Złap mnie, nim upadnę - Nicci French - ebook

Złap mnie, nim upadnę ebook

Nicci French

0,0

Opis

[PK]

Pasjonujący thriller psychologiczny pary autorów piszącej pod pseudonimem Nicci French, znanej m.in. z bestsellerów Fatalna namiętność, Czerwony pokój i W sieci strachu. Trudno oderwać się od tej powieści, zaskakującej do ostatniej strony jak korowód dziwnych zdarzeń, które zaczynają przytrafiać się bohaterce. Holly Kraus, bizneswoman, kobieta sukcesu, żyje szybko, mocno i pewnie. Energią zdumiewa zarówno swego ukochanego męża Charliego, jak i Meg, partnerkę w interesach. Podziwiają ją znajomi. Ale od pewnego czasu dzieje się coś niepokojącego: Holly wydaje się, że jest śledzona, ktoś zaczyna się od niej domagać pieniędzy, najbliżsi zaczynają tracić do niej cierpliwość... Co się właściwie dziejea Popadła w kryzys nerwowy, czy grozi jej realne niebezpieczeństwo

[opis okładkowy]

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych

Książka dostępna w zasobach:

Miejska Biblioteka Publiczna w Słupsku

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 430

Rok wydania: 2009

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



ZŁAP MNIE, NIM UPADNĘ

NICCI FRENCH

4

5

6

8

9

10

11

12

13

14

16

17

18

19

20

21

23

24

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

37

38

NICCI FRENCH

Z angielskiego przełożył Andrzej Leszczyński

Świat Książki

Korekta

Jadwiga Piller Bożenna Burzyńsk

i^OTOT

Tytuł oryginału CATC11 MU WIIEN l FALL

Redaklor prowadzący Ewa Niepokólczycka

Redakcja Barbara Skalska

Redakcja techniczna Lidia Lamparska

Foteli bl,

Copyright C Joincd-up Writing 2005 Ali rights rcscrvcd Copyright (O for the Polish translation by Andrzej Leszczyński, Warszawa 2007

Świat Książki Warszawa 2009

Świat Książki Sp. z o.o. ul. Rosola 10. 02-786 Warszawa

Skład i łamanie Joanna Duchnowska

Druk i oprawa Pcrlect SA, Warszawa

ISUN 978-K3-247-0303-6 Nr 5589

Dla Jackie i Tomasa

Umierałam dwukrotnie.

Za pierwszym razem chciałam umrzeć. Śmierć oznaczała dla mnie próg, za którym nie istnieje cierpienie i do reszty zanika wszelki strach.

Ale za drugim razem nie chciałam umierać. Mimo cierpienia i strachu doszłam jednak do wniosku, że pragnę dalej wieść swoje nieposkladane, przepojone lękiem, męczące, wspaniale, bolesne życie ze wszystkimi jego upadkami i smutkami, jak też nagłymi i niespodziewanymi okruchami radości, które każą człowiekowi zamknąć oczy i nakazać sobie w duchu: zapamiętaj tę chwiłę. Wspomnienia ułatwiają przetrwanie. Taniec w ciemnościach, widok wschodzącego słońca, wędrówka przez miasto, zagubienie w tłumie, nieoczekiwany uśmiech na twojej twarzy. To ty mnie ocałiłeś, kiedy sama już nie byłam do tego zdolna. Ty mnie odnalazłeś, kiedy całkiem się zagubiłam.

Nie chciałam umierać, ale komuś innemu bardzo na tym zależało. Nadzwyczaj się starał, żeby doprowadzić do mojej śmierci. Należę do ludzi, których inni albo uwielbiają, albo nienawidzą. Czasem aż trudno jest odróżnić tę nienawiść od uwielbienia. Nawet teraz, kiedy wszystko jest już poza mną. kiedy mogę spoglądać na to, przez co przeszłam i co mam już za sobą, jakbym oglądała eksponat w muzeum, dostrzegam elementy, które pozostają dla mnie niejasne, stanowiące nic-odgadnioną tajemnicę.

Umieranie przenosi człowieka iv zupełnie inne miejsce, gdzie iv samotności, bez żadnego wsparcia, trzeba przekroczyć tę ostateczną granicę. Kiedy umarł mój ojciec, miałam szesnaście lal. Pamiętam to wiosenne popołudnie, gdy był chowany. Matka za wszelką cenę starała się mnie ubrać w żałobny strój, ale ojciec nie znosił czerni, toteż włożyłam różową sukienkę, wargi grubo umalowałam czerwoną szminką i wybrałam najdłuższe szpilki, w których głęboko się zapadałam iv miękką ziemię. Naprawdę chciałam wyglądać jak la-jirynda, jak zwykła dziwka, dlatego wypacykowalam sobie jeszcze powieki niebieskim cieniem. / pamiętam, jak pastor powiedział nad grobem: „Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz " - a mrr.scT płakali i ściskali się nawzajem. Na pewno chcieli zobaczyć także moje łzy, dzięki którym mogliby i mnie ściskać i pocieszać, ale ojciec nie znosił również mazgajstwa. Zawsze się domagał, byśmy okazywali całemu światu, jacy jesteśmy szczęśliwi. Dlatego przez cały czas się uśmiechałam, a pewnie dlatego, że wszyscy się na mnie gapili, od czasu do czasu nawet chichotałam. Zanim grabarze spuścili trumnę do grobu, matka położyła na niej skromną białą różę, bo zapewne lak wypadało. Zaczęłam więc ściągać z rąk bransoletki oraz kółka i rzucać je za trumną, toteż przez parę minut ceremonia bardziej przypominała pogański pochówek niż dostojny chrześcijański pogrzeb. Jedna z plastikowych bransoletek roztrzaskała się przy tym na kilka opalizujących kawałków, które z grzechotem potoczyły się po sosnowym wieku taniej trumny.

Potem przez jakiś czas myślałam, że oszaleję z samotności i rozpaczy, ale nikomu o tym nie mówiłam, gdyż nie potrafiłam dobrać odpowiednich slow. Przez dziesięć lat próbowałam go odzyskać. Niekiedy wręcz desperacko. Z miłości. Ale z obrzydzeniem i odrazą, dziką satysfakcją i pragnieniem zemsty.

Tak więc umierałam dwa razy. Tylko dwa razy. Można by pomyśleć, że w świetle moich szaleńczych zmagań z życiem to wręcz mizerny rezultat.

1 spoglądam na ludzi - zarówno tych, którzy mnie uwielbiają, życzą mi jak najlepiej i próbowali mnie ratować, jak też tych ogarniętych nienawiścią, pragnących mojej śmierci, i żałujących, że nie umarłam. Wszyscy wyglądają na szczęśliwych. Radośnie patrzą na siebie nawzajem, trzymają się za ręce; niektórzy się nawet całują. Mogę się założyć, że składają sobie wzajemnie różne obietnice na resztę życia, na tę wielką i tajemniczą podróż w nieznane. Ale brakuje wśród nich jednej osoby.

UMIERANIE PIERWSZE

1

- Lubię niebezpieczeństwa - rzekł. - Zawsze je lubiłem. Czego się napijecie?

Zamyśliłam się na chwilę. Tylko spokojnie, Holly, powtórzyłam w myślach. Minęła zaledwie godzina, od kiedy razem z Meg wyszłyśmy z biura, i wciąż szumiało mi w głowie. Byłam nabuzowana. Miałam kiedyś przyjaciela aktora, który opowiadał, jak to po każdym przedstawieniu godzinami dochodzi do siebie, co stanowi dość poważny problem, gdy kurtyna opada o wpół do jedenastej wieczorem, a ma się ambicję, żeby dotrzymywać kroku całej reszcie świata. Z tego powodu obracał się niemal wyłącznie w środowisku aktorów, którzy tak jak on wyruszali na spóźniony obiad tuż przed północą, po czym w dni powszednie sypiali do południa.

Inna moja znajoma z college'u biega na długich dystansach. Jest niesamowita, o mało co nie zakwalifikowała się do reprezentacji olimpijskiej. Powtarza, że musi biegać szybko i daleko, żeby utrzymać się w wysokiej formie. A po przebiegnięciu odpowiedniego dystansu wspina się jeszcze na jakieś strome zbocza, jakby chciała swoje mięśnie dodatkowo ukarać. Po czymś takim po prostu nie da się wrócić do normalnego życia. Wyrusza więc na kolejną trasę biegową, żeby się wyluzować. Po zejściu z niej musi już okładać stawy lodem. Świetnie to rozumiem. Sama często miewam ocholę zanurzyć głowę w wiaderku z kostkami lodu.

- To wcale nie lakie trudne dodał. Meg już się /decydowała na białe wino.

- Słucham? - zapytałam.

Na chwilą zapomniałam, gdzie jestem. Musiałam się rozejrzeć dookoła, żeby sobie przypomnieć. Pogoda była wspaniała. Jesień nastała tak ciepła, że nawet o tej późnej porze tłum wylewał się z baru na ulicę w Soho. Wydawało się, że lato nigdy nie odejdzie i nic ustąpi miejsca zimie, że nie wrócą chłody i deszcze. Ziemia potrzebowała opadów, koryta rzek wysychały, marniały uprawy, ale tu, w centrum Londynu, można było odnieść wrażenie, że jest się nad Morzem Śródziemnym.

