Złodziejka Ciągnąca Warkocze Kłopotów - Michael McClung - ebook
NOWOŚĆ

Złodziejka Ciągnąca Warkocze Kłopotów ebook

Michael McClung

0,0

15 osób interesuje się tą książką

Opis

W Lucernis przetrwasz tylko wtedy, gdy trzymasz się prostych zasad. Amra Thetys miała dwie: zawsze pilnuj swoich interesów i nigdy nie daj się ponieść emocjom.

Tyle teorii. Bo kiedy twój kumpel po fachu zostaje zaszlachtowany przez nieudany interes, zasady lądują w błocie. Amra robi coś, co w jej świecie oznacza czyste samobójstwo – porzuca bezpieczne włamania oraz łatwe pieniądze i rusza w pogoń za czymś o wiele bardziej wartościowym. Za krwawą, bezwzględną zemstą.

Szybko jednak okazuje się, że z myśliwego staje się zwierzyną.

Na jej trop wpadają ludzie, z którymi nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby zadzierać – z nieśmiertelnym zabójcą i szalonym magiem na czele. Wszyscy są przekonani, że dziewczyna posiada Ostrze Szepczące Nienawiść, legendarny i przesiąknięty demoniczną magią artefakt, przez który zginął jej przyjaciel. A ci ludzie cofną się przed absolutnie niczym, żeby wyrwać je z jej rąk.

Jest tylko jeden, poważny problem. Amra nie ma zielonego pojęcia, gdzie to Ostrze właściwie się znajduje.

Zegar tyka, a wrogowie depczą jej po piętach. Jeśli Amra nie znajdzie artefaktu – i to szybko – zamiast pomścić śmierć kompana, sama skończy w zimnym grobie. A w Lucernis nikt po złodziejach nie płacze.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 278

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



ZŁODZIEJKA CIĄGNĄCA WARKOCZE KŁOPOTÓW

Amra Thetys: CZĘŚĆ 1

MICHAEL McCLUNG

Copyright © 2025 Michael McClung

DEDYKACJA

Zawsze i na zawsze, dla moich szalonych kurczaczków.

SPIS TREŚCI

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Epilog

Świat Amry

ROZDZIAŁ 1

Kiedy pewnego upalnego letniego dnia w samo południe Corbin zjawił się, łomocząc do moich drzwi, nie mogę powiedzieć, żebym była szczególnie uradowana jego widokiem. Nikogo nie powinno dziwić, że człowiek z moją profesją sypia zazwyczaj za dnia. A ponieważ nikomu nie mówię, gdzie mieszkam, jego obecność mocno mnie zirytowała.

– Cześć, Amra – rzucił z tym swoim chłopięcym uśmiechem, który zazwyczaj pozwalał mu przekraczać drzwi, przed którymi powinien pocałować klamkę. Stał nonszalancko na samym szczycie schodów, opierając jedną dłoń o spękaną drewnianą poręcz. Cóż, o to, co z niej zostało, bo większość zbutwiała i rozpadła się, zanim w ogóle się tu wprowadziłam. Wyglądał marnie. Ciemne wory pod oczami, zarost, który już dawno przestał być pociągająco szorstki, a stał się po prostu niechlujny. Żółto– zielony cień starego, brzydkiego siniaka wyzierał zza przepoconego lnianego kołnierzyka. Jego miodowe loki były tłuste i oklapnięte.

– Corbin, czego do cholery chcesz?

– Wejść? – odparł z ironią, wciąż szczerząc zęby i zerkając przez ramię na ulicę.

– Tylko spróbuj sprowadzić mi na głowę kłopoty… – Odsunęłam się o krok, a on natychmiast prześlizgnął się obok mnie do mrocznego wnętrza przedpokoju. – Ściągaj buty, barbarzyńco. Masz pojęcie, ile kosztował ten dywan?

– To chyba zależy od tego, kto pytał o cenę, co? – Usiadł na niskiej ławie i zaczął szarpać rzemienie. – Ładny szlafrok – dodał tym swoim jedwabistym głosem, ale wiedziałam, że ma to głęboko w nosie. Owinęłam się mocniej jedwabną chustą, a on tylko cicho zachichotał. – Nie denerwuj się, Amra. Ten nóż w twojej dłoni i tak psuje cały urok.

Dopiero wtedy dotarło do mnie, że wciąż ściskam w palcach stal. Nie otwierałam drzwi bez żelaza pod ręką. Jeśli mam być szczera, rzadko kiedy robiłam bez niego cokolwiek. Schowałam ostrze w fałdy materiału i zmarszczyłam brwi.

– Nie możesz tu zostać. I nie pożyczę ci ani jednego miedziaka.

Przeciągnął się, aż zatrzeszczały mu stawy, i poruszył palcami stóp.

– Nie chcę twojego złota. Szukam raczej jakiegoś przytulnego gniazdka, choć ta nora słabo wpisuje się w definicję przytulności. – Spojrzał mi prosto w oczy i od razu dostrzegłam ten cień. Coś go gryzło. I na pewno nie była to tęsknota za starymi znajomymi. – Masz coś do picia? Gęba mi wyschła na wiór.

– Salon. Ruchy.

Gdyby ktoś zobaczył mnie wtedy po raz pierwszy, miałby pełne prawo się przerazić. Nie przypominam kobiet z wyższych sfer – mam posturę faceta, a w zasadzie dorastającego, żylastego chłopaka. Moja twarz to mapa drobnych blizn, a usta mam wiecznie spękane i szorstkie. W półświatku uchodziłam za fachowca, a to, czym się trudniłam, mało miało wspólnego z kobiecością. Stałam o kilka szczebli wyżej w hierarchii niż pospolity kieszonkowiec. Mimo to, w ukryciu przed światem, w zaciszu mojej własnej rudery, pozwalałam sobie na słabość do drobnych luksusów – jedwabiów, miękkich aksamitów, pastelowych barw i rzeźbionego szkła.

Corbin wszedł do pokoju i cicho zagwizdał.

