­jaz­dem z chat­ki ry­bac­kiej Asqu­ith, Grey i Hal­da­ne obie­ca­li so­bie wza­jem­nie, że je­śli C. B. nie wy­co­fa się do Izby Lor­dów, wszy­scy po­wstrzy­ma­ją się od ob­ję­cia sta­no­wisk, a poza tym – do rzą­du wej­dą albo wszy­scy ra­zem, albo ża­den.

Pierw­szym po­su­nię­ciem tego trio było po­in­for­mo­wa­nie kró­la. Hal­da­ne od­wie­dził su­we­re­na na zam­ku Bal­mo­ral, gdzie twier­dził, że ich de­cy­zja po­dyk­to­wa­na była tro­ską o zdro­wie Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na. Król, świa­dom tego, że C. B. nie jest zbyt od­por­ny, za­ak­cep­to­wał kon­cep­cję, żeby nowy pre­mier prze­szedł do Izby Lor­dów i zgo­dził się prze­ka­zać mu taką su­ge­stię. Król Edward zgło­sił jed­nak obiek­cje wo­bec groź­by trój­ki pa­nów po­wstrzy­ma­nia się od wej­ścia do rzą­du. Taki ga­bi­net, za­zna­czył król, był­by oka­le­czo­ny od sa­me­go po­cząt­ku, zaś on sam, jako mo­nar­cha, zna­la­zł­by się w dzi­wacz­nym po­ło­że­niu. 13 li­sto­pa­da Asqu­ith przed­sta­wił Camp­bel­lo­wi-Ban­ner­ma­no­wi isto­tę „pak­tu z Re­lu­gas”. C. B. słu­chał go uważ­nie. Chciał­by, po­wie­dział, mieć Asqu­itha za kanc­le­rza i przy­sta­wał na Greya jako mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych, ale żach­nął się gwał­tow­nie na Hal­da­ne’a. Za su­ge­stię, że miał­by odejść do Izby Lor­dów, tak­że ob­wi­niał „ową dow­cip­ną per­so­nę, Ri­char­da Bur­to­na Hal­da­ne’a”. Do Izby Lor­dów, „dla któ­re­go to miej­sca nie mam ani upodo­ba­nia, ani wy­kształ­ce­nia, ani am­bi­cji zna­le­zie­nia się tam”, prze­szedł­by, po­wie­dział, tyl­ko „pod ostrzem ba­gne­tu”.

W po­nie­dział­ko­we po­po­łu­dnie 4 grud­nia Bal­fo­ur udał się do pa­ła­cu Buc­kin­gham zło­żyć re­zy­gna­cję. Te­goż wie­czo­ra, wie­dząc, że na­za­jutrz król we­zwie Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na, Grey zło­żył C. B. wi­zy­tę i po­wie­dział mu bez ogró­dek, że nie przyj­mie sta­no­wi­ska w no­wym rzą­dzie, je­śli pre­mier nie przej­dzie do Izby Lor­dów, zaś Asqu­ith, któ­ry – jak to po­wie­dział Grey do C. B. – „był bar­dziej wy­trzy­ma­łym i sil­niej­szym przy­wód­cą w po­li­ty­ce i w de­ba­cie”, nie otrzy­ma prze­wod­nic­twa w Izbie Gmin. Camp­bell-Ban­ner­man był za­sko­czo­ny, ura­żo­ny i obu­rzo­ny. Po­wie­dział póź­niej, że Grey przy­szedł do nie­go „za­pię­ty na ostat­ni gu­zik i przez cały czas na­wet jed­ne­go nie roz­piął”. Grey swo­ją szorst­kość tłu­ma­czył uczci­wo­ścią: „Chcia­łem, aby znał moje sta­no­wi­sko i aby zro­zu­miał, że nie kry­ję w jego obec­no­ści opi­nii, ja­kie wy­po­wia­dam na jego te­mat gdzie in­dziej”.

Na­stęp­ne­go ran­ka, we wto­rek 5 grud­nia, król po­pro­sił Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na o utwo­rze­nie rzą­du. Pod­czas ich roz­mo­wy mo­nar­cha za­chę­cał przy­ja­cie­la do wy­ra­że­nia zgo­dy na pro­po­zy­cję li­be­ral­ne­go trio i przy­ję­cia pa­ro­stwa. C. B. po­zo­sta­wał nie­prze­ko­na­ny. Po­wie­dział kró­lo­wi Edwar­do­wi, że musi po­roz­ma­wiać z żoną, któ­ra nadal była w Szko­cji. W śro­dę wie­czo­rem w domu Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na przy Bel­gra­ve Squ­are zja­wi­li się lord Mor­ley i lord Twe­ed­mo­uth, któ­rzy mie­li wkrót­ce zna­leźć się w jego rzą­dzie. Nowy pre­mier cią­gle był nie­zde­cy­do­wa­ny. Nie­dłu­go przy­być mia­ła lady Camp­bell-Ban­ner­man, więc Mor­ley i Twe­ed­mo­uth zo­sta­li po­pro­sze­ni, żeby zja­wi­li się po­now­nie po obie­dzie. Gdy po­wró­ci­li, za­sta­li C. B. w ra­do­snym na­stro­ju. „Nie bę­dzie ka­pi­tu­la­cji!” – krzyk­nął. Lady Camp­bell-Ban­ner­man mimo obaw o zdro­wie męża i za­zdro­ści, jaką oka­zy­wa­ła o czas spę­dza­ny z dala od niej, tak nie cier­pia­ła trio z Re­lu­gas, że od­su­nę­ła na bok swo­je oba­wy i za­chę­ca­ła męża, by po­zo­stał w Izbie Gmin9.

Asqu­ith, po­in­for­mo­wa­ny o de­cy­zji C. B., na­tych­miast po­rzu­cił swo­ich przy­ja­ciół. Do Hal­da­ne’a na­pi­sał: „Pod jed­nym wzglę­dem wa­run­ki obec­ne są za­sad­ni­czo od­mien­ne od tych, ja­kie my, a przy­najm­niej na pew­no ja, roz­pa­try­wa­li­śmy pod­czas na­szych roz­mów je­sie­nią. Wy­bo­ry są przed nami, a nie za nami. […] Znaj­du­ję się w szcze­gól­nym po­ło­że­niu, ja­kie nie jest udzia­łem żad­ne­go z was. […]”. Asqu­ith czuł, że gdy­by trio od­mó­wi­ło wej­ścia do rzą­du, „utwo­rzo­ny zo­stał­by sła­by ga­bi­net […] a całą od­po­wie­dzial­no­ścią obar­czo­no by mnie”. Zde­cy­do­waw­szy się na wej­ście do rzą­du, Asqu­ith chciał, aby jego przy­ja­cie­le przy­łą­czy­li się do nie­go i za­czął usil­nie sta­rać się, żeby ne­go­cjo­wać w ich imie­niu. Grey i Hal­da­ne, osła­bie­ni wy­co­fa­niem się Asqu­itha, po­now­nie przy­rze­kli so­bie, że ża­den nie przyj­mie urzę­du, je­śli nie uczy­ni tego dru­gi. Grey za­trzy­mał się w miesz­ka­niu Hal­da­ne’a przy Whi­te­hall Co­urt, a kie­dy Hal­da­ne przy­był tam o szó­stej wie­czo­rem 7 grud­nia, za­stał Greya le­żą­ce­go na so­fie w jego bi­blio­te­ce „z wy­ra­zem twa­rzy ko­goś, kto pod­jął już de­cy­zję i roz­stał się z pro­ble­ma­mi po­li­tycz­ny­mi”. Ża­den z nich nie jadł nic od rana, więc Hal­da­ne za­pro­po­no­wał, żeby po­szli do Café Roy­ale, gdzie mo­gli wy­na­jąć osob­ny po­kój i tam zjeść obiad i po­ga­dać. Pod­czas tego obia­du, zło­żo­ne­go z dań ryb­nych, dla Hal­da­ne’a sta­ło się ja­sne, że Grey gwał­tow­nie szu­ka spo­so­bu, żeby się wy­co­fać z ich po­ro­zu­mie­nia i jed­nak do­łą­czyć do rzą­du. Z ła­two­ścią mógł to uczy­nić na wła­sną rękę – było oczy­wi­ste, że C. B. chciał go mieć w rzą­dzie – od­rzu­cał jed­nak myśl, że mógł­by pro­sić o sta­no­wi­sko, o ile tak­że Hal­da­ne nie otrzy­mał­by pro­po­zy­cji. Hal­da­ne zro­zu­miał, że na­stęp­ny ruch na­le­ży do nie­go. Po­zo­sta­wiw­szy obiad na sto­le, wziął do­roż­kę i udał się na Bel­gra­ve Squ­are. Pre­mier jadł wła­śnie obiad w to­wa­rzy­stwie żony, wpro­wa­dzo­no więc Hal­da­ne’a do jego ga­bi­ne­tu. Po chwi­li wszedł tam C. B. i Hal­da­ne po­wie­dział, że przy­był za­py­tać się, czy Camp­bell-Ban­ner­man cią­gle chce mieć Greya jako mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych. Pre­mier po­wie­dział, że chce, na­wet bar­dzo. Hal­da­ne od­parł, że zda­je mu się, iż Grey też by tego chciał. C. B. do­my­ślił się nie­wy­po­wie­dzia­nej czę­ści ora­cji swo­je­go go­ścia i za­py­tał, czy Hal­da­ne nie roz­wa­żył­by Mi­ni­ster­stwa Spraw We­wnętrz­nych lub sta­no­wi­ska pro­ku­ra­to­ra ge­ne­ral­ne­go.