- Więc czego się napijesz?

Także poprosiłam o białe wino i szklankę wody. Objęłam Meg, przytuliłam się do niej i zapytałam na ucho:

- Rozmawiałaś z Deborą?

Zrobiła kwaśną minę. Znaczy, nic rozmawiała.

- Jeszcze nie - odparła.

- Naprawdę musimy o tym pogadać. Jutro, dobrze?

- Mineralnej czy gazowanej? - zapytał.

- Z kranu - rzuciłam. - I to od razu z samego rana, Meg.

- W porządku - mruknęła. - O dziewiątej.

Spoglądałam jej w oczy, gdy odwróciła głowę i podążyła

wzrokiem śladem mężczyzny podchodzącego do baru. Miał przyjemne, pogodne rysy. Jak się nazywał? Chyba Todd. Wszyscy wpadliśmy tu po wyjściu z biura. Tym bardziej że mieliśmy za sobą naprawdę ciężki dzień. Przyszliśmy dużą grupą, ale z czasem wtopiliśmy się w tłum. Niemniej z każdej strony sali wyławiałam znajome oblicza, najczęściej szeroko uśmiechnięte twarze ludzi, którzy zdołali się wreszcie wyrwać z pracy. Todd był klientem, który przyjechał sprawdzić naszą propozycją, i jakimś sposobem zabrał się z nami. Właśnie próbował zamówić drinki ponad głowami ludzi tłoczących się przy barze. Nic mu z tego nie wychodziło, bo tłusta barmanka kierowała całą uwagę na jakiegoś niegrzecznego, wydzierającego się klienta. Była emigrantką - z wyglądu chyba z Indonezji i pewnie dlatego mężczyzna niezbyt kulturalnie próbował zwrócić jej uwagę, że zamawiał coś innego. Ona tymczasem miała spore kłopoty zc zrozumieniem jego reklamacji.

- Patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię! - warknął groźnie.

Todd wrócił w końcu, niosąc kieliszek wina dla Meg, kieliszek i szklankę z wodą dla mnie oraz piwo dla siebie.

- Nic dostałem wody z kranu - powiedział. - To mineralna z butelki.

Pociągnęłam niewielki łyczek.

- Wiemy już, że lubisz niebezpieczeństwa - podjęłam.

- W twoich ustach zabrzmiało to strasznie głupio. Ale tak, zgadza się, przynajmniej do pewnego stopnia.

Zaczął opowiadać o swoich ostatnich wakacjach, z których byl nadzwyczaj dumny. Wraz z grupą przyjaciół postanowili coś uczcić i wybrali się na obóz sportów ekstremalnych w południowej Afryce. Przepłynęli na pontonach spienione progi rzeki Zambii, w Botswanie wybrali się kajakami między stada hipopotamów, skakali na bungee z wagonika kolejki linowej w górach Table Mountains i nurkowali między wielkimi rekinami białymi.

- Musiało być niesamowicie - mruknęła Meg. - Nie miałabym odwagi wybrać się na taki obóz.

- Było po prostu cudownie - rzekł Todd. - Ale czasami naprawdę strasznie. Z upływem czasu wspominam tę wyprawę coraz lepiej.

- Nikt z was nie został pożarty przez rekiny? - zapytałam.

- Spuszczali nas pod wodę w klatkach, a że woda była trochę mętna, nie najlepiej było w niej widać nawet sąsiednią klatkę.

- W klatkach? - powtórzyłam, krzywiąc się z pogardą. Przecież mówiłeś, że lubisz niebezpieczeństwa.

Uśmiechnął się wyrozumiale.

- Żartujesz? Chciałbym widzieć, jak ty wyskakujesz z w agonika kolejki zawieszonego setki metrów nad ziemią, bez żadnej asekuracji, tylko przywiązana do cienkiej elastycznej linki.

Zaśmiałam się w glos, mając jednak nadzieję, że nie zabrzmi to obraźliwic.

Nie czytałeś naszej broszury? zapytałam. My leż

obsługujemy skoki na bungee. Przeprowadzamy kalkulację ryzyka i załatwiamy ubezpieczenia. Dlatego mogą cii; śmiało zapewnić, że takie skoki są równie niebezpieczne, jak przechodzenie przez jezdnię.

- Ale dostarczają zdecydowanie więcej adrenaliny.

- Adrenalinę można sobie załatwić w ampułkach - rzuciłam odruchowo i zaczęłam się zastanawiać, czy potraktuje to jak obrazę, czy też skwituje tylko pobłażliwym uśmiechem.

Wzruszył ramionami i uśmiechnął się pobłażliwie.

- A co ty uważasz za prawdziwe niebezpieczeństwo?

Zamyśliłam się na chwilę.

- Realne zagrożenia, zwłaszcza istotne, jak chociażby poszukiwanie rozstawionych min i ich rozbrajanie. Czyli pracę sapera. Ale nie tutaj, w Wielkiej Brytanii, tylko w Rosji albo w krajach trzeciego świata.

- Co cię najbardziej przeraża?

- Mnóstwo rzeczy. Windy, byki, duże wysokości, złe sny. Prawic wszystko, co się wiąże z moją pracą. Perspektywa porażki. Publiczne wystąpienia.

Zaśmiał się krótko.

- Nic wierzę - mruknął. - Wygłosiłaś dzisiaj całkiem zgrabną przemowę.

- Co nie znaczy, że nic byłam przerażona. Zawsze się boję.

- Zatem powinnaś być podobna do mnie i lubić wyzwania.

Pokręciłam głową.

- O skokach na bungee i pływaniu kajakiem wśród hipopotamów mogłeś przeczytać w broszurze. Łatwo się było domyślić, co się z tym wiąże...

Usłyszałam podniesione głosy i obejrzałam się. Facet próbujący reklamować swojego drinka znów wykłócał się z barmanką, tym razem jeszcze głośniej. Ona próbowała się tłumaczyć, lecz widać było, że jest bliska łez.

A co ty o tym sądzisz, Mcg? - Todd zwrócił się do mojej przyjaciółki, która uśmiechnęła się wstydliwie i otworzyła już usta, żeby odpowiedzieć, ale jej przerwałam:

Mówisz, że lubisz ryzyko?

- Oczywiście.

- I przypływ adrenaliny?

- Jasne.

- Więc mógłbyś nam to udowodnić?

- Holly! - syknęła nerwowo Meg.

Todd rozejrzał się pospiesznie na boki. Wyczułam u niego narastające podniecenie połączone z wyraźnym podenerwowaniem. Chyba jeszcze nie przeczuwał, co się święci.

- Co masz na myśli?

- Widzisz tamtego faceta przy barze? Tego, co niegrzecznie krzyczy na barmankę?

- Owszem.

- Nie sądzisz, że szuka zaczepki?

- To całkiem prawdopodobne.

- Więc idź i powiedz mu, żeby się uspokoił i przeprosił za swoje zachowanie.

Todd otworzył usta, żeby coś powiedzieć, lecz tylko dziwnie zakasłał.

- Nie bądź niemądra - odparł po chwili.

- Boisz się, że oberwiesz? - zapytałam. - A podobno lubisz niebezpieczeństwa.

Spoważniał błyskawicznie i sytuacja nagle przestała być zabawna. Od razu wyczułam, że zmienił się jego stosunek do mnie.

- Przecież on się tylko popisuje.

- Ale ty się boisz zwrócić mu uwagę.

- Oczywiście, że się boję.

- W takim razie jedynym sposobem na uwolnienie się od tego lęku będzie przełamanie się i zwrócenie facetowi uwagi. Pewnie tak samo było podczas nurkowania wśród rekinów. Tyle że teraz nie osłoni cię klatka.

- Nie.

Odstawiłam swoją szklankę i kieliszek na stół.

- W porządku - powiedziałam. - Sama to zrobię.

Meg i Todd zaczęli razem:

- Daj spokój, Holly...

- Lepiej...

Ale to mnie tylko zachęciło do działania. Podeszłam do fa-eeta przy barze. Podobnie jak reszta mężczyzn na sali był w garniturze. Musiał dobiegać czterdziestki, bo miał już wyraźną łysinkę, zwłaszcza na czubku głowy. Twarz mu błyszczała od potu, a może zarówno od całotygodniowego zmęczenia. jak i podenerwowania. Wcześniej nie zwróciłam uwagi, żc jest tak potężnie zbudowany. Marynarka śmiesznie się marszczyła na atletycznych barach. Nie zwróciłam też uwagi, że jest w towarzystwie dwóch innych mężczyzn. Wciąż próbował coś niezbyt wyraźnie wytłumaczyć barmance.

- Co tu się dzieje? - zapytałam.

Obejrzał się na mnie, zaskoczony i rozzłoszczony.

- A kim ty jesteś, do cholery?! - warknął.

- Powinieneś przeprosić tę biedną kobietę.

- Że co?!

- Nie rozmawia się w ten sposób z ludźmi. Powinieneś ją przeprosić.

- Odpierdol się!