– No, no, Amra… Pełen luksus. Spodziewałem się raczej gołych ścian i mebli uratowanych z wysypiska. – Zaczął krążyć po pomieszczeniu, taksując wzrokiem moje obrazy, grzbiety książek i malutkie, szklane figurki zamknięte bezpiecznie w gablotce.

– Zamknij się i siadaj. Chcesz wina?

– Masz coś mocniejszego?

– Nie.

– W takim razie niech będzie wino.

Opadł ciężko na wielką poduchę, która służyła mi za krzesło, wyciągnął przed siebie długie nogi i znów się wyszczerzył. Pokręciłam zrezygnowana głową i zaczęłam grzebać w szafce. Po chwili wyłowiłam dwa w miarę czyste kieliszki. Kiedy mieszka się samotnie i nie przyjmuje gości, polerowanie szkła schodzi na dalszy plan. Wyciągnęłam korek z butelki Fel– Radoth – to było dobre, głębokie wino, zdecydowanie zbyt dobre dla kogoś takiego jak on, ale uznałam, że jest za wcześnie, żeby miała karać się jakimiś pomyjami.

Nalałam purpurowy płyn i podałam mu kieliszek, po czym oparłam się o ścianę. Corbin wlał wino w gardło jednym, potężnym haustem. Aż mną wstrząsnęło. Bez słowa zabrałam butelkę i wepchnęłam korek na miejsce.

– O co ci chodzi? – żachnął się.

Odstawiłam Fel– Radoth na półkę i wróciłam z dzbanem podrzędnego, cierpkiego Tambora.

– Przypomnij mi na przyszłość, żebym nigdy więcej nie marnowała na ciebie niczego, co ma jakikolwiek smak.

Wzruszył tylko ramionami, odebrał mi naczynie i pociągnął solidny łyk prosto z gwinta.

– Dobra. Nie chcesz pożyczki, nie szukasz noclegu. Czego więc ode mnie chcesz, Corbin?

Westchnął ciężko, jakby dźwigał na barkach całą nędzę tego miasta. Wsunął dłoń głęboko pod fałdy swojej obszernej koszuli, garbiąc się przy tym jeszcze mocniej niż zwykle. Po sekundzie wyciągnął to na światło dzienne – pakunek wielkości dwóch zaciśniętych pięści, owinięty starannie w gruby, surowy jedwab.

– Masz. Przechowaj to dla mnie przez jakiś czas – powiedział, wyciągając rękę.

– A co to za cholerstwo? – Nie spieszyłam się z wyciąganiem rąk.

– Gorący temat, a co innego? – Na jego twarz wrócił ten denerwujący, zawadiacki uśmieszek. – Nabiegałem się za tym, Amra. I to cholernie mocno. To cała moja zapłata, przynajmniej na tę chwilę.

Wzięłam zawiniątko z wyraźnym obrzydzeniem. Ciężar momentalnie mnie zaskoczył – nie musiałam być dyplomowanym magiem, by po samej masie poznać, że pod materiałem kryje się szczere, gęste złoto. Rozwinęłam jedwab.

To, co ukazało się moim oczom, było bez wątpienia jednym z najpotworniejszych szkaradztw, jakie wydała na świat ludzka ręka.

Na mojej dłoni spoczywała spuchnięta, chropowata ropucha. Z przodu miała dwie potężne łapy, ale zamiast tylnych kończyn jej cielsko kończyło się grubym, mięsistym ogonem. W rzeźbionym pysku błyszczały dwa szmaragdowe oczka, osadzone tak krzywo, że aż zęby bolały od samego patrzenia. Ta złota bestia właśnie pożerała małą, kobiecą figurkę. Ktokolwiek to stworzył, był chorym sadystą, ale i pieprzonym mistrzem w swoim fachu – twarzyczka nieszczęsnej ofiary, mimo prymitywnego dłuta, była czystym, namacalnym uosobieniem agonii. Większość jej ciała zniknęła już w gardzieli potwora; na zewnątrz sterczała tylko głowa i jedna uniesiona ręka, zastygła w upiornym geście, który wyglądał jak parodia pożegnania. Szczerze wątpiłam, by ten ostatni akcent był zamierzony przez autora.

– Gdzie u licha wygrzebałeś to paskudztwo? – zapytałam, nie mogąc oderwać wzroku od makabrycznego złota.

– Mniejsza o to. Tamto miejsce i tak obróciło się w piach, gdy tylko zatrzasnąłem za sobą drzwi – rzucił i pochylił się ku mnie, zniżając głos do szeptu. – To tylko część większego zestawu, Amra. Było ich kilkanaście. Zdobyłem każdą jedną, a wierz mi na słowo, to nie był spacer po rajskich ogrodach.

– Gdzie więc jest reszta?

– Ten sukinsyn, mój zleceniodawca, postanowił zmienić reguły gry w trakcie rozdania. Ma już pozostałe figurki, ale na tej jednej zależy mu bardziej niż na własnym życiu. I to daje mi nad nim przewagę. – Corbin wykrzywił usta w drapieżnym, złym uśmiechu. – Wycisnę z niego całą pierwotną stawkę i dorzucę do tego słoną nawiązkę za próbę oszustwa. Trzy tysiące marek w złocie. Jeśli popilnujesz tego szajsu przez kilka godzin, sto marek ląduje w twojej kieszeni.

Zmarszczyłam brwi, analizując sytuację. Znałam Corbina od trzech lat. Był cholernie dobrym złodziejem i w gruncie rzeczy porządnym facetem. Chudy jak tyczka, ale miał w sobie ten rodzaj bezczelnej urody, która sprawiała, że kobiety traciły dla niego głowę – w dużej mierze przez te jego nienaturalnie długie rzęsy. Szybko uderzało mu do łba, więc zazwyczaj pił niewiele, choć nigdy nie odmawiał, gdy ktoś stawiał kolejną kolejkę. Miał delikatne dłonie i falujące, miodowe włosy. Kiedy pewnej nocy dałam mu kosza, przyjął to z klasą i nigdy więcej nie próbował. I choć może raz czy dwa przemknęło mi przez myśl, że mogłam postąpić inaczej, żal szybko mijał – roztrząsanie „co by było, gdyby” to strata czasu, a w moim fachu sentymenty kosztują zbyt wiele.