„A co z Mi­ni­ster­stwem Woj­ny?” – spy­tał Hal­da­ne.

„Nikt tego nie chce ru­szyć na­wet dłu­gim ki­jem” – od­parł Camp­bell-Ban­ner­man.

„Za­tem daj­cie to mnie – rzekł Hal­da­ne – Zo­sta­nę mi­ni­strem woj­ny, je­śli Grey weź­mie Mi­ni­ster­stwo Spraw Za­gra­nicz­nych. Po­pro­szę go, aby od­wie­dził pana ju­tro rano i po­wia­do­mił pana o swo­jej de­cy­zji, któ­ra, jak mi się wy­da­je, bę­dzie po­zy­tyw­na”.

Do­bi­to więc tar­gu. Hal­da­ne wró­cił do Greya i zdał mu spra­wę. Grey wy­ra­ził zgo­dę. Na­stęp­ne­go ran­ka udał się do C. B. i przy­jął sta­no­wi­sko mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych, któ­re miał pia­sto­wać przez je­de­na­ście lat. Pod­czas dwóch lat pre­mie­ro­stwa C. B. Grey bar­dzo bli­sko współ­pra­co­wał z Camp­bel­lem-Ban­ner­ma­nem, któ­ry cał­ko­wi­cie po­le­gał na swo­im mi­ni­strze w kie­ro­wa­niu sto­sun­ka­mi kra­ju z in­ny­mi pań­stwa­mi. Przed ustą­pie­niem Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na ze sta­no­wi­ska Grey prze­pro­sił go za swo­je wcze­śniej­sze za­cho­wa­nie: „My­śli moje czę­sto bie­gną do owych dni for­mo­wa­nia tego rzą­du. Od sa­me­go po­cząt­ku tej ka­den­cji par­la­men­tu czu­łem, że wszyst­kie moje pro­gno­zy sprzed wy­bo­rów były myl­ne i że pań­ska obec­ność w Izbie Gmin była nie tyl­ko po­żą­da­na, ale wręcz nie­zbęd­na dla za­rzą­dza­nia par­tią i utrzy­ma­nia jej jed­no­ści. Nadal je­stem o tym prze­ko­na­ny”.

Hal­da­ne był je­dy­nym człon­kiem trio z Re­lu­gas, któ­ry nie zdo­był urzę­du, do ja­kie­go aspi­ro­wał. (Osta­tecz­nie w roku 1911 Asqu­ith jako pre­mier mia­no­wał przy­ja­cie­la lor­dem kanc­le­rzem). W pierw­szych dniach ist­nie­nia no­we­go ga­bi­ne­tu Hal­da­ne i Camp­bell-Ban­ner­man uni­ka­li się na­wza­jem. C. B. wy­ra­żał się lek­ce­wa­żą­co o swo­im mi­ni­strze woj­ny. „Hal­da­ne za­wsze wcho­dzi i wy­cho­dzi tyl­ny­mi scho­da­mi, lecz tak przy tym tu­pie, że wszy­scy mu­szą go sły­szeć” – po­wia­dał pre­mier. „Zo­ba­czy­my jak so­bie «Scho­pen­hau­er» po­ra­dzi” – mru­czał in­nym ra­zem Camp­bell-Ban­ner­man, sto­su­jąc swój dar do znaj­do­wa­nia prze­zwisk wo­bec Hal­da­ne’a, któ­ry był wy­edu­ko­wa­ny w fi­lo­zo­fii nie­miec­kiej. Hal­da­ne uj­mo­wał to pro­ściej: „Z po­cząt­ku mnie nie lu­bił. Przez kil­ka mie­się­cy nie ode­zwał się do mnie ani sło­wem i tyl­ko tro­chę do­da­wał mi otu­chy pod­czas po­sie­dzeń ga­bi­ne­tu”. Z upły­wem cza­su i wo­bec na­ra­sta­ją­cych do­wo­dów lo­jal­no­ści Hal­da­ne’a, jego cięż­kiej pra­cy oraz spraw­nych re­form Ar­mii Bry­tyj­skiej, C. B. zmiękł.

Rząd li­be­ral­ny, jaki za­pre­zen­to­wał się w Pa­ła­cu 11 grud­nia, był wręcz na­bi­ty ta­len­ta­mi. Poza trój­ką z Re­lu­gas obej­mo­wał on Mor­leya jako mi­ni­stra d.s. In­dii; Lloyd Geo­r­ge’a jako prze­wod­ni­czą­ce­go Rady d.s. Han­dlu; Her­ber­ta Glad­sto­ne’a, syna Wiel­kie­go Star­ca, jako mi­ni­stra spraw we­wnętrz­nych; Twe­ed­mo­utha w Ad­mi­ra­li­cji; a Win­sto­na Chur­chil­la, tuż po­ni­żej ran­gi ga­bi­ne­to­wej, jako pod­se­kre­ta­rza sta­nu w Mi­ni­ster­stwie Ko­lo­nii. John Burns, pierw­szy czło­wiek pra­cy w hi­sto­rii An­glii, któ­ry do­szedł do szcze­bla człon­ka ga­bi­ne­tu, zo­stał prze­wod­ni­czą­cym Rady d.s. Sa­mo­rzą­du Lo­kal­ne­go. „Gra­tu­lu­ję panu, Sir Hen­ry – wy­krztu­sił z sie­bie za­chwy­co­ny no­mi­nat, gdy pre­mier po­wie­dział mu, że sta­no­wi­sko na­le­ży do nie­go – Bę­dzie to z pew­no­ścią naj­po­pu­lar­niej­sza no­mi­na­cja ze wszyst­kich, ja­kich pan do­ko­nał”.

Kie­dy nowi mi­ni­stro­wie prze­by­wa­li w Pa­ła­cu, gdzie od­bie­ra­li pie­czę­cie swo­ich urzę­dów, nad Lon­dyn nad­peł­zła gę­sta mgła. Gdy ce­re­mo­nia się skoń­czy­ła, Grey i Hal­da­ne ru­szy­li po­wo­zem wzdłuż Mall, aby do­stać się do swo­ich mi­ni­sterstw. Pod­czas dro­gi mgła sta­ła się tak gę­sta, że stan­gret zmu­szo­ny zo­stał do za­trzy­ma­nia po­wo­zu. Hal­da­ne wy­siadł, aby zo­ba­czyć gdzie się wła­ści­wie znaj­du­ją, a po­tem nie mógł tra­fić z po­wro­tem do po­wo­zu. Po chwi­li wy­siadł tak­że Grey, któ­re­mu po dłu­gim błą­dze­niu uda­ło się osta­tecz­nie do­stać do Mi­ni­ster­stwa Spraw Za­gra­nicz­nych. Hal­da­ne, „ma­ca­jąc koń­skie gło­wy”, na­tknął się wresz­cie na Mi­ni­ster­stwo Woj­ny, gdzie wrę­czył swo­je pie­czę­cie sta­łe­mu pod­se­kre­ta­rzo­wi sta­nu10 i po­pro­sił peł­nią­ce­go obo­wiąz­ki odźwier­ne­go, wy­so­kie­go eks-gwar­dzi­stę o szklan­kę wody. „Oczy­wi­ście, Sir – od­parł sta­ry żoł­nierz – ir­landz­ka, czy szkoc­ka?”

Na­za­jutrz rano ge­ne­ra­ło­wie z Rady Ar­mii hur­mem przy­by­li do mi­ni­ster­stwa, aby się cze­goś do­wie­dzieć o no­wym mi­ni­strze woj­ny. Hal­da­ne po­wie­dział im, że czu­je się „jak mło­da, ru­mie­nią­ca się dzie­wi­ca, świe­żo po­łą­czo­na z wo­jow­ni­kiem ze spi­żu. […] Opi­nia pu­blicz­na nie ocze­ku­je, że ja­kieś skut­ki ta­kie­go związ­ku ob­ja­wią się wcze­śniej niż po upły­wie dzie­wię­ciu mie­się­cy”. Za­chwy­ce­ni ge­ne­ra­ło­wie prze­ka­za­li te fra­zy kró­lo­wi, któ­ry ryk­nął śmie­chem.

