Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Książka jest zbiorem lekkich, dowcipnych, czasem zabawnych, a czasem refleksyjnych opowiadań. Gawęda snuje się wokół przyjaciół dawnych i teraźniejszych, aktorów znanych i mniej znanych. Przez całą książkę przewija się barwna postać Janiny, pomagającej prowadzić dom Krystynie Sienkiewicz, często prosto i lapidarnie, soczystą gwarą ludową, podsumowująca skomplikowane, wydawałoby się, relacje międzyludzkie czy wydarzenia. Nie braknie też anegdotek o ulubieńcach aktorki a psach i kotach, którymi od lat, z oddaniem się opiekuje. Książka jest bogato ilustrowana zdjęciami prywatnymi i filmowymi przedstawiającymi zarówno samą autorkę, jak i wielu jej przyjaciół.
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie
Miejska Biblioteka Publiczna w Mławie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 127
Rok wydania: 2006
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
..zgadnij, z kim leżę?
Krystyna Sienkiewicz .. .zgadnij, z kim leżę?
BAOBAB
К. • *У
— ‘Шер
ЛЛЧ(оБІ4
Jeżeli się ma kawałek nazwiska...
Krystyny Sienkiewicz nie można nie lubić! I nie cenić za Jej wszech-bogatą twórczość - od malarstwa, po hafty czy pisanie. Także za Jej charakter, styl bycia i życia oraz miłość do zwierząt.
Poznałam Krystynę ponad ćwierć wieku temu... Mimo że nie można jej odmówić fotogeniczności, wydawała się „na żywo” jeszcze ładniejsza. Drobna, uczesana w loczki, w przezabawnej skórzanej kamizelce i wyjątkowo pięknie wyhaftowanej przez siebie bluzeczce, w mini-spódnicy odsłaniającej zgrabne nogi - wyglądała jak krucha figurynka. Aż trudno było uwierzyć, że starcza jej sił na wykonywanie trudnego zawodu aktorskiego. Krysia brylowała wtedy na scenie teatralnej, także w kabarecie i w telewizji, i jeszcze znajdowała czas i energię na uprawianie ogrodu, ozdabianie mieszkania własnoręcznie malowanymi lub haftowanymi obrazkami, makatkami, na malowanie podłóg, okien, szycie sukien i wiele, wiele innych zajęć.
Kiedy miała czternaście lat, wychowawca, który chciał jej pomóc w obraniu drogi życiowej, zapytał: Co Ty tak naprawdę umiesz robić?
- Umiem szyć lalki z gałganków. Umiem tańczyć, rysować krasnoludki. - Pokaz? I zabrał Ją do Łodzi, zapisał do Liceum Sztuk Plastycznych. Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie ukończyła z nagrodą. I... zaczęła występować na scenie.
„Kobieca misja na świecie - mówi Sienkiewicz - Jest straszna, ciężka. Cieszymy się, że już urodziłyśmy dziecko, bo przestało nas boleć. Odbywa się to na zasadzie wyprowadzenia kozy z domu. Tymczasem powinnyśmy pamiętać o swojej wielkiej wartości. Bez nas świat się zawali*. Potrafimy nie spać, bo dziecko trzeba obudzić o piątej, czy męża wyekspediować do pracy. Pamiętać, z czego składa się ekwipunek jego sakwojażu. Nie pamiętamy natomiast, że mamy spore walory umysłowe - jedynie, że wszędzie jesteśmy potrzebne. Coraz częściej przeklinamy emancypację. Byłoby nam dużo lepiej, gdybyśmy z ćwiercią tych obowiązków siedziały pięknie w domu, czekały, patrzyły w kalendarzyk, kiedy to idziemy do Malinowskich, kiedy na urodziny Loli, a kiedy na bal. I chodziłybyśmy do modystek dobierając nowe bukieciki kamelii czy fiołków...”.
Nasuwa się pytanie, jak nasza ulubienica godzi aktywne życie artystyczne z życiem kobiety udającej, że prowadzi biznes?!