Corbin nie grzeszył przesadną mądrością, ale głupcem też nie był. Głupi złodzieje w tym mieście szybko kończą z poderżniętym gardłem w jakimś rynsztoku. Jego spryt miał jednak charakter czysto sytuacyjny. Jeśli chodzi o ludzi, miał wadę wzroku – nie potrafił, albo po prostu nie chciał dostrzec, do jakich podłości są zdolni. Traktował ludzkie skurwyszyństwo jako wyjątek od reguły, a nie jej podstawę.

– Amra? To łatwy zarobek.

– Zbyt łatwy – ucięłam, pociągając łyk wina.

– Na bogów! Myślałem, że lubisz wyzwania, a ja potrzebuję kogoś, komu mogę zaufać. Ale jeśli pękasz… – Wyciągnął rękę po statuetkę, ale uderzyłam go w palce, odpychając dłoń.

– Nie powiedziałam, że się nie zgadzam.

Corbin uśmiechnął się szeroko, błyskając rzędem idealnie prostych, białych zębów. Przez sekundę miałam ochotę cisnąć tym złotym potworem prosto w tę jego urokliwą gębę, ale sto marek piechotą nie chodzi. Nie mogłam sobie pozwolić na luksus odrzucenia takiej sumy. Choć, bogowie mi świadkiem, powinnam to zrobić. Tak samo jak on powinien odpuścić tę sprawę i ratować skórę.

– Jeden warunek – zastrzegłam. – Chcę wiedzieć, dla kogo pracujesz.

To mu się nie spodobało. Anonimowość klienta to świętość. Jeśli ten parszywy świat miał w ogóle jakieś zasady, to ta stała na samym szczycie listy. Zgasił uśmiech i spochmurniał.

– Daj spokój, Corbin. Sam przed chwilą mówiłeś, że próbowali cię wykiwać.

– To prawda. Ale po co ci jego nazwisko?

– Bo jeśli mam wsadzić palce między drzwi a futrynę, chcę wiedzieć, jak ciężki jest młotek, który w nie uderzy.

– I czy ma ostre krawędzie? Dobra, niech ci będzie. Facet to jakiś nadziany Elamner, nazywa się Heirus. Wynajął tę wielką willę przy Jacos Road, tuż nad samym klifem. Kręci się tam pełno zbrojnych szumowin podających się za najemników, a wszystkimi sprawami kręci garbaty karzeł imieniem Bosch. To z nim dobijałem targu. Samego Elamnera na oczy nie widziałem.

Wymienił nazwiska, które absolutnie nic mi nie mówiły.

– Ten Bosch to tutejszy? – spytałam.

– Lucernanin, ale chyba z głębokiej prowincji. Akcent ma z południa.

– Jeszcze jedno. Skąd wytrzasnąłeś te figurki?

– Wyciągnąłem je z koszmarnie starej, na wpół zniszczonej świątyni na bagnach Gol– Shen. Jak już mówiłem, z tamtego miejsca zostały tylko gruzy. Ledwo stamtąd zwiałem w jednym kawałku. To nie były moje najlepsze dni. – Pociągnął kolejny solidny łyk z dzbana Tambora, po czym odstawił naczynie z głośnym stukotem. – Masz jeszcze jakieś pytania, szefowo?

– Za sto marek mogę cię kryć. Ale skoro raz spróbowali cię wykiwać, co stoi na przeszkodzie, żeby zrobili to znowu?

– Za pierwszym razem po prostu nie doceniłem przeciwnika. Do teraz nie mam pojęcia, jak wywąchali, gdzie ukryłem resztę statuetek. Przysiągłbym na wszystko, że nikt za mną nie lazł. Przyniosłem jedną sztukę na spotkanie, żeby pokazać, że towar jest prawdziwy. Mieli zapłacić, a ja miałem wyjawić kryjówkę. Kiedy dotarłem na miejsce, zastałem tylko puste ściany, a gdy wróciłem do swojego schowka, reszta zabawek już wyparowała. – Na jego usta wrócił ten denerwujący, pewny siebie uśmiech. – Ale chyba trochę popsułem im humor, bo tę jedną miałem cały czas przy sobie. Czysty impuls. I ten impuls właśnie daje mi przewagę. Teraz to ja rozdaję karty.

Nie byłam tego taka pewna. Optymizm Corbina bywał momentami zaraźliwy, ale zazwyczaj bywał po prostu śmiertelnie niebezpieczny.

– Czyli plan jest taki, że przynosisz im ostatni element układanki, ale zamierzasz stawiać warunki. Co powstrzyma ich przed tym, żeby po prostu poderżnąć ci gardło i zabrać zabawkę za darmo?

– Nie bój się o moją skórę. Wybrałem bezpieczne miejsce na wymianę, a potem znikam z miasta na bardzo długie, zamorskie wakacje. Wszystko mam zapięte na ostatni guzik.

Mruknęłam coś pod nosem. Ludzie z branży często nazywali mnie chorobliwą pesymistką i podejrzliwą suką. Inni, mniej subtelni, używali znacznie prostszych wyzwisk.

Ale ta sprawa z ropuchą to była gra Corbina, nie moja. Zamierzałam po prostu pomóc mu na tyle, na ile ode mnie oczekiwał. Sto marek to jedno, ale przyjaźń też miała swoją wartość w tym gównianym mieście.

– Jeśli tak twierdzisz, Corbin… – Uniosłam złote szkaradztwo na wysokość oczu. – Kiedy po to wracasz?

Wstał, przeciągnął się gwałtownie, aż zatrzeszczały mu kości.

– O północy. Albo chwilę później.

– A jeśli się nie pojawisz?