Mie­siąc po ob­ję­ciu urzę­du nowy rząd sta­nął wo­bec wy­bo­rów po­wszech­nych. Kam­pa­nia za­czę­ła się za­raz po Bo­żym Na­ro­dze­niu, a samo gło­so­wa­nie za­ję­ło trzy ostat­nie ty­go­dnie stycz­nia. Re­zul­ta­tem było la­wi­no­we zwy­cię­stwo li­be­ra­łów. Unio­ni­ści po­nie­śli klę­skę na­wet w tra­dy­cyj­nie ob­sa­dza­nych przez nich okrę­gach wy­bor­czych. Po­ko­na­nych zo­sta­ło po­nad dwu­stu po­słów Unio­ni­stów, na­wet sam Ar­thur Bal­fo­ur. Par­tia Li­be­ral­na we­szła sztur­mem do Izby Gmin z 379 po­sła­mi, co da­wa­ło im wy­raź­ną prze­wa­gę 88 gło­sów nad wszyst­ki­mi po­zo­sta­ły­mi par­tia­mi w izbie. Z po­par­ciem 83 na­cjo­na­li­stów ir­landz­kich i 51 la­bo­urzy­stów, Camp­bell-Ban­ner­man i jego mi­ni­stro­wie mo­gli spo­glą­dać z góry na Unio­ni­stów z ich ża­ło­sny­mi 157 gło­sa­mi wo­bec po­łą­czo­nych 513.

Gdy nowy Par­la­ment ze­brał się 13 lu­te­go, Camp­bell-Ban­ner­man wy­da­wał się prze­mie­nio­ny. Prze­ma­wiał z po­czu­ciem au­to­ry­te­tu i god­no­ścią, czym za­sko­czył opo­zy­cję i za­chwy­cił po­słów li­be­ral­nych, tło­czą­cych się w swo­ich ła­wach lub prze­py­cha­ją­cych się na miej­scach sto­ją­cych za Ławą Rzą­do­wą. Mie­siąc póź­niej, gdy do izby wró­cił Bal­fo­ur, któ­ry zna­lazł so­bie ja­kieś miej­sce w wy­bo­rach uzu­peł­nia­ją­cych, przy­wód­ca Unio­ni­stów po­peł­nił błąd, pró­bu­jąc zlek­ce­wa­żyć twar­de­go Szko­ta. Przed­sta­wia­jąc swo­je po­glą­dy w spra­wie re­zo­lu­cji na te­mat wol­ne­go han­dlu, Bal­fo­ur wdał się w jed­no ze swo­ich re­to­rycz­nych przed­sta­wień. Było ono ty­leż wy­ar­ty­ku­ło­wa­ne, co nie­ja­sne, peł­ne uni­ków, a przede wszyst­kim pro­tek­cjo­nal­nie trak­tu­ją­ce za­rów­no wro­go do nie­go na­sta­wio­ną więk­szość, jak i jej przy­wód­cę. Camp­bell-Ban­ner­man re­pli­ko­wał groź­nym to­nem:

„Wiel­ce sza­now­ny pan jest jak daw­ni Bur­bo­ni – ni­cze­go się nie na­uczył – od­pa­lił pre­mier swo­je­mu po­przed­ni­ko­wi – Wra­ca pan oto do tej no­wej Izby Gmin z tym sa­mym ulot­nym wdzię­cze­niem się, tą samą sub­tel­ną dia­lek­ty­ką, tymi sa­my­mi lek­ce­wa­żą­cy­mi i fry­wol­ny­mi spo­so­ba­mi trak­to­wa­nia wiel­kich kwe­stii, lecz mało wi­dać wie o na­sta­wie­niu tej no­wej Izby Gmin je­śli my­śli, że ta­kie me­to­dy będą w nie prze­wa­żać. […] Są one cał­ko­wi­cie bez­u­ży­tecz­ne, non­sen­sow­ne i my­lą­ce. Zo­sta­ły wy­na­le­zio­ne przez wiel­ce sza­now­ne­go pana w celu zaj­mo­wa­nia cza­su w tej de­ba­cie. Po­wia­dam więc, dość tych głupstw! […] Niech pan przed­sta­wi swo­je po­praw­ki i po­zwo­li nam za­jąć się spra­wą”.

Schi­zma po­mię­dzy tra­dy­cyj­nym, glad­sto­niań­skim ide­ali­zmem a tward­szym spoj­rze­niem na re­alia spra­wo­wa­nia wła­dzy w Im­pe­rium, jaka po­dzie­li­ła par­tię pod­czas woj­ny bur­skiej, nie zo­sta­ła jesz­cze w peł­ni zli­kwi­do­wa­na. Camp­bell-Ban­ner­man, Mor­ley, Lloyd Geo­r­ge i więk­szość li­be­ra­łów w izbie Gmin pra­gnę­ła trzy­mać się z dala od po­li­ty­ki mo­carstw eu­ro­pej­skich, zaś w spra­wach Im­pe­rium – umiar­ko­wa­nie i po­jed­na­nie sta­wiać przed eks­pan­sjo­ni­zmem. Asqu­ith, Grey i Hal­da­ne, li­be­ral­ni im­pe­ria­li­ści z „pak­tu z Re­lu­gas”, od­mien­nie po­strze­ga­li rolę Bry­ta­nii: jako po­tę­gę im­pe­rial­ną, któ­rej te­ry­to­ria na ca­łej kuli ziem­skiej gra­ni­czy­ły z te­ry­to­ria­mi in­nych państw, a któ­rej wy­spy ma­cie­rzy­ste są­sia­do­wa­ły z kon­ty­nen­tem aż ki­pią­cym od na­pięć. Róż­ni­ce te ujaw­ni­ły się już we wcze­snym sta­dium ist­nie­nia no­we­go rzą­du. W swo­im pierw­szym prze­mó­wie­niu w cha­rak­te­rze pre­mie­ra, Camp­bell-Ban­ner­man po­wie­dział do na­bi­tej do ostat­nie­go miej­sca sali w Al­bert Hall, że za­mie­rza pro­wa­dzić ła­god­niej­szą po­li­ty­kę za­gra­nicz­ną niż Unio­ni­ści. Był fran­ko­fi­lem i życz­li­wie spo­glą­dał na en­ten­tę z Fran­cją, „tak mą­drze za­war­tą przez lor­da Lans­dow­ne”. „Co się ty­czy Nie­miec – cią­gnął – to nie wi­dzę ja­kich­kol­wiek po­wo­dów do nie­po­ko­ju o in­te­re­sy na­szych na­ro­dów”. Opo­wia­dał się za roz­bro­je­niem i przy­rzekł, że jego rząd bę­dzie nad nim pra­co­wał pod­czas zbli­ża­ją­cej się dru­giej kon­fe­ren­cji ha­skiej. „Wzrost zbro­jeń sta­no­wi wiel­kie nie­bez­pie­czeń­stwo dla świa­ta – rzekł – Utrzy­mu­je on przy ży­ciu, a na­wet pod­sy­ca prze­ko­na­nie, że siła jest naj­lep­szą je­śli nie je­dy­ną me­to­dą roz­wią­zy­wa­nia spo­rów mię­dzy­na­ro­do­wych. Jest to po­li­ty­ka pro­wa­dzą­ca do za­ognia­nia sta­rych ran i po­wsta­wa­nia no­wych”.