„Na lewej ręce - zwierza się Krystyna - mam takie miejsce, które mówi, że mam zdolności handlowe. Dowiedziałam się o tym niedawno. Żeby tak wcześniej mi powiedziano... Postawiłabym na ulicy ruskie połowę łóżko i w tej chwili miałabym w całej Polsce sieć „Chat Krystyny Sienkiewicz”! A tak - kuleję, ale słodko mi jest handlując. Na mój sklep zarabiam koncertami. Wtedy stawiam w „Chacie” kogoś na straży. Przyczepiam karteczki z cenami i jadę w Polskę. Nie gram już w teatrze. Muszę koncertować, bo to lubię. Jeżeli ma się kawałek nazwiska, trzeba je wykorzystywać na różne dobre okazje. Dzieci jak i psy są ozdobą świata. Pracuję więc pod różnymi dachami. Koncerty w Wołominie, w Mławie czy w Chicago. Zarabiam nasze i zielone na dzieciaczki chore, sierotki zagubione. Lub porzucone zwierzęta. Mój świat ma cztery łapy. W Milanówku jest tych zwierząt ponad trzysta. Działam tam w fundacji założonej przez już nieżyjących: panią Zofię Witkowską i jej męża Romana. Oni przed laty borykali się z polską znieczulicą i brutalnością. Teraz jestem prezesem
* jesteśmy matki, kochanki, ciotki, niańki, kariatydy
tej fundacji - żeby robić głupie i mądre gesty. Na naszej planecie nie można rozprostować skrzydeł. Tu jest piekło. Oby czekała nas za to nagroda. Nasza ziemia jest planetą wędrówki dusz. Wierzę, że w poprzednim wcieleniu narobiłam bałaganu i głupot. Teraz muszę odpokutować. Jak powiedziałam - jest kara i jest nagroda. Czekam na to drugie...”.
Krystyna, zapytana jaka naprawdę jest? - odpowiada ze śmiechem: „Jestem przytulna. Garnę się do ludzi. Głaszczę ich po głowach i chcę być pogłaskana. Marzę o tym”.
Zimne rączki znowu mam i nóżki też tak mi marzną. Chyba były moje imieniny... I co? I światło zgasło.
Tak śpiewała słowami Agnieszki Osieckiej.
Albo inaczej:
Kiedyś byłam łatką, ałejuż mi się nie chce. Wyjdź ze mną, proszę, na balkon. I kup mi od ptaka serce.
„Takie prośby składam przed wami, a ja wam za to... nie bójcie się! Teraz poważnie. Chyba ta ścieżka za mną nie jest zaśmiecona świństwami. To nasze - jedno - życie trzeba ubarwić dobrem, aby były po nas niezłe zapisy. Ja nad tym bardzo, bardzo pracuję. I kocham wszystko i wszystkich. Jak ktoś ma taki własny, taaaki duży program, to musi być zauważony. To ktoś napisze książkę, ktoś recenzję, kamera coś zarejestruje. I tak rośnie o nas story”.
A teraz proszę państwa - znana, łubiana i tu - książki: „Haftowane gałgany” i „Zgadnij z kim leżę?”, obrazki, makatki, poduszki. Miłość do dzieci, psów, gałganów, monologi, monologi, monologi - oto konferansjerka zapowiedź - Krystyna Sienkiewicz na estradzie życia...
Alina Budzińska
TĄ'.
Ilekroć mój wzrok, wspierany jakąś taje m ną silą, pada na cyfry umieszczone na domach, tablicach, plotach czy ogrodzeniach -to zawsze jest to czwórka, a nawet para czterdzieści cztery. Do mojej podświadomości ktoś pisze listy, coś mi „cynkuje”, a ja analfabeta... milczę.
Trzeba było chociaż zamieszkać w domu pod czterdziestym czwartym. Wybrałam miejsce do przepędzenia życia na Płatniczej trzydzieści pięć. Nie pod czwórkami... Zaraz, trzy i pięć to osiem, a osiem to dwie czwórki, a jednak...
Tu pod 35-tym stoi pięknie narysowany, niski dom pod gontem, w stylu dworku szlacheckiego z kolumnami. Siedzący na ziemi niby kura na jajach rozpostarty w sporym kornerowym ogrodzie. Duży ogród kazał nam wybrać ten dom. Bo my -zawsze jesteśmy w towarzystwie sporej ilości czworonogów. To one są na Płatniczej głównymi lokatorami. Między nimi zawsze znajdzie się jakieś wyjątkowo mądre czy śliczne i wtedy jest, nawet bardziej popularne niż ja, bardziej „zwiedzane” przez przechodniów. Dom stoi blisko ulicy, z małym ogródkiem od frontu, często więc spotykamy się z powiedzeniem:
<7/(7/ krzeselkt
- Pani mieszka w tym domu, gdzie pod kasztanem siedzi taki piękny kot?