– Jeśli nie wrócę do świtu, posążek jest twój. Przetop go. Tylko upewnij się, że żadna jego część nie trafi na rynek w obecnym kształcie.

Przeszedł do holu i zaczął sznurować buty.

– A co, jeśli… – zaczęłam.

– Jeśli co?

– …jeśli naprawdę nie wrócisz?

Wzruszył ramionami, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie.

– Zaopiekuj się Bone’m. Wiesz, gdzie mieszkam.

– Nie cierpię psów.

– Nie, Amra. Ty po prostu nie cierpisz być odpowiedzialna za kogokolwiek poza samą sobą. Ale biorąc pod uwagę, ile warte jest to złoto i jakie ryzyko na siebie bierzesz, dasz radę wytrzymać z Bone’em. Poza tym, ten wielki kundel naprawdę cię lubi. – Spojrzał na moją szafkę, po czym jego wzrok rozbłysnął rozbawieniem. – O, i jeszcze jedno, Amra. To jest naprawdę śliczne.

Zanim zdążyłam zareagować, w jego palcach błysnął mały koliber z dmuchanego szkła, którego przed chwilą bezczelnie podprowadził z mojej gabloty. Wsadził go do kieszeni, posłał mi swój najbardziej bezczelny uśmiech, po czym wypadł przez drzwi, zbiegając po chwiejnych stopniach.

Zaryglowałam za nim drzwi. Oby, bogowie, oby nic nie poszło nie tak. Bone był potężnym, zwalistym psem, który bez przerwy sapał i produkował litry gęstej śliny. Ostatnie, czego pragnęłam w moim domu, to to bydlę.

Spojrzałam ponownie na statuetkę. Była autentycznie upiorna. Złoto miało paskudny, zanieczyszczony odcień, a wykonanie trąciło amatorszczyzną. Starożytny brud wżarł się głęboko w zagłębienia i fałdy krępego cielska. Powierzchnia była matowa, co oznaczało, że rzeźba spędziła wieki w ciemnościach, zamiast stać na widoku.

Przesukałam pamięć. Znałam sześć różnych żabich bóstw, demonów i pomniejszych bożków, ale każdy z nich miał przynajmniej cztery łapy, a tylko dwa gustowały w ludzkim mięsie. Wzruszyłam ramionami. Albo ta rzecz była symbolem jakiegoś lokalnego, zaściankowego kultu, o którym nikt żywy nie słyszał, albo pochodziła z czasów sprzed Wielkiej Diaspory. Jeśli opcja pierwsza – statuetka była warta dokładnie tyle, ile ważyło złoto po wrzuceniu do tygla. Jeśli druga – odpowiedni kolekcjoner dałby za nią fortunę. Znając nosa Corbina do staroci, stawiałam na to drugie. Ale i tak bez wahania przetopiłabym to paskudztwo, gdyby zaszła taka potrzeba.

Wcisnęłam brzydkiego bożka głęboko do mojej bezpiecznej skrytki i położyłam się z powrotem do łóżka.

Śnił mi się ten koszmar. Słyszałam, jak wewnątrz ściany coś ciężko, chrapliwie oddycha, a ten dźwięk przeplatał się z tłumionymi jękami pożeranej kobiety. Kiedy obudziłam się chwilę po zachodzie słońca, łeb pękał mi w szwach, a w ustach miałam posmak, jakbym spędziła ostatnie trzy tygodnie na najgorszym pijackim rajdzie w portowych dokach.

Coś w stylu smaku zdechłego kota, który przeleżał parę dni w rozgrzanym słońcem rynsztoku.

ROZDZIAŁ 2

Na kilka godzin przed północą dopadł mnie znajomy, parszywy niepokój. Zmyłam z siebie resztki koszmaru, ubrałam się i wyszłam w gęstniejący mrok nocy. Ból głowy, który towarzyszył mi od przebudzenia, zmienił się teraz w miniaturową, igłę rytmicznie przeszywającą obie skronie. Gdy schodziłam po chwiejnych stopniach, z dołu dobiegł mnie znajomy stukot i suchy brzęk kościanych płytek uderzających o blaty – to moi sąsiedzi rżnęli w Korani. Pomarszczeni jak suszone śliwki starcy rozgrywali swoje niekończące się partie pchnięć, uciekając myślami daleko od bagnistego domu na wyspie, z którego ich wygnano. Raz w miesiącu ci rebelianci urządzali sobie potańcówkę, a wtedy specyficzny, żałosny skowyt tria lir korbowych jęczał, drżał i świszczał przez nieszczelne deski podłogi prosto do mojego mieszkania. Ale poza tym? Poza tym byli całkiem dobrymi sąsiadami.

Przeszłam spory kawałek w żółtawym, nędznym świetle latarni rozstawionych w Dzielnicy Cudzoziemców. Ulice tutaj zawsze wyglądały na znacznie bardziej niebezpieczne, niż były w rzeczywistości. Oficjalnie Lucernis już dawno przestało dzielić się na getta, ale ta konkretna nazwa przetrwała w gębach mieszkańców. I szczerze mówiąc, podobało mi się tutaj. Bliskość portu sprawiała, że latem dało się złapać chociaż gwałtowny powiew świeżego powietrza, w którym wszechobecny smród gnijących rybich flaków nie był aż tak duszący, jak w głębi lądu. Dzielnica Cudzoziemców przygarniała każdego – każdą rasę, każdą klasę i każdy rodzaj szumowiny.

To tutaj miałam najmniej kłopotów ze wszystkich rewirów w tym przeklętym mieście, ale samotna kobieta szwędająca się po nocy wciąż musiała mieć oczy dookoła głowy i uważać na każdy cień. Normą było, że co kilkadziesiąt kroków zbierałam symboliczną porcję rynsztokowych wyzwisk i tanich insynuacji. Ubieram się jak facet i mam sylwetkę dorastającego, chudego chłopaka, więc jeśli jakiś degenerat podejdzie na tyle blisko, by w ogóle zarejestrować moją płeć, zazwyczaj jest już wystarczająco blisko, by dostrzec mapę blizn na mojej twarzy. To z reguły załatwia sprawę i studzi zapał. A jeśli trafia się wyjątkowo oporny egzemplarz, cóż… spędziłam zbyt wiele lat na nauce szybkiego i precyzyjnego operowania nożem, żeby dać się zaskoczyć.