W mar­cu 1907 roku, na krót­ko przed roz­po­czę­ciem dru­giej kon­fe­ren­cji po­ko­jo­wej w Ha­dze, pre­mier opu­bli­ko­wał w li­be­ral­nym ty­go­dni­ku „Na­tion” ar­ty­kuł, w któ­rym opo­wia­dał się za da­niem szan­sy roz­bro­je­niu. Bry­ta­nia, za­pew­niał, pró­bu­je zmniej­szyć wy­dat­ki na zbro­je­nia, a po­su­nie się da­lej na tej dro­dze, je­śli inne kra­je po­dą­żą w jej śla­dy. W tej dzie­dzi­nie li­be­ra­ło­wie tra­fi­li na zwią­za­ne z nią dy­le­ma­ty po­li­ty­ki we­wnętrz­nej. Jak – po la­tach do­ma­ga­nia się zmniej­sze­nia wy­dat­ków na obro­nę, po przy­rze­ka­niu wy­bor­com, że gdy już doj­dą do wła­dzy – zmniej­szą bu­dże­ty ar­mii i ma­ry­nar­ki wo­jen­nej – mo­gli się te­raz do­ma­gać od nich, żeby pła­ci­li na pew­ne ele­men­ty po­li­ty­ki obron­nej przy­ję­te jesz­cze przez rząd Bal­fo­ura? We­zwa­no prze­cież Fi­she­ra żeby zre­for­mo­wał ma­ry­nar­kę, licz­ne okrę­ty po­szły na złom, zaś flo­ty roz­miesz­czo­no w nowy spo­sób. Za­pro­jek­to­wa­no „Dre­ad­no­ugh­ta”, po­ło­żo­no stęp­kę, zwo­do­wa­no go, a jesz­cze przed pierw­szą se­sją li­be­ral­ne­go par­la­men­tu miał być uro­czy­ście wcie­lo­ny do li­nii przez kró­la; wszyst­kich tych prac nie moż­na było tak po pro­stu za­trzy­mać. Pod­ję­to de­cy­zję, aby ob­ci­nać wy­dat­ki tu i tam, oraz na­ci­skać na zwięk­sze­nie efek­tyw­no­ści. Z pro­jek­tu bu­dże­tu ma­ry­nar­ki na rok 1906 wy­rzu­co­no jed­ne­go dred­no­ta; Fi­sher oznaj­mił że moż­na się jesz­cze zgo­dzić na trzy za­miast pro­po­no­wa­nych wcze­śniej czte­rech. Z ta­kim sa­mym za­pa­łem do re­for­mo­wa­nia i zwięk­sze­nia efek­tyw­no­ści za­brał się Hal­da­ne za ar­mię. Gdy zo­sta­wał mi­ni­strem woj­ny, uczy­nił obiet­ni­cę ob­cię­cia 3 mi­lio­nów fun­tów z pro­jek­tu bu­dże­tu ar­mii, rów­no­cze­śnie two­rząc z niej bar­dziej sku­tecz­ną broń. Ku za­sko­cze­niu Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na, któ­ry spo­dzie­wał się, że „Ma­ster Hal­da­ne” pad­nie w Mi­ni­ster­stwie Woj­ny na pysk, Hal­da­ne zre­ali­zo­wał swo­je obiet­ni­ce. Zre­or­ga­ni­zo­wał on ar­mię, po­dzie­liw­szy ją na dwa ro­dza­je sił: za­wo­do­we Siły Eks­pe­dy­cyj­ne Ar­mii Re­gu­lar­nej w sile sze­ściu dy­wi­zji – 160 000 żoł­nie­rzy oraz Ar­mię Te­ry­to­rial­ną – zło­żo­ną z od­dzia­łów dru­giej li­nii, któ­re mia­ły być po­wo­ły­wa­ne w po­szcze­gól­nych hrab­stwach, zor­ga­ni­zo­wa­ną w czter­na­ście dy­wi­zji i utrzy­my­wa­ną jako re­zer­wa mo­gą­ca wes­przeć Siły Eks­pe­dy­cyj­ne. C. B. był za­chwy­co­ny ma­nie­rą, w ja­kiej Hal­da­ne bro­nił swo­jej po­li­ty­ki w Izbie Gmin prze­ciw Unio­ni­stom – naj­sta­ran­niej zaś prze­ciw Bal­fo­uro­wi – któ­ry pró­bo­wał wska­zy­wać na sła­be punk­ty i sprzecz­no­ści w pla­no­wa­nych re­for­mach ar­mii.

Naj­więk­szym trium­fem krót­kie­go za­miesz­ki­wa­nia Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na na Do­wning Stre­et 10 było do­pro­wa­dze­nie przez nie­go do po­jed­na­nia w Po­łu­dnio­wej Afry­ce. Od sa­me­go po­cząt­ku woj­ny bur­skiej, przez wszyst­kie lata nad­użyć, nie­zmien­nie gło­sił te same prze­ko­na­nia. Dla nie­go woj­na zda­wa­ła się być raną, któ­rą za­le­czyć może tyl­ko zro­zu­mie­nie i wiel­ko­dusz­ność ze stro­ny rzą­du bry­tyj­skie­go. Jako pre­mier był go­tów wpro­wa­dzić swo­je prze­ko­na­nia w ży­cie. Za­pro­po­no­wał nada­nie sa­mo­rzą­du re­pu­bli­kom bur­skim, a na­stęp­nie do­pro­wa­dze­nie do sfe­de­ro­wa­nia sa­mo­rząd­nych państw w Unię Po­łu­dnio­wej Afry­ki. Su­ge­stia C. B., aby Bry­ta­nia po­now­nie nada­ła Bu­rom pra­wa do sa­mo­dziel­nych rzą­dów, któ­rych ich tak nie­daw­no po­zba­wi­ła w woj­nie kosz­tu­ją­cej ją trzy­dzie­ści ty­się­cy ofiar i 250 mi­lio­nów fun­tów szter­lin­gów, wy­wo­ła­ła de­spe­rac­ką opo­zy­cję Unio­ni­stów. Wspar­ty jed­nak swo­ją ogrom­ną prze­wa­gą w Izbie, pre­mier nadał sa­mo­rząd Trans­wa­lo­wi i Wol­ne­mu Pań­stwu Ora­nii. Uczy­nił to po­przez wy­da­nie li­stu pa­ten­to­we­go, wy­ma­ga­ją­ce­go tyl­ko za­twier­dze­nia przez Izbę Gmin, z po­mi­nię­ciem Izby Lor­dów. W 1909 roku, osiem­na­ście mie­się­cy po śmier­ci C. B., gdy Usta­wa o Po­łu­dnio­wej Afry­ce, usta­na­wia­ją­ca Unię Po­łu­dnio­wej Afry­ki, prze­szła przez obie izby par­la­men­tu, Lo­uis Bo­tha, bur­ski ge­ne­rał, któ­ry zo­stał pierw­szym pre­mie­rem no­wej unii, wy­ra­ził wdzięcz­ność Asqu­itho­wi, na­stęp­cy Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na, do­da­jąc: „Naj­bar­dziej ża­łu­ję, że bra­ku­je tu dzi­siaj jed­nej szla­chet­nej po­sta­ci – Sir Hen­ry’ego Camp­bel­la-Ban­ner­ma­na. Za to co uczy­nił dla sa­mej tyl­ko Po­łu­dnio­wej Afry­ki, Im­pe­rium Bry­tyj­skie win­no na za­wsze za­cho­wać go we wdzięcz­nej pa­mię­ci”. Wo­bec dzien­ni­ka­rzy Bo­tha wy­ja­śnił: „Dwa sło­wa do­pro­wa­dzi­ły do po­ko­ju i zjed­no­cze­nia Afry­ki Po­łu­dnio­wej: «bar­ba­rzyń­skie me­to­dy». […] Bo­tha mó­wił jesz­cze o ogrom­nym wra­że­niu […] ja­kie wy­warł na lu­dziach to­czą­cych prze­gra­ną wal­kę […] fakt, że li­der jed­nej z wiel­kich par­tii bry­tyj­skich miał od­wa­gę coś ta­kie­go po­wie­dzieć i dziel­nie sta­wić czo­ła po­twa­rzom, ja­kie to na nie­go ścią­gnę­ło. Choć było to da­le­kie od za­chę­ty do sta­wia­nia bez­na­dziej­ne­go opo­ru, to jed­nak po­ru­szy­ło ich ser­ca i spro­wo­ko­wa­ło do po­waż­nych prze­my­śleń nad moż­li­wo­ścią po­jed­na­nia”.

Wio­sną 1906 roku wy­da­wa­ło się, że C. B. osią­gnął szczyt swo­jej ka­rie­ry. W isto­cie jego ży­cie oso­bi­ste było prze­peł­nio­ne smut­kiem i zmę­cze­niem. Jego żona, od czter­dzie­stu sze­ściu lat bę­dą­ca mu to­wa­rzysz­ką i do­rad­czy­nią, była umie­ra­ją­ca. Char­lot­ta Camp­bell za­wsze ży­wi­ła mie­sza­ne uczu­cia wo­bec po­li­tycz­nej ka­rie­ry męża. Po­dzie­la­ła jego am­bi­cje i bro­ni­ła go go­rą­co, gdy sta­wał się ce­lem ata­ków. „Hen­ry jest do­brym czło­wie­kiem – oznaj­mi­ła – nikt oprócz mnie nie wie, jak do­brym”. Am­bi­cje jed­nak mie­sza­ły się z ża­la­mi nad cza­sem, na jaki jego ka­rie­ra roz­dzie­la­ła ich obo­je. Nie lu­bi­ła szcze­gó­li­ków po­li­ty­ki, nig­dy nie wi­dzia­no jej na ga­le­rii Izby Gmin, gdy jej mąż prze­ma­wiał. Jej za­bor­czość jesz­cze wzro­sła, gdy ule­gła bo­le­snej cho­ro­bie ner­wo­wej. W co­raz więk­szym stop­niu Camp­bell-Ban­ner­man zmu­szo­ny był wy­bie­rać po­mię­dzy swo­imi obo­wiąz­ka­mi pu­blicz­ny­mi a tro­ską o żonę. Roz­dzie­lo­ny z nią, od­czu­wał za­kło­po­ta­nie wie­dząc, że jest sama w domu, le­żąc w łóż­ku albo na szez­lon­gu z ocza­mi utkwio­ny­mi w ze­gar, li­cząc mi­nu­ty do jego po­wro­tu. Co­raz czę­ściej, jako li­der opo­zy­cji, a po­tem pre­mier, nie po­wra­cał do Izby Gmin po obie­dzie, prze­sy­ła­jąc je­dy­nie pi­sem­ną no­tat­kę, że zdro­wie żony zmu­sza go do po­zo­sta­nia z nią.