Oglądając telewizję, w telewizorowym oczywiście (pokój od ulicy), szczególnie w niedzielę, kiedy chodzi dużo spacerowiczów, słyszymy:
- Ziobać, jaki ty piękny! Cij ty jesteś ciciulku?
Oho! - myślę - Marcyś demonstruje wdzięki.
A ma co pokazywać, bo natura obdarzyła go krowimi biało--czarnymi łatami, bardzo długim włosem jak u persa i metrowymi wąsami. Jego oczy są hipnotyczne i klejące. Można się do nich przykleić albo w nich utopić. Sama z przyjemnością zanurzam się w ich głębi i mam wielką ochotę dać nura w krzaki, żeby przynieść dla niego mysz. Niech no tylko nie męczy się... Niech zdobi.
- Sienkiewicz mieszka w tym domu, przed którym leży ten piękny kot. Tak.
Ale też Sienkiewicz mieszka za takim jednym blokiem, położonym na ulicy Żeromskiego, na którym jest duża tabliczka z numerem czterdzieści cztery. Gdyby tak nie było, nie zaczynałabym gadać o tych numerkach.
W ten sposób uczę każdego, gdy tłumaczę swoje położenie na Żeromskiego 44. Zapamiętaj, a imię jego czterdzieści i cztery -Mickiewicz. Za Mickiewiczem - Sienkiewicz. Za tym numerkiem wiodę parokanałowe życie. Trochę śpiewam, trochę maluję, czasem jadę na koncert do Wołomina i trochę wyglądam przez okno.
W wolnych chwilach przelatuję przez swój ogródek do galerii, albo raczej do sklepiku, który nazywa się „Chata Krystyny Sienkiewicz”. Jest coś cudownego w takiej pracy u siebie. Wszystko może się zdarzyć w drodze do roboty, ale na pewno nie wpadnę pod samochód i nikt mnie nie zaczepi wstrętnym słowem. Mogę być w kapciach... ze szklanką kawy, talerzem zupy. Przez okienka tej wiejskiej chałupki pasę i obserwuję swój dom. Wydaję rozkazy i wychowuję dziecko. Kiedy szczeka osiem mord (nie, przepraszam - siedem; Ziuta jest zawsze w sklepie), wiem, że mam gościa. Ktoś dzwoni do drzwi. Jaki ważny jest taki na przykład dzwonek. Kiedy ma się dużo szczekaczy, mocno trzeba kombinować, czym dyndać u wrót, żeby w domu było w miarę cicho. U nas te sygnały były wymieniane często. Najlepiej zdał egzamin śpiew kanarka. Może ze trzy dni myślały, że to Gucio. Teraz dach fruwa.
Przez mój dom są bez przerwy przemarsze. Nawet mnie się myli, kto tu mieszka na stałe, kto czasowo, a kto wpadł tylko na zupę. Kuroń przy mnie wysiada. Spróbuję doliczyć się, kto tu jest zameldowany. Na pewno ja, córka Julia i jej tatuś - Andrzej. A teraz osoby dochodzące: Hania z dziesięcioletnią Agatką, była moja fanka, potem sprzedająca w galerii. Najbardziej oddana i uczynna osoba, jaką spotkałam w swoim życiu. To moja ekipa wakacyjna.
Bożena, zwana Beną, z dwójką dzieci: Martysią i Judytką. Bardzo często kiedyś zastępowała panią Janeczkę, najważniejszą osobistość mojego domu. Gospochę całą gębą. Niestety pani Janka lubi mnie czasami zostawić na pastwę losu i wtedy ta pastwa to - Bena albo Hania. Janeczka mocno przewija się przez stronice mego życia jako Żaneta K., recenzując wszystkich i wszystko. Chętnie to robi i najcelniej. Stwierdza: Anka co chwila jeści do mamy. Łapie pindel i w daleki świat... do Tarczyna.
Przy pomocy Żanety ujawnię jeszcze jakieś osoby, które, chwilowo, postawiłam do kąta. Ale na razie wracam do przemarszu: Hania z Agatą, Bena z Judytą i Martusią, Julka z Anią, która codziennie przychodzi na korepetycje do mojej córki, a kiedyś mieszkała tu przez dwa lata, ja z Tereską, czterdziestoletnią panienką czekająca na „coś”. Jak wichura przeleci czasem przez dom Ewa Śnieżanka, łapiąc ze stołu kartofel. Jest przed budową albo po budowie domu. Nigdy nie ma czasu. Autostopem z Płońska przyjeżdża Marzena. Zna wszystkie kulturalne wydarzenia Warszawy i wszystkie premiery. Zjada zupę, do torby wrzuca kanapki i sunie pod AWF, żeby złapać okazję do Płońska.