Wycedził te dwa słowa przez zaciśnięte zęby, robiąc między nimi dłuższą przerwę. Myślał, że zwyczajnie odejdę? Albo może się przestraszę i wybuchnę płaczem? Sięgnęłam po jego szklaneczkę stojącą na kontuarze, ciężką, z grubego szkła. Z impetem podsunęłam mu ją pod nos, zatrzymując rękę zaledwie o centymetry od czubka jego brody. Chciałabym napisać, że w barze zapadła nagle martwa cisza, jak w starym westernie, ale mój wyczyn wzbudził tylko zrozumiałe zainteresowanie w najbliższym otoczeniu. Facet spuścił wzrok i spojrzał na szklaneczkę, jakby chciał przy okazji dostrzec węzeł swojego krawata. Niemalże odbierałam myśli przelatujące mu przez głowę: „Co jej odbiło? Czyżby naprawdę zamierzała roztrzaskać tę szklaneczkę na mojej twarzy? Niby dlaczego?". Muszę przyznać, że myśli przelatujące przez moją głowę były w przybliżeniu tej samej kategorii: „Jeśli potrafi się tak wydzierać i znieważać biedną barmankę za to, żc nalała mu innego trunku, to jak zareaguje na mnie, skoro porwałam się na niego fizycznie?". Przemknęło mi przez głowę to. co zapewne powstrzymało Todda: że facet mógł niedawno wyjść z więzienia, gdzie odsiadywał karą na przykład za brutalną napaść, a szczególną przyjemność sprawiało mu katowanie kobiet. Jakoś wcześniej podobne myśli były mi całkiem obce. Popatrzyłam mu więc prosto w oczy, zdając sobie sprawę, że coraz intensywniej pulsuje mi żyłka na szyi. O zawrót głowy przyprawiała mnie świadomość, że nie mam najmniejszego pojęcia, co się stanie w ciągu następnych pięciu sekund.

Mężczyzna jednak niespodziewanie uśmiechnął się szeroko.

- W porządku - rzekł. Delikatnie wyjął szklaneczkę z mojej dłoni i jednym haustem wychylił z niej trunek. - Ale pod jednym warunkiem.

- Jakim?

- Że się ze mną napijesz.

Zamierzałam już odmówić, z otwartymi ustami obejrzałam się na Todda i Meg, lecz ich nie było przy stoliku. Nie zauważyłam nawet, kiedy wynieśli się z baru. Czyżby z góry przewidzieli, czym się to skończy? A może przeraził ich dopiero mój wyczyn? Wzruszyłam ramionami.

- Czemu nie.

Skłonił się uprzejmie. Machnął ręką na zdenerwowaną barmanką, wskazał mnie i rzekł:

- Ta kobieta... Jak się nazywasz?

- Holly Krauss.

- Panna Holly Krauss oznajmiła mi, że byłem wobec pani niegrzeczny i powinienem przeprosić. Po krótkim namyśle doszedłem do wniosku, że ma rację. Zatem przepraszam za swoje zachowanie.

Kobieta zerknęła na mnie trwożliwie i z powrotem przeniosła wzrok na niego. Chyba nadal nie rozumiała, co się dzieje. Tymczasem mężczyzna, który mial na imię Jim, zamówił szybko dwie podwójne porcje dżinu z tonikiem.

- Na zdrowie - rzeki, unosząc szklaneczkę. A lak na marginesie, strasznie kiepska z niej barmanka.

Kiedy opróżniłam szklaneczkę, zamówił następną kolejkę i od tej chwili wydarzenia zaczęły szybko nabierać tempa.

Czułam się tak, jakbym siedziała w wagoniku wielkiego młyńskiego koła, które przez cały dzień mozolnie wynosiło mnie coraz wyżej, a kiedy gwałtownie podsunęłam szklaneczkę Jimowi pod nos, znalazłam się na samym szczycie, gdzie byłam tylko przez chwilę, bo zaczęłam zjeżdżać coraz szybciej i szybciej. Odnosiłam wrażenie, że klienci baru to goście na przyjęciu, większość z nich znam bądź chciałabym poznać, a i oni chętnie nawiązaliby ze mną znajomość. Okazało się nagle, że dokoła jest więcej znajomych Jima i że wszyscy uważają epizod ze szklaneczką za bardzo zabawny, rozmowa obracała się więc wokół niego, z różnych stron sypały się żarty.

Wdałam się w dyskusję z mężczyzną pracującym na tym samym podwórku, naprzeciwko naszego biura, który wybierał się z przyjaciółmi na kolację do prywatnego klubu przy tej samej ulicy, zaproponował więc, byśmy poszli z nimi. Wydarzenia nie tylko nabierały tempa, ale stawały się też wyrywkowe, jak pojedyncze klatki filmu utrwalające się w mej pamięci niczym w błyskach flesza. Klub mieścił się w osiemnastowiecznej kamienicy, był wykończony surowymi chropowatymi deskami. Wydawało mi się, że w taki wieczór wszystko jest dozwolone i możliwe. Wśród mężczyzn siedzących z nami przy stoliku był dyrektor klubu, który żartował z kelnerami i zamawiał dla nas specjalne dania na spróbowanie. Wdałam się w długą i szczerą rozmowę z kobietą wykonującą niezwykłe prace, związane czy to z produkcją filmów, czy z obróbką zdjęć do jakichś albumów albo czasopism. Później nie mogłam sobie przypomnieć z niej ani słowa, pamiętałam jednak doskonale, że przy pożegnaniu pocałowała mnie żarliwie w usta, aż poczułam na wargach smak jej szminki.

Potem ktoś zaproponował, żebyśmy poszli potańczyć. Zachęciła nas perspektywa odwiedzin niezbyt odległego, nowo otwartego lokalu. Spojrzałam wtedy na zegarek i spostrzegłam ze zdumieniem, że minęła już północ. Przebywałam w tym towarzystwie od wpół do szóstej. Nie miało to jednak większego znaczenia.

Poszliśmy wszyscy razem, mniej więcej dziesięcioosobową grupą, w której większość ludzi jeszcze godzinę temu nie znała się nawzajem. Jakiś mężczyzna objął mnie ramieniem i zaczął cicho śpiewać po hiszpańsku czy portugalsku. Miał piękny głos, bardzo głęboki, który rezonował basem w łagodnym jesiennym powietrzu, a gdy uniosłam głowę, zobaczyłam rozgwieżdżone niebo. Gwiazdy świeciły tak jasno, aż chciało się wyciągnąć rękę, żeby do nich sięgnąć. Ja także zaczęłam śpiewać, już nie pamiętam co, ale wszyscy się przyłączyli. Wszyscy śmiali się w głos, obejmując się wzajemnie. W ciemnościach błyszczały czerwone ogniki papierosów.

Znaleźliśmy się znowu w pobliżu biura. Przypominam sobie, że przyszło mi do głowy, iż zatoczyliśmy spore kolo, a jestem mniej zmęczona niż na początku. Tańczyłam z facetem, który śpiewał po hiszpańsku, a potem z drugim, który przedstawił się jako Jay. W damskiej toalecie dostałam od kogoś ścieżkę koki. Klub był mały i zatłoczony. Jakiś czarnoskóry o pięknych oczach głaskał mnie po głowie i powtarzał, że jestem cudowna. Później zaczepiła mnie kobieta, bodajże o imieniu Julia, i powiedziała, że jedzie do domu, a ja też powinnam już iść, zanim coś się wydarzy, więc możemy wziąć razem taksówkę. Ja jednak pragnęłam, żeby coś się wydarzyło, żeby wydarzyło się wszystko naraz. Nie chciałam jeszcze kończyć tej zabawy. Ani myślałam gasić świateł i wracać do domu. Ruszyłam znów do tańca, czując się tak lekko, jakbym miała za chwilę wzbić się w powietrze. Tańczyłam, dopóki pol nie zaczął mi sklejać powiek i ściekać strużkami po twarzy, dopóki włosy nic zaczęły mi się lepić do skóry, a bluzka do ciała.

Dopiero wtedy wyszliśmy. Byl ze mną chyba Jay. tak mi się przynajmniej zdaje, i pewnie ten, który śpiewał po hiszpańsku, jak również kobieta o zdumiewająco czarnych włosach, roztaczająca wokół siebie zapach paczuli. Byli też inni ludzie, pamiętam ich ciemne sylwetki na tle nieba. Owionęło nas cudownie rześkie, chłodne powietrze. Wciągałam je głęboko w płuca, ciesząc się, że lak szybko wysusza mi skórę. Siedzieliśmy nad rzeką, klóra przypominała be/denną czarną wslęgę. Słychać było tylko cichy plusk lal rozbijających się

0 brzeg. Miałam ochotę w niej popływać albo przynajmniej ułożyć sit; na wznak w czarnym nurcie, który uniósłby mnie do morza, gdzie nikt już by mnie nic odnalazł. Ale tylko cisnęłam w nią garść drobnych, mówiąc wszystkim, żeby wypowiedzieli w myślach jakieś życzenie. Zaledwie kilka monet doleciało do rzeki.

- A ty jakie pomyślałaś życzenie, Holly?

- Żeby zawsze było tak jak dzisiaj - odparłam.