W 1902 roku lady Camp­bell-Ban­ner­man, któ­ra wa­ży­ła prze­szło 250 fun­tów11, prze­szła atak apo­plek­sji, po któ­rym po­zo­sta­wa­ła na wpół spa­ra­li­żo­wa­na. Prze­no­si­ny na Do­wning Stre­et 10 w stycz­niu 1906 roku były cięż­ką pró­bą, lecz uda­ło się jej wy­dać wiel­kie przy­ję­cie dla męża w przed­dzień otwar­cia no­wej ka­den­cji par­la­men­tu. Nie mo­gąc stać, przez dwie go­dzi­ny sie­dzia­ła pod­par­ta, wy­sta­wia­jąc się na spo­tka­nie z tłu­mem go­ści. Przez całą wio­snę i lato zdro­wie jej co­raz bar­dziej się po­gar­sza­ło. Nie lu­bi­ła za­wo­do­wych pie­lę­gnia­rek i przyj­mo­wa­ła je­dze­nie i le­kar­stwa tyl­ko z rąk męża. Kie­dy­kol­wiek za­wo­ła­ła, wsta­wał i sia­dał obok niej, w ra­zie po­trze­by na­wet nocą. Pew­nej nocy owe­go lata, jego wła­sne po­gar­sza­ją­ce się zdro­wie zmu­si­ło go do spę­dze­nia ca­łej nocy osob­no. „Ja­kie to dziw­ne spę­dzić całą noc w łóż­ku – za­pi­sał – Nie zda­rzy­ło mi się to od sze­ściu mie­się­cy”. Ran­ka­mi za­sy­piał nad swo­imi pa­pie­ra­mi rzą­do­wy­mi.

W sierp­niu 1906 roku obo­je zde­cy­do­wa­li się za­ry­zy­ko­wać po­dróż do Ma­rien­ba­du. Po­dró­żo­wa­li po­wo­li, krót­ki­mi eta­pa­mi, przy­by­wa­jąc na miej­sce trzy­na­ste­go. Lady Camp­bell-Ban­ner­man była wy­czer­pa­na, lecz szczę­śli­wa. 16 sierp­nia zja­wił się król w to­wa­rzy­stwie ca­łe­go beau mon­de’u12 i roju dzien­ni­ka­rzy. Przez dwa ty­go­dnie pre­mier zo­bli­go­wa­ny był do to­wa­rzy­sze­nia su­we­re­no­wi pod­czas lun­chów, obia­dów i her­ba­tek, za­wsze po­śpiesz­nie wra­ca­jąc do sie­bie, aby po­dzie­lić się no­wi­na­mi i plo­tecz­ka­mi ze swo­ją in­wa­lid­ką. Gdy stan jej się po­gor­szył, pre­mier za­czął spo­ży­wać po­sił­ki w przy­le­ga­ją­cym do jej sy­pial­ni sa­lo­nie. Drzwi były otwar­te na oścież i za­wsze pod­czas po­sił­ku zdą­ży­ła za­wo­łać go ze dwa lub trzy razy. Za każ­dym ra­zem zry­wał się z krze­sła i śpie­szył, aby być przy jej boku. Po­po­łu­dnie 30 sierp­nia było upal­ne, pa­no­wa­ła ci­sza, za­kłó­ca­na tyl­ko stu­ko­tem ko­pyt koń­skich na uli­cy i od­gło­sem mo­zol­ne­go od­de­chu umie­ra­ją­cej ko­bie­ty. Zmar­ła o pią­tej po po­łu­dniu.

Król, sie­dząc na bal­ko­nie apar­ta­men­tu swo­je­go ho­te­lu, wziął pió­ro i na­pi­sał: „Wiem jak wiel­kie było wa­sze wza­jem­ne od­da­nie i jaką pust­kę zmar­ła po­zo­sta­wi­ła w two­im domu. Mimo to je­stem pew­ny, że te­raz pra­gniesz już tyl­ko, aby two­ja uko­cha­na żona od­po­czy­wa­ła w po­ko­ju, wol­na od wszel­kich dal­szych bó­lów i cier­pień”.

Camp­bell-Ban­ner­man cią­gnął spra­wy da­lej przez nie­ca­łe dwa lata. Pu­blicz­nie sta­rał się oka­zy­wać we­so­łość, lecz je­den z przy­ja­ciół, wi­dząc go roz­ma­wia­ją­ce­go i żar­tu­ją­ce­go z go­ść­mi, po­szedł po­tem na górę, gdzie za­stał pre­mie­ra obej­mu­ją­ce­go gło­wę rę­ka­mi, wstrzą­sa­ne­go szlo­chem. Jego wła­sne cia­ło też było już zu­ży­te. 13 li­sto­pa­da Camp­bell-Ban­ner­man za­słabł w Bri­sto­lu. Jego dok­to­rzy na­ka­za­li mu sześć ty­go­dni bez­względ­ne­go wy­po­czyn­ku i pre­mier zde­cy­do­wał się wy­brać do Biar­ritz. Po dro­dze w Pa­ry­żu do­padł go dru­gi atak ser­ca, co zmu­si­ło go do prze­rwa­nia po­dró­ży, zaś jego dok­to­ra do po­śpiesz­ne­go przy­by­cia z Lon­dy­nu. Prze­pro­wa­dziw­szy się do Biar­ritz, po­zo­stał tam do po­ło­wy stycz­nia, kie­dy to wró­cił do Lon­dy­nu. Tam inny przy­ja­ciel stwier­dził, że „wy­da­wa­ło się, iż cał­ko­wi­cie od­zy­skał swo­ją daw­ną po­go­dę du­cha i ener­gię”. 12 lu­te­go 1908 roku Camp­bell-Ban­ner­man wy­gło­sił swo­ją ostat­nią mowę w Izbie Gmin. Tego wie­czo­ra do­znał po­now­ne­go za­wa­łu i zo­stał prze­nie­sio­ny do swo­jej sy­pial­ni pod nu­me­rem 10. Nie opu­ścił już tego po­ko­ju aż do śmier­ci, któ­ra na­stą­pi­ła dzie­sięć ty­go­dni póź­niej. Od­wie­dza­li go król, kró­lo­wa i ksią­żę Wa­lii, a on sia­dał wte­dy przy oknie wy­cho­dzą­cym na Do­wning Stre­et. Wy­jeż­dża­jąc na zgro­ma­dze­nie mo­nar­chów w Ko­pen­ha­dze, król pro­sił, aby go na bie­żą­co in­for­mo­wać o sta­nie zdro­wia pre­mie­ra. „Nie te­le­gra­fuj­cie «Do Kró­la»”, in­stru­ował mo­nar­cha. „Bę­dzie tam tylu kró­lów. Te­le­gra­fuj­cie «Do Kró­la Edwar­da»”.

Przez dwa mie­sią­ce ga­bi­net od­li­czał czas, od­kła­da­jąc waż­ne de­cy­zje i w co­raz więk­szym stop­niu oglą­da­jąc się na Asqu­itha, de­sy­gno­wa­ne­go na­stęp­cę. 27 mar­ca pre­mier po­słał po kanc­le­rza, aby po­wie­dzieć mu, ze za­mie­rza zre­zy­gno­wać. „Je­steś cu­dow­nym ko­le­gą – po­wie­dział Asqu­itho­wi – tak lo­jal­nym, tak bez­in­te­re­sow­nym, tak zdol­nym. Je­steś naj­więk­szym dżen­tel­me­nem, ja­kie­go kie­dy­kol­wiek spo­tka­łem”. Jego sło­wa w chwi­li roz­sta­nia były opty­mi­stycz­ne: „Jesz­cze nie ko­niec ze mną. Spo­tka­my się znów, Asqu­ith”. 1 kwiet­nia pre­mier wy­słał swo­ją re­zy­gna­cję do prze­by­wa­ją­ce­go w Biar­ritz kró­la. 3 kwiet­nia król przy­jął dy­mi­sję. Camp­bell-Ban­ner­man zmarł nad ra­nem 22 kwiet­nia 1908 roku.