Przecięłam tętniący życiem Nocny Targ, mijając wciśnięte w każdy kąt stragany z mydłem i powidłem, aż w końcu dotarłam do stoiska Atana, żeby wrzucić coś na ruszt. Atan to potężny, tłuściejszy niż ustawa przewiduje uliczny handlarz z ludu Camlacherów. Facet wiecznie pachnie jak piec na węgiel drzewny, nad którym spędza całe dnie, a jego szeroka gęba jest wiecznie czerwona i lśniąca od buchającego żaru. Trzeba mu oddać jedno: do swoich dań nigdy nie dorzuca niczego, co zdążyło zgnić lub zjełczeć, choć czasami między zębami „można wyczuć” jakąś zbłąkaną chrząstkę czy podejrzane ścięgno. Mimo że nigdy nie byłam w stu procentach pewna, jakie zwierzę właśnie przeżuwam, jeszcze ani razu nie skończyłam przez niego w rynsztoku z wnętrznościami wywróconymi na lewą stronę.

– Jakie mięso dziś polecisz, Atan?

– Jadalne – warknął krótko, dźgając pogrzebaczem żarzące się węgle.

– Brzmi dokładnie jak coś, co mogłaby powiedzieć moja matka.

Jego szeroka, poorana bruzdami twarz spochmurniała jeszcze bardziej, o ile to w ogóle było możliwe.

– Jasne, porównuj mnie do baby. Czemu nie? Skoro stoję przy garach, to pewnie straciłem jaja – fuknął i potrząsnął głową.

Doszłam do wniosku, że wszyscy Camlacherzy rodzą się z fabryczną wadą polegającą na chronicznym zgorzknieniu. Zachowują się tak, jakby spadli na to miasto z jakichś niebiańskich wysokości i teraz byli śmiertelnie obrażeni na cały świat za to, że muszą brodzić w błocie razem z resztą ludzkiej hołoty. Przypuszczam, że to nieunikniony efekt uboczny bycia pokonaną, dumną rasą wojowników. Szarooki Atan powinien w tej chwili rąbać wrogów dwuręcznym mieczem na jakimś polu bitwy, a nie nanizywać ochłapy na żelazne szpikulce w bocznej uliczce.

– Nie ma nic złego w byciu kobietą – odcięłam się. – Ale przypuszczam, że moje zdanie może być nieco stronnicze.

– Ta. Następnym razem włożę falbaniastą spódnicę i upudruję sobie nos. Idź już stąd, Amra, nie psuj mi powietrza.

– Dobranoc, Atan.

Machnął na mnie lekceważąco wielką łapą. Szłam dalej Mourndock Street, pakując w siebie mięso i przeżuwając je bez większego zapału. Ból głowy na szczęście powoli odpuszczał, dając mi chwilę oddechu. Byłam tak zajęta własnymi myślami, że kompletnie nie zarejestrowałam tej starej kobiety, dopóki bezczelnie nie wyrosła tuż przede mną, tarasując mi drogę. Miała na sobie znoszoną, ale czystą kieccę, a jej stalowoszare włosy upchnięte były pod misternie haftowaną czapką. Była kurduplem, o głowę niższa ode mnie. Spróbowałam wziąć ją zwodem i ominąć szerokim łukiem, ale starucha błyskawicznie skoczyła w bok, zagradzając mi przejście.

– Przepraszam – wychrypiała. – Wyglądasz na kogoś, kogo gryzie potężne zmartwienie.

– Cokolwiek masz w tej swojej torbie na sprzedaż – rzuciłam twardo – nie jestem zainteresowana. Spływaj.

– Wyglądasz na zmartwioną – powtórzyła, ignorując mój ton.

Dopiero wtedy mój wzrok napotkał jej oczy. Były niesamowicie, nienaturalnie zielone i przenikliwe. Cała reszta jej sylwetki krzyczała „nieszkodliwa babunia”, ale to spojrzenie mówiło coś skrajnie odmiennego. Miało w sobie chłód drapieżnika, który właśnie namierzył ofiarę. Automatycznie cofnęłam się o krok, a ręka sama powędrowała w stronę fałdów szaty.

– Wszystko ze mną w porządku. Dzięki za troskę.

– O nie, dziewczyno, bardzo się mylisz. Widzę mrok, który pije krew z twoich pięknych, orzechowych oczu. I widzę cienie, które tłoczą się tuż nad twoją głową. – Nim zdążyłam zareagować, jej pomarszczona dłoń wystrzeliła do przodu i zacisnęła się na moim nadgarstku z drapieżną siłą.

– Lepiej mnie puść, babciu. Naprawdę nie mam ochoty robić tu przedstawienia dla gawiedzi, ale jeśli mnie zmusisz, obiecuję, że krwawo je zapamiętasz.

W ogóle mnie nie słyszała. Jej umysł był już gdzie indziej, odcięty od rzeczywistości. Te zielone dotąd ślepia nagle zalały się barwą wściekłej, burzowej szarości. Szlag by to trafił. Wiedźma krwi. Stałam na środku Mourndock Street, uwięziona w uścisku cholernej wiedźmy krwi. Zarąbiście. Po prostu cudownie.