Wsunęłam sobie w usta papierosa i ktoś się pochylił ku

mnie, osłaniając dłońmi płomyk zapałki. Ale zaraz ktoś inny zabrał mi tego papierosa i zaczął mnie całować, odwzajemniłam więc pocałunek, zarzuciwszy człowiekowi ręce na szyję

1 zanurzywszy palce w jego włosach. Jeszcze ktoś inny zaczął mnie całować od tyłu w szyję, zadarłam więc głowę ku górze, wystawiając się na te pieszczoty. Czułam się kochana przez wszystkich i ja wszystkich kochałam, spoglądając w przepełnione czułością, błyszczące oczy. Powiedziałam wtedy, że świat jest znacznie bardziej magiczny, niż nam się dotąd wydawało. Uwolniłam się z objęć i pobiegłam przez most. Z każdym krokiem odnosiłam wrażenie, jakbym już nigdy nie miała dotknąć stopami ziemi, czemu przeczył donośny stukot moich obcasów, któremu niczym echo towarzyszy! tupot osób biegnących za mną, ale niemających szans, żeby mnie dogonić. Wołali moje imię, a przypominało to pohukiwania sowy: „Holly! Holly!". Śmiałam się w głos. Przejechał samochód, światła jego reflektorów prześliznęły się po mnie i pozostawiły w ciemnościach.

W końcu zatrzymałam się dla nabrania oddechu przy pawilonie handlowym i tam mnie odnaleźli. Ale było ich już tylko dwóch. Tak mi się zdaje, bo nie jestem pewna. Pierwszy złapał mnie za ramiona i pchnął plecami na ścianę, mówiąc, że skoro wreszcie mnie dopadł, to już nie puści. Powiedział też, że jestem szalona, ale on może być równic szalony. Podniósł leżący na ulicy kamień. Tuż przed moim nosem wziął solidny zamach i niespodziewanie ujrzałam len kamień lecący mi nad głową. Rozległ się donośny trzask, w witrynie najbliższego sklepu pojawiła się gęsta pajęczyna pęknięć, za szybą runęła piramida jakichś puszek. Przez chwilę mogłoby się wydawać, że zaraz przejdziemy przez tę gwiazdę w rozbitej szybie do innego świata, gdzie będziemy mogli zacząć życie od nowa. Zupełnie od nowa.

Z tych marzeń wyrwał mnie donośny alarm, którego jękliwe zawodzenie zdawało się napływać ze wszystkich stron. Mężczyzna złapał mnie za rękę.

- W nogi!

Pobiegliśmy. Miałam wrażenie, że nadal jest nas troje, ale mogło mi się tak tylko wydawać. Biegliśmy równym rytmem. Nie wiem, dlaczego się zatrzymaliśmy, ale później znaleźliśmy się w taksówce mknącej pustymi ulicami, mijającej pogrążone w ciemności domy i sklepy zabezpieczone grubymi kratami. W pewnej chwili w snopach reflektorów zastygł bez ruchu oślepiony rudy lis. Zaraz jednak czmychnął do najbliższego ogrodu i zniknął nam z oczu.

Kolejne zdarzenia wypływają z mej pamięci, jakbym to nie ja je przeżyła, jakby przytrafiły się komuś innemu, w filmie albo we śnie, z którego nie można się zbudzić. A może raczej jakby przydarzyły się mnie, tyle że byłam wtedy kimś zupełnie innym. Będąc jednocześnie sobą. Bo to na pewno ja byłam tą kobietą, która śmiała się w głos, idąc przed nim schodami na piętro; i to ja stałam w pokoju oświetlonym słabą nocną lampką, przy starej sofie zawalonej pękatymi poduchami, spoglądając na turkusową papużkę falistą w klatce zwieszającej się spod sufitu. Naprawdę była tam jakaś papużka, łypiąca na mnie swoimi przenikliwymi ślepkami, czy też doznałam dziwnej halucynacji wywołanej gorączką wieczornej zabawy? Czy to ja wyglądałam przez okno na dachy sąsiednich domów i urządzone na nich ogródki, na okolicę, której nigdy przedtem nie widziałam na oczy?

- Gdzie ja jestem, do cholery? - zapytała kobieta, pozwalając, aby żakiet zsunął jej się z ramion na pogrążoną w mroku podłogę. Nie oczekiwała jednak wcale odpowiedzi. A kim ty jesteś, do cholery? - zapytała, chociaż w tym zakresie lakże nie chciała znać prawdy.

Nic nie miało znaczenia. Pewnie dlatego 011 zaśmiał się krótko, szybkim ruchem zaciągnął zasłonkę i przypalił papierosa. a może raczej skręta, którego zaraz jej podał. Czuła, jak stopniowo narasta w niej podniecenie, jak krew szybciej krąży w jej żyłach, usiadła więc na sofie, rozparła się między poduchami, wierzgnięciem zrzuciła z nóg pantofle i podkuliła bose stopy pod siebie.

- I co teraz zrobimy? - zapytała, mimo że doskonale wiedziała, co teraz nastąpi. Rozpięła górny guzik bluzki, świadoma przeszywającego ją męskiego wzroku. Papużka też się jej przyglądała, wydając z siebie idiotyczne denerwujące świergoty. Dostała do picia coś bezbarwnego i palącego, co rozlało się żarem po całym ciele, rozmiękczając kręgosłup. Grała dziwna muzyka, rozbrzmiewająca jak gdyby pod jej czaszką, której rytm wydawał się zlewać z biciem serca. Wszystkie wrażenia zaczęły się zlewać w jedno doznanie.

Na krótko została sama w pokoju wypełnionym muzyką, ale on zaraz zjawił się przy niej. I nie byłam już dłużej samotna. Leżałam na wznak, niczym w rzece, nad którą wcześniej siedzieliśmy, pozwalając mu ściągnąć z siebie bluzkę. Potem z sofy przenieśliśmy się na podłogę. Jego palce nie radziły sobie z drobnymi guziczkami. Ilekroć zamykałam oczy, pod powiekami zaczynały mi tańczyć kolorowe światła, jakby cały ten przedziwny świat, nad którym nie miałam żadnej kontroli, czaił się, by zawładnąć moim umysłem. Starałam się więc trzymać oczy szeroko otwarte, choć nie miałam pojęcia, co jest przed nimi. Popękany sufit, noga krzesła, ściana odległa o kilkanaście centymetrów, czyjaś twarz pochylająca się nade mną, wykrzywienie ust. Poczułam smak krwi i przeciągnęłam językiem po wargach. To była moja krew. Dobrze. Dywan drapał mnie w plecy. Też dobrze. Palce wpijały się w moje ramiona, ugniatały moje ciało. Byłam sobą i nic sobą zarazem. Sobą i tą obcą kobietą, która szarpnięciem zerwała z siebie bluzkę, aż guziki potoczyły się po podłodze, i padła na wznak na łóżko, z włosami opadłymi na twarz, spoglądając na dłonie zrywające z niej stanik i czując przygniatający ją ciężar. Zamknęła w końcu oczy i pogrążyła się w tym jaskrawo oświetlonym świecie pełnym wędrujących cieni, rozbłyskujących wielobarwnych plam i przesuwających się pasm ciemności.

- To takie niezwykłe - powiedziała. Ja powiedziałam. -Nie przerywaj.

2

Coś łaziło mi po policzku, jakaś mucha kierowała się w stronę kącika ust. Nie otwierając oczu, uniosłam rękę i zgoniłam ją, a bzykanie szybko się oddaliło. Nawet bez patrzenia byłam pewna, że to wielka spasiona czarna letnia mucha, która na łapkach roznosi krew i zarazki. Gdybym ją rozdusiła, pozostałaby po niej duża czerwonobrunatna plama.

Nadal się nie ruszałam, wyczułam jednak, że coś jest nie tak. Z trudem uchyliłam jedno oko i pod czaszką natychmiast rozlał mi się dotkliwy ból. Przeciągnęłam opuchniętym językiem po wyschniętych wargach. Były obrzmiałe i spękane. W ustach czułam nieprzyjemny smak, jakby czegoś starego, okopconego, zatłuszczonego i brudnego.

Czar prysł w jednej chwili. To jedno na wpół otwarte oko raził mi dzienny blask bijący przez otwarte drzwi z wiszącym na nich znoszonym szarym frotowym szlafrokiem. Powoli przeniosłam wzrok na lewo i popatrzyłam na przebijające się przez cienkie zasłonki szarawe światło wstającego dnia. Wstrzymałam oddech i zastygłam bez ruchu. Od razu wyłowiłam odgłos czyjegoś regularnego oddechu tuż przy sobie. Zacisnęłam z powrotem powieki i zaczekałam, aż sen rozwieje się do końca i będę w stanie zmierzyć się z tym nowym dniem i z własnymi wyrzutami sumienia. Ostrożnie przeciągnęłam palcami po twarzy, która sprawiała wrażenie obcej i nienaturalnej, niczym gumowa maska. Odliczyłam w myślach do pięćdziesięciu, po czym otworzyłam gwałtownie oczy i obróciłam powoli głowę w bok, czując, jak tępy ból narasta mi pod czaszką i rozlewa się w kierunku skroili.

Stopniowo zaczęłam rozróżniać przedmioty wokół siebie.

Leżałam po lewej stronie szerokiego małżeńskiego łoża, przykryta pomiętą wyblakłą kołdrą z byle jak zszytym wielkim rozdarciem pośrodku w kształcie litery L. Dość wysoko w ścianie było umieszczone pojedyncze kwadratowe okno, a na stojącym pod nim rowerze do ćwiczeń wisiały dżinsy i stanik. W kącie pod drzwiami pokoju stała nylonowa sportowa torba, na niej leżała rakieta do squasha. Drzwi szafy były szeroko otwarte, na wieszakach wisiało kilka męskich koszul. W drugim rogu piętrzył się chwiejny stosik kolorowych czasopism. Obok leżała pusta butelka po winie. Spod łóżka wystawały czubki sportowych butów. Przy nich leżała zmięta w kulkę papierowa chusteczka. Zaledwie parę centymetrów od mojej twarzy stała przepełniona popielniczka, z której niedopałki wysypywały się na pasiaste bokserki. Tarcza elektronicznego budzika wskazywała brudną zielenią godzinę 4:46.