30Henry i Margot Asquithowie

Her­bert Hen­ry Asqu­ith za­czy­nał skrom­niej niż któ­ry­kol­wiek z jego po­przed­ni­ków na urzę­dzie pre­mie­ra. Uro­dził się w 1852 roku, jako syn kup­ca weł­nia­ne­go, na wsi w hrab­stwie York­shi­re. Gdy Her­bert13 miał osiem lat, jego oj­ciec do­znał skrę­tu ki­szek pod­czas wiej­skich roz­gry­wek w kry­kie­ta i zmarł parę go­dzin póź­niej. Od ukoń­cze­nia lat dwu­na­stu Asqu­ith za­miesz­ki­wał na stan­cjach u ro­dzin w Lon­dy­nie, aby mógł uczęsz­czać do lep­szych szkół. Jako uczeń do­sko­na­le da­wał so­bie radę. „[Szko­ła] po pro­stu […] po­sta­wi­ła przed nim dra­bi­nę, a on ru­szył po niej do góry” – po­wie­dział jej dy­rek­tor. W wie­ku lat sie­dem­na­stu Asqu­ith zdo­był sty­pen­dium z za­kre­su li­te­ra­tu­ry kla­sycz­nej w Bal­liol. Jego tam przy­by­cie zbie­gło się w cza­sie z pierw­szą ka­den­cją Ben­ja­mi­na Jo­wet­ta jako prze­ło­żo­ne­go col­led­ge’u. Jo­wett14, któ­ry miał do­bre oko do oce­ny moż­li­wo­ści stu­den­tów, trzy­mał Asqu­itha pod ści­słym nad­zo­rem. Asqu­ith po­świę­cił się dzia­łal­no­ści w ra­mach Oxford Union. Prze­ma­wiał nie­mal w każ­dej de­ba­cie po­li­tycz­nej, zo­stał jej prze­wod­ni­czą­cym i zmie­nił prze­pi­sy to­wa­rzy­stwa, ze­zwa­la­jąc na pa­le­nie oraz ser­wo­wa­nie po­po­łu­dnio­wej her­ba­ty. Po­mi­mo tych za­jęć ubocz­nych Asqu­ith zo­stał w 1874 roku je­dy­nym ab­sol­wen­tem Bal­liol, któ­ry otrzy­mał dy­plom pierw­szej kla­sy w za­kre­sie li­te­ra­tu­ry kla­sycz­nej – z wy­róż­nie­niem.

Asqu­ith mógł po­zo­stać w Oxfor­dzie jako don15, lecz nie było to jego am­bi­cją. Prze­niósł się do Lon­dy­nu, gdzie za­czął przy­go­to­wy­wać się do za­wo­du ad­wo­ka­ta. Bez pie­nię­dzy i bez ko­nek­sji, Asqu­ith za­warł sza­lo­ne mał­żeń­stwo w wie­ku dwu­dzie­stu pię­ciu lat i ry­chło zo­stał oj­cem. Aby uzu­peł­nić swo­je mi­zer­ne do­cho­dy z pra­wa, re­gu­lar­nie pi­sy­wał do li­be­ral­nych ty­go­dni­ków „Spec­ta­tor” i „Eco­no­mist”. Pi­sy­wał wstęp­nia­ki, naj­czę­ściej po­świę­co­ne po­li­ty­ce, lecz po­tra­fił tak­że, nie tra­cąc lek­ko­ści pió­ra, po­ru­szać się po in­nych are­nach – eko­no­micz­nej, li­te­rac­kiej, spo­łecz­no-oby­cza­jo­wej.

Pew­ne­go wie­czo­ra w 1881 roku, pod­czas obia­du w Lin­coln’s Inn16, Asqu­ith sie­dział obok in­ne­go mło­de­go ad­wo­ka­ta, po­dob­nie jak on – umiar­ko­wa­ne­go li­be­ra­ła z am­bi­cja­mi po­li­tycz­ny­mi. Ri­chard Bur­ton Hal­da­ne, młod­szy od Asqu­itha o czte­ry lata Szkot, któ­ry miał zo­stać jego naj­bliż­szym przy­ja­cie­lem i naj­po­tęż­niej­szym so­jusz­ni­kiem po­li­tycz­nym, stu­dio­wał w Niem­czech, skąd wy­niósł płyn­ną zna­jo­mość ję­zy­ka oraz moc­ne upodo­ba­nie do nie­miec­kiej fi­lo­zo­fii. Hal­da­ne miał pie­nią­dze, któ­rych bra­ko­wa­ło Asqu­itho­wi. Dwa lub trzy razy na ty­dzień spo­ży­wa­li wspól­nie obiad w któ­rejś z re­stau­ra­cji, po czym Asqu­ith wra­cał do ro­dzi­ny. Hal­da­ne czę­sto uda­wał się z Asqu­ithem do domu, gdzie stał się ulu­bień­cem jego żony i dzie­ci. Hal­da­ne po­dzi­wiał moc­ne stro­ny przy­ja­cie­la, lecz do­strze­gał też jego sła­be punk­ty. Asqu ith, po­wia­dał Hal­da­ne, był po­sia­da­czem „naj­wspa­nial­sze­go apa­ra­tu in­te­lek­tu­al­ne­go oraz zdol­no­ści zro­zu­mie­nia i oce­ny, z ja­ki­mi nig­dy u ni­ko­go in­ne­go się nie ze­tkną­łem”, lecz był znacz­nie lep­szy w ob­ja­śnia­niu niż two­rze­niu. „Asqu­ith sam wie­le nie wy­my­ślił – cią­gnął Hal­da­ne – Nie był czło­wie­kiem ob­da­rzo­nym wy­obraź­nią, lecz kie­dy co­kol­wiek wspól­nie wy­my­śli­li­śmy – za­wsze pa­da­ło na nie­go, żeby przed­sta­wił za­gad­nie­nie w na­szym imie­niu – miał to opa­no­wa­ne do per­fek­cji”. Jed­na spra­wa do­ty­czą­ca Asqu­itha była za­wsze ja­sna. „Oby­dwaj awan­so­wa­li­śmy wśród pa­le­stry, lecz dla Asqu­itha zo­stać wy­bit­nym praw­ni­kiem nig­dy nie było żad­ną atrak­cją – wspo­mi­nał Hal­da­ne – Od sa­me­go po­cząt­ku po­sta­no­wił, że zo­sta­nie pre­mie­rem”.

To wła­śnie Hal­da­ne pierw­szy za­su­ge­ro­wał Asqu­itho­wi, aby wy­star­to­wał w wy­bo­rach do par­la­men­tu. Sam Hal­da­ne zo­stał wy­bra­ny do Izby Gmin w 1885 roku i w roku na­stęp­nym za­czął na­ci­skać przy­ja­cie­la, żeby zgło­sił swo­ją kan­dy­da­tu­rę w szkoc­kim okrę­gu East Fife. Asqu­ith zo­stał wy­bra­ny nie­wiel­ką więk­szo­ścią, lecz miał od­tąd re­pre­zen­to­wać tych sa­mych wy­bor­ców przez trzy­dzie­ści dwa lata. Gdy w mar­cu 1887 roku wy­gło­sił swo­ją de­biu­tanc­ką mowę, po­sło­wie z obu stron izby byli za­sko­cze­ni jego pew­no­ścią sie­bie, elo­kwen­cją i au­to­ry­te­tem. „Jego dyk­cja już wte­dy była nie­ska­zi­tel­na” – rzekł z po­dzi­wem Hal­da­ne. Zde­cy­do­wa­nie mniej­sze wra­że­nie zro­bił jed­nak na panu Glad­sto­ne’ie. Gdy li­de­ra li­be­ra­łów za­py­ta­no, czy sztu­ka ora­tor­ska może wy­nieść mło­de­go Asqu­itha na szczy­ty ka­rie­ry po­li­tycz­nej, ten po­trzą­snął gło­wą. „Styl za­nad­to są­do­wy” – orzekł. Nie­mniej jed­nak, gdy pięć lat póź­niej Glad­sto­ne two­rzył swój czwar­ty i ostat­ni ga­bi­net, po­wo­łał czter­dzie­sto­let­nie­go Asqu­itha na sta­no­wi­sko mi­ni­stra spraw we­wnętrz­nych. 18 sierp­nia 1892 nowi mi­ni­stro­wie uda­li się do Osbor­ne Ho­use, aby tam otrzy­mać od kró­lo­wej pie­czę­cie swo­ich urzę­dów. Prze­by­wa­jąc So­lent od stro­ny Por­ts­mouth, nowi mi­ni­stro­wie li­be­ral­ni mi­nę­li dru­gą łódź, wio­zą­cą z po­wro­tem ustę­pu­ją­cych mi­ni­strów unio­ni­stycz­nych – obie gru­py w mil­cze­niu uchy­li­ły cy­lin­drów. Przy tej oka­zji kró­lo­wa Wik­to­ria nie roz­ma­wia­ła z no­wym mi­ni­strem spraw we­wnętrz­nych, lecz od­no­to­wa­ła w swo­im dzien­ni­ku, że wy­da­wał się „in­te­li­gent­nym, do­brze się pre­zen­tu­ją­cym męż­czy­zną”. Wkrót­ce po­tem Asqu­ith zo­stał po­now­nie we­zwa­ny do Osbor­ne na obiad i krót­ki po­byt, i tym ra­zem Kró­lo­wa od­no­to­wa­ła: „od­by­łam z pa­nem Asqu­ithem roz­mo­wę, któ­rą uwa­żam za przy­jem­ną, bez­po­śred­nią i roz­sąd­ną”.