– Widzę rzekę krwi i góry złota – wycedziła, a jej głos stracił ludzką barwę, stając się pusty i głęboki jak studnia. – Słyszę żałobne, dławiące wycie. Ogień i śmierć znaczą twoją ścieżkę, dziewczyno, a tuż za nimi Ośmioraka Suka kroczy prosto do twoich drzwi. Jedno z jej ostrzy już cię wypatrzyło. Ale czy odnajdzie twoją dłoń, czy przebije twoje serce? Niejasne… wszystko jest takie niepewne…

Szarpnęłam się gwałtownie, wykręcając rękę i brutalnie zrywając ten kontakt. Moje palce wręcz paliły, domagając się rękojeści noża, ale resztki zdrowego rozsądku powstrzymały mnie przed ciosem. Wiedźmy krwi to były pamiętliwe i paskudne suki, z którymi nikt o zdrowych zmysłach nie zaczynał wojny.

– Na rany Kerfa, kobieto, o jakich ty bzdurach do mnie rozmawiasz?!

Na jej pomarszczonej gębie wykwitł powolny, upiorny uśmiech. Burzowa szarość zaczęła powoli odpływać z jej oczu, ustępując miejsca dawnej zieleni.

– Kłopoty już na ciebie czekają, dziewczyno. Kiedy wszystko wokół zacznie płonąć, przyjdź do Karmazynowej Matki. Szukaj mnie w Loathewater. – Spróbowała protekcjonalnie poklepać mnie po dłoni, ale odskoczyłam jak oparzona. Rzuciła mi jeszcze jedno, pełne ukrytego znaczenia spojrzenie, po czym obróciła się na pięcie i po prostu rozpłynęła się w gęstym tłumie przechodniów.

– A niech to Kerf weźmie – mruknęłam pod nosem, próbując opanować drżenie rąk. – Czy ci cholerni wróżbici nie powinni dla odmiany naopowiadać człowiekowi bzdur o wielkim bogactwie, szczęściu i świetlanej przyszłości?

Wiedziałam, że gadam sama do siebie i brzmię jak wariatka, ale byłam zbyt wściekła, by się tym przejmować. Potrzebowałam głębszego łyka czegoś mocnego. Przeklęte wiedźmy. Gdybym miała już jakikolwiek wybór w kwestii użerania się z siłami nadprzyrodzonymi, stokroć bardziej wolałam magów. Z magami przynajmniej sprawa była prosta – oni nie zawracali człowiekowi głowy tymi swoimi mistycznymi, zakręconymi metaforami.

Ze wszystkich typów, którzy posiedli jakąkolwiek nadprzyrodzoną moc – magów, wiedźm krwi czy popaprańców paktujących z demonami – to właśnie wiedźmy działały mi na nerwy najbardziej. Magowie, owszem, potrafili naginać rzeczywistość do swoich chorych zachcianek, a demoniści czerpali siłę prosto od mieszkańców jedenastu piekieł. Ale magów było w tych czasach jak na lekarstwo i co rusz słyszało się plotki, że ich potęga z wolna obraca się w niwecz. Demoniści z kolei byli zwierzyną łowną, ściganą bez litości przez każdego, kto potrafił utrzymać miecz – i słusznie, bo ostatecznie każdy z tych idiotów prędzej czy później próbował otworzyć jakąś piekielną bramę, a ten świat i bez tego miał po dziurki w nosie demonów szwendających się bez celu po traktach. Na całe szczęście, rozrywanie barier między światami wymagało furgonu czasu i tytanicznego wysiłku, a sam proces robił tyle rabanu, że nie dało się go przegapić, jeśli było się w promieniu kilku stajów.

Ale wiedźmy krwi… One były po prostu chore, a ich talenty budziły czyste przerażenie. Perspektywa tego, że jakaś wariatka mogłaby jednym gestem zamienić krew w moich żyłach w płynną rdzę, jakoś wybitnie mi się nie uśmiechała. Co poniektóre z nich potrafiły też bezbłędnie zaglądać w przyszłość albo zmuszać trupy do składania zeznań. Nic dziwnego, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zapraszał ich na imprezy.

Wylądowałam w podrzędnej spelunie u Tambora. Spędziłam tam dobrą godzinę, siedząc przy jednym z koślawych stolików na zewnątrz, sącząc parszywy, zalatujący siarką bimber z glinianego kubka i łowiąc uchem lokalne plotki. Kiedy karczmarz zaczął w końcu gasić łuczywa i zamykać ten kram, mój humor osiągnął dno rynsztoka. Nigdy, kurwa, nie znosiłam czekania. Potrafiłam to robić, jeśli wymagała tego sytuacja, ale szczerze nienawidziłam każdej sekundy bezczynności. Martwiłam się o Corbina, a te bzdury, które nagadała mi wiedźma krwi, zalazły mi za skórę głębiej, niż byłam gotowa przyznać przed samą sobą. Nie miałam zielonego pojęcia, kim albo czym może być ta cała Ośmioraka Suka, ale wiedziałam jedno: słów wiedźm krwi nie wolno lekceważyć.

Kiedyś miałam wątpliwą przyjemność oglądać jedną z nich przy pracy w Kirabor. Nie należę do delikatnych dziewczynek, które mdleją na widok rozciętego palca, ale to, co ta kobieta zrobiła z sześcioma rosłymi chłopami, sprawiło, że przez kolejny miesiąc budziłam się z zimnym pothem na karku. Zmusiłam się, by odepchnąć to wspomnienie jak najdalej. Jeśli kłopoty naprawdę nadciągały, to i tak uderzą, niezależnie od tego, czy nasram ze strachu w gacie, czy nie. Godzinę przed północą doczłapałam z powrotem do mojej rudery, żeby tam wyczekiwać Corbina. Byłam kompletnie podminowana.

Nadeszła północ, a potem leniwie minęła. Leżałam jak kłoda na łóżku, próbując walczyć z grubą, skradzioną książką. Moja matka zdążyła mnie nauczyć składania liter, zanim wyzionęła ducha, a Lucernis mogło poszczycić się jedną z najlepiej wyposażonych i jednocześnie najgorzej strzeżonych prywatnych bibliotek, jakie znałam. Zresztą, umówmy się – kto oprócz mnie kradnie książki? Każdy, kto opanował sztukę czytania, ma zazwyczaj wystarczająco dużo grosza przy duszy, by po prostu kupić sobie własny egzemplarz. Mój obecny łup okazał się nieco pikantnym, tanim romansem z ubiegłego stulecia. W normalnych okolicznościach pewnie dałabym się porwać tej naiwnej historii, ale teraz mój mózg odmawiał współpracy. Czytałam ten sam akapit pięć razy, a sens i tak uciekał mi między palcami. W końcu zrezygnowana cisnęłam tomiszcze w kąt.