Gdy dźwignęłam się na łokciu i usiadłam, dostrzegłam ślady krwi na pościeli, wąskie rozmazane smugi, jak gdyby zrobione kilkoma pociągnięciami pędzla. Zapatrzona sztywno przed siebie, ostrożnie spuściłam nogi na podłogę. Kiedy wstałam, cały świat wokół mnie zakołysał się groźnie. Nakazałam sobie w myślach nie rozglądać się więcej, ale przemożna siła pociągnęła mój wzrok do tyłu i nie zdołałam się pohamować, by nie popatrzeć przez ramię na sylwetkę człowieka leżącego w łóżku. W pierwszej chwili ujrzałam wystające spod kołdry nogi porośnięte ciemnymi kręconymi włosami, potem kudłatą głowę spoczywającą na poduszce, rękę zakrywającą oczy i lekko rozwarte usta. Tylko tyle. Odwróciłam się szybko. Nic miałam pojęcia, kto to jest. I wcale nie chciałam tego wiedzieć. Wolałam nie wiedzieć.

Musiałam się wysikać, ruszyłam więc do drzwi i uchyliłam je ostrożnie, skrzywiwszy się nieco, kiedy cicho zaskrzypiały. Pod bosymi stopami podłoga wydawała się chropowata. Na wprost znajdowały się drugie drzwi. Otworzyłam jc. Za nimi nic było jednak łazienki. Ujrzałam dywan na podłodze i pojedyncze łóżko, na którym ktoś się poruszył, uniósł głowę i wymamrotał coś niezrozumiałego przez sen. Poczułam się jak idiotka, aż zatkało mi dech w piersi. ______

Odnalazłam w końcu ciasną toaletę i na miękkich nogach usiadłam na sedesie. Moje wychłodzone, lepiące się od potu ciało sprawiało wrażenie, jakby nic należało do mnie, kosztowało mnie sporo wysiłku, żeby wstać, wyjść znowu na korytarz i odnaleźć drogę do saloniku. Już w przejściu uderzył mnie kwaśny odór spoconych ciał i typowy dla pubów zapach piwa przemieszany ze swądem dymu papierosowego. Po całym pokoju walały się ubrania, moje i jego. Stolik leżał przewrócony na bok, tuż przy odłamkach zbitego kubka. Kolejna popielniczka było ledwo widoczna spod sterty niedopałków. Bezwiednie trąciłam nogą zgniecioną puszkę po piwie, która z brzękiem uderzyła w przewróconą butelkę po wódce. Na ścianie wisiał przekrzywiony obraz w krzykliwych kolorach, a pod nim także widniały rozmazane krwiste smugi. Ponadto na podłodze znajdował się podejrzany krąg, usypany chyba z ziaren brunatnego ryżu. Tknięta wspomnieniami, uniosłam głowę i popatrzyłam na zwieszającą się spod sufitu klatkę dla ptaków. Spała w niej lazurowa falista papużka.

Odnalazłam na podłodze za sofą swoją spódnicę, a trochę dalej, w kącie pod ścianą, bluzkę. Został przy niej tylko jeden guzik, w dodatku była nadpruta pod pachą. Jeden mój but leżał pod stolikiem, miał nadłamany obcas. Po gorączkowych poszukiwaniach drugi znalazłam w korytarzu, w kącie przy drzwiach łazienki. Wstrzymując oddech, zakradłam się z powrotem do sypialni i ściągnęłam stanik z roweru do ćwiczeń. Śmierdział alkoholem, bodajże czystą wódką. Nadepnęłam bosą stopą na coś lepkiego. Kiedy spuściłam głowę, ujrzałam przyklejoną do skóry zużytą prezerwatywę. Wierzgnęłam z obrzydzeniem i z cichym mlaśnięciem spadła z powrotem na podłogę.

Nigdzie nie mogłam znaleźć majtek. Klęknęłam i zajrzałam pod łóżko, potem ostrożnie wycofałam się na korytarz, ale i tu ich nie było. Musiałam sobie radzić bez nich. Bardzo mi zależało, żeby się stąd wynieść, zanim mężczyzna bądź osoba śpiąca w drugim pokoju czy choćby papuga się obudzą. Włożyłam spódnicę, stanik i porwaną bluzkę, którą zawiązałam sobie w węzeł na brzuchu. Wcisnęłam bose stopy w rozchwiane buty. Narzuciłam na wierzch żakiet, ale miał idiotyczny krój i był zapinany na jeden wielki ozdobny guzik, toteż nawet nie zakrywał podartej bluzki. Marzyło mi się, żeby poczuć na sobie miękki dotyk flanelowej piżamy i z zapachem mięty w ustach oraz czystymi rękami położyć się w świeżej pościeli. W ostatniej chwili przypomniałam sobie

0 torebce. Leżała przy drzwiach, otwarta, z zawartością częściowo rozsypaną po podłodze. Jednym ruchem zgarnęłam wszystko do środka, otworzyłam drzwi, wyszłam na korytarz

1 zamknęłam je cicho za sobą, po czym zbiegłam po schodach i wyszłam na pogrążoną w szarówce ulicę. Dopiero tu dopadło mnie znużenie. Aż musiałam przystanąć i pochylić się nisko, żeby zaczerpnąć oddechu.

Gdzie ja byłam?

Dowlokłam się do końca ulicy i odczytałam z tabliczki jej nazwę: Northingley Avenue, SE7. Nic mi to nie mówiło. W którą stronę miałam iść, żeby znaleźć jakiekolwiek połączenie z centrum? Mój zegarek, który jakimś cudem wciąż miałam na ręce, wskazywał 5:10. Rozejrzałam się po pustej ulicy, w nadziei, że ni stąd, ni zowąd pojawi się nagle przede mną taksówka, po czym westchnęłam głośno i ruszyłam w wybranym na chybił trafił kierunku. Szłam koszmarnie długo, jakbym dreptała w miejscu. Przed wschodem słońca panował jeszcze nocny chłód, toteż, trzęsąc się z zimna, przemykałam wzdłuż ciemnych zabudowań, czując się jak ubłocony ślimak.

Dotarłam w końcu do ulicy, przy której znajdowały się sklepy. Sprzedawca właśnie otwierał kiosk z gazetami. Dałam nura pod daszek mocno okratowanej budki i wyłoniłam się przed okienkiem. Podniósł głowę znad paczek z gazetami, spojrzał na mnie i aż oczy mu się rozszerzyły.

- Co się...? - wybąkał. - Została pani...?

- Może mi pan wskazać drogę do najbliższej stacji metra?

Przez jego twarz przemknął dziwny cień, coś w rodzaju

wyrazu obrzydzenia. Pospiesznie zebrałam dłonią luźne poły żakietu pod szyją i zrobiłam nonszalancką minę.

- Prosto tą ulicą, w przybliżeniu kilometr.

Poprosiłam o butelkę wody mineralnej i paczką chusteczek higienicznych, po czym zaczęłam przetrząsać torebkę w poszukiwaniu drobnych.

- Dzięki - rzuciłam beztrosko, ale wciąż gapił się na mnie jak wół na malowane wrota. Próbowałam się uśmiechnąć, lecz mięśnie twarzy odmówiły mi posłuszeństwa, jakby nagle wargi skleiły mi się na dobre.

Dziwni ludzie podróżują metrem o tak wczesnej porze. Jedni wracają zaspani do domów z nocnej zmiany, podczas gdy inni, nie mniej zaspani, jadą już do pracy, żeby zacząć nowy dzień.

Kiedy na stacji czekałam na przyjazd pierwszego pociągu, usiadł przy mnie na ławce facet z niesamowicie długimi kręconymi ciemnoblond włosami i zaczął grać na organkach. Sięgnęłam do torebki, żeby dać mu parę groszy, ale powiedział, że nie jest żebrakiem, tylko wędrownym minstrelem, i od razu rozpoznał we mnie damę w tarapatach. Dałam mu więc paczkę papierosów, a on dwornie pocałował mnie w rękę. Zrobiło mi się wstyd, że mam odrapaną skórę na knykciach i brud za paznokciami.

Już w pociągu, zmoczyłam wodą papierową chusteczkę i przetarłam nią twarz. Zmyłam smugi tuszu do rzęs i krwi. Próbowałam się przejrzeć w szybie wagonu, lecz w świetle jarzeniówek moje odbicie przypominało niewyraźną plamę. Przeczesałam szczotką włosy, zanim przesiadłam się na trasę Northern Line and Archway.

Kiedy stanęłam przed ciemnozielonymi drzwiami mojego domu, była za dziesięć szósta, a ja się czułam tak, jakbym pokonała urwiste pasmo górskie i przebiegła maraton. Otworzyłam drzwi kluczem i wtoczyłam się do holu. Rzuciłam torebkę na podłogę u podnóża składanej aluminiowej drabinki, obok pootwieranych puszek z farbą. Zrzuciłam pantofle i weszłam do kuchni, gdzie duszkiem wypiłam dwie szklanki wody. Za oknem szarzało. Pogoda była bezwietrzna, listki drzewa rosnącego na tylnym podwórku ledwie się poruszały.