Lata, gdy Asqu­ith wspi­nał się po szcze­blach ka­rie­ry aż do po­zio­mu ga­bi­ne­tu, były la­ta­mi spo­ko­ju w ży­ciu do­mo­wym. Ma­jąc lat osiem­na­ście za­ko­chał się pod­czas po­by­tu nad mo­rzem w pięt­na­sto­let­niej dziew­czy­nie, He­len Mel­land, cór­ce wzię­te­go le­ka­rza z Man­che­ste­ru. Pi­sy­wa­li od­tąd do sie­bie re­gu­lar­nie, a czte­ry lata póź­niej, gdy on był jesz­cze w Bal­liol, za­rę­czy­li się w se­kre­cie. Po­bra­li się w 1877 roku, gdy on miał dwa­dzie­ścia pięć, ona zaś dwa­dzie­ścia dwa lata. Za­rob­ki Asqu­itha jako ad­wo­ka­ta oraz nie­wiel­kie pie­nią­dze otrzy­my­wa­ne przez nią od ojca po­zwo­li­ły im na kup­no bia­ło­ścien­ne­go dom­ku sto­ją­ce­go w ogro­dzie w Hamp­ste­ad, któ­ry przez czter­na­ście lat po­zo­sta­wał ich do­mem ro­dzin­nym. He­len Mel­land była wy­so­ką, atrak­cyj­ną bru­net­ką. „Pięk­na i pro­sta du­sza” – wspo­mi­nał Hal­da­ne. „Nikt nie na­zwał­by jej mą­drą, czy «in­te­lek­tu­alist­ką» – po­wie­dział o niej mąż – Tym, co de­cy­do­wa­ło o jej rzad­kich za­le­tach, był jej cha­rak­ter”. Była ona „bez­in­te­re­sow­na i udu­cho­wio­na, […] cie­pła […] i wiel­ko­dusz­na”. Kie­dyś, jesz­cze bo­ry­ka­jąc się w pa­le­strze, mąż wy­ra­ził jej swą mi­łość, wy­da­jąc 300 fun­tów szter­lin­gów, by ku­pić jej dia­men­to­wy na­szyj­nik.

He­len Asqu­ith była szczę­śli­wa, miesz­ka­jąc w Hamp­ste­ad. W cią­gu dzie­wię­ciu lat po­ja­wi­ło się pię­cio­ro dzie­ci, a gdy jej mąż pra­co­wał nad ak­ta­mi pro­wa­dzo­nych spraw czy uda­wał się do izby Gmin, cza­sa­mi ja­da­jąc obiad z przy­ja­ciół­mi i póź­no wra­ca­jąc do domu, ona nad­zo­ro­wa­ła go­spo­dar­stwo i ro­dzi­nę. Mi­ja­ły lata – on się zmie­niał, a ona nie. Ka­rie­ra Asqu­itha wy­nio­sła go na szczy­ty to­wa­rzy­skie. Nad­cho­dzi­ły za­pro­sze­nia, z cze­go on był za­do­wo­lo­ny, zaś He­len – prze­ra­żo­na. Z po­cząt­ku Asqu­ith nie umiał do­sto­so­wać się do to­wa­rzy­stwa; od­no­to­wa­no, że na przy­ję­ciach – ru­sza­jąc na obiad – po­da­wał ra­mię wła­snej żo­nie. Sko­ry­go­wał jed­nak te drob­ne błę­dy, roz­wi­ja­jąc w so­bie upodo­ba­nie do do­brych win oraz ta­lent do roz­mó­wek z uty­tu­ło­wa­ny­mi pa­nia­mi. Jego żona nie mia­ła ani ta­kich upodo­bań, ani ta­len­tu. To­wa­rzy­stwo, zdzi­wio­ne parą no­wi­cju­szy, czy­ni­ło uwa­gi na te­mat jego am­bi­cji i jej nie­chę­ci. Jed­nym sło­wem, He­len po­strze­ga­na była jako kula u nogi męża.

Wśród ob­ser­wa­to­rów mał­żeń­stwa Asqu­itha znaj­do­wa­ła się Mar­got Ten­nant, ob­da­rzo­na burz­li­wym cha­rak­te­rem, to­wa­rzy­ska na spo­sób eks­tra­wa­ganc­ki człon­ki­ni krę­gu „Dusz” i na­mięt­na wiel­bi­ciel­ka Ar­thu­ra Bal­fo­ura. „Gdy od­kry­łam, że [Asqu­ith] jest żo­na­ty – na­pi­sa­ła po­tem Mar­got – Po­pro­si­łam go, aby przy­szedł na obiad z żoną, co uczy­nił, a za­raz gdy ją uj­rza­łam, po­wie­dzia­łam jej: «Na­praw­dę, pani Asqu­ith, li­czę na to, że nie bę­dzie mia­ła pani nic prze­ciw­ko temu, aby pani mąż od cza­su do cza­su ja­dał tu­taj obiad bez pani; za­wsze są­dzi­łam, że do Hamp­ste­ad jest zbyt da­le­ko, aby wra­cał do pani z Izby Gmin. Musi jed­nak pani mi za­wsze dać znać i przy­cho­dzić ra­zem z nim, kie­dy tyl­ko bę­dzie pani mia­ła ocho­tę»”.

„[…] Tak bar­dzo róż­ni­ła się ode mnie, że bar­dzo pra­gnę­łam, aby się zgo­dzi­ła. Była uprzej­ma, miła i po­zba­wio­na am­bi­cji, opo­wia­da­ła mi o domu i dzie­ciach z taką mi­ło­ścią i za­in­te­re­so­wa­niem, że wy­da­wa­ły się one wy­klu­czać ją z ży­cia wiel­kiej po­li­ty­ki, ja­kie od daw­na po­cią­ga­ło moją wy­obraź­nię. […]”

„Bar­dzo pra­gnę­łam, aby […] po­zna­ła mo­ich przy­ja­ciół, lecz po week­en­dzie spę­dzo­nym z lor­dem i lady Des­bo­ro­ugh [sio­stra i szwa­gier Mar­got Ten­nant], gdzie wszy­scy ją po­lu­bi­li, po­wie­dzia­ła mi, że cho­ciaż wi­zy­ta jej się po­do­ba­ła, to nie wy­da­je jej się, żeby kie­dy­kol­wiek mia­ła dbać o ten ro­dzaj to­wa­rzy­stwa, ja­kie tak uwiel­bia­łam i jest szczę­śliw­sza w krę­gu swo­je­go domu i ro­dzi­ny. Gdy po­wie­dzia­łam jej, że wy­szła za męż­czy­znę, któ­ry z pew­no­ścią osią­gnie naj­wyż­sze sta­no­wi­ska w po­li­ty­ce, od­par­ła, że nie tego dla nie­go pra­gnę­ła. Od­jeż­dża­jąc z Hamp­ste­ad, gdzie spę­dzi­ły­śmy tro­chę cza­su tyl­ko we dwie, za­sta­na­wia­łam się, czy moje pra­gnie­nie, aby jej mąż od­niósł suk­ces […] było czymś złym”.

Przy­jaźń Mar­got Ten­nant z He­len Asqu­ith była krót­ka. We wrze­śniu 1891 roku, spę­dza­jąc wa­ka­cje w Szko­cji, He­len Asqu­ith na­ba­wi­ła się ty­fu­su. Zmar­ła po trzech ty­go­dniach. Asqu­ith po­wró­cił do Hamp­ste­ad z piąt­ką po­zba­wio­nych mat­ki dzie­ci. Naj­star­sze z nich, Ray­mond, mia­ło dwa­na­ście lat, naj­młod­sze – osiem­na­ście mie­się­cy.

Jesz­cze przed śmier­cią swo­jej pierw­szej żony Asqu­ith od­czu­wał po­ciąg do Mar­got Ten­nant. W swo­ich pa­mięt­ni­kach tak wspo­mi­na ona ich pierw­sze spo­tka­nie: „Obiad, pod­czas któ­re­go zo­sta­łam przed­sta­wio­na mo­je­mu mę­żo­wi, od­by­wał się w gma­chu Izby Gmin. Sie­dzia­łam wte­dy obok nie­go. Wiel­kie wra­że­nie zro­bi­ła na mnie jego kon­wer­sa­cja oraz wy­raź­nie za­ry­so­wa­na, crom­wel­low­ska twarz. Róż­nił się od wszyst­kich po­zo­sta­łych go­ści, a choć był okrop­nie ubra­ny, to sta­no­wił taką oso­bo­wość, że na­tych­miast uprzy­tom­ni­łam so­bie, iż oto jest męż­czy­zna, któ­ry po­tra­fił­by mi po­móc, zdol­ny wszyst­ko zro­zu­mieć. Ani przez chwi­lę przez mój umysł nie prze­szło, że jest żo­na­ty, zresz­tą ja­kie by to mia­ło zna­cze­nie […].