A w ogóle, mój mąż, kiedy zaczynałam się związywać z nim, był „sierotą”. Ale za chwilę zalała nasz dom cała jego rodzina. Ciocia Zosia - siostra teściowej z mężem taksówkarzem i córką Ninką, Ninka z mężem Andrzejem i córką Małgosią. Małgosia z niemowlaczkiem i z mężem, który źle smołując papę przykleja nam do dachu wszystkie warszawskie ptaki. Druga ciotka Andrzeja - Bronka z mężem „dyplomatą”, córką Anią z córką Agnieszką, która na dziadka „dyplomatę” mówi tatuś. Dyplomaci ostatnio do mnie nie przyjeżdżają, bo pożyczyli pieniądze - Oj, przydałby się ktoś na przyczepkę - kręcę się niespokojnie,
dwa krzesełka
latając od okna do okna i wypatruję, czy nie jedzie Bożena Wahl. Moja przyjaciółka od czworonogów. Na listę przyjaciół zwierząt wpisuję jeszcze dwie moje kumpelki, bez których nie umiałabym działać w Schronisku dla bezdomnych zwierząt Mi-lanówek-Polesie. W schronisku i w domu. Bo jak bez Halinki S. I Teresy I. ślepawa Krysia ma odmierzyć jedną kropelkę autosz-czepionki dla psa Dorotki.
I tymi wszystkimi istotami dyryguje właśnie nie kto inny, jak Żaneta. Fruwa nad wszystkimi dobrami. Ale nie na miotle. Jest ptakiem, który napracuje się mocno skrzydłami, a jak zawisa w bezruchu, trzaska dziobem jedną ze swoich filozofii: Jakie te ludzie zdolne i mądre. To są jej nagrody, sławne Oskary. Sama dostałam takich parę, czyli te Ludzie to najczęściej jeden człowiek. Drugi sposób określania - to zastosowane w przybliżeniu obce słowa, albo dziwnie zniekształcone, przypasowane od sa-sa do łasa. Tak dokładnie tłumaczę te określenia, bo nie będę zamieszczała słownika Żanety. Mówi na przykład: taka jestem dzisiaj zgorszona... Musiało mnie zawiać. A pan Andrzej siedzi nad gazetą cały zmyślony.
Żaneta, zmęczona swoją inteligencją, jest Janką spod Sierpca. Jej słowa tak brzmią, jakby były namoczone w mleku: - Pena sjesz supy? Bena dostraja się i pyta: Jaka supa? - Kalafioro-fa. - Sjem!
A kiedy dzień chyli się w stronę łóżka, powinnam powiedzieć - kiedy słońce zachodzi za łóżko, Żaneta mówi: Idę spać i ko-
/IzlH
... истаял z le^vtymaxjo szkolnej.
Ack)jaka^^osvnznn... jakov koro sin!
Dziecko - dziecko uczyło, dziecko - dziecko nosiło.
- Zanetko, miałaś opowiedzieć o swoim życiu, i co?
- Nic mi nie mówiłaś - odrzekła Żaneta.
- Już dawno zasiadłabym i płetła jak prokurator.
Bylim i żylim zawsze w Borkowie pod Sierpcem. Ojciec biedny, małorolny, trzy hektary. Matka narodziła nas czternaścioro. Jeden popsuty. Dwie dziewczynki i dwóch chłopczyków nie ży-je. Tak powiedzieli: suchoty gardlane... czy cóś takiego. Tylko
ojciec nas żywił, bo matka rodziła. Zawsze była gruba i przy ciężkim ciele. Pościeli nie było. Jak matka rodziła, to dzieci leżały na gołym materacu. A tu co rok to prorok. Co mówię?! Po sześciu tygodniach matka już była dojrzała do następnego rodzenia dzieciaka. Buciki jak kupili pierwszemu, a doszła kolejka do dziesiątego, to gołu stopku chodziło po ziemi. Drew-niaczki! Bieda nafokstrotowała się u nas. Co dzień kasza na gorącym mleku, żeby te skurczone żołądki rozgrzać, a my marzy-lim za chlebem, a po wojnie chleba nie było. A kaszy? Kaszy na-jedlim się w różnych postaciach: z mlekiem, polaną olejem, z cebulą i bez cebuli. Wszyscy mielim anemie, a czas był stalinowski. W szkole dawali do picia tran, a potem bułki. Szkoła nie miała funduszy, więc dawali pół bułki. Jakby można było, to te wielokrotne dzieciaki zjadłyby po pięć bułek.