Zdjęłam bluzkę, rozgarnęłam śmieci w koszu, wcisnęłam ją na dno wiadra i zakryłam puszkami i filtrami pełnymi fusów po kawie.

Schody wydały mi się tak strome, że weszłam na górę na czworakach. Dowlokłam się do łazienki i zrzuciłam z siebie resztę ubrań, które zebrałam w niewielką stertę, też upchnęłam na dnie kosza z brudną bielizną, i przykryłam innymi rzeczami. Kiedy spojrzałam na swoje odbicie, ledwie się powstrzymałam, żeby nie krzyknąć z przerażenia, gdyż z lustra patrzyła na mnie wymęczona, brudna, umazana czymś czarnym i zakrwawiona kobieta o spuchniętych wargach i zaczerwienionych oczach, z kołtunem potarganych włosów na głowie. Przypominałam dziwacznego stwora, którego litościwi śmieciarze wyciągnęli z pojemnika i zostawili na ulicy, żeby sam się oddalił w bezpieczne miejsce.

Wzięłam kąpiel tak gorącą, jak tylko mogłam znieść, wystawiając każdy skrawek ciała na ukłucia strumyków wody. Włosy myłam z takim zapamiętaniem, że aż zaczęła mnie piec skóra głowy. Potem szorowałam się gąbką, jakbym chciała zedrzeć z siebie całą warstwę skóry, by wyłonić się spod niej całkiem nowa, nieskażona. Zęby szczotkowałam, aż zaczęły krwawić dziąsła, po czym kilkakrotnie odkaziłam jamę ustną płynem do płukania. W końcu nakremowałam sobie twarz, natarłam się mleczkiem kosmetycznym, obficie posypałam talkiem wrażliwe miejsca i posmarowałam się pod pachami dezodorantem w sztyfcie.

Kiedy wkroczyłam do sypialni, mimo zaciągniętych zasłon spostrzegłam, że wstał już dzień. Budzik wskazywał 6:11. Upewniłam się, że jest nastawiony na dziesięć po siódmej, po czym wśliznęłam się pod kołdrę i zwinęłam w kłębek, obejmując ramionami kolana.

- Holly? - wymamrotał Charlic. - Już czas?

Cicho. Spij jeszcze. Wszystko w porządku.

Zasypiałam już, gdy przypomniałam sobie, że nie włożyłam z powrotem obrączki na palec.

- Holly! Holly! Przyniosłem ci kawę. Już dwadzieścia po siódmej.

Jeszcze przez chwilę leżałam bez ruchu, zasłaniając ręką oczy od dziennego światła. Ręce i nogi strasznie mi ciążyły, wargi miałam spękane, pulsowało mi w głowie i piekło w gardle. Miałam wrażenie, żc nie przeżyję tego dnia. No i nie mogłam spojrzeć Charliemu w oczy.

- Holly! - zawołał jeszcze raz.

Opuściłam rękę, jakimś cudem rozwarłam powieki i popatrzyłam na jego miłą twarz, łagodne piwne oczy, w których nie było śladu obrzydzenia, ani nawet zdumienia.

- Dzień dobry, Charlie. Wcześnie wstałeś.

Sprawiał wrażenie solidnej, godnej zaufania życiowej podpory, choć był nieogolony i w starych ciuchach. Pracował w domu, więc nie musiał, jak ja, szykować się codziennie na kontakt z ludźmi, stać przed lustrem i nakładać na skórę kilogramy pudru, szminki i cienia do powiek, a jeszcze do tego trenować uśmiech. „Uśmiechaj się, Holly!". Miał na sobie znoszone szare spodnie dresowe i rozchełstaną pod szyją brązową koszulę z długimi rękawami.

Uniosłam się na łokciu i pociągnęłam łyk kawy. Była cierpka, gorzka i gorąca.

- Późno wróciłaś? - zapytał.

- Dyskusja ciągnęła się bez końca.

- Nie słyszałem, kiedy przyszłaś.

- Spałeś jak zabity. Boże, naprawdę już tak późno? Musiałam przespać dzwonek budzika. Za chwilę zejdę na dól.

Zamknęłam jeszcze oczy i zasłuchałam się w odgłos jego kroków na schodach. Miałam za sobą ledwie godzinę przerywanego snu, a teraz najwyżej trzy minuty na to. żeby upodobnić się do tych, którzy udają normalnych ludzi. Naciągnęłam kołdrę na głowę i zmusiłam się. żeby wrócić pamięcią do wydarzeń wczorajszego wieczoru. Próbowałam przypomnieć sobie tylko jedno. Miałam wrażenie, że zostałam pobita przez kogoś doświadczonego w takich czynach, gdyż zadawał ciosy w takie miejsca, gdzie nic zostają ślady. Zatkało mi od tego dech w piersi. Zaczerpnęłam gwałtownie powietrza i od-kaszlnęłam, jakby na plaży niespodziewanie zalała mnie gigantyczna fala. Przypomniałam sobie tę kobietę z wczorajszej nocy - samą siebie - która śmiała się w głos i bezczelnie flirtowała, bezmyślnie odpowiadając na każdą zaczepkę. Nawet nie odpowiadała, ale witała ją z radością, pragnąc być duszą towarzystwa. Teraz wydawała mi się odrażającą koszmarną nudziarą. Nie mogłam jednak uwolnić się od widoku tamtej sypialni z małżeńskim łożem i śpiącego w nim mężczyzny. Nieważne, kto to był.

Tak to już jest z miłością i seksem. Ludzie piszą piosenki i wiersze, kręcą filmy, a my wzdychamy z zachwytu i marzymy. żeby nam przytrafiło się coś podobnego albo nawet lepszego. A kiedy się w końcu przydarza, kiedy wychodzimy z eleganckiego klubu albo wyskakujemy z ciuchów, jak zwykle trafiamy na paskudne piegi na plecach, zaplamione prześcieradła czy też odpychające mieszkanie w jakiejś paskudnej części Londynu, której nigdy wcześniej nie widzieliśmy na oczy, i na śliską zużytą prezerwatywę na dywanie, której widok przyprawia o mdłości. Przemknęło mi przez myśl, żeby zbiec na dół, usiąść przy kuchennym stole naprzeciwko Char-liego i opowiedzieć mu o wszystkim, co się zdarzyło minionej nocy, kiedy on spokojnie spał w naszym łóżku. Uznałam jednak, że byłoby to zwykłą głupotą, rzeczą obrzydliwą, odrażającą i zwyczajnie bezcelową. Niemniej ujrzałam w wyobraźni, jak stopniowo zmienia się wyraz jego twarzy w miarę moich wyznań, i tylko głębiej wsunęłam się pod kołdrę i jęknęłam głośno, czując obrzydzenie do samej siebie. Gdybym mogła cofnąć czas, wyszłabym z baru razem z Meg, odwróciłabym się plecami do wypełnionej gwarem i śmiechami sali i wróciłabym do domu, do męża śpiącego w naszym łóżku, zwiniętego w kłębek w czystej pościeli, po czym obudziłabym się dziś rano z czystym sumieniem. Gdybym tylko...

W głębi ducha zdawałam sobie świetnie sprawę, że na zawsze odmieniłam swoje życic. Jakiś głos w mojej głowie powtarzał na okrągło: „Dopuściłaś się zdrady małżeńskiej". Od razu przypomniały mi się szkolne lekcje religii i cytaty z Biblii mówiące o tym, że w sercu można się dopuścić małżeńskiej zdrady przez samo pożądliwe spoglądanie na kogoś. A ja nie popełniłam tej zdrady w sercu ani nawet w myślach. Uczyniłam to swoim ciałem, które następnie szorowałam zaciekle pod prysznicem, jakbym mogła w ten sposób uwolnić się też od świadomości zdrady. Nie mogłam powiedzieć o tym Charliemu. Postąpiłabym okrutnie, zatrułabym całe nasze wspólne życie.

Mam wprawę w kłamstwach. To zawsze szło mi dobrze. Od tamtego jesiennego dnia sprzed jedenastu miesięcy - słonecznego i wietrznego, napawającego nadzieją - kiedy to zawlokłam Charliego do urzędu stanu cywilnego, nie mówiąc już o tych dwóch osłupiałych i zawstydzonych świadkach ściągniętych z ulicy, okłamywałam go wiele razy, udawałam różne rzeczy i mydliłam mu oczy bzdurami, ale jeszcze nigdy nie musiałam kłamać w takiej sprawie. Zdarzyło się to po raz pierwszy.

Usłyszałam, jak krząta się na dole, odstawia z brzękiem naczynia i zbiera pocztę, która z trzaskiem wylądowała na gołej podłodze pod drzwiami. Ściągnęłam kołdrę z głowy, zmrużyłam oczy i popatrzyłam w sufit sypialni. Bolały mnie nogi, oczy piekły, a migdałki miałam wyraźnie powiększone. Pomyślałam z nadzieją, że złapałam grypę. Miałabym doskonałą wymówkę, żeby jeszcze przez jakiś czas ukrywać się przed całym światem. Zaraz jednak uświadomiłam sobie, że to nie jest żadna grypa, tylko kac gigant i palące wyrzuty sumienia.