Po obie­dzie wszy­scy wy­szli­śmy na ta­ras bu­dyn­ku i schle­bia­ło mi, że mój nowy przy­ja­ciel zna­lazł się u mo­je­go boku. […] Wy­co­fa­li­śmy się w naj­ciem­niej­szy za­ką­tek ta­ra­su, gdzie, prze­chy­liw­szy się przez ba­lu­stra­dę, ga­pi­li­śmy się na rze­kę i roz­ma­wia­li­śmy do póź­na w nocy.

Nasz go­spo­darz i jego kom­pa­nia – my­śląc, że po­szłam już do domu, zaś pan Asqu­ith wró­cił do Izby, gdzie dzwon­ki wzy­wa­ły do gło­so­wa­nia – daw­no już zni­kli, gdy więc wresz­cie skoń­czy­li­śmy na­szą kon­wer­sa­cję, ta­ras był pu­sty, a nie­bo ja­śnia­ło.

Kil­ka dni póź­niej spo­tka­li­śmy się na obie­dzie u Sir Al­ger­no­na We­sta […] a po­tem wi­dy­wa­li­śmy się już sta­le”.

Mar­got już się zde­cy­do­wa­ła. Po tam­tej pierw­szej nocy na ta­ra­sie Izby Gmin po­wie­dzia­ła swo­jej sio­strze, lady Rib­bles­da­le: „Asqu­ith jest je­dy­nym męż­czy­zną, ja­kie­go kie­dy­kol­wiek mo­gła­bym po­ślu­bić – wszy­scy inni na­da­ją się tyl­ko na ma­ku­la­tu­rę. Za­le­d­wie po mie­sią­cu od śmier­ci He­len, Asqu­ith i Mar­got za­czę­li pi­sy­wać do sie­bie dłu­gie, in­tym­ne li­sty. „Po­wia­dasz mi, że­bym nie prze­sta­wał cię ko­chać, tak jak­bym to uczy­nił lub miał taki za­miar czy w ogó­le był do tego zdol­ny” – pi­sał Asqu­ith.

Mar­got Ten­nant była cór­ką Sir Char­le­sa Ten­nan­ta, bo­ga­te­go ba­ro­ne­ta z Ni­zin Szkoc­kich, któ­re­go trzy cór­ki sztur­mem pod­bi­ły so­cje­tę Lon­dy­nu. Mar­got, naj­bar­dziej z nich wszyst­kich wy­mow­na i pro­wo­ku­ją­ca, mia­ła tak­że usta­lo­ną re­pu­ta­cję jako mi­ło­śnicz­ka jeź­dziec­twa. Nie była pięk­no­ścią, naj­le­piej mówi o tym jej wła­sny opis sa­mej sie­bie: „Mała, gwał­tow­na, ner­wo­wa, nie­spo­koj­na, z bli­sko roz­sta­wio­ny­mi ocza­mi, so­ko­lim no­sem, krót­ką gór­ną war­gą i du­żym, ko­ści­stym, wy­sta­ją­cym pod­bród­kiem […] kon­wer­sa­cja bar­dzo ob­ra­zo­wa i prze­sad­na […] naj­wyż­sza ży­wość, wiel­ka pew­ność sie­bie […] do­bre­go ser­ca, lubi lu­dzi, zwie­rzę­ta, książ­ki, sport, mu­zy­kę, ćwi­cze­nia fi­zycz­ne […] in­te­lek­tu­al­ny sa­mo­uk, am­bit­na, nie­za­leż­na i upar­ta […] lu­bią­ca po­dziw ze stro­ny tak męż­czyzn, jak i ko­biet, lecz zdol­na tak­że sama go oka­zy­wać. […] Ko­cha sta­rych lu­dzi po­nie­waż nig­dy nie wy­da­je się jej, że są sta­rzy […]”.

Wie­le swo­ich naj­szczę­śliw­szych chwil spę­dzi­ła Mar­got na ko­niu. „Jeż­dżę le­piej niż więk­szość lu­dzi – stwier­dzi­ła – i spę­dzi­łam, czy też zmar­no­wa­łam na ko­niach wię­cej cza­su niż po­win­na so­bie po­zwo­lić ja­ka­kol­wiek ob­da­rzo­na in­te­lek­tem ko­bie­ta”. Ska­ka­ła przez pło­ty i mie­dze po wszyst­kich wiej­skich hrab­stwach An­glii, po­ma­ga­jąc za­bić do trzech li­sów dzien­nie. Przy­jem­no­ści te jed­nak kosz­to­wa­ły: „Zła­ma­łam oba oboj­czy­ki, wszyst­kie że­bra i rzep­kę ko­la­no­wą, roz­cię­łam so­bie nos i pięć razy do­zna­łam wstrzą­su mó­zgu” – po­wie­dzia­ła kie­dyś. Pew­ne­go razu, sie­dząc na ko­niu i cze­ka­jąc na ojca przed ich do­mem na Gro­sve­nor Squ­are, znie­cier­pli­wio­na Mar­got wje­cha­ła po scho­dach pro­wa­dzą­cych do hal­lu, gdzie ko­py­ta zwie­rzę­cia po­śli­znę­ły się na mar­mu­ro­wej po­sadz­ce. Koń i ama­zon­ka upa­dli – tym ra­zem szczę­śli­wie – żad­ne z nich nie po­nio­sło szwan­ku.

Mar­got Ten­nant była rów­nie im­pul­syw­na w to­wa­rzy­stwie. Sie­dząc na ja­kimś obie­dzie obok lor­da Ran­dol­pha Chur­chil­la, po­wie­dzia­ła by­łe­mu kanc­le­rzo­wi, „Oba­wiam się, że po­dał się pan do dy­mi­sji ra­czej z tem­pe­ra­men­tu niż z prze­ko­na­nia, lor­dzie Ran­dol­phie”. „Cóż za bez­czel­ność! – po­wie­dział za­sko­czo­ny Chur­chill – Cóż ty wiesz o mo­ich prze­ko­na­niach?”. Nie­mniej, spro­wo­ko­wa­ny, cią­gnął da­lej: „Nie­na­wi­dzę Sa­lis­bu­ry’ego. Rzu­cił się na moją re­zy­gna­cję jak pies na kość”. Za­nim wie­czór do­biegł koń­ca, Mar­got zdą­ży­ła po­zy­skać so­bie lor­da Ran­dol­pha, któ­ry za­pro­sił ją na ko­la­cję na cześć księ­cia Wa­lii. Pra­gnąc ko­niecz­nie wszyst­kich za­szo­ko­wać, przy­by­ła na nią w bia­łej mu­śli­no­wej suk­ni z prze­źro­czy­sta bluz­ką. „Spójrz­cie tyl­ko na pan­nę Ten­nant! – pod­śmie­wa­ły się po­zo­sta­łe pa­nie – Przy­szła w noc­nej ko­szu­li!” Mar­got pod­słu­cha­ła, co było o niej mó­wio­ne i gdy przy­był ksią­żę, na­tych­miast wszyst­ko mu opo­wie­dzia­ła. Ksią­żę po­pro­sił ją, aby sie­dzia­ła przy nim pod­czas ko­la­cji.

In­te­li­gen­cja Mar­got Ten­nant była bły­sko­tli­wa, do­sko­na­le spraw­dza­ją­ca się w grze słów i cię­tych ri­po­stach. W wie­ku osiem­dzie­się­ciu lat sta­ry Glad­sto­ne na­pi­sał dla niej po­emat i po­tra­fił po­zo­sta­wić jej ojca w sa­lo­nie, aby udać się do jej sy­pial­ni na roz­mo­wę. Ma­jąc wiel­kie zdol­no­ści do po­ty­czek słow­nych, po­tra­fi­ła być bez­li­to­sna wo­bec mod­nych pań, któ­re od­wa­ży­ły się rzu­cić jej wy­zwa­nie. Razu pew­ne­go lady Lon­don­der­ry umy­śli­ła so­bie wy­sa­dzić Mar­got z sio­dła, mó­wiąc do niej w to­wa­rzy­stwie: „Oba­wiam się, że nie czy­ta­ła pani tej książ­ki”. „Oba­wiam się, lady Lon­don­der­ry, że pani nie prze­czy­ta­ła na­wet przed­mo­wy – od­cię­ła się Mar­got – Ta książ­ka jest mi za­de­dy­ko­wa­na”.