Gdy zegar wybił trzecią nad ranem, wszelkie moje domysły i niepokoje zdechły, ustępując miejsca jednej, lodowatej pewności. Corbin w coś wdepnął i bardzo źle skończył. A ja nie mogłam zrobić absolutnie nic, poza przeczekaniem tej cholernej nocy do świtu.

ROZDZIAŁ 3

Koguty piały, zanim niebo zaczęło się rozjaśniać. Wyszłam z mieszkania, choć nie wiedziałam, co to da. Strach – chłodny i lepki – pełzał mi pod skórą. Były tylko dwa miejsca, do których mogłam się udać: ruderę Corbina i dom jego kochanki.

Spacer do Silk Street ciągnął się w nieskończoność. Ulice były niemal puste, z rzadka przerywane widokiem nocnych marków. Obserwowałam młodego piekarza, który spóźniony do pracy pędził przez miasto, ciągnąc biały fartuch po brudnym bruku. Nie musiałam być jasnowidzem, by wiedzieć, że wkrótce czeka go lanie od majstra. Na niskich palach majaczył latarnik, gaszący mdły płomień za pomocą teleskopowego drąga. Mijałam puste, ślepe okna, aż w końcu skręciłam w Silk Street.

To ulica, na której najstarszy zawód świata praktykuje każdy – od chłopców po kobiety z przeszłością. O tej porze wystawionych było mniej "towarów", a te, które zostały, wyglądały na wyjątkowo zdesperowane. Ludzie, którzy wciąż tu pracowali, mieli normy do wyrobienia, by uniknąć pobicia czy eksmisji. Pewna ladacznica w brudnej satynowej sukni balowej, z grubą warstwą niebieskiego pudru na twarzy, rzuciła stek wyzwisk na moją męską sylwetkę, gdy zignorowałam jej propozycję. W innych okolicznościach uznałabym to za zabawne.

Niegdyś sama cudem uniknęłam tego losu. Bellarius, gdzie dorastałam i gdzie omal nie zginęłam niezliczoną liczbę razy, nie było łaskawe dla biedoty. Uczyniłam z kradzieży swój zawód, bo szybko odkryłam, że jestem w tym dobra. Przechodząc obok tych ludzi, udawało mi się ignorować ich zaczepki. Gdy drwiny nie przynosiły efektu, zniknęłam w bezimiennej uliczce, w której znajdowała się chata Corbina.

Dom stał wśród innych, równie zapuszczonych ruder. Wystarczyłby silniejszy wiatr, by cała ta konstrukcja runęła. Gdy zbliżyłam się do wejścia, usłyszałam wycie – stary, szorstki skrzek wymieszany z wściekłością.

– Zamknij się! Zamknij się, kundlu, bo Gorm cię zabierze! – odgłos czegoś łamliwego uderzającego o ziemię.

– Zamknij się! Zamknij się, kundlu! Zamknij się, bo Gorm cię zabierze! – odgłos czegoś łamliwego, rzucanego na coś mniej łamliwego. Wycie trwało i trwało, rozdzierając serce. Wcześniej zdarzyło mi się usłyszeć wilki nawołujące się nawzajem poprzez pokryte śniegiem wzgórza, żałosne i samotne. To nie było nic podobnego. To był smutek. Inne psy zaczęły się przyłączać, a ludzie wznosili protesty z powodu przerwanego snu. Krzyczeli w różnych językach. Trzaskały drzwi. Zerwałam się na równe nogi. Dla ludzi takich jak ja jest cholernie mało zbiegów okoliczności. Spodziewanie się najgorszego pomaga uchronić przed ciosem – a w moim świecie pięści zawsze są gotowe do ataku.

Najpierw zobaczyłam starca. Tego, który użył imienia Gorma nadaremno. Nie żeby można było użyć go w inny sposób, skoro Gorm nie żyje. Starzec miał poplamioną, szarą koszulę nocną i chude, owłosione nogi z posiniaczonym kolanami. Wymachiwał czymś, co byłoby pałką, gdyby było krótsze lub maczugą, gdyby było grubsze. Był odwrócony do mnie plecami, nie wiedziałam w co celuje. Podeszłam do niego i zobaczyłam Bone’a. Uderzał w niego kijem. Pies wył i nie chciał się poruszyć. Za nim było coś mokrego i grudkowatego. Mój umysł przyjmował obrazy w małych urywkach. Na początku nie miały żadnego sensu. Wyglądało jakby ten pies pilnował sterty śmieci. Widziałam czerwień i wiedziałam, że to krew, a sądząc po jej ilości ktoś musiał umrzeć w cierpieniach. Nie mogłam połączyć faktów. Przemawiała przeze mnie złość na starego człowieka bijącego psa. Wyrwałam mu patyk z ręki, gdy chciał wziąć kolejny rozmach i przycisnęłam go do jego tchawicy. Warknął, zakrztusił się i chwycił za patyk. Odciągnęłam go, obróciłam i wbiłam but w jego chudy tyłek, biorąc kij w drugą rękę. Upadł na bruk, kaszląc. Wiedziałam, że szybko nie wstanie, więc pobiegłam sprawdzić co z psem. Bone obwąchiwał coś, co rozpoznałam jako dłoń. Kiedy zbliżyłam się, zauważyłam, że brakuje trzech palców. Dłoń odcięto równo przy ostatnim stawie. Moje oczy powędrowały w kierunku twarzy trupa. To był Corbin. Leżał skulony pod nienaturalnym kątem, około sześć kroków od własnych drzwi. Bone znów zaczął przeraźliwie wyć. Tu i ówdzie otworzyły się okiennice. Mieszkańcy wyjrzeli, by po chwili zniknąć jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Poczułam, jak ogarnia mnie odrętwienie. Odwróciłam się do starca. – Widzisz ciało na ulicy i jedyne, co przychodzi ci głowy, to pobić psa, który zakłócił twój sen? – ścisnęłam kij tak mocno, że poczułam ścięgna w mojej dłoni. Wybełkotał coś niezrozumiałego i zaczął się ode mnie odsuwać, wyglądając jak coś pomiędzy jaszczurką, a krabem. Jego pożółkłe oczy były szeroko otwarte. Jak każdy chuligan, w głębi serca był tchórzem. Byłam zaskoczona, że miał odwagę zaatakować Bone’a. Mięśnie kundla ważyły osiemdziesiąt kilo, a jego pysk wyglądał groźnie. Pozwoliłam starcowi uciec do jego rozwalającego się domu po drugiej stronie ulicy, a Bone’owi dalej wyć. Jeśli chodzi o Corbina, nie płakałam nad nim. Bone robił to wystarczająco głośno za nas oboje. Przykucnęłam obok niego i zdałam sobie sprawę, że wciąż trzymam kij odebrany starcowi. Rzuciłam nim w jego drzwi. Uznałam, że mam co najmniej kilka minut, prawdopodobnie znacznie więcej, zanim pojawi się to, co w Lucernis uchodziło za stróży prawa.