„Wyskakuj z łóżka, Holly", nakazałam sobie w myślach, i niczym robot ignorujący rozkazy swojego pana, powoli usiadłam, próbując zapanować nad dotkliwym bólem głowy, a potem spuściłam nogi na ziemię. Zaczekałam, aż pokój przestanie mi wirować przed oczami, poczłapałam do łazienki i obmyłam sobie twarz zimną wodą. Popatrzyłam na swoje odbicie w lustrze, na skołtunione ciemnoblond włosy, które Charlic zwykł określać mianem lwiej grzywy, na szare oczy.

które spoglądały niewinnie spod ściągniętych gęstych brwi, i na pełne wargi wygięte w radosnym uśmiechu. Jak to możliwe, że mój umysł ginął pod grubą warstwą odrażającego brudu, podczas gdy twarz sprawiała wrażenie tak beztroskiej i szczęśliwej'.'

- Mnie nie oszukasz - syknęłam do siebie pod nosem, uśmiechając się chytrze do odbicia w lustrze. - Za dobrze cię znam, Holly Krauss. Mnie nie oszukasz.

- Nie wybierasz się do pracy o zwykłej porze? - Charlie wyjął z koperty jakieś pismo, przebiegł je wzrokiem i zmiął kartkę.

- Niestety, muszę. Jestem umówiona z Meg na dziewiątą. A wcześniej powinnam się jeszcze z kimś rozmówić.

Uniósł na mnie wzrok.

- To zabrzmiało groźnie - rzekł.

- Może i tak - odparłam. - A potem czekają nas gorączkowe przygotowania do następnego weekendu. Zapowiada się prawdziwy koszmar. Od kogo było to pismo?

- Najbliższy weekend? Pierwsze słyszę. Co szykujecie?

- Już ci mówiłam. Dwunastu ważniaków chce przepłynąć staw na tratwie, żeby zacieśnić łączące ich więzy. A ty jakie masz plany na dzisiaj?

- Będę dalej prowadził rozmowy z chętnymi do pracy. Chcesz śniadanie?

- Nie jestem pewna - burknęłam.

Obudziłam się z myślą, że już do końca życia nie wezmę do ust niczego poza gorzką czamą kawą, lecz nagle dopadł mnie tak nieznośny głód, jakbym miała za chwilę zemdleć. Czyżbym nic nie jadła wczorajszego wieczoru? Przebiegłam go w myślach, jak gdybym oglądała wideo na maksymalnej prędkości. Było mnóstwo rozmów, picia i papierosów. Kilkakrotnie mój wewnętrzny czujnik wyłapał widok jakiegoś jedzenia na talerzu, ale jedynie grzebałam w nim widelcem. Sięgnęłam wspomnieniami dalej. Całkiem zapomniałam o lunchu, mogłam się więc domyślać, że śniadania także nie jadłam, mimo że wstałam o wpół do szóstej rano. Czyżbym miała zapoczątkować nowy podgatunek człowieka, który nic potrzebuje snu ani pokarmu?

Zajrzałam do lodówki i jakby wbrew sobie zjadłam plaster wieprzowej pieczeni, po czym opróżniłam buteleczkę jogurtu. Wszystko miało smak siana, a skrajnie odmienne konsystencje obu rzeczy niemal przyprawiły mnie o mdłości, poczułam się tak, jakbym miała język i podniebienie oblepione pylistą kredą. Pomyślałam przy tym, że to niesamowite, iż człowiek wybiera różne produkty naturalne, rozdrabnia je w ustach na papkę, którą upycha w głębi ciała, żeby jej część stała się cząstką jego organizmu. To skojarzenie na dobre pozbawiło mnie resztek apetytu, nie stłumiło jednak coraz silniejszego ssania w żołądku. Jednakże głód nie był już na tyle silny, by przypominać sygnał wysyłany przez robota, któremu wyczerpują się akumulatory.

Charlie przyglądał mi się badawczo.

- Napij się jeszcze kawy. Jeśli chcesz, przygotuję ci zaraz porządne śniadanie.

- Dzięki, to wystarczy.

- Usmażyłbym ci jajka na bekonie albo zrobił omlet z parówkami... Tyle że nie mamy parówek. Nie ma też bekonu, jeśli się nie mylę. Co do jajek też nie jestem pewny. Ale na pewno mamy chleb.

- Nie, dzięki - odparłam z uśmiechem, a raczej z jego namiastką z powodu narastającego bólu głowy. Czułam się jednocześnie jak widz i aktorka, obserwowałam z zaciekawieniem te nieudolne próby naśladowania normalnej kobiety. -Planowałeś coś na wczorajszy wieczór?

Zrobił zdziwioną minę.

- Wczorajszy wieczór? - zapytał.

- A nie tak powiedziałam?

- Wczorajszy wieczór spędziłem w domu. A na dzisiejszy nie mam jeszcze żadnych planów. Czyżbyś o tym nic w iedziała?

- Moglibyśmy gdzieś wyjść. Albo i nie. To też byłoby miłe. - Podeszłam i stanęłam przed nim, po czym zanurzyłam palce w jego gęstych puszystych włosach, pochyliłam się

w jego stronę, a gdy owionął mnie intensywny zapach wody kolońskiej. cmoknęłam go w policzek. - Charlie?

- Tak?

- Nic. Nieważne.

Sięgnęłam po omacku po kubek z kawą, trąciłam go i zwaliłam na podłogę. Roztrzaskał się na kawałki, a u moich stóp powstała czarna kałuża.

- Nic się nie stało - rzucił Charlie. - Zaraz to posprzątam.

Kucnął szybko, podniósł resztki kubka i zaczął zbierać

rozlaną kawę kawałkami papierowego ręcznika.

- Pamiętasz? Kupiliśmy razem ten kubek w sklepie niedaleko Brighton. - Czułam, jak łzy cisną mi się do oczu.

- Spróbuję go posklejać.

- Nie warto. Przepraszam.

- Przecież tylko trochę się wyszczerbił i odłamało się ucho. Spójrz, Holly. Skleję go i nie będzie nawet śladu, że był rozbity. Już moja w tym głowa.

Popatrzyłam mu w oczy i pomyślałam: „Teraz. Powiedz mu o wszystkim. Przecież nie musisz się spieszyć do pracy. Weź go za rękę, patrz mu prosto w oczy i wyznaj wszystko szczerze, choćby ten jeden raz w całym swoim głupim życiu". Przeszkodziło mi jednak pukanie do drzwi.

- Otworzę - powiedział.

To była Naomi, nasza sąsiadka, jedyna dobra znajoma na całym osiedlu, która sprowadziła się tutaj na początku roku. Wyglądała na tak zmarnowaną, jak ja się czułam. Włosy miała w nieładzie, oczy podkrążone, a na nogach kapcie.

- Przyszłam po prośbie - wybąkała, wchodząc do środka. - Skończyła mi się kawa.

- My mamy jej pod dostatkiem, w dodatku cały dzbanek świeżo zaparzonej. Wejdź, poczęstujesz się.

W zakłopotaniu popatrzyła na mnie, potem na Charliego.

- Jeśli nic będę przeszkadzała...

- Ja już wychodzę, ale Charlie nigdzie się nie wybiera.

Zostawiłam ich razem w kuchni i wdzięczna losowi wyszłam z domu, między ludzi, którzy nic o mnie nie wiedzieli.

Nawet dosyć lubię całkiem niewykonalne zadania, ponieważ klienci przyjmują z wdzięcznością, jeśli cokolwiek uda się zrobić. Właśnie takie zadanie zbliżyło nas z Meg prawie pięć lat temu, chociaż często mi się wydaje, że znamy się od wieków i aż nie mogę się nadziwić, że nie ma jej w żadnych moich wspomnieniach z dzieciństwa czy ze szkoły średniej. Dla nas obu była to pierwsza w życiu praca, toteż obie bardzo starałyśmy się wyróżnić w ledwie egzystującej firmie. Kiedyś w biurze zjawiła się kobieta, żeby sprawdzić, czy na następny dzień wszystko jest gotowe, tymczasem okazało się, że Derek, nasz szef, na śmierć zapomniał o jej zleceniu. I jakby tego było mało, zamknął się na głucho w swoim gabinecie. Mniej więcej po godzinie weszłam tam bez pukania i zauważyłam ze zdumieniem, że płacze. Do dziś mam przed oczyma jego nachmurzoną, pomarszczoną twarz i zaczerwienione oczy. Sprawiał wrażenie zdesperowanego, więc chcąc go pocieszyć, obiecałam, że wszystko będzie w porządku, bo same się tym zajmiemy. A on ujął oburącz moją dłoń i wyznał szczerze, że żona od niego odeszła, związała się z dekoratorem wnętrz.