l)q,npłtlZU n
A w grudniu jedlim obiad razem z kolacjo. To snaczy, że czasem robiło się na blasze taki tablet placków kartoflanych i czarna kawa osłodzona takim brązem. A jak rodziców nie było, tośmy się zgoszczali. Zjedlim wszystkie jajka z kurnika i syrop z buraków. To za syrop nic nam nie było, a za jajka tośmy dostawali lanie. A jak ogórki były w czerwcu, lipcu, to my o pią-tyj rano lecielim w pole i siedzielim przy zawiązku, żeby szybciej rósł...
A jak szły święta, to my myślelim, oj, tera to sie chleba z masłem objemy! Bo nas było żyjących dziesięć sztuk. Kiedy przyszedł siódmy z kolei, ojciec poprosił, żeby jego chrzestnym był Bolesław Bierut. Dali mu na imię Bolesław, a w rodzinie, po naszemu: Paweł, bo się brzydzilim Bolesława. Chrzest odbył się w urzędzie. U nas chrzestną była starościna miasta z gminy, a od Bieruta ktoś z urzędu z Warszawy. Z książeczką w ręku dla
dziecka! Wyprawka została przysłana samochodem: wózek! Oglądalim, oglądalim, bo takiego jeszcze nigdy nie widzielim. Różne ubranka w rozmiarach od roku do dziesięciu lat. Zajechała z fantazjo czarna wołga i to wszystko wypluła! Paweł miał w życiu dobrze. Poszedł do wojska. Miał dużo urlopu. We wszystkim miał przyśpieszenie. Mieszkanie miał takie, jakby ludzie bogaci nadpłacili, a tu rząd dał mu je za darmo. Miał lat dziewiętnaście, jak chciał wziąć co swoje z książeczki. Matka mówiła nie rusz - nie rusz! Ale pobrał, co pobrał. Miał na żeniaczkę i na wszystko. Tak kiedyś rząd dbał...! I wielkie uznanie dla rodziców, że siedmiu synów stanęło do przysięgi. Stare siedzieli, a generałowie ich wysławiali. Wysławiali! A tera Bierutowy chrześniak na trzech synów, ma mieszkanie, to od Bieruta w Płocku i chałupę.
Brat Zygmunt też miał szczęście. Dostał kiedyś w szkole w nagrodę łyżwy. Jak do szkoły - to lodem, a po szkole to pod mostem kładł te łyżwy. Bo niemi zeżynał jedyne buciki, jakie miał i bał się z tego powodu ojca. Ojciec nie dawał mu tego cacka. Jak podrzesz buty, to będziesz chodził boso!
- Ojciec daj - klękał przed nim skamląc. Idzie na ocieplenie. To szedł do takiego garbatego szewca, takiego garbulka, żeby mu te klumpiki połatał. I jeździł. I jeździł. Dzieciaki nie pokończyły wielkich szkół, ale po siedem oddziałów, tyle że najstarszy tylko pięć, bo był po wypadku. Ojciec powiedział mu: będziesz przy mnie nosić żwir. I tak było. Ten od Bieruta został rzeźnikiem. Ten od łyżew poszedł do murarki, a te inne to różnie, do kotlarni, do dekami, aby przy fachowcu, aby cóś podglądnąć i cóś nauczyć się.
Z całyj rodziny tylko babka umiała czytać. Czytała nam nawet pismo Sybilli. Matka z tego powodu narzekała, bo przy takim czytaniu spalało się dużo nafty. W trzy lata po wojnie babcia nam smarła. Zima była mroźna, aż skrzypiło. Na drodze do cmentarza same terepety. Stolarz zbił babci skrzynie z paru desek i tak ją powieźlim i już... Dziadek był s Batorym aż pięć razy w Ameryce. Hultaj! Pieniądze saniósł na skarbonkę do księdza. Bankretował i hulał po najmocniejszych hotelach, a potem do księdza po zostawiony pieniądz. A tu wojna się skończyła, a pan ksiądz cały uśmiechnięty wyjechał! A dziadek Paczkowski nagi i goły. Pieniądze poszły do czarnoksiężnika.
W sześćdziesiątym czwartym smarł nam ojciec. Nie było bo-gastwa ani królestwa, jak teraz.