ROZDZIAŁ 4

Ktoś został poćwiartowany w nocy w Lucernis, być może zwłoki znikną przed świtem, zanim ktoś zada niewygodne pytania. Nikt niczego nie widział. Nikt nie chciał się w to mieszać. Nie w dzielnicy takiej jak Corbina. W każdym razie zazwyczaj nie. Dobrze przyjrzałam się temu, co mu zrobili. Może i miałam jakiś pomysł i chciałam go obmyślić bardzo dokładnie, a może po prostu chciałam wiedzieć z czym mam do czynienia. Nie wiem, ale kiedy ruszyłam, by przyjrzeć się ranom, Bone stanął między mną a Corbinem.

– Teraz jest już za późno. Gdzie byłeś, gdy to się stało? – zdałam sobie sprawę, że to było dobre pytanie. Wyciągnęłam do niego rękę, mamrocząc kojące bzdury. Bone pociągnął nosem. Przypuszczam, że mnie rozpoznał, bo jego spojrzenie złagodniało. Ale nie pozwolił mi zająć się tym, co pozostało z jego pana. Zadowoliłam się delikatnym przewróceniem Corbina na plecy, za co otrzymałam dudniące warknięcie. Uszkodzenia były rozległe. Ktoś pociął go nożem. Niektóre cięcia były zaplanowane i precyzyjne. Jak w przypadku odcięcia palca. Reszta wyglądała jakby Corbin wdał się z kimś w bójkę w barze. Rozcięcia były obecne na ramionach i twarzy. Wgniecenia w koszuli sugerowały, że został dźgnięty kilka razy, z czego dwa czy trzy, w zależności od głębokości, mogły być śmiertelnym zagrożeniem dla życia. Wiedziałabym więcej, gdybym mogła go rozebrać, ale było mi to niepotrzebne. Poza tym nie warto było walczyć z tym zakichanym kundlem. A może to on był tym mądrzejszym? Stało się co się stało i być może pozostała nam jedynie żałoba. Odsunęłam się od ciała i rozejrzałam. Niebo wyraźnie się rozjaśniło. Tłumu jeszcze nie było. Ludzie pojawią się dopiero po tym jak zrobi to „służba prawa”. Podeszłam do domu Corbina. Drzwi otworzyły się. Zostały wyłamane, tyle mogłam stwierdzić. Zamek był zatrzaśnięty; to futryna ustąpiła jako pierwsza. Przypuszczałam, że osiemdziesięciokilogramowy pies mógłby się przez nie przedrzeć, gdyby miał odpowiednią motywację. Zajrzałam do środka. Stare meble, trochę kurzu. Zawahałam się. Cokolwiek się wydarzyło, nie wydarzyło się tu. Ponieważ sąsiedzi wyglądali zza zasłon, postanowiłam zostawić sprawę policjantom. Skończyło się na tym, że żałowałam, że to zrobiłam. Policjanci pojawili się za rogiem, gdy wracałam do Bone’a. Wiedzieli, dokąd idą i wiedzieli, czego się spodziewać. Prawdopodobnie ktoś wysłał swoje dziecko na lokalny posterunek ze zgłoszeniem. Policjantów było dwóch. Gruby, łysiejący mężczyzna oraz młody, tak wysoki, że wyglądał jak sztucznie wyciągnięty. Żaden z nich nie miał na sobie całego munduru. Łysiejący zapomniał lub zrezygnował z uniformu, a Pan Wysoki zmienił swoje ciemnoniebieskie wełniane spodnie na jaśniejsze i chłodniejsze lniane spodenki. Pan wysoki spojrzał na mnie, na psa, na Corbina i westchnął. Łysiejący rzekł szorstkim głosem. – Możesz uciszyć tego kundla?

– Nie – odpowiedziałam.

Wyciągnął swoją pałkę i uderzył nią w głowę Bone’a z prędkością, która przeczyła jego otyłości. Bone upadł zanim zdążył zawyć. Zrobiłam krok do przodu, zaciskając pięści. Jednocześnie skarciłam samą siebie. Łysiejący udał, że tego nie zauważył. Wsunął pałkę z powrotem za skórzany rzemyk u pasa i powiedział – więc co tu się wydarzyło?

– Nie wiem. Przechodziłam obok. Usłyszałam wycie. Zobaczyłam mężczyznę uderzającego w coś, więc podeszłam do niego i zabrałam mu kij. Potem zobaczyłam ciało. Zostałam w pobliżu, aż do momentu waszego przybycia.

– Po prostu zatroskany obywatel, tak?

– Zgadza się – odpowiedziałam.