Znalazłyśmy się więc w sytuacji bez wyjścia. Ale miałyśmy dopiero po dwadzieścia dwa lata i nie było dla nas rzeczy niemożliwych. Zadzwoniłyśmy do tej klientki, uzyskałyśmy od niej konieczne informacje dotyczące firmy, po czym znalazłyśmy odpowiedni hotel i pozbierałyśmy cenne doświadczenia od starszych pracowników naszej agencji. Przez całą noc szykowałyśmy zaproszenia i karteczki z krótkimi przemówieniami. A następnego dnia... No cóż, może nie było to najwspanialsze spotkanie pracowników biura, lecz razem z Meg przygotowałyśmy stanowisko powitalne, mając do dyspozycji tylko czerwony dywan, solidną deskę, gruby sznur, wiadro i trochę innych gratów, po czym flirtowałyśmy ze wszystkimi i rozdawałyśmy uśmiechy, aż nas rozbolały gęby, a przynajmniej mnie. W naszym duccic przeciwieństw Meg zawsze gra rolę tej lepszej. Nigdy nic podrywa facetów, bo nawet jak któryś jej się spodoba, po prostu traci głowę, ni stąd. ni zowąd wybucha gromkim śmiechem, a potem czerwieni się aż po czubki włosów. I nigdy się nie popisuje. Ja to uwielbiam, a w takich chwilach Meg spogląda na mnie wzrokiem pełnym zazdrości i zrozumienia. Kiedy marszczy brwi, na czole robi jej się wyraźna pionowa zmarszczka, przez co nabiera takiego wyglądu, jakby za chwilę miała wybuchnąć płaczem.

No więc stawałyśmy na głowie przez cały dzień, a później cały wieczór w barze. Tuż po północy kobieta, która zleciła nam organizację spotkania, uściskała nas serdecznie i dziękowała w nieskończoność, tłumacząc, że dzięki nam nie wyleci z pracy. Nazajutrz Derek tak się wzruszył, że znowu zaczął płakać. Siedziałam przed biurkiem w jego gabinecie i przyglądałam mu się krytycznie, próbując go pocieszać. Pamiętam, że wstrząsały mną dreszcze. Oboje byliśmy naładowani do granic wytrzymałości i tylko udawaliśmy, że nic się nie stało. Ale żadne z nas nie spojrzało w dół, gdzie nie było żadnej siatki zabezpieczającej i wystarczył najdrobniejszy błąd, żeby spaść z liny.

Równocześnie przeżywałam wtedy bodaj najwspanialszy okres swojego życia, i to pod każdym względem. Nieraz słyszałam, jak ludzie mówią, że dla nich najgorszym koszmarem jest perspektywa wyjścia na scenę w trakcie przedstawienia, gdy zupełnie nie pamiętają swojej roli. Tamten dzień udowodnił, że najtrudniejsze wyzwania nie stanowią dla mnie żadnego koszmaru. Wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej mobilizują. Dla mnie najgorszym koszmarem jest koniec przedstawienia.

Niedługo później razem z Meg postanowiłyśmy rozkręcić własny interes. Byłyśmy już wtedy ze sobą bardzo zżyte. Mam wrażenie, że po raz pierwszy w życiu właśnie przed nią nic musiałam niczego udawać, nie starałam się jej niczym zaimponować. Podświadomie wyczuwałam, że jest osobą o złotym sercu, przez co w jakiś szczególny sposób i ja stawałam się przy niej kimś lepszym, a w każdym razie trochę mniej złym. Będąc już po dwudziestce, znalazłam w końcu prawdziwą przyjaciółkę.

Zastanawiałyśmy się, czy nic dać naszej firmie jakiejś modnej nazwy w rodzaju „Świst", „Oczarowanie" albo „Aspiracja", lecz ostatecznie pozostałyśmy przy „KS i spółka", przebiegle wziąwszy skrót od pierwszych liter naszych nazwisk, mojego Krauss i jej Summers. Dawnemu chłopakowi Meg, dyplomowanemu grafikowi, zapłaciłyśmy aż pięć tysięcy dolarów za projekt logo firmy. Wyobraźcie sobie literę K, której prawa część stanowi zarazem górną połowę litery S, zbiegającej dalej na dół i powracającej szerokim łukiem aż do podstawy lewej kreski litery K. Pewnie trudno to sobie wyobrazić, lepiej byłoby zobaczyć. W każdym razie nam symbol wydał się wyrazisty, ale już w trakcie przyjęcia wydanego z okazji uruchomienia firmy - dość późno, gdy wszyscy byliśmy już nieźle wstawieni - ktoś zauważył, że ten znak firmowy bardzo przypomina symbol umieszczany w toaletach na kabinkach dla niepełnosprawnych. Niestety, było już za późno na zmiany, zresztą obie z Meg doszłyśmy do wniosku, że tego rodzaju skojarzenia są jedynie skutkiem dużej dawki alkoholu.

Lubię zatem zadania niewykonalne, lecz nawet w tym zakresie istnieje granica akceptowalności. W poprzednim tygodniu jedna z naszych pracownic odeszła na urlop macierzyński, a druga zrezygnowała z pracy, tymczasem zbliżał się termin organizowanego przez nas kolejnego spotkania biurowego, jednego z tych bardzo ważnych i pracochłonnych. Kiedy więc stałam na peronie metra, już po raz drugi tego poranka, z piekielnym bólem głowy, wyschniętym gardłem i przeczuciem zbliżającej się nieuchronnie klęski, zaczęłam w myślach rozdzielać zadania przydzielone wcześniej tym dwóm pracownicom. Później zrobiłam przybliżony harmonogram i określiłam najważniejsze sprawy do załatwienia w ciągu nadchodzących trzech dni. Ale kiedy pociąg wypad! z tunelu, zelektryzowała mnie myśl: Czy nie byłoby lepiej dla wszystkich, gdybym zwaliła się tuż przed nim jak ścięte drzew o'.' Już nigdy nic musiałabym nad niczym łamać sobie głowy. W końcu pod każdym względem byłabym po prostu martwa. Co prawda, to samo czekało wszystkich tłoczących się wokół mnie na peronie, w większości jednak po lalach cierpień i samotności, podczas gdy ja odcszlabym w młodym w ieku. Po/a tym w grobach nie ma zaplamionych prześcieradeł. Nie ma szarówki. Jest tylko nieprzenikniona ciemność. Albo zupełna pustka. A może w ramach promocji odnalazłabym drogę do nieba, gdzie wcześniej trafiły wszystkie moje futrzaki z dzieciństwa. chomiki, królik i kot. Może nawet mogłabym się znowu spotkać z ojcem.

1 oto nagle ujrzałam za szybą twarz motorniczego pociągu - zwalistego, nieogolonego, w domowych ciuchach - i jego oczyma spojrzałam na tłum ściśnięty na samej krawędzi peronu, nad torami. Czy w swoich sennych koszmarach jawił mu się taki moment, kiedy ktoś z tłumu zeskakuje tuż przed jego pociągiem?

Nasze biuro w niczym nie przypomina tego, co mój ojciec mógłby nazwać typowym biurem. Co prawda, on nigdy nie pracował w biurze. W każdym razie typowi ojcowie nie nazwaliby tego typowym biurem. Znalazłyśmy je na obrzeżu Soho i wynajęłyśmy od stojącej na krawędzi bankructwa firmy komputerowej. Wewnątrz nie ma żadnych ścian, przepierzeń ani drzwi. W rozległej sali znajdują się tylko ustawione równolegle do siebie długie stoły, co upodabnia ją do refektarza modernistycznego klasztoru. Dysponujemy odrębną salą konferencyjną, ale nawet spotkania z klientami odbywają się zazwyczaj przy centralnym stole, gdzie powinno się znajdować miejsce opata. Spod sufitu zwieszają się wielkie przemysłowe kasetony jarzeniowe, a pracownicy mają szafki na swoje rzeczy, nie ma jednak biurek ani terminali komputerowych - z wyjątkiem mojego stanowiska, bo wszędzie, gdzie usiądę, zostawiam po sobie tak straszny bałagan, że nikt nie chce dzielić ze mną miejsca. Ten wystrój odziedziczyłyśmy po firmie komputerowej i jakimś sposobem ilie próbowałyśmy go nawet zmienić. Co prawda, obiecałyśmy sobie z Mcg, że któregoś dnia urządzimy tu prawdziwe biuro, ze ściankami działowymi i pokojami, żebyśmy nie byli zmuszeni po całych dniach patrzeć sobie w oczy, podejrzewam jednak, że nigdy do tego nic dojdzie.

Weszłam do sali pięć po ósmej, co, wziąwszy pod uwagę wszelkie okoliczności, samo z siebie zasługiwało na wpis w Księdze Rekordów Guinnessa. Nikogo jeszcze nie było, panowała cisza. Świetnie. Miałam jakieś pół godziny dla siebie. Zaparzyłam kawę i zabrałam się do pracy. Nagle usłyszałam jakiś hałas i szybko rozejrzałam się dookoła. Musiał dolecieć z ulicy. Uśmiechnęłam się niepewnie z powodu swojej nerwowości. Czułam się jak włamywacz w moim własnym biurze. Tylko parę sekund zajęło mi odszukanie materiałów Debory. Zadanie było proste, gdyż dobrze wiedziałam, gdzie szukać. Jak doświadczony złodziej wcześniej dokładnie obejrzałam sobie jej stanowisko i orientowałam się, gdzie powinien być łup. Poczułam przypływ satysfakcji z tego, że intuicja mnie nie zawiodła, ale zaraz dały o sobie znać wyrzuty sumienia. Szybko skopiowałam część dokumentów i zdążyłam odłożyć papiery na miejsce, zanim na schodach rozległy się kroki.